Największa radość, jaka nas spotkała - Claire Lombardo

Kup ebooka

49.90 zł
41.42 zł (34,93 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Potomstwo

15 kwiet­nia 2000 roku Szes­na­ście lat wcze­śniej

Ludzie ją przy­tła­czali. Wła­ści­wie to dość dziwne u kobiety, która z wła­snej, choć nie­chęt­nej woli dorzu­ciła wszech­świa­towi cztery istoty, ale fakt był fak­tem: Mari­lyn prze­kli­nała kło­po­tliwą obec­ność ciał; ciał znaj­du­ją­cych się poza jej kon­trolą, poza rozu­mie­niem; ciał jej nie­przy­chyl­nych. Prze­kli­nała teraz wszyst­kich ukryta za miło­rzę­bem, gdzie cho­wała się przed gośćmi. Miała dużą wprawę w urzą­dza­niu przy­jęć, ale kom­plet­nie ją to wyczer­py­wało, raz za razem, te dzie­się­cio­le­cia przyj­mo­wa­nia boga­tych inte­re­san­tów ojca i pozba­wio­nych poczu­cia humoru koleż­ków męża; chi­me­rycz­nych kole­ża­nek i kole­gów dzieci; tym­cza­so­wych sąsia­dów i wiecz­nie zmie­nia­ją­cego się zestawu klien­tów. I dziś znów: setka pra­wie obcych ludzi w jej ogro­dzie, cho­dzą­cych i gesty­ku­lu­ją­cych, sto­ją­cych i gesty­ku­lu­ją­cych, ele­gancko ubra­nych; wsta­wio­nych uczest­ni­ków ślubu jej naj­star­szej córki, Wendy; ludzi, któ­rymi powinna zająć się dziś wie­czo­rem, cho­ciaż i tak miała już dość na gło­wie - i pusto na tale­rzu, ponie­waż nie sko­rzy­stała z roz­ło­żo­nego na trzech super­dłu­gich skła­da­nych sto­łach eko­lo­gicz­nego menu. Cztery dziew­czyny, za któ­rych obec­ność była bio­lo­gicz­nie i spo­łecz­nie odpo­wie­dzialna, cztery paste­lowe plamy na traw­niku, owoce jej łona, zaszcze­pione jeden po dru­gim przez sło­dycz jej męża, któ­rego aktu­al­nie nie mogła namie­rzyć - wpa­dła w macie­rzyń­stwo nie­umyśl­nie i uro­dziła cztery córki, każdą o innym kolo­rze wło­sów i innym pozio­mie nie­po­koju. I ona sama, Mari­lyn Soren­son z domu Con­nolly - trwały pro­dukt pie­nię­dzy i tra­ge­dii, z wąt­pli­wego socjo­emo­cjo­nal­nie rodu irlandz­kich kato­li­ków, ale teraz, na dobrą sprawę, do bólu funk­cjo­nalny - z impo­nu­jącą burzą brud­no­blond wło­sów, nie­zo­rien­to­wana ani w kry­tyce lite­rac­kiej, ani w życiu wła­snych dzieci, ubrana w obci­sły, soczy­ście zie­lony fute­rał, który pod­kre­ślał krą­głość wyćwi­czo­nych łydek i pie­go­watą pano­ramę ramion. Ludzie tytu­ło­wali ją poważ­nie "matką panny mło­dej", a ona pró­bo­wała wcie­lić się w rolę, pró­bo­wała uda­wać, że nie sku­pia się pra­wie wyłącz­nie na dobro­sta­nie dzieci, z któ­rych żadne, szcze­gól­nie dziś wie­czo­rem, nie wyglą­dało kwit­nąco.

Może nor­mal­ność prze­ska­ki­wała co dru­gie poko­le­nie, jak łysie­nie. Vio­let, druga w kolej­no­ści, prze­piękna bru­netka w szy­fo­nie, od śnia­da­nia zio­nęła gorzałą, co nie było dla niej typowe. Wendy zawsze dawała powody do zmar­twie­nia, cho­ciaż dziś wyda­wała się mniej znę­kana, albo dla­tego, że wła­śnie poślu­biła faceta, który ma konta w ban­kach na Kaj­ma­nach, albo dla­tego, że ten facet był, o czym gło­śno trą­biła, "miło­ścią jej życia". Grace i Liza, obie nie­przy­sto­so­wane spo­łecz­nie, cho­ciaż dzie­liło je dzie­więć lat róż­nicy: pierw­sza, nie­śmiałe późne dziecko, za chwilę miała pójść do dru­giej klasy, druga zupeł­nie bez przy­ja­ciół koń­czyła drugi rok w liceum. Jak to moż­liwe wyho­do­wać we wła­snym ciele ludzi, ule­pić ich z wła­snych komó­rek, a potem nagle nie być w sta­nie ich roz­po­znać?

Nor­mal­ność, mówiąc języ­kiem socjo­lo­gii, wymaga dokład­niej­szej ana­lizy.

Grace zna­la­zła ją pod miło­rzę­bem. Naj­młod­sza lato­rośl miała pra­wie sie­dem lat, trudny wiek, eony do opusz­cze­nia domu, na­dal na tyle dzie­cinna, żeby poprzed­niej nocy wśli­znąć się do ich łóżka, co nie byłoby niczym szcze­gól­nym, gdyby rodzice byli wtedy ubrani. Nie­po­kój dzia­łał na Mari­lyn zawsze tak samo - magne­tycz­nie przy­cią­gał ją do szu­ka­nia zwie­rzę­cej pocie­chy u męża.

- Słonko, czemu nie znaj­dziesz... - zawa­hała się. Na przy­ję­ciu były tylko nie­mow­lęta, a nie chciała pobu­dzać i tak wybu­ja­łej anty­spo­łecz­nej miło­ści Grace do psów, suge­ru­jąc, by poba­wiła się z Goethem, ale potrze­bo­wała chwili dla sie­bie, dosłow­nie paru sekund odde­chu w chło­dzie wcze­snego wie­czoru. - Poszu­kaj taty, kocha­nie.

- Nie mogę go zna­leźć - odparła Grace dzie­cin­nym gło­si­kiem, zacie­ra­ją­cym samo­gło­ski.

- Poszu­kaj dokład­niej. - Schy­liła się i cmok­nęła córkę we włosy. - Daj mi minutę, Gąsko.

Grace ode­szła. Wcze­śniej zacze­piła Wendy. Pohuś­tała się już z Lizą na weran­dzie, ale sio­strę odcią­gnął chło­pak w tramp­kach zało­żo­nych do wyj­ścio­wego gar­ni­turu; zdą­żyła też pod­pu­ścić Vio­let, by dała jej pocią­gnąć szam­pana z fiku­śnego wąskiego kie­liszka. Nie miała już kogo zaha­czyć.

Czuła się dziw­nie, że w ten week­end musi się dzie­lić rodzi­cami z innymi, że w domu przy Fair Oaks są wszyst­kie sio­stry. Ojciec cza­sem nazy­wał ją "jedyną na świe­cie jedy­naczką, która ma trzy sio­stry". Miała odro­binę za złe sio­strom, że pano­szą się na jej tery­to­rium. Uspo­ko­iła się, jak zawsze, w towa­rzy­stwie Goethego, zwi­nęła się z nim w kłę­bek pod krze­wami peł­nymi fio­le­to­wych kwia­tów i gła­dziła szcze­ci­nia­stą sierść na tej czę­ści zadu, która wyglą­dała, jakby labra­dor miał tam trwałą.

Liza nie czuła się dobrze, widząc, że młod­sza sio­stra szuka pocie­chy u psa, pod­czas gdy ona znaj­do­wała uko­je­nie w ustach nie­zna­jo­mego, ale drużba pach­niał mie­sza­niną whi­sky i rukoli, do tego robił pal­cami po wewnętrz­nej stro­nie jej uda coś takiego, co kazało jej odwró­cić głowę i zde­cy­do­wać, że Grace musi zadbać o sie­bie, a to umie­jęt­ność, któ­rej nie da się nabyć zbyt wcze­śnie.

- Powiedz coś o sobie - popro­sił drużba, muska­jąc kost­kami pal­ców koron­kową nicość strin­gów, które wło­żyła w nadziei na wła­śnie taką oka­zję.

- Co chcesz wie­dzieć? - spy­tała. Zabrzmiało to dość wrogo. Nie miała wprawy we flir­to­wa­niu.

- Jest was cztery? - zapy­tał. - Jak to jest?

- Bez­denne hor­mo­nalne pie­kło. Festi­wal roz­chwia­nia i kosme­ty­ków do wło­sów.

Uśmiech­nął się zakło­po­tany, a ona pochy­liła się śmiało i go poca­ło­wała.

Vio­let ni­gdy nie była tak pijana; sie­działa okla­pła, samotna przy sto­liku, od któ­rego, jak przy­pusz­czała, odstra­szyła innych gości. Poprzed­nia noc jawiła jej się jako seria musu­ją­cych roz­bły­sków: bar, który kie­dyś był krę­giel­nią; nie­bie­sko­oki towa­rzysz o gięt­kich łok­ciach, silny chwyt jego ud; tylne sie­dze­nie kombi jego matki; dźwięki, które wydo­by­wały się z jej gar­dła, co ze zdu­mie­niem odkryła dopiero po chwili, te odgłosy gwiazd porno, pier­wotne jęki. To jak on doszedł - dopiero póź­niej poczuła, że z niej wypływa, gdy gra­mo­lili się z powro­tem na przed­nie sie­dze­nia - a potem z wprawą i dba­ło­ścią o szcze­góły spra­wił, że ona też doszła, po raz pierw­szy w życiu. I jak popro­siła, żeby wysa­dził ją prze­cznicę od domu rodzi­ców, na wypa­dek gdyby Wendy jesz­cze nie spała.

Patrzyła na Wendy w sukni z dekol­tem w serce od Guc­ciego, jak wywija na ogro­do­wym weselu z nowym mężem, wykła­dowcą, dzie­dzi­cem sta­rej for­tuny, do You Can't Hurry Love. Sio­stra po raz pierw­szy odnio­sła więk­szy suk­ces. Była bez­tro­ska, piękna i cała w tańcu, pod­czas gdy Vio­let sie­działa pijana w stop­niu fizycz­nie nie­kom­for­to­wym, obgry­za­jąc foc­ca­cię z cate­ringu i wycie­ra­jąc palce z oliwy o dół spód­nicy. Ale poczuła, że uśmie­cha się lekko do Wendy, nie­świa­do­mej Wendy z pla­mami od trawy na saty­no­wym tre­nie. Wyobra­ziła sobie, że pod­cho­dzi do sio­stry i szepce jej do ucha: "Gdy­byś wie­działa, gdzie byłam zeszłej nocy".

Wendy patrzyła na Milesa, który rzu­ca­jąc jej prze­pra­sza­jący uśmiech znad ramie­nia, dawał się wlec swej maleń­kiej kuzynce - wcze­śniej poda­wała im obrączki, a teraz żądała jego towa­rzy­stwa przy stole z tor­tem.

- Mały tre­ning z bycia tatu­siem - powie­dział ktoś, łapiąc ją za łokieć.

To była jakaś krewna Milesa, pra­co­wała pew­nie w agen­cji nie­ru­cho­mo­ści i wyglą­dała jak sili­ko­nowa goblinka. Ludzie zebrani w tym momen­cie na traw­niku byli praw­do­po­dob­nie razem warci wię­cej niż PKB śred­niej wiel­ko­ści kraju.

- Dobrze, że jeste­ście tacy mło­dzi. Macie mnó­stwo czasu na roz­krze­wia­nie rodzin­nego drzewa.

Z róż­nych przy­czyn mówie­nie takich rze­czy trą­ciło pro­stac­twem, więc Wendy rzu­ciła coś w stylu: "A kto mówi, że chcę się uże­rać z bandą dzie­cia­ków?".

Kobieta wyglą­dała na prze­ra­żoną, ale Wendy i Miles żyli dla takich żar­tów i mogli sobie na nie pozwo­lić, ponie­waż oboje mieli gdzieś, czy ludzie uznają Wendy za łow­czy­nię for­tun; ważne, że oni znali prawdę, że ni­gdy nikogo nie kochała tak bar­dzo jak Milesa Eisen­berga, a on, jakimś kosmicz­nym cudem, odwza­jem­niał jej uczu­cie. Teraz nazy­wała się Eisen­berg, z pierw­szej trzy­dziestki, przy­naj­mniej, naj­bo­gat­szych rodzin w Chi­cago. Więc mogła mieć to w dupie.

- Pla­nuję prze­żyć wszyst­kich i do końca dni swo­ich bez­wstyd­nie tarzać się w luk­su­sie - powie­działa.

A potem wstała i poszła popra­wić kra­wat świeżo poślu­bio­nemu mężowi.

Drzewa tego dnia roz­kwi­tły, zauwa­żył David, wiel­kie, olbrzy­mie liście rzu­cały tań­czące cie­nie na trawę, tę trawę, którą sta­rali się ustrzec przed psem z powo­dów este­tycz­nych i dla­tego David i Mari­lyn wsta­wali wcze­śnie rano, nakła­dali płasz­cze prze­ciw­desz­czowe na piżamy i wypro­wa­dzali go na spa­cer, zamiast po pro­stu otwo­rzyć tylne drzwi, tak jak zwy­kle to się robiło. Patrzył, jak wyna­jęte stoły i krze­sła wyci­skały dziury w nie­ska­zi­tel­nym traw­niku, nogi wyry­wały grudy darni, którą nawo­zili tak wiel­kim kosz­tem; aż zwi­jał mu się na ten widok żołą­dek. Goethe błą­kał się teraz po podwórku niczym świeżo uwol­niony ska­za­niec, prze­ci­nał zie­lone płasz­czy­zny z wprawą wykwa­li­fi­ko­wa­nego ogrod­nika. David zaczerp­nął wil­got­nego powie­trza - czy nad­cią­gał deszcz? Może dzięki temu goście szyb­ciej sobie pójdą. I zdu­mie­wał się liczbą ludzi, któ­rych uzbie­rało się przez całe życie, twa­rzy, któ­rych nie roz­po­zna­wał. Myślał o malut­kiej Wendy - miesz­kali wtedy w Iowa, a ona wpeł­zała na ganek, gdzie wraz z Mari­lyn bujali się na skrzy­pią­cej cedro­wej huś­tawce, mościła się mię­dzy nimi i mam­ro­tała, odpły­wa­jąc już w sen: "Jeste­ście moimi przy­ja­ciółmi". Pra­wie się zała­mał, gdy stał tam i czuł się kom­plet­nie nie na miej­scu, zupeł­nie jak ćwierć wieku wcze­śniej, zanim wzięli ślub, w mroźny gru­dniowy wie­czór, kiedy Mari­lyn za miło­rzę­bem przy­tu­liła się do jego piersi. Omiótł wzro­kiem ogród, zamglone morze bla­dych wio­sen­nych kolo­rów, zanim zna­lazł żonę, drob­nego intruza w soczy­stej zie­leni, ukrytą za tym samym miło­rzę­bem. Prze­kradł się do niej pod pło­tem i wycią­gnął bła­gal­nie rękę w stronę jej krzyża. Instynk­tow­nie się o nią oparła.

- Chodź ze mną - powie­dział i popro­wa­dził ją dokoła pnia, w cień, gdzie przy­cią­gnął ją do sie­bie i zato­pił twarz w jej wło­sach.

- Kocha­nie, co się dzieje? - spy­tała zmar­twiona.

Wci­snął twarz w zgię­cie jej szyi, ode­tchnął deli­kat­nym, suchym cie­płem jej zapa­chu, bzu i mydła Irish Spring.

- Tęsk­ni­łem za tobą - wyszep­tał.

- Och, skar­bie. - Przy­tu­liła się moc­niej, unio­sła mu pod­bró­dek, aż spoj­rzał jej w oczy. Poca­ło­wał ją w usta, potem w poli­czek i czoło, wresz­cie w zagłę­bie­nie szczęki, gdzie wyczuł puls, i znowu w usta. Uśmiech­nęła się, wargi poczer­wie­niały jej jak doj­rzały owoc i oddała poca­łu­nek, obraz się zama­zał. To zawsze zna­czyło wię­cej niż cokol­wiek innego: zło­tawe cie­pło jego żony, gorąco wza­jem­nego roz­pacz­li­wego pra­gnie­nia; dwa ciała odnaj­du­jące pocie­chę w jedyny spo­sób, jaki znały, przez mowę ust, jego rąk na jej ple­cach, jej ple­ców na pniu, tej ciszy, która zapa­dała, kiedy się jed­no­czyli, aż ona odry­wała się, uśmie­chała i mówiła: "Lepiej, żeby dziew­czynki nas nie przy­ła­pały", zanim ponow­nie się w niego zapa­dła.

Ale one, oczy­wi­ście, ich widziały. Wszyst­kie cztery dziew­czynki obser­wo­wały rodzi­ców z róż­nych punk­tów traw­nika, na początku zanie­po­ko­jone ich nie­obec­no­ścią na przy­ję­ciu, tym znik­nię­ciem, nie­ja­snym wspo­mnie­niem dzie­ciń­stwa, szu­ka­jąc poznaw­czego kom­fortu, który wynika z wie­dzy, geo­lo­ka­cji, bli­sko­ści tych, któ­rzy cię spło­dzili, któ­rzy są ci coś winni bez względu na wszystko. Każda z czte­rech córek prze­rwała to, co robiła, aby na nich patrzeć - na ten pro­mie­ni­sty, nie­zgłę­biony glob rodzi­ców, dwojga ludzi, któ­rzy ema­no­wali więk­szą miło­ścią, niż wszech­świat mógł zaapro­bo­wać.

Rozdział pierwszy

Vio­let wyro­biła sobie nawyk uni­ka­nia Wendy. Cho­ciaż przez pewien czas były nie­roz­łączne, spon­ta­niczny kon­takt stał się teraz czymś nie­spo­ty­ka­nym i uznała, że ostat­nie zapro­sze­nie od sio­stry na lunch ozna­czało albo prośbę o przy­sługę, albo świeżo wyho­do­wany kry­zys egzy­sten­cjalny, który Wendy chciała omó­wić, szcze­gó­łowo, nie licząc się z fak­tem, że ludzie mie­wają mnó­stwo zajęć i nie mogą w tygo­dniu tra­cić czasu na nie­fra­so­bliwe posiłki w West Loop.

Restau­ra­cja była modna i nie­do­god­nie poło­żona, a ona musiała robić za szo­fera, cho­ciaż była druga po połu­dniu w środę. O wpół do czwar­tej trzeba było ode­brać Wyatta z przed­szkola. Była jej kolej i pla­no­wała wyraź­nie dać to do zro­zu­mie­nia sio­strze: "Jest dwoje dzieci, któ­rych życie i dojazdy do przed­szkola zależą ode mnie". Oczy­wi­ście, postąpi mało­dusz­nie, oczy­wi­ście, Wendy pogrąży się w dra­mie i w codzien­nej dawce alko­holu, z powodu tego wszyst­kiego, czego nie miała, z powodu nie­ukoń­czo­nych stu­diów, z powodu Milesa, ponie­waż ona zawsze wygry­wała w licy­ta­cjach na traumy.

Vio­let maso­wała sobie grzbiet nosa, pró­bu­jąc powstrzy­mać ból głowy. Roz­wa­żała kie­li­szek wina. Wendy bez wąt­pie­nia już zamó­wiła butelkę, a miała - pomimo róż­nych wad - dosko­nały gust, jeśli cho­dziło o wina, wyra­fi­no­wane pod­nie­bie­nie oce­nia­jące taniny i cierp­kość. Buty ocie­rały jej pięty. Zawsze czuła nie­od­partą pokusę, żeby odgry­wać przed Wendy bogatą. Cho­ciaż zwy­kle bez­tro­sko woziła dzieci w dro­gich stro­jach spor­to­wych, dziś zde­cy­do­wała się na ele­gancką jedwabną bluzkę z motyl­ko­wymi ręka­wami i dżinsy rurki, które lepiej leżały na niej przed uro­dze­niem Eliego.

Pró­bo­wała sobie przy­po­mnieć, kiedy ostat­nio widziała się z sio­strą. Uznała, że musiało to być w Dru­gie Święto Dzięk­czy­nie­nia, coroczny i iry­tu­jąco eks­cen­tryczny zjazd rodzinny w domu rodzi­ców, ponad cztery mie­siące temu. To wydało jej się zupeł­nie nie­do­rzeczne, ponie­waż miesz­kały dwa­dzie­ścia minut od sie­bie; ponie­waż przez pra­wie dzie­sięć lat miały wspólny pokój; ponie­waż Vio­let, w naj­czar­niej­szym okre­sie swego życia, wpro­wa­dziła się do Wendy i Milesa; ponie­waż były wła­ści­wie jak bliź­niaczki, uro­dziły się w odstę­pie nie­ca­łego roku.

- Mogę w czymś pomóc, pro­szę pani?

To był par­kin­gowy.

- Tylko zbie­ram myśli - odparła z uśmie­chem.

- Jeśli będzie pani potrze­bo­wała odsie­czy, pro­szę poma­chać, a przy­będę i powiem, że ktoś ukradł pani auto.

Czy on z nią flir­to­wał? Był jej wybawcą.

- Będę pamię­tać.

Wydłu­bała drugą dzie­siątkę z port­fela i wci­snęła mu. Nie wia­domo kiedy stała się jedną z tych osób, które wszystko koń­czyły trans­ak­cją finan­sową. Wziął bank­not bez mru­gnię­cia okiem.

- Pro­szę życzyć mi szczę­ścia - mruk­nęła, a on puścił do niej oko.

Puścił oko! Do niej!

Idąc do restau­ra­cji, pomy­ślała, że pew­nie gapi się na jej tyłek. Miała nadzieję, że nie oceni go zbyt surowo. Hostessa popro­wa­dziła ją na tylny taras, a ona poża­ło­wała, że nie wzięła swe­tra, lecz z miej­sca odrzu­ciła tę myśl jako bez­na­dziej­nie mamu­sio­watą. Wendy sie­działa przy sto­liku w naj­dal­szym kącie, z pew­no­ścią po to, by innym gościom nie prze­szka­dzały papie­rosy, cho­ciaż po praw­dzie nie było innych gości - w Chi­cago dopiero zaczęła się wio­sna i było ledwo szes­na­ście stopni.

Naj­pierw zoba­czyła tylko tył głowy. Zapewne męż­czy­zny - i to bar­dzo mło­dego - chyba że Wendy weszła w fazę eks­pe­ry­men­talną i przy­pro­wa­dziła jakie­goś nie­okre­ślo­nego płciowo jogina z zajęć o cza­krach. Zro­biło jej się dziw­nie przy­kro. Oczy­wi­ście Wendy nie mogła zapro­sić jej na lunch ot tak, tylko we dwie: musiała to być, powinna to prze­cież wie­dzieć, jakaś forma demon­stra­cji zobacz-co-teraz-kom­bi­nuję, która miała pod­kre­ślić, jakie nudne życie wio­dła Vio­let, jak mocno zapa­dła się w sta­tus quo, pod­czas gdy Wendy wyko­nuje tan­tryczne viny­asy z andro­gy­niczną Fri­day.

Ale nie.

Kiedy pędziła samo­cho­dem do domu, po tym jak trzeci raz dała napi­wek par­kin­go­wemu, przy­po­mniała sobie to uczu­cie wzbie­ra­jące w piersi, pre­cy­zo­wa­nie się cze­goś. To nie tak, że go roz­po­znała. Nie, to złe słowo. I nie było w tym nic poetyc­kiego, żad­nego ude­rze­nia pio­ru­nów, lodu w żyłach. Ledwo na niego spoj­rzała, naprawdę, ponie­waż obró­cił się tylko tro­chę - uchwy­ciła zale­d­wie frag­ment twa­rzy za lewym uchem i zarys nosa. Ale to jej naj­wy­raź­niej wystar­czyło na jakimś mole­ku­lar­nym pozio­mie; to nie było bio­lo­giczne roz­po­zna­nie, jakie odczuła, kiedy uro­dziła Wyatta i Eliego, ale dosta­teczne na wła­sny spo­sób, ostry skurcz macicy, od któ­rego pra­wie zgięła się wpół. Nie tyle roz­po­znała chłopca, ile go wchło­nęła. A w gło­wie, w samo­cho­dzie, po tym, jak ucie­kła z restau­ra­cji, od sio­stry i osoby, którą pięt­na­ście lat temu wydała na świat - chłopca, który miał teraz ciemne włosy opa­da­jące na oczy - wyobra­żała sobie wszyst­kie te rze­czy, które mogłaby powie­dzieć Wendy. Ważne rze­czy, fil­mowe kwe­stie w rodzaju: "Jak śmiesz mi to robić", "Dla mnie już nie żyjesz, ty pie­przona psy­cholko"... Jak śmiesz, jak śmiesz, jak śmiesz. Tyle dobrego, że wybie­gła, zanim tak naprawdę zoba­czyła jego twarz.

Zanim Wendy udała się na kwe­stę dla szpi­tala Luriech, posta­no­wiła wypa­lić z Mile­sem papie­rosa na tara­sie. Wyszła tyl­nymi drzwiami, z butelką wódki Grey Goose w ręce, w czar­nej sukience pod­cią­gnię­tej do kolan, ponie­waż zde­cy­do­wała się na ryzy­kowny krój syrenki, jed­nego par­lia­menta wci­snęła sobie w usta, a dru­giego poło­żyła na stole.

- Poszło tak, jak się spo­dzie­wa­li­śmy. Vio­let odwró­ciła się na pię­cie i wyszła, zanim zdą­ży­łam ich sobie przed­sta­wić. - Zapa­liła papie­rosa i wes­tchnęła. - Musisz dać mi roz­grze­sze­nie. Nie wie­dzia­łam, na co się pory­wam. Ale to taki fajny dzie­ciak. Polu­bił­byś go.

Miles nie odpo­wie­dział.

- Ubra­łam się jak głu­pia. Two­jej mamie by się spodo­bało. - Odchy­liła głowę. - Wczo­raj widzia­łam tatę. Trak­tuje eme­ry­turę jak jakąś kata­strofę. Powie­dział mi, że myśli o obser­wo­wa­niu pta­ków. Rozu­miesz? Nie potra­fię sobie wyobra­zić, żeby wysie­dział tyle czasu w jed­nym miej­scu.

Robiła to, odkąd umarł. Roz­ma­wiała z nim - z ete­rycz­nym wspo­mnie­niem, które nie­kiedy pra­wie uda­wało się jej wyczuć. Naj­czę­ściej jed­nak nie. Dziś było naj­czę­ściej, więc tylko opa­dła na krze­sło i paliła.

- Dziś będzie totalny roz­pier­dol - powie­działa po minu­cie. - Sępy pew­nie już się zle­ciały. Mam nadzieję, że się nie podzio­bią. Ja tam niczego nie obie­cuję.

Spoj­rzała w górę, szu­ka­jąc jakie­goś kosmicz­nego sygnału, że Miles słu­cha. Nic nie zoba­czyła, niebo było zachmu­rzone i sza­rawe, a gwiazdy jesz­cze się nie poja­wiły. Unio­sła więc papie­rosa w kie­runku, gdzie jej zda­niem mógłby się znaj­do­wać, i wydmu­chała nie­śpiesz­nie dym.

- Mam nadzieję, że jesteś ze mnie dumny, gościu - powie­działa po minu­cie. - Bo naprawdę pró­buję to wszystko ogar­nąć, jasne?

Jakimś cudem żyła bez niego już od dwóch lat. Zapa­liła dru­giego papie­rosa.

- Szkoda, że nie mogę cię teraz poca­ło­wać w zgię­cie łok­cia - wyszep­tała pra­wie nie­sły­szal­nie, ponie­waż sąsie­dzi mieli otwarte okna. - Ale może znajdę dziś dzie­dzica grec­kiego arma­tora i pozwolę mu się tro­chę znie­wo­lić. Tylko tro­chę. Przy­się­gam. Pie­przyć to, kocha­nie. Ależ ja za tobą tęsk­nię, gościu.

Zacią­gnęła się jesz­cze kilka razy, opo­wie­działa mu w myślach o wszyst­kim, co dziś robiła, a potem, kiedy z papie­rosa pra­wie nic już nie zostało, odpra­wiła rytuał: zacią­gnęła się naj­moc­niej, jak mogła, i wydmu­chi­wała "Kocham cię" raz po raz, dopóki nie stra­ciła tchu.

Kilka godzin póź­niej męż­czy­zna w smo­kingu trzy­mał rękę na jej lewej piersi. Wci­snęła mu kolano mię­dzy uda, a on odsko­czył i wpadł na stół, burząc kom­po­zy­cję z kalii.

- Uwa­żaj - ostrze­gła.

- Moja wina - odparł.

Po bliż­szych oglę­dzi­nach oka­zał się bar­dziej chłop­cem niż męż­czy­zną. Powie­dział jej, że ma na imię Car­son, a ona się zaśmiała, ale kiedy zauwa­żyła, że poczuł się ura­żony, udała, że to z ner­wów, i pocią­gnęła go przez ukwie­cony hol.

Spo­cona ręka męż­czy­zny-chłopca przy­ci­skała jej sutek w mało przy­jemny spo­sób. Poca­ło­wał ją w kark. Nieco moc­niej potarła nogą jego kro­cze. Może dwa­dzie­ścia parę lat. Wyda­wał się dość pewny sie­bie.

- Nie usły­sza­łem, jak masz na imię - powie­dział.

Wendy lekko zesztyw­niała, pomy­ślała o Jonahu, który dziś po połu­dniu pod­czas lun­chu sie­dział z nią przy sto­liku, o jego czy­stej, nie­win­nej twa­rzy, szcze­rym zasko­cze­niu, kiedy oboje zauwa­żyli, że Vio­let ucieka. A co, jeśli ten facet nie jest nawet peł­no­letni?

- Ile masz lat? - spy­tała, a on odsu­nął się od niej i uśmiech­nął.

- Dwa­dzie­ścia dwa.

Kiw­nęła głową i wsu­nęła mu rękę w spodnie. Czyli posta­wił kropkę nad i, zdaje się, że nie tylko kropkę... Może to dzie­dzic kogoś, kto wyna­lazł coś, co wygląda na wyna­le­zione już przez kogoś innego. Może syn szefa wytwórni pły­to­wej albo wyspre­jo­wa­nego samo­opa­la­czem kore­spon­denta Fox News. Chło­pak, który żyje cha­otycz­nie i który, jak wszy­scy mają nadzieję, nie roz­je­dzie nikogo samo­cho­dem i nie wymiga się od kary. Cało­wał okrop­nie.

- A ty ile masz lat? - zagad­nął.

- Sie­dem­dzie­siąt osiem - odpo­wie­działa nie­wzru­szona.

- Zabawna jesteś.

Wendy nagle odczuła iry­ta­cję.

- Co robi twój ojciec? - zapy­tała, wyj­mu­jąc rękę z jego bok­se­rek.

- Co?

- Twój ojciec. Czym się zaj­muje? Dla­czego tu dziś jeste­ście?

- Czemu zakła­dasz, że jestem tu z... - prze­rwał, prze­wra­ca­jąc oczami. - Jest inży­nie­rem. Opro­gra­mo­wa­nia medyczne. Robo­tyka.

- Aha.

Wczo­raj spraw­dziła listę gości, liczyła na pokaźne datki. Cza­sem naj­bar­dziej nie­po­zorni faceci pró­bo­wali się wykrę­cić wyłącz­nie kupie­niem bile­tów.

- Jak masz na imię? - spy­tał, tym razem bar­dziej wrogo.

Wes­tchnęła.

- Wendy.

- Jak z Pio­tru­sia Pana - zauwa­żył prze­ni­kli­wie Car­son i tym razem to ona prze­wró­ciła oczami.

- Nie wiem, skąd się wzięło.

Mama i tata zwy­kle prze­zy­wali ją Wednes­day, Środa, a kiedy zapy­tała o to matkę - zale­d­wie kilka lat temu - odpo­wiedź oka­zała się roz­cza­ro­wu­jąca.

- To nie było miłe - powie­działa. - Cho­dziło o Wednes­day Addams? Byłam chuda jak szkie­let, mamo. To taki żart?

- Kocha­nie, uro­dzi­łaś się w środę. Kilka minut po pół­nocy. Nie wie­dzia­łam, jaki jest dzień, i twój ojciec... No i tak jakoś wyszło...

Oto histo­ria jej imie­nia.

Zruj­no­wa­li­ście moją kon­cep­cję kon­ti­nuum cza­so­prze­strzeni, Pierw­szej Porażki Anty­kon­cep­cji.

Szarp­nęła Car­sona za rękaw.

- Chodź, wyjdźmy na zewnątrz.

- Wendy - powie­dział. - Cze­kaj. Czy to... ta Wendy?

Odwró­ciła się i spoj­rzała, cho­ciaż wie­działa, co zoba­czy: pla­kat zbiórki, uzu­peł­niony zdję­ciem nie­mow­lę­cia z nowo­two­rem, a pod nim napis: "PRO­WA­DZI WENDY EISEN­BERG Z DOBRO­CZYN­NEGO STO­WA­RZY­SZE­NIA KOBIET W CHI­CAGO". Szanse na daro­wi­znę zma­leją w postę­pie geo­me­trycz­nym, kiedy inży­nier od robo­tyki dowie się, że orga­ni­za­torka w śred­nim wieku prze­le­ciała jego dwu­dzie­sto­dwu­let­niego syna o pre­ten­sjo­nal­nym imie­niu. Ale tak naprawdę to poru­szył ją widok nazwi­ska "Eisen­berg", z ogromną pętlą przy g. Na­dal z tru­dem łączyła to nazwi­sko ze sobą. Odwró­ciła się ple­cami do swo­jego malut­kiego pod­opiecz­nego i spró­bo­wała się uśmiech­nąć.

- Masz na myśli gospo­dy­nię wyda­rze­nia? - spy­tała.

- Jak brzmi twoje nazwi­sko, co?

- Soren­son - powie­działa gładko.

- O, czy mogę... czy mogę wysłać ci ese­mesa?

- Bar­dzo bym chciała - odparła chłodno. - Ale muszę już iść.

- Myśla­łem, że wycho­dzimy.

- Nie­stety, nie mam czasu. Jestem stara. Muszę iść. Karety. Dynie. Życie wzywa.

- E... okej. Było... hm... było miło.

Ach, był taki słodki: jej nagroda za etyczną decy­zję.

- I tak na przy­szłość... - dodała, na­dal tro­chę spe­szona, obra­ca­jąc się na obca­sie lewego buta. - Następ­nym razem, kiedy pomy­ślisz, że kobieta jest zabawna, nie mów jej tego.

- A co mam zro­bić?

Spo­sób, w jaki ta ide­alna twarz zmarsz­czyła się z zakło­po­ta­nia, wywo­łał ukłu­cie gdzieś głę­boko w brzu­chu i już nie mogła powstrzy­mać uśmie­chu.

- Zaśmiać się - stwier­dziła i zanim uświa­do­miła sobie, co robi, wycią­gnęła rękę i odgar­nęła mu kosmyk wło­sów z czoła. - Następ­nym razem, kiedy poznasz zabawną kobietę, śmiej się z jej żar­tów, dobra, Con­rad?

- Car­son.

- Car­son. Powo­dze­nia, mały.

Świat znów zawi­ro­wał. Mały. To słowo znów przy­wo­łało nagle myśl o rodzi­cach, jak na ślu­bie Wendy ojciec teatral­nie kła­nia się przed matką na pierw­sze dźwięki pio­senki Otisa Red­dinga - win a lit­tle, lose a lit­tle - i mówi: "To nasza pio­senka, mała". Wyda­wało się, że każda pio­senka była ich, każda napi­sana przez ostat­nie sześć­dzie­siąt lat miała coś wspól­nego z Davi­dem i Mari­lyn, dwoj­giem zupeł­nie nie­po­ję­tych ludzi, któ­rzy powo­łali ją do życia. Kiedy poznała Milesa, myślała, że wresz­cie spo­tkała na swo­jej dro­dze męż­czy­znę, jakiego miała jej matka.

Nagle oczy zaszły jej łzami, poczuła zna­jomy ucisk w piersi. Nie pla­no­wała wyjść tak wcze­śnie, ale wie­działa, że jeśli zosta­nie, wszystko się posy­pie. Zosta­wiła płaszcz w szatni i wypa­dła na ulicę.

Jedni mówią, że po roku wszystko wraca do nor­mal­no­ści. Inni twier­dzą, że po roku jest jesz­cze gorzej. Wendy nale­żała do tego dru­giego obozu; Miles umarł w dwa tysiące czter­na­stym, a ona jesz­cze nie posprzą­tała jego noc­nej szafki; w skle­pie kupo­wała jego ulu­bione rze­czy, nie swoje; cią­gle funk­cjo­no­wała dokład­nie tak samo jak kie­dyś, jako czło­nek zespołu, ktoś, kto swoje postę­po­wa­nie uza­leż­nia od postę­po­wa­nia dru­giej osoby. Tego się nie da oduczyć. Pró­bo­wała. Prze­pro­wa­dziła się do miesz­ka­nia w River North, ale urzą­dziła je pra­wie tak samo jak ich dom w Hyde Park, zakle­iła taśmą wszyst­kie jego szu­flady - w biurku, w sza­fie, w szafce noc­nej - żeby pod­czas prze­pro­wadzki nic nie zgi­nęło, żeby wszyst­kie rze­czy prze­je­chały nie­tknięte.

Nie­któ­rzy ludzie potrze­bują roku; zapewne ist­nieli też tacy, któ­rzy po dwóch latach na­dal byli kom­plet­nymi wra­kami. Jak Wendy.

Nad­szedł z wio­sną, jak odwilż. Wewnętrzny spo­kój, rodzaj pocie­chy, jakiej Mari­lyn nie doświad­czyła od... bądźmy szcze­rzy, ni­gdy. W macicy może, ale pew­nie nawet tam nie, jeśli wziąć pod uwagę sła­bość jej matki do dżinu, jeśli wziąć pod uwagę roz­wią­złość lat pięć­dzie­sią­tych, cokol­wiek się chce obwi­nić. Życie było dobre. Jej życie było dobre. Sklep żela­zny pro­spe­ro­wał, spała lepiej niż kie­dy­kol­wiek, jej nogi pra­wie powró­ciły do dziew­czę­cej smu­kło­ści, ponie­waż do pracy jeź­dziła rowe­rem, fiołki kwi­tły, a kli­wia po pro­stu wystrze­liła z donicy na weran­dzie.

Po raz pierw­szy w życiu mogła odno­sić suk­cesy nie­krę­po­wana przez rodzinę. Mari­lyn Con­nolly - kto by pomy­ślał? Wła­ści­cielka firmy, cer­ty­fi­ko­wana nie­pa­ląca od pra­wie pięt­na­stu lat, cza­sem prak­ty­ku­jąca wierna, posia­daczka naj­pięk­niej­szych krze­wów róża­nych przy Fair Oaks. Zasta­na­wiała się, czy to jej naj­lep­szy czas, cho­ciaż nie była do końca prze­ko­nana, czy matka czwórki dzieci w ogóle może mieć coś takiego jak naj­lep­szy czas. Zamiast pod­bi­jać świat, była jak ten nadmu­chi­wany ludzik uno­szący się nad sta­cją ben­zy­nową przy Rid­ge­land Ave­nue, ogromna winy­lowa postać koły­sząca się na wie­trze, przy­mo­co­wana do ziemi gru­bym sznu­rem, jak pępo­winą. Kilka minut szczę­ścia i nagle iry­tu­jące pobrzę­ki­wa­nie tele­fonu i "O Boże, mamo...!" albo puka­nie w kuchenne okno i bez­gło­śne pyta­nie: "Kocha­nie, gdzie są gra­bie?".

Odsta­wiła rower na weran­dzie i zatrzy­mała się, by usu­nąć kilka suchych liści z kwia­tów donicz­ko­wych. W środku cze­kał na nią Loomis.

- Cześć, malutki - powie­działa, dra­piąc go mocno za uszami. Nale­żeli do tych ste­reo­ty­po­wych rodzi­ców, któ­rzy syn­drom pustego gniazda leczyli roz­pacz­li­wie, prze­le­wa­jąc uczu­cia na labra­dora, dru­giego, odkąd ostat­nie dziecko wyje­chało do col­lege'u.

- Cześć, kocha­nie! - zawo­łał David z holu.

Poszła z Loomi­sem do gabi­netu i zatrzy­mała się na chwilę, zanim weszła. Patrzyła na plecy męża, bez­bronny meszek na jego karku, ślad łysiny roz­peł­za­jący się od czubka głowy, jak galak­tyka.

Nie potrze­bo­wała go: zabrzmiało jej w umy­śle jak szczypta nie­wier­no­ści. Dotarło to do niej w tej chwili, melan­cho­lij­nie, gdy patrzyła, jak sie­dzi przy biurku przed kil­koma kla­se­rami z rzad­kimi dwu­dzie­sto­pię­cio­cen­tów­kami i sto­sem sko­ru­pek po orzesz­kach pista­cjo­wych. Stał się flej­tu­cho­waty, znie­nacka, po latach pasywno-agre­syw­nego ście­ra­nia okrusz­ków z blatu wil­gotną gąbką, cięż­kiego wzdy­cha­nia przy wybie­ra­niu kosmy­ków wło­sów blond i brą­zo­wych z odpływu prysz­nica. Stał się flej­tu­cho­waty i nie­ru­chawy, i nad wyraz chu­tliwy, a kiedy wstał, żeby ją poca­ło­wać, strzą­sa­jąc resztki sko­ru­pek z koszuli, ta myśl się zma­te­ria­li­zo­wała: Nie potrze­buję cię. Przy­mie­rzyła się do cmok­nię­cia w czoło, ale on poszedł na całość, zanu­rzył rękę w jej wło­sach, objął ją w talii i musnął jej usta swo­imi.

- Mm - wymam­ro­tała, odsu­wa­jąc się. - Chyba mnie bie­rze prze­zię­bie­nie, skar­bie.

Było to oczy­wi­ste kłam­stwo. Ni­gdy nie mar­twili się o zarazki. Wymie­niali się florą bak­te­ryjną w tę i nazad, pili kawę z jed­nego kubka, gryźli ten sam tost, a cza­sem nawet uży­wali tej samej szczo­teczki do zębów, kiedy nie chciało im się zapa­lić świa­tła, żeby odróż­nić zie­loną od nie­bie­skiej. David miał układ odpor­no­ściowy ali­ga­tora, a Mari­lyn w daw­nych cza­sach rzadko cho­ro­wała i nie zara­żała się od dziew­czy­nek przez ich lep­kie rączki i brudne chu­s­teczki, przez resztki maka­ronu doja­dane z misek po obie­dzie. Nie bali się drob­no­ustro­jów. Sto­jący przed nią David wyglą­dał na zra­nio­nego.

Oczy­wi­ście, potrze­bo­wała go, na pozio­mie mole­ku­lar­nym, naj­głęb­szą formą ludz­kiej potrzeby. Ale nie potrze­bo­wała jego pomocy. I nie chciała jego ciała, nie za bar­dzo, tak jak w cza­sach po naro­dzi­nach dzieci; cza­sach, kiedy trzy naj­star­sze dziew­czynki były małe wszyst­kie naraz; cza­sach, kiedy trzy naj­star­sze dziew­czyny były nasto­lat­kami wszyst­kie naraz, a ona była zbyt zmę­czona, by pra­gnąć cze­go­kol­wiek, co wyma­gało choćby cie­nia świa­do­mego cie­le­snego zain­te­re­so­wa­nia.

To było to uczu­cie, tyle że nie była zmę­czona.

- Jak ci minął dzień? - spy­tała, idąc do kuchni.

- No wiesz - odpo­wie­dział. - Sko­si­łem trawę. Wysze­dłem z psem. Dwa razy. - Mil­czał przez minutę. - A jak u cie­bie? - spy­tał wresz­cie, a Mari­lyn się zawa­hała.

Zaczy­nało być nie­zręcz­nie, prze­ry­wa­nie jego mono­logu Kła­po­uchego rado­snym komu­ni­ka­tem o rosną­cych zyskach sklepu żela­znego, zabaw­nych nasto­lat­kach, któ­rych zatrud­niała, roz­kosz­nych chwi­lach egzy­sten­cjal­nej intro­spek­cji, jakich ostat­nio doświad­czała mię­dzy klien­tami. Nie można na "Jestem przy­gnę­biony i wynaj­duję sobie różne prace domowe, aby zwal­czyć to przy­gnę­bie­nie" odpo­wie­dzieć "Ni­gdy nie byłam szczę­śliw­sza".

- Nic nad­zwy­czaj­nego - odpo­wie­działa. - Pomo­żesz mi przy kola­cji?

Na początku ich mał­żeń­stwa, gdy miesz­kali w tym cha­otycz­nym zie­lo­nym domu w Iowa City, kiedy David stu­dio­wał medy­cynę, cie­szyli się z każ­dej szansy na wspólne zje­dze­nie kola­cji, cho­dzili po kuchni krok w krok jedno za dru­gim, obści­ski­wali się oparci o blat, cze­ka­jąc na zago­to­wa­nie wody, cza­sem cał­kiem zapo­mi­nali o jedze­niu i musieli wachlo­wać czujkę dymu zrzu­co­nymi pospiesz­nie ubra­niami. Teraz coś w jego zacho­wa­niu szarp­nęło jakieś włókno w jej sercu; coś w bez­bron­nie opa­da­ją­cych siwych wło­sach spra­wiło, że pode­szła do niego, objęła go rękami w pasie i poca­ło­wała. Potrzeba i pra­gnie­nie to dwa zupeł­nie różne stwo­rze­nia.

- Myśla­łem, że cię bie­rze prze­zię­bie­nie - powie­dział, odsu­wa­jąc się na sekundę.

- Fał­szywy alarm - odparła i wło­żyła ręce do tyl­nych kie­szeni jego spodni, po czym swoim języ­kiem zmu­siła jego język do dzia­ła­nia.

- Mogę coś ugo­to­wać - powie­dział David, łapiąc oddech.

Poca­ło­wała go moc­niej i poczuła drgnie­nie tam, na połu­dniu, deli­katne przy­po­mnie­nie faktu, że kocha tego czło­wieka bar­dziej niż samot­ność. Przy­ci­snęła się do niego bio­drami, pró­bu­jąc pochwy­cić to uczu­cie, spra­wić, żeby trwało, ale ono znik­nęło tak szybko, jak przy­szło, i został tylko spo­kój oraz lekki ból szczęki.

Rozdział drugi

Grace sły­szała gdzieś, że małe koperty nie muszą ozna­czać złych wia­do­mo­ści, ale dotych­cza­sowe doświad­cze­nia temu prze­czyły, więc kiedy zna­la­zła je w skrzynce obok sztyw­nej ulotki rekla­mu­ją­cej licówki na zęby, rzu­ciła obie nie­otwarte na stół, przy­bita roz­cza­ro­wa­niem i wnę­trzem swo­jego miesz­ka­nia w kolo­rze i kon­sy­sten­cji prze­żu­tej psze­nicy. Stała tam mini­lo­dówka zamiast nor­mal­nej. Ściany w sypialni były z gołych pusta­ków. Z prysz­nica leciała ledwo let­nia woda, która zmie­niała się w lodo­watą, kiedy ktoś inny w budynku odkrę­cił kran, by prze­płu­kać talerz.

Ale to prze­cież tylko na jakiś czas. Taki był powód jej decy­zji: prze­trzy­mać rok w taniej norze (nie­któ­rzy by stwier­dzili, że mini­ma­lizm sprzyja wydaj­no­ści i oświe­ce­niu), obmy­ślić logiczny następny krok, zanim skoń­czy się umowa najmu. Powta­rzała to sobie raz po raz przez cały ubie­gły rok, gdy jej kole­żanki z col­lege'u jedna po dru­giej się wypro­wa­dzały; gdy przy­szły wyniki jej testu dla kan­dy­da­tów na stu­dia praw­ni­cze i uznała, że muszą zawie­rać błąd... To wszystko tylko na jakiś czas, a potem będzie dobrze. Wszystko będzie dobrze i wkrótce znaj­dzie swoje miej­sce na ziemi, pracę, którą pla­no­wała mieć, męż­czy­znę, za któ­rego pla­no­wała wyjść, i kawa­łe­czek (albo, kto wie, może cał­kiem spory kawał) ziemi, na któ­rym pla­no­wała zamiesz­kać. Wszystko to, oczy­wi­ście, wtedy brzmiało wspa­niale. Złap oddech, zaosz­czędź tro­chę pie­nię­dzy. Wesoła, prag­ma­tyczna Grace, późne i uwiel­biane dziecko kocha­ją­cych rodzi­ców.

Ale teraz już pra­wie przy­szedł kwie­cień, jej kole­żanki były zajęte stu­diami na medy­cy­nie albo na aka­de­mii sztuk pięk­nych, prze­pro­wadz­kami do Nowego Jorku albo Seat­tle, albo Sin­ga­puru, a do niej jeden po dru­gim spły­wały listy odmowne, więc na­dal pra­co­wała za dzie­więć i pół dolara za godzinę w recep­cji orga­ni­za­cji non-pro­fit, która zapew­niała dar­mowe porady prawne muzy­kom z sek­cji instru­men­tów dętych, cho­ciaż ona sama nie grała na żad­nym instru­men­cie dętym i nie miała już przy­ja­ciół. Dla­tego dużo czasu spę­dzała w swoim bez­na­dziej­nym miesz­ka­niu, które roz­je­by­wało jej samo­po­czu­cie.

Mijał rok, odkąd skoń­czyła Reed. Jej ostat­nią nadzieją był Uni­wer­sy­tet Ore­goń­ski - któ­rego mała i nie­obie­cu­jąca koperta leżała na kuchen­nym stole. Choć nie taką pewną, jeśli weź­mie się pod uwagę grom­kie "Nie, dzię­ku­jemy", jakiego docze­kała się od wszyst­kich innych, ale z pew­no­ścią o poprzeczce zawie­szo­nej niżej niż w innych miej­scach, do któ­rych apli­ko­wała. Byłby ide­alny, pro­sta prze­pro­wadzka za rzekę do wła­ści­wej czę­ści mia­sta. Ale wyda­wało się, że jej prze­zna­cze­niem jest zostać tu, razem z maleńką lodówką - która, mimo roz­miaru, pozo­sta­wała żenu­jąco pusta, z jedną tylko butelką char­don­nay i odro­biną zeschnię­tego sera.

Żyła tro­chę tak, jak według niej żyli mor­dercy: oszczęd­nie i ze wsty­dem.

Zadzwo­nił tele­fon, a kiedy zoba­czyła, że to Liza, chwy­ciła papie­rosy i wyszła na bal­kon. Bal­kon teo­re­tycz­nie był atu­tem miesz­ka­nia, ale sie­dze­nie na nim przy­po­mi­nało bar­dziej sie­dze­nie w kojcu albo w wię­zie­niu. Sady­stycz­nie ostat­nio wolała roz­ma­wiać z Lizą niż z pozo­sta­łymi sio­strami, ponie­waż Liza o niebo mniej przy­nu­dzała niż Wendy czy Vio­let, nie miała męża ani dzieci, nie drę­czyły jej dra­ma­tyczne duchy z prze­szło­ści, nie była zalana ani żądna przy­gód, ani prze­peł­niona suk­ce­sem. Liza, z beżo­wym domem i pozor­nie mało per­spek­ty­wiczną pracą na uczelni oraz bez­barw­nym chło­pa­kiem, była zapewne trze­cim z kolei pod wzglę­dem atrak­cyj­no­ści dziec­kiem Soren­so­nów, bijąc Grace tylko o krótki łeb - i to dawało pewną pocie­chę.

- Mam... mam wspa­niałe wia­do­mo­ści, Gąsko - zaczęła Liza.

Cudow­nie. Oparła się moc­niej o pręty bal­konu i zamknęła oczy.

- Zgad­nij, kto dostał etat pro­fe­sora?

Roz­wa­żała żart - "Peter Venk­man?" - ale radość Lizy w tej chwili prze­wa­żyła nad jej pry­watną apa­tią.

- Oja­cie, Lize, to cudow­nie.

Oczy­wi­ście ozna­czało to, że Liza prze­su­nęła się o cal w górę w ran­kingu atrak­cyj­no­ści. Mogłaby sobie jak zwy­kle wytłu­ma­czyć, że sio­stry, tak dużo od niej star­sze, miały o wiele wię­cej czasu na zgro­ma­dze­nie doświad­czeń życio­wych, ale trudno było pomniej­szyć osza­ła­mia­jące osią­gnię­cie w postaci sta­łego etatu w wieku trzy­dzie­stu dwóch lat.

- Dzięki.

Liza była zasa­pana i zelek­try­zo­wana; wywo­łało to u Grace uśmiech, spo­tę­go­wany sio­strzaną soli­dar­no­ścią. Zapo­mniała, że rodzina cza­sem pomaga nie myśleć o głu­pich ogra­ni­cze­niach wła­snego życia.

- Kom­plet­nie mnie zasko­czyli, Grace. Dzie­kan zro­bił mi cap­puc­cino. Oso­bi­ście. W swoim gabi­ne­cie.

- Szybko się zaadap­to­wa­łaś do nowego stan­dardu życia.

Liza wybuch­nęła śmie­chem.

- Jestem... Chry­ste... Zaraz wylecę w kosmos. Jestem taka cho­ler­nie szczę­śliwa.

- Powin­naś być szczę­śliwa. Musisz to uczcić.

- Jadę wła­śnie do domu. To zna­czy... jestem... stoję na par­kingu pod Binny.

- Gdzie speł­niają się marze­nia.

- Ryan się ucie­szy, prawda? - Liza była jedyną z sióstr, która roz­ma­wiała z nią tak, jakby Grace posia­dała jakąś wie­dzę tajemną.

- Oczy­wi­ście, że tak. Nie bój się. Ciesz się jak głu­pia, Lize. To prze­cież odlot.

- Mam stałą pracę!

- Nie chwal się tak. - A potem dodała z waha­niem, ponie­waż nie była pewna, czy kie­dy­kol­wiek komuś to powie­działa, o star­szej sio­strze nawet nie wspo­mi­na­jąc: - Jestem z cie­bie dumna.

Głos Lizy brzmiał głę­boko, kiedy odpo­wia­dała.

- Dzięki, Grace. Ja... o Boże, jestem taka wzru­szona. Nie czu­łam się tak od... Ni­gdy, ni­gdy się tak nie czu­łam. Możesz to sobie wyobra­zić? Mnie, z całym tym biu­ro­wym szi­tem? Albo nie­doj­rza­łymi emo­cjo­nal­nie nasto­lat­kami? Wła­śnie dla­tego pod­pi­sa­łam umowę. - A potem: - Zaraz, Gąsko, a co z two­imi apli­ka­cjami? Coś się ruszyło?

Z jakie­goś powodu nie odpo­wie­działa od razu. Zer­k­nęła nie­spo­koj­nie przez drzwi na kuchenny stół.

- Grace?

- Wła­ści­wie... - Opty­mi­styczny wydźwięk ostat­niej sylaby zadzia­łał spon­ta­nicz­nie. - Chwilę przed twoim tele­fo­nem przy­szedł list z Uni­wer­sy­tetu Ore­goń­skiego.

W zasa­dzie prawda. W zasa­dzie wcale nie kłam­stwo.

- Gąsko! Boże, a my tu gadamy o bzde­tach. Och, to... Grace, to fan­ta­styczna wia­do­mość. Wie­dzia­łam, że ci się uda. Och, Boże, moja mała sio­strzyczka zosta­nie praw­ni­kiem. Wiesz, że zmie­nia­łam ci pie­lu­chy?

- Tak, kie­dyś wspo­mi­na­łaś.

Poczu­cie, że wró­ciła do gry, zde­cy­do­wa­nie nie było nie­miłe, szcze­gól­nie po tym, jak Liza przy­po­mniała o pie­lu­chach, pod­kre­śla­jąc dzie­wię­cio­let­nią róż­nicę wieku. W zasa­dzie nie powie­działa nie­prawdy, co mogłoby suge­ro­wać serce bijące jak sza­lone. Liza pod­chwy­ciła frazę.

- Jestem z cie­bie dumna, Grace. Powie­dzia­łaś już rodzi­com?

Mil­czała chwilę, po czym odpo­wie­działa:

- Zasta­na­wiam się, w jaki spo­sób prze­ka­zać im wia­do­mość.

- Ale wspa­niały dzień, prawda? - rze­kła Liza.

Oprócz tego, że Liza była trze­cią pod wzglę­dem atrak­cyj­no­ści córką, była też naj­życz­liw­sza i Grace przez chwilę ukłuło poczu­cie winy.

- Słu­chaj, Gąsko, muszę wra­cać do domu. Ale nie­długo poga­damy, dobra? Rodzice osza­leją z rado­ści. Ty też musisz to uczcić. Obie­cuję, że nie będziesz musiała do mnie mówić "pani pro­fe­sor", pod warun­kiem że nie każesz mi się do sie­bie zwra­cać "wysoki sądzie". Kocham cię.

- Jasne. Ja też cię kocham.

Kiedy się roz­łą­czyły, wstała, strze­la­jąc sta­wami - poczuła, jakby jej ciało nagle się zesta­rzało - i pode­szła do kuchen­nego stołu wpa­trzona w kopertę. Może to nie­do­po­wie­dziane kłam­stwo okaże się prawdą. Cza­sem w małych koper­tach przy­cho­dzą dobre wia­do­mo­ści. Tak mawiała mama. Na Uni­wer­sy­te­cie Ore­goń­skim są eko­lo­giczni i świa­domi ludzie. Może koperta zawiera tylko kilka zdań. "Dosta­łaś się! Szcze­góły sprawdź na stro­nie inter­ne­to­wej".

Wzięła nóż z szu­flady. Tata nauczył je otwie­rać koperty z god­no­ścią, a nie bru­tal­nie roz­dzie­rać. Rodzice byli sza­lo­nymi opty­mi­stami, gdy cho­dziło o jej życie; ni­gdy nie wąt­pili, że dosta­nie się na stu­dia praw­ni­cze, gdzie będzie się utrzy­my­wać z impo­nu­ją­cych sty­pen­diów, a potem stop­niowo i spraw­nie prze­bę­dzie drogę do Sądu Naj­wyż­szego.

Roz­cięła kopertę nożem i wyjęła kartkę. Rzu­ciła na nią szybko wpraw­nym okiem i wywa­liła do śmieci. Char­don­nay było gów­nianą siarą ze sta­cji ben­zy­no­wej o dum­nej nazwie Hod­napp's Harvest. Cho­ciaż ety­kiety z tyłu naj­mod­niej­szych i naj­bar­dziej wyra­fi­no­wa­nych win zwy­kle gło­siły coś w rodzaju "PASUJE IDE­AL­NIE DO DELI­KAT­NIE ZGRIL­LO­WA­NEJ RYBY I RISOTTO Z NOWA­LIJ­KAMI" - żadna ni­gdy nie wspo­mi­nała o zeschnię­tym serze - na tej naj­wy­raź­niej wid­niało zdję­cie herbu rodziny Hod­nappów. Zmru­żyła oczy, żeby prze­czy­tać wyka­li­gra­fo­wany napis pod nazwi­skiem: "TO WINO NAJ­LE­PIEJ PASUJE DO PRZY­JAŹNI".

Wlała jedną trze­cią butelki do kubka i poszła na bal­kon opła­ki­wać przy­szłość.

Pod domem, przy­go­to­wu­jąc się psy­chicz­nie do wej­ścia, Liza doszła do wnio­sku, że miała fart. Wendy toro­wała sobie drogę, cho­dząc na randki z bandą palan­tów, ame­ry­kań­skimi blon­dzje­bami w sztyw­nych koł­nie­rzy­kach, posia­da­czami domów let­ni­sko­wych na Cape Cod. Zaczęła ten pochód na początku liceum, a skoń­czyła ze względ­nie nor­mal­nym, choć nie­sa­mo­wi­cie boga­tym mężem, Mile­sem. Chło­pak Vio­let z cza­sów lice­al­nych miał pro­blem z nawią­zy­wa­niem kon­taktu wzro­ko­wego i uwa­żał ich wszyst­kich za poten­cjalne pre­pa­raty mikro­sko­powe. Gdy poja­wił się Ryan, rodzice już się uod­por­nili i nawet nie mru­gnęli okiem na widok tatu­aży na jego przed­ra­mio­nach. Ale Liza zasta­na­wiała się, jak zniosą jego mniej widoczne wady: wynisz­cza­jące lęki, ataki sil­nej depre­sji, takie, że cza­sem go nie pozna­wała, bo kiedy wcho­dziła do pokoju, widziała tylko doro­słe dziecko, tak ogrom­nie przy­bite, że zaczy­nała powąt­pie­wać w każdą jedną szczę­śliwą chwilę, jaką spę­dzili razem.

Źle zaczęło się dziać w zeszłym roku, kiedy prze­pro­wa­dzili się do Chi­cago z Fila­del­fii, żeby ona mogła zacząć uczyć na wydziale psy­cho­lo­gii tam­tej­szego uni­wer­sy­tetu. Wkrótce nastały takie dni, że w ogóle nie wsta­wał z łóżka; dni, kiedy miała zaję­cia do późna, ale musiała wstać o szó­stej rano, żeby przed wyj­ściem z domu o czter­na­stej oce­nić całe masy prac pisem­nych, a on cią­gle spał. Nastały wie­czory, kiedy po powro­cie do domu odkry­wała, że na obiad zjadł tost, obej­rzał sześć odcin­ków Bre­aking Bad, kuliła się wtedy przy nim na kana­pie, a on opo­wia­dał, że czuje się bez­na­dziej­nie - "egzy­sten­cjal­nie bez­na­dziej­nie", to praw­dziwe, dokładne słowa, które jej part­ner życiowy wypo­wia­dał nie­bez­za­sad­nie - ona zaś deli­kat­nie pró­bo­wała go namó­wić, żeby zadzwo­nił do jakie­goś kolegi lub przy­ja­ciół ze stu­diów dok­to­ranc­kich. A potem, oczy­wi­ście, musiała wysłu­chi­wać wykrę­tów: Steve Gib­bons miesz­kał teraz w Los Ange­les, Mike Zim­mer­man tak naprawdę ni­gdy go nie lubił; przez dwa mie­siące nie włą­czył kom­pu­tera.

W końcu prze­stała nama­wiać. W jakimś momen­cie zaczęła wra­cać do domu, robić sobie tost na obiad i padać obok niego na kanapę. Czę­sto, wie­lo­krot­nie, ogar­niała ją chęć, żeby go chwy­cić za kości­ste ramiona i kazać mu się natych­miast ogar­nąć. "Nie śpij tyle", chciała powie­dzieć. "Zacznij spać nor­mal­nie, jak nor­malna osoba, wsta­waj o nor­mal­nej porze i zrób coś ze sobą". To nie tak, że nie rozu­miała bez­władu zwią­za­nego z depre­sją: przez więk­szość dni instynkt też pod­po­wia­dał jej, by prze­spała budzik. Uwiel­biała ich łóżko bar­dziej niż wszyst­kie inne miej­sca na świe­cie. Gdyby to od niej zale­żało, bez pre­sji hipo­teki i sal peł­nych rosz­cze­nio­wych stu­den­tów, prze­sie­dzia­łaby w domu, w łóżku wiele dni. Ule­głaby posłusz­nie słod­kiemu wezwa­niu syre­niego śpiewu Net­flixa i chrup­kich kawał­ków kur­czaka od Penny'ego zamó­wio­nych do domu i z czy­stą satys­fak­cją igno­ro­wała każdy dzwo­nek tele­fonu. Tę część rozu­miała, ponie­waż wie­działa, jak to jest być potwor­nie zmę­czo­nym.

Tym, co ją mar­twiło, był brak chęci do zro­bie­nia z sobą cze­go­kol­wiek. Nie­po­ko­iła się o jego poten­cjał, ukryty, ale gło­śno potwier­dzany przez bystrych spe­cja­li­stów, któ­rzy uwa­żali go za rzadki i obie­cu­jący dar. Mar­twiła się jego wykrę­tami, nie­dbal­stwem, nie­moż­no­ścią dostrze­że­nia w sobie tego, co ona w nim dostrze­gła.

- Jesteś taki mądry - powie­działa do niego któ­re­goś wie­czoru, kiedy uparła się, żeby zro­bili praw­dziwą kola­cję i zje­dli przy stole. - Jesteś inte­li­gentny i potra­fisz robić tysiąc rze­czy, któ­rych inni nie potra­fią. Nie widzisz tego?

- Nie cho­dzi o inte­li­gen­cję - odpo­wie­dział - tylko o to, żeby znać wła­ści­wych ludzi.

- Ty znasz wła­ści­wych ludzi.

- Nic nie rozu­miesz - stwier­dził. - Nie chcę wyjść na dupka, ale nie rozu­miesz.

Cza­sem robił za dnia rze­czy, które były miłe. Per­fek­cyj­nie skła­dał pra­nie. Cza­sem mył samo­chody i odku­rzał je w środku. Wymie­niał żarówki i roz­ma­wiał przez tele­fon ze swo­imi rodzi­cami, więc ona nie musiała tego robić. Sta­rała się nie prze­sa­dzać z wdzięcz­no­ścią za te rze­czy, cało­wała go w kark i mru­czała do ucha, że ona ni­gdy nie pamięta o zmia­nie oleju, co było prawdą, ale nie­ko­niecz­nie wartą kwie­ci­stych podzię­ko­wań. Naj­czę­ściej jed­nak, gdy wra­cała do domu, Ryan sie­dział i oglą­dał tele­wi­zję lub sie­dział bez ruchu przed lap­to­pem i przez kilka dłu­gich sekund musiała sto­so­wać restruk­tu­ry­za­cję poznaw­czą, żeby w ogóle rzu­cić mu słowo powi­ta­nia. Dla­tego że to dzięki jego pen­sji kupili ten dom, cho­ciaż to wyłącz­nie z jej pen­sji go spła­cali. Dla­tego że na uczelni przy­sta­wiał się do niej pewien oble­śny asy­stent, a ona nic nie mogła z tym zro­bić, ponie­waż tenże asy­stent był pro­te­go­wa­nym kie­row­nika kate­dry. Dla­tego że po powro­cie do domu chciała dostać kie­li­szek wina i mieć z kim o tym wszyst­kim poroz­ma­wiać, ale ten ktoś wcią­gnął się po uszy w kolejny sezon Dextera, nosił te same spodnie dre­sowe od grud­nia i nie chciał słu­chać o przy­ziem­nych pro­ble­mach zwy­kłych ludzi, ponie­waż jego udręki były strasz­liw­sze.

Nie potra­fiła tego wyja­śnić swoim rodzi­com i nie umiała tego wyja­śnić sama sobie. Nie była w sta­nie wyja­śnić, jak bar­dzo to boli - i że czuła fizyczny ból w kościach - kiedy pod­cho­dziła, żeby go poca­ło­wać, a on odwra­cał twarz i mam­ro­tał, że to nie jest dobry moment.

Albo dziś wie­czór, kiedy dostała pro­po­zy­cję sta­łego etatu - w wieku trzy­dzie­stu dwóch lat - i wró­ciła do domu z twa­rzą pra­wie pęk­niętą na pół od uśmie­chu, z kanap­kami lodo­wymi z Mum­blesa i butelką pinot noir (od szam­pana bolała ją głowa) za sześć­dzie­siąt osiem dola­rów, zastała wszyst­kie okna na pię­trze zamknięte, cho­ciaż był zachwy­ca­jący wio­senny wie­czór, a jego w piża­mie i cał­ko­wi­tej kata­to­nii na kana­pie. Nie potra­fiła wyja­śnić, co czuła, kiedy pod­niósł na nią wzrok, i zdo­łała jedy­nie wykrztu­sić, że ma wspa­niałe wia­do­mo­ści, a potem się roz­pła­kała.

- Cho­lera, prze­pra­szam - powie­dział, teraz dodat­kowo zgnę­biony poczu­ciem winy.

Pochy­lił się w jej stronę, ponie­waż pode­szła do niego, prze­stra­szona ponu­rym świa­tłem, stę­chłym powie­trzem i ogól­nie poczu­ciem, jak par­szywa jest atmos­fera w ich domu. Zosta­wiła lody w holu, butelkę posta­wiła obok i całą tę małą uro­czy­stość przy­kryła płasz­czem, żeby jesz­cze bar­dziej go nie dobić. Oto­czyła Ryana ramio­nami tak cia­sno, jak tylko mogła, a on ukrył twarz w jej pier­siach i pła­kał, tak jak ni­gdy nie pła­kał przy niej żaden doro­sły.

- Wszystko psuję, Lize, tak mi przy­kro - powie­dział, a Liza koły­sała go i sama też pła­kała, cho­ciaż chwilę wcze­śniej była pra­wie nie­przy­tomna z rado­ści.

- Prze­cież nie psu­jesz - wyszep­tała, cału­jąc go we włosy, i w tym momen­cie z prze­ra­że­niem przy­po­mniała sobie, że kie­dyś tuliła tak Grace, po tym, jak wypa­dła do tyłu z wózka, kiedy urzą­dziły wyścigi po nie­moż­li­wie krzy­wym chod­niku przed domem przy Fair Oaks.

- Jestem tu z two­jego powodu, kocha­nie - wymam­ro­tała i natych­miast zde­ner­wo­wała się, że Ryan źle to zin­ter­pre­tuje, pomy­śli, że miała na myśli "to przez cie­bie tu tkwię", cho­ciaż to nie­prawda. Chyba. - Nie możesz niczego zepsuć - dodała i w tej samej chwili wie­działa, że to też jest złe, ponie­waż mógłby te słowa zro­zu­mieć opacz­nie: "Nie możesz niczego zepsuć, ponie­waż jesteś kom­plet­nie nikim".

Gdy tro­chę się uspo­koił, z cha­otyczną, nużącą mono­to­nią zaczął do niej mówić o tym, jak okrop­nie się czuje i jak bar­dzo go to wykań­cza, ponie­waż nie ma poję­cia, dla­czego tak się dzieje, ale podej­rzewa, że jego pre­zen­ta­cja dla Lemon­Gra­phics nie zosta­nie dobrze przy­jęta i że może to wła­śnie przez to, sam nie wie. Kie­dyś, w począt­kach ich związku, spoj­rzał na nią z roz­pa­czą i spy­tał: "Czy możemy coś z tym zro­bić?". I to zła­mało jej serce, bo w tych sło­wach było tyle nadziei, a Liza miała odpo­wiedź, jakieś roz­wią­za­nie, zagrze­bane głę­boko w bzdur­nych pod­ręcz­ni­kach (gdzie depre­sję opi­sy­wano jako "utrzy­mu­jący się przez dwa tygo­dnie lub dłu­żej stan, w któ­rym ludzie doświad­czają obni­że­nia nastroju lub utraty zain­te­re­so­wa­nia zwy­kłymi zaję­ciami", co nijak się miało do trzy­dzie­sto­trzy­let­nich face­tów, któ­rzy sie­dzą otę­piali w samych majt­kach i opo­wia­dają swoim dziew­czy­nom, jak to od jede­na­stego roku życia marzyli o tym, że sie­dzą w garażu przy samo­cho­dzie z włą­czo­nym sil­ni­kiem, ponie­waż "wyda­wało im się, że to naj­bar­dziej huma­ni­tarny spo­sób, żeby odejść"). Wtedy też go objęła, w roz­terce, co ma powie­dzieć, i w końcu wymam­ro­tała coś w stylu "Przej­dziemy przez to razem", a on popa­trzył z takim roz­cza­ro­wa­niem, tak zdru­zgo­tany, że nie udało jej się wszyst­kiego napra­wić. Od tam­tej pory już jej nie pytał, czy można coś z tym zro­bić.

Teraz wyszep­tała: "Kocham cię" w czu­bek jego głowy, a potem to powta­rzała, ponie­waż te słowa nie zosta­wiały zbyt wiele moż­li­wo­ści błęd­nej inter­pre­ta­cji. Sie­dzieli tak ponad godzinę, aż w końcu musiała wstać, bo dra­ma­tycz­nie chciało jej się siu­siu.

- Idę do łóżka - powie­dział Ryan, rów­nież wsta­jąc. - Jestem bar­dzo zmę­czony. Strasz­nie cię prze­pra­szam, Lize.

Popa­trzył na nią wycze­ku­jąco, a ona wie­działa, że powinna coś powie­dzieć, ale w tej chwili czuła wyłącz­nie nie­chęć, ponie­waż nie była w toa­le­cie od połu­dnia, od wizyty u dzie­kana, po któ­rej od razu poszła na roz­mowę do kie­row­nika kate­dry. Potem musiała pędzić do sali trzy­sta dwa­dzie­ścia cztery na źle zapla­no­wane spo­tka­nie ze stu­den­tem, który był przy­tło­czony i prze­pra­co­wany, a być może pod wpły­wem adde­rallu, sądząc po tiku w lewym oku. Teraz była ósma dwa­dzie­ścia pięć wie­czo­rem i ist­niało wyso­kie nie­bez­pie­czeń­stwo, że zasika kasz­mi­rową ołów­kową spód­nicę, wło­żoną na cześć dzie­kana, a jed­nak musiała się zatrzy­mać, wziąć w ręce twarz Ryana i poca­ło­wać ją - mokrą i słoną od łez.

- Nie prze­pra­szaj - powie­działa. - Wszystko gra. Będzie dobrze.

Twarz Ryana znów spo­chmur­niała, a oczy wypeł­niły się łzami.

- Kurwa, nie­na­wi­dzę sie­bie za to, że ci to robię.

- Naprawdę wszystko jest w porządku, kocha­nie. Będzie dobrze.

Zapew­nie­nia Lizy brzmiały mniej prze­ko­nu­jąco, bo sku­piała się na nie­mi­ło­sier­nym naci­sku trzy­dzie­stu ośmiu galo­nów moczu, który pró­bo­wał wydo­stać się z jej ciała.

- Ja po pro­stu nie wiem, czy...

- Ryan, bła­gam. Od ośmiu godzin nie mia­łam kiedy się wysi­kać.

Nie chciała, żeby to zabrzmiało tak ostro. Ryan wyglą­dał na ura­żo­nego, a Liza przez jakąś sekundę nie­na­wi­dziła go z całych sił.

Odwró­ciła się i ruszyła bie­giem.

- Kocham cię bar­dzo, wszystko gra. Po pro­stu daj mi chwilę, okej?

Wpa­dła do łazienki i w chwili, gdy uwol­niła rado­sny stru­mień moczu godny konia wyści­go­wego, przy­no­szący eks­ta­tyczną ulgę, on sta­nął w drzwiach. Wyglą­dał jak dziecko, śpiący, zapła­kany nie­mow­lak, a ona poczuła, jak cała iry­ta­cja natych­miast się z niej ulat­nia.

Pochy­lił się i cmok­nął ją w głowę.

- Muszę się poło­żyć.

Dokoń­czyła, wstała i nie przej­mo­wała się myciem rąk, żeby przez tych kilka sekund jej się nie wymknął.

- Dobrze, kocha­nie. Przyjdę nie­długo.

Chwy­ciła go za nad­gar­stek i jesz­cze raz przy­cią­gnęła do sie­bie.

- Śpij dobrze - powie­działa, pra­wie dorów­nu­jąc matce, rodzi­cielce czte­rech krnąbr­nych przed­szkol­nych lese­rek, w kon­kur­sie na naj­bar­dziej kojące poże­gna­nie.

Powlókł się na pię­tro, szu­ra­jąc nogami, a Liza pocze­kała na skrzyp­nię­cie ramy łóżka i dopiero wtedy ruszyła posprzą­tać bała­gan w holu. Kanapki lodowe, roz­koszne ohydy roz­miaru ludz­kich twa­rzy, roz­pu­ściły się pod płasz­czem w obrzy­dliwą, lepką kupkę, a płynna część oto­czyła butelkę wina tak, że kiedy ją pod­nio­sła, został po niej zakrzep­nięty biały okrąg wokół ciem­nej plamy drewna.

Rano zeszła na dół i zastała Ryana w kuchni. Szy­ko­wał śnia­da­nie.

- Dla uczcze­nia suk­cesu - powie­dział, odwra­ca­jąc się do niej z nie­pew­nym uśmie­chem na twa­rzy. - Jestem z cie­bie naprawdę dumny, Lize. I gra­tu­luję.

Tym razem nie­ocze­ki­wa­nie to jej oczy się zaszkliły. Pode­szła do niego z tyłu i mocno go objęła. Ryan odwró­cił się do niej w tym obję­ciu, a ona ujęła jego twarz w ręce i nagle ujrzała błysk cze­goś, co nie­omyl­nie roz­po­znała.

Było to nie tyle nie­skry­wane pożą­da­nie, ile raczej wyraz opty­mi­zmu, jakiejś wzru­sza­ją­cej tęsk­noty za czymś, czego nie mieli, za moż­no­ścią bycia parą, która nie ma trud­no­ści z uczcze­niem suk­cesu przy plac­kach z jago­dami. Nie pamię­tała, kiedy ostat­nio upra­wiali seks, ale bez względu na to, kiedy to było, nie zda­wała sobie wtedy sprawy, że podą­żają w taką ciem­ność.

- Mam ochotę - powie­działa.

A Ryan spy­tał:

- Na co?

- Nie wiem.

I kochali się na kuchen­nym bla­cie z łatwo­ścią i znie­cier­pli­wie­niem, jak w daw­nych, lep­szych cza­sach.

Potem z całej siły sta­rała się nie koja­rzyć dziecka z dniem, w któ­rym zostało poczęte.

Po nie­uda­nym lun­chu Wendy zosta­wiła wiele wia­do­mo­ści gło­so­wych, ale Vio­let oddzwo­niła do niej dopiero po trzech dniach. Wyatt był w przed­szkolu, Eli drze­mał, a Vio­let cho­dziła ner­wowo po pię­trze, kiedy zbie­rała się w sobie, by wystu­kać numer. Rano Matt odwo­dził ją od tego nad płat­kami z mle­kiem, argu­men­tu­jąc, że Wendy zacho­wała się wobec niej cho­ler­nie nie­uczci­wie i że nie musiała się wtrą­cać. I mąż miał rację, ale to nie zmie­niło faktu ist­nie­nia chłopca. Matt wyszedł bez całusa na poże­gna­nie. Wci­snęła palce w zie­mię w doniczce dak­ty­lowca. Wydru­ko­wała gosposi roz­pi­skę pod­le­wa­nia, ale miała pewne podej­rze­nia co do umie­jęt­no­ści czy­ta­nia po angiel­sku przez Mał­go­rzatę, a bała się, że repry­menda byłaby nie­po­prawna poli­tycz­nie. Poszła nalać wodę do konewki z pełną świa­do­mo­ścią, że robi wszystko, aby odwlec roz­mowę. Oczy­wi­ście, była szansa, że chło­piec nie jest tym, za któ­rego go uznała, ale wia­do­mo­ści zosta­wione przez Wendy suge­ro­wały coś wręcz prze­ciw­nego, podob­nie jak jej wła­sne prze­czu­cie.

Zatrzy­mała się w poło­wie drogi do kuchni i wybrała numer Wendy, po czym się zatrzy­mała.

Miej to za sobą.

Jakby tele­fon do sio­stry miał być fina­ło­wym aktem, a nie począt­kiem dłu­giej sekwen­cji wyda­rzeń, które po nim nastą­pią, co wła­śnie prze­czu­wała.

- Czyż­bym miała zwidy? - spy­tała Wendy.

Vio­let od razu się zje­żyła.

- Nie rób sobie żar­tów - powie­działa do sio­stry.

- Dzwo­ni­łam osiem razy. Zaczę­łam już myśleć, że prze­szłaś trans­sub­stan­cja­cję.

Vio­let zaczęła sobie powta­rzać w duchu, że ma tytuł magi­stra prawa. Że swego czasu spra­wiła, by duże linie lot­ni­cze wypła­ciły sied­mio­cy­frowe odszko­do­wa­nie za ski­sły sok poma­rań­czowy podany pod­czas lotu.

- Nie mia­łaś prawa - oznaj­miła. - Abso­lut­nie nie mia­łaś prawa sta­wiać mnie w takim poło­że­niu.

- Odsłu­cha­łaś moje wia­do­mo­ści? Jezu, Vio­let, wiem to. Źle zro­zu­mia­łam sytu­ację.

- Czy ty, kurwa, sobie ze mnie żar­tu­jesz?

Jej głos odbił się od skle­pio­nego sufitu w ogro­dzie zimo­wym i spły­nął w dół po ścia­nach. W tym domu się nie krzy­czało. Nie­czę­sto zda­rzało jej się wpaść w złość. Źle się czuła, sły­sząc wro­gość w swoim gło­sie.

- Wendy, to było... Nie masz poję­cia, jakie to było trudne... Nie ma takiej sytu­acji, która by choć tro­chę uspra­wie­dli­wiała to, co ty...

Przy­ci­snęła czoło do szyby, wyj­rzała na podwó­rze, na cedrowy domek gościnny, który prze­ko­nał ich do naby­cia tej nie­ru­cho­mo­ści. Nie podo­bało jej się, że roz­mowa wkra­cza w jej ide­al­nie uło­żone życie. Nie podo­bało jej się, że na wszyst­kie spo­soby nie­uchron­nie wykra­cza poza to popo­łu­dnie.

- Powiedz mi, jak go zna­la­złaś - powie­działa.

- To długa histo­ria - odparła Wendy.

- Bez jaj, mów.

- Zro­bi­łam to z cie­ka­wo­ści - zaczęła Wendy. - Jakiś czas temu. I... i tro­chę pogrze­ba­łam.

- Jakiś czas temu, czyli kiedy?

- Nie­ważne.

- Ja decy­duję, co jest ważne, a co nie.

- To była spon­ta­niczna akcja, Vio­let, okej? Chry­ste. Roz­ma­wia­łam z jego zastęp­czą matką raz. Wieki temu. Nie spo­dzie­wa­łam się, że ją jesz­cze kie­dy­kol­wiek usły­szę. Ale kilka tygo­dni temu zadzwo­niła do mnie i... Boże, Viol, pew­nie myślisz, że zwa­rio­wa­łam... Ta kobieta była jak pie­przona Joan Baez. No i zaczęła gadać o tym wszyst­kim, jak to poczuła, że roz­mowa ze mną była zwia­stu­nem zmian i że ja...

Szybko tra­ciła wątek opo­wie­ści.

- Zaraz, cze­kaj, co masz na myśli? To była zamknięta adop­cja. Jaka zastęp­cza matka? Wendy, to nie ma żad­nego sensu.

- Mówi­łam, że to długa histo­ria. - Głos Wendy zła­god­niał, zabrzmiał nagle współ­czu­jąco, jak u nor­mal­nej osoby.

Vio­let opa­dła na krze­sło przy oknie i zamknęła oczy.

- Co się stało?

- Rodzice adop­cyjni zgi­nęli. Wypa­dek samo­cho­dowy. Straszna sprawa.

Vio­let poczuła to samo, co czuła, kiedy jej syno­wie byli cho­rzy - wewnętrzną sła­bość, współ­czu­jącą nie­moc. Kiedy Wyatt pła­kał przed wyj­ściem do przed­szkola, też się tak czuła. Gdy Eliemu wyrzy­nały się zęby, czuła ból we wła­snych dzią­słach. Poczu­cie rodziło się z gorą­cej strefy za ser­cem i teraz też czuła ten pul­su­jący punkt, myśląc o chłopcu - wciąż nie zapy­tała o jego imię - kocha­ją­cym innych ludzi; ludzi, któ­rzy też kochali jego i pew­nego dnia nie wró­cili do domu.

- Ile miał lat, jak to się stało?

- Cztery.

- Chry­ste. Więc on...

- Tra­fił do rodziny zastęp­czej. Potem do kolej­nej i tak dalej... A potem do ośrodka wycho­waw­czego. Lath­rop House? Pamię­tasz tego dzie­ciaka, kiedy były­śmy w pod­sta­wówce, miesz­kał tam i mama zawsze na jego widok robiła się smutna?

Nie była w sta­nie odpo­wie­dzieć, kiw­nęła tylko głową.

Cztery lata.

- Tam poznał Hannę - cią­gnęła Wendy. - Matkę Zie­mię. Dzi­waczkę. Wzięła go. Miesz­kają z kilo­metr od rodzi­ców.

- Kurwa.

- Wiem, dziwne, prawda? W każ­dym razie, według Hanny, to był jeden wielki biu­ro­kra­tyczny bur­del. W nor­mal­nych oko­licz­no­ściach zostałby natych­miast adop­to­wany przez inną rodzinę, ale nie został. Nie objęły go pro­ce­dury. Tra­fiał do kolej­nych tym­cza­so­wych miejsc, wiesz, jak to jest, do ludzi gro­ma­dzą­cych dzieci, żeby dostać zasi­łek, ale Hanna mówiła, że nie było tak strasz­nie. Powie­działa, że miał względne szczę­ście, a ja nawet nie chcę się domy­ślać, co to, do kurwy nędzy, ozna­cza. Na koniec tra­fił do Lath­rop House, no i tam poznali się z Hanną... Jest z nimi od sze­ściu mie­sięcy. Hanna mówi, że jest tak cichy, że łatwo zapo­mnieć o jego obec­no­ści, i z tego, co zdą­ży­łam się zorien­to­wać, rze­czy­wi­ście tak jest.

- Chry­ste.

Pró­bo­wała sobie wyobra­zić, jak Wyatt krąży w takim sys­te­mie, pró­bo­wała sobie wyobra­zić, że któ­re­kol­wiek z jej dzieci doświad­cza tego okrop­nego poczu­cia tym­cza­so­wo­ści. "Ta sprawa otwo­rzy drzwi, któ­rych nie chcesz otwie­rać, Vio­let", powie­dział Matt rano.

- Gów­niana sprawa, ale chło­pak jest fajny - powie­działa Wendy. - Zadzi­wia­jąco dobrze uło­żony...

- Jak ma...

- Na imię! - Sio­stra roze­śmiała się zaska­ku­jąco natu­ral­nie. - Cho­lera, prze­pra­szam. Jonah. Bendt, nie­stety; jakby ktoś spe­cjal­nie szy­ko­wał go na hydrau­lika.

Jonah. Przy­ła­pała się na tym, jak bez­wied­nie syla­bi­zuje jego imię war­gami. Sama nie wybra­łaby takiego, ale nie pozwo­liła sobie wów­czas, by taka myśl powstała w jej gło­wie. Pró­bo­wała dopa­so­wać imię do pro­filu, który przez mgnie­nie oka widziała w restau­ra­cji, do ete­rycz­nej masy, którą zoba­czyła na jedy­nym zdję­ciu USG, na jakie pozwo­liła sobie spoj­rzeć.

To nie powinno się zda­rzyć. Nie było w tym ani jed­nego ele­mentu z tego, co miało się ponow­nie poja­wić w jej życiu; życiu, które z taką trud­no­ścią zbu­do­wała; ani jedna czą­steczka z tej drogi, któ­rej nie obrała - cho­ciaż, oczy­wi­ście, myślała o nim cza­sem, przy­naj­mniej raz w tygo­dniu - nie miała do niej wró­cić, szcze­gól­nie teraz, kiedy jej mąż został wspól­ni­kiem, a ona coraz lepiej odnaj­dy­wała się w towa­rzy­skiej eli­cie Evan­ston, pod­czas gdy jeden syn był w wieku szkol­nym, a drugi szybko ku temu zmie­rzał.

- Posłu­chaj, Viol - ode­zwała się Wendy. - Jest... taka sytu­acja...

- Skoro tak mówisz - wyszep­tała Vio­let, czu­jąc się bez­przy­tom­nie i bez­cie­le­śnie. - To ty jesteś zwia­stu­nem zmian.

- Tak, cała ja - odparła Wendy, ale jej głos zabrzmiał poważ­nie.

Na pode­ście poja­wił się Eli, zaspany, ści­ska­jąc plu­szo­wego dzio­baka. Przy­gar­nęła go do sie­bie, a on wdra­pał się jej na kolana.

- To ma zwią­zek z... Ame­ryką Połu­dniową - cią­gnęła Wendy.

No oczy­wi­ście, musiała być jakaś Ame­ryka Połu­dniowa i, oczy­wi­ście, słowo "nor­mal­ność" nie doty­czyło jej sio­stry, a ona sama teraz nie miała, oczy­wi­ście, prawa wtu­lać się w roze­spa­nego synka, gdyż Wendy sza­lała, wpro­wa­dza­jąc zamęt i pró­bu­jąc grać jej na emo­cjach.

Kiedy zmu­szała się, by słu­chać sio­stry, gła­skała syna po ple­cach - ryt­micz­nie, rytu­al­nie, jak dziecko, które szuka pocie­chy w koły­sa­niu.

1975

Budy­nek Wydziału Nauk Beha­wio­ral­nych nale­żał do tych miejsc, gdzie ludzie błą­dzili stale i absur­dal­nie. Plan pię­ter przy­po­mi­nał genom - z zewnątrz gmach wyglą­dał jak zro­biony z pier­nika; w środku snuli się stu­denci, z sze­roko otwar­tymi oczami, przy­tę­pieni bra­kiem okien, szu­ka­jący sali, szu­ka­jący łazienki. Wszy­scy ci ludzie krą­żyli po budynku, zmy­leni podwójną helisą scho­dów, ale Mari­lyn Con­nolly już się tam odna­la­zła. Drugi semestr dojeż­dżała do kam­pusu Circle Uni­wer­sy­tetu Illi­nois i cho­ciaż co wie­czór wra­cała do domu w Fair Oaks, gdzie miesz­kała spo­koj­nie z owdo­wia­łym ojcem, za dnia mogła robić, co chciała.

Szybko opa­no­wała roz­kład sie­dziby wydziału i miała ulu­bione schody, które wio­dły do zamknię­tej sali mię­dzy dru­gim i trze­cim pię­trem - zimne w dotyku, nawet przez kilka warstw odzieży, zabój­cze dla ple­ców, aku­stycz­nie ryzy­kowne. Na zaję­ciach była wyga­dana, ceniona i sza­no­wana w spo­sób, jakiego ni­gdy wcze­śniej nie doświad­czyła. Wykła­dowcy śmiali się z jej żar­tów, inni stu­denci szep­tali do niej poufale na wykła­dach. Nagle stała się atrak­cyjna dla oto­cze­nia nie dla­tego, że potra­fiła prze­trzy­mać z pod­nie­sioną głową domowe kry­zysy, kiedy to jej ojciec nad­uży­wał szkoc­kiej, lub pra­so­wać jego oks­fordz­kie koł­nie­rzyki, ale z uwagi na jej umysł oraz - w ciem­nych kątach tego szka­rad­nego budynku - jej ciało.

Wła­śnie w ten spo­sób tra­fiła na te schody. Męż­czyźni patrzyli teraz na nią jak na doro­słą, doj­rzałą do wszyst­kiego, a to ją jed­no­cze­śnie prze­ra­żało i intry­go­wało. Lubiła fizyczny wymiar - zróż­ni­co­wa­nie, kan­cia­stość beto­no­wych stopni pod ple­cami, przy­jemne poczu­cie wypeł­nie­nia mię­dzy nogami, któ­rego doświad­czała ze stu­den­tami angli­styki, z ich ustami na szyi, na pier­siach; nudny wiel­bi­ciel Joyce'a, Dean McGil­lis, nauczył ją, w dość nie­przy­jemny spo­sób, robić loda. Może była to forma zachłan­no­ści czy kom­pen­sa­cji: od tak dawna - śmierć matki, zała­many ojciec, sil­nie prze­ciw­sta­wia­jący się jej kon­tak­tom z płcią prze­ciwną - pozba­wiona była miło­ści, swo­body, elek­try­zu­ją­cej przy­jem­no­ści dotyku dru­giej osoby na swoim ciele, że nie miała nic prze­ciwko korzy­sta­niu z zastę­pów chęt­nych stu­den­tów, któ­rych miała pod ręką.

Nie­spo­dzie­wana kom­pli­ka­cja poja­wiła się pew­nego mar­co­wego dnia, kom­pli­ka­cja w oku­la­rach i płasz­czu prze­ciw­desz­czo­wym, która wkro­czyła do budynku, kiedy Mari­lyn cze­kała, by zła­pać któ­re­goś z asy­sten­tów od teo­rii oso­bo­wo­ści. Znała tylko ich cha­rak­tery pisma z uwag zosta­wia­nych na pra­cach pisem­nych: był więc Ledwo Czy­telny Nie­bie­ski Dłu­go­pis, Pochy­lony w Lewo Ołó­wek nr 2 i - naj­mniej lubiany - Czer­wone Pióro Dużego Naci­sku, któ­rego komen­ta­rze cza­sem zosta­wiały dziurę w papie­rze. Przyj­rzała się męż­czyź­nie. Był wątły i spięty, pra­wie prze­pra­sza­jący, pomimo wzro­stu - ponad sześć stóp - szczu­pły, ale o sze­ro­kich ramio­nach. Zasta­na­wiała się, który cha­rak­ter pisma nale­żał do niego.

- Prze­pra­szam?

Wstała ze scho­dów; wąt­pliwy, ale dający dobre efekty chwyt, który dziś miał słu­żyć uczci­wym celom. Męż­czy­zna spoj­rzał na nią zdu­miony.

- Dzień dobry, czy pan... Ja... nazy­wam się Mari­lyn Con­nolly.

Jego twarz drgnęła, zła­god­niała w oko­licy oczu.

- Aaa, dzień dobry.

- Mam nadzieję, że ma pan chwilkę, żeby poroz­ma­wiać.

Nagle uświa­do­miła sobie, jak jest ubrana: miękki swe­ter z głę­bo­kim dekol­tem w serek, zamszowa tra­pe­zowa spód­nica i, przede wszyst­kim, brą­zowe skó­rzane kozaki za kolano i na obca­sie. Ale męż­czy­zna patrzył jej w twarz; jego wzrok ani razu nie ześli­zgnął się w dół, na dekolt. Nie mogła się zde­cy­do­wać, czy czuje się z tego powodu pod­bu­do­wana, czy ura­żona.

- Może tu usią­dziemy? - spy­tała. - Albo u pana w gabi­ne­cie? - Zanim zdą­żył odpo­wie­dzieć, dodała: - W sumie i tu, i tu nie ma okien.

Uśmiech­nął się do niej.

- Zasta­na­wiam się, czy pani... - prze­rwał. - Może być tutaj.

Usie­dli obok sie­bie, dostrze­gła wresz­cie cień zain­te­re­so­wa­nia wyeks­po­no­waną krą­gło­ścią kolana. Oczy miał ciemne, pra­wie czarne. W spo­so­bie, w jaki jego szyja łączyła się z ple­cami, była jakaś łagod­ność. Ze zdu­mie­niem poczuła na skó­rze głowy ciarki z ner­wów.

- Pro­szę mi przy­po­mnieć, jak pan się nazywa - zaczęła.

- Tak wła­ści­wie ja chyba nie... David. David Soren­son.

- Dok­tor Soren­son?

- Nie­zu­peł­nie. Zostańmy przy Davi­dzie.

- Davi­dzie, miło mi pana poznać. Chcia­ła­bym poroz­ma­wiać o mojej oce­nie z pracy seme­stral­nej. - Wycią­gnęła ją niczym pozew. - Zauwa­ży­łam, że nawet mała wzmianka o sek­su­al­no­ści naj­wy­raź­niej spra­wia, że wszy­scy męż­czyźni na wydziale palą się ze wstydu, ale Zacho­wa­nia sek­su­alne są na liście lek­tur do tego przed­miotu, prawda?

Zanim zdą­żył odpo­wie­dzieć, Mari­lyn pod­jęła na nowo:

- Nie wybra­łam tej pozy­cji pro­wo­ka­cyj­nie, Davi­dzie. Chcę, żeby to było jasne. Wybra­łam ją z powodu oso­bi­stych zain­te­re­so­wań, do czego zresztą nas nama­wiano. Moim głów­nym przed­mio­tem jest angiel­ski. Wybra­łam te zaję­cia, ponie­waż inte­re­suje mnie dyna­mika ludz­kich zacho­wań. Ich zło­żo­ność psy­cho­lo­giczna. Pro­szę więc zro­zu­mieć, że uzna­łam komen­tarz do mojej pracy oraz idącą za nim ocenę za wysoce pro­ble­ma­tyczne.

- Yyy, przy­kro mi to sły­szeć.

- I zasta­na­wiam się, czy praca stu­denta płci męskiej zosta­łaby pod­dana rów­nie skru­pu­lat­nej ana­li­zie.

- Trudno mi powie­dzieć.

- Bar­dzo ciężko pra­cuję na tych zaję­ciach - cią­gnęła. - Jestem piąt­kową stu­dentką.

Naj­bar­dziej bała się, że pod­czas tej prze­mowy zacznie pła­kać. Z prze­ra­że­niem poczuła ucisk za zato­kami. Była, wie­działa o tym, jedną z naj­mą­drzej­szych osób na zaję­ciach, a czuła, że cią­gle pra­cuje dwa razy cię­żej od innych, by zapew­nić wszyst­kich wokół, że jest w tym cho­ciaż cień prawdy. Czwórka z przed­miotu fakul­ta­tyw­nego nie byłaby koń­cem świata, ale mogłaby prze­szko­dzić w przy­ję­ciu do nie­któ­rych pro­gra­mów stu­diów dok­to­ranc­kich, zamknąć drogę, którą z tak wiel­kim tru­dem musiała sobie uto­ro­wać. Prze­łknęła ślinę.

- Jeden z komen­ta­rzy zarzu­cał mi "nie­po­trzebny wul­ga­ryzm".

- Nie był mój.

- W każ­dym razie... Czuję, że sta­wia mi się zupeł­nie inne wyma­ga­nia, dok­to­rze. Nie zasłu­ży­łam na czwórkę z minu­sem z tej pracy. Jest dobrze udo­ku­men­to­wana, nawet jeśli komuś nie podoba się cha­rak­ter cyto­wa­nych tek­stów.

- Nie jestem dok­to­rem - przy­po­mniał, a ona aż pochy­liła się w jego stronę ze zdu­mie­niem.

- To wszystko, co chce mi pan powie­dzieć?

- Sytu­acja jest... nie­zręczna.

- Jest, i to cho­ler­nie. Boże. Chce pan uczyć stu­den­tów? Zapew­niam, że nie wszystko da się pod­po­rząd­ko­wać tym samym ide­al­nym, sztyw­nym nor­mom, ponie­waż...

- Nie to mia­łem na myśli - powie­dział David.

- Jezu, chce pan... och, jeśli to wszystko ma dopro­wa­dzić do jakiejś dwu­znacz­nej sprawy sek­su­al­nej, to naprawdę nie mogę...

- Myślę, że pomy­liła mnie pani... z kimś innym.

- Jak to?

- Ja... Mari­lyn, tak? Ja nie jestem... Przy­go­to­wuję się na medy­cynę. Przy­sze­dłem tu poroz­ma­wiać z moim pro­fe­so­rem psy­chia­trii kli­nicz­nej.

Poczuła, że robi jej się zimno z zaże­no­wa­nia i wście­kło­ści.

- Słu­cham?

- Prze­pra­szam. Bar­dzo prze­pra­szam. Ja tylko... Pani się tak zde­ner­wo­wała, a ja...

- No co?

- Nie chcia­łem prze­ry­wać. - Wzru­szył ramio­nami.

Zaśmiała się teatral­nie - jed­nym zaak­cen­to­wa­nym ha.

- Ile razy mia­łeś szansę powie­dzieć mi, że robię z sie­bie żało­sną idiotkę? Że tracę czas?

- Wła­ści­wie to nie­wiele. Szłaś jak burza.

Wło­żył ręce do kie­szeni i po raz drugi popa­trzył jej pro­sto w oczy. Wyzie­ra­jąca z nich dobroć roz­zło­ściła ją, cie­pła bez­ce­lo­wość.

- A tak szcze­rze, to... - zamilkł i spu­ścił wzrok.

- Jak na kogoś zbyt deli­kat­nego, żeby prze­rwać, masz dziwny defekt, który nie pozwala ci koń­czyć wła­snych zdań.

- Z przy­jem­no­ścią słu­cha­łem, jak mówisz - powie­dział. Musiał dostrzec wyraz obu­rze­nia na jej twa­rzy, bo się zaczer­wie­nił. - Nie cho­dzi mi o głos. To zna­czy... głos masz też miły. Nie chcę wyjść na jakie­goś pochlebcę... Cho­dzi mi o to, że spodo­bał mi się spo­sób, w jaki budu­jesz zda­nia. Brzmiały jakoś tak melo­dyj­nie. Ni­gdy wcze­śniej u nikogo tego nie sły­sza­łem.

- To jest moment, w któ­rym ta roz­mowa nie może być już dziw­niej­sza.

- Naprawdę bar­dzo prze­pra­szam. A tak na mar­gi­ne­sie, moim zda­niem to śmieszne, że odjęli ci punkty z pracy, ponie­waż napi­sa­łaś w niej coś poten­cjal­nie... ero­tycz­nego. - Teraz zaru­mie­nił się jesz­cze bar­dziej. - Idąc tym tro­pem, wszy­scy powin­ni­śmy dosta­wać czwórki z minu­sem z ana­to­mii.

Pod­nio­sła rękę i zakryła usta - poczuła, że zaczyna się mimo­wol­nie uśmie­chać - i zasko­czyło ją, jak gorąca jest jej skóra.

- Ach, w porządku. Myślę, że świat potrze­buje wię­cej nie­zręcz­nych leka­rzy.

Posmut­niał.

- Żar­to­wa­łam - powie­działa Mari­lyn. - Tak myślę. Po pro­stu dalej nie mogę uwie­rzyć, że to zro­bi­łeś. Mogłeś bez trudu odmó­wić, kiedy popro­si­łam, żeby­śmy usie­dli.

- Nie sądzę, żebym mógł to zro­bić bez trudu. - Spu­ścił wzrok, potem szybko pod­niósł na nią oczy. - Nie co dzień piękna kobieta zapra­sza mnie, żebym przy niej usiadł.

Dziwna rzecz, to zda­nie wypły­nęło z niego bez cie­nia sztucz­no­ści. Nie zabrzmiało jak wyuczone i spra­wiło, że jej twarz znowu oblała się gorą­cem.

- Ale to nie­istotne. Jestem szar­la­ta­nem. Prze­pra­szam, Mari­lyn. Naprawdę. - Odchrząk­nął. - A może wiesz przy­pad­kiem, gdzie jest gabi­net dok­tora Bar­tletta?

- Wiem tyle samo co ty - odparła. - Ten budy­nek to labi­rynt.

Nie było w nim nic, co spra­wi­łoby, że mógł się jej wydać cza­ru­jący - ta powaga, ta cho­lerna bier­ność. Nic nie mogło jej zain­try­go­wać w tym samo­zwań­czym szar­la­ta­nie. Oce­niła, że jest star­szy, nie­wiele, ale star­szy; na tyle, że może dostrzec w niej coś wię­cej niż pobu­dzoną stu­dentkę, która nie­cnie opa­no­wała topo­gra­fię naj­bar­dziej zagma­twa­nego budynku w kam­pu­sie.

- No to ruszam na poszu­ki­wa­nia - stwier­dził. - I jesz­cze raz, Mari­lyn, jest mi tak przy­kro, że nie potra­fię tego wyra­zić. Ni­gdy wcze­śniej nie zro­bi­łem nic podob­nego.

- No to może sprawdź, gdzie wer­bują do CIA, bo udało ci się mnie nabrać.

W tej chwili - niech to wszy­scy dia­bli wezmą - wyobra­ziła sobie, że wsuwa się pod rękaw tego szar­la­tań­skiego płasz­cza i odcho­dzi razem z nim; wyobra­ziła sobie, że jest z nim w jakimś zupeł­nie innym miej­scu albo też pozwala mu się zabrać w jakieś zupeł­nie inne miej­sce.

- Zawrzyjmy układ - powie­działa. - Znaj­dziesz tego nie­uchwyt­nego dok­tora Bar­tletta przed zacho­dem słońca. I posta­rasz się nie oma­mić innej bied­nej skrom­nej kobiety. - Poczuła, że serce staje jej w gar­dle i pul­suje tak, że widać to na zewnątrz. - Jeśli ci się uda, to może pozwolę zabrać się na kola­cję.

- Ja... Dobrze - odparł. - Umowa stoi.

I wycią­gnął rękę.

Zauwa­żyła, że ten mikro­sko­pijny akt potwier­dze­nia przy­szedł mu z wiel­kim tru­dem. Miała odkryć, że jego roz­trop­ność jest cudow­nie cza­ru­jąca, z wyjąt­kiem chwil, kiedy sądziła ina­czej. Kiedy uści­snęła tę wycią­gniętą rękę, nie poczuła wstrząsu, fil­mo­wego impulsu elek­tro­sta­tycz­nego, ale miłe cie­pło, deli­katny uścisk pal­ców. Zawrot­nie szybki puls pod cienką skórą jego nad­garstka; swoją rękę ide­al­nie pasu­jącą do cudzej ręki.

Rozdział trzeci

Jego matka była jed­no­cze­śnie ład­niej­sza i brzyd­sza, niż się spo­dzie­wał. Miała ciemne włosy i duże oczy, do tego bar­dzo bladą cerę - pra­wie szarą - a poza tym coś takiego w zaci­śnię­tych ustach, co przy­po­mi­nało mu nauczy­cielkę mate­ma­tyki, panią Del­Banco, która zawsze powta­rzała, że za mało się stara. Nie paso­wała do ich kuchni; przy­tłu­miony błę­kit swe­tra gryzł się z czer­wie­nią ściany nad kuchenką. Hanna zawsze mu powta­rzała, że ma nie­sa­mo­wite oko do szcze­gó­łów.

- Jonah jest bar­dzo uzdol­niony arty­stycz­nie - powie­działa Hanna, jakby czy­tała mu w myślach.

Vio­let Soren­son-Lowell. Imię nie brzmiało dobrze. Zawsze wyobra­żał sobie, że ma bar­dziej mat­czyne imię. Lisa, Che­ryl albo coś w tym guście. Cza­sem wie­czo­rem, kiedy Hanna goto­wała, czy­tał szkolną stronę inter­ne­tową, a kiedy tak prze­glą­dał kolumny nazwisk, przede wszyst­kim rzu­ciło mu się w oczy, że dzieci zwy­kle mają dwoje rodzi­ców, Tom i Beth Cost­ne­ro­wie, Kurt i Caro­lyn New­ber­go­wie. Potem szedł adres, numer domu przy ulicy ochrzczo­nej nazwą tego czy innego drzewa, a dalej numer tele­fonu domo­wego, służ­bo­wego i komór­ko­wego. Jonah figu­ro­wał w tego­rocz­nym zesta­wie­niu, ale jego nazwi­sko - Bendt - było inne niż nazwi­sko Hanny i Ter­rence'a, a obok wid­niał tylko jeden numer tele­fonu, bo jego rodzice zastęp­czy pra­co­wali w domu i mieli wspól­nego iPhone'a, ponie­waż Hanna, jak wie­lo­krot­nie mu powta­rzała, była odporna na tech­no­lo­gię. Wpa­try­wał się w ręce Vio­let, a kon­kret­nie w pier­ścio­nek z wiel­kim oczkiem na ser­decz­nym palcu lewej dłoni. Hanna miała pro­stą złotą obrączkę; opo­wia­dała mu o krwa­wych dia­men­tach. Zasta­na­wiał się, czy ktoś poin­for­mo­wał o tym Vio­let, ale uznał, że pew­nie nie, skoro zało­żyła też naszyj­nik z błysz­czą­cych kamieni.

- A może opo­wiedz o tym Vio­let, Jo - ode­zwała się Hanna.

Spoj­rzał na nią zdu­miony. Z brą­zo­wym swe­trem i burzą splą­ta­nych wło­sów paso­wała do kuchni ide­al­nie. Uśmiech­nęła się do niego. Wypro­wa­dzała się do Ame­ryki Połu­dnio­wej.

- O czym? - spy­tał i zer­k­nął na Vio­let.

- O two­ich... Hanna opo­wie­działa mi wła­śnie o two­ich warsz­ta­tach cera­micz­nych.

- A, o tym - odparł. - Są spoko.

- Spoko? - zapy­tała Hanna, sztur­cha­jąc go nogą pod sto­łem. - Opo­wiedz o wysta­wie Terra Fie­sta.

- A. To taka... - prze­rwał i potrzą­śnię­ciem głowy odrzu­cił włosy z oczu. - Taka impreza, gdzie wysta­wiają do oglą­da­nia twoje rze­czy, a ludzie mogą... na przy­kład coś kupić, jeśli chcą.

- Ale opo­wiedz Vio­let, jak to się stało, że wysta­wili twoje prace - naci­skała Hanna.

- Ludzie gło­so­wali - odpo­wie­dział.

- Cała szkoła gło­so­wała - wtrą­ciła Hanna, zwra­ca­jąc się do Vio­let. - Gło­so­wało trzy tysiące ośmiu­set uczniów i część kadry, a osoba z naj­wyż­szą liczbą gło­sów wysta­wiała swoje prace w jed­nej z naj­więk­szych gale­rii w mie­ście.

Prawdę powie­dziaw­szy, w mie­ście była tylko jedna gale­ria, ale Hanna potra­fiła spra­wić, że małe rze­czy brzmiały jak naprawdę duże.

- To nie­sa­mo­wite - rze­kła Vio­let. - Boże, to duża sprawa. Jeste­ście pew­nie... musi­cie być bar­dzo dumni.

- Jeden kubek poszedł za dwa­dzie­ścia pięć dola­rów - powie­działa Hanna.

Jonah poczuł, że się czer­wieni.

- Nie­wia­ry­godne - stwier­dziła Vio­let. - To cudow­nie. Masz może... To zna­czy... chęt­nie kupię taki kubek.

Hanna zro­biła zmar­twioną minę. Jonah szu­kał w jej twa­rzy wska­zówki.

- Mamy ich sporo... Słonko, chciał­byś poda­ro­wać Vio­let któ­ryś kubek? - Odwró­ciła się do Vio­let. - Mamy szczę­ście. Dba o utrzy­ma­nie poziomu kofe­iny w naszych orga­ni­zmach. Ni­gdy nam ich nie zabrak­nie.

"Dopóki nie wynie­siemy się do Ekwa­doru", ale tego nie powie­działa na głos.

Jonah wąt­pił, żeby te głu­pie kubki zwięk­szyły jego szanse. Sprze­dali dom przy Wiscon­sin Ave­nue i urzą­dzili wielką wyprze­daż gara­żową wszyst­kiego, co zda­niem Hanny nie było abso­lut­nie konieczne.

- Wybie­rzesz jakiś?

Wzru­szył ramio­nami, ale ucie­szył się z pre­tek­stu, by wstać od stołu i przejść do szafki, gdzie stały kubki. Czer­wony był ulu­bio­nym kub­kiem Ter­rence'a, a Hanna lubiła fio­le­towy, ten, który dał jej na Dzień Matki. Pozo­stałe były zby­teczne, jak zga­dy­wał, ale nie potra­fił sobie wyobra­zić Vio­let piją­cej z któ­re­go­kol­wiek z nich. Wybrał ciem­no­zie­lony z mini­mal­nym odpry­skiem na brzegu i zaniósł jej.

- O rany... - Wzięła kubek, jakby był radio­ak­tywny. - Och, ale ja nie mogę... To miłe. Pozwól, że... Boże, gdzie jest mój... O, tutaj.

Wyjęła port­fel i wycią­gnęła w jego stronę dwie dwu­dziestki. Jonah znów zer­k­nął na Hannę w poszu­ki­wa­niu wska­zówki. Patrzyła na nich z męką wypi­saną na twa­rzy. Chło­pak spoj­rzał na pie­nią­dze. Był to wyraź­nie jeden z tych momen­tów - "punk­tów zwrot­nych", jak je nazy­wała Hanna - kiedy powi­nien pod­jąć wła­ściwą decy­zję. Ale czter­dzie­ści dola­rów to było dla niego dużo pie­nię­dzy, a Vio­let wyglą­dała na bogatą. Hanna powie­dzia­łaby, że to nie­istotne szcze­góły. Się­gnął, wziął pie­nią­dze i wepchnął do kie­szeni bluzy.

- Dzięki - powie­dział.

Wpłaci na konto w banku, które zało­żył mu Ter­rence, żeby odkła­dał sobie na czarną godzinę. Podo­bało mu się to, ponie­waż dowo­dziło, że w jego życiu nie było czar­nej godziny, że jest gotowy na sytu­ację, kiedy trzy­sta dwa­dzie­ścia sześć - teraz trzy­sta sześć­dzie­siąt sześć - dola­rów otwo­rzy mu jakąś szansę, zamiast przy­po­mi­nać o ponu­rej egzy­sten­cji.

- To ja dzię­kuję - odparła Vio­let.

Zauwa­żył, że trzęsą jej się ręce; świa­tło z żarówki na sufi­cie odbi­jało się epi­lep­tycz­nie w szkli­wie pokry­wa­ją­cym kubek.

- Jest piękny.

Jonah nie potra­fił spoj­rzeć na Hannę. Pod­szedł do innej szafki po razowe kra­kersy.

- Opo­wiesz nam coś o sobie, Vio­let? - ode­zwała się Hanna po minu­cie.

- O... o mnie... - zaczęła Vio­let. Jonah odwró­cił się twa­rzą do niej, roz­szar­pu­jąc opa­ko­wa­nie cia­stek. - Wła­ści­wie nie ma za wiele do opo­wie­dze­nia. Ja... miesz­ka­łam od dziecka w tej oko­licy. Wła­ści­wie nie­da­leko stąd. W Fair Oaks... w pół­noc­nej czę­ści.

Chło­pak zasta­na­wiał się, czy boi się podać adres. Hanna powie­działa mu, że kiedy zakłada kap­tur, wydziela złą aurę.

- Stu­dio­wa­łam na Wesleyan, a potem obrona na UC.

Hanna nie­na­wi­dziła ludzi mówią­cych skró­tami.

- Co to zna­czy? - zapy­tał lojal­nie.

- Prze­pra­szam - rze­kła Vio­let, rumie­niąc się. - Uzy­ska­łam sto­pień dok­tora na Uni­wer­sy­te­cie Chi­ca­gow­skim.

- Kraj prze­sad­nie wykształ­co­nych i nie­do­sta­tecz­nie świa­do­mych - powie­dział, cytu­jąc Hannę.

Patrzył, jak obie, Hanna i Vio­let, robią się czer­wone.

Vio­let się roze­śmiała.

- Auć - powie­działa.

- To dobra uczel­nia - wtrą­ciła zdra­dziecko Hanna.

- Jesteś adwo­ka­tem? - docie­kał.

- Teo­re­tycz­nie tak. - Vio­let zaczer­wie­niła się jesz­cze bar­dziej. - Teraz nie prak­ty­kuję.

Już wcze­śniej spy­tał ją o dzieci, o małego brą­zo­wo­wło­sego chłopca, któ­rego widział na zdję­ciu w Google Ima­ges. Powie­działa mu, że jest jesz­cze jeden, Eli, ma dwa lata, cho­dzi do przed­szkola i gra już w t-ball, uprosz­czoną wer­sję base­balla. Wie­dział, że jej mąż jest nadę­tym praw­ni­kiem, a ona, cytu­jąc dokład­nie, "bar­dzo czyn­nie" uczest­ni­czy w życiu synów. Jonah odczy­tał to jako coś w rodzaju "Ni­gdy nie wezmę żad­nego cho­ler­nego nasto­latka w blu­zie z kap­tu­rem z wize­run­kiem Ste­wiego Grif­fina", ale Hanna na­dal miała nadzieję. W Lath­rop House nie było tak źle. Cza­sem dawali dzie­cia­kom z liceum poje­dyn­cze pokoje.

- Moi rodzice na­dal tam miesz­kają - powie­działa Vio­let i zauwa­żyła, że Hanna nad­sta­wia uszu. - Tata prze­szedł na eme­ry­turę, a mama pro­wa­dzi sklep żela­zny przy...

- Mal­lory's? - Hanna się oży­wiła. - Och, uwiel­biam ten sklep. Czy to... czy to może taka blon­dynka w far­tu­chu z psami...

- To labra­dory - potwier­dziła Vio­let. - I tak, to moja mama. Tylko, słu­chaj, gdy­byś mogła... gdy­byś mogła jej nie wspo­mi­nać o... Ja... ja jesz­cze nic jej nie powie­dzia­łam o... Gdy­by­ście mogli...

Jonah zauwa­żył, że z Hanny scho­dzi powie­trze.

- Jasne - odparła.

- Tylko na razie - pod­jęła Vio­let, krę­cąc pier­ścion­kami. - Mam też trzy sio­stry.

- Trzy - powtó­rzyła Hanna. Ten feno­men nazy­wała "prze­sad­nym roz­mna­ża­niem".

- Kato­licy - oznaj­miła Vio­let prze­pra­sza­jąco. - To zna­czy nie­ka­to­liccy kato­licy. Tacy prze­ciętni, kla­syczni, gar­dzący anty­kon­cep­cją kato­licy. Nie jedni z tych... no wie­cie... nie­to­le­ran­cyj­nych.

- Tak, sły­sza­łem, że pie­prze­nie się bez kon­do­mów jest dzie­dziczne.

Słowa wyle­ciały mu z ust, zanim zdą­żył je powstrzy­mać. Hanna wyglą­dała, jakby się miała roz­pła­kać. Vio­let też, ale trud­niej to stwier­dzić, jeśli ktoś ma brą­zowe oczy.

- Jonah... - wyszep­tała Hanna. Już nawet nie pró­bo­wała usa­dzić go kop­nię­ciem w nogę. Domy­ślił się, że wła­śnie to miała na myśli, kiedy mówiła o samo­za­ora­niu.

- Nie... w porządku - rze­kła Vio­let. - Ma rację. Wszystko w porządku. Słu­chaj­cie, było... Ale ja... no, muszę już iść. Zosta­wi­łam numer komórki. Dzwoń, kiedy chcesz.

Wstała. Hanna spoj­rzała na chłopca bez­rad­nie.

- Dobra - powie­dział. - Dzięki za kasę.

Vio­let przy­glą­dała mu się, popra­wia­jąc torebkę na ramie­niu.

- Było mi bar­dzo miło cię poznać.

- Nie musisz wycho­dzić. - Hanna zerwała się z miej­sca. Jonah poczuł się źle, widząc, jak tra­ciła głowę. - On tylko... Wszy­scy tu mamy spe­cy­ficzne poczu­cie humoru.

- Nie, nie o to cho­dzi. Po pro­stu muszę już jechać po dzieci.

- Zadzwo­nię do cie­bie - powie­działa Hanna z roz­pa­czą, a Vio­let przy­tak­nęła.

- Oczy­wi­ście, bar­dzo pro­szę. Kiedy zechcesz.

Nie mógł znieść jeba­nej myśli, że trak­tują go jak rzecz, którą można "zago­spo­da­ro­wać", tylko dla­tego, że jego matka nie potra­fiła zająć się dziec­kiem i adop­to­wali go ludzie, któ­rych nie­długo potem uni­ce­stwił wia­dukt. Nawet nie wie­dział, że jest adop­to­wany, dopóki nie zgi­nęła jego mama z jasno­ru­dymi wło­sami, śpie­wa­jąca mu na dobra­noc pio­senki Boba Dylana. Krótko mówiąc, nie pro­sił się o to wszystko i teraz jego cier­pli­wość była na wyczer­pa­niu, nie zamie­rzał zawra­cać sobie głowy tym, co zamie­rza Vio­let Soren­son-Lowell, kobieta z napiętą twa­rzą, bry­lan­tami i poczu­ciem wyż­szo­ści.

- Kocha­nie, powi­nie­neś poże­gnać się z Vio­let - popro­siła go Hanna.

- Miło było poznać - rzu­cił. Wyczuł, jak go oce­niła. No i zapo­mniała kubka.

- Mnie rów­nież - odpo­wie­działa. - Naprawdę.

Po tym "naprawdę" zało­żył, że ni­gdy wię­cej jej nie zoba­czy.

Naj­życz­liw­szym sło­wem, jakim Vio­let mogła opi­sać zastęp­czych rodzi­ców Jonaha, było "nie­okrze­sani". Matka, Hanna, to zaczepna eko­lożka z Oak Park, gdzie nie wia­domo, czy zanie­dba­nie wyni­kało z chłod­nej dekla­ra­cji poli­tycz­nej, czy ze spo­sobu życia. Ter­rence - który w koszulce z wize­run­kiem Mati­sy­ahu wyło­nił się na chwilę z pokoju obok kuchni - został z nimi tylko tyle czasu, ile zajęło mu przed­sta­wie­nie się i zło­że­nie rąk w jogiczne "jak leci". Dom był mały i cia­sny; sąsie­dzi trzy­mali pit­bulla na łań­cu­chu przy­mo­co­wa­nym do drzewa przed domem. Vio­let znaj­do­wała się tylko kilka prze­cznic od bajecz­nej, wysa­dza­nej wią­zami ulicy, przy któ­rej się wycho­wała, i nie mogła się powstrzy­mać, by nie przy­ci­snąć torebki moc­niej do boku, kiedy cze­kała, aż otwo­rzą drzwi. W środku Hanna popro­wa­dziła ją do małej, zatę­chłej kuchni, ze ścia­nami ozdo­bio­nymi nieco wagi­no­po­dob­nymi obra­zami i pla­mami z jedze­nia.

- Jestem artystką - pochwa­liła się Hanna, kiedy zauwa­żyła, na co patrzy Vio­let, a Vio­let kiw­nęła głową, roz­cią­gnęła twarz w uśmiech i skrzy­żo­wała ręce na pier­siach.

- Tech­nika mie­szana, zazwy­czaj, ale się­gam też po rze­mio­sło arty­styczne Trze­ciego Świata.

- W sumie, kto nie sięga - powie­działa Vio­let i w tej samej chwili uświa­do­miła sobie, jak szy­der­czo zabrzmiały jej słowa. - To zna­czy... cho­dziło mi o to, że mąż przy­wiózł mi tę prze­piękną nepal­ską bran­so­letę z podróży służ­bo­wej i wciąż nie mogę się nadzi­wić... No wiesz... tej mister­no­ści wyko­na­nia.

- Jakie obo­wiązki wezwały go do Nepalu?

Nie spo­dzie­wała się, że mogłaby się jesz­cze bar­dziej zaczer­wie­nić.

- Jest adwo­ka­tem. Zaj­muje się wła­sno­ścią inte­lek­tu­alną. W zasa­dzie to kupił ją w Nowym Jorku... Ale to spra­wie­dliwy han­del. Dochód... Zresztą, spy­tam go o to potem.

Hanna się uśmiech­nęła i roz­luź­niła. Głos kobiety przez tele­fon brzmiał kojąco; to wła­śnie ją prze­ko­nało. "Potrze­bu­jemy two­jej pomocy", powie­działa, a Vio­let była zawsze bez­radna w obli­czu tak bez­na­dziej­nej bez­bron­no­ści.

- Jesteś gotowa go poznać? - spy­tała Hanna.

- Ja... Tak. Oczy­wi­ście. Chęt­nie.

Hanna zawo­łała go po imie­niu i Vio­let usły­szała dud­nie­nie kro­ków na scho­dach. Dopiero gdy Jonah poja­wił się na dole, uświa­do­miła sobie, że cały czas wstrzy­my­wała oddech.

Był piękny, tak po pro­stu. Tro­chę się gar­bił, ale oczy miał duże i ładne, włosy rudo­bru­natne, który to kolor wiele matek z Shady Oaks pró­buje uzy­skać w salo­nie fry­zjer­skim. Kiedy się uro­dził, nie chciała go zoba­czyć, nie chciała go wziąć na ręce, pozwo­liła jedy­nie, żeby Wendy poszła za leka­rzem i potwier­dziła, że żyje. Sio­stra zapew­niła ją, że dziecko jest w ide­al­nym sta­nie, wygląda wyjąt­kowo ład­nie jak na nowo­rodka, nie jest pomarsz­czone i nie przy­po­mina Mar­ga­ret That­cher, jak nie­które dzieci. Spoj­rze­nie na niego po raz pierw­szy to powinna być wznio­sła chwila, ale ona czuła wyłącz­nie mdło­ści. Wstała i unio­sła ręce w nie­zdar­nej imi­ta­cji powi­ta­nia, jakby pla­sti­kowa lalka uda­wała czło­wieka.

- Cześć - powie­działa zamro­czona. - Cześć, Jonah. Witaj ponow­nie. Jestem szczę­śliwa, że mam moż­li­wość... wła­śnie to zro­bić.

Był piękny. A potem otwo­rzył usta.

- Jesteś chud­sza niż na zdję­ciach.

- Zdję­ciach? - Vio­let nie­pew­nie spoj­rzała na Hannę.

- Wygo­oglo­wa­łem. Jest sporo two­ich zdjęć. Z przed­szkola. Z grupą małych dzieci w stro­jach poli­cyj­nych.

- Dzień Kariery - wyszep­tała. Fla­gowe wyda­rze­nie Shady Oaks: prze­biera się dzieci za doro­słych róż­nych zawo­dów i zbiera kupę forsy na budowę nowego pasa dla pojaz­dów z pasa­że­rami.

- Teraz jesteś o wiele chud­sza - powtó­rzył.

Tro­chę przy­po­mi­nał jej wtedy Wendy: wygląda ślicz­nie, ale wku­rza, gdy tylko się ode­zwie.

- To było... - prze­rwała, żeby się zasta­no­wić. - Och, no tak, to było po tym, jak uro­dził się mój syn. Fak­tycz­nie, teraz rze­czy­wi­ście jestem szczu­plej­sza.

Odwró­ciła się w stronę Hanny, licząc na jakieś wspar­cie, ale ona po pro­stu stała, ze sple­cio­nymi rękami, i obser­wo­wała ich niczym mecz teni­sowy. Nie przy­go­to­wała go? Nie nauczyła go, że nie komen­tuje się wyglądu kobie­cej syl­wetki? Nie nauczyła go, że trzeba ścią­gać łopatki, żeby unik­nąć sko­liozy? Czy on miał penisa na blu­zie?

- Inte­re­su­jąca bluza - powie­działa.

- To z Głowy rodziny - powie­dział. - Nie oglą­da­łaś Głowy rodziny?

- Przy­znaję się bez bicia.

Spo­ciły jej się ręce. Nie wie­działa, że coś takiego przy­tra­fia się ludziom. Życie to pasmo roz­cza­ro­wań. Spo­ty­kasz się z wła­snym dziec­kiem po pięt­na­stu latach i po dwóch minu­tach orien­tu­jesz się, że roz­ma­wia­cie o tele­wi­zji.

- No dobrze - ode­zwała się wresz­cie Hanna. - Vio­let, napi­jesz się pu-erh?

- Czego?

Hanna przy­go­to­wy­wała już duży cera­miczny imbryk.

- Och, nie. Dzię­kuję. Nic mi nie trzeba.

Zajęła swoje miej­sce, a Jonah i Hanna usie­dli po dru­giej stro­nie stołu. Jonah oparł stopy na poprzeczce krze­sła Hanny - intymna bli­skość tego gestu wywo­łała u Vio­let mdlące ukłu­cie w środku.

Teraz jakoś poszło. Hanna prze­jęła stery roz­mowy, a Vio­let i Jonah ocho­czo jej na to pozwo­lili. Potem Hanna zachę­ciła go, żeby dał jej jeden z tych nie­fa­chowo wyko­na­nych gli­nia­nych kub­ków do kawy, a Vio­let - ni­gdy sobie tego nie wyba­czy - zro­biła naj­gor­szą moż­liwą rzecz: zaczęła się jąkać jak idiotka i się­gnęła do torebki. Chciał jej dać pre­zent, a ona wycią­gnęła czter­dzie­ści dola­rów, jak wyprany z uczuć Daddy War­bucks z komiksu; "Dzięki za kubek, potomku, któ­rego się wyrze­kłam. Idź kup sobie coś ład­nego". Już w tej samej chwili chciała to cof­nąć. Nie pie­nią­dze - chęt­nie dałaby pie­nią­dze, odda­łaby mu całą zawar­tość port­fela; Dan­for­tho­wie chyba nie za dobrze radzili sobie finan­sowo, a z szyb­kiego wywiadu dowie­działa się, że zasi­łek wypła­cany rodzi­com zastęp­czym nie pokryłby jed­nej czwar­tej mie­sięcz­nych opłat za lek­cje gitary Wyatta. Nie żało­wała tych pie­nię­dzy, żało­wała gestu, jego zim­nej pustoty. Chciała być miła - kiedy była dziec­kiem, co jakiś czas tata dawał jej dolara lub dwa za ołó­wek, który "sprze­dała" mu w "cen­trum han­dlo­wym" na stole w jadalni. Ale Jonah miał pięt­na­ście lat. Był za duży, żeby trak­to­wać go tak pro­tek­cjo­nal­nie. Ona była osobą doro­słą, matką, powinna umieć postę­po­wać z wraż­li­wo­ścią i życz­li­wo­ścią. Jej matka trak­to­wała każdą ich pracę pla­styczną, choćby nie wia­domo jak nie­udolną, jakby był to Ver­meer. Powinna była wziąć kubek, uści­skać go i popro­sić Hannę, żeby nalała do niego pu-erhu. Ale tego nie zro­biła. Dała mu czter­dzie­ści dola­rów, a zaraz potem wygło­siła okropny żart godzący w Hannę; była pewna, że oba te incy­denty miały ze sobą zwią­zek. Wstała do wyj­ścia, a Hanna odpro­wa­dziła ją do drzwi, ści­ska­jąc za ramię z siłą, która wydała jej się wręcz groźna.

- Vio­let, pro­szę, nie... On naprawdę bar­dzo prze­żywa nasze... nasz wyjazd. Tyle prze­szedł, a teraz...

- Dla­czego nie zabie­rze­cie go ze sobą? - spy­tała Vio­let. Roz­ma­wiały już o tym przez tele­fon, wtedy, kiedy Hanna skon­tak­to­wała się z nią po raz pierw­szy.

Hanna zbla­dła.

- Jeste­śmy tylko rodziną zastęp­czą - powie­działa, zupeł­nie jakby Jonah był coc­ker spa­nie­lem.

- Może­cie go adop­to­wać. Cho­dzi o pie­nią­dze? - Czuła się, jakby ktoś prze­jął jej ciało. - Bo jeśli cho­dzi o pie­nią­dze, to mogła­bym... My mogli­by­śmy...

Hanna przez chwilę wyglą­dała na znie­sma­czoną, ale się opa­no­wała. Vio­let znie­na­wi­dziła ją za to.

- Ni­gdy nie pla­no­wa­li­śmy adop­cji. Gdy­by­śmy zosta­wali w kraju, wszystko byłoby ina­czej, ale muszę zro­bić to, co jest naj­lep­sze dla mojej rodziny.

- A ja muszę robić to, co jest naj­lep­sze dla mojej - odparła Vio­let.

Kiedy roz­ma­wiały przez tele­fon, nie odpo­wie­działa, gdy Hanna oświad­czyła, że dla Jonaha lep­sze byłoby prze­nie­sie­nie do jakiejś rodziny niż powrót do Lath­rop House. Nie odrzu­ciła cał­ko­wi­cie pomy­słu, że ona i Matt pozwolą chłopcu z nimi zamiesz­kać, cho­ciaż bez wąt­pie­nia nie powinni. Po pro­stu chciała mieć szansę go poznać. Chciała go zoba­czyć, cho­ciaż raz, i teraz to się stało.

- Ni­gdy nie obie­cy­wa­łam, że...

- Powiedz, że cho­ciaż to prze­my­ślisz - naci­skała Hanna. - Pro­szę. Ma wielki poten­cjał, ale jeśli wróci tam, gdzie kie­dyś... Zro­bił przy nas ogromny postęp.

- Mam dwoje małych dzieci.

- Poko­chasz go, kiedy go poznasz.

- Ja już go kocham - rzu­ciła Vio­let. - Prze­cież go, kurwa, uro­dzi­łam.

Uspo­ko­iła się, odczu­wa­jąc cię­żar wszyst­kiego, czemu bro­niła dostępu do tego gorą­cego zaka­marka za ser­cem, zaka­marka tak długo zare­zer­wo­wa­nego tylko dla Eliego i Wyatta; wszyst­kiego, czego sta­rała się nie pamię­tać, uczu­cia, jakie się w niej tliło, kiedy rósł w jej wnę­trzu, i tej roz­dzie­ra­ją­cej męki, gdy go stra­ciła. Tego popo­łu­dnia uświa­do­miła sobie nową porażkę; porażką było to, że nic nie zro­biła i że nie miała poję­cia - a powinna mieć? - że czło­wiek, któ­rego spro­wa­dziła na świat, musi wal­czyć o prze­trwa­nie. Że jest coś, co mogłaby dla niego zro­bić. Jonah poja­wił się w drzwiach za Hanną. Pod­szedł bli­żej, kiedy zoba­czył, że go zauwa­żyła, i coś jej podał.

- Zapo­mnia­łaś - powie­dział, nie patrząc jej w oczy.

Wycią­gnęła rękę, czer­wona na policz­kach tą samą czer­wie­nią, która wyle­wała się na twarz Jonaha, i wzięła popę­kany zie­lony kubek.

Rozdział czwarty

Roz­mowy z Vio­let były dla Wendy rzad­ko­ścią. Roz­ma­wiały w święta; krót­kie, zakra­piane winem, sko­ma­so­wane wymiany zdań na tyl­nym tara­sie domu w Fair Oaks, kiedy obie ucie­kały przed mig­da­lą­cymi się, nie­wy­ży­tymi rodzi­cami. Dla­tego kiedy imię sio­stry wyświe­tliło się na tele­fo­nie, Wendy od razu wie­działa, o co cho­dzi. Znała Vio­let na tyle dobrze - kie­dyś lepiej niż kogo­kol­wiek innego - by prze­wi­dzieć jej następny ruch.

- Niech zgadnę, byłaś u Dan­for­thów. - Sta­rała się, by jej głos brzmiał swo­bod­nie, pro­ro­czo: Na­dal znam cię aż za dobrze, bez względu na to, jak bar­dzo pró­bu­jesz uda­wać, że tak nie jest.

- Nie myśl sobie nawet przez sekundę, że już nie jestem na cie­bie wście­kła, Wendy. Ale ja... Jezu. To ty do tego dopro­wa­dzi­łaś i nawet gdy­bym chciała, nie mogę uda­wać, że tak nie jest. To przez cie­bie zna­la­złam się w bez­na­dziej­nym poło­że­niu i... Wiesz co, to nie jest... - głos Vio­let się zała­mał. - On wróci do domu dziecka, jeśli ktoś... To nie­spra­wie­dliwe, że... Ale ja nie mogę tego zro­bić. Matt i ja, my nie możemy...

W ciszy, która zapa­dła, zdała sobie sprawę, jak nie­praw­dziwe są jej słowa; że ona i Matt mają trzy dodat­kowe pokoje, że Matt zara­bia pew­nie ponad tysiąc dola­rów w godzinę. Ale Wendy wie­działa, że pie­nią­dze nie roz­wią­zują wszyst­kich pro­ble­mów. Zapa­liła skręta i odchy­liła głowę, wpa­tru­jąc się w biały prze­stwór sufitu.

- Nie narażę dzieci na tak ogromny wstrząs, Wendy. Poza tym już z nimi dwoma mam pełne ręce roboty.

Wendy mogła powie­dzieć, że sio­stra przy­go­to­wała sobie to uspra­wie­dli­wie­nie, być może nawet napi­sała je sobie na kartce. Nie zasko­czyło jej w naj­mniej­szym stop­niu, że Vio­let, nar­cy­styczne uoso­bie­nie per­fek­cji, nie chce dopu­ścić, by cokol­wiek - choćby jej bio­lo­giczne dziecko - zakłó­ciło ich wspa­niałe życie. Zasko­czyło ją wyłącz­nie to, że Vio­let zadała sobie trud wymy­śle­nia wymówki.

- Cze­kaj - ode­zwała się Wendy. - Co o nim myślisz?

- Hm. No... ma pięt­na­ście lat. Naprawdę nie wiem, co mia­ła­bym jesz­cze powie­dzieć.

- Prysz­czaty? Nie­zdarny? Aro­gancki dupek?

Vio­let zaśmiała się słabo.

- Tak, w pew­nym sen­sie tak.

- Nie uwa­żasz, że jest do cie­bie bar­dzo podobny?

Pra­wie usły­szała przez tele­fon, jak Vio­let sztyw­nieje ze słu­chawką w ręce.

- Mogła­byś nie... nie mówić takich rze­czy? Pro­szę...

Mogła­byś, pro­szę, nie wygła­szać prawd oczy­wi­stych - oto kla­syczna odpo­wiedź Vio­let.

- Ja tylko... mia­łam na myśli... no wiesz. Jest nie­zły, nie sądzisz? Obiek­tyw­nie.

- Nie oce­niam nasto­let­nich chłop­ców pod tym kątem, Wendy, więc nie mogę obiek­tyw­nie stwier­dzić, czy jest nie­zły, ponie­waż nie jestem zbo­czeń­cem. - Vio­let wes­tchnęła. - Ale... tak. Oczy­wi­ście. Jesz­cze dora­sta, ale wydaje się... Przy­po­mina mi odro­binę tatę. Tak, jest nie­zły.

- Mówisz, że tata jest nie­zły, ale już o wła­snym dziecku tego nie powiesz?

- On nie jest moim... - Vio­let prze­rwała. - Posłu­chaj, nie chcę tego z tobą roz­trzą­sać, ale sprawa jest pilna i ja... ja...

- Od początku roz­mowy nie dokoń­czy­łaś jesz­cze ani jed­nego zda­nia - wytknęła jej Wendy i usły­szała, że Vio­let zaczęła pła­kać. - Och, do kurwy nędzy, Vio­let. Okej, wszystko jest dobrze. Wszystko będzie dobrze.

- To przez cie­bie - powie­działa Vio­let. - Nie rozu­miem, po co to zro­bi­łaś.

- Nic nie zro­bi­łam. Tak wyszło. - Ale wie­działa, oczy­wi­ście, że to nie­prawda. - Wezmę go do sie­bie, jeśli chcesz.

Zapro­po­no­wała to ośmie­lona paloną trawką, pchana nie­wy­raź­nym, drę­czą­cym poczu­ciem nie­spra­wie­dli­wo­ści. Z powodu tego bied­nego dzie­ciaka o nud­nym nazwi­sku hydrau­lika. Z powodu tego wszyst­kiego, przez co prze­szedł. I z powodu... Tak, po raz pierw­szy zyskała prze­wagę nad Vio­let! Zacią­gnęła się znowu i przy­trzy­mała szta­cha w płu­cach, dopóki sio­stra nie odpo­wie­działa. A Vio­let, chwała jej za to, nie roze­śmiała się, nie powie­działa "Odje­bało ci!" ani się nie roz­łą­czyła.

- Zro­bi­ła­byś to? - spy­tała załza­wio­nym gło­sem, w któ­rym teraz pobrzmie­wało szczere nie­do­wie­rza­nie. - Wendy, naprawdę?

Ton wdzięcz­no­ści w pyta­niu sio­stry spra­wił, że z oczu Wendy nie­spo­dzie­wa­nie też popły­nęły łzy.

- Jezu, kurwa, ty kre­tynko - odpo­wie­działa, wydmu­chu­jąc bladą chmurę. - Oczy­wi­ście, że tak.

Kiedy Vio­let oznaj­miła, że musi z nimi poważ­nie poroz­ma­wiać, w Mari­lyn zakieł­ko­wały podej­rze­nia; może cho­dzi o kolejną ciążę albo jakieś pro­blemy mał­żeń­skie. Ale myliła się, cho­ciaż spu­dło­wała tak fatal­nie, że przez następne sześć mie­sięcy pluła sobie w brodę, ubo­le­wa­jąc, że rze­komy radar macie­rzyń­ski zawiódł ją w tak strasz­liwy, kry­tyczny spo­sób.

Zro­biła her­batę i usie­dli na oszklo­nej weran­dzie, ona i David razem na małej sofie, Vio­let naprze­ciwko w wikli­no­wym fotelu, z nogami skrzy­żo­wa­nymi tak mocno, że trudno było powie­dzieć, gdzie koń­czy się jedna, a zaczyna druga.

- To nie jest dla mnie łatwe - zaczęła i Mari­lyn zanie­po­ko­iła się, że jej zawsze poukła­dana córka czuje się tak nie­zręcz­nie. - Ale poja­wiły się pewne oko­licz­no­ści i... uwa­żam, że zasłu­gu­je­cie na to, by się dowie­dzieć, choćby nie wiem jakie to było dla mnie... trudne.

- O co cho­dzi, skar­bie? - spy­tała Mari­lyn, sta­ra­jąc się, by w jej gło­sie zabrzmiała łagod­ność, a nie prze­ra­że­nie. David się­gnął ręką za opar­ciem kanapy i ści­snął ją za ramię.

- Ten rok, kiedy byłam... Pamię­ta­cie ten rok, który spę­dzi­łam w Paryżu?

- Oczy­wi­ście - odpo­wie­dział David, nieco zdez­o­rien­to­wany.

W chwi­lach nie­pew­no­ści umysł Mari­lyn miał ten­den­cję do sza­lo­nego rajdu po naj­bar­dziej nie­do­rzecz­nych moż­li­wo­ściach i natych­miast przy­szła jej na myśl prze­ra­ża­jąca histo­ria z gazet o wypra­nej z uczuć Ame­ry­kance, która we Wło­szech zamor­do­wała współ­lo­ka­torkę.

- Kocha­nie, czy ty chcesz...

- Nie byłam w Paryżu - wyre­cy­to­wała Vio­let jak wyuczoną lek­cję. - Byłam tutaj, w ciąży, uro­dzi­łam dziecko, a potem odda­łam je do adop­cji.

Mari­lyn zdu­siła histe­ryczny chi­chot, który odru­chowo w niej zabul­go­tał mimo powagi na kan­cia­stej twa­rzy córki: cho­ciaż Vio­let zawsze była naj­mniej skłonna do żar­tów spo­śród wszyst­kich dzieci, to musiała być, oczy­wi­ście, jakaś nie­tra­fiona próba nabra­nia ich, ściema, jakiś nie­zro­zu­miały kosz­mar, żeby osła­bić praw­dziwy cios, który nastąpi za chwilę.

- Vio­let, o czym ty, do cho­lery, mówisz? - spy­tał David i spo­kojna suro­wość jego głosu przy­wró­ciła ją do rze­czy­wi­sto­ści.

- Zamiesz­ka­łam u Wendy - cią­gnęła Vio­let bez­barw­nym gło­sem. Wpa­try­wała się w pod­łogę. - Zaraz po matu­rze wpro­wa­dzi­łam się do Wendy i Milesa w Hyde Park i w stycz­niu uro­dzi­łam dziecko.

Mari­lyn pamię­tała, jak bar­dzo zamar­twiała się o córkę, gdy ta wyje­chała za gra­nicę. Pamię­tała pewną roz­mowę, kiedy zapro­po­no­wała, że odwie­dzi ją w Paryżu. Przy­po­mniała sobie, jak Vio­let się temu sprze­ci­wiła, mówiąc, że potrze­buje czasu, by "zasta­no­wić się nad sobą". Teraz zabrzmiało to tak nie­do­rzecz­nie, że Mari­lyn nie poj­mo­wała, jak mogli jej uwie­rzyć.

Ale, oczy­wi­ście, uwie­rzyli. Vio­let ni­gdy nie dała im powo­dów do nie­po­koju. Wendy od pie­luch była roz­chwiana emo­cjo­nal­nie, a życie obcho­dziło się z nią bez­li­to­śnie. Liza była nie­fra­so­bli­wie zawzięta - od uro­dze­nia - i Mari­lyn zamar­twiała się, ze swo­jego sta­łego miej­sca par­kin­go­wego w samym cen­trum rodziny, gdzie była nie­ustan­nie ude­rzana w bok albo w tył. Tym­cza­sem Grace była wciąż dziec­kiem; na­dal dzwo­niła do nich kilka razy w tygo­dniu, pytała o radę i pro­siła o małe zastrzyki finan­sowe, a w zeszłym tygo­dniu David nawi­go­wał ją przez tele­fon przy zmia­nie worka w odku­rza­czu. Mari­lyn nie­po­ko­iła się o te trzy, ale pra­wie ni­gdy nie mar­twiła się o Vio­let. A to, w jej oczach, było ogrom­nym nie­do­pa­trze­niem, wielką krzywdą dla córki.

- Dla­czego nam nie... - Zasko­czył ją ton wła­snego głosu. - Dla­czego, do licha, nie... Trzeba było nam powie­dzieć, Vio­let, Boże. Ni­gdy bym nie pomy­ślała... To nie ma sensu.

- Został adop­to­wany. My, to zna­czy Wendy i ja, dro­bia­zgowo zadba­ły­śmy o wszystko w tam­tych oko­licz­no­ściach. Adop­to­wała go porządna rodzina i przez kilka lat wszystko było dobrze, do czasu, aż... nie­stety... zgi­nęli. W wypadku samo­cho­do­wym. Wiem, że to brzmi absur­dal­nie. Od tam­tej pory prze­by­wał pod opieką zastęp­czą. Prawdę mówiąc, mieszka w Oak Park... w połu­dnio­wej czę­ści...

- Wielki Boże, Vio­let - powie­dział David cicho, pocie­ra­jąc czoło.

- Wiem, to popa­prane - odparła Vio­let. - I wiem, że to brzmi jak wariac­two.

- Ja tylko nie rozu­miem, czemu nam nie powie­dzia­łaś - stwier­dziła Mari­lyn. - To wła­śnie nie ma dla mnie sensu.

- Choć­bym powta­rzała ze trzy­sta razy, nie sprawi to, że nagle zro­zu­miesz, mamo. - Vio­let spoj­rzała na nich, jakby była zasko­czona samą sobą. - Prze­pra­szam. Nie wiem, co wam powie­dzieć. Nie mam żad­nej dobrej odpo­wie­dzi. Byłam naprawdę bar­dzo młoda i bar­dzo ciężko to wszystko prze­ży­łam. Nie wiem, co jesz­cze mam wam powie­dzieć.

Dwie małe córeczki Mari­lyn, które miesz­kały z nią pod jed­nym dachem, prze­pro­wa­dziły tak nie­wy­obra­żalną akcję, a ona nic nie wyczuła. Co robiła w tam­tym roku? Kupiła sklep żela­zny. Grace poszła do pod­sta­wówki. Życie jak zwy­kle, może tro­chę bar­dziej zwa­rio­wane niż zwy­kle, ale miesz­czące się w gra­ni­cach zwy­czaj­no­ści. Nawy­kła do wariactw.

- A co się teraz stało? - spy­tał David. - Jak go zna­la­złaś?

Vio­let ponow­nie nie mogła spoj­rzeć im w oczy.

- To nie ja. To Wendy. Powie­działa, że tak dla hecy. Poszu­ki­wa­nia gene­alo­giczne.

- Ale jakim cudem...

- Nie wiem, dobra? - odpo­wie­działa Vio­let. - Nie mogę prze­stać o tym myśleć, bo on teraz się poja­wił i nic na to nie mogę pora­dzić.

Wendy. Naj­star­sza córka zawsze obja­wiała się w samym epi­cen­trum wszyst­kich rodzin­nych dra­ma­tów.

- Cho­dzi o to - pod­jęła Vio­let, przy­gry­za­jąc wnę­trze policzka - że to jest tro­chę bar­dziej skom­pli­ko­wane...

- O Boże. - Mari­lyn wes­tchnęła. David wziął ją za rękę.

- Jego rodzina zastęp­cza prze­pro­wa­dza się do Ekwa­doru - cią­gnęła i Mari­lyn znów pra­wie zachi­cho­tała. Czy­ste sza­leń­stwo. - Nor­mal­nie w tej sytu­acji wró­ciłby do domu dziecka, tego, z któ­rego zabrała go Hanna, jego matka zastęp­cza. Poznała go tam, kiedy pra­co­wała jako wolon­ta­riuszka. Ale dała mi do zro­zu­mie­nia, że jeśli powsta­łaby inna moż­li­wość, byłoby to dla niego korzystne...

I w tym momen­cie się roz­pła­kała, wresz­cie oka­zała emo­cje, które paso­wały do wła­śnie prze­ka­za­nych im tre­ści. Mari­lyn poczuła, że jej rów­nież wil­got­nieją oczy.

- Rozu­miem, że mamy tu do czy­nie­nia z książ­ko­wym przy­kła­dem porażki sys­temu. Prze­szedł przez ileś tam domów zastęp­czych, nic strasz­nego, jak sądzę, ale nic na stałe, a potem... Ale to dobry dzie­ciak, bystry. I Hanna mówi, że od kiedy z nimi zamiesz­kał, zro­bił astro­no­miczne postępy. Jest szansa pod­trzy­mać tę ten­den­cję, jeśli prze­nie­sie się do kolej­nego sta­bil­nego śro­do­wi­ska rodzin­nego. A sytu­acja wygląda tak, że... Matt i ja nie sądzimy... Chłopcy są teraz w takim wieku, że nie chcie­li­by­śmy... Tak ogromna nagła zmiana w struk­tu­rze naszej rodziny mogłaby się dla nich oka­zać, z punktu widze­nia roz­wo­jo­wego, nie­wia­ry­god­nie destruk­cyjna.

- No myślę - rzekł David.

Vio­let poczer­wie­niała.

- I pomy­śla­łam, że...

- Oczy­wi­ście, weź­miemy go - rzu­ciła Mari­lyn i zigno­ro­wała prze­szy­wa­jące spoj­rze­nie Davida, ponie­waż sku­piła się na córce i przy­bie­ra­niu naj­bar­dziej prze­ko­nu­ją­cej maski Nie­złom­nej Mamy. David będzie prze­ra­żony na samą myśl o wpusz­cze­niu pod wła­sny dach nowej burzy nasto­let­niego życia w chwili, kiedy wresz­cie udało mu się wyplą­tać z opieki nad pacjen­tami i wycho­wy­wa­nia potom­stwa. Ale to na nią, oczy­wi­ście, spad­nie główny cię­żar, pra­nie ubrań, spraw­dza­nie prac domo­wych, peł­nie­nie funk­cji pry­wat­nego budzika. To ona nie będzie mogła spać z nie­po­koju przed spraw­dzia­nem z che­mii, przed wybo­rem dal­szej ścieżki edu­ka­cyj­nej; to ona zauważy, że wyra­sta z kurtki i zawle­cze go do cen­trum han­dlo­wego, żeby kupić coś, co zakryje mu nad­garstki. Davi­dowi będzie prze­szka­dzać sama jego obec­ność: zeszyty wala­jące się po kuchen­nym stole, ślady zabło­co­nych butów w przed­sionku, rekwi­ro­wa­nie łazienki na parę godzin z mło­dzień­czą lek­ko­myśl­no­ścią; ale wła­ści­wie ni­gdy nie doświad­czył w pełni wycho­wy­wa­nia nasto­latka, podob­nie jak w sumie ni­gdy w pełni nie doświad­czył wycho­wy­wa­nia nasto­latki.

- Oczy­wi­ście, weź­miemy - powie­dział zza jej ple­ców i wszystko się odmie­niło, płyn­nie, ponie­waż to on, oczy­wi­ście, opie­ko­wał się dziew­czyn­kami, to dzięki niemu Wendy na­dal z nimi roz­ma­wia, Vio­let zaszcze­pia w dzie­ciach dobroć dla zwie­rząt, Liza obro­niła dok­to­rat, a Grace zawsze zatrzyma się przy star­szej oso­bie, żeby spy­tać, czy nie potrze­buje pomocy przy nie­sie­niu zaku­pów.

Trzy­krot­nie ści­snęła jego rękę, a on w odpo­wie­dzi trzy­krot­nie ści­snął jej dłoń, jesz­cze moc­niej, w ten spo­sób usta­lili, że znów zostaną rodzi­cami, w naj­bar­dziej nie­wdzięcz­nym okre­sie rodzi­ciel­stwa, pomię­dzy nie­mow­lęcą sło­dy­czą i uro­kli­wo­ścią malut­kiego dziecka a mło­dzień­czym obja­wie­niem wio­dą­cym pro­sto w ponury szlam doro­sło­ści. Oczy­wi­ście, oboje to wie­dzieli. Oczy­wi­ście, przejdą przez to razem, jak zawsze, nawet jeśli to na nią spa­dały kon­kret­niej­sze i mniej przy­jemne zada­nia.

Vio­let wyglą­dała na skrę­po­waną.

- Och, Boże, wy... ja... To... to naprawdę miło z waszej strony, ale...

- Mamy nawet pokój - prze­rwał jej David z roz­pędu. - A ja mam dużo wol­nego czasu, Viol. Sama wiesz, tylko jakieś... dro­bia­zgi.

Poczuła, że serce jej pęka na te jego "dro­bia­zgi", które nie były ofi­cjal­nymi lekar­skimi zaję­ciami, ale pra­cami, które sam sobie na siłę wynaj­dy­wał.

- Ale z pew­no­ścią potra­fimy o niego zadbać, bez względu na to... - dodał.

- Tak wła­ści­wie... to on zamieszka z Wendy - oznaj­miła Vio­let.

Uścisk Davida zelżał, a potem znów się nasi­lił.

- Co masz na myśli, mówiąc, że zamieszka z...

- Jak to "zamieszka z Wendy"? - Mari­lyn prze­rwała mu z ser­cem w oko­licy mig­dał­ków.

- Ma wolny pokój - powie­działa Vio­let. - I dużo czasu...

- Tata prze­szedł na eme­ry­turę - wtrą­ciła Mari­lyn nie­grzecz­nie, zapo­mi­na­jąc o dumie męża. - I dzi­siaj odku­rzał ramy obra­zów, kiedy wró­ci­łam do domu...

- Nie­prawda - obu­rzył się David. - Popra­wia­łem tylko moco­wa­nie za obra­zem...

- Mamy pokój i czas. I z całą pew­no­ścią wię­cej doświad­cze­nia niż Wendy.

- Hej, mała - szep­nął do niej David. Wycią­gnęła rękę z jego dłoni.

- Wendy to twój pierw­szy wybór? - spy­tała. - Przed... Na litość boską, Vio­let, opie­ko­wa­łam się wami wszyst­kimi, dopóki Grace nie poszła do przed­szkola. Ja... chyba nie myślisz, że my...

- Ja tak... z tro­ski - powie­działa Vio­let z bar­dzo czer­woną twa­rzą. - Pomy­śla­łam, że jeste­ście... no wie­cie... wykoń­czeni... że chce­cie odpo­cząć, cie­szyć się sobą...

- Prze­cież pra­cuję na pełny etat - wytknęła jej Mari­lyn, prze­cząc wcze­śniej­szym argu­men­tom. Czy to moż­liwe, że zawsze była tak fatalną pomyłką na fron­cie macie­rzyń­stwa? Czy to moż­liwe, że bli­skość z dziećmi ist­niała wyłącz­nie w jej wyobraźni? Że te bły­sko­tliwe, nie­za­leżne dziew­czyny tak naprawdę nie mają poję­cia, kim jest ich matka, i uwa­żają ją za kobietę, która żyła sobie, lek­ce­wa­żąc wszyst­kie ich lęki?

- Pomy­śla­łam, że wolałby prze­by­wać wię­cej w mie­ście - powie­działa Vio­let.

- Tak, ale River North to nie jest żadne mia­sto, prawda? - rzekł David. Mari­lyn poczuła falę miło­ści. - No i nie do końca sobie poprze­bywa, kiedy kie­rowca Wendy będzie go woził z naj­lep­szej czę­ści mia­sta na naj­ład­niej­sze przed­mie­ście w tej czę­ści Sta­nów...

- A co on na to, że mógłby zamiesz­kać w pobliżu swo­jej szkoły? Z ludźmi, któ­rzy są... któ­rzy potra­fią... któ­rzy zro­zu­mieli, że...

- Wendy to zapro­po­no­wała - odparła bez­rad­nie Vio­let i Mari­lyn przez chwilę poczuła pełne zro­zu­mie­nie dla córki; podob­nie jak ustę­po­wała przed Wendy, kiedy naj­star­sza córka w pewien spe­cy­ficzny spo­sób marsz­czyła brwi i wygi­nała usta. - Mamo, ona naprawdę... Prze­cież wszy­scy wiemy, że Wendy nie czuje się za dobrze, odkąd... Myślę, że nowa osoba w domu może spra­wić, że ina­czej spoj­rzy na świat. - Vio­let sta­now­czo zaci­snęła usta, tak jak cza­sem robił to David. - Wszy­scy uwa­żamy, jak sądzę, że dzieci zmie­niają per­spek­tywę w życiu.

Cóż to była za zagrywka - jak rodzic do rodzica - i to ze strony córki, która kie­dyś zarzu­cała im, że brak dżin­sów z Gapa zaha­muje jej roz­wój spo­łeczny; córki, którą trzy­mała w nosi­dle na pier­siach, kiedy poma­gała Wendy uczyć się cho­dzić.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki