ROZDZIAŁ DRUGI
Ilona nie mogła zjawić się na otwarciu. Bardzo przepraszała, bardzo kręciła, ale miała coś ważnego do załatwienia. Nigdy nie dopytałem co. Po pierwsze nie jestem wścibski, po drugie byłem przekonany, że to coś ma związek z wernisażem. Wyobrażałem sobie, że gdy tylko skończę pogadankę, wbiegnie na salę w kawalkadzie modelek. Albo coś takiego. U licha, byłbym najszczęśliwszy, gdyby szykowała po prostu romantyczną kolację i małe co nieco w naszym podmiejskim domu.
Jednak stado Kapana zadecydowało, że nigdy nie dowiedziałem się, co załatwiała. Choć teraz, z perspektywy lat, mogę się odrobinę domyślać.
Gdy weszła na salę (samotnie), niezmiennie gniłem przy progresywnym stoliku i prowadziłem kolejną progresywną rozmowę o niczym. Zobaczyłem ją praktycznie od razu. W przypadku tak pięknych kobiet okoliczności nie mają znaczenia i światło reflektora zawsze kieruje się w ich stronę. Choćbyś był gwiazdą własnego wernisażu. Wysoka, smukła z kręconymi blond włosami okalającymi twarz niczym niesforne serpentyny. Poruszała się z wdziękiem, ale nie wyzywająco. By zwrócić na siebie uwagę, nie musiała machać biodrami, jakby kręciła niewidzialnym hula-hoop. Wystarczyła prosta, czarna sukienka i dostojny krok. Ona zawsze bardziej kusiła, niż uwodziła.
Zasuszony okularnik w malinowym swetrze właśnie wałkował mnie z technik malarskich.
- Po tym jak połączył pan olej z pastelem, nie miałem słów. Tych barw nie da się podrobić, a kontrasty...
Gdyby tylko wiedział, że malując Kicz numer pierdylion, byłem tak nachlany, że pomyliłem kredkę z pędzlem. Przysięgam, miały podobną grubość!
W kolejce było już tylko kilka osób, ale nie dostrzegłem nikogo istotnego. Buda powtarza, aby nie lekceważyć żadnego klienta, ale u licha, co do zaoferowania mają dwie nastolatki z tornistrami w dłoniach? Kolejną opowieść o szczęściu i stadzie Kapana?
Mimo wszystko nie jestem draniem.
Przeprosiłem okularnika, wstałem od stołu i zszedłem z mikrosceny. Uważałem, aby się nie wywrócić. Licealistki załatwiłem kilkoma frazesami, obiecałem, że jeszcze porozmawiamy, i ruszyłem naprzeciw żony. Ktoś chciał mi wcisnąć lampkę wina (wziąłem dwie), a ktoś inny uporczywie starał się zwrócić moją uwagę. Szedł obok, krok w krok, nadając jak radziecka rozgłośnia propagandowa.
Na szczęście mam umiejętność całkowitego odcinania się od świata.
- Kochanie. - Ucałowałem Ilonę prosto w usta i podałem jej jeden z kieliszków. - Dobrze cię widzieć na zlocie świrusów.
Jestem pewny, że wywróciła wtedy oczami i przyłożyła uciszająco palec do ust. Albo chociaż syknęła coś w stylu "szzzzz...".
Pamiętam, że upiła tylko łyk wina i odstawiła kieliszek na progresywny występ w ścianie.
- Musimy pogadać - odezwała się całkiem poważnie, ale nie oschle. Przynajmniej niczego nie wyczułem.
W tym miejscu muszę obalić jeszcze jeden mit. Choć odtwarzałem w myślach tamten wieczór przez lata, nie pamiętam dokładnie wyrazu jej twarzy. Żadna brzytwa nie wycięła go w mojej pamięci.
- Jasne. O czym?
- Nie tutaj. Jak skończysz, pójdziemy w inne miejsce i... Pomyślałem, że szykuje niespodziankę. Chce mnie zaciągnąć do jakiegoś pomieszczenia na uboczu, a tam wszyscy znajomi z Budą na czele będą stali z balonikami pomalowanymi w motywy z moich obrazów. Jak na zawołanie wypuszczą je, a klimatyzator zrobi swoje, siekając je niczym symboliczne ostrze krytyki. Performance przyjaźni.
Chciałem się jednak podroczyć.
- Chodźmy do tego obskurnego baru na rogu - zaproponowałem. - Potańcówka? Posiadówka? Jakoś tak, wiesz, który mam na myśli...
Ilona wyglądała na zaskoczoną, a ja obróciłem się już do drzwi. Kuj żelazo, póki gorące.
- Teraz? Masz tu z dwustu gości na głowie!
Wzruszyłem ramionami.
- Wiesz, że te szopki tylko mnie drażnią - kontynuowałem grę. - Poza tym zgłodniałem. Jestem pieruńsko głodny i pochłonąłbym za jednym razem... - Zastanowiłem się co, ale chyba nic adekwatnego nie przyszło mi do głowy. W każdym razie coś konkretniejszego niż mikroskopijne aperitify serwowane tutaj. - Nikt nie zauważy, jeśli na chwilę się urwę.
- Ale...
- Chodź, wyskoczymy coś skubnąć. - Pocałowałem ją prosto w usta. Ktoś obił się o mnie, niemal wytrącając mi z dłoni kieliszek. Westchnąłem wymownie. - Wino i krewetki? Można się po tym nieźle rozchorować, ale nie najeść.
Wtedy Ilona uśmiechnęła się po raz pierwszy tego wieczoru. Jej pełne usta delikatnie się rozchyliły, a w kącikach oczu pojawiły się kreseczki radości. Tak je nazywała.
- Buda przyszalał - powiedziała, przesuwając się, by ktoś mógł zrobić zdjęcie jednego z obrazów. - Kiedy dowie się, że ci nie smakowało, skoczy z mostu.
O tak. Buda odwalił kawał dobrej roboty. Usunął się teraz gdzieś na bok, być może maczał swe kościste paluszki w tajemniczej niespodziance, ale wernisaż zorganizował prima sort.
- Brakuje tu tylko prezydenta - szepnąłem i objąłem Ilonę w pasie. Skierowaliśmy się do wyjścia.
- Zjawiłby się, gdyby nie twoja wizja Polski.
Namalowałem kiedyś coś przypominającego rozkwaszone czerwone jabłko z wypływającym białym sokiem. Jabłko unosiło się w powietrzu, rzucało cień w kształcie krzyża, a skapujący sok zmieniał na nim barwę na czerwoną. W tle znajdowały się inne jabłka, które ponoć przypominały kłócące się głowy. Poczciwy Buda dał temu tytuł "Polska", a nawet "POLSKA". Ponieważ miałem już wtedy niezłą renomę, wybuchła debilna afera. Do tej pory nie mam pojęcia, dlaczego zostałem "Naczelnym Metaforystą Zadr Narodowych". Tak ujął to ktoś z "Wyborczej". Albo jakiegoś innego "Newsweeka".
- Garniturowcowi z ministerstwa to nie przeszkadzało - odparłem, przeciskając się przez tłum zgromadzony przed jedną z zadr. - Chodził aż sztywny z dumy.
- Bo to nie w jego twarzy doszukano się aluzji wśród kłócących się głów.
Roześmiałem się. Naprawdę cholernie śmieszyły mnie te interpretacje. Żadnych oczywiście nie dementowałem, ale albo moja podświadomość robiła sobie ze mnie jaja, albo ja robiłem sobie jaja ze wszystkich. Wolę wierzyć w ten drugi scenariusz.
Specjalnie się nie kryjąc, wyszliśmy na dwór. Było ciepło, słońce skryło się już za kamienicami, a niebo nabrało barwy nadgniłej pomarańczy.
- Mam nadzieję, że kuchnia pracuje pełną parą.
Wciąż się obejmując, szliśmy w stronę wielkiego reklamowego potykacza z czerwoną strzałką pod napisem "Piwo i Parówka". Czyli nie "Posiadówka" i nie "Potańcówka". Ilona nie spowalniała mnie ani nie utyskiwała. Zacząłem nawet podejrzewać, że to właśnie tam szykowali niespodziankę.
Nieco zaniepokojony, pchnąłem drzwi. Nic się nie stało. Żadnych fanfar, konfetti ani baloników.
- Może być tutaj?
- Wszystko jedno. - Delikatnie wywinęła się z mojego uścisku. - To nie ma różnicy.
Widziałem, że chce jak najszybciej usiąść, ale byłem w wernisażowym humorze. Zgłodniałem, apetyt wyostrzył mi zmysły, lecz zabił czujność. Szukałem podstępu gdzie indziej.
Knajpa śmierdziała tłuszczem, frytkami i spalonym mięsem. Trafiliśmy do innego świata. Z tarasu widokowego na Manhattanie zrzucono nas prosto w środek slumsu. Koreczki z awokado i łososia zastąpił sos pomidorowy zrobiony z parszywego, rozwodnionego keczupu.
I podobało mi się to.
Lubię takie małe, sympatyczne mordownie, do których chodzą tylko stali klienci. Choć o jakości większości z nich nie miałem pojęcia. W środku "Piwa i Parówki" był tylko właściciel i podchmielony nastolatek siedzący przy oknie.
Lokal był mniejszy od sali, w której wystawiono moje obrazy. Trzy stoliki, lodówka z dogorywającymi warzywami i ekspozycją sosów, z tyłu dwie kuchenki mikrofalowe. Wzdłuż jednej ze ścian zamontowano długą ladę. Była usyfiona wszystkim, co jesteście sobie w stanie wyobrazić. Tak jakby każdy z gości traktował ją jako chusteczkę, papier toaletowy i spluwaczkę w jednym.
- Moja droga. - Śmiejąc się, zamaszystym ruchem odciągnąłem czerwony hoker. - Usiądź, proszę, a ja coś zamówię.
- Dawid...
Zaczynała się denerwować. Nie w taki sposób, jak robią to ludzie, którzy mają zaraz wybuchnąć, ale raczej jak ci, którzy przestępują z nogi na nogę w kolejce do skoku na bungee. Choć nigdy takowych nie widziałem.
- Zaczekaj, kochanie. - Złożyłem dłonie niczym do modlitwy i ucałowałem środkowe palce. Obróciłem je następnie w jej stronę. To był mój prywatny patent na przesyłanie całusów. - Tylko wezmę nam coś do żarcia i jestem cały twój.
Nabrała głęboko powietrza, ale się nie odezwała. Położyła torebkę na kolanach i, o ile dobrze pamiętam, wyjrzała przez okno.
Chwilę później poprosiłem o dwa "Jebutne Zestawy". Na kolorowym, obrobionym pewnie w Paincie menu wyglądały całkiem apetycznie.
Ale gdybym wiedział, że to nasza ostatnia wspólna kolacja, daję słowo, zamówiłbym coś lepszego.