ROZDZIAŁ 3
Biuro Detektywistyczne otworzyłem nie dlatego, że swędziało mnie pod pachami i nie miałem co ze sobą zrobić, ale po to, żeby ochłonąć po zwolnieniu z telewizji i przygotować materiał do nowego filmu. Wyobraziłem sobie, że kolejny serial może wyrastać wprost z moich doświadczeń. Oczywiście innych niż te związane z reportażem o guamie, który o mało nie zrobił ze mnie czubka. Poza tym czułem, że powinienem zrobić coś całkowicie nieprzewidywalnego, coś, co wyrwie mnie z objęć frustracji. Dla widzów nadal byłem sławnym scenarzystą, ale nie miałem pewności, czy dla nowych szefów telewizji będzie to miało jakiekolwiek znaczenie. Producenci zawsze musieli liczyć się z obstrukcją cięższą od lądowania w Normandii. Nadal sporo mogłem, miałem dobrych kolegów, znajomości i nazwisko, ale do pieszczochów losu było mi daleko. No i kupiłem sobie nowe subaru, żeby moja dawna dziewczyna, Sonia Riter, przez pomyłkę do niego wsiadła. Feminizm musiał dostać nauczkę i gotów byłem się poświęcić.
Usadowiłem się w moim wynajętym biurze z mosiężną tabliczką: "Artur Brandt. Prywatny detektyw - były dziennikarz śledczy. Przyjęcia 9.00-17.00" i czekałem. Oczywiście dwa tygodnie wcześniej zamieściłem w kilku dziennikach stosowne ogłoszenie. Jak na razie tłoku nie było, a telefon nie dzwonił. Żywiłem głęboką nadzieję, że interes zacznie się kręcić po wakacjach, we wrześniu.
Moje biuro miało dwa pokoje, kuchnię i niezwykle przyjazną toaletę z widokiem na ogródek. Toaleta była olbrzymia i w dodatku urządzona z takim przepychem, że śmiało mogła stanowić moją wizytówkę. Stare warszawskie budownictwo zadbało o to, żebym poczuł się w centrum miasta, przy ulicy Wspólnej, bardzo komfortowo. W pokoju blisko wejścia znajdowało się biurko dla mojej przyszłej sekretarki, regał i szafki na dokumenty. Dalej, w moim gabinecie, do głosu dochodził już powiew luksusu i dobrego smaku. Klient po wejściu widział otoczenie rasowego detektywa, człowieka, który od urodzenia węszy i uszczęśliwia ludzi: stare biurko, lekko sfatygowany fotel, krzesła ze skórzanymi obiciami, duży stół dla co najmniej dziesięciu osób, żyrandol sprzed wojny, lampkę, regał z książkami po poprzednim właścicielu, spory barek z alkoholem i packę na muchy. Fajne warunki pracy, że tak powiem. Telefon i komputer też były, ale powiedzmy szczerze - pasowały tu jak młoda żona do starego zgreda.
Zadzwoniłem do mamy, bo gotowa była opuścić Stany i najechać mnie z obiadem. Odebrała osobiście, co mogło oznaczać, że przejęła władzę w Białym Domu.
- Jak ci tam jest, mamo? - zapytałem dla przyzwoitości.
- To piękny kraj - usłyszałem w słuchawce. - Ludzie są tutaj mili, a policja szybko reaguje...
- Ktoś cię napadł? - przestraszyłem się.
- Ciągle kogoś napadają, ale tutaj nikt się tym nie przejmuje - podniosła mnie na duchu.
- Słyszałem, że dzieciaki strzelają tam do siebie w szkołach - zagaiłem, przyznaję, dość złośliwie.
- Źle się odżywiają. Ich mózgi inaczej pracują - wyjaśniła mama. Jej komentarz z pewnością mógł kandydować do Nagrody Nobla z biochemii.
- Kiedy wracasz? - zapytałem z duszą na ramieniu.
- Za kilka miesięcy. Maria potrzebuje opieki i nie mogę jej zostawić - odparła mama. - Może chcesz do nas przyjechać?
- Nie mogę - odpowiedziałem. - Muszę pracować... - dodałem mniej przekonująco, ale błyskotliwie. - Zadzwoń do mnie w przyszłym tygodniu. I nie daj się okraść Murzynom.
- Tak nie można mówić. - Mama nagle się ożywiła. - To niepoprawne politycznie.
- Chcesz mi powiedzieć, że określenie "Murzyn" jest niepoprawne? - udałem zaskoczenie. - Przecież język służy do komunikacji, a nie do ozdoby. Mam nadzieję, że nie dałaś się tam ogłupić.
- Opowiem ci, jak wrócę - ucięła mama, ale ja dobrze wiedziałem, że obawiała się podsłuchu. Prawnicza podejrzliwość dawała o sobie znać. - Dbaj o siebie - dodała i rozłączyła się. Nie martw się, mamo, w tych sprawach twój syn zawsze był praktyczny.
Machina ruszyła w pierwszym tygodniu września. Najpierw zacząłem odbierać telefony od różnych wariatów, prawdopodobnie konkurencji, potem od podejrzliwych mężów i żon, w końcu pojawiły się sprawy kryminalne, czyli zbieranie dowodów, podsłuchiwanie i takie tam załatwianie bliźnich aż po grób. Kapitalne ludzkie podejście do życia, powiedzmy szczerze. Kiedy pewnego dnia dotarłem do faceta, który regularnie okradał skarbonkę własnych dzieci, zrozumiałem, że sporo się jeszcze muszę nauczyć. Innym razem natrafiłem na żonę, która zdradzała męża, dyrektora dużego banku, bo nie chciała go fizycznie przemęczać. Zdarzył się też klient, niejaki Zygmunt Tannen, który zamknął się w biurze na dziesiątym piętrze i straszył, że skoczy z okna, jak nie dostanie awansu na kierownika. Był podejrzany o malwersacje i jego szefowie zlecili mi dokładne sprawdzenie gościa. Okazało się jednak, że Tannen nie kradł, nie kombinował, nie działał na szkodę firmy, ale z wielką pieczołowitością hodował w sobie złość, która w końcu eksplodowała. Moja rozmowa z tym panem przeszła do historii negocjacji. Przy okazji otarłem się o więzienie, bo zrobiłem to nielegalnie.
- Dlaczego pan jeszcze nie skoczył? - zapytałem go zza drzwi. Za mną stali prezesi firmy i kilku urzędników o bardzo niskich czołach.
- A kto mówi? - Tannen miał szczebiotliwy głos, o wiele za cienki. Według mnie facet zasługiwał na samobójstwo. Na jego miejscu dawno bym skądś skoczył.
- Prywatny detektyw Artur Brandt - przedstawiłem się. - Przyszedłem tu, żeby załatwić sprawę.
- A gdzie jest policja? - Pytanie zabrzmiało całkiem przytomnie. No właśnie, gdzie jest policja?
- Nie ma. Ja jestem - uspokoiłem gościa na tyle, że wrzasnął:
- Niech pan powie zarządowi, że mają mnie awansować i dać podwyżkę! Inaczej skoczę...
- Zarząd ma pana w dupie - powiedziałem mu szczerą prawdę. - Właśnie składają się na wieniec. Ja wpadłem tylko zapytać, jakie chce pan kwiaty? - skłamałem.
Zapadła cisza. Wyobrażałem sobie, że dojdzie do najgorszego, a tu nagle drzwi się otworzyły i z gabinetu wyjrzał niedoszły samobójca. Chudy, blady, łysawy i w garniturze w sam raz do trumny. Popatrzył na mnie dziwnym wzrokiem, po czym najzwyczajniej na świecie wyszedł ze swojego biura. I tyle go widziałem. Oczywiście honorarium za robotę wziąłem.
Inni klienci mojej agencji umawiali się, przychodzili albo zapominali przyjść, wpłacali zaliczkę albo obiecywali wpłatę, zachowywali się przyzwoicie lub po prostu chcieli się wywrzeszczeć. Niektóre sprawy przyjmowałem, inne odrzucałem, nie bacząc na płacz i zgrzytanie zębów zainteresowanego.
Współpracowałem z dwoma ludźmi - Janem Walewskim, emerytowanym inspektorem policji, i Markiem Borgiem, zwolnionym z policyjnej jednostki antyterrorystycznej, oględnie mówiąc, ze względów psychologicznych. Obaj panowie mieli trudne charaktery, ale garnęli się do roboty jak do jedzenia. Walewski sprawiał wrażenie powolnego i trochę sennego. Rzadko pachniał wodą kolońską, golił się od przypadku do przypadku, przeważnie chodził w zapoconych garniturach i butach kupionych w najtańszym hipermarkecie. Zwierzył się mi, że w komunistycznej Polsce podglądał i przesłuchiwał obywateli. Fakt, mógł to robić dobrze, bo ślepia miał wredne niczym żona po rozwodzie. Dla mnie jednak liczyły się tylko jego kontakty i spryt.
Borg był całkiem inny. Duży, barczysty i umięśniony jak Rambo. Ubierał się sportowo i gdyby nie to, że u mnie pracował, wziąłbym go za boksera z ambicjami. Pojawiał się i znikał w najmniej spodziewanych momentach. Właściwie od początku chodził własnymi drogami, nie pozostawiając mi złudzeń, że albo muszę to zaakceptować, albo go zwolnić. Na szczęście mówił mało i do rzeczy. Poza tym parzył sobie mocną kawę, po której normalni ludzie wymagali przeszczepu serca lub skakali po ścianach. Krótko mówiąc, udali mi się współpracownicy i nie zamieniłbym ich na nikogo innego.
Kiedy w końcu sytuacja finansowa biura unormowała się, a mnie zabolały ręce od odbierania telefonów, postanowiłem przyjąć sekretarkę. Miała być wierna jak pies, mądra jak Einstein, przebiegła jak Machiavelli i ładna jak Salma Hayek.
Casting zaczął się o ósmej rano w środę. Po ośmiu godzinach tłum pod drzwiami zmalał i sąsiedzi w kamienicy przestali mnie przeklinać. Przychodziły panie w różnym wieku, o różnej urodzie i przeróżnych możliwościach intelektualnych. Zdarzały się kolubryny o wadze, dajmy na to, sto pięćdziesiąt kilogramów, przychodziły chwiejące się ze zmęczenia anorektyczki, jakby pomyliły mnie z doktorem Kilderem, prezentowały się matki z dziećmi i absolwentki szkół prywatnych z miejscowości, o których wiedziała tylko książka telefoniczna. Do tego trzeba dodać osoby podstawione, alkoholiczki z okolicznych melin, kilka przechodzonych prostytutek, sporo studentek prawa i polonistyki, a także sekretarki wyrzucone z naprawdę szacownych instytucji.
Zanim rozpocząłem przesłuchania, podszedłem cicho pod drzwi oddzielające mój gabinet od sekretariatu i zacząłem podsłuchiwać kandydatki. Trafiłem na moment, w którym jedna z nich opowiadała o swoich wizytach w salonie fitness.
- Bez maseczki nie wyłażę na ulicę - tokowała panienka. - Potem kopiemy w powietrze i...
- Nigdy nie byłam w takim miejscu - przerwała jej druga, chyba mniej rozgarnięta. Nie zdziwiłem się, bo sam bym wymiękł, gdyby mi ktoś powiedział, że płaci za kopanie w powietrze.
- Gadasz? - Cwana była zaskoczona.
- Naprawdę. - Potwierdzenie zabrzmiało jak czkawka.
- Nie masz kasy? Przygruchaj sobie kogoś i niech za wszystko buli...
- Nie umiałabym tak...
- Boże, słyszycie, dziewczyny? Za nią nikt nie płaci - zawołała ta cwana.
- Widzisz moje włosy? - Zainteresowałem się tą rozmową jeszcze bardziej, bo nie odgadłem, o jakie włosy chodziło. Miałem nadzieję, że nie te tam, szuru-buru. W końcu znajdowaliśmy się w moim sekretariacie.
- No, widzę.
- Mam boba. Fajny?
- Jakiego boba? - odpowiedziała pytaniem ta skromniejsza. Sam byłem w kropce, bo wyobraziłem sobie, że panienka przylazła z chłopakiem, który nazywał się... Bob.
- To fryzura. Nazywa się bob - wyjaśniła ta z fitnessu. - Oj, dziewczyno, daleko to ty nie pojedziesz - podsumowała.
Podsłuchiwałem jeszcze pół godziny, bo mnie wciągnęło. Gdybym nadal pisał scenariusze, miałbym tutaj kopalnię tematów. Poza bobem, dotarło do mnie, za co musiałbym zapłacić, gdybym wpadł w ręce jakiegoś sprytnego chromosomu X. Sam zestaw do pielęgnacji włosów mógł człowieka zamienić w bankomat: szampon, odżywka, lakier, pianka, farba, wosk i żel. A potem zaszumiało mi pod sufitem od rodzajów szminek, cieni do powiek, błyszczyków, pomadek, pudrów, tuszów, lakierów do paznokci, kredek, różów i podkładów. Przerwałem podsłuchiwanie, kiedy dowiedziałem się, że wystarczy wziąć kredyt i to wszystko sobie kupić. Po tym fascynującym odkryciu zdecydowałem się stanąć z kandydatkami oko w oko i przeprowadzić wywiad. Naprawdę potrzebowałem odpoczynku po podsłuchiwaniu.
Jedna z pań tak bardzo chciała u mnie pracować, że nabrałem podejrzeń co do jej motywacji. Wyglądała, owszem, owszem, jak reklama proszku do prania dla przeciętnego obywatela: brzydka twarz, brzydkie ubranie, brzydki makijaż, ale za to mniemanie o sobie, że ho, ho. Miała około trzydziestu lat, blond loczki świeżo po trwałej ondulacji, paznokcie długie na kilometr i buty z czubem jak z westernu. Usiadła przede mną i zademonstrowała sięganie po papierosa. Pokazałem jej ruchem głowy, że tutaj nie palimy. Skrzywiła się, co chyba oznaczało irytację.
- Jakie ma pani wykształcenie? - zapytałem.
- Licencjat z marketingu i zarządzania - odpowiedziała rezolutnie.
- Gdzie pani pracowała?
- W dwudziestu trzech firmach - pochwaliła się, a we mnie serce zamarło. Takie doświadczenie się marnowało. - Jestem naprawdę dobra, szefie - zaczęła mnie tytułować. - Mam oko na wszystko, nie dam się przewalić i zrobię w tym interesie trochę ruchu. Będziemy wysysać frajerów z forsy jak trzeba...
- O jakim interesie pani mówi? - Nie ma co, panienka miała konkretne zainteresowania.
- No o podglądaniu ludzi - wyjaśniła mi, co powinienem robić w mojej agencji. - Wytrzepiemy towarzystwo z kasy, że aż miło, szefie. Nawet nie zipną. - No, no, no, zanosiło się na naprawdę spore zarobki.
- A więc pani uważa, że w agencji detektywistycznej podglądamy ludzi i potem ich szantażujemy, tak?
- A nie? - zdziwiła się bardziej niż ja po zdanej maturze.
Pożegnałem ambitną kandydatkę, ale pozostałe były jeszcze lepsze. Ich wyobrażenie o pracy przypominało operę mydlaną. Coś tam chciały robić, ale tak naprawdę interesowała je tylko pensja, czas pracy i klienci z walizkami pieniędzy. Właściwie powinienem je wszystkie zatrudnić i w ten sposób wyręczyć państwo w walce z bezrobociem.
Po dwóch dniach zmagań z chętnymi paniami wybrałem trzy, z którymi chciałem się ostatecznie rozmówić. Zaprosiłem je na sobotę, miały wchodzić co pół godziny. Trzeba zaznaczyć, że wszystkie były ładne; jak mawiał mój przedwojenny wuj - "w dechę babki". Nic nie mogłem poradzić, że chciało mi się gadać tylko ze zdrowymi towarami. Ten mocny charakter prześladował mnie, od kiedy na koloniach przytuliła mnie do swoich piersi panna Zuzanna. Piersi były duże i gorące jak świeże drożdżówki. I tak mi już zostało, panna Zuzanna załatwiła mnie do końca życia.
To niestety koniec bezpłatnego fragmentu. Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki.