Największe kłamstwo świata - Borys Kossakowski

Kup ebooka

50.00 zł

-
Proszę czekać

Wstęp

Nie przepadam za czytaniem wstępów, ale może się zdarzyć tak, że Państwo lubicie. Że Ty lubisz. Nie wiem natomiast, czy lubię pisać wstępy, więc sprawdzam, jak to jest.

Do napisania niniejszej książki skłoniła mnie Zazdrość (o czym napiszę więcej za chwilę). Któregoś dnia zapytała:

- A my, kolego, kiedy weźmiemy się do roboty? Książki czekają na napisanie!

- Ale ja mam tak mało czasu... - jęknąłem. - Mam pisać godzinę tygodniowo? Przecież to zajmie wieki!

- I...? - spytała moja żona.

Jako że nie znałem odpowiedzi na to pytanie, postanowiłem zacząć pisać.

Skorzystałem z nieplanowanej wczesnej pobudki. Była piąta rano, nie mogłem ponownie zasnąć, wziąłem więc do ręki zeszyt i w akcie natchnienia, olśnienia czy po prostu nudy, skierowałem przepływ świadomości na papier i wynotowałem spis treści. Przez następne miesiące sam przed sobą tłumaczyłem się z tych zapisków, próbując odgadnąć, co tak właściwie autor owego spisu treści miał na myśli. Jak uzupełnić białe karty dzielące tytuły kolejnych rozdziałów? W ten sposób dotarłem do tego punktu, czyli do momentu, w którym trzeba napisać wstęp.

Wiedza zawarta w tej książce nie jest uniwersalna. Jak każdy psycholog, poruszam się w sferze teorii, domysłów, hipotez, przeczuć, intuicji, podejrzeń i fantazji. Nie jest to książka naukowa. Choć włożyłem wiele wysiłku, żeby wszystko, co w niej zawarte, pokrywało się z najnowszą wiedzą, zachęcam Was, żebyście podchodzili do moich słów ze zdrowym dystansem.

Moje przemyślenia (nawet te autorskie) są inspirowane pracami innych autorów, do których Was odsyłam po więcej wiedzy. Najważniejsi z nich to Irvin Yalom, Wojciech Eichelberger i Yuval Noah Harari oraz David Burns, John Bradshaw, Stephanie Stahl, Stephen Johnson, Wendy Mogel, Barry Schwartz,Eugen Herrigel, Gabor Maté, Antoni Kępiński, Tiziano Terzani, a także (oczywiście) gestaltyści: James I. Kepner, Laura Perls, Fritz Perls i Paul Goodman. Listę konkretnych publikacji znajdziecie na końcu tej książki.

Wstęp to dobre miejsce na podziękowania. Dziękuję więc Annie Bal za to, że uwierzyła w sens wydawania tej książki. Dziękuję Ewie Wojciszke-Orskiej za pierwszą recenzję i natchnienie do dalszej pracy. Dziękuję pierwszym czytelniczkom - Edycie Wojtaniec, mojej siostrze i mojej mamie. Dziękuję Katarzynie Rejniak za to, że napisała swoją książkę (Nieobecność. Uzależnienia w kulturze kryzysu przynależności) i wydała ją w wydawnictwie Oficyna Związek Otwarty, bo to właśnie na widok tej publikacji obudziła się moja, cytowana powyżej, pozytywna Zazdrość.

Dziękuję moim nauczycielom, przede wszystkim Agnieszce Nawrot, Jackowi Pansterowi i Marcie Rommel oraz wszystkim moim terapeutom. Dziękuję też wszystkim osobom, które postanowiły skorzystać z mojego wsparcia. To ich życiorysy stanowią zarówno inspirację, jak i ilustrację dla zawartych w tej książce myśli. Jednocześnie podkreślam, że wszystkie imiona oraz umożliwiające identyfikację fakty zostały zmienione, by zachować anonimowość. Przykłady, które podaję zaś w pierwszej osobie niekoniecznie dotyczą moich osobistych doświadczeń. Korzystam z tej formy, by uczynić je bardziej czytelnymi i namacalnymi.

Dziękuję wreszcie współautorkom niniejszej publikacji: Katarzynie Wejss i Patrycji Kicie, które wspierały mnie w roli redaktorek, a także Annie Szuchiewicz-Kossakowskiej, którazaprojektowała okładkę. Dziękuję także i Tobie, że zamierzasz poświęcić swój cenny czas na zapoznanie się z treścią tej publikacji.

Marzyło mi się, aby była to książka, którą się przede wszystkim dobrze czyta. Życzę Ci więc... dobrej lektury.

Borys Kossakowski

ROZDZIAŁ IŻyć długo i szczęśliwie

Dawno temu żyła księżniczka Anastazja. Jak to w bajkach bywa, jej uroda była zniewalająca, a posag niezgorszy. Wiedzieli o tym okoliczni książęta, wiedział też stary smok Stefan. Smok, jak to smok, powab córki króla miał w poważaniu, ale interesowały go skarby. Wziął więc Anastazję do swej pieczary jako zakładniczkę, zamknął w lochu i wysłał uprzejmy, acz stanowczy list do mości króla, żeby ten wyskakiwał z kasy, bo inaczej księżniczka zostanie rozmontowana na części, a jej cenne, bo młode organy zostaną zaoferowane na sprzedaż w Dark Webie.

Król nie był w ciemię bity i okupu nie zapłacił. Wezwał kwiat lokalnego i zagranicznego rycerstwa do krucjaty przeciwko Stefanowi, oferując rzecz jasna rękę Anastazji (w komplecie z resztą ciała) oraz solidną część królestwa (od biedy nawet całe, bo król już stary był i liczył się z rychłą wizytą Kostuchy). Kwiat rycerstwa, doświadczając silnego dysonansu poznawczego (Anastazja spoko, ale Stefan to jednak kawał łobuza), zareagował ospale.

Znalazł się jednak mocarny książę Ruderyk, który po trupach swoich kolegów rycerzy, wjechał do pieczary, spuścił Stefanowi srogie manto i oswobodził Anastazję. Król urządził wesele, Anastazja chcąc nie chcąc zaakceptowała Ruderyka (lepszy przecież Ruderyk niż smoczy loch) i doszło do tradycyjnej wymiany obrączek ślubnych. A potem nowożeńcy żyli... No jak mogli żyć? Długo i szczęśliwie, prawda? A jeśli to nieprawda?

Śmiem twierdzić, że nikt i nigdy nie żył jednocześnie długo i (tylko) szczęśliwie. Długo i szczęśliwie to oksymoron. Im dłużej żyję, tym większe prawdopodobieństwo, że (oprócz szczęścia) spotka mnie także jakieś nieszczęście, już to w postaci pospolitego pecha, smutku, depresji, traumy czy lęku uogólnionego (a czasem szczegółowego) itp. Celowo pomijam kwestie względnej oceny, co to znaczy "długo", a co "szczęśliwie". Przyjmijmy, że subiektywna definicja, czyli mówiąc wprost - ocena czytelnika, jest definicją obowiązującą. Niezależnie od rozumienia słowa szczęście, co do jednego pewnie się zgodzimy - jak każdy stan, trwa ono chwilę. Może dwie.

Oto więc nasze tytułowe "największe kłamstwo świata". Nie ma takiej możliwości, żeby pojedyncze zdarzenie sprawiło, że będziesz żyć długo i szczęśliwie. A już na pewno takim wydarzeniem nie jest ślub. Kto brał, ten wie! Przy okazji, należy się czytelnikowi małe wyjaśnienie. Przyznaję szczerze, że owo "największe kłamstwo świata" to w istocie tylko chwytliwy slogan, wymyślony na potrzeby tej książki. Tytuł musi przykuwać uwagę, prawda? Wybaczcie mi. Obiecuję, że to pierwszy i ostatni clickbait, na jaki traficie w tej książce. Małe czy duże, kłamstwo czy tylko uogólnienie, jedno wiem na pewno - długo i szczęśliwie w ludzkim losie nie występuje.

Cierpienie i ból wpisane są w kompozycję życia nieodwołalnie i nierozerwalnie. I nie ma takiej metody, zaklęcia ani wydarzenia, które by sprawiło, że życie stanie się tak od a do zet szczęśliwe. Każdy sportowiec wie, że aby nauczyć się wygrywać, trzeba nauczyć się przegrywać. Pomijając fakt, że wygrana przecież nie zawsze daje szczęście.

Na ślubnym kobiercu zazwyczaj stają osoby przyciągane tzw. komplementarną psychopatologią. Co oznaczają te dwa podejrzanie brzmiące słowa? Przywołując spostrzeżenia Gabora Maté, zakochują się w sobie zwykle ludzie, którzy idealnie pasują do siebie pod względem nieuświadomionych lęków i dawnych zranień, będących efektem traum relacyjnych. Ludzie, którzy będą nawzajem dotykać swoich tkliwych miejsc, zazwyczaj w sposób nieświadomy i niezamierzony. Co nie znaczy, że będą to robić przypadkowo.

Przyciągamy się, żeby sobie coś pokazać, uświadomić, umożliwić uzdrowienie. Wygląda to tak, jakby nasze zakochane podświadome umysły starały się nawzajem uleczyć, wyciągając na światło dzienne nieprzepracowane traumy relacyjne. Kocham cię, więc chcę, abyś ozdrowiał, a dopóki twoje cierpienie jest skrywane w podświadomości, nie ma mowy o uleczeniu. Trzeba wyciągnąć trupa z szafy, zwinąć dywan, aby przekonać co podeń zamieciono.

Jest to zjawisko na tyle częste i obserwowalne gołym okiem, że nie ma mowy o przypadku. Jednocześnie nie wiemy, jaki jest dokładnie mechanizm tego procesu. Możemy się domyślać, snuć hipotezy godząc się z faktem, że nigdy ich nie udowodnimy. Zresztą nauka, wbrew pozorom, nie zajmuje się udowadnianiem prawdziwości teorii, ale raczej obalaniem ich i poszukiwaniem nowych, czym różni się od religii, jak zauważa profesor fizyki Andrzej Dragan. Teoria przyciągania się traum jest jedną z najtrafniejszych koncepcji tłumaczących małżeńsko-partnerskie trudności i konflikty. Wracając do bajki, miłość daje nie tyle szczęście, co raczej okazję do zmierzenia się z mrokiem podświadomości i, na osłodę, odrobinę endogennej morfiny (endorfiny), żeby pomóc mierzyć się z nieuchronnym bólem.

Nikt nie będzie żył długo i szczęśliwie, choć wielu ludzi marzy o tym, żeby tak było. To bujda na resorach. Podobnie jak permutacja tego życzenia w postaci zwrotu "wszystko będzie dobrze". Okraszona czasami preambułą "nie martw się".

Postuluję, żeby od teraz bajki (te zwieńczone ślubem pary głównych bohaterów) kończyły się inaczej. Zamiast "żyli długo i szczęśliwie" zacznijmy mówić: "Odtąd dotykali swoich nieuświadomionych ran i uruchamiali swoje automatyczne, nieadaptacyjne reakcje, sprawiając sobie nawzajem ból, zmuszając do emocjonalnej i duchowej przemiany lub doprowadzając do rozstania".

Już widzę miny szefów studia Disneya na taki pomysł!

Skąd więc wziął się ten absurdalny zwrot - "wszystko będzie dobrze"? Dlaczego tak chętnie i często się oszukujemy? Zazwyczaj po to, by sobie ulżyć w bólu, by utulić lęk. Im więcej we mnie lęku, tym większa tęsknota za siłą wyższą, za jakimś porządkiem, za powrotem na łono matki, a najlepiej do raju. Chwytam się kwantyfikatorów ogólnych, polaryzatorów, wielkich słów. W trwodze przed nieuchronnym, nieznanym i zmiennym marzę o stabilizacji, kotwicy, macierzy, gdzie jest pewność i stałość.

Myślę, że jeśli tylko znajdę bliską osobę, nawiążę odpowiednią relację, kupię dom, dostanę podwyżkę, to już będzie okej. Wszystko, zawsze, wszędzie, szczęśliwy, piękna, a na drugim biegunie - nigdy, nigdzie, nic, nieszczęśliwy, bestia. Wartości ostateczne dają złudzenie kontroli. Są jak bandy na lodowisku lub brzegi pływalni - najbezpieczniej jest, gdy się ich jesteśmy w ich pobliżu. Jazda figurowa na środku tafli, niesie ze sobą ryzyko upadku i potłuczenia, a pływając, ryzykujemy zachłyśnięcie się wodą, skurcze, utonięcie.

W gruncie rzeczy często nawet nie jest aż tak ważne, czy wszystko ma być dobrze, czy źle. Ważne, żeby było przewidywalnie. Żeby było się o co oprzeć, czego przytrzymać. Gdy wiem, jak będzie, boję się mniej, nawet jeśli będzie źle. Pesymista odczuwa masochistyczną przyjemność, kiedy okazuje się, że jego czarnowidztwo się sprawdza. Zainteresowanych odsyłam do światowej sławy eksperta w tej dziedzinie - profesora Kłapouchego.

"Wszystko będzie dobrze" jest kłamstwem pozornie niegroźnym, przemycanym w bajkach o królewnach, książętach, smokach, Kopciuszku, Arielce (ale tylko w wersji filmowej, bo w baśni Andersena jej pierwowzór - Mała Syrenka wcale nie poślubia księcia). To złudzenie, które pokutuje w naszych głowach i jest powtarzane w nieskończonej liczbie wariantów.

Kryje się w nim naturalne i zdrowe dziecięce marzenie oraz oczekiwanie, że mama i tata się mną zaopiekują i że gdy się urodzę, wszystko będzie dobrze. To oczekiwanie podświadome, niewerbalne, ze świata uczuć, instynktu małego dziecka, jest biologiczną energią życia zachęcającą je do podejmowania kolejnych kroków. Gdyby nie wewnętrzne przekonanie, że wszystko będzie dobrze, że mama ma dobre intencje i kompetencje, by o mnie zadbać, prawdopodobnie nigdy nie zdecydowałbym się nawet na zagnieżdżenie w łożysku. Nie mówiąc już o przyjściu na świat.

"Wszystko będzie dobrze" oznacza, że kiedy będziesz głodne, mama cię nakarmi, kiedy będzie ci zimno, tata cię okryje, kiedy będziesz płakać, mama cię przytuli. Gdy zapragniesz się bawić, tata pójdzie z tobą na plac zabaw, kiedy zachorujesz, zabierze do lekarza i tak dalej. Na tym poziomie rozwoju "wszystko będzie dobrze" ma głęboki sens i jest emanacją fundamentalnego poczucia bezpieczeństwa, które z czasem w większym lub mniejszym stopniu ulega erozji. Kiedy jednak wchodzimy w wiek dorosły, przekonanie, że wszystko będzie dobrze, staje się ograniczającym złudzeniem, roszczeniem często powodującym korozję relacji. Jest błędem poznawczym w terminologii terapii poznawczo-behawioralnej nazywanym generalizacją. A jeśli rozumujesz przy pomocy błędów poznawczych, to... błądzisz, zamiast myśleć.

* * *

Natalia przyszła na terapię z przekonaniem, że kiedy ją zakończy, będzie żyła długo i szczęśliwie. Była w związku z dwoma mężczyznami. Pierwszy z nich, jej narzeczony, był stabilny w uczuciach, wierny, ale dość nudny i przewidywalny. Kochanek dla odmiany był pasjonujący, podniecający, ale niestabilny i nie budził jej zaufania. Na dodatek miał żonę, z którą przechodził kryzys małżeński, oraz dzieci, które musiały to wszystko znosić, co dodatkowo komplikowało sytuację.

Natalia była przekonana, że terapia pomoże jej wybrać, z którym mężczyzną powinna się związać na stałe. Wszystko po to, aby po ślubie, na który czekała od kilku lat, nastąpiło upragnione "żyli długo i szczęśliwie".

Jakież było jej rozczarowanie, kiedy okazało się, że potrzebuje zarówno bezpieczeństwa, jak i ekscytacji. Stabilizacji i ruchu. Że potrzebuje zarówno korzeni, jak i skrzydeł. Że każdy wybór, którego miałaby ewentualnie dokonać, będzie niósł ze sobą określone koszty. Nie można poświęcić potrzeby bezpieczeństwa dla potrzeby przyjemności i bycia ważnym. Tak jak nie można poświęcić potrzeby jedzenia dla potrzeby snu. Niezbędne jest i to, i to. Jednocześnie, co ważne, nie da się jeść przez sen, ani spać w trakcie jedzenia.

Natalia była przekonana, że życie zarazem długie i szczęśliwe jest możliwe. Była w stanie poświęcić się dla tej idei, tak jak Arielka, która oddała swój piękny głos w zamian za parę ludzkich nóg. Odciąć korzenie dla chwili lotu z kochankiem, czy odciąć skrzydła i umrzeć z nudów? Oto jest pytanie.

- Niby mogłabym odejść od narzeczonego w mgnieniu oka. Nie mamy dzieci, nie mamy nawet kredytu! Ale nie potrafię - mówiła. - Sama nie wiem czemu.

Podczas wspólnych sesji zrozumieliśmy, że Natalia nauczyła się zaspokajać swoje potrzeby w pewien specyficzny sposób. Uzależniła się od obu mężczyzn, odtwarzając stare mechanizmy wyniesione z domu rodzinnego - nie potrafiła zrezygnować ani z narzeczonego, ani z kochanka. Przez wiele miesięcy terapii była przekonana, że musi zmienić siebie, żeby podjąć decyzję, co dalej. Że musi czegoś się dowiedzieć, coś zobaczyć, coś przerobić, a jak już się dowie, zobaczy i przerobi, to reszta pójdzie z górki.

Tu chciałbym zaznaczyć, że powszechnie używany zwrot "przerobić na terapii" w mojej opinii nadaje się do przeformułowania. Terapia to nie jest statek -przetwórnia i nie przerabia się na nim złowionych ryb na paprykarz. Terapia to też nie szkoła, w której można przerobić traumę, jak przerabia się algebrę lub arytmetykę. W terapii gestalt mówi się raczej o domykaniu figur niż przerabianiu ich.

Mam taką roboczą koncepcję: skoro naszymi układami nerwowymi rządzą reakcje chemiczne i procesy elektryczne, to trauma wygląda tak, jakby dany proces lub reakcja zostały zatrzymane, zamrożone - jakby ktoś wrzucił mentosa do butelki z napojem gazowanym i zakręcił. W środku buzuje, ale na zewnątrz w zasadzie nic nie widać. W terapii odkręcamy te butelki i powoli zmniejszamy ciśnienie - dokańczając proces, domykając figurę, dopowiadając to, co zostało przemilczane.

Wróćmy jednak do Natalii. Pod koniec procesu terapeutycznego spontanicznie wypowiedziała takie słowa:

- Wczoraj przed snem uświadomiłam sobie, że traktowałam terapię jak kurs na członka rady nadzorczej, który robiłam wcześniej. Myślałam, że skończy się wydaniem certyfikatu, że się nadaję do życia. Przyszłam na terapię z pomysłem, żeby się zmienić, a okazało się, że mam się zaakceptować.

Powiedziała to na jednej z ostatnich sesji, podsumowując naszą wspólną drogę, a ja czym prędzej zapisałem jej myśl w zeszycie, aby nie zapomnieć tego celnego spostrzeżenia. Natalia idąc własną drogą rozwoju, w zadziwiający sposób dotarła do przełomowego punktu i w klarowny sposób wyraziła starą buddyjską mądrość, mówiącą o tym, że podstawą rozwoju jest akceptacja samego siebie. Przy czym należy podkreślić, że nigdy nie zajmowała się rozwojem duchowym! Potwierdzałoby to koncepcję Genpo Roshiego1 że każdy z nas ma dostęp do Wielkiego Umysłu (Big Mind), w którym zawarta jest cała potrzebna mądrość. Kiedy akceptujemy siebie i możemy zacząć z siebie czerpać, korzystając z dostępu do źródła, Wielkiego Umysłu, Uniwersalnej Mądrości.

Natalia w wieku dziecięcym doświadczyła molestowania. Jej sąsiad obnażał się przy niej i zachęcał ją do dotykania swoich genitaliów. Sprawa dość szybko wyszła na jaw i tu kluczowa okazała się reakcja jej rodziny. W domu głową rodziny była babcia, która nie pozwoliła, aby historia molestowania opuściła rodzinny krąg. Zdaniem seniorki w małym miasteczku, gdzie mieszkali, nikt nie mógł się dowiedzieć o tym, co się wydarzyło. Źle by to świadczyło o rodzinie Natalii.

Pokrzywdzoną dziewczynkę pozostawiono samą sobie; bez wsparcia i opieki, a historia nadużyć seksualnych stała się (zgodnie z zasadą nie czuj, nie mów, nie ufaj) tematem tabu. Zwykło się przyjmować, że to zasada, która rządzi tak zwanymi rodzinami dysfunkcyjnymi. Aby jednak nie etykietować, bardziej etycznie byłoby powiedzieć, że to rodziny, w których jest dużo cierpienia. Tak dużo, że każde dodatkowe źródło bólu trzeba zatamować, zdławić w zarodku.

Natalia nauczyła się, że potrzebę bezpieczeństwa można zaspokoić wtedy, kiedy nie mówi się o innych potrzebach ani emocjach. Dlatego jej niezbyt wylewny narzeczony wydawał się idealnym kandydatem do założenia rodziny. W relacji z nim Natalia kontynuowała rodzinne schematy i nie mówiła o tym, czego jej potrzeba, a związek rok po roku osiadał w starorzeczu bezruchu i frustracji, bo taka była cena, którą płaciła za poczucie bezpieczeństwa.

Żeby zaspokoić potrzebę bliskości i bycia ważną, żeby zaznać nieco przyjemności, trzeba było dokonać jakiejś wolty, nadużycia, przekroczenia granic. Natalia pogwałciła więc własną przysięgę wierności i uwikłała w związek z kochankiem.

Jej pierwszą reakcją na terapeutyczne odkrycia była złość. Jak to możliwe, że ten błahy incydent z sąsiadem ma wpływ na całe jej życie? Na jej poczucie zagubienia i uwięzienia w klinczu między dwoma mężczyznami. Codziennie wypatrywała esemesów od kochanka, mimo że sypiała z narzeczonym, którego nadal na swój sposób kochała. Kiedy zaczęła akceptować własną historię, razem z wszystkimi traumami - traumą nadużycia seksualnego i traumą opuszczenia ze strony rodziny, zaczęła rozumieć, że jej życiem kierował przymus powtarzania traumy. Sama opuszczała siebie w relacji z narzeczonym i nadużywała się w relacji z kochankiem.

W terapii nauczyła się sobie współczuć i kochać siebie taką, jaka jest, z całym bagażem przeżyć i niełatwych doświadczeń. Przestała się szamotać w oczekiwaniu na cud. Zaczęła obserwować własne zachowania, zaciekawiając się tym, jak to, co nieuświadomione, to, co w polu (jak mawiają gestaltyści), steruje jej poczynaniami. Jak automatyczne mechanizmy uruchamiają się, zanim ona zdoła w trzeźwy sposób ocenić sytuację.

Natalia postanowiła zerwać z kochankiem i spróbować zbliżyć się do narzeczonego, komunikując mu swoje potrzeby, ryzykując, że nie zostaną wysłuchane i zrozumiane. Nie było to łatwe - bo relacje, w których dochodzi do uwikłania, rządzą się tymi samymi mechanizmami co uzależnienia. Budziła się z objawami odstawiennymi, cierpiała, doświadczając smutku i samotności, łamała własne postanowienia o życiu w abstynencji, wracała do kochanka, by znów z nim zrywać. Za każdym razem na dłużej.

Z pomocą terapeuty coraz lepiej radziła sobie z lękiem i smutkiem, doznawała ukojenia i uczyła się nowych wzorców zachowań. Doświadczała, że z odpowiednim wsparciem jest w stanie pomieścić trudne emocje, zrobić miejsce dla nich w swoim życiu i zrezygnować z ukojenia w ramionach kochanka. Zrozumiała, że to strategia krótkoterminowa, że na dłuższą metę uzależnia się coraz bardziej i zaciąga kredyt, którego być może w pewnym momencie już nie będzie w stanie spłacać. To zaś doprowadzi do jeszcze poważniejszego i głębszego kryzysu.

