Hiacynta
Siadam na mahoniowych schodach, głowę opieram o poręcz, dłonie zaciskam na szczebelkach. Wzrokiem wędruję po cieniach malujących się na ścianie. Przypominają potwory, które schowały się pod łóżkiem i czekają, aż bezbronna istota uśnie, żeby mogły wbić w nią swe szpony. Nigdy nie miewałam koszmarów, nie bałam się duchów i potworów. Ciemność mnie nie przerażała, lecz dawała ukojenie. W zasadzie kiedyś nie bałam się nikogo i niczego. Wiedziałam, że bez względu na to, co się wydarzy, rodzina i przyjaciele mi pomogą. Czułam się bezpieczna.
Dziś jest inne. Mroczne i takie nie moje. W ułamku sekundy domino ruszyło: wystarczyła jedna zła decyzja. Tornado zmian pochłonęło wszystko na swej drodze - również mnie i moje poczucie bezpieczeństwa.
Wzdycham po cichu, zmieniam pozycję na wygodniejszą i przysłuchuję się rozmowie. Nie muszę specjalnie podsłuchiwać, słychać ich w całym domu. Znów się kłócą. Znów o mnie. Mama płacze. Wyobrażam sobie, że gestykuluje we wszystkie strony świata. Jakby to mogło sprawić, że złość i bezradność, jakie czuje, miały wyparować z każdym ruchem dłoni. Jej głos jest piskliwy i dynamiczny. Krzyczy. Ojciec nie pozostaje jej dłużny, mimo że czyni to rzadko, dziś bez oporów podnosi głos. Jego barytonowy tembr jest mocny i głęboki, kontrastuje z piskami matki.
- Musimy coś zrobić! - powtarza po raz kolejny mama.
- Zrobię! Zrobię wszystko, tylko powiedz mi co? - zarzuca jej ojciec. - Byliśmy u psychologa, psychiatry, mam ją wysłać do egzorcysty?
- Nie drzyj się na mnie, nie wiem!
- Sabina, ona nie chce rozmawiać. - Ojciec schodzi z tonu. Jego głos staje się spokojniejszy i cichszy, wciąż jednak pełen skrajnych emocji. - Według prawa nic nie możemy, ona jest dorosła. Jeśli nie chce pomocy... - rozwija, ale matka nie daje mu dokończyć.
- To mam ją tak zostawić? To, że ma dwadzieścia jeden lat, nie znaczy, że mam patrzeć, jak dokonuje samozagłady!
- Psychiatra przepisał jej leki, nie bierze ich, psycholog próbowała trzy miesiące, nie odezwała się do niej ani słowem. Nawet ksiądz zaoferował swoją pomoc, a ona nic. Musiałabyś ją ubezwłasnowolnić! - dodaje tata i słyszę, jak z impetem siada na swoim skórzanym fotelu naprzeciwko telewizora. Wiem, że wolałby go teraz włączyć i zatracić się w swoich programach, niż po raz setny uczestniczyć w rozmowie, która toczy się prawie od roku.
- Grzesiek, musimy coś zrobić, nawet jeśli to będzie ubezwłasnowolnienie...
Po tych słowach zapada cisza.
Moje dłonie samowolnie puszczają barierkę. Wstaję i kieruję się do pokoju, który jeszcze niedawno był gabinetem matki. Wyprowadziłam się z domu zaraz po ukończeniu szkoły średniej i dostaniu się na pielęgniarstwo w Krakowie. Do rodzinnej miejscowości miałam jakieś czterysta kilometrów, więc nie planowałam przyjeżdżać zbyt często; święta, czasami kilka dni wakacji. Moje nowe życie rozpoczęło się tam, z tamtymi ludźmi, w nowym mieszkaniu, na studiach. Nigdy nie planowałam wrócić. Dlatego, gdy rodzice postanowili mój pokój przerobić na gabinet mamy, nie protestowałam. Cieszyłam się, bo to oznaczało, że odcięli pępowinę, posprzątali gniazdo i szykowali się na nowy etap w życiu. Żadne z nas nie przypuszczało, że nadejdzie taki dzień, że wrócę i będę znów ich małą dziewczynką, która bez nich nie jest w stanie funkcjonować. A już na pewno ten dzień nie miał nadejść tak szybko.
Wchodzę do pokoju. Jest mały, przy oknie stoi biały sekretarzyk, a na nim mój laptop i książki mamy. Prawą ścianę pokrywają regały z książkami, czasopismami i dokumentami. Przy przeciwnej ścianie stoi rozkładana sofa w kolorach pudrowego różu. Przytulny pokoik, jeszcze wczoraj oaza dla zagubionych myśli, dziś jaskinia potwora.
Kładę się na sofie, poduszkę przykładam do skroni; jest zimna i przynosi ukojenie. Telefon wibruje. Od niechcenia podnoszę go, to Kacper. Nie odbieram. Doskonale wiem, co powie: to nie twoja wina, musisz żyć dalej... Sęk w tym, że go z nami nie było. Siedział w poradni swojego ojca i odbywał praktykę kliniczną. Skrajność emocji, jakie odczuwam na tę myśl, dobija mnie tak bardzo, że nie jestem w stanie na niego spojrzeć. Szczęście, że go nie było i tego nie doświadczył, miesza się z gniewem, wręcz wściekłością - bo nie rozumie i nigdy nie zrozumie. Ulga, że jest cały, okazuje się zbyt słaba w porównaniu z zazdrością i nutą nienawiści.
Oczy wpatrzone w nicość; gdyby chociaż mogły uronić łzę, może wtedy byłoby lepiej. Może wtedy coś bym poczuła. Zaciskam mocniej poduszkę, która stała się gorąca i nieprzyjemna. Mrugam bezwiednie, jakby tylko to mi zostało. Mruganie i oddychanie, dwie czynności poza moją świadomością, które utrzymują mnie przy życiu.
- Hiacynto... - Głos taty przedziera się przez niewidzialną barierę. Nie poruszam się, jedynie moje gałki oczne podążają w jego kierunku. Stoi wraz z mamą w progu pokoju. Coś wymyślili, widzę to po ich speszonych twarzach.
- Kochanie, musimy porozmawiać - dodaje mama, nieco pewniej. Wchodzi i siada na sofie. Głaszcze moje stopy i uśmiecha się markotnie. - Razem z tatą... - Spogląda na ojca, oczekując jego pomocy i potwierdzenia dla jej słów.
- Uzgodniliśmy, że pojedziesz na Mazury, do Mikołajek, do mojego znajomego, Kamila, i jego żony Dagmary. Poszukują do pracy młodej dziewczyny i... - Ojciec przerywa. Co miałby jeszcze powiedzieć? Że się nadaję do tej pracy? Że to racjonalne i rozsądne: polecać córkę w kryzysie do pracy?
- Oni mają taki ośrodek dla młodzieży i szukają kogoś do pomocy, wiesz: opieki nad dzieciakami, zrobienia jakiejś herbaty, posprzątania. Drobna praca - mówi lekkim i łagodnym głosem mama. Czuję, jak mi się przygląda, bada, co myślę, jak się zapatruję na ten pomysł. Odpowiadam jej mrugnięciem i lekkim grymasem. Nie chcę nigdzie jechać, nie chcę udawać, że jest dobrze, nie chcę żyć.
- I pomyśleliśmy, że skoro na razie wzięłaś dziekankę i nie pracujesz, to będzie to dobry pomysł - kończy ojciec. - Co myślisz?
Ostatnimi resztkami sił patrzę na nich i jest mi ich nawet żal. Żal, że mają w sobie nadzieję, że to pomoże, że to coś zmieni. Przeszłości nie można zmienić. Zamykam oczy i odwracam się do nich tyłem, okrywam kocem i mam nadzieję zasnąć.
- Jutro tata cię zawiezie - mówi mama i wychodzą. Niedomknięte drzwi uderzają o framugę. Wstaję, pochodzę do nich, nie zamykam ich jednak od razu. Przysłuchuję się szeptom.
- Czy to dobry pomysł? - pyta mama, stojąc za drzwiami.
- Jedyny, jaki mamy - odpowiada smutno ojciec.
Spoglądam na podłogę, staram się wykrzesać z siebie jakąś myśl. Jakąkolwiek. Jedyne, co przechodzi przez moją głowę, to totalna pustka, która jest stałym towarzyszem mojej beznadziejnej egzystencji. Pochodzę do laptopa, biorę go w dłonie i siadam na łóżku. Odpalam Google i wpisuję Mikołajki. Klikam w link Wikipedii i czytam: miasto w województwie warmińsko-mazurskim, w powiecie mrągowskim, siedziba gminy miejsko-wiejskiej Mikołajki. Położone na Mazurach, w Krainie Wielkich Jezior Mazurskich, nad jeziorami: Tałty i Jeziorem Mikołajskim. Według danych z 1 stycznia 2018 roku Mikołajki liczyły 3852 mieszkańców. Wychodzę i klikam w zakładkę ze zdjęciami, z nadzieją, że gdy je zobaczę, to coś poczuję. Fotografie wyświetlają się jedna za drugą, ale nie pojawia się żadna emocja. Kompletnie nic. Nie jestem w stanie ulokować się w tym mieście. Mam wrażenie, że oglądam jakieś fikcyjne obrazy. Nie umiem wyobrazić sobie, że za kilkanaście godzin będę przechadzać się tymi ulicami, rozmawiać z ludźmi, oddychać tamtejszym powietrzem.
Nigdy nie poznałam Dagmary i Kamila, choć ojciec często o nich opowiadał. Szczególnie o Kamilu, że gdyby nie on, nie wiadomo, gdzie by teraz był. Przeszywa mnie dreszcz, kładę głowę na poduszce, odkładam laptop i zastanawiam się, czy jeśli ten wyjazd nie pomoże i pokładane nadzieje w Kamilu nie sprawdzą się, to odpuszczą i pozwolą mi powoli i w samotności dogorywać?
***
Księżyc w pełni prześwituje przez zasłony, wpadając ukradkiem do pokoju. Niczym cichy podglądacz usadawia się tuż obok mnie i zagląda mi przez ramię. Poruszam się nerwowo, dociskając swoje skulone ciało do zimnej ściany. Wzrok wbijam w wyświetlacz telefonu, jaśniejący rażącym światłem, kontrastującym z ciemnym pomieszczeniem. Mrużę oczy, które szczypią nie tylko od światła, a również od gromadzących się w kącikach łez, które nie chcą wypłynąć. Na ekranie przewijam nagrane przez nią tiktoki. Jej śmiech rozbrzmiewa w całym pomieszczeniu, jak gdyby tu była. Przesuwam palcem w górę, zatrzymując kolejne ujęcie.
- Zapraszam was do prosektorium, tylko musicie być cicho. - Palec wskazujący kładzie na ustach i ucisza widzów. Przesuwając kamerę w stronę zwłok leżących na metalowym stole do sekcji, mówi: - Dziś na zajęciach z anatomii będziemy robić sekcję zwłok, w celu diagnostyki pośmiertnej.
- Pani Grzybowska, co pani robi? - Słychać głos profesora i filmik się kończy.
Odtwarzam go raz jeszcze i jeszcze jeden. Staram się dostrzec, jak wyglądały zwłoki, i żałuję, że w dniu tych zajęć byłam chora. Może mogłabym przygotować się na widok martwego ciała, jego zapach, strukturę, koloryt. Porównuję fragment nogi trupa leżącego na stole z jej piękną, śniadą cerą. Te zajęcia odbyły się zaledwie dwa miesiące przed... Wystarczyło tylko sześćdziesiąt dni, żeby perspektywa zmieniła się całkowicie.
Czuję, jak mdłości napływają do mojego gardła. Rzucam telefon i biegnę do łazienki znajdującej się po drugiej stronie korytarza. Nie dobiegam do toalety, wymiociny lądują w zlewie.
- Cysia... - Zaspana mama przytrzymuje mi włosy i głaszcze po plecach.
Odsuwam się od zlewu, przecieram twarz ręką i z pustką spoglądam na jej zatroskaną twarz.
- Weź prysznic na dole, a ja tu posprzątam.
Nie protestuję. Dotykam jej ramienia z wdzięcznością i schodzę na dół. Odkręcam kurek, ściągam przepocone i brudne ubrania. Nie myłam się od trzech dni. Choć sprzątanie wymiocin do przyjemnych nie należy, to perspektywa, że dzięki temu muszę się umyć, stanowi dla mamy jakieś pocieszenie.
Naga, trzęsąca się wchodzę pod ciepły strumień wody, który otula mnie niczym ciepły koc zimą. Odkąd schudłam prawie dziesięć kilo, niemal cały czas odczuwam chłód. Nie wiem, czy wynika to z braku tkanki tłuszczowej, która mogłaby mnie ogrzać, czy raczej ciągłego lęku, który mi towarzyszy. Ciepła woda jednak skutecznie mnie ogrzewa, a przynajmniej na tyle, że jestem w stanie przestać się trząść. Sięgam po rumiankowy szampon, oblewam nim włosy oraz całe ciało, które jest mi wdzięczne za odrobinę ukojenia.
Stoję w bezruchu dobre dwadzieścia minut i zapewne stałabym nadal, gdyby nie stukanie do drzwi pozbawionych zamka. Jeszcze kilka tygodni temu nie było tu nawet drzwi. Gdy odmówiłam jednak kąpieli bez ich obecności, tata na nowo je zamontował, wyjmując jedynie zamek.
- Kochanie, czy wszystko w porządku?
- Tak - odpowiadam resztką sił, zmuszona do udzielenia jakiejkolwiek odpowiedzi. Jeśli chcę posiadać choć skrawki prywatności, muszę co jakiś czas dawać znak życia i względnej poczytalności psychicznej.
- Dobrze, posprzątałam łazienkę na górze, zmieniłam ci też pościel i... - Głos mamy zawiesza się. Oznacza to, że chce poruszyć drażliwy temat, który może zostać przeze mnie odebrany dwuznacznie. - Wzięłam telefon na dół, żeby ci nie przeszkadzał w spaniu - dodaje na jednym wydechu.
Obie wiemy, że zobaczyła filmik i się przestraszyła. Stara się mnie chronić, w swój irracjonalny i matczyny sposób. Nie zdaje sobie sprawy, że obraz zwłok mam wyryty w głowie niczym tatuaż, niedający się zmyć. I żaden tiktok nie zmieni tego, że zamiast jej pięknej twarzy, uśmiechu, świdrującego spojrzenia widzę zakrwawione ciało owinięte wokół drzewa.