Największe skarby naszej cywilizacji - Beata Pawlikowska

Reflow text when sidebars are open.
ROZDZIAŁ 1
Właściwie nie zwracałam na niego uwagi. Nie wydawał mi się szczególnie nadzwyczajny ani potrzebny. Jak był, to był, a kiedy go nie było, wcale za nim nie tęskniłam. Poza tym znałam go raczej tylko z widzenia i to z najgorszej strony, bo z puszki. Tymczasem prawdziwy, świeży, pachnący i majowy zielony groszek to jest po prostu mistrzostwo świata!!!
Zacznę od tego, że pewnego razu wybrałam się do Indii. Przez miesiąc podróżowałam przez duże miasta, małe wioski, dżungle i pustkowia. Byłam sama, nikt mnie nie woził i nie prowadził do wcześniej umówionych pokoi czy restauracji. Spałam w przygodnych hotelach i jadłam tylko to, co miejscowi przygotowywali dla siebie.
Jeżeli byłeś kiedyś w restauracji indyjskiej albo oglądałeś program o Indiach, to pewnie wiesz, że to jest królestwo curry. To słowo ma trzy znaczenia. Jest roślina o zielonych listkach, która nazywa się curry. Jest mieszanka różnych przypraw, która nazywa się curry albo garam masala. I jest też gulasz, czyli rodzaj gęstego sosu z różnymi dodatkami, który nazywa się curry. Może być curry z warzyw albo z kurczaka, z ryby, z okry, z bakłażanów, z czego zechcesz.
No i jeżeli widziałeś cudownie kolorowe fotografie indyjskiej kuchni, to pewnie czujesz już w wyobraźni jak fantastycznie pachnie i domyślasz się z jaką przyjemnością zjada się codziennie takie bogate, piękne, egzotyczne potrawy.
To prawda.
Ale tylko w restauracji.
To może być w Warszawie, Nowym Jorku albo Bombaju, ale tylko w restauracji. Bo kiedy wyjedziesz poza bogatsze dzielnice albo w ogóle poza miasto, to restauracji nie będzie. Pozostaną tylko uliczni sprzedawcy jedzenia.
W Polsce właściwie też tak jest. Spróbuj znaleźć restaurację w wiosce, do której nie przyjeżdżają turyści. Nie ma. Być może jest budka z przekąskami i jest sklep, ale restauracja, gdzie siada się przy stolikach i płaci za jedzenie przyniesione przez kelnera? Raczej nie. Każdy sam sobie gotuje w domu.
A w Indiach gotuje kucharz na ulicy. Są oczywiście wykwintne restauracje w miastach, ale mam teraz na myśli miejsca, do których nie docierają grupy turystów, tylko takie, gdzie życie toczy się swoim rytmem, nieśpiesznie, zwyczajnie. Takie miejsca lubię najbardziej, bo wydaje mi się, że tylko tam można znaleźć prawdę. Nie sztuczny świat stworzony dla turystów, ale to, czym ludzie żyją na co dzień, co tworzy ich kulturę, sposób myślenia, przekonania, obyczaje i sens.
Podróżowałam przez miesiąc po takich właśnie zwykłych, codziennych miejscach, chłonęłam ich naturę, obserwowałam, wtapiałam się w tamtejszą rzeczywistość. I żywiłam się głównie ziemniakami w żółtym sosie.
Wybór był niewielki. Małe, puchnące w oleju placki puri ociekające tłuszczem. Gotowana ciecierzyca sprzedawana wcześnie rano z parujących garnków. I curry z ziemniaków. Ale to "curry" muszę napisać w nawiasie, bo nie wyobrażaj sobie warzywnego dania z dodatkami.
To codzienne indyjskie uliczne curry z ziemniaków to gotowane ziemniaki w odrobinie żółtego sosu. Nic więcej.
Wychodzisz rano na śniadanie. Kucharz z gorącą ciecierzycą gdzieś znikł, pewnie przeniósł się na inną ulicę, ale nie mam pojęcia jaką. Nigdzie nie ma restauracji ani baru, gdzie mogłabym usiąść i zamówić porządne śniadanie. Pozostaje mi - jak co dzień - wyjść na ulicę i upolować coś do zjedzenia.
Mijam sprzedawcę ciepłych, gotowanych placków ryżowych idli. Są białe, mdłe i bardzo szybko stygną w porannym chłodzie.
- Chai, chai? - zachęca mnie kucharz z imbrykami.
O tak, chętnie napiłabym się herbaty, ale w Indiach można dostać tylko herbatę z wielką ilością cukru i mleka. To znaczy w lepszej restauracji na życzenie kelner na pewno przyniesie jaką zechcesz, ale na ulicy nie ma wyboru. Jest tylko czarna herbata wymieszana z mlekiem i z cukrem. A ja takiej nie lubię.
Idę dalej. Jeszcze jeden sprzedawca herbaty, wtulony w kamienną półkę, na której stoi małe palenisko z rozżarzonymi węglami, imbryki i gliniane czarki.
- Puri, puri? - woła na mój widok następny kucharz.
Ma policzki rozgrzane od oparów gotującego się oleju. W metalowej głębokiej patelni podobnej do woka smaży małe, okrągłe placki, wyjmuje je łyżką cedzakową i odkłada na bok. Szybko znikają, bo co chwilę pojawia się ktoś chętny na śniadanie.
Placki puri i curry z ziemniaków. Na talerzyku z ugniecionych liści bananowca dostaję dwa parujące placki i łyżkę ziemniaków w żółtym sosie.
I tak codziennie.
Z kilkoma wyjątkami.
I te wyjątki właśnie są potrzebne po to, żeby dostrzec coś, na co wcześniej nie zwracałeś uwagi. Bo miałeś dookoła taką obfitość różnych dań, że właściwie nigdy nie zastanowiłeś się nad tym z czego są zrobione i dlaczego je lubisz.
Wystarczy przecież pójść do dużego sklepu. Takiego, gdzie są tysiące półek, na których stoją miliony produktów. Masz wrażenie bogactwa, niewyczerpywalnego źródła, z którego możesz dowolnie wybierać.
Idziesz do działu warzywnego, a tam ze skrzynek wysypują się pomidory, papryki, cebule, marchewki, selery, ziemniaki, pęczki zielonej pietruszki, koperku, sałaty i innych rzeczy. Choćbyś chciał, nie byłbyś w stanie kupić i zjeść wszystkiego. I pewnie nie zdarzyło ci się zatrzymać w biegu, wziąć do ręki bakłażana i przyjrzeć mu się z ciekawością. A wiesz jaki on jest niezwykły?
Ma zaskakującą ciemnofioletową, lśniącą skórkę, zielony kołnierzyk i nietypowy kształt, bo z jednej strony zawsze jest grubszy. W środku też jest zaskakujący, ani miękki, ani twardy, ma dziwny miąższ niepodobny do innych warzyw.
Ale wiesz jak to jest.
W wielkim tłumie różnych dóbr nie ma czasu, żeby dokładnie im się przyglądać. W dodatku od dziecka jesteś przyzwyczajony do tego, że ktoś za ciebie przerabia te rozmaite warzywa na coś, co jest dla ciebie wygodne i gotowe do zjedzenia.
Po co miałbyś oglądać z zainteresowaniem pomidory, skoro w barze szybkiej obsługi z tanimi przekąskami masz tego pomidora jako keczup w jednorazowej saszetce?
Prawda?
I właściwie podświadomie wolisz keczup z plastikowej torebki, bo jest bardziej czerwony i ma mocniejszy smak niż prawdziwy pomidor. I wtedy myślisz sobie, że po co ci te pomidory, skoro masz taki fantastyczny wynalazek jak keczup do parówki, koncentrat w puszce do zupy i gotowy sok pomidorowy w kartonie. To po co ci ten pomidor? Ach, no tak, do sałatki z mozzarellą. Ale poza tą sałatką?
Zupę zrobisz z puszki, bo wtedy ma ładniejszy, czerwony kolor. Sok wypijesz z kartonu, bo jest fajnie gęsty. A keczup, wiadomo, zawsze musi być w lodówce.
I właściwie nie byłoby w tym nic złego.
Gdyby nie to, że żadna z tych rzeczy nie jest prawdziwa. To są tylko podróbki wytworzone w fabrykach z syntetycznych półproduktów i chemicznych dodatków, które nadają im sztuczny smak, sztuczny kolor i sztuczny zapach. Twój ulubiony keczup jest tak daleki od pomidora, jak Madagaskar od Krakowa. Łączy je jedynie dawny wspólny przodek, obecny tylko na wyblakłych fotografiach.
Rozumiesz?
Nasza cywilizacja zmierza do tego, żeby wszystko uprościć i przyśpieszyć. To fajnie, pod warunkiem że udzieli ci jednocześnie uczciwej informacji na temat metod, jakie stosuje. Po to, żebyś miał pełną świadomość tego czym różni się sok pomidorowy w kartonie od soku pomidorowego zrobionego w domu z pomidorów.
I to jest sedno całej sprawy.
Bo ty nie wiesz jaka jest różnica, a przemysł spożywczy na tym właśnie opiera swoją działalność i zarabianie pieniędzy.
ROZDZIAŁ 2
Najnowsze modele samochodów są tak zaprojektowane, żebyś nie musiał myśleć. Same jadą, same parkują, same zwalniają przed światłami.
Z jedzeniem jest tak samo. Masz gotowy sok w kartonie za dwa złote. Myślisz, że twoja cywilizacja jest taka fantastyczna, że sama za ciebie kupiła najlepsze dojrzałe pomidory i wycisnęła z nich sok, który dla twojej wygody przelała do kartonów i postawiła na półce sklepu. Patrzysz, kurczę, kilogram tych dobrych polskich pomidorów kosztuje dziesięć złotych, a tu mam cały litr soku pomidorowego za dwa pięćdziesiąt! No, super po prostu!
Na opakowaniu widzisz fajne, uśmiechnięte pomidory z zielonymi szypułkami. Wyglądają tak samo jak te drogie pomidory ze specjalnej uprawy. Twój umysł nieprzyzwyczajony do racjonalnego myślenia, szybko i wygodnie zakłada, że producent soku zapewne sam zebrał dojrzałe, najlepsze pomidory ze swojego pola i dlatego wyszło mu tanio, a rolnik sprzedający te kosmicznie drogie pomidory to chciwy gość, który chce zedrzeć z ciebie skórę i w jeden sezon zarobić na całe życie.
I nawet do głowy ci nie przyjdzie, że jest dokładnie odwrotnie.
Producent soku musiał kupić tanie pomidory z plantacji, gdzie warzywa są hurtem sadzone i polewane chemicznymi substancjami zatrzymującymi ewentualne choroby i szkodniki. Potem w fabryce pomidory są chemicznie przerabiane na koncentrat, a potem z tego koncentratu robi się twój sok. Pomiędzy sokiem pomidorowym ze sklepu a świeżym dojrzałym pomidorem znajduje się różnica tak wielka, jak Ocean Spokojny.
Nie wiesz o tym tak samo jak ja o tym nie wiedziałam.
Ja też piłam soki z kartonu, jadłam zupki z proszku i chleb z supermarketu. I też miałam takie podświadome przekonanie, że wszystkie te produkty są robione dla mojego dobra - żebym nie musiała się śpieszyć i męczyć z obieraniem, gotowaniem, wyciskaniem czy pieczeniem. Żeby mi było po prostu łatwo, miło i wygodnie.
I dopiero potem odkryłam, że wcale nie jest prawda.
Te wysoko przetworzone produkty zrobione w fabrykach z dodatkiem chemii, która je konserwuje i obniża cenę, są wytwarzane tylko po to, żeby na nich zarobić. Żeby istniały fabryki żywności, w których zatrudnia się dyrektorów, techników, dział marketingu i promocji. To nie jest zdrowe jedzenie. To jest najbardziej chore i szkodliwe jedzenie, jakie można sobie wyobrazić. Tyle że rzadko kto o tym wie i rzadko kto głośno o tym mówi.
Kiedy to odkryłam, postanowiłam napisać książki z serii "W dżungli zdrowia".
I teraz wracam do Indii.
Wyobraź sobie. Codziennie przez cztery tygodnie jesz tylko smażone w głębokim tłuszczu placki - czasem ciepłe, czasem zimne, a do tego curry z ziemniaków w wydaniu ulicznym, czyli ugotowane ziemniaki w rzadkim żółtym sosie. Czasem trafi się garstka gotowanej ciecierzycy, trochę ryżu, czasem kotlecik z warzyw usmażony jak pączek. I nic więcej.
I pewnego dnia przyjeżdżasz indyjskim pociągiem spóźnionym sześć godzin do nowego miasta. Jest już wieczór, szybko robi się ciemno. Znajdujesz hotel przy dworcu, rzucasz bagaż na łóżko w pokoju i wybiegasz, żeby coś zjeść, bo głód targa twoimi wnętrznościami jak huragan.
Jest bar! Taki uliczny, gdzie kucharz smaży placki na zewnątrz, a obok niego stoją garnki gotowego jedzenia. Ale są trzy drewniane stoliki i krzesła. Siadasz z ulgą i z góry zgadzasz się na wszystko, co można tu dostać do zjedzenia. Nie ma oczywiście karty ani wyboru dań, nikt nie mówi po angielsku, ale kucharz z chochlą patrzy na ciebie sympatycznym wzrokiem i upewnia się:
- Puri?
- Tak! - wołasz z zachwytem, że rozumiesz to słowo i że z całą pewnością oznacza ono coś do zjedzenia.
Wysilasz skołowany turkotaniem wagonów mózg i dorzucasz pełnym nadziei głosem:
- Sabji?
Dogadaliście się!!! Kucharz kiwa potakująco głową, napina muskuły na ramionach nie zakrytych białą koszulką, sięga po talerz. Sabji to lokalna nazwa curry z ziemniaków. W wersji bardziej luksusowej dodaje się do nich pomidora, papryki, fasolki, różnych rzeczy. W wersji codziennej jest to curry z ziemniaków z ziemniakami. Bo niczego innego nie ma pod ręką.
Wiem, już się przyzwyczaiłam. Czekam więc cierpliwie przyglądając się szalonemu ruchowi w małej uliczce.
Wszyscy się śpieszą. Riksze z pasażerami, rowerzyści, piesi, motocykle. Samochody nie mieszczą się w tym zaułku, więc tęsknie trąbią klaksonami kilkanaście metrów dalej.
A może mam dzisiaj szczęście i placki puri będą suche, dobrze odsączone z tłuszczu? A może nawet trafi mi się prawdziwe gorące sabji. Aż przełknęłam ślinę na tę myśl. Wiesz jak ogromna jest różnica między zimnym a gorącym sabji? Ach! To pierwsze zbija się w żołądku jak kula, która daje poczucie zaspokojenia głodu, ale jednocześnie jest dziwnie ciężka i smutna. To drugie sprawia, że krew zaczyna szybciej krążyć, porusza wszystkie komórki, z które z radością czerpią z niego pożywienie i siłę.
No, ale w czasie samotnych wypraw nie mam luksusów ani wyboru. Jem to, co jest, czyli to, co jedzą otaczający mnie ludzie. Jeśli dla nich wystarcza oklapnięty, zimny placek polany żółtym sosem z kawałkiem ziemniaka, to dla mnie też musi.
Idzie kucharz. Oczy zaczynają mi się świecić jak latarnie podczas zamglonej nocy.
O słodki Boże!!! Cztery placki puri są świeżo usmażone i wydęte jak żagle okrętu na oceanie, a znad metalowej miseczki unoszą się obłoczki pary, co niechybnie oznacza, że jedzenie jest gorące!!! O, dzięki ci, dobry świecie!!! Niczego więcej nie potrzebowałam do szczęścia!!!
Chwytam za placek - widelca nie było, bo w Indiach je się palcami i w zwykłym ulicznym barze sztućce w ogóle nie istnieją. Chwytam więc za placek i nagle zastygam w największym, najbardziej zachwyconym zdumieniu.
Wyobraź sobie to codzienne, ciepłe sabji z ziemniaków. Zawsze wygląda tak samo, jak gdyby wyszło spod ręki tego samego kucharza. Czy w Kalkucie, czy w Waranasi, czy w wiosce po drodze - ziemniaki pokrojone na kawałki i zanurzone w żółtym sosie. I nagle! Na pagórkach jasnożółtych ziemniaków niespodziewanie pojawiają się cudowne, soczyste, zaskakujące zielone kulki!!! Czyli groszek!!!
Aaaaaaa!!! Jaka ja byłam szczęśliwa!!!
Jeszcze nigdy widok zielonego groszku nie dał mi tyle radości!!! Placki były świeże i gorące, a sabji z ziemniaków zostało zrobione z dodatkiem groszku! Rozkosz!!! Szczęście!!! Cudowna niespodzianka!!!
I wtedy też uświadomiłam sobie pewną rzecz.
Ja przecież znałam zielony groszek. Kiedy byłam mała, wiosną przywoziliśmy zielony groszek w strączkach do domu i trzeba było go łuskać.
Ale wiesz co? To był ostatni raz, kiedy spotkałam prawdziwy groszek. Jedliśmy wtedy małe, świeże kuleczki, a resztę moja mama dodawała do zupy. A później...
Potem często tu i ówdzie jadałam marchewkę z groszkiem, czasem nawet sama ją robiłam, ale nigdy z prawdziwej marchewki i prawdziwego groszku. Zawsze z gotowej mrożonki albo plastikowej torebki. Czasem w bufecie albo restauracji podawali marchewkę z groszkiem, ale sądząc po idealnie kwadratowych kawałkach marchewki, to też było danie zrobione z mrożonki.
I jakoś nigdy mi specjalnie nie smakowało.
Wtedy myślałam, że po prostu nie przepadam za marchewką i groszkiem.
Dzisiaj wiem, że powód był zupełnie inny.
W rzeczywistości chodziło o to, że zarówno marchewka, jak i groszek w mrożonce albo podgotowanej porcji nie były prawdziwe. Nie miały tego, w co zostały wyposażone przez naturę, ponieważ ich hurtowa obróbka i produkcja te najlepsze i najbardziej wartościowe rzeczy w nich zabiła.
Rozumiesz?
To jest tak samo jakbyś umówił się na randkę ze śliczną i mądrą osobą poznaną w Internecie. Przychodzisz na spotkanie, a ona zamiast przyjść osobiście, wysyła swojego klona, czyli syntetycznego robota stworzonego na jej podobieństwo.
Taka sama jest różnica między świeżym, naturalnym jedzeniem w kształcie, w jakim zostało stworzone przez naturę, a tym samym jedzeniem w postaci przerobionej i przygotowanej przez fabrykę.
A różnica bierze się stąd, że żeby to coś przerobić i zapakować w sposób, jaki będzie dla ciebie wygodny do użycia, trzeba zastosować chemiczne środki przedłużające trwałość, usuwające naturalne substancje i zmieniające strukturę cząsteczek składających się na naturalny pokarm.
I dlatego takie jedzenie smakuje zupełnie inaczej. Bo w rzeczywistości kiedy pijesz sok z kartonu, jesz zupę z proszku albo jogurt z plastikowego kubka, to twój umysł dostaje zafałszowane informacje o tym jak to smakuje, pachnie i wygląda. Zafałszowane przez chemiczne dodatki dorzucone do fabrycznie robionego jedzenia. I dlatego dopóki karmisz się gotowymi daniami ze sklepów i barów szybkiej obsługi, to w ogóle nie masz pojęcia o tym co naprawdę lubisz i co jest smaczne, ponieważ chemiczne dodatki manipulują twoimi zmysłami i zmieniają sposób, w jaki postrzegasz żywność. Nie mówiąc już o tym, że cały twój organizm jest przez nie atakowany i stopniowo coraz bardziej traci swoją naturalną moc.
I teraz powiem ci tak.
Podświadomość usiłuje zdobyć dla ciebie poczucie bezpieczeństwa. Robi to czasem w dość prymitywny i obiektywnie niezupełnie racjonalny sposób. Na przykład sugeruje, że bezpieczny będziesz wtedy, kiedy będziesz miał dużo. Dużo wszystkiego. Dużo czegokolwiek. Dużo jedzenia. Dużo pieniędzy. Dużo parówek w lodówce. Dużo lodów w zamrażarce. Dużo skarpetek w szufladzie. Nieważne jakie, czy ciepłe i ładne, czy dziurawe i stare, byle było ich dużo. Jak najwięcej. Najlepiej tak, żeby szuflada prawie się nie domykała.
To nierozsądne, prawda? No przecież każdy głupi wie, że szuflada pełna skarpetek niczego nie zmienia w życiu. A jednak. Twoja podświadomość wie tylko tyle, że posiadanie dużej ilości rzeczy daje poczucie bezpieczeństwa. Więc każe ci gromadzić. Cokolwiek. Suszone kwiaty ze szczególnych bukietów. Lalki. Koszulki bez rękawów. Buty. Konserwy. Kawałki mrożonego mięsa. Łańcuszki. Cokolwiek. A najlepiej wiele różnych rzeczy.
To ma ci dać pozór poczucia bezpieczeństwa. Złudzenie.
Tylko złudzenie.
Bo gdybyś naprawdę miał poczucie bezpieczeństwa, to przestałbyś czuć potrzebę nieustannego gromadzenia.
A wiesz jak ma się do tego zielony groszek?
Kiedy masz bardzo dużo różnych rzeczy dookoła, widzisz tylko ich mnogość. Dostrzegasz, że jest ich dużo, sycisz się poczuciem, że jesteś bogaty, żyjesz w dostatku, stać cię na kupienie wielu rzeczy. To się przekłada na podświadome zaspokojenie brakującego ci poczucia bezpieczeństwa.
Nasza cywilizacja usłużnie dostarcza ci masy hurtowo produkowanych, tanich, bezwartościowych przedmiotów i równie taniego, bezwartościowego, syntetycznie zakonserwowanego i chemicznie zmienionego jedzenia.
Od tego zaczyna chorować twój umysł, twoja dusza i twoje ciało.
Ale twoje poczucie bezpieczeństwa zostaje utrzymane w iluzji zaspokojenia.
Dlatego będziesz się garnął do takiej masowej cywilizacji i będziesz czuł potrzebę pójścia do sklepu, gdzie są tysiące dostępnych dla ciebie towarów. Na tyle tanich, że możesz sobie pozwolić na wrzucanie ich do koszyka. One są tanie dlatego, że są bezwartościowe. Wypruto z nich wszystkie zdrowe, naturalne substancje, zastępując je syntetycznymi. To jedzenie powoli zatruwa twoje ciało, ale ty nie chcesz o tym wiedzieć.
Chcesz pozostać w krainie obfitości i nie chcesz przyjąć do wiadomości, to jest obfitość nieprawdziwa. Ona jest kłamstwem. Ona udaje, że jest obfitością pożywienia i zdrowia, ale w rzeczywistości jest tylko nagromadzeniem wielkiej ilości bezwartościowych śmieci, którymi ciebie napełnia. A ty sam chętnie po nie sięgasz.
W tej masie tracisz zdolność dostrzegania i doceniania tego, co masz.
Pamiętasz jak kupiłeś sobie pierwszy płaszcz albo pierwsze buty? Pamiętasz jaka to była radość? Jak cieszyłeś się całym sobą, że masz coś, na co długo czekałeś, co sobie wymarzyłeś, czego pragnąłeś z dziecięcym zachwytem?
A czy pamiętasz, że to uczucie nie pojawia się już nigdy później? Kiedy kupujesz dwudziesty płaszcz do kolekcji albo jeszcze jedną parę butów, które tak naprawdę wcale nie są ci niezbędnie potrzebne? Prawda?
Wiesz jaka jest między nimi różnica?
Te pierwsze buty były ci potrzebne. A te wszystkie następne były tylko powiększaniem kolekcji.
Z jedzeniem jest tak samo.
Kiedy dookoła masz mnóstwo wszystkiego, przestajesz widzieć co tak naprawdę masz.
I wtedy najlepszą rzeczą, jaką można by zrobić, to zabrać ci wszystko.
Odebrać ci całą masę przedmiotów, które nagromadziłeś. Odebrać ci pieniądze, za które kupujesz bez zastanowienia tanie, bezwartościowe, śmieciowe jedzenie.
Bo dopiero kiedy stracisz wszystko, nagle odzyskasz umiejętność docenienia tego, co miałeś.
I tak właśnie było z zielonym groszkiem.
ROZDZIAŁ 3
To był najlepszy zielony groszek w moim życiu. Równie dobry jak ten, który znałam z dzieciństwa i który ręcznie wyjmowaliśmy z zielonych strączków przywiezionych z ogródka mojej mamy.
Siedziałam nad metalowym talerzem w indyjskim barze i nagle przypomniałam sobie, że jakieś dziesięć lat temu wiosną w sklepie warzywnym zobaczyłam groszek w strączkach. Zawahałam się. No bo co ja z nim zrobię? Ale pomyślałam, że przecież świeży zielony groszek jest smaczny, więc kupię trochę i po prostu go zjem.
Kupiłam. I nie zjadłam, bo okazało się, że jest suchy i niesmaczny. I w ogóle nie przyszło mi wtedy do głowy, że mogłabym go wykorzystać do ugotowania jakiejś potrawy.
Przecież wystarczyłoby dorzucić ten zielony groszek z zupy z warzyw albo do soczewicy albo do kaszy albo nawet do ziemniaków czy do marchewki.
Ale nie. Jeszcze wtedy myślałam inaczej. Zupę wolałam zrobić z proszku, żeby było szybciej, a warzywa kupowałam tylko do jedzenia na surowo. No i tak właśnie rozminęłam się z jednym z największych zachwytów mojego życia, czyli z zielonym groszkiem.
Ale wiesz jak to jest.
Kiedy błądzisz i upierasz się przy robieniu rzeczy, które wcale nie są dla ciebie dobre, zmierzasz prosto do pustyni. Oczywiście nie zdajesz sobie z tego sprawy, tylko walczysz, żądasz, sycisz się krótkimi zwycięstwami i usiłujesz poradzić sobie z nawarstwiającą się masą coraz trudniejszych spraw. Aż wreszcie przychodzi dzień, kiedy padasz bez sił. I uświadamiasz sobie, że właściwie nic nie masz. Nic. Dookoła została tylko pustynia.
Wiesz dlaczego tak jest?
Bo to jest jedyny sposób, żeby skierować cię we właściwą stronę. Wcześniej życie podsuwało ci różne wskazówki, ale ty je uparcie ignorowałeś albo odczytywałeś tak, jak było ci wygodniej.
I kiedy zagubisz się w tych wszystkich półprawdach i udawaniach, życie po prostu pewnego dnia zabierze ci wszystko, żebyś mógł z pełną jasnością dostrzec co tak naprawdę jest ważne i wartościowe, a co nie.
No i tak było z groszkiem.
Straciłam wszystko z kulinarnego punktu widzenia. Nie miałam wyboru ani możliwości, żeby to zmienić. Nie mogłam gotować i nie mogłam pójść do lepszej restauracji, bo żadna taka po prostu tam nie istniała. Jadłam więc te okropne placki smażone w głębokim tłuszczu i ziemniaki z ziemniakami w żółtym sosie i w taki właśnie sposób życie nauczyło mnie pokory.
Kiedy po miesiącu dostałam miseczkę ziemniaków z zielonym groszkiem byłam tak szczęśliwa, że zapamiętam ten dzień do końca życia.
I o to właśnie chodzi.
Chodzi o to, żeby w tej przeogromnej masie towarów, jakie otaczają cię na półkach w każdym sklepie, umieć świadomie dostrzec to, co jest dla ciebie dobre, zdrowe i pełnowartościowe.
Mam nadzieję, że po przeczytaniu poprzednich książek z tej serii nie sięgniesz już po żadne rzeczy w proszku, w puszce, kartonie czy innym opakowaniu. Nie będę więc już pisać o tym, czego unikać.
W tej książce chcę ci przypomnieć o kilkunastu rzeczach, o których już być może zapomniałeś albo przestałeś zwracać na nie uwagę, a które są absolutnie fantastyczne. Zdrowe, smaczne i potrzebne jak najlepsi przyjaciele.
Nie będę podawała całego zestawu witamin i pierwiastków, bo to możesz sobie znaleźć w Internecie, a poza tym ja naprawdę zawsze miałam wrażenie, że nic mi nie dają takie informacje.
Że szpinak ma luteinę, beta-karoten, witaminę C, potas, żelazo i witaminę E? No i co z tego?
Kiedyś tak próbowałam myśleć o jedzeniu, ale moim zdaniem to nie ma sensu.
Szpinak ma luteinę? Aha. Musiałabym najpierw wiedzieć co to jest luteina albo kwas foliowy. No to sięgałam do źródeł, czyli czytałam najpierw encyklopedyczno-matematyczny skład szpinaku, a potem encyklopedyczno-chemiczne objaśnienia jego wszystkich składników, a kiedy skończyłam to czytanie, to nie miałam już ochoty ani na jedzenie, ani na gotowanie, ani w ogóle na myślenie o zdrowiu.
Te informacje brzmiały bardzo skomplikowanie, a poza tym nie dawały mi niczego w praktyce. Instynktownie czułam, że ściśle matematyczne podejście do zdrowia i jedzenia to tylko czubek góry lodowej. To tylko ludzka próba okiełznania czegoś, co nas przerasta i jest niemożliwe do rozebrania na kawałki i oblepienia etykietkami.
Pomyślałam, że to powinno być proste.
Bo zdrowie jest czymś bardzo naturalnym i bardzo prostym.
Dużo bardziej naturalnym i prostym niż zliczanie kalorii, indeksów glikemicznych, gramów białka i węglowodanów, ilości poszczególnych witamin i pierwiastków.
I pomyślałam, że jeżeli to jest takie naturalne i proste, to może wystarczy rozejrzeć się dookoła i dostrzec sposób, w jaki jesteśmy powiązani ze światem, jaki nas otacza, bo przecież to on jest dla nas źródłem pożywienia.
I tak właśnie odkryłam Witaminę W.