V
Dotarliśmy do hotelu, w którym zatrzymała się na kilka dni, uczestnicząc w Paryżu w sympozjum poświęconym jej dziełom. Ale to moja ostatnia noc tutaj - powiedziała, ściągając windę. - Jutro wracam do siebie, do Amsterdamu. Zatem ten wieczór albo nigdy, Diéganie Latyrze Faye'u.
Weszła do windy z zabójczym uśmiechem na ustach. Jazda na trzynaste piętro była dla mnie bolesnym upadkiem na dno. Ciało Sigi D. zaznało, spróbowało, zakosztowało wszystkiego: Co mogłem jej dać? Dokąd ją zabrać? Co sobie wyobrazić? W co grać? Filozofowie wychwalający nieprzebrane walory erotycznej inwencji nigdy nie mieli do czynienia z Sigą D., której sama obecność kasowała moją historię jako kochanka. Co począć? Już czwarte piętro. Ona nic nie poczuje, nie poczuje nawet, jak wchodzisz, twoje ciało rozpłynie się przy jej ciele, ścieknie i wsiąknie w pościel, w materac. Siódme. Nie dość, że w niej utoniesz - znikniesz, rozpadniesz się na kawałki, rozlecisz, ona cię z.a.to.mi.zu.je i będziesz zbaczał jak atom w teorii parenklizy antycznych materialistów, Leucypa, Demokryta z Abdery (który w dziedzinie filozofii nie miał sobie równych prócz Empedoklesa), nie zapominając o Lukrecjuszu, chwalebnym komentatorze Epikura, zacnego Sybaryty, w dziele De rerum natura. Dziesiąte. Śmiertelna nuda, oto co masz jej do zaoferowania.
Było gorąco, zlały mnie zimne poty i Siga D. mogła oddalić mnie jednym prztyczkiem, zdmuchnąć jak lekki kłosek. Myślałem, aby dodać sobie animuszu, o nieodległym rabelaisowskim ssaniu, o literackim torsie. Ale ten obraz, zamiast mi pomóc, pogrążył mnie w jeszcze większej niemocy: moje dłonie wydały mi się śmiesznie bezbronne i małe wobec piersi pisarki, niewydarzone dłonie niezdolne pożądać, kikuty. Co do języka, nawet nie myślałem o tym, by go użyć - mityczne sutki już go zaplombowały. Miałem przechlapane.
Trzynaste piętro. Drzwi windy się otworzyły, Siga D. wyszła, nie patrząc na mnie, skręciła w lewo i przez kilka sekund nie słyszałem odgłosu jej kroków, który chłonęła gruba wykładzina na korytarzu; potem był odgłos zamka, otwieranego w zetknięciu z kartą magnetyczną, i powróciła cisza. Zostałem w kabinie windy, gdzie w końcu uwolniłem gazy, powstrzymywane od parteru w imię osobistej godności. Wahałem się, czy nie uciec. To nie byłaby nawet ucieczka, bo wiedzieliśmy oboje, że już przegrałem, mimo że nie stoczyłem bitwy. Gdybym odszedł, byłby to tylko smutny, ale przewidywalny skutek mojej przegranej, zwieńczenie spodziewanej porażki. Ktoś ściągał windę na dół. Drzwi zaczęły się zamykać. Zatrzymałem je in extremis i wyszedłem, to była nie tyle odwaga, co niejasne pragnienie, żeby doznać druzgocącej klęski.
Ruszyłem więc korytarzem. Jedne z drzwi pozostały otwarte. Były uchylone, zaproszenie lub sygnał ostrzegawczy, z wewnątrz dochodziły te same aromaty mirry i olejku kamforowego. Nie popchnąłem ich, jakby to były wrota Piekieł. Stałem tam, skołowany i nieruchomy. W końcu światło na korytarzu zgasło. Zrobiłem krok naprzód; zapaliło się; przekroczyłem próg. Przywitał mnie pokój w pastelowych barwach, luksusowy i bezosobowy. Przez wielką przeszkloną ścianę wychodzącą na balkon widziałem przez chwilę migocący Paryż. Szum wody - Siga D. brała prysznic. Odetchnąłem - chwila zwłoki przed godziną prawdy.
Rozmiary łóżka, niewiarygodnie wielkiego, uderzyły mnie jednak nie tak bardzo jak kiczowaty obraz, który zadawał szyku powyżej. Żaden artysta nie powinien pozostać przy życiu po tak powierzchownym upiększeniu, to znaczy zniekształceniu świata, pomyślałem. Potem odwróciłem wzrok, opadłem na gigantyczne łoże i pozwoliłem myślom błądzić po suficie. Przed moimi oczami rozgrywało się wiele możliwych scenariuszy, jeżeli chodzi o następstwo zdarzeń. Wszystkie kończyły się tak samo: przesadzałem poręcz balkonu i skakałem w pustkę, słysząc bezlitosny śmiech Sigi D., która nic nie poczuła. Po kwadransie wyszła spod prysznica. Biały ręcznik, sięgający ud, był zawiązany na piersiach; drugi owijał jej głowę jak turban sułtanki.
- Ach, jeszcze tu jesteś.
Z tonu jej głosu nie mogłem wywnioskować, czy było to chłodne stwierdzenie faktu, zaskoczenie odkryciem, uwaga zabarwiona jadowitą ironią, czy po prostu pytanie. W każdej z tych opcji mogły się kryć przerażające podteksty. Nic nie odpowiedziałem. Uśmiechnęła się. Patrzyłem, jak chodzi z pokoju do łazienki i z powrotem. Siga D. rzeczywiście miała ciało dojrzałej kobiety, która nigdy nie omijała z daleka rozkoszy ani cierpienia. To było piękno przemieszane z bólem; ciało bezwstydne, dręczone, potępione; ciało gładkie, którego nie przerażała jednak szorstkość świata. Wystarczyło zobaczyć je naprawdę, by je poznać. Patrzyłem na Sigę D. i odkryłem prawdę: to, co widziałem, nie było istotą ludzką, to była pajęczyca, Pajęcza Matka, w której ogromnym dziele krzyżowały się miliardy nitek, jedwabnych, ale też stalowych i być może krwistych, a ja byłem muchą, uwikłaną w tę sieć, wielką, zafascynowaną i zielonkawą muchą, wplątaną w Sigę D., w gęstwinę jej zagmatwanych żywotów.
Minęły owe długie minuty, podczas których kobiety, po wzięciu prysznica, robią tysiące rzeczy na pozór wyjątkowej wagi, choć nie bardzo wiadomo co. W końcu usiadła w fotelu przede mną, nadal okryta tylko ręcznikiem. Zsunął się, ujrzałem górę ud, potem biodra i - w końcu - wzgórek łonowy. Nie próbowałem odwracać wzroku i przez chwilę wpatrywałem się w runo. Szukałem jej Oka. Założyła nogę na nogę i wspomnienie Sharon Stone nagle zbladło w mojej pamięci.
- Założę się, że jesteś pisarzem. Albo zamierzasz nim zostać. Nie dziw się: nauczyłam się rozpoznawać ludzi twojego pokroju na pierwszy rzut oka. Patrzą na rzeczy, jakby za każdą z nich krył się głęboki sekret. Widzą kobiece krocze i kontemplują je, jakby zawierało klucz do tajemnicy. Estetyzują. Ale cipka to tylko cipka. Nie ma powodu ślinić się lirycznie czy mistycznie, zatapiając w niej wzrok. Nie można żyć chwilą i równocześnie pisać.
- Oczywiście, że tak. Można. Właśnie to znaczy być pisarzem. Czynić każdą chwilę życia chwilą zapisaną. Widzieć wszystko oczami pisarza i...
- Oto twój błąd. Oto błąd wszystkich typków podobnych do ciebie. Sądzicie, że literatura koryguje życie. Albo je uzupełnia. Czy też zastępuje. To nieprawda. Pisarze, a znałam ich wielu, zawsze byli najgorszymi kochankami, jakich miałam okazję spotkać. Wiesz dlaczego? Gdy się kochają, już myślą o scenie, jaką stanie się to przeżycie. Każda z ich pieszczot jest zmarnowana przez to, co ich wyobraźnia z niej robi, czy zrobi, każde posunięcie biodrami jest osłabione przez frazę. Kiedy mówię im coś podczas seksu, prawie słyszę to ich: "szepnęła". Żyją rozdziałami. Ich zdania poprzedza pauza dialogowa. Als het erop aan komt - to po holendersku, znaczy "koniec końców" - pisarze tacy jak ty są zanurzeni w swych fikcjach. Jesteście permanentnymi narratorami. To życie się liczy. Dzieło przychodzi potem. Te dwie rzeczy nie mieszają się ze sobą. Nigdy.
Ciekawa i dyskusyjna teoria, której już nie słuchałem. Ręcznik Sigi D. był prawie rozwiązany. Rozchyliła nogi. Ręcznik kąpielowy się otworzył, odsłaniając przede mną niemal całe jej ciało: brzuch, talię, wszystkie napisy na skórze... Tylko piersi były zakryte dwoma skrawkami materiału. Co do Oka, widziałem je teraz wyraźnie, i nie było mowy, żebym miał mrugnąć pierwszy.
- Właśnie: myślisz o zdaniach nawet w tym momencie. Zły znak. Jeżeli chcesz napisać dobrą powieść, zapomnij o niej przez chwilę. Chcesz mnie pieprzyć, prawda? Tak, chcesz. Jestem tu. Myśl tylko o tym. O mnie.
Wstała z fotela, podeszła bliżej, pochyliła twarz nad moją twarzą. Jej ręcznik rozwiązał się całkowicie; ukazała się pierś; przylgnęła nią do mojego torsu.
- A jeśli nie, wynoś się stąd i napisz kolejną gównianą książkę
Uznałem tę prowokację za trochę infantylną i przewróciłem Sigę D. na łóżko. Jej twarz wyrażała triumf, wyuzdanie, zuchwałość i ogarnęła mnie wściekła żądza. Zacząłem całować jej sutki. Przykładałem się i wydusiłem z niej kilka westchnień czy, ściślej mówiąc, protowestchnień. W każdym razie chciałem w to wierzyć. Prawdziwe czy wydumane, rozochociły mnie. Byłem blisko środka sieci, ja, mucha, bliski śmiercionośnego i mrocznego siedliska Pajęczej Matki. Próbowałem się ześliznąć w stronę Oka. Powstrzymała mnie i zepchnęła na bok jak dziecko, z upokarzającą łatwością, wybuchając śmiechem; potem wstała i zaczęła się ubierać.
W porywie gwałtownej złości chciałem wrócić i robić swoje. Ale świadomość, że w tej chwili muszę wyglądać żałośnie, mnie powstrzymała. Stuliłem dziób i nie odezwałem się słowem. Wówczas Siga D. zaczęła śpiewać powoli w języku serer. Wyciągnąłem się, żeby posłuchać, a pokój, który dotąd wyrażał tylko lodowaty komfort, zaczął nabierać życia i stawał się smutny, przesycony wspomnieniami. W piosence była mowa o starym rybaku, który szykował łódź, żeby wypłynąć w morze i rzucić wyzwanie bogini rybie.
Zamknąłem oczy. Siga D. skończyła się ubierać, nucąc ostatnią zwrotkę. Łódka przemierzała spokojny ocean, a rybak twardo, z błyskiem w oku wpatrywał się w horyzont, gotów się zmierzyć z legendarną boginią. Nie odwrócił się w stronę brzegu, skąd patrzyli na niego żona i dzieci. Na samym końcu Sukk lé joot Kata maag, Roog soom a yooniin, Jego piroga wypłynęła poza ocean i Bóg był jego jedynym towarzyszem. W chwili, gdy Siga D. umilkła, dojmujący smutek przepełnił cały pokój.
Trwało to kilka sekund i niemal czułem jego ciężar i zapach, gdy Siga D. poprosiła, bym usiadł na balkonie, gdzie będzie nam lepiej. Przywiozła z Amsterdamu wyśmienite zioło, którym napełniła, z obojętnością wynikającą z nawyku, grubego jointa, trochę onieśmielającego, nigdy czegoś takiego nie widziałem, i wypaliliśmy go, dyskutując o rzeczach poważnych i błahych, o tysiącach życiowych masek, o smutku w sercu każdego piękna, to był naprawdę ogromny joint i pierwszorzędna trawka. Spytałem ją, czy zna dalszy ciąg historii rybaka i legendarnej bogini.
- Nie, Diéganie. Nie sądzę, by był jakiś ciąg dalszy. Jedna z moich macoch, Ta Dib, śpiewała mi ją, kiedy byłam mała. Zawsze tak to właśnie brzmiało.
Siga zrobiła krótką pauzę, potem stwierdziła, że dalszy ciąg nie jest konieczny, bo każdy z nas als het erop aan komt, zna finał tej historii, która może się kończyć tylko w jeden sposób. Zgadzałem się z nią, tylko jeden koniec był możliwy. W tej chwili joint przestał się skrzyć między moimi palcami. Rzadko kiedy, w całym swoim życiu, czułem się tak rozluźniony. Uniosłem oczy ku niebu, bezgwiezdnemu niebu, które było czymś przesłonięte - nie procesją chmur, nie, ale jakąś odmienną przestrzenią, bezkresną i głęboką, która przypominała cień gigantycznego stworzenia, lecącego nad Ziemią.
- To Bóg - powiedziałem. Zamilkłem na chwilę, a potem mówiłem dalej, głosem spokojnym i cichym (sądzę, że nigdy więcej nie doświadczyłem tego niezwykłego i niczym nieuzasadnionego uczucia, że oto dotykam palcem Prawdy): - To Bóg. Jest bardzo blisko w ten wieczór, myślę nawet, że od dawna nie był tak blisko nas. Ale On wie. Wie, że przyjście unicestwiłoby Go na dobre. Nie jest jeszcze dość uzbrojony, by stanąć twarzą w twarz ze swoim największym koszmarem: z nami, Ludźmi.
- Więc jesteś jednym z tych, których konsumpcja zioła zmienia w metafizycznych teologów - szepnęła Siga D.
Po kolejnej chwili milczenia powiedziała: Zaczekaj. Weszła do pokoju, zaczęła szperać w swojej torebce, potem wróciła z książką w dłoni. Usiadła, otworzyła ją na chybił trafił i rzekła: Nie możemy skończyć tego wieczoru, w ogóle nie czytając literatury, nie poświęcając kilku stron bogu poetów, po czym zaczęła czytać - trzy strony wystarczyły, bym poczuł ciarki na całym ciele.
- Wiem. To lepsze od skręta - stwierdziła, zamykając książkę.
- Co to takiego?
- Nieludzki labirynt.
- Niemożliwe.
- Słucham?
- To niemożliwe. Nieludzki labirynt to mit. T. C. Elimane jest wykastrowanym bogiem.
- Znasz Elimane'a?
- Znam. Miałem Zarys literatur murzyńskich. Szukałem tej książki przez... Ja...
- Znasz historię tej książki?
- W Zarysie czytałem, że...
- Zapomnij o Zarysie. Szukałeś samemu? Tak, musiałeś próbować. Ale nie znalazłeś. Rzecz jasna. Nikt nie może znaleźć. Ja już prawie znalazłam. Byłam blisko. Ale to kręta droga. Długa. Czasem zabójcza. Szukamy T. C. Elimane'a i nagle pod naszymi stopami otwiera się milcząca otchłań, coś jak niebo na opak. Jak bezdenna paszcza. Pode mną ta przepaść też się otworzyła. Poleciałam w dół. To był upadek... Upadek...
- Nie rozumiem nic z tego, co do mnie mówisz.
- ...i przeżyłam. Życie zaczęło zmierzać w niespodziewane strony, moja nić zagubiła się w piaskach czasu i już nie miałam odwagi wyruszyć na jej poszukiwanie.
- Odnaleźć kogo? Co? A przede wszystkim, jak zdobyłaś tę książkę? Skąd pewność, że to właśnie Nieludzki labirynt?
- ...nigdy nie mówiłam o tym, co dzięki niej przeżyłam, czy niemalże przeżyłam. Czuję, że jest to ślepy kąt, martwy punkt w moim życiu...
- Za dużo wypaliłaś.
- ...ale też jego najżywszy punkt, najbardziej przenikliwy... I jeśli zdołam odnaleźć wątek tej historii, zagłębię się dalej niż kiedykolwiek dotąd w obcym kraju, który jest we mnie i w którym przebywa...
- Masz niezły odlot.
- ...i zstąpię w głąb tego, co rzeczywiście powinnam napisać: swojej książki o Elimanie. Ale na razie nie jestem gotowa. Co do okoliczności, w jakich zdobyłam tę książkę... To nie jest historia, którą mogę ci opowiedzieć, Diéganie Faye'u. W każdym razie nie dzisiaj. Jeszcze nie.
Siga D. umilkła i obróciła głowę w stronę miasta, ale wydawało mi się oczywiste, że nie widzi żadnego ze świateł, które mieniły się tu i tam, jak cenna biżuteria, na ciele Paryża. Jej spojrzenie kierowało się ku niej samej, ku blaskom lub zmierzchom jej przeszłości. Nie próbowałem jej wyrwać z melancholii wspomnień. Przeciwnie, pozwoliłem jej się w niej pogrążyć, starając się oszacować, na podstawie cieni w jej oczach, jak głęboko zanurzyła się w swej pamięci. Pajęczyca, choć oddalała się w czasie, wydała mi się bardziej obecna, bliska, rzeczywista. W milczeniu przędła na kołowrotku przeszłości nieznane, zawiłe i piękne motywy ran, które wydawały się otwierać na nowo. Nagle poczułem się tak, jakby jej pamięć, jej myśli unosiły mnie ze sobą; promieniowały, tak intensywne, jakby wypływały z jej fizycznej powłoki i przenikały, pochłaniały wszelką obecność w pobliżu. Zrozumiałem, poddany przez kilka sekund tej sile ciążenia (chaotycznej i nieodpartej, niewidzialnej, ale uchwytnej: sile ciążenia skoncentrowanej myśli, której sens, może prawdę, staraliśmy się wyłowić), zrozumiałem, że uczestniczę w spektaklu odgrywanym zawsze, jak mi się dotąd zdawało, wyłącznie na wewnętrznej scenie, trzymanej w tajemnicy, zarezerwowanej dla mistycznych doznań, możliwej jedynie na symbolistycznym obrazie albo w koszmarnym śnie: widziałem introspekcję. Inna dusza zapraszała moją w głąb siebie, odwracała wzrok ku swoim głębinom i zamierzała dokonać bezlitosnej oceny. To była autopsja, w której biegły był równocześnie trupem; a jedynym świadkiem tej wizji, tego odczucia, które można by uznać za piękne bądź potworne, za piękne i potworne, byłem ja.
- To zjawa - rzekła nagle Siga D. i w jej głosie usłyszałem wszystkie Sigi D., z którymi zetknęła się w swoich wspomnieniach. - Nie można spotkać Elimane'a. On ci się objawia. Przenika cię. Mrozi ci kości i pali ci skórę. To żywe złudzenie. Poczułam na karku jego oddech, oddech jak gdyby zmartwychwstały.
Wtedy ja z kolei po prostu spojrzałem na uśpione miasto i kontemplując je, pomyślałem, że ta noc przypomina jednak jakiś cholerny sen. Pomyślałem, że powinienem być gotów obudzić się lada chwila na zniszczonej kanapie, w mieszkaniu dzielonym ze Stanislasem. Było to bardziej prawdopodobne niż to, że jestem tu, stoję na balkonie luksusowego hotelu, w towarzystwie wielkiej powieściopisarki, która ma Nieludzki labirynt.
- Trzymaj - rzekła Siga D.
Podawała mi książkę. Stłumiłem odruchowy lęk.
- Przeczytaj ją, a potem przyjedź do mnie do Amsterdamu. Dbaj o nią. Nie wiem, dlaczego robię ci taki prezent, Diéganie Latyrze Faye'u. Ledwie cię znam, a jednak daję ci to, co zapewne mam najcenniejszego. Może powinniśmy się tym podzielić. Nasze spotkanie jest niezwykłe, szliśmy na skróty, to było dziwne, ale od początku zmierzało ku jednemu: ku tej książce. Może to przypadek. Może to przeznaczenie. Jednak te dwie rzeczy niekoniecznie są ze sobą sprzeczne. Przypadek jest tylko przeznaczeniem, którego nie znamy, przeznaczeniem zapisanym niewidzialnym tuszem. Ktoś kiedyś mi tak powiedział. Może się nie mylił. Widzę w naszym spotkaniu manifestację życia. Zawsze należy podążać właśnie za nim: za życiem, jego nieprzewidzianymi drogami. Wszystkie zmierzają ku temu samemu miejscu, ku naszemu wspólnemu losowi, ale wybierają szlaki, które mogą być piękne lub straszne, usiane kwiatami albo kośćmi, nocne ścieżki, które często przemierzamy sami, gdzie jednak mamy okazję wystawić naszą duszę na próbę. Zresztą... Tak rzadko spotyka się kogoś, komu ta książka coś mówi. Dbaj o nią. Będę czekała na ciebie w Amsterdamie, napisz do mnie, kiedy się zdecydujesz, żebym mogła przygotować się na twój przyjazd. Zapiszę ci adres na obwolucie. O, tu. Proszę. Weź ją.
Wtedy pomyślałem: teraz się obudzisz, kiedy dotkniesz książki. I wyciągnąłem rękę, gotów otworzyć oczy w scenerii swojego salonu. Ale chwila trwała - trzymałem w dłoni Nieludzki labirynt. Miał w sobie umiar niegdysiejszych czasów: na białym tle widniały, od góry do dołu, nazwisko autora, tytuł, nazwa wydawnictwa (Gemini), otoczone antracytową obwódką. Na czwartej stronie okładki przeczytałem dwa zdania: T. C. Elimane urodził się w kolonii Senegal. Nieludzki labirynt to jego pierwsza książka, pierwsze autentyczne arcydzieło Murzyna z czarnej Afryki, który odważnie i w sposób otwarty opowiada o szaleństwie i pięknie swojego kontynentu.
Trzymałem książkę w dłoniach. Kiedyś marzyłem o tej chwili i czekałem, aż wydarzy się coś jeszcze innego; ale nic się nie stało, a kiedy uniosłem głowę, Siga D. patrzyła na mnie.
- Idź, idź i czytaj. To zajmie dużo czasu. Zazdroszczę ci. Odkryjesz tę książkę. Ale jest mi też ciebie żal.
Nie kryła smutnego cienia, który przemknął w jej oczach. Nie zapytałem o sens jej ostatnich słów, nieśmiało podziękowałem i wsunąłem Nieludzki labirynt do tylnej kieszeni dżinsów. Siga D. powiedziała, że nie wie, czy należy jej dziękować, czy raczej ją przekląć. Odparłem, że chyba zbytnio dramatyzuje. Cmoknęła mnie w policzek i rzekła: Sam zobaczysz.
Tak oto wielka mucha wydostała się z sieci. W domu czekała na mnie głucha cisza, którą jednak kruszył napastliwy, zdobywczy oddech - Stanislas, mój współlokator, chrapał. Tłumaczył polską literaturę i od kilku miesięcy pracował nad nową wersją Ferdydurke, wielkiej powieści jego słynnego rodaka Witolda Gombrowicza.
Poszedłem do swojego pokoju z prawie pustą butelką i puściłem w telefonie osobistą listę kawałków Super Diamono, mojej ulubionej grupy. Wymacałem książkę w kieszeni, wyjąłem ją, przyglądałem się jej przez chwilę. Nie mógłbym stwierdzić, że nie wierzyłem w jej istnienie: były noce, podczas których należałem do niej ciałem i duszą, i noce, kiedy recytowałem ją jednym tchem, choć nigdy jej nie widziałem; ale było też wiele innych, gdy jej istnienie zdawało się co najwyżej mityczne - sprowadzało się do projekcji, do kruchej nadziei. Cholerny Labirynt! I oto proszę: przedmiot obsesji, które wydawały mi się dziecinne i na zawsze martwe, wyłaniał się z okrwawionych ruin moich marzeń.
Super Diamono grało, a głos Omara P?ne'a z płynnego obsydianu żeglował w stronę świtu po cichym nocnym morzu. Jego śladem płynęła Mujjé, spokojna i wspaniała, memento mori w kształcie wyjątkowego klejnotu, wykutego w lawie dwunastu minut jazzu. Da ngay xalat ?un fu ?uy mujjé, mówił, pamiętaj o naszym kresie, pomyśl o wielkiej samotności, zważ na obietnicę zmierzchu, która w przypadku każdego zostanie dotrzymana. Przestroga budząca grozę i dotykająca istoty rzeczy, stara jak czas, choć miałem wrażenie, że po raz pierwszy w życiu dostrzegam jej przyprawiającą o zawrót głowy powagę. I właśnie w tej otchłani, otwartej przez Diamono i P?ne'a, zacząłem czytać Nieludzki labirynt.
Było jeszcze ciemno, choć piana dnia już musowała za smugą horyzontu. Czytałem; noc wyzionęła ducha bez jednego krzyku; potem czytałem dalej, a butelka się opróżniła; zawahałem się, czy nie otworzyć drugiej, w końcu zrezygnowałem i znowu czytałem, słuchając piosenek Diamono, aż wszystkie gwiazdy zgasły w promieniu światła, który przebił okno, i rozpierzchły się wszystkie cienie i wszystkie zranione cisze, i chrapanie Stanislasa, i najstarsza melopeja tej smutnej ziemi, i wszystko, co zdawało mi się, że wiem na temat ludzi; potem, gdy od jakiegoś czasu było już widno, a moja lista muzyczna dobiegła końca (ale cisza po P?nie jest testamentem poetyckim P?ne'a), zasnąłem, gotów odnaleźć we śnie deliryczną transfigurację wydarzeń tej nocy, obudzić się w świecie, który na pierwszy rzut oka wydawałby się taki sam, lecz w którym wszystko, pod powierzchnią rzeczy, pod skórą czasu, zmieniłoby się na zawsze.
Takie były, po tym wieczorze w sieci Pajęczycy, me pierwsze kroki w kręgu samotności, po którym sunęli Nieludzki labirynt i T. C. Elimane.