Najpiękniejsza. Opowiadania z nieoczekiwanym zakończeniem - Jerzy Gruza


Reflow text when sidebars are open.
Święta były tuż-tuż... Kobieta w laminatowym płaszczu energicznie przepychała się przez tłum w podziemnym przejściu. Mimo że obładowana zakupami i już niemłoda, zdumiewająco zręcznie wymijała idących.
Wśród paczek i zawiniątek dźwigała pokaźną skórzaną torbę, na jej wierzchu leżał przepięknie ubarwiony bażant. Nóżki miał precyzyjnie związane czerwoną wstążką, a skrzydła przyciśnięte czymś ciężkim.
Wiele kobiet tego dnia niosło do domu ptaki: gęsi, indyki, perliczki, kuropatwy i bażanty. Oskubane, umyte i zamrożone, owinięte były w celofanowe ubranka z napisem "Product of... coś tam". Ten był żywy. Spoglądał ciekawie na świat i chociaż nie mógł odwrócić głowy, starał się zobaczyć jak najwięcej. Był pierwszy raz w wielkim mieście.
Kobieta przyspieszyła kroku, było już późno. Zbliżała się pora zamknięcia sklepów i magazynów. Nad głowami przechodniów wielki elektryczny zegar wyświetlał godziny, minuty, sekundy... Kobieta skręciła w boczną ulicę. Skróciła sobie drogę, przechodząc na ukos przez jezdnię.
Dwaj policjanci pogrozili jej palcem. Uśmiechnęła się przepraszająco:
- Święta, święta, panowie!
Darowali. Jeszcze jedna ulica. Róg.
I znów ulica.
Tym razem wąska, pełna sklepów, dużo jednak skromniejszych niż te wabiące neonami w centrum.
Kobieta pchnęła oszklone drzwi. Na ulicę buchnął zapach Afryki, Azji i Syberii - była w sklepie ze zwierzętami: żywymi, wypchanymi i w formalinie. Sklep zastawiony pod sufit skrzynkami, klatkami i słoikami sprawiał wrażenie jakiegoś niesamowitego terrarium pełnego wszystkiego, co biega, pełza albo lata.
W drzwiach jeszcze kobieta zderzyła się z chłopcami, którzy z jakimś zwierzakiem w pudle szczęśliwi wybiegali na ulicę. Postawiła torbę na ziemi, złożyła zakupy na ladzie i sięgnęła po bażanta.
Sprzedawczyni - niska, w okularach, z lekko przekrzywioną łopatką - otworzyła zatłuszczony zeszyt. Wzięła do ręki ostry nóż i zaczęła precyzyjnie temperować ołówek, trzymając go przed samym nosem.
Bażant jednym okiem obserwował kobiety.
Zza klatek wysunęła się jeszcze jedna. Była w szarym, niegdyś pewnie białym fartuchu z wielkimi kieszeniami, z których wyjmowała piszczące chomiki i przekładała je do różnych skrzynek i klatek. Robiła to jakby automatycznie, ze wzrokiem utkwionym w potulnie leżącego już na ladzie ptaka.
Niska, w okularach, zdmuchnęła skrawki drewna po struganiu, pośliniła ołówek i zabrała się do spisywania danych klientki i bażanta. Nazwisko, imię, adres... towar i rodzaj usługi.
- Bażant łowny - mruczała pod nosem - średni. upierzenie.
- Samiec - podrzuciła klientka.
- Widzę - ucięła tamta. - Na kiedy?
- Chciałabym jak najszybciej. Jeżeli.
- Wszyscy chcą jak najszybciej. Na piątek! - zdecydowała.
- W tym tygodniu?
- Nie, w przyszłym. Mamy bardzo dużo zleceń do wypchania przed świętami. Wiszący czy stojący?
Klientka spojrzała na ptaka, który ciągle jeszcze nie mógł się zorientować, o co chodzi i w jakiej sprawie tu leży.
- Stojący - zdecydowała po dłuższym namyśle i siorbnęła nosem jakby z żalu.
Niska, w okularach, zamknęła zeszyt i pociągnęła sznurek, który poprzez liczne kółka i zakręty uruchamiał dzwonek gdzieś daleko na zapleczu.
Dzyń!
Klientka zaczęła rozwiązywać kokardę z czerwonej wstążki krępującej nogi ptaka.
W drzwiach zaplecza ukazała się młoda kobieta. Była olbrzymiego wzrostu, z wyblakłą twarzą i włosami związanymi w dwa dziecinne warkoczyki. Oczami uzbrojonymi w grube, soczewkowate szkła zlustrowała obecnych. Zrobiło się cicho.
Z trudem dojrzała leżącego na ladzie ptaka. Ruszyła w jego kierunku. Nagle jej ruchy stały się szybkie i zwinne. Pomogła rozplątać wstążki. Uwolnionego podniosła triumfująco za łapy głową w dół i z całej siły trzepnęła go otwartą dłonią.
Bażant zapiszczał, "zabażancił" na całe gardło i zaczął bić skrzydłami, ukazując całą urodę swojego upierzenia. Kobieta trzymała go w górze, jakby demonstrując zebranym ten cud przyrody.
- W porządku! - powiedziała niska w okularach.
Ptak trzepotał się ciągle, łypiąc okiem dookoła, przeczuwając najgorsze.
Młoda w warkoczykach zniknęła z delikwentem za drzwiami prowadzącymi na zaplecze sklepu.
Bażant umilkł, jakby stanął nagle wobec zagadki sensu istnienia. Wszyscy zastygli w oczekiwaniu. Zwierzęta, ptaki, gruchające gołębie uciszyły się, znały następstwo wypadków. Ale długo nie było nic słychać.
Głucha cisza.
Pierwsza zaskrzeczała przeraźliwie papuga, dając sygnał, że stało się... Rozległ się dziki jazgot ptactwa i wycie zwierząt, które jak oszalałe zaczęły biegać po klatkach i skrzynkach.
Kobiety rzuciły się do uciszania. Waliły w klatki, kopały w skrzynki, pacyfikowały!
Nagle znów wszystko zamarło. W drzwiach stała olbrzymka z bażantem wiszącym w jej ręku głową w dół. Był już cichy i spokojny. Kobieta zademonstrowała rozpiętość skrzydeł, wyciągając je na całą szerokość, najpierw jedno, potem drugie. Przepyszne kolory: od delikatnych, pastelowych do najjaskrawszych - cały wachlarz wabików i ozdób zawodowego amanta.
- Piękny - szepnęła klientka.
- Duży - mruknęła olbrzymka z warkoczykami i wrzuciła ptaka do drewnianej skrzynki.
Plasnęło.
Klientka chwyciła torbę, zgarnęła paczki z zakupami. Zatrzymała się chwilę nad skrzynką. Oko bażant miał wciąż otwarte, olbrzymie - nagle mądre, już wszystkowiedzące.
- Dobranoc - powiedziała i szybko wyszła ze sklepu.
Uwagę personelu zajęli nowi klienci. Jakiś zachwycony mężczyzna stał przed klatką z ptactwem i mizdrzył się do papużek nierozłączek. Niemłody już, w trochę zbyt jaskrawym krawacie, ale zadbany w każdym calu.
Kobieta, która się z nim zjawiła, stała przy kontuarze, gdzie niska w okularach znów strugała ostrym nożykiem ołówek.
Zatłuszczony zeszyt był już otwarty. Najpierw personalia.
- Mąż?
- Tak.
- Wiek?
- Wygląda dużo młodziej. - Kobieta spojrzała na mężczyznę, który teraz bawił się z chomikami. - Niestety, ma już swoje lata - nachyliła się do skrobiącej w zeszycie. - Sześćdziesiąt, bez dwóch miesięcy - powiedziała szeptem.
- Na kiedy?
- Gdyby to było możliwe, jeszcze przed świętami.
- Niestety, mamy zbyt dużo zleceń, zbyt wiele zaległości. Proszę spojrzeć! - Wskazała na skrzynkę, gdzie leżały ptaki przygotowane do preparacji.
- Misiu! - wtrącił się nagle mężczyzna. - A jak byśmy kupili Marianom na gwiazdkę papużki nierozłączki, to byłoby pysznie, prawda? Taki symbolik, Misiu.
- Pyszny, ale banalny. - Żona odwróciła się do kobiety stojącej za ladą. - A czy jest ekspresowe wypychanie?
- Jest, ale nie w okresie przedświątecznym, w przyszły piątek po odbiór, proszę.
- No, trudno. - westchnęła kobieta.
- Kochanie! - odezwał się znów mężczyzna. - A jak byśmy im kupili takiego małego, śmiesznego chomika, to by mogło być pysznie, prawda? Misiu?
- Już lepiej, ale nie najlepiej. Myśl i wymyśl coś ciekawszego - poprosiła chłodno żona.
- Stojący czy siedzący? - zapytała niska w okularach.
Kobieta znów spojrzała w stronę męża. Trwało to dłuższą chwilę.
- Cena ta sama? - spytała.
- Siedzący drożej, bo trzeba mocować do mebla. Czy małżonek ma jakiś ulubiony fotel albo krzesło, na którym życzyłaby sobie pani widzieć eksponat już na stałe?
- Ma, ale to za dużo kłopotu. I tak go dotychczas rozpieszczałam i pozwalałam na zbyt wiele. Stojący! - Odwróciła się raz jeszcze, jakby chciała sprawdzić słuszność swej decyzji. - Tak! - potwierdziła twardo. - Stojący! Stojący!
- Kochanie, a jeża? Takiego z kolcami?
- Jeże są zawsze z kolcami.
Niska, w okularach, zamknęła zeszyt i pociągnęła sznurek. Dzyń!
W drzwiach prowadzących na zaplecze ukazała się olbrzymka z jasnymi warkoczykami.
Zwierzęta i ptaki zamilkły jak nożem uciął. Mężczyzna odwrócił się do kobiet zdumiony nagłą ciszą.
- Pójdziesz z tą panią. - Żona wskazała na kobietę stojącą w drzwiach. - Pani pokaże ci jeszcze inne okazy, ciekawsze i bardziej oryginalne.
- Misiu, czy to konieczne? - Mężczyzna się zawahał.
- Tak - potwierdziła żona.
Olbrzymka patrzyła na mężczyznę badawczo przez grube soczewki okularów.
- Proszę! - powiedziała zachęcająco. - Proszę za mną! - Kiwnęła palcem, miała dłoń, którą można by zabić wołu.
Ruszył wolno za kobietą.
Jeszcze się uśmiechał, ale niepewnie. W sklepie zrobiło się cicho jak makiem zasiał.
Kobiety zastygły w oczekiwaniu. Nie trwało to długo.
Nagle wybuchnął krzyk ptactwa i pisk zwierząt. Wszystkie biegały jak oszalałe po klatkach, a ptaki biły skrzydłami o pręty.
Nieruchome i nieczułe pozostały tylko wypchane bażanty, sokoły, lisice i kuny.
Stojące i wiszące.