Słowo wstępu od Jenny
Słowo wstępu od Jenny
W Paryżu jest wiele cudownych sklepów z rzemieślniczą czekoladą. Moim
ulubionym jest Patrick Roger przy rue du Faubourg Saint-Honoré. Szczerze
polecam to miejsce i ich gorącą czekoladę, niezależnie od pory roku.
Prowadzi go Patrick, mężczyzna o kręconych włosach i szelmowskim błysku
w oku.
Ta książka nie opowiada jednak o żadnej z odwiedzonych przeze mnie
czekoladziarni, ale o tym, że kiedy ludzie poświęcają swoje życie jednej
rzeczy, którą naprawdę kochają i o której wiele się nauczyli, może się
wydarzyć coś niesamowitego.
Ktoś kiedyś powiedział, że tak bardzo kochamy czekoladę, ponieważ ma
temperaturę topnienia równą temperaturze ludzkiego ciała, przez co
rozpływa nam się w ustach. Naukowcy snują teorie o uwalnianiu endorfin i innych substancji, co również może wyjaśniać to zjawisko, ale
niezależnie od przyczyn jest to coś wspaniałego.
Nie tylko kobiety kochają czekoladę. Nie jestem w stanie przemycić do
domu paczki czekoladowych ciasteczek, żeby mój mąż ich nie wywęszył i nie zjadł. Dlatego umieściłam w książce kilka naprawdę wspaniałych
przepisów. Lubię myśleć, że wraz z wiekiem nauczyłam się gotować przy
użyciu czekolady, zamiast po prostu, no wiesz, zjadać ją w tym samym
momencie, w którym pojawia się w domu lub czasem w samochodzie.
Kiedy jakiś czas temu przeprowadziliśmy się do Francji (z powodu pracy
męża), byłam zaskoczona, że traktuje się tam czekoladę tak samo
poważnie, jak każdy inny rodzaj jedzenia. La Maison du Chocolat to
naprawdę ekskluzywna sieć sklepów, która ma swoje placówki w większości
miast. Można tam porozmawiać z czekoladnikiem o tym, co się lubi i na co
ma się ochotę, tak jak rozmawia się z sommelierem o winie. Chociaż mnie
tam wystarcza duży kawałek czekolady Dairy Milk, Toblerone albo mojej
ulubionej Fry's Chocolate Cream. Nie wszystko musi być luksusowe, żeby
sprawiało przyjemność. Niestety moje dzieci osiągnęły już wiek, w którym
zaczynają się domyślać, kto im kradnie batoniki Kinder. No cóż, dzieci,
słuchajcie, nie chciałam wam tego mówić, ale to na pewno wasz tata.
Zanim zaczniemy, chciałabym powiedzieć kilka słów o języku. Z mojego
doświadczenia wynika, że nauka języka obcego jest naprawdę cholernie
trudna, chyba że akurat jesteś jedną z tych osób, które wszystko łapią w mig. Jeśli tak jest - właśnie pokazuję ci język, ponieważ bardzo Ci
zazdroszczę.
Zazwyczaj kiedy bohaterowie książek mówią w obcym języku, zaznacza się
to kursywą. Postanowiłam tego tutaj nie robić. Zasadniczo wszyscy, z którymi Anna rozmawia w Paryżu, odpowiadają jej po francusku. Jeśli jest
inaczej, to wyraźnie o tym wspominam. Łatwo przez to pomyśleć: "Rany, to
niesamowite, nauczyła się tak szybko". Oczywiście miała wiele lekcji z Claire, ale jeśli kiedykolwiek uczyłaś się innego języka, to wiesz, że w klasie można czuć się bardzo pewnie, ale kiedy potem przyjeżdżasz do
danego kraju, wszystko brzmi jak "łabbałabbałabbałabbaŁAH?" wypowiadane
z prędkością miliona kilometrów na godzinę, a ty wpadasz w panikę,
ponieważ nie rozumiesz z tego ani słowa. Tak właśnie było w moim
przypadku.
W każdym razie musisz mi wierzyć, że Anna ma dokładnie tak samo, ale
żeby nie powtarzać w kółko tego samego "Co?" lub "Możesz powtórzyć?" i nie spowalniać narracji, pominęłam te wszystkie razy, kiedy bohaterka
czegoś nie zrozumiała albo musiała sprawdzić w słowniku. Mam nadzieję,
że książka Ci się spodoba. Daj znać, jak Ci idzie z przepisami. I bon
appétit!
Jenny xx
Rozdział 1
Rozdział 1
Najdziwniejsze było to, że chociaż od razu wiedziałam, że coś jest nie
tak - bardzo, bardzo nie tak - że stało się coś naprawdę poważnego, i że
zapewne coś sobie uszkodziłam - nie mogłam przestać się śmiać. Śmiałam
się histerycznie.
Leżałam tam pokryta, wręcz przesiąknięta roztopioną czekoladą i nie
mogłam przestać chichotać. Wtedy zobaczyłam pochylające się nade mną,
patrzące z góry twarze. Niektóre z nich rozpoznawałam. Twarze się nie
śmiały. Wszystkie wyglądały bardzo poważnie, przez co cała sytuacja
wydała mi się jeszcze zabawniejsza.
Z boku usłyszałam, jak ktoś mówi:
- Pozbieraj to!
Ktoś inny odpowiedział:
- Nie ma mowy! Sam to pozbieraj! To obrzydliwe!
Potem usłyszałam trzeci głos. To był chyba Flynn, nowy magazynier.
Mówił:
- Zadzwonię pod dziewięćset jedenaście.
Odpowiedział mu czwarty głos:
- Flynn, nie bądź głupi, numer alarmowy to sto dwanaście, nie jesteś
Amerykaninem.
Do rozmowy wtrącił się jeszcze inny głos:
- Myślę, że teraz można już dzwonić pod dziewięćset jedenaście, bo tylu
było idiotów, którzy ciągle się mylili.
Ktoś inny wyciągnął telefon i powiedział coś o konieczności wezwania
karetki, co również uznałam za bardzo zabawne, a inna osoba, którą
zdecydowanie był Del, nasz zrzędliwy stary woźny, stwierdziła:
- Cóż, prawdopodobnie będzie trzeba wyrzucić tę partię.
Pomysł, że mogliby nie wyrzucić tej ogromnej kadzi czekolady, która
właśnie na mnie wylądowała, tylko spróbować ją sprzedać, był naprawdę
zabawny.
Tego, co się działo potem, dzięki Bogu, już nie pamiętam. Wiem, że w szpitalu podszedł do mnie ratownik medyczny i powiedział, że w karetce
zachowywałam się jak kompletna wariatka. Często słyszał o tym, że szok
wpływa na ludzi w różny sposób, ale tak ekstremalnej reakcji jak moja
jeszcze nie widział. Potem spojrzał mi prosto w twarz i powiedział:
- Głowa do góry, kochana, jeszcze będziesz się z tego śmiała.
W tamtym momencie nie byłam tego jednak taka pewna.
- Daj spokój, Debs, kochanie, to tylko stopa. Mogło być znacznie gorzej.
A gdyby to był nos? - mówił mój tata do mamy. On zawsze widział we
wszystkim pozytywy.
- Cóż, zrobiliby jej nowy nos, swojego i tak nigdy nie lubiła.
To zdecydowanie była moja mama. Dostrzeganie jasnej strony życia nigdy
nie szło jej tak dobrze jak tacie. Słyszałam jej płacz, ale z jakiegoś
powodu moje ciało broniło się przed światłem i nie mogłam otworzyć oczu.
Miałam zresztą wrażenie, że to nie było zwykłe światło; czułam, jakby
paliło mnie samo słońce. Może byłam na wakacjach? Nie mogłam przecież
być w domu, ponieważ w Kidinsborough, moim rodzinnym mieście, nigdy nie
świeci słońce. Nie bez powodu trzy razy z rzędu uznano je za najgorsze
miasto w Anglii, zanim lokalni politycy doprowadzili wreszcie do zdjęcia
z anteny programu telewizyjnego, który organizował ten plebiscyt.
Moi rodzice zniknęli z zasięgu słuchu, po prostu odpłynęli, jakby ktoś
zmienił stację w radiu. Nie miałam pojęcia, czy w tamtej chwili, albo w ogóle kiedykolwiek, tam byli. Wiedziałam, że się nie ruszam, ale czułam
się, jakbym się wierciła i wyrywała, uwięziona w zakopanym pod ziemią
ciele. Mogłam krzyczeć, ale nikt mnie nie słyszał. Próbowałam się
ruszyć, ale nie byłam w stanie. Oślepiające światło zmieniało się w czerń, a potem znów w światło. Nic z tego nie miało dla mnie
najmniejszego sensu. Czy po prostu śniły mi się koszmary o stopach i rodzicach, którzy nagle zniknęli? Czy ja zwariowałam? A może całe moje
życie było snem? Może wymyśliłam sobie, że jestem Anną Trent,
trzydziestolatką, degustatorką w fabryce czekolady?
Skoro już o tym mowa, miejmy to za sobą. Od razu odpowiem na dziesięć
najczęściej zadawanych pytań dotyczących pracy degustatora w fabryce
czekolady, które słyszę w Faces, naszym lokalnym klubie nocnym. Nie jest
to zbyt przyjemny klub, ale inne są znacznie gorsze.
Tak, dam ci kilka darmowych próbek.
Nie, nie jestem tak gruba, jak można by się spodziewać.
Tak, jest właśnie tak jak w
Charliem i fabryce czekolady.
Nie, nikt nigdy nie zrobił kupy do kadzi z czekoladą1.
Nie, moja praca nie sprawia, że jestem bardziej popularna niż inni,
ponieważ mam trzydzieści lat, a nie siedem.
Nie, nie robi mi się niedobrze na widok czekolady - uwielbiam ją,
ale jeśli dzięki temu poczujesz się lepiej we własnej pracy, to
proszę bardzo, możesz tak myśleć.
Och, to bardzo interesujące, że masz w majtkach coś jeszcze
smaczniejszego niż czekolada (ziewnięcie). (Adnotacja: chciałabym
być na tyle odważna, żeby powiedzieć to głośno, ale zazwyczaj tylko
się krzywię i uciekam wzrokiem od mojego rozmówcy. Moja najlepsza
przyjaciółka Cath i tak szybko spławia takich facetów. Albo czasami
sama ich podrywa).
Tak, przekażę, że masz świetny pomysł na czekoladę o smaku orzeszków
ziemnych/piwa/wódki/dżemu, ale wątpię, żeby się dało na nim dorobić.
Tak, potrafię zrobić prawdziwą czekoladę, chociaż w Brader's Family
Chocolates cały proces odbywa się automatycznie w ogromnej kadzi, a ja jestem raczej kimś w rodzaju nadzorcy. Chciałabym robić więcej,
ale zdaniem moich szefów lepiej, żeby nikt nie majstrował przy
czekoladkach, które mają smakować za każdym razem dokładnie tak samo
i móc długo poleżeć na półce.
Nie, nie jest to najlepsza praca na świecie, ale jest moja i ją
lubię. A przynajmniej lubiłam, dopóki nie trafiłam tutaj.
Potem zazwyczaj mówię: "Rum z Colą, dzięki, że pytasz".
- Anno.
W nogach mojego łóżka siedział mężczyzna. Nie mogłam się skupić. Znał
mnie, ale ja jego nie. Wydawało mi się to niesprawiedliwe. Próbowałam
coś powiedzieć, ale czułam, jakby ktoś nasypał mi piasku do ust. Tylko
po co?
- Anno.
Znów usłyszałam jego głos. A więc był prawdziwy i wydobywał się z sylwetki na końcu mojego łóżka.
- Słyszysz mnie?
"Oczywiście, że cię słyszę, siedzisz na moim łóżku i się wydzierasz" -
chciałam powiedzieć, ale z moich ust wydobył się tylko dziwny, chrapliwy
dźwięk.
- To świetnie, świetnie, bardzo dobrze. Chcesz się napić wody?
Skinęłam głową, bo to wydawało się najłatwiejsze.
- Dobrze, dobrze. Nie kiwaj zbyt mocno głową, bo poprzesuwasz sobie
rurki. SIOSTRO!
Nie wiem, czy pielęgniarka przyszła, czy nie; nagle znów straciłam
przytomność. Zanim odpłynęłam, zdążyłam jeszcze pomyśleć, że mam
nadzieję, że kimkolwiek jest, nie ma nic przeciwko, kiedy się na nią
krzyczy. Nie mogłam sobie przypomnieć, czy moi rodzice mówili, że coś
jest nie tak z moim nosem...
- Oto i ona.
To był ten sam głos, ale nie potrafiłam określić, ile czasu minęło od
tamtej pory. Światło wydawało się jakieś inne. Nagle przeszył mnie taki
ból, że aż wstrzymałam oddech.
- O proszę! Będzie dobrze, zobaczysz.
Tata.
- Nie podoba mi się to.
Mama.
- Czy mogę dostać wody? - próbowałam zapytać, ale wyszło z tego coś na
kształt: "Cy... mo... wo...?".
Na szczęście ktoś tam rozumiał język ludzi spragnionych, bo natychmiast
podano mi mały plastikowy kubek z letnią wodą w kredowym kolorze. Pewnie
z kranu. I była to najlepsza rzecz, jaką kiedykolwiek miałam na języku w całym swoim życiu, wliczając tamten dzień, kiedy po raz pierwszy
spróbowałam czekoladki Cr?me Egg. Wypiłam całość i poprosiłam o więcej,
ale ktoś odmówił i na tym się skończyło. Być może byłam w więzieniu?
- Możesz otworzyć oczy? - powiedział głos rozkazującym tonem.
- Oczywiście, że może.
- No nie wiem, Pete. Może lepiej nie.
Co dziwne, to właśnie brak wiary mojej matki sprawił, że spróbowałam
jednak otworzyć oczy. Zamrugałam i nagle zamajaczyła przede mną postać
siedząca na końcu łóżka, którą już wcześniej widziałam - chciałam, żeby
przestała - oraz dwa kształty, które były mi tak dobrze znane jak moje
własne ręce.
Rozpoznałam rude włosy mojej matki, które farbowała w domu, mimo że Cath
wiele razy proponowała jej, że zrobi to w salonie za symboliczną opłatą,
którą moja matka i tak uznawała za wygórowaną (poza tym uważała, że Cath
brak zahamowań, co jest prawdą, ale nie wpływa na to, że dobrze sobie
radzi z farbowaniem włosów). Dlatego mniej więcej przez tydzień każdego
miesiąca mama chodziła z dziwną rudą smugą od henny na czole, której nie
potrafiła zmyć. Mój tata z kolei miał na sobie swoją najlepszą koszulę,
co naprawdę mnie zmartwiło. Nie ubierał się tak na żadne inne okazje
poza ślubami i pogrzebami, a ja byłam prawie na sto procent pewna, że
nie wychodzę za mąż. Darr musiałby się w tym celu zmienić w zupełnie
inną osobę, tak pod względem wyglądu, jak i charakteru, a to było raczej
mało prawdopodobne.
- Halo? - powiedziałam, czując, że piaski pustyni zaczynają się
wycofywać z moich ust, że znika podział między tym, co rzeczywiste, a tym, co było tylko kłębkiem pomieszania zmysłów i bólu, że Anna wróciła,
a skóra, którą na sobie noszę, jednak jest moja.
- Kochanie!
Mama wybuchnęła płaczem. Tata, który nie był aż tak wylewny, delikatnie
ścisnął moją dłoń - tę, w której, jak zauważyłam, nie było grubej rurki
wbitej tuż pod skórą. W drugiej była. To najobrzydliwsza rzecz, jaką
kiedykolwiek widziałam.
- Fuuu... - powiedziałam. - Co to jest? To obrzydliwe!
Postać stojąca w nogach mojego łóżka uśmiechnęła się dość
protekcjonalnie.
- Myślę, że gdyby tego nie było, uznałabyś swój pobyt tutaj za znacznie
bardziej obrzydliwy - wyjaśniła. - W ten sposób podajemy środki
przeciwbólowe i leki.
- A mogę ich dostać więcej? - zapytałam.
Fala bólu znów przeszyła moje ciało od palców lewej stopy w górę.
Wtedy zauważyłam też inne rurki, w tym wychodzące z miejsc, o których
nie chciałam rozmawiać przy moim tacie. Zamilkłam. Czułam się naprawdę
bardzo dziwnie.
- Kręci ci się w głowie? - zapytał lekarz. - To zupełnie normalne.
Moja mama nadal pociągała nosem.
- Wszystko w porządku, mamo.
To, co powiedziała potem, zmroziło mnie do szpiku kości.
- Nie jest w porządku, kochanie. Wcale nie jest w porządku.
Przez kilka następnych dni zasypiałam w zupełnie przypadkowych
momentach. Doktor Ed - tak, naprawdę tak się przedstawił, jakby był
lekarzem z telewizji - przychodził i siadał w nogach łóżka, czego nie
robili inni lekarze, i - co gorsza - patrzył mi w oczy, jak gdyby bardzo
się starał wspierać mnie jako człowieka. Chyba wolałam już tego
zarozumiałego konsultanta, który przychodził raz w tygodniu i ledwo
chciało mu się rzucić na mnie okiem, ale za to zadawał towarzyszącym mu
studentom medycyny wprawiające ich w zakłopotanie pytania.
Muszę jednak przyznać, że dzięki przyjacielskim pogawędkom z doktorem
Edem zaczynałam sobie przypominać, co się właściwie wydarzyło.
Poślizgnęłam się w fabryce - wszyscy byli tym bardzo podekscytowani,
zastanawiali się, czy nie złamano jakichś zasad BHP i czy nie dostanę
milionowego odszkodowania, ale okazało się, że była to w stu procentach
moja wina. Był ładny, bardzo ciepły, wiosenny dzień, więc postanowiłam
przyjść do pracy w nowiutkich butach, chociaż te kompletnie nie nadawały
się do pracy w fabryce. No i się poślizgnęłam. Ot, nieszczęśliwy
wypadek. Upadając, zahaczyłam o drabinkę przy kadzi i wylałam na siebie
jej zawartość. Potem trafiłam do szpitala i zachorowałam.
- Robak próbował mnie zjeść? - zapytałam doktora Eda.
- Cóż, można tak powiedzieć - odpowiedział z uśmiechem odsłaniającym
zęby zbyt białe, żeby mogły być naturalne. Być może po prostu ćwiczył
przed występem w telewizji. - To nie był duży robak, Anno, tylko taki
pokroju pająka.
- Pająki nie są robakami - odparłam ze złością.
- Ha, ha! Rzeczywiście. - Potrząsnął głową. - Cóż, te stworzenia są
bardzo, bardzo małe, tak małe, że nie zobaczyłabyś ich, nawet gdyby na
moim palcu siedziało ich tysiąc!
W tym momencie pomyślałam, że do mojej dokumentacji medycznej musiał
wkraść się błąd i jest tam napisane, że mam osiem lat, a nie trzydzieści
jeden.
- Nie obchodzi mnie, jakich są rozmiarów - powiedziałam. - Czuję się
przez nie paskudnie.
- I właśnie dlatego walczymy z nimi wszystkimi dostępnymi środkami! -
powiedział doktor Ed, jakby był Supermanem albo kimś w tym rodzaju. Nie
wspomniałam o tym, że gdyby wszyscy na hali przestrzegali zasad higieny,
pewnie nie złapałabym tego świństwa.
A poza tym, o Boże, jak się paskudnie czułam. Nie miałam ochoty nic jeść
ani pić z wyjątkiem wody (tata przyniósł mi pianki marshmallow, za co
mama zmyła mu głowę, ponieważ była pewna, że utkną mi w gardle i uduszę
się na ich oczach). Dużo spałam, ale nawet kiedy tak nie było, nie
miałam siły, żeby oglądać telewizję, czytać, rozmawiać z ludźmi czy
przeglądać telefon. Widziałam, że mam dużo nowych wiadomości na
Facebooku, bo ktoś - prawdopodobnie Cath - położył mi telefon obok
łóżka, ale nie miałam ochoty ich czytać.
Czułam się dziwnie, jakbym obudziła się w obcym kraju, gdzie nikt nie
mówi w moim języku: ani mama, ani tata, ani moi przyjaciele. W te dni
widziałam wszystko jak przez mgłę. Nic nie miało sensu poza ciągłym
bólem, przez który nie byłam w stanie nawet myśleć o poruszeniu się czy
przesunięciu ręki na łóżku. Ten dziwny kraj zamieszkały przez chorych
ludzi był zupełnie innym miejscem niż normalny świat. Tutaj karmili cię
i nosili inni, zwracając się do ciebie jak do dziecka, a tobie zawsze,
ale to zawsze było gorąco.
W moich gorączkowych snach często widziałam szkołę. Nienawidziłam jej.
Mama zawsze powtarzała, że nie jest typem naukowca, więc ja pewnie też
nie będę, co w zasadzie przesądziło sprawę, chociaż z perspektywy czasu
wydaje mi się to totalnie głupie. Pewnie właśnie dlatego w halucynacjach
przez długi czas widziałam przed sobą twarze moich dawnych nauczycieli,
nie traktowałam tego jednak zbyt poważnie. Pewnego dnia obudziłam się
bardzo wcześnie, kiedy w szpitalu było jeszcze chłodno i nie aż tak
głośno jak zwykle. Ostrożnie odwróciłam głowę w bok, a tam spokojnie
siedziała, patrząc na mnie, moja dawna nauczycielka francuskiego, pani
Shawcourt.
To chyba nie był sen ani halucynacja, ale na wszelki wypadek zamrugałam,
żeby się przekonać, czy nie zniknie. Nie zniknęła.
Leżałam w czteroosobowej sali, co wydawało mi się nieco dziwne. To w końcu miałam tę chorobę zakaźną czy nie? Pozostałe dwa łóżka były
obecnie puste, ale przez cały czas mojego pobytu tutaj co chwila
zmieniały się w nich staruszki, które które, jak się wydawało, nie
zajmowały się niczym poza płaczem.
- Dzień dobry - powiedziała. - Znamy się, prawda?
Nagle poczułam wstyd, jakbym znowu nie odrobiła pracy domowej.
Nigdy tego nie robiłam. Razem z Cath często wagarowałyśmy, a francuski
wydawał nam się kompletnie bezużyteczny. Na co to komu? Siedziałyśmy
zwykle na boisku z tyłu szkoły, bo tam nauczyciele nie mogli nas
zobaczyć, i rozmawiałyśmy z fałszywym akcentem z Manchesteru o tym, jak
beznadziejny jest Kidinsborough i że zamierzamy stąd uciec przy
pierwszej okazji.
- Anna Trent.
Skinęłam głową.
- Uczyłam cię przez dwa lata.
Przyjrzałam się jej dokładniej. Zawsze wyróżniała się na szkolnym
korytarzu. Była zdecydowanie najlepiej ubrana; większość nauczycieli to
banda flejtuchów. Ona nosiła ładne, dopasowane sukienki, które
sprawiały, że wyglądała nieco inaczej. Dało się zauważyć, że nie kupiła
ich w Matalan. Miała wtedy blond włosy...
Nagle dotarło do mnie, że teraz nie miała żadnych włosów. Była też
bardzo szczupła. Zawsze była szczupła, ale teraz...
Powiedziałam najgłupszą rzecz, jaka przyszła mi do głowy - na swoją
obronę mam tylko to, że naprawdę nie czułam się wtedy dobrze.
- Jest pani chora?
- Nie - odpowiedziała pani Shawcourt. - Jestem na wakacjach.
Nastąpiła chwila ciszy, po której szeroko się uśmiechnęłam.
Przypomniałam sobie, że była naprawdę dobrą nauczycielką.
- Przykro mi z powodu twoich palców - powiedziała bez zbędnego wstępu.
Spojrzałam na bandaż, w który zawinięty była moja lewa stopa.
- Ach, to... Wszystko będzie dobrze, tylko się przewróciłam -
odpowiedziałam. Wtedy zobaczyłam jej minę. Zdałam sobie sprawę, że
chociaż wszyscy rozmawiali o mojej gorączce, chorobie i wypadku, nikt
nie wpadł na to, żeby powiedzieć mi całą prawdę.
Musiała się mylić. Przecież je czułam...
Wpatrywałam się w nią, a ona wytrzymała moje spojrzenie bez mrugnięcia.
- Czuję je - powiedziałam w końcu.
- Nie mogę uwierzyć, że nikt ci nie powiedział. Cholerne szpitale.
Znowu spojrzałam na bandaż. Zrobiło mi się niedobrze. Potem rzeczywiście
zwymiotowałam do dużej tekturowej kaczki, która stała przy moim łóżku.
Później przyszedł doktor Ed i znowu przy mnie usiadł. Spojrzałam na
niego gniewnie.
- Tak... - Zajrzał do swoich notatek. - Anno, przykro mi, że nie zdawałaś
sobie sprawy z powagi sytuacji.
- To dlatego, że ciągle mówił pan o "wypadku" i "godnym pożałowania
incydencie" - odparłam ostro. - Nie zdawałam sobie sprawy, że straciłam
palce, zwłaszcza że je czuję. Bardzo bolą.
Przytaknął.
- To niestety dość częste.
- Dlaczego nikt mi nie powiedział? Wszyscy ciągle gadali o gorączce,
zakażeniu i innych rzeczach.
- Cóż, właśnie tego się najbardziej obawialiśmy. To prędzej mogło cię
zabić niż utrata paru palców u stóp.
- Dobrze wiedzieć. I to nie jest "parę palców u stóp". To MOJE palce.
Kiedy rozmawialiśmy, pielęgniarka delikatnie odwijała bandaże z mojej
stopy. Przełknęłam ślinę. Bałam się, że znowu zwymiotuję.
Czy kiedykolwiek graliście w szkole w taką grę, podczas której leżycie
na brzuchu z zamkniętymi oczami, a ktoś wyciąga wasze ręce nad głową, a następnie bardzo powoli je opuszcza, tak że czujecie, jakby zapadały się
do czarnej dziury?
Tak to właśnie wyglądało. Mój mózg nie potrafił przetworzyć tego, co
widział, co czuł i czego się właśnie dowiedział. Moje palce były na
swoim miejscu. Były tam. Przed oczami pojawiło mi się jednak dziwne
ukośne nacięcie - dwa kikuty odcięte wzdłuż prostej linii, jakby
zrobiono to celowo brzytwą.
- Cóż - powiedział doktor Ed - miałaś szczęście. Gdybyś straciła duży
lub mały palec, miałabyś poważne problemy z utrzymaniem równowagi...
Spojrzałam na niego, jakby z głowy wyrastały mu rogi.
- Zdecydowanie i z całą pewnością nie czuję się, jakbym miała szczęście
- powiedziałam.
- Postaw się na moim miejscu - powiedział głos zza zasłony oddzielającej
mnie od sąsiedniego łóżka.
To była pani Shawcourt czekająca na kolejną turę chemioterapii.
Nagle, bez ostrzeżenia, obie zaczęłyśmy się śmiać.
Leżałam w szpitalu przez kolejne trzy tygodnie. Wielu znajomych przyszło
mnie odwiedzić. Mówili, że pisali o mnie w gazecie, pytali, czy mogą
zobaczyć moje palce (nie zgadzałam się; nawet kiedy zmieniano mi
opatrunek, nie mogłam na nie patrzeć) i informowali mnie na bieżąco o wydarzeniach towarzyskich, które nagle przestały mnie interesować.
Jedyną osobą, z którą naprawdę miałam ochotę rozmawiać, była pani
Shawcourt, która poprosiła, żebym nazywała ją Claire. Musiałam się
przyzwyczaić, bo czułam się przez to trochę zbyt dorosła. Miała dwóch
synów, którzy ją odwiedzali i zawsze wyglądali, jakby się spieszyli, za
to jej synowe były bardzo miłe i dawały mi do przejrzenia kolorowe
magazyny z plotkami o gwiazdach, bo Claire nie chciała, żeby jej nimi
zawracać głowę. Pewnego razu przyszły z nimi dwie małe dziewczynki,
które przestraszyły się wszystkich tych rurek, zapachów i dźwięków. To
była jedyna chwila, kiedy widziałam Claire naprawdę smutną.
Przez resztę czasu rozmawiałyśmy, a właściwie to ja mówiłam. Głównie o tym, jak bardzo się nudzę i że nigdy się nie nauczę znowu normalnie
chodzić. Nigdy wcześniej nie myślałam o tym - z wyjątkiem sytuacji, gdy
robiłam pedicure, ale nawet wtedy nie poświęcałam temu zbyt wiele uwagi
- jak irytująco przydatne są palce u stóp podczas przemieszczania się.
Jeszcze bardziej krępujące było to, że musiałam korzystać z tej samej
sali do rehabilitacji co osoby z naprawdę poważnymi urazami, w tym
poruszające się na wózkach inwalidzkich, przez co czułam się jak
oszustka, kiedy maszerowałam wsparta o poręcze równoległe z urazem,
który większość z nich uważała za całkiem zabawny. Nie powinnam więc
narzekać, a jednak narzekałam.
Claire to rozumiała. Była bardzo miłą towarzyszką, a czasami, kiedy
czuła się naprawdę źle, czytałam jej książki. Większość z nich była
jednak po francusku.
- Nie umiem tego przeczytać - powiedziałam.
- Powinnaś umieć - odparła. - Sama cię uczyłam.
- No niby tak - mruknęłam.
- Byłaś dobrą uczennicą - powiedziała Claire. - Pamiętam, że miałaś
talent.
Przypomniałam sobie moje świadectwo z pierwszej klasy. Nagle dotarło do
mnie, że pośród uwag w stylu "nie przykłada się" i "mogłaby się
poprawić" znalazła się tam też dobra ocena z francuskiego. Dlaczego się
nie przykładałam?
- Uważałam, że szkoła jest głupia - wyjaśniłam.
Claire pokręciła głową.
- A pochodzisz z tak miłej rodziny. Spotkałam twoich rodziców, są
uroczy.
- Ty nie musisz z nimi mieszkać - odparowałam i zaraz poczułam się
winna, że tak źle się o nich wyraziłam. Odwiedzali mnie codziennie, mimo
że tata cały czas narzekał na wysokie opłaty parkingowe.
- Nadal mieszkasz z rodzicami? - zapytała zaskoczona, a ja poczułam, że
muszę się jakoś z tego wybronić.
- Mieszkałam przez jakiś czas z moim chłopakiem, ale okazał się
palantem, więc wróciłam do domu. To wszystko.
- Rozumiem - powiedziała Claire.
Spojrzała na zegarek. Była dopiero dziewiąta trzydzieści rano, a my nie
spałyśmy już od trzech godzin. Lunch serwowano w południe.
- Jeśli chcesz... - zaczęła. - Ja też się nudzę. Mogłabym pouczyć cię
trochę francuskiego, a ty mogłabyś mi poczytać. Poczułabym się mniej jak
wielka, chora, łysa śliwka, która nie robi nic poza rozpamiętywaniem
przeszłości i czuje się stara, głupia i bezużyteczna. Chciałabyś?
Spojrzałam na magazyn, który trzymałam w ręku. Z okładki spoglądało na
mnie ogromne zdjęcie tyłka Kim Kardashian. Ona przynajmniej miała
dziesięć palców u stóp.
- Tak, pewnie - powiedziałam.
1972
- To nic takiego - powiedział podniesionym głosem mężczyzna, próbując
przekrzyczeć silny morski wiatr, syreny promów i stukot pociągów. - To
przecież niedaleko... Spójrz, to kanał La Manche, można go przepłynąć.
Nie powstrzymało to jednak łez spływających po policzkach dziewczyny.
- Tak - odpowiedziała. - Popłynę dla ciebie.
- Wrócisz do szkoły, skończysz ją, dokonasz wspaniałych rzeczy i będziesz szczęśliwa.
- Nie chcę - jęknęła. - Chcę zostać tutaj z tobą.
Mężczyzna wykrzywił twarz w dziwnym grymasie i próbował powstrzymać
pocałunkami jej łzy, które kapały mu na nowy, lśniący mundur.
- Zmuszą mnie do maszerowania w tę i z powrotem jak małpa, rozumiesz?
Będę idiotą, który nie ma do roboty nic innego niż myślenie o tobie.
Cicho, kochanie. Cicho. Jeszcze będziemy razem, zobaczysz.
- Kocham cię - powiedziała dziewczyna. - Jeszcze nigdy w życiu
nikogo tak bardzo nie kochałam...
- Ja też cię kocham - powiedział mężczyzna. - Naprawdę mi na tobie
zależy. Spotkamy się znowu, kochanie. Będę pisał do ciebie listy, a ty
skończysz szkołę. Wszystko będzie dobrze, zobaczysz.
Dziewczyna zaczęła się uspokajać.
- Nie mogę... nie mogę tego znieść - powiedziała.
- Ach, kochanie - odparł mężczyzna. - Tak to właśnie jest w życiu;
trzeba znosić różne rzeczy.
Schował twarz w jej włosach.
- Alors, moja ukochana. Wróć szybko.
- Wrócę - powiedziała dziewczyna. - Oczywiście, że wrócę.
Rozdział 2
Rozdział 2
Moi dwaj bracia przestali mnie odwiedzać, gdy tylko stało się jasne, że
nie umrę. Kocham ich i zdaję sobie sprawę, że kiedy ma się dwadzieścia
dwa i dwadzieścia lat, jest wiele innych rzeczy do roboty niż siedzenie
w szpitalu i gadanie z dziwną starszą siostrą o jej wypadku. Cath,
chwała jej za to, była jak zawsze wspaniała i nie mogłam się bez niej
obejść. Niestety pracowała do późna w salonie fryzjerskim, a dojazd
autobusem do szpitala zajmował jej czterdzieści pięć minut, więc nie
mogła przychodzić zbyt często, dlatego tym bardziej doceniałam jej
wizyty. Lubiła mi opowiadać, kto w tym tygodniu wygrał konkurs na
najbrzydszą fryzurę i jak starała się przekonać klientki, żeby
spróbowały czegoś innego niż przedłużanie, ale te za nic nie chciały
ustąpić i prosiły o fryzurę w stylu Cheryl Cole albo którejś z bohaterek
reality show TOWIE2, chociaż ich krótkie, przetłuszczone
brązowe kosmyki kompletnie się do tego nie nadawały; i jak wracały po
tygodniu, krzycząc i grożąc pozwem, bo pod ciężarem doczepów wypadło im
to, co jeszcze zostało z ich własnych włosów.
- Tłumaczę im - mówiła Cath - ale nie słuchają. Nikt mnie nie słucha.
Zmusiła mnie, żebym spojrzała w lustro w łazience i powiedziała sobie,
że wszystko będzie dobrze. Wyglądałam okropnie. Od antybiotyków miałam
przekrwione i żółtawe oczy, a moje kręcone włosy ze skłonnością do
puszenia - zwykle blond, dzięki pomocy Cath, obecnie z odrostami - teraz
wymknęły się spod kontroli. Miałam fryzurę jak szalony naukowiec. Na
domiar złego moja blada skóra przybrała odcień i strukturę szpitalnej
owsianki. Cath próbowała mnie pocieszać, głównie dlatego, że taka po
prostu jest, a także dlatego, że przyzwyczaiła się do mówienia miłych
rzeczy w salonie sześćdziesięcioletnim kobietom, które mają po
dziewięćdziesiąt kilogramów nadwagi, ale życzą sobie po wizycie wyglądać
jak Coleen Rooney (obie wiedziałyśmy jednak, że to daremny wysiłek).
Większość czasu spędzałam tylko z Claire. Było to dość osobliwe,
ponieważ zbliżyłyśmy się do siebie znacznie szybciej, niż miałoby to
miejsce w innych okolicznościach. Podczas pobytu w szpitalu z pewnym
zaskoczeniem zdałam sobie sprawę, że cieszę się z rozstania z Darrem.
Był miłym facetem i w ogóle, ale nie był zbyt rozmowny. Gdyby musiał
przychodzić do mnie codziennie, to byłaby katastrofa; trzeciego dnia
rozmawialibyśmy już tylko o frytkach i klubie Manchester City. Nie wiem,
jak miałby wyglądać nasz związek bez możliwości całowania się (nadal
miałam rurkę w ręce i cewnik, a nawet gdyby tak nie było, to z ośmioma
palcami u stóp nie czułam się zbyt seksowna). Dzięki chorobie spojrzałam
na wszystko z innej perspektywy. Byłam załamana, kiedy zerwaliśmy (on
ciągle próbował mnie zdradzić, a w mieście wielkości Kidinsborough nic
nie pozostaje długo tajemnicą. Fakt, że bronił się "brakiem sukcesów",
też mu nie pomógł), ale teraz tęskniłam tylko za małym mieszkaniem,
które razem wynajmowaliśmy.
Darr przesłał mi pudełko czekoladek przez mojego brata, które Joe (jak
każdy dwudziestolatek) od razu sam zjadł, i wysłał mi wiadomość, żeby
zapytać, czy wszystko w porządku. Myślę, że pewnie mogłabym do niego
wrócić, z palcami czy bez. Podobno podrywanie dziewczyn szło mu jako
singlowi równie kiepsko jak wtedy, kiedy był ze mną, ale może Cath tak
tylko mówiła, żeby poprawić mi humor.
Bez Claire chyba oszalałabym z nudów. Sześć miesięcy wcześniej kupiłam
tani smartfon i teraz się za to przeklinałam, bo nie było na nim innych
gier niż Wąż. Czytam ogólnie dużo książek, ale jest różnica między
czytaniem książki, kiedy jest się zmęczonym po całym dniu pracy, więc ma
się chęć wziąć kąpiel i cieszyć lekturą przy filiżance herbaty, nawet
jeśli wasz dwudziestoletni brat wali w drzwi i krzyczy coś o żelu do
włosów, a czytaniem książki, ponieważ nie ma się nic innego do roboty.
Poza tym brałam dużo leków i trudno mi było się skupić na lekturze. W odległym kącie sali stał telewizor, który cały czas grał, ale był
ustawiony na ten sam kanał przez cały dzień i bardzo męczyło mnie
oglądanie wydzierających się na siebie grubasów, więc zaczęłam nosić
słuchawki. Cieszyłam się, kiedy ktoś przyszedł mnie odwiedzić, ale nie
miałam moim gościom nic do powiedzenia poza tym, ile płynu sączyło z mojej rany i innymi obrzydliwymi sprawami, więc rozmowy też nie
sprawiały mi przyjemności.
Pielęgniarki były bardzo wesołe, ale zawsze się spieszyły, z kolei
lekarze wyglądali na wiecznie zmęczonych i z reguły nie zwracali na mnie
uwagi - wszyscy interesowali się moją stopą, ale ta równie dobrze mogła
należeć do kota, bo nic powyżej kostki już ich nie obchodziło. A inne
kobiety leżące na oddziale były stare. Naprawdę bardzo stare. Mam na
myśli ten etap życia, kiedy pyta się już tylko: "Gdzie ja jestem? Czy to
wojna?". Było mi ich żal, podobnie jak ich troskliwych, ale wyczerpanych
rodzin, które codziennie przychodziły do szpitala tylko po to, aby
usłyszeć od lekarza "bez zmian", ale nie potrafiłabym znaleźć z nimi
wspólnego języka. Nie zdawałam sobie sprawy, że młodzi ludzie tak rzadko
poważnie chorują. A jeśli już, to trafiają od razu na salę operacyjną,
gdzie amputuje się im jakąś część ciała, albo na oddział ratunkowy,
gdzie dochodzą do siebie po szalonej nocy, która wymknęła się spod
kontroli. Ale nie tutaj. Na moim oddziale leżały tylko starzejące się
pacjentki z milionem dolegliwości, które nie miały już dokąd pójść.
Siedzenie z Claire i powtarzanie odmiany czasowników avoir i ?tre,
zapamiętywanie różnic między czasem przeszłym bliskim a niedokonanym
oraz uczenie się prawidłowej wymowy "r" było naprawdę miłą odmianą.
- Musisz - powtarzała cały czas - popracować nad swoim akcentem. Bądź
Francuzką. Miej najbardziej francuski akcent ze wszystkich. Mów jak
inspektor Clouseau i machaj rękami.
- Czuję się jak idiotka - odpowiedziałam.
- Będziesz się tak czuć - zgodziła się Claire - dopóki nie nauczysz się
lepiej francuskiego i Francuzi nie zaczną cię rozumieć.
Mozolnie przerabiałyśmy książeczki dla dzieci, fiszki i fragmenty
testów. Miło mi było, że Claire też to sprawia przyjemność, i to
znacznie większą niż jej krótkie, nieco niezręczne rozmowy z synami -
dowiedziałam się, że od dawna była rozwiedziona.
W końcu, podobnie jak muzyk niepewnie podnoszący instrument, zaczęłam
podejmować próby rozmawiania z nią po francusku. Łatwiej było mi słuchać
niż mówić, ale Claire była niezwykle cierpliwa i poprawiała mnie z tak
wielkim taktem, że nie mogłam uwierzyć, jak straszną idiotką byłam, nie
poświęcając więcej uwagi tej wspaniałej nauczycielce, kiedy miałam ku
temu możliwość.
- Mieszkałaś we Francji? - Est-ce que tu habitait en France? -
zapytałam, wymawiając powoli słowa, pewnego wilgotnego wiosennego
poranka.
Wydawało się, że zielone pąki na drzewach za oknem cieszą się deszczem,
ale nikt inny nie podzielał ich entuzjazmu. W szpitalu i tak zawsze
panowała ta sama temperatura, budynek był jak hermetycznie zamknięty
statek w butelce odcięty od świata zewnętrznego.
- Dawno temu - odpowiedziała, nie patrząc mi w oczy. - I przez krótki
czas.
1971-1972
Claire wiedziała, że to najgłupsza forma buntu. Właściwie to wcale nie
był bunt. Mimo to siedziała przy stole, wpatrując się w miskę płatków
Ready Brek. Miała siedemnaście lat i czuła, że jest już za duża, żeby je
jeść na śniadanie. Wolałaby po prostu wypić kawę, ale nie była gotowa,
żeby o to zawalczyć. Jednak w tej drugiej sprawie...
- Nie pójdziesz w czymś takim do kościoła.
"Coś takiego" to para nowych dzwonów, na
które Claire oszczędzała. Podczas świąt Bożego Narodzenia pracowała w Chelsea Girl. Jej ojcu bardzo trudno było pogodzić się z faktem, że
chociaż była gotowa podjąć się ciężkiej pracy (w którą głęboko wierzył),
to wyraźnie wykonywała ją w siedlisku nieprawości, gdzie sprzedawano
ubrania dla nierządnic. Matka, jak zwykle, musiała o tym wspomnieć na
osobności, ale nigdy nie odważyłaby się sprzeciwić publicznie wielebnemu
Marcusowi Forestowi. Nigdy też tego nie zrobiła. Niewielu było
wystarczająco odważnych.
Claire spojrzała na dżinsy na swoich nogach. Przez całe życie chodziła
niemodnie ubrana. Jej ojciec uważał, że moda to droga do wiecznego
potępienia, więc matka szyła jej fartuszki, długie spódnice do szkoły i sukienki na niedzielę.
Praca jednak otworzyła jej oczy. Dzięki niej Claire poczuła się
bardziej dorosła. Inne dziewczyny w sklepie miały po dwadzieścia lat, a nawet więcej, i były bardziej obyte w świecie. Rozmawiały o klubach
nocnych, chłopcach i makijażu (surowo zabronionym w domu wielebnego), a co gorsza, uważały życie Claire (wszyscy znali wielebnego) za komiczne.
Starsze koleżanki wzięły ją pod swoje skrzydła, ubierały ją w najmodniejsze ciuchy, zachwycały się jej szczupłą sylwetką i niefarbowanymi jasnymi włosami, których ona sama nigdy nie lubiła
(chociaż w domu nie było zbyt wielu luster, w których mogłaby się
przejrzeć). Żaden chłopak ze szkoły nigdy nie zaprosił jej na randkę.
Wmawiała sobie, że to z powodu ojca, ale w głębi duszy obawiała się, że
przyczyna leży gdzie indziej - że jest zbyt cicha i nieciekawa. Przez
swoje bardzo jasne włosy i brwi czasami czuła się, jakby w ogóle nie
istniała.
W pracy z dnia na dzień nabierała śmiałości. Wszystko skończyło się
jednak nagle w pewien weekend, kiedy ojciec akurat pracował nad
bożonarodzeniowym kazaniem, a ona wróciła ze sklepu z mocnym makijażem:
jej oczy były podkreślone błyszczącym kajalem w kolorze szmaragdowej
zieleni i brązowym cieniem, a brwi - co najbardziej szokujące -
pomalowane na ciemnobrązowo kredką jednej z dziewczyn. Claire stała
przed lustrem i wpatrywała się w to dziwne i tajemnicze stworzenie, w które się zmieniła; nie była już blada i bezbarwna. Nie była już chudą i mizerną dziewczynką, wyglądała zgrabnie i robiła wrażenie. Cassie
zaczesała jej włosy do tyłu i upięła dziecięcą grzywkę, odsłaniając
czoło, co dodało Claire lat. Wszystkie dziewczyny się śmiały i nalegały,
żeby wyszła z nimi w sobotę.
Claire nie wydawało się to możliwe.
Ojciec aż wstał, wyraźnie wyprowadzony z równowagi.
- Zmyj to - powiedział z rezygnacją. - Nie pod moim dachem.
Nie złościł się jednak ani nie krzyczał. Nigdy tego nie robił, nie
leżało to w jego naturze. Po prostu oznajmił jej, jak będzie. W świecie
Claire głos ojca i głos Boga, w którego szczerze wierzyła, zlewały się w jedno, nie pozostawiając miejsca na wątpliwości.
Matka poszła za nią do łazienki, całej w kolorze awokado, i przytuliła
ją na pociechę.
- Wyglądasz naprawdę uroczo - powiedziała, gdy Claire ze złością
wycierała twarz brązowym flanelowym ręcznikiem. - Wiesz - dodała -
za rok lub dwa pójdziesz do szkoły dla sekretarek lub na kurs
nauczycielski, a potem będziesz mogła robić, co tylko zechcesz. Musisz
jeszcze tylko chwilę poczekać, kochanie.
Claire wydawało się jednak, że dzieli ją od tego jeszcze z milion lat.
Wszystkie inne dziewczyny mogły się stroić, wychodzić i mieć chłopaków,
którzy przyjeżdżali po nie małymi, starymi samochodami albo na
motocyklach.
- Ta praca... Myślałam, że to dobry pomysł, ale... - Matka pokręciła
głową. - Wiesz, jaki on jest. To doprowadza go do szału. Miałam
nadzieję, że będziesz dzięki niej bardziej niezależna...
Później w nocy Claire usłyszała dochodzącą z dołu cichą rozmowę.
Rodzice szeptali. Po tonie ich głosów domyśliła się, że mówią o niej.
Bycie jedynaczką często nie jest łatwe. Zawsze wydawało jej się, że
ojciec postrzega ją jako kogoś, kto spuszczony z oczu od razu wpakuje
się w poważne kłopoty, co szalenie ją irytowało. Matka robiła, co mogła,
ale kiedy pastor wpadał w ponury nastrój - a trwało to czasem kilka
dni - atmosfera w domu stawała się bardzo nieprzyjemna. Był
przyzwyczajony, że dwie kobiety, z którymi dzielił życie, bez pytania
wykonują jego polecenia. Claire pragnęła jednak odrobiny wolności.
W sklepie miała zajęcie do połowy stycznia. Potem zaproponowano jej
pracę w soboty, a ona bardzo chciała się zgodzić, ale nie było to warte
problemów w domu. Dlatego zajęła się nauką, chociaż i tak wiedziała, że
nie pójdzie na uniwersytet. Wielebny nie był zwolennikiem studiów dla
kobiet, a poza tym wolał, żeby córka została blisko domu, zamiast
wyjeżdżać do Yorku lub Liverpoolu. Czasami, późno w nocy, po tym, jak
jej rodzice poszli spać, Claire siedziała do późna, oglądając film na
BBC2, i czuła, jak serce jej się ściska na myśl, że będzie musiała
zostać w Kidinsborough na zawsze i patrzeć, jak jej rodzice się
starzeją.
Dwa miesiące później, na początku marca, matka zeszła na śniadanie z szelmowskim wyrazem twarzy i jasnoniebieską kopertą lotniczą w ręku,
która na brzegach miała czerwone i niebieskie paski, a na froncie
egzotycznie wyglądające pismo.
- Wszystko już postanowione - powiedziała, gdy pastor podniósł wzrok
znad połowy grejpfruta.
- Co takiego? - warknął.
- Claire wyjedzie na lato jako au pair. Dostała zaproszenie.
Claire nigdy nawet nie słyszała tego słowa.
- Będziesz nianią - wyjaśniła matka. - U mojej korespondencyjnej
przyjaciółki.
- Tej Francuzki? - zapytał Marcus, składając egzemplarz "Daily
Telegraph". - Myślałem, że nigdy się nie spotkałyście na żywo.
- Bo nie spotkałyśmy - odparła dumnie Ellen.
Claire patrzyła raz na jednego z rodziców, raz na drugiego. Nie miała o niczym pojęcia.
- Kim ona jest?
- Nazywa się Marie-Noelle i korespondujemy ze sobą od czasów szkolnych
- odpowiedziała Ellen, a Claire nagle przypomniała sobie kartki
świąteczne z napisem "Meilleurs Voeux", które przychodziły co roku. -
Nadal do siebie piszemy... oczywiście sporadycznie, nie tak często, jak
kiedyś, ale wiem, że ma dwoje dzieci i napisałam do niej z pytaniem, czy
nie chciałaby przyjąć cię na lato. A ona się zgodziła! Będziesz
opiekować się jej dziećmi. Nie martw się, tutaj pisze, że ma
sprzątaczkę... mój Boże...
Twarz matki zdradzała napięcie.
- Mam nadzieję, że nie są zbyt eleganccy - kontynuowała, rozglądając
się po schludnej, ale skromnie urządzonej plebanii. Pensja duchownego
nie była wysoka, a Claire od zawsze wiedziała, że nie ma co liczyć na
nowe rzeczy.
- Nie obchodzi mnie, czy są eleganccy. Czy to porządni ludzie? -
zapytał Marcus.
- Ależ tak - odparła radośnie Ellen. - Mają syna i córkę, Arnauda i Claudette. Czyż to nie przepiękne imiona?
Serce Claire zaczęło bić szybciej.
- Gdzie... gdzie we Francji?
- Och, przepraszam, gdzie ja mam głowę? - powiedziała Ellen. - W Paryżu oczywiście.
Rozdział 3
Rozdział 3
Niewielkie odszkodowanie od fabryki czekolady, które było tylko gestem
dobrej woli, wcale nie zmieniło mojego życia. Po spłaceniu karty
kredytowej prawie nic mi nie zostało. Zastanawiałam się, czy nie
powinniśmy byli postarać się o więcej, biorąc pod uwagę, że teraz utykam
i prawie umarłam, ale fabryka stwierdziła, że to wina szpitala, a ten
się bronił, że przecież czuję się już lepiej, a technicznie rzecz
ujmując, jedynym obowiązkiem szpitala było poprawienie mojego stanu
zdrowia. Wspomniałam doktorowi Edowi, że gdyby szpital nie dopuścił do
tak poważnego pogorszenia, pewnie dałoby się doszyć mi palce, ale on się
tylko uśmiechnął, poklepał mnie po ręce w sposób charakterystyczny dla
lekarzy z telewizji i powiedział, że jeśli mam jakieś pytania, to mogę
je śmiało zadawać, co zupełnie zbiło mnie z tropu, ponieważ byłam
przekonana, że właśnie to zrobiłam, a potem z niezmąconym uśmiechem na
twarzy mrugnął do mnie i usiadł obok Claire.
Nadszedł czas, żeby wrócić do domu. Chociaż tak długo marzyłam, by
wyrwać się ze szpitala, to teraz zdałam sobie sprawę, że tak naprawdę
wcale tego nie chcę, że dziwnie mi będzie zrezygnować z tych toczących
się według ustalonego rytmu dni z wyznaczonymi porami podawania leków,
posiłków i zajęć z fizjoterapii, podczas których musiałam się skupiać
wyłącznie na powrocie do zdrowia.
Wcale mi nie było na rękę, że muszę znów zmierzyć się ze światem i znaleźć nową pracę (jednym z warunków ugody, którą podpisałam z firmą
Braders, było to, że nigdy tam nie wrócę, prawdopodobnie w razie gdyby
miały mi się przydarzyć kolejne dziwaczne urazy, chociaż statystycznie
rzecz biorąc, powinnam być teraz mniej nimi zagrożona niż reszta).
No i wiedziałam, że będę tęskniła za Claire. Coraz częściej
rozmawialiśmy po francusku, co irytowało prawie wszystkich dookoła, ale
w tamtym momencie była to jedyna dobra rzecz w moim życiu, dowód, że
potrafię się czegoś nauczyć, zdobywać nowe umiejętności. Wszystko inne
było koszmarem. W okolicy nie było żadnych ofert pracy. Cath
powiedziała, że mogę zamiatać w salonie fryzjerskim, ale niewiele bym na
tym zarobiła, a poza tym miałam problem ze schylaniem się - utrzymywanie
równowagi nie szło mi jeszcze za dobrze. Schudłam jednak sześć
kilogramów. To jakiś plus, chociaż nie poleciłabym nikomu tej metody
odchudzania.
Zwierzyłam się Claire ze swoich obaw. Zamyśliła się.
- Zastanawiałam się nad jedną rzeczą - powiedziała w końcu.
- Nad czym?
- Cóż - odparła. - Znam... znałam kogoś w Paryżu, kto pracował przy
produkcji czekolady. To było dawno temu. Nie wiem, czym się teraz
zajmuje.
- Ooo - podłapałam. - Dawna miłość?
Jej szczupła twarz nabrała nieco koloru.
- To już chyba nie twoja sprawa.
- Byłaś szaleńczo zakochana?
Na tym etapie znałyśmy się już na tyle dobrze, że mogłam się z nią
drażnić, ale ona nadal patrzyła na mnie z tym swoim nauczycielskim
błyskiem w oku. Tak było i tym razem.
- Nie jestem zbyt dobra w pisaniu listów - powiedziała zamyślona,
wpatrując się w krajobraz za oknem - ale spróbuję. Poproszę Ricky'ego,
żeby pomógł mi użyć e-maila, kiedy przyjedzie. W dzisiejszych czasach w sieci można znaleźć każdego, prawda?
- Prawda - przytaknęłam. - Ale jeśli masz tam takiego dobrego
przyjaciela, to dlaczego od tak dawna nie byłaś w Paryżu?
Claire zacisnęła usta.
- Wiesz, byłam zajęta rodziną, wychowywaniem dzieci. Miałam pracę. Nie
mogłam po prostu wskoczyć do samolotu, kiedy tylko miałam na to ochotę.
- Hm - zainteresowałam się. Nagle zrobiła się bardzo drażliwa. To było
podejrzane
- Za to ty możesz - powiedziała Claire. - Możesz robić, co zechcesz.
Roześmiałam się.
- Nie sądzę. Hopalong Cassidy to ja!
Dopiero w domu dotarło do mnie, jak ogromnie wpłynął na mnie ten
wypadek, zwłaszcza emocjonalnie. W szpitalu traktowano mnie jak kogoś,
cóż... wyjątkowego. Dostawałam kwiaty i prezenty, byłam w centrum uwagi,
personel przynosił mi leki i pytał, jak się czuję; i chociaż czułam się
okropnie, to jednak otaczano mnie opieką.
A dom był po prostu domem. Chłopcy hałasowali do późna w nocy i narzekali, że znowu muszą dzielić pokój; mama cały czas marudziła, że
pewnie nie znajdę pracy, a do tego obetną mi zasiłek dla
niepełnosprawnych, na co odpowiadałam, że przecież nie jestem
niepełnosprawna, po czym obie patrzyłyśmy na moje kule, a ona znów
wzdychała. I jeszcze ten widok lustrze: moje jasnoniebieskie oczy
wyglądały na bardzo zmęczone, a jasne włosy, bez interwencji Cath, były
po prostu bezbarwne. Schudłam, ale ponieważ w ogóle się nie ruszałam,
wszystko miałam zwiotczałe i obwisłe. Kiedyś uwielbiałam robić makijaż i szykować się na wieczorne wyjścia, ale minęło tak dużo czasu, że prawie
zapomniałam, jak to się robi, a jakby tego wszystkiego było mało, przez
leki miałam bardzo suchą skórę.
Wtedy naprawdę zaczęłam odczuwać smutek. Płakałam w moim małym
dziecięcym łóżeczku, coraz później wstawałam, coraz mniej interesowały
mnie ćwiczenia, które powinnam wykonywać, a opowieści moich koleżanek o nowych chłopakach, kłótniach i tym podobnych sprawach wydawały mi się
zupełnie bez znaczenia. Zdawałam sobie sprawę, że rodzice się o mnie
martwią, ale po prostu nie wiedziałam, co z tym zrobić. Stopa powoli mi
się goiła, ale ja cały czas czułam palce, których przecież już nie było.
Swędziały mnie, drgały, bolały, a ja, nie mogąc przez to spać w nocy,
wpatrywałam się w sufit, słuchałam dźwięków, które wydawał z siebie nasz
piec (towarzyszyły mi od dzieciństwa), i zastanawiałam się: co teraz? Co
mam dalej robić?
1972
Matka bardzo chciała jej towarzyszyć w podróży do Londynu i spędzić tam
wspólnie babski dzień, ale wielebny kręcił nosem na ten pomysł.
Najwyraźniej grzeszna stolica Wielkiej Brytanii wydawała mu się bardziej
podejrzana i niegodziwa niż wszystkie rozkosze Paryża. Claire pomyślała,
że ojciec nie do końca odnajduje się w realiach 1972 roku. Wymagał
wielokrotnych zapewnień, zarówno od matki, jak i od pani Lagarde przez
telefon, że dom jest bardzo tradycyjny i surowy, a Claire będzie się tam
zajmować wyłącznie opieką nad dziećmi i nauką języka obcego, co
wpisywało się w jego wizję edukacji młodych dam. Po niekończącej się
wymianie listów i wydaniu córce mnóstwa zaleceń dotyczących tego, jak
powinna się zachowywać - Claire była już wtedy przerażona panią
Lagarde, którą wyobrażała sobie jako elegancką, bogatą i wymagającą
osobę, a poza tym nie wiedziała, czy poradzi sobie z małymi dziećmi, z którymi ledwo była w stanie się porozumieć - ojciec sam zawiózł ją na
stację kolejową. Niebo pociemniało i wyraźnie zbierało się na ulewę.
Przed końcem lekcji dorwała ją Rainie Collender, szkolna dręczycielka.
- Jedziesz, żeby po powrocie jeszcze bardziej zadzierać nosa? -
zapytała z pogardą.
Claire zrobiła to, co zawsze. Pochyliła pokornie głowę, gdy kumpele
Rainie wybuchnęły śmiechem, i odeszła jak najszybciej, uciekając
wzrokiem od ich spojrzeń. Rzadko jej się to udawało. Nie mogła się
doczekać wakacji. Chociaż przerażała ją opieka nad francuskimi
bachorami, to wszystko było lepsze niż utknąć tutaj, w Kidinsborough.
Kiedy pociąg wyjechał z Crewe, otworzyła śniadaniówkę Tupperware, do
której matka zapakowała jej kanapki. Była zdenerwowana i roztrzęsiona.
Przeczuwała, że wyrusza w podróż, która będzie dla niej niezwykle
ważna.
W pudełku znalazła kartkę z notatką od matki.
"Baw się dobrze" - przeczytała. Nie "zachowuj się dobrze" czy
"pamiętaj, żeby po sobie sprzątać" albo "nie wychodź sama". Po prostu
"baw się dobrze".
Claire miała tylko siedemnaście lat. Nigdy nie rozpatrywała życia
swojej matki w jakichkolwiek kategoriach poza tym, że po prostu była -
przygotowywała posiłki, prała ubrania i przytakiwała pastorowi, ilekroć
ten miał coś nowego do powiedzenia na temat długowłosych młodych
hipisów, którzy dotarli nawet do Kidinsborough. Nie przyszło jej do
głowy, że matka mogłaby jej tego wyjazdu zazdrościć.
Claire bała się wejścia na prom, przerażało ją, że nie będzie
wiedziała, co robić. Statek był ogromny, a ona do tej pory pływała tylko
na rowerze wodnym w Scarborough. Jednocześnie wszystko wydawało jej się
takie romantyczne: biały kadłub statku, zapach oleju napędowego, dźwięk
syreny, gdy powoli oddalali się od ogromnego terminalu w Dover,
pasażerowie, którzy wyruszali na poszukiwanie przygody swoimi
samochodami kombi wyładowanymi namiotami i śpiworami, a nawet bardziej
egzotycznie - Citroënami 2CV, którymi przyjechali prawdziwi Francuzi
otwierający teraz swoje kosze piknikowe (o znacznie bardziej wyszukanej
zawartości niż kanapki Claire z pasztetem) z butelkami prawdziwego wina,
kieliszkami i długimi bagietkami. Rozejrzała się, chłonąc to wszystko, a następnie przeszła na sam dziób statku. Dzień był wietrzny, po niebie
płynęły białe chmury. Spojrzała tęsknie w stronę Anglii, którą
opuszczała po raz pierwszy, a następnie w kierunku Francji. Pomyślała,
że rzadko dotychczas tak bardzo czuła, że żyje.
Claire zostawiła mi wiadomość na poczcie głosowej: "Wpadnij na kawę".
Została tymczasowo wypisana ze szpitala, ale jej głos brzmiał niepewnie
i chrapliwie. Oddzwoniłam do niej - to była jedyna rzecz, jaką byłam w stanie zrobić - i umówiłyśmy się na spotkanie w przytulnej
kawiarnio-księgarni, bo uznałam, że będzie to dla niej najwygodniejsze
miejsce.
Podwiozła ją jej miła synowa Patsy, która kazała jej obiecać, że nie
kupi zbyt wielu książek. Kiedy odjechała, Claire przewróciła oczami i powiedziała, że kocha Patsy, ale denerwuje ją, że odkąd zachorowała,
wszyscy traktują ją jak czteroletnie dziecko, po czym przypomniała
sobie, że akurat mnie nie musi tego mówić. Poprawiło nam to humor na
tyle, że zaczęłyśmy udawać doktora Eda siedzącego na łóżku i okazującego
empatię.
Potem nastąpiła chwila ciszy. Gdyby to była normalna rozmowa, któraś z nas pewnie powiedziałaby: "Hej, dobrze wyglądasz" albo "Obcięłaś włosy",
albo "Polepszyło ci się" (co, jak wszyscy wiedzą, należy rozumieć jako
"O rany, przytyłaś"), ale w naszej sytuacji to nie wchodziło w grę. W szpitalu, na tle śnieżnobiałego prześcieradła i w nieskazitelnej
kremowej piżamie, Claire może nie wyglądała dobrze, ale pasowała do
otoczenia. Tutaj, w miejscu publicznym, jej wygląd mnie przeraził. Była
tak chuda, że sprawiała wrażenie, jakby miała się za chwilę połamać, a na głowie miała artystycznie zawiązaną chustę, która niemal krzyczała:
"Choruję na raka od tak dawna, że osiągnęłam mistrzostwo w wiązaniu
chust". Była ubrana w elegancką sukienkę, która wyglądałaby całkiem
ładnie, gdyby tak na niej nie wisiała. Claire wyglądała... po prostu na
chorą.
Wstałam, żeby przynieść nam kawę i czekoladowe brownie, chociaż
powiedziała, że nic nie chce. Próbowałam ją przekonać, że zechce, jak
tylko spróbuje tutejszych domowych wypieków. Uśmiechnęła się łagodnie i odparła, że to oczywiście świetny pomysł, ale w taki sposób, że nawet
dziecko by się na to nie nabrało. Czułam, że mnie obserwuje, kiedy
kuśtykałam po podłodze. Ciągle nie czułam się pewnie, chodząc o lasce, i wolałam jej nie używać. Cath próbowała mnie namówić, żebym wyszła z domu, że wszyscy nie mogą się doczekać, aż to zrobię, ale mnie ta myśl
przerażała. Choć trzeba przyznać, że naprawdę potrzebowałam iść do
fryzjera. I kupić nowe ubrania. Miałam na sobie moje najbardziej
znoszone dżinsy i pasiastą bluzkę i widać było, że nie włożyłam
absolutnie żadnego wysiłku w to, aby jakoś wyglądać.
- No więc... - powiedziała Claire, kiedy wróciłam. Na szczęście baristka
pomogła mi przynieść tacę. Spojrzałyśmy na siebie.
- Kącik dla inwalidów - powiedziałam, a Claire się uśmiechnęła.
Baristka - nie. Myślę, że się bała, że zaraz jej tu zaczniemy wymiotować
albo stracimy przytomność w tej uroczej kawiarni. Czekoladowe brownie
było jednak wyjątkowo smaczne i warte wszystkich nieprzyjemnych
spojrzeń, którymi nas obrzucano.
- No więc... - zaczęła ponownie Claire, po czym nagle się zaczerwieniła.
Wyglądała na przejętą. - Dostałam list.
- Prawdziwy list? - zapytałam z podziwem. Nigdy nie dostawałam listów,
co najwyżej krótkie wiadomości od Cath o facetach, którzy akurat jej się
podobali.
Skinęła głową.
- Cóż, raczej pocztówkę... W każdym razie napisał, że potrzebuje nowego
pracownika do zakładu. I że jest mieszkanie, w którym możesz się
zatrzymać.
Spojrzałam na nią zbita z tropu.
- No co? - zapytała.
- Cóż, nie sądziłam... Nie sądziłam, że naprawdę to zrobisz -
powiedziałam, oszołomiona i wzruszona. - To znaczy, że zadasz sobie tyle
trudu.
- To tylko dwa listy - powiedziała Claire. - Mam nadzieję, że nie tak
rozumiesz ciężką pracę. Bardzo cię wychwalałam.
- Yyy... nie - odpowiedziałam.
Uśmiechnęła się.
- Miło było dostać odpowiedź po tak długim czasie.
- To na pewno była miłość - powiedziałam.
- To na pewno było dawno
temu - odparowała swoim nauczycielskim tonem.
- Ty nie chcesz jechać? - zapytałam.
- Nie - odpowiedziała bez zastanowienia. - Ten etap mojego życia już
dawno się skończył, jest zamknięty. Mam wystarczająco dużo na głowie. Za
to ty jesteś jeszcze młoda...
- Mam trzydzieści lat - powiedziałam z nutą skargi w głosie.
- To niedużo - odparła zdecydowanie. - To naprawdę niedużo.
- Jak wygląda ten zakład? - zapytałam, zmieniając temat. Jej synowie nie
byli dużo starsi ode mnie, ale obaj mieli już żony i dobre prace.
Wolałabym, żeby mnie z nimi nie porównywała.
- Och, pewnie trochę się zmienił. - Na chwilę się zamyśliła, ale zaraz
wróciła do rzeczywistości. - W każdym razie to nie jest fabryka,
bardziej atelier, pracownia. Nazywa się Le Chapeau Chocolat.
- Czekoladowy Kapelusz? - zapytałam. - To brzmi... To znaczy, czy oni
naprawdę robią kapelusze z czekolady?
Claire zignorowała moje pytanie.
- Zatrudnią cię jako pomocnika, w normalnych godzinach pracy.
Zorganizowałam ci pokój, w którym możesz się zatrzymać. Ta część Paryża
jest bardzo droga, więc ci się przyda. Będą zajęci do października, do
tego czasu możesz zostać. Kiedy wrócisz, sklepy w Wielkiej Brytanii będą
się przygotowywać do Bożego Narodzenia. Jestem pewna, że wtedy
znajdziesz pracę.
- Czy we Francji nie obchodzi się Bożego Narodzenia?
Claire się do mnie uśmiechnęła.
- Obchodzi, ale bez takich szaleństw jak tutaj. Kilka ostryg i czas
spędzony z rodziną, to wszystko.
- Brzmi beznadziejnie - powiedziałam. Nagle poczułam irytację, jakby
ktoś mnie do czegoś zmuszał, a nie otaczał troską i opieką.
- Ale jest cudownie - powiedziała Claire, a jej szczupła twarz znów
przybrała rozmarzony wyraz. - Deszcz stukający o chodnik, słabe światła
nad zamglonymi mostami, a ty siedzisz skulona przed kominkiem...
- I jesz ostrygi - wtrąciłam. - Ble...
Claire zdjęła okulary i przetarła piekące oczy.
- No cóż - powiedziała z nadzieją w głosie - myślę, że to bardzo hojna
oferta, biorąc pod uwagę, że nawet cię nie zna.
- A co z francuskim? - zapytałam. Było słychać, że zaczynam panikować. -
Przecież ja nic nie zrozumiem.
- Nie rozśmieszaj mnie, świetnie sobie radzisz.
- Tak, ale kiedy rozmawiam z tobą. Wiesz, jak mówią prawdziwi Francuzi...
bla-bla-HRR-bla-bla... z prędkością stu mil na godzinę. Stu kilometrów na godzinę - poprawiłam się.
Claire się roześmiała.
- Po pierwsze, nie panikuj. Zaufaj swojemu umysłowi, że zrozumie, co
mówią inni. Po drugie, ludzie mówią tyle samo bzdur po francusku, co po
angielsku. Cały czas się powtarzają, zupełnie jak tutaj. Nie zamartwiaj
się tym.
Zmrużyłam oczy.
- Czy on zna angielski?
Claire uśmiechnęła się niepewnie.
- O ile pamiętam, ani słowa.
1972
Jego wąsy były pierwszą rzeczą, na jaką zwróciła uwagę. Nie żeby było
to coś niezwykłego - wielu mężczyzn nosiło je w tamtych czasach,
podobnie jak długie, niesforne bokobrody, którymi on również mógł się
pochwalić - ale na obu ich końcach miał czekoladę. Nie mogła się im
nie przyglądać.
- O co chodzi? - zapytał bez ogródek, unosząc brwi. - Co? Przyznaj,
nie możesz uwierzyć, że przez te drzwi właśnie wszedł tak niesamowicie
przystojny mężczyzna?
Uśmiechnęła się mimowolnie. Z gęstą czupryną ciemnobrązowych kręconych
włosów, figlarnymi brązowymi oczami i krępą sylwetką był niewątpliwie
całkiem atrakcyjny, ale żeby zaraz przystojny? Nie. A już na pewno nie
przypominał stereotypowego Francuza: schludnego, zadbanego, szczupłego i o wyrafinowanych manierach. W tym mężczyźnie nie było nic eleganckiego.
Wyglądał trochę jak niedźwiedź, który zabłądził i przypadkiem trafił do
miasta.
- Śmiejesz się? Bawi cię, że nie jestem przystojny? Hmm? Jak możesz
śmiać się z czegoś takiego? - powiedział, udając głęboko zranionego.
Claire podpierała ścianę przy bogato zdobionych drzwiach przez prawie
godzinę, czekając na panią Lagarde. Jej gospodarze byli niezwykle
uprzejmi i na szczęście nie okazali się tyranami, czego tak obawiała się
Claire i na co tak liczył jej ojciec, ale jednocześnie uważali, że
pozwalając dziewczynie uczestniczyć w ich życiu towarzyskim, robią jej
wielką przysługę.
Claire jednak nie rozumiała ich wyszukanych zwyczajów i zjadała ją
trema. Nie miała pojęcia, co powiedzieć. Na tych spotkaniach zbierali
się młodzi mężczyźni w beretach, którzy zaciekle dyskutowali o komunizmie, oszałamiające, szczupłe kobiety, które paliły papierosy i od
czasu do czasu wymownie unosiły brwi, patrząc na mężczyzn, albo
opowiadały, jak znudziła je taka a taka wystawa. Claire nie była duszą
towarzystwa nawet wśród ludzi, których znała. Sam Paryż codziennie
powalał ją na kolana swoim nadzwyczajnym pięknem, ale jego mieszkańcy
absolutnie ją przerażali.
Traktowała takie wyjścia jak przedłużenie swoich zajęć językowych i starała się jak najwięcej słuchać. Ludzi, których tam spotykała,
uznawała bez cienia wątpliwości za dorosłych, nie postrzegała tak jednak
siebie. W wieku siedemnastu lat nie czuła się ani dzieckiem, ani dorosłą
osobą, a cały ten blichtr sprawiał, że coraz częściej uznawała się po
prostu za niewykształconą wieśniaczkę. Trudno jej było nadążyć za tym, o czym rozmawiali wszyscy wokół, ponieważ mówili bardzo szybko. Zresztą
była onieśmielona tym, jak pięknie wszyscy się ubierali - bardzo się
to różniło od niewyszukanego stylu jej matki - i ciągle rozmawiali o wystawach, które widzieli, i pisarzach, których spotkali, a jeśli nie
dyskutowali o tym, to mówili o jedzeniu. To było wyczerpujące. Na domiar
złego wszyscy interesowali się angielską dziewczyną od Lagarde'ów -
była w końcu ładna i urocza - przez co Claire jeszcze bardziej
zamykała się w sobie i robiła wrażenie szarej myszki. Widziała, że pani
Lagarde - niezwykle piękna i zadbana kobieta - jest nieco
zawiedziona, ale po Kidinsborough i plebanii Paryż po prostu ją
przytłoczył.
Ten facet był jednak inny. Miał w oczach szelmowską iskrę, której nie
potrafił ukryć.
- Nie chciałam - powiedziała, zakrywając usta dłonią, żeby nie
widział jej uśmiechu.
- Aha! Angielka! - wykrzyknął i od razu się cofnął, jakby go to
zdziwiło. - Enchanté, mademoiselle! Dziękuję, że zaszczyciłaś nasze
małe, zapomniane miasteczko swoją wizytą.
- Droczysz się ze mną - powiedziała Claire, próbując przybrać równie
beztroski ton.
- To niemożliwe, mademoiselle! Jestem Francuzem, to oczywiste, że nie
mam poczucia humoru.
- A co masz na wąsach? - zapytała.
Zrobił komiczną minę, próbując dojrzeć, o czym mowa.
- Nie wiem. Czy to poczucie humoru?
- To jest brązowe.
- Ach, no tak, oczywiście... to moja praca.
Claire nie rozumiała, ale w tym momencie gospodarz imprezy się odwrócił
i zauważył nowo przybyłego gościa. Podszedł do niego wyraźnie zachwycony
i zabrał go ze sobą, żeby wszystkim przedstawić, a goście wydawali się
znacznie bardziej pochłonięci jego obecnością niż nową au pair państwa
Lagarde'ów.
- Kto to jest? - szepnęła Claire do pani Lagarde.
- To Thierry Girard. Całe miasto o nim mówi - odpowiedziała pani
Lagarde, spoglądając na mężczyznę z podziwem. - Podobno jest
najbardziej utalentowanym czekoladnikiem od czasów Persiona.
Claire była zdziwiona, że ktoś taki może wywołać aż tyle zamieszania,
ale przynajmniej okazało się, że ta dziwna, brązowa maź na jego wąsach
to tylko czekolada.
- Myśli pani, że odniesie wielki sukces? - zapytała.
Pani Lagarde obserwowała, jak Thierry Girard rozmawia z ważnym
krytykiem kulinarnym i bez wysiłku owija sobie go wokół palca,
nalegając, by zdradził mu swój najnowszy przepis.
- Och, myślę, że tak - odpowiedziała. - Uczył się fachu w Szwajcarii i Brugii. Myślę, że jest naprawdę wyśmietnity.
Claire rozejrzała się po sali i przyjęła od kelnera drugi kieliszek
pysznego szampana, po czym znowu przełączyła się w tryb cichego
obserwatora. Thierry natomiast był w centrum uwagi. Ludzie po prostu się
wokół niego gromadzili i co chwilę wybuchali śmiechem. Jako że sama
czuła się jak niewidzialna szara mysz, była tym zafascynowana. Jego
kudłatą twarz trudno było nazwać przystojną, ale emanował taką energią i radością, że każdy pragnął, aby obdzielił nimi właśnie jego. Zauważyła
kilka pięknych kobiet, wcześniej nadąsanych i wyniosłych, które teraz
się uśmiechały i kręciły obok.
Claire zagryzła wargę. Chciałaby jeszcze jeden kieliszek tego
wspaniałego, lodowatego szampana - nigdy wcześniej takiego nie piła -
ale słusznie podejrzewała, że pani Lagarde nie wyraziłaby na to zgody.
Wyglądało zresztą na to, że szykują się do wyjścia. Rozejrzała się za
swoim płaszczem, po czym przypomniała sobie, że oddała go pokojówce przy
drzwiach.
- Nie wychodzisz chyba? - zapytał ją nagle chrapliwy głos. Odwróciła
się i aż jej serce podskoczyło. Stał za nią Thierry z przygnębioną
miną.
- Dokąd idziesz?
- Muszę jutro pracować - wybąkała. - A pani Lagarde... zabiera mnie
do domu. Muszę z nią jechać.
Zmarszczył brwi.
- Ach, mam'zelle, nie zdawałem sobie sprawy, że jest pani dzieckiem.
- Nie jestem dzieckiem - powiedziała stanowczo i natychmiast zdała
sobie sprawę, jak dziecinnie to zabrzmiało.
- Alors, więc ja cię zawiozę do domu.
- Wykluczone - przerwała im pani Lagarde, która nagle pojawiła się
znikąd i spoglądała na niego lodowato.
- Enchanté - powiedział Thierry, nie przejmując się tym ani trochę.
Pochylił się i ucałował jej dłoń. - To twoja siostra?
Madame przewróciła oczami.
- To moja au pair, a podczas pobytu tutaj również moja podopieczna -
odpowiedziała szorstko. - Claire, idziemy.
- Claire - powtórzył Thierry w taki sposób, jakby delektował się jej
imieniem. - Odwiedzisz mój nowy sklep?
Claire od razu zdała sobie sprawę, że dla Madame to trudna sytuacja.
Oczywiście, że cały Paryż wybierał się do jego nowego sklepu. Jak tu się
przyznać na następnym przyjęciu, że się w nim nie było? Pani Lagarde
spojrzała na nią z ukosa. Claire wyobraziła sobie, że właśnie obmyśla
sposób, jak trzymać ją z daleka od tego fascynującego mężczyzny.
Nie mogła się bardziej pomylić.
Marie-Noelle Lagarde była kobietą światową. Uważała, że to jakaś dziwna
burżuazyjna moda trzymać młodą dziewczynę w domu pod kloszem. Jeśli
Claire nie przejrzy na oczy, skończy pochowana za życia gdzieś na
angielskiej prowincji, tak jak jej matka, i nigdy nie zazna żadnej
radości. Marie-Noelle miała tylko nadzieję, że to jeden z uroczych,
dobrze wykształconych synów jej przyjaciół weźmie dziewczynę pod swoje
skrzydła, nauczy ją trochę życia i odeśle do domu z cudownymi
wspomnieniami z Paryża i horyzontami szerszymi niż kościelne kółko
florystyczne. Wyczuwała w młodej dziewczynie uśpionego ducha i czuła się
odpowiedzialna za danie mu skrzydeł - tak dla niej samej, jak i dla
jej wspaniałej, pełnej życia matki, która poślubiła charyzmatycznego
młodego duchownego i do końca życia tego żałowała. To jednak musi być
ktoś odpowiedni, odpowiedzialny. Nie wyśle jej przecież z powrotem do
Anglii w ciąży z grubym kucharzem.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki