Potomstwo
15 kwietnia 2000 roku
Szesnaście lat wcześniej
Ludzie ją przytłaczali. Właściwie to dość dziwne u kobiety, która z własnej, choć niechętnej woli dorzuciła wszechświatowi cztery istoty,
ale fakt był faktem: Marilyn przeklinała kłopotliwą obecność ciał; ciał
znajdujących się poza jej kontrolą, poza rozumieniem; ciał jej
nieprzychylnych. Przeklinała teraz wszystkich ukryta za miłorzębem,
gdzie chowała się przed gośćmi. Miała dużą wprawę w urządzaniu przyjęć,
ale kompletnie ją to wyczerpywało, raz za razem, te dziesięciolecia
przyjmowania bogatych interesantów ojca i pozbawionych poczucia humoru
koleżków męża; chimerycznych koleżanek i kolegów dzieci; tymczasowych
sąsiadów i wiecznie zmieniającego się zestawu klientów. I dziś znów:
setka prawie obcych ludzi w jej ogrodzie, chodzących i gestykulujących,
stojących i gestykulujących, elegancko ubranych; wstawionych uczestników
ślubu jej najstarszej córki, Wendy; ludzi, którymi powinna zająć się
dziś wieczorem, chociaż i tak miała już dość na głowie - i pusto na
talerzu, ponieważ nie skorzystała z rozłożonego na trzech superdługich
składanych stołach ekologicznego menu. Cztery dziewczyny, za których
obecność była biologicznie i społecznie odpowiedzialna, cztery pastelowe
plamy na trawniku, owoce jej łona, zaszczepione jeden po drugim przez
słodycz jej męża, którego aktualnie nie mogła namierzyć - wpadła w macierzyństwo nieumyślnie i urodziła cztery córki, każdą o innym kolorze
włosów i innym poziomie niepokoju. I ona sama, Marilyn Sorenson z domu
Connolly - trwały produkt pieniędzy i tragedii, z wątpliwego
socjoemocjonalnie rodu irlandzkich katolików, ale teraz, na dobrą
sprawę, do bólu funkcjonalny - z imponującą burzą brudnoblond włosów,
niezorientowana ani w krytyce literackiej, ani w życiu własnych dzieci,
ubrana w obcisły, soczyście zielony futerał, który podkreślał krągłość
wyćwiczonych łydek i piegowatą panoramę ramion. Ludzie tytułowali ją
poważnie "matką panny młodej", a ona próbowała wcielić się w rolę,
próbowała udawać, że nie skupia się prawie wyłącznie na dobrostanie
dzieci, z których żadne, szczególnie dziś wieczorem, nie wyglądało
kwitnąco.
Może normalność przeskakiwała co drugie pokolenie, jak łysienie. Violet,
druga w kolejności, przepiękna brunetka w szyfonie, od śniadania zionęła
gorzałą, co nie było dla niej typowe. Wendy zawsze dawała powody do
zmartwienia, chociaż dziś wydawała się mniej znękana, albo dlatego, że
właśnie poślubiła faceta, który ma konta w bankach na Kajmanach, albo
dlatego, że ten facet był, o czym głośno trąbiła, "miłością jej życia".
Grace i Liza, obie nieprzystosowane społecznie, chociaż dzieliło je
dziewięć lat różnicy: pierwsza, nieśmiałe późne dziecko, za chwilę miała
pójść do drugiej klasy, druga zupełnie bez przyjaciół kończyła drugi rok
w liceum. Jak to możliwe wyhodować we własnym ciele ludzi, ulepić ich z własnych komórek, a potem nagle nie być w stanie ich rozpoznać?
Normalność, mówiąc językiem socjologii, wymaga dokładniejszej analizy.
Grace znalazła ją pod miłorzębem. Najmłodsza latorośl miała prawie
siedem lat, trudny wiek, eony do opuszczenia domu, nadal na tyle
dziecinna, żeby poprzedniej nocy wśliznąć się do ich łóżka, co nie
byłoby niczym szczególnym, gdyby rodzice byli wtedy ubrani. Niepokój
działał na Marilyn zawsze tak samo - magnetycznie przyciągał ją do
szukania zwierzęcej pociechy u męża.
- Słonko, czemu nie znajdziesz... - zawahała się. Na przyjęciu były tylko
niemowlęta, a nie chciała pobudzać i tak wybujałej antyspołecznej
miłości Grace do psów, sugerując, by pobawiła się z Goethem, ale
potrzebowała chwili dla siebie, dosłownie paru sekund oddechu w chłodzie
wczesnego wieczoru. - Poszukaj taty, kochanie.
- Nie mogę go znaleźć - odparła Grace dziecinnym głosikiem, zacierającym
samogłoski.
- Poszukaj dokładniej. - Schyliła się i cmoknęła córkę we włosy. - Daj
mi minutę, Gąsko.
Grace odeszła. Wcześniej zaczepiła Wendy. Pohuśtała się już z Lizą na
werandzie, ale siostrę odciągnął chłopak w trampkach założonych do
wyjściowego garnituru; zdążyła też podpuścić Violet, by dała jej
pociągnąć szampana z fikuśnego wąskiego kieliszka. Nie miała już kogo
zahaczyć.
Czuła się dziwnie, że w ten weekend musi się dzielić rodzicami z innymi,
że w domu przy Fair Oaks są wszystkie siostry. Ojciec czasem nazywał ją
"jedyną na świecie jedynaczką, która ma trzy siostry". Miała odrobinę za
złe siostrom, że panoszą się na jej terytorium. Uspokoiła się, jak
zawsze, w towarzystwie Goethego, zwinęła się z nim w kłębek pod
krzewami pełnymi fioletowych kwiatów i gładziła szczeciniastą sierść na
tej części zadu, która wyglądała, jakby labrador miał tam trwałą.
Liza nie czuła się dobrze, widząc, że młodsza siostra szuka pociechy u psa, podczas gdy ona znajdowała ukojenie w ustach nieznajomego, ale
drużba pachniał mieszaniną whisky i rukoli, do tego robił palcami po
wewnętrznej stronie jej uda coś takiego, co kazało jej odwrócić głowę i zdecydować, że Grace musi zadbać o siebie, a to umiejętność, której nie
da się nabyć zbyt wcześnie.
- Powiedz coś o sobie - poprosił drużba, muskając kostkami palców
koronkową nicość stringów, które włożyła w nadziei na właśnie taką
okazję.
- Co chcesz wiedzieć? - spytała. Zabrzmiało to dość wrogo. Nie miała
wprawy we flirtowaniu.
- Jest was cztery? - zapytał. - Jak to jest?
- Bezdenne hormonalne piekło. Festiwal rozchwiania i kosmetyków do
włosów.
Uśmiechnął się zakłopotany, a ona pochyliła się śmiało i go pocałowała.
Violet nigdy nie była tak pijana; siedziała oklapła, samotna przy
stoliku, od którego, jak przypuszczała, odstraszyła innych gości.
Poprzednia noc jawiła jej się jako seria musujących rozbłysków: bar,
który kiedyś był kręgielnią; niebieskooki towarzysz o giętkich łokciach,
silny chwyt jego ud; tylne siedzenie kombi jego matki; dźwięki, które
wydobywały się z jej gardła, co ze zdumieniem odkryła dopiero po chwili,
te odgłosy gwiazd porno, pierwotne jęki. To jak on doszedł - dopiero
później poczuła, że z niej wypływa, gdy gramolili się z powrotem na
przednie siedzenia - a potem z wprawą i dbałością o szczegóły sprawił,
że ona też doszła, po raz pierwszy w życiu. I jak poprosiła, żeby
wysadził ją przecznicę od domu rodziców, na wypadek gdyby Wendy jeszcze
nie spała.
Patrzyła na Wendy w sukni z dekoltem w serce od Gucciego, jak wywija na
ogrodowym weselu z nowym mężem, wykładowcą, dziedzicem starej fortuny,
do You Can't Hurry Love. Siostra po raz pierwszy odniosła większy
sukces. Była beztroska, piękna i cała w tańcu, podczas gdy Violet
siedziała pijana w stopniu fizycznie niekomfortowym, obgryzając foccacię
z cateringu i wycierając palce z oliwy o dół spódnicy. Ale poczuła, że
uśmiecha się lekko do Wendy, nieświadomej Wendy z plamami od trawy na
satynowym trenie. Wyobraziła sobie, że podchodzi do siostry i szepce jej
do ucha: "Gdybyś wiedziała, gdzie byłam zeszłej nocy".
Wendy patrzyła na Milesa, który rzucając jej przepraszający uśmiech znad
ramienia, dawał się wlec swej maleńkiej kuzynce - wcześniej podawała im
obrączki, a teraz żądała jego towarzystwa przy stole z tortem.
- Mały trening z bycia tatusiem - powiedział ktoś, łapiąc ją za łokieć.
To była jakaś krewna Milesa, pracowała pewnie w agencji nieruchomości i wyglądała jak silikonowa goblinka. Ludzie zebrani w tym momencie na
trawniku byli prawdopodobnie razem warci więcej niż PKB średniej
wielkości kraju.
- Dobrze, że jesteście tacy młodzi. Macie mnóstwo czasu na rozkrzewianie
rodzinnego drzewa.
Z różnych przyczyn mówienie takich rzeczy trąciło prostactwem, więc
Wendy rzuciła coś w stylu: "A kto mówi, że chcę się użerać z bandą
dzieciaków?".
Kobieta wyglądała na przerażoną, ale Wendy i Miles żyli dla takich
żartów i mogli sobie na nie pozwolić, ponieważ oboje mieli gdzieś, czy
ludzie uznają Wendy za łowczynię fortun; ważne, że oni znali prawdę, że
nigdy nikogo nie kochała tak bardzo jak Milesa Eisenberga, a on, jakimś
kosmicznym cudem, odwzajemniał jej uczucie. Teraz nazywała się
Eisenberg, z pierwszej trzydziestki, przynajmniej, najbogatszych rodzin
w Chicago. Więc mogła mieć to w dupie.
- Planuję przeżyć wszystkich i do końca dni swoich bezwstydnie tarzać
się w luksusie - powiedziała.
A potem wstała i poszła poprawić krawat świeżo poślubionemu mężowi.
Drzewa tego dnia rozkwitły, zauważył David, wielkie, olbrzymie liście
rzucały tańczące cienie na trawę, tę trawę, którą starali się ustrzec
przed psem z powodów estetycznych i dlatego David i Marilyn wstawali
wcześnie rano, nakładali płaszcze przeciwdeszczowe na piżamy i wyprowadzali go na spacer, zamiast po prostu otworzyć tylne drzwi, tak
jak zwykle to się robiło. Patrzył, jak wynajęte stoły i krzesła
wyciskały dziury w nieskazitelnym trawniku, nogi wyrywały grudy darni,
którą nawozili tak wielkim kosztem; aż zwijał mu się na ten widok
żołądek. Goethe błąkał się teraz po podwórku niczym świeżo uwolniony
skazaniec, przecinał zielone płaszczyzny z wprawą wykwalifikowanego
ogrodnika. David zaczerpnął wilgotnego powietrza - czy nadciągał deszcz?
Może dzięki temu goście szybciej sobie pójdą. I zdumiewał się liczbą
ludzi, których uzbierało się przez całe życie, twarzy, których nie
rozpoznawał. Myślał o malutkiej Wendy - mieszkali wtedy w Iowa, a ona
wpełzała na ganek, gdzie wraz z Marilyn bujali się na skrzypiącej
cedrowej huśtawce, mościła się między nimi i mamrotała, odpływając już w sen: "Jesteście moimi przyjaciółmi". Prawie się załamał, gdy stał tam i czuł się kompletnie nie na miejscu, zupełnie jak ćwierć wieku wcześniej,
zanim wzięli ślub, w mroźny grudniowy wieczór, kiedy Marilyn za
miłorzębem przytuliła się do jego piersi. Omiótł wzrokiem ogród,
zamglone morze bladych wiosennych kolorów, zanim znalazł żonę, drobnego
intruza w soczystej zieleni, ukrytą za tym samym miłorzębem. Przekradł
się do niej pod płotem i wyciągnął błagalnie rękę w stronę jej krzyża.
Instynktownie się o nią oparła.
- Chodź ze mną - powiedział i poprowadził ją dokoła pnia, w cień, gdzie
przyciągnął ją do siebie i zatopił twarz w jej włosach.
- Kochanie, co się dzieje? - spytała zmartwiona.
Wcisnął twarz w zgięcie jej szyi, odetchnął delikatnym, suchym ciepłem
jej zapachu, bzu i mydła Irish Spring.
- Tęskniłem za tobą - wyszeptał.
- Och, skarbie. - Przytuliła się mocniej, uniosła mu podbródek, aż
spojrzał jej w oczy. Pocałował ją w usta, potem w policzek i czoło,
wreszcie w zagłębienie szczęki, gdzie wyczuł puls, i znowu w usta.
Uśmiechnęła się, wargi poczerwieniały jej jak dojrzały owoc i oddała
pocałunek, obraz się zamazał. To zawsze znaczyło więcej niż cokolwiek
innego: złotawe ciepło jego żony, gorąco wzajemnego rozpaczliwego
pragnienia; dwa ciała odnajdujące pociechę w jedyny sposób, jaki znały,
przez mowę ust, jego rąk na jej plecach, jej pleców na pniu, tej ciszy,
która zapadała, kiedy się jednoczyli, aż ona odrywała się, uśmiechała i mówiła: "Lepiej, żeby dziewczynki nas nie przyłapały", zanim ponownie
się w niego zapadła.
Ale one, oczywiście, ich widziały. Wszystkie cztery dziewczynki
obserwowały rodziców z różnych punktów trawnika, na początku
zaniepokojone ich nieobecnością na przyjęciu, tym zniknięciem, niejasnym
wspomnieniem dzieciństwa, szukając poznawczego komfortu, który wynika z wiedzy, geolokacji, bliskości tych, którzy cię spłodzili, którzy są ci
coś winni bez względu na wszystko. Każda z czterech córek przerwała to,
co robiła, aby na nich patrzeć - na ten promienisty, niezgłębiony glob
rodziców, dwojga ludzi, którzy emanowali większą miłością, niż
wszechświat mógł zaaprobować.
Rozdział pierwszy
Violet wyrobiła sobie nawyk unikania Wendy. Chociaż przez pewien czas
były nierozłączne, spontaniczny kontakt stał się teraz czymś
niespotykanym i uznała, że ostatnie zaproszenie od siostry na lunch
oznaczało albo prośbę o przysługę, albo świeżo wyhodowany kryzys
egzystencjalny, który Wendy chciała omówić, szczegółowo, nie licząc się
z faktem, że ludzie miewają mnóstwo zajęć i nie mogą w tygodniu tracić
czasu na niefrasobliwe posiłki w West Loop.
Restauracja była modna i niedogodnie położona, a ona musiała robić za
szofera, chociaż była druga po południu w środę. O wpół do czwartej
trzeba było odebrać Wyatta z przedszkola. Była jej kolej i planowała
wyraźnie dać to do zrozumienia siostrze: "Jest dwoje dzieci, których
życie i dojazdy do przedszkola zależą ode mnie". Oczywiście, postąpi
małodusznie, oczywiście, Wendy pogrąży się w dramie i w codziennej dawce
alkoholu, z powodu tego wszystkiego, czego nie miała, z powodu
nieukończonych studiów, z powodu Milesa, ponieważ ona zawsze wygrywała w licytacjach na traumy.
Violet masowała sobie grzbiet nosa, próbując powstrzymać ból głowy.
Rozważała kieliszek wina. Wendy bez wątpienia już zamówiła butelkę, a miała - pomimo różnych wad - doskonały gust, jeśli chodziło o wina,
wyrafinowane podniebienie oceniające taniny i cierpkość. Buty ocierały
jej pięty. Zawsze czuła nieodpartą pokusę, żeby odgrywać przed Wendy
bogatą. Chociaż zwykle beztrosko woziła dzieci w drogich strojach
sportowych, dziś zdecydowała się na elegancką jedwabną bluzkę z motylkowymi rękawami i dżinsy rurki, które lepiej leżały na niej przed
urodzeniem Eliego.
Próbowała sobie przypomnieć, kiedy ostatnio widziała się z siostrą.
Uznała, że musiało to być w Drugie Święto Dziękczynienia, coroczny i irytująco ekscentryczny zjazd rodzinny w domu rodziców, ponad cztery
miesiące temu. To wydało jej się zupełnie niedorzeczne, ponieważ
mieszkały dwadzieścia minut od siebie; ponieważ przez prawie dziesięć
lat miały wspólny pokój; ponieważ Violet, w najczarniejszym okresie
swego życia, wprowadziła się do Wendy i Milesa; ponieważ były właściwie
jak bliźniaczki, urodziły się w odstępie niecałego roku.
- Mogę w czymś pomóc, proszę pani?
To był parkingowy.
- Tylko zbieram myśli - odparła z uśmiechem.
- Jeśli będzie pani potrzebowała odsieczy, proszę pomachać, a przybędę i powiem, że ktoś ukradł pani auto.
Czy on z nią flirtował? Był jej wybawcą.
- Będę pamiętać.
Wydłubała drugą dziesiątkę z portfela i wcisnęła mu. Nie wiadomo kiedy
stała się jedną z tych osób, które wszystko kończyły transakcją
finansową. Wziął banknot bez mrugnięcia okiem.
- Proszę życzyć mi szczęścia - mruknęła, a on puścił do niej oko.
Puścił oko! Do niej!
Idąc do restauracji, pomyślała, że pewnie gapi się na jej tyłek. Miała
nadzieję, że nie oceni go zbyt surowo. Hostessa poprowadziła ją na tylny
taras, a ona pożałowała, że nie wzięła swetra, lecz z miejsca odrzuciła
tę myśl jako beznadziejnie mamusiowatą. Wendy siedziała przy stoliku w najdalszym kącie, z pewnością po to, by innym gościom nie przeszkadzały
papierosy, chociaż po prawdzie nie było innych gości - w Chicago dopiero
zaczęła się wiosna i było ledwo szesnaście stopni.
Najpierw zobaczyła tylko tył głowy. Zapewne mężczyzny - i to bardzo
młodego - chyba że Wendy weszła w fazę eksperymentalną i przyprowadziła
jakiegoś nieokreślonego płciowo jogina z zajęć o czakrach. Zrobiło jej
się dziwnie przykro. Oczywiście Wendy nie mogła zaprosić jej na lunch ot
tak, tylko we dwie: musiała to być, powinna to przecież wiedzieć, jakaś
forma demonstracji zobacz-co-teraz-kombinuję, która miała podkreślić,
jakie nudne życie wiodła Violet, jak mocno zapadła się w status quo,
podczas gdy Wendy wykonuje tantryczne vinyasy z androgyniczną Friday.
Ale nie.
Kiedy pędziła samochodem do domu, po tym jak trzeci raz dała napiwek
parkingowemu, przypomniała sobie to uczucie wzbierające w piersi,
precyzowanie się czegoś. To nie tak, że go rozpoznała. Nie, to złe
słowo. I nie było w tym nic poetyckiego, żadnego uderzenia piorunów,
lodu w żyłach. Ledwo na niego spojrzała, naprawdę, ponieważ obrócił się
tylko trochę - uchwyciła zaledwie fragment twarzy za lewym uchem i zarys
nosa. Ale to jej najwyraźniej wystarczyło na jakimś molekularnym
poziomie; to nie było biologiczne rozpoznanie, jakie odczuła, kiedy
urodziła Wyatta i Eliego, ale dostateczne na własny sposób, ostry skurcz
macicy, od którego prawie zgięła się wpół. Nie tyle rozpoznała chłopca,
ile go wchłonęła. A w głowie, w samochodzie, po tym, jak uciekła z restauracji, od siostry i osoby, którą piętnaście lat temu wydała na
świat - chłopca, który miał teraz ciemne włosy opadające na oczy -
wyobrażała sobie wszystkie te rzeczy, które mogłaby powiedzieć Wendy.
Ważne rzeczy, filmowe kwestie w rodzaju: "Jak śmiesz mi to robić", "Dla
mnie już nie żyjesz, ty pieprzona psycholko"... Jak śmiesz, jak śmiesz,
jak śmiesz. Tyle dobrego, że wybiegła, zanim tak naprawdę zobaczyła jego
twarz.
Zanim Wendy udała się na kwestę dla szpitala Luriech, postanowiła
wypalić z Milesem papierosa na tarasie. Wyszła tylnymi drzwiami, z butelką wódki Grey Goose w ręce, w czarnej sukience podciągniętej do
kolan, ponieważ zdecydowała się na ryzykowny krój syrenki, jednego
parliamenta wcisnęła sobie w usta, a drugiego położyła na stole.
- Poszło tak, jak się spodziewaliśmy. Violet odwróciła się na pięcie i wyszła, zanim zdążyłam ich sobie przedstawić. - Zapaliła papierosa i westchnęła. - Musisz dać mi rozgrzeszenie. Nie wiedziałam, na co się
porywam. Ale to taki fajny dzieciak. Polubiłbyś go.
Miles nie odpowiedział.
- Ubrałam się jak głupia. Twojej mamie by się spodobało. - Odchyliła
głowę. - Wczoraj widziałam tatę. Traktuje emeryturę jak jakąś
katastrofę. Powiedział mi, że myśli o obserwowaniu ptaków. Rozumiesz?
Nie potrafię sobie wyobrazić, żeby wysiedział tyle czasu w jednym
miejscu.
Robiła to, odkąd umarł. Rozmawiała z nim - z eterycznym wspomnieniem,
które niekiedy prawie udawało się jej wyczuć. Najczęściej jednak nie.
Dziś było najczęściej, więc tylko opadła na krzesło i paliła.
- Dziś będzie totalny rozpierdol - powiedziała po minucie. - Sępy pewnie
już się zleciały. Mam nadzieję, że się nie podziobią. Ja tam niczego nie
obiecuję.
Spojrzała w górę, szukając jakiegoś kosmicznego sygnału, że Miles
słucha. Nic nie zobaczyła, niebo było zachmurzone i szarawe, a gwiazdy
jeszcze się nie pojawiły. Uniosła więc papierosa w kierunku, gdzie jej
zdaniem mógłby się znajdować, i wydmuchała nieśpiesznie dym.
- Mam nadzieję, że jesteś ze mnie dumny, gościu - powiedziała po
minucie. - Bo naprawdę próbuję to wszystko ogarnąć, jasne?
Jakimś cudem żyła bez niego już od dwóch lat. Zapaliła drugiego
papierosa.
- Szkoda, że nie mogę cię teraz pocałować w zgięcie łokcia - wyszeptała
prawie niesłyszalnie, ponieważ sąsiedzi mieli otwarte okna. - Ale może
znajdę dziś dziedzica greckiego armatora i pozwolę mu się trochę
zniewolić. Tylko trochę. Przysięgam. Pieprzyć to, kochanie. Ależ ja za
tobą tęsknię, gościu.
Zaciągnęła się jeszcze kilka razy, opowiedziała mu w myślach o wszystkim, co dziś robiła, a potem, kiedy z papierosa prawie nic już nie
zostało, odprawiła rytuał: zaciągnęła się najmocniej, jak mogła, i wydmuchiwała "Kocham cię" raz po raz, dopóki nie straciła tchu.
Kilka godzin później mężczyzna w smokingu trzymał rękę na jej lewej
piersi. Wcisnęła mu kolano między uda, a on odskoczył i wpadł na stół,
burząc kompozycję z kalii.
- Uważaj - ostrzegła.
- Moja wina - odparł.
Po bliższych oględzinach okazał się bardziej chłopcem niż mężczyzną.
Powiedział jej, że ma na imię Carson, a ona się zaśmiała, ale kiedy
zauważyła, że poczuł się urażony, udała, że to z nerwów, i pociągnęła go
przez ukwiecony hol.
Spocona ręka mężczyzny-chłopca przyciskała jej sutek w mało przyjemny
sposób. Pocałował ją w kark. Nieco mocniej potarła nogą jego krocze.
Może dwadzieścia parę lat. Wydawał się dość pewny siebie.
- Nie usłyszałem, jak masz na imię - powiedział.
Wendy lekko zesztywniała, pomyślała o Jonahu, który dziś po południu
podczas lunchu siedział z nią przy stoliku, o jego czystej, niewinnej
twarzy, szczerym zaskoczeniu, kiedy oboje zauważyli, że Violet ucieka. A co, jeśli ten facet nie jest nawet pełnoletni?
- Ile masz lat? - spytała, a on odsunął się od niej i uśmiechnął.
- Dwadzieścia dwa.
Kiwnęła głową i wsunęła mu rękę w spodnie. Czyli postawił kropkę nad i,
zdaje się, że nie tylko kropkę... Może to dziedzic kogoś, kto wynalazł
coś, co wygląda na wynalezione już przez kogoś innego. Może syn szefa
wytwórni płytowej albo wysprejowanego samoopalaczem korespondenta Fox
News. Chłopak, który żyje chaotycznie i który, jak wszyscy mają
nadzieję, nie rozjedzie nikogo samochodem i nie wymiga się od kary.
Całował okropnie.
- A ty ile masz lat? - zagadnął.
- Siedemdziesiąt osiem - odpowiedziała niewzruszona.
- Zabawna jesteś.
Wendy nagle odczuła irytację.
- Co robi twój ojciec? - zapytała, wyjmując rękę z jego bokserek.
- Co?
- Twój ojciec. Czym się zajmuje? Dlaczego tu dziś jesteście?
- Czemu zakładasz, że jestem tu z... - przerwał, przewracając oczami. -
Jest inżynierem. Oprogramowania medyczne. Robotyka.
- Aha.
Wczoraj sprawdziła listę gości, liczyła na pokaźne datki. Czasem
najbardziej niepozorni faceci próbowali się wykręcić wyłącznie kupieniem
biletów.
- Jak masz na imię? - spytał, tym razem bardziej wrogo.
Westchnęła.
- Wendy.
- Jak z Piotrusia Pana - zauważył przenikliwie Carson i tym razem to
ona przewróciła oczami.
- Nie wiem, skąd się wzięło.
Mama i tata zwykle przezywali ją Wednesday, Środa, a kiedy zapytała o to
matkę - zaledwie kilka lat temu - odpowiedź okazała się rozczarowująca.
- To nie było miłe - powiedziała. - Chodziło o Wednesday Addams? Byłam
chuda jak szkielet, mamo. To taki żart?
- Kochanie, urodziłaś się w środę. Kilka minut po północy. Nie
wiedziałam, jaki jest dzień, i twój ojciec... No i tak jakoś wyszło...
Oto historia jej imienia.
Zrujnowaliście moją koncepcję kontinuum czasoprzestrzeni, Pierwszej
Porażki Antykoncepcji.
Szarpnęła Carsona za rękaw.
- Chodź, wyjdźmy na zewnątrz.
- Wendy - powiedział. - Czekaj. Czy to... ta Wendy?
Odwróciła się i spojrzała, chociaż wiedziała, co zobaczy: plakat
zbiórki, uzupełniony zdjęciem niemowlęcia z nowotworem, a pod nim napis:
"PROWADZI WENDY EISENBERG Z DOBROCZYNNEGO STOWARZYSZENIA KOBIET W CHICAGO". Szanse na darowiznę zmaleją w postępie geometrycznym, kiedy
inżynier od robotyki dowie się, że organizatorka w średnim wieku
przeleciała jego dwudziestodwuletniego syna o pretensjonalnym imieniu.
Ale tak naprawdę to poruszył ją widok nazwiska "Eisenberg", z ogromną
pętlą przy g. Nadal z trudem łączyła to nazwisko ze sobą. Odwróciła się
plecami do swojego malutkiego podopiecznego i spróbowała się uśmiechnąć.
- Masz na myśli gospodynię wydarzenia? - spytała.
- Jak brzmi twoje nazwisko, co?
- Sorenson - powiedziała gładko.
- O, czy mogę... czy mogę wysłać ci esemesa?
- Bardzo bym chciała - odparła chłodno. - Ale muszę już iść.
- Myślałem, że wychodzimy.
- Niestety, nie mam czasu. Jestem stara. Muszę iść. Karety. Dynie. Życie
wzywa.
- E... okej. Było... hm... było miło.
Ach, był taki słodki: jej nagroda za etyczną decyzję.
- I tak na przyszłość... - dodała, nadal trochę speszona, obracając się
na obcasie lewego buta. - Następnym razem, kiedy pomyślisz, że kobieta
jest zabawna, nie mów jej tego.
- A co mam zrobić?
Sposób, w jaki ta idealna twarz zmarszczyła się z zakłopotania, wywołał
ukłucie gdzieś głęboko w brzuchu i już nie mogła powstrzymać uśmiechu.
- Zaśmiać się - stwierdziła i zanim uświadomiła sobie, co robi,
wyciągnęła rękę i odgarnęła mu kosmyk włosów z czoła. - Następnym razem,
kiedy poznasz zabawną kobietę, śmiej się z jej żartów, dobra, Conrad?
- Carson.
- Carson. Powodzenia, mały.
Świat znów zawirował. Mały. To słowo znów przywołało nagle myśl o rodzicach, jak na ślubie Wendy ojciec teatralnie kłania się przed matką
na pierwsze dźwięki piosenki Otisa Reddinga - win a little, lose a little - i mówi: "To nasza piosenka, mała". Wydawało się, że każda
piosenka była ich, każda napisana przez ostatnie sześćdziesiąt lat miała
coś wspólnego z Davidem i Marilyn, dwojgiem zupełnie niepojętych ludzi,
którzy powołali ją do życia. Kiedy poznała Milesa, myślała, że wreszcie
spotkała na swojej drodze mężczyznę, jakiego miała jej matka.
Nagle oczy zaszły jej łzami, poczuła znajomy ucisk w piersi. Nie
planowała wyjść tak wcześnie, ale wiedziała, że jeśli zostanie, wszystko
się posypie. Zostawiła płaszcz w szatni i wypadła na ulicę.
Jedni mówią, że po roku wszystko wraca do normalności. Inni twierdzą, że
po roku jest jeszcze gorzej. Wendy należała do tego drugiego obozu;
Miles umarł w dwa tysiące czternastym, a ona jeszcze nie posprzątała
jego nocnej szafki; w sklepie kupowała jego ulubione rzeczy, nie swoje;
ciągle funkcjonowała dokładnie tak samo jak kiedyś, jako członek
zespołu, ktoś, kto swoje postępowanie uzależnia od postępowania drugiej
osoby. Tego się nie da oduczyć. Próbowała. Przeprowadziła się do
mieszkania w River North, ale urządziła je prawie tak samo jak ich dom w Hyde Park, zakleiła taśmą wszystkie jego szuflady - w biurku, w szafie,
w szafce nocnej - żeby podczas przeprowadzki nic nie zginęło, żeby
wszystkie rzeczy przejechały nietknięte.
Niektórzy ludzie potrzebują roku; zapewne istnieli też tacy, którzy po
dwóch latach nadal byli kompletnymi wrakami. Jak Wendy.
Nadszedł z wiosną, jak odwilż. Wewnętrzny spokój, rodzaj pociechy,
jakiej Marilyn nie doświadczyła od... bądźmy szczerzy, nigdy. W macicy
może, ale pewnie nawet tam nie, jeśli wziąć pod uwagę słabość jej matki
do dżinu, jeśli wziąć pod uwagę rozwiązłość lat pięćdziesiątych,
cokolwiek się chce obwinić. Życie było dobre. Jej życie było dobre.
Sklep żelazny prosperował, spała lepiej niż kiedykolwiek, jej nogi
prawie powróciły do dziewczęcej smukłości, ponieważ do pracy jeździła
rowerem, fiołki kwitły, a kliwia po prostu wystrzeliła z donicy na
werandzie.
Po raz pierwszy w życiu mogła odnosić sukcesy niekrępowana przez
rodzinę. Marilyn Connolly - kto by pomyślał? Właścicielka firmy,
certyfikowana niepaląca od prawie piętnastu lat, czasem praktykująca
wierna, posiadaczka najpiękniejszych krzewów różanych przy Fair Oaks.
Zastanawiała się, czy to jej najlepszy czas, chociaż nie była do końca
przekonana, czy matka czwórki dzieci w ogóle może mieć coś takiego jak
najlepszy czas. Zamiast podbijać świat, była jak ten nadmuchiwany ludzik
unoszący się nad stacją benzynową przy Ridgeland Avenue, ogromna
winylowa postać kołysząca się na wietrze, przymocowana do ziemi grubym
sznurem, jak pępowiną. Kilka minut szczęścia i nagle irytujące
pobrzękiwanie telefonu i "O Boże, mamo...!" albo pukanie w kuchenne okno i bezgłośne pytanie: "Kochanie, gdzie są grabie?".
