Najlepszy - T.M. Logan

-
Proszę czekać

6

Cla­ire

SOBOTA Trzy­dzie­ści sie­dem dni do ślubu

Cla­ire obu­dził zapach sma­żą­cego się na dole bekonu. Gdy tylko dotarł do jej noz­drzy, wie­działa, że już nie zaśnie. Przez chwilę leżała opa­tu­lona w cie­płą koł­drę, myśląc o zeszłej nocy. To dobra wia­do­mość, czyż nie? Abbie zaznała szczę­ścia, na które zasłu­żyła. Myśli Cla­ire na chwilę powę­dro­wały ku pracy, ale zapa­no­wała nad nimi - była sobota, a Abbie potrze­bo­wała swo­jej matki, zwłasz­cza jeśli Ed miał zamiar zacho­wy­wać się tak jak zeszłego wie­czoru. Teatr mógł pocze­kać dzień albo dwa.

Ener­gicz­nie wstała z łóżka, zarzu­ciła na sie­bie postrzę­piony ciemny szla­frok frotte, wło­żyła kap­cie i poszła do pokoju gościn­nego. Przy­ło­żyła ucho do drzwi i cicho je otwo­rzyła. Matka wciąż spała. Skóra na jej policz­kach była blada w łagod­nym świe­tle poranka, sto­lik nocny zaj­mo­wały rzędy bute­le­czek z lekar­stwami. Cla­ire przez chwilę stała w wej­ściu, obser­wu­jąc nie­mal nie­zau­wa­żalny ruch pościeli świad­czący o tym, że Joyce oddy­cha, a potem zamknęła drzwi. Pode­szła do scho­dów pro­wa­dzą­cych do sypialni Abbie na dru­gim pię­trze. Cisza. Córka mogła sobie jesz­cze pospać, prze­cież dopiero wybiła ósma. Cla­ire bez­sze­lest­nie zeszła na dół.

Radio w kuchni grało cicho - Bruce Spring­steen śpie­wał coś o Atlan­tic City. Ed nie usły­szał, jak wcho­dziła. Stał odwró­cony do niej ple­cami. Na patelni skwier­czał bekon, na pły­cie grzały się kotlety bez­mię­sne dla Abbie i pie­czona fasola, a w pie­kar­niku wie­przowe i wegań­skie kieł­ba­ski oraz ziem­niaki z cebulą. Kie­dyś robił to każ­dego sobot­niego ranka - do czasu, aż ich życiem wstrzą­snęła kata­strofa - ale potem prze­stał. Była pewna, że przy­go­to­wu­jąc duże rodzinne śnia­da­nie, odre­ago­wuje wczo­raj­szą wia­do­mość od Abbie.

Objęła męża, opie­ra­jąc poli­czek o bar­czy­ste plecy. Poczuła pod dłońmi cie­pło jego piersi.

- Dzień dobry - powie­działa cicho.

Napiął mię­śnie, ale zaraz się roz­luź­nił.

- Dobry - odrzekł, kła­dąc dłoń na jej ręce. - Chcia­łem ci przy­nieść śnia­da­nie do łóżka.

- Nie ma sprawy - odparła. - Dobrze będzie wcze­śnie zacząć, mamy dzi­siaj dużo roboty.

- Ano.

Przy­ci­snęła się do niego, wdy­cha­jąc ostrą i świeżą woń żelu pod prysz­nic oraz płynu po gole­niu, która prze­biła się przez śnia­da­niowe zapa­chy z kuchen­nej płyty.

- Prze­pra­szam, że wczo­raj byłam dla cie­bie taka szorstka.

- Nic się nie stało. - Głos roz­brzmiał mu w piersi. - Po pro­stu zrzę­dzi­łem, to wszystko.

- Ed? - spy­tała. - Coś ci jest?

- Wszystko gra.

- Co ci się śniło tej nocy? Pamię­tasz?

Znów się spiął, odło­żył łopatkę i odwró­cił się w jej stronę. Miał na sobie czarny far­tuch z napi­sem Made in 1971 narzu­cony na dżinsy i koszulkę z moty­wem z filmu Łowca andro­idów. Jego ciemne włosy wciąż były mokre po prysz­nicu.

Powoli ski­nął głową.

- Tak, czę­ściowo pamię­tam.

Cla­ire spoj­rzała w oto­czone ciem­nymi obwód­kami oczy męża.

- Krzy­cza­łeś przez sen - powie­działa łagod­nie. - Dawno ci się to nie zda­rzało.

- Prze­pra­szam - odparł, cału­jąc ją w czoło - za to, że cię obu­dzi­łem.

Cla­ire zawa­hała się, chwy­ta­jąc jego dło­nie.

- Wspo­mi­na­łeś Joshuę - oznaj­miła spo­koj­nym tonem. - Czy to był ten sam kosz­mar?

Pokrę­cił głową, opusz­cza­jąc wzrok.

- Tym razem to coś innego - wyce­dził. - Nie chcesz o tym słu­chać.

- Chcę.

- Był strasz­nie rze­czy­wi­sty.

- Opo­wiedz mi.

Po chwili waha­nia obej­rzał się przez ramię z udrę­czo­nym wyra­zem twa­rzy.

- Sta­łem na plaży, tuż nad wodą.

- Tak. I co się stało?

- Nie wiem, gdzie się podziała plaża, ale za mną nie było niczego, a przede mną tylko morze. Zauwa­ży­łem tam Abbie, w małej łódeczce zno­szo­nej coraz dalej od brzegu. Ale nie zda­wała sobie sprawy, co się dzieje, tylko patrzyła na fale. Sta­łem na plaży i krzy­cza­łem, żeby wra­cała. Nie sły­szała mnie, więc wsze­dłem do wody, chcąc dotrzeć do łódki. Tylko że nie mogłem, bo ona odpły­wała coraz dalej i dalej, a ja wcho­dzi­łem coraz głę­biej i głę­biej. Nie potra­fi­łem jej dosię­gnąć i coraz bar­dziej się zanu­rza­łem, sze­dłem coraz wol­niej, aż wresz­cie woda zalała mi usta, a potem mnie zakryła.

- Och, Ed - powie­działa Cla­ire, ści­ska­jąc jego ręce. - To straszne.

- I wtedy zoba­czy­łem Joshuę - wyznał led­wie sły­szal­nym gło­sem. - Pod wodą. Chcia­łem się do niego dostać, wycią­ga­łem ręce i chyba wtedy się obu­dzi­łem. Ale ten sen był taki rze­czy­wi­sty. Mia­łem wra­że­nie, że... oni oboje ode­szli, a ja znów zawio­dłem.

Zamilkł. Stali przez chwilę zato­pieni we wspo­mnie­niach wspól­nie prze­ży­tej straty, rany tak głę­bo­kiej i tak bru­tal­nie zada­nej, że oka­zała się nie­mal śmier­telna. Rany, mimo któ­rej oboje jakimś cudem prze­żyli.

Cla­ire pogła­dziła poli­czek męża opusz­kami pal­ców.

- Chcesz o nim poroz­ma­wiać?

Spoj­rze­nie Eda objęło kolek­cję rodzin­nych zdjęć na ścia­nie. Pośrodku wisiały dwie star­sze foto­gra­fie, bar­dziej wybla­kłe od pozo­sta­łych - upły­wa­jące lata wybie­liły je, przy­ćmie­wa­jąc kolory. Na te zdję­cia nie patrzył, o ile nie musiał, licząc, że pew­nego dnia poczuje się lepiej, choć wie­dział, że to nie­moż­liwe. Joshua wciąż im towa­rzy­szył, mimo że już go nie było. I to od dawna.

Ed unik­nął pyta­nia, co jej nie zasko­czyło. Cza­sami tak roz­pacz­li­wie chciała poroz­ma­wiać o Joshui, że gło­śno wypo­wia­dała to imię pod prysz­ni­cem, by tylko usły­szeć jego dźwięk i przy­po­mnieć sobie o jego ist­nie­niu, znów poczuć tę miłość, któ­rej nie­od­parta siła spra­wiała, że gdy odszedł, życie wyda­wało się nie­moż­liwe.

- Żeby śnia­da­nie nam się nie spa­liło - powie­dział, odwra­ca­jąc się w stronę gorą­cej płyty i ponow­nie chwy­ta­jąc łopatkę. - Chcesz jajka sma­żone czy w koszul­kach?

Cla­ire wes­tchnęła i odsu­nęła się.

- W koszul­kach, pro­szę. - Napeł­niła czaj­nik i przy­nio­sła kubki z kre­densu. - Myśla­łeś jesz­cze o tym, co powie­działa Abbie? Ona tak bar­dzo chcia­łaby, żebyś... no wiesz.

Ed wbił jajka do garnka, pozwa­la­jąc, by pyta­nie na chwilę zawi­sło w powie­trzu, po czym rzu­cił:

- Żebym co?

Cla­ire zanu­rzyła torebki her­baty w czte­rech kub­kach.

- Chce, żebyś się prze­ko­nał.

- Żebym się prze­ko­nał do jej mał­żeń­stwa?

- Do niego. Do Ryana.

Pokrę­cił głową.

- Mam się do niego prze­ko­nać? Prze­cież dopiero go pozna­łem.

- Ja też. Ale mógł­byś przy­naj­mniej mówić to, co wypada w takiej sytu­acji. Wiele by to dla niej zna­czyło.

- Prak­tycz­nie nic nie wiem o tym gościu.

- Więc spy­taj. Zain­te­re­suj się. Ale tak, żeby to nie wyglą­dało na prze­słu­cha­nie.

- Ale ja się inte­re­suję. Prze­cież wiesz.

- I nie musisz war­czeć, kiedy z nim roz­ma­wiasz.

- Kto war­czał? - spy­tał, uno­sząc ręce w geście kapi­tu­la­cji. - Ja nie war­czałem.

- Głos spada ci o oktawę. Jak­byś uda­wał Liama Neesona w Upro­wa­dzo­nej.

- A! - powie­dział, celu­jąc w nią łopatką. - To był dobry film.

- Nawet nie jesteś świa­domy, że to robisz, prawda?

Ed wzru­szył ramio­nami.

- Mój głos tak po pro­stu brzmi. Nic na to nie pora­dzę.

- Po dwu­dzie­stu sied­miu latach mał­żeń­stwa mam cał­kiem nie­złe poję­cie o tym, co się dzieje w two­jej gło­wie, Ed. Marsz­czysz się, o tak, nawet jak o tym teraz roz­ma­wiasz! - Stuk­nęła się w czoło pal­cem wska­zu­ją­cym. - Wczo­raj za każ­dym razem, kiedy mówi­łeś coś do Ryana, mia­łeś te dwie zmarszczki mię­dzy brwiami.

- Wcale się nie marsz­czy­łem.

- Znów to robisz.

Uśmiech­nął się sztucz­nie i uniósł brwi.

- Widzisz? Sama radość. - Skie­ro­wał oba kciuki do góry. - Rado­sny, przy­ja­zny, szczę­śliwy mężuś do usług jaśnie pani.

Pokrę­ciła głową, ale mimo­wol­nie też się uśmiech­nęła.

- Głup­tas. - Łagod­nie ude­rzyła go w ramię. - Po pro­stu dajmy Ryanowi szansę, okej? Nie­długo będzie nale­żał do rodziny.

- Zde­cy­do­wa­nie każdy powi­nien otrzy­mać szansę - powie­dział. - Nie­za­leż­nie od tego, czy na nią zasłu­guje, czy nie.

- Ed!

- Żar­tuję. To tylko głupi żar­cik, naj­droż­sza żono.

Wska­zała wiszący na ścien­nej tablicy nóż w pochwie, z drew­nianą ręko­je­ścią, na któ­rej wyryto napis "Naj­lep­szy tata".

- Chyba powin­nam ci to zabrać.

- Nie ma sprawy - odparł. - I tak mia­łem zamiar użyć sie­kiery. Robi dużo więk­sze wra­że­nie.

Wciąż się uśmie­chał.

A ona była pra­wie pewna, że wciąż żar­tuje.

7

Usta­wi­łem ekran lap­topa tak, żeby Abbie i Cla­ire nie widziały go ze swo­jego miej­sca na kana­pie. Cały dzień spę­dzi­li­śmy poza domem. Poszli­śmy do trzech skle­pów z suk­niami ślub­nymi - gdzie odkry­li­śmy, że żaden z nich nie jest w sta­nie uszyć sukienki w pięć tygo­dni - i spę­dzi­li­śmy dwie godziny nad cza­so­pi­smami ślub­nymi w kawiarni w cen­trum mia­sta. Uda­wa­nie pod­eks­cy­to­wa­nia ślu­bem Abbie było wyczer­pu­jące, a przy tym mia­łem okropne prze­czu­cie, że ona coś podej­rzewa. Gdy już odwieź­li­śmy Joyce do jej miesz­ka­nia i wró­ci­li­śmy do domu, przez cały czas ściem­nia­łem, że nad­ra­biam zale­gło­ści w pracy, pod­czas gdy dziew­czyny oglą­dały tele­tur­niej.

Upew­niw­szy się, że na mnie nie patrzą, zmi­ni­ma­li­zo­wa­łem pocztę i otwo­rzy­łem nowe okno w prze­glą­darce, wpi­su­jąc do niej dwa słowa: Ryan Wil­son. Ponad trzy­sta sześć­dzie­siąt milio­nów wyni­ków. Chry­ste. Nie mógłby mieć jakie­goś mniej popu­lar­nego nazwi­ska? Więk­szość lin­ków z pierw­szych stron doty­czyła kapi­tana dru­żyny rugby Glas­gow War­riors. Prze­glą­da­łem kolejne strony pełne infor­ma­cji naj­wy­raź­niej nie­ma­ją­cych nic wspól­nego z tym Ryanem Wil­so­nem, który odwie­dził nas zeszłego wie­czoru. Prze­wi­ną­łem pierw­szych dzie­sięć stron, licząc, że może jed­nak coś znajdę, a potem, gnę­biony czymś na kształt wyrzu­tów sumie­nia, prze­sze­dłem do gra­fiki. Wyda­wało się to ryzy­kowne, ale moja potrzeba pozna­nia prawdy była sil­niej­sza niż jakieś nie­okre­ślone poczu­cie winy. Scho­dzi­łem coraz niżej i niżej, aż wyniki zaczęły spra­wiać wra­że­nie zupeł­nie przy­pad­ko­wych.

Nie wyglą­dało to dobrze. Musia­łem zawę­zić poszu­ki­wa­nia. Co jesz­cze wie­dzia­łem o Ryanie? Nie­wiele. Wypró­bo­wa­łem kilka innych fraz, by każ­do­ra­zowo prze­cze­sy­wać uzy­skane wyniki: po Ryan Wil­son Man­che­ster wpi­sa­łem Ryan Wil­son Not­tin­gham, póź­niej Ryan Wil­son Royal Anglians i w końcu Ryan Wil­son doradz­two per­so­nalne. To ostat­nie dało sporo rezul­ta­tów: stronę inter­ne­tową firmy oraz konta na Twit­te­rze i Face­bo­oku.

Naresz­cie coś zna­la­złem.

Znów spoj­rza­łem na Abbie. Wyczuła to i odwró­ciła się z uśmie­chem. Poka­za­łem jej unie­siony kciuk, a potem zmarsz­czy­łem czoło, uda­jąc, że zasta­na­wiam się nad czymś, co czy­tam. Prze­wró­ciła oczami i kon­ty­nu­owała oglą­da­nie tele­wi­zji.

Klik­ną­łem link firmy Eden Gil­le­spie Inter­na­tio­nal i natych­miast roz­po­zna­łem przy­szłego zię­cia. Całą stronę zajęła bio­gra­fia z gustow­nym por­tre­tem, na któ­rym ubrany w kla­syczny gar­ni­tur z ciem­nym kra­wa­tem Ryan patrzy pew­nie w obiek­tyw.

Ryan Wil­son jest part­ne­rem z sze­ro­kim doświad­cze­niem w poszu­ki­wa­niu kan­dy­da­tów mię­dzy innymi na sta­no­wi­ska dyrek­to­rów zarzą­dza­ją­cych i człon­ków zarządu oraz kie­row­ni­ków w branży tech­nicz­nej i tele­in­for­ma­tycz­nej, a także w prze­my­śle lot­ni­czym i obron­nym. Obec­nie kie­ruje Oddzia­łem Midlands Eden Gil­le­spie (UK). Ryan uzy­skał sto­pień Licen­cjata Psy­cho­lo­gii z naj­wyż­szą oceną na Uni­wer­sy­te­cie Man­che­ster­skim; przed wstą­pie­niem do Eden Gil­le­spie słu­żył w stop­niu porucz­nika w pułku Armii Bry­tyj­skiej Royal Anglian.

Ofi­cer sił zbroj­nych. Stu­dia ukoń­czone z naj­wyż­szą oceną. W wieku trzy­dzie­stu trzech lat był już part­ne­rem spółki. Ochot­ni­czo słu­żył w poli­cji. Przy­stojny jak model.

Powró­ciło do mnie echo peł­nych eks­cy­ta­cji słów Joyce. "Naj­lep­szy chło­pak z moż­li­wych".

Z pew­no­ścią miał na kon­cie sporo punk­tów. Wiele prze­ma­wiało na jego korzyść.

A mimo to...

A mimo to wspo­mnie­nie mojego pierw­szego wra­że­nia wciąż mnie gry­zło.

Klik­ną­łem zdję­cie, powięk­sza­jąc je na ekra­nie. Porządna foto­gra­fia biz­ne­sowa, pro­fe­sjo­nal­nie ujęta, odpo­wied­nio oświe­tlona. Pozo­wał bez uśmie­chu, ale też bez nad­mier­nej powagi. Twarz czło­wieka, z któ­rym można poga­dać, nawią­zu­ją­cego dobre rela­cje z ludźmi, god­nego zaufa­nia. Czło­wieka, któ­rego z rado­ścią wita­łoby się we wła­snym domu.

Tylko te oczy. Wypeł­nione ciemną, nie­za­chwianą pew­no­ścią sie­bie.

Nie było to jak spo­tka­nie twa­rzą w twarz - odle­głość zmniej­szała efekt - ale znów prze­szył mnie ten sam dreszcz co zeszłego wie­czoru. Poczu­cie, że dostrze­gam prawdę. Że wiem, co widzę. Wpa­try­wa­łem się w ekran z wra­że­niem, że gdy­bym przy­glą­dał się dosta­tecz­nie długo, zdo­łał­bym odgad­nąć jego tajem­nice. Każdy szcze­gół skryty za tymi dosko­na­łymi kośćmi policz­ko­wymi i silną szczęką, za tym pew­nym sie­bie uśmie­chem.

Kim jesteś? Co zro­bi­łeś?

- Tato?

Gwał­tow­nie pod­nio­słem wzrok, trzy­ma­jąc jedną rękę nad klapą lap­topa, na wypa­dek gdy­bym musiał go nagle zamknąć. Kotka, która spała z brodą opartą o moje kolana, pode­rwała się ze snu.

- Co? - ode­zwa­łem się, odka­słu­jąc. - O co cho­dzi?

Abbie spoj­rzała na mnie wycze­ku­jąco.

- Jak brzmi odpo­wiedź? I bez wujka Google'a!

Prze­czy­ta­łem pyta­nie wyświe­tlone na ekra­nie tele­wi­zora. Jakiemu słowu odpo­wiada litera A w akro­ni­mie bry­tyj­skiej jed­nostki woj­sko­wej SAS? Do wyboru podano odpo­wie­dzi: Army, Agency, Air i Action.

- Air - odrze­kłem.

- Na sto pro­cent?

- Na sto pro­cent, Spe­cial Air Service. - Uśmiech­ną­łem się, czu­jąc nagłe ukłu­cie żalu i tęsk­noty prze­szy­wa­jące moją pierś nie­mal fizycz­nym bólem. Będzie mi tego bra­ko­wać. Cała nasza rodzina w kom­ple­cie, Abbie prosi, żebym podzie­lił się z nią swoją wie­dzą, kiedy oglą­damy sobie tele­tur­niej w sobotni wie­czór.

Na ekra­nie jeden z uczest­ni­ków - łysie­jący orni­to­log ama­tor z hrab­stwa Dur­ham - także wybrał odpo­wiedź Air i został nagro­dzony zie­lo­nym pod­świe­tle­niem paska zawie­ra­ją­cego pra­wi­dłową odpo­wiedź.

- Tak! - krzyk­nęła Abbie, zaci­ska­jąc pieść. - Tato, skąd ty to wszystko wiesz?

- Jak to skąd? Po pro­stu jestem skarb­nicą bez­u­ży­tecz­nych infor­ma­cji - odrze­kłem, wzru­sza­jąc ramio­nami.

- I wła­śnie dla­tego zawsze będzie­cie moimi przy­ja­ciółmi w kole ratun­ko­wym. Ty i mama. Tata zna się na histo­rii, spo­rcie, książ­kach i mili­ta­riach, a mama będzie od nauk ści­słych, jedze­nia, geo­gra­fii, kul­tury i sztuki, fil­mów, tenisa i hokeja na lodzie.

Cla­ire spy­tała:

- A co z Ryanem? Nie będzie cze­kał na twój tele­fon do przy­ja­ciela?

- On będzie mi kibi­co­wał na widowni.

Znów obją­łem spoj­rze­niem ekran lap­topa, doda­łem stronę Eden Gil­le­spie do zakła­dek i przez chwilę prze­glą­da­łem witrynę tej firmy. Bry­tyj­skie biura firmy mie­ściły się w Lon­dy­nie, Not­tin­gham, Man­che­ste­rze i Glas­gow, a prócz tego miała też zagra­niczne cen­tra w Paryżu, Frank­fur­cie, Tury­nie, Gene­wie i Nowym Jorku. Wszy­scy kon­sul­tanci i kie­row­nicy pro­jek­tów dzie­lili ten sam nie­ska­zi­telny, ema­nu­jący opty­mi­zmem zawo­dowy image, a inte­resy naj­wy­raź­niej szły świet­nie.

Na poprzed­niej stro­nie wyni­ków Google'a wybra­łem pierw­szy link Face­bo­oka, ale Ryanów Wil­so­nów było z milion. Wsze­dłem więc na konto Abbie i prze­wi­ja­łem listę jej zna­jo­mych, aż wresz­cie zna­la­złem Ryana. Na tym zdję­ciu uśmie­chał się do apa­ratu na tle błę­kit­nego nieba, ubrany w białą koszulę bez kra­wata - może sie­dział w łodzi albo na plaży. Jego pro­fil był otwarty: trzy­stu dzie­więć­dzie­się­ciu sze­ściu zna­jo­mych. Mieszka w: Not­tin­gham, Wielka Bry­ta­nia. Z: Man­che­ster, Wielka Bry­ta­nia. Praca: Eden Gil­le­spie Inter­na­tio­nal. W związku. Brak daty uro­dzin - nawet roku - nie widzia­łem też niczego na temat ukoń­czo­nej szkoły ani uczelni.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

1

PIĄ­TEK

Sie­dzia­łem na tara­sie, słu­cha­jąc treli skow­ron­ków śpie­wa­ją­cych wysoko w jawo­rach tuż za naszym ogro­dem, a twarz ogrze­wały mi ostat­nie tego dnia pro­mie­nie słońca. Pią­tek w środku maja, wie­czorne powie­trze prze­sy­cone zapa­chem sko­szo­nej trawy i dymem z grilli sąsia­dów. Było dość cie­pło, byśmy po kola­cji mogli usiąść w ogro­dzie, popi­ja­jąc mocną ciemną kawę, pod­czas gdy na roz­le­głym traw­niku moja córka grała w bad­min­tona ze swoim nowym chło­pa­kiem.

Pozna­li­śmy go dopiero wtedy, choć Abbie widy­wała się z nim od sied­miu mie­sięcy. Był wysoki, dobrze zbu­do­wany i wyglą­dał jak model z kata­logu. Miał na sobie jasno­ró­żową lnianą koszulę i spodnie chi­nosy. Sznu­ro­wane moka­syny zdjął w progu, zanim zdą­ży­li­śmy go o to popro­sić. Nie poca­ło­wał w poli­czek Cla­ire, mojej żony, ani Joyce, jej matki - nawet nie cmok­nął powie­trza obok ich twa­rzy - a jedy­nie wycią­gnął dłoń na powi­ta­nie; wie­rzył w rów­no­upraw­nie­nie. Tak­towny, nie­wy­ka­zu­jący tupetu czy nad­mier­nej sztyw­no­ści. Uścisk dłoni miał zde­cy­do­wany i suchy, chwy­cił moją rękę pew­nie, z wyraźną, ale nie nad­mierną siłą.

Patrzy­łem, jak grają. Ryan wziął ogromny zamach, poka­zowo tra­cąc rów­no­wagę, prze­wró­cił się i wylą­do­wał na ple­cach, wciąż pró­bu­jąc tra­fić lotkę. Potem, zano­sząc się śmie­chem, leżał w jed­nym z dłu­gich wie­czor­nych cieni prze­ci­na­ją­cych traw­nik. Wysoki i czy­sty chi­chot wtó­ru­ją­cej mu Abbie niósł się echem po ogro­dzie.

Śmiech roz­legł się także przy stole obok mnie. Cla­ire i Joyce z rado­ścią patrzyły na tę scenę.

- Dobrze razem wyglą­dają - powie­działa Cla­ire, uno­sząc swe opa­lone ramiona nad głowę. - Prawda?

- Nie odmó­wi­ła­bym mu, gdy­bym była odro­binę młod­sza - zażar­to­wała Joyce i pochy­liła się do przodu na swym wózku inwa­lidz­kim. - Naprawdę do sie­bie pasują.

- Prawda, Ed? - Poczu­łem cie­pło pal­ców Cla­ire, gdy poło­żyła mi dłoń na przed­ra­mie­niu. - Dobrze, że wresz­cie znów jest szczę­śliwa.

- Chyba naprawdę go lubi - odpar­łem, uni­ka­jąc jej spoj­rze­nia.

Fak­tycz­nie tak było: już od jakie­goś czasu nie widzia­łem Abbie rów­nie rado­snej. Zabrzmi to jak banał, ale mia­łem wra­że­nie, że moja córka pro­mie­nieje. W ciągu ostat­nich kilku mie­sięcy ich week­en­dowy zwią­zek na odle­głość coraz bar­dziej doj­rze­wał, a my sły­sze­li­śmy tylko "Ryan to" i "Ryan tamto".

- Wygląda na uro­czego chłopca - powie­działa Joyce.

- Ma trzy­dzie­ści trzy lata - odpar­łem. - To już chyba nie­zu­peł­nie chło­piec? Jest pra­wie o dzie­sięć lat star­szy od niej.

- Prze­cież wiesz, o co mamie cho­dzi - oznaj­miła Cla­ire. - Tylko spójrz. Widać, że mię­dzy nimi naprawdę iskrzy.

- Dopiero pozna­li­śmy tego gościa.

Żona odwró­ciła się do mnie ze zdzi­wio­nym wyra­zem twa­rzy.

- Ed?

- Co?

- Abbie naprawdę, naprawdę go lubi, więc może dał­byś mu szansę? Myślę, że nie jest taki jak inni. - Lekko ści­snęła moje ramię. - Bądź miły.

- Zawsze jestem miły - odrze­kłem cicho.

- Ależ oczy­wi­ście, kocha­nie - potwier­dziła Cla­ire z led­wie zauwa­żalną nutką sar­ka­zmu. - Oczy­wi­ście, że tak.

Ponow­nie sku­pi­łem uwagę na grze. Ryan gwał­tow­nie ściął, posy­ła­jąc lotkę w siatkę.

Abbie bie­gała po tra­wie boso, ubrana w białe dżinsy, któ­rych przed­tem nie widzia­łem, i kwie­ci­stą bluzkę na wąskich ramiącz­kach. Jej deli­katne ciemne włosy falo­wały, gdy prze­my­kała z miej­sca na miej­sce. Grała w bad­min­tona od dawna, od czasu, gdy jako maleń­kie dziecko tra­fiała w lotkę raz na dzie­sięć prób. Każ­dego lata roz­wie­sza­łem nad traw­ni­kiem siatkę i bawi­li­śmy się tak bez końca. Lubi­łem to wspo­mnie­nie; wywo­ły­wało ono jed­nak także ból.

- Rewanż? - zapro­po­no­wała Ryanowi z uśmie­chem.

- A dasz mi fory? - spy­tał, wsta­jąc z ziemi i otrze­pu­jąc źdźbła trawy ze swych jasnych spodni.

- Nie ma mowy! - Z psotną miną posłała w jego stronę kolejną petardę.

Przy­glą­da­łem mu się pod­czas tej gry. Bez wąt­pie­nia był atrak­cyjny, wyglą­dał tro­chę jak fajny chło­pak z boys­bandu. Silną szczękę pokry­wał deli­katny zarost, a w pod­bródku ryso­wał się dołek. Czę­sto odsła­niał równe białe zęby w uśmie­chu, który wyglą­dał na szczery i cie­pły. Pro­ste, mocne brwi; oczy w głę­bo­kim odcie­niu brązu, tak ciemne, że nie­mal czarne. Wyczuł mój wzrok i nasze spoj­rze­nia się spo­tkały. Ale nie uśmiech­nął się. Nie odwró­cił. Tylko patrzył.

I wtedy to zro­zu­mia­łem.

Krę­go­słup tuż pod czaszką prze­szył mi prąd, po ple­cach prze­bie­gły ciarki. Coś uno­siło się w powie­trzu mię­dzy nami, wibru­jąc jak potrą­cona struna.

Było to coś pier­wot­nego, wypły­wa­ją­cego z samych trzewi. Pra­dawny instynkt, który ostrze­gał pier­wot­nego łowcę przed przy­cza­jo­nym w ciem­no­ściach, goto­wym do ataku wil­kiem. Zagro­że­nie nie miało kształtu, nie wydzie­lało zapa­chu i nie wyda­wało żad­nych dźwię­ków. Ale dało się je wyczuć, gdy wło­ski na karku sta­wały czło­wie­kowi dęba.

Zazna­łem tego, patrząc Ryanowi w oczy. W tym momen­cie zda­łem sobie sprawę, że z nowym chło­pa­kiem mojej córki jest coś nie tak.

Coś kryło się w ciem­no­ściach za jego źre­ni­cami.

Coś nie­nor­mal­nego.

Coś bar­dzo, bar­dzo nie­do­brego.

2

Dzba­nek z kawą syczał w eks­pre­sie. Pod­no­sząc go, usły­sza­łem, jak serce wali mi w piersi. Wzią­łem oddech, pró­bu­jąc opa­no­wać drże­nie rąk. Czy mogłem się pomy­lić? Do tej pory Ryan wyda­wał się dość miły. Wciąż jed­nak czu­łem efekt jego spoj­rze­nia; adre­na­lina na­dal buzo­wała w moich żyłach.

Było z nim coś nie w porządku - na pewno. Coś ukry­wał.

Wysze­dłem z powro­tem na taras, nala­łem Cla­ire kawy, pró­bu­jąc przy­cią­gnąć jej wzrok, ale była zbyt zajęta ukła­da­niem roz­pi­na­nego swe­tra na ramio­nach matki. Abbie dołą­czyła do nas przy stole, pada­jąc na jeden z dużych foteli ogro­do­wych. Tilly, kochana kocia sta­ruszka, ocię­żale wsko­czyła jej na kolana i zaczęła ugnia­tać nogawki dżin­sów, pozo­sta­wia­jąc na bia­łej tka­ni­nie swoją szarą sierść.

- Twoja kolej, tato.

Jej głos spra­wił, że pod­nio­słem wzrok, zmu­sza­jąc się do uśmie­chu.

- Zawsze jestem gotów, żeby zostać twoim wor­kiem tre­nin­go­wym, Abs. - Odsta­wi­łem kawę. - Pamię­taj tylko, że czasy świet­no­ści ogro­do­wego mistrza minęły, musisz więc dać mi szansę.

- Ja odpa­dam - powie­działa, głasz­cząc za uszkiem mru­czącą i mru­żącą oczy Tilly. - Potrze­buję odpo­czynku. Możesz zagrać z Ryanem.

- Ach. Naprawdę?

Cla­ire spoj­rzała na mnie zna­cząco.

- Jasne - zgo­dzi­łem się, przej­mu­jąc podaną mi rakietę. - Czemu nie?

- Pro­szę się nie mar­twić - powie­dział Ryan, uśmie­cha­jąc się i pod­cho­dząc do nas swo­bod­nym kro­kiem. - Fatal­nie gram w kometkę.

Zrzu­ci­łem klapki i posze­dłem za Ryanem na śro­dek pro­wi­zo­rycz­nego boiska, czu­jąc łasko­ta­nie świeżo sko­szo­nej trawy. Jego woda po gole­niu pozo­sta­wiła led­wie wyczu­walny ślad: ostry cytru­sowy zapach i coś jesz­cze; sosna albo euka­lip­tus. Gdy zajął pozy­cję po dru­giej stro­nie siatki, posła­łem lotkę wyso­kim leni­wym łukiem, przy­po­mi­na­jąc sobie słowa żony: "Bądź miły". Jed­nak Ryan, który przed­tem machał rakietą jak cepem, teraz lobo­wał i ści­nał z wprawą wytraw­nego bad­min­to­ni­sty, odbi­ja­jąc lotkę tak, bym nie mógł jej się­gnąć. Nie wywa­lał się już na trawę ku ucie­sze Abbie; był skon­cen­tro­wany i pre­cy­zyjny, prze­ska­ki­wał z miej­sca na miej­sce i prę­żył mię­śnie na przed­ra­mie­niu, dyk­tu­jąc tempo gry.

Gdy lotka powę­dro­wała wysoko, zamiast na nią spoj­rza­łem mu w twarz. Zer­k­nął na mnie i ściął tak mocno, że nawet nie zauwa­ży­łem ruchu. Poczu­łem za to ude­rze­nie w pierś, któ­remu towa­rzy­szyło gło­śne pac­nię­cie.

- Ryan! - zawo­łała Abbie ze śmie­chem. Unio­słem rękę, by poka­zać, że nic mi nie jest, choć wciąż czu­łem pie­cze­nie. Ryan też się roze­śmiał i uniósł ręce w geście prze­sad­nej skru­chy.

- Prze­pra­szam, Ed!

Ryan pro­wa­dził sie­dem do dwóch, gdy wyczu­łem, że odpusz­cza. Zaczął tra­cić punkty w sytu­acjach, w któ­rych kilka chwil wcze­śniej radził sobie z łatwo­ścią.

Mecz zakoń­czył się wyni­kiem jede­na­ście do dzie­wię­ciu dla mnie.

Sta­ną­łem, by ode­tchnąć. Koszulka polo kle­iła mi się do ple­ców od potu, mokra bawełna lepiła się do skóry.

- Dobrze się grało - powie­dział Ryan, po któ­rym prak­tycz­nie w ogóle nie było widać zmę­cze­nia. - Jesz­cze jedna rundka?

- Naj­pierw ode­tchnijmy. - Wska­za­łem na taras ze sto­łem, przy któ­rym sie­działa moja rodzina. - Muszę się napić. Na pewno nie chcesz kawy?

- Dzię­kuję, panie Col­lier, ale uni­kam kofe­iny.

Zanu­rzy­łem dłoń w dużym kuble z lodem i zwil­ży­łem sobie kark, roz­ko­szu­jąc się chło­dem wody.

- Mamy piwo i wino - zaofe­ro­wała Cla­ire - a w kuchni są też inne napoje, gdy­byś miał ochotę.

Ryan uniósł dłoń i znów nie­znacz­nie się uśmiech­nął.

- Nie, dzię­kuję. Jutro muszę wcze­śnie wyje­chać do Man­che­steru, a potem, w ponie­dzia­łek rano, wra­cam tutaj, żeby się rozej­rzeć po szko­łach, więc raczej nie powi­nie­nem.

- Ryan pełni służbę ochot­ni­czą w poli­cji - wyja­śniła Abbie.

- Och, a to ci dopiero - powie­działa Joyce, popra­wia­jąc swój roz­pi­nany swe­te­rek. - Poli­cjant? To lepiej zacho­wujmy się jak należy.

- Nie jestem peł­no­praw­nym funk­cjo­na­riu­szem - wyja­śnił Ryan. - Spra­wu­jemy raczej funk­cje pomoc­ni­cze, współ­pra­cu­jemy ze spo­łecz­no­ściami lokal­nymi, orga­ni­zu­jemy pie­sze patrole, wdra­żamy ini­cja­tywy bez­pie­czeń­stwa publicz­nego i tym podobne. W ciągu ostat­nich mie­sięcy odwie­dza­łem szkoły w związku z ata­kami przy uży­ciu ostrych narzę­dzi. Wie­dzą pań­stwo, dobrze jest się odwdzię­czyć spo­łe­czeń­stwu. Czuć, że ma się jakiś wkład.

Ponow­nie napeł­ni­łem fili­żankę i przyj­rza­łem mu się z ukosa. Nie wyglą­dał na typo­wego poli­cjanta. Był zbyt wytworny. Zbyt ide­alny. Ale z dru­giej strony po raz ostatni mia­łem do czy­nie­nia z poli­cją bar­dzo dawno temu. Od tam­tej pory upły­nęły całe wieki.

- Oczy­wi­ście, oczy­wi­ście - zgo­dziła się Cla­ire. - To może colę zero? Albo wodę mine­ralną? W kuchni jest zagęsz­czony sok owo­cowy. Mamy też zwy­kły.

- Pro­szę o wodę mine­ralną, pani Col­lier.

Z wia­derka wypeł­nio­nego lodem wyjęła małą zie­loną butelkę i podała mu ją.

- Mów do mnie Cla­ire.

- Dzięki, Cla­ire.

Joyce powoli dźwi­gała się ze swo­jego wózka inwa­lidz­kiego, opie­ra­jąc drżącą dłoń na lasce.

- Sądzę, że na mnie już czas, powin­nam się na chwilkę poło­żyć.

Ryan zerwał się na równe nogi, poda­jąc Joyce ramię, by ją wes­przeć, gdy odwra­cała się do drzwi.

- Dzię­kuję, mój drogi - powie­działa Joyce z bło­gim uśmie­chem. - Jesteś bar­dzo miły.

- Nie ma za co - odparł.

- Bab­ciu? - ode­zwała się Abbie, także wsta­jąc. - Dobrze się czu­jesz?

- Nic mi nie jest, kocha­nie, ten miły młody czło­wiek się mną zajął. Muszę się tylko zdrzem­nąć przez dwa­dzie­ścia minut.

Patrzy­li­śmy, jak Ryan odpro­wa­dza ją do środka. Sie­dząca obok mnie Cla­ire wes­tchnęła i pokrę­ciła głową.

- Naj­wy­raź­niej mamie pogar­sza się z dnia na dzień - szep­nęła. - Myślisz, że te nowe leki w ogóle dzia­łają?

Chwy­ci­łem jej miękką, cie­płą dłoń i lekko ści­sną­łem.

- W ponie­dzia­łek poroz­ma­wiamy jesz­cze raz z onko­lo­giem - powie­dzia­łem. - Może zmieni jej dawkę.

Ski­nęła głową; w tej samej chwili Ryan wychy­nął z domu i usiadł przy stole. Abbie spoj­rzała swo­jemu chło­pa­kowi w oczy, bez­gło­śnie wymie­nia­jąc z nim jakąś myśl. Potem ostroż­nie posta­wiła Tilly na tara­sie i wstała, poda­jąc matce jedną z rakie­tek do bad­min­tona.

- Chodź, mamo, twoja kolej, żeby się ze mną zmie­rzyć.

- Kocha­nie, chyba musia­ła­bym się prze­brać - powie­działa Cla­ire, wska­zu­jąc swoją koper­tową sukienkę w nie­bie­skie wzorki. - A poza tym piłam wino.

- Żad­nych wymó­wek - odparła Abbie z uśmie­chem. - Ale mogę ci dać trzy punkty prze­wagi.

Cla­ire wstała nie­chęt­nie, wzięła rakietę i ruszyła za córką w stronę siatki. Znów zoba­czy­łem, jak podobne są do sie­bie: ta sama oliw­kowa kar­na­cja, ciemne włosy, szczu­pła figura - tylko że Abbie była o jakieś pięć cen­ty­me­trów wyż­sza od matki. Przez chwilę sie­dzie­li­śmy z Ryanem w mil­cze­niu, patrząc, jak lotka kre­śli leniwe łuki nad siatką w łagod­nym świe­tle wie­czoru. Ich przy­ja­zne prze­ko­ma­rza­nie spra­wiało, że czu­łem się mniej nie­swojo. Cla­ire i Abbie były całym moim świa­tem, kocha­łem je tak bar­dzo, że cza­sami ta miłość ści­skała mnie bole­śnie za serce.

Usły­sza­łem roz­pacz­liwy pisk kota i odwró­ci­łem się. Tilly poło­żyła uszy po sobie, zmru­żyła oczy i zasy­czała na Ryana. Czy on wła­śnie cofa nogę? Wycią­gnął rękę, żeby ją pogła­skać, ale kotka wzdry­gnęła się i znów syk­nęła, stro­sząc ogon ze zde­ner­wo­wa­nia. Poru­szała się dziw­nie, pod­no­sząc jedną z tyl­nych łap.

- Prze­pra­szam, Ryan - powie­dzia­łem. - Zazwy­czaj nie jest taka agre­sywna. Na ogół wszyst­kich lubi.

Wycią­gną­łem do niej dłoń, ale na mnie też wark­nęła i czmych­nęła w stronę garażu.

- Ma bar­dzo cha­rak­te­ry­styczny wygląd - stwier­dził Ryan.

- Jest w poło­wie syjamką, stąd ten szpi­cza­sty pysz­czek.

Potarł wierzch dłoni.

- Podra­pała cię? - spy­ta­łem, nie spusz­cza­jąc z niego wzroku.

- Nie. W porządku.

Przyj­rza­łem się jego twa­rzy. Odczu­walne wcze­śniej mię­dzy nami napię­cie zni­kło. A może sobie to wmó­wi­łem? Uśmiech­nął się, nie­mal spe­szony moim spoj­rze­niem, a ja zmu­si­łem się do odwza­jem­nie­nia uśmie­chu.

- Ni­gdy dotąd nie widzia­łem, żeby tak się zacho­wy­wała - powie­dzia­łem.

- Może po pro­stu musi mnie lepiej poznać.

- Może - zgo­dzi­łem się.

Ski­nął głową.

- No tak - rzu­ci­łem, chcąc zmie­nić temat. - Abbie mówiła, że byłeś w woj­sku.

- Jakiś czas temu - potwier­dził. - Słu­ży­łem pięć lat w Pułku Royal Anglian.

- Bra­kuje ci tego?

Wzru­szył ramio­nami.

- Nie­raz tęsk­nię za chło­pa­kami. Ale dwie tury w Afga­ni­sta­nie mi wystar­czyły.

- Pew­nie było ciężko.

Usiadł wygod­niej na krze­śle. Wyglą­dał, jakby pró­bo­wał sta­ran­niej dobie­rać słowa.

- Widzia­łem wiele... rze­czy. Takich, które spra­wiły, że do wszyst­kiego innego nabiera się dystansu. - Prze­rwał, sku­pia­jąc spoj­rze­nie na Abbie. - Czło­wiek na przy­kład docho­dzi do wnio­sku, że trzeba jak naj­le­piej wyko­rzy­stać każdy dzień. Carpe diem.

- Chwy­taj dzień - powie­dzia­łem. - Jasne.

Zapa­dła nie­zręczna cisza.

- Chcia­łem tylko podzię­ko­wać - oznaj­mił powoli. - Za dzi­siej­sze zapro­sze­nie.

- W porządku, nie ma sprawy.

- Cie­szę się, że mamy oka­zję poroz­ma­wiać w cztery oczy.

Odwró­ci­łem się do niego, czu­jąc ści­ska­nie w piersi.

- Okej...

- Cho­dzi o to, że muszę o coś popro­sić, Ed.

Wie­dzia­łem już, co się wyda­rzy.

- O co? - spy­ta­łem.

Ryan pochy­lił się do przodu, skła­da­jąc ręce. Gło­śno prze­łknął ślinę.

- Chciał­bym popro­sić o zgodę.

Zgiełk wie­czoru ucichł - krzyki i śmie­chy towa­rzy­szące grze w bad­min­tona, świer­got pta­ków, przy­tłu­miona muzyka dobie­ga­jąca z ogrodu sąsia­dów - wszystko zga­sło, pod­czas gdy cała moja uwaga sku­piła się na poje­dyn­czym punk­cie, na twa­rzy czło­wieka sie­dzą­cego naprze­ciw mnie.

Odchrząk­ną­łem i usły­sza­łem, jak wypo­wia­dam nastę­pu­jące słowa:

- O zgodę na co?

- Chcę popro­sić Abbie, żeby za mnie wyszła.

3

- Żeby za cie­bie wyszła? - powtó­rzy­łem.

Dźwięk tych słów był odle­gły niczym echo dobie­ga­jące z innego pokoju. Krew tęt­niła mi w skro­niach. Ale chyba nie już? Chyba jesz­cze nie teraz? To zbyt wcze­śnie. Jak długo się znali - od sied­miu mie­sięcy? Abbie nie miała jesz­cze nawet dwu­dzie­stu pię­ciu lat. To działo się zbyt szybko. Zde­cy­do­wa­nie zbyt szybko. A ja nawet nie zdą­ży­łem się zasta­no­wić nad tym pierw­szym, nie­mi­łym wra­że­niem, jakie wywarł na mnie Ryan, nie mia­łem naj­mniej­szego poję­cia, kim naprawdę jest.

Nawet nie mru­gnął, wbi­ja­jąc we mnie spoj­rze­nie swych ciem­nych oczu.

- Abbie to naj­mil­sza, naj­życz­liw­sza, naj­wspa­nial­sza dziew­czyna, jaką kie­dy­kol­wiek zna­łem. Myślę, że twoja córka jest nie­zwy­kłą osobą, i chcę spę­dzić z nią resztę życia.

- To prawda - powie­dzia­łem, czu­jąc dziwny chłód prze­ni­ka­jący mi do krwi mimo cie­pła wie­czoru. - Jest nie­zwy­kła.

- Nie chcia­łem odgry­wać scenki rodem z osiem­na­stego wieku - wyja­śnił Ryan z ner­wo­wym gry­ma­sem. - W dzi­siej­szych cza­sach pro­sze­nie rodzi­ców o zgodę wydaje się sta­ro­modne, ale szcze­rze mówiąc, nie­zu­peł­nie wiem, jak to się robi, więc pró­buję wszyst­kiego.

- Rety, no... to dość nagłe, prawda, Ryan?

Żar­li­wie pokrę­cił głową.

- Mnie się nie wydaje nagłe. Tak naprawdę wie­dzia­łem to od chwili, gdy pozna­łem ją na tam­tej impre­zie. Chyba można powie­dzieć, że to miłość od pierw­szego wej­rze­nia. Wariac­two, co nie? Ni­gdy nie sądzi­łem, że spo­tka mnie coś takiego. - Pocią­gnął łyk wody mine­ral­nej. - Prze­pra­szam, że tak się roz­ga­da­łem. To nerwy.

Zda­łem sobie sprawę, że nie panuję nad sytu­acją. Mogłem powie­dzieć "nie", ale jak miał­bym to uza­sad­nić? I czy Abbie robi­łoby to jaką­kol­wiek róż­nicę? Ale wola­łem też nie mówić "tak". Co ozna­czało, że mogłem zro­bić tylko jedno: prze­cią­gnąć to i grać na zwłokę.

- A... masz już pier­ścio­nek zarę­czy­nowy?

Ryan ski­nął głową.

- Wła­ści­wie to pamiątka rodzinna. Nie byłem pewien, czy Abbie wola­łaby coś nowego, czy rzecz prze­ka­zy­waną z poko­le­nia na poko­le­nie. Ni­gdy przed­tem nie byłem w takiej sytu­acji, ale chcia­łem zro­bić to jak należy.

- Jasne. Rety - powtó­rzy­łem. - Ślub.

- Wolimy tego nie odkła­dać i dla­tego chcia­łem popro­sić o zgodę, żeby­śmy mogli sfor­ma­li­zo­wać nasz zwią­zek. Wiem, to duże zasko­cze­nie, ale oboje tego pra­gniemy.

Wciąż krę­ciło mi się w gło­wie. Jesz­cze nie tak dawno szy­ko­wa­li­śmy Abbie na jej pierw­szy dzień w pod­sta­wówce - czer­wony pulo­we­rek, lśniące lakierki, włosy zwią­zane w kitki, jej rączka mocno ści­ska­jąca moją dłoń. Zda­wało się, że minęła tylko chwila, a ja już nagle roz­ma­wia­łem o miło­ści od pierw­szego wej­rze­nia i per­spek­ty­wie ślubu mojej córki z męż­czy­zną, któ­rego led­wie zna­łem.

I to nie jakimś tam męż­czy­zną. Wła­śnie tym męż­czy­zną.

- To wielki krok, ważna decy­zja - mówi­łem powoli. - Wydaje się bar­dzo nagła; nie chce­cie tro­chę pocze­kać, aż... aż bar­dziej się do sie­bie zbli­ży­cie?

Ryan potarł zarost na pod­bródku, zer­ka­jąc w stronę Abbie i Cla­ire, które szły w naszym kie­runku.

- I o tym też musimy poroz­ma­wiać.

- Tak? Ale o co cho­dzi?

Abbie pode­szła do stołu, trzy­ma­jąc mamę pod ramię. Obie się uśmie­chały. Oczy Cla­ire lśniły z pod­eks­cy­to­wa­nia. Abbie mocno poca­ło­wała Ryana w poli­czek, a potem posłała mi sze­roki uśmiech.

- I? - spy­tała, prze­no­sząc wzrok ze mnie na swoją mamę, a potem znów na mnie. - Co ty na to?

- Zarę­czyli się! - oznaj­miła Cla­ire. - Wspa­niała wia­do­mość, prawda, Ed? Aż trudno w to uwie­rzyć!

Abbie pode­szła, by się do nas przy­tu­lić, roz­ta­cza­jąc wokół łagodny zapach per­fum.

- Tato? I co myślisz?

- To wspa­niale - stwier­dzi­łem sztywno, uświa­da­mia­jąc sobie, że prośba o zgodę ze strony Ryana była wła­ści­wie tylko pustym gestem. Już zdą­żył się oświad­czyć przed dzi­siej­szym wie­czo­rem. - Gra­tu­luję wam obojgu.

Ryan wyjął z kie­szeni małe fio­le­towe pudełko i wrę­czył je Abbie.

- Chyba możesz go znów wło­żyć - powie­dział z uśmie­chem.

Abbie wzięła puz­derko, otwo­rzyła je ostroż­nie i nasu­nęła pier­ścio­nek na ser­deczny palec lewej ręki, roz­kła­da­jąc pozo­stałe, by poka­zać nam klej­not. Bry­lant był ogromny. Nie­zbyt inte­re­so­wa­łem się biżu­te­rią, ale nawet ja wie­dzia­łem, że jest wyjąt­kowy.

- Nale­żał do mojej babci - wyja­śnił Ryan. - Zawsze powta­rzała, jak to dzia­dek Arthur posta­wił całą mie­sięczną pen­sję na wierz­chowca Well To Do w goni­twie Grand Natio­nal. Nic nie wie­dział o koniach, ale spodo­bało mu się to imię i chciał się stać "zamożny"1. Koń wygrał z kur­sem jeden do czter­na­stu, a Arthur wydał więk­szość wygra­nej wła­śnie na ten pier­ścio­nek.

Pomy­śla­łem, że to fajna histo­ria. Przy­jemna aneg­dotka. A jed­nak była w niej jakaś nuta fał­szu, brzmiała nieco zbyt gładko.

- Jesteś pewien - spy­tała Abbie z pro­mien­nym uśmie­chem - że bab­cia Hilda nie mia­łaby nic prze­ciwko?

- Byłaby zachwy­cona, Abbie. Ska­ka­łaby wokół cie­bie tak samo jak ja.