Uświadomiła sobie, że padła ofiarą kłamstwa, że żyli długo i szczęśliwie nie istnieje. Życie jest pełne bólu i frustracji, a naszym celem jest nauczyć się je mądrze przeżywać - tak, aby dzięki doświadczeniom, stawać się coraz bardziej... doświadczonymi, a nie tylko obolałymi.

* * *

Mateusz wyjechał z domu rodzinnego na studia za granicą na drugim roku. W ramach wymiany uniwersyteckiej trafił do Francji i tam poznał (jak sam twierdził) najpiękniejszą dziewczynę w Paryżu. Powtarzał sobie:

- Jak tylko zrobisz magisterkę i nauczysz się języka, będziesz ustawiony.

W tamtych czasach kierunek jego studiów dawał niemal stuprocentową gwarancję dobrej pracy. Dodatkowo uczelnia miała podpisane umowy o współpracy z wieloma firmami.

Apetyt, jak to apetyt, rósł w miarę jedzenia. Niedługo okazało się, że dyplom i opanowanie języka nie wystarczyły, żeby był z siebie zadowolonym. Szybko znalazł pracę (jeszcze podczas studiów), a najlepszą dziewczynę w Paryżu porzucił wkrótce dla najatrakcyjniejszej kobiety w całej Francji. Zaraz po obronie rozpoczął studia doktoranckie, dzięki którym zdobył pracę marzeń. Krótko po zakończeniu studiów zaczął awansować, wspinając się po szczeblach kariery menedżerskiej. Oświadczył się ukochanej Adelaide i zorganizował w rodzinnym domu bajkowe wesele, które poprowadził wodzirej płynnie władający francuskim, czyli on sam. Tańcom i radości nie było końca, a kiedy wrócił do Francji, już jako mąż, coś w nim pękło i tak trafił na terapię.

- Związałem się ze wspaniałą osobą. Zdobyłem najlepszą pracę. Dostaję kupę forsy, kupiłem domek nad Atlantykiem. I widzisz, byłem w nim tylko raz, gdy odbieraliśmy klucze. Nie chce mi się do tego domku jechać - mówił. - A przecież kupiłem specjalnie nowe wymarzone Volvo XC90, żeby wygodnie pokonywać trasę czterystu kilometrów.

Kryzys zaczął się pogłębiać, gdy Mateusz usłyszał, że żona chce mieć z nim dziecko. Możliwie jak najszybciej, wszak zegar biologiczny tyka. Nie ma na co czekać, bo Adelaide marzyła o trójce dzieci! Z biegiem czasu coraz wyraźniej było widać, że jej nadrzędnym (choć nie do końca uświadomionym celem) było pokazanie matce pracoholiczce, jak powinno wyglądać "prawdziwe macierzyństwo". Zaniedbana emocjonalnie Adelaide chciała zrekompensować sobie niezbyt udane, pełne samotności dzieciństwo i stworzyć za wszelką cenę liczną, wesołą, szczęśliwą rodzinę.

- A co jeśli dziecko urodzi się z jakąś chorobą genetyczną albo niepełnosprawnością? A co jeśli wyjdą na wierzch jakieś demony rodzinne? Przecież matka Adelaide jest kompletnie pomylona. Nie jestem w stanie z nią wytrzymać nawet dnia pod jednym dachem. A jej ciotka podobno miała chorobę dwubiegunową - martwił się. - A co jeśli się okaże, że ja nie chcę żyć we Francji? Chcę, żeby moje dziecko znało język polski, oglądało Bolka i Lolka, żeby czytało Tytusa, Romka i A'Tomka? Adelaide w życiu się nie zgodzi na przeprowadzkę do Polski!

Tych zmartwień miał w głowie setki. Zapętlone, natrętne myśli zamieszkały w jego umyśle na stałe. Próbował przewidzieć i kontrolować wszystkie możliwe konsekwencje przebiegu ciąży, obliczyć prawdopodobieństwo niepowodzenia i na podstawie tego podjąć decyzję, czy jest już gotowy, by zostać ojcem. Nie chciał dopuścić do siebie widma porażki, a podjęcie złej decyzji uważał za kompletną katastrofę i kompromitację. Im dłużej myślał, tym bardziej cierpiał, zagłębiając się w gęstwinę czarnych myśli, które jego zdaniem były nie do rozplątania.