Odstawiła rower na werandzie i zatrzymała się, by usunąć kilka suchych
liści z kwiatów doniczkowych. W środku czekał na nią Loomis.
- Cześć, malutki - powiedziała, drapiąc go mocno za uszami. Należeli do
tych stereotypowych rodziców, którzy syndrom pustego gniazda leczyli
rozpaczliwie, przelewając uczucia na labradora, drugiego, odkąd ostatnie
dziecko wyjechało do college'u.
- Cześć, kochanie! - zawołał David z holu.
Poszła z Loomisem do gabinetu i zatrzymała się na chwilę, zanim weszła.
Patrzyła na plecy męża, bezbronny meszek na jego karku, ślad łysiny
rozpełzający się od czubka głowy, jak galaktyka.
Nie potrzebowała go: zabrzmiało jej w umyśle jak szczypta niewierności.
Dotarło to do niej w tej chwili, melancholijnie, gdy patrzyła, jak
siedzi przy biurku przed kilkoma klaserami z rzadkimi
dwudziestopięciocentówkami i stosem skorupek po orzeszkach pistacjowych.
Stał się flejtuchowaty, znienacka, po latach pasywno-agresywnego
ścierania okruszków z blatu wilgotną gąbką, ciężkiego wzdychania przy
wybieraniu kosmyków włosów blond i brązowych z odpływu prysznica. Stał
się flejtuchowaty i nieruchawy, i nad wyraz chutliwy, a kiedy wstał,
żeby ją pocałować, strząsając resztki skorupek z koszuli, ta myśl się
zmaterializowała: Nie potrzebuję cię. Przymierzyła się do cmoknięcia w czoło, ale on poszedł na całość, zanurzył rękę w jej włosach, objął ją w talii i musnął jej usta swoimi.
- Mm - wymamrotała, odsuwając się. - Chyba mnie bierze przeziębienie,
skarbie.
Było to oczywiste kłamstwo. Nigdy nie martwili się o zarazki. Wymieniali
się florą bakteryjną w tę i nazad, pili kawę z jednego kubka, gryźli ten
sam tost, a czasem nawet używali tej samej szczoteczki do zębów, kiedy
nie chciało im się zapalić światła, żeby odróżnić zieloną od
niebieskiej. David miał układ odpornościowy aligatora, a Marilyn w dawnych czasach rzadko chorowała i nie zarażała się od dziewczynek przez
ich lepkie rączki i brudne chusteczki, przez resztki makaronu dojadane z misek po obiedzie. Nie bali się drobnoustrojów. Stojący przed nią David
wyglądał na zranionego.
Oczywiście, potrzebowała go, na poziomie molekularnym, najgłębszą formą
ludzkiej potrzeby. Ale nie potrzebowała jego pomocy. I nie chciała jego
ciała, nie za bardzo, tak jak w czasach po narodzinach dzieci; czasach,
kiedy trzy najstarsze dziewczynki były małe wszystkie naraz; czasach,
kiedy trzy najstarsze dziewczyny były nastolatkami wszystkie naraz, a ona była zbyt zmęczona, by pragnąć czegokolwiek, co wymagało choćby
cienia świadomego cielesnego zainteresowania.
To było to uczucie, tyle że nie była zmęczona.
- Jak ci minął dzień? - spytała, idąc do kuchni.
- No wiesz - odpowiedział. - Skosiłem trawę. Wyszedłem z psem. Dwa
razy. - Milczał przez minutę. - A jak u ciebie? - spytał wreszcie, a Marilyn się zawahała.
Zaczynało być niezręcznie, przerywanie jego monologu Kłapouchego
radosnym komunikatem o rosnących zyskach sklepu żelaznego, zabawnych
nastolatkach, których zatrudniała, rozkosznych chwilach egzystencjalnej
introspekcji, jakich ostatnio doświadczała między klientami. Nie można
na "Jestem przygnębiony i wynajduję sobie różne prace domowe, aby
zwalczyć to przygnębienie" odpowiedzieć "Nigdy nie byłam szczęśliwsza".
- Nic nadzwyczajnego - odpowiedziała. - Pomożesz mi przy kolacji?
Na początku ich małżeństwa, gdy mieszkali w tym chaotycznym zielonym
domu w Iowa City, kiedy David studiował medycynę, cieszyli się z każdej
szansy na wspólne zjedzenie kolacji, chodzili po kuchni krok w krok
jedno za drugim, obściskiwali się oparci o blat, czekając na zagotowanie
wody, czasem całkiem zapominali o jedzeniu i musieli wachlować czujkę
dymu zrzuconymi pospiesznie ubraniami. Teraz coś w jego zachowaniu
szarpnęło jakieś włókno w jej sercu; coś w bezbronnie opadających siwych
włosach sprawiło, że podeszła do niego, objęła go rękami w pasie i pocałowała. Potrzeba i pragnienie to dwa zupełnie różne stworzenia.
- Myślałem, że cię bierze przeziębienie - powiedział, odsuwając się na
sekundę.
- Fałszywy alarm - odparła i włożyła ręce do tylnych kieszeni jego
spodni, po czym swoim językiem zmusiła jego język do działania.
- Mogę coś ugotować - powiedział David, łapiąc oddech.
Pocałowała go mocniej i poczuła drgnienie tam, na południu, delikatne
przypomnienie faktu, że kocha tego człowieka bardziej niż samotność.
Przycisnęła się do niego biodrami, próbując pochwycić to uczucie,
sprawić, żeby trwało, ale ono zniknęło tak szybko, jak przyszło, i został tylko spokój oraz lekki ból szczęki.
Rozdział drugi
Grace słyszała gdzieś, że małe koperty nie muszą oznaczać złych
wiadomości, ale dotychczasowe doświadczenia temu przeczyły, więc kiedy
znalazła je w skrzynce obok sztywnej ulotki reklamującej licówki na
zęby, rzuciła obie nieotwarte na stół, przybita rozczarowaniem i wnętrzem swojego mieszkania w kolorze i konsystencji przeżutej pszenicy.
Stała tam minilodówka zamiast normalnej. Ściany w sypialni były z gołych
pustaków. Z prysznica leciała ledwo letnia woda, która zmieniała się w lodowatą, kiedy ktoś inny w budynku odkręcił kran, by przepłukać talerz.
Ale to przecież tylko na jakiś czas. Taki był powód jej decyzji:
przetrzymać rok w taniej norze (niektórzy by stwierdzili, że minimalizm
sprzyja wydajności i oświeceniu), obmyślić logiczny następny krok, zanim
skończy się umowa najmu. Powtarzała to sobie raz po raz przez cały
ubiegły rok, gdy jej koleżanki z college'u jedna po drugiej się
wyprowadzały; gdy przyszły wyniki jej testu dla kandydatów na studia
prawnicze i uznała, że muszą zawierać błąd... To wszystko tylko na jakiś
czas, a potem będzie dobrze. Wszystko będzie dobrze i wkrótce znajdzie
swoje miejsce na ziemi, pracę, którą planowała mieć, mężczyznę, za
którego planowała wyjść, i kawałeczek (albo, kto wie, może całkiem spory
kawał) ziemi, na którym planowała zamieszkać. Wszystko to, oczywiście,
wtedy brzmiało wspaniale. Złap oddech, zaoszczędź trochę pieniędzy.
Wesoła, pragmatyczna Grace, późne i uwielbiane dziecko kochających
rodziców.
Ale teraz już prawie przyszedł kwiecień, jej koleżanki były zajęte
studiami na medycynie albo na akademii sztuk pięknych, przeprowadzkami
do Nowego Jorku albo Seattle, albo Singapuru, a do niej jeden po drugim
spływały listy odmowne, więc nadal pracowała za dziewięć i pół dolara za
godzinę w recepcji organizacji non-profit, która zapewniała darmowe
porady prawne muzykom z sekcji instrumentów dętych, chociaż ona sama nie
grała na żadnym instrumencie dętym i nie miała już przyjaciół. Dlatego
dużo czasu spędzała w swoim beznadziejnym mieszkaniu, które rozjebywało
jej samopoczucie.
Mijał rok, odkąd skończyła Reed. Jej ostatnią nadzieją był Uniwersytet
Oregoński - którego mała i nieobiecująca koperta leżała na kuchennym
stole. Choć nie taką pewną, jeśli weźmie się pod uwagę gromkie "Nie,
dziękujemy", jakiego doczekała się od wszystkich innych, ale z pewnością
o poprzeczce zawieszonej niżej niż w innych miejscach, do których
aplikowała. Byłby idealny, prosta przeprowadzka za rzekę do właściwej
części miasta. Ale wydawało się, że jej przeznaczeniem jest zostać tu,
razem z maleńką lodówką - która, mimo rozmiaru, pozostawała żenująco
pusta, z jedną tylko butelką chardonnay i odrobiną zeschniętego sera.
Żyła trochę tak, jak według niej żyli mordercy: oszczędnie i ze wstydem.
Zadzwonił telefon, a kiedy zobaczyła, że to Liza, chwyciła papierosy i wyszła na balkon. Balkon teoretycznie był atutem mieszkania, ale
siedzenie na nim przypominało bardziej siedzenie w kojcu albo w więzieniu. Sadystycznie ostatnio wolała rozmawiać z Lizą niż z pozostałymi siostrami, ponieważ Liza o niebo mniej przynudzała niż Wendy
czy Violet, nie miała męża ani dzieci, nie dręczyły jej dramatyczne
duchy z przeszłości, nie była zalana ani żądna przygód, ani przepełniona
sukcesem. Liza, z beżowym domem i pozornie mało perspektywiczną pracą na
uczelni oraz bezbarwnym chłopakiem, była zapewne trzecim z kolei pod
względem atrakcyjności dzieckiem Sorensonów, bijąc Grace tylko o krótki
łeb - i to dawało pewną pociechę.
- Mam... mam wspaniałe wiadomości, Gąsko - zaczęła Liza.
Cudownie. Oparła się mocniej o pręty balkonu i zamknęła oczy.
- Zgadnij, kto dostał etat profesora?
Rozważała żart - "Peter Venkman?" - ale radość Lizy w tej chwili
przeważyła nad jej prywatną apatią.
- Ojacie, Lize, to cudownie.
Oczywiście oznaczało to, że Liza przesunęła się o cal w górę w rankingu
atrakcyjności. Mogłaby sobie jak zwykle wytłumaczyć, że siostry, tak
dużo od niej starsze, miały o wiele więcej czasu na zgromadzenie
doświadczeń życiowych, ale trudno było pomniejszyć oszałamiające
osiągnięcie w postaci stałego etatu w wieku trzydziestu dwóch lat.
- Dzięki.
Liza była zasapana i zelektryzowana; wywołało to u Grace uśmiech,
spotęgowany siostrzaną solidarnością. Zapomniała, że rodzina czasem
pomaga nie myśleć o głupich ograniczeniach własnego życia.
- Kompletnie mnie zaskoczyli, Grace. Dziekan zrobił mi cappuccino.
Osobiście. W swoim gabinecie.
- Szybko się zaadaptowałaś do nowego standardu życia.
Liza wybuchnęła śmiechem.
- Jestem... Chryste... Zaraz wylecę w kosmos. Jestem taka cholernie
szczęśliwa.
- Powinnaś być szczęśliwa. Musisz to uczcić.
- Jadę właśnie do domu. To znaczy... jestem... stoję na parkingu pod Binny.
- Gdzie spełniają się marzenia.
- Ryan się ucieszy, prawda? - Liza była jedyną z sióstr, która
rozmawiała z nią tak, jakby Grace posiadała jakąś wiedzę tajemną.
- Oczywiście, że tak. Nie bój się. Ciesz się jak głupia, Lize. To
przecież odlot.
- Mam stałą pracę!
- Nie chwal się tak. - A potem dodała z wahaniem, ponieważ nie była
pewna, czy kiedykolwiek komuś to powiedziała, o starszej siostrze nawet
nie wspominając: - Jestem z ciebie dumna.
Głos Lizy brzmiał głęboko, kiedy odpowiadała.
- Dzięki, Grace. Ja... o Boże, jestem taka wzruszona. Nie czułam się tak
od... Nigdy, nigdy się tak nie czułam. Możesz to sobie wyobrazić? Mnie, z całym tym biurowym szitem? Albo niedojrzałymi emocjonalnie nastolatkami?
Właśnie dlatego podpisałam umowę. - A potem: - Zaraz, Gąsko, a co z twoimi aplikacjami? Coś się ruszyło?
Z jakiegoś powodu nie odpowiedziała od razu. Zerknęła niespokojnie przez
drzwi na kuchenny stół.
- Grace?
- Właściwie... - Optymistyczny wydźwięk ostatniej sylaby zadziałał
spontanicznie. - Chwilę przed twoim telefonem przyszedł list z Uniwersytetu Oregońskiego.
W zasadzie prawda. W zasadzie wcale nie kłamstwo.
- Gąsko! Boże, a my tu gadamy o bzdetach. Och, to... Grace, to
fantastyczna wiadomość. Wiedziałam, że ci się uda. Och, Boże, moja mała
siostrzyczka zostanie prawnikiem. Wiesz, że zmieniałam ci pieluchy?
- Tak, kiedyś wspominałaś.
Poczucie, że wróciła do gry, zdecydowanie nie było niemiłe, szczególnie
po tym, jak Liza przypomniała o pieluchach, podkreślając
dziewięcioletnią różnicę wieku. W zasadzie nie powiedziała nieprawdy, co
mogłoby sugerować serce bijące jak szalone. Liza podchwyciła frazę.
- Jestem z ciebie dumna, Grace. Powiedziałaś już rodzicom?
Milczała chwilę, po czym odpowiedziała:
- Zastanawiam się, w jaki sposób przekazać im wiadomość.
- Ale wspaniały dzień, prawda? - rzekła Liza.
Oprócz tego, że Liza była trzecią pod względem atrakcyjności córką, była
też najżyczliwsza i Grace przez chwilę ukłuło poczucie winy.
- Słuchaj, Gąsko, muszę wracać do domu. Ale niedługo pogadamy, dobra?
Rodzice oszaleją z radości. Ty też musisz to uczcić. Obiecuję, że nie
będziesz musiała do mnie mówić "pani profesor", pod warunkiem że nie
każesz mi się do siebie zwracać "wysoki sądzie". Kocham cię.
- Jasne. Ja też cię kocham.
Kiedy się rozłączyły, wstała, strzelając stawami - poczuła, jakby jej
ciało nagle się zestarzało - i podeszła do kuchennego stołu wpatrzona w kopertę. Może to niedopowiedziane kłamstwo okaże się prawdą. Czasem w małych kopertach przychodzą dobre wiadomości. Tak mawiała mama. Na
Uniwersytecie Oregońskim są ekologiczni i świadomi ludzie. Może koperta
zawiera tylko kilka zdań. "Dostałaś się! Szczegóły sprawdź na stronie
internetowej".
Wzięła nóż z szuflady. Tata nauczył je otwierać koperty z godnością, a nie brutalnie rozdzierać. Rodzice byli szalonymi optymistami, gdy
chodziło o jej życie; nigdy nie wątpili, że dostanie się na studia
prawnicze, gdzie będzie się utrzymywać z imponujących stypendiów, a potem stopniowo i sprawnie przebędzie drogę do Sądu Najwyższego.
Rozcięła kopertę nożem i wyjęła kartkę. Rzuciła na nią szybko wprawnym
okiem i wywaliła do śmieci. Chardonnay było gównianą siarą ze stacji
benzynowej o dumnej nazwie Hodnapp's Harvest. Chociaż etykiety z tyłu
najmodniejszych i najbardziej wyrafinowanych win zwykle głosiły coś w rodzaju "PASUJE IDEALNIE DO DELIKATNIE ZGRILLOWANEJ RYBY I RISOTTO Z NOWALIJKAMI" - żadna nigdy nie wspominała o zeschniętym serze - na tej
najwyraźniej widniało zdjęcie herbu rodziny Hodnappów. Zmrużyła oczy,
żeby przeczytać wykaligrafowany napis pod nazwiskiem: "TO WINO NAJLEPIEJ
PASUJE DO PRZYJAŹNI".
Wlała jedną trzecią butelki do kubka i poszła na balkon opłakiwać
przyszłość.
