W imieniu Rzeczpospolitej
Igo Sym (1929/1930)
Wczesnym rankiem 7 marca 1941 roku do warszawskiej kamienicy położonej przy ulicy Mazowieckiej 10 weszło trzech wysportowanych młodych mężczyzn. Mazowiecka była najbardziej artystyczną ulicą przedwojennej Warszawy. Tu pod numerem dwunastym mieściła się najsłynniejsza kawiarnia stolicy - "Mała Ziemiańska", z półpięterkiem okupowanym przez poetów, literatów, artystów malarzy, a także profesorów znajdującego się nieopodal Uniwersytetu Warszawskiego. Swoją nazwę zawdzięczała sąsiedztwu z Towarzystwem Kredytowym Ziemskim, zaś określenie "mała" wiązało się z początkowo niewielkimi rozmiarami lokalu.
Obok znajdowały się - wielce zasłużone dla literatury - księgarnia oraz wydawnictwo Jakuba Mortkowicza. Pod ósemką, dziesiątką i szesnastką działały trzy galerie sztuki, a pod czternastką - znany bar "U Wróbla", gdzie na obiady wpadali goście "Ziemiańskiej". W czasie okupacji ulica zszarzała, ale nie straciła całkiem dawnego blasku.
Jednakże to nie z powodu literatury ani malarstwa trzej młodzi ludzie znaleźli się w tym miejscu. Jeden z nich, do którego pozostali zwracali się "Szary", został na klatce schodowej, na parterze. Dwaj pozostali - "Zawada" i "Mały" - weszli szybkim krokiem na czwarte piętro. Może nawet minęli się na schodach z Hanką Ordonówną, która po zwolnieniu z Pawiaka zajmowała jeden z lokali na trzecim piętrze. Choć to raczej wątpliwe, była bowiem godzina 7.10 rano i o tej porze artyści zwykle jeszcze śpią.
Dopiero po wojnie ustalono ich nazwiska. "Szary" nazywał się Bogdan Rogoliński, "Zawada" - Roman Rozmiłowski, a "Mały" - Wiktor Klimaszewski3. Wszyscy trzej byli żołnierzami ZOM (Zakładu Oczyszczania Miasta), grupy likwidacyjnej kontrwywiadu Związku Walki Zbrojnej. Rozmiłowski, przedwojenny podporucznik artylerii, w kampanii wrześniowej walczył w szeregach 6 Dywizjonu Artylerii Ciężkiej. Po nieudanej próbie przedostania się przez Słowację do Francji wrócił do Warszawy i natychmiast włączył się do czynnej konspiracji.
Skręcili w długi korytarz z szeregiem drzwi. "Mały" zadzwonił do mieszkania oznaczonego numerem 10. Po chwili otworzyła im młoda kobieta, ubrana we wzorzysty szlafrok.
- Panowie do kogo? - zapytała, nie kryjąc zdumienia wizytą o tak nieludzkiej porze.
- Chcielibyśmy zobaczyć się z panem dyrektorem Symem - wyjaśnił "Zawada".
- O tej porze? - Kobieta była wyraźnie zdegustowana.
- Czy to coś pilnego?
- O, tak, proszę pani - uśmiechnął się "Mały". - Nawet bardzo pilnego. Może pani będzie łaskawa poprosić pana dyrektora. My tylko na chwileczkę...
- No... dobrze - zgodziła się niechętnie. - Proszę poczekać. Niech panowie wejdą do saloniku. - Wskazała im drzwi prowadzące do jednego z pokoi.
Dwie minuty później wszedł tam przystojny, postawny mężczyzna po czterdziestce. Był jeszcze zaspany, na piżamę narzucił pospiesznie ciemnoniebieską podomkę.
- Czy pan Igo Sym? - zapytał "Mały".
- Tak. O co chodzi? - W głosie mężczyzny, z pozoru uprzejmym, można było wyczuć nutę irytacji. - Mam nadzieję, że to coś naprawdę ważnego...
- W imieniu Rzeczypospolitej... - rozpoczął tradycyjną formułę wyroku "Mały", wyciągając z kieszeni płaszcza pistolet.
- Masz łotrze, za Polskę! - "Zawada" nie zamierzał bawić się w takie ceregiele. Błyskawicznie dobył "Visa" i z odległości półtora metra wpakował mężczyźnie kulę prosto w serce.
Trafiony Sym padł martwy na twarz, tuż pod nogi strzelającego. Młoda kobieta, która otworzyła drzwi, na odgłos strzału pojawiła się w progu. Jak skamieniała patrzyła na śmierć swojego szwagra.
Strzał obudził śpiącą w sąsiednim mieszkaniu Anielę Lawińską. Starsza kobieta instynktownie wyczuła, że to zamach na Syma. Natychmiast zerwała z łóżka swego syna, Tadeusza Karczewskiego, przedwojennego oficera, i jego kolegę. Nie było chwili do stracenia - obaj nie byli u niej zameldowani, a za chwilę zjawi się tu gestapo. Aniela Lawińska wybiegła na korytarz. Przez otwarte drzwi mieszkania zajętego przez Symów zobaczyła zwłoki Igo i pochyloną nad nimi lamentującą matkę. Stanęła w drzwiach, by zasłonić sobą przemykających korytarzem syna i jego kolegę.
Zanim domownicy zdążyli wszcząć alarm, cała trójka zamachowców była już na ulicy. Zaraz za bramą wejściową do kamienicy rozeszli się w przeciwne strony, by godzinę później spotkać się pod oknami mieszkania organizatora akcji, Romana Niewiarowicza, przy alei Na Skarpie 67.
- Załatwione - zameldował "Mały".
- Żadnych kłopotów?
- Żadnych. Wszystko poszło jak po maśle.
Roman Niewiarowicz, ps. "Łada", był w okupacyjnym świecie aktorskim postacią wyjątkową. W konspiracji pełnił funkcję szefa brygady specjalnej warszawskiego okręgu Związku Walki Zbrojnej, poprzednika Armii Krajowej. Za zgodą władz Polski Podziemnej zatrudniony był jako aktor i reżyser w teatrze "Komedia". Zorganizował tam składnicę meldunkową jednej z komórek ZWZ i centralę konspiracyjnych kontaktów, znakomicie maskowanych przez codzienny ruch i życie teatru.
"Komedia" cieszyła się u Niemców znakomitą opinią, toteż wiele tajnych spraw można tam było załatwiać zupełnie bezpiecznie, w idealnych wprost warunkach, niemalże na oczach gestapowców. Funkcjonariusze Geheime Staatspolizei bywali w tym teatrze bardzo często, bowiem jego dyrektor, Artur Horwath, utrzymywał z nimi bliskie stosunki.
O godzinie dziewiątej Niewiarowicz udał się do Teatru Polskiego, gdzie jak gdyby nigdy nic dopytywał się o Syma, z którym rzekomo umówił się na tę godzinę w jakiejś bardzo pilnej sprawie. Powiedziano mu, że dyrektor Sym z pewnością przyjdzie, ale nie wiadomo dokładnie, o której godzinie. Niewiarowicz zostawił mu wiadomość, że idzie do "Komedii" i że będzie tam na niego czekał.
Potem telefonował jeszcze kilkakrotnie, za każdym razem słysząc tę samą odpowiedź, że dyrektor Sym jeszcze nie przyszedł. Jak się potem okazało, w Teatrze Polskim wiedziano o śmierci Syma już przed jedenastą, lecz na wyraźne polecenie gestapo odpowiadano niezmiennie w ten właśnie sposób.
Gestapo zjawiło się na Mazowieckiej kilkanaście minut po zamachu. Matka Igo Syma oświadczyła gestapowcom, że jej syna na pewno nie zabił nikt mieszkający w tym domu. Niemcy przeszukali wszystkie mieszkania. W pokoju Anieli Lawińskiej znaleźli przedwojenną fotografię Igo Syma z dedykacją dla jej męża, aktora: "Kochanemu koledze Ludwikowi Lawińskiemu - Igo Sym". Zdjęcie uchroniło ją przed szczegółowym śledztwem.
O godzinie 11 uliczne megafony, tak zwane szczekaczki, nadały jako komunikat specjalny rozporządzenie gubernatora Ludwiga Fischera. Następnego dnia warszawskie słupy ogłoszeniowe i mury kamienic pokryte zostały plakatami z jego treścią:
ROZPORZĄDZENIE
Dnia 7 marca 1941 r. we własnym mieszkaniu został zastrzelony przez Polaka Niemiec
IGO SYM
Kierownik Teatru Miasta Warszawy
W związku z tą ohydną zbrodnią zarządzam dla obszaru miasta Warszawy, co następuje:
1. Aresztowanie większej ilości zakładników.
2. Natychmiastowy zakaz wykonywania produkcji artystycznych w polskich teatrach, rewiach, zakładach gastronomicznych i wszystkich innych lokalach rozrywkowych do dnia 7 kwietnia br. włącznie.
3. Wprowadzenie godziny policyjnej dla Polaków aż do odwołania, od 20.00 do 5.00.
Jeżeli w przeciągu trzech dni nazwisko zbrodniarza nie zostanie ujawnione władzom niemieckim, zakładnicy będą rozstrzelani.
Rozporządzenie wchodzi w życie z chwilą ogłoszenia.
(-) Dr LUDWIG FISCHER
GUBERNATOR
Zachowany wyrok Wojskowego Sądu Specjalnego przy Komendzie Głównej ZWZ jest wyjątkowo lakoniczny.
