Najnowsza biografia Michaela Schumachera. Historia mistrza Formuły 1 - Karin Sturm

-
Proszę czekać

1. Tragiczny dzień na śniegu 29 grudnia 2013 roku

To był dzień jak każdy inny, chociaż wyróżniał się pod względem pogody: owa niedziela 29 grudnia 2013 roku, która dla Michaela Schumachera okazała się dniem tragicznym. Kiedy Michael wraz z synem Mickiem i kilkoma przyjaciółmi wyruszał na stok narciarski w turystycznej miejscowości położonej w Trzech Dolinach (Les Trois Vallées) we francuskich Alpach, powitało go jasne słońce. Schumacher już przed kilkoma laty kupił w miejscowości narciarskiej Meribel duży dom wypoczynkowy, w którym chętnie spędza czas z rodziną i przyjaciółmi.

Prowadzi teraz życie, jakiego zawsze pragnął, do jakiego dążył, właśnie teraz, po wielu latach przebywania w centrum zainteresowania opinii publicznej. W prywatnej atmosferze, w otoczeniu ludzi, którym ufa w stu procentach, odprężony, rozluźniony. Warunki do jazdy są znakomite: w nocy napadało nieco śniegu, teraz świeci słońce, panuje przyjemna temperatura około zera stopni... Fatalny upadek wydarzył się krótko po godzinie jedenastej przed południem, w nieoznaczonym obszarze stoku zjazdowego, ale na niezbyt trudnym odcinku. Takie trasy również znajdują się w Les Trois Vallées, rozciągają się one aż do stoków używanych podczas olimpiady w 1992 roku, ale nie tam jechał Schumacher, lecz wzdłuż zachodniego zbocza masywu Saulire, gdzie codziennie zjeżdżają sportowcy amatorzy.

Schumacher nauczył się jazdy na nartach jako człowiek dorosły, w okresie jego dzieciństwa rodzina nie posiadała warunków do takich "ekstrawagancji". Poza tym na płaskim terenie w Kerpen tego typu sposoby spędzania wolnego czasu nie były raczej popularne. Ale jest dobrym narciarzem. W okresie, kiedy jeździł dla Ferrari, zawsze dobrze się spisywał podczas tradycyjnego włoskiego festynu zimowego w Madonna di Campiglio, znakomicie radził sobie na deskach i nie miał żadnych problemów z tamtejszym corocznym wielkim slalomem między flagami. Natomiast tej niedzieli, pięć dni przed 45 urodzinami "Schumiego", problem polegał na zbiegu nieszczęśliwych okoliczności: warstwa śniegu była cieńsza niż zwykle w Meribel, co sprawia, iż skały na tym surowym terenie przykryte są tylko z wierzchu, a inne, większe, wystają wręcz ze śniegu bardzo wyraźnie. Zapewne połączenie tych dwóch czynników doprowadziło do tragedii.

Pierwsze meldunki nie brzmiały nawet tak bardzo dramatycznie. Ratownicy, którzy opatrywali Schumachera na miejscu wypadku, opowiadali, iż zastali go przytomnego, na wpół siedzącego, był jednak bardzo zdenerwowany i robił wrażenie zdezorientowanego. Szef stacji narciarskiej w Mirabel ogłosił, iż siedmiokrotny mistrz świata Formuły 1 został wprawdzie odtransportowany helikopterem, ale doznał prawdopodobnie jedynie wstrząśnienia mózgu. Także Sebastian Vettel wysłał krótkiego SMS-a do swojego byłego wielkiego idola, który z czasem, w okresie wspólnych startów w Formule 1, stał się jego przyjacielem: "Słyszałem, że miałeś wypadek. Mam nadzieję, że to nic poważnego. Wracaj do zdrowia".

Dopiero pod wieczór zaczęły napływać informacje świadczące o ogromnej powadze całej sytuacji: już po dotarciu helikopterem do Kliniki Uniwersyteckiej w Grenoble, mniej więcej półtorej godziny od upadku, Schumacher stracił przytomność. Lekarze stwierdzili poważny uraz czaszki, niezbędna była natychmiastowa operacja. Wzrost ciśnienia wewnątrzczaszkowego, wywołanego obfitymi krwotokami, powodował bezpośrednie zagrożenie życia. Lekarze musieli otworzyć sklepienie czaszki i usunęli duży krwiak podtwardówkowy. Następnie Schumacher został wprowadzony w stan śpiączki farmakologicznej, temperaturę jego ciała obniżono do 34-35 stopni, aby spowolnić przemianę materii i dzięki temu lepiej wykorzystać napływający do mózgu tlen.

Kilka dni później, kiedy ogólny stan pacjenta się ustabilizował, miała miejsce druga operacja. W międzyczasie lekarze z Grenoble stwierdzili, iż po analizie kolejnej tomografii komputerowej widzą niewielkie tylko szanse na wyzdrowienie pacjenta i obawiają się najgorszego. Dzięki drugiej operacji następuje niewielka poprawa, jednakże lekarze zmuszeni są przyznać, iż nie udało się usunąć wszystkich zakrzepów - niektóre z nich są, poprzez swoje położenie w mózgu, niedostępne z zewnątrz. Nikt nie chce ryzykować jakichkolwiek prognoz. Można tylko czekać i mieć nadzieję - nic innego nie pozostaje także żonie Michaela, Corinnie, oraz jego dzieciom Ginie-Marii i Mickowi...

Podczas gdy Schumacher walczy o życie w klinice, pod szpitalem dzieją się rzeczy, które w takim przypadku, w dzisiejszym świecie mediów, są zapewne nie do uniknięcia. Osobista tragedia jednostki staje się powodem spektaklu medialnego o nieprawdopodobnych rozmiarach. Całymi dniami pod budynkiem kliniki przebywa od 40 do 50 ekip telewizyjnych z całego świata, w sumie na miejscu jest około 200 dziennikarzy, którzy robią naprawdę wszystko, aby dotrzeć do najnowszych informacji. Jeden z ochroniarzy opowiedział Sabine Kehm, menedżerce i rzeczniczce prasowej Schumachera, która usłyszała o tej tragedii podczas urlopu i natychmiast przyjechała do Grenoble, jak to jeden z dziennikarzy usiłował dostać się do kliniki w przebraniu księdza.

Sabine Kehm, która od 1999 roku pracuje dla Schumachera, wypełnia niełatwe zadanie pośredniczenia między dwoma światami - i to w sytuacji trudnej także i dla niej samej. Z jednej strony jest bowiem opinia publiczna domagająca się informacji, a z drugiej rodzina światowej gwiazdy, która od ponad dwóch dziesięcioleci przykłada ogromną wagę do ochrony własnego życia prywatnego.

Udawało się jej to całkiem nieźle przez cały okres sukcesów Schumachera, w którym to zdobył on siedmiokrotnie tytuł mistrza świata Formuły 1. Powiodło się to również dzięki silnym naciskom natury prawnej, groźbom wytoczenia powództwa o zaniechanie, na przykład w przypadku publikacji zdjęć dzieci. Nawet kiedy syn Mick zaczął brać udział w oficjalnych wyścigach gokartów, nie wolno było robić z tego relacji - wszystko dla ochrony rodziny, sfery prywatnej. Rodzinne historyjki z wielkiej posiadłości nad Jeziorem Genewskim były absolutnym tabu, czymś nie do pomyślenia nawet dla "zaprzyjaźnionych", bardzo poważnych mediów. Schumacher, w późniejszej fazie swojej kariery, wpuszczał od czasu do czasu zaprzyjaźnionych dziennikarzy co najwyżej do położonej w sąsiedztwie stadniny koni swojej żony Corinny.

A teraz, rok po ostatecznym wycofaniu się w życie prywatne, znalazł się jeszcze bardziej w centrum zainteresowania opinii publicznej, niż kiedykolwiek wcześniej, i to w dodatku z powodu sprawy wyjątkowo osobistej: własnej walki o życie, o zdrowie. A był człowiekiem, który od samego początku swojej kariery uważał Borisa Beckera za "fatalny przykład", i który wielokrotnie podkreślał: "nie chcę być jak Becker, nie chcę tak żyć, aby wszystko, co prywatne, natychmiast przedostawało się do publicznej wiadomości".

Natychmiast, rzecz jasna, pojawiają się pytania dotyczące winy i odpowiedzialności. Natychmiast też eksplodują spekulacje dotyczące przyczyn tego wypadku: niektóre media twierdzą, iż Schumacher jechał zbyt szybko. Nawet poważny brytyjski "Times" napisał o 100 kilometrach na godzinę, powołując się przy tym na "kręgi dochodzeniowe". Oczywiście - to świetnie pasuje do stereotypu: kierowcy Formuły 1 są nałogowcami szybkości, potrzebują poczucia ryzyka i związanej z tym adrenaliny. A teraz ryzykant Schumacher po prostu przesadził i musiał za to słono zapłacić. Twierdzenie takie jest proste i czytelne, w dodatku gdy jest opakowane w przekonująco brzmiące komentarze.

Zgadza się: kierowcy Formuły 1, nie tylko Schumacher, inaczej z zasady oceniają ryzyko oraz sposoby obchodzenia się z nim, niż normalni ludzie: gdyby było inaczej, to nie mogliby odnosić sukcesów w wyścigach samochodowych, co rzecz jasna można także od czasu do czasu zaobserwować poza torem wyścigowym. Michael Schumacher, po swoim pierwszym wycofaniu się z tej dyscypliny sportu wyczynowego, z ogromnym entuzjazmem jeździł w wyścigach motocyklowych, skakał ze spadochronem, latał na lotni i nurkował. Kolumbijski kierowca wyścigowy Juan Pablo Montoya odniósł przed kilkoma laty, podczas szaleńczych wyścigów motocrossowych, kontuzję pleców. Bruno Senna opowiada z uśmieszkiem o tym, jak będąc nastolatkiem skoczył z paroma kumplami do morza z helikoptera, z wysokości 25 metrów. Senna pamięta jeszcze doskonale wyścigi na skuterach wodnych, jakie na początku lat dziewięćdziesiątych organizował jego wuj Ayrton, których trasa przebiegała miejscami pod niskim pomostem.

Jednak w tym przypadku fałszywa jest teoria o przesadnym ryzyku: już rzut oka na miejsce wypadku Schumachera, względnie płaski pas głębokiego śniegu, leżący między oznaczonymi na niebiesko (łatwa) i na czerwono (średnio trudna) trasami, uzmysławia, iż duża prędkość na tym odcinku jest raczej mało prawdopodobna. A kiedy prowadząca dochodzenie prokuratura francuska ogłosiła na konferencji prasowej 8 stycznia 2014 roku pierwsze wyniki śledztwa, to podkreśliła: Schumacher jechał wprawdzie poza oznaczoną trasą, ale z odpowiednio dostosowaną prędkością. Informacje o tym pochodziły przede wszystkim z kamery na kasku, z którą przypadkowo tego tragicznego dnia jechał Schumacher, i która zarejestrowała mniej więcej ostatnie dwie minuty przed upadkiem. Kamera ta została przekazana prokuraturze przez rodzinę Schumachera, "która, co chcemy podkreślić, bardzo ściśle z nami współpracowała".

Nagranie to pokazuje także dosyć wyraźnie przebieg wypadku: Schumacher jechał kilka metrów poza oznaczoną trasą, kiedy podczas jednego zwrotu zaczepił o przykryty lekko śniegiem kamień, został wyrzucony w górę i spadł, lecąc głową naprzód, na leżącą w odległości około trzech i pół metra skałę. Nagranie to udziela także przekonującej odpowiedzi na często stawiane wcześniej pytanie, jako mogło do tego dojść, że przy zderzeniu ze względnie małą prędkością, kask rozpadł się na dwie części. "W tym przypadku wysokość upadku była prawdopodobnie stosunkowo duża, stąd też zadziałały ogromne siły. A jeżeli dodatkowo skała w miejscu uderzenia nie była na nieszczęście gładka, lecz miała ostre brzegi lub kanty, to coś takiego może się wydarzyć przy najbardziej nawet sprawnym i mocnym kasku, i niczego nie można pod tym względem zrzucić na producenta", stwierdził ekspert Gerhard Dambreck, szef działu prawnego Niemieckiego Związku Narciarskiego.

Dotychczas nie pojawiały się informacje mogące świadczyć o jakiejkolwiek winie osób trzecich, jak oświadczył także prokurator Patrick Quincy, który podkreślił jednocześnie, iż przeprowadzone dotychczas czynności dochodzeniowe odpowiadają normalnej procedurze stosowanej przy tego rodzaju ciężkich wypadkach. Podczas każdego sezonu zimowego przeprowadzane są dochodzenia w "około 50 podobnych przypadków" i to "z tą samą sumiennością i uwagą". Znajdujące się na tej trasie oznakowania odpowiadały wszelkim narodowym, jak i międzynarodowym zasadom, pod tym względem nie można niczego zarzucić zarządcom wyciągów i tras zjazdowych. Był to istotny punkt, tym bardziej że francuscy adwokaci specjalizujący się w pozwach o odszkodowanie usiłowali już podnosić zarzuty w tej sferze, zapewne w nadziei na uzyskanie praw do prowadzenia lukratywnych procesów. Mimo to dochodzenie prowadzone jest dalej, sprawdzanych jest coraz więcej szczegółów, badany jest także sprzęt narciarski, jakiego używał Schumacher: a wszystko po to, aby wykluczyć wszelkie ewentualności.

Dambreck nie spodziewa się jednak jakichś nowych rezultatów, ewentualnych pozwów czy też postępowań sądowych. "Wygląda na to, iż był to jeden z wielu nieszczęśliwych wypadków, które zdarzają się co jakiś czas, za które nie można tak naprawdę nikogo obwiniać". Również faktu, iż Schumacher opuścił oznakowaną trasę zjazdową, wielu ludzi, przy dokładnym oglądzie miejsca wypadku, nie uważa za coś godnego krytyki. "Na takim terenie sam często tak robię, to jest zupełnie normalne", przyznaje po cichu większość narciarzy, "każdy bowiem myśli, że to nic takiego". W połowie lutego prokuratura umorzyła dochodzenie.

Pech, zbieg nieszczęśliwych okoliczności czy też być może znak losu? Michael Schumacher po swoim wypadku w Silverstone w 1999 roku, podczas którego doznał złamania nogi, na pytanie o strach, ryzyko i ostrożność, czy to podczas wyścigów samochodowych, czy też poza nimi, odpowiedział: "Nie będę przecież rezygnował z robienia rzeczy, które bardzo lubię, tylko dlatego, że może przy tym coś się wydarzyć. Jeżeli pewnego dnia coś mi się stanie, będzie to znak losu".

Taka sytuacja jest szczególnie trudna do zaakceptowania, kiedy wydarza się nie tam, gdzie człowiek się z tym liczy: w samochodzie Formuły 1, być może na motocyklu, ale nie podczas stosunkowo bezpiecznego spędzania wolnego czasu. Środowisko Formuły 1 zareagowało bardzo emocjonalnie. Wielu kierowców i członków zespołów wysłało przez Twittera lub Facebooka życzenia powrotu do zdrowia. Zespół Mercedesa podczas pierwszych jazd testowych w 2014 roku, w hiszpańskiej miejscowości Jerez, jechał z naklejkami "KeepFightMichael", zespół Ferrari przesłał pozdrowienia przez swoją tablicę w boksie1: "Forza Michael". Wcześniej zespół ten, w którym Schumacher zdobył w sumie pięć rekordów świata, w oficjalnym portalu umieścił specjalną stronę z pozdrowieniami dla swojego byłego kierowcy od współpracowników i przyjaciół. W sumie wpisów tych było dokładnie 72, tyle samo, ile wynosiła liczba zwycięstw odniesionych przez Ferrari. Sebastian Vettel stwierdził z zadumą: "To jest bardzo poruszające. Człowiek modli się i ma nadzieję, że zdarzy się cud i Michael obudzi się i będzie taki, jakim był dawniej".

Także fani z dużym zaangażowaniem towarzyszą Schumacherowi w jego najcięższej walce: 3 stycznia, w dniu jego 45 urodzin, klinika w Grenoble stała się miejscem pielgrzymek jego fanów - głównie z Włoch, ale także z Niemiec. W połowie stycznia 1. FC Köln, od zawsze ulubiona drużyna Schumachera, wystosowała, razem z Klubem Fanów Michaela Schumachera z Kerpen, przed meczem towarzyskim z FC Schalke 04, na ogromnym banerze, wiadomość do swojego wiernego kibica: "Wracaj do zdrowia! Dasz radę, Michael". "Dla nas było ważne, aby znaleźć taką formę wyrazu, za pomocą której nie tylko FC, ale również fani piłki nożnej i Formuły 1 z całego regionu mogli wspólnie raz jeszcze pokazać rodzinie Schumachera, jak bardzo obchodzi ich jego wypadek", mówi Werner Spinner, prezydent FC Köln.

Osobą, do której masowo zgłaszają się sympatycy Schumachera, jest Michael Viehmann, prezes klubu fanów tego rajdowca w Kerpen. "Nieustannie napływają do nas listy i telefony. Otrzymujemy listy od dzieci, w których znajdują się namalowane portrety Schumachera oraz obrazki w prezencie dla niego", mówi Viehmann. Właśnie niedawno, jak opowiada, "...do naszego klubu wstąpiła cała rodzina. Córka przyniosła swoje zdjęcie, na którym widać ją w wieku dwóch lat, jak w kombinezonie Schumachera siedzi w dziecięcym samochodziku marki Ferrari. To są bardzo poruszające wydarzenia, jakie mają teraz u nas miejsce. Poczucie solidarności z Schumacherem zarówno tutaj, jak i na całym świecie, jest ogromne". Klub zbiera wszystkie listy i przesyłki. "W Kerpen urządziliśmy "płot nadziei", który zapełnił się czapkami i życzeniami powrotu do zdrowia. Później wszystkie te przedmioty znajdą się w naszym archiwum". Liczba listów jest przeogromna: "Przestaliśmy je liczyć przy 800 tysiącach. A tyle ich przyszło w pierwszych dwóch, trzech dniach".

Także w belgijskim Spa wyrazy solidarności są powszechne. Tutaj właśnie Schumacher debiutował w 1991 roku w Formule 1, w 1992 roku wygrał swoje pierwsze Grand Prix, w 2004 zdobył po raz siódmy mistrzostwo świata, a w 2012 wziął udział w swoim 300 wyścigu Formuły 1. Z tej okazji otrzymał tytuł honorowego obywatela Spa. 26 stycznia, w tym tak bardzo związanym z Michaelem Schumacherem mieście, belgijski klub jego fanów zorganizował wiec sympatii na torze wyścigowym SPA-Francorchamps. Uczestnicy mieli przejść piechotą trasę wyścigów liczącą siedem kilometrów. Organizatorka Heidi Hend­rickx chciała tą wędrówką przesłać "pozytywną energię" pod adresem Michaela Schumachera, "aby odniósł najważniejsze zwycięstwo w swojej karierze". Na ulubiony tor wyścigowy Schumachera, który określał czasem jako "swój własny", przyszło kilkuset fanów, wielu z flagami Ferrari lub z oryginalnej wielkości kartonowymi postaciami ich bohatera, aby wspólnie pokonać owe 7,004 kilometra, na specjalnie z tej okazji zamkniętym odcinku.

Przez bardzo długi czas nie było nic słychać o stanie zdrowia Schumachera. Dopiero pod koniec stycznia, po prawie czterech tygodniach, pojawiła się dla wszystkich iskierka nadziei. Lekarze z Grenoble rozpoczęli bowiem bardzo powoli wybudzać Schumachera ze śpiączki farmakologicznej. Właściwie to informacja na ten temat miała zostać ogłoszona dopiero wtedy, kiedy proces ten będzie już zaawansowany, stabilny. Ale francuskie media, posiadające dobre kontakty w klinice, wiedziały o tym już wcześniej i donosiły nawet o szczegółach stanu pacjenta. Na przykład, że Schumacher podczas jednego z badań reagował na bodźce i zamrugał oczami. Sabine Kehm przez jeden dzień określała te informacje jako "spekulacje, których nie komentujemy", jednak kiedy na zewnątrz przedostawało się coraz więcej takich meldunków, podjęła wraz z rodziną decyzję o potwierdzeniu przynajmniej faktu, iż rozpoczęła się faza wybudzania. "Środki powodujące narkozę Michaela zostały niedawno zredukowane, aby rozpocząć fazę wybudzania, która może trwać bardzo długo. Początkowo, w celu ochrony rodziny, wszyscy biorący w tym udział postanowili informację tę upublicznić dopiero po zakończeniu procesu". W przyszłości opinia publiczna nie powinna już oczekiwać żadnych "informacji połowicznych" - nowe meldunki zostaną przekazane dopiero wtedy, gdy będzie można mówić o konkretnych faktach.

Jednakże lekarze, przepytywani przez wszelkie możliwe środki przekazu, są zgodni co do tego, że proces ten będzie trwał dłuższy czas. Przy czym niemożliwe jest obecnie sformułowanie prognoz dotyczących zarówno dokładnego przebiegu procesu wybudzania, jak i możliwego późniejszego wpływu tego na stan Schumachera. Procesy rehabilitacji oraz osiągnięcie ewentualnych efektów są, jak twierdzą lekarze, w takich przypadkach bardzo czasochłonne i żmudne. "Jeżeli ktoś przez cztery tygodnie leżał w śpiączce, to i tak będzie musiał uczyć się bardzo wielu rzeczy całkowicie od nowa, co jednak nie powinno rzutować na ocenę stopnia ewentualnych uszkodzeń mózgu", jak mówi doktor Gerhard Jan Jungehülsing, neurolog i ordynator Żydowskiego Szpitala w Berlinie. "Już sam fakt, iż ktoś był przez cztery tygodnie intubowany i podłączony do sztucznego oddychania oznacza, że takie funkcje, jak oddychanie, przełykanie i mówienie, nie zaczną ponownie działać automatycznie, lecz trzeba się ich uczyć od nowa". Bardzo istotne jest w tej fazie to, aby pacjent nie odczuwał ani strachu, ani paniki, co może bardzo łatwo się pojawić. "Wówczas lekarze mają możliwość przeciwdziałania temu za pomocą lekarstw. Ale również otoczenie, rodzina, może odgrywać tutaj ważną rolę. Doświadczenie pokazuje, iż pacjentom bardzo pomaga na przykład słuchanie znanych im głosów, bycie dotykanymi przez osoby bliskie - nawet jeżeli później tego nie pamiętają".

Ważna jest cierpliwość, cierpliwość i nadzieja, iż to, co doprowadziło Michaela Schumachera do 91 zwycięstw w Grand Prix oraz uczyniło siedmiokrotnym mistrzem świata, pomoże mu także i teraz, na tej najtrudniejszej drodze, drodze ku normalnemu życiu. Ambicja, dyscyplina, wytrwałość i pracowitość - te cechy doprowadziły go w sporcie na sam szczyt. Jednocześnie są to cechy, które lekarze uważają za decydujące, jeżeli chodzi o widoki na uzdrowienie pacjenta z wstrząśnieniem mózgu, przebywającego na rehabilitacji. Trwa ona często od sześciu miesięcy do dwóch lat i wymaga ogromnego zaangażowania i współpracy ze strony pacjenta.

Jednym z ludzi, którzy współodczuwają z Michaelem Schumacherem i nie tracą nadziei, jest jego były kolega z zespołu Ferrari, Felipe Massa. Ten Brazylijczyk leżał w 2009 roku dwa dni w śpiączce po ciężkim wypadku w Budapeszcie, podczas którego odniósł poważne obrażenia głowy, jednak po kilku latach wrócił na tor wyścigowy. "Mam nadzieję, że Michael jest wystarczająco silny, aby wyzdrowieć". Jeżeli w ogóle jest ktoś na tyle silny, aby wyjść z takiej sytuacji, to jest nim Michael Schumacher, jak stwierdził Massa. "Jest bardzo atletycznie zbudowany, co pomoże mu przy powrocie do zdrowia", tego Brazylijczyk jest pewien. "Po moim wypadku doszedłem do siebie szybciej, niż przypuszczano, ponieważ byłem w dobrej formie. To pomaga. Mam nadzieję, że będzie to korzystne także w jego przypadku. Mam nadzieję, że powoli obudzi się. Strasznie mi przykro z powodu tego, co mu się przydarzyło. Jest moim dobrym przyjacielem i starszym bratem. Mam nadzieję, że wróci do nas i będzie mógł znowu słuchać i oglądać auta Formuły 1, i to w jego ulubionym miejscu: na torze wyścigowym".

2. Mały wypadek Początek wielkiej kariery

Ironia losu: droga na tory wyścigowe, które przez ponad dwadzieścia lat będą dominowały w życiu Michaela Schumachera, rozpoczęła się od pewnej nieostrożności, małego wypadku.

Mając cztery lata ta późniejsza gwiazda wyścigów siała postrach w okolicy - na gokarcie, zbudowanym z Kettcara, z silnikiem od motoroweru. Kiedy pewnego razu na jego drodze znalazł się słup latarni, a mały Michael zawarł z nim bliższą znajomość, jego ojciec Rolf po zastanowieniu podjął następującą decyzję: "Tak dalej być nie może, to jest zbyt niebezpieczne, od dzisiaj będziesz jeździł na prawdziwym torze".

Realizacja tego postanowienia nie nastręczała absolutnie żadnych problemów, jako że Rolf Schumacher był kierownikiem miejscowego toru gokartowego w Kerpen. Także matka Michaela, Elisabeth, przebywała tam bardzo często. Obsługiwała kiosk garmażeryjny, który później został przebudowany na restaurację, oraz zaopatrywała kierowców gokartów i ich towarzyszy w kiełbaski, frytki i napoje. W ten sposób Michael Schumacher miał możliwość ćwiczenia jazdy tak długo i tak często, jak tylko chciał. Michael śmigał po torze w swoim kasku z przyklejonymi antenkami, jak u postaci z komiksu, przy czym jego ojciec musiał najpierw wypchać ten kask od środka, "ponieważ był za duży na Michaela".

Równie duża była radość, jaką od początku temu małemu chłopcu sprawiała sama jazda, "zwłaszcza gdy było mokro", jak wspominał później jego ojciec. "Wtedy jechał po prostych w te i z powrotem, i zawracał zaciągając hamulec ręczny". Michael uczył się bardzo szybko, już w swoim pierwszym gokarcie ćwiczył poślizgi i dowiedział się, jak utrzymywać pojazd pod kontrolą. Jednak interesował się także innymi rzeczami, które sprawiają przyjemność małym chłopcom: zabawami, innymi sportami, takimi jak piłka nożna, trochę tenisa i wspinaczki. Jego ojciec zauważył w tamtym czasie, że "Michael właściwie niczego się nie bał - i już wtedy bardzo angażował się we wszystko, co robił".

Nie odstraszył go także pierwszy poważniejszy wpadek na gokarcie: zderzenie, podczas którego rozciął sobie głęboko kolano, tak że rana musiała być zszywana, choć on początkowo nawet jej nie dostrzegł. Miał wtedy sześć lat, a ojciec wyjaśnił mu całą rzecz następująco: wypadek wydarzył się tylko dlatego, że kierowca zachował są głupio. Zdecydowanym tonem nakazał synowi na przyszłość, aby bardziej uważał i nigdy już nie doprowadził do czegoś podobnego. "Ojciec powiedział, żebym teraz zamknął gokart w garażu i że koniec z jazdą na dzisiaj, albo i na cały tydzień, albo też i na dłużej. Płakałem, wepchnąłem gokart do środka - i dopiero wtedy zauważyłem krew na kolanie i zorientowałem się, że jestem ranny".

Jeżeli Rolf Schumacher myślał, że ten wypadek skłoni być może jego syna do zaprzestania jazdy na gokartach - to się mylił: Michael nie miał w ogóle takiego zamiaru. "Wcale mnie to nie przestraszyło ani nie zniechęciło. Właściwie to nigdy się nie bałem", stwierdził później, wspominając tamte czasy, kiedy miał już za sobą kilka wypadków w Formule 1. "Również w późniejszych latach podczas poważnych wyścigów nie spowodowałem żadnego wypadku. Właściwie to był tylko jeden, który zapamiętałem. Przekoziołkowałem i złamałem sobie żebro, to wszystko...". Również niepokój ojca był z reguły w pewnym stopniu ograniczony: "Nie mogę stwierdzić, że tak naprawdę bałem się o Michaela, ale oczywiście człowiek myśli od czasu do czasu o niebezpieczeństwach. Później, w Formule 1, zawsze się cieszyłem, kiedy było już po starcie. To jest najbardziej krytyczna faza całego wyścigu". Była jeszcze jedna rzecz, która motywowała małego Michaela do dalszej jazdy na gokartach: szybkie pierwsze sukcesy. Kiedy miał pięć lat, zdobył swój pierwszy puchar, jako brzdąc między trzynasto- i czternastolatkami. "To był wypolerowany na połysk tłok samochodowy, przykręcony do kawałka drewna". Kiedy miał sześć lat, zdobył swój pierwszy tytuł podczas mistrzostw klubowych w Kerpen.

Problemy leżały gdzie indziej. Pod względem finansowym Schumacherom nie wiodło się najlepiej, stąd też ich sytuacja materialna była zawsze skomplikowana. Pod względem technicznym gokarty Schumachera tylko w niewielkim stopniu mogły konkurować z tymi z innych torów. Ojciec często musiał używać do reperacji starych części zamiennych albo opon, które konkurent wyrzucał już na śmietnik jako "wyjeżdżone". Pewnego razu, kiedy potrzebny był nowy silnik za 800 marek, sytuacja stała się krytyczna, a dalsza kariera gokartowa przyszłego mistrza zostałaby prawie zakończona. Rolf Schumacher musiał spasować: "Przykro mi synu, ale to zbyt wiele, tego nie mogę ci kupić".

Sytuację uratowali pierwsi sponsorzy, którzy dostrzegli talent tego małego kierowcy gokartów - i których możliwości finansowe były o wiele lepsze niż rodziny Schumacherów. Pierwszym z nich był Gerd Noack, który dorobił się majątku w branży tapet i dywanów. Był nim także Jürgen Dilk, zamożny właściciel firmy automatów do gry i wielbiciel wyścigów samochodowych, który również i w późniejszych latach będzie towarzyszył Schumacherowi, na przykład jako szef oficjalnego klubu jego fanów.

Dzięki temu wsparciu Schumacherowie - w tym także sam Michael - mieli o jedno wielkie zmartwienie mniej: syn mógł nadal brać udział w wyścigach, a oni nie musieli nieustannie zastanawiać się nad sytuacją finansową rodziny. Robienie długów dla kariery w tej konserwatywno-małomieszczańskiej rodzinie nie wchodziło raczej w grę. Michael także nigdy tego nie proponował i też nie oczekiwał czegoś podobnego od swoich rodziców. "Od samego początku byłem tak wychowany, aby wydawać tylko tyle, ile posiadałem". W jego przypadku robienie kariery na kredyt, tak jak zrobił to Niki Lauda, nigdy nie było brane w rachubę.

Poza tym, tacy sponsorzy stanowią także rodzaj impulsu do działania. Schumacher, obok swojej ambicji, czuł się także zobowiązany w stosunku do nich, aby zawsze dawać z siebie wszystko i to na najwyższym poziomie. "Skoro oni mi pomagają, to ja ze swej strony powinienem przynajmniej im coś zwrócić, robić wszystko, co jest możliwe. Nie mogę przecież tego zignorować".

I jeszcze jedna cecha charakteryzowała tych dwóch sponsorów oraz ojca Schumachera. Nie odpowiadali oni rozpowszechnionemu stereotypowi takich sponsorów czy członków rodzin uczestników wyścigów samochodowych, co można dzisiaj obserwować na wielu torach gokartowych. Ludzie ci przypominają słynne i jednocześnie nieco przerażające matki łyżwiarek figurowych: bardziej ambitne od własnych dzieci, często po nieudanych próbach zrobienia własnej kariery, przerzucające wszystkie swoje nadzieje i marzenia na potomstwo; ciężko rozczarowane, nierzadko wściekłe, kiedy sytuacja nie rozwija się tak, jak sobie to zaplanowały. Także i rajdowcy, którzy trafili aż do Formuły 1, musieli często cierpieć z powodu takich właśnie rodziców. Na przykład Włoch Andrea de Cesaris, który w latach 1980-1994 wziął udział w sumie w 208 wyścigach Grand Prix, nigdy jednak żadnego nie wygrał. Kiedy brał jeszcze udział w wyścigach Formuły 3 był regularnie policzkowany przez ojca, kiedy ten był niezadowolony z jego wyników. W przypadku Michaela Schumachera nikt nie wywierał na niego tego typu nacisków - co też nie byłoby w ogóle konieczne. On był zafascynowany jazdą i sam wiedział najlepiej, czego chce: pójść dalej. Odnieść sukces.

I odniósł go. Najpierw w regionalnych, a później w krajowych ligach młodzieżowych. Podczas tych wyścigów Schumacher przyglądał się tym, którzy już mieli jakiś dorobek na torze. W 1980 roku pojechał na przykład z ojcem do niedalekiej Belgii - w Nivelles miały miejsce mistrzostwa świata gokartów. Tam zauważył kierowcę, który wyróżniał się nie tylko jaskrawym kaskiem, lecz przede wszystkim stylem jazdy: "On był w pewnym sensie szalony, ale robił ogromne wrażenie...". Nastolatek, którego tak podziwiał Michael, nie został wprawdzie mistrzem świata - za to później stał się bardzo znany. Przez kilka lat był idolem Schumachera, później wzorem, do którego dążył, a w końcu jego największym przeciwnikiem: Ayrton Senna.

W tamtym czasie nie działano jeszcze tak profesjonalnie jak obecnie: czy to w kwestii wyżywienia, kiedy to frytki u mamy często zbyt dobrze smakowały, czy też wieczorów spędzanych na dyskotece, jak było to w przypadku dwunastoletniego Schumachera podczas wakacji na kempingu ze starszymi przyjaciółmi z toru gokartowego. "Zawsze chowałem się za starszymi, większymi ode mnie i jakoś tam przemykałem do środka, a byłem przecież jeszcze zbyt młody...". Mimo to zwycięża rzecz jasna dalej: w 1984 roku Schumacher po raz pierwszy zostaje mistrzem Niemiec juniorów - ale wtedy nie myślał jeszcze o karierze w sporcie wyścigowym. "Na początku była to czysta przyjemność, hobby, nic więcej. To było coś, co sprawiało mi radość. Kiedy człowiek jest młody, próbuje wszystkiego, gra w piłkę nożną, w tenisa...". W młodości idolem dla Schumiego był noszący to samo nazwisko bramkarz drużyny Kolonii Toni Schumacher. "Już wtedy bardzo chętnie grałem w piłkę nożną", jak mówi - co też i później nie ulegnie zmianie...

Jednak jazda na gokarcie różniła się tym od innych sportów uprawianych przez Michaela, że był w tym najlepszy, mimo gorszego wyposażenia od konkurencji. Oczywiście, Schumacher nie myślał wówczas o tym, że zostanie kiedyś zawodowym kierowcą wyścigowym, że jego hobby zamieni się w dobrze opłacany zawód. "To przyszło dopiero później, kiedy miałem już 19 albo 20 lat. Dopiero w Formule 3, kiedy znalazłem się w zespole Mercedesa, zacząłem wierzyć w to, że mógłbym mieć przyszłość w tym sporcie".

Jednak w latach osiemdziesiątych priorytetem była szkoła realna. Ten okres nie zawsze wiązał się dla Schumachera z najlepszymi wspomnieniami. Przede wszystkim z tego powodu, że nie był zbyt mocny w teorii. "Skończyłem szkołę, ale jej nienawidziłem. Poza tym każdą wolną minutę spędzaliśmy na torze gokartowym". Młodszy brat Ralf bardzo szybko bowiem dołączył do niego. "Oczywiście, w tej sytuacji nie było zbyt wiele czasu na zadania domowe". I tak ich nie lubił odrabiać: "Uczenie się, siedzenie i wkuwanie słówek obcego języka", to nie wchodziło u niego w rachubę także i dziesięć lat później. "Na początku 1995 roku, kiedy byłem u Renault'a, brałem lekcje francuskiego. Trzy godziny dziennie. O mało nie zwariowałem. Tego było po prostu za dużo dla mnie i nic nie mogłem zapamiętać". Łatwo uczył się tylko tego, co uważał za użyteczne: na przykład angielskiego. "Wiedziałem bowiem, że tego języka potrzebuję w sporcie motorowym". I jeszcze jedna rzecz uwierała go w okresie szkolnym: Schumacher odczuwał kompleksy w stosunku do uczniów z zamożniejszych rodzin. "Miałem w szafie tylko trzy pary spodni. Koledzy z klasy natomiast byli zawsze szykownie ubrani. Ojciec mówił, że jak chcę ubrać się w coś innego, to muszę sobie sam na to zarobić".

W 1985 roku śmiertelny wypadek jednego z niemieckich kierowców Formuły 1 o mało nie zakończył kariery Schumachera. 1 września, podczas wyścigów o mistrzostwo świata samochodów sportowych, zginął w Spa Stefan Bellof, jadący dla Porsche grupy C. Dla Jürgena Dilka, który nie tylko wspierał finansowo Schumachera, ale także często towarzyszył mu na wyścigach, Bellof był idolem. I nagle Dilka opanował strach. "Bałem się, że coś podobnego może przytrafić się także Michaelowi. Chciałem, żeby zrezygnował. Ale nie wziąłem pod uwagę jego ambicji i uporu". Michael przyszedł wtedy do niego ze łzami w oczach i powiedział: "Panie Dilk, proszę, niech pan dalej przychodzi ze mną na wyścigi. Nic mi się nie stanie. Przyrzekam panu, że będę uważał. Ja nie chcę być kierowcą Formuły 1, tylko dalej chcę jeździć na gokartach. A to przecież nie jest tak niebezpieczne".

Dilk dał się przekonać, dalej wspierał swojego pupila własnymi pieniędzmi, jak również pieniędzmi innych sponsorów - właścicieli różnych firm, salonów samochodowych, warsztatów itp., a Schumacher dalej jeździł i odnosił kolejne sukcesy. W 1985 roku został po raz drugi mistrzem Niemiec juniorów oraz wicemistrzem, w 1986 był trzeci podczas mistrzostw Niemiec, w 1987 został mistrzem Niemiec i Europy. Także pod względem technicznym coraz bardziej zagłębia się w sport rajdowy - uczy się na mechanika samochodowego. Jego pierwsza pensja wynosiła 528 marek. Naukę tego zawodu rozpoczął nie mając jednak zamiaru wykonywać go później na stałe, jako że nie bardzo widział siebie w tej precyzyjnej i dokładnej profesji. "Ale szkolenie to było dla mnie przydatne w sporcie motorowym. Jeżeli znasz się na sprawach technicznych, to jesteś w stanie lepiej opisać, jak zachowuje się auto, a być może będziesz miał także pomysły na to, co można ulepszyć lub poprawić". Jeden z jego nauczycieli zdradził później: "W zajęciach praktycznych był bardzo dobry, tylko szkoły nie traktował zbyt poważnie". Chciał nawet zrezygnować z końcowego egzaminu, ale wtedy wszyscy powiedzieli mu, że musi koniecznie go zdać, aby mieć przynajmniej porządny zawód w ręku. "I zdał w końcu ten egzamin, nawet pół roku wcześniej, niż tego wymagano". Kolejny egzamin na torze także zaliczył brawurowo: przesiadkę z gokarta na prawdziwe auto wyścigowe.

3. Droga na szczyt Z Kerpen do wielkiego świata

Pierwszy kontakt Schumachera ze światem prawdziwych samochodów wyścigowych miał miejsce jesienią 1987 roku. Także i tym razem pomaga mu Jürgen Dilk, to on nawiązuje kontakty i sprawia, że Michael Schumacher może wypróbować podczas jazdy próbnej Formułę Forda 1600 z zespołu Eufra, na Hockenheimringu. W noc poprzedzającą tę jazdę Schumacher był bardzo zdenerwowany, nie mógł zasnąć. Poza tym martwił się o to, jak w ogóle dostać się na te wyścigi. Rodzice nie mieli ani pieniędzy, ani samochodu, aby zawieźć go do Hockenheim. Dopiero po północy udaje mu się dodzwonić do Dilka, który przyrzeka, że go zawiezie. Mimo to Michael obawiał się, że jego sponsor może z jakichś powodów nie przyjechać po niego. Ale wszystko przebiegło pomyślnie - i po 20 rundach próbnych Schumacher miał kontrakt w kieszeni. Jeszcze w tym samym roku wziął udział w czterech wyścigach w Formule Forda i został nawet niemieckim wicemistrzem. Podczas pierwszego wyścigu jego przyjaciele obmyślili dla niego specjalną motywację: pokazali mu egzemplarz "Playboya" i przyrzekli: "Jeżeli wygrasz, będziesz mógł sobie wybrać jedną z nich". Kiedy po zwycięstwie Schumacher zażądał nagrody, wyrwali jedną stronę z magazynu: "Masz ją tutaj!".

W 1988 roku wystartował nawet w kilku seriach wyścigów: w Formule Forda zdobył mistrzostwo Niemiec i Europy, do tego doszło jeszcze zwycięstwo w Formule König. Potwierdzają się pierwsze oceny: przejście z gokartów do "prawdziwego" sportu samochodowego nie przysporzyło mu żadnych problemów, od razu wygrywał wyścigi i to we wszystkich klasach. Potwierdził się jego talent kierowcy, a kolejne zwycięstwa okazały się już rutyną. Jednakże nie wszyscy dominujący mistrzowie w klasie juniorów zostają światowymi gwiazdami w Formule 1. Do tego, oprócz talentu, potrzeba jeszcze ogromnej woli, siły przebicia, dużej ambicji, a także szczęścia, aby we właściwym czasie znaleźć się we właściwym miejscu. A zwykle również nowych darczyńców, sponsorów, mecenasów, którzy będą finansowali dalszą karierę.

Kiedy Michael Schumacher jesienią 1988 roku zdobył tytuł mistrza Formuły König oraz wicemistrza Europy w Formule Forda i stanął przed ważną decyzją: co dalej, szczęście uśmiechnęło się do niego. Szczęście polegające na tym, że jego umiejętności zostały zauważone przez właściwych ludzi. Willi Weber, odnoszący znaczące sukcesy szef zespołu Formuły 3, którego kierowca Joachim Winckelhock zdobył właśnie mistrzostwo Niemiec, poszukiwał jego zastępcy, jako że Winckelhock chciał odejść z Formuły 3, szykując się do zrobienia kariery w Formule 1. Weber rozglądał się w środowisku i szukał nowych talentów. Pytał także Domingos Piedade, ówczesnego szefa AMG-Mercedes, Portugalczyka, który od dawna miał również kontakty z Formułą 1. Na początku i w połowie lat osiemdziesiątych opiekował się Michelem Alboreto i przez jakiś czas również Ayrtonem Senną. Piedade orientował się także bardzo dobrze w środowisku niemieckich kierowców gokartów, jak i tych z klasy juniorów, jako że jeździli tam jego dwaj synowie. Jego rada: "Tam jest jeden taki, który stanowi klasę sam dla siebie - Michael Schumacher". Także Gerd Krämer, który jako opiekun VIP-ów w Mercedesie od lat zadomowiony był w Formule 1 i przyjaźnił się z wieloma gwiazdami, a także interesował się młodymi talentami, potwierdził ten wybór: "Zobacz sobie Schumachera!".

Weber zrobił to - i był z miejsca zachwycony. Po raz pierwszy swój przyszły klejnot zobaczył podczas wyścigu Formuły König na Salzburg­ringu, w ulewnym deszczu. Michael startował z siódmego miejsca i jako pierwszy zakończył pierwsze okrążenie. Jednak nie tylko to zaimponowało Weberowi: "Precyzja, z jaką jeździ, czystość przebiegu jego linii, która w każdej rundzie jest absolutnie identyczna, sposób panowania nad pojazdem". Weber obserwował go jeszcze dwukrotnie, tym razem w Formule Forda w Mainz-Finthen oraz w Hockenheim. To przekonało go ostatecznie: "Ten chłopak jest bardzo dobry i zasłużył na szansę. Wszystko, czego dokonuje na torze, robi wrażenie lekkości, wręcz zabawy, jest tak opanowane. On musi być kimś wyjątkowym".

A więc zaproponował Michaelowi jazdę próbną w samochodzie Formuły 3. Dla Schumachera było to oczywiście jak Boże Narodzenie i urodziny jednego dnia. Kilka dni później jest na Nürburgringu, gdzie po raz pierwszy siedzi w samochodzie wyścigowym Formuły 3. Naturalnie, chce od razu pokazać, co potrafi. Z miejsca jedzie szybko, ale po pięciu okrążeniach pakuje auto w barierę ochronną. "Moja wina", jak przyznaje się uczciwie Weberowi. Ten reaguje inaczej, niż zwykli to robić inni szefowie zespołów w tego typu sytuacjach. Młodzi kierowcy, którzy podczas pierwszej jazdy próbnej coś zepsują, nie mają bowiem już z reguły żadnych szans. Weber natomiast przyjął to spokojnie: "Zreperujemy samochód, nic wielkiego się nie stało, a potem pojedziesz jeszcze raz".

W międzyczasie Michael uświadomił sobie, "że podszedłem do tego zbyt porywczo, przekroczyłem limit, co musiało się źle skończyć. A przede wszystkim nie byłem tak szybki, jak mogłem być". Do drugiej rundy wystartował dużo spokojniejszy i był od razu szybszy niż za pierwszym razem. I to aż o półtorej sekundy szybszy niż główny pilot Webera z załogi Formuły 3 WTS. Szef zespołu wiedział jedno: jego przeczucie nie myliło go. W osobie Schumachera znalazł absolutny supertalent.

Natychmiast złożył mu propozycję udziału w niemieckich mistrzostwach Formuły 3 w 1989 roku, w ramach zespołu WTS. Oczywiście, Schumacher był zachwycony, ale pozostał realistą. W końcu zdawał sobie sprawę, ile kosztuje sezon w Formule 3: nowy członek zespołu musi włożyć do wspólnej kasy sumę dochodzącą do trzech czwartych miliona marek. "Byłoby fantastycznie", powiedział wtedy. "Naturalnie, że bardzo chętnie przyjąłbym tę propozycję, ale nie mam pieniędzy". Jednak o tym Weber myślał już wcześniej - i podjął decyzję, która na dłuższą metę miała okazać się, zarówno dla niego, jak i dla Schumachera, w dosłownym tego słowa znaczeniu bezcenna. Miał tak duże zaufanie do tego chłopaka, że postanowił zaryzykować własne pieniądze. Opłaci za Schumachera ten sezon i poniesie całe ryzyko. Jeżeli znajdą się sponsorzy, to tym lepiej.

"U mnie nie musisz wpłacać żadnych pieniędzy, musisz tylko dalej jeździć jak teraz", wyjaśnił Michaelowi. Oprócz tego będzie mu jeszcze wypłacał niewielką miesięczną pensję. Kontrakt podpisany został wieczorem jeszcze tego samego dnia. Nie tylko kontrakt na Formułę 3, lecz również umowa menedżerska między Weberem i Schumacherem na następne dziesięć lat. Wspólnie mają zamiar dotrzeć na sam szczyt kariery w sporcie motorowym. Jest rzeczą oczywistą, że Weber, jako człowiek interesu, myślał też o biznesie. Jeżeli teraz daje on szansę Schumacherowi na zrobienie kariery, to sam chce później, kiedy cel ten zostanie osiągnięty, mieć coś z tego. Słynny "los, który wówczas jako jedyny kupiłem na tej loterii", miał mu w końcu przynieść główną wygraną.

Zdawał sobie jednak sprawę z tego, że jego surowy diament potrzebował jeszcze nieco szlifu. Nie w samym samochodzie, na torze wyścigowym - tam w minimalnym stopniu. Ale na innym polu. W Formule 3 Schumacher - przyjęty w międzyczasie do programu dla juniorów ONS (Oberste Nationale Sportkommision2) sportu samochodowego, co oznaczało 200 000 marek dochodu dla zespołu w ramach pieniędzy od sponsorów - po raz pierwszy znalazł się w polu zainteresowania opinii publicznej. Kto chce zrobić karierę, ten musi też w odpowiedni sposób prezentować się w mediach. Weber pokazał swojemu podopiecznemu, jak robić pierwsze kroki na tej drodze, co później rozwinęła już szkoła zespołu Mercedesa.

Na torze Schumacher natychmiast odniósł sukces: w trakcie trzech pierwszych wyścigów zdobył trzykrotnie trzecie miejsce i tym samym wyszedł na prowadzenie w klasyfikacji mistrzostw. Dał też od razu jasno do zrozumienia, że nawet jako nowicjusz nie pozwoli konkurencji wchodzić sobie na głowę. Zdecydowanie zareagował na przykład wtedy, kiedy jeżdżący już długo w Formule 3 Michael Bartels, który później trafił na pierwsze strony gazet jako długoletni chłopak Steffi Graf, ostro się z nim starł. "Bartels najechał na mnie całym bokiem, to niedopuszczalne", powiedział wściekły Schumacher po wyścigu. Cała ta akcja kosztowała go bowiem, oprócz lekkiego wykrzywienia błotnika, pierwszą wygraną w Formule 3.

Jednak nie musiał długo czekać na swoje zwycięstwo. Podczas mistrzostw Michael utrzymał czołową pozycję i bardzo szybko usunął w cień Franka Schmicklera, który startował jako kierowca numer 1 w WTS. W swoim piątym wyścigu, w austriackim Zeltweg, Michael wreszcie tryumfował: w trudnych warunkach, w strugach deszczu, po zaciekłym pojedynku z Heinzem-Haraldem Frentzenem. Nawet Willi Weber zaczął uważać tak szybkie sukcesy swojego podopiecznego za coś niesamowitego: "Mam nadzieję, że sukces nie uderzy mu do głowy, jest taki młody i powinien się jeszcze wiele nauczyć".

Ale Michaela rozsądek nie opuścił. Kilka niezbyt dobrych występów latem kosztowało go tytuł mistrza. Wyprzedził go Austriak Karl Wendlinger oraz Heinz-Harald Frentzen. Kiedy zespół Formuły 3 przyjechał na przedostatni wyścig tych mistrzostw na Nürburgring, wyglądało na to, że o tytuł walczyć będą wyłącznie Wendlinger i Frentzen. Ale kiedy do mistrzostw wmieszał się jeszcze Michael Bartels, wszystko nagle stało się możliwe: Frentzen wypchnięty został z toru przez Bartelsa, a Wendlinger uwikłał się w ten manewr. W tym czasie Schumacher świętował już swoje niczym niezagrożone drugie zwycięstwo w sezonie.

W Hockenheim wszystko się przemieszało, a Schumacher zdobył trzecie miejsce za Frentzenem. Później Willi Weber nie był jednak wcale aż tak bardzo rozgoryczony utratą tego tytułu. "Tym samym Michael może przez drugi rok jeździć u mnie w Formule 3 i ma też nowy cel. Gdyby już teraz zdobył mistrzostwo, to niewiele by to przyniosło, a ja nie wiedziałbym, gdzie go teraz umieścić. A tak możemy wspólnie wystartować po tytuł w 1990 roku".

Co też się sprawdziło, mimo iż początek nie był zbyt obiecujący. Najpierw Schumacher, będąc na prowadzeniu, dwukrotnie popełnił poważny błąd, a potem wybuchł skandal na Nürburgringu. Schumacher musiał startować z ostatniego rzędu, ponieważ komisarze sportowi stwierdzili, że jego samochód podczas treningu miał niedowagę. W tych warunkach piąte miejsce po szaleńczym pościgu było wprawdzie sukcesem, ale Schumacher miał po trzech wyścigach 42 punkty straty do prowadzącego w tych mistrzostwach Wolfganga Kaufmanna. On sam po raz pierwszy popadł w pesymizm: "Jeżeli tak dalej pójdzie, to w następnym roku znowu będę jeździł gokartami...".

Fakt, iż nie trzeba było długo czekać na złośliwe komentarze z zewnątrz, nie polepszał, rzecz jasna, sytuacji. Ale potem ten dwudziestojednolatek pokazał wszystkim, że Michaela Schumachera nie powinno się nie doceniać. W godnym podziwu stylu znalazł wyjście z pierwszego małego dołka w swojej karierze. Z sześciu następnych wyścigów wygrał pięć i awansował na drugie miejsce. "Najważniejsze było, aby nie stracić nerwów, nie próbować po nieudanym początku robić czegoś na siłę, lecz spokojnie, konsekwentnie pracować dalej".

Po przedostatnim wyścigu na Nürburgringu Schumacher uważany był za nieoficjalnego mistrza, mimo iż tym razem nie stanął na podium, tylko zajął czwarte miejsce, po tym jak konkurent do tytułu Otto Rensing już na pierwszym zakręcie wypchnął go w sposób mało delikatny z toru. Ale kiedy Rensing przeciął wprawdzie jako pierwszy metę przed Schumacherem, lecz okazało się, iż podczas całego wyścigu był uwikłany w kilka niezbyt czystych manewrów i z tego powodu został zdyskwalifikowany, wszystko wydawało się jasne. W rzeczywistości jednak zespół WTS mógł tak naprawdę świętować dopiero miesiąc później, kiedy oddalony został sprzeciw VW, złożony w sprawie dyskwalifikacji Rensinga: stwierdzone złamanie reguł w postaci wyprzedzania pod żółtą flagą zostało utrzymane w mocy. W ten sposób Michael mógł jako zwycięzca mistrzostw wystartować w finale sezonu w Hockenheim, gdzie musiał ulec tylko jednemu, startującemu gościnnie z brytyjskich mistrzostw Formuły 3 - Mice Häkkinenowi. Rewanż nastąpił kilka tygodni później, kiedy obaj spotkali się ponownie podczas klasycznych międzynarodowych mistrzostw w Makau, gdzie narodziło się wiele supergwiazd sportu motorowego - Häkkinen wpadł na bariery ochronne podczas pierwszego okrążenia, w trakcie gwałtownego ataku na Michaela.

Ale nie tylko zdobycie tytułu mistrza Formuły 3 oraz bardzo ważny pod względem międzynarodowym sukces z Makau przyczyniły się do awansu Schumachera w sporcie motorowym. Mniej więcej równie ważne było przystąpienie do Grupy C Werksteam Mercedesa. Oznaczało to odejście od otwartych samochodów Formuły z odsłoniętymi kołami, których klasę królewską stanowi Formuła 1, do innego świata: do samochodów sportowych, aut wyścigowych z dachem nad głową i kołami zakrytymi karoserią. Poza tym tego typu wyścigi nie polegają na sprincie, tylko odbywają się na długich dystansach, trwających co najmniej sześć godzin, i z tego powodu zawsze jedno auto prowadzone jest przez dwóch zmieniających się kierowców - zmiany, dokonywane podczas postojów w boksach, czynią tę kategorię sportu motorowego szczególnie frapującą. W tamtym czasie wielu ekspertów kręciło oczywiście głową nad decyzją Williego Webera dotyczącą wyboru takiej właśnie drogi dla wielce obiecującego kierowcy Formuły. Cóż mogło dać temu młodemu talentowi przeniesienie do samochodów sportowych, jak brzmiał dominujący zarzut.

Jochen Neerpasch, były szef wyścigów BMW, który był znanym twórcą słynnego zespołu juniorów BMW, chciał ten sam eksperyment, znakomicie swojego czasu funkcjonujący, powtórzyć w Mercedesie. Miał zamiar wyszkolić na przyszłość trzech juniorów Mercedesa, a jego wybór padł na Schumachera, Frentzena i Wendlingera. Ci młodzi kierowcy mieli, pod okiem "starych wyg": Jochena Massa, Jeana-Louisa Schlessera oraz Mauro Baldiego, robić u Mercedesa Saubera, nazwanego tak od szefa zespołu Petera Saubera, przede wszystkim jedno: uczyć się, uczyć i uczyć... Zarówno na torze, jak i poza nim: jak dobrze się prezentować, jak poruszać się w towarzystwie, zachowywać w dobrych restauracjach, umiejętnie obchodzić się z mediami, występować w telewizji - wszystko to znajdowało się w planie lekcji. Wszystko, czego dzisiaj potrzebuje zawodowy sportowiec.

Dla Schumachera, który nigdy nie ukrywał swojego prowincjonalnego pochodzenia, wszystko to przynależało do nowego świata. Ale chciał się tu przede wszystkim uczyć - i robił to szybko. Różnica między Michaelem Schumacherem z lat 1990-1991 oraz chłopcem z początku jego kariery w Formule 3, który był zawsze niepewny i niekiedy wręcz bezradny, gdy chodziło o inne sprawy niż wyścigi, była ogromna. Nauczył się bardzo dobrze angielskiego oraz sposobów bezproblemowego poruszania się, jako przyszła gwiazda, na oczach opinii publicznej: ćwiczona była spokojna, ale pewna siebie postawa podczas wywiadów w mediach, jak i sympatyczna prezentacja własnej osoby; w programie znajdował się również kurs retoryki oraz trening występów na żywo przed kamerami telewizyjnymi. Wszystko to było szlifowane aż do momentu, kiedy youngsters zachowywali się jak doświadczeni zawodowcy medialni.

Na torze wyścigowym Schumacher potrzebował mniej treningów. Jego cechą charakterystyczną było ogromne zaangażowanie. Szef zespołu Peter Sauber wspominał później: "Jak tylko wsiadł do samochodu, od razu był szybki. nie potrzebował żadnych długich okresów adaptacji, natychmiast wyjeżdżał znakomite czasy. Później inni zaczęli mu zwykle dorównywać, a różnice na końcu były wprawdzie bardzo często minimalne, ale to właśnie Michael narzucał tempo. To go wyróżniało".

W tym okresie pojawiła się dosyć zawzięta rywalizacja między Schumacherem i Frentzenem: nigdy nie było jasne, który z nich rzeczywiście częściej był szybszy. Ocena tego zależy od osoby ówczesnego świadka, z którym się później rozmawiało i wierzyło mu. Jedno jest jednak pewne: wielu ekspertów uważało w tamtym czasie Frentzena za większy talent naturalny, tego z wyższą natural speed, jak to się określa w sporcie wyścigowym. Co oczywiście bardzo denerwowało Schumachera - i jednocześnie zwiększało jego mobilizację, aby zmienić ten pogląd. Głównym powodem był fakt, iż Michael już wtedy uważał siebie, i nie bez pewnej racji, za tego, który więcej pracuje i sumienniej trenuje, i który tym samym bardziej zasługuje na tytuł jako "nagrodę", niż ten, kto nie podporządkowuje tak ekstremalnie swojego życia sportowi motorowemu.

Ale jednocześnie był gotowy uważnie przyglądać się i uczyć, jeżeli rywal robił coś lepiej. Na przykład jeździć szybko i oszczędzać przy tym paliwo, co wtedy, podczas wyścigów długodystansowych Grupy C, było bardzo istotne. Podczas testów w Jerez chodziło właśnie o to - i Frentzen był początkowo pod tym względem wyraźnie lepszy od Schumachera. Michael nie mógł najpierw zrozumieć przyczyn tej różnicy, ale uważnie obserwował sposób jazdy Frentzena, kiedy ten znowu był na torze, wsłuchiwał się w ilość obrotów, w każdą zmianę biegów. Podczas drugiej próby udało mu się pojechać równie szybko i jednocześnie utrzymać limit paliwa.

Rywalizacja tej dwójki była wówczas bardzo duża, ale później miała się również przenieść na sferę życia prywatnego. Ówczesna bowiem dziewczyna Frentzena, Corinna, została w 1991 roku nową partnerką życiową Schumachera, co oczywiście początkowo niosło ze sobą ogromny potencjał konfliktów, ale o tym w rozdziale 5.

Fakt, iż do pierwszego zwycięstwa w Grupie C musiało upłynąć trochę czasu, nie czyni ujmy wizerunkowi Schumachera, on był przekonujący i bez tego. Jego nauczyciel, Jochen Mass, który jako opiekun specjalny był odpowiedzialny za juniorów, przy każdej okazji wychwalał swojego podopiecznego: "Od samego początku zdawałem sobie sprawę, jaki on jest dobry, jaki tkwi w nim potencjał - a on był coraz lepszy". Także Schumacher uczył się wielu rzeczy w zespole Mercedesa Petera Saubera: na początku każdy popełnia błędy. To nie jest wielki problem - o ile wyciąga się z nich naukę. Świadomość, że można popełnić błąd bez obawy o negatywne skutki dla całej kariery daje poczucie pewności. Pewność i wiara w siebie w docieraniu do kresu, do doświadczania i przeżywania granic własnych oraz samochodu.

Nauczył się jeszcze czegoś, co jest niesłychanie ważne podczas współpracy z dużym zespołem, czego doświadczy później w Formule 1: a mianowicie prawdziwej profesjonalnej pracy w takim zespole. "Nauczył się zwłaszcza dyscypliny", jak ujął to Mass. Długie, pełne koncentracji briefingi po każdym treningu, dostrajanie urządzeń za pomocą elektroniki, praca z komputerem nie tylko w obszarze silnika, lecz także podwozia - wszystko to było w tamtym czasie praktykowane w Grupie C o wiele bardziej intensywnie i w sposób bardziej rozbudowany, niż w Formule 3. Kiedy Schumacher dwa lata później zetknął się u Benettona z aktywnym systemem zawieszenia, który dopasowywał elektronicznie sytuację, w jakiej samochód znajdował się na drodze, optymalnie do aktualnie panujących warunków, co było wtedy "ostatnim krzykiem mody" w Formule 1, to nie była to dla niego żadna nowość: "Eksperymenty w tym kierunku miały już miejsce u Mercedesa".

Jednak na swoje pierwsze zwycięstwo w Mercedesie Silberpfeil Schumacher musiał, mimo kilku świetnych osiągnięć, poczekać cały sezon. Stało się to dopiero podczas ostatniego wyścigu roku w Meksyku - w nieco kuriozalnych okolicznościach. Przez cały weekend dominowała wprawdzie para Mass/Schumacher, ale dopadł ich pech, kiedy Jochen Mass przy nagłej ulewie zbyt późno wjechał do boksu i w ten sposób umożliwił zwycięstwo innej parze Mercedesa Schlesser/Baldi. Ale tylko na krótki czas, ponieważ później ta dwójka wyleciała bezlitośnie z klasyfikacji, jako że złamała bardzo rygorystyczną zasadę, dotyczącą ilości tankowanej benzyny w Grupie C. Ich Mercedes miał w baku o dokładnie 0,1 litra paliwa za dużo. Michael dowiedział się o swoim opóźnionym sukcesie podczas lotu powrotnego do Niemiec. Wyjechał od razu po zakończeniu wyścigu, aby złapać jeszcze ten właśnie samolot - w domu czekały na niego jazdy próbne z Mercedesem DTM do specjalnego startu podczas finału Niemieckich Mistrzostw Samochodów Turystycznych3 w Hockenheim. Chciał się bowiem pojawić na tych bardzo popularnych w Niemczech wyścigach, w których konkurują ze sobą czołowe marki przemysłu samochodowego - Mercedesa, BMW i Audi. Jednakże ten występ Schumachera zakończył się drobnym fiaskiem - już podczas pierwszej rundy wypchnął z toru kandydata do tytułu mistrza z BMW Johnny'ego Cecotto, a tytuł zdobył niespodziewanie Hans-Joachim Stuck z zespołu Audi. I mimo że Schumacher oficjalnie przeprosił za swój błąd, popełniony w mało znanym sobie samochodzie, to Cecotto długo jeszcze był przekonany, że "to było zrobione specjalnie". Według niego Mercedes nie chciał, aby tytuł zdobył kierowca z BMW. W ten sposób DTM miał swój mały skandal, a zwolennicy teorii spiskowych zyskali nowe argumenty...

To, że Michael Schumacher był wtedy w niemieckim sporcie motorowym człowiekiem z największymi perspektywami na przyszłość stawało się coraz bardziej widoczne podczas sezonu w 1990 roku. Ale gdy Willi Weber nie próbował umieścić go za wszelką cenę w zespole Formuły 3000, tylko pozostawił go w Grupie C u Mercedesa, spotkało się to z falą krytyki. Formuła 3000, odbywająca się w ramach Formuły 1, uchodzi za ostatni, decydujący etap na drodze do klasy królewskiej. Heinz-Harald Frentzen, który wkupił się przy pomocy jednego ze sponsorów do zespołu angielskiego, zrobił słusznie - jak brzmiała większość ocen fachowców związanych z Grupą C. "Nikt jeszcze nie przeskoczył z Grupy C do Formuły", jak nieustannie słyszał Weber, zarówno od życzliwych doradców, jak i krytycznych szyderców.

Ale teoria ta miała jeden mankament. Przede wszystkim dotychczas nie było w Grupie C tak konsekwentnego programu dla juniorów w stylu, w jakim robił to właśnie Mercedes. Dotychczas bowiem wyścigi samochodów sportowych były raczej rodzajem zawodów dla kierowców, którzy nie dawali sobie rady w Formule i w późniejszej fazie swojej kariery otrzymywali tam w miarę dobrze płatne kontrakty. Poza tym - czego nie wiedzieli krytycy - Mercedes był gotowy zwolnić swoje młode gwiazdy z podpisanych kontraktów, gdyby nagle pojawiła się szansa na przejście do Formuły 1. W przypadku Michaela Schumachera chciano zrobić jeszcze więcej: pod koniec lata 1991 roku Mercedes pomógł mu aktywnie rozpocząć karierę u Jordana. I jeszcze trzecia rzecz: na tej rzekomo pewnej drodze przez Formułę 3000 czyhały liczne pułapki. Wystarczy trafić na złe auto i taki kierowca może już na zawsze pożegnać się z karierą. Jest wiele tego typu ostrzegawczych przykładów. Także Heinz-Harald Frentzen przeliczył się w swoich spekulacjach, przynajmniej na początku: po zmianie koncepcji marketingowej został bowiem nagle porzucony przez swojego sponsora i pod koniec 1991 roku został z niczym. W tej sytuacji musiał z ogromnym trudem i wysiłkiem ratować swoją karierę poprzez japońską Formułę 3000. Dopiero w 1994 roku miał szczęście i jako ostatni z juniorów Mercedesa przeskoczył do Formuły 1 - do zespołu Saubera, który w międzyczasie wycofał się z Grupy C i utworzył własny team Formuły 1.

Koncepcja Williego Webera, "jeżeli już Formuła 3000, to tylko i wyłącznie z najlepszym zespołem, a jeżeli to się nie uda, to lepsze już nic i całkowita koncentracja na Mercedesie", okazała się jednak słuszna. Zwłaszcza, iż Neerpasch umożliwił Schumacherowi jazdę w Formule 3000 - ale bez ryzyka, iż w razie porażki zostanie od razu skreślony. Latem 1991 roku załatwił mu miejsce w jednym z wyścigów o mistrzostwo japońskiej Formuły 3000. Jeżeli coś by się tutaj nie udało, to odbędzie się to daleko od europejskiej sceny sportu motorowego - w czasach przed Internetem Japonia była bardzo daleko... Ale wszystko poszło dobrze. W Sugo, na torze wyścigowym, na którym europejscy kierowcy z reguły dobrze sobie radzą, Schumacher udowodnił po raz kolejny, jak szybko potrafi dostosować się do nowej sytuacji. Zdobył drugie miejsce za Amerykaninem Rossem Cheeverem, który już od dłuższego czasu jeździł w Japonii. Ross był bratem byłego kierowcy Formuły 1 Eddie Cheevera.

"Sugo było ważnym doświadczeniem", jak mówił Michael Schumacher. "Konkurencja była tam bowiem wyjątkowo silna. Wyłącznie ludzie, którzy od dawna jeżdżą w Japonii, którzy znają tamtejsze warunki, samochody, opony. Poziom wyścigów w Japonii jest bardzo wysoki, dużo wyższy, niż myślałem wcześniej". Ważne było przede wszystkim to, że Michael znowu jechał na aucie Formuły: "Prędkości na zakrętach są w Formule 3000 prawie tak samo duże, jak w Formule 1. To było dobre doświadczenie, jakie tam zdobyłem. W ogóle jazda samochodem Formuły wymaga nieco innego stylu prowadzenia niż w przypadku samochodu sportowego, dlatego też bardzo przydatne było ponowne przeżycie tego uczucia". Zdania te Schumacher wypowiedział po powrocie z Japonii - nie wiedział jeszcze, jak szybko doświadczenie to będzie mu przydatne.