- Jest prze­cudny - powie­działa pod­eks­cy­to­wa­nym gło­sem. Znów wycią­gnęła rękę, usta­wia­jąc ją tak, by świa­tło padło na ważący chyba co naj­mniej karat bry­lant i zaczęło migo­tać w nie­zli­czo­nych fase­tach. - Nie mogę od niego ode­rwać oczu!

Pod­sko­czyła ze szczę­ścia, a potem znów nas objęła. Cla­ire uśmiech­nęła się i poca­ło­wała córkę w poli­czek, a ja ze zdu­mie­niem dostrze­głem napły­wa­jące jej do oczu łzy.

- Musimy to uczcić! - oznaj­miła, odwra­ca­jąc się w stronę kuchni. Nie lubiła, gdy ludzie widzieli, jak pła­cze. - Zaraz wra­cam.

Abbie usia­dła Ryanowi na kola­nach, wyjęła tele­fon i zro­biła fotkę pier­ścionka na palcu, przy­pusz­czal­nie po to, by zamie­ścić ją na Insta­gra­mie.

- Wiem, że to wydaje się dość nagłe, tato - powie­działa, kli­ka­jąc w komórkę. - Ale nie dla nas. Jest wła­śnie tak, jak ma być. Ide­al­nie.

- Rzecz w tym, Abbie, że to wszystko... no, to naprawdę wielka sprawa. A ja się dowia­duję tak nagle.

- Prze­pra­szam, tato - odparła, pod­no­sząc wzrok. Jej czoło zmarsz­czyło się w wyra­zie zatro­ska­nia. - Szkoda, że nie pozna­łeś Ryana wcze­śniej, ale ma taką pracę, mnó­stwo innych spraw i ten pro­jekt w Nowym Jorku, więc wła­ści­wie nie było kiedy. A potem się oświad­czył... i tak wyszło.

- I tak wyszło - powtó­rzy­łem.

W dzi­siej­szych cza­sach okres zarę­czyn może trwać całe lata, a ludzie czę­sto roz­stają się, zamiast brać ślub. Mocno uchwy­ci­łem się tej myśli. Przy­lgną­łem do niej jak tonący czło­wiek do boi ratow­ni­czej.

- Wygląda na to, że mamy dzień ogło­szeń - powie­działa. Palce mojej córki i Ryana splo­tły się ze sobą. Abbie posłała mu deli­katny uśmiech, który on natych­miast odwza­jem­nił. - Czy mój narze­czony prze­ka­zał ci już drugą wia­do­mość?

- Jest też druga?

- Prze­pro­wa­dzam się do niego - oznaj­miła Abbie.

- Co takiego? - spy­ta­łem, pró­bu­jąc narzu­cić swoim myślom jakiś porzą­dek.

- Kupił dom w Beeston. Mam stam­tąd o wiele bli­żej do szkoły, więc latem będę mogła sobie cho­dzić spa­cer­kiem. Ryanowi też bar­dziej pasuje, bo dużo jeź­dzi, a dom stoi nie­da­leko wjazdu na auto­stradę. - Wyjęła z kie­szeni bre­lo­czek i unio­sła go: mały srebrny kot na łań­cuszku z poje­dyn­czym klu­czem. - To naprawdę ładny domek w miłej oko­licy.

- Beeston - powie­dzia­łem. - Rozu­miem.

- Tylko kilka mil stąd, tato. Nie wyjeż­dżam z Not­tin­gham. Wcale nie jest daleko do cen­trum. Pomo­żesz mi prze­wieźć rze­czy?

Poczu­łem w piersi pustkę.

- Jasne - rzu­ci­łem. - Ale możesz tu zostać, jak długo chcesz, Abs. Nie musisz się spie­szyć.

- Dzięki, tato. Jesteś super.

Co kilka sekund dzwo­nek jej tele­fonu brzę­czał, zawia­da­mia­jąc, że ktoś na Insta­gra­mie albo Face­bo­oku zare­ago­wał na zdję­cie pier­ścionka zarę­czy­no­wego. Każda kolejna wia­do­mość wywo­ły­wała na jej twa­rzy uśmiech. Abbie odpo­wia­dała na wszyst­kie komen­ta­rze i poka­zy­wała je Ryanowi.

Cla­ire wyszła z kuchni z butelką szam­pana w jed­nej ręce i z czte­rema kie­lisz­kami w dru­giej. Każde z nas wzięło jeden z nich. Kiedy roz­le­wała szam­pana, pano­wało mil­cze­nie. Żona wciąż na mnie nie patrzyła, a ja przez chwilę pomy­śla­łem, że może też ma wąt­pli­wo­ści co do Ryana i ukrywa je tylko przez grzecz­ność.

- Cudowna wia­do­mość - stwier­dziła.

Ryan wyszcze­rzył zęby.

- Wznie­śmy toast! Za co wypi­jemy?

Abbie unio­sła kie­li­szek. Na powierzchni szam­pana bul­go­tały bąbelki.

- Za nowy począ­tek?

Cla­ire i Ryan także unie­śli kie­liszki.

Powoli zro­bi­łem to samo.

- Za nowy począ­tek - powtó­rzyła Cla­ire.

Stuk­nę­li­śmy się kie­lisz­kami i wzię­li­śmy po łyku. Ryan odsta­wił swój kie­li­szek na drew­niany stół, lekko go odsu­wa­jąc, jakby nie zamie­rzał już wię­cej pić.

- Chcia­łem wam podzię­ko­wać - powie­dział. - Za to, że oboje tak dobrze mnie przy­ję­li­ście.

- Nie ma za co - odrze­kła Cla­ire. - Wspa­niale, że naszym naj­bliż­szym się układa, prawda, Ed?

- Tak. - Sztywno kiw­ną­łem głową. - Oczy­wi­ście.

Dostrze­gła moją minę i łagod­nie chwy­ciła mnie za dłoń, co było jej spo­so­bem na powie­dze­nie: "Wiem, rozu­miem. Póź­niej o tym poga­damy".

- Prawdę mówiąc - ode­zwał się Ryan - cze­ka­łem na wła­ściwą osobę. A kiedy pozna­łem Abbie, nie chcia­łem tra­cić wię­cej czasu. Kiedy czło­wiek wie, to po pro­stu wie, prawda?

Wście­kło mnie to "cze­ka­łem na wła­ściwą osobę", jakby cho­dziło o umowę na nowy samo­chód. Wyra­ża­nie tego wszyst­kiego wyłącz­nie w pierw­szej oso­bie też mi nie odpo­wia­dało. Abbie to nie jakaś tam osoba, była ważna i cudowna sama w sobie - a on na nią nie zasłu­gi­wał.

- No więc! - zawo­łała Cla­ire, któ­rej szam­pan zaru­mie­nił policzki. - Myśle­li­ście już o dacie?

- Cóż, my...

- Pew­nie tro­chę na to za wcze­śnie - cią­gnęła Cla­ire - ale chcia­łam po pro­stu wie­dzieć, co pla­nu­je­cie.

- Wła­ści­wie - powie­działa Abbie, krę­cąc pier­ścion­kiem zarę­czy­no­wym wokół palca - mamy już datę.

To wybiło Cla­ire z rytmu. Przez chwilę sie­działa z lekko otwar­tymi ustami.

- Naprawdę?

- Tak.

- Macie już datę?

- Chcemy się pobrać na początku lata, mamo. Pod koniec czerwca.

- Czerwca? Rety. - Cla­ire wes­tchnęła. Teraz uśmiech przy­cho­dził jej z tru­dem. Patrzy­łem, jak bie­rze oddech. - W czerwcu mamy trasę, sfi­na­li­zo­wa­li­śmy to w zeszłym tygo­dniu. Niech spraw­dzę. - Wstała i weszła do domu, uni­ka­jąc mojego spoj­rze­nia.

W panu­ją­cej ciszy Abbie pochy­liła się i szep­nęła coś Ryanowi do ucha. Uśmiech­nął się i ski­nął głową, patrząc jej w oczy. Wie­dzia­łem, że powi­nie­nem się ode­zwać, ale nie potra­fi­łem wykrztu­sić ani słowa. Zamiast tego gło­śno prze­łkną­łem szam­pana. Mia­łem nieco ponad rok na roz­gry­zie­nie tego gościa: dość czasu, by spraw­dzić, czy coś ukrywa, upew­nić się, czy moje prze­czu­cia są słuszne.

Cla­ire wró­ciła na taras, nio­sąc swój ter­mi­narz w okładce z nie­bie­skiej skóry. Była to nasza rodzinna Biblia zawie­ra­jąca daty wszyst­kich jej wyjaz­dów z teatrem, odwie­dzin zna­jo­mych, urlo­pów, uro­dzin i innych usta­leń, które skru­pu­lat­nie zapi­sy­wała i koor­dy­no­wała. Abbie pró­bo­wała ją nakło­nić, by prze­rzu­ciła to wszystko do tele­fonu i stwo­rzyła kalen­darz, który mogli­by­śmy syn­chro­ni­zo­wać w naszych komór­kach, ale ona się na to nie zgo­dziła. Odparła, że mając swój ter­mi­narz, wie, na czym stoi. Czu­łem jed­nak, że cho­dzi o coś wię­cej. Two­rze­nie pla­nów i ich wła­sno­ręczne zapi­sy­wa­nie było jej mecha­ni­zmem radze­nia sobie z życiem.

- No dobrze - powie­działa, otwie­ra­jąc tylną okładkę notat­nika. - Czyli... koniec czerwca. Trzeba będzie wysłać zapro­sze­nia dużo wcze­śniej, może już we wrze­śniu albo w paź­dzier­niku, żeby udało się nam wszyst­kich zła­pać, zanim sobie zabu­kują przy­szło­roczne waka­cje. Jaką datę macie?

- Dwu­dzie­sty dzie­wiąty.

Cla­ire prze­bie­gła pal­cem po stro­nie.

- Okej. Trasa Cza­row­nic z Salem powinna się skoń­czyć dwu­dzie­stego trze­ciego, to dobrze, a dwu­dzie­sty dzie­wiąty to... wto­rek. - Unio­sła wzrok, marsz­cząc czoło. - Na pewno cho­dzi wam o dwu­dzie­sty dzie­wiąty, a nie dwu­dzie­sty szó­sty? To będzie ostat­nia sobota czerwca.

Abbie się zawa­hała, a kąciki ust wygiął jej ner­wowy uśmie­szek.

- Cho­dzi o to, mamo, tato... - Bawiła się rąb­kiem swej bluzki. - To nie jest wto­rek.

- Nie? - Cla­ire wbiła wzrok w swój kalen­darz. - Ale tak tu jest napi­sane.

- To ponie­dzia­łek, mamo.

Prze­nio­słem wzrok z córki na jej narze­czo­nego, ale jego nie­ska­zi­telna twarz pozo­stała bez wyrazu.

- Jak to, Abs? - spy­ta­łem cicho. - Co chcesz przez to powie­dzieć?

- Ślub nie jest w przy­szłym roku - wyja­śniła, gło­śno prze­ły­ka­jąc ślinę. - Jest w przy­szłym mie­siącu.

Well-to-do (ang.) - zamożny [wszyst­kie przy­pisy pocho­dzą od tłu­ma­cza]. [wróć]

4

Bar­dzo ostroż­nie odsta­wi­łem kie­li­szek na stół i chwy­ci­łem opar­cie fotela ogro­do­wego, by się na nim wes­przeć. Czu­łem, jak drew­niana kra­wędź wrzyna mi się w dłoń.

Twarz Cla­ire zamarła, podob­nie jak dłu­go­pis w jej dłoni, zawie­szony nad otwar­tym ter­mi­na­rzem.

- Powtórz to - powie­działa wresz­cie.

- Koniec przy­szłego mie­siąca, mamo. - Głos Abbie był cichy, brzmiał nie­pew­nie. - Dwu­dzie­sty dzie­wiąty czerwca.

Pró­bo­wa­łem jakoś pojąć to, co powie­działa, prze­li­cza­jąc w gło­wie daty.

- Abbie, to... to mniej niż za sześć tygo­dni - wydu­ka­łem. - Jak to w ogóle moż­liwe?

- Zawia­do­mie­nie o ślu­bie trzeba zło­żyć co naj­mniej dwa­dzie­ścia osiem dni przed cere­mo­nią. To wszystko.

- Ale to już tak nie­długo, tak szybko - mówi­łem, sta­ra­jąc się nadać gło­sowi spo­kojny ton. - Skąd ten pośpiech? Musimy się pouma­wiać, poza­pra­szać ludzi, jest do zro­bie­nia pew­nie z milion rze­czy, wiele osób nie zdoła przy­je­chać, jeśli dostaną zapro­sze­nia tak krótko przed ślu­bem.

- Wiem, że to bar­dzo mało czasu, tato. - Zło­żyła ręce na kola­nach. - Ale zawsze powta­rza­łam, że chcę, aby była przy tym cała naj­bliż­sza rodzina.

- No jasne, Abs, ale...

- Cała. - Odwró­ciła wzrok. - Każdy, kto jest dla mnie naj­waż­niej­szy na świe­cie. A jeśli pocze­kamy do następ­nego roku albo dłu­żej...

Nie dokoń­czyła zda­nia i zaczęła pocie­rać oczy.

- Och, Abbie. Kocha­nie - powie­działa Cla­ire łagod­nym tonem.

Ostat­nie pro­mie­nie zacho­dzą­cego słońca zni­kły za jawo­rami. W zapa­da­ją­cym zmierz­chu zro­biło się o kilka stopni chłod­niej. Zady­go­ta­łem.

Abbie wstała z zało­żo­nymi rękami. Jej głos był teraz nie­mal tak cichy jak szept.

- Nie potra­fię sobie wyobra­zić, że babci Joyce mogłoby nie być na moim ślu­bie - oznaj­miła.

Cla­ire wstała, pode­szła do naszej córki i mocno ją objęła.

- Och, Abbie - powtó­rzyła. - Mama nie chcia­łaby, żebyś usta­lała datę spe­cjal­nie ze względu na nią. Chcia­łaby, żebyś zro­biła to, co jest naj­lep­sze dla cie­bie.

- Ale to wła­śnie jest naj­lep­sze dla mnie. A poza tym nie chcę cze­kać. - Uwol­niła się z uści­sku Cla­ire, pró­bu­jąc zdo­być się na uśmiech. - Nie chcemy cze­kać. Dosta­łam pół­tora dnia urlopu ze względu na... oko­licz­no­ści. Ten krótki ter­min.

- A twoja rodzina, Ryan? - spy­ta­łem. - Co oni na to?

Abbie sta­nęła przy krze­śle narze­czo­nego, kła­dąc rękę na jego ramie­niu.

- To był pomysł Ryana - oznaj­miła. - Kiedy powie­dzia­łam mu o babci, o jej dia­gno­zie, stwier­dził, że musimy zro­bić wszystko, by mogła wziąć udział w naszym wiel­kim dniu. Potem dowie­dział się, jak to wygląda od strony praw­nej i prak­tycz­nej, poga­dał z urzęd­ni­kiem i zna­lazł datę.

Ryan powoli poki­wał głową, uśmie­cha­jąc się do nas ostroż­nie.

- To będzie ślub cywilny w Bridg­ford Hall - wyja­śnił. - Tylko naj­bliżsi przy­ja­ciele i rodzina. Miej­sce jest nie­zbyt duże, ale pięk­nie poło­żone, tuż przy parku. A w przy­szłym roku, w lecie, urzą­dzimy wiel­kie wesele dla wszyst­kich gości.

- Nazy­wają to wese­lem żyją­cych długo i szczę­śli­wie - dodała Abbie.

Skrzy­wi­łem się, sły­sząc to okre­śle­nie.

- No tak - odrze­kła Cla­ire, pocie­ra­jąc twarz dłońmi. - Okej. Wygląda na to, że wszystko już zapla­no­wa­li­ście.

- Nie­zu­peł­nie, mamo. Trzeba jesz­cze zor­ga­ni­zo­wać mnó­stwo spraw. Myśla­łam, że może jutro zaczniemy nad tym pra­co­wać. We trójkę?

- Jasne - powie­działa Cla­ire z wymu­szo­nym uśmie­chem. - Ale naj­pierw sprawdź, czy bab­cia już się obu­dziła, żebyś mogła prze­ka­zać jej wia­do­mość.

5

- Opo­wiedz nam, jak się oświad­czył - popro­siła Cla­ire.

Ryan już wyszedł; ponow­nie wymie­nił ze mną uścisk ręki na ganku i odje­chał swoim kabrio­le­tem audi. A teraz sie­dzie­li­śmy we czwórkę w salo­nie. Abbie zaj­mo­wała miej­sce na kana­pie pomię­dzy Cla­ire i Joyce. Pod­ku­liła nogi pod sie­bie i uśmiech­nęła się nie­mal wsty­dli­wie.

- W zeszły week­end zabrał mnie na nie­sa­mo­wity pik­nik w ogro­dach pałacu Chat­sworth House. Pili­śmy szam­pana, a on dał mi ten śliczny album z mnó­stwem naszych wspól­nych zdjęć. - Unio­sła go, łagod­nie prze­su­wa­jąc dło­nią po lśnią­cej bia­łej okładce. - Na ostat­niej stro­nie była foto­gra­fia atła­so­wego pudełka z pier­ścion­kiem. Kiedy pod­nio­słam znad niej wzrok, on miał to pudełko w ręku, przy­kląkł na jedno kolano, chwy­cił mnie za dłoń i popro­sił, żebym została jego żoną. Gdy zoba­czy­łam pier­ścio­nek, byłam tak zasko­czona, że wybuch­nę­łam śmie­chem.

- Biedny Ryan - powie­działa Joyce opa­tu­lona w koc w szkocką kratę. - Pew­nie poczuł się strasz­nie zaże­no­wany.

- Pew­nie, bab­ciu! Nie mam poję­cia, czemu się roze­śmia­łam. Chyba przez szok. Zdo­ło­wa­łam go tym, ale popro­sił mnie jesz­cze raz, a ja na to: "Tak! Tak! No pew­nie!". - Wypro­sto­wała palec, by ponow­nie spoj­rzeć na pier­ścio­nek z ogrom­nym bry­lan­tem, jakby spraw­dzała, czy wciąż jest na miej­scu. - A potem zaczę­łam pła­kać, a on powie­dział, że chce was popro­sić o zgodę na dzi­siej­szym spo­tka­niu.

Cla­ire prze­krzy­wiła głowę. Zamiast szkieł kon­tak­to­wych miała teraz oku­lary w szyl­kre­to­wych opraw­kach, a na sto­pach stare bam­bo­sze z futer­kiem. Do tej pory nie zdą­ży­li­śmy poga­dać tylko we dwoje; nie byłem pewien, co o tym wszyst­kim myśli. Jeśli mar­twiła się rów­nie mocno jak ja, świet­nie to ukry­wała.

- Ten album to wspa­niały pomysł - oznaj­miła. - Prawda, Ed?

Zakrę­ci­łem kie­lisz­kiem brandy i pocią­gną­łem łyk, czu­jąc, jak napój pie­cze i dra­pie, spły­wa­jąc w dół gar­dła.

- Bar­dzo prze­my­ślany - potwier­dzi­łem.

Joyce ujęła dłoń Abbie obiema rękami.

- Cóż, sądzę, że mie­li­śmy wspa­niały wie­czór - powie­działa. - Chcesz wie­dzieć, co jesz­cze myślę?

- Oczy­wi­ście, bab­ciu.

- Myślę, że tra­fiła ci się świetna par­tia. Przy­po­mina mi two­jego dziadka, kiedy go pozna­łam.

- Dziadka Jima? - W gło­sie Abbie usły­sza­łem radość. - W jakim sen­sie, bab­ciu?

- Jest porządny, to po pro­stu widać. Jim był praw­dzi­wym dżen­tel­me­nem. I twój Ryan też. Nie w sta­ro­mod­nym zna­cze­niu, tylko... jest opie­kuń­czy i dobry.

- Ooo, dzięki. Tak się cie­szę, że go polu­bi­li­ście. - Abbie ostroż­nie przy­tu­liła bab­cię. - Naprawdę mi ulżyło, bo nie wie­dzia­łam, co o nim pomy­śli­cie.

- To na pewno naj­lep­sza par­tia - oznaj­miła Joyce. - Mam rację?

- Wydaje się naprawdę uro­czy - powie­działa Cla­ire, patrząc na mnie.

- Tak, w rze­czy samej - cią­gnęła Joyce. - To naj­lep­szy chło­pak z moż­li­wych.

* * *

Opar­łem się o blat kuchenny, cze­ka­jąc, aż w czaj­niku zago­tuje się woda na her­batę rumian­kową dla Cla­ire. Prze­wi­ja­łem wia­do­mo­ści na Insta­gra­mie do chwili, aż zna­la­złem foto­gra­fię wysłaną wcze­śniej tego wie­czoru przez Abbie: pozo­wała z ręką wycią­gniętą do apa­ratu, by pochwa­lić się pier­ścion­kiem zarę­czy­no­wym z wiel­kim bry­lan­tem. Wpis pocho­dził sprzed zale­d­wie kilku godzin, ale już zebrał ponad trzy­sta laj­ków i sie­dem­dzie­siąt dwa komen­ta­rze od zna­jo­mych gra­tu­lu­ją­cych Abbie - try­ska­jące entu­zja­zmem wia­do­mo­ści pełne cału­sków i emo­ti­ko­nów z pier­ścion­kami, butel­kami szam­pana i ser­dusz­kami.

Uśmiech Abbie był tak sze­roki i szczery, że jej radość powinna tra­fić wprost do mojego serca. A jed­nak nie mogłem prze­stać patrzeć na Ryana, na jego wystu­dio­wany gry­mas, znacz­nie bled­szy niż jej. Oczy czarne jak węgiel. Jak u rekina. Czaj­nik się wyłą­czył, a ja nala­łem wody do kubka. Cla­ire weszła do kuchni, poca­ło­wała mnie prze­lot­nie w kącik ust i oparła się o bar śnia­da­niowy naprze­ciwko.

- I? - powie­działa. Patrzy­łem na nią, cze­ka­jąc, aż zdra­dzi swoje praw­dziwe uczu­cia, ale na jej twa­rzy widzia­łem tylko słaby uśmiech.

- I? - powtó­rzy­łem z waha­niem.

- Ależ to był wie­czór.

Powoli kiw­ną­łem głową.

- Tak... fak­tycz­nie. - Z roz­tar­gnie­niem mie­sza­łem her­batę pach­nącą jabł­kiem i mio­dem. - To był wie­czór.

- Dobrze się czu­jesz, Ed? Jesteś bar­dzo cichy.

- Po pro­stu pró­buję to wszystko ogar­nąć.

- To tak jak ja. - Ski­nęła głową. - Co myślisz o naszym przy­szłym zię­ciu?

Wrząca woda chlu­snęła za brzeg kubka. Upu­ści­łem łyżeczkę i potrzą­sną­łem ręką.

- Oj - powie­działa Cla­ire. - Opa­rzy­łeś się?

- Nic mi nie jest - odpar­łem, wkła­da­jąc dłoń pod kran. Lodo­wata woda znie­czu­lała skórę ponad kciu­kiem, która nabie­rała wście­kle różo­wego koloru. - Nie wiem, a jak tobie się on podoba?

- Uwa­żam, że jest prze­uro­czy. Są w sobie ewi­dent­nie zadu­rzeni.

Zdją­łem ręcz­nik z kalo­ry­fera i prze­wią­za­łem sobie nim rękę, czu­jąc pul­so­wa­nie i rwa­nie opa­rzo­nej skóry, a potem pokrę­ci­łem głową.

- Szkoda tylko, że nie mamy wię­cej czasu, by się z tym oswoić i... wię­cej się o nim dowie­dzieć.

- Mamie nie zostało wiele czasu. - Skrzy­żo­wała ramiona na piersi. - A Abbie i Ryan robią wszystko, żeby wzięła udział w ich wiel­kim dniu. Są naprawdę tro­skliwi.

- Jasne. Ale chciał­bym wie­dzieć wię­cej o tym, co się dzieje, znać wszyst­kie fakty, mieć pełen obraz...

- Ona nie jest.

- Nie jest jaka?

- Abbie nie jest w ciąży.

Gło­śno prze­łkną­łem ślinę z poczu­ciem ulgi, cie­sząc się, że ten dzień oszczę­dził mi choć jed­nego zasko­cze­nia.

- W porządku. Nie­zu­peł­nie o to mi cho­dziło, ale okej.

- Zapy­ta­łam ją o to, zanim poszła spać. Powie­dzia­łam, że nie zamie­rzamy jej oce­niać, że nie będziemy mieli żad­nych pre­ten­sji, po pro­stu chcemy wie­dzieć.

- I powie­działa ci?

- Oczy­wi­ście. Wszystko mi mówi.

Abbie zawsze chęt­niej zwie­rzała się mamie. Uwa­ża­łem to za natu­ralne. A Cla­ire za każ­dym razem słu­chała, nie komen­tu­jąc, i przed­sta­wiała mi ogólny zarys sytu­acji jakiś czas póź­niej, gdy Abbie nie było w pobliżu.

- Teraz twój ruch, Ed.

- Mój ruch?

- Powiedz coś - popro­siła, prze­krzy­wia­jąc głowę. - Co myślisz? Byłeś dzi­siaj bar­dzo poważny.

Naci­sną­łem pedał kubła i wyrzu­ci­łem saszetkę po her­ba­cie.

- Kiedy mnie pozna­łaś, podo­bało ci się, że jestem poważny.

- I dalej mi się podoba.

- Więc taki jestem.

Cla­ire unio­sła brwi. Zawa­ha­łem się. To, co naprawdę leżało mi na sercu - Mam naprawdę złe prze­czu­cia co do narze­czo­nego naszej córki - brzmia­łoby jak objaw para­noi. Musia­łem wymy­ślić jakieś mniej bez­po­śred­nie podej­ście.

Poda­łem jej kubek uchem do przodu.

- Wszystko dzieje się tak szybko, znie­nacka - powie­dzia­łem. - Abbie weszła w ten zwią­zek na odle­głość z jakimś gościem, który lata po całym świe­cie, potem wraca do Anglii, prze­pro­wa­dza się do Not­tin­gham i łup, w końcu go pozna­jemy, a oni się pobie­rają. Szcze­rze mówiąc, jesz­cze nie prze­stało mi się krę­cić w gło­wie.

Wła­śnie zda­łem sobie sprawę, jak bar­dzo będzie mi bra­ko­wać obec­no­ści mojej córki, jej głosu roz­brzmie­wa­ją­cego w domu, nawy­ków i żar­tów, które ze sobą wymie­nia­li­śmy. Tego, że co roku pusz­czała kolędy zaraz po dniu Guya Faw­kesa; za każ­dym razem na to uty­ski­wa­łem, choć tak naprawdę cie­szyło mnie jej uwiel­bie­nie dla świąt Bożego Naro­dze­nia, bo świad­czyło o tym, że Cla­ire i ja, mimo paru wpa­dek, dobrze wywią­za­li­śmy się z roli rodzi­ców. Oczy­wi­ście prę­dzej czy póź­niej musiała się wypro­wa­dzić - Abbie miesz­kała z nami, oszczę­dza­jąc na wkład do wła­snego miesz­ka­nia - lecz nie spo­dzie­wa­łem się, że nastąpi to tak nagle.

- Fak­tycz­nie, to jest szok - powie­działa Cla­ire. - Dla nas obojga. Trudno mi się pogo­dzić z tym, jak szybko to nastą­piło, ale trzeba odło­żyć takie myśli na bok i po pro­stu iść dalej.

Powiedz to - pomy­śla­łem. - Powiedz coś.

- Coś jesz­cze mi nie gra - oznaj­mi­łem w końcu. - Ale nie bar­dzo wiem co.

- W tym, że ich zwią­zek bły­ska­wicz­nie się roz­wija?

- Nie cho­dzi o ich zwią­zek. Cho­dzi o niego.

Cla­ire wes­tchnęła. Zda­łem sobie sprawę, że Ryan w ogóle jej nie nie­po­koił. Uni­kała mojego wzroku z jakie­goś innego powodu.

- O Ryana? W jakim sen­sie?

- Ma w sobie coś... Nie potra­fię tego okre­ślić.

- Już to prze­ra­bia­li­śmy, Ed, prawda?

- To coś innego.

- Okej - wes­tchnęła. - Co ci się nie podoba w Ryanie?

- Cóż... - Znów się zawa­ha­łem. Moje zastrze­że­nia brzmia­łyby tak obłą­kań­czo, tak bez­pod­staw­nie. Jego oczy skry­wają pustkę, coś w nich się czai, coś złego. Czuję to. - Nie wydał ci się tro­chę dziwny? Mam wra­że­nie, że coś ukrywa.

- Co ci zro­bił, że tak o nim mówisz?

- Dzi­siaj, kiedy zosta­li­śmy we dwóch na tara­sie - powie­dzia­łem, czu­jąc się tro­chę głu­pio - kop­nął Tilly.

- Co?

- Chyba ją kop­nął. Co za czło­wiek zro­biłby coś takiego?

Cla­ire pokrę­ciła głową.

- O czym ty mówisz?

- Kiedy gra­łaś z Abbie w bad­min­tona, odwró­ci­łem wzrok, aż tu nagle Tilly odsko­czyła z miau­kiem, a Ryan miał...

- Ed, nie kop­nął jej. Zro­biła się tro­chę zrzę­dliwa na stare lata, a on pew­nie nie chciał, żeby mu wła­ziła na kolana, i to wszystko.

- Odnio­słem inne wra­że­nie.

- A widzia­łeś, że ją kopie?

- Nie­zu­peł­nie. Patrzy­łem, jak gra­cie, ale...

- No tak. Wygląda na to, że na siłę szu­kasz powo­dów, żeby go nie lubić. - Zmarsz­czyła brwi i spoj­rzała na trzy­many w rękach kubek. Zna­łem już to spoj­rze­nie i poczu­łem ból. Była mną roz­cza­ro­wana.

- Muszę się poło­żyć. Jest późno. Rano poroz­ma­wiamy.

Ski­ną­łem głową.

- Idziesz na górę?

- Tylko poza­my­kam drzwi i dam kotu jeść.

- Dobrze - powie­działa. Potem sta­nęła i spoj­rzała na mnie. - Ed, pro­szę, daj Ryanowi szansę. Spró­buj go poznać.

Odwró­ciła się i prze­szła kory­ta­rzem do scho­dów. Sły­sza­łem, jak zmie­rza w stronę pierw­szego pię­tra; zna­jomo zaskrzy­piał trzeci sto­pień, potem dzie­siąty.

Cicho zagwiz­da­łem na Tilly. Jej pysz­czek z siwymi wąsami wychy­nął z otwar­tych drzwi do piw­nicy. Nało­ży­łem jedze­nie do miski i patrzy­łem, jak ostroż­nie pod­cho­dzi, a potem zaczyna jeść. Idąc, wyraź­nie oszczę­dzała jedną z tyl­nych łap. Szybko pogła­ska­łem ją za uszkiem, gdy wci­nała kola­cję.

Cla­ire chciała, żebym poznał nowego narze­czo­nego naszej córki. Wła­śnie to zamie­rza­łem zro­bić. Posta­no­wi­łem, że odkryję prawdę o tym obcym czło­wieku, który zwa­lił Abbie z nóg.

Zanim będzie za późno.