6
Elena i Pedro
Trochę nam zeszło z zakładaniem łańcuchów na koła, potem musieliśmy jechać wolniej, bo śnieg nie przestawał prószyć, tak że dotarcie do celu zajęło nam prawie półtorej godziny. Majestatyczne widoki zapierały jednak dech w piersiach, tak że w ogóle nie czułem upływu czasu. Znowu musieliśmy zdać się na niezawodne Google Maps; misja poszukiwawcza górskiego domku, położonego przy jednej z krętych dróg odchodzących od M-623, prowadzącej do pasma Guadarrama z Navacerrady, bez pomocy nawigacji zajęłaby nam z pół dnia. Tak czy inaczej jednak ostatecznie do celu trafiliśmy bardziej tradycyjną metodą - jak Tomcio Paluszek wracał śladem okruszków chleba, tak my podążyliśmy za dymem wydobywającym się spomiędzy drzew.
Wysiadłem z auta i bardzo się ucieszyłem, że wziąłem wełnianą czapkę, którą zrobiła mi na drutach mama - przynajmniej w uszy było mi ciepło i mogłem swobodnie zadrzeć głowę, żeby podziwiać piękno krajobrazu. Choć dzień był ciemny i ponury, a za jedyne towarzystwo mieliśmy niezmąconą ciszę, to gęstwina dębów i sosen przykrytych nieskazitelnie białą pierzynką, otaczająca domek jakby żywcem wyjęty z bajki, stanowiła przecudowny pejzaż. Miałem wrażenie, że przeniosłem się do innego świata, jakby od Madrytu dzieliły mnie tysiące kilometrów; mimo lodowatego chłodu ogarnęło mnie przyjemne ciepło.
Pchnęliśmy furtkę prowadzącą do ogrodu - prawdopodobnie ogrodu, bo tutaj śnieg miał co najmniej czterdzieści centymetrów głębokości; musieliśmy przemieszczać się szybko i ostrożnie, żeby nie zapaść się po kolana.
- Wygląda na to, że komuś nie chciało się złapać za łopatę i odgarnąć chociaż trochę śniegu, żeby zrobić ścieżkę do domu - szepnąłem dyskretnie do Jaimego. - Nie jest to znowu takie trudne, sam spokojnie dałbym radę. - I dodałem: - Można by pomyśleć, że odśnieżyli wczoraj wieczorem i to przez noc tak napadało, ale obaj wiemy, że to nieprawda.
- Widocznie nie wychodzą zbyt często - odmruknął. - Może mają służbę od wszystkiego.
- Zbyt często może nie, ale czasem ktoś na pewno wychodzi, tam są ślady stóp i parę niedopałków. Ma pan szczęście, tutaj też palą, nie będzie pan potrzebował swojej przenośnej popielniczki. - Mało brakowało, a puściłbym do niego oko.
Dobrnęliśmy jakoś do ganku i wcisnęliśmy guzik przy drzwiach, ale nie rozległ się żaden brzęczyk. Już szykowałem się do pukania, kiedy Jaime pociągnął za wiszącą na jednym z filarów linkę i rozdźwięczał się dzwonek. Od razu usłyszeliśmy: "Już idę!" i oto w holu pojawiła się Elena Martín.
- Dzwonek nie działa - wyjaśniła przepraszająco. - Nie uruchomiliśmy agregatu, jest w składziku... - Wskazała głową na szarą budę stojącą w odległości dziesięciu metrów. - ...i chwilowo nie mamy prądu.
Nie mogłaby się wyprzeć siostry. Nie dałoby się też zgadnąć, która była starsza, a która młodsza. Ten sam kolor włosów, ten sam owal twarzy. Miała ciemniejsze oczy niż Carolina, odrobinę szersze biodra, była nieco niższa, ale większość cech wyglądu wskazywała, że mają tych samych rodziców. Przyjęła nas w znoszonych dżinsach i czarnym wełnianym swetrze z golfem i rękawami naciągniętymi na dłonie. Na jej twarzy malowały się niepokój i żal.
- Proszę, wejdźcie panowie, siadajcie przy kominku, żeby się zagrzać.
Już miałem siadać na zdezelowanej sofie widocznej w blasku ognia, jedynego źródła światła w pomieszczeniu, ale Jaime pamiętał o dobrych manierach i najpierw nas przedstawił:
- Dzień dobry. Pani Martín? Inspektorzy Reyes i Serra. - Nie uściślił, że ja jestem zaledwie młodszym inspektorem. - Chcielibyśmy złożyć najszczersze kondolencje i podziękować, że była pani tak miła poświęcić nam chwilę w tym jakże trudnym czasie.
Potem już siedliśmy, bo nasza gospodyni zwinęła się w kłębek na kanapie obitej tapicerką w niemodny kwiecisty deseń. Dyskretnie wyjąłem notes i ołówek.
Powietrze było stęchłe. Rozejrzałem się wokół, wytężając wzrok w półmroku. W strategicznych miejscach stało co najmniej kilka popielniczek, od wielu dni nieopróżnianych z niedopałków, a po pokoju jak gdyby nigdy nic snuło się parę kotów. Poczułem, że coś mnie uwiera w pośladek, więc podniosłem się trochę nad siedzenie, wsunąłem dłoń i wyciągnąłem spomiędzy poduch garść łupin orzechów. Zacząłem się zastanawiać, od jak dawna nikt tu nie sprzątał.
- Prawdę mówiąc, kiedy zapytali mnie panowie, czy mogą przyjechać porozmawiać, nie miałam nic przeciwko, było mi to w zasadzie obojętne. Ale chciałabym zaznaczyć, że nie rozumiem, po co się tu fatygowaliście. Moja siostra dostała zawału i jedyne, na co mam teraz ochotę, to leżeć i płakać. - Oczy zaszły jej łzami. Podszedł do niej jeden z kotów, wzięła go na kolana i zaczęła głaskać. - Uwielbiam koty, zawsze są przy tobie, kiedy ich potrzebujesz, a nie trzeba się narobić - mruknęła, gładząc małego futrzaka.
- Doskonale panią rozumiemy, pani Martín, ale nie sądzimy, żeby to był atak serca; doprawdy nie wiem, dlaczego tak pani pomyślała. Nie mamy jeszcze wyników sekcji zwłok, a w takiej sytuacji nie podajemy nawet przypuszczalnej przyczyny śmierci, taki jest protokół - wyjaśnił Jaime. - Poza tym bardzo nas zdziwiło, że nikt z rodziny nie zauważył zniknięcia pani siostry, dopóki my jej nie znaleźliśmy, dlatego naszym obowiązkiem jest zadanie kilku pytań.
- Boże! - zawołała, łapiąc się za gardło. - Kiedy zadzwonili i powiedzieli, że moja siostra zmarła w domu, założyłam, że przyczyną był zawał, nie przyszło mi nawet do głowy szukać innych możliwości. - Zalewała się łzami. - I nazywam się Elena, nie żadna pani Martín, dziwnie mi to brzmi - dodała żałośnie, ale jakby myślała o czymś zupełnie innym.
- W takim razie, pani Eleno, dlaczego nikt z rodziny nie złożył zawiadomienia o zaginięciu? Przecież to było Boże Narodzenie. Nie dogadywaliście się dobrze? Nie mieliście kontaktu? Nie spędzaliście wspólnie Wigilii?
Reyes znał już od Pilar odpowiedź na niektóre z tych pytań, ale wolał usłyszeć je bezpośrednio od siostry denatki.
- Ależ skąd, bardzo się wszyscy kochaliśmy, a z Carol od zawsze byłyśmy blisko - odparła Elena, jeszcze bardziej wyciągając już i tak niewiarygodnie długaśne rękawy swetra. Kot ocierał się o miłą wełnę. - Moja matka od wielu lat cierpi na alzheimera, zazwyczaj nawet nas nie rozpoznaje. To potwornie smutne! A biedny tata jest taki stary, że już nawet nie wiadomo, ile ma lat. Jeszcze nie wie o śmierci Caroliny i na razie nie zamierzam mu o tym mówić. - Urwała, żeby otrzeć łzy rękawem. - Wigilię spędzam u mojego chłopaka, a Carol już od dawna woli siedzieć wtedy sama w domu. Rodzinne obchody robimy w pierwszy dzień świąt.
- I nie była pani zaniepokojona? - spytał Jaime.
- Szczerze mówiąc to nie. Była u mnie w zeszłą środę i powiedziała, że przeprowadza się do Londynu. Zaprosiła nas na obiad i wspomniała, że Boże Narodzenie spędzimy wspólnie, jak zawsze. Kiedy się nie pojawiła, zaczęłam do niej dzwonić. Nie odbierała, więc uznałam, że zdecydowała się jednak przełożyć lot i jest już w drodze do Anglii. Mówiła mi, że może pojedzie wcześniej, żeby się nie stresować. Myślałam, że oddzwoni do mnie po wylądowaniu w Londynie.
- W takim razie ostatni raz widziała pani siostrę dwudziestego pierwszego grudnia, zgadza się?
Podczas gdy ona przeprowadzała w myślach obliczenia, inspektor zapytał, czy może zapalić. Pomyślałem, że przy tym smrodzie zleżałych petów i zwierząt w niewietrzonych pomieszczeniach, nie zrobi to już większej różnicy.
- Oczywiście, proszę bardzo. Byłabym też wdzięczna, gdyby mnie pan poczęstował. Skończyły mi się papierosy, więc dopóki nie wróci Pedro, jestem zgubiona. - Próbowała się uśmiechnąć, ale jej twarz skrzywiła się w koszmarnym grymasie. - I tak, rozmawiałyśmy jeszcze przez telefon, ale wtedy widziałyśmy się po raz ostatni.
- Oczywiście, nie ma sprawy. Proszę się częstować do woli. - Położył paczkę na stoliku, przez który przebiegał akurat mały pajączek. - Rozumiem więc, że pani siostra była osobą impulsywną, podejmowała decyzje spontanicznie i bez konsultacji z nikim?
- Wręcz przeciwnie, była osobą bardzo skrupulatną i zorganizowaną. W innych okolicznościach bardzo bym się denerwowała, ale tym razem było inaczej. - Wydmuchnęła chmurę dymu.
- Dlaczego? Czy siostra w ostatnich tygodniach była bardziej nerwowa, niespokojna niż zwykle?
- Nie martwiłam się, bo bardzo zależało jej na wyjeździe. Powiedziała mi, że chce jak najszybciej zacząć nowe życie, jak najdalej od Madrytu. A co do tego, czy Carol była ostatnio nerwowa... Przeciwnie, promieniała i była oazą spokoju. Miała wyraźnie określone cele.
- Kojarzy pani, czy doznała może jakiegoś zawodu miłosnego? Posprzeczała się z partnerem? Nie wiem, cokolwiek, co mogłoby ją skłonić do ucieczki. Proszę się zastanowić, może w tym kierunku powinniśmy szukać.
Jaime próbował wywęszyć, czy denatka była z kimś w związku.
- Zawód... na pewno nie. Powiedziałaby mi. - Zdusiła niedopałek w popielniczce. Wyglądała na potwornie zmęczoną.
- Czyli był jakiś partner - podchwycił inspektor.
- ...Nie, nie, skąd! Żadnych partnerów.
Odpowiedź padła jednak po nieco zbyt długiej pauzie. Elena znowu zaczęła głaskać kociaka.
- Może miała jakieś problemy w pracy albo pokłóciła się z koleżanką - rzucił Jaime, ale nie uzyskał odpowiedzi, więc drążył dalej. - Jak dogadywała się z Guillermem Grauem? I z jego synem?
- Guillermo traktował Carolinę jak córkę, a jeśli chodzi o Bernarda, to łączyły ich dość chłodne stosunki. Właściwie nigdy o nim nie wspominała, a kiedy już jej się zdarzyło, wypowiadała się o nim z pogardą.
Elena nie należała do wylewnych, więc inspektor postanowił spróbować jeszcze inaczej.
- A co może nam pani powiedzieć o bratanicach Guillerma Graua? Przyjaźniły się z pani siostrą?
Elena poruszyła się i usiadła prosto. Reyes ewidentnie dobrze trafił.
- Ach, te jędze! - zawołała. I znowu wyciągnęła rękawy. - Carolina jest dla nich bardziej wyrozumiała niż ja; zresztą nie może inaczej. Ja nie mam do nich cierpliwości. To nadęte idiotki. W młodości często gdzieś razem wychodziłyśmy, ale ja wolę się trzymać od nich z daleka. - Elena jakby zapomniała, że jej siostra nie żyje, zupełnie się zmieniła, kiedy mówiła o tych dwóch. - Z Carlotą często grała w golfa, zresztą obie mieszkały w Los Cerezos. Mercedes musi jakoś znosić, wie pan, ze względu na Miguela. - Zapaliła kolejnego papierosa.
- Przykro mi, ale nie wiemy, kim jest Miguel.
- Don Miguel Gómez-Cuervo de Guevara, markiz. Poza tym jest finansistą i znanym politykiem. Bohater narodowy - powiedziała z przesadną pompatycznością, nie kryjąc pogardy.
- Ché! - zawołałem. - Sekretarz generalny partii Budujemy? Szybko rosną w siłę w Madrycie. Robią niezłe zamieszanie. Jak tak dalej pójdzie, wygrają najbliższe wybory - opowiadałem z entuzjazmem, podniecony najmniejszą choćby możliwością poznania tego faceta.
- Co będzie oznaczało jeszcze więcej władzy dla wszechmocnego pana Graua - skwitowała Elena i wyjaśniła. - Markiz Miguel Gómez-Cuervo de Guevara jest marionetką Guillerma Graua. I nie jest to tylko moja opinia, słyszałam to od samej Carol i jestem absolutnie przekonana, że tak jest.
Temat rodu Grauów niespodziewanie dał Elenie zastrzyk nowej energii. Zależało nam, żeby zdradziła nam wszystkie smaczki, bo lepsze poznanie tych ludzi mogło okazać się kluczowe dla sprawy. A jeśli nawet nie, to przynajmniej zaspokoiłoby moją niezdrową ciekawość.
Intymną rozmowę przerwał nam jednak warkot zbliżającego się motocyklu. Motor zatrzymał się i zaparkował koło peugeota. Kierowca ruszył do domu długimi, szybkimi susami, tak samo jak my wcześniej, żeby nie zapaść się w śnieg.
Nie wstając z kanapy, Elena zawołała radośnie:
- Pedro!
Chłopak przytrzymał między nogami papierową torbę, żeby zdjąć rękawiczki, położył kask na podłodze przy drzwiach i otrzepał śnieg z puchówki, na której widniało logo francuskiej marki. Wziął torbę i poszedł do kuchni. Po chwili wrócił z kartonem papierosów i wyjął jedną paczkę. Resztę położył na gzymsie zakurzonego kominka. W oczach Eleny błysnęły iskierki zachwytu. Chłopak podszedł do niej, pocałował z czułością i pogładził po twarzy. Był przystojny i dobrze zbudowany. Miał na sobie znoszone dżinsy, a na nogach ocieplane futerkiem buty z logo Ugg, tak jak jego dziewczyna. Przez plecy przewiesił niczym gitarę wielką siedmiokilową szynkę. Elena dokonała prezentacji:
- Pedro Mu?oz, mój chłopak. Mieszkamy razem od ponad piętnastu lat. To dzięki niemu jakoś znoszę te straszne chwile. - I zalała się łzami.
On znowu zasypał ją pocałunkami i pieszczotami, nie odstępował jej na krok. Siedział przy niej na poręczy sofy.
- Nie spodziewaliśmy się was tak wcześnie. Sądziliśmy, że przyjedziecie wieczorem. - Chłopak sprawiał wrażenie nieco skonsternowanego.
- I tak jesteśmy później, niż planowaliśmy. Jechaliśmy dłużej przez ten śnieg - powiedziałem, żeby włączyć się do rozmowy. - Rozmawialiśmy właśnie o rodzinie Grau. Podobno byli blisko związani z pańską szwagierką.
- Jasne, nie ma problemu, każda pora nam pasuje - odparł z uśmiechem i ciągnął. - Ach, Grauowie, ciekawa rodzinka, my też się z nimi dobrze znamy, czy raczej znaliśmy. Nie jesteśmy na ich poziomie, łączy nas brak zainteresowania sobą nawzajem.
- A to co? - przerwała mu Elena, patrząc na szynkę i karton papierosów. Rozmowa o Grauach musiała chwilę poczekać.
- Chciałem ci zrobić niespodziankę. Wygrałem loterię w Supercorze i zobacz, co się nam trafiło. Może się trochę uśmiechniesz. - I znowu ją pocałował.
Mój szef przerwał tę romantyczną scenę.
- Przepraszam, mógłbym prosić o szklankę wody? W gardle mi zaschło od papierosów. Jak widać, paliliśmy bez przerwy. - Pokazał na najbliższą popielniczkę.
- Przywiozłem posiłki - powiedział Pedro, zerkając na karton papierosów - i już panu przynoszę wodę. Zaproponowałbym napar z lipy, ale nie mamy jak zagotować wody.
Zaczął się podnosić z poręczy kanapy, ale Jaime go uprzedził.
- Proszę się nie kłopotać, widziałem, że kuchnia jest tu obok, sam sobie naleję. Pan niech lepiej zostanie z narzeczoną, potrzebuje pana teraz. - I wyszedł, nie czekając na odpowiedź.
- Szklanki są w tej szafce nad zlewem - zawołała za nim Elena.
Jaime wrócił ze szklanką i zauważyłem, że rozmawiając, prawie w ogóle nie pił. Najważniejsze tematy zostały już widocznie poruszone. Wychylił wodę duszkiem i domyśliłem się, że nasza wizyta dobiega końca.
- Jestem państwu niezmiernie wdzięczny za współpracę. - Wyciągnął rękę i ucisnął dłonie im obojgu. - A pani, pani Eleno, życzę dużo siły w tych trudnych chwilach.
Pożegnali się uprzejmie, ale nie odprowadzili nas do drzwi. Zostali razem na tamtej starej sofie. Uznałem, że nie ma co oczekiwać od tych dwojga podniesienia się i przejścia sześciu kroków - to zbyt wymagające zadanie dla takich leni.
Musiałem omówić z Jaimem całą masę rzeczy, ale nie chciałem wyjść na kąpanego w gorącej wodzie, więc uruchomiłem lawinę pytań dopiero w samochodzie. Wiedziałem, że muszę je dawkować, żeby się nie zdenerwował. Wytrzymałem aż do uruchomienia silnika.
- Po co chciał pan pójść do kuchni?
- Bo tam Pedro poszedł zaraz po przyjściu do domu. - I zamyślił się.
- To normalne. Miał ciężką torbę z zakupami, musiał gdzieś ją zostawić. Chociaż, z drugiej strony, mieli tam taki syf i bajzel, że równie dobrze mógłby ją rzucić na podłogę, koło kasku.
- No właśnie, skoro wszystko leżało gdzie popadnie, a on zadał sobie trud, żeby zanieść torbę do kuchni, to dlatego, że nie spodziewał się nas tam zastać i zrobił wszystko, żebyśmy jej nie zobaczyli.
- Jezu, niech mi szef natychmiast powie, co tam było! - powiedziałem błagalnie.
- Nie udało mi się sprawdzić - odparł ze smutkiem.
- Co za szkoda! Przydałoby nam się poznać jej zawartość.
- Ejże, Manolito, myślisz, że piłem z tej uświnionej szklanki zupełne na darmo? - I zaśmiał się szelmowsko. - No dobrze, dobrze... Był tam szampan, Dom Perignon. Zdaje się, że najtańsze butelki zaczynają się od stu pięćdziesięciu euro. I co ty na to? Szwagierka umiera, a on przynosi do domu ekskluzywną szynkę i drogiego szampana. Ewidentnie cenią sobie luksus, ale równie bardzo nie lubią sprzątać.
- Koleś twierdził, że wygrał na loterii. Może rzeczywiście mu się poszczęściło. Chociaż z drugiej strony ta kurtka i buty... Takich markowych ciuchów nie kupi się na bazarku. - Wysunąłem kolejną hipotezę: - Może Pedro chciał jej się oświadczyć i kupił jedzenie na romantyczną kolację?
- Naprawdę myślisz, że koleś w takiej chwili poprosiły swoją dziewczynę o rękę? Musiałby być totalnym debilem. - I znowu pogrążył się w milczącej zadumie.
- Wspominał szef wcześniej, żebym mówił na głos wszystko, co mi przychodzi do głowy, nawet najbardziej szalone pomysły, więc to właśnie teraz robię.
- Masz rację, Manolito, przepraszam. Zresztą niewykluczone, że facet jest półgłówkiem.
- A zauważył szef, jak Elenie się zaświeciły oczy na widok tego kartonu fajek? Była zachwycona.
- Raczej zaskoczona - poprawił mnie. - Wyraźnie się zastanawiała, skąd wytrzasnął pieniądze. Są totalnie spłukani... I najwyraźniej nie przepadają za pracą.
- Nie odniósł szef wrażenia, że Elena próbowała zmienić temat, kiedy Pedro miał nam coś powiedzieć o Grauach? Czy wymyśliłem to sobie?
- Nie, nie wymyśliłeś sobie. Też zwróciłem na to uwagę. - Zatrzymał samochód. - Wysiadaj, pójdziesz tam i dowiesz się, czy była jakaś loteria. Jeśli tak, w co szczerze wątpię, spytaj, kto wygrał. Ja sobie zapalę i na ciebie poczekam.
Wyjrzałem przez okno i zobaczyłem szyld sklepu: Supercor. Tak się rozgadałem, że nawet nie zauważyłem, kiedy Jaime wpisał adres w Google Maps. Słyszałem instrukcje lektorki, żeby skręcić to w lewo, to w prawo, ale założyłem, że prowadzi nas do restauracji, w której według Reyesa serwowano takie steki, że palce lizać.
Wróciłem do samochodu biegiem, po części dlatego, że nadal było potwornie zimno, ale przede wszystkim z ekscytacji:
- Szefie, szefie! Kasjerka mówi, że pracuje tu od pięciu lat i w życiu nie słyszała, żeby robili tu jakąkolwiek loterię, a tym bardziej żeby ktoś wygrał wytworną szynkę i dom perignona.
- To wszystko wskazuje nam na to, że facet kłamie, a ona też coś ukrywa - oznajmił Reyes, przygryzając dolną wargę.
- Dlaczego tak szef myśli?
- Bo zbyt długo zawahała się przed odpowiedzią na pytanie o chłopaka, a poza tym zdziwiła się na widok zbytkownych zakupów. Jeśli dodamy do tego, że nie chciała rozmawiać przy nim o Grauach, to sprawa robi się już zupełnie jasna, ma coś do ukrycia. Sytuacja się rozkręca, Manolito, robi się gorąco! - Wyszarpnął z kieszeni komórkę. - Jedziemy na steki!