Najważniejsze to przeżyć - Ałbena Grabowska

Kup ebooka

37.90 zł
29.56 zł (19,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

MIRKA

Mary­sia Mazu­równa umarła, bo uką­siła ją żmija. Powie­działa nam o tym stara Macie­jowa i zanio­sła się pła­czem. Macie­jo­wie byli dziad­kami Marysi. Mama i ojciec stali przed sto­dołą i słu­chali z nie­do­wie­rza­niem. Skąd by się u nas wzięła żmija? - pytali zdu­mieni. Jeste­ście pewni, Macie­jowa? Co do mnie, nie byłam zdu­miona. Skoro żmija uką­siła Mary­się, to musiała tam być.

Pod­czas pogrzebu dawało się wyczuć pod­nie­ce­nie, jak zapo­wiedź póź­niej­szych wyda­rzeń. Wieś poże­gnała Mary­się, tego pięk­nego aniołka, który zasnął w Panu, jak mówił ksiądz Witold. Zna­łam dobrze Mary­się. Uparta, pyskata i wszę­dzie jej było pełno, praw­dziwe utra­pie­nie. Na pewno nie była anioł­kiem, a dała­bym sobie rękę uciąć, że po uką­sze­niu wrzesz­czała niczym opę­tana i wcale nie zasnęła w Panu.

Wła­śnie dla­tego umarła, że była nie­grzeczną dziew­czynką. Ukra­dła Ste­fa­nia­kom - oka­zało się potem - kawa­łek boczku, który suszył się u nich w spi­żarni. Ste­fa­niaki dopiero co kupiły gdzieś po kry­jomu kawał świni, bo ich naj­star­sza córka, głu­pia jak but Kryśka, miała wyjść za Romka, kawa­lera z sąsied­niej wsi. I Ste­fa­niak, który zoba­czył Mary­się wycho­dzącą oknem z czymś pod koszulą, poszedł pro­sto do Mazura, który Mary­się zła­pał, sprał na kwa­śne jabłko, a potem zamknął w szo­pie, żeby jesz­cze sobie prze­my­ślała straszny czyn. Tam wła­śnie nie­szczę­sna zakoń­czyła swój ośmio­letni żywot.

Ponoć Mazur wró­cił do szopy, bo zdzi­wiło go, że za drzwiami cisza, a córka nie pró­buje wyjść przez dach. I zna­lazł ją mar­twą, a obok sie­działa, czy też leżała sobie w spo­koju, żmija. Mazur był tak zdu­miony, że pozwo­lił gadowi odpeł­znąć. Wieś musiała mu zatem uwie­rzyć na słowo, cho­ciaż ksiądz Witold i ci, któ­rzy szy­ko­wali Mary­się do pogrzebu, w tym moja matka i ojciec dok­tor, widzieli dwie dziurki na nodze dziew­czynki.

Zasta­na­wia­łam się, czy winą za jej śmierć obar­czą Ste­fa­niaka czy Mazura. A może wszystko skupi się na wino­waj­czyni, która odpeł­zła w las. Nie trzeba było długo cze­kać. Naj­pierw wieś zwró­ciła się prze­ciwko Ste­fa­nia­kowi, który miał boczek. Cóż winne dziecko, pew­nie głodne było, szep­tano. Prze­cież jest bieda. Gło­du­jemy. Ste­fa­niak skąd miał pie­nią­dze na świ­nię. Sam świ­nia. Winny. Potem szepty zaczęły parzyć plecy Mazura, który nie dość, że zbił dziew­czynkę, to jesz­cze zamknął ją w szo­pie. Po co zamy­kał, mówiono, gad tylko cze­kał, żeby zato­pić zęby w szyi dziecka. Winny. Sły­sza­łam te głosy i led­wie powstrzy­my­wa­łam się, aby nie spro­sto­wać, że żmija uką­siła Mary­się w nogę, a nie w szyję.

Wieś podzie­liła się na dwa obozy. Jedni, w tym moi rodzice, trzy­mali z Mazu­rem, który z żalu za jedy­nym dziec­kiem pił na umór i bił swoją babę, matkę Marysi. Mazu­ro­wej nikt nie żało­wał. Pamię­tano, że Mazur wziął ją bez posagu, sie­rotę nie­po­tra­fiącą zli­czyć do trzech, a ta zamiast zdro­wych, pra­co­wi­tych synów dała mu jedną jedyną Mary­się, która dia­bła miała za skórą, cho­ciaż niby to jak umie­rała, zamie­niła się w aniołka. Gdyby mnie ktoś pytał, tobym powie­działa, że to Mazu­rowa była dobra i cicha, pra­co­wała ponad siły i sama była jak anioł, jeśli anioły mogą być takie brzyd­kie i brudne.

Pozo­stali oskar­żali Ste­fa­niaka, któ­remu się dobrze powo­dziło, a wszy­scy wie­dzieli dla­czego. Była zatem oka­zja, aby spra­wić, żeby mu się prze­stało tak powo­dzić. Ste­fa­niak wie­dział, że za boczek, czy też śmierć dziecka, co na jedno wycho­dziło, może zapła­cić wysoką cenę. Posta­no­wił się zatem zabez­pie­czyć przed ludz­kim gnie­wem. Zaczął od tego, że prze­ło­żył wesele Kryśki. Kryśka nie zro­zu­miała, dla­czego "ojciec jej to robią", i wywrza­ski­wała swoje żale, aż Ste­fa­niak sprał ją tak, że sama nie chciała brać ślubu z sinia­kami na rękach i twa­rzy. Przy­szły mąż się za nią nie ujął, co wię­cej, zaraz się obra­ził, że niby Ste­fa­niaki afront mu robią, i po tygo­dniu wziął ślub z panną ze swo­jej wsi, a dwa dni po ślu­bie poszedł po drewno do lasu i tam nastą­pił na minę. Nic z niego nie zostało. Ludzie pomy­śleli, że Pan Bóg jed­nak wini Ste­fa­niaka za nie­szczę­ście Marysi, cho­ciaż jak to On, oka­zał swoje nie­za­do­wo­le­nie w bar­dzo pokrętny spo­sób. Ale nie powin­nam tak mówić, bo to straszny grzech.

I wtedy się zaczęło. W biały dzień ludzie weszli Ste­fa­nia­kowi do sto­doły i zabrali całe ziarno na zasiew. Cho­ciaż Kryśka i Ste­fa­nia­kowa zawo­dziły, to dwóch sil­nych chłopa trzy­mało Ste­fa­niaka, a reszta wyno­siła worki. Potem pod­pa­lili sto­dołę, a ziarno poszli podzie­lić mię­dzy sie­bie. Efekt był mizerny, bo zaraz Mazury ze Ste­fa­niakami uga­sili ogień, a chłopy pokłó­ciły się o ziarno i część poszła na zmar­no­wa­nie. Mazur mruk­nął, że to on powi­nien dostać ziarno, kiedy Ste­fa­niak mu dzię­ko­wał, że on jeden sta­nął w jego obro­nie.

- Bierz! Bierz, bra­cie! - powie­dział mu na to.

Ale Mazur nie wziął, tylko splu­nął i poszedł. Następ­nego tygo­dnia ktoś dopadł w lesie Kryśkę i sobie z nią pouży­wał.

- Głu­pia była, że powie­działa. - Pod­słu­cha­łam roz­mowę rodzi­ców z Maty­sia­kową, która wie­działa o wszyst­kim, co się dzieje we wsi. - Mogła cicho sie­dzieć, toby się nie wydało, że jest zhań­biona.

- Jak miała nie powie­dzieć, kiedy ją baby zakrwa­wioną zna­la­zły? - wyszep­tała gniew­nie mama. - Co im winna Kryśka?

- Prze­cież nie o nią szło. Kryśka płaci za grze­chy ojca.

- Na pewno to były nasze chłopy, a nie Rosja­nie? - dosły­sza­łam głos taty.

- Jakie grze­chy, kiedy Mary­sia ukra­dła boczek! - W tej samej chwili mama ude­rzyła gniew­nie szmatą o stół. Robiła tak zawsze, kiedy się zło­ściła, cho­ciaż przy­znać trzeba, że zło­ściła się nie­zwy­kle rzadko. - Pan Bóg by ją sądził, a tak Mazur zamknął w szo­pie.

- I co, Mazura wina? - Tato stu­kał pal­cami po stole.

- Mazura wina, Ste­fa­niaka wina, żmii wina - burk­nęła Maty­sia­kowa. - Pan Bóg tak chciał. To wam powiem.

I zaraz zaczęła mówić, że gdyby nie to, co się dzieje dokoła, toby żmii nie było, a byłby Pan Bóg. No nie wiem.

- A ja wam powiem, pani Maty­sia­kowa, że to wcale nie tak... - ode­zwał się tato, ale dalej nie dosły­sza­łam, bo musia­łam odejść od drzwi.

Pan Bóg chciał wyraź­nie, żeby Ste­fa­niak zamie­nił się w Hioba, biblij­nego nie­szczę­śnika, o któ­rym opo­wia­dał nam, dzie­cia­kom, ksiądz Witold. Ta opo­wieść zro­biła na mnie na tyle duże wra­że­nie, że zachwiała moją wiarą. Cho­ciaż nie mówi­łam tego gło­śno, już dużo wcze­śniej prze­sta­łam wie­rzyć, że Bóg jest dobry, wystar­czyło tylko rozej­rzeć się dokoła, żeby nie mieć żad­nych wąt­pli­wo­ści. Po opo­wie­ści o Hio­bie prze­sta­łam jed­nak wie­rzyć w mądrość Boga. Skoro Bóg zacho­wuje się jak chłopy z naszej wsi, to nie może być mądry. I po raz pierw­szy pomy­śla­łam, że skoro Bóg nie jest ani mądry, ani dobry, to może po pro­stu w ogóle go nie ma. Bo zabrał też Ste­fa­niakową, która na wieść o nie­szczę­ściu córki udała się do jed­nego z gwał­ci­cieli - Jaśka Wygódki. Powie­działa mu, że ona nija­kiej pre­ten­sji nie ma i żeby Jasiek oże­nił się z Kryśką. Na dowód dobrych inten­cji przy­nio­sła chleb. Jasiek Wygódka Ste­fa­niakową wyśmiał, ale chleb wziął. I zjadł. A potem padł, bo była w nim trutka na szczury. Razem z Jaś­kiem życie oddali jego brat Jędrek i ojciec Marek, któ­rzy także zje­dli chleb, śmie­jąc się z głu­piej Kryśki i jej sta­rej, brud­nej matki. Potem Ste­fa­niakowa poszła do dru­giego wino­wajcy i tam już nie powta­rzała sprawy z chle­bem nadzie­wa­nym tru­ci­zną, tylko wyjęła nóż spod spód­nicy i zato­piła go w szyi Tadka Konopki, który umie­ra­jąc, ponoć spy­tał głu­pio:

- Za co?

Nie wiem, czy Ste­fa­nia­kowa mu odpo­wie­działa. Wie­dząc, że jej los jest prze­są­dzony, wró­ciła do sie­bie i usia­dła na ławce przed domem, naka­zaw­szy Kry­śce, żeby nie wyściu­biała nosa z cha­łupy. Pro­sto w pierś dźgnął Ste­fa­nia­kową widłami Leluk, młod­szy brat Tadka Konopki. Ksiądz Witold miał zatem pięć ciał do pocho­wa­nia i lek­ko­myśl­nie posta­no­wił pogrze­bać je jed­nego dnia, przy oka­zji dając ludziom ze wsi kaza­nie na temat tego, czym jest bez­sen­sowna zemsta. Ludzie nie zro­zu­mieli jego słów albo nie chcieli zro­zu­mieć, bo rzu­cili się do wymie­rza­nia spra­wie­dli­wo­ści zaraz pod kościo­łem, cho­ciaż ksiądz krzy­czał, że ich wszyst­kich pochło­nie ogień pie­kielny.

Nie wia­domo, co by się stało, bo Bar­tek Wojt­ków już zamie­rzał się na księ­dza, kiedy Ste­fa­niak posta­no­wił zakoń­czyć sprawę. Wycią­gnął sznur i zagro­ził, że się powiesi. Nie żeby ktoś się tym prze­jął, ale każdy chciał zoba­czyć, czy dotrzyma obiet­nicy, to po pierw­sze, a po dru­gie, czy nie trzeba będzie mu w tym pomóc. Pomóc naj­bar­dziej chciał Mazur, który sobie przy­po­mniał o Marysi i o tym, że coś powi­nien ugrać na śmierci Ste­fa­niaka. Mazu­rowa go wpraw­dzie odcią­gała i wzy­wała do opa­mię­ta­nia, ale jej nie słu­chał. Wal­nął żonę w głowę i kazał wra­cać do domu i drzwi zamknąć. Na krótko cała nie­mal wieś, wyjąw­szy księ­dza Witolda, moich rodzi­ców oraz mnie, zjed­no­czyła się w zamia­rze wspól­nego wymie­rze­nia dziw­nej spra­wie­dli­wo­ści, jaką w ich mnie­ma­niu byłoby powie­sze­nie Ste­fa­niaka. I pew­nie by to nastą­piło, cho­ciaż Ste­fa­niak się wahał, ale od strony wsi nad­biegł Wicek, chło­pak Fary­nów, wiej­ski głu­pek.

- Wojna się skoń­czyła. Hitler kaput! - wrza­snął.

* * *

Cała rodzina Danusi prze­żyła. Kiedy wró­ci­li­śmy do War­szawy, rodzice, uszczę­śli­wieni, że nasza kamie­nica na Mar­szał­kow­skiej wciąż stoi, zabrali się do sprzą­ta­nia i rato­wa­nia tego, co zostało, przy czym zostało bar­dzo nie­wiele. Ja pobie­głam szu­kać mojej naj­lep­szej przy­ja­ciółki. War­szawa wyglą­dała jak jedno wiel­kie cmen­ta­rzy­sko. Nie żyli ludzie, nie żyły domy, nie żyły drzewa. Kiedy mija­łam mogiły, zamiast szu­kać zna­jo­mych nazwisk, zamy­ka­łam oczy. Nie chcia­łam czy­tać tych imion, nie chcia­łam wie­dzieć. Przy­naj­mniej na początku.

Sie­działa w kucki przy studni na Hożej i dłu­bała paty­kiem w skrawku gołej ziemi. Aż mi się słabo zro­biło z rado­ści na jej widok.

- Mirka - powie­działa, ale wcale nie wyglą­dała na zdzi­wioną, jakby to, że i ja żyję, było czymś oczy­wi­stym.

- Co robisz? - Przy­cup­nę­łam obok niej.

- Szu­kam skarbu - wyja­śniła poważ­nie. - Zako­pa­łam przed powsta­niem.

To była nasza ulu­biona zabawa. Wystar­czyło wyko­pać płytką dziurę w ziemi i poło­żyć w niej kora­liki, kwiatki, liście. Przy­kry­wało się wszystko szkłem. Tak można było bez końca skarb zako­py­wać, odko­py­wać i cie­szyć nim oczy.

- Zna­la­złaś? - spy­ta­łam.

Pokrę­ciła głową.

- Ktoś wyko­pał. - Wes­tchnęła. - Pew­nie gdy chcieli jakie­goś trupa zagrze­bać.

- Coś ty, głu­pia - zapro­te­sto­wa­łam. - Tru­pów się nie grze­bie przy stud­niach.

- Sama jesteś głu­pia. - Danu­sia wzru­szyła ramio­nami. - To nie jest stud­nia, tylko pompa.

- Na jedno wycho­dzi - upie­ra­łam się. - Przy wodzie nie wolno.

Wstała i otrze­pała spód­niczkę.

- Kiedy wró­ci­łaś? - prze­szła do kon­kre­tów.

- Rano - odpo­wie­dzia­łam. - Wszy­scy twoi żyją?

- No - stwier­dziła lek­kim tonem. - Alek w oflagu, ale pisał, że wraca. Mama pisała do Tere­ski, żeby się nie mar­twiła.

Alek był star­szym bra­tem Danusi. Wal­czył w Sza­rych Sze­re­gach i poszedł do powsta­nia. Kochał się w mojej sio­strze Tere­sce. A ona w nim. Nic nam nie mówiła, małpa jedna, cho­ciaż musiała wie­dzieć, że wszy­scy Fran­koń­scy prze­żyli.

- Czemu w oflagu? - spy­ta­łam.

- No, po powsta­niu... - Danu­sia wzru­szyła ramio­nami, ale potem popa­trzyła na mnie jakoś tak krzywo i powie­działa: - Tych, któ­rzy prze­żyli powsta­nie, zacią­gnęli do Prusz­kowa. Dużo osób wywieźli do obo­zów, tych, któ­rzy wal­czyli, żoł­nie­rzy zna­czy, do oflagu. Alek tra­fił gdzieś w głąb Rze­szy, ale pisał stam­tąd i mówił, że bar­dzo dobrze ich trak­tują. Stu­dio­wał tam nawet. Inży­nie­rię.

To było coś. Alek, nie dość, że piękny jak marze­nie, odważny jak grecki heros, to jesz­cze inży­nier. Tere­ska jest szczę­ściarą.

- Nie było was, to nie wiesz - Danu­sia dodała pogar­dli­wie.

Nie moja wina, że musie­li­śmy ucie­kać z War­szawy, bo mama i ojciec dzia­łali w kon­spi­ra­cji. Mama, przed­wo­jenna nauczy­cielka, pro­wa­dziła tajne kom­plety, ojciec był leka­rzem. Pamię­tam, jak w kuchni wycią­gał jed­nemu chło­pa­kowi z ręki odłamki poci­sku, a mnie i Tere­sce kazał mocno go trzy­mać. Chło­pak wył i się rzu­cał, bo tak go bolało. Potem leżał u nas w domu, a ja poiłam go wodą, pod­czas gdy Tere­ska ście­rała z pod­łogi w kuchni zakrze­płą krew. Wszy­scy mi powta­rzali od rana do wie­czora, żebym nikomu nic nie mówiła, nawet w naj­więk­szej tajem­nicy, jak­bym była jakaś głu­pia i nic nie rozu­miała. Oczy­wi­ście, że nic bym nie pisnęła, nawet na mękach.

Rodzice pew­nie poszliby do powsta­nia, ale na szczę­ście dla nas wszyst­kich, naj­bar­dziej dla Tere­ski, ktoś nas wsy­pał jesz­cze w marcu i zro­bili nam kocioł. Nikogo aku­rat nie było w miesz­ka­niu. Ja sie­dzia­łam u Danusi, Tere­ska wybrała się na spa­cer z Alkiem, ojciec był w szpi­talu, w pracy, a mama już nie pamię­tam gdzie. To matka Danusi uprze­dziła nas, że w miesz­ka­niu są Niemcy. Zoba­czyła ich, jak wcho­dzili od tyłu i zacza­ili się na nas. Ja pobie­głam po ojca do szpi­tala, Danu­sia w Łazien­kach odna­la­zła Tere­skę i Alka, a jej mama tak długo krą­żyła po ulicy, aż dostrze­gła, jak moja wraca, i uprze­dziła ją o akcji Niem­ców. Nie poszli­śmy już do domu. Jak sta­li­śmy, poje­cha­li­śmy na wieś, do Babci Hra­biny.

Bab­cia Hra­bina nie była moją bab­cią. Moja bab­cia zgi­nęła zaraz na początku wojny, w pierw­szych dniach wrze­śnia. Szła wiej­ską drogą razem z innymi ludźmi, gdy nad­le­ciał mes­ser­sch­mitt. Ją i jesz­cze kil­ka­na­ście osób zastrze­lili z tego samo­lotu, z kara­binu. Nie wie­dzie­li­śmy, że tak można. Potem zaczęli bom­bar­do­wać War­szawę i to tak, że ojciec miał pełne ręce roboty w szpi­talu - pra­wie stam­tąd nie wycho­dził. I kiedy Niemcy zaczęli nas bom­bar­do­wać, a bab­cia zgi­nęła, ojciec stwier­dził, że to jest jakieś nie­po­ro­zu­mie­nie ta cała wojna i naj­le­piej ją prze­cze­kać, bo zaraz się skoń­czy. Tak się wyra­ził:

- To jest jakieś jedno wiel­kie nie­po­ro­zu­mie­nie. Hitler chce coś osią­gnąć, a jak osią­gnie, wróci do sie­bie.

- Jedyna nadzieja w Anglii i Fran­cji - mówiła mama, która chyba nie wie­rzyła w to nie­po­ro­zu­mie­nie. Wolała wie­rzyć w zachod­nie mocar­stwa, które mogły Hitlera poko­nać w kilka dni, ale jakoś się nie zło­żyło.

W ramach tego prze­cze­ka­nia ojciec wysłał nas na wieś, do domu pań­stwa Grze­go­rzew­skich, herbu jakie­goś tam, któ­rzy przed wojną zatrud­niali moją bab­cię jako gospo­dy­nię. Porządna rodzina. Od razu nas przy­jęli. Dali nam do dys­po­zy­cji domek ogrod­nika i cze­ka­li­śmy, aż "wszystko się skoń­czy". Cze­ka­li­śmy tak do wio­sny 1940, a potem wró­ci­li­śmy do War­szawy. Wojna trwała w naj­lep­sze. Szkoły nie było. Tere­ska od razu poszła do har­cer­stwa, koń­czyła kursy pierw­szej pomocy, a mama zaczęła po kry­jomu uczyć pol­skiego swoją dawną klasę. Tato pra­co­wał w Szpi­talu Dzie­ciątka Jezus. Wszystko się udało. Kiedy znów poje­cha­li­śmy na wieś, przed powsta­niem, pra­wie cała rodzina Grze­go­rzew­skich nie żyła, a w ich dwo­rze miesz­kali Niemcy. Bab­cia Hra­bina sie­działa w domku ogrod­nika i umie­rała z głodu, bo ludzie ze wsi doj­rzeli świetną oka­zję, aby "znie­na­wi­dzo­nemu pań­stwu" poka­zać, gdzie jego miej­sce. Wszystko jej zabrali, bo tak się zło­żyło, że niczego nie scho­wała. Ani biżu­te­rii, ani pie­nię­dzy. To był roz­bój w biały dzień, tyle że nie było się komu poskar­żyć. Jak nas zoba­czyła, to aż się popła­kała z rado­ści, i tak zamiesz­kaliśmy z nią w dwóch izbach. Mama i ojciec natych­miast się Bab­cią Hra­biną zajęli, a wieś szep­tała, że jak­by­śmy byli mądrzy, toby­śmy pocze­kali, aż umrze, i mają­tek prze­jęli. Wie­śniacy niby życz­liwi, ale w łyżce wody by uto­pili. Niektó­rzy byli jed­nak porządni, cho­ciażby taka Maty­sia­kowa. Jak Niemcy się dowie­dzieli, że się do Babci Hra­biny spro­wa­dzi­li­śmy, to bar­dzo się inte­re­so­wali, kto my jeste­śmy i skąd się aku­rat tu wzię­li­śmy. Rodzice byli w stra­chu, że zamiast pod murem w War­sza­wie zastrzelą nas w lesie i w dole pocho­wają. I Maty­sia­kowa pomo­gła, choć chyba liczyła na to, że po woj­nie Bab­cia Hra­bina odzy­ska dwór i my się tam wpro­wa­dzimy, a i jej coś skap­nie. Niby jak mie­li­by­śmy prze­jąć, skoro nic nie było nasze. Ale babinę żeśmy odra­to­wali i jesz­cze żywili, bo gro­sza przy duszy nie miała, mimo że hra­bina. Moja rodzina nie była mądra w takim sen­sie, w jakim poj­mo­wała to wieś. Tato leczył za darmo, gdy widział, że nie mają czym zapła­cić. Mama na szczę­ście nie uczyła wiej­skich dzie­cia­ków, bo uznali z tatą, że zawsze we wsi może się zna­leźć ktoś, kto na nich donie­sie. Całe dnie tyrała jed­nak w polu Maty­sia­ko­wej, a potem nawet u innych, zależy, kto zapła­cił. Głów­nie ja jej poma­ga­łam, bo Tere­ska była w takiej roz­pa­czy, że musiała z War­szawy wyje­chać, zosta­wić Alka i wszyst­kie kole­żanki z kon­spi­ra­cji, że nie nada­wała się do niczego. A już kiedy powsta­nie wybu­chło, trzeba ją było w szo­pie zamknąć jak nie­szczę­sną Mary­się i pil­no­wać, żeby nie ucie­kła i nie poszła wal­czyć. I tak docze­ka­li­śmy końca wojny, a potem wró­ci­li­śmy do tych ruin, które były naszym domem. Bab­cia Hra­bina, którą zdą­ży­li­śmy polu­bić, a nawet poko­chać, poje­chała z nami. Nie mogła zostać we wsi. Nie wie­dzia­łam dla­czego, ale wyjeż­dża­li­śmy stam­tąd po nocy, w pośpie­chu, więc powód musiał być poważny. Sły­sza­łam tylko, jak mama pła­kała, a ojciec powta­rzał, że musimy jechać, bo nie ma na co cze­kać. Bab­cia Hra­bina też pła­kała i mówiła, że Rosja­nie wrócą. I że to zwie­rzęta.

- Kara­sie zgi­nęły - powie­działa nagle Danu­sia, prze­ry­wa­jąc moje myśli. - I Iwonka. Kryśka Pogrą­żanka i Janka od Olsza­ków. Franka Bana­siówna i Felek Potocki. I Ste­fan. Z naszej klasy zosta­ły­śmy tylko my i Amelka z Tad­kiem. I nikt wię­cej.

Serce zatrze­po­tało mi w piersi. Ste­fan Zamie­niecki zgi­nął. Nie, tylko nie on.

- Skąd wiesz? - spy­ta­łam z gar­dłem ści­śnię­tym żalem. - Skąd wiesz, że Ste­fan?

Znów wzru­szyła ramio­nami.

- Nie ma go - odpo­wie­działa.

Danu­sia już taka była. Wojna, nie wojna, nic nie było w sta­nie wypro­wa­dzić jej z rów­no­wagi ani wywo­łać w niej uczu­cia żalu czy rado­ści.

- Ale kiedy? I gdzie zgi­nął?

- Pod koniec powsta­nia. Ktoś widział, jak wcho­dził do kana­łów, a potem Niemcy ich dopa­dli i roz­strze­lali wszyst­kich.

Roz­pła­ka­łam się. Tylko nie Ste­fan, nie ten piękny, mądry chło­pak, który umiał strze­lać, zdo­by­wał szczyty Tatr i niczego się nie bał. Nie mój uko­chany przy­ja­ciel.

- Prze­stań się mazać, Mirka - burk­nęła Danu­sia. - Trzeba żyć dalej.

Łatwo powie­dzieć, trud­niej zro­bić. I jakie to życie bez nich wszyst­kich? Bez Ste­fana.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki