ROZDZIAŁ PIERWSZY
Książę Luctano, Gian De Luca, kończył właśnie pracę w luksusowym biurze swojego flagowego hotelu La Fiordelise w Rzymie, gdy do drzwi zapukała jego asystentka.
- Pani Swietłana już przyszła.
- Miałem się z nią spotkać w teatrze - zaoponował, nie podnosząc wzroku znad papierów.
- Zdaje się, że chciała... - Luna zrobiła efektowną pauzę: - "Zaoszczędzić księciu kłopotu".
Gian zastygł na chwilę z piórem nad kartką, a potem złożył ostatni podpis.
- Rozumiem.
- Poprosiła też, by nie traktować jej jak gościa hotelowego i nie kazać jej czekać w recepcji. Zasugerowała, że jeśli macie zdążyć zjeść przed teatrem, powinniście się spotkać w restauracji.
Gian powstrzymał westchnięcie. Hotelowa restauracja nie była prywatną jadalnią dla niego i jego kochanek. Gdy tylko kobiety, z którymi się umawiał, zaczynały chełpić się jego tytułem, szefować jego personelowi lub zbytnio się spoufalać, zrywał z nimi.
- Powiedz jej, że wkrótce przyjdę.
- Ale w recepcji czeka jeszcze Ariana Romano...
Tym razem Gian nie mógł powstrzymać westchnięcia. Pojawieniu się Ariany zawsze towarzyszył jakiś dramat.
- A ona czego znów chce?
- Zdaje się, że to sprawa osobista.
Nie zamykał przed nią drzwi, bo przyjaźnił się z jej ojcem, Rafaelem, i z jej starszym bratem, Dantem. Gdy dorastał, każdego lata wysyłano go do Luctano, do pewnej dalekiej ciotki i jej męża, którym, podobnie jak swoim rodzicom, wyraźnie zawadzał. Dlatego wakacje spędzał głównie w towarzystwie rodziny Romano.
Poza tym łączyły ich więzy biznesowe. Ariana należała do komitetu organizacyjnego Balu Fundacji Romano, który odbywał się tutaj, w La Fiordelise, każdego roku. Gian tolerował ją w małych dawkach, choć bywała irytująca.
- Przyprowadź ją - zarządził. - A potem zabierz Swietłanę do baru, niech tam na mnie poczeka.
By mógł zakończyć ich relację.
Trzydziestopięcioletniego Giana uznawano za jednego z najbardziej atrakcyjnych włoskich kawalerów.
Przyczyniły się do tego, oczywiście, jego bogactwo i mroczna uroda, ale w największym stopniu - jego tytuł. Był księciem Luctano, choć jego rodzina opuściła Toskanię całe pokolenia wcześniej, a on urodził się i wychowywał w Rzymie. Ale Gian, choć tak rozchwytywany jako kawaler, nie zamierzał zmieniać stanu cywilnego i już dawno zdecydował, że ród De Luca umrze wraz z nim.
Jego życie seksualne - bo Gian nie poszukiwał miłości - przypominało obrotowe drzwi przy wejściu do La Fiordelise: przewijały się przez nie bogactwo i piękno, były rozpieszczane i hołubione, ale szybko trafiały z powrotem do prawdziwego świata. Zachowanie Swietłany nie zaskoczyło go - ujawniła swoje prawdziwe ja, a to oznaczało koniec ich relacji. Jak zawsze.
Gian zamierzał skończyć ze Swietłaną od razu po spotkaniu z Arianą, na którą czekał, dudniąc palcami po ogromnym biurku z drewna orzecha. I wtedy, w ten zimowy i posępny styczniowy wieczór, wydało mu się, że do jego biura wpadł promyk słońca. Ariana, chuda jak osa i z długimi czarnymi włosami związanymi w niskiego kucyka, miała na sobie garsonkę i wysokie szpilki. Ale jej garsonka nie była zwyczajna - tylko pomarańczowa. Podobnie jak jej pończochy, zamszowe buty i duża torba. Większość kobiet wyglądałaby śmiesznie w takim stroju, ale Ariana wyglądała gustownie i świetliście... jak złoty odblask jutrzenki na horyzoncie.
Gian nie chciał się dać zauroczyć i przypomniał sobie, jaka z niej artystka. To Ariana powinna występować dzisiaj w Teatro dell'Opera!
- Gian! - Posłała mu swój popisowy uśmiech.
- Ariana. - Wstał, by ją powitać. - Wyglądasz cudownie jak zawsze. - Powiedział to, co wypadało powiedzieć, ale nie mógł się powstrzymać i dodał: - Bardzo pomarańczowo.
- To cynamonowy, Gian - poprawiła sucho, gdy z jej sercem stało się coś dziwnego.
Na chwilę stanęło.
Nie powinna tak reagować na Giana. W końcu znała go całe życie, a jednak nagle uderzyło ją, jak jest wysoki i jak głęboki jest jego głos.
Serce Ariany poderwało się teraz do niezdarnego galopu.
To ze stresu - uznała. W końcu miała go prosić o wielką przysługę!
Wolałaby nie czuć tych nerwów, gdy Gian podszedł do niej i ucałował ją w oba policzki. Zalała ją fala ciepła, rozlewając się rumieńcem po szyi i twarzy. Ale Gian był, łagodnie mówiąc, onieśmielający.
Ludzie uważali go za zimnego.
Zwłaszcza w Luctano, gdzie nie gasły plotki na jego temat. Choć Ariana była wtedy dzieckiem, dobrze pamiętała wstrząs i przerażenie, jakie zapanowały w jej rodzinnym mieście na wieść o pożarze luksusowego jachtu należącego do rodu De Luca. I wciąż pamiętała pogrzeb księcia, księżnej i ich następcy...
Ludzie szeptali, że Gian nie przybył na uroczystość odnowienia ślubów swoich rodziców i wspólny rejs, że na pogrzebie nie okazywał emocji oraz że jego nieobecność na tamtej rocznicy ocaliła mu życie i przyniosła książęcy tytuł...
Tak jakby wypłynął na ocean i sam podpalił ten jacht!
Za to Ariana lubiła jego chłodny dystans.
Sama była tak rozdygotana, że gdy jej życie nabierało zawrotnego tempa, zwracała się do Giana po jego opanowanie i spokój.
- Dziękuję, że zgodziłeś się mnie przyjąć.
- Ależ naturalnie. - Gian wskazał jej krzesło, a potem sam usiadł. - Napijesz się czegoś?
- Nie, dziękuję. - Boże, jak ciężko jest prowadzić niezobowiązujące rozmowy, gdy przychodzi się prosić o olbrzymią przysługę! - Jak ci minęły święta?
- Pracowicie. A tobie?
Ariana machnęła ręką na znak, że nie najlepiej, ale nie chciała zanudzać Giana szczegółami. Już wiedział o rozwodzie jej rodziców i późniejszym ślubie jej ojca ze znacznie młodszą Mią - w końcu wesele odbyło się w tym hotelu!
I wiedział też, że jej ojciec przebywa teraz w prywatnym szpitalu we Florencji, więc jedynie skrótowo przekazała mu najświeższe wieści.
- Dante planuje przenieść ojca tutaj, do Rzymu - powiedziała, opuszczając słowo "hospicjum". - To powinno wiele ułatwić.
- Komu?
- Jego rodzinie - odparła sucho, choć sama nie była przekonana do pomysłu braci. Pytanie Giana utwierdzało ją w przekonaniu, że powinna porozmawiać z ojcem i dowiedzieć się, czego on pragnie na te ostatnie miesiące życia. - To jeszcze nic pewnego. Po prostu rozważamy różne opcje.
- Dobrze - powiedział łagodniej. - Wczoraj się z nim widziałem.
- We Florencji?
- Oczywiście. Wiesz, że w maju otwieram tam hotel? Zawsze, gdy tam jestem, odwiedzam Rafaela...
Z jakiegoś powodu wzruszyło ją to, ale zwalczyła łzy. Ariana niełatwo się rozklejała - choć gdy zaszła potrzeba, przodowała w udawanym płaczu. Jednak chwilami Florencja wydawała jej się strasznie odległa. I choć na miejscu była Mia, a Ariana i jej bracia odwiedzali ojca, gdy tylko mogli, nocami często myślała o ojcu leżącym samotnie w szpitalu.
Rozmowa się urwała, a Gianowi nie zdawało się to przeszkadzać. Ariana za to zawsze czuła się w obowiązku mówić, gdy zapadało milczenie, więc zaczęła:
- Gian, przyszłam tu nie bez powodu...
No, tak...
- Czego chcesz? - zapytał, a ona zamrugała, bo tak wrogo to zabrzmiało.
- Postanowiłam pójść do pracy.
- Do pracy? - Odprężył się, a na jego twarzy pojawił się nawet cień uśmiechu. - Naprawdę?
- Tak. Dobrze to przemyślałam.
- I co wybrałaś?
- Chciałabym być menadżerką do spraw relacji z gośćmi. Tutaj, w La Fiordelise. A konkretniej to chciałabym być menadżerką do spraw relacji z twoimi VIP-ami.
- Każdy mój gość jest VIP-em, Ariano.
- Wiesz, o co mi chodzi.
Powstrzymał chęć przewrócenia oczyma.
- Dlaczego miałbym cię zatrudnić na takim stanowisku, skoro nie masz doświadczenia? Dlaczego miałbym dopuścić cię do moich VIP-ów?
- Bo sama jestem VIP-em! - odparła, a potem pośpiesznie się poprawiła: - Chcę powiedzieć, że znam to wszystko od podszewki. Proszę, Gian, naprawdę tego chcę.
Gian dobrze wiedział, że Ariana zawsze dostawała to, czego chciała - po to, by się tym znudzić i odpuścić. Nie ma mowy, by spełniała swoje zachcianki kosztem jego hotelu. Potrząsnął głową.
- Ariano, o ile doceniam...
- Właściwie - wcięła się płynnie - to chętnie bym się czegoś napiła. Biorąc pod uwagę godzinę, najodpowiedniejszy byłby szampan. - Uśmiechnęła się triumfująco, udaremniwszy mu zakończenie rozmowy.
Gian był nienagannym gospodarzem.
- Naturalmente. - Przycisnął interkom. - Luno, przynieś, proszę, szampana dla mnie i Ariany.
Ariana wciąż się uśmiechała. Mogła myśleć, że wygrała, ale Gian zawsze był o krok do przodu. Luna pracowała w La Fiordelise, jeszcze zanim zginęła jego rodzina, i dobrze rozpoznawała wszelkie niuanse. Dlatego Vincenzo z obsługi baru nie przyśle im butelki i wiaderka z lodem, a jedynie naleje dwie lampki francuskiego szampana.
W końcu to nie randka.
- Przyniosłam swoje CV - powiedziała Ariana, wyciągając dokument z designerskiej cynamonowej torby.
Gian zaczął je czytać, walcząc z niedowierzającym uśmiechem.
Jak na kogoś, kto właściwie nie przepracował ani jednego dnia swojego życia, Ariana Romano miała imponujące CV.
A przynajmniej: dobrze się je czytało. Studiowała zarządzanie w hotelarstwie i turystyce, o czym już wiedział. Należała oczywiście do zarządu Romano Holdings i zasiadała w zarządzie Fundacji Romano.
Były tam też wymienione lunche, bale i przyjęcia, które jakoby przygotowywała i organizowała. Tyle że...
- Ariano, przecież ty wcale nie "kreujesz", nie "projektujesz" ani nie "wcielasz w życie tematu dorocznego Balu Fundacji Romano" - powiedział, wskazując jeden z punktów CV. - Robi to mój personel.
- Cóż, mam w tym znaczny udział.
- Nieprawda. Ledwie się pokazujesz na spotkaniach organizacyjnych.
- Zawsze przychodzę.
- Jeśli chcesz, Luna może przynieść sprawozdania. Pojawiasz się rzadko i nawet nie próbujesz się usprawiedliwiać. Tak naprawdę nieustannie zawodzisz innych.
- No, wiesz! - Nie przywykła do tego szorstkiego tonu, bo Gian, choć chłodny, to jednak zawsze był miły.
Gdy rozmawiali o balu, propozycje Ariany - jako córki Rafaela - nie tylko tolerowano, ale wręcz wychwalano. Jednak teraz Gian nie zamierzał przyklaskiwać jej próżniactwu i podał zeszłoroczny bal jako przykład:
- Powiedziałaś, że myślisz "o czymś srebrnym" i wyszłaś. - Patrzył, jak Ariana mocno zaciska usta. Nawet teraz wyglądała pięknie, ale szybko przypomniał sobie, co chciał powiedzieć: - Kierując się twoją sugestią, moi pracownicy wyczarowali srebrny świat, a ty nie zrobiłaś nic poza pojawieniem się tego wieczoru... - wytrzymał jej wściekłe spojrzenie - w srebrnej sukni.
- Jak miło, że pamiętasz, co miałam na sobie - odparowała.
- Nie pamiętam, ale biorę to na logikę.
Ach!
Nagle, pod jego miażdżącym wzrokiem, Ariana poczuła, że jest niezdarna i naiwna, a nie taka śmiała, jak jej się zdawało.
- Cóż, w tym roku to ja wymyśliłam, że tematem przewodnim ma być las - przypomniała.
- Powiedz - dociekał Gian - co zrobiłaś, by ten temat zrealizować, poza wybraniem materiału na swoją suknię?
Ariana otworzyła usta, a potem je zamknęła, ale szybko się pozbierała.
- Zasugerowałam owinięcie filarów sali balowej bluszczem... I deser jagodowy...
Gian nawet nie mrugnął. Patrzył tylko na jej piękną pustą główkę.
Chociaż... taka ocena nie była sprawiedliwa. I dobrze o tym wiedział.
Ariana, jeśli tylko chciała, była przenikliwa i bystra, ale on nie zamierzał ustępować.
- A pamiętasz, jak w zeszłym miesiącu, w grudniu, najpracowitszym dla hotelu okresie, zarezerwowałaś Pianoforte Bar na wyłączny użytek dla siebie i swoich przyjaciół, a potem zapomniałaś dać znać działowi rezerwacji, że rezygnujesz?
- Przecież wszystko zostało opłacone. Mój ojciec...
- Dokładnie. Twój ojciec się tym zajął. To dla ciebie typowe. Umiesz się na czymś skupić, dopóki nie trafi się coś lepszego. A wtedy tracisz całe zainteresowanie.
- Nieprawda! - Potrząsnęła głową, najpierw ze złością, a potem w zdumieniu, bo zwykle był taki uprzejmy. - Dlaczego tak do mnie mówisz?
- Żebyś w pełni zrozumiała, dlaczego nie spełnię twojej prośby.
Wydawał się zdecydowany, ale Ariana nie przywykła do sprzeciwu, więc spróbowała jeszcze inaczej.
- Studiowałam zarządzanie w hotelarstwie i...
- Pamiętam. Pamiętam też, że musiałaś odbyć trzymiesięczne praktyki, a ja zaproponowałem twojemu ojcu, byś odbyła je tutaj. - Wciąż patrzył jej w oczy. - Nie pojawiłaś się pierwszego dnia.
Ariana zarumieniła się.
- Bo wybrałam praktyki w rodzinnym hotelu w Luctano.
- A czy kiedykolwiek mnie zawiadomiłaś?
- Myślałam, że personel ojca się z tobą skontaktował.
Ale Gian potrząsnął głową.
- Tak naprawdę wybrałaś łatwiejszą opcję.
- Rodzice woleli, bym została w rodzinnym hotelu.
- Nie. Wycofałaś się, gdy wyjaśniłem, że podczas praktyk spróbujesz pracy na wszystkich stanowiskach. Miałaś spędzić tydzień w kuchni, tydzień jako pokojówka, tydzień...
Niewiele brakowało, a podniosłaby głos, przerywając:
- Tak naprawdę to moja matka nie chciała, żebym tu pracowała.
- Dlaczego nie?
- Ze względu na twoją reputację.