Najważniejsza w życiu - Carol Marinelli

Kup ebooka

11.99 zł
9.83 zł (9,49 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Książę Luctano, Gian De Luca, kończył właśnie pracę w luksusowym biurze swojego flagowego hotelu La Fiordelise w Rzymie, gdy do drzwi zapukała jego asystentka.

- Pani Swietłana już przyszła.

- Miałem się z nią spotkać w teatrze - zaoponował, nie podnosząc wzroku znad papierów.

- Zdaje się, że chciała... - Luna zrobiła efektowną pauzę: - "Zaoszczędzić księciu kłopotu".

Gian zastygł na chwilę z piórem nad kartką, a potem złożył ostatni podpis.

- Rozumiem.

- Poprosiła też, by nie traktować jej jak gościa hotelowego i nie kazać jej czekać w recepcji. Zasugerowała, że jeśli macie zdążyć zjeść przed teatrem, powinniście się spotkać w restauracji.

Gian powstrzymał westchnięcie. Hotelowa restauracja nie była prywatną jadalnią dla niego i jego kochanek. Gdy tylko kobiety, z którymi się umawiał, zaczynały chełpić się jego tytułem, szefować jego personelowi lub zbytnio się spoufalać, zrywał z nimi.

- Powiedz jej, że wkrótce przyjdę.

- Ale w recepcji czeka jeszcze Ariana Romano...

Tym razem Gian nie mógł powstrzymać westchnięcia. Pojawieniu się Ariany zawsze towarzyszył jakiś dramat.

- A ona czego znów chce?

- Zdaje się, że to sprawa osobista.

Nie zamykał przed nią drzwi, bo przyjaźnił się z jej ojcem, Rafaelem, i z jej starszym bratem, Dantem. Gdy dorastał, każdego lata wysyłano go do Luctano, do pewnej dalekiej ciotki i jej męża, którym, podobnie jak swoim rodzicom, wyraźnie zawadzał. Dlatego wakacje spędzał głównie w towarzystwie rodziny Romano.

Poza tym łączyły ich więzy biznesowe. Ariana należała do komitetu organizacyjnego Balu Fundacji Romano, który odbywał się tutaj, w La Fiordelise, każdego roku. Gian tolerował ją w małych dawkach, choć bywała irytująca.

- Przyprowadź ją - zarządził. - A potem zabierz Swietłanę do baru, niech tam na mnie poczeka.

By mógł zakończyć ich relację.

Trzydziestopięcioletniego Giana uznawano za jednego z najbardziej atrakcyjnych włoskich kawalerów.

Przyczyniły się do tego, oczywiście, jego bogactwo i mroczna uroda, ale w największym stopniu - jego tytuł. Był księciem Luctano, choć jego rodzina opuściła Toskanię całe pokolenia wcześniej, a on urodził się i wychowywał w Rzymie. Ale Gian, choć tak rozchwytywany jako kawaler, nie zamierzał zmieniać stanu cywilnego i już dawno zdecydował, że ród De Luca umrze wraz z nim.

Jego życie seksualne - bo Gian nie poszukiwał miłości - przypominało obrotowe drzwi przy wejściu do La Fiordelise: przewijały się przez nie bogactwo i piękno, były rozpieszczane i hołubione, ale szybko trafiały z powrotem do prawdziwego świata. Zachowanie Swietłany nie zaskoczyło go - ujawniła swoje prawdziwe ja, a to oznaczało koniec ich relacji. Jak zawsze.

Gian zamierzał skończyć ze Swietłaną od razu po spotkaniu z Arianą, na którą czekał, dudniąc palcami po ogromnym biurku z drewna orzecha. I wtedy, w ten zimowy i posępny styczniowy wieczór, wydało mu się, że do jego biura wpadł promyk słońca. Ariana, chuda jak osa i z długimi czarnymi włosami związanymi w niskiego kucyka, miała na sobie garsonkę i wysokie szpilki. Ale jej garsonka nie była zwyczajna - tylko pomarańczowa. Podobnie jak jej pończochy, zamszowe buty i duża torba. Większość kobiet wyglądałaby śmiesznie w takim stroju, ale Ariana wyglądała gustownie i świetliście... jak złoty odblask jutrzenki na horyzoncie.

Gian nie chciał się dać zauroczyć i przypomniał sobie, jaka z niej artystka. To Ariana powinna występować dzisiaj w Teatro dell'Opera!

- Gian! - Posłała mu swój popisowy uśmiech.

- Ariana. - Wstał, by ją powitać. - Wyglądasz cudownie jak zawsze. - Powiedział to, co wypadało powiedzieć, ale nie mógł się powstrzymać i dodał: - Bardzo pomarańczowo.

- To cynamonowy, Gian - poprawiła sucho, gdy z jej sercem stało się coś dziwnego.

Na chwilę stanęło.

Nie powinna tak reagować na Giana. W końcu znała go całe życie, a jednak nagle uderzyło ją, jak jest wysoki i jak głęboki jest jego głos.

Serce Ariany poderwało się teraz do niezdarnego galopu.

To ze stresu - uznała. W końcu miała go prosić o wielką przysługę!

Wolałaby nie czuć tych nerwów, gdy Gian podszedł do niej i ucałował ją w oba policzki. Zalała ją fala ciepła, rozlewając się rumieńcem po szyi i twarzy. Ale Gian był, łagodnie mówiąc, onieśmielający.

Ludzie uważali go za zimnego.

Zwłaszcza w Luctano, gdzie nie gasły plotki na jego temat. Choć Ariana była wtedy dzieckiem, dobrze pamiętała wstrząs i przerażenie, jakie zapanowały w jej rodzinnym mieście na wieść o pożarze luksusowego jachtu należącego do rodu De Luca. I wciąż pamiętała pogrzeb księcia, księżnej i ich następcy...

Ludzie szeptali, że Gian nie przybył na uroczystość odnowienia ślubów swoich rodziców i wspólny rejs, że na pogrzebie nie okazywał emocji oraz że jego nieobecność na tamtej rocznicy ocaliła mu życie i przyniosła książęcy tytuł...

Tak jakby wypłynął na ocean i sam podpalił ten jacht!

Za to Ariana lubiła jego chłodny dystans.

Sama była tak rozdygotana, że gdy jej życie nabierało zawrotnego tempa, zwracała się do Giana po jego opanowanie i spokój.

- Dziękuję, że zgodziłeś się mnie przyjąć.

- Ależ naturalnie. - Gian wskazał jej krzesło, a potem sam usiadł. - Napijesz się czegoś?

- Nie, dziękuję. - Boże, jak ciężko jest prowadzić niezobowiązujące rozmowy, gdy przychodzi się prosić o olbrzymią przysługę! - Jak ci minęły święta?

- Pracowicie. A tobie?

Ariana machnęła ręką na znak, że nie najlepiej, ale nie chciała zanudzać Giana szczegółami. Już wiedział o rozwodzie jej rodziców i późniejszym ślubie jej ojca ze znacznie młodszą Mią - w końcu wesele odbyło się w tym hotelu!

I wiedział też, że jej ojciec przebywa teraz w prywatnym szpitalu we Florencji, więc jedynie skrótowo przekazała mu najświeższe wieści.

- Dante planuje przenieść ojca tutaj, do Rzymu - powiedziała, opuszczając słowo "hospicjum". - To powinno wiele ułatwić.

- Komu?

- Jego rodzinie - odparła sucho, choć sama nie była przekonana do pomysłu braci. Pytanie Giana utwierdzało ją w przekonaniu, że powinna porozmawiać z ojcem i dowiedzieć się, czego on pragnie na te ostatnie miesiące życia. - To jeszcze nic pewnego. Po prostu rozważamy różne opcje.

- Dobrze - powiedział łagodniej. - Wczoraj się z nim widziałem.

- We Florencji?

- Oczywiście. Wiesz, że w maju otwieram tam hotel? Zawsze, gdy tam jestem, odwiedzam Rafaela...

Z jakiegoś powodu wzruszyło ją to, ale zwalczyła łzy. Ariana niełatwo się rozklejała - choć gdy zaszła potrzeba, przodowała w udawanym płaczu. Jednak chwilami Florencja wydawała jej się strasznie odległa. I choć na miejscu była Mia, a Ariana i jej bracia odwiedzali ojca, gdy tylko mogli, nocami często myślała o ojcu leżącym samotnie w szpitalu.

Rozmowa się urwała, a Gianowi nie zdawało się to przeszkadzać. Ariana za to zawsze czuła się w obowiązku mówić, gdy zapadało milczenie, więc zaczęła:

- Gian, przyszłam tu nie bez powodu...

No, tak...

- Czego chcesz? - zapytał, a ona zamrugała, bo tak wrogo to zabrzmiało.

- Postanowiłam pójść do pracy.

- Do pracy? - Odprężył się, a na jego twarzy pojawił się nawet cień uśmiechu. - Naprawdę?

- Tak. Dobrze to przemyślałam.

- I co wybrałaś?

- Chciałabym być menadżerką do spraw relacji z gośćmi. Tutaj, w La Fiordelise. A konkretniej to chciałabym być menadżerką do spraw relacji z twoimi VIP-ami.

- Każdy mój gość jest VIP-em, Ariano.

- Wiesz, o co mi chodzi.

Powstrzymał chęć przewrócenia oczyma.

- Dlaczego miałbym cię zatrudnić na takim stanowisku, skoro nie masz doświadczenia? Dlaczego miałbym dopuścić cię do moich VIP-ów?

- Bo sama jestem VIP-em! - odparła, a potem pośpiesznie się poprawiła: - Chcę powiedzieć, że znam to wszystko od podszewki. Proszę, Gian, naprawdę tego chcę.

Gian dobrze wiedział, że Ariana zawsze dostawała to, czego chciała - po to, by się tym znudzić i odpuścić. Nie ma mowy, by spełniała swoje zachcianki kosztem jego hotelu. Potrząsnął głową.

- Ariano, o ile doceniam...

- Właściwie - wcięła się płynnie - to chętnie bym się czegoś napiła. Biorąc pod uwagę godzinę, najodpowiedniejszy byłby szampan. - Uśmiechnęła się triumfująco, udaremniwszy mu zakończenie rozmowy.

Gian był nienagannym gospodarzem.

- Naturalmente. - Przycisnął interkom. - Luno, przynieś, proszę, szampana dla mnie i Ariany.

Ariana wciąż się uśmiechała. Mogła myśleć, że wygrała, ale Gian zawsze był o krok do przodu. Luna pracowała w La Fiordelise, jeszcze zanim zginęła jego rodzina, i dobrze rozpoznawała wszelkie niuanse. Dlatego Vincenzo z obsługi baru nie przyśle im butelki i wiaderka z lodem, a jedynie naleje dwie lampki francuskiego szampana.

W końcu to nie randka.

- Przyniosłam swoje CV - powiedziała Ariana, wyciągając dokument z designerskiej cynamonowej torby.

Gian zaczął je czytać, walcząc z niedowierzającym uśmiechem.

Jak na kogoś, kto właściwie nie przepracował ani jednego dnia swojego życia, Ariana Romano miała imponujące CV.

A przynajmniej: dobrze się je czytało. Studiowała zarządzanie w hotelarstwie i turystyce, o czym już wiedział. Należała oczywiście do zarządu Romano Holdings i zasiadała w zarządzie Fundacji Romano.

Były tam też wymienione lunche, bale i przyjęcia, które jakoby przygotowywała i organizowała. Tyle że...

- Ariano, przecież ty wcale nie "kreujesz", nie "projektujesz" ani nie "wcielasz w życie tematu dorocznego Balu Fundacji Romano" - powiedział, wskazując jeden z punktów CV. - Robi to mój personel.

- Cóż, mam w tym znaczny udział.

- Nieprawda. Ledwie się pokazujesz na spotkaniach organizacyjnych.

- Zawsze przychodzę.

- Jeśli chcesz, Luna może przynieść sprawozdania. Pojawiasz się rzadko i nawet nie próbujesz się usprawiedliwiać. Tak naprawdę nieustannie zawodzisz innych.

- No, wiesz! - Nie przywykła do tego szorstkiego tonu, bo Gian, choć chłodny, to jednak zawsze był miły.

Gdy rozmawiali o balu, propozycje Ariany - jako córki Rafaela - nie tylko tolerowano, ale wręcz wychwalano. Jednak teraz Gian nie zamierzał przyklaskiwać jej próżniactwu i podał zeszłoroczny bal jako przykład:

- Powiedziałaś, że myślisz "o czymś srebrnym" i wyszłaś. - Patrzył, jak Ariana mocno zaciska usta. Nawet teraz wyglądała pięknie, ale szybko przypomniał sobie, co chciał powiedzieć: - Kierując się twoją sugestią, moi pracownicy wyczarowali srebrny świat, a ty nie zrobiłaś nic poza pojawieniem się tego wieczoru... - wytrzymał jej wściekłe spojrzenie - w srebrnej sukni.

- Jak miło, że pamiętasz, co miałam na sobie - odparowała.

- Nie pamiętam, ale biorę to na logikę.

Ach!

Nagle, pod jego miażdżącym wzrokiem, Ariana poczuła, że jest niezdarna i naiwna, a nie taka śmiała, jak jej się zdawało.

- Cóż, w tym roku to ja wymyśliłam, że tematem przewodnim ma być las - przypomniała.

- Powiedz - dociekał Gian - co zrobiłaś, by ten temat zrealizować, poza wybraniem materiału na swoją suknię?

Ariana otworzyła usta, a potem je zamknęła, ale szybko się pozbierała.

- Zasugerowałam owinięcie filarów sali balowej bluszczem... I deser jagodowy...

Gian nawet nie mrugnął. Patrzył tylko na jej piękną pustą główkę.

Chociaż... taka ocena nie była sprawiedliwa. I dobrze o tym wiedział.

Ariana, jeśli tylko chciała, była przenikliwa i bystra, ale on nie zamierzał ustępować.

- A pamiętasz, jak w zeszłym miesiącu, w grudniu, najpracowitszym dla hotelu okresie, zarezerwowałaś Pianoforte Bar na wyłączny użytek dla siebie i swoich przyjaciół, a potem zapomniałaś dać znać działowi rezerwacji, że rezygnujesz?

- Przecież wszystko zostało opłacone. Mój ojciec...

- Dokładnie. Twój ojciec się tym zajął. To dla ciebie typowe. Umiesz się na czymś skupić, dopóki nie trafi się coś lepszego. A wtedy tracisz całe zainteresowanie.

- Nieprawda! - Potrząsnęła głową, najpierw ze złością, a potem w zdumieniu, bo zwykle był taki uprzejmy. - Dlaczego tak do mnie mówisz?

- Żebyś w pełni zrozumiała, dlaczego nie spełnię twojej prośby.

Wydawał się zdecydowany, ale Ariana nie przywykła do sprzeciwu, więc spróbowała jeszcze inaczej.

- Studiowałam zarządzanie w hotelarstwie i...

- Pamiętam. Pamiętam też, że musiałaś odbyć trzymiesięczne praktyki, a ja zaproponowałem twojemu ojcu, byś odbyła je tutaj. - Wciąż patrzył jej w oczy. - Nie pojawiłaś się pierwszego dnia.

Ariana zarumieniła się.

- Bo wybrałam praktyki w rodzinnym hotelu w Luctano.

- A czy kiedykolwiek mnie zawiadomiłaś?

- Myślałam, że personel ojca się z tobą skontaktował.

Ale Gian potrząsnął głową.

- Tak naprawdę wybrałaś łatwiejszą opcję.

- Rodzice woleli, bym została w rodzinnym hotelu.

- Nie. Wycofałaś się, gdy wyjaśniłem, że podczas praktyk spróbujesz pracy na wszystkich stanowiskach. Miałaś spędzić tydzień w kuchni, tydzień jako pokojówka, tydzień...

Niewiele brakowało, a podniosłaby głos, przerywając:

- Tak naprawdę to moja matka nie chciała, żebym tu pracowała.

- Dlaczego nie?

- Ze względu na twoją reputację.