Data, kilka słów, nazwisko skazanego. Nie ma uzasadnienia, nie ma składu orzekającego. Pełna konspiracja. "Ten dokument to i tak wyjątkowy rarytas dla historyka - ocenił znawca Państwa Podziemnego, Andrzej Krzysztof Kunert. - Ślad, że wszystko odbyło się zgodnie z prawem. Procedura wymagała jeszcze, aby taki wyrok zatwierdził wojskowy zwierzchnik okręgu. W przypadku Syma jestem na dziewięćdziesiąt dziewięć procent pewien, że rozkaz wydał osobiście generał Stefan Rowecki-Grot. On nie mógł o tym nie wiedzieć".
Igo, a właściwie Karol Antoni Juliusz Sym urodził się 3 lipca 1896 roku w Insbrucku. Był synem Polaka, Antoniego Syma, leśniczego z okolic Żywca i Austriaczki, Julii Seppi. W Innsbrucku skończył szkołę średnią, zdał tam maturę, a potem wyjechał do Wiednia, gdzie przez trzy lata studiował w konserwatorium muzycznym, w klasie śpiewu.
Podczas I wojny światowej został powołany do armii austriackiej i wysłany na front serbski, gdzie dosłużył się stopnia porucznika. Tam też ranny czy kontuzjowany, uzyskał zwolnienie z wojska i wrócił na studia w konserwatorium wiedeńskim.
Po odzyskaniu przez Polskę niepodległości jego owdowiała matka przyjechała z trzema synami do Żywca i przyjęła polskie obywatelstwo. Igo służył jakiś czas w piechocie, potem zatrudnił się jako urzędnik w Banku Gospodarstwa Krajowego w Żywcu. Zorganizował tam chór mieszany, którego został dyrygentem i założył amatorskie kółko dramatyczne.
Ożenił się z Heleną Fałat, zwaną Kuką, córką Juliana Fałata, kiedyś malarza na dworze cesarza Niemiec, później rektora krakowskiej Akademii Sztuk Pięknych. Dochował się z nią syna, Juliana. Chłopiec zmarł na zapalenie opon mózgowych w wieku dziewięciu lat, a Helena niedługo po tym popełniła samobójstwo. Po tym wydarzeniu Sym już nigdy nie związał się na stałe z żadną kobietą.
W 1925 roku Sym ukończył Instytut Filmowy, prywatną szkołę aktorstwa Wiktora Biegańskiego i zadebiutował na srebrnym ekranie filmem Wampiry Warszawy. Sukces umożliwiła mu nieprzeciętna uroda oraz wyniesiona z wojska sprawność fizyczna. Grywał głównie eleganckich mężczyzn, arystokratów i wojskowych, m.in. grał główną rolę w Kochance Szamoty. Historia mrocznego i wyniszczającego romansu przystojnego mężczyzny z tajemniczą kobietą, która okazała się nieboszczką, zrobiła klapę, ale Symowi dopisało szczęście.
Wychowany w Austrii, a co za tym idzie perfekcyjnie władający językiem niemieckim, dorabiał poza planem jako tłumacz. Podczas jakichś rozmów z partnerami z Wiednia jego urodziwa twarz wpadła w oko austriackim producentom. Dwa lata po debiucie aktorskim wyjechał nad piękny modry Dunaj, gdzie podpisał kontrakt na wyłączność ze studiem "Sascha-Filmstudios AG". Zagrał m.in. w ckliwym melodramacie Die Prattermitzi, który wkrótce wszedł na polskie ekrany jako Dziewczę z Prateru. Od 1929 roku pracował głównie w Niemczech, partnerując na ekranie Marlenie Dietrich, Lilian Harvey i innym.
Z tą pierwszą połączył go podobno krótki, choć burzliwy romans. Spotkali się na planie Cafe Elektric, a każde z nich wywiozło z Wiednia pamiątkę tej znajomości. Sym - fotografię "Błękitnego Anioła" z odręczną dedykacją Marleny, którą potem chwalił się wszystkim jako dowodem dawnej zażyłości z gwiazdą. Dietrich - piłę muzyczną, podarunek od Igo, na której grała później amerykańskim żołnierzom wyruszającym na front. Piła do dzisiaj znajduje się w berlińskim muzeum filmowej gwiazdy. Zdobi ją mała tabliczka: "Igo, Wiedeń 1927" - wspomnienie kochanka, który podczas wojny znalazł się po drugiej stronie barykady.
To był szczyt kariery Syma. Zakończyła się ona wraz z końcem kina niemego i wprowadzeniem dźwięku. Igo miał kłopoty z wymawianiem "r". Dla twardego języka niemieckiego stanowiło to istotną wadę.
Na początku lat trzydziestych powrócił do Polski. Grał w filmach, ale już tylko role drugoplanowe, co prawdopodobnie wiązało się z kłopotami z bezbłędnym opanowaniem języka polskiego.
"Gdy dziś oglądam go na ekranie, jego popularność za każdym razem mnie dziwi - ocenił Syma filmoznawca Kamil Stepan na łamach "Gazety Wyborczej". - Słaby aktor, sztywny, jakby połknął szczotkę, żadnej mimiki. Nie dostawał znaczących ról, a i tak był gwiazdą. Takie to były czasy - ładna twarz liczyła się bardziej od umiejętności aktorskich. A Sym uchodził za zabójczo pięknego".
Pracował w warszawskich teatrach rewiowych "Banda" i "Hollywood", skupiając się na karierze estradowej. Śpiewał popularne przeboje, a jego popisowym numerem było akompaniowanie sobie grą na pile. Elegant o nieskazitelnych manierach, aktor nieco sztywny, ale uwielbiany, rywalizował o miano największego amanta z Eugeniuszem Bodo i Aleksandrem Żabczyńskim. Gdy było trzeba, kreował się na wielkiego polskiego patriotę...
"Szwabskiego jazgotu mam już powyżej uszu" - zapewniał przy wódce przyjaciół po powrocie z Niemiec, gdzie tuż przed wojną zaczął znowu kręcić jakieś kawałki dla berlińskiej "Ufy".
"Sym nie musi się wysilać - napisał Bogusław Kunach w artykule Być tym, co słynie (Gazeta Wyborcza 1.12.2003). - Podczas swojego żelaznego numeru nie popisuje się, nie męczy w choreograficznych układach, w ogóle gra niewiele. Tylko śpiewa. W pewnym momencie schodzi ze sceny między publiczność w pierwszych rzędach".
Kunach opisuje, jak to Sym podczas występów wybierał sobie na widowni jedną z kobiet - nie miało znaczenia, czy była młoda czy stara, ładna czy mniej urodziwa, ważne było jedynie, by patrzyła na niego z zachwytem. W trakcie śpiewu podchodził do niej, podawał dłoń i zapraszał do wspólnego udziału w numerze. Zaskoczona i onieśmielona wielbicielka nie miała odwagi spojrzeć na gwiazdora, lecz Sym nie ustępował - zbliżał się, niemal ją obejmował i ustawiał twarzą do publiczności. Finał występu sygnalizował szerokim gestem ręki, po czym wyciągał z kieszeni fraka swoją fotografię z dedykacją, wręczał ją kobiecie, całował jej dłoń i odprowadzał na miejsce. Publiczność nagradzała go gromkimi brawami, a wybrana wielbicielka czuła się jak w siódmym niebie. Po takim pokazie bilety na miejsca w pierwszych rzędach sprzedawały się z kilkudniowym wyprzedzeniem, a większość z nich zajmowały kobiety.
Na plakatach z programami najlepszych warszawskich kabaretów lat trzydziestych nazwisko Syma było drukowane takimi samymi, wielkimi literami, jak nazwiska Hanki Ordonówny, Zuli Pogorzelskiej, Miry Zimińskiej czy Adolfa Dymszy. W słynnym "Morskim Oku" - najpopularniejszym kabarecie stolicy - był gwiazdą. Teksty piosenek pisali mu: Julian Tuwim, Marian Hemar i Andrzej Włast. Był powszechnie lubiany w środowisku filmowym i estradowym, jego dobre wychowanie i uprzejmość chwalił nawet na ogół złośliwy w swych recenzjach Antoni Słonimski.
"Wybitnej urody postawny brunet, inteligentny, wykształcony, oczytany, płynnie włada kilkoma językami - wspominał go poeta, satyryk i prozaik Tadeusz Wittlin w książce Pieśniarka Warszawy, Hanka Ordonówna i jej świat. - Jest czarujący, gdyż umie bawić rozmową, ma wrodzony dowcip, gra na fortepianie, śpiewa, uprawia sporty, jest mistrzem bilardu i zna mnóstwo sztuczek magicznych, czym chętnie się popisuje. Nie może się tylko pochwalić talentem aktorskim, lecz ten brak nadrabia urodą. Złośliwi nazywają go pięknym statystą". "Może i nie był wybitnym aktorem, ale był podziwiany - twierdziła w rozmowie z Bogusławem Kunachem Stefania Grodzieńska, która tańczyła w kabaretach podczas występów Syma. - U kobiet miał niesamowite wzięcie. Krążyły legendy o jego podbojach".
W 1933 roku dostał niewielką rolę szefa polskiego kontrwywiadu w filmie Szpieg w masce. Główną rolę zagrała słynna Ordonka, Hanka Ordonówna (Maria Anna Pietruszyńska), śpiewająca tam swoje wielkie przeboje: Miłość ci wszystko wybaczy i Na pierwszy znak, gdy serce drgnie. Jako aktor wypadł przy niej blado, a gwiazda wydawała się nie zwracać na niego najmniejszej uwagi. Miała zresztą w tym czasie poważniejsze kłopoty, miotając się pomiędzy małżeństwem z hrabią Michałem Tyszkiewiczem a związkiem z Juliuszem Osterwą. Cała Warszawa i pół Polski żyło jednak plotkami o ich płomiennym romansie.
Nasiliły się one jeszcze bardziej podczas wspólnych występów Ordonki i Syma w widowisku Gwiazdy areny. Wielki namiot cyrkowy braci Staniewskich, gdzie prezentowano program, przez kilka miesięcy wypełniony był do ostatniego miejsca. Największym powodzeniem cieszył się numer, w którym Ordonówna popisywała się woltyżerką, a Sym wykonywał bez siatki zabezpieczającej akrobacje na trapezie. Dodatkowo jeszcze oboje w tym czasie śpiewali. Kilka lat później, już po wojnie, Ordonówna zaprzeczyła w swych wspomnieniach, by cokolwiek łączyło ją z Igo Symem. Czy mówiła prawdę? Trudno dociec. Był to czas, w którym wszyscy wypierali się znajomości z aktorem, a ci, którzy wyprzeć się nie mogli, chowali wstydliwie głowy. W każdym razie Ordonówna nie przyznała się w pamiętniku do tego, że siedząc na Pawiaku, błagała Syma o interwencję u władz niemieckich. O to samo zabiegał u niego również mąż piosenkarki, hrabia Tyszkiewicz, ale Sym nie zechciał pomóc. Nic w tym zresztą dziwnego, biorąc pod uwagę, że to najprawdopodobniej on pomógł zorganizować zasadzkę, w której aresztowano ukrywającą się Ordonkę.
Po najeździe hitlerowców na Polskę pozostał w Warszawie. Podczas oblężenia stolicy pracował w Straży Obywatelskiej: kopał rowy przeciwlotnicze i wydobywał rannych spod gruzów. Po kapitulacji miasta i rozpoczęciu okupacji pracował początkowo w magistracie jako tłumacz i w wojskowej komendanturze jako urzędnik rejestrujący pojazdy.
Pod koniec roku zadeklarował się jako tak zwany Reichsdeutscher (Niemiec zamieszkały poza Rzeszą). Ze względu na swoją przedwojenną sławę stał się cennym elementem legitymizacji nowego porządku. Urząd Propagandowy Generalnego Gubernatorstwa (Propaganda-Abteilung) powierzył mu stanowisko dyrektora Theater der Stadt Warschau, dawnego Teatru Polskiego przy ulicy Karasia 2, oraz zarządzanie kinem nur für Deutsche "Helgoland" (przedwojennym "Palladium", mieszczącym się przy Złotej pod numerem 7/9). Otrzymał również koncesję na prowadzenie Teatru "Komedia" przy ulicy Kredytowej 14. Bywał częstym gościem w domu Ludwiga Fischera, gubernatora dystryktu warszawskiego. Podobno podkochiwała się w nim żona dygnitarza.
W 1940 roku zorganizował werbunek polskich aktorów do antypolskiego filmu Heimkehr (Powrót do ojczyzny), zleconego przez Goebbelsa i wyreżyserowanego przez Gustava Uicky'ego. Przesłanie "dzieła" było proste. Przed wojną mniejszość niemiecka była w Polsce torturowana, szykanowana i mordowana. Teraz, po powrocie tych ziem do Reichu, całe zło minęło. Film miał być kręcony w polskich plenerach, a do roli oprawców mieli być zaangażowani polscy aktorzy. W głównej roli kobiecej wystąpiła gwiazda niemieckiego kina lat trzydziestych, Paula Wessely, dużą rolę polskiego burmistrza-sadysty miał, według koncepcji Syma, zagrać Kazimierz Junosza-Stępowski4, jeden z najwybitniejszych aktorów przedwojennego polskiego kina, ale ten nie dał się zastraszyć i odmówił. Ostatecznie Sym namówił Uicky'ego, by powierzył tę rolę Bogusławowi Samborskiemu5.
Jedna z najbardziej odrażających scen filmu przedstawia scenę zgwałcenia głównej bohaterki, niemieckiej nauczycielki, przez kilku wyrostków o semickich rysach twarzy. W innej znów scenie grupa pijanych mężczyzn o odrażającym wyglądzie ściga młodziutką jasnowłosą dziewczynę, rzucając za nią kamieniami. (W okresie PRL-u podobnie postępowano z aktorami grającymi Niemców, dobierając do takich ról osobników o twarzach jak z albumu Lombroso6). Do gwałtu jednakże nie dochodzi, ponieważ w pewnym momencie kamień trafia dziewczynę w skroń. Ścigana pada martwa na bruk. Na ekranie zbliżenie głowy zamordowanej Niemki. Za chwilę kamera kieruje się na jej szyję, na której widać łańcuszek ze swastyką.
Bardzo niewiele osób wiedziało wówczas (i wie do dziś), jak naprawdę wyglądała realizacja Powrotu. Zdjęcia plenerowe kręcono na Kurpiach, w Myszyńcu i okolicy. Reżyser Gustav Uicky zjawił się tam w asyście jednostki SS, która miała odegrać szczególną rolę w scenach zbiorowych. Przebrani w polskie mundury esesmani odtwarzali przed kamerą najazdy Polaków na domy niemieckich osadników. Tłumy matek z dziećmi na rękach biegły pędzone kolbami karabinów. Eleganccy oficerowie bili pejczami po twarzach przerażone staruszki. Woźny kopał w twarz młodą kobietę, błagającą polskiego burmistrza o ratunek. Zbliżenie pokazywało ciężki but i twarz kobiecą zalaną łzami. To wszystko działo się naprawdę! Esesmani nie markowali ciosów, lecz naprawdę bili kolbami karabinów. Tyranizowanych osadników niemieckich grała miejscowa ludność polska.
Obraz naszego zwyrodnienia miał przysposobić Niemców przebywających w Polsce do właściwego postępowania z Polakami. Na ten perfidny pomysł odwrócenia ról - Polacy jako prześladowani Niemcy i Niemcy jako sadystyczni Polacy - wpadł podobno Igo Sym. Z powierzonego mu zadania wywiązał się zresztą znakomicie, werbując w sumie dziewięciu polskich aktorów, którzy obsadzili negatywne role. "Biuletyn Informacyjny" warszawskiego okręgu ZWZ, pisząc o nim, zawsze dodawał przed nazwiskiem epitet: "kanalia".
Coraz częściej dawni znajomi chowali się na widok Syma w bramach, widząc go paradującego dumnie po ulicach stolicy z czerwoną nazistowską opaską ze swastyką na ramieniu.
"Z opaską? Ja widziałam go w niemieckim mundurze! - oburzała się Lidia Wysocka, partnerka Syma w Złotej masce i ostatnia żyjąca aktorka, która grała z nim w filmie. - To był początek okupacji i jeszcze nie rozpoznawałam niemieckich formacji po mundurach, więc nie wiem, co to był za uniform. Sym wyszedł tak ubrany z jakiegoś urzędu przy placu Piłsudskiego. Nie mogłam się mylić. To był on. Nim mnie zauważył, odwróciłam się i ruszyłam na drugą stronę ulicy".
Sym nie zerwał jednak kontaktów ze środowiskiem aktorskim. Często pokazywał się w prowadzonej przez aktorów kawiarence w zamkniętym Teatrze Polskim. Nie był mile widzianym gościem, ale wszyscy bali się okazać mu niechęć. No, może nie wszyscy.
"Wypije człowiek bruderszaft z jakimś ścierwem, a potem się wstydzi do końca życia - powiedział mu prosto z mostu aktor Dobiesław Damięcki, były legionista, ojciec Damiana i Macieja7. - Będziesz ty jeszcze, łajdaku, wisiał na latarni - dodał na koniec rozmowy, w związku z czym zmuszony był ukrywać się aż do końca okupacji". (Magdalena Grzebałkowska, Irena i mężczyźni, wyborcza.pl, 05.12.2000)
Niektórym (na szczęście nielicznym) oferty pracy składane przez Igo Syma wydawały się bardzo intratne. W pierwszych miesiącach wojny aktorzy nie mieli żadnych możliwości występowania, a co za tym idzie - zarabiania na życie. Zatrudniali się jako kelnerzy czy szatniarze. Aleksander Zelwerowicz został na wsi dozorcą obory, Jerzy Jurandot hodował pomidory, a Stefania Grodzieńska pomagała znajomej fryzjerce. Większość wegetowała.
Konspiracyjny Związek Artystów Scen Polskich ogłosił bojkot wszelkich jawnych przedsięwzięć scenicznych.
"Pozwoliliśmy jedynie na występy w kawiarniach, recytacje i piosenki, bo coś trzeba było aktorom zostawić jako środki do utrzymania" - mówił po wojnie profesor Bohdan Korzeniewski, członek Tajnej Rady Teatralnej. Według jego oceny, około dwustu ludzi teatru nie zastosowało się do norm narzuconych przez konspiracyjne władze.
Ku zaskoczeniu podziemia, koncesjonowane teatrzyki cieszyły się dużą popularnością. Ogłoszony przez Państwo Podziemne bojkot obywatelski był masowo łamany. Podobnie było z kinami. Nie pomagały wypisywane na murach hasła "Tylko świnie siedzą w kinie, co bogatsze to w teatrze". Nie dawały efektów akcje puszczania śmierdzących gazów na widowni, wywoływanie pożarów, wlewanie widzom do kieszeni żrących płynów i golenie głów. Nawet żołnierze podziemia wspominali po wojnie, jak po udanej akcji lubili się odstresować na widowni teatrzyku lub w kinie. Na tym froncie walki cywilnej Państwo Podziemne poniosło klęskę.
Kontakty Syma z polskim środowiskiem artystycznym nie polegały jednak tylko na skłanianiu jego przedstawicieli do kolaboracji z wrogiem. We wspomnianym wcześniej filmie Szpieg w masce Sym wcielił się w postać szefa polskiego kontrwywiadu. W prawdziwym życiu odegrał rolę konfidenta gestapo.
Rozpracowaniem działalności Syma zajął się z ramienia ZWZ Roman Niewiarowicz, dawny współpracownik Oddziału II Sztabu Generalnego Wojska Polskiego. Oficerowie "Dwójki" powierzyli mu to zadanie jeszcze w 1939 roku, w konsulacie polskim w Budapeszcie, w czasie ewakuacji polskich władz, już wtedy podejrzewając aktora o współpracę z wywiadem niemieckim. Zebrane dowody nie pozostawiały wątpliwości. Po zapoznaniu się z nimi Wojskowy Sąd Specjalny ZWZ wydał na Igo Syma wyrok śmierci.
Sam konfident czuł się bezkarny. "Otrzymałem już trzy wyroki śmierci i żyję, a jak będzie mi gorąco, to zwieję na stałe do Wiednia i niech mnie tam pocałują w dupę z ich wyrokami" - uspokajał innego aktora, Bogusława Samborskiego, który tak przekonująco zagrał rolę polskiego burmistrza-sadysty w filmie Powrót do ojczyzny i który wkrótce potem otrzymał pocztą wyrok śmierci za kolaborację.
Wiosną 1941 roku w mieszkaniu przy ulicy Mazowieckiej Igo bywał już rzadko. Uzyskanie przez Niewiarowicza informacji, że 8 marca 1941 roku ma wyjechać na stałe do Wiednia, gdzie czekało na niego wysokie stanowisko przy produkcji filmowej, przyspieszyło decyzję. Do załatwienia została mu ostatnia sprawa, która trzymała go na miejscu - trzeba było wyciągnąć brata, Alfreda, z obozu jenieckiego.
Najmłodszy z Symów, Alfred (1899-1973), też próbował wcześniej swoich sił przed kamerą. We wrześniu 1939 roku był kapelmistrzem w orkiestrze. Potem półtora roku spędził za drutami oflagu. Mógł się nawet nie orientować w roli, jaką Igo odgrywał podczas okupacji. Wyszedł na wolność tuż przed jego śmiercią. Po wojnie osiedlił się w Austrii i tam zrobił karierę jako kompozytor muzyki poważnej8.
Początkowy pomysł, żeby Igo Syma po prostu otruć, odrzucili konspiracyjni zwierzchnicy. Egzekucja miała być dokonana z wojskowej broni 9 mm. Zastraszona, pozbawiona nadziei po klęsce Francji Polska powinna przekonać się, że Państwo Podziemne potrafi karać zdrajców i odstępców. Jedynym miejscem, gdzie z pewnością można było go zastać, było skromne mieszkanie przy Mazowieckiej 10, gdzie Sym przeprowadził się wraz z matką po zburzeniu we wrześniu 1939 roku ich domu na Krakowskim Przedmieściu.
Po śmierci Syma gubernator ogłosił żałobę w stolicy. Później zdarzyło się to tylko po klęsce stalingradzkiej i po zamachu na Kutscherę. Pogrzeb aktora stał się typowo propagandowym spędem, obok niemieckich dygnitarzy wzięli w nim również udział polscy aktorzy "symowskich" teatrów. Miasto zamarło sparaliżowane lękiem przed niemieckimi represjami.
Tuż po zamachu rozplakatowano listy gończe za aktorami podejrzewanymi o udział w akcji - małżeństwem Ireną Górską i Dobiesławem Damięckim. Stało się tak, ponieważ ktoś doniósł specjalnej grupie "Mordkommision Igo Sym", która prowadziła dochodzenie, że Damięcki w barku aktorów w podziemiach Teatru Polskiego opowiadał w niewybredny sposób, co Polacy myślą o obnoszącym się ze swoją pozycją Symie. Na tej podstawie gestapo powiązało ich z zamachem i aktorska para zmuszona była ukrywać się aż do końca wojny.
W odwecie za śmierć Igo Syma Niemcy wzięli 118 zakładników, spośród których 21 osób rozstrzelano 11 marca w Palmirach. Aresztowanych zostało również kilkanaście osób z warszawskiego świata aktorskiego. Zamknięto Leona Schillera, Stefana Jaracza, Elżbietę Barszczewską, Lidię Wysocką, Zbigniewa Sawana i wielu innych.
"Podobno brali nas według jakiejś listy znalezionej w mieszkaniu Syma" - opowiadała później Wysocka.
Aktorzy przeszli Pawiak, więzienie przy alei Szucha, część wylądowała w KL Auschwitz. Najgorzej zniósł to Jaracz. Z obozu wrócił schorowany i w 1945 roku zmarł na gruźlicę.
3 Niektóre źródła podają, że trzecim uczestnikiem zamachu (w miejsce "Szarego") był porucznik Leszek Kowalewski, ps. "Twardy", ur. w 1910 roku, rozstrzelany przez Niemców na Pawiaku w roku 1943. Jeszcze inne, że tym, który został na parterze, stanowiąc zewnętrzną osłonę akcji, był "Mały", na górę zaś weszli "Szary" i "Srebrny".
4 5 lipca 1943 roku Kazimierz Junosza-Stępowski został postrzelony w swym warszawskim mieszkaniu przez oddział egzekucyjny polskiego podziemia, gdy zasłaniał ciałem swą żonę, Jadwigę Galewską, narkomankę i konfidentkę gestapo. Po kilku godzinach zmarł.
5 Prawdopodobnie Samborski zdecydował się na taką współpracę, żeby ochronić swoją żonę, która z pochodzenia była Żydówką. Po wykonaniu wyroku śmierci na Symie przez żołnierzy ZWZ Samborski wyjechał do Niemiec, gdzie pozostał także po wojnie. Kontynuował karierę aktorską pod pseudonimem Gottlieb Sambor; wystąpił w dwóch filmach: Shiva und die Galgenblume (1945 - ostatni film wyprodukowany przez przemysł filmowy III Rzeszy) oraz Am Ende der Welt (1947). W 1948 roku, po zaocznym wyroku polskiego sądu, skazującym go na dożywocie za współpracę z okupantem, wyjechał do Argentyny, gdzie zmarł w roku 1971.
6 Cesare Lombroso (1835-1909) - włoski psychiatra i antropolog, profesor uniwersytetów w Pawii i Turynie. Był twórcą tak zwanej "antropologicznej szkoły prawa karnego", za pomocą której starał się dowieść, że przestępcy rodzą się przestępcami i charakteryzują się określonymi cechami anatomicznymi, jak na przykład: płaskie i niskie czoło, silnie wystające łuki brwiowe, przypominające torus nad oczodołami małpy człekokształtnej, asymetria czaszki, czy też mięsiste i nabrzmiałe wargi.
7 Zupełnie inaczej zachował się syn wspaniałego ojca, popularny aktor Maciej Damięcki. Jako TW "Bliźniak", współpracował w latach 1973-1989 z komunistyczną Służbą Bezpieczeństwa. Zgodnie z dokumentami, miał w tym czasie odbyć 76 spotkań z funkcjonariuszami bezpieki, przekazując im 70 informacji mających wartość operacyjną. Maciej Damięcki przyznał się do podpisania zobowiązania do współpracy, jednak czas jej trwania określił na 2 lata, podczas których napisał "zaledwie" dwie notatki dla SB. Zapewnił, że nie zaszkodził osobom ze środowiska aktorskiego.
8 Trzeci z braci Symów - a właściwie pierwszy, bo najstarszy - Ernest (1893-1950) otrzymał w 1932 roku stopień doktora filozofii w dziedzinie chemii na Wydziale Matematyczno-Przyrodniczym Uniwersytetu Warszawskiego. Rok później, po uzyskaniu habilitacji, zaczął samodzielnie kierować Zakładem Chemii Ogólnej i Fizjologicznej Wydziału Weterynarii UW. W 1937 roku otrzymał nominację na profesora zwyczajnego. Na kilka lat przed wybuchem II wojny światowej podjął badania w dziedzinie metabolizmu prątków gruźlicy, pracując w Miejskim Sanatorium w Otwocku. Kontynuował je w latach wojny w fabryce farmaceutycznej Nasierowskiego, kierując jednocześnie działem chemii Państwowego Zakładu Higieny w Warszawie, gdzie prowadził głęboko zakonspirowaną pracę badawczą i dydaktyczną. W czasie okupacji prowadził też nielegalną produkcję materiałów wybuchowych, zapalających, paliw, a także toksyn bakteryjnych dla AK.