Pod domem, przygotowując się psychicznie do wejścia, Liza doszła do
wniosku, że miała fart. Wendy torowała sobie drogę, chodząc na randki z bandą palantów, amerykańskimi blondzjebami w sztywnych kołnierzykach,
posiadaczami domów letniskowych na Cape Cod. Zaczęła ten pochód na
początku liceum, a skończyła ze względnie normalnym, choć niesamowicie
bogatym mężem, Milesem. Chłopak Violet z czasów licealnych miał problem
z nawiązywaniem kontaktu wzrokowego i uważał ich wszystkich za
potencjalne preparaty mikroskopowe. Gdy pojawił się Ryan, rodzice już
się uodpornili i nawet nie mrugnęli okiem na widok tatuaży na jego
przedramionach. Ale Liza zastanawiała się, jak zniosą jego mniej
widoczne wady: wyniszczające lęki, ataki silnej depresji, takie, że
czasem go nie poznawała, bo kiedy wchodziła do pokoju, widziała tylko
dorosłe dziecko, tak ogromnie przybite, że zaczynała powątpiewać w każdą
jedną szczęśliwą chwilę, jaką spędzili razem.
Źle zaczęło się dziać w zeszłym roku, kiedy przeprowadzili się do
Chicago z Filadelfii, żeby ona mogła zacząć uczyć na wydziale
psychologii tamtejszego uniwersytetu. Wkrótce nastały takie dni, że w ogóle nie wstawał z łóżka; dni, kiedy miała zajęcia do późna, ale
musiała wstać o szóstej rano, żeby przed wyjściem z domu o czternastej
ocenić całe masy prac pisemnych, a on ciągle spał. Nastały wieczory,
kiedy po powrocie do domu odkrywała, że na obiad zjadł tost, obejrzał
sześć odcinków Breaking Bad, kuliła się wtedy przy nim na kanapie, a on opowiadał, że czuje się beznadziejnie - "egzystencjalnie
beznadziejnie", to prawdziwe, dokładne słowa, które jej partner życiowy
wypowiadał niebezzasadnie - ona zaś delikatnie próbowała go namówić,
żeby zadzwonił do jakiegoś kolegi lub przyjaciół ze studiów
doktoranckich. A potem, oczywiście, musiała wysłuchiwać wykrętów: Steve
Gibbons mieszkał teraz w Los Angeles, Mike Zimmerman tak naprawdę nigdy
go nie lubił; przez dwa miesiące nie włączył komputera.
W końcu przestała namawiać. W jakimś momencie zaczęła wracać do domu,
robić sobie tost na obiad i padać obok niego na kanapę. Często,
wielokrotnie, ogarniała ją chęć, żeby go chwycić za kościste ramiona i kazać mu się natychmiast ogarnąć. "Nie śpij tyle", chciała powiedzieć.
"Zacznij spać normalnie, jak normalna osoba, wstawaj o normalnej porze i zrób coś ze sobą". To nie tak, że nie rozumiała bezwładu związanego z depresją: przez większość dni instynkt też podpowiadał jej, by przespała
budzik. Uwielbiała ich łóżko bardziej niż wszystkie inne miejsca na
świecie. Gdyby to od niej zależało, bez presji hipoteki i sal pełnych
roszczeniowych studentów, przesiedziałaby w domu, w łóżku wiele dni.
Uległaby posłusznie słodkiemu wezwaniu syreniego śpiewu Netflixa i chrupkich kawałków kurczaka od Penny'ego zamówionych do domu i z czystą
satysfakcją ignorowała każdy dzwonek telefonu. Tę część rozumiała,
ponieważ wiedziała, jak to jest być potwornie zmęczonym.
Tym, co ją martwiło, był brak chęci do zrobienia z sobą czegokolwiek.
Niepokoiła się o jego potencjał, ukryty, ale głośno potwierdzany przez
bystrych specjalistów, którzy uważali go za rzadki i obiecujący dar.
Martwiła się jego wykrętami, niedbalstwem, niemożnością dostrzeżenia w sobie tego, co ona w nim dostrzegła.
- Jesteś taki mądry - powiedziała do niego któregoś wieczoru, kiedy
uparła się, żeby zrobili prawdziwą kolację i zjedli przy stole. - Jesteś
inteligentny i potrafisz robić tysiąc rzeczy, których inni nie potrafią.
Nie widzisz tego?
- Nie chodzi o inteligencję - odpowiedział - tylko o to, żeby znać
właściwych ludzi.
- Ty znasz właściwych ludzi.
- Nic nie rozumiesz - stwierdził. - Nie chcę wyjść na dupka, ale nie
rozumiesz.
Czasem robił za dnia rzeczy, które były miłe. Perfekcyjnie składał
pranie. Czasem mył samochody i odkurzał je w środku. Wymieniał żarówki i rozmawiał przez telefon ze swoimi rodzicami, więc ona nie musiała tego
robić. Starała się nie przesadzać z wdzięcznością za te rzeczy, całowała
go w kark i mruczała do ucha, że ona nigdy nie pamięta o zmianie oleju,
co było prawdą, ale niekoniecznie wartą kwiecistych podziękowań.
Najczęściej jednak, gdy wracała do domu, Ryan siedział i oglądał
telewizję lub siedział bez ruchu przed laptopem i przez kilka długich
sekund musiała stosować restrukturyzację poznawczą, żeby w ogóle rzucić
mu słowo powitania. Dlatego że to dzięki jego pensji kupili ten dom,
chociaż to wyłącznie z jej pensji go spłacali. Dlatego że na uczelni
przystawiał się do niej pewien obleśny asystent, a ona nic nie mogła z tym zrobić, ponieważ tenże asystent był protegowanym kierownika katedry.
Dlatego że po powrocie do domu chciała dostać kieliszek wina i mieć z kim o tym wszystkim porozmawiać, ale ten ktoś wciągnął się po uszy w kolejny sezon Dextera, nosił te same spodnie dresowe od grudnia i nie
chciał słuchać o przyziemnych problemach zwykłych ludzi, ponieważ jego
udręki były straszliwsze.
Nie potrafiła tego wyjaśnić swoim rodzicom i nie umiała tego wyjaśnić
sama sobie. Nie była w stanie wyjaśnić, jak bardzo to boli - i że czuła
fizyczny ból w kościach - kiedy podchodziła, żeby go pocałować, a on
odwracał twarz i mamrotał, że to nie jest dobry moment.
Albo dziś wieczór, kiedy dostała propozycję stałego etatu - w wieku
trzydziestu dwóch lat - i wróciła do domu z twarzą prawie pękniętą na
pół od uśmiechu, z kanapkami lodowymi z Mumblesa i butelką pinot noir
(od szampana bolała ją głowa) za sześćdziesiąt osiem dolarów, zastała
wszystkie okna na piętrze zamknięte, chociaż był zachwycający wiosenny
wieczór, a jego w piżamie i całkowitej katatonii na kanapie. Nie
potrafiła wyjaśnić, co czuła, kiedy podniósł na nią wzrok, i zdołała
jedynie wykrztusić, że ma wspaniałe wiadomości, a potem się rozpłakała.
- Cholera, przepraszam - powiedział, teraz dodatkowo zgnębiony poczuciem
winy.
Pochylił się w jej stronę, ponieważ podeszła do niego, przestraszona
ponurym światłem, stęchłym powietrzem i ogólnie poczuciem, jak parszywa
jest atmosfera w ich domu. Zostawiła lody w holu, butelkę postawiła obok
i całą tę małą uroczystość przykryła płaszczem, żeby jeszcze bardziej go
nie dobić. Otoczyła Ryana ramionami tak ciasno, jak tylko mogła, a on
ukrył twarz w jej piersiach i płakał, tak jak nigdy nie płakał przy niej
żaden dorosły.
- Wszystko psuję, Lize, tak mi przykro - powiedział, a Liza kołysała go
i sama też płakała, chociaż chwilę wcześniej była prawie nieprzytomna z radości.
- Przecież nie psujesz - wyszeptała, całując go we włosy, i w tym
momencie z przerażeniem przypomniała sobie, że kiedyś tuliła tak Grace,
po tym, jak wypadła do tyłu z wózka, kiedy urządziły wyścigi po
niemożliwie krzywym chodniku przed domem przy Fair Oaks.
- Jestem tu z twojego powodu, kochanie - wymamrotała i natychmiast
zdenerwowała się, że Ryan źle to zinterpretuje, pomyśli, że miała na
myśli "to przez ciebie tu tkwię", chociaż to nieprawda. Chyba. - Nie
możesz niczego zepsuć - dodała i w tej samej chwili wiedziała, że to też
jest złe, ponieważ mógłby te słowa zrozumieć opacznie: "Nie możesz
niczego zepsuć, ponieważ jesteś kompletnie nikim".
Gdy trochę się uspokoił, z chaotyczną, nużącą monotonią zaczął do niej
mówić o tym, jak okropnie się czuje i jak bardzo go to wykańcza,
ponieważ nie ma pojęcia, dlaczego tak się dzieje, ale podejrzewa, że
jego prezentacja dla LemonGraphics nie zostanie dobrze przyjęta i że
może to właśnie przez to, sam nie wie. Kiedyś, w początkach ich związku,
spojrzał na nią z rozpaczą i spytał: "Czy możemy coś z tym zrobić?". I to złamało jej serce, bo w tych słowach było tyle nadziei, a Liza miała
odpowiedź, jakieś rozwiązanie, zagrzebane głęboko w bzdurnych
podręcznikach (gdzie depresję opisywano jako "utrzymujący się przez dwa
tygodnie lub dłużej stan, w którym ludzie doświadczają obniżenia
nastroju lub utraty zainteresowania zwykłymi zajęciami", co nijak się
miało do trzydziestotrzyletnich facetów, którzy siedzą otępiali w samych
majtkach i opowiadają swoim dziewczynom, jak to od jedenastego roku
życia marzyli o tym, że siedzą w garażu przy samochodzie z włączonym
silnikiem, ponieważ "wydawało im się, że to najbardziej humanitarny
sposób, żeby odejść"). Wtedy też go objęła, w rozterce, co ma
powiedzieć, i w końcu wymamrotała coś w stylu "Przejdziemy przez to
razem", a on popatrzył z takim rozczarowaniem, tak zdruzgotany, że nie
udało jej się wszystkiego naprawić. Od tamtej pory już jej nie pytał,
czy można coś z tym zrobić.
Teraz wyszeptała: "Kocham cię" w czubek jego głowy, a potem to
powtarzała, ponieważ te słowa nie zostawiały zbyt wiele możliwości
błędnej interpretacji. Siedzieli tak ponad godzinę, aż w końcu musiała
wstać, bo dramatycznie chciało jej się siusiu.
- Idę do łóżka - powiedział Ryan, również wstając. - Jestem bardzo
zmęczony. Strasznie cię przepraszam, Lize.
Popatrzył na nią wyczekująco, a ona wiedziała, że powinna coś
powiedzieć, ale w tej chwili czuła wyłącznie niechęć, ponieważ nie była
w toalecie od południa, od wizyty u dziekana, po której od razu poszła
na rozmowę do kierownika katedry. Potem musiała pędzić do sali trzysta
dwadzieścia cztery na źle zaplanowane spotkanie ze studentem, który był
przytłoczony i przepracowany, a być może pod wpływem adderallu, sądząc
po tiku w lewym oku. Teraz była ósma dwadzieścia pięć wieczorem i istniało wysokie niebezpieczeństwo, że zasika kaszmirową ołówkową
spódnicę, włożoną na cześć dziekana, a jednak musiała się zatrzymać,
wziąć w ręce twarz Ryana i pocałować ją - mokrą i słoną od łez.
- Nie przepraszaj - powiedziała. - Wszystko gra. Będzie dobrze.
Twarz Ryana znów spochmurniała, a oczy wypełniły się łzami.
- Kurwa, nienawidzę siebie za to, że ci to robię.
- Naprawdę wszystko jest w porządku, kochanie. Będzie dobrze.
Zapewnienia Lizy brzmiały mniej przekonująco, bo skupiała się na
niemiłosiernym nacisku trzydziestu ośmiu galonów moczu, który próbował
wydostać się z jej ciała.
- Ja po prostu nie wiem, czy...
- Ryan, błagam. Od ośmiu godzin nie miałam kiedy się wysikać.
Nie chciała, żeby to zabrzmiało tak ostro. Ryan wyglądał na urażonego, a Liza przez jakąś sekundę nienawidziła go z całych sił.
Odwróciła się i ruszyła biegiem.
- Kocham cię bardzo, wszystko gra. Po prostu daj mi chwilę, okej?
Wpadła do łazienki i w chwili, gdy uwolniła radosny strumień moczu godny
konia wyścigowego, przynoszący ekstatyczną ulgę, on stanął w drzwiach.
Wyglądał jak dziecko, śpiący, zapłakany niemowlak, a ona poczuła, jak
cała irytacja natychmiast się z niej ulatnia.
Pochylił się i cmoknął ją w głowę.
- Muszę się położyć.
Dokończyła, wstała i nie przejmowała się myciem rąk, żeby przez tych
kilka sekund jej się nie wymknął.
- Dobrze, kochanie. Przyjdę niedługo.
Chwyciła go za nadgarstek i jeszcze raz przyciągnęła do siebie.
- Śpij dobrze - powiedziała, prawie dorównując matce, rodzicielce
czterech krnąbrnych przedszkolnych leserek, w konkursie na najbardziej
kojące pożegnanie.
Powlókł się na piętro, szurając nogami, a Liza poczekała na skrzypnięcie
ramy łóżka i dopiero wtedy ruszyła posprzątać bałagan w holu. Kanapki
lodowe, rozkoszne ohydy rozmiaru ludzkich twarzy, rozpuściły się pod
płaszczem w obrzydliwą, lepką kupkę, a płynna część otoczyła butelkę
wina tak, że kiedy ją podniosła, został po niej zakrzepnięty biały okrąg
wokół ciemnej plamy drewna.
Rano zeszła na dół i zastała Ryana w kuchni. Szykował śniadanie.
- Dla uczczenia sukcesu - powiedział, odwracając się do niej z niepewnym
uśmiechem na twarzy. - Jestem z ciebie naprawdę dumny, Lize. I gratuluję.
Tym razem nieoczekiwanie to jej oczy się zaszkliły. Podeszła do niego z tyłu i mocno go objęła. Ryan odwrócił się do niej w tym objęciu, a ona
ujęła jego twarz w ręce i nagle ujrzała błysk czegoś, co nieomylnie
rozpoznała.
Było to nie tyle nieskrywane pożądanie, ile raczej wyraz optymizmu,
jakiejś wzruszającej tęsknoty za czymś, czego nie mieli, za możnością
bycia parą, która nie ma trudności z uczczeniem sukcesu przy plackach z jagodami. Nie pamiętała, kiedy ostatnio uprawiali seks, ale bez względu
na to, kiedy to było, nie zdawała sobie wtedy sprawy, że podążają w taką
ciemność.
- Mam ochotę - powiedziała.
A Ryan spytał:
- Na co?
- Nie wiem.
I kochali się na kuchennym blacie z łatwością i zniecierpliwieniem, jak
w dawnych, lepszych czasach.
Potem z całej siły starała się nie kojarzyć dziecka z dniem, w którym
zostało poczęte.
Po nieudanym lunchu Wendy zostawiła wiele wiadomości głosowych, ale
Violet oddzwoniła do niej dopiero po trzech dniach. Wyatt był w przedszkolu, Eli drzemał, a Violet chodziła nerwowo po piętrze, kiedy
zbierała się w sobie, by wystukać numer. Rano Matt odwodził ją od tego
nad płatkami z mlekiem, argumentując, że Wendy zachowała się wobec niej
cholernie nieuczciwie i że nie musiała się wtrącać. I mąż miał rację,
ale to nie zmieniło faktu istnienia chłopca. Matt wyszedł bez całusa na
pożegnanie. Wcisnęła palce w ziemię w doniczce daktylowca. Wydrukowała
gosposi rozpiskę podlewania, ale miała pewne podejrzenia co do
umiejętności czytania po angielsku przez Małgorzatę, a bała się, że
reprymenda byłaby niepoprawna politycznie. Poszła nalać wodę do konewki
z pełną świadomością, że robi wszystko, aby odwlec rozmowę. Oczywiście,
była szansa, że chłopiec nie jest tym, za którego go uznała, ale
wiadomości zostawione przez Wendy sugerowały coś wręcz przeciwnego,
podobnie jak jej własne przeczucie.
Zatrzymała się w połowie drogi do kuchni i wybrała numer Wendy, po czym
się zatrzymała.
Miej to za sobą.
Jakby telefon do siostry miał być finałowym aktem, a nie początkiem
długiej sekwencji wydarzeń, które po nim nastąpią, co właśnie
przeczuwała.
- Czyżbym miała zwidy? - spytała Wendy.
Violet od razu się zjeżyła.
- Nie rób sobie żartów - powiedziała do siostry.
- Dzwoniłam osiem razy. Zaczęłam już myśleć, że przeszłaś
transsubstancjację.
Violet zaczęła sobie powtarzać w duchu, że ma tytuł magistra prawa. Że
swego czasu sprawiła, by duże linie lotnicze wypłaciły siedmiocyfrowe
odszkodowanie za skisły sok pomarańczowy podany podczas lotu.
- Nie miałaś prawa - oznajmiła. - Absolutnie nie miałaś prawa stawiać
mnie w takim położeniu.
- Odsłuchałaś moje wiadomości? Jezu, Violet, wiem to. Źle zrozumiałam
sytuację.
- Czy ty, kurwa, sobie ze mnie żartujesz?
Jej głos odbił się od sklepionego sufitu w ogrodzie zimowym i spłynął w dół po ścianach. W tym domu się nie krzyczało. Nieczęsto zdarzało jej
się wpaść w złość. Źle się czuła, słysząc wrogość w swoim głosie.
- Wendy, to było... Nie masz pojęcia, jakie to było trudne... Nie ma takiej
sytuacji, która by choć trochę usprawiedliwiała to, co ty...
Przycisnęła czoło do szyby, wyjrzała na podwórze, na cedrowy domek
gościnny, który przekonał ich do nabycia tej nieruchomości. Nie podobało
jej się, że rozmowa wkracza w jej idealnie ułożone życie. Nie podobało
jej się, że na wszystkie sposoby nieuchronnie wykracza poza to
popołudnie.
- Powiedz mi, jak go znalazłaś - powiedziała.
- To długa historia - odparła Wendy.
- Bez jaj, mów.
- Zrobiłam to z ciekawości - zaczęła Wendy. - Jakiś czas temu. I... i trochę pogrzebałam.
- Jakiś czas temu, czyli kiedy?
- Nieważne.
- Ja decyduję, co jest ważne, a co nie.
- To była spontaniczna akcja, Violet, okej? Chryste. Rozmawiałam z jego
zastępczą matką raz. Wieki temu. Nie spodziewałam się, że ją jeszcze
kiedykolwiek usłyszę. Ale kilka tygodni temu zadzwoniła do mnie i... Boże,
Viol, pewnie myślisz, że zwariowałam... Ta kobieta była jak pieprzona Joan
Baez. No i zaczęła gadać o tym wszystkim, jak to poczuła, że rozmowa ze
mną była zwiastunem zmian i że ja...
Szybko traciła wątek opowieści.
- Zaraz, czekaj, co masz na myśli? To była zamknięta adopcja. Jaka
zastępcza matka? Wendy, to nie ma żadnego sensu.
- Mówiłam, że to długa historia. - Głos Wendy złagodniał, zabrzmiał
nagle współczująco, jak u normalnej osoby.
Violet opadła na krzesło przy oknie i zamknęła oczy.
- Co się stało?
- Rodzice adopcyjni zginęli. Wypadek samochodowy. Straszna sprawa.
Violet poczuła to samo, co czuła, kiedy jej synowie byli chorzy -
wewnętrzną słabość, współczującą niemoc. Kiedy Wyatt płakał przed
wyjściem do przedszkola, też się tak czuła. Gdy Eliemu wyrzynały się
zęby, czuła ból we własnych dziąsłach. Poczucie rodziło się z gorącej
strefy za sercem i teraz też czuła ten pulsujący punkt, myśląc o chłopcu
- wciąż nie zapytała o jego imię - kochającym innych ludzi; ludzi,
którzy też kochali jego i pewnego dnia nie wrócili do domu.
- Ile miał lat, jak to się stało?
- Cztery.
- Chryste. Więc on...
- Trafił do rodziny zastępczej. Potem do kolejnej i tak dalej... A potem
do ośrodka wychowawczego. Lathrop House? Pamiętasz tego dzieciaka, kiedy
byłyśmy w podstawówce, mieszkał tam i mama zawsze na jego widok robiła
się smutna?
Nie była w stanie odpowiedzieć, kiwnęła tylko głową.
Cztery lata.
- Tam poznał Hannę - ciągnęła Wendy. - Matkę Ziemię. Dziwaczkę. Wzięła
go. Mieszkają z kilometr od rodziców.
- Kurwa.
- Wiem, dziwne, prawda? W każdym razie, według Hanny, to był jeden
wielki biurokratyczny burdel. W normalnych okolicznościach zostałby
natychmiast adoptowany przez inną rodzinę, ale nie został. Nie objęły go
procedury. Trafiał do kolejnych tymczasowych miejsc, wiesz, jak to jest,
do ludzi gromadzących dzieci, żeby dostać zasiłek, ale Hanna mówiła, że
nie było tak strasznie. Powiedziała, że miał względne szczęście, a ja
nawet nie chcę się domyślać, co to, do kurwy nędzy, oznacza. Na koniec
trafił do Lathrop House, no i tam poznali się z Hanną... Jest z nimi od
sześciu miesięcy. Hanna mówi, że jest tak cichy, że łatwo zapomnieć o jego obecności, i z tego, co zdążyłam się zorientować, rzeczywiście tak
jest.
- Chryste.
Próbowała sobie wyobrazić, jak Wyatt krąży w takim systemie, próbowała
sobie wyobrazić, że którekolwiek z jej dzieci doświadcza tego okropnego
poczucia tymczasowości. "Ta sprawa otworzy drzwi, których nie chcesz
otwierać, Violet", powiedział Matt rano.
- Gówniana sprawa, ale chłopak jest fajny - powiedziała Wendy. -
Zadziwiająco dobrze ułożony...
- Jak ma...
- Na imię! - Siostra roześmiała się zaskakująco naturalnie. - Cholera,
przepraszam. Jonah. Bendt, niestety; jakby ktoś specjalnie szykował go
na hydraulika.
Jonah. Przyłapała się na tym, jak bezwiednie sylabizuje jego imię
wargami. Sama nie wybrałaby takiego, ale nie pozwoliła sobie wówczas, by
taka myśl powstała w jej głowie. Próbowała dopasować imię do profilu,
który przez mgnienie oka widziała w restauracji, do eterycznej masy,
którą zobaczyła na jedynym zdjęciu USG, na jakie pozwoliła sobie
spojrzeć.
To nie powinno się zdarzyć. Nie było w tym ani jednego elementu z tego,
co miało się ponownie pojawić w jej życiu; życiu, które z taką
trudnością zbudowała; ani jedna cząsteczka z tej drogi, której nie
obrała - chociaż, oczywiście, myślała o nim czasem, przynajmniej raz w tygodniu - nie miała do niej wrócić, szczególnie teraz, kiedy jej mąż
został wspólnikiem, a ona coraz lepiej odnajdywała się w towarzyskiej
elicie Evanston, podczas gdy jeden syn był w wieku szkolnym, a drugi
szybko ku temu zmierzał.
- Posłuchaj, Viol - odezwała się Wendy. - Jest... taka sytuacja...
- Skoro tak mówisz - wyszeptała Violet, czując się bezprzytomnie i bezcieleśnie. - To ty jesteś zwiastunem zmian.
- Tak, cała ja - odparła Wendy, ale jej głos zabrzmiał poważnie.
Na podeście pojawił się Eli, zaspany, ściskając pluszowego dziobaka.
Przygarnęła go do siebie, a on wdrapał się jej na kolana.
- To ma związek z... Ameryką Południową - ciągnęła Wendy.
No oczywiście, musiała być jakaś Ameryka Południowa i, oczywiście, słowo
"normalność" nie dotyczyło jej siostry, a ona sama teraz nie miała,
oczywiście, prawa wtulać się w rozespanego synka, gdyż Wendy szalała,
wprowadzając zamęt i próbując grać jej na emocjach.
Kiedy zmuszała się, by słuchać siostry, głaskała syna po plecach -
rytmicznie, rytualnie, jak dziecko, które szuka pociechy w kołysaniu.
1975
Budynek Wydziału Nauk Behawioralnych należał do tych miejsc, gdzie
ludzie błądzili stale i absurdalnie. Plan pięter przypominał genom - z zewnątrz gmach wyglądał jak zrobiony z piernika; w środku snuli się
studenci, z szeroko otwartymi oczami, przytępieni brakiem okien,
szukający sali, szukający łazienki. Wszyscy ci ludzie krążyli po
budynku, zmyleni podwójną helisą schodów, ale Marilyn Connolly już się
tam odnalazła. Drugi semestr dojeżdżała do kampusu Circle Uniwersytetu
Illinois i chociaż co wieczór wracała do domu w Fair Oaks, gdzie
mieszkała spokojnie z owdowiałym ojcem, za dnia mogła robić, co chciała.
Szybko opanowała rozkład siedziby wydziału i miała ulubione schody,
które wiodły do zamkniętej sali między drugim i trzecim piętrem - zimne
w dotyku, nawet przez kilka warstw odzieży, zabójcze dla pleców,
akustycznie ryzykowne. Na zajęciach była wygadana, ceniona i szanowana w sposób, jakiego nigdy wcześniej nie doświadczyła. Wykładowcy śmiali się
z jej żartów, inni studenci szeptali do niej poufale na wykładach. Nagle
stała się atrakcyjna dla otoczenia nie dlatego, że potrafiła przetrzymać
z podniesioną głową domowe kryzysy, kiedy to jej ojciec nadużywał
szkockiej, lub prasować jego oksfordzkie kołnierzyki, ale z uwagi na jej
umysł oraz - w ciemnych kątach tego szkaradnego budynku - jej ciało.
Właśnie w ten sposób trafiła na te schody. Mężczyźni patrzyli teraz na
nią jak na dorosłą, dojrzałą do wszystkiego, a to ją jednocześnie
przerażało i intrygowało. Lubiła fizyczny wymiar - zróżnicowanie,
kanciastość betonowych stopni pod plecami, przyjemne poczucie
wypełnienia między nogami, którego doświadczała ze studentami
anglistyki, z ich ustami na szyi, na piersiach; nudny wielbiciel
Joyce'a, Dean McGillis, nauczył ją, w dość nieprzyjemny sposób, robić
loda. Może była to forma zachłanności czy kompensacji: od tak dawna -
śmierć matki, załamany ojciec, silnie przeciwstawiający się jej
kontaktom z płcią przeciwną - pozbawiona była miłości, swobody,
elektryzującej przyjemności dotyku drugiej osoby na swoim ciele, że nie
miała nic przeciwko korzystaniu z zastępów chętnych studentów, których
miała pod ręką.
Niespodziewana komplikacja pojawiła się pewnego marcowego dnia,
komplikacja w okularach i płaszczu przeciwdeszczowym, która wkroczyła do
budynku, kiedy Marilyn czekała, by złapać któregoś z asystentów od
teorii osobowości. Znała tylko ich charaktery pisma z uwag zostawianych
na pracach pisemnych: był więc Ledwo Czytelny Niebieski Długopis,
Pochylony w Lewo Ołówek nr 2 i - najmniej lubiany - Czerwone Pióro
Dużego Nacisku, którego komentarze czasem zostawiały dziurę w papierze.
Przyjrzała się mężczyźnie. Był wątły i spięty, prawie przepraszający,
pomimo wzrostu - ponad sześć stóp - szczupły, ale o szerokich ramionach.
Zastanawiała się, który charakter pisma należał do niego.
- Przepraszam?
Wstała ze schodów; wątpliwy, ale dający dobre efekty chwyt, który dziś
miał służyć uczciwym celom. Mężczyzna spojrzał na nią zdumiony.
- Dzień dobry, czy pan... Ja... nazywam się Marilyn Connolly.
Jego twarz drgnęła, złagodniała w okolicy oczu.
- Aaa, dzień dobry.
- Mam nadzieję, że ma pan chwilkę, żeby porozmawiać.
Nagle uświadomiła sobie, jak jest ubrana: miękki sweter z głębokim
dekoltem w serek, zamszowa trapezowa spódnica i, przede wszystkim,
brązowe skórzane kozaki za kolano i na obcasie. Ale mężczyzna patrzył
jej w twarz; jego wzrok ani razu nie ześlizgnął się w dół, na dekolt.
Nie mogła się zdecydować, czy czuje się z tego powodu podbudowana, czy
urażona.
- Może tu usiądziemy? - spytała. - Albo u pana w gabinecie? - Zanim
zdążył odpowiedzieć, dodała: - W sumie i tu, i tu nie ma okien.
Uśmiechnął się do niej.
- Zastanawiam się, czy pani... - przerwał. - Może być tutaj.
Usiedli obok siebie, dostrzegła wreszcie cień zainteresowania
wyeksponowaną krągłością kolana. Oczy miał ciemne, prawie czarne. W sposobie, w jaki jego szyja łączyła się z plecami, była jakaś łagodność.
Ze zdumieniem poczuła na skórze głowy ciarki z nerwów.
- Proszę mi przypomnieć, jak pan się nazywa - zaczęła.
- Tak właściwie ja chyba nie... David. David Sorenson.
- Doktor Sorenson?
- Niezupełnie. Zostańmy przy Davidzie.
- Davidzie, miło mi pana poznać. Chciałabym porozmawiać o mojej ocenie z pracy semestralnej. - Wyciągnęła ją niczym pozew. - Zauważyłam, że nawet
mała wzmianka o seksualności najwyraźniej sprawia, że wszyscy mężczyźni
na wydziale palą się ze wstydu, ale Zachowania seksualne są na liście
lektur do tego przedmiotu, prawda?
Zanim zdążył odpowiedzieć, Marilyn podjęła na nowo:
- Nie wybrałam tej pozycji prowokacyjnie, Davidzie. Chcę, żeby to było
jasne. Wybrałam ją z powodu osobistych zainteresowań, do czego zresztą
nas namawiano. Moim głównym przedmiotem jest angielski. Wybrałam te
zajęcia, ponieważ interesuje mnie dynamika ludzkich zachowań. Ich
złożoność psychologiczna. Proszę więc zrozumieć, że uznałam komentarz do
mojej pracy oraz idącą za nim ocenę za wysoce problematyczne.
- Yyy, przykro mi to słyszeć.
- I zastanawiam się, czy praca studenta płci męskiej zostałaby poddana
równie skrupulatnej analizie.
- Trudno mi powiedzieć.
- Bardzo ciężko pracuję na tych zajęciach - ciągnęła. - Jestem piątkową
studentką.
Najbardziej bała się, że podczas tej przemowy zacznie płakać. Z przerażeniem poczuła ucisk za zatokami. Była, wiedziała o tym, jedną z najmądrzejszych osób na zajęciach, a czuła, że ciągle pracuje dwa razy
ciężej od innych, by zapewnić wszystkich wokół, że jest w tym chociaż
cień prawdy. Czwórka z przedmiotu fakultatywnego nie byłaby końcem
świata, ale mogłaby przeszkodzić w przyjęciu do niektórych programów
studiów doktoranckich, zamknąć drogę, którą z tak wielkim trudem musiała
sobie utorować. Przełknęła ślinę.
- Jeden z komentarzy zarzucał mi "niepotrzebny wulgaryzm".
- Nie był mój.
- W każdym razie... Czuję, że stawia mi się zupełnie inne wymagania,
doktorze. Nie zasłużyłam na czwórkę z minusem z tej pracy. Jest dobrze
udokumentowana, nawet jeśli komuś nie podoba się charakter cytowanych
tekstów.
- Nie jestem doktorem - przypomniał, a ona aż pochyliła się w jego
stronę ze zdumieniem.
- To wszystko, co chce mi pan powiedzieć?
- Sytuacja jest... niezręczna.
- Jest, i to cholernie. Boże. Chce pan uczyć studentów? Zapewniam, że
nie wszystko da się podporządkować tym samym idealnym, sztywnym normom,
ponieważ...
- Nie to miałem na myśli - powiedział David.
- Jezu, chce pan... och, jeśli to wszystko ma doprowadzić do jakiejś
dwuznacznej sprawy seksualnej, to naprawdę nie mogę...
- Myślę, że pomyliła mnie pani... z kimś innym.
- Jak to?
- Ja... Marilyn, tak? Ja nie jestem... Przygotowuję się na medycynę.
Przyszedłem tu porozmawiać z moim profesorem psychiatrii klinicznej.
Poczuła, że robi jej się zimno z zażenowania i wściekłości.
- Słucham?
- Przepraszam. Bardzo przepraszam. Ja tylko... Pani się tak zdenerwowała,
a ja...
- No co?
- Nie chciałem przerywać. - Wzruszył ramionami.
Zaśmiała się teatralnie - jednym zaakcentowanym ha.
- Ile razy miałeś szansę powiedzieć mi, że robię z siebie żałosną
idiotkę? Że tracę czas?
- Właściwie to niewiele. Szłaś jak burza.
Włożył ręce do kieszeni i po raz drugi popatrzył jej prosto w oczy.
Wyzierająca z nich dobroć rozzłościła ją, ciepła bezcelowość.
- A tak szczerze, to... - zamilkł i spuścił wzrok.
- Jak na kogoś zbyt delikatnego, żeby przerwać, masz dziwny defekt,
który nie pozwala ci kończyć własnych zdań.
- Z przyjemnością słuchałem, jak mówisz - powiedział. Musiał dostrzec
wyraz oburzenia na jej twarzy, bo się zaczerwienił. - Nie chodzi mi o głos. To znaczy... głos masz też miły. Nie chcę wyjść na jakiegoś
pochlebcę... Chodzi mi o to, że spodobał mi się sposób, w jaki budujesz
zdania. Brzmiały jakoś tak melodyjnie. Nigdy wcześniej u nikogo tego nie
słyszałem.
- To jest moment, w którym ta rozmowa nie może być już dziwniejsza.
- Naprawdę bardzo przepraszam. A tak na marginesie, moim zdaniem to
śmieszne, że odjęli ci punkty z pracy, ponieważ napisałaś w niej coś
potencjalnie... erotycznego. - Teraz zarumienił się jeszcze bardziej. -
Idąc tym tropem, wszyscy powinniśmy dostawać czwórki z minusem z anatomii.
Podniosła rękę i zakryła usta - poczuła, że zaczyna się mimowolnie
uśmiechać - i zaskoczyło ją, jak gorąca jest jej skóra.
- Ach, w porządku. Myślę, że świat potrzebuje więcej niezręcznych
lekarzy.
Posmutniał.
- Żartowałam - powiedziała Marilyn. - Tak myślę. Po prostu dalej nie
mogę uwierzyć, że to zrobiłeś. Mogłeś bez trudu odmówić, kiedy
poprosiłam, żebyśmy usiedli.
- Nie sądzę, żebym mógł to zrobić bez trudu. - Spuścił wzrok, potem
szybko podniósł na nią oczy. - Nie co dzień piękna kobieta zaprasza
mnie, żebym przy niej usiadł.
Dziwna rzecz, to zdanie wypłynęło z niego bez cienia sztuczności. Nie
zabrzmiało jak wyuczone i sprawiło, że jej twarz znowu oblała się
gorącem.
- Ale to nieistotne. Jestem szarlatanem. Przepraszam, Marilyn. Naprawdę.
- Odchrząknął. - A może wiesz przypadkiem, gdzie jest gabinet doktora
Bartletta?
- Wiem tyle samo co ty - odparła. - Ten budynek to labirynt.
Nie było w nim nic, co sprawiłoby, że mógł się jej wydać czarujący - ta
powaga, ta cholerna bierność. Nic nie mogło jej zaintrygować w tym
samozwańczym szarlatanie. Oceniła, że jest starszy, niewiele, ale
starszy; na tyle, że może dostrzec w niej coś więcej niż pobudzoną
studentkę, która niecnie opanowała topografię najbardziej zagmatwanego
budynku w kampusie.
- No to ruszam na poszukiwania - stwierdził. - I jeszcze raz, Marilyn,
jest mi tak przykro, że nie potrafię tego wyrazić. Nigdy wcześniej nie
zrobiłem nic podobnego.
- No to może sprawdź, gdzie werbują do CIA, bo udało ci się mnie nabrać.
W tej chwili - niech to wszyscy diabli wezmą - wyobraziła sobie, że
wsuwa się pod rękaw tego szarlatańskiego płaszcza i odchodzi razem z nim; wyobraziła sobie, że jest z nim w jakimś zupełnie innym miejscu
albo też pozwala mu się zabrać w jakieś zupełnie inne miejsce.
- Zawrzyjmy układ - powiedziała. - Znajdziesz tego nieuchwytnego doktora
Bartletta przed zachodem słońca. I postarasz się nie omamić innej
biednej skromnej kobiety. - Poczuła, że serce staje jej w gardle i pulsuje tak, że widać to na zewnątrz. - Jeśli ci się uda, to może
pozwolę zabrać się na kolację.
- Ja... Dobrze - odparł. - Umowa stoi.
I wyciągnął rękę.
Zauważyła, że ten mikroskopijny akt potwierdzenia przyszedł mu z wielkim
trudem. Miała odkryć, że jego roztropność jest cudownie czarująca, z wyjątkiem chwil, kiedy sądziła inaczej. Kiedy uścisnęła tę wyciągniętą
rękę, nie poczuła wstrząsu, filmowego impulsu elektrostatycznego, ale
miłe ciepło, delikatny uścisk palców. Zawrotnie szybki puls pod cienką
skórą jego nadgarstka; swoją rękę idealnie pasującą do cudzej ręki.
Rozdział trzeci
Jego matka była jednocześnie ładniejsza i brzydsza, niż się spodziewał.
Miała ciemne włosy i duże oczy, do tego bardzo bladą cerę - prawie szarą
- a poza tym coś takiego w zaciśniętych ustach, co przypominało mu
nauczycielkę matematyki, panią DelBanco, która zawsze powtarzała, że za
mało się stara. Nie pasowała do ich kuchni; przytłumiony błękit swetra
gryzł się z czerwienią ściany nad kuchenką. Hanna zawsze mu powtarzała,
że ma niesamowite oko do szczegółów.
- Jonah jest bardzo uzdolniony artystycznie - powiedziała Hanna, jakby
czytała mu w myślach.
Violet Sorenson-Lowell. Imię nie brzmiało dobrze. Zawsze wyobrażał
sobie, że ma bardziej matczyne imię. Lisa, Cheryl albo coś w tym guście.
Czasem wieczorem, kiedy Hanna gotowała, czytał szkolną stronę
internetową, a kiedy tak przeglądał kolumny nazwisk, przede wszystkim
rzuciło mu się w oczy, że dzieci zwykle mają dwoje rodziców, Tom i Beth
Costnerowie, Kurt i Carolyn Newbergowie. Potem szedł adres, numer domu
przy ulicy ochrzczonej nazwą tego czy innego drzewa, a dalej numer
telefonu domowego, służbowego i komórkowego. Jonah figurował w tegorocznym zestawieniu, ale jego nazwisko - Bendt - było inne niż
nazwisko Hanny i Terrence'a, a obok widniał tylko jeden numer telefonu,
bo jego rodzice zastępczy pracowali w domu i mieli wspólnego iPhone'a,
ponieważ Hanna, jak wielokrotnie mu powtarzała, była odporna na
technologię. Wpatrywał się w ręce Violet, a konkretnie w pierścionek z wielkim oczkiem na serdecznym palcu lewej dłoni. Hanna miała prostą
złotą obrączkę; opowiadała mu o krwawych diamentach. Zastanawiał się,
czy ktoś poinformował o tym Violet, ale uznał, że pewnie nie, skoro
założyła też naszyjnik z błyszczących kamieni.
- A może opowiedz o tym Violet, Jo - odezwała się Hanna.
Spojrzał na nią zdumiony. Z brązowym swetrem i burzą splątanych włosów
pasowała do kuchni idealnie. Uśmiechnęła się do niego. Wyprowadzała się
do Ameryki Południowej.
- O czym? - spytał i zerknął na Violet.
- O twoich... Hanna opowiedziała mi właśnie o twoich warsztatach
ceramicznych.
- A, o tym - odparł. - Są spoko.
- Spoko? - zapytała Hanna, szturchając go nogą pod stołem. - Opowiedz o wystawie Terra Fiesta.
- A. To taka... - przerwał i potrząśnięciem głowy odrzucił włosy z oczu. -
Taka impreza, gdzie wystawiają do oglądania twoje rzeczy, a ludzie mogą...
na przykład coś kupić, jeśli chcą.
- Ale opowiedz Violet, jak to się stało, że wystawili twoje prace -
naciskała Hanna.
- Ludzie głosowali - odpowiedział.
- Cała szkoła głosowała - wtrąciła Hanna, zwracając się do Violet. -
Głosowało trzy tysiące ośmiuset uczniów i część kadry, a osoba z najwyższą liczbą głosów wystawiała swoje prace w jednej z największych
galerii w mieście.
Prawdę powiedziawszy, w mieście była tylko jedna galeria, ale Hanna
potrafiła sprawić, że małe rzeczy brzmiały jak naprawdę duże.
- To niesamowite - rzekła Violet. - Boże, to duża sprawa. Jesteście
pewnie... musicie być bardzo dumni.
- Jeden kubek poszedł za dwadzieścia pięć dolarów - powiedziała Hanna.
Jonah poczuł, że się czerwieni.
- Niewiarygodne - stwierdziła Violet. - To cudownie. Masz może... To
znaczy... chętnie kupię taki kubek.
Hanna zrobiła zmartwioną minę. Jonah szukał w jej twarzy wskazówki.
- Mamy ich sporo... Słonko, chciałbyś podarować Violet któryś kubek? -
Odwróciła się do Violet. - Mamy szczęście. Dba o utrzymanie poziomu
kofeiny w naszych organizmach. Nigdy nam ich nie zabraknie.
"Dopóki nie wyniesiemy się do Ekwadoru", ale tego nie powiedziała na
głos.
Jonah wątpił, żeby te głupie kubki zwiększyły jego szanse. Sprzedali dom
przy Wisconsin Avenue i urządzili wielką wyprzedaż garażową wszystkiego,
co zdaniem Hanny nie było absolutnie konieczne.
- Wybierzesz jakiś?
Wzruszył ramionami, ale ucieszył się z pretekstu, by wstać od stołu i przejść do szafki, gdzie stały kubki. Czerwony był ulubionym kubkiem
Terrence'a, a Hanna lubiła fioletowy, ten, który dał jej na Dzień Matki.
Pozostałe były zbyteczne, jak zgadywał, ale nie potrafił sobie wyobrazić
Violet pijącej z któregokolwiek z nich. Wybrał ciemnozielony z minimalnym odpryskiem na brzegu i zaniósł jej.
- O rany... - Wzięła kubek, jakby był radioaktywny. - Och, ale ja nie
mogę... To miłe. Pozwól, że... Boże, gdzie jest mój... O, tutaj.
Wyjęła portfel i wyciągnęła w jego stronę dwie dwudziestki. Jonah znów
zerknął na Hannę w poszukiwaniu wskazówki. Patrzyła na nich z męką
wypisaną na twarzy. Chłopak spojrzał na pieniądze. Był to wyraźnie jeden
z tych momentów - "punktów zwrotnych", jak je nazywała Hanna - kiedy
powinien podjąć właściwą decyzję. Ale czterdzieści dolarów to było dla
niego dużo pieniędzy, a Violet wyglądała na bogatą. Hanna powiedziałaby,
że to nieistotne szczegóły. Sięgnął, wziął pieniądze i wepchnął do
kieszeni bluzy.
- Dzięki - powiedział.
Wpłaci na konto w banku, które założył mu Terrence, żeby odkładał sobie
na czarną godzinę. Podobało mu się to, ponieważ dowodziło, że w jego
życiu nie było czarnej godziny, że jest gotowy na sytuację, kiedy
trzysta dwadzieścia sześć - teraz trzysta sześćdziesiąt sześć - dolarów
otworzy mu jakąś szansę, zamiast przypominać o ponurej egzystencji.
- To ja dziękuję - odparła Violet.
Zauważył, że trzęsą jej się ręce; światło z żarówki na suficie odbijało
się epileptycznie w szkliwie pokrywającym kubek.
- Jest piękny.
Jonah nie potrafił spojrzeć na Hannę. Podszedł do innej szafki po razowe
krakersy.
- Opowiesz nam coś o sobie, Violet? - odezwała się Hanna po minucie.
- O... o mnie... - zaczęła Violet. Jonah odwrócił się twarzą do niej,
rozszarpując opakowanie ciastek. - Właściwie nie ma za wiele do
opowiedzenia. Ja... mieszkałam od dziecka w tej okolicy. Właściwie
niedaleko stąd. W Fair Oaks... w północnej części.
Chłopak zastanawiał się, czy boi się podać adres. Hanna powiedziała mu,
że kiedy zakłada kaptur, wydziela złą aurę.
- Studiowałam na Wesleyan, a potem obrona na UC.
Hanna nienawidziła ludzi mówiących skrótami.
- Co to znaczy? - zapytał lojalnie.
- Przepraszam - rzekła Violet, rumieniąc się. - Uzyskałam stopień
doktora na Uniwersytecie Chicagowskim.
- Kraj przesadnie wykształconych i niedostatecznie świadomych -
powiedział, cytując Hannę.
Patrzył, jak obie, Hanna i Violet, robią się czerwone.
Violet się roześmiała.
- Auć - powiedziała.
- To dobra uczelnia - wtrąciła zdradziecko Hanna.
- Jesteś adwokatem? - dociekał.
- Teoretycznie tak. - Violet zaczerwieniła się jeszcze bardziej. - Teraz
nie praktykuję.
Już wcześniej spytał ją o dzieci, o małego brązowowłosego chłopca,
którego widział na zdjęciu w Google Images. Powiedziała mu, że jest
jeszcze jeden, Eli, ma dwa lata, chodzi do przedszkola i gra już w t-ball, uproszczoną wersję baseballa. Wiedział, że jej mąż jest nadętym
prawnikiem, a ona, cytując dokładnie, "bardzo czynnie" uczestniczy w życiu synów. Jonah odczytał to jako coś w rodzaju "Nigdy nie wezmę
żadnego cholernego nastolatka w bluzie z kapturem z wizerunkiem Stewiego
Griffina", ale Hanna nadal miała nadzieję. W Lathrop House nie było tak
źle. Czasem dawali dzieciakom z liceum pojedyncze pokoje.
- Moi rodzice nadal tam mieszkają - powiedziała Violet i zauważyła, że
Hanna nadstawia uszu. - Tata przeszedł na emeryturę, a mama prowadzi
sklep żelazny przy...
- Mallory's? - Hanna się ożywiła. - Och, uwielbiam ten sklep. Czy to...
czy to może taka blondynka w fartuchu z psami...
- To labradory - potwierdziła Violet. - I tak, to moja mama. Tylko,
słuchaj, gdybyś mogła... gdybyś mogła jej nie wspominać o... Ja... ja jeszcze
nic jej nie powiedziałam o... Gdybyście mogli...
Jonah zauważył, że z Hanny schodzi powietrze.
- Jasne - odparła.
- Tylko na razie - podjęła Violet, kręcąc pierścionkami. - Mam też trzy
siostry.
- Trzy - powtórzyła Hanna. Ten fenomen nazywała "przesadnym
rozmnażaniem".
- Katolicy - oznajmiła Violet przepraszająco. - To znaczy niekatoliccy
katolicy. Tacy przeciętni, klasyczni, gardzący antykoncepcją katolicy.
Nie jedni z tych... no wiecie... nietolerancyjnych.
- Tak, słyszałem, że pieprzenie się bez kondomów jest dziedziczne.
Słowa wyleciały mu z ust, zanim zdążył je powstrzymać. Hanna wyglądała,
jakby się miała rozpłakać. Violet też, ale trudniej to stwierdzić, jeśli
ktoś ma brązowe oczy.
- Jonah... - wyszeptała Hanna. Już nawet nie próbowała usadzić go
kopnięciem w nogę. Domyślił się, że właśnie to miała na myśli, kiedy
mówiła o samozaoraniu.
- Nie... w porządku - rzekła Violet. - Ma rację. Wszystko w porządku.
Słuchajcie, było... Ale ja... no, muszę już iść. Zostawiłam numer komórki.
Dzwoń, kiedy chcesz.
Wstała. Hanna spojrzała na chłopca bezradnie.
- Dobra - powiedział. - Dzięki za kasę.
Violet przyglądała mu się, poprawiając torebkę na ramieniu.
- Było mi bardzo miło cię poznać.
- Nie musisz wychodzić. - Hanna zerwała się z miejsca. Jonah poczuł się
źle, widząc, jak traciła głowę. - On tylko... Wszyscy tu mamy specyficzne
poczucie humoru.
- Nie, nie o to chodzi. Po prostu muszę już jechać po dzieci.
- Zadzwonię do ciebie - powiedziała Hanna z rozpaczą, a Violet
przytaknęła.
- Oczywiście, bardzo proszę. Kiedy zechcesz.
Nie mógł znieść jebanej myśli, że traktują go jak rzecz, którą można
"zagospodarować", tylko dlatego, że jego matka nie potrafiła zająć się
dzieckiem i adoptowali go ludzie, których niedługo potem unicestwił
wiadukt. Nawet nie wiedział, że jest adoptowany, dopóki nie zginęła jego
mama z jasnorudymi włosami, śpiewająca mu na dobranoc piosenki Boba
Dylana. Krótko mówiąc, nie prosił się o to wszystko i teraz jego
cierpliwość była na wyczerpaniu, nie zamierzał zawracać sobie głowy tym,
co zamierza Violet Sorenson-Lowell, kobieta z napiętą twarzą, brylantami
i poczuciem wyższości.
- Kochanie, powinieneś pożegnać się z Violet - poprosiła go Hanna.
- Miło było poznać - rzucił. Wyczuł, jak go oceniła. No i zapomniała
kubka.
- Mnie również - odpowiedziała. - Naprawdę.
Po tym "naprawdę" założył, że nigdy więcej jej nie zobaczy.
Najżyczliwszym słowem, jakim Violet mogła opisać zastępczych rodziców
Jonaha, było "nieokrzesani". Matka, Hanna, to zaczepna ekolożka z Oak
Park, gdzie nie wiadomo, czy zaniedbanie wynikało z chłodnej deklaracji
politycznej, czy ze sposobu życia. Terrence - który w koszulce z wizerunkiem Matisyahu wyłonił się na chwilę z pokoju obok kuchni -
został z nimi tylko tyle czasu, ile zajęło mu przedstawienie się i złożenie rąk w jogiczne "jak leci". Dom był mały i ciasny; sąsiedzi
trzymali pitbulla na łańcuchu przymocowanym do drzewa przed domem.
Violet znajdowała się tylko kilka przecznic od bajecznej, wysadzanej
wiązami ulicy, przy której się wychowała, i nie mogła się powstrzymać,
by nie przycisnąć torebki mocniej do boku, kiedy czekała, aż otworzą
drzwi. W środku Hanna poprowadziła ją do małej, zatęchłej kuchni, ze
ścianami ozdobionymi nieco waginopodobnymi obrazami i plamami z jedzenia.
- Jestem artystką - pochwaliła się Hanna, kiedy zauważyła, na co patrzy
Violet, a Violet kiwnęła głową, rozciągnęła twarz w uśmiech i skrzyżowała ręce na piersiach.
- Technika mieszana, zazwyczaj, ale sięgam też po rzemiosło artystyczne
Trzeciego Świata.
- W sumie, kto nie sięga - powiedziała Violet i w tej samej chwili
uświadomiła sobie, jak szyderczo zabrzmiały jej słowa. - To znaczy...
chodziło mi o to, że mąż przywiózł mi tę przepiękną nepalską bransoletę
z podróży służbowej i wciąż nie mogę się nadziwić... No wiesz... tej
misterności wykonania.
- Jakie obowiązki wezwały go do Nepalu?
Nie spodziewała się, że mogłaby się jeszcze bardziej zaczerwienić.
- Jest adwokatem. Zajmuje się własnością intelektualną. W zasadzie to
kupił ją w Nowym Jorku... Ale to sprawiedliwy handel. Dochód... Zresztą,
spytam go o to potem.
Hanna się uśmiechnęła i rozluźniła. Głos kobiety przez telefon brzmiał
kojąco; to właśnie ją przekonało. "Potrzebujemy twojej pomocy",
powiedziała, a Violet była zawsze bezradna w obliczu tak beznadziejnej
bezbronności.
- Jesteś gotowa go poznać? - spytała Hanna.
- Ja... Tak. Oczywiście. Chętnie.
Hanna zawołała go po imieniu i Violet usłyszała dudnienie kroków na
schodach. Dopiero gdy Jonah pojawił się na dole, uświadomiła sobie, że
cały czas wstrzymywała oddech.
Był piękny, tak po prostu. Trochę się garbił, ale oczy miał duże i ładne, włosy rudobrunatne, który to kolor wiele matek z Shady Oaks
próbuje uzyskać w salonie fryzjerskim. Kiedy się urodził, nie chciała go
zobaczyć, nie chciała go wziąć na ręce, pozwoliła jedynie, żeby Wendy
poszła za lekarzem i potwierdziła, że żyje. Siostra zapewniła ją, że
dziecko jest w idealnym stanie, wygląda wyjątkowo ładnie jak na
noworodka, nie jest pomarszczone i nie przypomina Margaret Thatcher, jak
niektóre dzieci. Spojrzenie na niego po raz pierwszy to powinna być
wzniosła chwila, ale ona czuła wyłącznie mdłości. Wstała i uniosła ręce
w niezdarnej imitacji powitania, jakby plastikowa lalka udawała
człowieka.
- Cześć - powiedziała zamroczona. - Cześć, Jonah. Witaj ponownie. Jestem
szczęśliwa, że mam możliwość... właśnie to zrobić.
Był piękny. A potem otworzył usta.
- Jesteś chudsza niż na zdjęciach.
- Zdjęciach? - Violet niepewnie spojrzała na Hannę.
- Wygooglowałem. Jest sporo twoich zdjęć. Z przedszkola. Z grupą małych
dzieci w strojach policyjnych.
- Dzień Kariery - wyszeptała. Flagowe wydarzenie Shady Oaks: przebiera
się dzieci za dorosłych różnych zawodów i zbiera kupę forsy na budowę
nowego pasa dla pojazdów z pasażerami.
- Teraz jesteś o wiele chudsza - powtórzył.
Trochę przypominał jej wtedy Wendy: wygląda ślicznie, ale wkurza, gdy
tylko się odezwie.
- To było... - przerwała, żeby się zastanowić. - Och, no tak, to było po
tym, jak urodził się mój syn. Faktycznie, teraz rzeczywiście jestem
szczuplejsza.
Odwróciła się w stronę Hanny, licząc na jakieś wsparcie, ale ona po
prostu stała, ze splecionymi rękami, i obserwowała ich niczym mecz
tenisowy. Nie przygotowała go? Nie nauczyła go, że nie komentuje się
wyglądu kobiecej sylwetki? Nie nauczyła go, że trzeba ściągać łopatki,
żeby uniknąć skoliozy? Czy on miał penisa na bluzie?
- Interesująca bluza - powiedziała.
- To z Głowy rodziny - powiedział. - Nie oglądałaś Głowy rodziny?
- Przyznaję się bez bicia.
Spociły jej się ręce. Nie wiedziała, że coś takiego przytrafia się
ludziom. Życie to pasmo rozczarowań. Spotykasz się z własnym dzieckiem
po piętnastu latach i po dwóch minutach orientujesz się, że rozmawiacie
o telewizji.
- No dobrze - odezwała się wreszcie Hanna. - Violet, napijesz się
pu-erh?
- Czego?
Hanna przygotowywała już duży ceramiczny imbryk.
- Och, nie. Dziękuję. Nic mi nie trzeba.
Zajęła swoje miejsce, a Jonah i Hanna usiedli po drugiej stronie stołu.
Jonah oparł stopy na poprzeczce krzesła Hanny - intymna bliskość tego
gestu wywołała u Violet mdlące ukłucie w środku.
Teraz jakoś poszło. Hanna przejęła stery rozmowy, a Violet i Jonah
ochoczo jej na to pozwolili. Potem Hanna zachęciła go, żeby dał jej
jeden z tych niefachowo wykonanych glinianych kubków do kawy, a Violet -
nigdy sobie tego nie wybaczy - zrobiła najgorszą możliwą rzecz: zaczęła
się jąkać jak idiotka i sięgnęła do torebki. Chciał jej dać prezent, a ona wyciągnęła czterdzieści dolarów, jak wyprany z uczuć Daddy Warbucks
z komiksu; "Dzięki za kubek, potomku, którego się wyrzekłam. Idź kup
sobie coś ładnego". Już w tej samej chwili chciała to cofnąć. Nie
pieniądze - chętnie dałaby pieniądze, oddałaby mu całą zawartość
portfela; Danforthowie chyba nie za dobrze radzili sobie finansowo, a z szybkiego wywiadu dowiedziała się, że zasiłek wypłacany rodzicom
zastępczym nie pokryłby jednej czwartej miesięcznych opłat za lekcje
gitary Wyatta. Nie żałowała tych pieniędzy, żałowała gestu, jego zimnej
pustoty. Chciała być miła - kiedy była dzieckiem, co jakiś czas tata
dawał jej dolara lub dwa za ołówek, który "sprzedała" mu w "centrum
handlowym" na stole w jadalni. Ale Jonah miał piętnaście lat. Był za
duży, żeby traktować go tak protekcjonalnie. Ona była osobą dorosłą,
matką, powinna umieć postępować z wrażliwością i życzliwością. Jej matka
traktowała każdą ich pracę plastyczną, choćby nie wiadomo jak nieudolną,
jakby był to Vermeer. Powinna była wziąć kubek, uściskać go i poprosić
Hannę, żeby nalała do niego pu-erhu. Ale tego nie zrobiła. Dała mu
czterdzieści dolarów, a zaraz potem wygłosiła okropny żart godzący w Hannę; była pewna, że oba te incydenty miały ze sobą związek. Wstała do
wyjścia, a Hanna odprowadziła ją do drzwi, ściskając za ramię z siłą,
która wydała jej się wręcz groźna.
- Violet, proszę, nie... On naprawdę bardzo przeżywa nasze... nasz wyjazd.
Tyle przeszedł, a teraz...
- Dlaczego nie zabierzecie go ze sobą? - spytała Violet. Rozmawiały już
o tym przez telefon, wtedy, kiedy Hanna skontaktowała się z nią po raz
pierwszy.
Hanna zbladła.
- Jesteśmy tylko rodziną zastępczą - powiedziała, zupełnie jakby Jonah
był cocker spanielem.
- Możecie go adoptować. Chodzi o pieniądze? - Czuła się, jakby ktoś
przejął jej ciało. - Bo jeśli chodzi o pieniądze, to mogłabym... My
moglibyśmy...
Hanna przez chwilę wyglądała na zniesmaczoną, ale się opanowała. Violet
znienawidziła ją za to.
- Nigdy nie planowaliśmy adopcji. Gdybyśmy zostawali w kraju, wszystko
byłoby inaczej, ale muszę zrobić to, co jest najlepsze dla mojej
rodziny.
- A ja muszę robić to, co jest najlepsze dla mojej - odparła Violet.
Kiedy rozmawiały przez telefon, nie odpowiedziała, gdy Hanna
oświadczyła, że dla Jonaha lepsze byłoby przeniesienie do jakiejś
rodziny niż powrót do Lathrop House. Nie odrzuciła całkowicie pomysłu,
że ona i Matt pozwolą chłopcu z nimi zamieszkać, chociaż bez wątpienia
nie powinni. Po prostu chciała mieć szansę go poznać. Chciała go
zobaczyć, chociaż raz, i teraz to się stało.
- Nigdy nie obiecywałam, że...
- Powiedz, że chociaż to przemyślisz - naciskała Hanna. - Proszę. Ma
wielki potencjał, ale jeśli wróci tam, gdzie kiedyś... Zrobił przy nas
ogromny postęp.
- Mam dwoje małych dzieci.
- Pokochasz go, kiedy go poznasz.
- Ja już go kocham - rzuciła Violet. - Przecież go, kurwa, urodziłam.
Uspokoiła się, odczuwając ciężar wszystkiego, czemu broniła dostępu do
tego gorącego zakamarka za sercem, zakamarka tak długo zarezerwowanego
tylko dla Eliego i Wyatta; wszystkiego, czego starała się nie pamiętać,
uczucia, jakie się w niej tliło, kiedy rósł w jej wnętrzu, i tej
rozdzierającej męki, gdy go straciła. Tego popołudnia uświadomiła sobie
nową porażkę; porażką było to, że nic nie zrobiła i że nie miała pojęcia
- a powinna mieć? - że człowiek, którego sprowadziła na świat, musi
walczyć o przetrwanie. Że jest coś, co mogłaby dla niego zrobić. Jonah
pojawił się w drzwiach za Hanną. Podszedł bliżej, kiedy zobaczył, że go
zauważyła, i coś jej podał.
- Zapomniałaś - powiedział, nie patrząc jej w oczy.
Wyciągnęła rękę, czerwona na policzkach tą samą czerwienią, która
wylewała się na twarz Jonaha, i wzięła popękany zielony kubek.
Rozdział czwarty
Rozmowy z Violet były dla Wendy rzadkością. Rozmawiały w święta;
krótkie, zakrapiane winem, skomasowane wymiany zdań na tylnym tarasie
domu w Fair Oaks, kiedy obie uciekały przed migdalącymi się, niewyżytymi
rodzicami. Dlatego kiedy imię siostry wyświetliło się na telefonie,
Wendy od razu wiedziała, o co chodzi. Znała Violet na tyle dobrze -
kiedyś lepiej niż kogokolwiek innego - by przewidzieć jej następny ruch.
- Niech zgadnę, byłaś u Danforthów. - Starała się, by jej głos brzmiał
swobodnie, proroczo: Nadal znam cię aż za dobrze, bez względu na to, jak
bardzo próbujesz udawać, że tak nie jest.
- Nie myśl sobie nawet przez sekundę, że już nie jestem na ciebie
wściekła, Wendy. Ale ja... Jezu. To ty do tego doprowadziłaś i nawet
gdybym chciała, nie mogę udawać, że tak nie jest. To przez ciebie
znalazłam się w beznadziejnym położeniu i... Wiesz co, to nie jest... - głos
Violet się załamał. - On wróci do domu dziecka, jeśli ktoś... To
niesprawiedliwe, że... Ale ja nie mogę tego zrobić. Matt i ja, my nie
możemy...
W ciszy, która zapadła, zdała sobie sprawę, jak nieprawdziwe są jej
słowa; że ona i Matt mają trzy dodatkowe pokoje, że Matt zarabia pewnie
ponad tysiąc dolarów w godzinę. Ale Wendy wiedziała, że pieniądze nie
rozwiązują wszystkich problemów. Zapaliła skręta i odchyliła głowę,
wpatrując się w biały przestwór sufitu.
- Nie narażę dzieci na tak ogromny wstrząs, Wendy. Poza tym już z nimi
dwoma mam pełne ręce roboty.
Wendy mogła powiedzieć, że siostra przygotowała sobie to
usprawiedliwienie, być może nawet napisała je sobie na kartce. Nie
zaskoczyło jej w najmniejszym stopniu, że Violet, narcystyczne
uosobienie perfekcji, nie chce dopuścić, by cokolwiek - choćby jej
biologiczne dziecko - zakłóciło ich wspaniałe życie. Zaskoczyło ją
wyłącznie to, że Violet zadała sobie trud wymyślenia wymówki.
- Czekaj - odezwała się Wendy. - Co o nim myślisz?
- Hm. No... ma piętnaście lat. Naprawdę nie wiem, co miałabym jeszcze
powiedzieć.
- Pryszczaty? Niezdarny? Arogancki dupek?
Violet zaśmiała się słabo.
- Tak, w pewnym sensie tak.
- Nie uważasz, że jest do ciebie bardzo podobny?
Prawie usłyszała przez telefon, jak Violet sztywnieje ze słuchawką w ręce.
- Mogłabyś nie... nie mówić takich rzeczy? Proszę...
Mogłabyś, proszę, nie wygłaszać prawd oczywistych - oto klasyczna
odpowiedź Violet.
- Ja tylko... miałam na myśli... no wiesz. Jest niezły, nie sądzisz?
Obiektywnie.
- Nie oceniam nastoletnich chłopców pod tym kątem, Wendy, więc nie mogę
obiektywnie stwierdzić, czy jest niezły, ponieważ nie jestem zboczeńcem.
- Violet westchnęła. - Ale... tak. Oczywiście. Jeszcze dorasta, ale wydaje
się... Przypomina mi odrobinę tatę. Tak, jest niezły.
- Mówisz, że tata jest niezły, ale już o własnym dziecku tego nie
powiesz?
- On nie jest moim... - Violet przerwała. - Posłuchaj, nie chcę tego z tobą roztrząsać, ale sprawa jest pilna i ja... ja...
- Od początku rozmowy nie dokończyłaś jeszcze ani jednego zdania -
wytknęła jej Wendy i usłyszała, że Violet zaczęła płakać. - Och, do
kurwy nędzy, Violet. Okej, wszystko jest dobrze. Wszystko będzie dobrze.
- To przez ciebie - powiedziała Violet. - Nie rozumiem, po co to
zrobiłaś.
- Nic nie zrobiłam. Tak wyszło. - Ale wiedziała, oczywiście, że to
nieprawda. - Wezmę go do siebie, jeśli chcesz.
Zaproponowała to ośmielona paloną trawką, pchana niewyraźnym, dręczącym
poczuciem niesprawiedliwości. Z powodu tego biednego dzieciaka o nudnym
nazwisku hydraulika. Z powodu tego wszystkiego, przez co przeszedł. I z powodu... Tak, po raz pierwszy zyskała przewagę nad Violet! Zaciągnęła się
znowu i przytrzymała sztacha w płucach, dopóki siostra nie
odpowiedziała. A Violet, chwała jej za to, nie roześmiała się, nie
powiedziała "Odjebało ci!" ani się nie rozłączyła.
- Zrobiłabyś to? - spytała załzawionym głosem, w którym teraz
pobrzmiewało szczere niedowierzanie. - Wendy, naprawdę?
Ton wdzięczności w pytaniu siostry sprawił, że z oczu Wendy
niespodziewanie też popłynęły łzy.
- Jezu, kurwa, ty kretynko - odpowiedziała, wydmuchując bladą chmurę. -
Oczywiście, że tak.
Kiedy Violet oznajmiła, że musi z nimi poważnie porozmawiać, w Marilyn
zakiełkowały podejrzenia; może chodzi o kolejną ciążę albo jakieś
problemy małżeńskie. Ale myliła się, chociaż spudłowała tak fatalnie, że
przez następne sześć miesięcy pluła sobie w brodę, ubolewając, że
rzekomy radar macierzyński zawiódł ją w tak straszliwy, krytyczny
sposób.
Zrobiła herbatę i usiedli na oszklonej werandzie, ona i David razem na
małej sofie, Violet naprzeciwko w wiklinowym fotelu, z nogami
skrzyżowanymi tak mocno, że trudno było powiedzieć, gdzie kończy się
jedna, a zaczyna druga.
- To nie jest dla mnie łatwe - zaczęła i Marilyn zaniepokoiła się, że
jej zawsze poukładana córka czuje się tak niezręcznie. - Ale pojawiły
się pewne okoliczności i... uważam, że zasługujecie na to, by się
dowiedzieć, choćby nie wiem jakie to było dla mnie... trudne.
- O co chodzi, skarbie? - spytała Marilyn, starając się, by w jej głosie
zabrzmiała łagodność, a nie przerażenie. David sięgnął ręką za oparciem
kanapy i ścisnął ją za ramię.
- Ten rok, kiedy byłam... Pamiętacie ten rok, który spędziłam w Paryżu?
- Oczywiście - odpowiedział David, nieco zdezorientowany.
W chwilach niepewności umysł Marilyn miał tendencję do szalonego rajdu
po najbardziej niedorzecznych możliwościach i natychmiast przyszła jej
na myśl przerażająca historia z gazet o wypranej z uczuć Amerykance,
która we Włoszech zamordowała współlokatorkę.
- Kochanie, czy ty chcesz...
- Nie byłam w Paryżu - wyrecytowała Violet jak wyuczoną lekcję. - Byłam
tutaj, w ciąży, urodziłam dziecko, a potem oddałam je do adopcji.
Marilyn zdusiła histeryczny chichot, który odruchowo w niej zabulgotał
mimo powagi na kanciastej twarzy córki: chociaż Violet zawsze była
najmniej skłonna do żartów spośród wszystkich dzieci, to musiała być,
oczywiście, jakaś nietrafiona próba nabrania ich, ściema, jakiś
niezrozumiały koszmar, żeby osłabić prawdziwy cios, który nastąpi za
chwilę.
- Violet, o czym ty, do cholery, mówisz? - spytał David i spokojna
surowość jego głosu przywróciła ją do rzeczywistości.
- Zamieszkałam u Wendy - ciągnęła Violet bezbarwnym głosem. Wpatrywała
się w podłogę. - Zaraz po maturze wprowadziłam się do Wendy i Milesa w Hyde Park i w styczniu urodziłam dziecko.
Marilyn pamiętała, jak bardzo zamartwiała się o córkę, gdy ta wyjechała
za granicę. Pamiętała pewną rozmowę, kiedy zaproponowała, że odwiedzi ją
w Paryżu. Przypomniała sobie, jak Violet się temu sprzeciwiła, mówiąc,
że potrzebuje czasu, by "zastanowić się nad sobą". Teraz zabrzmiało to
tak niedorzecznie, że Marilyn nie pojmowała, jak mogli jej uwierzyć.
Ale, oczywiście, uwierzyli. Violet nigdy nie dała im powodów do
niepokoju. Wendy od pieluch była rozchwiana emocjonalnie, a życie
obchodziło się z nią bezlitośnie. Liza była niefrasobliwie zawzięta - od
urodzenia - i Marilyn zamartwiała się, ze swojego stałego miejsca
parkingowego w samym centrum rodziny, gdzie była nieustannie uderzana w bok albo w tył. Tymczasem Grace była wciąż dzieckiem; nadal dzwoniła do
nich kilka razy w tygodniu, pytała o radę i prosiła o małe zastrzyki
finansowe, a w zeszłym tygodniu David nawigował ją przez telefon przy
zmianie worka w odkurzaczu. Marilyn niepokoiła się o te trzy, ale prawie
nigdy nie martwiła się o Violet. A to, w jej oczach, było ogromnym
niedopatrzeniem, wielką krzywdą dla córki.
- Dlaczego nam nie... - Zaskoczył ją ton własnego głosu. - Dlaczego, do
licha, nie... Trzeba było nam powiedzieć, Violet, Boże. Nigdy bym nie
pomyślała... To nie ma sensu.
- Został adoptowany. My, to znaczy Wendy i ja, drobiazgowo zadbałyśmy o wszystko w tamtych okolicznościach. Adoptowała go porządna rodzina i przez kilka lat wszystko było dobrze, do czasu, aż... niestety... zginęli. W wypadku samochodowym. Wiem, że to brzmi absurdalnie. Od tamtej pory
przebywał pod opieką zastępczą. Prawdę mówiąc, mieszka w Oak Park... w południowej części...
- Wielki Boże, Violet - powiedział David cicho, pocierając czoło.
- Wiem, to popaprane - odparła Violet. - I wiem, że to brzmi jak
wariactwo.
- Ja tylko nie rozumiem, czemu nam nie powiedziałaś - stwierdziła
Marilyn. - To właśnie nie ma dla mnie sensu.
- Choćbym powtarzała ze trzysta razy, nie sprawi to, że nagle
zrozumiesz, mamo. - Violet spojrzała na nich, jakby była zaskoczona samą
sobą. - Przepraszam. Nie wiem, co wam powiedzieć. Nie mam żadnej dobrej
odpowiedzi. Byłam naprawdę bardzo młoda i bardzo ciężko to wszystko
przeżyłam. Nie wiem, co jeszcze mam wam powiedzieć.
Dwie małe córeczki Marilyn, które mieszkały z nią pod jednym dachem,
przeprowadziły tak niewyobrażalną akcję, a ona nic nie wyczuła. Co
robiła w tamtym roku? Kupiła sklep żelazny. Grace poszła do podstawówki.
Życie jak zwykle, może trochę bardziej zwariowane niż zwykle, ale
mieszczące się w granicach zwyczajności. Nawykła do wariactw.
- A co się teraz stało? - spytał David. - Jak go znalazłaś?
Violet ponownie nie mogła spojrzeć im w oczy.
- To nie ja. To Wendy. Powiedziała, że tak dla hecy. Poszukiwania
genealogiczne.
- Ale jakim cudem...
- Nie wiem, dobra? - odpowiedziała Violet. - Nie mogę przestać o tym
myśleć, bo on teraz się pojawił i nic na to nie mogę poradzić.
Wendy. Najstarsza córka zawsze objawiała się w samym epicentrum
wszystkich rodzinnych dramatów.
- Chodzi o to - podjęła Violet, przygryzając wnętrze policzka - że to
jest trochę bardziej skomplikowane...
- O Boże. - Marilyn westchnęła. David wziął ją za rękę.
- Jego rodzina zastępcza przeprowadza się do Ekwadoru - ciągnęła i Marilyn znów prawie zachichotała. Czyste szaleństwo. - Normalnie w tej
sytuacji wróciłby do domu dziecka, tego, z którego zabrała go Hanna,
jego matka zastępcza. Poznała go tam, kiedy pracowała jako
wolontariuszka. Ale dała mi do zrozumienia, że jeśli powstałaby inna
możliwość, byłoby to dla niego korzystne...
I w tym momencie się rozpłakała, wreszcie okazała emocje, które pasowały
do właśnie przekazanych im treści. Marilyn poczuła, że jej również
wilgotnieją oczy.
- Rozumiem, że mamy tu do czynienia z książkowym przykładem porażki
systemu. Przeszedł przez ileś tam domów zastępczych, nic strasznego, jak
sądzę, ale nic na stałe, a potem... Ale to dobry dzieciak, bystry. I Hanna
mówi, że od kiedy z nimi zamieszkał, zrobił astronomiczne postępy. Jest
szansa podtrzymać tę tendencję, jeśli przeniesie się do kolejnego
stabilnego środowiska rodzinnego. A sytuacja wygląda tak, że... Matt i ja
nie sądzimy... Chłopcy są teraz w takim wieku, że nie chcielibyśmy... Tak
ogromna nagła zmiana w strukturze naszej rodziny mogłaby się dla nich
okazać, z punktu widzenia rozwojowego, niewiarygodnie destrukcyjna.
- No myślę - rzekł David.
Violet poczerwieniała.
- I pomyślałam, że...
- Oczywiście, weźmiemy go - rzuciła Marilyn i zignorowała przeszywające
spojrzenie Davida, ponieważ skupiła się na córce i przybieraniu
najbardziej przekonującej maski Niezłomnej Mamy. David będzie przerażony
na samą myśl o wpuszczeniu pod własny dach nowej burzy nastoletniego
życia w chwili, kiedy wreszcie udało mu się wyplątać z opieki nad
pacjentami i wychowywania potomstwa. Ale to na nią, oczywiście, spadnie
główny ciężar, pranie ubrań, sprawdzanie prac domowych, pełnienie
funkcji prywatnego budzika. To ona nie będzie mogła spać z niepokoju
przed sprawdzianem z chemii, przed wyborem dalszej ścieżki edukacyjnej;
to ona zauważy, że wyrasta z kurtki i zawlecze go do centrum handlowego,
żeby kupić coś, co zakryje mu nadgarstki. Davidowi będzie przeszkadzać
sama jego obecność: zeszyty walające się po kuchennym stole, ślady
zabłoconych butów w przedsionku, rekwirowanie łazienki na parę godzin z młodzieńczą lekkomyślnością; ale właściwie nigdy nie doświadczył w pełni
wychowywania nastolatka, podobnie jak w sumie nigdy w pełni nie
doświadczył wychowywania nastolatki.
- Oczywiście, weźmiemy - powiedział zza jej pleców i wszystko się
odmieniło, płynnie, ponieważ to on, oczywiście, opiekował się
dziewczynkami, to dzięki niemu Wendy nadal z nimi rozmawia, Violet
zaszczepia w dzieciach dobroć dla zwierząt, Liza obroniła doktorat, a Grace zawsze zatrzyma się przy starszej osobie, żeby spytać, czy nie
potrzebuje pomocy przy niesieniu zakupów.
Trzykrotnie ścisnęła jego rękę, a on w odpowiedzi trzykrotnie ścisnął
jej dłoń, jeszcze mocniej, w ten sposób ustalili, że znów zostaną
rodzicami, w najbardziej niewdzięcznym okresie rodzicielstwa, pomiędzy
niemowlęcą słodyczą i urokliwością malutkiego dziecka a młodzieńczym
objawieniem wiodącym prosto w ponury szlam dorosłości. Oczywiście, oboje
to wiedzieli. Oczywiście, przejdą przez to razem, jak zawsze, nawet
jeśli to na nią spadały konkretniejsze i mniej przyjemne zadania.
Violet wyglądała na skrępowaną.
- Och, Boże, wy... ja... To... to naprawdę miło z waszej strony, ale...
- Mamy nawet pokój - przerwał jej David z rozpędu. - A ja mam dużo
wolnego czasu, Viol. Sama wiesz, tylko jakieś... drobiazgi.
Poczuła, że serce jej pęka na te jego "drobiazgi", które nie były
oficjalnymi lekarskimi zajęciami, ale pracami, które sam sobie na siłę
wynajdywał.
- Ale z pewnością potrafimy o niego zadbać, bez względu na to... - dodał.
- Tak właściwie... to on zamieszka z Wendy - oznajmiła Violet.
Uścisk Davida zelżał, a potem znów się nasilił.
- Co masz na myśli, mówiąc, że zamieszka z...
- Jak to "zamieszka z Wendy"? - Marilyn przerwała mu z sercem w okolicy
migdałków.
- Ma wolny pokój - powiedziała Violet. - I dużo czasu...
- Tata przeszedł na emeryturę - wtrąciła Marilyn niegrzecznie,
zapominając o dumie męża. - I dzisiaj odkurzał ramy obrazów, kiedy
wróciłam do domu...
- Nieprawda - oburzył się David. - Poprawiałem tylko mocowanie za
obrazem...
- Mamy pokój i czas. I z całą pewnością więcej doświadczenia niż Wendy.
- Hej, mała - szepnął do niej David. Wyciągnęła rękę z jego dłoni.
- Wendy to twój pierwszy wybór? - spytała. - Przed... Na litość boską,
Violet, opiekowałam się wami wszystkimi, dopóki Grace nie poszła do
przedszkola. Ja... chyba nie myślisz, że my...
- Ja tak... z troski - powiedziała Violet z bardzo czerwoną twarzą. -
Pomyślałam, że jesteście... no wiecie... wykończeni... że chcecie odpocząć,
cieszyć się sobą...
- Przecież pracuję na pełny etat - wytknęła jej Marilyn, przecząc
wcześniejszym argumentom. Czy to możliwe, że zawsze była tak fatalną
pomyłką na froncie macierzyństwa? Czy to możliwe, że bliskość z dziećmi
istniała wyłącznie w jej wyobraźni? Że te błyskotliwe, niezależne
dziewczyny tak naprawdę nie mają pojęcia, kim jest ich matka, i uważają
ją za kobietę, która żyła sobie, lekceważąc wszystkie ich lęki?
- Pomyślałam, że wolałby przebywać więcej w mieście - powiedziała
Violet.
- Tak, ale River North to nie jest żadne miasto, prawda? - rzekł David.
Marilyn poczuła falę miłości. - No i nie do końca sobie poprzebywa,
kiedy kierowca Wendy będzie go woził z najlepszej części miasta na
najładniejsze przedmieście w tej części Stanów...
- A co on na to, że mógłby zamieszkać w pobliżu swojej szkoły? Z ludźmi,
którzy są... którzy potrafią... którzy zrozumieli, że...
- Wendy to zaproponowała - odparła bezradnie Violet i Marilyn przez
chwilę poczuła pełne zrozumienie dla córki; podobnie jak ustępowała
przed Wendy, kiedy najstarsza córka w pewien specyficzny sposób
marszczyła brwi i wyginała usta. - Mamo, ona naprawdę... Przecież wszyscy
wiemy, że Wendy nie czuje się za dobrze, odkąd... Myślę, że nowa osoba w domu może sprawić, że inaczej spojrzy na świat. - Violet stanowczo
zacisnęła usta, tak jak czasem robił to David. - Wszyscy uważamy, jak
sądzę, że dzieci zmieniają perspektywę w życiu.
Cóż to była za zagrywka - jak rodzic do rodzica - i to ze strony córki,
która kiedyś zarzucała im, że brak dżinsów z Gapa zahamuje jej rozwój
społeczny; córki, którą trzymała w nosidle na piersiach, kiedy pomagała
Wendy uczyć się chodzić.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki