Największe skandale w świecie filmu - Przemysław Słowiński

Kup ebooka

44.90 zł
33.68 zł (33,17 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Rejs

Wil­liam Ran­dolph He­arst (1924)

Pra­sowy ma­gnat, twórca naj­więk­szej w Sta­nach Zjed­no­czo­nych sieci wy­daw­ni­czej, czę­sto przed­sta­wiany jest jako opę­tany wła­dzą po­twór. W rze­czy­wi­sto­ści sta­no­wił jedną wielką cho­dzącą sprzecz­ność. Był ogrom­nej po­stury, lecz mó­wił cien­kim dy­sz­kan­tem. Miesz­kał z ko­chanką, ale ucho­dził za wzo­ro­wego męża. Był au­to­kra­tycz­nym sze­fem i krzy­czał na pra­cow­ni­ków, ale z wiel­kim tru­dem przy­cho­dziła mu de­cy­zja o zwol­nie­niu któ­re­goś z nich. Był twórcą tak zwa­nego "bul­wa­ro­wego dzien­ni­kar­stwa", choć sam, wsty­dliwy i nie­śmiały, naj­le­piej czuł się w ano­ni­mo­wym tłu­mie.

Wil­liam Ran­dolph He­arst uro­dził się 29 kwiet­nia 1863 roku w San Fran­ci­sco. Był je­dy­nym sy­nem Geo­rge'a He­ar­sta, wła­ści­ciela ko­palni złota, a póź­niej (w la­tach 1886- 1891) se­na­tora stanu Ka­li­for­nia, oraz jego żony Pho­ebe z domu Ap­per­son. Otrzy­mał naj­lep­sze wy­cho­wa­nie, na ja­kie stać było bo­ga­tych ro­dzi­ców. Pry­watny na­uczy­ciel w domu, pry­watna szkoła śred­nia, kształ­cące po­dróże po Eu­ro­pie. Przez dwa lata uczęsz­czał do Ha­rvard Col­lege, po czym zo­stał wy­da­lony z uczelni. Ma­jąc 24 lata, prze­jął kon­trolę nad wal­czącą o prze­trwa­nie na rynku ga­zetą "San Fran­ci­sco Exa­mi­ner", którą jego oj­ciec za­ku­pił sie­dem lat wcze­śniej. Na­tych­miast zmie­nił kon­cep­cję ga­zety, łą­cząc re­for­mi­styczny po­znaw­czy re­por­taż z sen­sa­cyj­no­ścią, co spra­wiło, że już po dwóch la­tach stała się ona do­cho­do­wym przed­się­wzię­ciem. Do­brze mu szło, ale wkrótce ta­tuś prze­grał ty­tuł w karty i Wil­liam zo­stał na lo­dzie.

W 1891 roku pan Geo­rge He­arst zszedł z tego świata, zo­sta­wia­jąc żo­nie i sy­nowi ma­ją­tek w wy­so­ko­ści 7 500 000 do­la­rów. Wil­liam wszedł wtedy na no­wo­jor­ski ry­nek pra­sowy, ku­pu­jąc w 1895 roku sto­jący na kra­wę­dzi ban­kruc­twa "New York Mor­ning Jo­ur­nal". Z wła­ści­wym so­bie za­pa­łem i roz­ma­chem za­brał się za sta­wia­nie ga­zety na nogi. Wy­na­jął zdol­nych pi­sa­rzy, Ste­phena Gra­neya i Ju­liana Haw­thorne'a, oraz prze­pro­wa­dził "ob­ławę" na jed­nego z naj­lep­szych lu­dzi pra­cu­ją­cych u Jo­se­pha Pu­lit­zera w "New York World", słyn­nego Ri­charda F. Out­caulta, twórcę ko­lo­ro­wych ko­mik­sów. "New York Mor­ning Jo­ur­nal", prze­mia­no­wany póź­niej na "New York Jo­ur­nal - Ame­ri­can" szybko osią­gnął suk­ces i wy­soki na­kład dzięki ce­nie ob­ni­żo­nej do 1 centa, du­żej licz­bie ilu­stra­cji, błysz­czą­cym na­głów­kom, sen­sa­cyj­nym ar­ty­ku­łom po­świę­co­nym zbrodni oraz pseu­do­nau­ko­wym te­ma­tom. Ro­bot­ni­ków i imi­gran­tów przy­cią­gać miały ko­lo­rowe ko­miksy.

Aby zwięk­szyć na­kład ga­zety, He­arst go­tów był na wszystko, na­wet na spro­wo­ko­wa­nie wojny. W 1896 roku wy­słał na Kubę ma­la­rza Fre­de­ricka Re­ming­tona, aby ten przy­go­to­wał cykl ry­sun­ków przed­sta­wia­ją­cych okru­cień­stwa Hisz­pa­nów. Nie zna­la­zł­szy od­po­wied­nich te­ma­tów, Re­ming­ton wy­słał do He­ar­sta z Ha­wany na­stę­pu­jącą wia­do­mość:

"W mie­ście pa­nuje spo­kój. Na wojnę się nie za­nosi. Roz­ru­chów żad­nych nie ma. Pro­szę o zgodę na po­wrót do domu".

Od­po­wiedź wy­dawcy prze­szła do hi­sto­rii:

"Pro­szę po­zo­stać na miej­scu - od­pi­sał He­arst. - Pan ma tylko do­star­czyć ilu­stra­cje, ja do­star­czę wojnę".

Re­ming­ton po­stą­pił, jak mu ka­zano, a He­arst od­niósł suk­ces. Nie­uczciwe szkice pu­bli­ko­wane w ga­ze­tach tak pod­sy­ciły an­ty­hisz­pań­skie na­stroje, że gdy w por­cie w Ha­wa­nie wy­sa­dzono okręt ma­ry­narki wo­jen­nej Sta­nów Zjed­no­czo­nych, rząd USA bez wa­ha­nia wy­po­wie­dział wojnę Hisz­pa­nii.

W przy­szło­ści wiele in­nych wia­do­mo­ści pu­bli­ko­wa­nych w pra­sie He­ar­sta miało po­dobny wy­dźwięk. W 1901 roku w jed­nej z jego ga­zet po­ja­wił się ko­men­tarz, który uza­sad­niał słusz­ność za­bój­stwa po­li­tycz­nego. Kilka mie­sięcy póź­niej pre­zy­dent Sta­nów Zjed­no­czo­nych, Wil­liam McKin­ley, zgi­nął z rąk anar­chi­sty. W roku 1913 ga­zety He­ar­sta za­mie­ściły zdję­cie mek­sy­kań­skich dzieci sto­ją­cych po ko­lana w wo­dzie z pod­nie­sio­nymi rę­kami. Pod­pis gło­sił, że zo­stały wpę­dzone do mo­rza przez mek­sy­kań­skich fe­de­ra­les, któ­rzy mieli je roz­strze­lać. W rze­czy­wi­sto­ści zdję­cie zro­biono w Hon­du­ra­sie Bry­tyj­skim, a dzieci po pro­stu się ką­pały i nikt nie miał naj­mniej­szego za­miaru otwie­rać do nich ognia. Mek­sy­ka­nie w ogóle sta­no­wili jedną z naj­więk­szych fo­bii pra­so­wego ma­gnata. Jego prasa opi­sy­wała ich jako "le­ni­wych i zde­ge­ne­ro­wa­nych pa­la­czy ma­ri­hu­any".

Wkrótce szef za­czął do­ma­gać się od swo­ich współ­pra­cow­ni­ków nie tyle opa­no­wa­nia rze­mio­sła dzien­ni­kar­skiego, ile zdol­no­ści do prze­dzierz­ga­nia się jak ak­tor w każdą po­stać i od­gry­wa­nia z ca­łym prze­ko­na­niem każ­dej roli. Od­po­wied­nio prze­brani re­dak­to­rzy He­ar­sta po­da­wali się za­zwy­czaj za urzęd­ni­ków po­li­cji kry­mi­nal­nej i przed­sta­wi­cieli wła­dzy. "Aresz­to­wali" cał­ko­wi­cie nie­winne osoby, po któ­rych obie­cy­wali so­bie do­bry re­por­taż, za­cią­gali je do sfin­go­wa­nych po­ste­run­ków po­li­cji, spi­sy­wali pro­to­koły roz­mów z za­stra­szo­nymi i wy­lęk­nio­nymi ludźmi, albo pro­wa­dzili ich do "sę­dziego po­li­cyj­nego" - oczy­wi­ście także czło­wieka He­ar­sta - który zmu­szał ich do zło­że­nia ze­znań. Po­tem ofiary wy­pusz­czano. Ich za­ża­le­nia w ofi­cjal­nych in­sty­tu­cjach speł­zały na ni­czym.

Taki spo­sób przed­sta­wia­nia prawdy spo­wo­do­wał, że styl ga­zet He­ar­sta na­zwano "bul­wa­ro­wym". Ame­ry­kań­ski pu­bli­cy­sta Er­nest L. Mayer na­pi­sał: "Cała długa i nie­cna ka­riera pana He­ar­sta była pod­że­ga­niem Ame­ry­ka­nów prze­ciwko Hisz­pa­nom, Mek­sy­ka­nom, Ro­sja­nom czy Ja­poń­czy­kom". Gdy w 1933 roku He­arst opu­bli­ko­wał swoje słynne "za­sady re­dak­tor­skie", z któ­rych jedna gło­siła na przy­kład: "uni­kaj rze­czy, które mogą ob­ra­zić do­brych lu­dzi" - śro­do­wi­sko dzien­ni­kar­skie za­śmie­wało się do roz­puku.

Mimo tego (a może wła­śnie dzięki temu) Wil­liam Ran­dolph zbu­do­wał praw­dziwe pra­sowe im­pe­rium. Do roku 1925 stwo­rzył lub na­był ga­zety w każ­dym re­gio­nie USA. Dzie­sięć lat póź­niej, bę­dąc u szczytu swej po­tęgi, po­sia­dał 28 zna­czą­cych ga­zet i 18 ma­ga­zy­nów, a po­nadto kilka sta­cji ra­dio­wych, wy­twórni fil­mo­wych i agen­cji in­for­ma­cyj­nych. Czwarta część cza­so­pism na ame­ry­kań­skim rynku i 60 pro­cent w Ka­li­for­nii było pod jego kon­trolą. Za­trud­niał naj­lep­sze pióra Ame­ryki, m.in. Marka Twa­ina oraz Jacka Lon­dona. Do jego ga­zet pi­sy­wali po­li­tycy: Adolf Hi­tler, Be­nito Mus­so­lini czy Win­ston Chur­chill. Jako pierw­szy ka­zał He­arst pi­sać dzien­ni­ka­rzom ar­ty­kuły tak, by można je było bez prze­ró­bek prze­czy­tać na an­te­nie ra­dia i tym sa­mym ogra­ni­czyć koszty two­rze­nia au­dy­cji. Re­dak­to­rzy ma­ga­zy­nów mo­gli za­ma­wiać tylko ta­kie re­por­taże, które można by póź­niej ła­two wy­ko­rzy­stać jako sce­na­riu­sze fil­mowe. He­arst był więc pre­kur­so­rem tech­nik, które dziś fa­chowcy na­zy­wają z na­masz­cze­niem sy­ner­gią (współ­dzia­ła­niem) i kon­wer­gen­cją (prze­ni­ka­niem się) me­diów.

W ten spo­sób Wil­liam He­arst kie­ro­wał pierw­szym chyba środ­kiem ma­so­wego prze­kazu, ma­ją­cym dzięki wy­myśl­nym me­to­dom psy­cho­lo­gicz­nego od­dzia­ły­wa­nia ol­brzymi wpływ na wszyst­kich i był w sta­nie ma­ni­pu­lo­wać do­wol­nie opi­nią "lu­dzi bez po­glą­dów". Ry­chło stał się więc po­tęgą, z którą władcy po­li­tyczni mu­sieli się li­czyć i któ­rej wro­go­wie po­winni się byli oba­wiać.

Po­mimo swego na­cjo­na­li­zmu i na­wo­ły­wa­nia do wojny, Wil­liam Ran­dolph He­arst był czło­wie­kiem o umiar­ko­wa­nych po­glą­dach i za­go­rza­łym de­mo­kratą. W la­tach 1903- 1907 za­sia­dał w Izbie Re­pre­zen­tan­tów Kon­gresu Sta­nów Zjed­no­czo­nych. W 1904 roku otrzy­mał znaczne po­par­cie ze strony Par­tii De­mo­kra­tycz­nej pod­czas no­mi­na­cji na jej kan­dy­data w wy­bo­rach pre­zy­denc­kich. Pre­zy­den­tem jed­nak nie zo­stał, po­dob­nie jak w 1905 roku bur­mi­strzem No­wego Jorku. Rok póź­niej prze­grał wy­bory na sta­no­wi­sko gu­ber­na­tora stanu Nowy Jork na ko­rzyść Char­lesa Evansa Hu­ghesa. Jako po­li­tyk stał się w la­tach trzy­dzie­stych go­rą­cym zwo­len­ni­kiem fa­szy­zmu. W na­stęp­nej de­ka­dzie za­cie­kle zwal­czał ko­mu­nizm.

Jesz­cze w cza­sie stu­diów na Ha­rvar­dzie, Wil­liam miał ko­chankę, Tes­sie Po­wers, z za­wodu kel­nerkę. Rzu­cił ją jed­nak dla ak­torki i mo­delki Mil­li­cent Wil­son, którą po­ślu­bił w roku 1903, w przed­dzień swych czter­dzie­stych uro­dzin. Mieli pię­ciu sy­nów i całą gro­madę wnu­cząt, z któ­rych naj­więk­szy roz­głos zdo­była Pa­tri­cia (Patty), trze­cia z pię­ciu có­rek Ran­dol­pha He­ar­sta. W 1974 roku zo­stała po­rwana przez człon­ków ra­dy­kal­nego ugru­po­wa­nia le­wi­co­wego SLA (Sym­bio­nese Li­be­ra­tion Army), a po­tem już wspól­nie z po­ry­wa­czami cał­ko­wi­cie do­bro­wol­nie na­pa­dała na banki, za co w 1976 roku sąd fe­de­ralny ska­zał ją na sie­dem lat wię­zie­nia.

Od 1917 roku mi­liony, które za­ra­biał na dzia­łal­no­ści wy­daw­ni­czej, za­czął Wil­liam Ran­dolph trwo­nić na wy­trwałe choć bez­sen­sowne próby uczy­nie­nia sław­nym na­zwi­ska swej mło­dziut­kiej ko­chanki - ja­sno­wło­sej, nie­bie­sko­okiej Ma­rion Do­uras, zna­nej póź­niej jako Ma­rion Da­vies. Zo­ba­czył ją po raz pierw­szy na sce­nie no­wo­jor­skiego "Globe The­atre", gdy sta­ty­sto­wała w spek­ta­klu Kró­lowa kina. Po przed­sta­wie­niu za­pro­sił cały ze­spół na ko­la­cję do spe­cjal­nych apar­ta­men­tów Har­mo­nia Gar­den, jed­nego z na­je­le­gant­szych lo­kali w No­wym Jorku. Ma­łej sta­ty­stce wy­zna­czył miej­sce koło sie­bie i ema­blo­wał ją przez cały wie­czór. On miał już wów­czas 56 lat, ona 17. Po pierw­szym kie­liszku szam­pana za­częła mó­wić do niego "ta­tuśku", co wpro­wa­dziło go w świetny hu­mor. Pod ko­niec przy­ję­cia, gdy już na­strój był bar­dzo swo­bodny, usia­dła mu na ko­la­nach i gła­skała po twa­rzy.

Po śmierci matki w roku 1919 Wil­liam odzie­dzi­czył po niej ran­czo San Si­meon w po­łu­dnio­wej Ka­li­for­nii, o po­wierzchni 250 000 akrów. Wzniósł tam je­den z naj­bar­dziej kosz­tow­nych i eks­tra­wa­ganc­kich do­mów na świe­cie, zwany "Zam­kiem He­ar­sta". Prace bu­dow­lane pod kie­run­kiem Ju­lii Mor­gan wła­ści­wie ni­gdy nie zo­stały ukoń­czone. Nowo po­wstałe po­miesz­cze­nia były na­tych­miast bu­rzone i prze­ra­biane tak, aby po­mie­ścić co­raz to nowe ele­menty sta­rych bu­dyn­ków. Główna fa­sada z dwiema wie­ży­cami, sta­no­wiąca ko­pię ka­te­dry Mu­de­jar, była zwień­cze­niem scho­dów wio­dą­cych z ba­senu ką­pie­lo­wego wy­peł­nio­nego źró­dlaną wodą i oto­czo­nego grecką ko­lum­nadą.

We wnę­trzach tej re­zy­den­cji znaj­do­wały się stropy, ściany i po­sadzki "ukra­dzione" z ko­ścio­łów i zam­ków eu­ro­pej­skich, go­tyc­kie ko­minki, ozdobne ka­felki mau­re­tań­skie, a także grec­kie wazy i śre­dnio­wieczne go­be­liny. No i naj­więk­szy skarb Wil­liama He­ar­sta - Ma­rion Da­vies, z którą spę­dzał tam każdą wolną chwilę, za­nie­dbu­jąc żonę i dzieci. Urzą­dzali przy­ję­cia ko­stiu­mowe, na któ­rych ba­wiła się cała śmie­tanka Hol­ly­wood oraz ta­kie sławy jak Win­ston Chur­chill, Geo­rge Ber­nard Shaw czy Char­les Lind­bergh. 50 mi­lio­nów do­la­rów ulo­ko­wał ma­gnat pra­sowy w no­wo­jor­skich nie­ru­cho­mo­ściach, taką samą sumę w swej ko­lek­cji dzieł sztuki.

He­arst za­ło­żył także dla Ma­rion firmę pro­duk­cyjną "Co­smo­po­li­tan Pic­tu­res". Za­ma­wiał sce­na­riu­sze u naj­zna­ko­mit­szych au­to­rów, an­ga­żo­wał naj­lep­szych re­ży­se­rów. I Ma­rion grała, cho­ciaż ją­kała się i se­ple­niła, a na do­miar złego ner­wowo mru­gała po­wie­kami w chwi­lach za­ci­na­nia się albo ze­zo­wała swymi wiel­kimi jak spodeczki błę­kit­nymi oczami. Wszyst­kie ga­zety He­ar­sta okrzy­ki­wały ją przy oka­zji każ­dego filmu naj­więk­szym cu­dem, jaki kie­dy­kol­wiek po­ja­wił się na ekra­nie. Part­ne­rzy Ma­rion Da­vies do­sta­wali szcze­gól­nie wy­so­kie ho­no­ra­ria, po­nie­waż mieli do­dat­kowe kło­poty. He­arst był o nią cho­ro­bli­wie wprost za­zdro­sny i każdy na­miętny po­ca­łu­nek na ekra­nie, każde nieco czul­sze spoj­rze­nie rzu­cone przez fil­mo­wego amanta na jego pu­pilkę, do­pro­wa­dzało go do bia­łej go­rączki. Ak­to­rzy mu­sieli więc bar­dzo uwa­żać: He­arst znisz­czył kilku, któ­rzy w sceny mi­ło­sne z Ma­rion wkła­dali zbyt wiele uczu­cia.

Jed­nym z tych, któ­rych pra­sowy ma­gnat po­dej­rze­wał o przy­pra­wia­nie mu ro­gów, był Char­lie Cha­plin. He­arst do­wie­dział się od służby, że pod­czas któ­re­goś z jego roz­licz­nych wy­jaz­dów Ma­rion za­pro­siła sław­nego ak­tora na ko­la­cję. Służba do­nio­sła mu rów­nież, że Cha­plin po­zo­stał u niej jesz­cze długo po wyj­ściu in­nych go­ści...

An­giel­ski gwiaz­dor sły­nął ze swych ro­man­sów i wielu oby­cza­jo­wych skan­dali. Naj­więk­szy z nich wy­wo­łał nie­wąt­pli­wie zwią­zek z 15-let­nią Lo­litą Mac­Mu­ray, córką ir­landz­kiego ślu­sa­rza i mek­sy­kań­skiej kel­nerki. W słyn­nym Brzdącu Lo­lita za­grała aniołka, po­tem parę razy po­ja­wiła się w in­nych dzie­łach Char­liego. Przy­szła wraz z matką do re­ży­sera, jako kan­dy­datka do głów­nej roli w Go­rączce złota. Po­nie­waż jed­nak nie miała za grosz ta­lentu, więc za radą matki za­częła brać u Cha­plina lek­cje ak­tor­stwa.

Jak się wkrótce oka­zało, nie tylko ak­tor­stwa, bo­wiem po kilku mie­sią­cach na­uki wy­szło na jaw, że jest w ciąży. Wo­bec wy­wo­ła­nego przez ma­mu­się szumu Cha­plin - ma­jąc do wy­boru wię­zie­nie za sto­sunki z nie­let­nią, bądź mał­żeń­stwo - wy­brał to dru­gie. Ci­chy ślub miał się od­być w Mek­syku, nie­stety, do­wie­dzieli się o nim re­por­te­rzy i wo­kół sprawy zro­biło się jesz­cze gło­śniej.

A już cał­kiem gło­śno zro­biło się po kilku mie­sią­cach, kiedy wo­bec nie naj­le­piej - de­li­kat­nie mó­wiąc - ukła­da­ją­cego się współ­ży­cia mło­dej pary, ma­mu­sia Lo­lity opu­bli­ko­wała frag­menty pro­wa­dzo­nego przez sie­bie dzien­nika, w któ­rym skrzęt­nie za­pi­sy­wała wszyst­kie prze­ka­zane jej przez córkę oby­czaje sy­pial­niane ak­tora, "sprzeczne z pra­wem bo­skim i ludzką na­turą".

Roz­wód kosz­to­wał Cha­plina mi­lion do­la­rów plus dwa razy po sto ty­sięcy na wy­cho­wa­nie sy­nów, po­zo­sta­ją­cych pod opieką matki i te­ścio­wej.

Cha­plin szczy­cił się mię­dzy in­nymi tym, że - jak to eu­fe­mi­stycz­nie mó­wią - zo­stał hoj­nie ob­da­ro­wany przez na­turę. Swój czło­nek na­zy­wał "ósmym cu­dem świata" i uwa­żał się za de­mona seksu. Po­bu­dzał się przy lek­tu­rze Pa­mięt­ni­ków Fanny Hill i chwa­lił, że może upra­wiać seks pięć albo sześć razy z za­le­d­wie kil­ku­mi­nu­to­wymi prze­rwami. Czy można się dzi­wić, że ktoś taki wy­wo­ły­wał u "króla prasy" da­leko idący nie­po­kój?

Tym bar­dziej kiedy w "New York Da­illy News" uka­zał się ar­ty­kuł Grace King­sley, w któ­rym na­pi­sała m.in.: "Char­lie Cha­plin w dal­szym ciągu asy­stuje Ma­rion Da­vies. Przed­wczo­raj wie­czór jadł i tań­czył ze śliczną Ma­rion w "Mont­mar­tre". Wy­stę­po­wała cza­ru­jąca młoda tan­cerka. Cha­plin kla­skał, ale nie pa­trzył w jej stronę. Ani na chwilę nie ode­rwał oczu od ja­sno­wło­sej, pięk­nej Ma­rion".

Tego ro­dzaju tekst w ga­ze­cie kon­ku­ren­cyj­nej grupy pra­so­wej nie mógł się po­do­bać He­ar­stowi. Ma­rion krę­ciła film o cyrku Zan­der the Great (Wielki Zan­der) w tym sa­mym cza­sie, kiedy Cha­plin ro­bił Go­rączkę złota. Czę­sto wstę­po­wał po nią po skoń­czo­nej pracy. W książce Ma­rion Da­vies. A Bio­gra­phy Fred Lau­rence Gu­iles na­pi­sał, że: "Wszy­scy w eki­pie i ob­sa­dzie Zan­dera wie­dzieli, że coś się dzieje, ale Ma­rion i Cha­plin byli za­nadto do sie­bie po­dobni, aby mo­gło to być coś po­waż­niej­szego. W obec­no­ści in­nych osób bła­zno­wali jak ko­cha­jące się ro­dzeń­stwo i trudno so­bie wy­obra­zić, by za­cho­wy­wali się ina­czej, gdy byli tylko we dwoje". Ale He­arst był jed­nak - by użyć słów Gu­ilesa - "zra­niony, zde­ner­wo­wany i nie­pewny, co da­lej ro­bić".

14 sierp­nia 1924 roku za­pro­sił Cha­plina na rejs swym luk­su­so­wym jach­tem "One­ida". Czy tra­ge­dia, która ro­ze­grała się tego dnia na po­kła­dzie, była re­ali­za­cją jego sza­tań­skiego planu po­zby­cia się ry­wala, czy też był to zwy­kły przy­pa­dek - tego do dzi­siaj nie wia­domo. "Może my­ślał, że tak bę­dzie le­piej, je­żeli - jak mnie­mał - roz­bije ten ro­mans; a może chciał wy­ja­śnić z Cha­pli­nem sy­tu­ację Ma­rion, bo Cha­plin miał co do niej pewne wąt­pli­wo­ści" - na­pi­sał póź­niej F.L. Gu­iles. To, co się tam zda­rzyło, jest jedną z wiel­kich i nie­wy­ja­śnio­nych ta­jem­nic Hol­ly­wood.

W każ­dym ra­zie za­pro­sze­nia otrzy­mali także m.in.: 42-letni "cza­ro­dziej we­sternu" Tho­mas H. Ince, na­le­żący do naj­wy­bit­niej­szych oso­bi­sto­ści w ame­ry­kań­skim prze­my­śle fil­mo­wym, re­ży­ser i pro­du­cent, któ­rego He­arst chciał na­mó­wić do pracy w swo­ich "Co­smo­po­li­tan Pic­tu­res", modna li­te­ratka Sho­bila Eli­nor Glyn - bry­tyj­ska au­torka kilku tak zwa­nych "śmia­łych po­wie­ści oby­cza­jo­wych", miesz­ka­jąca od kilku lat w Hol­ly­wood, gdzie z po­wo­dze­niem prze­ra­biała swoje książki na sce­na­riu­sze, piękna ak­torka Aileen Prin­gle - bli­ska przy­ja­ciółka Ma­rion Da­vies, ko­lejna ak­torka - Se­ena Owen, tan­cerz The­odore Ko­sloff, znany głów­nie z we­ster­nów ak­tor Wil­liam S. Hart, sławny ka­li­for­nij­ski le­karz dr Da­niel Car­son Go­od­man - twórca leku na po­ten­cję, pro­du­ko­wa­nego z gru­czo­łów pew­nych po­łu­dnio­wo­ame­ry­kań­skich małp cie­szą­cych się szcze­gól­nym po­cią­giem sek­su­al­nym, po­cząt­ku­jąca dzien­ni­karka Lo­uella Par­sons oraz kilka mniej zna­nych osób, z któ­rymi przy­jaź­niła się Ma­rion lub które da­rzył ła­skami He­arst.

Wspa­niały jacht "One­ida" na­le­żał jesz­cze kilka mie­sięcy temu do ostat­niego ce­sa­rza Nie­miec, Wil­helma II. Od­by­wa­jące się na nim przy­ję­cia sły­nęły z nie­zwy­kłej wy­staw­no­ści, He­arst i Da­vies za­pra­szali na nie całą ów­cze­sną śmie­tankę to­wa­rzy­ską Ame­ryki. Do sta­łego wy­po­sa­że­nia jed­nostki za­li­czało się kil­ka­dzie­siąt skrzy­nek szam­pana "Veuve Cli­cquot" rocz­nik 1908, w któ­rym to roku spe­cjal­nym de­kre­tem za­strze­żono na­zwę "cham­pa­gne" dla win mu­su­ją­cych pro­du­ko­wa­nych za po­mocą me­thode cham­pe­no­ise clas­si­que w Szam­pa­nii. "One­ida" od­biła od ka­li­for­nij­skiego brzegu w samo po­łu­dnie. Rejs za­czął się od wy­staw­nego lun­chu, po któ­rym przy­stą­piono do de­gu­sta­cji zgro­ma­dzo­nego pod po­kła­dem jachtu szam­pana. Za­bawa osią­gnęła szczyt w nocy z trze­ciego na czwarty dzień rejsu. Wła­ści­ciel jachtu, na ogół nie­na­du­ży­wa­jący al­ko­holu, tym ra­zem pił znacz­nie wię­cej niż zwy­kle, na­ma­wia­jąc do pi­cia rów­nież in­nych go­ści. W pew­nym mo­men­cie za­uwa­żył, że w świet­nie ba­wią­cym się to­wa­rzy­stwie nie ma Char­liego Cha­plina. Chwilę póź­niej znik­nęła mu z oczu rów­nież Ma­rion Da­vies. Są­dząc, że wy­szła na po­kład, ru­szył w ślad za nią. Tam jed­nak spo­tkał tylko spa­ce­ru­jącą sa­mot­nie Lo­uellę Par­sons.

- Nie wi­dzia­łaś gdzieś Ma­rion? - za­py­tał bar­dzo zde­ner­wo­wany.

- Ostat­nio wi­dzia­łam ją w ba­rze - od­parła dzien­ni­karka.

He­arst skie­ro­wał się ku scho­dom pro­wa­dzą­cym do baru, gdy na­gle usły­szał ja­kieś szmery na ru­fie. Ru­szył więc w tam­tym kie­runku i po kilku kro­kach uj­rzał roz­ne­gli­żo­waną Ma­rion Da­vies z in­nym męż­czy­zną w nie­dwu­znacz­nej sy­tu­acji. Wy­co­fał się po ci­chu i po­biegł do swej ka­biny po pi­sto­let. Ak­torka za­uwa­żyła go jed­nak i za­częła krzy­czeć, a jej to­wa­rzysz uciekł. Sły­sząc krzyki Ma­rion, z po­mocą po­śpie­szył jej Tho­mas Ince. Ob­jął ak­torkę, chcąc ją uspo­koić. Tym­cza­sem He­arst po­wró­cił z pi­sto­le­tem. Z po­wodu ciem­no­ści i gę­stej mgły błęd­nie zin­ter­pre­to­wał sy­tu­ację. My­śląc za­pewne, że ob­ści­sku­ją­cym jego na­rze­czoną jest Char­lie Cha­plin, na­ci­snął spust. Pro­du­cent we­ster­nów osu­nął się na zie­mię. Póź­niej wie­lo­krot­nie za­da­wano so­bie py­ta­nie, czy strzał ten rze­czy­wi­ście był re­zul­ta­tem po­myłki. Ince był czło­wie­kiem ni­skiego wzro­stu, o po­dob­nym kształ­cie głowy i ko­lo­rze wło­sów jak Cha­plin.

Upły­nęło sporo czasu, za­nim po­zo­stali, pi­jani w dym pa­sa­że­ro­wie "One­idy" do­wie­dzieli się, że w jed­nej z ka­bin leży nie­przy­tomny Ince. Dr Go­od­man po­in­for­mo­wał wszyst­kich, że re­ży­ser cierpi na ostrą nie­straw­ność, ale ni­komu nie po­zwo­lił do niego zaj­rzeć. Po przy­bi­ciu do portu w San Diego Ince'a wy­nie­siono na no­szach i prze­wie­ziono do ho­telu, gdzie zmarł po kilku go­dzi­nach. We­dług ofi­cjal­nej wer­sji, przy­czyną śmierci był atak serca na tle za­tru­cia pto­ma­iną albo gwał­tow­nej nie­straw­no­ści. Ta­kiej przy­naj­mniej tre­ści akt zgonu wy­sta­wił usłużny dr Go­od­man. Ciało spa­lono w wiel­kim po­śpie­chu w kre­ma­to­rium w Los An­ge­les.

"Król prasy" nie był skąpy. Dla swych go­ści z "One­idy" usta­lił bar­dzo wy­so­kie ceny za mil­cze­nie. Wszy­scy uczest­nicy wy­cieczki do­znali na­gle zbio­ro­wej amne­zji. Nikt ni­czego nie wi­dział, nie sły­szał i nie pa­mię­tał. Lo­uella Par­sons, która była przy­pusz­czal­nie je­dy­nym świad­kiem zaj­ścia, do­stała wspa­niały na­szyj­nik ze szma­rag­dów, dwie złote bran­so­lety i wielką broszkę w pla­ty­no­wej opra­wie - wszystko ra­zem war­to­ści po­nad stu ty­sięcy do­la­rów. Przede wszyst­kim zaś He­arst za­an­ga­żo­wał ją w jed­nej ze swo­ich ga­zet jako szefa działu Plotki z Hol­ly­wood, z pen­sją, która rzu­ciła na ko­lana całe dzien­ni­kar­skie śro­do­wi­sko. Od­wdzię­czała mu się po­tem nie­zwy­kle lo­jalną po­stawą przez bli­sko ćwierć wieku. Wszy­scy - za od­po­wied­nią opłatą - zgo­dzili się, że nie ma sensu pła­kać nad roz­la­nym mle­kiem. Usta­lono za­tem wspólną wer­sję wy­da­rzeń: Ince ni­gdy nie zna­lazł się na po­kła­dzie. Za­cho­ro­wał w dro­dze na jacht, za­wró­cił i zmarł wsku­tek ostrego ataku nie­straw­no­ści. Prasa He­ar­sta na­gło­śniła tę hi­sto­ryjkę, a po­twier­dził ją uprzejmy ko­ro­ner. Nie­utu­lo­nej w żalu wdo­wie He­arst za­tkał usta sumą mi­liona do­la­rów. Wiele lat póź­niej pani Ne­il­lie Ince na­wet na łożu śmierci nie za­brała głosu w spra­wie śmierci męża.

La­ko­niczne wzmianki, że Tho­mas Ince nie­do­maga na serce lub cierpi na za­pa­le­nie je­lit - bo róż­nie pi­sano - uka­zały się w ga­ze­tach do­piero trzy mie­siące po owym tra­gicz­nym zaj­ściu. Parę dni póź­niej po­dano do pu­blicz­nej wia­do­mo­ści, że "cza­ro­dziej we­sternu" zmarł na atak serca.

Wy­da­rze­nia, które ro­ze­grały się na jach­cie "One­ida", stały się, oczy­wi­ście, przed­mio­tem wielu naj­roz­ma­it­szych plo­tek. Mó­wiono na przy­kład, że rana, którą od­niósł re­ży­ser, wcale nie była śmier­telna i że zmarł do­piero w wy­niku śmier­tel­nego za­strzyku wy­ko­na­nego przez dwóch we­zwa­nych przez He­ar­sta do po­mocy le­ka­rzy... Po­ja­wiła się rów­nież wer­sja, że He­arst wcale nie za­strze­lił Ince'a, tylko ten wy­pił za­wie­ra­ją­cego tru­ci­znę drinka, przy­go­to­wa­nego spe­cjal­nie dla Char­liego Cha­plina.

Plotki z cza­sem pew­nie by wy­ga­sły, gdyby nie ra­żące sprzecz­no­ści w ze­zna­niach za­in­te­re­so­wa­nych. Prasa He­ar­sta po­dała po­cząt­kowo jaw­nie kłam­liwą in­for­ma­cję, że Ince za­cho­ro­wał na swoim ran­czo. Ma­rion po­wie­działa, że na po­kła­dzie nie było żad­nej broni. Bio­graf He­ar­sta, John Teb­bel, po­daje, że He­arst miał pi­sto­let, żeby cza­sem ustrze­lić ja­kąś mewę.

Cha­plin do końca utrzy­my­wał, że w ogóle nie było go na jach­cie, a w swej au­to­bio­gra­fii - nie przej­mu­jąc się chro­no­lo­gią - na­pi­sał, że Ince żył jesz­cze przez trzy ty­go­dnie i że He­arst, Ma­rion i on sam zło­żyli mu wi­zytę. (Ist­nieje jed­nak fo­to­gra­fia Cha­plina pod­czas uro­czy­stej kre­ma­cji Ince'a, która od­była się 48 go­dzin po jego śmierci). Jedni utrzy­my­wali, że wi­dzieli, jak zno­szono ofiarę z jachtu z raną po­strza­łową w gło­wie, inni zaś twier­dzili, że wi­dać było krew, po­nie­waż Ince wy­mio­to­wał krwią wsku­tek per­fo­ra­cji wrzodu żo­łądka.

Wszyst­kie plotki, od któ­rych aż hu­czało w Hol­ly­wood, zmu­siły wresz­cie pro­ku­ra­tora okręgu San Diego, Chri­sto­phera C. Kem­pleya, do wsz­czę­cia śledz­twa, które szybko jed­nak zo­stało umo­rzone, po­nie­waż główny do­wód w po­staci zwłok ofiary zo­stał spa­lony, pro­chy zaś nie nada­wały się do prze­pro­wa­dze­nia sek­cji i stwier­dze­nia przy­czyny zgonu. W do­datku śmierć na­stą­piła prze­cież ofi­cjal­nie w Los An­ge­les, więc pro­ku­ra­tor z San Diego nie miał tu nic do po­wie­dze­nia. Na­to­miast pro­ku­ra­tura w Los An­ge­les cał­ko­wi­cie zi­gno­ro­wała plotki i nie wsz­częła żad­nego śledz­twa.

Ży­cie He­ar­sta za­in­spi­ro­wało 24-let­niego wów­czas re­ży­sera Or­sona Wel­lesa do na­krę­ce­nia gło­śnego filmu Oby­wa­tel Kane. Prasa za­chwy­ciła się ge­niu­szem fil­mowca, ale pi­sma He­ar­sta przed­sta­wiały film jako "bez­par­do­nowy i nie­od­po­wie­dzialny atak na wspa­nia­łego czło­wieka". Sam bo­ha­ter pró­bo­wał wszel­kimi spo­so­bami za­blo­ko­wać dys­try­bu­cję filmu, wy­ku­pić ta­śmy, spa­lić ne­ga­tyw. Po­dobno wście­kłość ma­gnata wy­wo­łał nie spo­sób przed­sta­wie­nia jego sa­mego, lecz to, że film w złym świe­tle uka­zał uko­chaną Ma­rion.

Eks­tra­wa­gancki tryb ży­cia i wielki kry­zys osła­biły znacz­nie po­zy­cję He­ar­sta na rynku pra­so­wym i fi­nan­so­wym. W 1937 roku zo­stał zmu­szony do sprze­daży czę­ści swo­jej ko­lek­cji dzieł sztuki, a w 1940 stra­cił oso­bi­stą kon­trolę nad im­pe­rium te­le­ko­mu­ni­ka­cyj­nym, które zbu­do­wał. Ostat­nie lata ży­cia spę­dził w izo­la­cji. Zmarł w swej re­zy­den­cji w Be­verly Hills 14 sierp­nia 1951 roku, w wieku 88 lat.

Nie­długo po jego śmierci Ma­rion wy­szła za mąż, ale do końca ży­cia wspo­mi­nała z czu­ło­ścią ko­chanka, który za­pi­sał jej w te­sta­men­cie pięć mi­lio­nów do­la­rów. Prze­żyła go tylko o dzie­sięć lat, umie­ra­jąc na no­wo­twór ko­ści 22 wrze­śnia 1961 roku.

Oj­ciec chrzestny

Ben­ja­min "Bugsy" Sie­gel (1937-1947)

Ben­ja­min Sie­gel uro­dził się w 1905 roku w jed­nym z naj­po­dlej­szych miejsc no­wo­jor­skiego Bro­oklynu, tak zwa­nym Wil­liams­burgu, dziel­nicy nę­dzy i nik­czem­no­ści, któ­rej at­mos­fera nie uspo­sa­biała do nad­mier­nego opty­mi­zmu. Po­tem ro­dzice prze­pro­wa­dzili się wraz z nim do nie lep­szej dziel­nicy, po­ło­żo­nej po­mię­dzy 7 i 11 Aleją z jed­nej strony a 14 i 42 Ulicą z dru­giej, tak zwa­nej "Hell's Kit­chen" (Pie­kiel­nej Kuchni), w któ­rej rzą­dziło prawo ulicz­nych gan­gów.

Młody Ben był ob­da­rzony wy­jąt­kową in­te­li­gen­cją i wiarą w sa­mego sie­bie, która ni­gdy go nie opusz­czała. Wy­róż­niał się wśród ró­wie­śni­ków bra­kiem naj­mniej­szych choćby kom­plek­sów i skru­pu­łów. Od naj­młod­szych lat kry­tycz­nie ob­ser­wo­wał i oce­niał ro­dzi­ców, dziel­nicę, w któ­rej żył, lu­dzi, ko­le­gów i na­uczy­cieli. Wie­dział, że je­śli pój­dzie uczciwą drogą, jego ży­cie bę­dzie może tylko odro­binę lep­sze od ży­cia ojca, ży­dow­skiego krawca, któ­rym po­gar­dzał, uwa­ża­jąc go za głupca i tchó­rza. Co­dzien­nie przed za­śnię­ciem mó­wił do sie­bie:

"Słu­chaj, chło­pie, za wszelką cenę mu­sisz stąd wy­ry­wać. Nie ma mowy, że­byś ra­nił so­bie palce i nisz­czył wzrok nad ma­szyną do szy­cia w tym pie­przo­nym za­kła­dzie kon­fek­cyj­nym za dzie­sięć do­lców ty­go­dniowo. To nie jest ro­bota dla cie­bie. To do­bre dla tę­pa­ków. Ty je­steś wart cze­goś wię­cej".

Już jako 12-letni wy­ro­stek za­jął się wraz z kum­plami ścią­ga­niem ha­ra­czu od han­dla­rzy owo­ców. Na­zy­wano go "Bugsy", co w slangu zna­czy tyle co: wa­riat, szaj­bus. Ben nie lu­bił tego prze­zwi­ska, uży­wano go więc tylko za jego ple­cami.

W wieku 14 lat Sie­gel do­ko­nał pierw­szego za­bój­stwa. Za­strze­lił od­ma­wia­ją­cego mu wy­płaty za ukra­dzioną ben­zynę pa­sera Abe'a Mo­sco­vitza i jego dwóch ochro­nia­rzy. W 1920 roku zo­stał ska­zany na 2 lata po­praw­czaka za do­mnie­many gwałt. Do­mnie­many, bo 20-let­nia żona no­wo­jor­skiego ro­bot­nika o me­lo­dyj­nym imie­niu Gra­ziella udzie­liła mu swych wdzię­ków nie tylko do­bro­wol­nie, ale i z dużą ochotą. Na­kryta jed­nak przez męża na zdra­dzie, bo­jąc się o swe zdro­wie, a na­wet ży­cie, za­częła wrzesz­czeć, że jest nie­wo­lona.

Po wyj­ściu z po­praw­czaka "Bugsy" zo­stał przy­jęty do gangu Mey­era Lan­sky'ego1, no­wo­jor­skiego Żyda, który po­mimo mło­dego wieku wy­wal­czył już so­bie godne miej­sce w prze­stęp­czej hie­rar­chii me­tro­po­lii. Tam osią­gnął pierw­szy szcze­bel sławy, mor­du­jąc gang­stera na­zwi­skiem Va­lenti, kon­ku­renta w prze­my­cie al­ko­holu. Wkrótce stał się prawą ręką szefa. Kie­ro­wał ko­mórką zaj­mu­jącą się za­bój­stwami na zle­ce­nie, a "ce­lami" byli naj­czę­ściej lu­dzie kry­mi­nal­nego pod­zie­mia: zdrajcy, ka­pu­sie, de­frau­danci na­le­żą­cych do ma­fii ka­pi­ta­łów, płatni mor­dercy, któ­rzy wie­dzieli za dużo, ry­wale i kon­ku­renci, a cza­sami sko­rum­po­wani po­li­tycy, któ­rzy na­gle przy­po­mnieli so­bie o uczci­wo­ści lub za­po­mnieli o za­cią­gnię­tych zo­bo­wią­za­niach.

Pod ko­niec lat dwu­dzie­stych Sie­gel w ni­czym nie przy­po­mi­nał daw­nego rze­zi­mieszka. Lek­cje dyk­cji po­zwo­liły po­zbyć się na­le­cia­ło­ści, jaką po­zo­sta­wiła mu edu­ka­cja, którą po­bie­rał w Wil­liams­burgu i Hell's Kit­chen. Ob­ra­cał się w no­wo­jor­skich wyż­szych sfe­rach, za­wsze nie­na­gan­nie ubrany cho­dził na śnia­da­nie do ho­telu Wal­dorf, gdzie rów­nież ko­rzy­stał z usług ma­sa­ży­sty, fry­zjera (raz na ty­dzień) i ma­ni­kiu­rzystki. Jeź­dził nie­zmien­nie naj­now­szym, naj­bar­dziej luk­su­so­wym i naj­droż­szym mo­de­lem forda.

W 1930 roku po­ślu­bił Es­terę Kra­ko­wer, młodą, uro­czą Ży­dówkę o ciem­nych oczach, ja­snej ce­rze i kasz­ta­no­wych wło­sach. Wkrótce uro­dziła im się córka, któ­rej nadano imię Mil­li­cent. Trzy lata po ślu­bie po­ja­wiła się na świe­cie druga córka - Bar­bara.

15 kwiet­nia 1931 roku "Bugsy" wraz z Al­ber­tem Ana­sta­sią, Sa­mem "Red" La­vine'em i Jake'em El­liot­tem za­ła­twili w zna­nej na Co­ney Is­land re­stau­ra­cji "Nu­ova Villa Tam­maro" Giu­seppe Mas­se­rię, naj­waż­niej­szego bossa no­wo­jor­skiej ma­fii. 10 wrze­śnia te­goż roku Sie­gel wraz ze swymi ludźmi urzą­dził rzeź gangu Sa­lva­tore Ma­ran­zano. Dwu­na­stu męż­czyzn we­szło do biura Ma­ran­zano, miesz­czą­cego się w bu­dynku Grand Cen­tral na Man­hat­ta­nie. Szefa za­strze­lono, a dla pew­no­ści jesz­cze po­de­rżnięto mu gar­dło. Tego sa­mego dnia czter­dzie­stu in­nych sze­fów ma­fii na te­re­nie USA zo­stało wy­mor­do­wa­nych. Te "nie­szpory sy­cy­lij­skie" po­sta­wiły na czele ca­łej ma­fii w Sta­nach Zjed­no­czo­nych nie­ja­kiego Sa­lva­tore Lu­ca­nię, zna­nego sze­rzej jako Lucky Lu­ciano (Lu­cek Szczę­ściarz).

W na­stęp­nym roku Sie­gel wsła­wił się w pod­ziem­nym świe­cie za­bój­stwem współ­pra­cu­ją­cego z po­li­cją gang­stera na­zwi­skiem An­thony Fa­brizzo. Pew­nego dnia po­ło­żył się w no­wo­jor­skim Bel­le­vue Ho­spi­tal, sy­mu­lu­jąc cho­robę. Za­pła­cił za luk­su­sową se­pa­ratkę i za­dzwo­nił na pie­lę­gniarkę:

- Po­łkną­łem dwa z tych obrzy­dli­wych prosz­ków na­sen­nych. Pro­szę mi po­pra­wić łóżko, będę spał jak za­bity do rana - po­wie­dział.

Po­tem wy­mknął się ci­cha­czem ze szpi­tala, za­bił ka­pu­sia i po 35 mi­nu­tach le­żał z po­wro­tem grzecz­nie w swoim łóżku. Jego alibi było nie­pod­wa­żalne.

N po­czątku 1937 roku Sie­gel za­jął się z ra­mie­nia gang­ster­skiego Syn­dy­katu in­te­re­sami w Hol­ly­wood. Ma­fia z Los An­ge­les znaj­do­wała się w owych cza­sach pod kon­trolą bossa Jacka Dra­gny, lecz Sie­gel szybko po­ka­zał mu, kto tu na­prawdę rzą­dzi. Dra­gna - wie­dząc o nie­obli­czal­nym cha­rak­te­rze "Bugsy'ego" oraz po­par­ciu, ja­kim cie­szył się ze strony Mey­era Lan­sky'ego i Lucky'ego Lu­ciano, nie miał wyj­ścia i mu­siał ustą­pić mu miej­sca.

Przy­byw­szy do Hol­ly­wood, gang­ster od razu wziął się ener­gicz­nie do pracy, nie ża­łu­jąc za­równo tru­dów, jak i ka­pi­tału. Naj­pierw wy­bu­do­wał i urzą­dził ele­gancko piękną willę w Be­verly Hills. Miała trzy­dzie­ści pięć po­koi i dwa ba­seny, w tym je­den ogromny jak Wiel­kie Je­zioro Słone w sta­nie Utah. Spro­wa­dził tam ro­dzinę z Bro­oklynu i roz­po­czął ży­cie za­moż­nego "spor­t­smena". Po­sia­dał piękne pole gol­fowe, ko­nie wierz­chowe i uda­wał za­pa­lo­nego my­śli­wego. Spra­szał co zna­mie­nit­szych go­ści i wkrótce jego dom za­roił się od fil­mo­wych gwiazd i gwiaz­do­rów. Po­tra­fił tak umie­jęt­nie grać swoją rolę, że wkrótce stał się w Hol­ly­wood bar­dzo po­pu­larną osobą, o któ­rej względy wszy­scy za­bie­gali.

W świat hol­ly­wo­odz­kiej so­cjety wpro­wa­dzili Sie­gela Geo­rge Raft - dawny kum­pel ze szcze­nię­cych lat z Bro­oklynu, a wów­czas uznany ak­tor, oraz zło­to­włosa pięk­ność Jean Har­low - ów­cze­sna gwiazda nu­mer 1, sym­bol seksu, ko­chanka in­nego gang­stera, re­zy­denta Syn­dy­katu w New Jer­sey, Ab­nera "Longy'ego" Zwil­l­mana. Za­pew­niano, że słynna scena z wy­świe­tla­nego wów­czas filmu Red Dust (Czer­wony pył), w któ­rej pra­wie naga Jean wal­czyła z Clar­kiem Ga­ble'em, pod­no­siła w ki­no­wych sa­lach tem­pe­ra­turę aż o 10 stopni. Miała ciało bo­gini, w fil­mach lu­biła przy­bie­rać pro­wo­ku­jące pozy, a z ca­łej po­staci ema­no­wała lu­bieżna zmy­sło­wość. Joan Craw­ford, inna hol­ly­wo­odzka "su­per­star" mó­wiła o niej: "Nie ma żad­nego ta­lentu, ale za to umie roz­pi­nać roz­porki".

Sie­gel miał w ręku jesz­cze je­den wielki atut. Był Ży­dem, a ów­cze­sne Hol­ly­wood aż ro­iło się od przed­sta­wi­cieli na­rodu wy­bra­nego. Od pro­du­cen­tów - Sa­mu­ela Gol­dwyna, Wil­liama Foxa, Lo­uisa B. May­era, braci War­ner i Adol­pha Zuc­kora, po­przez re­ży­se­rów, ta­kich jak Fritz Lang, Billy Wil­der, Edward Dmy­tryk czy Ana­tol Li­tvak, na ak­to­rach koń­cząc. Char­lie Cha­plin, Do­uglas Fa­ir­banks, Edward G. Ro­bin­son, Pau­lette God­dard, Al Jol­son, czy bra­cia Marx - wszy­scy za­li­czali się do "sta­ro­za­kon­nych". Ży­dem był też kom­po­zy­tor Irving Ber­lin i wielu sce­na­rzy­stów oraz au­to­rów dia­lo­gów.

"Bugsy" wie­dział o tym do­sko­nale i spryt­nie wy­ko­rzy­sty­wał swoją przy­na­leż­ność et­niczną, aby prze­su­wać pionki na sza­chow­nicy, pod­czas gdy sam nie przy­wią­zy­wał żad­nej wagi do swego po­cho­dze­nia. Było mu zu­peł­nie obo­jętne, czy ktoś jest Ży­dem, Ir­land­czy­kiem czy Wło­chem.

Za­wsze ubrany z wy­ra­fi­no­wa­nym sma­kiem, przy­stojny, nie­bie­sko­oki, o wy­twor­nych ma­nie­rach i uro­kli­wym uśmie­chu od­sła­nia­ją­cym zęby o nie­ska­zi­tel­nej bieli, uwo­dzi­ciel­ski i sym­pa­tyczny Ben­ja­min Sie­gel ro­bił wśród gwiazd i gwiaz­de­czek "fa­bryki snów" praw­dziwą fu­rorę. Naj­pierw "za­li­czył" Con­stance Ben­nett, naj­le­piej wy­na­gra­dzaną wów­czas gwiazdę na świe­cie, ka­su­jącą 30 ty­sięcy do­lców ty­go­dniowo, piękną ko­bietę o ak­sa­mit­nej skó­rze, tę­czo­wym od­cie­niu wło­sów i nie­sa­mo­wi­cie zgrab­nych no­gach.

Po­tem za­ko­chała się w nim bez pa­mięci hra­bina Do­ro­thy Den­dice Tay­lor Di Frasso. Była od niego 12 lat star­sza i od­czu­wała per­wer­syjne pod­nie­ce­nie, znaj­du­jąc się w ra­mio­nach nie­bez­piecz­nego gang­stera, dla któ­rego płatne za­bój­stwa sta­no­wiły chleb po­wsze­dni. Z ko­lei dla "Bugsy'ego", który dzie­ciń­stwo i mło­dość spę­dził w slum­sach Bro­oklynu i Hell's Kit­chen, wsu­nię­cie się w ary­sto­kra­tyczną po­ściel było ta­kim awan­sem spo­łecz­nym, że róż­nica wieku nie od­gry­wała żad­nej roli, tym bar­dziej że Do­ro­thy Di Frasso za­cho­wała jesz­cze resztki wspa­nia­łej urody. Przede wszyst­kim jed­nak z jej po­staci ema­no­wała na­tu­ralna klasa, swo­boda w obej­ściu, wy­ra­fi­no­wa­nie w ma­nie­rach i spo­so­bie wy­sła­wia­nia się, czego nie miała żadna z obec­nych w Hol­ly­wood gwiazd, które mimo nie­sa­mo­wi­tej pięk­no­ści po­zo­sta­wały jed­nak tylko tym, kim były przed­tem: bar­man­kami, kel­ner­kami, bur­le­sko­wymi tan­cer­kami czy pio­sen­kar­kami z pod­rzęd­nych ka­ba­re­tów.

Nie dla ko­biet jed­nak przy­je­chał Sie­gel do Hol­ly­wood. Wy­ro­biw­szy so­bie sto­sunki, za­brał się do wła­ści­wej pracy. Naj­pierw za­jął się szan­ta­żami, wzo­ru­jąc się na wy­pró­bo­wa­nych przez Lep­kego2 me­to­dach. Udało mu się prze­ko­nać pew­nego gwiaz­dora, że otrzy­mał zbyt ni­ską gażę. Na­mó­wił go, by w chwili, gdy wszystko już było przy­go­to­wane do zdjęć i zo­stały po­nie­sione ogromne koszty, od­mó­wił udziału w fil­mie, tłu­ma­cząc się cho­robą. Na per­trak­ta­cje po­słał jed­nego ze swo­ich lu­dzi.

Wy­słan­nik "Bugsy'ego" zo­bo­wią­zał się na­kło­nić gwiaz­dora do wy­stę­po­wa­nia, za od­po­wied­nim wy­na­gro­dze­niem. W re­zul­ta­cie Sie­gel za­in­ka­so­wał 50 ty­sięcy do­la­rów, z czego 10 ty­sięcy wy­pła­cił gwiaz­do­rowi, a resztę scho­wał do wła­snej kie­szeni. Wy­da­rze­nia te stały się po­cząt­kiem zna­ko­mi­tego - cho­ciaż z pew­no­ścią nie dla wszyst­kich - in­te­resu.

Po­słu­gu­jąc się szan­ta­żem i prze­mocą, "Bugsy" wy­ci­skał worki do­la­rów z kie­szeni pro­du­cen­tów i ak­to­rów. Do­pro­wa­dzał do ze­rwa­nia w ostat­niej chwili kon­traktu po­mię­dzy ja­kimś sław­nym ak­to­rem a pro­du­cen­tem i w imie­niu gwiaz­dora wy­mu­szał znaczne pod­nie­sie­nie gaży. 10 pro­cent tak za­ro­bio­nej sumy od­da­wał ak­to­rowi, resztę zaś zgar­niał dla ma­fii.

Wy­twór­nie fil­mowe były bez­radne. Wpraw­dzie za­wsze można było za­an­ga­żo­wać inną gwiazdę, ale koszty opóź­nie­nia re­ali­za­cji już za­czę­tego filmu były tak wy­so­kie, że o wiele bar­dziej opła­cało się pła­cić ha­racz gang­ste­rowi. Hol­ly­wo­odz­kie gwiazdy na­to­miast chęt­nie in­we­sto­wały pie­nią­dze w pro­wa­dzone prze­zeń in­te­resy.

Wkrótce Sie­ge­lowi udało się do­stać do związku za­wo­do­wego pra­cow­ni­ków fil­mo­wych, za któ­rego po­śred­nic­twem za­czął ścią­gać jesz­cze więk­sze da­niny. Dla ochrony swych in­te­re­sów utwo­rzył zbrojny od­dział i na­wią­zał kon­takty z po­li­ty­kami, a "fa­bryki snów" uży­wał jako ka­nału prze­rzu­to­wego nar­ko­ty­ków z Mek­syku.

Pod­czas jed­nego z przy­jęć "Bugsy" pod­szedł do Jacka War­nera, wiel­kiego szefa wy­twórni "War­ner Bros", i od­cią­gnął go na bok.

- Jack, wiem, że pan bę­dzie krę­cił Ro­bin Ho­oda z Erol­lem Flyn­nem i Oli­vią de Ha­vil­land - za­gad­nął z mi­łym uśmie­chem.

Pro­du­cent o mało nie udła­wił się kon­su­mo­wa­nym wła­śnie ka­wio­rem na grzance. Nikt oprócz jego braci i naj­bliż­szych przy­ja­ciół nie śmiał się do niego zwra­cać w ten spo­sób.

- Będę, i co z tego? - od­burk­nął. - A poza tym nie przy­po­mi­nam so­bie, że­by­śmy byli po imie­niu. Wszy­scy mó­wią do mnie pa­nie War­ner i...

- Jack - prze­rwał mu bez­ce­re­mo­nial­nie gang­ster - pro­szę mnie wy­słu­chać. Pró­buję panu od­dać przy­sługę.

- Pan pró­buje mi od­dać przy­sługę? - War­ner zła­pał za kie­li­szek szam­pana, nie­siony na srebr­nej tacy przez prze­cho­dzą­cego obok kel­nera i z wra­że­nia opróż­nił na­czy­nie dusz­kiem do dna.

- Tak, wła­śnie, przy­sługę - uśmiech­nął się znowu "Bugsy". Uśmiech ten wy­da­wał się jak naj­bar­dziej szczery, ale gdy pro­du­cent po­pa­trzył głę­biej w oczy swego roz­mówcy, uj­rzał w nich sze­roko otwarte wieko trumny. - Niech pan po­słu­cha - kon­ty­nu­ował Sie­gel. - Może pan na­wet o tym nie wie, ale pań­scy księ­gowi po­my­lili się przy opra­co­wy­wa­niu bu­dżetu do pro­duk­cji Ro­bin Ho­oda.

- Po­my­lili się? - War­ner wy­trzesz­czył oczy. - To zu­peł­nie nie­moż­liwe.

- A jed­nak. Za­po­mnieli o jed­nej bar­dzo waż­nej po­zy­cji.

- O ja­kiej, do dia­bła?

- O sta­ty­stach.

- Co pan mi tu za bzdury opo­wiada! - zde­ner­wo­wał się Jack War­ner.

- To żadne bzdury - wy­ja­śnił spo­koj­nie Sie­gel. - Niech pan so­bie wy­obrazi, że sce­na­riusz i dia­logi Ro­bin Ho­oda są już go­towe, wszyst­kie de­ko­ra­cje roz­miesz­czone, świa­tło usta­wione, każdy zna swoją rolę na pa­mięć... Er­rol Flynn trzyma Oli­vię de Ha­vil­land w ra­mio­nach, sły­chać klaps i wo­ła­nie: scena nu­mer je­den, uję­cie pierw­sze... i w tym mo­men­cie wszy­scy sta­ty­ści opusz­czają plan.

- I co z tego - War­ner wzru­szył ra­mio­nami. - Za­trudni się in­nych sta­ty­stów i po kło­po­cie.

- Otóż nie - wy­ja­śnił "Bugsy". - Wi­dzi pan... Wszy­scy sta­ty­ści na­leżą do związku i są so­li­darni...

- Ze związ­kiem za­wsze można się do­ga­dać - uśmiech­nął się po­błaż­li­wie pro­du­cent.

- W pełni zga­dzam się z pań­skim twier­dze­niem. Tylko...

- Tylko co?

- Tylko że ja kon­tro­luję ich zwią­zek - wy­znał szcze­rze gang­ster. - I... pro­szę mi wie­rzyć, że po­mimo mo­ich wy­sił­ków, nie zdo­ła­łem prze­ko­nać paru ich naj­więk­szych twar­dzieli... Wie pan - zni­żył głos do szeptu - nie­któ­rzy z nich to kry­mi­na­li­ści. Po­słu­gują się pałką okutą oło­wiem z taką sku­tecz­no­ścią, z jaką Billy Wil­der po­słu­guje się ka­merą. Po­zy­cja, którą pań­scy księ­gowi za­po­mnieli włą­czyć do bu­dżetu pro­duk­cji Ro­bin Ho­oda, wy­nosi sto ty­sięcy do­la­rów - do­bro­tliwy uśmiech znik­nął z twa­rzy Sie­gela.

- To zwy­kły szan­taż! - wy­buch­nął War­ner. - Czy pan my­śli, że dam się szan­ta­żo­wać bez­kar­nie?

- Je­stem pe­wien, że Ro­bin Hood bę­dzie zna­ko­mi­tym fil­mem - od­parł lo­do­wa­tym to­nem "Bugsy". - Oczy­wi­ście bę­dzie kosz­to­wał o sto ty­sięcy do­la­rów wię­cej, ale część z tego od­zy­ska pan od firm ubez­pie­cze­nio­wych.

- Jak to? - zdzi­wił się pro­du­cent.

- Uda się pan do nich i wy­tłu­ma­czy, że jest pan pe­wien na sto pro­cent, iż pod­czas krę­ce­nia filmu nie bę­dzie ani jed­nego strajku. A po za­koń­czo­nej pracy za­żąda pan pre­mii gra­ty­fi­ka­cyj­nej od firmy, w któ­rej się pan ubez­pie­czył. Będę ju­tro w pań­skim biu­rze, Jack. Pro­szę przy­go­to­wać go­tówkę, nie prze­pa­dam za cze­kami.

Po­nie­waż ha­zard był w Ka­li­for­nii su­rowo za­ka­zany, "Bugsy" od­ku­pił za bez­cen flotę sta­rych stat­ków, wy­re­mon­to­wał je i luk­su­sowo wy­po­sa­żył. Za­ko­twi­czone na Oce­anie Spo­koj­nym, poza gra­ni­cami wód te­ry­to­rial­nych, nie pod­le­gały ka­li­for­nij­skiemu prawu i na ich po­kła­dzie można było bez prze­szkód upra­wiać ha­zard oraz ko­rzy­stać z usług luk­su­so­wego domu pu­blicz­nego. Gra­cze wsia­dali do szyb­kich mo­to­ró­wek i uda­wali się na statki-ka­syna, by prze­pusz­czać swoje pie­nią­dze w ru­letkę, po­kera, black-jacka czy crapsa. Zgrani do su­chej nitki mieli moż­li­wość dal­szego gra­nia na kre­dyt, pod wa­run­kiem pod­pi­sa­nia skryptu dłuż­nego opro­cen­to­wa­nego w wy­so­ko­ści 15% dzien­nie. Zwrot długu w nie­prze­kra­czal­nym ter­mi­nie 14 dni był rze­czą roz­sądną i mocno za­le­caną. Na­zwi­ska tych, któ­rzy za­po­mnieli o tej zdro­wej za­sa­dzie, bar­dzo szybko po­ja­wiały się w ru­bryce ne­kro­lo­gów ga­zety "Los An­ge­les Ti­mes". Ru­bryka ta, sfo­to­gra­fo­wana i po­więk­szona, była przy­le­piana wzdłuż scho­dów stat­ków-ka­syn, przy­po­mi­na­jąc w ten spo­sób o skut­kach amne­zji.

Wkrótce "Bugsy" za­jął się inną gwiazdą Hol­ly­wo­odu, Ma­rion Da­vies. Pro­te­go­wana ma­gnata pra­so­wego, Wil­liama Ran­dol­pha He­ar­sta za­gięła pa­rol na pięk­nego Ben­ja­mina tro­chę dla utar­cia nosa za­nie­dbu­ją­cemu ją ko­chan­kowi, wiecz­nie za­ję­temu swym pra­so­wym im­pe­rium, a tro­chę dla zro­bie­nia na złość Con­stance Ben­nett i hra­bi­nie Di Frasso. "Bugsy" prze­le­ciał ją z ra­do­ścią, a po­tem za­czął szan­ta­żo­wać.

We wrze­śniu 1939 roku wła­dze fe­de­ralne prze­pro­wa­dziły za­kro­joną na sze­roką skalę ak­cję prze­ciwko zor­ga­ni­zo­wa­nej prze­stęp­czo­ści na te­re­nie ca­łego kraju. Ben­ja­min "Bugsy" Sie­gel zo­stał oskar­żony przez pro­ku­ra­tora fe­de­ral­nego J.T. Can­hilla o przy­na­leż­ność do zor­ga­ni­zo­wa­nej grupy gang­ste­rów. Jego ze­zna­nia zło­żone przed są­dem w dniu 4 paź­dzier­nika były ste­kiem kłamstw gru­bymi nićmi szy­tych, ale nikt nie był mu w sta­nie ni­czego udo­wod­nić. Ża­den z ak­to­rów i pro­du­cen­tów Hol­ly­wo­odu nie miał tyle od­wagi, aby świad­czyć prze­ciwko niemu.

8 paź­dzier­nika zo­stał jed­nakże po­now­nie aresz­to­wany i osa­dzony w wię­zie­niu Los An­ge­les Co­unty, w wy­niku dzia­ła­nia nie­ustra­szo­nego tę­pi­ciela gang­ste­rów, pro­ku­ra­tora Tho­masa E. De­weya. Ocze­ki­wa­nie w wię­zie­niu na roz­prawę nie było zbyt uciąż­liwe. "Bugsy" miał spe­cjalną celę, po­siłki przy­no­sił mu z ze­wnątrz oso­bi­sty ku­charz, Fi­li­piń­czyk, który pra­co­wał w naj­lep­szych ho­te­lach, a jego spe­cjal­no­ścią był ba­żant z rożna, po­lany so­sem i skro­piony ma­derą. Straż­nicy wię­zienni ga­pili się z za­chwy­tem na od­wie­dza­ją­cych gang­stera: Geo­rge'a Ra­fta, Gary Co­opera, Clarka Ga­ble'a, Ca­roll Lom­bard, Joan Craw­ford, Ty­rone'a Po­wera i Erolla Flynna, któ­rzy przy­cho­dzili po­cie­szyć sta­rego kom­pana za­baw po­grą­żo­nego w ta­ra­pa­tach.

Co­dzien­nie od­wie­dzała go żona Es­tera, ale bez có­rek. Ni­gdy jed­nak nie zo­sta­wała w celi na noc. Z wielką ra­do­ścią za­stę­po­wały ją inne ochot­niczki. Czy było coś bar­dziej pod­nie­ca­ją­cego od ko­cha­nia się w celi wię­zien­nej z uro­czym gang­ste­rem, o któ­rym nie było wia­domo, czy za pół roku nie do­sta­nie bi­letu w jedną stronę do ko­mory ga­zo­wej w wię­zie­niu San Qu­en­tin?

Na prze­pustki Sie­gel wy­cho­dził naj­czę­ściej ze swą ak­tu­alną przy­ja­ciółką, an­giel­ską ak­torką Wendy Bar­rie, któ­rej po­ma­gał w ka­rie­rze, wy­ko­rzy­stu­jąc swoje sze­ro­kie zna­jo­mo­ści. 30 stycz­nia 1942 roku zo­stał oskar­żony o za­bój­stwo Harry'ego "Big Gre­enie" Gre­en­berga, lecz 21 lu­tego ława przy­się­głych wy­dała de­cy­zję: not gu­ilty! (nie­winny!).

Wy­da­wało się, że Ben­ja­min Sie­gel do­żyje sta­ro­ści w szczę­ściu i bo­gac­twie. Stało się jed­nak ina­czej. Wy­koń­czyła go - jak wielu in­nych - ko­bieta. W 1943 roku po­znał Vir­gi­nię Hill. Była wy­soka, miała dłu­gie, kru­czo­czarne włosy, wspa­niałe zie­lone oczy, smu­kłe nogi i bio­dra, które ko­ły­sały się jak ku­ter przy zbli­ża­ją­cym się cy­klo­nie. Mó­wiła z prze­cią­głym ak­cen­tem Po­łu­dnia i ema­no­wała sza­loną zmy­sło­wo­ścią. Była córką ka­mie­nia­rza z Ala­bamy i miała dzie­wię­cioro ro­dzeń­stwa. W wieku 16 lat ucie­kła z ko­chan­kiem do Chi­cago. Szybko po­rzu­ciła na­rze­czo­nego i za­częła wy­stępy jako re­wiowa "girl". Tam za­uwa­żył ją pe­wien gang­ster trze­ciej ka­te­go­rii i po­jął za żonę. Za­li­czyła trzech mę­żów i do­piero po trze­cim roz­wo­dzie zro­zu­miała, że wol­ność jest naj­pięk­niej­szą rze­czą na świe­cie. Była przy­ja­ciółką naj­gło­śniej­szych bos­sów prze­stęp­czego pod­zie­mia: Lucky'ego Lu­ciano, Franka Co­stello, Joe Ado­nisa, "Longy'ego" Zwil­l­mana i Mey­era Lan­sky'ego. W prze­stęp­czym Syn­dy­ka­cie peł­niła rolę skarb­nika. Sły­nęła z roz­rzut­no­ści i pi­jac­kich wy­bry­ków. W ciągu jed­nej nocy po­tra­fiła wy­dać na al­ko­hole 10 ty­sięcy do­la­rów! Służ­bie ho­te­lo­wej i kel­ne­rom da­wała stu­do­la­rowe na­piwki. Twier­dziła, że ma dwa nie­ogra­ni­czone źró­dła do­cho­dów: ko­nie i męż­czyzn. Prze­słu­chi­wana kie­dyś przed spe­cjalną ko­mi­sją se­natu ame­ry­kań­skiego, zaj­mu­jącą się zwal­cza­niem zor­ga­ni­zo­wa­nej prze­stęp­czo­ści i dzia­ła­jącą pod prze­wod­nic­twem Es­tesa Ke­fau­vera, wy­znała:

- Wszy­scy gang­ste­rzy, o któ­rych mówi się, że by­łam ich ko­chanką, da­wali mi kosz­towne pre­zenty - od­po­wie­działa.

Na py­ta­nie, dla­czego da­wali jej te pre­zenty, po­iry­to­wana od­parła:

- Po­nie­waż przede mną nikt im tak do­brze nie cią­gnął druta!

"Bugsy" do­słow­nie osza­lał na jej punk­cie. Wy­na­jął dla niej dawną willę Ru­dolfa Va­len­tino i urzą­dził ją z ogrom­nym prze­py­chem. W końcu za­pro­po­no­wał mał­żeń­stwo. Vir­gi­nia od­mó­wiła, ale stała się jego ko­chanką. Bar­dzo kosz­towną ko­chanką.

W roku 1944 Syn­dy­kat skie­ro­wał Sie­gela do Las Ve­gas, aby roz­krę­cił tam ha­zard. Ben za­brał się do ro­boty jak zwy­kle z wiel­kim roz­ma­chem. Kosz­tem wy­asy­gno­wa­nych z ma­fij­nej kasy sied­miu mi­lio­nów do­la­rów wy­bu­do­wał "Fla­mingo" - pierw­sze ka­syno po­łą­czone z ho­te­lem. Nie­ba­wem na­stępne gang­ster­skie przy­bytki w po­staci luk­su­so­wych do­mów gry i wspa­nia­łych ho­teli za­częły wy­ra­stać jak grzyby po desz­czu. Taki był po­czą­tek ka­riery owej mie­ściny, ścią­ga­ją­cej dziś co roku 30 mi­lio­nów spra­gnio­nych emo­cji tu­ry­stów. Wkrótce jed­nak

"Bugsy" za­czął trak­to­wać Las Ve­gas jak swoje pry­watne te­ry­to­rium. Co­raz czę­ściej za­czy­nał też mieć za­le­gło­ści z ty­tułu roz­li­czeń z Syn­dy­ka­tem. Nic dziw­nego, skoro gros zy­sków z Hol­ly­wood i Las Ve­gas in­we­sto­wał w Vir­gi­nię Hill. Za­ko­chany w pięk­nej ku­rewce gang­ster lek­ce­wa­żył prze­sy­łane mu przez Syn­dy­kat upo­mnie­nia. Był prze­ko­nany, że za­sia­da­jąc w ra­dzie Syn­dy­katu, jest nie­ty­kalny, nie zda­rzyło się bo­wiem ni­gdy, by ma­fia skrzyw­dziła ko­goś z naj­wyż­szych władz kar­telu. My­lił się jed­nak.

Na po­sie­dze­niu rady w Ha­wa­nie, na które nie zo­stał za­pro­szony, za­padł na niego wy­rok śmierci. 24 gło­sami za i 2 prze­ciw (Meyer Lan­sky i Lucky Lu­ciano). Do wy­ko­na­nia za­da­nia wy­zna­czono Fran­cuza na­zwi­skiem Luc Pre­vot, który róż­nił się od po­nu­ra­ków na­le­żą­cych do ekipy Al­berta Ana­sta­sii tym, że sze­roki uśmiech ni­gdy nie scho­dził mu z twa­rzy. Pre­vot był jed­nak zna­ko­mi­tym fa­chow­cem. Pod­czas oku­pa­cji hi­tle­row­skiej słu­żył we fran­cu­skim od­dziale nie­miec­kiego SD, zaj­mu­ją­cym się li­kwi­do­wa­niem człon­ków ru­chu oporu.

20 czerwca 1947 roku "Bugsy" po­kłó­cił się z Vir­gi­nią i sam, tylko z ob­stawą, po­je­chał do swej willi przy 810 North Lin­den Drive. Luc Pre­vot wśli­znął się po ci­chu do są­sied­niej po­se­sji. Wi­dział jak "Bugsy" sie­dzi na ka­na­pie i czyta ga­zetę. Spo­koj­nie wy­ce­lo­wał swój win­che­ster mo­del M1. Pierw­sza kula tra­fiła Ben­ja­mina Sie­gela w lewy oczo­dół i jego piękne błę­kitne oko po­le­ciało aż na drugi ko­niec sa­lonu. Druga tra­fiła w róg pra­wego oczo­dołu, a trze­cia prze­szła pod ko­ścią po­licz­kową. Czwarta roz­trza­skała wi­szący na ścia­nie olejny ob­raz na­giej ko­biety ze szklanką whi­sky w ręku. Trzy ostat­nie po­roz­ry­wały na strzępy wspa­niałą ma­ry­narkę gar­ni­turu, za który za­le­d­wie przed kil­koma dniami Sie­gel za­pła­cił aż 400 do­la­rów. Twórca ha­zar­do­wej po­tęgi Las Ve­gas i "oj­ciec chrzestny" Hol­ly­wood ru­nął na zie­mię po­dziu­ra­wiony ku­lami jak ser emen­ta­ler.

1 Meyer Lan­sky (wł. Ma­jer Su­chow­lań­ski) - ur. 4 lipca 1902 roku w Grod­nie, zm. 15 stycz­nia 1983 roku w Miami Be­ach, je­den z naj­bar­dziej zna­nych ame­ry­kań­skich gang­ste­rów ery pro­hi­bi­cji. Żyd pol­skiego po­cho­dze­nia. 2 Lo­uis Bu­chal­ter (1897-1944) - gang­ster ży­dow­skiego po­cho­dze­nia, znany był pod pseu­do­ni­mem Lepke. We­dług twier­dze­nia Ed­gara Ho­overa, szefa FBI, Lepke miał na su­mie­niu po­nad setkę mor­derstw, choć przez wiele lat żad­nego nie po­tra­fiono mu udo­wod­nić. Słabo czy­tał i pi­sał, ale za to z od­le­gło­ści trzy­dzie­stu kro­ków po­tra­fił ulo­ko­wać kulę ka­li­bru 38 mm w główce agrafki. W 1940 roku zo­stał oskar­żony o za­bój­stwo pierw­szego stop­nia i ska­zany na karę śmierci. Eg­ze­ku­cję na krze­śle elek­trycz­nym wy­ko­nano 4 marca 1944 roku w wię­zie­niu Sing Sing.

W imie­niu Rzecz­po­spo­li­tej

Igo Sym (1929/1930)

Wcze­snym ran­kiem 7 marca 1941 roku do war­szaw­skiej ka­mie­nicy po­ło­żo­nej przy ulicy Ma­zo­wiec­kiej 10 we­szło trzech wy­spor­to­wa­nych mło­dych męż­czyzn. Ma­zo­wiecka była naj­bar­dziej ar­ty­styczną ulicą przed­wo­jen­nej War­szawy. Tu pod nu­me­rem dwu­na­stym mie­ściła się naj­słyn­niej­sza ka­wiar­nia sto­licy - "Mała Zie­miań­ska", z pół­pię­ter­kiem oku­po­wa­nym przez po­etów, li­te­ra­tów, ar­ty­stów ma­la­rzy, a także pro­fe­so­rów znaj­du­ją­cego się nie­opo­dal Uni­wer­sy­tetu War­szaw­skiego. Swoją na­zwę za­wdzię­czała są­siedz­twu z To­wa­rzy­stwem Kre­dy­to­wym Ziem­skim, zaś okre­śle­nie "mała" wią­zało się z po­cząt­kowo nie­wiel­kimi roz­mia­rami lo­kalu.

Obok znaj­do­wały się - wielce za­słu­żone dla li­te­ra­tury - księ­gar­nia oraz wy­daw­nic­two Ja­kuba Mort­ko­wi­cza. Pod ósemką, dzie­siątką i szes­nastką dzia­łały trzy ga­le­rie sztuki, a pod czter­nastką - znany bar "U Wró­bla", gdzie na obiady wpa­dali go­ście "Zie­miań­skiej". W cza­sie oku­pa­cji ulica zsza­rzała, ale nie stra­ciła cał­kiem daw­nego bla­sku.

Jed­nakże to nie z po­wodu li­te­ra­tury ani ma­lar­stwa trzej mło­dzi lu­dzie zna­leźli się w tym miej­scu. Je­den z nich, do któ­rego po­zo­stali zwra­cali się "Szary", zo­stał na klatce scho­do­wej, na par­te­rze. Dwaj po­zo­stali - "Za­wada" i "Mały" - we­szli szyb­kim kro­kiem na czwarte pię­tro. Może na­wet mi­nęli się na scho­dach z Hanką Or­do­nówną, która po zwol­nie­niu z Pa­wiaka zaj­mo­wała je­den z lo­kali na trze­cim pię­trze. Choć to ra­czej wąt­pliwe, była bo­wiem go­dzina 7.10 rano i o tej po­rze ar­ty­ści zwy­kle jesz­cze śpią.

Do­piero po woj­nie usta­lono ich na­zwi­ska. "Szary" na­zy­wał się Bog­dan Ro­go­liń­ski, "Za­wada" - Ro­man Roz­mi­łow­ski, a "Mały" - Wik­tor Kli­ma­szew­ski3. Wszy­scy trzej byli żoł­nie­rzami ZOM (Za­kładu Oczysz­cza­nia Mia­sta), grupy li­kwi­da­cyj­nej kontr­wy­wiadu Związku Walki Zbroj­nej. Roz­mi­łow­ski, przed­wo­jenny pod­po­rucz­nik ar­ty­le­rii, w kam­pa­nii wrze­śnio­wej wal­czył w sze­re­gach 6 Dy­wi­zjonu Ar­ty­le­rii Cięż­kiej. Po nie­uda­nej pró­bie prze­do­sta­nia się przez Sło­wa­cję do Fran­cji wró­cił do War­szawy i na­tych­miast włą­czył się do czyn­nej kon­spi­ra­cji.

Skrę­cili w długi ko­ry­tarz z sze­re­giem drzwi. "Mały" za­dzwo­nił do miesz­ka­nia ozna­czo­nego nu­me­rem 10. Po chwili otwo­rzyła im młoda ko­bieta, ubrana we wzo­rzy­sty szla­frok.

- Pa­no­wie do kogo? - za­py­tała, nie kry­jąc zdu­mie­nia wi­zytą o tak nie­ludz­kiej po­rze.

- Chcie­li­by­śmy zo­ba­czyć się z pa­nem dy­rek­to­rem Sy­mem - wy­ja­śnił "Za­wada".

- O tej po­rze? - Ko­bieta była wy­raź­nie zde­gu­sto­wana.

- Czy to coś pil­nego?

- O, tak, pro­szę pani - uśmiech­nął się "Mały". - Na­wet bar­dzo pil­nego. Może pani bę­dzie ła­skawa po­pro­sić pana dy­rek­tora. My tylko na chwi­leczkę...

- No... do­brze - zgo­dziła się nie­chęt­nie. - Pro­szę po­cze­kać. Niech pa­no­wie wejdą do sa­lo­niku. - Wska­zała im drzwi pro­wa­dzące do jed­nego z po­koi.

Dwie mi­nuty póź­niej wszedł tam przy­stojny, po­stawny męż­czy­zna po czter­dzie­stce. Był jesz­cze za­spany, na pi­żamę na­rzu­cił po­spiesz­nie ciem­no­nie­bie­ską po­domkę.

- Czy pan Igo Sym? - za­py­tał "Mały".

- Tak. O co cho­dzi? - W gło­sie męż­czy­zny, z po­zoru uprzej­mym, można było wy­czuć nutę iry­ta­cji. - Mam na­dzieję, że to coś na­prawdę waż­nego...

- W imie­niu Rze­czy­po­spo­li­tej... - roz­po­czął tra­dy­cyjną for­mułę wy­roku "Mały", wy­cią­ga­jąc z kie­szeni płasz­cza pi­sto­let.

- Masz ło­trze, za Pol­skę! - "Za­wada" nie za­mie­rzał ba­wić się w ta­kie ce­re­giele. Bły­ska­wicz­nie do­był "Visa" i z od­le­gło­ści pół­tora me­tra wpa­ko­wał męż­czyź­nie kulę pro­sto w serce.

Tra­fiony Sym padł mar­twy na twarz, tuż pod nogi strze­la­ją­cego. Młoda ko­bieta, która otwo­rzyła drzwi, na od­głos strzału po­ja­wiła się w progu. Jak ska­mie­niała pa­trzyła na śmierć swo­jego szwa­gra.

Strzał obu­dził śpiącą w są­sied­nim miesz­ka­niu Anielę La­wiń­ską. Star­sza ko­bieta in­stynk­tow­nie wy­czuła, że to za­mach na Syma. Na­tych­miast ze­rwała z łóżka swego syna, Ta­de­usza Kar­czew­skiego, przed­wo­jen­nego ofi­cera, i jego ko­legę. Nie było chwili do stra­ce­nia - obaj nie byli u niej za­mel­do­wani, a za chwilę zjawi się tu ge­stapo. Aniela La­wiń­ska wy­bie­gła na ko­ry­tarz. Przez otwarte drzwi miesz­ka­nia za­ję­tego przez Sy­mów zo­ba­czyła zwłoki Igo i po­chy­loną nad nimi la­men­tu­jącą matkę. Sta­nęła w drzwiach, by za­sło­nić sobą prze­my­ka­ją­cych ko­ry­ta­rzem syna i jego ko­legę.

Za­nim do­mow­nicy zdą­żyli wsz­cząć alarm, cała trójka za­ma­chow­ców była już na ulicy. Za­raz za bramą wej­ściową do ka­mie­nicy ro­ze­szli się w prze­ciwne strony, by go­dzinę póź­niej spo­tkać się pod oknami miesz­ka­nia or­ga­ni­za­tora ak­cji, Ro­mana Nie­wia­ro­wi­cza, przy alei Na Skar­pie 67.

- Za­ła­twione - za­mel­do­wał "Mały".

- Żad­nych kło­po­tów?

- Żad­nych. Wszystko po­szło jak po ma­śle.

Ro­man Nie­wia­ro­wicz, ps. "Łada", był w oku­pa­cyj­nym świe­cie ak­tor­skim po­sta­cią wy­jąt­kową. W kon­spi­ra­cji peł­nił funk­cję szefa bry­gady spe­cjal­nej war­szaw­skiego okręgu Związku Walki Zbroj­nej, po­przed­nika Ar­mii Kra­jo­wej. Za zgodą władz Pol­ski Pod­ziem­nej za­trud­niony był jako ak­tor i re­ży­ser w te­atrze "Ko­me­dia". Zor­ga­ni­zo­wał tam skład­nicę mel­dun­kową jed­nej z ko­mó­rek ZWZ i cen­tralę kon­spi­ra­cyj­nych kon­tak­tów, zna­ko­mi­cie ma­sko­wa­nych przez co­dzienny ruch i ży­cie te­atru.

"Ko­me­dia" cie­szyła się u Niem­ców zna­ko­mitą opi­nią, to­też wiele taj­nych spraw można tam było za­ła­twiać zu­peł­nie bez­piecz­nie, w ide­al­nych wprost wa­run­kach, nie­malże na oczach ge­sta­pow­ców. Funk­cjo­na­riu­sze Ge­he­ime Sta­at­spo­li­zei by­wali w tym te­atrze bar­dzo czę­sto, bo­wiem jego dy­rek­tor, Ar­tur Hor­wath, utrzy­my­wał z nimi bli­skie sto­sunki.

O go­dzi­nie dzie­wią­tej Nie­wia­ro­wicz udał się do Te­atru Pol­skiego, gdzie jak gdyby ni­gdy nic do­py­ty­wał się o Syma, z któ­rym rze­komo umó­wił się na tę go­dzinę w ja­kiejś bar­dzo pil­nej spra­wie. Po­wie­dziano mu, że dy­rek­tor Sym z pew­no­ścią przyj­dzie, ale nie wia­domo do­kład­nie, o któ­rej go­dzi­nie. Nie­wia­ro­wicz zo­sta­wił mu wia­do­mość, że idzie do "Ko­me­dii" i że bę­dzie tam na niego cze­kał.

Po­tem te­le­fo­no­wał jesz­cze kil­ka­krot­nie, za każ­dym ra­zem sły­sząc tę samą od­po­wiedź, że dy­rek­tor Sym jesz­cze nie przy­szedł. Jak się po­tem oka­zało, w Te­atrze Pol­skim wie­dziano o śmierci Syma już przed je­de­na­stą, lecz na wy­raźne po­le­ce­nie ge­stapo od­po­wia­dano nie­zmien­nie w ten wła­śnie spo­sób.

Ge­stapo zja­wiło się na Ma­zo­wiec­kiej kil­ka­na­ście mi­nut po za­ma­chu. Matka Igo Syma oświad­czyła ge­sta­pow­com, że jej syna na pewno nie za­bił nikt miesz­ka­jący w tym domu. Niemcy prze­szu­kali wszyst­kie miesz­ka­nia. W po­koju Anieli La­wiń­skiej zna­leźli przed­wo­jenną fo­to­gra­fię Igo Syma z de­dy­ka­cją dla jej męża, ak­tora: "Ko­cha­nemu ko­le­dze Lu­dwi­kowi La­wiń­skiemu - Igo Sym". Zdję­cie uchro­niło ją przed szcze­gó­ło­wym śledz­twem.

O go­dzi­nie 11 uliczne me­ga­fony, tak zwane szcze­kaczki, nadały jako ko­mu­ni­kat spe­cjalny roz­po­rzą­dze­nie gu­ber­na­tora Lu­dwiga Fi­schera. Na­stęp­nego dnia war­szaw­skie słupy ogło­sze­niowe i mury ka­mie­nic po­kryte zo­stały pla­ka­tami z jego tre­ścią:

ROZ­PO­RZĄ­DZE­NIE

Dnia 7 marca 1941 r. we wła­snym miesz­ka­niu zo­stał za­strze­lony przez Po­laka Nie­miec

IGO SYM

Kie­row­nik Te­atru Mia­sta War­szawy

W związku z tą ohydną zbrod­nią za­rzą­dzam dla ob­szaru mia­sta War­szawy, co na­stę­puje:

1. Aresz­to­wa­nie więk­szej ilo­ści za­kład­ni­ków.

2. Na­tych­mia­stowy za­kaz wy­ko­ny­wa­nia pro­duk­cji ar­ty­stycz­nych w pol­skich te­atrach, re­wiach, za­kła­dach ga­stro­no­micz­nych i wszyst­kich in­nych lo­ka­lach roz­ryw­ko­wych do dnia 7 kwiet­nia br. włącz­nie.

3. Wpro­wa­dze­nie go­dziny po­li­cyj­nej dla Po­la­ków aż do od­wo­ła­nia, od 20.00 do 5.00.

Je­żeli w prze­ciągu trzech dni na­zwi­sko zbrod­nia­rza nie zo­sta­nie ujaw­nione wła­dzom nie­miec­kim, za­kład­nicy będą roz­strze­lani.

Roz­po­rzą­dze­nie wcho­dzi w ży­cie z chwilą ogło­sze­nia.

(-) Dr LU­DWIG FI­SCHER

GU­BER­NA­TOR

Za­cho­wany wy­rok Woj­sko­wego Sądu Spe­cjal­nego przy Ko­men­dzie Głów­nej ZWZ jest wy­jąt­kowo la­ko­niczny.

Data, kilka słów, na­zwi­sko ska­za­nego. Nie ma uza­sad­nie­nia, nie ma składu orze­ka­ją­cego. Pełna kon­spi­ra­cja. "Ten do­ku­ment to i tak wy­jąt­kowy ra­ry­tas dla hi­sto­ryka - oce­nił znawca Pań­stwa Pod­ziem­nego, An­drzej Krzysz­tof Ku­nert. - Ślad, że wszystko od­było się zgod­nie z pra­wem. Pro­ce­dura wy­ma­gała jesz­cze, aby taki wy­rok za­twier­dził woj­skowy zwierzch­nik okręgu. W przy­padku Syma je­stem na dzie­więć­dzie­siąt dzie­więć pro­cent pe­wien, że roz­kaz wy­dał oso­bi­ście ge­ne­rał Ste­fan Ro­wecki-Grot. On nie mógł o tym nie wie­dzieć".

Igo, a wła­ści­wie Ka­rol An­toni Ju­liusz Sym uro­dził się 3 lipca 1896 roku w Ins­brucku. Był sy­nem Po­laka, An­to­niego Syma, le­śni­czego z oko­lic Żywca i Au­striaczki, Ju­lii Seppi. W Inns­brucku skoń­czył szkołę śred­nią, zdał tam ma­turę, a po­tem wy­je­chał do Wied­nia, gdzie przez trzy lata stu­dio­wał w kon­ser­wa­to­rium mu­zycz­nym, w kla­sie śpiewu.

Pod­czas I wojny świa­to­wej zo­stał po­wo­łany do ar­mii au­striac­kiej i wy­słany na front serb­ski, gdzie do­słu­żył się stop­nia po­rucz­nika. Tam też ranny czy kon­tu­zjo­wany, uzy­skał zwol­nie­nie z woj­ska i wró­cił na stu­dia w kon­ser­wa­to­rium wie­deń­skim.

Po od­zy­ska­niu przez Pol­skę nie­pod­le­gło­ści jego owdo­wiała matka przy­je­chała z trzema sy­nami do Żywca i przy­jęła pol­skie oby­wa­tel­stwo. Igo słu­żył ja­kiś czas w pie­cho­cie, po­tem za­trud­nił się jako urzęd­nik w Banku Go­spo­dar­stwa Kra­jo­wego w Żywcu. Zor­ga­ni­zo­wał tam chór mie­szany, któ­rego zo­stał dy­ry­gen­tem i za­ło­żył ama­tor­skie kółko dra­ma­tyczne.

Oże­nił się z He­leną Fa­łat, zwaną Kuką, córką Ju­liana Fa­łata, kie­dyś ma­la­rza na dwo­rze ce­sa­rza Nie­miec, póź­niej rek­tora kra­kow­skiej Aka­de­mii Sztuk Pięk­nych. Do­cho­wał się z nią syna, Ju­liana. Chło­piec zmarł na za­pa­le­nie opon mó­zgo­wych w wieku dzie­wię­ciu lat, a He­lena nie­długo po tym po­peł­niła sa­mo­bój­stwo. Po tym wy­da­rze­niu Sym już ni­gdy nie zwią­zał się na stałe z żadną ko­bietą.

W 1925 roku Sym ukoń­czył In­sty­tut Fil­mowy, pry­watną szkołę ak­tor­stwa Wik­tora Bie­gań­skiego i za­de­biu­to­wał na srebr­nym ekra­nie fil­mem Wam­piry War­szawy. Suk­ces umoż­li­wiła mu nie­prze­ciętna uroda oraz wy­nie­siona z woj­ska spraw­ność fi­zyczna. Gry­wał głów­nie ele­ganc­kich męż­czyzn, ary­sto­kra­tów i woj­sko­wych, m.in. grał główną rolę w Ko­chance Sza­moty. Hi­sto­ria mrocz­nego i wy­nisz­cza­ją­cego ro­mansu przy­stoj­nego męż­czy­zny z ta­jem­ni­czą ko­bietą, która oka­zała się nie­boszczką, zro­biła klapę, ale Sy­mowi do­pi­sało szczę­ście.

Wy­cho­wany w Au­strii, a co za tym idzie per­fek­cyj­nie wła­da­jący ję­zy­kiem nie­miec­kim, do­ra­biał poza pla­nem jako tłu­macz. Pod­czas ja­kichś roz­mów z part­ne­rami z Wied­nia jego uro­dziwa twarz wpa­dła w oko au­striac­kim pro­du­cen­tom. Dwa lata po de­biu­cie ak­tor­skim wy­je­chał nad piękny mo­dry Du­naj, gdzie pod­pi­sał kon­trakt na wy­łącz­ność ze stu­diem "Sa­scha-Film­stu­dios AG". Za­grał m.in. w ckli­wym me­lo­dra­ma­cie Die Prat­ter­mitzi, który wkrótce wszedł na pol­skie ekrany jako Dziew­czę z Pra­teru. Od 1929 roku pra­co­wał głów­nie w Niem­czech, part­ne­ru­jąc na ekra­nie Mar­le­nie Die­trich, Li­lian Ha­rvey i in­nym.

Z tą pierw­szą po­łą­czył go po­dobno krótki, choć burz­liwy ro­mans. Spo­tkali się na pla­nie Cafe Elek­tric, a każde z nich wy­wio­zło z Wied­nia pa­miątkę tej zna­jo­mo­ści. Sym - fo­to­gra­fię "Błę­kit­nego Anioła" z od­ręczną de­dy­ka­cją Mar­leny, którą po­tem chwa­lił się wszyst­kim jako do­wo­dem daw­nej za­ży­ło­ści z gwiazdą. Die­trich - piłę mu­zyczną, po­da­ru­nek od Igo, na któ­rej grała póź­niej ame­ry­kań­skim żoł­nie­rzom wy­ru­sza­ją­cym na front. Piła do dzi­siaj znaj­duje się w ber­liń­skim mu­zeum fil­mo­wej gwiazdy. Zdobi ją mała ta­bliczka: "Igo, Wie­deń 1927" - wspo­mnie­nie ko­chanka, który pod­czas wojny zna­lazł się po dru­giej stro­nie ba­ry­kady.

To był szczyt ka­riery Syma. Za­koń­czyła się ona wraz z koń­cem kina nie­mego i wpro­wa­dze­niem dźwięku. Igo miał kło­poty z wy­ma­wia­niem "r". Dla twar­dego ję­zyka nie­miec­kiego sta­no­wiło to istotną wadę.

Na po­czątku lat trzy­dzie­stych po­wró­cił do Pol­ski. Grał w fil­mach, ale już tylko role dru­go­pla­nowe, co praw­do­po­dob­nie wią­zało się z kło­po­tami z bez­błęd­nym opa­no­wa­niem ję­zyka pol­skiego.

"Gdy dziś oglą­dam go na ekra­nie, jego po­pu­lar­ność za każ­dym ra­zem mnie dziwi - oce­nił Syma fil­mo­znawca Ka­mil Ste­pan na ła­mach "Ga­zety Wy­bor­czej". - Słaby ak­tor, sztywny, jakby po­łknął szczotkę, żad­nej mi­miki. Nie do­sta­wał zna­czą­cych ról, a i tak był gwiazdą. Ta­kie to były czasy - ładna twarz li­czyła się bar­dziej od umie­jęt­no­ści ak­tor­skich. A Sym ucho­dził za za­bój­czo pięk­nego".

Pra­co­wał w war­szaw­skich te­atrach re­wio­wych "Banda" i "Hol­ly­wood", sku­pia­jąc się na ka­rie­rze es­tra­do­wej. Śpie­wał po­pu­larne prze­boje, a jego po­pi­so­wym nu­me­rem było akom­pa­nio­wa­nie so­bie grą na pile. Ele­gant o nie­ska­zi­tel­nych ma­nie­rach, ak­tor nieco sztywny, ale uwiel­biany, ry­wa­li­zo­wał o miano naj­więk­szego amanta z Eu­ge­niu­szem Bodo i Alek­san­drem Żab­czyń­skim. Gdy było trzeba, kre­ował się na wiel­kiego pol­skiego pa­triotę...

"Szwab­skiego ja­zgotu mam już po­wy­żej uszu" - za­pew­niał przy wódce przy­ja­ciół po po­wro­cie z Nie­miec, gdzie tuż przed wojną za­czął znowu krę­cić ja­kieś ka­wałki dla ber­liń­skiej "Ufy".

"Sym nie musi się wy­si­lać - na­pi­sał Bo­gu­sław Ku­nach w ar­ty­kule Być tym, co sły­nie (Ga­zeta Wy­bor­cza 1.12.2003). - Pod­czas swo­jego że­la­znego nu­meru nie po­pi­suje się, nie mę­czy w cho­re­ogra­ficz­nych ukła­dach, w ogóle gra nie­wiele. Tylko śpiewa. W pew­nym mo­men­cie scho­dzi ze sceny mię­dzy pu­blicz­ność w pierw­szych rzę­dach".

Ku­nach opi­suje, jak to Sym pod­czas wy­stę­pów wy­bie­rał so­bie na wi­downi jedną z ko­biet - nie miało zna­cze­nia, czy była młoda czy stara, ładna czy mniej uro­dziwa, ważne było je­dy­nie, by pa­trzyła na niego z za­chwy­tem. W trak­cie śpiewu pod­cho­dził do niej, po­da­wał dłoń i za­pra­szał do wspól­nego udziału w nu­me­rze. Za­sko­czona i onie­śmie­lona wiel­bi­cielka nie miała od­wagi spoj­rzeć na gwiaz­dora, lecz Sym nie ustę­po­wał - zbli­żał się, nie­mal ją obej­mo­wał i usta­wiał twa­rzą do pu­blicz­no­ści. Fi­nał wy­stępu sy­gna­li­zo­wał sze­ro­kim ge­stem ręki, po czym wy­cią­gał z kie­szeni fraka swoją fo­to­gra­fię z de­dy­ka­cją, wrę­czał ją ko­bie­cie, ca­ło­wał jej dłoń i od­pro­wa­dzał na miej­sce. Pu­blicz­ność na­gra­dzała go grom­kimi bra­wami, a wy­brana wiel­bi­cielka czuła się jak w siód­mym nie­bie. Po ta­kim po­ka­zie bi­lety na miej­sca w pierw­szych rzę­dach sprze­da­wały się z kil­ku­dnio­wym wy­prze­dze­niem, a więk­szość z nich zaj­mo­wały ko­biety.

Na pla­ka­tach z pro­gra­mami naj­lep­szych war­szaw­skich ka­ba­re­tów lat trzy­dzie­stych na­zwi­sko Syma było dru­ko­wane ta­kimi sa­mymi, wiel­kimi li­te­rami, jak na­zwi­ska Hanki Or­do­nówny, Zuli Po­go­rzel­skiej, Miry Zi­miń­skiej czy Adolfa Dym­szy. W słyn­nym "Mor­skim Oku" - naj­po­pu­lar­niej­szym ka­ba­re­cie sto­licy - był gwiazdą. Tek­sty pio­se­nek pi­sali mu: Ju­lian Tu­wim, Ma­rian He­mar i An­drzej Włast. Był po­wszech­nie lu­biany w śro­do­wi­sku fil­mo­wym i es­tra­do­wym, jego do­bre wy­cho­wa­nie i uprzej­mość chwa­lił na­wet na ogół zło­śliwy w swych re­cen­zjach An­toni Sło­nim­ski.

"Wy­bit­nej urody po­stawny bru­net, in­te­li­gentny, wy­kształ­cony, oczy­tany, płyn­nie włada kil­koma ję­zy­kami - wspo­mi­nał go po­eta, sa­ty­ryk i pro­zaik Ta­de­usz Wit­tlin w książce Pie­śniarka War­szawy, Hanka Or­do­nówna i jej świat. - Jest cza­ru­jący, gdyż umie ba­wić roz­mową, ma wro­dzony dow­cip, gra na for­te­pia­nie, śpiewa, upra­wia sporty, jest mi­strzem bi­lardu i zna mnó­stwo sztu­czek ma­gicz­nych, czym chęt­nie się po­pi­suje. Nie może się tylko po­chwa­lić ta­len­tem ak­tor­skim, lecz ten brak nad­ra­bia urodą. Zło­śliwi na­zy­wają go pięk­nym sta­ty­stą". "Może i nie był wy­bit­nym ak­to­rem, ale był po­dzi­wiany - twier­dziła w roz­mo­wie z Bo­gu­sła­wem Ku­na­chem Ste­fa­nia Gro­dzień­ska, która tań­czyła w ka­ba­re­tach pod­czas wy­stę­pów Syma. - U ko­biet miał nie­sa­mo­wite wzię­cie. Krą­żyły le­gendy o jego pod­bo­jach".

W 1933 roku do­stał nie­wielką rolę szefa pol­skiego kontr­wy­wiadu w fil­mie Szpieg w ma­sce. Główną rolę za­grała słynna Or­donka, Hanka Or­do­nówna (Ma­ria Anna Pie­tru­szyń­ska), śpie­wa­jąca tam swoje wiel­kie prze­boje: Mi­łość ci wszystko wy­ba­czy i Na pierw­szy znak, gdy serce drgnie. Jako ak­tor wy­padł przy niej blado, a gwiazda wy­da­wała się nie zwra­cać na niego naj­mniej­szej uwagi. Miała zresztą w tym cza­sie po­waż­niej­sze kło­poty, mio­ta­jąc się po­mię­dzy mał­żeń­stwem z hra­bią Mi­cha­łem Tysz­kie­wi­czem a związ­kiem z Ju­liu­szem Osterwą. Cała War­szawa i pół Pol­ski żyło jed­nak plot­kami o ich pło­mien­nym ro­man­sie.

Na­si­liły się one jesz­cze bar­dziej pod­czas wspól­nych wy­stę­pów Or­donki i Syma w wi­do­wi­sku Gwiazdy areny. Wielki na­miot cyr­kowy braci Sta­niew­skich, gdzie pre­zen­to­wano pro­gram, przez kilka mie­sięcy wy­peł­niony był do ostat­niego miej­sca. Naj­więk­szym po­wo­dze­niem cie­szył się nu­mer, w któ­rym Or­do­nówna po­pi­sy­wała się wol­ty­żerką, a Sym wy­ko­ny­wał bez siatki za­bez­pie­cza­ją­cej akro­ba­cje na tra­pe­zie. Do­dat­kowo jesz­cze oboje w tym cza­sie śpie­wali. Kilka lat póź­niej, już po woj­nie, Or­do­nówna za­prze­czyła w swych wspo­mnie­niach, by co­kol­wiek łą­czyło ją z Igo Sy­mem. Czy mó­wiła prawdę? Trudno do­ciec. Był to czas, w któ­rym wszy­scy wy­pie­rali się zna­jo­mo­ści z ak­to­rem, a ci, któ­rzy wy­przeć się nie mo­gli, cho­wali wsty­dli­wie głowy. W każ­dym ra­zie Or­do­nówna nie przy­znała się w pa­mięt­niku do tego, że sie­dząc na Pa­wiaku, bła­gała Syma o in­ter­wen­cję u władz nie­miec­kich. O to samo za­bie­gał u niego rów­nież mąż pio­sen­karki, hra­bia Tysz­kie­wicz, ale Sym nie ze­chciał po­móc. Nic w tym zresztą dziw­nego, bio­rąc pod uwagę, że to naj­praw­do­po­dob­niej on po­mógł zor­ga­ni­zo­wać za­sadzkę, w któ­rej aresz­to­wano ukry­wa­jącą się Or­donkę.

Po na­jeź­dzie hi­tle­row­ców na Pol­skę po­zo­stał w War­sza­wie. Pod­czas ob­lę­że­nia sto­licy pra­co­wał w Straży Oby­wa­tel­skiej: ko­pał rowy prze­ciw­lot­ni­cze i wy­do­by­wał ran­nych spod gru­zów. Po ka­pi­tu­la­cji mia­sta i roz­po­czę­ciu oku­pa­cji pra­co­wał po­cząt­kowo w ma­gi­stra­cie jako tłu­macz i w woj­sko­wej ko­men­dan­tu­rze jako urzęd­nik re­je­stru­jący po­jazdy.

Pod ko­niec roku za­de­kla­ro­wał się jako tak zwany Re­ichs­deut­scher (Nie­miec za­miesz­kały poza Rze­szą). Ze względu na swoją przed­wo­jenną sławę stał się cen­nym ele­men­tem le­gi­ty­mi­za­cji no­wego po­rządku. Urząd Pro­pa­gan­dowy Ge­ne­ral­nego Gu­ber­na­tor­stwa (Pro­pa­ganda-Ab­te­ilung) po­wie­rzył mu sta­no­wi­sko dy­rek­tora The­ater der Stadt War­schau, daw­nego Te­atru Pol­skiego przy ulicy Ka­ra­sia 2, oraz za­rzą­dza­nie ki­nem nur für Deut­sche "Hel­go­land" (przed­wo­jen­nym "Pal­la­dium", miesz­czą­cym się przy Zło­tej pod nu­me­rem 7/9). Otrzy­mał rów­nież kon­ce­sję na pro­wa­dze­nie Te­atru "Ko­me­dia" przy ulicy Kre­dy­to­wej 14. By­wał czę­stym go­ściem w domu Lu­dwiga Fi­schera, gu­ber­na­tora dys­tryktu war­szaw­skiego. Po­dobno pod­ko­chi­wała się w nim żona dy­gni­ta­rza.

W 1940 roku zor­ga­ni­zo­wał wer­bu­nek pol­skich ak­to­rów do an­ty­pol­skiego filmu He­im­kehr (Po­wrót do oj­czy­zny), zle­co­nego przez Go­eb­belsa i wy­re­ży­se­ro­wa­nego przez Gu­stava Uicky'ego. Prze­sła­nie "dzieła" było pro­ste. Przed wojną mniej­szość nie­miecka była w Pol­sce tor­tu­ro­wana, szy­ka­no­wana i mor­do­wana. Te­raz, po po­wro­cie tych ziem do Re­ichu, całe zło mi­nęło. Film miał być krę­cony w pol­skich ple­ne­rach, a do roli opraw­ców mieli być za­an­ga­żo­wani pol­scy ak­to­rzy. W głów­nej roli ko­bie­cej wy­stą­piła gwiazda nie­miec­kiego kina lat trzy­dzie­stych, Paula We­ssely, dużą rolę pol­skiego bur­mi­strza-sa­dy­sty miał, we­dług kon­cep­cji Syma, za­grać Ka­zi­mierz Ju­no­sza-Stę­pow­ski4, je­den z naj­wy­bit­niej­szych ak­to­rów przed­wo­jen­nego pol­skiego kina, ale ten nie dał się za­stra­szyć i od­mó­wił. Osta­tecz­nie Sym na­mó­wił Uicky'ego, by po­wie­rzył tę rolę Bo­gu­sła­wowi Sam­bor­skiemu5.

Jedna z naj­bar­dziej od­ra­ża­ją­cych scen filmu przed­sta­wia scenę zgwał­ce­nia głów­nej bo­ha­terki, nie­miec­kiej na­uczy­cielki, przez kilku wy­rost­ków o se­mic­kich ry­sach twa­rzy. W in­nej znów sce­nie grupa pi­ja­nych męż­czyzn o od­ra­ża­ją­cym wy­glą­dzie ściga mło­dziutką ja­sno­włosą dziew­czynę, rzu­ca­jąc za nią ka­mie­niami. (W okre­sie PRL-u po­dob­nie po­stę­po­wano z ak­to­rami gra­ją­cymi Niem­ców, do­bie­ra­jąc do ta­kich ról osob­ni­ków o twa­rzach jak z al­bumu Lom­broso6). Do gwałtu jed­nakże nie do­cho­dzi, po­nie­waż w pew­nym mo­men­cie ka­mień tra­fia dziew­czynę w skroń. Ści­gana pada mar­twa na bruk. Na ekra­nie zbli­że­nie głowy za­mor­do­wa­nej Niemki. Za chwilę ka­mera kie­ruje się na jej szyję, na któ­rej wi­dać łań­cu­szek ze swa­styką.

Bar­dzo nie­wiele osób wie­działo wów­czas (i wie do dziś), jak na­prawdę wy­glą­dała re­ali­za­cja Po­wrotu. Zdję­cia ple­ne­rowe krę­cono na Kur­piach, w My­szyńcu i oko­licy. Re­ży­ser Gu­stav Uicky zja­wił się tam w asy­ście jed­nostki SS, która miała ode­grać szcze­gólną rolę w sce­nach zbio­ro­wych. Prze­brani w pol­skie mun­dury es­es­mani od­twa­rzali przed ka­merą na­jazdy Po­la­ków na domy nie­miec­kich osad­ni­ków. Tłumy ma­tek z dziećmi na rę­kach bie­gły pę­dzone kol­bami ka­ra­bi­nów. Ele­ganccy ofi­ce­ro­wie bili pej­czami po twa­rzach prze­ra­żone sta­ruszki. Woźny ko­pał w twarz młodą ko­bietę, bła­ga­jącą pol­skiego bur­mi­strza o ra­tu­nek. Zbli­że­nie po­ka­zy­wało ciężki but i twarz ko­biecą za­laną łzami. To wszystko działo się na­prawdę! Es­es­mani nie mar­ko­wali cio­sów, lecz na­prawdę bili kol­bami ka­ra­bi­nów. Ty­ra­ni­zo­wa­nych osad­ni­ków nie­miec­kich grała miej­scowa lud­ność pol­ska.

Ob­raz na­szego zwy­rod­nie­nia miał przy­spo­so­bić Niem­ców prze­by­wa­ją­cych w Pol­sce do wła­ści­wego po­stę­po­wa­nia z Po­la­kami. Na ten per­fidny po­mysł od­wró­ce­nia ról - Po­lacy jako prze­śla­do­wani Niemcy i Niemcy jako sa­dy­styczni Po­lacy - wpadł po­dobno Igo Sym. Z po­wie­rzo­nego mu za­da­nia wy­wią­zał się zresztą zna­ko­mi­cie, wer­bu­jąc w su­mie dzie­wię­ciu pol­skich ak­to­rów, któ­rzy ob­sa­dzili ne­ga­tywne role. "Biu­le­tyn In­for­ma­cyjny" war­szaw­skiego okręgu ZWZ, pi­sząc o nim, za­wsze do­da­wał przed na­zwi­skiem epi­tet: "ka­na­lia".

Co­raz czę­ściej dawni zna­jomi cho­wali się na wi­dok Syma w bra­mach, wi­dząc go pa­ra­du­ją­cego dum­nie po uli­cach sto­licy z czer­woną na­zi­stow­ską opa­ską ze swa­styką na ra­mie­niu.

"Z opa­ską? Ja wi­dzia­łam go w nie­miec­kim mun­du­rze! - obu­rzała się Li­dia Wy­socka, part­nerka Syma w Zło­tej ma­sce i ostat­nia ży­jąca ak­torka, która grała z nim w fil­mie. - To był po­czą­tek oku­pa­cji i jesz­cze nie roz­po­zna­wa­łam nie­miec­kich for­ma­cji po mun­du­rach, więc nie wiem, co to był za uni­form. Sym wy­szedł tak ubrany z ja­kie­goś urzędu przy placu Pił­sud­skiego. Nie mo­głam się my­lić. To był on. Nim mnie za­uwa­żył, od­wró­ci­łam się i ru­szy­łam na drugą stronę ulicy".

Sym nie ze­rwał jed­nak kon­tak­tów ze śro­do­wi­skiem ak­tor­skim. Czę­sto po­ka­zy­wał się w pro­wa­dzo­nej przez ak­to­rów ka­wia­rence w za­mknię­tym Te­atrze Pol­skim. Nie był mile wi­dzia­nym go­ściem, ale wszy­scy bali się oka­zać mu nie­chęć. No, może nie wszy­scy.

"Wy­pije czło­wiek bru­der­szaft z ja­kimś ścier­wem, a po­tem się wsty­dzi do końca ży­cia - po­wie­dział mu pro­sto z mo­stu ak­tor Do­bie­sław Da­mięcki, były le­gio­ni­sta, oj­ciec Da­miana i Ma­cieja7. - Bę­dziesz ty jesz­cze, łaj­daku, wi­siał na la­tarni - do­dał na ko­niec roz­mowy, w związku z czym zmu­szony był ukry­wać się aż do końca oku­pa­cji". (Mag­da­lena Grze­bał­kow­ska, Irena i męż­czyźni, wy­bor­cza.pl, 05.12.2000)

Nie­któ­rym (na szczę­ście nie­licz­nym) oferty pracy skła­dane przez Igo Syma wy­da­wały się bar­dzo in­tratne. W pierw­szych mie­sią­cach wojny ak­to­rzy nie mieli żad­nych moż­li­wo­ści wy­stę­po­wa­nia, a co za tym idzie - za­ra­bia­nia na ży­cie. Za­trud­niali się jako kel­ne­rzy czy szat­nia­rze. Alek­san­der Ze­lwe­ro­wicz zo­stał na wsi do­zorcą obory, Je­rzy Ju­ran­dot ho­do­wał po­mi­dory, a Ste­fa­nia Gro­dzień­ska po­ma­gała zna­jo­mej fry­zjerce. Więk­szość we­ge­to­wała.

Kon­spi­ra­cyjny Zwią­zek Ar­ty­stów Scen Pol­skich ogło­sił boj­kot wszel­kich jaw­nych przed­się­wzięć sce­nicz­nych.

"Po­zwo­li­li­śmy je­dy­nie na wy­stępy w ka­wiar­niach, re­cy­ta­cje i pio­senki, bo coś trzeba było ak­to­rom zo­sta­wić jako środki do utrzy­ma­nia" - mó­wił po woj­nie pro­fe­sor Boh­dan Ko­rze­niew­ski, czło­nek Taj­nej Rady Te­atral­nej. We­dług jego oceny, około dwu­stu lu­dzi te­atru nie za­sto­so­wało się do norm na­rzu­co­nych przez kon­spi­ra­cyjne wła­dze.

Ku za­sko­cze­niu pod­zie­mia, kon­ce­sjo­no­wane te­atrzyki cie­szyły się dużą po­pu­lar­no­ścią. Ogło­szony przez Pań­stwo Pod­ziemne boj­kot oby­wa­tel­ski był ma­sowo ła­many. Po­dob­nie było z ki­nami. Nie po­ma­gały wy­pi­sy­wane na mu­rach ha­sła "Tylko świ­nie sie­dzą w ki­nie, co bo­gat­sze to w te­atrze". Nie da­wały efek­tów ak­cje pusz­cza­nia śmier­dzą­cych ga­zów na wi­downi, wy­wo­ły­wa­nie po­ża­rów, wle­wa­nie wi­dzom do kie­szeni żrą­cych pły­nów i go­le­nie głów. Na­wet żoł­nie­rze pod­zie­mia wspo­mi­nali po woj­nie, jak po uda­nej ak­cji lu­bili się od­stre­so­wać na wi­downi te­atrzyku lub w ki­nie. Na tym fron­cie walki cy­wil­nej Pań­stwo Pod­ziemne po­nio­sło klę­skę.

Kon­takty Syma z pol­skim śro­do­wi­skiem ar­ty­stycz­nym nie po­le­gały jed­nak tylko na skła­nia­niu jego przed­sta­wi­cieli do ko­la­bo­ra­cji z wro­giem. We wspo­mnia­nym wcze­śniej fil­mie Szpieg w ma­sce Sym wcie­lił się w po­stać szefa pol­skiego kontr­wy­wiadu. W praw­dzi­wym ży­ciu ode­grał rolę kon­fi­denta ge­stapo.

Roz­pra­co­wa­niem dzia­łal­no­ści Syma za­jął się z ra­mie­nia ZWZ Ro­man Nie­wia­ro­wicz, dawny współ­pra­cow­nik Od­działu II Sztabu Ge­ne­ral­nego Woj­ska Pol­skiego. Ofi­ce­ro­wie "Dwójki" po­wie­rzyli mu to za­da­nie jesz­cze w 1939 roku, w kon­su­la­cie pol­skim w Bu­da­pesz­cie, w cza­sie ewa­ku­acji pol­skich władz, już wtedy po­dej­rze­wa­jąc ak­tora o współ­pracę z wy­wia­dem nie­miec­kim. Ze­brane do­wody nie po­zo­sta­wiały wąt­pli­wo­ści. Po za­po­zna­niu się z nimi Woj­skowy Sąd Spe­cjalny ZWZ wy­dał na Igo Syma wy­rok śmierci.

Sam kon­fi­dent czuł się bez­karny. "Otrzy­ma­łem już trzy wy­roki śmierci i żyję, a jak bę­dzie mi go­rąco, to zwieję na stałe do Wied­nia i niech mnie tam po­ca­łują w dupę z ich wy­ro­kami" - uspo­ka­jał in­nego ak­tora, Bo­gu­sława Sam­bor­skiego, który tak prze­ko­nu­jąco za­grał rolę pol­skiego bur­mi­strza-sa­dy­sty w fil­mie Po­wrót do oj­czy­zny i który wkrótce po­tem otrzy­mał pocztą wy­rok śmierci za ko­la­bo­ra­cję.

Wio­sną 1941 roku w miesz­ka­niu przy ulicy Ma­zo­wiec­kiej Igo by­wał już rzadko. Uzy­ska­nie przez Nie­wia­ro­wi­cza in­for­ma­cji, że 8 marca 1941 roku ma wy­je­chać na stałe do Wied­nia, gdzie cze­kało na niego wy­so­kie sta­no­wi­sko przy pro­duk­cji fil­mo­wej, przy­spie­szyło de­cy­zję. Do za­ła­twie­nia zo­stała mu ostat­nia sprawa, która trzy­mała go na miej­scu - trzeba było wy­cią­gnąć brata, Al­freda, z obozu je­niec­kiego.

Naj­młod­szy z Sy­mów, Al­fred (1899-1973), też pró­bo­wał wcze­śniej swo­ich sił przed ka­merą. We wrze­śniu 1939 roku był ka­pel­mi­strzem w or­kie­strze. Po­tem pół­tora roku spę­dził za dru­tami oflagu. Mógł się na­wet nie orien­to­wać w roli, jaką Igo od­gry­wał pod­czas oku­pa­cji. Wy­szedł na wol­ność tuż przed jego śmier­cią. Po woj­nie osie­dlił się w Au­strii i tam zro­bił ka­rierę jako kom­po­zy­tor mu­zyki po­waż­nej8.

Po­cząt­kowy po­mysł, żeby Igo Syma po pro­stu otruć, od­rzu­cili kon­spi­ra­cyjni zwierzch­nicy. Eg­ze­ku­cja miała być do­ko­nana z woj­sko­wej broni 9 mm. Za­stra­szona, po­zba­wiona na­dziei po klę­sce Fran­cji Pol­ska po­winna prze­ko­nać się, że Pań­stwo Pod­ziemne po­trafi ka­rać zdraj­ców i od­stęp­ców. Je­dy­nym miej­scem, gdzie z pew­no­ścią można było go za­stać, było skromne miesz­ka­nie przy Ma­zo­wiec­kiej 10, gdzie Sym prze­pro­wa­dził się wraz z matką po zbu­rze­niu we wrze­śniu 1939 roku ich domu na Kra­kow­skim Przed­mie­ściu.

Po śmierci Syma gu­ber­na­tor ogło­sił ża­łobę w sto­licy. Póź­niej zda­rzyło się to tylko po klę­sce sta­lin­gradz­kiej i po za­ma­chu na Kut­scherę. Po­grzeb ak­tora stał się ty­powo pro­pa­gan­do­wym spę­dem, obok nie­miec­kich dy­gni­ta­rzy wzięli w nim rów­nież udział pol­scy ak­to­rzy "sy­mow­skich" te­atrów. Mia­sto za­marło spa­ra­li­żo­wane lę­kiem przed nie­miec­kimi re­pre­sjami.

Tuż po za­ma­chu roz­pla­ka­to­wano li­sty goń­cze za ak­to­rami po­dej­rze­wa­nymi o udział w ak­cji - mał­żeń­stwem Ireną Gór­ską i Do­bie­sła­wem Da­mięc­kim. Stało się tak, po­nie­waż ktoś do­niósł spe­cjal­nej gru­pie "Mord­kom­mi­sion Igo Sym", która pro­wa­dziła do­cho­dze­nie, że Da­mięcki w barku ak­to­rów w pod­zie­miach Te­atru Pol­skiego opo­wia­dał w nie­wy­bredny spo­sób, co Po­lacy my­ślą o ob­no­szą­cym się ze swoją po­zy­cją Sy­mie. Na tej pod­sta­wie ge­stapo po­wią­zało ich z za­ma­chem i ak­tor­ska para zmu­szona była ukry­wać się aż do końca wojny.

W od­we­cie za śmierć Igo Syma Niemcy wzięli 118 za­kład­ni­ków, spo­śród któ­rych 21 osób roz­strze­lano 11 marca w Pal­mi­rach. Aresz­to­wa­nych zo­stało rów­nież kil­ka­na­ście osób z war­szaw­skiego świata ak­tor­skiego. Za­mknięto Le­ona Schil­lera, Ste­fana Ja­ra­cza, Elż­bietę Barsz­czew­ską, Li­dię Wy­socką, Zbi­gniewa Sa­wana i wielu in­nych.

"Po­dobno brali nas we­dług ja­kiejś li­sty zna­le­zio­nej w miesz­ka­niu Syma" - opo­wia­dała póź­niej Wy­socka.

Ak­to­rzy prze­szli Pa­wiak, wię­zie­nie przy alei Szu­cha, część wy­lą­do­wała w KL Au­schwitz. Naj­go­rzej zniósł to Ja­racz. Z obozu wró­cił scho­ro­wany i w 1945 roku zmarł na gruź­licę.

3 Nie­które źró­dła po­dają, że trze­cim uczest­ni­kiem za­ma­chu (w miej­sce "Sza­rego") był po­rucz­nik Le­szek Ko­wa­lew­ski, ps. "Twardy", ur. w 1910 roku, roz­strze­lany przez Niem­ców na Pa­wiaku w roku 1943. Jesz­cze inne, że tym, który zo­stał na par­te­rze, sta­no­wiąc ze­wnętrzną osłonę ak­cji, był "Mały", na górę zaś we­szli "Szary" i "Srebrny". 4 5 lipca 1943 roku Ka­zi­mierz Ju­no­sza-Stę­pow­ski zo­stał po­strze­lony w swym war­szaw­skim miesz­ka­niu przez od­dział eg­ze­ku­cyjny pol­skiego pod­zie­mia, gdy za­sła­niał cia­łem swą żonę, Ja­dwigę Ga­lew­ską, nar­ko­mankę i kon­fi­dentkę ge­stapo. Po kilku go­dzi­nach zmarł. 5 Praw­do­po­dob­nie Sam­bor­ski zde­cy­do­wał się na taką współ­pracę, żeby ochro­nić swoją żonę, która z po­cho­dze­nia była Ży­dówką. Po wy­ko­na­niu wy­roku śmierci na Sy­mie przez żoł­nie­rzy ZWZ Sam­bor­ski wy­je­chał do Nie­miec, gdzie po­zo­stał także po woj­nie. Kon­ty­nu­ował ka­rierę ak­tor­ską pod pseu­do­ni­mem Got­tlieb Sam­bor; wy­stą­pił w dwóch fil­mach: Shiva und die Gal­gen­blume (1945 - ostatni film wy­pro­du­ko­wany przez prze­mysł fil­mowy III Rze­szy) oraz Am Ende der Welt (1947). W 1948 roku, po za­ocz­nym wy­roku pol­skiego sądu, ska­zu­ją­cym go na do­ży­wo­cie za współ­pracę z oku­pan­tem, wy­je­chał do Ar­gen­tyny, gdzie zmarł w roku 1971. 6 Ce­sare Lom­broso (1835-1909) - wło­ski psy­chia­tra i an­tro­po­log, pro­fe­sor uni­wer­sy­te­tów w Pa­wii i Tu­ry­nie. Był twórcą tak zwa­nej "an­tro­po­lo­gicz­nej szkoły prawa kar­nego", za po­mocą któ­rej sta­rał się do­wieść, że prze­stępcy ro­dzą się prze­stęp­cami i cha­rak­te­ry­zują się okre­ślo­nymi ce­chami ana­to­micz­nymi, jak na przy­kład: pła­skie i ni­skie czoło, sil­nie wy­sta­jące łuki brwiowe, przy­po­mi­na­jące to­rus nad oczo­do­łami małpy człe­ko­kształt­nej, asy­me­tria czaszki, czy też mię­si­ste i na­brzmiałe wargi. 7 Zu­peł­nie ina­czej za­cho­wał się syn wspa­nia­łego ojca, po­pu­larny ak­tor Ma­ciej Da­mięcki. Jako TW "Bliź­niak", współ­pra­co­wał w la­tach 1973-1989 z ko­mu­ni­styczną Służbą Bez­pie­czeń­stwa. Zgod­nie z do­ku­men­tami, miał w tym cza­sie od­być 76 spo­tkań z funk­cjo­na­riu­szami bez­pieki, prze­ka­zu­jąc im 70 in­for­ma­cji ma­ją­cych war­tość ope­ra­cyjną. Ma­ciej Da­mięcki przy­znał się do pod­pi­sa­nia zo­bo­wią­za­nia do współ­pracy, jed­nak czas jej trwa­nia okre­ślił na 2 lata, pod­czas któ­rych na­pi­sał "za­le­d­wie" dwie no­tatki dla SB. Za­pew­nił, że nie za­szko­dził oso­bom ze śro­do­wi­ska ak­tor­skiego. 8 Trzeci z braci Sy­mów - a wła­ści­wie pierw­szy, bo naj­star­szy - Er­nest (1893-1950) otrzy­mał w 1932 roku sto­pień dok­tora fi­lo­zo­fii w dzie­dzi­nie che­mii na Wy­dziale Ma­te­ma­tyczno-Przy­rod­ni­czym Uni­wer­sy­tetu War­szaw­skiego. Rok póź­niej, po uzy­ska­niu ha­bi­li­ta­cji, za­czął sa­mo­dziel­nie kie­ro­wać Za­kła­dem Che­mii Ogól­nej i Fi­zjo­lo­gicz­nej Wy­działu We­te­ry­na­rii UW. W 1937 roku otrzy­mał no­mi­na­cję na pro­fe­sora zwy­czaj­nego. Na kilka lat przed wy­bu­chem II wojny świa­to­wej pod­jął ba­da­nia w dzie­dzi­nie me­ta­bo­li­zmu prąt­ków gruź­licy, pra­cu­jąc w Miej­skim Sa­na­to­rium w Otwocku. Kon­ty­nu­ował je w la­tach wojny w fa­bryce far­ma­ceu­tycz­nej Na­sie­row­skiego, kie­ru­jąc jed­no­cze­śnie dzia­łem che­mii Pań­stwo­wego Za­kładu Hi­gieny w War­sza­wie, gdzie pro­wa­dził głę­boko za­kon­spi­ro­waną pracę ba­daw­czą i dy­dak­tyczną. W cza­sie oku­pa­cji pro­wa­dził też nie­le­galną pro­duk­cję ma­te­ria­łów wy­bu­cho­wych, za­pa­la­ją­cych, pa­liw, a także tok­syn bak­te­ryj­nych dla AK.

Na wschód od Edenu

Char­lie Cha­plin (1952)

Wrę­cze­nie Osca­rów w roku 1999 od­było się w at­mos­fe­rze skan­dalu. Kiedy złotą sta­tu­etkę za ca­ło­kształt twór­czo­ści od­bie­rał Elia Ka­zan, wielu zgro­ma­dzo­nych na sali wi­dzów - ze Ste­ve­nem Spiel­ber­giem na czele - na­wet nie wstało z miejsc, osten­ta­cyj­nie wstrzy­mu­jąc się od okla­sków. Przed bu­dyn­kiem zor­ga­ni­zo­wano de­mon­stra­cję prze­ciw "ho­no­ro­wa­niu ka­pu­sia". Taki wy­pa­dek zda­rzył się po raz pierw­szy w ca­łej hi­sto­rii na­gród Ame­ry­kań­skiej Aka­de­mii Fil­mo­wej.

Dla­czego po­trak­to­wano w ten spo­sób jed­nego z naj­więk­szych ame­ry­kań­skich re­ży­se­rów, twórcę m.in. Go­ści, Na na­brze­żach i Na wschód od Edenu? Ano dla­tego, że nie zło­żył sa­mo­kry­tyki i nie ża­ło­wał swego udziału w "po­lo­wa­niach na cza­row­nice" w cza­sach zim­nej wojny.

W dniu 23 wrze­śnia 1947 roku w imie­niu Kon­gresu USA we­zwano do sta­wie­nia się przed Ko­mi­sją Izby Re­pre­zen­tan­tów do Ba­da­nia Dzia­łal­no­ści An­ty­ame­ry­kań­skiej w Wa­szyng­to­nie dzie­więt­na­stu miesz­kań­ców Hol­ly­wood: ak­to­rów, sce­na­rzy­stów, re­ży­se­rów, ope­ra­to­rów, kom­po­zy­to­rów mu­zyki fil­mo­wej i tech­ni­ków róż­nych spe­cjal­no­ści. Za nie­uspra­wie­dli­wione nie­sta­wien­nic­two gro­ziła kara do roku wię­zie­nia i grzywna do pię­ciu ty­sięcy do­la­rów. Pod każ­dym z we­zwań wid­niał za­ma­szy­sty pod­pis: J. Par­nell Tho­mas, prze­wod­ni­czący Izby Re­pre­zen­tan­tów do Ba­da­nia Dzia­łal­no­ści An­ty­ame­ry­kań­skiej.

Tak roz­po­częły się w ame­ry­kań­skim prze­my­śle fil­mo­wym słynne "po­lo­wa­nia na cza­row­nice" - wielka kru­cjata prze­ciwko "czer­wo­nym". Trwa­jąca kilka lat ak­cja tę­pie­nia lu­dzi na­le­żą­cych do Ame­ry­kań­skiej Par­tii Ko­mu­ni­stycz­nej, ale także osób, które w ja­ki­kol­wiek spo­sób sym­pa­ty­zo­wały wcze­śniej z le­wicą. Na­gonka na fil­mow­ców z Hol­ly­wood była jed­nym z prze­ja­wów ogól­no­na­ro­do­wej kam­pa­nii, za­po­cząt­ko­wa­nej roz­po­rzą­dze­niem pre­zy­denta Harry'ego Tru­mana o ba­da­niu lo­jal­no­ści osób za­trud­nio­nych w ad­mi­ni­stra­cji pań­stwo­wej.

Skut­kiem wszech­obec­nego stra­chu i po­dejrz­li­wo­ści były agre­sywne śledz­twa i - szcze­gól­nie w pierw­szym okre­sie - liczne aresz­to­wa­nia, wy­roki wię­zie­nia za roz­da­wa­nie ulo­tek i de­por­ta­cje lu­dzi sym­pa­ty­zu­ją­cych z anar­chi­stami i ko­mu­ni­stami oraz pro­pa­gu­ją­cych ide­olo­gię czy po­li­tyczne ru­chy so­cja­li­styczne. Ten okres w hi­sto­rii Sta­nów Zjed­no­czo­nych przy­jęto na­zy­wać mak­kar­ty­zmem. Ter­minu tego użył po raz pierw­szy sa­ty­ryk Her­bert Block z "The Wa­shing­ton Post" 29 marca 1950 roku. 21 grud­nia te­goż roku ukon­sty­tu­owała się spe­cjalna Ko­mi­sja Se­natu USA - Se­nate In­ter­nal Se­cu­rity Sub­com­mit­tee (Se­nacki Pod­ko­mi­tet Bez­pie­czeń­stwa We­wnętrz­nego), któ­rej prze­wod­ni­czą­cym i ini­cja­to­rem był se­na­tor Pa­trick McCar­ran, na­to­miast se­kre­ta­rzem Jo­seph Ray­mond McCar­thy, od któ­rego wzięła się na­zwa.

Pod ko­niec lat czter­dzie­stych XX wieku Stany Zjed­no­czone żyły sprawą in­fil­tra­cji swo­ich struk­tur pań­stwo­wych przez ra­dziec­kich agen­tów. O dzia­łal­ność agen­tu­ralną po­dej­rze­wano rów­nież osoby sprzy­ja­jące Par­tii Ko­mu­ni­stycz­nej USA. Se­na­tor McCar­thy włą­czył się w dzia­ła­nia ma­jące na celu wy­kry­cie agen­tów. Jako po­czą­tek tej dzia­łal­no­ści uzna­wane jest wy­stą­pie­nie, które od­było się 9 lu­tego 1950 roku przed re­pu­bli­kań­ską grupą ko­biet w miej­sco­wo­ści Whe­eling w Za­chod­niej Wir­gi­nii. Treść prze­mó­wie­nia ze względu na zni­komą obec­ność me­diów na ta­kich spo­tka­niach nie jest znana. Przyj­muje się jed­nak, że to wła­śnie tam McCar­thy przed­sta­wił do­ku­ment mó­wiący o oso­bach w De­par­ta­men­cie Stanu, o któ­rych wia­domo, iż były człon­kami Par­tii Ko­mu­ni­stycz­nej, a które na­dal mo­gły mieć wpływ na kształt po­li­tyki za­gra­nicz­nej USA. Se­na­tor na­wią­zał do li­stu se­kre­ta­rza stanu Ja­mesa F. Byr­nesa, ad­re­so­wa­nego do kon­gres­mana Adol­pha Sa­ba­tha w 1946 roku. W li­ście tym Byr­nes in­for­mo­wał, że we­wnętrzne śledz­twa De­par­ta­mentu Stanu wy­ka­zały, iż 284 osoby nie po­winny pra­co­wać w De­par­ta­men­cie ze względu na po­wią­za­nia z ko­mu­ni­stami i inne przy­czyny po­za­po­li­tyczne. Jed­nak tylko 79 z tych osób zo­stało zwol­nio­nych, 205 po­zo­stało zaś na swo­ich sta­no­wi­skach. McCar­thy w prze­mó­wie­niu w Whe­eling wspo­mi­nał je­dy­nie o 57 oso­bach jako o "ko­mu­ni­stach", liczba 205 od­no­siła się do li­sty osób, które nie po­winny pra­co­wać w De­par­ta­men­cie z in­nych niż lo­jal­ność po­wo­dów (al­ko­ho­lizm, brak kom­pe­ten­cji).

W 1950 roku McCar­thy zo­stał se­kre­ta­rzem kie­ro­wa­nej przez De­mo­kra­tów se­nac­kiej ko­mi­sji ba­da­ją­cej dzia­łal­ność rządu oraz sta­łej pod­ko­mi­sji śled­czej. Głów­nym ce­lem tych ciał stało się ba­da­nie po­wią­zań z ko­mu­ni­stami osób za­trud­nio­nych w urzę­dach pań­stwo­wych. Jo­seph McCar­thy prze­szedł do hi­sto­rii jako ini­cja­tor kam­pa­nii oskar­żeń o dzia­łal­ność ko­mu­ni­styczną zna­nych osób w krę­gach wła­dzy i w show-biz­ne­sie w Sta­nach Zjed­no­czo­nych. On i jego lu­dzie oskar­żani są do dzi­siaj o pro­wa­dze­nie na­gonki, rzu­ca­nie oskar­żeń i po­mó­wień czę­sto pod ad­re­sem nie­win­nych osób. W tym okre­sie w USA pa­no­wała po­wszechna obawa spo­łe­czeń­stwa ame­ry­kań­skiego przed ra­dziecką in­fil­tra­cją. To wła­śnie umoż­li­wiło McCar­thy'emu uzy­ska­nie wpły­wo­wej po­zy­cji.

Dzia­ła­nia ko­mi­sji szybko jed­nak wy­mknęły się spod kon­troli i zo­stały roz­sze­rzone przez grupę se­na­to­rów sku­pio­nych wo­kół McCar­thy'ego o in­wi­gi­la­cję wszel­kich śro­do­wisk opi­nio­twór­czych - ak­to­rów, re­ży­se­rów, dzien­ni­ka­rzy i na­ukow­ców. Po­le­gały na prze­słu­chi­wa­niu osób z li­sty spo­rzą­dzo­nej na pod­sta­wie oso­bi­stych oraz czę­sto ni­czym nie­uza­sad­nio­nych po­dej­rzeń i - w przy­padku od­mowy współ­pracy w po­staci po­da­wa­nia na­zwisk ko­lej­nych osób po­dej­rza­nych o sprzy­ja­nie lub związki z człon­kami par­tii ko­mu­ni­stycz­nej - ła­ma­niu ich ka­riery.

W przy­padku osób za­trud­nio­nych w pry­wat­nych przed­się­bior­stwach wy­sy­łano do­nosy do ich pra­co­daw­ców, zaś w przy­padku pra­cow­ni­ków rzą­do­wych wy­da­wano ne­ga­tywne opi­nie o do­pusz­cze­niu tych osób do ta­jem­nic pań­stwo­wych. Ame­ry­kań­ski hi­sto­ryk Stan­ley Schultz na­pi­sał o tych cza­sach:

"Ze zni­ko­mymi lub nie­ist­nie­ją­cymi do­wo­dami jego oskar­żeń, McCar­thy opie­rał się na po­mó­wie­niach i do­no­sach w celu znisz­cze­nia re­pu­ta­cji swo­ich prze­ciw­ni­ków (...) W 1954 roku te­le­wi­zyjna re­la­cja po­zwo­liła mi­lio­nom oglą­dać me­tody McCar­thy'ego po raz pierw­szy, co obu­dziło falę obu­rze­nia i spo­wo­do­wało ofi­cjalną cen­zurę jego dzia­łal­no­ści9".

Ofia­rami po­li­tycz­nej na­gonki se­nac­kiej ko­mi­sji pa­dli nie tylko ci, któ­rych we­zwano na prze­słu­chi­wa­nia do Wa­szyng­tonu, ale i osoby, wo­kół któ­rych stwa­rzano at­mos­ferę po­dej­rze­nia o pro­so­wiec­kie sym­pa­tie. U szczytu "zim­nej wojny" po obu stro­nach "że­la­znej kur­tyny" ła­two było roz­nie­cić psy­chozę sta­łego za­gro­że­nia. Nie­ko­nieczne były wy­roki są­dowe, by skło­nić opi­nię pu­bliczną do fe­ro­wa­nia wła­snych. Po­są­dze­nie o "nie­ame­ry­kań­skość" (una­me­ri­can ac­ti­vi­ties) było po­waż­nym oskar­że­niem, zdol­nym zła­mać ka­rierę i spo­wo­do­wać spo­łeczny ostra­cyzm.

Jedną z naj­ostrzej­szych ko­mó­rek ko­mi­sji McCar­thy'ego był jej wy­dział do spraw fil­mo­wych, dzia­ła­jący w Ka­li­for­nii, w któ­rym bar­dzo ak­tywną rolę od­gry­wał po­cząt­ku­jący wów­czas kon­gres­men, a póź­niej­szy pre­zy­dent Sta­nów Zjed­no­czo­nych - Ri­chard Ni­xon. Wła­ści­wie je­dy­nie sek­cji fil­mo­wej udało się do­pro­wa­dzić do wiel­kiego pu­blicz­nego pro­cesu po­li­tycz­nego, który prze­szedł do hi­sto­rii pod na­zwą "pro­cesu Dzie­się­ciu z Hol­ly­wood". Na ła­wie oskar­żo­nych o dzia­łal­ność an­ty­ame­ry­kań­ską i pro­ko­mu­ni­styczną za­sia­dła dzie­siątka re­ży­se­rów i sce­na­rzy­stów, z któ­rych kilku zo­stało ska­za­nych na karę wię­zie­nia. Byli wśród nich za­równo lu­dzie ma­jący związki z par­tią ko­mu­ni­styczną, jak na przy­kład Dal­ton Trumbo czy Edward Dmy­tryk10, ale także "po­czciwi li­be­ra­ło­wie", nie­zga­dza­jący się z to­ta­li­tarną at­mos­ferą wpro­wa­dzaną w "fa­bryce snów" przez mak­kar­tyzm.

Wśród osób po­dej­rza­nych o sym­pa­tie czy też po­wią­za­nia ko­mu­ni­styczne, we­zwa­nych przed ob­li­cze ko­mi­sji, był też Nie­miec Ber­tolt Brecht, który na­za­jutrz po prze­słu­cha­niu wy­le­ciał do... Ber­lina Wschod­niego i już nie wró­cił. Ośmiu tak zwa­nych "przy­ja­znych świad­ków" zde­cy­do­wało się współ­pra­co­wać z ko­mi­sją. Byli wśród nich m.in. Ro­nald Re­agan (ak­tor i przy­szły pre­zy­dent) i Gary Co­oper. Reszta, na­zwana póź­niej "Dzie­siątką z Hol­ly­wood", od­mó­wiła ze­znań, po­wo­łu­jąc się na piątą po­prawkę do Kon­sty­tu­cji, gwa­ran­tu­jącą wol­ność prze­ko­nań.

Osła­wiona "Dzie­siątka" nie zo­stała jed­nak ska­zana za prze­ko­na­nia (o czym na­gmin­nie "za­po­mina" więk­szość au­to­rów opi­su­ją­cych te wy­padki w róż­nych źró­dłach), lecz za ob­razę Kon­gresu, za którą po­trak­to­wano od­mowę od­po­wie­dzi na py­ta­nia se­na­to­rów. Otrzy­mali kary od 6 do 12 mie­sięcy po­zba­wie­nia wol­no­ści i nie­wiel­kie grzywny. A "czarną li­stę" stwo­rzyli dy­rek­to­rzy wy­twórni, de­cy­du­jąc, że nie będą za­trud­niać osób na­le­żą­cych do par­tii ko­mu­ni­stycz­nej czy na­wo­łu­ją­cych do kon­spi­ra­cji, do czego zresztą w de­mo­kra­tycz­nym kraju mieli pełne prawo.

Nie­któ­rzy z od­su­nię­tych, jak na przy­kład czo­łowy sce­na­rzy­sta Dal­ton Trumbo, omi­jali z po­wo­dze­niem ten za­kaz, ko­rzy­sta­jąc z pod­sta­wio­nych fi­gu­ran­tów bądź pseu­do­ni­mów. Trumbo chwa­lił się na­wet, że nie do­pu­ścił do ekra­ni­za­cji Ciem­no­ści w po­łu­dnie Ar­thura Ko­estlera, po­świę­co­nej wiel­kiej czy­stce w ZSRR w la­tach 1934-193911, oraz Wy­bra­łem wol­ność Wik­tora Kraw­czenki, zbie­głego na Za­chód urzęd­nika so­wiec­kiej mi­sji han­dlo­wej w No­wym Jorku.

Re­ży­ser Edward Dmy­tryk, au­tor m.in. Mło­dych lwów, który w 1947 roku od­mó­wił ze­znań, spę­dził w wię­zie­niu sześć mie­sięcy. Jed­nak w dru­giej tu­rze prze­słu­chań, w roku 1951, za­czął ze­zna­wać:

"Pra­co­wa­li­śmy dla Ko­min­ternu, otrzy­my­wa­li­śmy stam­tąd in­struk­cje. Par­tia Ko­mu­ni­styczna USA re­ali­zo­wała so­wiec­kie wy­tyczne. Była za­gro­że­niem" - stwier­dził.

Elia Ka­zan, prze­słu­chi­wany w 1952 roku przez Ko­mi­sję do Ba­da­nia Dzia­łal­no­ści An­ty­ame­ry­kań­skiej, przy­znał, że w la­tach trzy­dzie­stych na­le­żał do par­tii ko­mu­ni­stycz­nej. Do­szedł jed­nak do wnio­sku, że w cza­sie "zim­nej wojny" ze strony tej i po­dob­nych or­ga­ni­za­cji ist­niało re­alne za­gro­że­nie de­mo­kra­cji.

Część z tych, któ­rzy zna­leźli się na "czar­nej li­ście", jak Ju­les Das­sin i Jo­seph Lo­sey, za­miesz­kała za gra­nicą. Inni do­cze­kali lat sześć­dzie­sią­tych, kiedy owa li­sta prze­stała obo­wią­zy­wać.

Róż­nego ro­dzaju szy­kany do­tknęły jed­nak m.in. fi­zyka Da­wida Bohma, ma­te­ma­tyka Paula Er­dösa, kom­po­zy­tora Aarona Co­planda, pi­sa­rza Da­shiella Ham­meta i pio­sen­ka­rza Paula Ro­be­sona. Ze świata filmu ofia­rami "czer­wo­nej pa­niki" pa­dli m.in. sce­na­rzystka Lil­lian Hel­l­man, sce­na­rzy­sta i ese­ista Ar­thur Mil­ler, ak­tor John Gar­field oraz Char­lie Cha­plin.

W pią­tek 19 wrze­śnia 1952 roku wie­czo­rem wielki trans­atlan­tyk "Qu­een Eli­za­beth" pruł już drugi dzień swym po­tęż­nym dzio­bem fale Atlan­tyku, pły­nąc z No­wego Jorku do So­uthamp­ton. Ostat­nie bla­ski za­chodu mie­niły się zło­tem i mie­dzią nad ciem­nym skraw­kiem oce­anu. W jed­nej z ka­bin od­by­wała się skromna, lecz pełna we­so­ło­ści i mi­łego, po­god­nego na­stroju ko­la­cja. Przy stole, de­lek­tu­jąc się pyszną Bo­ston Style Fish Chow­der, czyli zupą rybną po bo­stoń­sku, za­sia­dało sześć osób: pia­ni­sta Ar­thur Ru­bin­stein z mał­żonką, se­kre­tarz pra­sowy Cha­plina, pan Adolf Green oraz sześć­dzie­się­cio­trzy­letni go­spo­darz przy­ję­cia, Char­les Spen­cer Cha­plin i jego mło­dziutka żona Oona O'Neil, córka sław­nego dra­ma­to­pi­sa­rza Eu­gene'a O'Ne­ila.

Ro­dzina Cha­pli­nów od­pły­nęła do An­glii w środę 17 wrze­śnia. Oba­wia­jąc się do­rę­cze­nia Char­liemu po­zwu są­do­wego, we­szli na sta­tek o pią­tej rano i nie od­wa­żyli się po­ka­zać na po­kła­dzie. To­też gdy wierny Ja­mes Agee przy­szedł się po­że­gnać, nie zo­ba­czył, jak ak­tor ma­cha do niego ka­pe­lu­szem z okienka swej ka­biny. Cha­plin i Agee już ni­gdy nie mieli się spo­tkać: kry­tyk zmarł kilka lat póź­niej na atak serca.

Na mo­rzu, z dala od woź­nych są­do­wych, Cha­plin po­czuł się na­resz­cie wolny. "Nie by­łem już mi­tem świata kina ani obiek­tem wro­go­ści, ale żo­na­tym męż­czy­zną na wa­ka­cjach z żoną i dziećmi" - na­pi­sał w swo­ich wspo­mnie­niach.

Po­pu­larny ak­tor z prze­ję­ciem tłu­ma­czył wła­śnie swoim go­ściom spo­sób przy­rzą­dza­nia fish chow­der:

- Do por­cji prze­zna­czo­nej na sześć osób na­leży przy­go­to­wać: pół­tora kilo dor­sza, dwa­dzie­ścia pięć deko sło­niny, trzy­dzie­ści deko ziem­nia­ków, trzy ce­bule, łyżkę mąki, szklankę mleka, liść lau­rowy, szczyptę su­szo­nego ty­mianku, sól i pieprz. Z wy­pa­tro­szo­nej ryby usuwa się skórę i krę­go­słup i kraje ją na małe ka­wałki. Z tejże skóry i krę­go­słupa przy­go­to­wuje się wy­war, za­le­wa­jąc je pół­tora li­tra wody oraz do­da­jąc całą ce­bulę, liść lau­rowy, sól i pieprz. Po­kro­joną drobno sło­ninę topi się, do­da­jąc do niej dwie po­sie­kane ce­bule, i prze­smaża, nie do­pusz­cza­jąc do za­ru­mie­nie­nia. Wy­stu­dzo­nym wy­wa­rem roz­pro­wa­dza się mąkę, a na­stęp­nie wlewa go do prze­sma­żo­nej ce­buli, uzu­peł­nia­jąc po­kro­jo­nymi w kostkę ziem­nia­kami. Po pięt­na­stu mi­nu­tach go­to­wa­nia wsy­puje się ka­wałki dor­sza i go­tuje na ma­łym ogniu jesz­cze przez dwa­dzie­ścia mi­nut. Na ko­niec wlewa się mleko i za­go­to­wuje ca­łość, przy­pra­wia­jąc do smaku solą i pie­przem.

- Palce li­zać! - za­chwy­cał się mistrz for­te­pianu. - Czy... - nie zdą­żył do­koń­czyć py­ta­nia, po­nie­waż roz­le­gło się gwał­towne pu­ka­nie do drzwi ka­biny.

- Pro­szę - rzu­cił krótko Cha­plin.

Do środka wszedł pra­cow­nik ob­sługi statku, wrę­cza­jąc mu długą jak pa­pier to­a­le­towy ta­śmę da­le­ko­pisu.

- Cze­kają na od­po­wiedź - mruk­nął wy­raź­nie za­że­no­wany ste­ward.

Green prze­czy­tał wia­do­mość, wy­raź­nie zmie­nił się na twa­rzy, po czym wy­szedł z ka­biny, zdą­ża­jąc szyb­kim kro­kiem w kie­runku po­miesz­czeń ra­dio­te­le­gra­fi­sty.

Tak we­dług opisu na­ocz­nych świad­ków, a także pa­mięt­ni­ków sa­mego Cha­plina roz­po­czął się je­den z naj­więk­szych skan­dali wcze­snych lat pięć­dzie­sią­tych, szczy­to­wego okresu "zim­nej wojny". Treść de­pe­szy wkrótce już znana była ca­łemu światu: Pro­ku­ra­tor Ge­ne­ralny Sta­nów Zjed­no­czo­nych, Ja­mes McGra­nery, unie­waż­nił wizę po­wrotną Cha­plina oraz na­ka­zał Urzę­dowi Imi­gra­cji i Na­tu­ra­li­za­cji (INS) za­trzy­mać go na prze­słu­cha­nia, gdy bę­dzie pró­bo­wał wró­cić do USA. "Te prze­słu­cha­nia - po­wie­dział - ustalą, czy zgod­nie z pra­wami Sta­nów Zjed­no­czo­nych może on zo­stać wpusz­czony".

Mi­ni­ster­stwo Spra­wie­dli­wo­ści do­dało, że kroki te zo­stały pod­jęte na pod­sta­wie Ko­deksu Praw o Cu­dzo­ziem­cach i Oby­wa­tel­stwie, dział 137, pa­ra­graf C, który prze­wi­duje moż­li­wość za­kazu wjazdu dla cu­dzo­ziem­ców ze względu na "mo­ral­ność, zdro­wie lub cho­robę umy­słową, albo za pro­pa­go­wa­nie ko­mu­ni­zmu, albo na związki z ko­mu­ni­stycz­nymi bądź pro­ko­mu­ni­stycz­nymi or­ga­ni­za­cjami". W od­po­wie­dzi na liczne py­ta­nia pro­ku­ra­tor ge­ne­ralny po­wie­dział, że "kroki te były pla­no­wane już od pew­nego czasu, ale cze­kał z ich pod­ję­ciem do czasu wy­jazdu ak­tora". Ewen­tu­alną wizę wjaz­dową mógłby Cha­plin otrzy­mać wów­czas, gdyby udo­wod­nił swoją "mo­ralną war­tość" (mo­ral worth) dla kraju.

In­nymi słowy, Char­les Spen­cer Cha­plin nie miał prawa wró­cić do kraju, który przez mi­nio­nych czter­dzie­ści lat był jego do­mem i któ­remu przy­spo­rzył on tyle mi­ło­ści i bla­sku. "Wuj Sam" wy­gnał go "na wschód od Edenu", po­dob­nie jak wiele lat wcze­śniej sam Bóg prze­pę­dził po­dobno wy­stęp­nego Ka­ina.

Za­kaz po­wrotu wiel­kiego ak­tora był jed­nym z naj­bar­dziej bru­tal­nych zim­no­wo­jen­nych ge­stów ów­cze­snego okresu, przy­naj­mniej po tej stro­nie "że­la­znej kur­tyny", bo po dru­giej stro­nie - o czym więk­szość au­to­rów opi­su­ją­cych to zda­rze­nie zdaje się za­po­mi­nać - sto­so­wano me­tody da­leko bar­dziej dra­styczne, pro­wa­dząc dia­log ze spo­łe­czeń­stwem za po­mocą wy­ry­wa­nia pa­znokci, ewen­tu­al­nie uci­sza­nia nie­wy­god­nych strza­łem w po­ty­licę.

Kiedy "Qu­eeen Eli­za­beth" przy­była do So­uthamp­ton, sze­ścio­letni Mi­chael Cha­plin zgu­bił się i zna­le­ziono go do­piero po kilku kwa­dran­sach w końcu sali gim­na­stycz­nej na statku. Czas prze­zna­czony na po­szu­ki­wa­nie nie­sfor­nego dzie­ciaka umoż­li­wił re­por­te­rom za­da­nie ak­to­rowi wielu py­tań, za­nim wsiadł do po­ciągu ja­dą­cego do Lon­dynu. Cha­plin tak­tow­nie uni­kał wy­po­wia­da­nia się wprost na te­mat po­su­nię­cia rządu Sta­nów Zjed­no­czo­nych, po­nie­waż wszystko, co miał, znaj­do­wało się w USA, i bał się, że mogą tam wy­my­ślić ja­kiś spo­sób na do­pro­wa­dze­nie do kon­fi­skaty jego mie­nia. Po­wie­dział tylko, że wróci i stawi czoło wszel­kim za­rzu­tom.

"Rząd Sta­nów Zjed­no­czo­nych nie wy­co­fuje się z ni­czego, co po­wie - stwier­dził. - Nie wy­cofa się więc także w spra­wie mo­jego po­zwo­le­nia na po­wrót. (...) Ży­jemy w cza­sach za­mętu, walki i za­wzię­to­ści. To nie jest czas wiel­kich ar­ty­stów. To jest czas po­li­tyki (...) Lu­dzie obec­nie aż na­zbyt chęt­nie chcą spie­rać się o wszystko. Ale ja mam bar­dzo fi­lo­zo­ficzny sto­su­nek do tego wszyst­kiego. Sta­ram się o to, jak mogę (...) Nie chcę ro­bić żad­nej re­wo­lu­cji. Chcę tylko zro­bić jesz­cze kilka fil­mów. Może za­ba­wią lu­dzi. Mam na­dzieję (...) Ni­gdy nie by­łem dzia­ła­czem po­li­tycz­nym. Nie mam po­li­tycz­nych prze­ko­nań. Je­stem in­dy­wi­du­ali­stą i wie­rzę w wol­ność".

Cha­plin przy­był do Sta­nów Zjed­no­czo­nych po raz pierw­szy w roku 1911, a dwa lata póź­niej osie­dlił się tam na stałe. Całe jego ży­cie i cały do­ro­bek twór­czy zwią­zany był z Ame­ryką - tam miesz­kał i tam pra­co­wał, cho­ciaż ni­gdy nie wy­stą­pił o przy­zna­nie mu oby­wa­tel­stwa. Dla wszyst­kich oczy­wi­stym było, że nie tylko Ame­ryka sta­no­wiła część jego twór­czo­ści, ale także jego twór­czość sta­no­wiła część Ame­ryki. Wy­gna­nie mo­gło sta­no­wić dla Cha­plina kom­pletną ru­inę - był prze­cież nie tylko ak­to­rem, ale rów­nież pro­du­cen­tem fil­mo­wym i jego cały ma­ją­tek - dom wy­twór­nia, ka­pi­tał - znaj­do­wał się na te­re­nie USA.

W at­mos­fe­rze na­gonki w fil­mach i wy­po­wie­dziach Cha­plina nie­któ­rzy do­strze­gali jed­nak po­dej­rzane na te­re­nie Ame­ryki i brzmiące zło­wrogo sym­pa­tie ko­mu­ni­styczne. Już w la­tach dwu­dzie­stych i trzy­dzie­stych wie­lo­krot­nie zdra­dzał on przed do­cie­kli­wymi dzien­ni­ka­rzami swoje je­śli nie sym­pa­tie, to przy­naj­mniej życz­liwe za­in­te­re­so­wa­nie dla Ro­sji Ra­dziec­kiej jako "ra­dy­kal­nego eks­pe­ry­mentu spo­łecz­nego na­szych cza­sów", za­po­mi­na­jąc chyba, że ów "eks­pe­ry­ment" kosz­to­wał ży­cie kil­ku­dzie­się­ciu mi­lio­nów lu­dzi. Wy­ka­zy­wał "nie­zdrowe" za­in­te­re­so­wa­nie osobą Wło­dzi­mie­rza Il­ji­cza Le­nina, miał na­wet za­miar je­chać do Mo­skwy, żeby się z nim spo­tkać. Jed­nakże przez całe swoje ży­cie Cha­plin za­prze­czał, że jest ko­mu­ni­stą, po­twier­dza­jąc je­dy­nie swój pa­cy­fi­styczny in­ter­na­cjo­na­lizm bez kon­kret­nych prze­ko­nań po­li­tycz­nych.

Po raz pierw­szy usi­ło­wano do­brać się do Cha­plina przy po­mocy nie­ja­kiej Joan Barry, mło­dej "damy" pra­cu­ją­cej jako "dziew­czyna do to­wa­rzy­stwa". Pa­nienka ta oskar­żyła ak­tora o to, że jest oj­cem jej dziecka i wnio­sła po­zew o ali­menty. Oskar­że­nie było nie­do­rzeczne, po­nie­waż - jak udo­wod­niła obrona - po­mię­dzy na­ro­dzi­nami dziecka a mo­men­tem, kiedy Char­lie wi­dział się z Joan po raz ostatni, upły­nęły pra­wie dwa lata. Tym nie­mniej prasa He­ar­sta zdą­żyła już roz­pę­tać praw­dziwe pie­kło i w są­dzie po­tę­piono gwiaz­dora jako "za­razę", "pi­jawkę", "kun­dla", "skar­la­łego Ca­sa­novę o ma­nie­rach ta­niego lon­dyń­skiego dra­nia" i "gada pa­trzą­cego na Joan jak na pa­dlinę".

Kiedy po­zew zo­stał od­da­lony, do ak­cji wkro­czyło FBI. Cha­plin, który dał wcze­śniej dziew­czy­nie pie­nią­dze na po­dróż do No­wego Jorku, zo­stał oskar­żony na mocy tak zwa­nej ustawy Manna12 o to, że "roz­myśl­nie, nie­le­gal­nie i bez­praw­nie przy­czy­nił się do prze­miesz­cze­nia Joan Barry z Los An­ge­les do No­wego Jorku z in­ten­cją uwi­kła­nia jej w wy­stępny zwią­zek sek­su­alny z nim sa­mym".

Ak­tora aresz­to­wano, sfo­to­gra­fo­wano i po­brano mu od­ci­ski pal­ców. Za­siadł na ła­wie oskar­żo­nych z per­spek­tywą wy­roku do dwu­dzie­stu trzech lat po­zba­wie­nia wol­no­ści. Jego praw­nik pro­te­sto­wał, na­zy­wa­jąc nie­do­rzeczną su­ge­stię, że Cha­plin "miałby spro­wa­dzić ko­bietę z miej­sca od­le­głego o trzy ty­siące mil tylko po to, by upra­wiać z nią seks, skoro i tak była ona skłonna od­dać mu się w do­wol­nym miej­scu i cza­sie". 4 kwiet­nia 1944 roku zo­stał unie­win­niony, ale 17 kwiet­nia na­stęp­nego roku, w od­wo­ław­czym pro­ce­sie o oj­co­stwo, więk­szo­ścią gło­sów 11:1 ława przy­się­głych uznała rosz­cze­nia Joan Barry.

W paź­dzier­niku 1947 roku Cha­plin zo­stał we­zwany przed po­nurą ko­mi­sję, któ­rej prze­wod­ni­czył wów­czas znany póź­niej z róż­nych oszustw Par­nell Tho­mas. Sprawa nie miała dal­szego ciągu, ale jego obrona nie­miec­kiego kom­po­zy­tora, an­ty­fa­szy­sty Hansa Eislera, spo­wo­do­wała nowe trud­no­ści, które wkrótce zna­la­zły od­zwier­cie­dle­nie w ar­ty­kule We­st­bro­ocka Pa­glera, szefa kon­cernu pra­so­wego He­ar­sta. Ar­ty­kuł był pro­te­stem prze­ciwko "nie­do­pusz­czal­nej in­ge­ren­cji w sprawy ame­ry­kań­skie cu­dzo­ziemca osia­dłego na na­szej ziemi od 35 lat, do­brze zna­nego ze swych nie­mo­ral­nych czy­nów, ol­brzy­mich dłu­gów, tchórz­li­wej po­stawy pod­czas dwóch wo­jen świa­to­wych i kon­szach­tów z ko­mu­ni­stami, do któ­rych sam się przy­znał".

"Nie ulega wąt­pli­wo­ści, że Cha­plin nad­użył go­ścin­no­ści - na­pi­sał z ko­lei fran­cu­ski dzien­ni­karz Ray­mond Car­tier - kiedy brał udział w or­ga­ni­zo­wa­niu ma­ni­fe­sta­cji an­ty­ame­ry­kań­skich, po­dob­nych do tej, którą pró­bo­wał wznie­cić w Eu­ro­pie, aby za­pro­te­sto­wać prze­ciwko wy­da­le­niu ko­mu­ni­sty nie­miecko-hol­ly­wo­odz­kiego, Hansa Eislera (...) Cha­plin nie jest ko­mu­ni­stą, ale jest czer­wo­nym".

W kam­pa­nii oszczerstw i po­mó­wień, które w oczach spo­rej czę­ści ame­ry­kań­skiego spo­łe­czeń­stwa uczy­niły go wro­giem pu­blicz­nym nu­mer je­den, Char­lie był bez szans. Jego głów­nymi prze­ciw­ni­kami byli prze­cież dwaj naj­po­tęż­niejsi lu­dzie Ame­ryki: ma­gnat pra­sowy Wil­liam Ran­dolph He­arst i szef FBI, John Ed­gar Ho­over. Pierw­szy uwa­żał, że ko­chliwy An­glik ro­man­so­wał z jego ulu­bie­nicą Ma­rion Da­vies i sta­rał się w swej pra­sie znisz­czyć ry­wala, drugi na­to­miast uzna­wał Cha­plina za ko­mu­ni­stę, a jego filmy, po­ka­zu­jąc wy­zysk ro­bot­ni­ków przez ka­pi­ta­li­stów, jak cho­ciażby Dzi­siej­sze czasy, za nie­bez­pieczne dla Ame­ryki. Ob­razy bez­dom­nych i bez­ro­bot­nych miesz­kań­ców slum­sów były jego zda­niem nie­wska­zane w cza­sach, kiedy na ca­łym świe­cie sze­rzyła się "czer­wona za­raza" ko­mu­ni­zmu.

W roku 1992 Da­vid To­bin­son, dzien­ni­karz ty­go­dnika "Time", do­tarł do akt Fe­de­ral­nego Biura Śled­czego do­ty­czą­cych "ge­niu­sza kina". "Alar­mu­ją­cym aspek­tem teczki Cha­plina, li­czą­cej 1900 kart, jest głu­pota więk­szo­ści agen­tów FBI - na­pi­sał. - Rzeka pie­nię­dzy ame­ry­kań­skich po­dat­ni­ków pły­nęła na opra­co­wa­nie plo­tek, za­sły­sza­nych bzdur i zwa­rio­wa­nych li­stów". Teczki za­wie­rały in­for­ma­cje o tym, że Cha­plina wi­dziano na kon­cer­cie mu­zyki Dy­mi­tra Szo­sta­ko­wi­cza albo też że w ja­kiejś mo­wie po­grze­bo­wej za­cy­to­wał wiersz so­cja­li­sty The­odore'a Dre­islera... Wy­świe­tla­nie jego filmu Pół­świa­tek pa­ry­ski zo­stało za­bro­nione w pięt­na­stu sta­nach. Po Dzi­siej­szych cza­sach na­stą­piło dal­sze na­si­le­nie oskar­żeń o ko­mu­nizm i usi­ło­wa­nie pod­wa­że­nia pod­sta­wo­wych za­sad spo­łe­czeń­stwa ame­ry­kań­skiego. Oskar­że­nia te po­wró­ciły, przy­bie­ra­jąc jesz­cze gwał­tow­niej­szy cha­rak­ter, w sto­sunku do filmu Mon­sieur Ver­doux, w któ­rym do­pa­trzono się po­tę­pie­nia przez Cha­plina uży­cia przez Stany Zjed­no­czone bomby ato­mo­wej. Le­gion Obrony Mo­ral­no­ści zor­ga­ni­zo­wał w sto­sunku do kie­row­ni­ków kin kam­pa­nię ma­jącą na celu ich za­stra­sze­nie, w re­zul­ta­cie czego film, któ­rego Cha­plin był pro­du­cen­tem, po­niósł fi­nan­sową klę­skę.

Char­lie po­sta­no­wił wy­je­chać na pół roku do Eu­ropy, by od­prę­żyć się i od­po­cząć od dusz­nej ame­ry­kań­skiej at­mos­fery. Kiedy sta­nął przed pra­cow­ni­kiem Urzędu Imi­gra­cyj­nego, chcąc się upew­nić, czy zo­sta­nie po­now­nie wpusz­czony do Sta­nów, pod­dany zo­stał for­mal­nemu prze­słu­cha­niu. Za­py­tano go m.in., dla­czego dzie­sięć lat wcze­śniej w San Fran­ci­sco na zgro­ma­dze­niu Ko­mi­tetu Po­mocy Wo­jen­nej dla Ro­sji, zwra­ca­jąc się do ze­bra­nych, użył słowa: "to­wa­rzy­sze". Prze­słu­chi­wany od­parł, że wy­star­czy zaj­rzeć do słow­nika, aby się prze­ko­nać, że słowa tego nie wy­na­leźli ko­mu­ni­ści.

Uprze­dzono go, że je­śli w ciągu pół roku nie wróci do USA, bę­dzie mu­siał spe­cjal­nie sta­rać się o wizę wjaz­dową i prawo po­bytu w kraju, w któ­rym spę­dził nie­omal całe swoje ży­cie.

Po­ta­jem­nie, aby nie bu­dzić sen­sa­cji ga­zet, prze­do­stał się na po­kład "Qu­een Eli­za­beth"... Od­pły­wał ze szcze­rym po­sta­no­wie­niem, że po­wróci. Już ni­gdy nie po­wró­cił jed­nak do Ame­ryki, je­śli nie li­czyć krót­kiego po­bytu w roku 1972, zwią­za­nego z kon­cer­tem ga­lo­wym ku jego czci w no­wo­jor­skiej fil­har­mo­nii oraz przy­zna­niem mu przez ame­ry­kań­ską Aka­de­mię Fil­mową Oscara za wkład do hi­sto­rii sztuki fil­mo­wej. W tym sa­mym roku na­zwi­sko Cha­plina po­now­nie wy­pi­sane zo­stało zło­tymi zgło­skami na Pro­me­na­dzie Sławy w Los An­ge­les.

A wra­ca­jąc na ko­niec do dzia­łal­no­ści nie­sław­nej pa­mięci Ko­mi­sji Izby Re­pre­zen­tan­tów do Ba­da­nia Dzia­łal­no­ści An­ty­ame­ry­kań­skiej, stwier­dzić na­leży, że jak­kol­wiek część oskar­żeń McCar­thy'ego rze­czy­wi­ście nie miała wia­ry­god­nych pod­staw, to jed­nak otwie­rane obec­nie ar­chiwa ra­dziec­kich służb spe­cjal­nych po­twier­dzają, że skala in­fil­tra­cji in­sty­tu­cji rzą­do­wych USA przez Zwią­zek Ra­dziecki była w tym cza­sie bar­dzo wy­soka.

Ist­nieją też do­wody na to, że istot­nie Ko­mu­ni­styczna Par­tia USA była bez­po­śred­nio fi­nan­so­wana przez ZSRR, sumą około trzech mi­lio­nów do­la­rów rocz­nie. Agen­tami so­wiec­kimi byli m.in. Ju­lius Ro­sen­berg, Klaus Fuchs i The­odore Hall, któ­rzy do­star­czyli szcze­gó­łów na te­mat ame­ry­kań­skiego pro­gramu nu­kle­ar­nego, Al­ger Hiss - przed­sta­wi­ciel USA w ko­mi­te­cie za­ło­ży­ciel­skim ONZ oraz Harry De­xter White - współ­za­ło­ży­ciel Mię­dzy­na­ro­do­wego Fun­du­szu Wa­lu­to­wego.

W hol­ly­wo­odz­kich ko­łach in­te­lek­tu­al­nych Zwią­zek Ra­dziecki - pierw­sze pań­stwo ro­bot­ni­ków i chło­pów - za­wsze cie­szył się du­żym uzna­niem. Wielu sce­na­rzy­stów, re­ży­se­rów i ak­to­rów nie kryło rów­nież sym­pa­tii dla Frontu Lu­do­wego w Hisz­pa­nii, kiedy w 1936 roku wy­bu­chła tam wojna do­mowa. (W wy­niku prze­śla­do­wań re­li­gij­nych Ko­ścioła ka­to­lic­kiego, z rąk ko­mu­ni­stycz­nych sie­pa­czy śmierć po­nio­sło tam 12 bi­sku­pów, 4194 księży, 2365 za­kon­ni­ków, 283 za­kon­nice oraz setki ty­sięcy wier­nych świec­kich. Znisz­czono po­nad 2000 świą­tyń).

Fakt, że w la­tach trzy­dzie­stych i czter­dzie­stych ubie­głego wieku śro­do­wi­sko hol­ly­wo­odz­kich ar­ty­stów wy­ka­zy­wało wy­raźne pro­ko­mu­ni­styczne i pro­so­wiec­kie cią­goty, nie ulega naj­mniej­szej wąt­pli­wo­ści. Człon­kami Ko­mu­ni­stycz­nej Par­tii USA (przy­naj­mniej przez ja­kiś czas) było wielu pro­mi­nent­nych i wpły­wo­wych sce­na­rzy­stów, re­ży­se­rów i ak­to­rów. Nie znie­chę­cił ich na­wet fakt za­war­cia przez Sta­lina paktu z Hi­tle­rem w 1939 roku. W ame­ry­kań­skich fil­mach z tego okresu two­rzył się mit sym­pa­tycz­nego faj­cza­rza i ge­nial­nego wo­dza. Można mu było nie tylko za­ufać jako wo­jen­nemu so­jusz­ni­kowi, ale i ocze­ki­wać, że po woj­nie przy­stąpi do bu­dowy lep­szego, po­ko­jo­wego świata.

"Re­ak­cja" do­szła do głosu w Hol­ly­wood do­piero po II woj­nie świa­to­wej. Roz­wi­nęło tam wów­czas żywą dzia­łal­ność skraj­nie pra­wi­cowe sto­wa­rzy­sze­nie po­li­tyczne, znane pod na­zwą Fil­mowa Liga Ochrony Ide­ałów Ame­ry­kań­skich, któ­remu gwiaz­dor we­sternu John Wayne za­wdzię­cza swą naj­więk­szą ży­ciową rolę - pre­zesa Ligi.

W Uwa­gach o spu­sto­szo­nym stu­le­ciu Ro­bert Co­nqu­est na­pi­sał, że "wielu spo­śród tych, któ­rzy ob­da­rzyli lo­jal­no­ścią Zwią­zek Ra­dziecki, można za­sad­nie uznać za zdraj­ców swo­ich kra­jów i kul­tury de­mo­kra­tycz­nej (...) Nie przyj­rzeli się bo­ga­temu ma­te­ria­łowi do­wo­do­wemu, w la­tach trzy­dzie­stych już do­stęp­nemu, na te­mat re­aliów ko­mu­ni­stycz­nego re­żymu, sprze­nie­wie­rzyli się my­śle­niu".

"Mę­czen­nicy" z "czar­nej li­sty", któ­rzy na­le­żeli do par­tii ko­mu­ni­stycz­nej lub byli jej sym­pa­ty­kami, od­nie­śli jed­nak zwy­cię­stwo. Dzięki fil­mom, li­te­ra­tu­rze i pra­sie na­rzu­cili światu wła­sną wi­zję wy­da­rzeń. Prze­ko­nali, że od­ma­wia­jąc ze­znań, wal­czyli o wol­ność słowa i prze­ko­nań. Na­to­miast ci, któ­rzy po­wie­dzieli prawdę, uznani zo­stali za ze­zna­ją­cych "ka­pu­siów".

9 Mowa tu o au­dy­cji See It Now Edwarda R. Mur­rowa, nada­nej przez te­le­wi­zję CBS 9 marca 1954 roku. Jej skut­kiem było ofi­cjalne po­tę­pie­nie dzia­łań McCar­thy'ego przez Se­nat USA kilka dni póź­niej. Jak przy­znał po la­tach sam Mur­row, pro­gram był ce­lo­wym mon­ta­żem wy­po­wie­dzi se­na­tora, tak by przed­sta­wić go w ne­ga­tyw­nym świe­tle. Na­wet nie­któ­rzy kry­tycy se­na­tora uwa­żali, że Mur­row prze­sa­dził. Je­den z nich, John Co­gley, za­uwa­żył, że inny do­bór i mon­taż ma­te­ria­łów mógł rów­nie do­brze uka­zać McCar­thy'ego w świe­tle jak naj­bar­dziej po­zy­tyw­nym. Ten i inne po­dobne pro­gramy po­ja­wiły się w schył­ko­wym okre­sie pracy ko­mi­sji śled­czej, w cza­sach, gdy ze względu na co­raz bar­dziej ob­se­syjne dzia­ła­nie (m.in. słynny "rajd" po ame­ry­kań­skich bi­blio­te­kach w po­szu­ki­wa­niu ko­mu­ni­stycz­nych pu­bli­ka­cji) oraz al­ko­ho­lizm Jo­seph McCar­thy za­czy­nał po­woli tra­cić po­par­cie na­wet ze strony swo­ich re­pu­bli­kań­skich ko­le­gów. Od­su­nię­cie go od wła­dzy i pracy w ko­mi­sji na­stą­piło z po­wodu za­targu z ar­mią ame­ry­kań­ską i wy­wia­dem, gdzie se­na­tor za­czął sa­mo­dzielne po­szu­ki­wa­nie osób zwią­za­nych z ko­mu­ni­stami, bez opie­ra­nia się na fak­tach. Od­su­nięty na boczny tor McCar­thy, po­tę­piony przez ko­le­gów se­na­to­rów, wpadł w al­ko­ho­lizm i umarł w nie­sła­wie 2 maja 1957 roku, prze­żyw­szy za­le­d­wie 48 lat. 10 Trzeba za­zna­czyć, że jego oskar­że­nie nie było bez­pod­stawne, po­nie­waż Dmy­tryk fak­tycz­nie był człon­kiem par­tii ko­mu­ni­stycz­nej, o czym zresztą na­pi­sał wiele lat póź­niej w swo­jej au­to­bio­gra­fii Odd Man Out. Z datą 6 maja 1944 roku wy­dano mu le­gi­ty­ma­cję par­tyjną nr 84961 na na­zwi­sko Mi­chael Edwards. Zwra­ca­jący uwagę jest kon­spi­ra­cyjny cha­rak­ter za­równo tego do­ku­mentu, jak i sa­mej or­ga­ni­za­cji, dzia­ła­ją­cej prze­cież w wa­run­kach de­mo­kra­cji. 11 Ro­bert Co­nqu­est, bry­tyj­ski hi­sto­ryk i so­wie­to­log, do­ko­nał próby sza­cunku ofiar ter­roru wy­łącz­nie za lata 1937-1938. Ze­sta­wie­nie przed­sta­wione w mo­no­gra­fii Wielki Ter­ror przed­sta­wia się na­stę­pu­jąco: aresz­to­wani - od 7 mln do 8 mln lu­dzi; roz­strze­lani przez "trójki" NKWD - 1 mln do 1,5 mln (sza­cu­nek ra­czej za­ni­żony); zmarli i roz­strze­lani w obo­zach kon­cen­tra­cyj­nych - ok. 2 mln; więź­nio­wie wię­zień i obo­zów kon­cen­tra­cyj­nych (stan na ko­niec 1938 roku) - ok. 8 mln. Liczbę ofiar epoki sta­li­now­skiej sza­cuje się na mi­ni­mum 20 mln, a z ofia­rami lat 1917-1934 na 40 mln re­pre­sjo­no­wa­nych lu­dzi - aresz­to­wa­nych, roz­strze­la­nych, za­ga­zo­wa­nych ga­zami bo­jo­wymi (po­wsta­nie tam­bow­skie), za­mę­czo­nych pracą w ła­grach i za­gło­dzo­nych na śmierć. Dane te zo­stały po­twier­dzone ba­da­niami nie­za­leż­nych or­ga­ni­za­cji ro­syj­skich (Sto­wa­rzy­sze­nie Me­mo­riał) w okre­sie gor­ba­czo­wow­skiej pie­re­strojki i po upadku ZSRR. 12 Prawo Manna, tak zwany Mann's Act, miało na celu zwal­cza­nie "ko­bie­cego nie­wol­nic­twa", czyli pro­sty­tu­cji, po­le­ga­ją­cego na zwa­bia­niu i im­por­to­wa­niu do USA cu­dzo­zie­mek z Eu­ropy, Azji i Ame­ryki Po­łu­dnio­wej. In­nym po­dob­nym pro­ce­de­rem, który miała okieł­znać uchwa­lona przez Kon­gres w 1910 roku ustawa, było prze­rzu­ca­nie ca­łych grup pro­sty­tu­tek we­wnątrz sa­mych Sta­nów Zjed­no­czo­nych, z jed­nego stanu do dru­giego. Po­li­cja i wła­dze są­dowe były do­tych­czas cał­ko­wi­cie bez­radne wo­bec tych prak­tyk. Nowe prawo miało rów­nież inne, nie­prze­wi­dziane skutki. Ustawa Manna stała się orę­żem w rę­kach szan­ta­ży­stów tro­pią­cych bo­ga­tych męż­czyzn po­dró­żu­ją­cych z ko­bie­tami, które nie były ich żo­nami. Czło­nek ta­kiej bandy uda­wał agenta fe­de­ral­nego, bły­skał od­znaką, gro­ził aresz­to­wa­niem, a po­tem brał pie­nią­dze za mil­cze­nie. Ko­biety z ko­lei gro­ziły wię­zie­niem wa­ha­ją­cym się i ocią­ga­ją­cym z ożen­kiem za­lot­ni­kom. Roz­gnie­wane żony wy­dzwa­niały do władz i do­ma­gały się aresz­to­wa­nia nie­wier­nych mę­żów, któ­rzy lek­ko­myśl­nie na­wią­zy­wali ro­manse z in­nymi ko­bie­tami.