Owładnięty wizją idealnego życia, do pewnego momentu realizował swój plan dzięki ciężkiej pracy, nieprzeciętnej inteligencji oraz fizycznej atrakcyjności. Dopóki był singlem i był odpowiedzialny tylko za siebie, wszystko grało. Poległ jednak w zderzeniu z systemem rodzinnym żony. Taki układ jest silniejszy nie tylko od jednostki, ale nawet od sumy wszystkich jego części. Dzieje się tak zwłaszcza wtedy, gdy zakleszczy się w tak zwanej koluzji z systemem rodzinnym drugiej osoby.

Odcięty od emocji perfekcjonista Mateusz, który przez całe życie opierał się na intelektualnych osądach, nagle uświadomił sobie, że tak skomplikowanych problemów i wielopiętrowych zadań nie jest w stanie rozwiązywać za pomocą matematyki. Bo jak podjąć decyzję o tym, by zostać ojcem? Na podstawie statystyk WHO? Zespół Downa - szansa jedna na tysiąc. Schizofrenia - jedna szansa na trzysta. Autyzm - jedna szansa na sto w przypadku dziewczynek. W przypadku chłopców cztery razy większa.

- A co się stanie, jeśli... - To był refren, który Mateusz powtarzał bez końca podczas sesji.

Po "wzięli ślub", wbrew tęsknotom i magicznemu myśleniu, nie nastąpiło "i żyli długo i szczęśliwie". Historia Mateusza to historia człowieka, który uwierzył, że wszystko będzie dobrze. Hołubiony przez matkę, jej mały bohater, zdolny, wysportowany, uzdolniony plastycznie (malował pejzaże), wyrósł w przekonaniu, że świat legnie u jego stóp. Że świat, tak jak jego mama, będzie o niego dbał, otulając go ciepłą kołdrą i kojąc nerwy.

Co ciekawe, jego rodzice wydawali się odgrywać przed nim (i jego rodzeństwem) przedstawienie pod tytułem "Dobrze jest". Tymczasem dom rodzinny Mateusza był domem pełnym złości i przemocy, rządzonym twardą ręką przez agresywnego ojca, byłego wojskowego, któremu zdarzało się bić swoje dzieci. Mateusz nauczył się zamrażać swój strach i złość, po czym szukać ukojenia i ulgi trzymając się matczynej spódnicy.

Prawdopodobnie widział i czuł napięcia targające rodzicami, ale oglądał je zza klosza, pod którym trzymała go matka. Jego układ nerwowy nie był przygotowany na konfrontację z trudnymi emocjami. Nauczył się wypierać cierpienie, co skutkowało dość licznymi objawami somatycznymi (problemy skórne, dolegliwości jelitowe). Światu zaś prezentował swoje (dość chwiejne) samozadowolenie i narcystyczną bufonadę.

Teraz miejsce ojca zajęła agresywna Adelaide.

"I co ja mam teraz zrobić?" - to inny znany refren powtarzany we wszystkich gabinetach terapeutycznych. Mateusz naprawdę wierzył, że będę w stanie znaleźć idealne rozwiązanie dla jego problemów, dzięki któremu ominie wszystkie potencjalne rafy i sięgnie po kolejny sukces - bez szwanku, bez problemów, bezboleśnie.

"Co ja mam teraz zrobić?" To pytanie człowieka, który łudzi się, że w trakcie pięćdziesięciominutowej sesji można cofnąć czas i uleczyć trzydzieści lub czterdzieści lat zaniedbań i przekroczeń, tysiące dni doświadczania traum relacyjnych. Bo przecież wszystko musi się dobrze skończyć, prawda?

Niestety jest to pytanie, na które nie ma odpowiedzi. Mateusz, podejmując setki drobnych i pozornie niegroźnych decyzji, sam podświadomie organizował swoje życie, by ugrzęznąć w roli ofiary i jak każda ofiara, zapraszał świat do odgrywania ról komplementarnych - oprawcy i wybawiciela. Dokładnie tak, jak to miało miejsce w jego rodzinnym domu.

Wreszcie dotarł do miejsca, w którym nikt nie był w stanie odgrywać roli ratownika. Nie istniało bowiem rozwiązanie pozwalające uniknąć poważnych kosztów własnych decyzji. Zaciągany przez lata kredyt zaczął wymagać spłacania coraz większych odsetek. Mateusz stał się ofiarą a jego żona - katem. Terapeuta zaś nie zgodził się odgrywać roli wybawiciela.

Zrozpaczony Mateusz zaczął wreszcie dostrzegać, że to, co kierowało jego życiem, jest większe od niego. Historia jego rodziny, nieuświadomiony i nieujawniany ból oraz cierpienie rodziców nadały odpowiedni pęd i kierunek jego życiu. Łudził się, że miał nad nim kontrolę, aż wreszcie dalsze oszukiwanie siebie przestało być możliwe.

W pewnym sensie można więc powiedzieć, że w pytaniu "co ja mam teraz zrobić?" paradoksalnie słabym ogniwem było słowo "teraz". Dla niego "teraz" nie istniało. Było jakby połączone na sztywno z przeszłością i przyszłością. Lata zaniedbań i przemilczeń sprawiły, że niemożliwe było przeżywanie "tu i teraz" w niezależny sposób. Tak jakby przyszłość, przeszłość i teraźniejszość zostały zaplecione w toksyczny węzeł. Mateusz nie potrafił zapominać o tym, co było, nie potrafił też przestać myśleć o przyszłości.

- Każda decyzja, jaką teraz podejmę będzie miała poważne, daleko idące konsekwencje, każda przyniesie ból i frustrację. Nie będzie "żyli długo i szczęśliwie" - mówił do siebie. - Magia baśniowych opowieści została odczarowana. Jeśli zostanę we Francji, moje dziecko pójdzie do francuskiej szkoły i będzie się uczyć Baudelaire'a i Rimbauda, a nie Miłosza i Szymborskiej. Będzie słuchało Stromae, a nie Bedoesa. Nie będzie znało polskich kontekstów i odniesień kulturowych, w związku z czym, to ja będę doświadczał wielu rozczarowań. Jeśli rozwiodę się z Adelaide i wrócę do Polski, cofnę się do życia kawalerskiego. Znów będę się rozbijał po knajpach, wciągał kreski i rwał dziewczyny na jedną noc. Będę musiał całą operację powtórzyć od początku: cierpienie z powodu rozstania, poszukiwanie nowej pracy, nowej partnerki itd. A jeśli Adelaide zgodzi się wyemigrować do Polski, to ona zapłaci wysoką cenę.

Mateuszowi trudno było nawet pomyśleć, że ma prawo powiedzieć żonie, że boi się zostać ojcem. Przecież nie mógł się bać. W idealnym świecie ludzie się nie boją, a już na pewno nie boją się mieć dzieci. Nie jest mi znana żadna stara bajka, która mówiłaby o lęku przed rodzicielstwem lub o zjawisku depresji poporodowej. W idealnym świecie rycerz, w konfrontacji z problemem, wsiada na konia, bierze kopię, zamyka przyłbicę i rusza do boju.

Mateusz czuł się właśnie jak taki rycerz, który z powodu opuszczonej przyłbicy niewiele widział, z tego co miał przed sobą, władował się z całym impetem w mur, połamał kopię, gruchnął o ziemię i stracił przytomność. Po jej odzyskaniu uświadomił sobie, że koń, na którym podróżował, wybrał wolność i czmychnął, a on sam, odziany w zbroję, w której jeździł całe życie, nie jest w stanie poruszać się na piechotę. W końcu uświadomił sobie, że tę zbroję trzeba będzie w końcu zdjąć. Przyznać się do paraliżującego lęku przed dalszym zaangażowaniem w związek, przed widmem odtwarzania traum relacyjnych (sam zaczynał być agresywny). "Wszystko będzie dobrze" w tym momencie skończyło się bezpowrotnie i rozpadło na atomy. "Wszystko będzie takie, jakie będzie" - jak pisał Jorge Bucay2.

Mateusz podczas pracy terapeutycznej uświadomił sobie, że jego życiem powodował lęk przed porażką, a dokładnie rzecz ujmując - strategia unikania owego lęku zwana perfekcjonizmem. Perfekcjoniście porażki się nie zdarzają, więc nie musi znosić tego cholernego upokorzenia, wstydu i poczucia winy. Jak pokazać się ojcu bez dyplomu i orderu za zwycięstwo?

Co gorsza - konfrontowanie się z matką także niosło ze sobą ryzyko wchłonięcia i upupienia małego, biednego Mateuszka, którego trzeba wziąć na ręce, przytulić i dopilnować, żeby już nic złego mu się nie stało. Żeby żył długo i szczęśliwie. Pod skrzydłami mamy.

Jednym z największych zagrożeń tego typu podejścia jest przekonanie, że zmiana ma przyjść z zewnątrz. Że uszczęśliwi nas królewicz na koniu, piękna królewna, zamek. Że jest ktoś, kto wie lepiej, jak nas uszczęśliwić, jak nas uratować z biedy. Często takie przekonanie towarzyszy ludziom, którzy przychodzą na terapię i fantazjują, że terapeuta ich uratuje, poradzi, wskaże rozwiązania problemu, uszczęśliwi. Według filozofii gestalt jednym z podstawowych zadań terapeuty jest praca w kierunku wypłaszczenia tej skośnej relacji. Klient, doświadczając wzrostu w bezpiecznym, karmiącym kontakcie z terapeutą, sięga po swoją sprawczość i odpowiedzialność za uczucia i czyny. Staje się równy terapeucie. Uznaje, że nikt nie jest w stanie uleczyć jego lęków czy złości.

Wyrównanie pozycji w relacji sprawia, że klient nie musi już wykonywać wysiłków, aby utrzymywać się na tej skośnej płaszczyźnie, nie musi się kurczowo trzymać swoich przekonań i automatyzmów, nawyków i rutyn, które chroniły go przed upadkiem. Może pozwolić sobie na spontaniczność i autentyczność, a wtedy zadzieje się zmiana.