MIRKA
Marysia Mazurówna umarła, bo ukąsiła ją
żmija. Powiedziała nam o tym stara Maciejowa i zaniosła się płaczem.
Maciejowie byli dziadkami Marysi. Mama i ojciec stali przed stodołą i słuchali z niedowierzaniem. Skąd by się u nas wzięła żmija? - pytali
zdumieni. Jesteście pewni, Maciejowa? Co do mnie, nie byłam zdumiona.
Skoro żmija ukąsiła Marysię, to musiała tam być.
Podczas pogrzebu dawało się wyczuć podniecenie, jak zapowiedź
późniejszych wydarzeń. Wieś pożegnała Marysię, tego pięknego aniołka,
który zasnął w Panu, jak mówił ksiądz Witold. Znałam dobrze Marysię.
Uparta, pyskata i wszędzie jej było pełno, prawdziwe utrapienie. Na
pewno nie była aniołkiem, a dałabym sobie rękę uciąć, że po ukąszeniu
wrzeszczała niczym opętana i wcale nie zasnęła w Panu.
Właśnie dlatego umarła, że była niegrzeczną dziewczynką. Ukradła
Stefaniakom - okazało się potem - kawałek boczku, który suszył się u nich w spiżarni. Stefaniaki dopiero co kupiły gdzieś po kryjomu kawał
świni, bo ich najstarsza córka, głupia jak but Kryśka, miała wyjść za
Romka, kawalera z sąsiedniej wsi. I Stefaniak, który zobaczył Marysię
wychodzącą oknem z czymś pod koszulą, poszedł prosto do Mazura, który
Marysię złapał, sprał na kwaśne jabłko, a potem zamknął w szopie, żeby
jeszcze sobie przemyślała straszny czyn. Tam właśnie nieszczęsna
zakończyła swój ośmioletni żywot.
Ponoć Mazur wrócił do szopy, bo zdziwiło go, że za drzwiami cisza, a córka nie próbuje wyjść przez dach. I znalazł ją martwą, a obok
siedziała, czy też leżała sobie w spokoju, żmija. Mazur był tak
zdumiony, że pozwolił gadowi odpełznąć. Wieś musiała mu zatem uwierzyć
na słowo, chociaż ksiądz Witold i ci, którzy szykowali Marysię do
pogrzebu, w tym moja matka i ojciec doktor, widzieli dwie dziurki na
nodze dziewczynki.
Zastanawiałam się, czy winą za jej śmierć obarczą Stefaniaka czy Mazura.
A może wszystko skupi się na winowajczyni, która odpełzła w las. Nie
trzeba było długo czekać. Najpierw wieś zwróciła się przeciwko
Stefaniakowi, który miał boczek. Cóż winne dziecko, pewnie głodne było,
szeptano. Przecież jest bieda. Głodujemy. Stefaniak skąd miał pieniądze
na świnię. Sam świnia. Winny. Potem szepty zaczęły parzyć plecy Mazura,
który nie dość, że zbił dziewczynkę, to jeszcze zamknął ją w szopie. Po
co zamykał, mówiono, gad tylko czekał, żeby zatopić zęby w szyi dziecka.
Winny. Słyszałam te głosy i ledwie powstrzymywałam się, aby nie
sprostować, że żmija ukąsiła Marysię w nogę, a nie w szyję.
Wieś podzieliła się na dwa obozy. Jedni, w tym moi rodzice, trzymali z Mazurem, który z żalu za jedynym dzieckiem pił na umór i bił swoją babę,
matkę Marysi. Mazurowej nikt nie żałował. Pamiętano, że Mazur wziął ją
bez posagu, sierotę niepotrafiącą zliczyć do trzech, a ta zamiast
zdrowych, pracowitych synów dała mu jedną jedyną Marysię, która diabła
miała za skórą, chociaż niby to jak umierała, zamieniła się w aniołka.
Gdyby mnie ktoś pytał, tobym powiedziała, że to Mazurowa była dobra i cicha, pracowała ponad siły i sama była jak anioł, jeśli anioły mogą być
takie brzydkie i brudne.
Pozostali oskarżali Stefaniaka, któremu się dobrze powodziło, a wszyscy
wiedzieli dlaczego. Była zatem okazja, aby sprawić, żeby mu się
przestało tak powodzić. Stefaniak wiedział, że za boczek, czy też śmierć
dziecka, co na jedno wychodziło, może zapłacić wysoką cenę. Postanowił
się zatem zabezpieczyć przed ludzkim gniewem. Zaczął od tego, że
przełożył wesele Kryśki. Kryśka nie zrozumiała, dlaczego "ojciec jej to
robią", i wywrzaskiwała swoje żale, aż Stefaniak sprał ją tak, że sama
nie chciała brać ślubu z siniakami na rękach i twarzy. Przyszły mąż się
za nią nie ujął, co więcej, zaraz się obraził, że niby Stefaniaki afront
mu robią, i po tygodniu wziął ślub z panną ze swojej wsi, a dwa dni po
ślubie poszedł po drewno do lasu i tam nastąpił na minę. Nic z niego nie
zostało. Ludzie pomyśleli, że Pan Bóg jednak wini Stefaniaka za
nieszczęście Marysi, chociaż jak to On, okazał swoje niezadowolenie w bardzo pokrętny sposób. Ale nie powinnam tak mówić, bo to straszny
grzech.
I wtedy się zaczęło. W biały dzień ludzie weszli Stefaniakowi do stodoły
i zabrali całe ziarno na zasiew. Chociaż Kryśka i Stefaniakowa
zawodziły, to dwóch silnych chłopa trzymało Stefaniaka, a reszta
wynosiła worki. Potem podpalili stodołę, a ziarno poszli podzielić
między siebie. Efekt był mizerny, bo zaraz Mazury ze Stefaniakami
ugasili ogień, a chłopy pokłóciły się o ziarno i część poszła na
zmarnowanie. Mazur mruknął, że to on powinien dostać ziarno, kiedy
Stefaniak mu dziękował, że on jeden stanął w jego obronie.
- Bierz! Bierz, bracie! - powiedział mu na to.
Ale Mazur nie wziął, tylko splunął i poszedł. Następnego tygodnia ktoś
dopadł w lesie Kryśkę i sobie z nią poużywał.
- Głupia była, że powiedziała. - Podsłuchałam rozmowę rodziców z Matysiakową, która wiedziała o wszystkim, co się dzieje we wsi. - Mogła
cicho siedzieć, toby się nie wydało, że jest zhańbiona.
- Jak miała nie powiedzieć, kiedy ją baby zakrwawioną znalazły? -
wyszeptała gniewnie mama. - Co im winna Kryśka?
- Przecież nie o nią szło. Kryśka płaci za grzechy ojca.
- Na pewno to były nasze chłopy, a nie Rosjanie? - dosłyszałam głos
taty.
- Jakie grzechy, kiedy Marysia ukradła boczek! - W tej samej chwili mama
uderzyła gniewnie szmatą o stół. Robiła tak zawsze, kiedy się złościła,
chociaż przyznać trzeba, że złościła się niezwykle rzadko. - Pan Bóg by
ją sądził, a tak Mazur zamknął w szopie.
- I co, Mazura wina? - Tato stukał palcami po stole.
- Mazura wina, Stefaniaka wina, żmii wina - burknęła Matysiakowa. - Pan
Bóg tak chciał. To wam powiem.
I zaraz zaczęła mówić, że gdyby nie to, co się dzieje dokoła, toby żmii
nie było, a byłby Pan Bóg. No nie wiem.
- A ja wam powiem, pani Matysiakowa, że to wcale nie tak... - odezwał się
tato, ale dalej nie dosłyszałam, bo musiałam odejść od drzwi.
Pan Bóg chciał wyraźnie, żeby Stefaniak zamienił się w Hioba, biblijnego
nieszczęśnika, o którym opowiadał nam, dzieciakom, ksiądz Witold. Ta
opowieść zrobiła na mnie na tyle duże wrażenie, że zachwiała moją wiarą.
Chociaż nie mówiłam tego głośno, już dużo wcześniej przestałam wierzyć,
że Bóg jest dobry, wystarczyło tylko rozejrzeć się dokoła, żeby nie mieć
żadnych wątpliwości. Po opowieści o Hiobie przestałam jednak wierzyć w mądrość Boga. Skoro Bóg zachowuje się jak chłopy z naszej wsi, to nie
może być mądry. I po raz pierwszy pomyślałam, że skoro Bóg nie jest ani
mądry, ani dobry, to może po prostu w ogóle go nie ma. Bo zabrał też
Stefaniakową, która na wieść o nieszczęściu córki udała się do jednego z gwałcicieli - Jaśka Wygódki. Powiedziała mu, że ona nijakiej pretensji
nie ma i żeby Jasiek ożenił się z Kryśką. Na dowód dobrych intencji
przyniosła chleb. Jasiek Wygódka Stefaniakową wyśmiał, ale chleb wziął.
I zjadł. A potem padł, bo była w nim trutka na szczury. Razem z Jaśkiem
życie oddali jego brat Jędrek i ojciec Marek, którzy także zjedli chleb,
śmiejąc się z głupiej Kryśki i jej starej, brudnej matki. Potem
Stefaniakowa poszła do drugiego winowajcy i tam już nie powtarzała
sprawy z chlebem nadziewanym trucizną, tylko wyjęła nóż spod spódnicy i zatopiła go w szyi Tadka Konopki, który umierając, ponoć spytał głupio:
- Za co?
Nie wiem, czy Stefaniakowa mu odpowiedziała. Wiedząc, że jej los jest
przesądzony, wróciła do siebie i usiadła na ławce przed domem,
nakazawszy Kryśce, żeby nie wyściubiała nosa z chałupy. Prosto w pierś
dźgnął Stefaniakową widłami Leluk, młodszy brat Tadka Konopki. Ksiądz
Witold miał zatem pięć ciał do pochowania i lekkomyślnie postanowił
pogrzebać je jednego dnia, przy okazji dając ludziom ze wsi kazanie na
temat tego, czym jest bezsensowna zemsta. Ludzie nie zrozumieli jego
słów albo nie chcieli zrozumieć, bo rzucili się do wymierzania
sprawiedliwości zaraz pod kościołem, chociaż ksiądz krzyczał, że ich
wszystkich pochłonie ogień piekielny.
Nie wiadomo, co by się stało, bo Bartek Wojtków już zamierzał się na
księdza, kiedy Stefaniak postanowił zakończyć sprawę. Wyciągnął sznur i zagroził, że się powiesi. Nie żeby ktoś się tym przejął, ale każdy
chciał zobaczyć, czy dotrzyma obietnicy, to po pierwsze, a po drugie,
czy nie trzeba będzie mu w tym pomóc. Pomóc najbardziej chciał Mazur,
który sobie przypomniał o Marysi i o tym, że coś powinien ugrać na
śmierci Stefaniaka. Mazurowa go wprawdzie odciągała i wzywała do
opamiętania, ale jej nie słuchał. Walnął żonę w głowę i kazał wracać do
domu i drzwi zamknąć. Na krótko cała niemal wieś, wyjąwszy księdza
Witolda, moich rodziców oraz mnie, zjednoczyła się w zamiarze wspólnego
wymierzenia dziwnej sprawiedliwości, jaką w ich mniemaniu byłoby
powieszenie Stefaniaka. I pewnie by to nastąpiło, chociaż Stefaniak się
wahał, ale od strony wsi nadbiegł Wicek, chłopak Farynów, wiejski
głupek.
- Wojna się skończyła. Hitler kaput! - wrzasnął.
* * *
Cała rodzina Danusi przeżyła. Kiedy wróciliśmy do Warszawy, rodzice,
uszczęśliwieni, że nasza kamienica na Marszałkowskiej wciąż stoi,
zabrali się do sprzątania i ratowania tego, co zostało, przy czym
zostało bardzo niewiele. Ja pobiegłam szukać mojej najlepszej
przyjaciółki. Warszawa wyglądała jak jedno wielkie cmentarzysko. Nie
żyli ludzie, nie żyły domy, nie żyły drzewa. Kiedy mijałam mogiły,
zamiast szukać znajomych nazwisk, zamykałam oczy. Nie chciałam czytać
tych imion, nie chciałam wiedzieć. Przynajmniej na początku.
Siedziała w kucki przy studni na Hożej i dłubała patykiem w skrawku
gołej ziemi. Aż mi się słabo zrobiło z radości na jej widok.
- Mirka - powiedziała, ale wcale nie wyglądała na zdziwioną, jakby to,
że i ja żyję, było czymś oczywistym.
- Co robisz? - Przycupnęłam obok niej.
- Szukam skarbu - wyjaśniła poważnie. - Zakopałam przed powstaniem.
To była nasza ulubiona zabawa. Wystarczyło wykopać płytką dziurę w ziemi
i położyć w niej koraliki, kwiatki, liście. Przykrywało się wszystko
szkłem. Tak można było bez końca skarb zakopywać, odkopywać i cieszyć
nim oczy.
- Znalazłaś? - spytałam.
Pokręciła głową.
- Ktoś wykopał. - Westchnęła. - Pewnie gdy chcieli jakiegoś trupa
zagrzebać.
- Coś ty, głupia - zaprotestowałam. - Trupów się nie grzebie przy
studniach.
- Sama jesteś głupia. - Danusia wzruszyła ramionami. - To nie jest
studnia, tylko pompa.
- Na jedno wychodzi - upierałam się. - Przy wodzie nie wolno.
Wstała i otrzepała spódniczkę.
- Kiedy wróciłaś? - przeszła do konkretów.
- Rano - odpowiedziałam. - Wszyscy twoi żyją?
- No - stwierdziła lekkim tonem. - Alek w oflagu, ale pisał, że wraca.
Mama pisała do Tereski, żeby się nie martwiła.
Alek był starszym bratem Danusi. Walczył w Szarych Szeregach i poszedł
do powstania. Kochał się w mojej siostrze Teresce. A ona w nim. Nic nam
nie mówiła, małpa jedna, chociaż musiała wiedzieć, że wszyscy Frankońscy
przeżyli.
- Czemu w oflagu? - spytałam.
- No, po powstaniu... - Danusia wzruszyła ramionami, ale potem popatrzyła
na mnie jakoś tak krzywo i powiedziała: - Tych, którzy przeżyli
powstanie, zaciągnęli do Pruszkowa. Dużo osób wywieźli do obozów, tych,
którzy walczyli, żołnierzy znaczy, do oflagu. Alek trafił gdzieś w głąb
Rzeszy, ale pisał stamtąd i mówił, że bardzo dobrze ich traktują.
Studiował tam nawet. Inżynierię.
To było coś. Alek, nie dość, że piękny jak marzenie, odważny jak grecki
heros, to jeszcze inżynier. Tereska jest szczęściarą.
- Nie było was, to nie wiesz - Danusia dodała pogardliwie.
Nie moja wina, że musieliśmy uciekać z Warszawy, bo mama i ojciec
działali w konspiracji. Mama, przedwojenna nauczycielka, prowadziła
tajne komplety, ojciec był lekarzem. Pamiętam, jak w kuchni wyciągał
jednemu chłopakowi z ręki odłamki pocisku, a mnie i Teresce kazał mocno
go trzymać. Chłopak wył i się rzucał, bo tak go bolało. Potem leżał u nas w domu, a ja poiłam go wodą, podczas gdy Tereska ścierała z podłogi
w kuchni zakrzepłą krew. Wszyscy mi powtarzali od rana do wieczora,
żebym nikomu nic nie mówiła, nawet w największej tajemnicy, jakbym była
jakaś głupia i nic nie rozumiała. Oczywiście, że nic bym nie pisnęła,
nawet na mękach.
Rodzice pewnie poszliby do powstania, ale na szczęście dla nas
wszystkich, najbardziej dla Tereski, ktoś nas wsypał jeszcze w marcu i zrobili nam kocioł. Nikogo akurat nie było w mieszkaniu. Ja siedziałam u Danusi, Tereska wybrała się na spacer z Alkiem, ojciec był w szpitalu, w pracy, a mama już nie pamiętam gdzie. To matka Danusi uprzedziła nas, że
w mieszkaniu są Niemcy. Zobaczyła ich, jak wchodzili od tyłu i zaczaili
się na nas. Ja pobiegłam po ojca do szpitala, Danusia w Łazienkach
odnalazła Tereskę i Alka, a jej mama tak długo krążyła po ulicy, aż
dostrzegła, jak moja wraca, i uprzedziła ją o akcji Niemców. Nie
poszliśmy już do domu. Jak staliśmy, pojechaliśmy na wieś, do Babci
Hrabiny.
Babcia Hrabina nie była moją babcią. Moja babcia zginęła zaraz na
początku wojny, w pierwszych dniach września. Szła wiejską drogą razem z innymi ludźmi, gdy nadleciał messerschmitt. Ją i jeszcze kilkanaście
osób zastrzelili z tego samolotu, z karabinu. Nie wiedzieliśmy, że tak
można. Potem zaczęli bombardować Warszawę i to tak, że ojciec miał pełne
ręce roboty w szpitalu - prawie stamtąd nie wychodził. I kiedy Niemcy
zaczęli nas bombardować, a babcia zginęła, ojciec stwierdził, że to jest
jakieś nieporozumienie ta cała wojna i najlepiej ją przeczekać, bo zaraz
się skończy. Tak się wyraził:
- To jest jakieś jedno wielkie nieporozumienie. Hitler chce coś
osiągnąć, a jak osiągnie, wróci do siebie.
- Jedyna nadzieja w Anglii i Francji - mówiła mama, która chyba nie
wierzyła w to nieporozumienie. Wolała wierzyć w zachodnie mocarstwa,
które mogły Hitlera pokonać w kilka dni, ale jakoś się nie złożyło.
W ramach tego przeczekania ojciec wysłał nas na wieś, do domu państwa
Grzegorzewskich, herbu jakiegoś tam, którzy przed wojną zatrudniali moją
babcię jako gospodynię. Porządna rodzina. Od razu nas przyjęli. Dali nam
do dyspozycji domek ogrodnika i czekaliśmy, aż "wszystko się skończy".
Czekaliśmy tak do wiosny 1940, a potem wróciliśmy do Warszawy. Wojna
trwała w najlepsze. Szkoły nie było. Tereska od razu poszła do
harcerstwa, kończyła kursy pierwszej pomocy, a mama zaczęła po kryjomu
uczyć polskiego swoją dawną klasę. Tato pracował w Szpitalu Dzieciątka
Jezus. Wszystko się udało. Kiedy znów pojechaliśmy na wieś, przed
powstaniem, prawie cała rodzina Grzegorzewskich nie żyła, a w ich dworze
mieszkali Niemcy. Babcia Hrabina siedziała w domku ogrodnika i umierała
z głodu, bo ludzie ze wsi dojrzeli świetną okazję, aby "znienawidzonemu
państwu" pokazać, gdzie jego miejsce. Wszystko jej zabrali, bo tak się
złożyło, że niczego nie schowała. Ani biżuterii, ani pieniędzy. To był
rozbój w biały dzień, tyle że nie było się komu poskarżyć. Jak nas
zobaczyła, to aż się popłakała z radości, i tak zamieszkaliśmy z nią w dwóch izbach. Mama i ojciec natychmiast się Babcią Hrabiną zajęli, a wieś szeptała, że jakbyśmy byli mądrzy, tobyśmy poczekali, aż umrze, i majątek przejęli. Wieśniacy niby życzliwi, ale w łyżce wody by utopili.
Niektórzy byli jednak porządni, chociażby taka Matysiakowa. Jak Niemcy
się dowiedzieli, że się do Babci Hrabiny sprowadziliśmy, to bardzo się
interesowali, kto my jesteśmy i skąd się akurat tu wzięliśmy. Rodzice
byli w strachu, że zamiast pod murem w Warszawie zastrzelą nas w lesie i w dole pochowają. I Matysiakowa pomogła, choć chyba liczyła na to, że po
wojnie Babcia Hrabina odzyska dwór i my się tam wprowadzimy, a i jej coś
skapnie. Niby jak mielibyśmy przejąć, skoro nic nie było nasze. Ale
babinę żeśmy odratowali i jeszcze żywili, bo grosza przy duszy nie
miała, mimo że hrabina. Moja rodzina nie była mądra w takim sensie, w jakim pojmowała to wieś. Tato leczył za darmo, gdy widział, że nie mają
czym zapłacić. Mama na szczęście nie uczyła wiejskich dzieciaków, bo
uznali z tatą, że zawsze we wsi może się znaleźć ktoś, kto na nich
doniesie. Całe dnie tyrała jednak w polu Matysiakowej, a potem nawet u innych, zależy, kto zapłacił. Głównie ja jej pomagałam, bo Tereska była
w takiej rozpaczy, że musiała z Warszawy wyjechać, zostawić Alka i wszystkie koleżanki z konspiracji, że nie nadawała się do niczego. A już
kiedy powstanie wybuchło, trzeba ją było w szopie zamknąć jak
nieszczęsną Marysię i pilnować, żeby nie uciekła i nie poszła walczyć. I tak doczekaliśmy końca wojny, a potem wróciliśmy do tych ruin, które
były naszym domem. Babcia Hrabina, którą zdążyliśmy polubić, a nawet
pokochać, pojechała z nami. Nie mogła zostać we wsi. Nie wiedziałam
dlaczego, ale wyjeżdżaliśmy stamtąd po nocy, w pośpiechu, więc powód
musiał być poważny. Słyszałam tylko, jak mama płakała, a ojciec
powtarzał, że musimy jechać, bo nie ma na co czekać. Babcia Hrabina też
płakała i mówiła, że Rosjanie wrócą. I że to zwierzęta.
- Karasie zginęły - powiedziała nagle Danusia, przerywając moje myśli. -
I Iwonka. Kryśka Pogrążanka i Janka od Olszaków. Franka Banasiówna i Felek Potocki. I Stefan. Z naszej klasy zostałyśmy tylko my i Amelka z Tadkiem. I nikt więcej.
Serce zatrzepotało mi w piersi. Stefan Zamieniecki zginął. Nie, tylko
nie on.
- Skąd wiesz? - spytałam z gardłem ściśniętym żalem. - Skąd wiesz, że
Stefan?
Znów wzruszyła ramionami.
- Nie ma go - odpowiedziała.
Danusia już taka była. Wojna, nie wojna, nic nie było w stanie
wyprowadzić jej z równowagi ani wywołać w niej uczucia żalu czy radości.
- Ale kiedy? I gdzie zginął?
- Pod koniec powstania. Ktoś widział, jak wchodził do kanałów, a potem
Niemcy ich dopadli i rozstrzelali wszystkich.
Rozpłakałam się. Tylko nie Stefan, nie ten piękny, mądry chłopak, który
umiał strzelać, zdobywał szczyty Tatr i niczego się nie bał. Nie mój
ukochany przyjaciel.
- Przestań się mazać, Mirka - burknęła Danusia. - Trzeba żyć dalej.
Łatwo powiedzieć, trudniej zrobić. I jakie to życie bez nich wszystkich?
Bez Stefana.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki