Najpierw był grzech - Eugenia Dalmau

Kup ebooka

29.90 zł
22.43 zł (11,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Pro­log

Wio­sna 2017

Sześć mie­sięcy po od­na­le­zie­niu zwłok

Od chwili wy­bu­chu skan­dalu me­dial­nego moje ży­cie stało się kosz­ma­rem. Na­dal czuję na­pię­cie, kiedy mu­szę skrę­cić za róg ulicy, boję się, że czai się tam ja­kiś prze­bie­gły dzien­ni­karz, go­tów rzu­cić mi się do gar­dła. Naj­gor­sze są jed­nak te­le­fony. Miesz­kam w Ma­dry­cie od roku i ni­gdy nie otrzy­my­wa­łem tylu im­per­ty­nenc­kich, a z cza­sem po pro­stu nu­żą­cych te­le­fo­nów, co w ostat­nich mie­sią­cach; na ekra­nie ko­mórki wy­świe­tlają się je­den po dru­gim nie­znane nu­mery. Kiedy ta na­wał­nica do­piero się za­czy­nała, a ja jak głupi na­ci­ska­łem zie­loną słu­chawkę, na­tar­czywe py­ta­nia wa­liły mi w uszy jak la­wina ka­mieni: "Młod­szy in­spek­to­rze Serra, to było sa­mo­bój­stwo czy mor­der­stwo? Czego mo­żemy się te­raz spo­dzie­wać? Pro­szę się nie roz­łą­czać, pa­nie Ma­nu­elu!". Przy pierw­szych ta­kich roz­mo­wach, za­nim się roz­łą­czy­łem, mia­łem na tyle taktu, by rzu­cić trzy słowa: "Nie je­stem upo­waż­niony". Po­tem już na­wet tego mi się nie chciało.

Cie­szę się, że z każ­dym ko­lej­nym dniem tych te­le­fo­nów jest co­raz mniej; wie­dzą już, że nie od­biorę. Nie mogę jed­nak tra­cić czuj­no­ści, bo dzien­ni­ka­rze za­wsze krążą nad po­li­cjan­tami jak sępy, a sprawa Ca­ro­liny Mar­tín, którą wraz z in­spek­to­rem, ze względu na oso­bliwe ce­chy po­dej­rza­nych, na­zwa­li­śmy ro­bo­czo "Sprawą grze­chów głów­nych", to ostat­nio je­den z naj­bar­dziej so­czy­stych kę­sków dla prasy. Uzy­ska­nie wy­wiadu na wy­łącz­ność, re­la­cji bo­ga­tej w naj­krwaw­sze de­tale, i to z in­spek­to­rem od­po­wie­dzial­nym za do­cho­dze­nie - to byłby praw­dziwy Święty Graal dla wy­bra­nego szczę­śliwca. Nic ta­kiego jed­nak nie na­stąpi.

Przy­pusz­czam, że uwzięli się wła­śnie na mnie, bo spra­wiam wra­że­nie ła­twej ofiary: adi­dasy i skó­rzana kurtka, średni wzrost, ciemne włosy, a przede wszyst­kim - młody wiek. Nie­któ­rzy błęd­nie uwa­żają to za jed­no­znaczne z głu­potą i na­iw­no­ścią; mogą so­bie jed­nak my­śleć, co chcą, ja ni­gdy nie pusz­czę pary z ust. Po pierw­sze z uwagi na moją lo­jal­ność wo­bec for­ma­cji, do któ­rej na­leżę, a po dru­gie dla­tego, że po tylu mie­sią­cach bli­skiego ob­co­wa­nia z Ca­ro­liną za­czą­łem czuć do niej coś szcze­gól­nego. Ni­gdy nie po­zna­łem ni­kogo tak bli­sko, in­tym­nie i in­ten­syw­nie. Wiem o tej ko­bie­cie wszystko, mimo że ni­gdy nie wi­dzia­łem jej na oczy ży­wej. Czuję się tak z nią zwią­zany, że nie po­tra­fił­bym jej zdra­dzić.

Ale żeby wie­dzieć to, co wiemy tylko my nie­liczni, a czego wiele osób chcia­łoby się do­wie­dzieć, trzeba za­cząć od po­czątku i cof­nąć się do ubie­głych świąt, kiedy do­piero za­czy­na­łem pracę na ko­mi­sa­ria­cie i na­wet przez myśl by mi nie prze­szło, że mógł­bym pra­co­wać pod zwierzch­nic­twem in­spek­tora Ja­imego Rey­esa.

26 grud­nia 2016

1

Ja­ime

- In­spek­to­rze, ko­mi­sarz wzywa do sie­bie - po­wie­działa Rey­esowi An­ge­li­nes, główna se­kre­tarka wy­działu za­bójstw. Mu­siała pod­nieść głos, żeby prze­krzy­czeć pa­nu­jący zgiełk, i po­dejść bli­żej do biurka in­spek­tora.

Znaj­do­wa­li­śmy się w ob­szer­nym pro­sto­kąt­nym po­miesz­cze­niu, w któ­rym bez trudu mie­ściło się dzie­sięć usta­wio­nych w sze­regu biu­rek. Od­dzie­lały je pa­nele, na tyle wy­so­kie, żeby nie wi­dzieć są­siada, gdy się sie­dzi, ale wy­star­czyło wstać, by mieć na oku pra­cu­ją­cych po­li­cjan­tów. Biurko in­spek­tora Rey­esa stało w pew­nym od­da­le­niu od reszty, w jed­nym z ką­tów pod oknem. Je­dyną osłonę sta­no­wiły po­tężne sterty pa­pie­rów na brzegu biurka.

Ja­ime Reyes pod­niósł głowę, a kiedy wsta­wał, z ru­chu jego ust od­czy­ta­łem wy­mam­ro­tane: "A ten czego znowu chce? Nie ma jesz­cze dzie­sią­tej, a cią­gle mi za­wra­cają dupę".

Śle­dzi­łem wzro­kiem jego ru­chy. An­ge­li­nes uprze­dziła mnie, że ze mną ko­mi­sarz także chce się wi­dzieć, więc sta­ra­jąc się nie rzu­cać w oczy, pod­sze­dłem do drzwi ga­bi­netu szefa i cze­ka­łem na swoją ko­lej. Nie mo­głem nie usły­szeć to­czą­cej się tam roz­mowy:

- Dzień do­bry, Ja­ime, za­mknij drzwi i sia­daj - przy­wi­tał się ko­mi­sarz Ló­pez. - Mu­sisz je­chać w oko­lice pola Fe­de­ra­cji Golfa, to nie­da­leko stąd, na osie­dle Los Ce­re­zos. Zna­le­ziono ciało ko­biety w jej wła­snym domu... I nie­wiele wię­cej mogę ci po­wie­dzieć.

- Mor­der­stwo? Sa­mo­bój­stwo? - za­py­tał Reyes. - Jesz­cze się okaże, że to ja­kaś sta­ruszka, którą Pan we­zwał do sie­bie, i na­sza ekipa jest tam po­trzebna jak ko­szula w du­pie - na­rze­kał. - Pa­nie ko­mi­sa­rzu, jest dwu­dzie­sty szó­sty grud­nia, zimno jak w psiarni, a ja mam górę za­le­głej ro­boty. Mam na­dzieję, że ta wy­cieczka nie okaże się stratą czasu. - Po chwili do­dał jesz­cze: - Los Ce­re­zos? Osie­dle Cze­re­śniowe? W ży­ciu nie wi­dzia­łem w Ma­dry­cie drzewa cze­re­śnio­wego, a cho­dzę po tym pa­dole już pięć­dzie­siąt dzie­więć lat.

- Nie ma­rudź. Na ra­zie nic nie wia­domo, a może to bę­dzie ta duża sprawa, na którą cze­ka­łeś - od­parł ko­mi­sarz. - Funk­cjo­na­riu­sze, od któ­rych otrzy­ma­li­śmy zgło­sze­nie, mó­wią, że za­alar­mo­wała ich wścib­ska są­siadka. Kiedy zja­wili się na miej­scu, cze­kała już na ganku domu ofiary. Są­siadka przed­sta­wiła się jako Pi­lar. Twier­dzi, że ofiara na­zy­wała się Ca­ro­lina Mar­tín i miała czter­dzie­ści je­den lat, cho­ciaż wy­glą­dała na znacz­nie mniej, cy­tu­jąc do­słow­nie tę Pi­lar, któ­rej wy­po­wiedź po­wtó­rzyli nam funk­cjo­na­riu­sze - oznaj­mił. - Nasi nie do­pa­trzyli się żad­nych oznak prze­mocy, je­śli nie li­czyć strą­co­nej na pod­łogę lampki. Na pierw­szy rzut oka wszystko wska­zuje na za­wał, ale świa­dek upiera się, że babka była zdrowa jak ryba i jej śmierć wy­daje się mocno po­dej­rzana - do­dał. - Po­in­for­mo­wa­li­śmy już sąd, zwłoki ma obej­rzeć na miej­scu le­karz są­dowy. Pod­jedź tam, może za­uwa­żysz coś od­bie­ga­ją­cego od normy, za­de­cy­duj, czy trzeba tam wy­słać chło­pa­ków, żeby zba­dali sy­tu­ację i ze­brali ślady. Je­steś naj­lep­szy w ta­kich spra­wach.

- Taa, naj­lep­szy, a przy oka­zji je­dyny, który jest tu­taj w święta. Po­łowa ko­mi­sa­riatu ma wolne - skwi­to­wał Ja­ime znu­żo­nym gło­sem. - W związku z tym mu­szę je­chać sam. Fu­en­tes i Gó­mez po­je­chali do in­nego we­zwa­nia.

- Nie, nie - po­pra­wił go ko­mi­sarz. - Weź Serrę. Ucie­szy się, a poza tym musi się wdra­żać do pracy w te­re­nie.

- Ten żół­to­dziób?! - wrza­snął zdu­miony Reyes. - Ma­no­lito? To już wolę je­chać sam, pa­nie ko­mi­sa­rzu, na­prawdę. Nie mam dziś na­stroju, żeby od­po­wia­dać na jego głu­pie py­ta­nia w sa­mo­cho­dzie, a na pewno bę­dzie miał ich całą masę. - Usły­sza­łem, jak wzdy­cha ciężko, ale w końcu umilkł. Reyes praw­do­po­dob­nie wie­dział, że kiedy ko­mi­sarz coś so­bie umy­śli, to na­wet sam Pan Je­zus nie wy­biłby mu po­my­słu z głowy, po­sta­no­wił więc się już dłu­żej nie kłó­cić.

- Ja­ime, to rze­czy­wi­ście może być ru­ty­nowa in­spek­cja, za go­dzinę bę­dzie­cie z po­wro­tem... Chło­pak musi się szko­lić, po­trze­buje prak­tyki, a nie znaj­dzie prze­cież lep­szego na­uczy­ciela niż ty - pró­bo­wał go zmięk­czyć Ló­pez. - Pa­mię­taj, że z tobą też ktoś mu­siał się tak mę­czyć. Poza tym, jak sam za­uwa­ży­łeś, ni­kogo in­nego nie ma. No już, bierz chło­paka i jedź­cie. - Za­brzmiało to ra­czej jak roz­kaz niż jak pro­po­zy­cja. - I in­for­muj mnie, je­śli po­jawi się coś no­wego.

Do­my­śli­łem się, że roz­mowa do­bie­gła końca, od­sko­czy­łem więc szybko od drzwi i żeby ukryć nie­cier­pli­wość i pod­nie­ce­nie, wda­łem się w po­ga­wędkę z ko­legą. Dzięki temu mo­głem ukrad­kiem ob­ser­wo­wać in­spek­tora, który wy­szedł z ga­bi­netu szefa z po­nu­rym gry­ma­sem na twa­rzy, po czym ze­brał swój płaszcz, sza­lik, no­tat­nik i mnie. Nie mu­sia­łem już sta­wiać się u ko­mi­sa­rza.

Droga na miej­sce zda­rze­nia prze­bie­gła wbrew prze­wi­dy­wa­niom Rey­esa. Cho­ciaż roz­sa­dzał mnie en­tu­zjazm i wdzięcz­ność, że to wła­śnie mnie wy­brano na jego part­nera, nie da­łem tego po so­bie po­znać naj­drob­niej­szym na­wet ge­stem, nie po­wie­dzia­łem też ani słowa po­nad to, czego wy­ma­gają za­sady do­brego wy­cho­wa­nia.

Ja­ime Reyes mil­czał jak głaz, a mnie aż świerz­biło, żeby za­ga­dać. Był praw­dziwą in­sty­tu­cją or­ga­nów ści­ga­nia; ma­wiano, że po­trafi roz­wią­zać sprawę, za je­dyny ślad ma­jąc nie­do­pa­łek. W su­mie nic dziw­nego, że tak do­brze znał się na nie­do­pał­kach, bo nie prze­stał pa­lić ani na chwilę, od kiedy wsie­dli­śmy do sza­rego peu­ge­ota 307, który wy­dział po­wie­rzył mu do wy­łącz­nej dys­po­zy­cji.

Wie­dzia­łem o nim tyle, ile za­sły­sza­łem na ko­mi­sa­ria­cie i ile po­wie­działa mi, oczy­wi­ście w naj­wyż­szym za­ufa­niu, plot­kara An­ge­li­nes - drobna, żywa se­kre­tarka, za­trud­niona w po­li­cji od tak dawna, że kiedy py­tało się ją o staż pracy, nie­zmien­nie od­po­wia­dała, że się tam uro­dziła. Ja­ime Reyes miał być jed­nym z naj­lep­szych w swoim fa­chu: in­te­li­gentny i by­stry, dro­bia­zgowy, nie­zmor­do­wany, a przede wszyst­kim - am­bitny. Na po­czątku jego ka­riera wy­strze­liła jak ra­kieta, ale po śmierci żony i syna przed pięt­na­stu laty am­bi­cja cał­kiem go opu­ściła i cho­ciaż na­dal pra­co­wał z rów­nie du­żym za­an­ga­żo­wa­niem, wo­lał trzy­mać się w cie­niu i ogra­ni­czać do mi­ni­mum in­te­rak­cje z ludźmi. Zro­bił się z niego sa­mot­nik.

An­ge­li­nes i inne we­te­ranki z ko­mi­sa­riatu zga­dzały się, że z in­spek­tora był kie­dyś nie­zły przy­stoj­niak: wy­soki, śniady, z szel­mow­skim uśmiesz­kiem, za­wsze nie­na­gan­nie ubrany, z wy­raź­nie za­zna­czo­nym prze­dział­kiem i wło­sami uło­żo­nymi na żel. Kom­ple­men­ciarz, ale z klasą. Wszyst­kie do niego wzdy­chały.

Ja na­dal nie za­mie­ni­łem z nim ani słowa i trudno było mi do­strzec tego don­żu­ana, który fi­glar­nie pusz­czał oczka do ko­biet sza­le­ją­cych na jego punk­cie. Ow­szem, wi­dać było jesz­cze ślady jego daw­nej świet­no­ści: ani grama tłusz­czu i gę­sta czu­pryna, ale czerń wło­sów prze­ty­kały już siwe pa­sma, a od czasu do czasu ja­kiś nie­sforny ko­smyk wy­my­kał się spod kon­troli. Barki za­czy­nały nieco opa­dać do przodu pod nie­do­pra­so­waną ko­szulą, a w płasz­czu wid­niała jedna czy dwie dziury wy­pa­lone przez nie­uwagę pa­pie­ro­sem. Naj­wy­raź­niej stra­cił wszel­kie za­in­te­re­so­wa­nie swoim wy­glą­dem i po­grą­żył się w me­lan­cho­lii.

- Co się stało, sze­fie? Za­bili ko­goś? - spy­ta­łem, żeby po­wie­dzieć co­kol­wiek, cho­ciaż oczy­wi­ście zna­łem od­po­wiedź.

- Czyli ty je­steś Ma­no­lito, ten młody - od­po­wie­dział po­woli i z na­my­słem.

- Tak.

Mógł­bym od­po­wie­dzieć bar­dziej wy­lew­nie, ale in­tu­icja i opo­wie­ści An­ge­li­nes po­ra­dziły mi, żeby się nie roz­ga­dy­wać.

- Ko­bieta - od­parł in­spek­tor po dłuż­szej chwili. - Wy­gląda na za­wał, ale są­siadka się upiera, że ktoś ją za­bił. Za­raz się prze­ko­namy, czy to tylko strata czasu. - Po ko­lej­nej mi­nu­cie do­dał jesz­cze: - Cho­ciaż skoro świa­dek twier­dzi, że za­wał wy­daje się mało praw­do­po­do­bny, to musi mieć ja­kiś po­wód.

- Tak jest - od­wa­ży­łem się wy­bą­kać pod no­sem.

Od tam­tej chwili za­pa­no­wała gro­bowa ci­sza. In­spek­tor Reyes ewi­dent­nie był czło­wie­kiem wy­jąt­kowo ma­ło­mów­nym.

Na szczę­ście z dziel­nicy Hor­ta­leza, gdzie znaj­do­wał się ko­mi­sa­riat, drogą M-40 do­tar­li­śmy do Los Ce­re­zos w za­le­d­wie dwa­dzie­ścia mi­nut. Nie wiem, czy wy­trzy­mał­bym dłu­żej w sza­rych kłę­bach wy­peł­nia­ją­cych sa­mo­chód; można by po­wie­sić sie­kierę w po­wie­trzu za­dy­mio­nym przez co naj­mniej osiem pa­pie­ro­sów (tyle na­li­czy­łem), które zdą­żył wy­pa­lić mój zwierzch­nik. Ogrze­wa­nie było roz­krę­cone do mak­si­mum, a że Reyes nie otwie­rał okna, ja z sza­cunku też nie od­wa­ży­łem się opu­ścić szyby, więc pra­wie nie dało się od­dy­chać. Mo­dli­łem się do wszyst­kich świę­tych, że­bym nie udu­sił się na śmierć albo nie do­stał raka płuc. Mu­sieli mnie wy­słu­chać, bo w nor­mal­nych wa­run­kach po­dróż za­ję­łaby nam po­nad pół go­dziny; w Ma­dry­cie za­wsze jest straszny ruch, ale w okre­sie świą­tecz­nym roz­pę­tuje się praw­dziwe pie­kło.

Osie­dle oka­zało się bar­dzo ele­ganc­kie i za­dbane. Wszyst­kie ulice ob­sa­dzono drze­wami, a choć z po­wodu zimna nie­które nie miały li­ści, kon­tra­sto­wały z ide­al­nie przy­strzy­żo­nymi traw­ni­kami w ogród­kach i na polu gol­fo­wym, po­ło­żo­nym w sa­mym cen­trum osie­dla. Mimo ni­skiej tem­pe­ra­tury tu i tam wi­działo się chłop­ców na ro­we­rach i dziew­czynki ze ska­kan­kami.

Po­my­śla­łem o mo­jej matce. Uzna­łaby, że to ide­alne miej­sce dla mnie, w od­róż­nie­niu od, jak mó­wiła, wy­na­ję­tej klitki w dziel­nicy spe­lun i szem­ra­nych ty­pów, czyli oko­licy Plaza de Santa Ana, gdzie ja czu­łem się jak ryba w wo­dzie. Przy­pusz­czam jed­nak, że na­wet przez trzy ży­cia nie zdo­łał­bym za­ro­bić na dom w Los Ce­re­zos.

Dzięki wska­zów­kom Go­ogle Maps od razu zna­leź­li­śmy wła­ściwy ad­res. Gdy tylko skrę­ci­li­śmy w ulicę, za­uwa­ży­li­śmy ra­dio­wóz. To był je­dyny wi­do­czny po­jazd, do­my­śli­li­śmy się więc, że nikt inny jesz­cze nie przy­je­chał, a miesz­kańcy mieli ga­raże.

Duży pię­trowy bliź­niak stał w pry­wat­nym ogro­dzie. Wo­kół ca­łej działki rósł ni­ski ży­wo­płot, a żeby do­stać się do drzwi, trzeba było przejść około dwu­dzie­stu me­trów po ścieżce z drew­nia­nych be­lek.

Cze­kało już na nas dwóch mun­du­ro­wych i star­sza pani, wy­raź­nie wzbu­rzona, jakby nie mo­gła uwie­rzyć, co się dzieje. Ja­ime Reyes zga­sił pa­pie­rosa w kie­szon­ko­wej po­piel­niczce i ru­szył do dzia­ła­nia.

- Dzień do­bry - przy­wi­tał się. - In­spek­tor Her­nán­dez i in­spek­tor Fer­nán­dez. - Zer­k­nął ukrad­kiem na funk­cjo­na­riu­szy i mógł­bym przy­siąc, że pu­ścił do nich oko. Za­mu­ro­wało mnie, ale do­my­śli­łem się, że nie chce po­dać praw­dzi­wego na­zwi­ska, na wy­pa­dek gdyby świa­dek oka­zała się prze­sad­nie ga­da­tliwa i na­trętna; dzięki temu nie bę­dzie mo­gła go na­mie­rzyć. - Chodźmy do środka tro­chę się ro­zej­rzeć.

- Na­zy­wają się pa­no­wie jak po­li­cjanci u Tin­tina! Co za zbieg oko­licz­no­ści! - za­wo­łała ko­bieta. - Mój syn uwiel­biał te ko­miksy, ku­po­wa­li­śmy wszyst­kie tomy. Czy­tał je pan, in­spek­to­rze? Ja naj­bar­dziej lu­bi­łam oglą­dać ob­razki. Tak, mam w domu całą ko­lek­cję. Syn się oże­nił i nie chciał za­brać tych ksią­żek, wie pan, a ja mu cią­gle su­szę głowę, bo zaj­mują mi mnó­stwo miej­sca...

Opo­wie­dzia­łaby nam całą hi­sto­rię swo­jego ży­cia, gdyby Reyes jej nie prze­rwał, choć zro­bił to bar­dzo ele­gancko.

- Prze­pra­szam, pani...

- Pi­lar, Pi­lar Tor­res - od­parła ner­wowo, nie prze­sta­jąc po­pra­wiać so­bie wło­sów, świeżo od fry­zjera.

- Pani Pi­lar, bar­dzo pro­szę, żeby po­szła pani do sie­bie, oczy­wi­ście w to­wa­rzy­stwie funk­cjo­na­riu­szy, i na­piła się cze­goś... może her­batki z lipy? Po­tem do pani zaj­rzymy i bę­dzie nam pani mo­gła wszystko opo­wie­dzieć. Pani ze­zna­nia mogą mieć klu­czowe zna­cze­nie dla sprawy, za­leży nam więc, żeby była pani jak naj­bar­dziej opa­no­wana, tak by wy­ja­śnić nam wszel­kie wąt­pli­wo­ści. Może być pani klu­czo­wym ele­men­tem do­cho­dze­nia - tłu­ma­czył in­spek­tor spo­koj­nie, pa­trząc jej w oczy, tak by czuła się ważna. Ko­bieta z prze­ję­ciem ki­wała głową.

- Niech się pan nic nie boi, wszystko wam opo­wiem. Ca­ro­linę ktoś za­bił, je­stem tego pewna. Taka ładna, sym­pa­tyczna dziew­czyna... Ża­den za­wał - wy­szlo­chała.

- Do­brze, pro­szę spo­koj­nie na nas po­cze­kać, to może nam tro­chę za­jąć.

- Będę mu­siała je­chać na ko­mi­sa­riat? Długo to po­trwa? Umó­wi­łam się z ko­le­żan­kami na po­obied­nią par­tyjkę ka­na­sty i mu­szę dać im znać, je­śli mnie nie bę­dzie, bo nie mogę zo­sta­wić part­nerki bez pary.

- Pro­szę się nie oba­wiać, na pewno pani zdąży - orzekł uspo­ka­ja­jąco Reyes, po czym ob­ró­cił się o sto osiem­dzie­siąt stopni, żeby wejść do domu, a ja sta­ną­łem za nim.

- Świet­nie so­bie pan z nią po­ra­dził, sze­fie! Mu­sie­li­by­śmy tu z nią ster­czeć do wie­czora - pod­li­zy­wa­łem się. Ale on za­trzy­mał się na­gle i zwró­cił w moją stronę.

- Nie daj się zwieść po­zo­rom, Ma­no­lito. Po­wie­dzia­łem samą prawdę. Ta ko­bieta znała ofiarę, a na ki­lo­metr wi­dać, że jest by­stra i spo­strze­gaw­cza. Je­śli ma ra­cję, to bar­dzo nam się przyda - po­uczył mnie.

- Oczy­wi­ście ma pan ra­cję, ale prze­cież straszna z niej ga­duła, no i nie wiem, nie wy­gląda na bar­dzo starą, ale skoro ma żo­na­tego syna, który czy­ty­wał Tin­tina, to musi mieć... sie­dem­dzie­siąt, sie­dem­dzie­siąt pięć lat? - uspra­wie­dli­wia­łem się.

- Słusz­nie. Wy­gląda na młod­szą, ale wi­dać, że o sie­bie dba i jest bar­dzo ak­tywna. Nie za­po­mi­naj też, że z wie­kiem przy­cho­dzi mą­drość i do­świad­cze­nie. Poza tym ta ko­bieta może opo­wie­dzieć nam na­prawdę wszystko. No do­brze, zo­baczmy, co się tu wy­da­rzyło. Włóż rę­ka­wiczki - przy­po­mniał mi pro­to­kół - i ochra­nia­cze na buty.

2

Ca­ro­lina

Dom urzą­dzono z du­żym sma­kiem, mię­dzy no­wo­cze­snymi me­blami i sprzę­tami tu i tam stały an­tyki. Pa­no­wała tam cie­pła, przy­tulna at­mos­fera. Wy­strój wnętrz mu­siał kosz­to­wać for­tunę. Biele, sza­ro­ści i beże - przy­po­mniała mi się ko­le­żanka z kry­mi­no­lo­gii; ta sama, w któ­rej za­ko­cha­łem się po uszy, a na­wet po czu­bek głowy, a ona ża­liła mi się na nie­po­wo­dze­nia ser­cowe z in­nymi ty­pami. Ona wła­śnie twier­dziła, że wy­star­czy ogra­ni­czyć się do tych trzech ko­lo­rów, żeby stać się ge­niu­szem wy­stroju wnętrz.

Po­szli­śmy do sa­lonu, gdzie na ka­na­pie le­żało na le­wym boku ciało ko­biety. Na palcu ser­decz­nym pra­wej ręki, wy­cią­gnię­tej pro­sto, błysz­czał bry­lan­towy pier­ścio­nek z mo­ty­wem ka­me­lii; lewa ręka, przy­gnie­ciona i zgięta, za­kry­wała dło­nią gar­dło. Ja­sno­brą­zowe włosy za­sła­niały twarz. Ko­bieta miała na so­bie do­pa­so­waną czarną su­kienkę, uka­zu­jącą szczu­płe ciało o ide­al­nych pro­por­cjach, i buty na ob­ca­sie w tym sa­mym ko­lo­rze; na po­de­szwach wid­niał wy­bity zło­co­nymi li­te­rami na­pis "Prada". Na dy­wa­nie i ka­na­pie wa­lały się roz­sy­pane perły z ze­rwa­nego na­szyj­nika.

- Wy­gląda na to, że mamy szczę­ście, do­tar­li­śmy tu jako pierwsi, a je­śli Pi­lar ni­czego nie do­ty­kała, to miej­sce zda­rze­nia jest nie­na­ru­szone - po­wie­dział Ja­ime, jakby do sie­bie, po czym, gło­śniej i zwra­ca­jąc się już bez­po­śred­nio do mnie, za­py­tał: - Za­uwa­ży­łeś coś dziw­nego? - Przy­glą­dał się uważ­nie zwło­kom.

Nie mia­łem ochoty pod­cho­dzić zbyt bli­sko -- choć ni­gdy nie przy­znał­bym się do tego gło­śno, trupy sta­no­wiły je­dyny aspekt pracy w po­li­cji, za któ­rym nie prze­pa­da­łem - ale ukrad­kiem wzią­łem głę­boki wdech, schy­li­łem się i za­czą­łem oglę­dziny, sta­ra­jąc się ni­czego nie do­tknąć przed przy­by­ciem spe­cja­li­stów od kry­mi­na­li­styki.

- Pa­zno­kieć! Bra­kuje jej ka­wałka pa­znok­cia, sze­fie! - za­wo­ła­łem trium­fal­nie. - Ma ide­alny ma­ni­kiur, ale pa­zno­kieć pra­wego palca wska­zu­ją­cego jest zła­many, wi­dać mięso. Lewą dłoń za­sła­niają włosy, wolę nie do­ty­kać. - Po­tem do­da­łem: - No i ten pier­ścio­nek, nie­zły ka­mień na środku! Ach! - wy­rwało mi się. - A ta lampka na pod­ło­dze ma ze­psuty ka­bel. Moim zda­niem ktoś tak mocno cią­gnął, że w końcu się urwał.

- Do­bre spo­strze­że­nia - po­gra­tu­lo­wał mi, jed­no­cze­śnie dzwo­niąc po po­siłki, żeby prze­pro­wa­dzić ba­da­nie miej­sca zda­rze­nia. - Ale cho­dziło mi o to, czy za­uwa­ży­łeś, że palą cię stopy, a jed­no­cze­śnie jest zimno w chuj.

- No tak, ale okna są otwarte, a jest gru­dzień w Ma­dry­cie, to nie Ka­ra­iby. A cie­pło w nogi jest od ogrze­wa­nia pod­ło­go­wego - wy­ja­śni­łem.

- Skoro ktoś sie­dzi so­bie spo­koj­nie w domu, z ogrze­wa­niem roz­krę­co­nym na maksa, to po co miałby otwie­rać okna? - py­tał niby mnie, cho­ciaż tak na­prawdę roz­ma­wiał sam ze sobą.

- Może są­siadka otwo­rzyła. We­szła i może po­czuła za­pach...

- Gdyby to Pi­lar otwo­rzyła okna, już by­śmy o tym wie­dzieli. I na pewno nie cho­dziło o za­pach zwłok. Na­sza piękna nie­boszczka jest jesz­cze sztywna - tłu­ma­czył, od­gar­nia­jąc nieco włosy ofiary - więc nie za­czął się pro­ces roz­kładu. Ob­sta­wiam, że nie żyje od dwóch dni, może trzech, bo ni­skie tem­pe­ra­tury le­piej kon­ser­wują.

- W ta­kim ra­zie, skoro to nie są­siadka, to może de­na­tka po­czuła się źle, za­częła się du­sić i po­otwie­rała okna, żeby za­czerp­nąć po­wie­trza.

- Ha! Du­siła się! Czyli nie za­wał, bo pod­czas za­wału boli w klatce pier­sio­wej. A więc twoim zda­niem, kiedy ktoś czuje się źle, bo bra­kuje mu po­wie­trza, to biega po ca­łym domu i otwiera okna, za­miast otwo­rzyć jedno i zo­stać przy nim, pró­bu­jąc na­brać po­wie­trza. Nie lo­gicz­niej by­łoby za­dzwo­nić na po­go­to­wie?

- Może coś ja­dła i się za­dła­wiła, a może coś wzięła... Zresztą wy­daje mi się, że za­mie­rzała za­dzwo­nić, sze­fie, wy­ciąga tę rękę w stronę sto­lika, na któ­rym stała lampka i na­dal stoi te­le­fon.

Jesz­cze przez ja­kiś czas wy­snu­wa­łem ko­lejne hi­po­tezy, ale prze­rwało nam przy­by­cie ze­społu kry­mi­na­li­stycz­nego. Zo­sta­wi­li­śmy zwłoki i po­szli­śmy obej­rzeć fo­to­gra­fie, ulo­ko­wane stra­te­gicz­nie w róż­nych punk­tach miesz­ka­nia. Na nie­mal wszyst­kich po­ja­wiała się ko­bieta o brą­zo­wych wło­sach ze zło­tymi re­flek­sami i obaj zgo­dzi­li­śmy się, że to Ca­ro­lina. Na jed­nym grała w golfa, na in­nym była nad mo­rzem, czy to z przy­ja­ciółmi, czy to pew­nie z ro­dzi­cami. Na wszyst­kich zdję­ciach się uśmie­chała; na po­licz­kach ro­biły jej się uro­cze do­łeczki i pa­trzyła na nas spo­mię­dzy ra­mek we­so­łymi oczami o bar­wie miodu.

- Jaka ładna dziew­czyna! - ośmie­li­łem się sko­men­to­wać. - Rze­czy­wi­ście wy­gląda dużo mło­dziej. No chyba że to stare zdję­cia i dla­tego...

- I taka pełna ży­cia... - do­dał Ja­ime. - Nie­które zdję­cia są ak­tu­alne. Zo­bacz, tu­taj z ko­le­żan­kami, a w tle pla­katy kan­dy­da­tów z ostat­nich wy­bo­rów. A tu­taj to chyba Al­bert Ri­vera. - W za­my­śle­niu po­tarł się po pod­bródku. - My­ślę, że Pi­lar ma ra­cję, to nie był za­wał - stwier­dził.

Kon­ty­nu­ując oglę­dziny, we­szli­śmy po scho­dach na pię­tro. Zna­leź­li­śmy się w du­żej, prze­stron­nej sy­pialni, w któ­rej na ho­no­ro­wym miej­scu wi­siała ogromna czarno-biała fo­to­gra­fia przed­sta­wia­jąca dom w so­sno­wym le­sie na kli­fie. Zdję­cie zro­biono od strony mo­rza, na ska­łach było wi­dać pianę z roz­trza­sku­ją­cych się fal.

Pod oknem stały dwie ol­brzy­mie wa­lizki; oka­zały się pu­ste. Na łóżku le­żała czarna pro­sto­kątna to­rebka z logo Her­m?sa. Górna szu­flada szafki noc­nej była wy­su­nięta. Głowa przy gło­wie zaj­rze­li­śmy do środka. Nic szcze­gól­nego nie rzu­cało się w oczy: fla­ko­nik per­fum Nar­cisa Ro­dri­gu­eza, ja­kieś bran­so­letki, oku­lary prze­ciw­sło­neczne i eg­zem­plarz Sprzy­się­że­nia głup­ców.

Po­otwie­ra­li­śmy szafki, ale oprócz tony ubrań i bu­tów, po­ukła­da­nych ide­al­nie jak w woj­sku, wszystko wy­da­wało się nor­malne. Po­dob­nie było w ła­zience i resz­cie po­miesz­czeń.

- Albo ta babka była nie­uważna, ale nie wy­daje mi się, są­dząc po tym, jaki po­rzą­dek tu wszę­dzie pa­nuje, albo ktoś szu­kał cze­goś w po­śpie­chu i zna­lazł - oznaj­mił Ja­ime. - Ta wy­su­nięta szu­flada zu­peł­nie mi tu nie pa­suje.

- A te wa­lizki, sze­fie? Wró­ciła skądś czy wła­śnie się wy­bie­rała? Ma tu wszystko po­ukła­dane i jesz­cze dużo miej­sca w sza­fach, na pewno nie trzy­mała ich tak na wierz­chu.

- Moż­liwe, że temu ko­muś, kto przy­szedł po to coś, bar­dzo za­le­żało, żeby zdą­żyć przed jej wy­jaz­dem - mruk­nął in­spek­tor.

- Po­win­ni­śmy zaj­rzeć do to­rebki, może znaj­dziemy ko­mórkę i na­pro­wa­dzi nas to na ja­kiś trop - za­pro­po­no­wa­łem.

- Tak, ale póź­niej. Kiedy zdejmą od­ci­ski pal­ców, za­biorą do­wody na ko­mi­sa­riat i bę­dziemy mo­gli tam so­bie wszystko spo­koj­nie obej­rzeć. Te­raz po­win­ni­śmy po­roz­ma­wiać z są­siadką.

Za­mknął po­woli drzwi po­koju.

- Chce pan, że­bym po­wie­dział, co uwa­żam? - spy­ta­łem, kiedy scho­dzi­li­śmy na par­ter.

- Też py­ta­nie! Mój drogi Ma­no­lito, po­wiedz mi to na­tych­miast, cze­kam od sa­mego rana. - I wbił we mnie świ­dru­jące spoj­rze­nie. - Za­mie­niam się w słuch.

- Ché! No więc... - od­par­łem nieco za­że­no­wany.

- Ché? - prze­rwał mi. - Je­steś z Wa­len­cji? - spy­tał i par­sk­nął śmie­chem.

- Ow­szem, i je­stem z tego dumny. Po­cho­dzę z mia­steczka Pa­iporta, ale od kiedy przy­je­cha­łem do Ma­drytu, sta­ram się jak naj­rza­dziej zwra­cać do lu­dzi ché. - Też się ro­ze­śmia­łem.

- Spo­koj­nie, dawno temu mia­łem dziew­czynę z Wa­len­cji i też tak za­wsze mó­wiła. Bar­dzo się w niej ko­cha­łem, ale ko­niec koń­ców zo­sta­wiła mnie dla in­nego... ché. No ale - pod­jął wą­tek - po­wiedz, co mia­łeś po­wie­dzieć.

- My­ślę, że Ca­ro­lina się z kimś po­kłó­ciła, praw­do­po­dob­nie z męż­czy­zną, bo w ta­kim stroju za­pewne szy­ko­wała się do wyj­ścia. Jedno z nich, skła­niam się ku temu, że ra­czej ona, chwy­ciło lampkę, bo to było pierw­sze, co miała pod ręką, żeby się obro­nić, i tak zła­mała so­bie pa­zno­kieć. Ten drugi ktoś ją du­sił, zła­pała się za szyję i ze­rwała perły. W ostat­niej chwili wy­cią­gnęła ra­mię, żeby się­gnąć do te­le­fonu i we­zwać po­moc. Po­tem on po­szedł na górę do sy­pialni, wziął to, czego szu­kał, i wy­szedł.

- Tak, coś w tym stylu... Ale jest wiele bia­łych plam. Na szyi nie wi­dać śla­dów du­sze­nia, poza tym w ta­kiej sy­tu­acji nie ma się czasu po­ło­żyć, wy­cią­gnąć ręki i dzwo­nić po po­moc. Cho­ciaż może to za­bójca tak uło­żył ciało. Nie znamy daty i go­dziny śmierci, ale w okre­sie świą­tecz­nym lu­dzie zwy­kle stroją się przed wyj­ściem z domu. Przede wszyst­kim zo­stają te okna. Po co otwie­rać okna, a jed­no­cze­śnie roz­krę­cać ogrze­wa­nie? Na ra­zie wiemy tyle: mar­twa ko­bieta, bez­dzietna, panna albo roz­wódka.

- Może męża nie ma w domu.

- Ma­no­lito - po­wie­dział zmę­czo­nym gło­sem - są święta, ten czas spę­dza się z ro­dziną... A tu nie ma ni­kogo poza nią. Do­piero są­siadka się zo­rien­to­wała. Poza tym za­uwa­ży­łeś ja­kieś zdję­cie, na któ­rym mógłby być jej part­ner? No i dzieci, wi­dzia­łeś ja­kieś na zdję­ciach? - Za­my­ślił się. - Ale jedno zde­cy­do­wa­nie jest dziwne: naj­wy­raź­niej nikt z ro­dziny za nią nie tę­skni... Mu­simy spraw­dzić, czy zgło­szono za­gi­nię­cie, może miesz­kają w in­nym mie­ście... Chodź - po­wie­dział sta­now­czo, wkła­da­jąc mi w rękę swój no­tat­nik i dłu­go­pis - za­pi­szesz wszystko do­kład­nie, z naj­mniej­szymi szcze­gó­łami. Idziemy po­roz­ma­wiać z są­siadką, na pewno do­wiemy się cze­goś wię­cej.

I wy­jął pa­pie­rosa, któ­rego wy­pa­lił w dro­dze z jed­nego domu do dru­giego.

3

Pi­lar

Pi­lar Tor­res za­sta­li­śmy w jej kuchni, gdzie ga­wę­dziła so­bie z mun­du­ro­wymi. Z okna wi­dać było bliź­niak Ca­ro­liny. Domy były od sie­bie od­dzie­lone oboma ogród­kami oraz bie­gnącą przez śro­dek uliczką. Osza­co­wa­łem od­le­głość na około pięć­dzie­się­ciu me­trów.

Sta­ruszka ze zdu­mie­wa­jącą ła­two­ścią prze­cho­dziła od nie­po­ha­mo­wa­nego szlo­chu do swo­bod­nych żar­tów. Była wy­raź­nie wstrzą­śnięta. Za­pro­po­no­wała nam kawę, z wdzięcz­no­ścią przy­ję­li­śmy ofertę, po czym Ja­ime Reyes wkro­czył do ak­cji, a w za­sa­dzie usiadł z są­siadką de­na­tki przy stole ku­chen­nym.

- To bar­dzo przy­jemne osie­dle, chyba nie­dawno je zbu­do­wali, prawda? Duże ogródki, wszę­dzie drzewa... Ale nie za­uwa­ży­łem ani jed­nej cze­re­śni. Stąd ta na­zwa? - De­tek­tyw za­czął prze­słu­cha­nie od nie­zo­bo­wią­zu­ją­cego py­ta­nia, żeby prze­jęta ko­bieta mo­gła się od­prę­żyć.

- Tak, tak - przy­tak­nęła skwa­pli­wie, po­cią­ga­jąc łyk kawy. - Bę­dzie może kil­ka­na­ście lat. Osie­dle zbu­do­wał Gu­il­lermo Grau, ko­ja­rzy pan? Tak, ten od bu­dow­lanki, od ra­fi­ne­rii, od ban­ków. Mi­lio­ner - pod­su­mo­wała. - Mój mąż, niech spo­czywa w po­koju, ale niech już spo­czywa, bo mia­łam z nim cięż­kie ży­cie... Strasz­nie się z nim mę­czy­łam, wie pan? Był woj­sko­wym, pod­puł­kow­ni­kiem, i nie­źle nas wszyst­kich musz­tro­wał. - Wy­mie­ni­li­śmy z Ja­imem zroz­pa­czone spoj­rze­nia. - Te­raz jest mi tu bar­dzo do­brze, ale za jego ży­cia czu­łam się bar­dzo od­izo­lo­wana. Cho­ciaż tyle, że jest to pole gol­fowe, dzięki temu na­uczy­łam się grać i przy­naj­mniej mia­łam coś do ro­boty. Dzie­ciaki do­ra­stały i po ko­lei wy­pro­wa­dzały się z domu.

Znowu na­piła się kawy. Za­uwa­ży­łem, że ode­szli­śmy bar­dzo da­leko od te­matu, in­spek­tor chyba też, bo wy­ko­rzy­stał oka­zję, żeby się wtrą­cić:

- Ale wra­ca­jąc do osie­dla...

- Ach, tak, tak! Na­zywa się Los Ce­re­zos, bo pan Grau od­wie­dził w dzie­ciń­stwie wio­skę o ta­kiej na­zwie w pro­win­cji Te­ruel i po­do­bno miał stam­tąd szczę­śliwe wspo­mnie­nia. - Reyes już, już chciał jej prze­rwać, ale wtedy do­dała: - A wiem to wszystko od Ca­ro­liny Mar­tín, ona mi o tym opo­wie­działa, to nie jest po­wszechna wie­dza.

Tym ra­zem wy­mie­ni­li­śmy z Ja­imem spoj­rze­nia pełne ulgi.

- No do­brze, pani Pi­lar, za­cznijmy może od po­czątku. Po co po­szła pani do domu Ca­ro­liny?

- No więc dwu­dzie­stego czwar­tego, zna­czy w Wi­gi­lię, po­je­cha­łam na ko­la­cję do mo­jej córki, która mieszka w cen­trum, przy calle Her­ma­nos Bécquer, ko­ja­rzy pan? Mamy taką tra­dy­cję, co roku ro­bimy to samo. Zo­staję u niej na noc, bo pierw­szy dzień świąt spę­dzamy z ko­lei u syna, cho­ciaż za­wsze po­wta­rzam, że wszy­scy po­winni przy­je­chać tu­taj, ja bym wszystko po­go­to­wała, wy­daje mi się to naj­bar­dziej lo­giczne, ale oni się upie­rają, że nie, że to dla mnie za dużo pracy, ale co za pro­blem, wzię­ła­bym ja­kąś dziew­czynę do po­mocy i po spra­wie.

Urwała, żeby się­gnąć po fi­li­żankę, i de­tek­tyw znowu wy­ko­rzy­stał oka­zję.

- Niech pani mówi da­lej - po­pro­sił Ja­ime. - Pro­szę pa­mię­tać, że jest pani umó­wiona na karty.

- Ach! To prawda! Ale mo­żemy do­koń­czyć ju­tro. Albo za­dzwo­nię i uprze­dzę, że mnie nie bę­dzie - za­ofe­ro­wała.

- Nie, spo­koj­nie, nie zej­dzie nam już długo. Mó­wiła pani coś o Ca­ro­li­nie i Wi­gi­lii.

- No tak, więc kiedy wy­cho­dzi­łam do córki, za­uwa­ży­łam, że Ca­ro­lina zo­sta­wiła wszyst­kie okna po­otwie­rane na oścież. Po­my­śla­łam so­bie wtedy, że wi­docz­nie wy­cho­dziła w po­śpie­chu na ko­la­cję wi­gi­lijną. Wczo­raj, kiedy by­łam u syna, przy­po­mnia­łam so­bie o tym i za­dzwo­ni­łam spraw­dzić, czy wszystko w po­rządku, bo taki z niej zmar­z­luch, a po po­wro­cie mu­siała za­stać strasz­nie wy­chło­dzony dom. Ale nie ode­brała. Wró­ci­łam bar­dzo późno i by­łam tak zmę­czona, że prawdę mó­wiąc, na­wet nie zwró­ci­łam uwagi. Ale jak tylko wsta­łam dziś rano, to so­bie przy­po­mnia­łam, a kiedy zo­ba­czy­łam, że wszystko jest na­dal po­otwie­rane, po­sta­no­wi­łam zaj­rzeć i spraw­dzić, co się dzieje - urwała i wy­buch­nęła pła­czem.

- Spo­koj­nie, świet­nie pani idzie, bar­dzo nam pani po­maga - po­cie­szył ją Ja­ime, głasz­cząc po ra­mie­niu. - Pro­szę mó­wić da­lej, jak do­stała się pani do środka?

- Wło­ży­łam szla­frok i już w jej ogródku za­czę­łam ją wo­łać po imie­niu. Za­czy­na­łam się na­prawdę mar­twić. Wzię­łam więc za­pa­sowy klucz, bo wie­dzia­łam, że chowa go pod ka­mie­niem koło tam­tej so­sny... - po­ka­zała pal­cem - ...i we­szłam.

- Do­ty­kała pani cze­goś? Pro­szę się do­brze za­sta­no­wić. A jej pani do­ty­kała?

- Nie, nie. Oglą­dam filmy, wiem, że nie wolno ni­czego do­ty­kać.

- W ta­kim ra­zie skąd pani wie­działa, że są­siadka nie żyje, a nie na przy­kład ze­mdlała? - in­da­go­wał Ja­ime. - Ja na pani miej­scu na pewno bym do­tknął, żeby się upew­nić...

- No tak, po­de­szłam do niej i po­wie­dzia­łam do ucha jej imię. Nie od­po­wie­działa, więc schy­li­łam się, żeby po­słu­chać bi­cia serca, ale wtedy nie­chcący do­tknę­łam jej ra­mie­nia i po­czu­łam, że jest kom­plet­nie zimne i sztywne. Prze­szedł mnie dreszcz od stóp do głów i ska­mie­nia­łam. Wy­bie­głam stam­tąd, za­dzwo­ni­łam na nu­mer ra­tun­kowy i za­cze­ka­łam na przy­jazd tych mi­łych pa­nów w mun­du­rach - re­la­cjo­no­wała co­raz szyb­ciej.

- Świetna ro­bota - po­chwa­lił ją i do­py­tał: - Na pewno nie zmie­niła pani po­zy­cji zwłok, nie prze­su­nęła na przy­kład dłoni? Może kiedy pani po­de­szła bli­żej, coś się po­ru­szyło?

- Ależ nie, pa­nie in­spek­to­rze! Nic już nie do­ty­ka­łam. Bóg mi świad­kiem! Mu­sia­łam już ubie­rać mo­jego nie­bosz­czyka męża, więc chcę mieć jak naj­mniej do czy­nie­nia ze zmar­łymi.

Na­brała po­wie­trza, żeby coś jesz­cze po­wie­dzieć, przy­pusz­czal­nie ja­kąś aneg­do­tkę o nie­bosz­czy­kach, ale Ja­ime ją uprze­dził.

- Wie­rzę pani, spo­koj­nie, pro­szę się nie mar­twić - uspo­koił sta­ruszkę. - O któ­rej go­dzi­nie wy­cho­dziła pani do córki dwu­dzie­stego czwar­tego?

Przy­go­to­wa­łem no­tat­nik i dłu­go­pis.

- Gdzieś tak koło ósmej wie­czo­rem. Chęt­nie po­je­cha­ła­bym wcze­śniej, żeby tro­chę po­móc, ale wcią­gnę­łam się w se­rial, który koń­czy się pięt­na­ście po siód­mej. Za­nim się ogar­nę­łam do wyj­ścia, zro­biła się ósma.

- Kiedy po raz ostatni wi­działa pani Ca­ro­linę żywą?

- Przed­wczo­raj po po­łu­dniu, gdzieś koło wpół do trze­ciej. Po­ma­chała do mnie od sie­bie, ale nie roz­ma­wia­ły­śmy. Po­de­szła­bym, żeby zło­żyć jej ży­cze­nia świą­teczne, ale za­raz ode­szła od okna, więc po­my­śla­łam, że pew­nie po­szła na obiad. Mia­łam do niej zaj­rzeć przed wyj­ściem, ale jak już mó­wi­łam, długo mi ze­szło i w końcu nie zdą­ży­łam.

- A wi­działa pani, żeby ktoś wcho­dził do domu albo wy­cho­dził? Może ja­kiś sa­mo­chód? - drą­żył Ja­ime.

- Przy drzwiach ni­kogo nie wi­dzia­łam, a ode mnie z domu nie wi­dać sa­mo­cho­dów. Ca­ro­lina ma ga­raż na ty­łach domu.

- Czyli mógł ktoś wy­je­chać, a pani tego nie wi­działa?

- Zga­dza się... Hmm.

- Co to za "hmm"?

- Z kuchni rze­czy­wi­ście nie wi­dzę sa­mo­cho­dów. Ale jest ta­kie miej­sce w sa­lo­nie, z któ­rego przez chwilę da się coś zo­ba­czyć.

- I wi­działa coś pani? - spy­tał Reyes dość nie­cier­pli­wie.

- No więc kiedy skoń­czył się se­rial, po­pa­trzy­łam tak tro­chę bez­myśl­nie w okno i wy­da­wało mi się, że za­uwa­ży­łam duży czarny sa­mo­chód. Ale może był gra­na­towy albo jesz­cze inny. O tej po­rze jest już ciemno, więc nie mam pew­no­ści.

- Bar­dzo dzię­kuję, że po­świę­ciła nam pani czas - po­wie­dział de­tek­tyw, po czym do­dał, żeby za­mknąć już te­mat: - Czyli to było wszystko, co pani wi­działa, tak?

- Tak, ale nie wiem...

- Wi­działa pani coś jesz­cze? - Reyes uśmiech­nął się zre­zy­gno­wany.

- W tych dniach jest tu wszę­dzie więk­szy ruch. Lu­dzie przy­jeż­dżają w od­wie­dziny do krew­nych, zna­jo­mych i tak da­lej. Przy­pusz­czam, że to dla­tego na chod­niku stało sporo za­par­ko­wa­nych sa­mo­cho­dów. Ale kiedy już wy­cho­dzi­łam, za­uwa­ży­łam mo­to­cykl, który stał przed wej­ściem do domu Ca­ro­liny. Za­ło­ży­łam, że to pew­nie ktoś do niej przy­je­chał w go­ści. Bo miała wielu przy­ja­ciół, wie pan? Na­wet sam Gu­il­lermo Grau przy­jeż­dża do niej od czasu do czasu! - oznaj­miła z po­dzi­wem w gło­sie.

- Gu­il­lermo Grau?! - krzyk­nął de­tek­tyw, ale za­raz się zre­flek­to­wał. - Chwilkę, jak wy­glą­dał ten mo­tor?

- Mo­tor... No nie wiem, duży był. W ogóle się nie znam na mo­to­cy­klach. Moje dzieci chciały mieć mo­tor, ale ka­te­go­rycz­nie się nie zgo­dzi­łam, to są bar­dzo nie­bez­pieczne po­jazdy i...

Ja­ime prze­rwał jej sta­now­czo.

- Pani Pi­lar, pro­szę mi po­wie­dzieć wszystko, co pani wie o Ca­ro­li­nie Mar­tín. - Reyes po­sta­no­wił za­cho­wać się prag­ma­tycz­nie i po­zwo­lić po­czci­wej sta­ruszce wresz­cie się wy­ga­dać.

- No do­brze - za­częła swój długi mo­no­log. - By­ły­śmy z Ca­ro­liną są­siad­kami, ale od po­nad dzie­się­ciu lat mia­ły­śmy bliż­szą re­la­cję. Od­by­wały się mi­strzo­stwa gol­fowe i Álvaro przed­sta­wił nas so­bie, bo uczest­ni­czyło się w pa­rach, a my by­ły­śmy na po­dob­nym po­zio­mie. I wy­gra­ły­śmy. Od tam­tej pory czę­sto uma­wia­ły­śmy się na golfa. - Pi­lar spoj­rzała na nas py­ta­jąco, jakby chciała spraw­dzić, czy do­brze się spi­suje. Kiedy zo­ba­czyła na­sze wy­cze­ku­jące spoj­rze­nia, po­sta­no­wiła mó­wić da­lej. - Jest... cóż, była prze­uro­czą osobą, praw­dziwy skarb. Nikt nie mógł koło niej przejść obo­jęt­nie, zwłasz­cza Álvaro, bo on to się uga­nia za każdą spód­niczką. Ca­ro­lina znała wiele ję­zy­ków ob­cych, miała dy­plomy z eko­no­mii i prawa. Pra­co­wała jako oso­bi­sta se­kre­tarka Gu­il­lerma Graua, dla­tego cią­gle po­dró­żo­wała albo miała ja­kieś spo­tka­nia. Cza­sem py­ta­łam ją, w co naj­le­piej za­in­we­sto­wać i tak da­lej, a cho­ciaż na po­czątku za­wsze mó­wiła, że obo­wią­zuje ją ta­jem­nica za­wo­dowa, po­tem do­da­wała: "Ale ja ku­pi­ła­bym...". To była wspa­niała dziew­czyna. - Pi­lar za­nio­sła się szlo­chem.

- Spo­koj­nie. - In­spek­tor ob­jął ją ra­mie­niem. - Ro­zu­miem pani ból, ale musi pani od­po­wie­dzieć na na­sze py­ta­nia, że­by­śmy mo­gli do­rwać dra­nia, który jej to zro­bił. To jest, oczy­wi­ście, je­śli na­prawdę zo­stała za­mor­do­wana.

- Nie­stety, je­stem prze­ko­nana, że tak było - wy­szlo­chała.

- Ostat­nie py­ta­nie na dziś: kim jest ten Álvaro?

- Álvaro Jíme­nez był kie­row­ni­kiem pola gol­fo­wego, a w za­sa­dzie też ca­łego osie­dla. Pra­co­wał dla Gu­il­lerma Graua, tak jak Ca­ro­lina, stąd się znali. Na­dal pra­cuje dla pana Graua, ale od ja­kichś trzech, czte­rech lat już jako do­radca.

- No do­bra, jesz­cze jedno - po­wie­dział Reyes, wsta­jąc już z krze­sła. - A co z ro­dziną Ca­ro­liny?

- Ro­dzice żyją, ale oj­ciec jest już bar­dzo stary, bie­da­czek, a matka cierpi na al­zhe­imera. Ma też sio­strę Elenę, która mieszka z part­ne­rem w domu w gó­rach, chyba gdzieś w Sierra de Gu­adar­rama.

- I Ca­ro­lina nie ma z nimi kon­taktu - skon­sta­to­wał Ja­ime.

- Wręcz prze­ciw­nie - za­pro­te­sto­wała ko­bieta. - Są bar­dzo bli­sko. Czę­sto przy­jeż­dżają tu na nie­dzielny obiad, zresztą, uwie­rzy pan, na­wet z tą matką, która nic już nie ro­zu­mie, a ona mówi do niej, jak gdyby ni­gdy nic. A z sio­strą też świet­nie się do­ga­duje! Nie mogą na­rze­kać, Elena i ten jej chło­pak mają z nią jak w raju! To wspa­niała dziew­czyna, jak Boga ko­cham.

Ja­ime wzru­szył ra­mio­nami, nic nie ro­zu­mie­jąc.

- Bar­dzo miło było nam z pa­nią po­roz­ma­wiać, udzie­liła nam pani wielu przy­dat­nych in­for­ma­cji. Na pewno bę­dziemy pani jesz­cze po­trze­bo­wać. To moja ko­mórka... - Po­dał jej ja­kąś kar­teczkę, przy­po­mi­na­jącą wi­zy­tówkę, na któ­rej wid­niało: "In­spek­tor Her­nán­dez" i nu­mer te­le­fonu, wszystko na­pi­sane fla­ma­strem. - ...na wy­pa­dek gdyby przy­po­mniała so­bie pani o czymś, co chwi­lowo wy­pa­dło pani z głowy. Tak czy ina­czej - cią­gnął - na ra­zie jest za wcze­śnie, żeby z ab­so­lutną pew­no­ścią stwier­dzić przy­czynę zgonu, li­czę więc na pani cał­ko­witą dys­kre­cję. - Przez chwilę trzy­mał dłoń Pi­lar w obu rę­kach. - Dzię­kuję.

- Nie ma już wielu ta­kich męż­czyzn jak pan, de­tek­ty­wie! - Oczy sta­ruszki błysz­czały z eks­cy­ta­cji.

Kiedy się z nią że­gna­łem, przy­cią­gnęła mnie bli­żej i wy­szep­tała do ucha:

- Te­raz już nie ma ta­kich męż­czyzn, gdy­bym to ja była z dzie­sięć lat młod­sza... Jakby mógł pan go po­pro­sić, żeby dał panu swoje ko­szule, pan mi je przy­nie­sie, to mu ład­nie po­pra­suję.

Są­dząc po tym, jak pa­trzyła na mo­jego star­szego ko­legę, do­my­śli­łem się, że słowa Ja­imego Rey­esa wy­warły na niej duże wra­że­nie i spra­wiły, że po­czuła się ważna. Owi­nął ją so­bie wo­kół palca, a ja za­czą­łem ro­zu­mieć, jak ma­gne­tyczny po­trafi mieć wpływ na lu­dzi, nie tylko na ko­biety; sam od­czu­wa­łem to przy­cią­ga­nie. Za­czy­na­łam lu­bić tego fa­ceta, a na­wet od­czu­wać w sto­sunku do niego coś w ro­dzaju po­dziwu.

- Gra­tu­la­cje, sze­fie, wi­dzę, że jest pan nie­zły w te klocki.

Od­wa­ży­łem się po­kle­pać go lekko po ra­mie­niu. Od­su­nął się. Po­ża­ło­wa­łem swo­jego ge­stu, po­śpie­szy­łem się; jesz­cze na to za wcze­śnie. Spę­dzi­li­śmy ra­zem tyle go­dzin i tak bar­dzo chcia­łem się z nim za­kum­plo­wać. Przez to zu­peł­nie za­po­mnia­łem, że przed dzi­siej­szym po­ran­kiem nie za­mie­ni­łem z nim ani słowa. Po­sta­no­wi­łem tro­chę się po­ha­mo­wać. Ale wtedy on się ob­ró­cił i zre­wan­żo­wał klep­nię­ciem w ra­mię, sil­niej­szym i gło­śniej­szym niż moje. Za­mu­ro­wało mnie. In­spek­tor lu­bił so­bie żar­to­wać.

- Ché, Ma­no­lito! Je­dziemy na obiad, bo późno się już zro­biło, a mu­simy jesz­cze za­pla­no­wać pracę.

Pu­ścił mi oczko, wyj­mu­jąc z kie­szeni te­le­fon. Za­dzwo­nił do ko­mi­sa­rza i po­in­for­mo­wał go, że choć nie można jesz­cze wy­klu­czyć sa­mo­bój­stwa, wiele wska­zuje na mor­der­stwo. Na­leży wsz­cząć do­cho­dze­nie, ale na ra­zie bar­dzo ostroż­nie, do­póki nie uzy­skamy wy­ni­ków sek­cji zwłok.

Się­gnął po paczkę pa­pie­ro­sów, za­pa­lił, a ja się za­my­śli­łem, pa­trząc na fur­go­netkę od­jeż­dża­jącą wła­śnie z cia­łem Ca­ro­liny Mar­tín do za­kładu ana­to­mo­pa­to­lo­gii.

27 grud­nia 2016

4

Gu­il­lermo

Przez całe wczo­raj­sze po­po­łu­dnie snu­li­śmy hi­po­tezy - w opar­ciu o po­sia­dane przez nas tropy i in­for­ma­cje - co też mo­gło się wy­da­rzyć. Od razu za­ło­ży­li­śmy, że to było mor­der­stwo, ale prze­cież po­win­ni­śmy też wziąć pod uwagę moż­li­wość, że ko­bieta sama ode­brała so­bie ży­cie; de­tek­tyw szybko jed­nak od­rzu­cił tę hi­po­tezę, po­wta­rza­jąc: "Nie, nie... Pa­zno­kieć, lampka, wa­lizki, okna!". Moż­li­wość za­wału Ja­ime od­rzu­cał od sa­mego po­czątku; zbyt wiele nie­wy­ja­śnio­nych ele­men­tów, żeby mo­gło cho­dzić o zwy­kły atak serca.

Na ra­zie nie mie­li­śmy jed­nak nic wię­cej. Zwłoki prze­by­wały w za­kła­dzie me­dy­cyny są­do­wej i mu­sie­li­śmy po­cze­kać jesz­cze przy­naj­mniej parę dni na in­for­ma­cje. Tech­nicy po­bie­rali na ra­zie od­ci­ski pal­ców z to­rebki i jej za­war­to­ści; po­wie­dzieli nam tylko, że nie zna­leźli ko­mórki ofiary, a dane te­le­ko­mu­ni­ka­cyjne jako ostat­nią lo­ka­li­za­cję wska­zują osie­dle Los Ce­re­zos. Tym­cza­sem moi ko­le­dzy mieli za za­da­nie skon­tak­to­wać się z ro­dziną zmar­łej - wcze­śniej spraw­dzili, że nie zgło­szono za­gi­nię­cia - i po­in­for­mo­wać o "śmierci w nie­wy­ja­śnio­nych oko­licz­no­ściach".

Na­stęp­nie mu­sie­li­śmy zde­cy­do­wać, czy naj­pierw po­win­ni­śmy od­wie­dzić Gu­il­lerma Graua, czy ro­dzinę Ca­ro­liny. Wy­bra­li­śmy tę pierw­szą opcję, gdyż ro­dzice i sio­stra de­na­tki byli za­pewne w szoku, więc mój prze­ło­żony zde­cy­do­wał, że le­piej dać im spo­kój i nie prze­szka­dzać w ża­ło­bie.

Po­ra­nek był mroźny, więc za­mie­ni­łem skó­rzaną kurtkę na cie­płą i prak­tyczną pu­chówkę. In­spek­tor miał na so­bie ten sam płaszcz, po­ja­wiła się w nim ko­lejna wy­pa­lona dziurka. Szybko wsko­czy­li­śmy do sa­mo­chodu i roz­tar­li­śmy zzięb­nięte dło­nie. Ja­ime Reyes włą­czył sil­nik i ogrze­wa­nie, po czym jak zwy­kle za­pa­lił pa­pie­rosa i w gę­stych opa­rach dymu ru­szy­li­śmy ku Pa­seo del Prado, gdzie znaj­do­wał się biu­ro­wiec spółki Grau & Co.

- Ché, ale zimno! - rzu­cił de­tek­tyw sar­ka­stycz­nie, pa­trząc na ho­ry­zont, i nie cze­ka­jąc na moją re­ak­cję, cią­gnął: - Zo­ba­czymy, co nam opo­wie ten ty­pek, to po­do­bno nie­zły ściem­niacz.

- Ściem­niacz? Gu­il­lermo Grau? - zdzi­wi­łem się. - Ale sze­fie, prze­cież to je­den z naj­bo­gat­szych lu­dzi w Hisz­pa­nii, nie? Cią­gle wi­dzę go na zdję­ciach z ja­ki­miś sła­wami, z ary­sto­kra­cją włącz­nie.

- Ech, Ma­no­lito, wy­pa­da­łoby się tro­chę przy­go­to­wać przed wi­zytą u świadka, na­wet, a może zwłasz­cza tak zna­nego. Nie wpa­dłeś na to, że mo­żemy wy­prze­dzić go o parę kro­ków i wie­dzieć, ja­kie py­ta­nia za­da­wać? Prze­cież w in­ter­ne­cie tak ła­two wszystko zna­leźć! Kiedy wró­cimy, masz wpi­sać w wy­szu­ki­warkę "Ca­ro­lina Mar­tín", zo­ba­czymy, czego się do­wiesz. - To nie była re­pry­menda, ra­czej wer­balny klaps, ale mimo to za­nie­mó­wi­łem ze wstydu. - Do­bra, nie trzeba, zro­bi­łem to już za nas dwóch, ale oprócz li­sty sta­no­wisk, które zaj­mo­wała w róż­nych fir­mach tego typa, ani śladu. Ani Fa­ce­bo­oka, ani Twit­tera, ani in­nych me­diów spo­łecz­no­ścio­wych. Krótka li­sta wy­ni­ków...

- Prze­pra­szam - wy­ją­ka­łem i po­sta­no­wi­łem zmie­nić te­mat. - Dla­czego mówi szef, że to ściem­niacz?

- Bo wy­gląda na to, że oprócz po­sia­da­nia skarbca z go­tówką więk­szego niż u Skne­rusa McKwa­cza, fa­cet za­ciąga całą masę zo­bo­wią­zań fi­nan­so­wych, któ­rych nie za­mie­rza spła­cać. Mógłby to ro­bić, ale ota­cza się by­strymi do­rad­cami, więc po­trafi uni­kać płat­no­ści, a przy­naj­mniej je od­ra­czać. Nie ko­ja­rzysz tej hi­sto­rii z osie­dlem koło Aran­juez? Otóż bu­dowa leży i kwi­czy, a cała ko­lejka wie­rzy­cieli nie ma jak ścią­gnąć na­leż­no­ści. Działa tylko pole gol­fowe... swoją drogą ko­leś ma ja­kąś ob­se­sję na punk­cie golfa... Ale też jest za­dłu­żone. Wszystko jest za­re­je­stro­wane na inne osoby. A co naj­gor­sze, pie­nię­dzy mu nie bra­kuje i nie py­taj mnie, jak to robi, ale cią­gle udaje mu się wy­mi­gać. Na­wet banki nie mogą go przy­ci­snąć.

- Czyli można go na­zwać po pro­stu bez­czel­nym?

- Tra­fi­łeś w samo sedno, Ma­no­lito.

By­li­śmy umó­wieni, więc kiedy przed­sta­wi­li­śmy się na re­cep­cji, uprzejma ko­bieta ka­zała nam je­chać na ósme pię­tro. Ski­nię­ciem głowy przy­wo­łała ochro­nia­rza, który od­pro­wa­dził nas pod sam ga­bi­net, za­pu­kał, otwo­rzył drzwi i znik­nął. Re­cep­cjo­nistka za­pewne uprze­dziła już szefa o na­szym przy­by­ciu.

Znowu po­my­śla­łem o ma­mie, która by­łaby za­chwy­cona tymi me­blami, w prze­ci­wień­stwie do mo­ich z Ikei. So­lidne dę­bowe sprzęty i gruby dy­wan, ściany wy­ło­żone drew­nem. Bar­dzo ba­ro­kowy wy­strój. Na­rze­ka­łaby jed­nak na to, co i mnie nie przy­pa­dło do gu­stu: utrzy­mu­jącą się w po­wie­trzu in­ten­sywną woń cy­gar. Zer­k­ną­łem na Ja­imego Rey­esa, krzy­wiąc się z obrzy­dze­nia od tego nie­zno­śnego smrodu, ale on po­ru­sze­niem brwi dał mi znać, że­bym się ja­koś wy­trzy­mał.

Przed wiel­kim oknem, bo­kiem do nas, stał ma­sywny, nie­wąt­pli­wie wy­godny fo­tel obity brą­zową skórą, z któ­rego ster­czał ja­kiś okrą­gły kształt - jak przy­pusz­cza­łem, po­tężny brzuch Gu­il­lerma Graua. Kiedy zo­rien­to­wał się, że je­ste­śmy w ga­bi­ne­cie, pod­niósł się za po­mocą wbu­do­wa­nego w fo­tel sil­niczka, który pchał go w górę, aż do po­zy­cji wy­pro­sto­wa­nej. Kiedy zo­ba­czy­łem go na sto­jąco, mo­głem na­resz­cie ogar­nąć wzro­kiem cały ogrom jego opa­słej syl­we­tki. Nie dało się na­wet do­strzec pasa, ukry­tego gdzieś pod tłu­stymi zwa­łami opa­da­ją­cymi aż na bio­dra. Trzeba przy­znać, że fo­to­gra­fo­wie byli dla niego bar­dzo ła­skawi. Za­wsze wy­da­wało mi się, że ko­leś ma jakby tro­chę za małą głowę, ale oka­zało się, że to tu­łów osią­gnął nie­pro­por­cjo­na­lne roz­miary. Przy­naj­mniej nie stra­cił jesz­cze wło­sów, cho­ciaż w si­wie­ją­cej czu­pry­nie po­ja­wiały się już za­kola.

Wy­glą­dał, jakby przez cały dzień pła­kał. Po­dał nam na po­wi­ta­nie lewą rękę, w pra­wej trzy­mał bo­wiem dy­miącą co­hibę.

- Uprze­dzano mnie, że się pa­no­wie tu wy­bie­rają. I wiem, że cho­dzi o biedną Ca­ro­linę. - Wsu­nął pod oku­lary pa­lec, przy­po­mi­na­jący spo­rego ser­delka, i otarł łzę wy­pły­wa­jącą wła­śnie z oka. - Jak mogę pa­nom po­móc?

- Dzień do­bry. Pan Grau, zga­dza się? In­spek­tor Reyes i młod­szy in­spek­tor Serra. Chcie­li­by­śmy za­dać kilka py­tań o pań­ską re­la­cję ze zmarłą - przy­wi­tał się uprzej­mie mój prze­ło­żony.

- Nie mam nic prze­ciwko, cho­ciaż wy­da­wało mi się, że nie jest to zwy­cza­jowe po­stę­po­wa­nie, kiedy ktoś umiera we wła­snym domu - od­parł, od­kła­da­jąc cy­garo na po­piel­niczkę i wy­cią­ga­jąc z barku bu­telkę whi­sky.

Za­pro­sił nas, że­by­śmy usie­dli na krze­słach przed jego ogrom­nym biur­kiem, na któ­rym stała fo­to­gra­fia ele­ganc­kiej, szy­kow­nej ko­biety - jak za­kła­da­łem, jego żony. Są­dzi­łem, że też usią­dzie, ale naj­pierw pod­szedł do szafki i wy­jął prze­ką­ski do drin­ków. Ja­ime po­czę­sto­wał się cy­ga­rem i ge­stem upew­nił się, czy może za­pa­lić; Grau ski­nął przy­zwa­la­jąco głową.

- Cóż, do­póki nie po­znamy przy­czyny śmierci... nie mo­żemy wy­klu­czyć sa­mo­bój­stwa. - Reyes wo­lał na ra­zie nie wspo­mi­nać o po­ten­cjal­nym za­bój­stwie. - Cze­kamy jesz­cze na wy­niki sek­cji. Wie pan, w ta­kich spra­wach nie­zbędna jest opi­nia pa­to­loga.

- Och, oczy­wi­ście! Tak... Ro­zu­miem w zu­peł­no­ści. - Spra­wiał wra­że­nie zmie­sza­nego. - Rze­czy­wi­ście spra­wiała ostat­nio wra­że­nie nieco zmę­czo­nej, wspo­mi­nała, że nie czuje się naj­le­piej... Ale nie przy­szłoby mi do głowy, że może być aż tak źle! - I wy­buch­nął pła­czem jak dziecko. - Gdy­bym tylko wie­dział, sam bym ją za­wiózł do ja­kie­goś sa­na­to­rium, jed­nego z tych ośrod­ków, gdzie można od­po­cząć i się wy­ci­szyć. - Wy­jął z kie­szeni chu­s­teczkę z wy­ha­fto­wa­nymi w rogu ini­cja­łami GG i otarł łzy.

Za­pa­dła nie­zręczna ci­sza, za­kłó­cana je­dy­nie smar­ka­niem pana Graua. Już chcia­łem się ode­zwać, żeby prze­rwać tę nie­przy­jemną sy­tu­ację, ale Ja­ime prze­świe­tlił moje za­miary i kop­nął mnie pod biur­kiem, że­bym sie­dział ci­cho i po­zwo­lił roz­mówcy dojść do sie­bie.

- W ostat­nich mie­sią­cach była bar­dzo ner­wowa - cią­gnął, ści­ska­jąc w dłoni chu­s­teczkę i raz po raz czka­jąc. - Zda­rzało jej się ze­rwać na­gle i wy­biec ze spo­tka­nia, a po kwa­dran­sie wra­cała już spo­koj­niej­sza. - Na­brał garść orzesz­ków ziem­nych, po­łknął je i po­pił whi­sky. - My­śla­łem, że może ma ja­kiś kry­zys w ży­ciu oso­bi­stym, i ra­dzi­łem jej, żeby wy­je­chała na kilka dni po­grać w golfa z Car­lotą. Car­lota to moja bra­ta­nica - wtrą­cił - od dawna się przy­jaź­niły i łą­czyła je mi­łość do tego sportu. Ale w końcu Ca­ro­lina po­wie­działa mi, że wy­jeż­dża. - Nie mógł już dłu­żej po­wstrzy­mać łez, więc znów się roz­sz­lo­chał.

Na po­piel­niczce wciąż dy­miło cy­garo.

- Wy­jeż­dża? Do­kąd? - Słowa same wy­rwały mi się z gar­dła, za­nim zdą­ży­łem się zre­flek­to­wać.

Mój prze­ło­żony wy­glą­dał, jakby chciał mi to gar­dło po­de­rżnąć. Spu­ści­łem wzrok prze­pra­sza­jąco. Pan Grau jed­nak nic nie za­uwa­żył, po­grą­żony w roz­pa­czy i w swoim świe­cie.

- Dwa ty­go­dnie temu po­wie­działa mi, że prze­pro­wa­dza się do Lon­dynu, gdzie miała pra­co­wać w ja­kiejś ga­le­rii sztuki, nie pa­mię­tam w tej chwili na­zwy, trudno mi ze­brać my­śli... - Na czole Gu­il­lerma lśniły kro­ple potu. - Oczy­wi­ście nie chcia­łam dać temu wiary. Zwa­li­łem to wszystko na stres... Dwu­dzie­stego czwar­tego, tuż przed po­łu­dniem, wpa­dła tu nie­mal w hi­ste­rii, bre­dziła coś o czy­sto­ści i że mu­simy po­roz­ma­wiać, że to bar­dzo ważne; na dole cze­kała jed­nak na mnie Su­sana, moja żona, więc nie mo­głem zwle­kać, sam pan wie, jak to jest z ko­bie­tami, zwłasz­cza w Wi­gi­lię. Ca­ro­lina ka­zała mi przy­siąc, że do niej za­dzwo­nię. Po po­łu­dniu Su­sana po­wie­działa mi jed­nak, że Ca­ro­lina przy­cho­dzi do nas na ko­la­cję, więc zo­sta­wi­łem sprawę. Po­nie­waż jed­nak nie przy­szła, na­za­jutrz wy­dzwa­nia­łem do niej przez cały dzień, ale nie od­bie­rała. Nie przy­wią­zy­wa­łem do tego jed­nak więk­szej wagi, bo jak już mó­wi­łem, ostat­nimi czasy była wciąż po­iry­to­wana, uzna­łem więc, że się na mnie ob­ra­ziła i za ja­kiś czas jej przej­dzie... A te­raz już ni­gdy nie będę mógł z nią po­roz­ma­wiać! - Znowu za­lał się łzami.

Albo mia­łem przed sobą ak­tora god­nego Oscara, albo rze­czy­wi­ście był to głę­boko zroz­pa­czony czło­wiek. Jak dla mnie roz­mowa była skoń­czona, mia­łem ochotę wyjść stam­tąd i ode­tchnąć świe­żym po­wie­trzem, bez dymu i opa­rów al­ko­holu; nie wy­da­wało mi się, żeby miał dla nas jesz­cze ja­kieś istotne in­for­ma­cje. In­spek­tor miał jed­nak inne zda­nie w tej kwe­stii:

- Na czym do­kład­nie po­le­gała praca Ca­ro­liny? - spy­tał Reyes.

- Kiedy za­czy­nała dla mnie pra­co­wać, bę­dzie ze dwa­na­ście lat temu, za­trud­ni­łem ją jako oso­bi­stą se­kre­tarkę, ale to tak by­stra i kom­pe­tentna dziew­czyna, że z cza­sem stała się moją prawą ręką. - Grau cią­gle się po­cił, pił, jadł i szlo­chał. - Nie pa­mię­tam już, kiedy ostat­nio pod­ją­łem ja­ką­kol­wiek de­cy­zję bez uprzed­niego za­się­gnię­cia jej opi­nii. To naj­lep­sza do­rad­czyni fi­nan­sowa, jaką można so­bie wy­ma­rzyć. Po­łowę in­te­re­sów, które za­ła­twi­łem w ostat­nich la­tach, za­wdzię­czam wła­śnie jej. Suk­ces za­kła­dów tek­styl­nych w Igu­ala­dzie to w ca­ło­ści jej za­sługa... A ja tak ją ko­cham! - za­wył. - Gdyby nie to, że żona ka­zała mi dzi­siaj iść do pracy, zo­stał­bym w domu i nie wy­cho­dził z łóżka przez naj­bliż­sze dni.

- Czy kiedy po­czuje się pan le­piej, mógłby pan po­dać nam na­zwę ga­le­rii, w któ­rej Ca­ro­lina za­mie­rzała się za­trud­nić?

- Oczy­wi­ście, w tej chwili na­zwa wy­le­ciała mi z głowy. To ta słynna ga­le­ria z Lon­dynu. Sam ku­po­wa­łem na ich au­kcjach, do­brze znam wła­ści­ciela, Ca­ro­lina zresztą też. ale za­py­taj­cie moją asy­stentkę, kiedy bę­dzie­cie wy­cho­dzić, na pewno wam po­wie. - I do­dał: - Ale rów­nie do­brze Ca­ro­lina mo­gła to so­bie wy­my­ślić. Nie uwie­rzy­łem jej... Chyba tak samo nie mogę uwie­rzyć, że nie żyje! - Do jego oczu znowu na­pły­nęły łzy.

Na­gle prze­rwał nam od­głos otwie­ra­nych drzwi. Od­ru­chowo ob­ró­ci­li­śmy się z Ja­imem.

- Oj! Prze­pra­szam, tato, nie wie­dzia­łem, że masz spo­tka­nie.

Męż­czy­zna za­czął się wy­co­fy­wać.

- Nie, nie... Za­cze­kaj. Chcę z tobą po­roz­ma­wiać. - Syn pod­szedł bli­żej i pan Grau do­ko­nał pre­zen­ta­cji: - Ber­nardo, to pa­no­wie de­tek­tywi z po­li­cji, przy­szli po­roz­ma­wiać o Ca­ro­li­nie. - Przy­bysz przy­wi­tał się z nami sil­nym uści­skiem dłoni i sło­wami: "Ber­nardo Grau", a jego oj­ciec cią­gnął: - Chciał­bym, że­byś za­jął się sprawą po­grzebu. Po­wia­do­mi­łeś już Car­lotę? I Mer­ce­des?

- Tak, tato, nie przej­muj się tym. Wszystko jest za­ła­twione. Wczo­raj roz­ma­wia­łem z ku­zyn­kami, są za­ła­mane - od­parł za­smu­cony syn.

- Chwi­leczkę - prze­rwał im Reyes uprzej­mie, acz sta­now­czo - niech pa­no­wie nie za­po­mi­nają, że naj­pierw trzeba prze­pro­wa­dzić sek­cję, to może za­jąć kilka dni. Bę­dziemy pań­stwa in­for­mo­wać.

Ber­nardo uści­snął nam dło­nie na po­że­gna­nie i wy­padł z ga­bi­netu jak z procy, jakby miał aler­gię na na­sze to­wa­rzy­stwo.

- A pań­ski syn? - za­gad­nął Ja­ime. - Też tu­taj pra­cuje?

- Tak. Robi swoje...

- Robi swoje? Za­raz, ale czy zaj­muje kie­row­ni­cze sta­no­wi­sko? - do­py­ty­wał Reyes.

- Czy ma pan dzieci?

- Tak - od­parł su­cho Ja­ime Reyes.

- Na­grywa pan na­szą roz­mowę?

- Nie.

Odło­ży­łem no­tat­nik na biurko.

- W ta­kim ra­zie na pewno pan ro­zu­mie, jak to jest, kiedy po­tra­fimy świet­nie roz­po­znać, kto jest by­stry, a kto nie bar­dzo, ale kiedy tym nie­zbyt by­strym kimś jest na­sze dziecko, to po­ma­lu­jemy je na złoto i po­cią­gniemy dwiema war­stwami błysz­czą­cego la­kieru. A od­po­wia­da­jąc na pań­skie py­ta­nie: tak, Ber­nardo jest w kie­row­nic­twie Grau & Co.

Przez całą tę ty­radę ani razu nie po­cią­gnął no­sem.

Za­cho­wa­li­śmy z Ja­imem ka­mienne twa­rze. In­spek­tor zmie­nił te­mat.

- A pań­ska bra­ta­nica Car­lota? Też dla pana pra­cuje?

- Nie, ona jest ma­larką. Żyje ze sprze­daży swo­ich ob­ra­zów.

Ja­ime chęt­nie jesz­cze długo za­da­wałby py­ta­nia, ale jako że nie zna­li­śmy bez­po­śred­niej przy­czyny śmierci, a roz­mówca był wy­raź­nie roz­trzę­siony, po­sta­no­wi­li­śmy już nie drą­żyć i usu­nąć się ze sceny. I tak nie­źle nam po­szło. Po­że­gna­li­śmy się uprzej­mie, za­pi­sa­li­śmy na­zwę ga­le­rii i zje­cha­li­śmy na par­ter. Obaj bar­dzo się cie­szy­li­śmy - ja dla­tego, że mo­głem ode­tchnąć czy­stym, mroź­nym po­wie­trzem, a Ja­ime wresz­cie mógł na tym świe­żym po­wie­trzu za­pa­lić.

- Ale gru­bas! - Nie mo­głem prze­stać my­śleć o jego po­tęż­nym brzu­chu, który bez prze­rwy na­peł­niał. - My­śli szef, że był za­ko­chany w tej babce? - Mia­łem tyle róż­nych my­śli na­raz, że le­d­wie mo­głem się wy­sło­wić. - A to z tym sy­nem? Bar­dzo ele­gancko ubrał w słowa, że jego zda­niem fa­cet jest do ni­czego!

Gdyby star­czyło mi od­wagi, za­py­tał­bym in­spek­tora o jego dziecko lub dzieci, ale nie mia­łem dość pew­no­ści sie­bie. Cie­ka­wość jed­nak aż mnie zże­rała.

- Ni­gdy ni­kogo nie lek­ce­waż, Ma­no­lito, to pie­kiel­nie in­te­li­gentny typ. Nie do­ro­bił się ta­kiej po­zy­cji dzięki ład­nym oczom. Po­wie­dział nam to o synu, że­by­śmy go zi­gno­ro­wali. Dla­czego? Nie mam po­ję­cia, ale nic się nie bój, usta­limy to. A co do de­na­tki, to ow­szem, uwa­żam, że ją ko­chał, ale nie w tym sen­sie, o któ­rym my­ślisz. Od­nio­słem wra­że­nie, że to ra­czej uczu­cie zbli­żone do mi­ło­ści oj­cow­skiej, ale nie wiem... na ra­zie.

- W ta­kim ra­zie co da­lej? Je­dziemy do sio­stry?

- Tak, ale naj­bar­dziej chciał­bym mieć już w rę­kach ra­port z sek­cji. Wtedy bę­dziemy wie­dzieli, na co umarła. Ju­tro z sa­mego rana po­je­dziemy do pa­to­loga, żeby po­wie­dział nam wszystko, co udało mu się już usta­lić. Mu­simy też do­wie­dzieć się, co było w to­rebce i czy de­na­tka miała iPada albo kom­pu­ter. Na ra­zie - za­rzą­dził - mo­żesz po­dzwo­nić do Lon­dynu, żeby spraw­dzić, czy Ca­ro­lina rze­czy­wi­ście miała u nich pra­co­wać.

Nie­umiar­ko­wa­nie w je­dze­niu i pi­ciu

Na­tura chciała, że Gu­il­lermo przy­szedł na świat w mie­ści­nie La Lora nie­opo­dal Bur­gos. Wszy­scy uznali, że to bę­dzie cud, je­śli ma­leń­kie dziecko prze­żyje. Było po­twor­nie chu­dziut­kie i wy­glą­dało cał­ko­wi­cie bez­bron­nie, na­wet po­łożna nie spo­dzie­wała się, że prze­trwa noc. Nikt jed­nak nie mógł so­bie na­wet wy­obra­zić, jak po­tężną siłą zo­stała ob­da­rzona ta mała istotka i jaką wagę, w każ­dym zna­cze­niu tego słowa, osią­gnie.

Kiedy miał pół roku, matka kar­miła go kieł­ba­skami, które ma­luch po­że­rał łap­czy­wie, aż zo­sta­wała mu w rącz­kach tylko lepka osłonka. Lu­dzie ga­dali, że Mer­ce­des osza­lała, że dziecko się za­dławi, ale ni­gdy nic mu się nie stało, kieł­ba­ski zaś we­szły do jego co­dzien­nego ja­dło­spisu.

W szkole wciąż do­sta­wał nowe prze­zwi­ska, na­wią­zu­jące do jego drob­nej bu­dowy, ale na pierw­sze miej­sce wy­su­nął się zde­cy­do­wa­nie "Chu­dziak"; cho­ciaż z po­czątku się zło­ścił, bo wy­czu­wał po­gar­dliwy ton ró­wie­śni­ków, na­uczył się no­sić przy­do­mek z god­no­ścią i za­ak­cep­to­wał go do tego stop­nia, że kiedy ktoś go o coś py­tał, za­wsze uży­wa­jąc tego okre­śle­nia, on już prze­stał zwra­cać na nie uwagę, bo świet­nie wie­dział, że to już dawno nie jest zło­śliwa ksywka, a po pro­stu jego imię. Zmiana ta nie była jed­nak da­rem od losu, a ra­czej owo­cem jego in­te­li­gen­cji i de­ter­mi­na­cji. Miał tak sil­nie roz­wi­niętą umie­jęt­ność per­swa­zji, że po­tra­fił zmięk­czyć serce na­wet tej oschłej, ko­ści­stej ko­biety o zmę­czo­nych ży­ciem oczach, jak jego matka, żeby ku­piła mu cu­kierki, które w po­wo­jen­nej rze­czy­wi­sto­ści sta­no­wiły luk­sus dla więk­szo­ści ro­dzin. Po­tem wy­mie­niał je z ko­le­gami na chleb, a naj­chęt­niej ka­na­pki, albo na ja­kieś inne, znacz­nie bar­dziej po­żywne przy­smaki.

Dzięki temu za­skar­bił so­bie sza­cu­nek wśród dzieci z mia­steczka, a w wieku lat dzie­wię­ciu zo­stał hersz­tem swo­jej "bandy". Na­mó­wił jej człon­ków, żeby po­szu­kali w do­mach albo gdzie­kol­wiek in­dziej róż­nych rze­czy, które wy­da­wały im się nie­przy­datne. Do­ko­ny­wał uważ­nej se­lek­cji, a kiedy prze­jeż­dżał han­dlarz sta­rzy­zną, sprze­da­wał mu je i za­ra­biał jedną czy dwie pe­sety, w za­leż­no­ści od ja­ko­ści to­waru. Na­stęp­nie ku­po­wał sło­dy­cze, które roz­dzie­lał mię­dzy całą grupę, choć oczy­wi­ście naj­więk­szą część łupu zo­sta­wiał so­bie - nie bez ko­zery to on był mó­zgiem ca­łego przed­się­wzię­cia.

Na­uczył się, tak jak jego brat, ni­gdy nic nie zo­sta­wiać na ta­le­rzu, choćby był za­ła­do­wany z górką, żeby unik­nąć siar­czy­stego klapsa od matki. Kiedy cza­sami zda­rzało mu się za­pro­te­sto­wać: "Mamo, nie chcę już wię­cej", Mer­ce­des od­po­wia­dała groź­nym to­nem: "Mó­wi­łam, że wszystko ma być zje­dzone! Bo jak nie, to ty już wiesz...". Ona na wła­snej skó­rze za­znała praw­dzi­wego głodu i nie za­mie­rzała do­pu­ścić, żeby pod jej da­chem zmar­no­wał się choćby okru­szek. I tak żo­łą­dek Gu­il­lerma przy­zwy­cza­jał się do po­chła­nia­nia ogrom­nych ilo­ści je­dze­nia, a jego wła­ści­ciel stop­niowo po­więk­szał się wszerz. Kiedy są­siadki mó­wiły: "Ale ten twój chło­pak py­zaty, Mer­ce­des!", ona pę­kała z dumy; taki chło­pak to okaz zdro­wia.

W wieku czter­na­stu lat Gu­il­lermo mu­siał po­że­gnać się ze szkołą i za­cząć po­ma­gać ojcu w pra­cach po­lo­wych. Psze­nica, jęcz­mień, fa­sola i ziem­niaki nie in­te­re­so­wały go w naj­mniej­szym stop­niu. Ma­rzył tylko o tym, żeby zna­leźć wolną chwilę, scho­wać się - bo gdyby matka go przy­ła­pała, nie­źle by go prze­świę­ciła - i czy­tać książki, które ku­po­wał za pie­nią­dze pod­kra­dane Mer­ce­des, kiedy tylko po­zwo­lili mu za­brać się z kimś do Bur­gos.

W tym sa­mym cza­sie wy­ro­bił so­bie na­wyk je­dze­nia za­wsze wtedy, gdy się stre­so­wał albo czymś smu­cił. W miej­scach, w któ­rych za­szy­wał się z dala od lu­dzi, za­czął zo­sta­wiać su­szone wę­dliny i inne trudno psu­jące się prze­ką­ski, na wy­pa­dek na­głej po­trzeby. Żo­łą­dek roz­py­chał się jesz­cze bar­dziej.

Nie za­mie­rzał kon­ty­nu­ować ro­dzin­nej tra­dy­cji i zaj­mo­wać się rolą. Miał bar­dziej am­bitne plany. Po­wo­ła­nie do woj­ska było więc dla niego bło­go­sła­wień­stwem. Do­stał przy­dział do Sa­ra­gossy i gdy tylko się do­wie­dział, za­czął po­wta­rzać so­bie pod no­sem, ale z wiel­kim en­tu­zja­zmem, na­zwę tego mia­sta. Do­tych­czas ze sto­licy Ara­go­nii znał tylko dwo­rzec au­to­bu­sowy; przy­jeż­dżali tam z Bur­gos i prze­sia­dali się na au­to­bus do Te­ruel, skąd mu­sieli jesz­cze do­stać się do ro­dzin­nej wio­ski jego matki, Los Ce­re­zos, gdzie miesz­kali jego dziad­ko­wie i gdzie w dzie­ciń­stwie spę­dzał let­nie wa­ka­cje.

Kiedy wy­jeż­dżał, nie mógł się na­wet po­że­gnać z oj­cem, który już od kilku go­dzin pra­co­wał w polu. Matka cmok­nęła go w przed­po­koju, tylko na chwilę od­ry­wa­jąc się od swo­ich za­jęć, i po­wie­działa: "Wró­cisz jako męż­czy­zna". Jedna tylko osoba od­pro­wa­dziła go na dwo­rzec, upie­ra­jąc się, żeby nieść jego woj­skowy wo­rek - pę­ka­jący z dumy brat Ber­nardo, który oprócz imie­nia odzie­dzi­czył po ojcu upodo­ba­nie do uprawy ziemi. Od po­czątku było ja­sne, że nie dzielą z bra­tem tych sa­mych za­in­te­re­so­wań.

Kiedy mie­rzyli go do mun­duru, a jego bujna grzywa była już tylko wspo­mnie­niem, le­karz ostrzegł go, żeby pil­no­wał wagi: "Je­steś na gra­nicy normy, chłop­cze. Nie wa­żysz wię­cej niż śred­nia dla two­jego wieku - uści­ślił - ale je­steś bar­dzo ni­ski. Uwa­żaj na to, co jesz. - Po czym za­wo­łał: - Na­stępny!".

Za­częli wo­łać na niego "Pul­pet", ale że był już przy­zwy­cza­jony do prze­zwisk, wziął sprawy w swoje ręce i po­sta­no­wił zor­ga­ni­zo­wać kon­kurs na wzór tego w Nie­ugię­tym Luke'u z Pau­lem New­ma­nem - kto zdoła po­żreć wię­cej ja­jek na twardo w ciągu go­dziny. Oso­bi­ście wo­lałby tra­dy­cyjną ka­szankę z Bur­gos, ale do­my­ślał się, że ta pro­po­zy­cja nie spo­tka się z po­par­ciem, więc osta­tecz­nie sta­nęło na jaj­kach. W za­wo­dach wzięło udział dzie­się­ciu uczest­ni­ków i cho­ciaż Gu­il­lermo dał radę zjeść tylko trzy­dzie­ści pięć, to i tak naj­wię­cej ze wszyst­kich. Wy­grał, do­pin­go­wany roz­en­tu­zja­zmo­wa­nymi okrzy­kami: "Pul­pet, Pul­pet!". Jego po­pu­lar­ność roz­prze­strze­niła się ni­czym po­żar lasu i wkrótce stał się gwiazdą gar­ni­zonu. Wszy­scy chcieli spę­dzać z nim czas i słu­chać emo­cjo­nu­ją­cych opo­wie­ści o przy­go­dach, które w ra­zie po­trzeby zmy­ślał. Wszy­scy rzu­cali się na wy­przódki, żeby sta­wiać mu piwo i czę­sto­wać pa­pie­ro­sami, aż dła­wił się dy­mem i bą­bel­kami. Świet­nie się zresztą skła­dało z tym spon­so­ro­wa­niem, bo choć matka od czasu do czasu wy­sy­łała mu coś do je­dze­nia i nową ko­szulę, to nie do­sta­wał z domu zła­ma­nego gro­sza. Gu­il­lermo był za­chwy­cony służbą w woj­sku, co utwier­dzało go w prze­ko­na­niu, że na wsi nie ma dla niego przy­szło­ści.

Jed­nak bez wy­kształ­ce­nia i bez pie­nię­dzy mu­siał wró­cić do ro­dzin­nej wio­ski. Przez ten czas nic się tam nie zmie­niło, więc wkrótce znowu ha­ro­wał u boku ojca od świtu do zmierz­chu. Jego brat nie zgła­szał obiek­cji i spra­wiał wra­że­nie cał­kiem za­do­wo­lo­nego z ży­cia, ale Gu­il­lermo czuł się jak w matni, nie po­tra­fił zna­leźć wyj­ścia z sy­tu­acji. Prze­stało mu wy­star­czać czy­ta­nie ksią­żek, przez które za­ry­wał noce, i mu­siały mi­nąć trzy cią­gnące się w nie­skoń­czo­ność lata, za­nim spo­tkał na swo­jej dro­dze nową na­uczy­cielkę.

Miała czarne włosy i fi­gurę jak źdźbło psze­nicy, błysz­czące żywo oczy, które zda­wały się ko­mu­ni­ko­wać wię­cej niż słowa, i tak zmy­słowo ko­ły­sała bio­drami, że Gu­il­lermo cał­kiem stra­cił głowę. Był pod wiel­kim wra­że­niem, że dziew­czyna tak zgrab­nie cho­dzi na szpil­kach po bru­ko­wa­nych ulicz­kach, aż wy­rwał mu się długi i prze­ni­kliwy gwizd. Przy­po­mi­nała mu ga­zelę o ele­ganc­kich, peł­nych gra­cji ru­chach. A on za­mie­rzał upo­lo­wać tę ga­zelę.

Z po­czątku Su­sana (bo tak miała na imię) była od­porna na jego za­loty. Nie chciała po­wie­dzieć mu tego wprost, żeby nie zra­nić jego uczuć, ale cho­dziło o wy­gląd Gu­il­lerma; nad­mia­ro­wych ki­lo­gra­mów można było się po­zbyć, jed­nak praw­dziwy pro­blem le­żał gdzie in­dziej. Otóż Gu­il­lermo był od niej znacz­nie niż­szy, a temu nie dało się w ża­den spo­sób za­ra­dzić. Umar­łaby ze wstydu, gdyby ktoś ich ra­zem zo­ba­czył. Su­sana nie wie­działa jed­nak jesz­cze, że naj­sil­niej­szymi ce­chami oso­bo­wo­ści Gu­il­lerma były upór i wy­trwa­łość. "Czar­nulko, wyjdź za mnie, a bę­dziesz moją kró­lową!", oświad­czał jej się co­dzien­nie, ob­sy­pu­jąc ją da­rami w ro­dzaju orze­chów czy bu­kie­tów la­wendy, a ona, chcąc nie chcąc, za­wsze się uśmie­chała. Opo­wia­dał jej naj­bar­dziej nie­stwo­rzone i zwa­rio­wane hi­sto­rie, a ona pę­kała ze śmie­chu. Pew­nego dnia jed­nak się nie po­ja­wił; po­dob­nie na­stęp­nego, i jesz­cze ko­lej­nego, a wtedy uświa­do­miła so­bie, że za nim tę­skni. I tak oto zdo­był serce Su­sany dzięki in­te­li­gen­cji i nie­złom­no­ści, bo kiedy znowu go zo­ba­czyła, od razu po­wie­działa: "Tak".

Pew­nego sierp­nio­wego po­ranka, jak każ­dego dnia, Gu­il­lermo po­szedł w pole wraz z oj­cem i bra­tem. Oj­ciec za­ło­żył na głowę słom­kowy ka­pe­lusz, bo słońce miało tego dnia wy­jąt­kowo mocno przy­grze­wać, więc wo­lał się za­bez­pie­czyć. Rze­czy­wi­ście - du­szący ukrop spra­wiał, że raz po raz mu­siał prze­ry­wać pracę, żeby na­pić się wody z gli­nia­nego dzbana, który w ta­kie dni za­wsze miał ze sobą. Gu­il­lermo pra­co­wał na swoim za­go­nie, roz­grzany i szczę­śliwy, po­chło­nięty roz­my­śla­niem o zbli­ża­ją­cym się ślu­bie. Kiedy pod­niósł na chwilę głowę, żeby otrzeć z czoła pot, zo­ba­czył, jak jego oj­ciec upada na su­chą spę­kaną zie­mię Wrza­snął: "Ber­nardo!", sam nie wie­dząc, czy zwraca się do ojca, czy do brata, i rzu­cił się w jego stronę. Schy­lił się, ale było już za późno, oj­ciec umarł na ziemi, z któ­rej żył.

Ślub był bar­dzo skromny. Su­sana su­ge­ro­wała, żeby to odło­żyć, ale Gu­il­lermo od­mó­wił, chciał jak naj­szyb­ciej roz­po­cząć ży­cie z żoną. Dla jego matki, ubra­nej od stóp do głów na czarno, uro­czy­stość przy­po­mi­nała ra­czej po­grzeb, ale nie uro­niła ani jed­nej łzy, ani razu nie za­łkała. Była ko­bietą za­har­to­waną przez ży­cie, przy­wy­kła przyj­mo­wać wszystko, co jej się przy­tra­fiało. Jego brat Ber­nardo i nie­liczni krewni Su­sany, któ­rzy wzięli udział w uro­czy­sto­ści, ro­bili, co w ich mocy, żeby po­pra­wić at­mos­ferę, ale bez skutku. Z cza­sem Gu­il­lermo za­czął ża­ło­wać tam­tej de­cy­zji, bo choć Su­sana ni­gdy nie ro­biła mu wy­rzu­tów, wie­dział, że nie o ta­kim ślu­bie ma­rzyła.

W spadku otrzy­mał po­łowę oj­co­wi­zny, reszta przy­pa­dła bratu. Los spra­wił, że ta zie­mia, która za­wsze była dla niego pie­kłem, stała się źró­dłem jego chwały. Pod spę­kaną glebą krył się je­den z naj­bar­dziej po­żą­da­nych przez ludz­kość skar­bów - ropa. Choć wy­da­wało się to nie­wia­ry­godne, pod sto­pami miał czarne złoto.

Szybko po­zbył się grun­tów, sprze­da­jąc je po hor­ren­dal­nej ce­nie pew­nemu an­giel­skiemu przed­się­bior­stwu. Z kie­sze­niami i kon­tem ban­ko­wym peł­nymi go­tówki mógł za­in­we­sto­wać w in­te­resy, które bar­dziej go po­cią­gały. Wie­dział, że dzięki in­te­li­gen­cji, upo­rowi, pra­co­wi­to­ści i za­moż­no­ści na pewno od­nie­sie suk­ces. Na­uczył się ota­czać kom­pe­tent­nymi, oso­bi­ście do­bie­ra­nymi współ­pra­cow­ni­kami - "Nie li­czy się ilość, ale ja­kość", ma­wiał - i za­czął wzno­sić im­pe­rium. Wkrótce prze­niósł się do Ma­drytu i z cza­sem stał się jed­nym z naj­bo­gat­szych lu­dzi w kraju.

Za­pi­sy­wał się na kursy i szko­le­nia, uczył się po no­cach, a przy śnia­da­niu utrwa­lał nowo na­bytą wie­dzę. Mu­siał oka­zać się godny no­wego sta­no­wi­ska i nie za­mie­rzał do­pu­ścić, żeby któ­ry­kol­wiek z pra­cow­ni­ków prze­wyż­szał go wie­dzą. Żył jed­nak w cią­głym na­pię­ciu - tyle zmian, tyle no­wych osób, strach przed po­rażką; stre­so­wał się, a wtedy mu­siał jeść. Su­sana pró­bo­wała go pil­no­wać, po­zor­nie się kon­tro­lo­wał, ale po kry­jomu, tak jak daw­niej, wyj­mo­wał za­cho­mi­ko­wane je­dze­nie i da­wał upust swemu nie­po­skro­mio­nemu ape­ty­towi. Do tego na­leży do­dać nie­zli­czone zo­bo­wią­za­nia służ­bowo-to­wa­rzy­skie, które wią­zały się z nie­umiar­ko­wa­nym spo­ży­wa­niem al­ko­holu i pa­le­niem. Żo­łą­dek Gu­il­lerma co­raz bar­dziej się po­więk­szał.

W końcu osią­gnął peł­nię szczę­ścia - choć mu­sieli cze­kać nieco dłu­żej, niż się spo­dzie­wali, jego uko­chana Su­sana dała mu to, czego pra­gnął naj­bar­dziej na świe­cie: sy­nów. Naj­pierw uro­dził się Ber­nardo, na­zwany tak na cześć wujka, a po­tem Gu­il­lermo; wo­łali na niego Willy. Ro­dzina była w kom­ple­cie.

To były naj­in­ten­syw­niej­sze i naj­szczę­śliw­sze lata jego ży­cia. Biz­nes się krę­cił, a on czuł mo­ty­wa­cję, żeby cią­gle się roz­wi­jać. W domu cze­kało na niego dwóch uro­czych chłop­ców, któ­rzy rzu­cali mu się na szyję, gdy tylko prze­kra­czał próg domu, choć znacz­nie czę­ściej mógł tylko po­pa­trzeć, jak słodko śpią, tak późno wra­cał bo­wiem z pracy. No i oczy­wi­ście jego naj­sil­niej­sza pod­pora, przy­ja­ciółka, żona. Wie­dział, że bez niej wszystko wy­glą­da­łoby zu­peł­nie ina­czej.

Z ko­lei Su­sana stop­niowo przy­sto­so­wy­wała się do swo­jej no­wej po­zy­cji. Nie była już wiej­ską na­uczy­cielką, ma­rzącą o prze­ka­zy­wa­niu wie­dzy nie­sfor­nym smar­ka­czom, nie była już także Su­saną - stała się żoną Gu­il­lerma Graua, z ca­łym do­bro­dziej­stwem in­wen­ta­rza. Brała udział w im­pre­zach cha­ry­ta­tyw­nych, za­pra­szano ją na her­batkę, to­wa­rzy­szyła mę­żowi pod­czas ban­kie­tów; mo­gła cho­dzić na za­kupy i wy­da­wać tyle, ile chciała, ni­komu się nie tłu­ma­cząc. Gu­il­lermo za­wsze był szczo­dry i za­le­żało mu na tym, żeby jego żo­nie ni­czego nie bra­ko­wało. Nie cho­dzi o to, że ta­kie ży­cie jej się nie po­do­bało, po pro­stu nie czuła się już tak po­ży­teczna jak daw­niej; nie chciała też, żeby ta nowa rze­czy­wi­stość za­śle­piła ją i spra­wiła, że za­po­mni o swo­ich ko­rze­niach.

Chłopcy do­ra­stali, a jak to się mówi: "duże dzieci - duży kło­pot". Naj­wię­cej zgry­zot przy­spa­rzał im Ber­nardo. Kiedy znowu mu­sieli wy­cią­gać go z ja­kiejś nie­przy­jem­nej sy­tu­acji, w którą się wpa­ko­wał, i ocze­ki­wano od nich wy­ja­śnień, ro­dzice uśmie­chali się po­błaż­li­wie i mó­wili: "Cza­sem jest tro­chę kon­flik­towy, ale to taki wiek". A Gu­il­lermo od­czu­wał prze­możną po­trzebę na­pcha­nia so­bie żo­łądka. Pod­ja­da­nie i po­pi­ja­nie mię­dzy po­sił­kami we­szło mu w na­wyk, po­dob­nie jak ukry­wa­nie tej sła­bo­ści przed Su­saną.

Mu­siało mi­nąć jed­nak jesz­cze parę do­brych lat, za­nim za­dano mu osta­teczny cios, który uczy­nił z Gu­il­lerma czło­wieka cho­ro­bli­wie oty­łego. Był pierw­szy stycz­nia, nie­mal do­kład­nie trzy­na­ście lat temu, kiedy za­dzwo­niono z in­for­ma­cją, że jego syn Willy zgi­nął w wy­padku dro­go­wym. Gu­il­lermo pra­wie wpadł w obłęd z roz­pa­czy - za­le­d­wie pół roku wcze­śniej stra­cił brata, a te­raz pa­dło na jego syna.

Silne leki uspo­ka­ja­jące nie po­zwo­liły mu na­wet pójść na po­grzeb. Gu­il­lermo po­kła­dał całą na­dzieję w tym bły­sko­tli­wym mło­dzieńcu, który po matce odzie­dzi­czył wy­gląd i ra­do­sne uspo­so­bie­nie, a po ojcu upór i in­te­li­gen­cję. To on zo­stał na­masz­czony, żeby kon­ty­nu­ować jego wiel­kie dzieło, syn, który ni­gdy go nie za­wiódł, a te­raz, bez żad­nego uprze­dze­nia, go opu­ścił. Gu­il­lermo ni­gdy nie po­tra­fił zna­leźć w słow­niku ade­kwat­nych przy­miot­ni­ków, żeby opi­sać swo­jego młod­szego syna, a te­raz tak samo nie umiał opi­sać tego ogromu bólu i żalu. Wie­dział, że ma na su­mie­niu nie­wy­ba­czalne grze­chy - żeby zajść tak da­leko jak on, trzeba było po dro­dze po­świę­cić ko­goś in­nego - ale obec­ność uko­cha­nego syna trzy­mała go w ry­zach, ka­zała pil­no­wać, żeby straty uboczne były jak naj­mniej­sze. Willy po­ma­gał mu się od­ku­pić. Te­raz jed­nak Gu­il­lermo zo­stał sam i wie­dział z całą pew­no­ścią, że je­śli chce utrzy­mać swoją po­zy­cję, musi być za­ja­dły i nie­prze­jed­nany. Od tej pory zero li­to­ści. Je­dze­nie stało się dla niego pry­wat­nym azy­lem, a ob­żar­stwo formą kary wy­mie­rza­nej sa­memu so­bie.

Su­sana od­czuła ten cios rów­nie, a może na­wet bar­dziej bo­le­śnie, ale na­uczyła się zno­sić to z re­zy­gna­cją; po pierw­szych mie­sią­cach pró­bo­wała po­zo­ro­wać nor­mal­ność, ale ta ni­gdy nie wró­ciła. Gu­il­lermo jadł, pił i pa­lił wszę­dzie i o każ­dej po­rze dnia i nocy. Było mu już wszystko jedno, czy jego żona o tym wie. Ślady tam­tego za­baw­nego, sym­pa­tycz­nego męż­czy­zny, który za­wsze po­tra­fił do­pro­wa­dzić ją do śmie­chu, z cza­sem się za­cie­rały, a na ich miej­scu po­ja­wiał się rys kom­pul­syw­nego dra­pież­nika, w wielu zna­cze­niach tego słowa.

Pod­czas po­grzebu swo­jej matki Gu­il­lermo wy­jął z kie­szeni paczkę orzesz­ków i pod­czas gdy za­kry­wano grób nie­boszczki, on stał po­chru­py­wał. W tam­tym wła­śnie mo­men­cie na­stą­pił prze­łom i Su­sana w miej­sce obo­jęt­no­ści za­częła od­czu­wać do niego ab­so­lutną po­gardę. Ża­den czło­wiek nie przy­po­mi­nał tak wie­prza, jak jej wła­sny mąż.

Je­dyne, nad czym ubo­lewa Su­sana, to że od czasu do czasu Gu­il­lermo na­dal od­wie­dza ją w nocy, a ona musi wtedy za­mknąć oczy i przy­wo­ły­wać miłe wspo­mnie­nia z daw­nych cza­sów. Ina­czej nie by­łaby w sta­nie tego znieść. Mąż bu­dził w niej au­ten­tyczną od­razę.

Ale po­tem on za­czyna chra­pać i do­pada go ten sam kosz­mar, co każ­dej nocy. Jest bar­dzo głodny, musi jak naj­szyb­ciej zna­leźć ofiarę. Wi­dzi war­chlaczka i rzuca się na niego. Roz­dziera go zę­bami i wy­pija bu­cha­jącą z tęt­nic krew. Po wszyst­kim czuje, że szura brzu­chem po ziemi. Pod­czoł­guje się nad brzeg rzeki i od­bi­cie w wo­dzie po­ka­zuje mu rze­czy­wi­stość. Jest dzi­kiem.

28 grud­nia 2016

5

Fran­ci­sco

Tam­tego ranka wsta­łem nieco wcze­śniej niż zwy­kle. Umó­wi­łem się z Ja­imem, że z sa­mego rana po­je­dziemy do le­ka­rza są­do­wego, a chcia­łem jesz­cze zaj­rzeć na ko­mi­sa­riat i przy oka­zji przy­go­to­wać się do strasz­nego wy­da­rze­nia, ja­kim była dla mnie wi­zyta w kost­nicy.

Sta­wi­łem się w za­kła­dzie ana­to­mo­pa­to­lo­gii do­kład­nie o umó­wio­nej go­dzi­nie, bo ce­nię so­bie punk­tu­al­ność, ale in­spek­tor już tam był i roz­ma­wiał z ja­kimś męż­czy­zną; do­my­śli­łem się, że to za­pewne główny pa­to­log, Fran­ci­sco Mon­tes. Miał na so­bie far­tuch, a pa­trząc na jego białą, sta­ran­nie przy­strzy­żoną brodę, po­my­śla­łem, że zaj­muje to sta­no­wi­sko od wielu lat; na pewno też od dawna współ­pra­co­wał z Ja­imem, bo za­cho­wy­wali się jak sta­rzy zna­jomi.

Pod­sze­dłem się przy­wi­tać. Od­po­wie­dzieli mi jed­nym gło­sem, nie za­szczy­ca­jąc mnie na­wet spoj­rze­niem, i roz­ma­wiali da­lej, jak­bym w ogóle nie ist­niał.

- Już ci mó­wi­łem, Ja­ime, mam tu całą stertę tru­pów - tłu­ma­czył le­karz. - Zda­jesz so­bie sprawę, ilu mam tu bie­da­ków, któ­rzy pa­dli ofiarą tych prze­klę­tych mro­zów? Nie wspo­mi­na­jąc o bo­żo­na­ro­dze­nio­wych sa­mo­bój­cach.

- Tak, wszystko to wiem - nie od­pusz­czał Reyes - ale mó­wimy tu­taj o moż­li­wym za­bój­stwie. Po­trze­buję ra­portu, żeby wie­dzieć, na czym stoję.

- No to już wiesz, czemu sprząt­nęli ją w święta - od­parł Fran­ci­sco zło­śli­wie.

- Czemu?

- Bo w święta wszy­scy mają wolne i sek­cje po­twor­nie się opóź­niają. Zresztą nie tylko sek­cje, wszystko się za­myka, nie li­cząc skle­pów, bo chcą, że­by­śmy wy­da­wali pie­nią­dze. - A po chwili do­dał: - A gdy­byś nie był taki, jaki je­steś, też był­byś te­raz na urlo­pie.

- W sierp­niu też - wtrą­ci­łem. Po­pa­trzyli na mnie py­ta­jąco. - W sierp­niu też jest pa­ra­liż, bo wszy­scy wy­jeż­dżają na wa­ka­cje.

- Słuszna uwaga, chłop­cze - po­chwa­lił mnie le­karz. - Le­piej nie umie­rać ani w sierp­niu, ani w święta. A tym bar­dziej cho­ro­wać.

- Ga­daj zdrów, Fran­ci­sco, ale nie chce mi się wie­rzyć, że na­wet nie rzu­ci­łeś okiem na te zwłoki - rzu­cił Ja­ime.

- No co ty, Ja­ime, pew­nie, że tak! - Par­sk­nął śmie­chem. - Jak tylko mi po­wie­dzieli, że ta babka jest od cie­bie, od razu się nią za­ją­łem. Ale mu­szę ci tro­chę utrud­niać ży­cie, co? Wiem, że nie lu­bisz mieć za ła­two! - I znowu za­śmiał się tu­bal­nie.

- No i już się wy­ga­da­łeś - od­parł de­tek­tyw ze śmie­chem. Na­sta­wi­łem uszu, żeby nie uro­nić żad­nego szcze­gółu.

- Za­cznijmy od tego, że jesz­cze jej nie otwo­rzy­łem, więc wszystko, co ci te­raz po­wiem, opiera się na pierw­szych oglę­dzi­nach, dla­tego jest to ab­so­lut­nie nie­ofi­cjalne. - Spo­waż­niał i za­czął przed­sta­wiać wy­niki ba­da­nia: - Kiedy mi ją tu przy­wieźli, nie żyła od nie­spełna dwóch dni. Zmarła dwu­dzie­stego czwar­tego, mię­dzy szó­stą a dzie­wiątą wie­czo­rem. Miała si­niaki na obu ra­mio­nach, po ataku od tyłu. Nie są bar­dzo mocne, co każe mi przy­pusz­czać, że mogą być skut­kiem nieco zbyt sil­nego do­tyku ko­chanka.

- In­nymi słowy chcesz po­wie­dzieć, że ktoś zła­pał ją od tyłu i przy­trzy­mał, czy to ko­cha­nek, czy za­bójca - spa­ra­fra­zo­wał de­tek­tyw.

- Tak jest. Poza tym więk­szość pa­znokci u rąk jest lekko nad­ła­mana, a je­den, na pra­wym palcu wska­zu­ją­cym, pękł na pół. W tej sy­tu­acji nie po­dej­rze­wam już piesz­czot, chyba że lu­bili sado-maso. Jak sam za­wsze po­wta­rzasz, nie na­leży od­rzu­cać żad­nej moż­li­wo­ści. Tyle że... nie było śla­dów spermy. Je­śli nie był to więc tan­tryczny seks sado-maso, to nie mam wię­cej po­my­słów.

- Czyli twoim zda­niem mo­żemy mieć do czy­nie­nia z za­bój­stwem, na­wet je­śli nie z umyśl­nym mor­der­stwem? - spy­tał Reyes.

- Śmierć na­tu­ralna to to na pewno nie była. Ale jest coś jesz­cze...

I le­karz za­wie­sił ta­jem­ni­czo głos.

- Mówże da­lej, nie za­mie­rzam bła­gać na klęcz­kach - po­śpie­szył go nie­cier­pli­wie de­tek­tyw.

- Przy­czyną śmierci jest nie­wy­dol­ność od­de­chowa, ale nie udu­sili jej rę­kami. Je­stem tego pewny, bo nie ma na szyi na­wet naj­mniej­szego śladu, poza tym pra­cuję tu­taj nie od dziś. Gdyby nie to, że tra­fiło naj­pierw na cie­bie, a po­tem na mnie, praw­do­po­dob­nie uznano by to za za­wał. - I do­dał: - Kiedy zaj­rza­łem do ust, zwró­ci­łem uwagę na wy­gląd błon ślu­zo­wych, spraw­dzi­łem też źre­nice... Na pod­sta­wie tego, co zo­ba­czy­łem... mógł­bym przy­siąc, że zo­stała otruta.

- Otruta?! - krzyk­ną­łem zdu­miony.

- Jak? Czym? - do­py­ty­wał Reyes.

- Jesz­cze nie wiem. Na pierw­szy rzut oka nie speł­nia żad­nych pa­ra­me­trów ty­po­wych dla dzia­ła­nia tego ro­dzaju sub­stan­cji. Może na­ły­kała się le­ków, ale nie wy­daje mi się. Do­póki nie bę­dziemy mieli wy­ni­ków tok­sy­ko­lo­gii, nic wię­cej nie mogę ci po­wie­dzieć.

- Fran­ci­sco, bła­gam cię, wy­cią­gnij je jak naj­szyb­ciej, a sam też weź się do ro­boty. Wiem, że pró­buję się bez­czel­nie we­pchnąć w ko­lejkę, ale pro­szę - na­le­gał de­tek­tyw.

- Przy­kro mi, Ja­ime, ale nic wię­cej nie mogę zro­bić... Zle­ci­łem ana­lizę już wczo­raj, wła­sno­ręcz­nie na­pi­sa­łem na for­mu­la­rzu za­mó­wie­nia: PILNE. A je­śli cho­dzi o mnie, to czy kie­dy­kol­wiek nie trak­to­wa­łem cię prio­ry­te­towo?! - Za­chi­cho­tał i klep­nął Rey­esa po ple­cach. - Ale sam do­brze wiesz, że na wy­niki tok­sy­ko­lo­gii za­wsze trzeba po­cze­kać, mu­sisz uzbroić się w cier­pli­wość. Po­śpie­szę ich, ale ob­sta­wiam ja­kieś dwa ty­go­dnie, wcze­śniej nie da rady.

Za­nim się po­że­gna­li­śmy, Ja­ime wy­mu­sił na le­ka­rzu obiet­nicę, że bę­dzie go in­for­mo­wał o wszel­kich no­wi­nach. Po wyj­ściu z tam­tego po­nu­rego, przy­naj­mniej dla mnie, miej­sca, po­czu­łem się znacz­nie le­piej, ale ulga nie trwała długo, bo za­raz za bramą zo­ba­czy­łem na­szego peu­ge­ota. Mie­li­śmy je­chać do Gu­adar­ramy zło­żyć wi­zytę sio­strze Ca­ro­liny i na samą myśl o cze­ka­ją­cych mnie trzech kwa­dran­sach w prze­grza­nej wę­dzarni do­sta­wa­łem gę­siej skórki. Ja­ime mu­siał za­uwa­żyć moje wa­ha­nie przy wsia­da­niu do auta, bo po­wie­dział:

- Mo­żesz so­bie otwo­rzyć okno, je­śli chcesz, Ma­no­lito.

Wci­sną­łem gu­zik z taką pręd­ko­ścią, jak­bym miał rękę na sprę­ży­nie.

- Cią­gle my­ślę o tym, co nam po­wie­dział le­karz. - Dym z pa­pie­rosa Ja­imego wy­la­ty­wał przez moje okno. - Skoro ko­goś tru­jesz, to po co wal­czyć, je­żeli i tak umrze? A je­śli ten ktoś, z kim wal­czyła, nie wie­dział, że babkę już otruto? Może ja­kiś wła­my­wacz? A może miała agre­syw­nego chło­paka, któ­remu omsknęła się ręka? A może za­żyła tę słynną "pi­gułkę dla sa­mo­bój­ców"?

W gło­wie aż ki­piało mi od roz­ma­itych po­my­słów i hi­po­tez. Wie­dzia­łem, że nie po­wi­nie­nem za­sy­py­wać prze­ło­żo­nego ta­kim gra­dem py­tań, ale po­trze­bo­wa­łem wy­rzu­cić z sie­bie to wszystko, a ni­kogo in­nego nie mia­łem pod ręką.

- Wszystko jest moż­liwe... na ra­zie. Ale mów da­lej - za­chę­cił mnie ku mo­jemu zdu­mie­niu - bo cza­sem naj­bar­dziej nie­do­rzeczne po­my­sły oka­zują się naj­sen­sow­niej­sze. Do­brze mi robi słu­cha­nie tego.

Nie wie­dzia­łem jesz­cze, że w gło­wie in­spek­tora za­częła kieł­ko­wać nowa myśl.

- Ché, sze­fie, mo­gło wy­da­rzyć się prak­tycz­nie wszystko... A nie mamy nic kon­kret­nego.

- Ché, Ma­no­lito, nie za­ła­muj się. Do­piero za­czę­li­śmy, a już wiemy cał­kiem sporo. Mamy ko­bietę, którą otruto na śmierć w jej wła­snym domu, bo kiedy Fran­ci­sco mówi, że coś po­dej­rzewa, to zna­czy, że ma stu­pro­cen­tową pew­ność; ko­bietę, która ob­ra­cała się w wyż­szych sfe­rach i na pewno wiele osób w jej oto­cze­niu nie ży­czyło jej do­brze. Wiemy, że pod jej do­mem wi­dziano sa­mo­chód i mo­to­cykl. I na pewno do­wiemy się znacz­nie wię­cej. - Reyes zda­wał się bar­dzo pewny swego.

- Mamy coś jesz­cze... - Pró­bo­wa­łem zbu­do­wać su­spens, ale szef nie za­re­ago­wał, więc pod­ją­łem wą­tek jak gdyby ni­gdy nic. - Dzwo­ni­łem rano do Lon­dynu, do tego domu au­kcyj­nego.

- Na­wet nie wiesz, jak się cie­szę, Ma­nolo! - Za­brzmiało to cał­kiem szcze­rze. - I co?

- Ca­ro­lina rze­czy­wi­ście miała u nich pra­co­wać. Tyle że, z tego, co zro­zu­mia­łem, uma­wiali się z nią na dwu­dzie­stego siód­mego grud­nia, ale w ostat­niej chwili za­wia­do­miła ich, że może za­cząć do­piero dzie­sią­tego stycz­nia.

- Jak to "z tego, co zro­zu­mia­łeś"? Roz­ma­wia­łeś z nimi oso­bi­ście? Nie przez tłu­maczkę? - zdzi­wił się.

- Tłu­maczki nie było, więc zda­łem się na swój szkolny an­giel­ski - od­par­łem, od­wra­ca­jąc głowę w prawo.

Za­sko­czył mnie wi­dok nie­skoń­czo­nej bia­łej po­łaci za oknem, ze śniegu wy­ła­niał się tylko ster­czący czu­bek ja­kiejś skały. Mia­łem wra­że­nie, że prze­mie­rzamy mo­rze soli. Po nie­bie krą­żył orzeł, co uzna­łem za do­bry omen.

- Pełna pro­fe­ska! - Nie wie­dzia­łem, czy się ze mnie na­bija, czy rze­czy­wi­ście mi gra­tu­luje. - Zwe­ry­fi­ko­wa­łeś to z li­niami lot­ni­czymi?

- Tak, wszystko się zga­dza. Ca­ro­lina od­wo­łała lot z dwu­dzie­stego szó­stego grud­nia i prze­ło­żyła go na dzie­sią­tego stycz­nia. Zmiany wpro­wa­dziła dwu­dzie­stego trze­ciego o wpół do je­de­na­stej wie­czo­rem.

- Czyli wy­pa­dło jej coś, co ka­zało jej od­wo­łać po­dróż z za­le­d­wie trzy­dnio­wym wy­prze­dze­niem. - Na chwilę za­pa­dła ci­sza. - Co się stało, Ca­ro­lino? - rzu­cił py­ta­nie w prze­strzeń, jakby spo­dzie­wał się, że ona sama mu od­po­wie.

Na­gle gwał­tow­nie za­ha­mo­wał. Po­my­śla­łem, że może chce mnie uści­snąć w na­grodę za świetną pracę. On jed­nak wy­siadł z sa­mo­chodu i ka­zał mi zro­bić to samo, rzu­ca­jąc sta­now­czo:

- Bierz się za łań­cu­chy, bo da­leko w tym śniegu nie uje­dziemy.

6

Elena i Pe­dro

Tro­chę nam ze­szło z za­kła­da­niem łań­cu­chów na koła, po­tem mu­sie­li­śmy je­chać wol­niej, bo śnieg nie prze­sta­wał pró­szyć, tak że do­tar­cie do celu za­jęło nam pra­wie pół­to­rej go­dziny. Ma­je­sta­tyczne wi­doki za­pie­rały jed­nak dech w pier­siach, tak że w ogóle nie czu­łem upływu czasu. Znowu mu­sie­li­śmy zdać się na nie­za­wodne Go­ogle Maps; mi­sja po­szu­ki­waw­cza gór­skiego domku, po­ło­żo­nego przy jed­nej z krę­tych dróg od­cho­dzą­cych od M-623, pro­wa­dzą­cej do pa­sma Gu­adar­rama z Na­va­cer­rady, bez po­mocy na­wi­ga­cji za­ję­łaby nam z pół dnia. Tak czy ina­czej jed­nak osta­tecz­nie do celu tra­fi­li­śmy bar­dziej tra­dy­cyjną me­todą - jak Tom­cio Pa­lu­szek wra­cał śla­dem okrusz­ków chleba, tak my po­dą­ży­li­śmy za dy­mem wy­do­by­wa­ją­cym się spo­mię­dzy drzew.

Wy­sia­dłem z auta i bar­dzo się ucie­szy­łem, że wzią­łem weł­nianą czapkę, którą zro­biła mi na dru­tach mama - przy­naj­mniej w uszy było mi cie­pło i mo­głem swo­bod­nie za­drzeć głowę, żeby po­dzi­wiać piękno kra­jo­brazu. Choć dzień był ciemny i po­nury, a za je­dyne to­wa­rzy­stwo mie­li­śmy nie­zmą­coną ci­szę, to gę­stwina dę­bów i so­sen przy­kry­tych nie­ska­zi­tel­nie białą pie­rzynką, ota­cza­jąca do­mek jakby żyw­cem wy­jęty z bajki, sta­no­wiła prze­cu­do­wny pej­zaż. Mia­łem wra­że­nie, że prze­nio­słem się do in­nego świata, jakby od Ma­drytu dzie­liły mnie ty­siące ki­lo­me­trów; mimo lo­do­wa­tego chłodu ogar­nęło mnie przy­jemne cie­pło.

Pchnę­li­śmy furtkę pro­wa­dzącą do ogrodu - praw­do­po­dob­nie ogrodu, bo tu­taj śnieg miał co naj­mniej czter­dzie­ści cen­ty­me­trów głę­bo­ko­ści; mu­sie­li­śmy prze­miesz­czać się szybko i ostroż­nie, żeby nie za­paść się po ko­lana.

- Wy­gląda na to, że ko­muś nie chciało się zła­pać za ło­patę i od­gar­nąć cho­ciaż tro­chę śniegu, żeby zro­bić ścieżkę do domu - szep­ną­łem dys­kret­nie do Ja­imego. - Nie jest to znowu ta­kie trudne, sam spo­koj­nie dał­bym radę. - I do­da­łem: - Można by po­my­śleć, że od­śnie­żyli wczo­raj wie­czo­rem i to przez noc tak na­pa­dało, ale obaj wiemy, że to nie­prawda.

- Wi­docz­nie nie wy­cho­dzą zbyt czę­sto - od­mruk­nął. - Może mają służbę od wszyst­kiego.

- Zbyt czę­sto może nie, ale cza­sem ktoś na pewno wy­cho­dzi, tam są ślady stóp i parę nie­do­pał­ków. Ma pan szczę­ście, tu­taj też palą, nie bę­dzie pan po­trze­bo­wał swo­jej prze­no­śnej po­piel­niczki. - Mało bra­ko­wało, a pu­ścił­bym do niego oko.

Do­brnę­li­śmy ja­koś do ganku i wci­snę­li­śmy gu­zik przy drzwiach, ale nie roz­legł się ża­den brzę­czyk. Już szy­ko­wa­łem się do pu­ka­nia, kiedy Ja­ime po­cią­gnął za wi­szącą na jed­nym z fi­la­rów linkę i roz­dź­wię­czał się dzwo­nek. Od razu usły­sze­li­śmy: "Już idę!" i oto w holu po­ja­wiła się Elena Mar­tín.

- Dzwo­nek nie działa - wy­ja­śniła prze­pra­sza­jąco. - Nie uru­cho­mi­li­śmy agre­gatu, jest w skła­dziku... - Wska­zała głową na szarą budę sto­jącą w od­le­gło­ści dzie­się­ciu me­trów. - ...i chwi­lowo nie mamy prądu.

Nie mo­głaby się wy­przeć sio­stry. Nie da­łoby się też zgad­nąć, która była star­sza, a która młod­sza. Ten sam ko­lor wło­sów, ten sam owal twa­rzy. Miała ciem­niej­sze oczy niż Ca­ro­lina, odro­binę szer­sze bio­dra, była nieco niż­sza, ale więk­szość cech wy­glądu wska­zy­wała, że mają tych sa­mych ro­dzi­ców. Przy­jęła nas w zno­szo­nych dżin­sach i czar­nym weł­nia­nym swe­trze z gol­fem i rę­ka­wami na­cią­gnię­tymi na dło­nie. Na jej twa­rzy ma­lo­wały się nie­po­kój i żal.

- Pro­szę, wejdź­cie pa­no­wie, sia­daj­cie przy ko­minku, żeby się za­grzać.

Już mia­łem sia­dać na zde­ze­lo­wa­nej so­fie wi­docz­nej w bla­sku ognia, je­dy­nego źró­dła świa­tła w po­miesz­cze­niu, ale Ja­ime pa­mię­tał o do­brych ma­nie­rach i naj­pierw nas przed­sta­wił:

- Dzień do­bry. Pani Mar­tín? In­spek­to­rzy Reyes i Serra. - Nie uści­ślił, że ja je­stem za­le­d­wie młod­szym in­spek­to­rem. - Chcie­li­by­śmy zło­żyć naj­szczer­sze kon­do­len­cje i po­dzię­ko­wać, że była pani tak miła po­świę­cić nam chwilę w tym jakże trud­nym cza­sie.

Po­tem już sie­dli­śmy, bo na­sza go­spo­dyni zwi­nęła się w kłę­bek na ka­na­pie obi­tej ta­pi­cerką w nie­modny kwie­ci­sty de­seń. Dys­kret­nie wy­ją­łem no­tes i ołó­wek.

Po­wie­trze było stę­chłe. Ro­zej­rza­łem się wo­kół, wy­tę­ża­jąc wzrok w pół­mroku. W stra­te­gicz­nych miej­scach stało co naj­mniej kilka po­piel­ni­czek, od wielu dni nie­opróż­nia­nych z nie­do­pał­ków, a po po­koju jak gdyby ni­gdy nic snuło się parę ko­tów. Po­czu­łem, że coś mnie uwiera w po­śla­dek, więc pod­nio­słem się tro­chę nad sie­dze­nie, wsu­ną­łem dłoń i wy­cią­gną­łem spo­mię­dzy po­duch garść łu­pin orze­chów. Za­czą­łem się za­sta­na­wiać, od jak dawna nikt tu nie sprzą­tał.

- Prawdę mó­wiąc, kiedy za­py­tali mnie pa­no­wie, czy mogą przy­je­chać po­roz­ma­wiać, nie mia­łam nic prze­ciwko, było mi to w za­sa­dzie obo­jętne. Ale chcia­ła­bym za­zna­czyć, że nie ro­zu­miem, po co się tu fa­ty­go­wa­li­ście. Moja sio­stra do­stała za­wału i je­dyne, na co mam te­raz ochotę, to le­żeć i pła­kać. - Oczy za­szły jej łzami. Pod­szedł do niej je­den z ko­tów, wzięła go na ko­lana i za­częła gła­skać. - Uwiel­biam koty, za­wsze są przy to­bie, kiedy ich po­trze­bu­jesz, a nie trzeba się na­ro­bić - mruk­nęła, gła­dząc ma­łego fu­trzaka.

- Do­sko­nale pa­nią ro­zu­miemy, pani Mar­tín, ale nie są­dzimy, żeby to był atak serca; do­prawdy nie wiem, dla­czego tak pani po­my­ślała. Nie mamy jesz­cze wy­ni­ków sek­cji zwłok, a w ta­kiej sy­tu­acji nie po­da­jemy na­wet przy­pusz­czal­nej przy­czyny śmierci, taki jest pro­to­kół - wy­ja­śnił Ja­ime. - Poza tym bar­dzo nas zdzi­wiło, że nikt z ro­dziny nie za­uwa­żył znik­nię­cia pani sio­stry, do­póki my jej nie zna­leź­li­śmy, dla­tego na­szym obo­wiąz­kiem jest za­da­nie kilku py­tań.

- Boże! - za­wo­łała, ła­piąc się za gar­dło. - Kiedy za­dzwo­nili i po­wie­dzieli, że moja sio­stra zmarła w domu, za­ło­ży­łam, że przy­czyną był za­wał, nie przy­szło mi na­wet do głowy szu­kać in­nych moż­li­wo­ści. - Za­le­wała się łzami. - I na­zy­wam się Elena, nie żadna pani Mar­tín, dziw­nie mi to brzmi - do­dała ża­ło­śnie, ale jakby my­ślała o czymś zu­peł­nie in­nym.

- W ta­kim ra­zie, pani Eleno, dla­czego nikt z ro­dziny nie zło­żył za­wia­do­mie­nia o za­gi­nię­ciu? Prze­cież to było Boże Na­ro­dze­nie. Nie do­ga­dy­wa­li­ście się do­brze? Nie mie­li­ście kon­taktu? Nie spę­dza­li­ście wspól­nie Wi­gi­lii?

Reyes znał już od Pi­lar od­po­wiedź na nie­które z tych py­tań, ale wo­lał usły­szeć je bez­po­śred­nio od sio­stry de­na­tki.

- Ależ skąd, bar­dzo się wszy­scy ko­cha­li­śmy, a z Ca­rol od za­wsze by­ły­śmy bli­sko - od­parła Elena, jesz­cze bar­dziej wy­cią­ga­jąc już i tak nie­wia­ry­god­nie dłu­ga­śne rę­kawy swe­tra. Kot ocie­rał się o miłą wełnę. - Moja matka od wielu lat cierpi na al­zhe­imera, za­zwy­czaj na­wet nas nie roz­po­znaje. To po­twor­nie smutne! A biedny tata jest taki stary, że już na­wet nie wia­domo, ile ma lat. Jesz­cze nie wie o śmierci Ca­ro­liny i na ra­zie nie za­mie­rzam mu o tym mó­wić. - Urwała, żeby otrzeć łzy rę­ka­wem. - Wi­gi­lię spę­dzam u mo­jego chło­paka, a Ca­rol już od dawna woli sie­dzieć wtedy sama w domu. Ro­dzinne ob­chody ro­bimy w pierw­szy dzień świąt.

- I nie była pani za­nie­po­ko­jona? - spy­tał Ja­ime.

- Szcze­rze mó­wiąc to nie. Była u mnie w ze­szłą środę i po­wie­działa, że prze­pro­wa­dza się do Lon­dynu. Za­pro­siła nas na obiad i wspo­mniała, że Boże Na­ro­dze­nie spę­dzimy wspól­nie, jak za­wsze. Kiedy się nie po­ja­wiła, za­czę­łam do niej dzwo­nić. Nie od­bie­rała, więc uzna­łam, że zde­cy­do­wała się jed­nak prze­ło­żyć lot i jest już w dro­dze do An­glii. Mó­wiła mi, że może po­je­dzie wcze­śniej, żeby się nie stre­so­wać. My­śla­łam, że od­dzwoni do mnie po wy­lą­do­wa­niu w Lon­dy­nie.

- W ta­kim ra­zie ostatni raz wi­działa pani sio­strę dwu­dzie­stego pierw­szego grud­nia, zga­dza się?

Pod­czas gdy ona prze­pro­wa­dzała w my­ślach ob­li­cze­nia, in­spek­tor za­py­tał, czy może za­pa­lić. Po­my­śla­łem, że przy tym smro­dzie zle­ża­łych pe­tów i zwie­rząt w nie­wie­trzo­nych po­miesz­cze­niach, nie zrobi to już więk­szej róż­nicy.

- Oczy­wi­ście, pro­szę bar­dzo. By­ła­bym też wdzięczna, gdyby mnie pan po­czę­sto­wał. Skoń­czyły mi się pa­pie­rosy, więc do­póki nie wróci Pe­dro, je­stem zgu­biona. - Pró­bo­wała się uśmiech­nąć, ale jej twarz skrzy­wiła się w kosz­mar­nym gry­ma­sie. - I tak, roz­ma­wia­ły­śmy jesz­cze przez te­le­fon, ale wtedy wi­dzia­ły­śmy się po raz ostatni.

- Oczy­wi­ście, nie ma sprawy. Pro­szę się czę­sto­wać do woli. - Po­ło­żył paczkę na sto­liku, przez który prze­bie­gał aku­rat mały pa­ją­czek. - Ro­zu­miem więc, że pani sio­stra była osobą im­pul­sywną, po­dej­mo­wała de­cy­zje spon­ta­nicz­nie i bez kon­sul­ta­cji z ni­kim?

- Wręcz prze­ciw­nie, była osobą bar­dzo skru­pu­latną i zor­ga­ni­zo­waną. W in­nych oko­licz­no­ściach bar­dzo bym się de­ner­wo­wała, ale tym ra­zem było ina­czej. - Wy­dmuch­nęła chmurę dymu.

- Dla­czego? Czy sio­stra w ostat­nich ty­go­dniach była bar­dziej ner­wowa, nie­spo­kojna niż zwy­kle?

- Nie mar­twi­łam się, bo bar­dzo za­le­żało jej na wy­jeź­dzie. Po­wie­działa mi, że chce jak naj­szyb­ciej za­cząć nowe ży­cie, jak naj­da­lej od Ma­drytu. A co do tego, czy Ca­rol była ostat­nio ner­wowa... Prze­ciw­nie, pro­mie­niała i była oazą spo­koju. Miała wy­raź­nie okre­ślone cele.

- Ko­ja­rzy pani, czy do­znała może ja­kie­goś za­wodu mi­ło­snego? Po­sprze­czała się z part­ne­rem? Nie wiem, co­kol­wiek, co mo­głoby ją skło­nić do ucieczki. Pro­szę się za­sta­no­wić, może w tym kie­runku po­win­ni­śmy szu­kać.

Ja­ime pró­bo­wał wy­wę­szyć, czy de­na­tka była z kimś w związku.

- Za­wód... na pewno nie. Po­wie­dzia­łaby mi. - Zdu­siła nie­do­pa­łek w po­piel­niczce. Wy­glą­dała na po­twor­nie zmę­czoną.

- Czyli był ja­kiś part­ner - pod­chwy­cił in­spek­tor.

- ...Nie, nie, skąd! Żad­nych part­ne­rów.

Od­po­wiedź pa­dła jed­nak po nieco zbyt dłu­giej pau­zie. Elena znowu za­częła gła­skać ko­ciaka.

- Może miała ja­kieś pro­blemy w pracy albo po­kłó­ciła się z ko­le­żanką - rzu­cił Ja­ime, ale nie uzy­skał od­po­wie­dzi, więc drą­żył da­lej. - Jak do­ga­dy­wała się z Gu­il­ler­mem Grauem? I z jego sy­nem?

- Gu­il­lermo trak­to­wał Ca­ro­linę jak córkę, a je­śli cho­dzi o Ber­narda, to łą­czyły ich dość chłodne sto­sunki. Wła­ści­wie ni­gdy o nim nie wspo­mi­nała, a kiedy już jej się zda­rzyło, wy­po­wia­dała się o nim z po­gardą.

Elena nie na­le­żała do wy­lew­nych, więc in­spek­tor po­sta­no­wił spró­bo­wać jesz­cze ina­czej.

- A co może nam pani po­wie­dzieć o bra­ta­ni­cach Gu­il­lerma Graua? Przy­jaź­niły się z pani sio­strą?

Elena po­ru­szyła się i usia­dła pro­sto. Reyes ewi­dent­nie do­brze tra­fił.

- Ach, te ję­dze! - za­wo­łała. I znowu wy­cią­gnęła rę­kawy. - Ca­ro­lina jest dla nich bar­dziej wy­ro­zu­miała niż ja; zresztą nie może ina­czej. Ja nie mam do nich cier­pli­wo­ści. To na­dęte idiotki. W mło­do­ści czę­sto gdzieś ra­zem wy­cho­dzi­ły­śmy, ale ja wolę się trzy­mać od nich z da­leka. - Elena jakby za­po­mniała, że jej sio­stra nie żyje, zu­peł­nie się zmie­niła, kiedy mó­wiła o tych dwóch. - Z Car­lotą czę­sto grała w golfa, zresztą obie miesz­kały w Los Ce­re­zos. Mer­ce­des musi ja­koś zno­sić, wie pan, ze względu na Mi­gu­ela. - Za­pa­liła ko­lej­nego pa­pie­rosa.

- Przy­kro mi, ale nie wiemy, kim jest Mi­guel.

- Don Mi­guel Gó­mez-Cu­ervo de Gu­evara, mar­kiz. Poza tym jest fi­nan­si­stą i zna­nym po­li­ty­kiem. Bo­ha­ter na­ro­dowy - po­wie­działa z prze­sadną pom­pa­tycz­no­ścią, nie kry­jąc po­gardy.

- Ché! - za­wo­ła­łem. - Se­kre­tarz ge­ne­ralny par­tii Bu­du­jemy? Szybko ro­sną w siłę w Ma­dry­cie. Ro­bią nie­złe za­mie­sza­nie. Jak tak da­lej pój­dzie, wy­grają naj­bliż­sze wy­bory - opo­wia­da­łem z en­tu­zja­zmem, pod­nie­cony naj­mniej­szą choćby moż­li­wo­ścią po­zna­nia tego fa­ceta.

- Co bę­dzie ozna­czało jesz­cze wię­cej wła­dzy dla wszech­moc­nego pana Graua - skwi­to­wała Elena i wy­ja­śniła. - Mar­kiz Mi­guel Gó­mez-Cu­ervo de Gu­evara jest ma­rio­netką Gu­il­lerma Graua. I nie jest to tylko moja opi­nia, sły­sza­łam to od sa­mej Ca­rol i je­stem ab­so­lut­nie prze­ko­nana, że tak jest.

Te­mat rodu Grauów nie­spo­dzie­wa­nie dał Ele­nie za­strzyk no­wej ener­gii. Za­le­żało nam, żeby zdra­dziła nam wszyst­kie smaczki, bo lep­sze po­zna­nie tych lu­dzi mo­gło oka­zać się klu­czowe dla sprawy. A je­śli na­wet nie, to przy­naj­mniej za­spo­ko­iłoby moją nie­zdrową cie­ka­wość.

In­tymną roz­mowę prze­rwał nam jed­nak war­kot zbli­ża­ją­cego się mo­to­cy­klu. Mo­tor za­trzy­mał się i za­par­ko­wał koło peu­ge­ota. Kie­rowca ru­szył do domu dłu­gimi, szyb­kimi su­sami, tak samo jak my wcze­śniej, żeby nie za­paść się w śnieg.

Nie wsta­jąc z ka­napy, Elena za­wo­łała ra­do­śnie:

- Pe­dro!

Chło­pak przy­trzy­mał mię­dzy no­gami pa­pie­rową torbę, żeby zdjąć rę­ka­wiczki, po­ło­żył kask na pod­ło­dze przy drzwiach i otrze­pał śnieg z pu­chówki, na któ­rej wid­niało logo fran­cu­skiej marki. Wziął torbę i po­szedł do kuchni. Po chwili wró­cił z kar­to­nem pa­pie­ro­sów i wy­jął jedną paczkę. Resztę po­ło­żył na gzym­sie za­ku­rzo­nego ko­minka. W oczach Eleny bły­snęły iskierki za­chwytu. Chło­pak pod­szedł do niej, po­ca­ło­wał z czu­ło­ścią i po­gła­dził po twa­rzy. Był przy­stojny i do­brze zbu­do­wany. Miał na so­bie zno­szone dżinsy, a na no­gach ocie­plane fu­ter­kiem buty z logo Ugg, tak jak jego dziew­czyna. Przez plecy prze­wie­sił ni­czym gi­tarę wielką sied­mio­ki­lową szynkę. Elena do­ko­nała pre­zen­ta­cji:

- Pe­dro Mu­?oz, mój chło­pak. Miesz­kamy ra­zem od po­nad pięt­na­stu lat. To dzięki niemu ja­koś zno­szę te straszne chwile. - I za­lała się łzami.

On znowu za­sy­pał ją po­ca­łun­kami i piesz­czo­tami, nie od­stę­po­wał jej na krok. Sie­dział przy niej na po­rę­czy sofy.

- Nie spo­dzie­wa­li­śmy się was tak wcze­śnie. Są­dzi­li­śmy, że przy­je­dzie­cie wie­czo­rem. - Chło­pak spra­wiał wra­że­nie nieco skon­ster­no­wa­nego.

- I tak je­ste­śmy póź­niej, niż pla­no­wa­li­śmy. Je­cha­li­śmy dłu­żej przez ten śnieg - po­wie­dzia­łem, żeby włą­czyć się do roz­mowy. - Roz­ma­wia­li­śmy wła­śnie o ro­dzi­nie Grau. Po­do­bno byli bli­sko zwią­zani z pań­ską szwa­gierką.

- Ja­sne, nie ma pro­blemu, każda pora nam pa­suje - od­parł z uśmie­chem i cią­gnął. - Ach, Grau­owie, cie­kawa ro­dzinka, my też się z nimi do­brze znamy, czy ra­czej zna­li­śmy. Nie je­ste­śmy na ich po­zio­mie, łą­czy nas brak za­in­te­re­so­wa­nia sobą na­wza­jem.

- A to co? - prze­rwała mu Elena, pa­trząc na szynkę i kar­ton pa­pie­ro­sów. Roz­mowa o Grau­ach mu­siała chwilę po­cze­kać.

- Chcia­łem ci zro­bić nie­spo­dziankę. Wy­gra­łem lo­te­rię w Su­per­co­rze i zo­bacz, co się nam tra­fiło. Może się tro­chę uśmiech­niesz. - I znowu ją po­ca­ło­wał.

Mój szef prze­rwał tę ro­man­tyczną scenę.

- Prze­pra­szam, mógł­bym pro­sić o szklankę wody? W gar­dle mi za­schło od pa­pie­ro­sów. Jak wi­dać, pa­li­li­śmy bez prze­rwy. - Po­ka­zał na naj­bliż­szą po­piel­niczkę.

- Przy­wio­złem po­siłki - po­wie­dział Pe­dro, zer­ka­jąc na kar­ton pa­pie­ro­sów - i już panu przy­no­szę wodę. Za­pro­po­no­wał­bym na­par z lipy, ale nie mamy jak za­go­to­wać wody.

Za­czął się pod­no­sić z po­rę­czy ka­napy, ale Ja­ime go uprze­dził.

- Pro­szę się nie kło­po­tać, wi­dzia­łem, że kuch­nia jest tu obok, sam so­bie na­leję. Pan niech le­piej zo­sta­nie z na­rze­czoną, po­trze­buje pana te­raz. - I wy­szedł, nie cze­ka­jąc na od­po­wiedź.

- Szklanki są w tej szafce nad zle­wem - za­wo­łała za nim Elena.

Ja­ime wró­cił ze szklanką i za­uwa­ży­łem, że roz­ma­wia­jąc, pra­wie w ogóle nie pił. Naj­waż­niej­sze te­maty zo­stały już wi­docz­nie po­ru­szone. Wy­chy­lił wodę dusz­kiem i do­my­śli­łem się, że na­sza wi­zyta do­biega końca.

- Je­stem pań­stwu nie­zmier­nie wdzięczny za współ­pracę. - Wy­cią­gnął rękę i uci­snął dło­nie im obojgu. - A pani, pani Eleno, ży­czę dużo siły w tych trud­nych chwi­lach.

Po­że­gnali się uprzej­mie, ale nie od­pro­wa­dzili nas do drzwi. Zo­stali ra­zem na tam­tej sta­rej so­fie. Uzna­łem, że nie ma co ocze­ki­wać od tych dwojga pod­nie­sie­nia się i przej­ścia sze­ściu kro­ków - to zbyt wy­ma­ga­jące za­da­nie dla ta­kich leni.

Mu­sia­łem omó­wić z Ja­imem całą masę rze­czy, ale nie chcia­łem wyjść na ką­pa­nego w go­rą­cej wo­dzie, więc uru­cho­mi­łem la­winę py­tań do­piero w sa­mo­cho­dzie. Wie­dzia­łem, że mu­szę je daw­ko­wać, żeby się nie zde­ner­wo­wał. Wy­trzy­ma­łem aż do uru­cho­mie­nia sil­nika.

- Po co chciał pan pójść do kuchni?

- Bo tam Pe­dro po­szedł za­raz po przyj­ściu do domu. - I za­my­ślił się.

- To nor­malne. Miał ciężką torbę z za­ku­pami, mu­siał gdzieś ją zo­sta­wić. Cho­ciaż, z dru­giej strony, mieli tam taki syf i baj­zel, że rów­nie do­brze mógłby ją rzu­cić na pod­łogę, koło ka­sku.

- No wła­śnie, skoro wszystko le­żało gdzie po­pad­nie, a on za­dał so­bie trud, żeby za­nieść torbę do kuchni, to dla­tego, że nie spo­dzie­wał się nas tam za­stać i zro­bił wszystko, że­by­śmy jej nie zo­ba­czyli.

- Jezu, niech mi szef na­tych­miast po­wie, co tam było! - po­wie­dzia­łem bła­gal­nie.

- Nie udało mi się spraw­dzić - od­parł ze smut­kiem.

- Co za szkoda! Przy­da­łoby nam się po­znać jej za­war­tość.

- Ejże, Ma­no­lito, my­ślisz, że pi­łem z tej uświ­nio­nej szklanki zu­pełne na darmo? - I za­śmiał się szel­mow­sko. - No do­brze, do­brze... Był tam szam­pan, Dom Pe­ri­gnon. Zdaje się, że naj­tań­sze bu­telki za­czy­nają się od stu pięć­dzie­się­ciu euro. I co ty na to? Szwa­gierka umiera, a on przy­nosi do domu eks­klu­zywną szynkę i dro­giego szam­pana. Ewi­dent­nie ce­nią so­bie luk­sus, ale rów­nie bar­dzo nie lu­bią sprzą­tać.

- Ko­leś twier­dził, że wy­grał na lo­te­rii. Może rze­czy­wi­ście mu się po­szczę­ściło. Cho­ciaż z dru­giej strony ta kurtka i buty... Ta­kich mar­ko­wych ciu­chów nie kupi się na ba­za­rku. - Wy­su­ną­łem ko­lejną hi­po­tezę: - Może Pe­dro chciał jej się oświad­czyć i ku­pił je­dze­nie na ro­man­tyczną ko­la­cję?

- Na­prawdę my­ślisz, że ko­leś w ta­kiej chwili po­pro­siły swoją dziew­czynę o rękę? Mu­siałby być to­tal­nym de­bi­lem. - I znowu po­grą­żył się w mil­czą­cej za­du­mie.

- Wspo­mi­nał szef wcze­śniej, że­bym mó­wił na głos wszystko, co mi przy­cho­dzi do głowy, na­wet naj­bar­dziej sza­lone po­my­sły, więc to wła­śnie te­raz ro­bię.

- Masz ra­cję, Ma­no­lito, prze­pra­szam. Zresztą nie­wy­klu­czone, że fa­cet jest pół­głów­kiem.

- A za­uwa­żył szef, jak Ele­nie się za­świe­ciły oczy na wi­dok tego kar­tonu fa­jek? Była za­chwy­cona.

- Ra­czej za­sko­czona - po­pra­wił mnie. - Wy­raź­nie się za­sta­na­wiała, skąd wy­trza­snął pie­nią­dze. Są to­tal­nie spłu­kani... I naj­wy­raź­niej nie prze­pa­dają za pracą.

- Nie od­niósł szef wra­że­nia, że Elena pró­bo­wała zmie­nić te­mat, kiedy Pe­dro miał nam coś po­wie­dzieć o Grau­ach? Czy wy­my­śli­łem to so­bie?

- Nie, nie wy­my­śli­łeś so­bie. Też zwró­ci­łem na to uwagę. - Za­trzy­mał sa­mo­chód. - Wy­sia­daj, pój­dziesz tam i do­wiesz się, czy była ja­kaś lo­te­ria. Je­śli tak, w co szcze­rze wąt­pię, spy­taj, kto wy­grał. Ja so­bie za­palę i na cie­bie po­cze­kam.

Wyj­rza­łem przez okno i zo­ba­czy­łem szyld sklepu: Su­per­cor. Tak się roz­ga­da­łem, że na­wet nie za­uwa­ży­łem, kiedy Ja­ime wpi­sał ad­res w Go­ogle Maps. Sły­sza­łem in­struk­cje lek­torki, żeby skrę­cić to w lewo, to w prawo, ale za­ło­ży­łem, że pro­wa­dzi nas do re­stau­ra­cji, w któ­rej we­dług Rey­esa ser­wo­wano ta­kie steki, że palce li­zać.

Wró­ci­łem do sa­mo­chodu bie­giem, po czę­ści dla­tego, że na­dal było po­twor­nie zimno, ale przede wszyst­kim z eks­cy­ta­cji:

- Sze­fie, sze­fie! Ka­sjerka mówi, że pra­cuje tu od pię­ciu lat i w ży­ciu nie sły­szała, żeby ro­bili tu ja­ką­kol­wiek lo­te­rię, a tym bar­dziej żeby ktoś wy­grał wy­tworną szynkę i dom pe­ri­gnona.

- To wszystko wska­zuje nam na to, że fa­cet kła­mie, a ona też coś ukrywa - oznaj­mił Reyes, przy­gry­za­jąc dolną wargę.

- Dla­czego tak szef my­śli?

- Bo zbyt długo za­wa­hała się przed od­po­wie­dzią na py­ta­nie o chło­paka, a poza tym zdzi­wiła się na wi­dok zbyt­kow­nych za­ku­pów. Je­śli do­damy do tego, że nie chciała roz­ma­wiać przy nim o Grau­ach, to sprawa robi się już zu­peł­nie ja­sna, ma coś do ukry­cia. Sy­tu­acja się roz­kręca, Ma­no­lito, robi się go­rąco! - Wy­szarp­nął z kie­szeni ko­mórkę. - Je­dziemy na steki!

Le­ni­stwo

Kiedy Elena się uro­dziła, ro­dzice uznali ją za bło­go­sła­wień­stwo. Była ślicz­nym blond bo­ba­skiem, który pra­wie w ogóle nie pła­kał i po­zwa­lał im prze­sy­piać nie­mal całe noce jed­nym cią­giem. Żad­nej kolki, żad­nego kar­mie­nia w środku nocy, żad­nych za­pa­leń oskrze­li­ków, żad­nych wy­cie­czek na izbę przy­jęć. Cał­ko­wite prze­ci­wień­stwo star­szej córki, Ca­ro­liny, która skoń­czyła wła­śnie dwa lata i była dziec­kiem sła­bym i cho­ro­wi­tym, wy­ma­ga­ją­cym cią­głej opieki i tro­ski.

Ale obie có­reczki sta­no­wiły źró­dło szczę­ścia pani Mar­tín. Dwie sio­stry, my­ślała so­bie, do­kład­nie to, czego ona za­wsze pra­gnęła. Wie­działa, że po Ele­nie nie bę­dzie już miała po­tom­stwa; nie z braku chęci, bo uwiel­biała dzieci, ale mę­żow­ska pen­sja dy­rek­tora fi­lii banku nie po­zwo­li­łaby im na po­kry­cie kosz­tów edu­ka­cji na naj­wyż­szym po­zio­mie, ja­kiej pra­gnęła dla swo­ich có­rek. Pra­gnęła, żeby dziew­czynki skoń­czyły stu­dia i mo­gły utrzy­my­wać się z pracy za­wo­do­wej, a nie spę­dzać dni na sprzą­ta­niu i za­ła­twia­niu spra­wun­ków, nie otrzy­mu­jąc za to ani pe­sety.

Za­pi­sali je do szkoły nie­miec­kiej z lek­cjami fran­cu­skiego, a po­po­łu­dniami uczęsz­czały do pre­sti­żo­wej aka­de­mii ba­le­to­wej. W so­boty dziew­czynki cho­dziły na for­te­pian, a w nie­dziele na te­nisa. Jed­nak na­dzieje po­kła­dane przez pa­nią Mar­tín w młod­szej córce oka­zały się płonne - w wieku dzie­wię­ciu lat Elena od­mó­wiła wy­ko­na­nia choć jed­nego kroku ba­le­to­wego. Twier­dziła, że od tań­cze­nia w po­in­tach bolą ją palce, więc nie za­mie­rza kon­ty­nu­ować, cho­ciaż na­uczy­cielka twier­dziła, że ma pre­dys­po­zy­cje do ba­letu. To samo stało się z mu­zyką i te­ni­sem. Nic nie mo­gło jej za­do­wo­lić. Naj­chęt­niej le­żała w łóżku, czy­ta­jąc ko­miksy, albo oglą­dała ulu­bione se­riale w te­le­wi­zji. Znowu cał­ko­wite prze­ci­wień­stwo Ca­ro­liny, która mu­siała zre­zy­gno­wać z za­in­te­re­so­wań z po­wodu prze­pro­wa­dzo­nej w ostat­niej chwili ope­ra­cji wy­cię­cia mig­dał­ków. Po dłu­gich piel­grzym­kach do róż­nych le­ka­rzy zdia­gno­zo­wano w końcu ropne za­pa­le­nie, które wy­wo­łało go­rączkę reu­ma­tyczną, a w kon­se­kwen­cji chro­niczny ból głowy unie­moż­li­wia­jący nor­malne ży­cie. Biedna dziew­czynka od chwili na­ro­dzin nie­mal co­dzien­nie miała do czy­nie­nia z le­ka­rzami. Kiedy w końcu do­szła do sie­bie, wró­ciła do wszyst­kich prze­rwa­nych ak­tyw­no­ści i stała się osobą pełną ży­cia i pa­sji.

W miarę jak sio­stry do­ra­stały, po­więk­szały się róż­nice cha­rak­te­ro­lo­giczne mię­dzy nimi. Elena spra­wiała cią­głe pro­blemy. Ob­le­wała wszyst­kie eg­za­miny, więc pań­stwo Mar­ti­no­wie mu­sieli prze­nieść ją do in­nej szkoły. I co­raz bar­dziej się mar­twili. Matka bez dłuż­szego na­my­słu wy­słała młod­szą córkę do psy­chia­try na te­sty in­te­li­gen­cji; są­dziła, że jej pro­blemy wy­ni­kają z ogra­ni­czeń in­te­lek­tu­al­nych, z któ­rymi mała nie po­trafi so­bie po­ra­dzić. Wy­niki oka­zały się bar­dzo po­ucza­jące, a opi­nia le­ka­rza szczera i jed­no­znaczna: "Ilo­raz in­te­li­gen­cji Eleny pla­suje się na śred­nim po­zio­mie. Słabe wy­niki w na­uce spo­wo­do­wane są trud­no­ściami ze sku­pie­niem uwagi, które cza­sami mają źró­dło w in­nych pro­ble­mach. Jed­nak w przy­padku pań­stwa córki przy­czyna jest pro­za­iczna: Elena jest naj­zwy­czaj­niej w świe­cie le­niwa". W ob­li­czu nie­zbi­tych do­wo­dów matka mu­siała po­go­dzić się z rze­czy­wi­sto­ścią. Kiedy Elena się prze­bie­rała, rzu­cała ubra­nia na pod­łogę i ni­gdy ich nie zbie­rała; nie od­kła­dała ksią­żek na re­gał, jej buty wa­lały się w naj­dziw­niej­szych miej­scach i nie po­ma­gała na­wet przy naj­drob­niej­szych pra­cach w domu. A co naj­gor­sze, wi­dać było jak na dłoni, że zu­peł­nie nie prze­szka­dza jej ży­cie w ta­kim chle­wie. Ca­ro­lina czę­sto kryła sio­strę, sprzą­ta­jąc po niej, żeby znowu nie do­stała bury od ro­dzi­ców.

Wie­czo­rami Elena wi­siała na te­le­fo­nie z ko­le­żan­kami i udzie­lała im rad na każdy te­mat. Lu­biła wy­cho­dzić z nimi na mia­sto i spę­dzać czas na nie­koń­czą­cych się po­ga­węd­kach w ka­wiarni. Od czasu do czasu spo­ty­kała się z chło­pa­kami, ale związki te ni­gdy nie trwały długo. "Po­twor­nie mi się nu­dzą", ma­wiała.

Kiedy Elena za­częła po kry­jomu po­pa­lać w sy­pialni, Ca­ro­lina uznała, że czas naj­wyż­szy spać osobno, więc ro­dzice przy­go­to­wali jej je­den z wol­nych po­ko­jów. Przez lata mię­dzy sio­strami po­wstała jed­nak tak silna więź, że Ca­ro­lina czuła się w obo­wiązku chro­nić sio­strę. Może i była słab­sza fi­zycz­nie, ale znacz­nie sil­niej­sza na po­zio­mie psy­chicz­nym, dla­tego wciąż od­ra­biała za nią lek­cje i kryła przed ro­dzi­cami. Elena była jej bar­dzo wdzięczna i po­dzi­wiała sio­strę za jej wy­trwa­łość w dą­że­niu do celu; wciąż po­wta­rzała, że jest kimś wy­jąt­ko­wym i da­leko zaj­dzie. Ca­ro­lina opo­wia­dała jej o swo­ich pla­nach na przy­szłość, a ona słu­chała uważ­nie, ale prze­strze­gała: "Uwa­żaj, sio­strzyczko, bo je­steś obrzy­dli­wie ide­alna, a więk­szość osób tego nie lubi". Elena wie­działa, że są z zu­peł­nie in­nych świa­tów, ale czuła dumę z bla­sku bi­ją­cego od Ca­ro­liny. Sama ni­gdy nie chciała być jak sio­stra, ma­rzyła tylko o tym, żeby wszy­scy dali jej święty spo­kój. Nie dało się jed­nak za­prze­czyć, że sio­stry bar­dzo się ko­chały.

Kiedy Elena zdała we wrze­śniu eg­za­miny na ko­niec li­ceum, po tym jak po­wta­rzała ostat­nią klasę, matka i sio­stra na­ma­wiały ją, żeby po­szła na psy­cho­lo­gię. Tłu­ma­czyły, że ten kie­ru­nek stu­diów naj­le­piej do niej pa­suje, że po­trafi świet­nie do­ra­dzać, a poza tym uwiel­bia słu­chać. W końcu udało im się ją prze­ko­nać i za­pi­sała się na uczel­nię.

Ca­ro­lina stu­dio­wała już wtedy rów­no­le­gle eko­no­mię i prawo, każdy se­mestr koń­cząc z naj­lep­szymi wy­ni­kami. In­te­li­gen­cja i atrak­cyjny wy­gląd za­pew­niały jej duże po­wo­dze­nie u płci mę­skiej, ale bu­dziły też za­wiść ko­le­ża­nek. Ona jed­nak nie zda­wała so­bie z tego sprawy i z uśmie­chem na ustach po­ży­czała im no­tatki. Osią­gnęła tym jed­nak tylko to, że stu­dentki były o nią jesz­cze bar­dziej za­zdro­sne i za jej ple­cami ko­men­to­wały zło­śli­wie: "Cho­dzący z niej ideał". Ale Ca­ro­lina na­dal ślepo ufała swoim, jak są­dziła, przy­ja­ciół­kom.

Kiedy star­sza z sióstr Mar­tín była na przed­ostat­nim roku stu­diów, pod­czas eg­za­minu z prawa po­dat­ko­wego jej naj­lep­sza przy­ja­ciółka, Adela, sie­dząca dwa miej­sca od niej (krze­sło na środku mu­siało zo­stać pu­ste), po­pro­siła ją szep­tem, żeby dała jej ścią­gnąć: "Po­daj część prak­tyczną, bła­gam". Ca­ro­lina nie wa­hała się ani chwili i spryt­nie pod­su­nęła jej jedną z kar­tek. Adela scho­wała ją pod swoim ar­ku­szem eg­za­mi­na­cyj­nym i za­częła skru­pu­lat­nie prze­pi­sy­wać.

Kiedy jed­nak przy­szło do prze­ka­za­nia kartki z po­wro­tem, Adela nie po­ra­dziła so­bie tak spraw­nie jak Ca­ro­lina. Pro­fe­sor sta­nął przed nią i rzu­cił: "Pani ściąga. Pro­szę opu­ścić salę". Adela wstała, wy­ce­lo­wała oskar­ża­jąco pa­lec w przy­ja­ciółkę i oznaj­miła: "Ona też ścią­gała!". Ca­ro­lina po­czuła na karku zimny pot i zmar­twiała. Pro­fe­sor spoj­rzał na nią i po­wtó­rzył: "Pa­nią rów­nież pro­szę o opusz­cze­nie sali". Na­wet nie pró­bo­wała się bro­nić, ze­szła po schod­kach i za­mknęła za sobą drzwi.

Ni­gdy nie do­cze­kała się z ust rze­ko­mej przy­ja­ciółki "prze­pra­szam" ani "przy­kro mi". Adela uda­wała, że nic się nie stało, więc Ca­ro­lina też nie wra­cała do tego te­matu. Po­tem zda­rzały się ko­lejne nie­przy­jemne hi­sto­rie. Ko­le­żanki zro­biły im­prezę, na któ­rej byli też chłopcy, i oczy­wi­ście nie za­pro­siły Ca­ro­liny. Do­wie­działa się o tym kilka dni póź­niej, a cho­ciaż każda zrzu­cała winę na inną ("My­śla­łam, że Adela ci po­wie­działa"), Ca­ro­lina wie­działa, że to nie­prawda. Piękny świat, w któ­rym do­tych­czas żyła, za­czy­nał się wa­lić. Te roz­cza­ro­wa­nia sta­no­wiły dla niej jed­nak pierw­szą praw­dziwą lek­cję ży­cia: im mniej bę­dzie ufała in­nym, tym le­piej. Opo­wie­działa o tym tylko swo­jej sio­strze, która, roz­wa­lona na łóżku, wy­słu­chała jej z obu­rze­niem i skar­ciła: "Straszne z nich pizdy, ale ty je­steś na­iw­niara. Do­ro­śnij".

Ca­ro­lina za­li­czyła ten rok z wy­róż­nie­niem i we wrze­śniu po­sta­no­wiła wy­ko­rzy­stać oka­zję, która aku­rat jej się tra­fiła: sty­pen­dium na kurs hi­sto­rii sztuki we Wło­szech. Nie miało to nic wspól­nego z tym, czego do­tych­czas się uczyła, ale za­wsze czuła po­ciąg do kre­atyw­nych dzie­dzin ży­cia. Poza tym uznała, że do­brze jej zrobi, je­śli na kilka mie­sięcy ode­tnie się od wszyst­kiego i wszyst­kich, żeby jej rany mo­gły się za­bliź­nić. Ostatni rok ma­gi­sterki mógł tro­chę za­cze­kać.

Tym­cza­sem Elena rzu­ciła uczel­nię już po dru­gim roku. Nie za­li­czyła pra­wie żad­nego przed­miotu, z wy­jąt­kiem tych, które na­prawdę lu­biła. Jed­nak te, do któ­rych mu­siała choć tro­chę przy­siąść, sta­wały jej ko­ścią w gar­dle. Stu­dia psy­cho­lo­giczne na coś jej się jed­nak przy­dały - to tam po­znała "męż­czy­znę swo­jego ży­cia", jak za­wsze o nim mó­wiła. Pe­dro Mu­?oz był przy­stoj­nym chło­pa­kiem, pa­sjo­na­tem sportu i mar­ko­wych ciu­chów. Grał w nogę, ska­kał ze spa­do­chro­nem i ści­gał się na mo­to­cy­klach. Po­cho­dził z za­moż­nej ro­dziny i zo­stał wy­słany na stu­dia wbrew swo­jej woli. Nie mógł wy­ba­czyć krew­nym tego brze­mie­nia, które po­ło­żyli mu na bar­kach. Eg­za­miny na ko­niec li­ceum zdał za trze­cim po­dej­ściem, a kie­ru­nek stu­diów wy­brał po od­rzu­ce­niu wszyst­kich in­nych opcji, by­naj­mniej nie z po­wo­ła­nia. Kiedy po­znał Elenę, prze­pro­sił się z ro­dzi­cami. Był z nią szczę­śliwy i od chwili, gdy pierw­szy raz za­mie­nili słowo, wie­dział, że od­na­lazł swoją drugą po­łówkę.

Stali się nie­roz­łączni, ale za­miast cho­dzić na za­ję­cia, prze­sia­dy­wali bez końca w jed­nej i tej sa­mej ka­wiarni, i tam, mię­dzy ko­lej­nymi wy­pa­la­nymi pa­pie­ro­sami, go­dziny prze­la­ty­wały im jak mi­nuty; ga­dali o ty­siącu spraw, te­maty ni­gdy się nie koń­czyły. Tak mi­nęły im dwa lata, ale w końcu uznali, że stu­dia to tylko strata czasu, więc wspól­nie z nich zre­zy­gno­wali.

Naj­pierw wy­my­ślili, że otwo­rzą firmę zaj­mu­jącą się po­szu­ki­wa­niem za­to­pio­nych skar­bów. Uznali, że to jesz­cze mało zgłę­biona branża, a wy­ma­ga­jąca mi­ni­mal­nej in­we­sty­cji: wy­star­czy wy­na­jąć sta­tek i sprzęt do nur­ko­wa­nia, a po­tem już samo bę­dzie się krę­ciło. Roz­wa­żali Ta­rifę, po­tem skła­niali się bar­dziej ku Kar­ta­ge­nie, a w końcu sta­nęło na Dénii, bo było tam znacz­nie bli­żej, a więc wy­god­niej. Ro­dziny obojga zła­pały się za głowę, kiedy usły­szały o tym sza­lo­nym po­my­śle. Pe­dro sprze­dał jed­nak ba­jeczkę babci, bo wie­dział, że ona mu nie od­mówi, i tak po­zy­skali fun­du­sze.

To pierw­sze przed­się­wzię­cie za­koń­czyło się spek­ta­ku­larną ka­ta­strofą, ale co do jed­nego mieli ra­cję: przy­naj­mniej nie stra­cili dużo pie­nię­dzy. Po trzech mie­sią­cach byli z po­wro­tem w Ma­dry­cie.

Kel­ne­ro­wali w ba­rze z ham­bur­ge­rami, ale po czte­rech dniach Elena zwich­nęła staw sko­kowy i ka­zała so­bie wsa­dzić stopę w gips; chciała mieć pew­ność, że do­brze się za­goi i nie będą jej gro­ziły żadne ne­ga­tywne dłu­go­fa­lowe skutki. Do­stała zwol­nie­nie na cztery ty­go­dnie, a Pe­dro nie mógł jej zo­sta­wić sa­mej w tak trud­nych chwi­lach. Wła­ści­ciele re­stau­ra­cji wo­leli w tej sy­tu­acji ich zwol­nić.

Te po­rażki ich jed­nak nie znie­chę­ciły. Każdy po­peł­nia błędy, ale naj­waż­niej­sze, żeby wy­cią­gnąć z nich na­ukę. Mu­sieli zna­leźć coś, na czym na­prawdę się znali i co spra­wiało im przy­jem­ność; sami być swo­imi sze­fami.

I tak na­ro­dził się po­mysł za­ło­że­nia warsz­tatu. "Sa­mo­chody i mo­tory bez prze­rwy się psują, a mało kto zna się na ich na­pra­wie tak jak ja", mó­wił pod­eks­cy­to­wany Pe­dro. Usta­lili, że Elena zaj­mie się pro­wa­dze­niem księ­go­wo­ści i od­bie­ra­niem te­le­fonu, a Pe­dro do­pro­wa­dzi do po­rządku każdy po­jazd ko­łowy, który prze­je­dzie próg ich warsz­tatu. Naj­waż­niej­sze będą dla nich ni­skie ceny; mu­sieli być naj­bar­dziej kon­ku­ren­cyjni w oko­licy, żeby przy­cią­gnąć klien­tów. Na po­czątku mo­gli li­czyć tylko na garstkę krew­nych i zna­jo­mych.

Za­częli od wy­na­ję­cia par­teru jed­nego z bu­dyn­ków w Val­le­cas (jak zwy­kle dzięki po­mocy babki chło­paka), jak sami twier­dzili, po oka­zyj­nej ce­nie. W wy­bo­rze lo­kalu kie­ro­wali się tym, że już wcze­śniej dzia­łał tam warsz­tat, więc w skład wy­po­sa­że­nia wcho­dziły nie­zbędne ma­szyny i na­rzę­dzia. Od razu na wstę­pie ku­pili su­per­no­wo­cze­sny eks­pres do kawy, żeby po­ranki w pracy były zno­śniej­sze, i stół z czte­rema krze­słami, przy któ­rym mo­gli się tą za­słu­żoną kawą de­lek­to­wać.

Już pierw­szego dnia Pe­dro zo­rien­to­wał się, że przy­da­łaby mu się jed­nak po­moc ja­kie­goś me­cha­nika, który znałby się na te­ma­cie nieco le­piej niż on. Sam nie miał so­bie rów­nych, je­śli cho­dziło o zna­jo­mość ma­rek sa­mo­cho­dów i liczby koni me­cha­nicz­nych, ale do bar­dziej skom­pli­ko­wa­nych na­praw przy­da­łoby się wię­cej per­so­nelu. Roz­py­tał się w dziel­nicy i po­le­cono mu "Ju­anita Zwinne Palce", z któ­rym mógłby się pew­nie do­ga­dać. Ko­niec koń­ców za­trud­nił go wraz z dwoma zna­jom­kami, któ­rym, jak za­pew­niał Ju­anito, ro­bota aż się w rę­kach pa­liła i po­tra­fili uru­cho­mić każdy sa­mo­chód, na­wet bez klu­czy­ków.

Pe­dro był bar­dzo za­do­wo­lony z za­trud­nie­nia pra­cow­ni­ków, bo dzięki do­dat­ko­wym rę­kom do pracy miał wię­cej czasu, żeby tro­chę od­sap­nąć od tej co­dzien­nej ha­rówki. Elena z po­czątku pra­co­wała z wiel­kim za­pa­łem, ale wraz z upły­wem dni co­raz bar­dziej do­cie­rało do niej, że nie ma głowy do ra­chun­ków ani ochoty na uże­ra­nie się z co­raz czę­ściej nie­za­do­wo­lo­nymi klien­tami, któ­rzy do­py­ty­wali, kiedy auto bę­dzie go­towe, albo skar­żyli się na kiep­ską ja­kość na­prawy. Za­pro­po­no­wała, żeby po­szu­kali se­kre­tarki, którą ona, rzecz ja­sna, bę­dzie nad­zo­ro­wać.

I tak mieli w końcu wła­sny biz­nes, który krę­cił się jak koła sa­mo­chodu; mo­gli spać do dzie­sią­tej i wpa­dać do warsz­tatu na pyszną kawkę, którą pa­rzyli w swoim cu­dow­nym eks­pre­sie.

Po roku mieli bar­dzo duże straty, a je­dy­nymi klien­tami, któ­rzy wra­cali do warsz­tatu, byli naj­wier­niejsi przy­ja­ciele. Elena i Pe­dro twier­dzili jed­nak, że po­czątki za­wsze są trudne i nie mogą tak szybko się pod­dać.

Pew­nego dnia do­stali wia­do­mość, że bab­cia Pe­dra po­waż­nie za­cho­ro­wała; do­stała obrzęku płuc i miała już z tego nie wyjść. Kiedy do­tarli do szpi­tala, ta wspa­niała ko­bieta już nie żyła, ale zdą­żyła za­pi­sać swo­jemu wnu­kowi w spadku miesz­ka­nie przy Pa­seo de La Ha­bana; para wpro­wa­dziła się tam na kilka lat. Z po­czątku miało to być kilka mie­sięcy, do­póki nie sprze­da­dzą miesz­ka­nia, a za uzy­skane w ten spo­sób pie­nią­dze po­zbędą się warsz­tatu, który cią­gle nie chciał ru­szyć z ko­pyta; to da­łoby im czas, żeby od­po­cząć i na spo­koj­nie za­sta­no­wić się nad na­stęp­nym pro­jek­tem. Przy apro­ba­cie ro­dziny Pe­dra po­sta­no­wili, że po sprze­da­niu miesz­ka­nia prze­pro­wa­dzą się do gór­skiego domku jego ro­dzi­ców w Gu­adar­rama. Tak się jed­nak zło­żyło, że sprze­daż miesz­ka­nia i warsz­tatu za­jęła im dłu­żej, niż prze­wi­dy­wali.

Kiedy któ­re­goś po­ranka Elena ode­brała te­le­fon od za­pła­ka­nej matki, że trzy mie­siące wcze­śniej w banku jej ojca prze­pro­wa­dzono re­duk­cję eta­tów i stra­cił pracę, pra­wie do­stała za­wału. Biedna ko­bieta tłu­ma­czyła, szlo­cha­jąc, że nic nie mó­wiła cór­kom, żeby ich nie mar­twić, ale te­raz mąż po­padł w tak głę­boką de­pre­sję, że i ona sama goni reszt­kami.

Elena, nie tra­cąc ani chwili, na­tych­miast za­dzwo­niła do sio­stry. Za­żą­dała, żeby Ca­ro­lina wró­ciła do kraju. Oczy­wi­ście to ona naj­bar­dziej w tej sy­tu­acji cier­piała. "Nic tylko pra­cuję. Z domu do warsz­tatu, z warsz­tatu do domu i tak w kółko", łkała.

Ty­dzień póź­niej Ca­ro­lina wy­lą­do­wała w Ma­dry­cie. Od jej wy­jazdu do Włoch mi­nęły trzy lata. Kiedy koń­czyła kurs we Flo­ren­cji, gdzie od­kryła, że jej praw­dzi­wym po­wo­ła­niem jest świat sztuk pięk­nych, do­stała sty­pen­dium od pre­sti­żo­wej lon­dyń­skiej firmy zaj­mu­ją­cej się au­kcjami dzieł sztuki i an­ty­ków. Bez wa­ha­nia przy­jęła ofertę i po­je­chała do An­glii. Była szczę­śliwa w oto­cze­niu pięk­nych przed­mio­tów, a jed­no­cze­śnie bar­dzo dużo się uczyła.

Chciała jed­nak ukoń­czyć stu­dia, więc zdo­była no­tatki i po­trzebne pod­ręcz­niki i przy­je­chała do Ma­drytu na eg­za­miny. Pra­co­dawcy nie zgła­szali obiek­cji; co wię­cej, mieli na­dzieję, że po za­koń­cze­niu prak­tyk zo­sta­nie u nich na stałe. Tak za­mie­rzała zro­bić, do­póki nie ode­brała te­le­fonu od Eleny. To zbu­rzyło wszyst­kie jej plany.

De­pre­sja ojca oka­zała się znacz­nie po­waż­niej­sza, niż mo­gła przy­pusz­czać. Bu­dziły się w nocy i znaj­do­wały go w chwili, kiedy już miał sko­czyć z da­chu; albo w kuchni, z no­żem w ręku. Przez więk­szość czasu pła­kał i ani le­kar­stwa, ani wi­zyty u psy­chia­try nie przy­no­siły po­prawy. Nie mo­gła zo­sta­wić matki sa­mej z ta­kim cię­ża­rem. Po­roz­ma­wiała z sze­fem działu kadr w An­glii, który uspo­koił ją, że może do­koń­czyć prak­tyki w za­przy­jaź­nio­nej ga­le­rii w Ma­dry­cie, a je­śli tylko bę­dzie chciała, w każ­dej chwili może od nich wró­cić.

Zo­stała za­tem w sto­licy, od­pra­co­wała trzy mie­siące bra­ku­jące jej do uzy­ska­nia dy­plomu i za­częła pracę jako rze­czo­znaw­czyni w tej sa­mej ma­dryc­kiej ga­le­rii. Tam wła­śnie po­znała Car­lotę Grau, dziew­czynę o wiecz­nie skwa­szo­nej mi­nie, która pra­gnęła za wszelką cenę od­nieść suk­ces jako ma­larka.

Ca­ro­lina pró­bo­wała wcią­gnąć sio­strę w swoje nowe ży­cie, bo od­no­siła wra­że­nie, że Pe­dro i Elena są nieco sa­motni. Oni zaś cho­dzili z nią na wer­ni­saże i ban­kiety, żeby do­trzy­mać jej to­wa­rzy­stwa; są­dzili, że może się czuć nieco nie na miej­scu. Tym­cza­sem obie sio­stry się my­liły. Ele­nie i Pe­drowi do­brze było we dwoje i nie po­trze­bo­wali ni­kogo wię­cej; roz­rywki i te­maty roz­mów tam­tych lu­dzi wy­da­wały im się pu­ste i głu­pie. Ca­ro­lina zaś czuła się jak ryba w wo­dzie; dla niej była to po pro­stu praca, nie miała naj­mniej­szego za­miaru na­wią­zy­wać bliż­szych re­la­cji z więk­szo­ścią tych in­te­re­sow­nych i po­wierz­chow­nych osob­ni­ków.

Rok póź­niej, po dłu­giej te­ra­pii, pan Mar­tín wresz­cie za­czął wi­dzieć świat w ja­śniej­szych bar­wach. Cho­dził na spa­cery z żoną i prze­sy­piał noce, nie chciał już rzu­cać się z da­chu. W domu Mar­ti­nów znowu po­woli za­go­ścił spo­kój.

W końcu, z kil­ku­let­nim opóź­nie­niem, do­szło do długo wy­cze­ki­wa­nej trans­ak­cji sprze­daży. Pe­dro do­stał nie­złą sumkę i na­tych­miast za­mknął biz­nes. Wraz z uko­chaną Eleną prze­nie­śli się do Sierra de Gu­adar­rama. Wszy­scy spo­dzie­wali się, że wkrótce za­biją we­selne dzwony, ale para oznaj­miła, że na ra­zie nie wcho­dzi to w grę. Prze­pro­wadzka i for­mal­no­ści zwią­zane z za­mknię­ciem biz­nesu strasz­nie ich prze­czoł­gały; byli wy­koń­czeni, nie chciało im się or­ga­ni­zo­wać te­raz ślubu. Zro­bią to póź­niej, jak już na do­bre osiądą w no­wym miej­scu. Za­do­mo­wili się jed­nak już całe lata temu, a wciąż nie wy­ko­nali tego kroku, po­dob­nie jak nie zdo­łali utrzy­mać żad­nej pracy dłu­żej niż pół roku; jak twier­dzili, wszy­scy ich wy­zy­ski­wali.

Je­śli cho­dzi o dzieci, od po­czątku sta­wiali sprawę ja­sno - nie są w sta­nie wziąć na sie­bie ta­kiej od­po­wie­dzial­no­ści; cza­sami Elena bu­dzi się w nocy, bo wy­daje jej się, że sły­szy płacz dziecka, ale przy­tula się moc­niej do Pe­dra i za­sy­pia, spo­kojna, że to tylko sen. On na­wet tego nie czuje, bo wła­śnie śni swój ulu­biony sen o naj­szyb­szym fer­rari do­stęp­nym na rynku. Już mu­ska je opusz­kami pal­ców. Już pra­wie jest jego.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki