Najlepsze anegdoty o sławnych ludziach - Przemysław Słowiński

Kup ebooka

27.90 zł
23.72 zł (15,35 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

WŁAD­CY KRÓ­LO­WIE CE­SA­RZE

Przed kró­lem Spar­ty Age­zy­la­osem sta­nę­ło pew­ne­go dnia kil­ku moc­no po­zna­czo­nych bli­zna­mi wo­jow­ni­ków.

- Te rany, kró­lu, są do­wo­dem, że nie ucie­ka­li­śmy przed nie­przy­ja­cie­lem - za­czę­li się chwa­lić.

- Wie­rzę - od­po­wie­dział Age­zy­la­os. - Wo­lał­bym wsze­la­ko mieć na służ­bie tych, któ­rzy was tak po­kie­re­szo­wa­li.

Car Alek­san­der I Ro­ma­now otrzy­mał raz od bied­ne­go jesz­cze wte­dy po­ety Chea-ple­ra to­mik po­ezji z de­dy­ka­cją. Po­dzię­ko­wał mu w ten spo­sób, że ka­zał zwią­zać set­kę bank­no­tów sto­ru­blo­wych na kształt książ­ki i - umie­ściw­szy na kar­cie ty­tu­ło­wej na­pis: "Po­ezje Alek­san­dra I" - po­słał ją Che­aple­ro­wi. Na­za­jutrz po­eta od­pi­sał:

"Po­ezje te po­do­ba­ły mi się tak bar­dzo, że pra­gnął­bym czym prę­dzej prze­czy­tać tom dru­gi".

Po kil­ku dniach otrzy­mał to, o co pro­sił, jed­na­ko­woż na koń­cu prze­sył­ki od cara zna­la­zły się sło­wa:

"Ko­niec tomu dru­gie­go i ostat­nie­go".

Kie­dy 4 kwiet­nia 1886 roku Dy­mitr Ka­ra­ko­zow do­ko­nał w Pe­ters­bur­gu nie­uda­ne­go za­ma­chu na ży­cie cara Alek­san­dra II, ten w pierw­szym po­ry­wie wy­krzyk­nął do poj­ma­ne­go:

- Ty Po­lak?

- Nie - od­parł Ka­ra­ko­zow.

- To za co? - za­py­tał zdu­mio­ny car.

Król Ka­sty­lii Al­fons X, zwa­ny Mą­drym, od­zna­czył kie­dyś jed­ne­go z uczo­nych naj­wyż­szym or­de­rem kró­le­stwa.

- Dzię­ku­ję Wa­szej Kró­lew­skiej Mo­ści za krzyż, na któ­ry w peł­ni za­słu­ży­łem - po­wie­dział uczo­ny.

- Jak to jest - za­py­tał nie­co zdzi­wio­ny ta­kim bra­kiem skrom­no­ści mo­nar­cha -  że wszy­scy do­tąd prze­ze mnie od­zna­cza­ni, dzię­ku­jąc za uho­no­ro­wa­nie mó­wi­li, że na wy­róż­nie­nie nie za­słu­gu­ją?

- Praw­dę szcze­rą mó­wi­li - pa­dła od­po­wiedź.

Au­gust II Moc­ny sły­nął ze swej siły fi­zycz­nej. Bę­dąc pew­ne­go razu w po­dró­ży, za­je­chał do przy­droż­nej kuź­ni, aże­by mu ko­wal pod­kuł ko­nia. Kie­dy pod­ko­wa zo­sta­ła już zro­bio­na, król wziął ją do ręki, zła­mał i od­rzu­ciw­szy na bok, po­wie­dział:

- Kiep­ska!

Kie­dy przy­szło do pła­ce­nia, wrę­czył jed­nak ko­wa­lo­wi ca­łe­go ta­la­ra, co na owe cza­sy było sumą do­syć znacz­ną. Ko­wal wziął mo­ne­tę, zła­mał ją w pal­cach i rzu­ciw­szy kró­lo­wi pod nogi, rzekł:

- Kiep­ska!

Po­dob­no za­sko­czo­ny Au­gust dał dow­cip­ne­mu ko­wa­lo­wi jesz­cze kil­ka ta­la­rów.

Król Au­gust II Moc­ny je­chał przez Pod­la­sie. Miej­sco­wi wie­śnia­cy nie mo­gli ta­kiej oka­zji prze­oczyć, nig­dy prze­cież mo­nar­chy nie wi­dzie­li. Tym­cza­sem Au­gust zmę­czo­ny za­snął w ką­cie ka­re­ty, a w oknie po­wo­zu po­ja­wi­ła się gło­wa wy­glą­da­ją­ce­go bul­do­ga.

- Jaki ten Naj­ja­śniej­szy Pan do psa po­dob­ny - sko­men­to­wał je­den z wi­dzów.

Król Da­nii Chri­stian X przy­był kie­dyś na otwar­cie por­tu w mie­ście Aar­hus. Po dro­dze wi­ta­ły go na uli­cy tłu­my dzie­ci, wzno­sząc okrzy­ki na cześć wład­cy i ma­cha­jąc cho­rą­giew­ka­mi.

- Skąd tu się wzię­ło aż tyle dzie­ci? - za­py­tał mo­nar­cha to­wa­rzy­szą­ce­go mu bur­mi­strza.

- Ach, Wa­sza Kró­lew­ska Mość - od­parł za­gad­nię­ty - toż na tę uro­czy­stość przy­go­to­wy­wa­li­śmy się już od kil­ku lat.

Ślub Ma­ry­ny Mnisz­chów­ny z Dy­mi­trem Sa­mo­zwań­cem od­był się 27 li­sto­pa­da 1605 roku w kra­kow­skim ko­ście­le Naj­święt­szej Ma­rii Pan­ny. Był to tak zwa­ny ślub per pro­cu­ra. Udzie­lił go bi­skup kra­kow­ski Ber­nard Ma­cie­jow­ski, a w za­stęp­stwie pana mło­de­go wy­stą­pił ro­syj­ski po­seł, Ata­na­zy Wła­siew. Gdy przy­stą­pio­no do ce­re­mo­nii za­ślu­bin, bi­skup za­py­tał zgod­nie ze zwy­cza­jem, czy Dy­mitr nie ślu­bo­wał już komu in­ne­mu wia­ry mał­żeń­skiej.

- A czy ja wiem? - od­po­wie­dział szcze­rze Wła­siew. - Pod tym wzglę­dem nie udzie­lił mi żad­nej in­struk­cji.

Król An­glii Edward VII, jesz­cze jako ksią­żę Wa­lii, czę­sto po­pa­dał w fi­nan­so­we kło­po­ty. Pew­ne­go razu zwró­cił się li­stow­nie do mat­ki, kró­lo­wej Wik­to­rii, z proś­bą o prze­sła­nie mu dzie­się­ciu fun­tów szter­lin­gów. Zna­na z su­ro­wych za­sad wład­czy­ni oczy­wi­ście nie tyl­ko, że nie prze­ka­za­ła mu ocze­ki­wa­nej kwo­ty, ale na­pi­sa­ła jesz­cze dłu­gi list pe­łen do­brych rad i po­uczeń. Po paru dniach otrzy­ma­ła od­po­wiedź:

"Dro­ga Ma­tecz­ko! Dzię­ku­ję Ci za cen­ny dla mnie list, któ­ry ze wzglę­du na nie­zwy­kłą treść uda­ło mi się sprze­dać zbie­ra­czo­wi au­to­gra­fów kró­lew­skich za dwa­dzie­ścia fun­tów!".

Po­dró­żu­jąc kie­dyś in­co­gni­to przez Szko­cję, król Edward VII za­trzy­mał się w pew­nym ma­łym ho­te­li­ku. Rano, kie­dy wła­ści­ciel przy­niósł do po­ko­ju go­rą­cą wodę, za­stał kró­la przy go­le­niu.

- Pań­ska twarz - po­wie­dział - wy­da­je mi się zna­jo­ma. Czy pan cza­sem nie po­zo­sta­je w służ­bie u kró­la?

- Zga­dza się - od­po­wie­dział Edward VII. - Wła­śnie golę Jego Kró­lew­ską Mość.

Edward VII był bar­dzo su­ro­wy dla swo­ich dzie­ci, uwa­ża­jąc to za waż­ny ele­ment wy­cho­wa­nia. Pew­ne­go razu, pod­czas uro­czy­ste­go obia­du, jego syn - póź­niej­szy król Je­rzy VI - usi­ło­wał zwró­cić na sie­bie uwa­gę ojca:

- Ta­tu­siu - za­czął, ale nie zo­stał do­pusz­czo­ny do gło­su.

- Dziec­ko po­win­no tyl­ko od­po­wia­dać na py­ta­nia - usły­szał. - A ja o nic nie py­ta­łem.

Do­pie­ro po skoń­czo­nym obie­dzie król udzie­lił swej po­cie­sze gło­su.

- No i cóż ta­kie­go waż­ne­go chcia­łeś mi po­wie­dzieć? - za­py­tał.

- Już za póź­no - od­rzekł ma­lec.

- Jak to za póź­no?

- Za póź­no. Bo w sa­ła­cie, któ­rą ta­tuś zjadł, była gą­sie­ni­ca.

Gdy król Edward VII był jesz­cze mło­dym czło­wie­kiem, zo­stał na lek­cji re­li­gii su­ro­wo skar­co­ny przez księ­dza:

- Niech Wa­sza Kró­lew­ska Wy­so­kość nie za­po­mi­na, że jest jesz­cze coś wyż­sze­go od kró­la!

- Wiem! - za­wo­łał Edward. - As.

Pod­czas jed­nej ze swych po­dró­ży po Fran­cji król Edward VII zło­żył wi­zy­tę mi­ni­stro­wi spraw za­gra­nicz­nych Teo­fi­lo­wi Del­cas­se­mu w jego miesz­ka­niu przy bul­wa­rze Cli­chy. Gdy wy­siadł z po­wo­zu, mała kwia­ciar­ka sto­ją­ca przed do­mem po­de­szła do nie­go i po­wie­dzia­ła:

- Ma pan taką smut­ną minę. Niech pan kupi bu­kie­cik fioł­ków.

Król uśmiech­nął się, wziął bu­kie­cik i dał jej fun­ta szter­lin­ga. Dziew­czy­na za­czę­ła uważ­nie oglą­dać nie­zna­ną jej mo­ne­tę i na­gle krzyk­nę­ła ura­do­wa­na:

- Taka sama gęba jak jego!...

Kró­lo­wa Wiel­kiej Bry­ta­nii Elż­bie­ta II, zwie­dza­jąc ga­le­rię ob­ra­zów, za­trzy­ma­ła się przed por­tre­tem Sa­lo­mo­na Dic­ka. Prze­wod­nik wy­ja­śnił, że był to czło­wiek, któ­ry spro­wa­dził do An­glii ra­bar­bar.

Król Egip­tu (przed re­wo­lu­cją Na­se­ra) Fa­ruk I grał pew­ne­go razu z to­wa­rzy­stwem w po­ke­ra.

- Mam dwie pary, asy na wa­le­tach - za­de­kla­ro­wał przy spraw­dza­niu je­den z gra­ją­cych.

- Brr! Nie lu­bię ra­bar­ba­ru! - od­par­ła kró­lo­wa, pa­trząc z gry­ma­sem na ob­raz.

- A ja trój­kę dzie­sią­tek - oświad­czył dru­gi.

- Ja zaś ka­re­tę dam - po­wie­dział król i za­brał pie­nią­dze.

- Czy mógł­by pan po­ka­zać? - za­py­ta­no go.

- Po co? - zdu­miał się Fa­ruk. - Samo kró­lew­skie sło­wo po­win­no pa­nom wy­star­czyć.

An­zelm Ro­th­schild, syn za­ło­ży­cie­la słyn­ne­go domu ban­kier­skie­go, miesz­ka­ją­cy na sta­łe w Wied­niu, po­sta­no­wił wy­bu­do­wać li­nię ko­le­jo­wą. Mu­siał jed­nak otrzy­mać na to zgo­dę ce­sa­rza Fer­dy­nan­da I, któ­ry go ser­decz­nie nie­na­wi­dził. Kanc­lerz Met­ter­nich dłu­go się wa­hał z przed­ło­że­niem wład­cy pe­ty­cji ban­kie­ra. Kie­dy w koń­cu się na to zde­cy­do­wał, usły­szał ze zdu­mie­niem:

- Dać mu zgo­dę! Na­tych­miast! Mam go wresz­cie. Głu­piec! Nie wie, że tam kur­su­ją dwa omni­bu­sy ty­go­dnio­wo i za­wsze są pu­ste!

I tak po­wsta­ła jed­na z naj­bo­gat­szych i naj­więk­szych sie­ci ko­le­jo­wych Eu­ro­py, któ­rej ak­cje o no­mi­nal­nej war­to­ści 100 gul­de­nów do­szły wkrót­ce do 6000.

Za upo­śle­dzo­ne­go umy­sło­wo Fer­dy­nan­da I rzą­dził prak­tycz­nie kanc­lerz Kle­mens Met­ter­nich. Po wy­pad­kach roku 1848 ce­sarz ab­dy­ko­wał na rzecz bra­tan­ka, Fran­cisz­ka Jó­ze­fa I. Dwa­dzie­ścia lat póź­niej od­wie­dził go w Pra­dze je­den z pań­stwo­wych do­stoj­ni­ków.

- Jak sto­ją na­sze spra­wy we Wło­szech? - za­py­tał go

- Ależ sire, prze­cież stra­ci­li­śmy je - od­po­wie­dział przy­by­ły.

- A na­sze spra­wy w Niem­czech?

- Sire, Niem­cy stra­ci­li­śmy rów­nież.

- Do­praw­dy nie ro­zu­miem, po co zrze­kłem się tro­nu - zi­ry­to­wał się eks­ce­sarz. - Mo­głem rów­nie do­brze jak mój bra­ta­nek od­da­wać jed­ną pro­win­cję po dru­giej.

Gru­pa dwo­rzan sta­ra­ła się prze­ko­nać Fi­li­pa II Ma­ce­doń­skie­go, aby ten usu­nął z dwo­ru oso­bę, któ­ra wy­ra­zi­ła się o nim nie­po­chleb­nie.

Pe­wien dwo­rza­nin kró­la Hisz­pa­nii Fi­li­pa IV po­zwo­lił so­bie kie­dyś wy­ra­zić się o wład­cy bar­dzo nie­przy­chyl­nie.

- Cóż - od­rzekł wład­ca. - Gdy­bym chciał po­zbyć się tych, któ­rzy mó­wią o mnie źle, mu­siał­bym usu­nąć z dwo­ru wszyst­kich.

- Skaż go, kró­lu, na wy­gna­nie - po­ra­dzo­no mu.

- O, tego nie uczy­nię - od­parł Fi­lip.

- A dla­cze­góż to, Naj­ja­śniej­szy Pa­nie?

- Bo wte­dy bę­dzie mó­wił jesz­cze go­rzej.

Do kró­la Fran­cji Fran­cisz­ka I de Va­lo­is przy­szedł pew­ne­go razu jego bła­zen, na­zwi­skiem Tri­bo­ulet.

- Ob­ra­zi­łem swy­mi żar­ta­mi moż­ne­go pana - przy­znał. - On zaś po­przy­siągł mi krwa­wą ze­mstę. Kró­lu, ra­tuj!

- Nic się nie bój - uspo­ko­ił go wład­ca. - Gdy­by ktoś ośmie­lił się za­bić mego bła­zna, w kwa­drans póź­niej za­wisł­by na szu­bie­ni­cy.

- O, pa­nie - po­wie­dział nie­uspo­ko­jo­ny by­najm­niej do koń­ca tref­niś. - A czy nie moż­na by zro­bić tego kwa­drans wcze­śniej?

W ślad za zło­żo­ną przez Fran­cisz­ka Jó­ze­fa I we wrze­śniu 1880 roku obiet­ni­cą prze­ka­za­nia Wa­we­lu w ręce pol­skie, Kan­ce­la­ria Dwo­ru po­in­for­mo­wa­ła wła­dze Kra­ko­wa, iż - zgod­nie z oso­bi­sty­mi wy­li­cze­nia­mi Naj­ja­śniej­sze­go Pana - zwrot zam­ku ma kosz­to­wać 2 mi­lio­ny 714 ty­się­cy 606 ko­ron i 89 ha­le­rzy.

Ze­bra­na na nad­zwy­czaj­nym po­sie­dze­niu rada mia­sta za­te­le­gra­fo­wa­ła do Wied­nia, iż - przy ca­łym ogro­mie sza­cun­ku dla mo­nar­chy - kwo­ta ta "wy­da­je się nie­co dziw­na". Po dłu­gich tar­gach Au­stria­cy od­da­li osta­tecz­nie Wa­wel za 2 mi­lio­ny 714 ty­się­cy 606 ko­ron i 50 ha­le­rzy.

Za­osz­czę­dzo­ną kwo­tę ma­gi­strat prze­zna­czył na uro­dzi­no­we kwia­ty pod por­tre­tem mo­nar­chy.

Ge­ne­rał An­to­ni Gal­go­czy, za­rząd­ca oku­po­wa­nej Bo­śni i Her­ce­go­wi­ny, a przez pe­wien czas ko­men­dant twier­dzy Prze­myśl, roz­li­cza­jąc się na żą­da­nie mi­ni­ster­stwa fi­nan­sów z prze­ka­za­nej mu na pew­ną in­we­sty­cję sumy, na­pi­sał:

"Dzie­sięć mi­lio­nów ko­ron otrzy­ma­no, dzie­sięć mi­lio­nów ko­ron wy­da­no". Mi­ni­ster­stwo za­żą­da­ło jed­nak bar­dziej szcze­gó­ło­wych roz­li­czeń, twier­dząc, że przy­sła­ne przez ge­ne­ra­ła spra­woz­da­nie jest nie­wy­star­cza­ją­ce. Gal­go­czy od­pi­sał:

"Dzie­sięć mi­lio­nów ko­ron otrzy­ma­no, dzie­sięć mi­lio­nów ko­ron wy­da­no. Kto nie wie­rzy, jest osłem".

Ura­żo­ny mi­ni­ster fi­nan­sów wy­słał to "roz­li­cze­nie" do wglą­du ce­sa­rzo­wi Fran­cisz­ko­wi Jó­ze­fo­wi I. Po kil­ku dniach otrzy­mał je z po­wro­tem, z do­pi­skiem:

- Ja wie­rzę.

W C.K. Au­strii ist­niał swe­go cza­su ty­tuł rad­cy han­dlo­we­go. Ubie­gał się o nie­go fa­bry­kant Na­ssau­er, czło­wiek bar­dzo ni­skie­go wzro­stu. Gdy go w koń­cu uzy­skał, po­pro­sił o au­dien­cję u ce­sa­rza, by mu za to po­dzię­ko­wać. Kie­dy wszedł, Fran­ci­szek Jó­zef I, czło­wiek słusz­ne­go wzro­stu, stał aku­rat od­wró­co­ny ty­łem. Od­wró­ciw­szy się na od­głos kro­ków, mo­nar­cha zo­ba­czył gło­wę przy­by­sza nie na tym po­zio­mie, na któ­rym zo­ba­czyć się spo­dzie­wał. Zdu­mio­ny po­wie­dział więc:

- Ależ wstań pan, po co te ce­re­gie­le!

Gdy Fran­ci­szek Jó­zef I przy­był do Pra­gi, przed­sta­wio­no mu wie­le osób, a wśród nich wi­ce­pre­ze­sa Izby Han­dlo­wej na­zwi­skiem Som­mer­ste­in. Pod­czas pre­zen­ta­cji ce­sarz za­py­tał go ła­ska­wie:

- Som­mer­ste­in? Jest pan za­pew­ne oj­cem ma­jo­ra Som­mer­ste­ina z mo­jej gwar­dii przy­bocz­nej?

Pan wi­ce­pre­zes nig­dy nie sły­szał o ma­jo­rze Som­mer­ste­inie, nie chcąc jed­nak wy­rzec się za­szczyt­ne­go po­wi­no­wac­twa, od­po­wie­dział ostroż­nie:

- Ja, oj­cem ma­jo­ra Som­mer­ste­ina? Wszyst­ko moż­li­we...

Ce­sarz au­striac­ki Fran­ci­szek Jó­zef I zwie­dzał kie­dyś wię­zie­nie. Kie­dy tyl­ko wszedł, na­tych­miast rzu­ci­ło mu się do nóg kil­ku ska­zań­ców, pro­sząc o ła­skę i za­pew­nia­jąc, że są cał­ko­wi­cie nie­win­ni. Sy­tu­acja po­wta­rza­ła się przy każ­dej nie­mal­że celi. Wresz­cie je­den wię­zień nie po­ru­szył się na jego wi­dok.

- Za co tu je­steś? - za­py­tał zdzi­wio­ny wład­ca.

- Za kra­dzież, roz­bój, gwałt, oszu­stwo i mor­der­stwo.

- Po­peł­ni­łeś to wszyst­ko?

- Tak.

Ce­sarz za­wo­łał dy­rek­to­ra wię­zie­nia:

- Pro­szę na­tych­miast wy­pu­ścić tego ło­tra, żeby nie psuł tych wszyst­kich za­cnych lu­dzi, któ­rzy tu sie­dzą.

Ce­sarz Fran­ci­szek Jó­zef I za­pra­szał na wszyst­kie uro­czy­sto­ści dwor­skie or­ga­ni­zo­wa­ne w Bu­da­pesz­cie jed­ne­go z hra­biów wę­gier­skich, swe­go do­bre­go zna­jo­me­go i to­wa­rzy­sza ło­wów. Zda­rzy­ło się, że ów za­pro­szo­ny nie przy­był dwu­krot­nie na uro­czy­stość. Za­uwa­żyw­szy to, ce­sarz po­słał doń ad­iu­tan­ta z proś­bą, aby się zja­wił.

- Jak­że się masz, dro­gi hra­bio? - przy­wi­tał go ce­sarz. - Daw­no­śmy się nie wi­dzie­li. Gdzież ty się po­dzie­wasz?

- Naj­ja­śniej­szy Pa­nie - od­po­wie­dział hra­bia. - Mam się do­sko­na­le, żyję so­bie ci­cho na zam­ku z dwie­ma sio­stra­mi...

- Czyż nie nud­no ci jed­nak prze­by­wać wy­łącz­nie w to­wa­rzy­stwie sióstr? - do­py­ty­wał się wład­ca.

- O nie, Naj­ja­śniej­szy Pa­nie, to nie są moje sio­stry.

Król pru­ski Fry­de­ryk Wil­helm I nie lu­bił, gdy się go ktoś bał. Raz, ja­dąc na prze­jażdż­kę, uj­rzał, jak się dwóch Ży­dów przed nim w krza­kach skry­ło. Ka­zał woź­ni­cy sta­nąć i wy­szu­kać ich, po czym za­py­tał:

- Cze­mu­ście się kry­li przede mną?

- Bo­śmy się bali.

- Co!? Ba­li­ście się! - za­wrzał gnie­wem król - Wy­mie­rzyć im po pięć­dzie­siąt ba­tów! I za­pa­mię­taj­cie so­bie, łaj­da­ki, że ko­chać mnie po­win­ni­ście, a nie bać się!

Gdy król Fry­de­ryk Wil­helm I le­żał w roku 1740 na łożu śmier­ci, czy­ta­no mu ustę­py z Pi­sma Świę­te­go, mię­dzy in­ny­mi frag­ment z Księ­gi Hio­ba: "Nago wró­cę do zie­mi". Król prze­rwał wte­dy czy­ta­nie i za­pro­te­sto­wał:

- Nie­praw­da, bo będę po­cho­wa­ny w mun­du­rze, ja­kom w te­sta­men­cie ka­zał.

Dwie damy dwo­ru kró­la Prus Fry­de­ry­ka II Ho­hen­zol­ler­na, zwa­ne­go Wiel­kim, sprze­cza­ły się w drzwiach, któ­ra z nich jest bar­dziej god­na, aby przejść pierw­sza. Nie mo­gąc osią­gnąć con­sen­su­su, zwró­ci­ły się o roz­strzy­gnię­cie spo­ru do kró­la, któ­ry wła­śnie nad­szedł.

- Nie­chaj pierw­sza wej­dzie ta - za­de­cy­do­wał Fry­de­ryk - któ­ra jest głup­sza.

Razu pew­ne­go w mie­ście Bre­slau pe­wien ka­to­lik do­pu­ścił się kra­dzie­ży pie­nię­dzy z ko­ściel­nej skar­bon­ki. Schwy­ta­ny i po­sta­wio­ny przed są­dem tłu­ma­czył, że otrzy­mał je od sa­mej Mat­ki Bo­skiej, któ­ra tą dro­gą pra­gnę­ła wspo­móc ubo­gie­go. Sąd nie przy­jął tego tłu­ma­cze­nia i wy­dał wy­rok ska­zu­ją­cy. Ska­za­ny od­wo­łał się do kró­la Fry­de­ry­ka II. Ten zwo­łał gre­mium teo­lo­gów, ka­żąc im roz­strzy­gnąć pro­blem, czy rze­czy­wi­ście jest nie­moż­li­we, aby Mat­ka Bo­ska ro­bi­ła po­boż­ne­mu i bę­dą­ce­mu w po­trze­bie ka­to­li­ko­wi tego ro­dza­ju po­da­run­ki.

- Nie ma ta­kiej nie­moż­li­wo­ści - oświad­czy­li po dłu­gich de­ba­tach za­kło­po­ta­ni teo­lo­go­wie. - Ale je­śli go zwol­nisz, Mi­ło­ści­wy Pa­nie, to on w po­czu­ciu bez­kar­no­ści do­pu­ści się ko­lej­nej kra­dzie­ży.

Wów­czas król na­pi­sał pod wy­ro­kiem:

"Uła­ska­wiam pod­sąd­ne­go, ale za­bra­niam mu pod gar­dłem przyj­mo­wać na przy­szłość ja­kie­kol­wiek pre­zen­ty od Mat­ki Bo­skiej i in­nych świę­tych".

Król Prus Fry­de­ryk II lu­bił za­da­wać swo­im roz­mów­com kło­po­tli­we py­ta­nia. Na szczę­ście nie obu­rzał się, gdy od­po­wia­da­no mu śmia­ło i w do­brym du­chu. Pew­ne­go razu zwró­cił się do swe­go oso­bi­ste­go le­ka­rza:

- Iluż to lu­dzi, dok­to­rze, uśmier­cił pan w cią­gu ca­łe­go swo­je­go ży­cia?

- Oko­ło trzy­stu ty­się­cy - wy­znał szcze­rze me­dyk. - Ale to i tak dużo mniej niż Wa­sza Kró­lew­ska Mość.

Na­dwor­ny le­karz Fry­de­ry­ka II wy­brał się do nie­go w od­wie­dzi­ny. Zo­stał jed­nak za­trzy­ma­ny przez kró­lew­skie­go se­kre­ta­rza, któ­ry po­in­for­mo­wał go, że nie może dziś zo­stać przy­ję­ty.

- A to z ja­kie­go po­wo­du? - za­py­tał me­dyk.

- Po­nie­waż Jego Kró­lew­ska Wy­so­kość nie czu­je się dziś zdrów.

Do Fry­de­ry­ka II przy­szedł kie­dyś mło­dzie­niec pro­sić o po­sa­dę.

- Skąd po­cho­dzisz, mło­dy czło­wie­ku? - za­py­tał król

- Z Ber­li­na, Wa­sza Wy­so­kość.

- Wszy­scy Ber­liń­czy­cy są nic nie­war­ci! - za­kpił mo­nar­cha.

- Znam jed­nak­że dwa wy­jąt­ki - od­parł pe­tent.

- Ja­kie?

- Naj­ja­śniej­szy Pan i ja.

Zda­rzy­ło się pew­ne­go razu Fry­de­ry­ko­wi II, że wy­wró­ci­ła się ka­re­ta, któ­rą je­chał. Zde­ner­wo­wa­ny król ka­zał przy­dzie­lić woź­ni­cę do in­nej służ­by.

Kil­ka dni póź­niej, spa­ce­ru­jąc po pa­ła­co­wym par­ku, uj­rzał swe­go po­przed­nie­go woź­ni­cę prze­wo­żą­ce­go ma­łym wóz­kiem gnój. Za­trzy­mał się więc i spy­tał z prze­ką­sem:

- Te­raz ci le­piej niż wten­czas, gdyś mnie wo­ził?

- Mnie tam bez róż­ni­cy, Naj­ja­śniej­szy Pa­nie - od­parł woź­ni­ca.

Fry­de­ryk Au­gust, król Sak­so­nii i ksią­żę war­szaw­ski, miał fry­zje­ra, któ­ry po­dob­nie jak i on nie uzna­wał wstrze­mięź­li­wo­ści. Któ­re­goś dnia pod­czas go­le­nia fry­zjer ska­le­czył kró­la.

- To wszyst­ko przez ten prze­klę­ty al­ko­hol! - krzyk­nął wście­kły mo­nar­cha.

- Tak, tak - zgo­dził się po­tul­nie fry­zjer. - Al­ko­hol czy­ni skó­rę taką szorst­ką...

Król Fran­cji Hen­ryk IV pa­so­wał kie­dyś na ry­ce­rza przed­sta­wi­cie­la zna­ko­mi­te­go rodu szla­chec­kie­go, choć do jego oby­cza­jów i za­cho­wa­nia miał wie­le za­strze­żeń.

- Pa­nie, nie je­stem go­dzien tego za­szczy­tu - ry­cerz wy­gło­sił tra­dy­cyj­ną for­mu­łę.

- Wiem, wiem, żeś nie­go­dzien - wy­szep­tał, po­chy­la­jąc się nad nim król. - Ale moi przy­ja­cie­le i cała two­ja ro­dzi­na nie da­wa­li mi już od daw­na spo­ko­ju...

Hen­ryk IV od­wie­dził raz pew­ną damę, któ­rą już od daw­na da­rzył nie­skry­wa­nym uczu­ciem. Na proś­bę wład­cy ko­bie­ta opro­wa­dzi­ła go po apar­ta­men­tach swe­go pa­ła­cu, po­mi­nę­ła jed­nak skrzęt­nie sy­pial­nię.

- A któ­rę­dyż wie­dzie dro­ga do pani kom­na­ty sy­pial­nej? - nie­dwu­znacz­nie spy­tał król.

- Tyl­ko przez oł­ta­rze, Wa­sza Wy­so­kość - od­par­ła dama, skła­da­jąc ni­ski ukłon.

Bę­dąc już w star­szym wie­ku, król Hen­ryk VI po­sta­no­wił oże­nić się z mło­dą kró­lo­wą Ne­apo­lu. Wy­słał więc do niej po­słów, któ­rzy mie­li zba­dać spra­wę na miej­scu i za­raz po po­wro­cie przed­sta­wić kró­lo­wi szcze­gó­ło­wy opis po­sta­ci i cha­rak­te­ru kan­dy­dat­ki. Po­sło­wie wy­wią­za­li się z za­da­nia zna­ko­mi­cie. Taka była treść ich re­la­cji:

- Naj­ja­śniej­szy Pa­nie! Kró­lo­wa jest ład­na i bar­dzo na­tu­ral­na. Oczy ma brą­zo­we, cerę świe­żą, nos kształt­ny. Nie za­uwa­ży­li­śmy ani jed­ne­go wło­sa koło jej ust. Ręce ma ład­ne, pal­ce dłu­gie, biust w sam raz, jest też w mia­rę wy­so­ka. Nie ob­ja­da się, wina nie nad­uży­wa. Wy­da­je się, że ma bar­dzo do­bry cha­rak­ter. Jest we­so­ła, miła, a przy tym roz­sąd­na. Nie ma oczy­wi­ście czło­wie­ka bez wad, więc i kró­lo­wa ma pew­ną drob­ną przy­wa­rę, a jest nią upór. Upar­ła się mia­no­wi­cie, że nie po­ślu­bi Wa­szej Kró­lew­skiej Mo­ści...

Król An­glii Hen­ryk VIII za­pro­po­no­wał jed­ne­mu ze swych dwo­rzan sta­no­wi­sko am­ba­sa­do­ra przy dwo­rze kró­la Fran­cji - Fran­cisz­ka I. Wy­czu­wa­jąc nie­ja­kie oba­wy kan­dy­da­ta, za­po­wie­dział:

- Nie bój się, je­że­li coś ci się sta­nie, ze­tnę gło­wy dwu­na­stu Fran­cu­zom.

- Oba­wiam się, Naj­ja­śniej­szy Pa­nie - od­rzekł dy­plo­ma­ta - że żad­na z nich nie bę­dzie pa­so­wa­ła do mo­jej szyi.

Mię­dzy hoł­dow­ni­czy­mi li­sta­mi zło­żo­ny­mi kró­lo­wi Ara­go­nii Ja­ku­bo­wi I, zwa­ne­mu Zdo­byw­cą, znaj­do­wał się je­den, w któ­rym ży­czo­no mu, aby pa­no­wał tak dłu­go, jak dłu­go świe­cić będą słoń­ce i gwiaz­dy.

- Da­li­bóg - po­wie­dział na to król. - Mój syn mu­siał­by wów­czas pa­no­wać przy świe­cach.

Ja­kub I szedł któ­re­goś dnia na spa­cer ze swym ulu­bio­nym bła­znem. Bła­zen szedł po pra­wej stro­nie obok kró­la, któ­ry dłu­go nie zwra­cał na ten fakt uwa­gi. Wresz­cie nie wy­trzy­mał.

- Nie znio­sę tego, by bła­zen szedł obok mnie po pra­wej stro­nie! - wark­nął. Bła­zen prze­szedł na­tych­miast na lewą stro­nę, mó­wiąc:

- Och, mnie to zu­peł­nie nie razi!

Za­raz po elek­cji Jana III So­bie­skie­go na tron pol­ski zgro­ma­dzi­ła się wo­kół nie­go grup­ka szlach­ci­ców, pro­sząc o roz­ma­ite ła­ski i be­ne­fi­cja.

- A ja­kie­go ro­dza­ju ła­skę mnie uczy­nisz, Mi­ło­ści­wy Pa­nie? - za­py­tał je­den z nich.

- Cie­bie mia­nu­ję cy­gań­skim kró­lem - od­parł żar­to­bli­wie So­bie­ski.

- Mi­ło­ści­wy Pa­nie - skrzy­wił się ura­żo­ny nie­co szlach­cic. - Jesz­cześ nie po ko­ro­na­cji, zresz­tą i ko­ro­na pol­ska moc­no nie­pew­na. Ra­dził­bym więc za­trzy­mać ko­ro­nę cy­gań­ską w re­zer­wie i nie da­wać jej ni­ko­mu.

Świad­ko­wie tej sce­ny aż za­nie­mó­wi­li z wra­że­nia na taką bez­czel­ność. Po chwi­li za­czę­li ostro kar­cić zu­chwa­łe­go śmiał­ka, na co ten za­wo­łał:

- Mi­ło­ści­wy mój Pan ob­ran jest kró­lem pol­skim, mnie zaś mia­no­wał cy­gań­skim. Król z kró­lem się po­kłó­ci i król z kró­lem się po­go­dzi. Wy zaś mię­dzy dwóch kró­lów się nie wtrą­caj­cie!

Jan III So­bie­ski przy­jął pew­ne­go dnia w Wi­la­no­wie szlach­ci­ca na­zwi­skiem Go­mu­ła, któ­ry z tej oka­zji ubrał się nie­zwy­kle bo­ga­to i ele­ganc­ko. Król na­to­miast ubra­ny był po do­mo­we­mu, w żu­pan. Na­gle pod­szedł słu­żą­cy i oznaj­mił, że ja­kiś fran­cu­ski mar­kiz pro­si o wi­dze­nie. So­bie­ski ka­zał pro­sić do po­ko­ju.

Gdy mar­kiz wszedł, nie zna­jąc pol­skie­go kró­la, skło­nił się przed tym, któ­ry był le­piej ubra­ny i roz­po­czął:

- Sire...

Na to szlach­cic, wi­dząc po­mył­kę go­ścia:

- Ten jest syr - wska­zał na kró­la Jana. - A ja je­stem jeno Go­mu­ła.

Po śmier­ci Zyg­mun­ta III Wazy na tron wstą­pił Wła­dy­sław IV. Zgod­nie z re­gu­łą, jego bra­cia mu­sie­li, klę­cząc, zło­żyć mu przy­się­gę na wier­ność Rze­czy­po­spo­li­tej. Na to Jan Ka­zi­mierz za­py­tał mar­szał­ka Opa­liń­skie­go, czy wy­jąt­ko­wo mo­gli­by wła­sne­mu bra­tu przy­się­gać, sto­jąc. Ten stwier­dził, że dla po­wa­gi tego aktu jed­nak na­le­ży przy­klęk­nąć.

- Na­wet wła­snym żo­nom przy­się­ga­my, sto­jąc - za­pro­te­sto­wał kró­le­wicz.

- No i dla­te­go czę­sto je zdra­dza­my - od­parł mar­sza­łek.

Tuż po wstą­pie­niu na tron an­giel­ski Je­rze­go II pe­wien lon­dyń­ski dzien­ni­karz, chcąc mieć wcze­śniej od in­nych tekst mowy tro­no­wej, sam ją uło­żył i wy­dru­ko­wał.

- Obie­cu­ję, Wa­sza Wy­so­kość, że czło­wiek ten zo­sta­nie za swój czyn su­ro­wo uka­ra­ny - za­pew­nił kró­la mi­ni­ster spra­wie­dli­wo­ści.

- Ależ nie - za­pro­te­sto­wał Je­rzy II. - Wy­da­je mi się, że ów dzien­ni­karz nie­wie­le za­wi­nił. Po­rów­na­łem jego mowę z moją i wi­dzę, iż jego jest dużo lep­sza.

Wpły­wa­ją­ce­go do por­tu Fa­le­ron na grec­kim krą­żow­ni­ku "He­lios" kró­la Je­rze­go II po­wi­ta­ło sto je­den salw ar­mat­nich.

- Ja­sna cho­le­ra! - wy­krzyk­nął je­den z an­ty­ro­ja­li­stów. - Jak oni mie­rzą? Sto je­den strza­łów i ża­den nie tra­fił!

Król Wiel­kiej Bry­ta­nii i Ir­lan­dii Je­rzy V jesz­cze jako ksią­żę Wa­lii od­by­wał służ­bę na okrę­cie wo­jen­nym. Na peł­nym mo­rzu ka­pi­tan po­le­cił mu okre­ślić po­ło­że­nie geo­gra­ficz­ne, w któ­rym ak­tu­al­nie znaj­du­je się okręt.

Na­stęp­ca tro­nu wziął się ostro do pra­cy i po go­dzi­nie przed­sta­wił ka­pi­ta­no­wi ar­kusz z ob­li­cze­niem. Ten spoj­rzaw­szy na nie, rzekł:

- Wa­sza Ksią­żę­ca Mość, pro­szę na­tych­miast zdjąć czap­kę!

- Dla­cze­go ka­zał mi pan zdjąć na­kry­cie gło­wy? - za­py­tał Je­rzy V, speł­nia­jąc po­le­ce­nie.

- Po­nie­waż zgod­nie z pań­skim wy­li­cze­niem znaj­du­je­my się w tej chwi­li przed głów­nym oł­ta­rzem Ka­te­dry św. Paw­ła w Lon­dy­nie.

Ce­sarz Ka­li­gu­la sły­nął ra­czej z okru­cień­stwa niż z po­czu­cia hu­mo­ru. Kie­dy więc w trak­cie dys­ku­sji z dwo­ma kon­su­la­mi wy­buch­nął na­gle nie­po­ha­mo­wa­nym śmie­chem, zdzi­wie­ni roz­mów­cy za­py­ta­li go o przy­czy­nę tej na­głej we­so­ło­ści.

- Śmie­ję się - od­parł, krztu­sząc się, Ka­li­gu­la - bo wła­śnie przy­szło mi do gło­wy, że mógł­bym ka­zać po­de­rżnąć wam gar­dła.

Jean Ber­na­dot­te, mar­sza­łek na­po­le­oń­ski i za­ło­ży­ciel dy­na­stii szwedz­kiej, w okre­sie Re­wo­lu­cji Fran­cu­skiej był sier­żan­tem i zgod­nie z ów­cze­sną modą ka­zał so­bie zro­bić ta­tu­aż na ra­mie­niu.

Wie­le lat póź­niej, już jako Ka­rol II, za­cho­ro­wał i le­karz uznał, że na­le­ży pu­ścić krew. Za­bieg ten wy­ko­ny­wa­no na le­wym ra­mie­niu, któ­re król miał wy­ta­tu­owa­ne. Ber­na­dot­te opie­rał się roz­pacz­li­wie, ale gdy le­karz stwier­dził, że nie bie­rze od­po­wie­dzial­no­ści za jego ży­cie, zgo­dził się na za­bieg pod wa­run­kiem, że dok­tor ni­ko­mu nie po­wie, co zo­ba­czył.

Gdy chi­rurg od­wi­nął rę­kaw ko­szu­li, uj­rzał re­wo­lu­cyj­ną czap­kę fry­gij­ską i na­pis: "Śmierć kró­lom".

Ksią­żę Ja­kub (póź­niej­szy król Ja­kub II), wra­ca­jąc z ło­wów, spo­tkał swe­go bra­ta, kró­la An­glii, Szko­cji i Ir­lan­dii Ka­ro­la II, sa­mot­nie spa­ce­ru­ją­ce­go po par­ku. Ja­kub nie omiesz­kał prze­strzec bra­ta przed nie­bez­pie­czeń­stwem sa­mot­nych prze­cha­dzek. Jed­nak­że Ka­rol do­bro­dusz­nie po­ki­wał gło­wą i od­parł:

- Bądź spo­koj­ny, bra­cie. Nikt w ca­łej An­glii nie bę­dzie chciał mnie za­bić po to, żeby cie­bie osa­dzić na tro­nie!

Jan Sti­ge­lius, po­eta nie­miec­kie­go re­ne­san­su, ofia­ro­wał kie­dyś ce­sa­rzo­wi Ka­ro­lo­wi V po­emat ła­ciń­ski z czo­ło­bit­ną de­dy­ka­cją. Po pew­nym cza­sie otrzy­mał na­pi­sa­ną w imie­niu ce­sa­rza od­po­wiedź:

- Po­emat bar­dzo spodo­bał się Jego Ce­sar­skiej Wy­so­ko­ści. Niech po­eta pro­si, o co tyl­ko chce. Otrzy­ma wszyst­ko, cze­go­kol­wiek za­żą­da. Je­że­li pra­gnie przy­kła­do­wo szla­chec­twa, zo­sta­nie szlach­ci­cem. Lecz nie­chaj nie pro­si o pie­nią­dze - pie­nię­dzy nie do­sta­nie.

Ce­sarz Ka­rol V roz­ma­wiał z hra­bią de Leve na te­mat Ita­lii.

- Na­le­ży się po­zbyć ksią­żąt ma­ją­cych po­sia­dło­ści we Wło­szech za po­mo­cą tru­ci­zny - po­wie­dział hra­bia.

- A co się sta­nie z moją du­szą? - za­wo­łał prze­ra­żo­ny ce­sarz.

- Je­że­li Wa­sza Ce­sar­ska Mość ma du­szę, to po­wi­nien na­tych­miast ab­dy­ko­wać!

Król Fran­cji Ka­rol IX rzekł kie­dyś do swe­go bła­zna:

- Masz ta­kie wpły­wy na dwo­rze, że ktoś mógł­by po­my­śleć, iż to ty je­steś kró­lem, a ja bła­znem. Może więc się za­mie­ni­my?

Po­nie­waż bła­zen nie od­po­wie­dział, król na­ci­skał da­lej:

- Co, wsty­dził­byś się być wład­cą?

- Nie, pa­nie - od­parł bła­zen po chwi­li wa­ha­nia. - Ale wsty­dził­bym się mieć ta­kie­go bła­zna.

Car Piotr I uka­rał śmier­cią szam­be­la­na Mon­sa, ko­chan­ka swo­jej żony, Ka­ta­rzy­ny I. Nie­szczę­śni­ka wbi­to na pal, póź­niej ścię­to mu gło­wę i wsa­dzo­no ją do sło­ja ze spi­ry­tu­sem. Ten, z roz­ka­zu cara, za­nie­sio­no do po­ko­ju ca­ry­cy. Ka­ta­rzy­na spoj­rza­ła ze smut­kiem na to, co zo­sta­ło z jej ko­chan­ka i rze­kła:

- Oto, moi pań­stwo, do cze­go pro­wa­dzi roz­pu­sta!

Ca­ry­ca Ka­ta­rzy­na II za­pro­si­ła na swój dwór zna­ko­mi­tą wło­ską śpie­wacz­kę na­zwi­skiem Ga­briel­li. Słyn­na diva za­żą­da­ła jed­nak za dwa mie­sią­ce wy­stę­pów w Pe­ters­bur­gu aż pię­ciu ty­się­cy du­ka­tów.

- Tyle nie pła­cę na­wet żad­ne­mu ze swo­ich feld­mar­szał­ków - po­wie­dzia­ła oszo­ło­mio­na ca­ry­ca.

- W ta­kim ra­zie - ri­po­sto­wa­ła Ga­briel­li - niech Wa­sza Ce­sar­ska Mość każe śpie­wać swo­im feld­mar­szał­kom.

Ce­sarz Le­opold II bar­dzo do­brze grał na fle­cie. Pew­ne­go razu ka­pel­mistrz na­dwor­ny ode­zwał się do nie­go w te sło­wa:

- Szko­da, że Wa­sza Ce­sar­ska Mość nie zo­stał fle­ci­stą.

- Nie szko­dzi - od­rzekł ce­sarz. - Za to mam więk­szy do­chód.

Pe­wien an­giel­ski ksią­żę po­chwa­lił się kró­lo­wi Bel­gów Le­opol­do­wi II po­sia­da­niem licz­ne­go za­stę­pu służ­by.

- Czy Wa­sza Kró­lew­ska Mość wie, że mam lo­ka­ja, któ­re­go je­dy­nym za­ję­ciem jest zaj­mo­wa­nie się moją faj­ką?

- To jesz­cze nic - od­parł król. - Ja do tej sa­mej funk­cji za­trud­niam czte­rech lu­dzi. Je­den przy­no­si faj­kę, dru­gi ją na­py­cha, trze­ci za­pa­la...

- A czwar­ty? - za­py­tał z cie­ka­wo­ścią ksią­żę.

- Ten jest po to tyl­ko, by ją pa­lić, bo ja nie cier­pię faj­ki...

Król ba­war­ski Lu­dwik II spo­tkał w cza­sie prze­jaz­du przez swój kraj bez­no­gie­go wie­śnia­ka wlo­ką­ce­go się o ku­lach.

- Gdzie­ście stra­ci­li nogę? - za­py­tał chło­pa.

- Pod Se­da­nem.

- A nie po­zna­je­cie mnie?

- Nie.

- Ja je­stem prze­cież kró­lem ba­war­skim, wa­szym wo­dzem.

- Jak­że ja mo­głem po­znać Wa­szą Kró­lew­ską Mość - uspra­wie­dli­wił się wie­śniak - sko­ro wciąż wal­czy­łem w pierw­szej li­nii.

Pod­czas po­dró­ży przez pół­noc­ne Ni­der­lan­dy Król Fran­cji Lu­dwik XI za­wi­tał na noc­leg do przy­droż­nej obe­rży. Na ko­la­cję ka­zał so­bie po­dać ja­jecz­ni­cę z czte­rech jaj. Ja­kież było jego zdzi­wie­nie, kie­dy za za­mó­wio­ny po­si­łek otrzy­mał ra­chu­nek opie­wa­ją­cy aż na pięć­dzie­siąt ta­la­rów! Ka­zał we­zwać do sie­bie obe­rży­stę i po­iry­to­wa­ny za­py­tał:

- Co to, karcz­ma­rzu, jaj u was bra­ku­je, że tak dro­go li­czysz?

- Jaj ci u nas do­sta­tek, szla­chet­ny pa­nie - pa­dła od­po­wiedź. - Ale kró­lo­wie na­der rzad­ko się tra­fia­ją.

Pięk­na Mał­go­rza­ta de Sas­se­na­ge bar­dzo przy­pa­dła do gu­stu Lu­dwi­ko­wi XI. Dwa lata trzy­mał ją przy dwo­rze i miał z nią dwóch sy­nów.

Pew­ne­go razu Mał­go­rza­ta zwró­ci­ła się do astro­lo­ga, by jej prze­po­wie­dział przy­szłość. Ten spoj­rzał na nią i od­rzekł, że wkrót­ce umrze. I rze­czy­wi­ście, wsku­tek ja­kiejś ta­jem­ni­czej cho­ro­by w okre­ślo­nym cza­sie wy­zio­nę­ła du­cha.

Król, po­dej­rze­wa­jąc zbrod­nię, we­zwał astro­lo­ga i to­nem nie­wró­żą­cym nic do­bre­go za­py­tał:

- Ty, któ­ry wszyst­ko prze­wi­du­jesz, czy wiesz, kie­dy umrzesz?

- Tak, pa­nie - od­po­wie­dział chy­trze astro­log. - W gwiaz­dach prze­wi­dzia­no, że trzy dni przed Wa­szym Ma­je­sta­tem.

Król Lu­dwik XII był bar­dzo oszczęd­ny. Gdy mu raz ktoś po­wie­dział, że lu­dzie śmie­ją się z jego skąp­stwa, od­rzekł:

- Wolę, że się z mego skąp­stwa śmie­ją, niż żeby mie­li nad moją roz­rzut­no­ścią pła­kać.

Pe­wien dwo­rza­nin Lu­dwi­ka XIV, sły­ną­cy z nad­zwy­czaj wy­gó­ro­wa­nych am­bi­cji, zo­stał kie­dyś za­py­ta­ny przez wład­cę, czy zna ję­zyk hisz­pań­ski.

- Nie, Naj­ja­śniej­szy Pa­nie - od­parł zgod­nie z praw­dą.

Wró­ciw­szy do domu, dwo­rza­nin do­szedł do wnio­sku, że py­ta­nie to za­pew­ne wią­że się z ja­ki­miś pla­na­mi Lu­dwi­ka XIV wo­bec jego oso­by - kto wie, może na­wet mógł­by uzy­skać sta­no­wi­sko am­ba­sa­do­ra w Hisz­pa­nii. Nie tra­cąc cza­su, wziął się więc so­lid­nie do na­uki, wi­dząc już oczy­ma wy­obraź­ni sa­me­go sie­bie w prze­pięk­nej re­zy­den­cji.

Po kil­ku mie­sią­cach, znów sta­nąw­szy przed ob­li­czem Lu­dwi­ka XIV, oznaj­mił z dumą:

- Naj­ja­śniej­szy Pa­nie, pra­gnę za­wia­do­mić, że już na­uczy­łem się hisz­pań­skie­go.

- To wspa­nia­le - od­rzekł król. - Win­szu­ję panu z ca­łe­go ser­ca. Bę­dzie pan mógł czy­tać Don Ki­cho­ta w ory­gi­na­le.

- Kró­lo­wie otrzy­ma­li wła­dzę od sa­me­go Boga - po­wie­dział kie­dyś Lu­dwik XIV do zgro­ma­dzo­nych wo­kół dwo­rzan. - Je­śli na­wet ka­zał­bym któ­re­muś z was sko­czyć do wody, na­tych­miast mu­si­cie wy­ko­nać roz­kaz.

W tym mo­men­cie je­den z dwo­rzan pod­niósł się ze swe­go miej­sca i szyb­kim kro­kiem skie­ro­wał do wyj­ścia.

- Hola! - krzyk­nął za nim król. - A do­kąd to?

- Uczyć się pły­wać - brzmia­ła krót­ka od­po­wiedź.

W ka­pli­cy kró­lew­skiej pod­czas wy­ko­ny­wa­nia psal­mu Mi­se­re­re w opra­co­wa­niu kom­po­zy­to­ra Je­ana Bap­ti­ste'a Lul­ly­ego król Lu­dwik XIV zwró­cił się do klę­czą­ce­go obok hra­bie­go:

- Czy po­do­ba się panu ten utwór?

- Tak, Wa­sza Wy­so­kość. Mu­zy­ka jest cu­dow­nie mięk­ka dla uszu, jed­nak bar­dzo twar­da dla ko­lan...

Lu­dwik XIV lu­bił pi­sać wier­sze. Pew­ne­go razu po­ka­zał prób­kę swo­jej twór­czo­ści po­ecie Bo­ile­au-De­spre­au­xo­wi.

- To nic nie­war­te wy­po­ci­ny - po­wie­dział po­eta.

- Ależ to ja pi­sa­łem! - wy­krzyk­nął obu­rzo­ny król.

- A, je­śli tak, to w po­rząd­ku. Król bo­wiem jest je­dy­nym czło­wie­kiem, któ­re­mu wol­no pi­sać nędz­ne wier­sze.

Mo­lier zmarł, od­mó­wiw­szy przy­ję­cia świę­tych sa­kra­men­tów, w związ­ku z czym ksiądz nie chciał go po­cho­wać w po­świę­co­nej zie­mi. Mimo próśb kró­la Lu­dwi­ka XIV, na­wet ar­cy­bi­skup nie chciał uchy­lić tego za­ka­zu.

- Jak głę­bo­ko się­ga po­świę­co­na zie­mia? - za­py­tał król.

- Na czte­ry sto­py, Wa­sza Wy­so­kość - od­parł du­chow­ny.

- A więc po­cho­waj­cie go na głę­bo­ko­ści sze­ściu stóp - za­de­cy­do­wał Lu­dwik XIV.

Su­ro­wa ety­kie­ta pa­nu­ją­ca na dwo­rze Lu­dwi­ka XIV cha­rak­te­ry­zo­wa­ła się mię­dzy in­ny­mi szcze­gól­nym ro­dza­jem słu­żal­czo­ści i po­chleb­stwa. Pew­ne­go razu król za­py­tał księ­cia d'Uz?s, kie­dy jego żona spo­dzie­wa się roz­wią­za­nia.

- Kie­dy Wa­sza Kró­lew­ska Mość ra­czy roz­ka­zać - pa­dła od­po­wiedź.

Lu­dwik XV bar­dzo pra­gnął syna - na­stęp­cy tro­nu, a tym­cza­sem ro­dzi­ły mu się same cór­ki. Tro­chę lek­ce­wa­żą­co na­zy­wa­no je przed chrztem ko­lej­ny­mi licz­ba­mi po­rząd­ko­wy­mi. Była więc "Pani Pierw­sza", "Pani Dru­ga", "Pani Trze­cia"...

Kie­dy w roku 1738 do­nie­sio­no kró­lo­wi o przyj­ściu na świat ko­lej­nej cór­ki za­miast syna i za­py­ta­no, czy na­zwać ją "Pa­nią Siód­mą", zde­spe­ro­wa­ny mo­nar­cha wark­nął:

- Nie. Pa­nią Ostat­nią!

Król Fran­cji w la­tach 1774-1792, Lu­dwik XVI, gra­jąc z dwo­rza­na­mi w kar­ty, przy­pi­sał so­bie wy­gra­ną, choć jego prze­ciw­nik był od­mien­ne­go zda­nia. Inni dwo­rza­nie ze­bra­ni wo­kół sto­łu mil­cze­li dys­kret­nie. Na to wszedł ksią­żę de Gram­mont.

- Roz­sądź ty, kto z nas dwu ma słusz­ność - roz­ka­zał król.

- Z pew­no­ścią nie Wa­sza Kró­lew­ska Mość - od­rzekł ksią­żę.

- Skąd ta pew­ność, kie­dy na­wet nie wiesz, o co cho­dzi?

- Gdy­byś miał choć cień słusz­no­ści, Naj­ja­śniej­szy Pa­nie - od­parł de Gram­mont, wy­traw­ny znaw­ca lu­dzi - sto­ją­cy wo­kół dwo­rza­nie z pew­no­ścią by nie mil­cze­li.

Spa­ce­ru­jąc razu pew­ne­go po pa­ła­co­wym ogro­dzie, Lu­dwik XVI uj­rzał dwie pięk­ne grusz­ki. Wró­ciw­szy do kom­nat, we­zwał ogrod­ni­ka i ka­zał mu je ze­rwać. Ten wy­ko­nał oczy­wi­ście po­le­ce­nie i przy­niósł owo­ce kró­lo­wi. Bę­dą­cy aku­rat w do­brym hu­mo­rze mo­nar­cha za­to­pił zęby w jed­nym z nich, dru­gi zaś dał ogrod­ni­ko­wi. Ze zdzi­wie­niem za­uwa­żył jed­nak, że pra­cow­nik do­byw­szy noża za­bie­ra się za obie­ra­nie skór­ki.

- Jak­że to? - za­py­tał. - To ja grusz­kę z łu­pi­ną jem, a ty nie po­tra­fisz?

- Ależ po­tra­fię, Naj­ja­śniej­szy Pa­nie - za­pew­nił go ogrod­nik. - Tyl­ko jed­na grusz­ka wpa­dła mi w coś pa­skud­ne­go, a nie wiem, któ­ra to była.

W cza­sach fran­cu­skiej Re­stau­ra­cji pa­ry­ski Pan­te­on za­mie­nio­no po­now­nie na ko­ściół. Ktoś za­żą­dał, żeby usu­nąć znaj­du­ją­ce się tam szcząt­ki Wol­te­ra, bluź­nier­cy, bez­boż­ni­ka i li­ber­ty­na. Temu po­my­sło­wi sprze­ci­wił się jed­nak zde­cy­do­wa­nie sam król Lu­dwik XVIII.

- Nie! - oświad­czył. - Zo­staw­cie go tu, gdzie jest! Aż nad­to bę­dzie uka­ra­ny, słu­cha­jąc co­dzien­nie mszy świę­tej.

Pe­wien hra­bia an­giel­ski pod­czas wi­zy­ty we Fran­cji chwa­lił się przed kró­lo­wą Ma­rią Lesz­czyń­ską, żoną Lu­dwi­ka XV, przy­na­leż­no­ścią do jed­ne­go z naj­star­szych ro­dów i przy każ­dej oka­zji pod­kre­ślał swe po­cho­dze­nie. W pew­nej chwi­li kró­lo­wa spy­ta­ła go z uśmie­chem:

- Moż­na by są­dzić, hra­bio, że pań­scy przod­ko­wie znaj­do­wa­li się już w arce No­ego?

- Ależ nie, Naj­ja­śniej­sza Pani! - za­pew­nił ją roz­mów­ca. - Moi przod­ko­wie mie­li wła­sny sta­tek!

Król Lu­dwik Fi­lip pod­czas swej po­dró­ży przez Fran­cję przy­je­chał do ma­łe­go pro­win­cjo­nal­ne­go mia­stecz­ka. W cza­sie uro­czy­ste­go obia­du bur­mistrz, wła­ści­ciel skle­pu, ba­wił kró­la roz­mo­wą:

- Szko­da, że Wa­sza Kró­lew­ska Mość nie przy­wiózł żony ze sobą!

- A pań­ska żona gdzie jest? - spy­tał w od­po­wie­dzi król.

- O, ona musi dbać o in­te­res!

- No wi­dzi pan - ro­ze­śmiał się król. - U mnie to samo. Prze­cież ktoś musi in­te­re­su pil­no­wać!

Ksią­że Flo­ren­cji Co­si­mo Me­di­ci, zwa­ny Wiel­kim, roz­gnie­wał się pew­ne­go razu na swe­go przy­ja­cie­la i za­pra­gnął go uka­rać.

- Pan nasz, Je­zus Chry­stus, na­ka­zał nam mi­ło­wać na­wet nie­przy­ja­ciół swo­ich - ujął się za nie­szczę­śni­kiem je­den z dwo­rzan.

- Znam do­brze na­uki Je­zu­sa - od­burk­nął ksią­żę - ale prze­ko­na­ny je­stem, że nig­dzie nie po­wie­dział: "Mi­łuj­cie przy­ja­ciół".

Co­si­mo Me­di­ci, wład­ca Flo­ren­cji, twór­ca po­tę­gi rodu Me­dy­ce­uszy, le­żał z za­mknię­ty­mi ocza­mi pod­czas swej ostat­niej cho­ro­by. Jego cór­ka Ka­ta­rzy­na za­py­ta­ła:

- Dla­cze­go, oj­cze, tak czę­sto za­my­kasz oczy?

- Cór­ko, czy­nię tak, aby się przy­zwy­cza­ić do tego, że wkrót­ce nie będę ich już w ogó­le otwie­rał.

Car Mi­ko­łaj I Ro­ma­now spo­tkał kie­dyś pi­ja­ne­go ofi­ce­ra.

- Ty su­kin­sy­nu! - za­wo­łał zde­gu­sto­wa­ny. - Co byś zro­bił, gdy­byś był na moim miej­scu i pi­ja­ne­go ofi­ce­ra spo­tkał?

Ofi­cer stru­chlał roz­po­znaw­szy wład­cę, ale wnet się opa­mię­tał i śmia­ło od­po­wie­dział:

- Naj­ja­śniej­szy Pa­nie! Gdy­bym ja był na two­im miej­scu, to­bym z taką pi­ja­ną świ­nią na­wet nie ga­dał.

Po uśmie­rze­niu po­wsta­nia wę­gier­skie­go w 1849 roku car Mi­ko­łaj I za­py­tał swo­ich dwo­rzan:

- Czy wie­cie, w czym je­stem po­dob­ny do kró­la Jana III So­bie­skie­go?

- Nie, Naj­ja­śniej­szy Pa­nie.

- W tym mia­no­wi­cie, że obaj po­peł­ni­li­śmy to samo głup­stwo. Ura­to­wa­li­śmy Wie­deń i Au­strię.

Car Mi­ko­łaj II miał już dwie cór­ki i nie­cier­pli­wie ocze­ki­wał na­ro­dzin na­stęp­cy tro­nu. Po trze­cim po­ro­dzie zo­stał jed­nak za­wia­do­mio­ny przez hra­bi­nę Igna­tie­wą, że Naj­ja­śniej­sza Pani zno­wu ra­czy­ła uro­dzić cór­kę.

- Do li­cha, to już trze­cia - wes­tchnął car.

- Co ro­bić? - od­po­wie­dzia­ła wes­tchnie­niem hra­bi­na. - Naj­ja­śniej­szy Pan ra­czy się jesz­cze raz po­fa­ty­go­wać...

W jed­nym z ol­brzy­mich skła­dów woj­sko­wych w Pe­ters­bur­gu prze­cho­wy­wa­no 24 000 ko­żu­chów ba­ra­nich. W cza­sie woj­ny ro­syj­sko-ja­poń­skiej w 1904 roku mi­ni­ster­stwo po­le­ci­ło wy­dać je dla ar­mii wal­czą­cej na Da­le­kim Wscho­dzie. Pro­blem był jed­nak w tym, że w kar­to­te­kach fi­gu­ro­wa­ło wpraw­dzie 24 000 ko­żu­chów, ale na­praw­dę było ich 12 800. Brak po­zo­sta­łych wy­tłu­ma­czo­no krót­ko:

- 11 200 ko­żu­chów zja­dły my­szy.

Gdy o tym wy­pad­ku do­nie­sio­no ca­ro­wi Mi­ko­ła­jo­wi II, ten na­pi­sał na do­nie­sie­niu:

"Zwol­nić wszyst­kie my­szy z zaj­mo­wa­nych przez nie sta­no­wisk!".

Na po­że­gnal­nym wy­stę­pie ar­tyst­ki, pan­ny Ri­ves, obec­ny był Na­po­le­on III. Gdy wy­cho­dził z te­atru, ktoś z bli­skich lu­dzi za­py­tał go o opi­nię na te­mat wy­stę­pu. Obu­rzo­ny ce­sarz od­po­wie­dział:

- Jak to? Nie dość, że za­pła­ci­łem za bi­let pięt­na­ście ty­się­cy fran­ków, to jesz­cze mam coś my­śleć.

Ju­lia, uko­cha­na cór­ka Okta­wia­na Au­gu­sta, po­ja­wi­ła się raz w jego obec­no­ści ubra­na dość wy­zy­wa­ją­co. Ura­zi­ło to ce­sa­rza wiel­ce, lecz nie rzekł ani sło­wa. Na­za­jutrz Ju­lia ubra­ła się w strój od­mien­ny: skrom­ny i przy­zwo­ity. Za­do­wo­lo­ny Au­gust zwró­cił jej uwa­gę:

- O ileż god­niej­szy niż wczo­raj­sze odzie­nie jest ten strój cór­ki ce­za­ra.

- Dziś ubra­łam się dla oczu ojca - od­rze­kła Ju­lia. - Wczo­raj zaś dla oczu męża.

Po­ja­wił się oneg­daj w Rzy­mie czło­wiek z pro­win­cji, zwra­ca­ją­cy po­wszech­ną uwa­gę nie­zwy­kłym po­do­bień­stwem do Okta­wia­na Au­gu­sta. Kie­dy wie­ści do­szły do ce­za­ra, ten na­tych­miast ka­zał spro­wa­dzić so­bo­wtó­ra przed swe ob­li­cze

- Po­wiedz mi, do­bry czło­wie­ku - za­py­tał go - czy mat­ka two­ja była kie­dyś w Rzy­mie?

- Mat­ka nig­dy - od­parł tam­ten. - Ale czę­sto by­wał tu mój oj­ciec.

Po zwy­cię­stwie Okta­wia­na Au­gu­sta pod Ak­cjum po­wi­tał go pe­wien czło­wiek z kru­kiem. Ptak wy­raź­nie po­wie­dział:

- Wi­taj Okta­wia­nie, zwy­cię­ski wo­dzu!

Okta­wian ku­pił kru­ka za dwa­dzie­ścia ty­się­cy se­ster­cji. W póź­niej­szym cza­sie do­wie­dział się, że sprze­daw­ca miał jesz­cze dru­gie­go kru­ka, któ­ry mó­wił:

- Wi­taj zwy­cię­ski wo­dzu... An­to­niu­szu!

Pew­ne­go razu opo­wie­dzia­no Okta­wia­no­wi Au­gu­sto­wi o dwu­dzie­stu mi­lio­nach dłu­gów, ja­kich na­ro­bił za swe­go ży­cia pe­wien rzym­ski ekwi­ta. Au­gust ka­zał na au­kcji po­śmiert­nej ku­pić dla sie­bie pier­nat z jego łóż­ka. Wi­dząc zdzi­wie­nie oto­cze­nia, wy­ja­śnił:

- Musi mieć wła­ści­wo­ści na­sen­ne pier­nat, na któ­rym mógł ten czło­wiek spać, ma­jąc tyle dłu­gów.

Sta­ni­sław Au­gust Po­nia­tow­ski, prze­cha­dza­jąc się po Ogro­dzie Sa­skim, spo­strzegł szlach­ci­ca, któ­ry miał siwą bro­dę, lecz wło­sy na gło­wie zu­peł­nie czar­ne. Gdy król je­go­mość oka­zał zdzi­wie­nie tą oko­licz­no­ścią, sław­ny z dow­ci­pu szam­be­lan Wol­ski ob­ja­śnił mo­nar­sze:

- Dla­te­go, Wa­sza Kró­lew­ska Mość, ów szlach­cic ma bro­dę siwą a gło­wę czar­ną, że wię­cej pra­co­wał gębą niż gło­wą.

Ksią­żę Ra­inier, wład­ca Mo­na­ko, wy­glą­da­jąc pew­ne­go dnia przez okno swe­go pa­ła­cu, dał wy­raz wiel­kie­mu nie­za­do­wo­le­niu z po­wo­du bra­ku war­ty przed jego po­sia­dło­ścią.

- Eks­ce­len­cjo! - po­in­for­mo­wał go szef szta­bu. - Po­ło­wa ar­mii za­mia­ta wła­śnie dzie­dzi­niec pa­ła­cu, a dru­ga po­ło­wa po­szła z dzieć­mi Wa­szej Ksią­żę­cej Mo­ści na spa­cer.

Do ce­sa­rza rzym­sko-nie­miec­kie­go Ru­dol­fa II przy­szedł raz że­brak i rzekł:

- Pro­szę cię, Naj­ja­śniej­szy Pa­nie, o hoj­ne wspar­cie, bom jest two­im krew­nym po Ada­mie.

- Idź, przy­nieś wór - roz­ka­zał mu ce­sarz.

Dziad po­szedł i przy­niósł wór, my­śląc, że go ce­sarz na­peł­ni. Ale ten rzu­cił do nie­go grosz i rzekł:

- Niech każ­dy krew­ny po Ada­mie da ci grosz, a wnet bę­dziesz miał peł­ny wór. W koń­cu sta­niesz się bo­gat­szy ode mnie.

W cza­sie wi­zy­ty ce­sa­rza Etio­pii Haj­le Se­las­sje w Ju­go­sła­wii, w jed­nym za­kła­dów pra­cy, któ­re wi­zy­to­wał, wznie­sio­no na jego cześć okrzyk:

- Wi­ta­my to­wa­rzy­sza ce­sa­rza!

Król Ste­fan Ba­to­ry, jak wia­do­mo, nie znał ję­zy­ka pol­skie­go, na­to­miast świet­nie mó­wił po ła­ci­nie. Pew­ne­go razu za­gad­nął ar­cy­bi­sku­pa lwow­skie­go:

- Jak­że ty, księ­że, zo­sta­łeś bi­sku­pem w Ko­ście­le ła­ciń­skim, kie­dy mało co umiesz po ła­ci­nie?

- Tak jak Wa­sza Kró­lew­ska Mość kró­lem w Pol­sce, choć po pol­sku nie umiesz - od­po­wie­dział ar­cy­bi­skup.

Kie­dy peł­nią­cy obo­wiąz­ki na­miest­ni­ka Egip­tu Aemi­liusz Rek­tus prze­słał ce­sa­rzo­wi Ty­be­riu­szo­wi ko­lej­ną ratę po­dat­ków z pro­win­cji, dużo wyż­szą jed­nak niż zwy­kle, ce­sarz po­le­cił swym urzęd­ni­kom ode­słać nad­wyż­kę na­miest­ni­ko­wi wraz z na­stę­pu­ją­cym ko­men­ta­rzem:

"Do­bry pa­sterz strzy­że swo­je owce, a nie ob­dzie­ra ich ze skó­ry".

Se­nat za­pro­po­no­wał ce­sa­rzo­wi Ty­be­riu­szo­wi na­zwa­nie mie­sią­ca wrze­śnia jego wła­snym imie­niem, a paź­dzier­ni­ka imie­niem jego mat­ki, Li­wii. Ty­be­riusz od­mó­wił, py­ta­jąc przy oka­zji:

- A co zro­bi­cie, gdy bę­dzie­cie już mie­li trzy­na­stu ce­za­rów?

Kró­lo­wa Wik­to­ria przy­ję­ła kie­dyś na au­dien­cji kró­lo­wą jed­nej z na­le­żą­cych do An­glii wy­se­pek.

- I w mo­ich ży­łach pły­nie an­giel­ska krew - rze­kła nie bez dumy eg­zo­tycz­na zna­ko­mi­tość.

- Jak to? - zdzi­wi­ła się Wik­to­ria.

- Mój dziad zjadł an­giel­skie­go ge­ne­ra­ła Mil­le­ra.

Ce­sarz nie­miec­ki Wil­helm II pod­czas swe­go po­by­tu w Wind­so­rze u kró­la Wiel­kiej Bry­ta­nii Je­rze­go V za­chwy­cał się wspa­nia­ły­mi traw­ni­ka­mi w par­ku ota­cza­ją­cym za­mek i pro­sił o zdra­dze­nie mu se­kre­tu ich pie­lę­gno­wa­nia. Król Je­rzy za­wo­łał ogrod­ni­ka, któ­ry wy­ja­śnił:

- To bar­dzo ła­twa rzecz. Kosi się traw­nik co­dzien­nie i pod­le­wa przez 700 lat, a tra­wa sta­je się gę­sta jak naj­bar­dziej pu­szy­sty dy­wan.

Kie­dy król Wła­dy­sław Ja­gieł­ło że­nił się po raz czwar­ty, tym ra­zem z księż­nicz­ką Son­ką Hol­szań­ską, bi­skup kra­kow­ski Zbi­gniew Ole­śnic­ki zwró­cił mu uwa­gę, że jego wy­bran­ka jest zbyt mło­da. Król od­parł na to z obu­rze­niem:

- Kie­dym się że­nił z Gra­now­ską, mó­wi­li­ście, że za sta­ra i że brzyd­ka. Jak­że więc wam do­go­dzić?

Pol­ski król Zyg­munt Sta­ry był na­mięt­nym kar­cia­rzem. Gra­jąc kie­dyś z dwo­rza­na­mi we flu­sa - kie­dy mu przy­szły dwa kró­le - zgło­sił, że ma trzy.

- A gdzie trze­ci? - za­py­ta­no przy spraw­dza­niu.

- A tom ja - od­rzekł ze spo­ko­jem król Zyg­munt i zgar­nął pulę.

Zyg­munt Sta­ry miał ra­czej opi­nię ma­ło­mów­ne­go, ale za mło­dych lat, w gro­nie osób bli­skich, po­zwa­lał so­bie na żar­ty i ce­lo­wał nie­kie­dy w zręcz­nych po­wie­dzon­kach. Pe­wien ma­gnat, któ­ry bar­dzo pra­gnął zo­stać kanc­le­rzem, rzekł raz do nie­go, chcąc go wy­ba­dać:

- Lu­dzie plo­tą, że mam zo­stać kanc­le­rzem

- Nie tur­buj się Wasz­mość - uspo­ko­ił go król Zyg­munt. - Cze­goż to lu­dzie nie ga­da­ją.

Król Zyg­munt Sta­ry pod­czas to­a­le­ty zdej­mo­wał pier­ście­nie z pal­ców i da­wał je do przy­trzy­ma­nia dy­żur­ne­mu dwo­rza­ni­no­wi. Pew­ne­go razu nie upo­mniał się o klej­no­ty i słu­ga, my­śląc, że mo­nar­cha o nich za­po­mniał, za­cho­wał pier­ście­nie przy so­bie. Kie­dy po ja­kimś cza­sie znów przy­szła ko­lej na tego sa­me­go dwo­rza­ni­na, Zyg­munt, wi­dząc wy­cią­gnię­tą dłoń, od­rzekł:

- Wy­star­czą wam daw­ne, te mogą się przy­dać in­ne­mu.

PO­LI­TY­CY

Pre­zy­dent USA w la­tach 1825-1829, John Qu­in­cy Adams, po­dej­rze­wa­ny był przez po­li­tycz­nych prze­ciw­ni­ków o sym­pa­tie ary­sto­kra­tycz­ne i ro­ja­li­stycz­ne. Po po­wro­cie z Eu­ro­py ktoś za­py­tał go de­li­kat­nie:

- Po­dob­no roz­ma­wiał pan we Fran­cji z kró­lem fran­cu­skim. Co król panu po­wie­dział?

- Po­wie­dział mi - od­rzekł Adams - abym zszedł mu z dro­gi.

Wy­bit­ne­go po­li­ty­ka ateń­skie­go Al­cy­bia­de­sa za­py­tał je­den z przy­ja­ciół:

- Po­wiedz mi, cze­mu za­da­jesz się z he­te­rą Le­isą, sko­ro wia­do­mo, że ona cię wca­le nie ko­cha?

- Mój dro­gi - od­parł Al­cy­bia­des - wino i ryby tak­że mnie nie ko­cha­ją, a jed­nak mi sma­ku­ją.

Po­li­tyk wę­gier­ski, hra­bia Ju­liusz An­drás­sy, był przez całe ży­cie wiel­kim mi­ło­śni­kiem ko­biet i po­zo­stał nim na­wet gdy skoń­czył już osiem­dzie­siąt­kę. Pew­ne­go dnia, roz­ma­wia­jąc na przy­ję­ciu z ja­kąś mło­dą damą, po­ło­żył jej rękę na ple­cach. Zmie­sza­na tym ko­bie­ta po­pro­si­ła grzecz­nie:

- Czy Wa­sza Eks­ce­len­cja nie mo­gła­by trzy­mać ręki gdzie in­dziej?

- Bar­dzo chęt­nie - od­parł hra­bia z ga­lan­te­rią. - Nie mia­łem tyl­ko od­wa­gi.

Pod­czas prze­pro­wa­dza­nia wy­wia­du pe­wien dzien­ni­karz zwró­cił się do Lesz­ka Bal­ce­ro­wi­cza:

- Lu­dzie mó­wią, że dla Pana czło­wiek nic nie zna­czy. Trosz­czy się Pan tyl­ko o bu­dżet.

- Niech mó­wią! - po­wie­dział Bal­ce­ro­wicz - Bu­dżet na tym nie ucier­pi.

Je­den z człon­ków Dy­rek­to­ria­tu rzą­dzą­ce­go Fran­cją po oba­le­niu w 1795 roku Ro­be­spier­re'a, na­zwi­skiem La­re­vel­lie­re-La­paux, był za­go­rza­łym an­ty­pa­pi­stą, za­cie­kłym wro­giem re­li­gii ka­to­lic­kiej.

- Kie­dyś stwo­rzę nową re­li­gię - obie­cał.

Obec­ny przy tym inny czło­nek Dy­rek­to­ria­tu, Paul Fra­nço­is de Bar­ras, scep­tycz­ny wo­bec po­my­słów ko­le­gi, po­wie­dział wte­dy:

- W jed­nym tyl­ko wi­dzę moż­li­wość zre­ali­zo­wa­nia tej obiet­ni­cy. Mu­sisz dać się ukrzy­żo­wać.

Pod­czas kon­fe­ren­cji pra­so­wej koń­czą­cej wi­zy­tę mi­ni­stra spraw za­gra­nicz­nych Jó­ze­fa Bec­ka w Lon­dy­nie w 1939 roku, je­den z dzien­ni­ka­rzy za­py­tał go, czy są­dzi, że bę­dzie woj­na. Beck od­po­wie­dział:

- Pro­szę Pana, je­stem mile za­sko­czo­ny, że przed­sta­wi­ciel Pol­ski wi­ta­ny jest w Lon­dy­nie jak pro­rok, ale za­pew­niam Pana, że nig­dy nie mia­łem z tym za­wo­dem nic wspól­ne­go.

Pe­wien gość z Tek­sa­su zwie­rzył się kie­dyś izra­el­skie­mu pre­mie­ro­wi, Da­vi­do­wi Ben-Gu­rio­no­wi:

- U nas w Tek­sa­sie je­dzie się po­cią­giem cały dzień i całą noc, i cią­gle jest Tek­sas.

- Te same kło­po­ty z ko­le­ja­mi mamy tak­że w Izra­elu - od­po­wie­dział z ca­łym spo­ko­jem Ben-Gu­rion.

Da­vid Ben-Gu­rion przy­był do sie­dzi­by izra­el­skie­go par­la­men­tu na po­sie­dze­nie ple­nar­ne bez ma­ry­nar­ki i kra­wa­ta, co wy­wo­ła­ło obu­rze­nie de­pu­to­wa­nych.

- Mam na to po­zwo­le­nie sa­me­go Win­sto­na Chur­chil­la - wy­ja­śnił pre­mier.

- Jak to?

- Ano tak to. Kie­dy ostat­nio by­łem w Lon­dy­nie, pró­bo­wa­łem zdjąć ma­ry­nar­kę i kra­wat, ale Chur­chill prze­szko­dził mi, mó­wiąc, że mogę to zro­bić, ale w Je­ro­zo­li­mie.

Je­den z człon­ków kie­row­nic­twa fran­cu­skich so­cja­li­stów spo­tkał się w cza­sie wi­zy­ty w Izra­elu z Da­vi­dem Ben-Gu­rio­nem. Pod­czas roz­mo­wy pre­mier na­po­mknął o ży­dow­skim po­cho­dze­niu fran­cu­skie­go po­li­ty­ka, na co gość od­po­wie­dział:

- Mu­szę panu wy­znać, że naj­bar­dziej ce­nię w so­bie so­cja­li­stę, na­stęp­nie Fran­cu­za, a do­pie­ro na trze­cim miej­scu Żyda.

- Nic nie szko­dzi - od­parł Ben-Gu­rion. - Tu­taj czy­ta­my od pra­wej do le­wej.

Nowy za­kład mon­ta­żo­wy sa­mo­cho­dów w Izra­elu chciał po­da­ro­wać Ben-Gu­rio­no­wi pierw­szy wy­pro­du­ko­wa­ny tam sa­mo­chód. Wie­lu współ­pra­cow­ni­ków pre­mie­ra było jed­nak prze­ciw­nych przy­ję­ciu tego ro­dza­ju po­da­run­ku. Po dłu­gich per­trak­ta­cjach zgo­dzo­no się na kom­pro­mis i usta­lo­no, że Ben-Gu­rion sym­bo­licz­nie za­pła­ci za sa­mo­chód jed­ne­go izra­el­skie­go lira.

W cza­sie ce­re­mo­nii prze­ka­za­nia po­jaz­du żona Ben-Gu­rio­na, Pau­la, od­cią­gnę­ła męża na bok i po­wie­dzia­ła

- Kie­dy otrzy­mu­jesz sa­mo­chód za taką cenę, to kup przy­najm­niej dwa...!

Pod­czas kam­pa­nii wy­bor­czej Leon Blum, fran­cu­ski pi­sarz i po­li­tyk, oso­bi­ście kie­ro­wał pro­pa­gan­dą w swo­im okrę­gu. Pew­ne­go dnia ze­cer przy­niósł mu do ko­rek­ty ode­zwę i po­wie­dział:

- Trze­ba bę­dzie usu­nąć je­den wiersz, żeby się zmie­ścić na stro­nie.

- Do­sko­na­le - od­parł Blum - skre­śli­my ostat­ni wiersz: "Przy­się­gam, że da­nych wam obiet­nic do­trzy­mam".

Pre­zy­dent Ja­mes Bu­cha­nan, opusz­cza­jąc w 1861 roku Bia­ły Dom, po­wie­dział do swo­je­go na­stęp­cy Abra­ha­ma Lin­col­na:

- Kie­dy, opusz­cza­jąc to miej­sce, bę­dziesz rów­nie szczę­śli­wy jak ja, gdy te­raz wra­cam do domu, bę­dziesz stu­pro­cen­to­wym szczę­ścia­rzem.

W wie­deń­skiej ka­wiar­ni Café Cen­tral do sta­łych by­wal­ców, obok Lwa Troc­kie­go, na­le­żał rów­nież Mi­ko­łaj Bu­cha­rin, któ­ry tak da­le­ce za­an­ga­żo­wał się w pro­gram so­wiec­kiej re­wo­lu­cji, że nie­mal­że do­pro­wa­dził się do za­ła­ma­nia ner­wo­we­go. W sta­nie sil­nej de­pre­sji zwró­cił się o po­ra­dę do le­ka­rza. Ten za­le­cił mu to­wa­rzy­stwo ko­bie­ty.

Po ja­kimś cza­sie le­karz spo­tkał Bu­cha­ri­na i za­py­tał o wy­nik ku­ra­cji.

- Wspa­nia­ła! - od­po­wie­dział en­tu­zja­stycz­nie Bu­cha­rin. - Ca­ły­mi no­ca­mi dys­ku­to­wa­li­śmy o ka­pi­ta­li­stycz­nej teo­rii Róży Luk­sem­burg...

Do ma­łe­go nie­miec­kie­go mia­sta uni­wer­sy­tec­kie­go przy­je­chał in­co­gni­to kanc­lerz Rze­szy, ksią­żę Bern­hard von Bülow. W re­stau­ra­cji za­py­tał kel­ne­ra, co jest do zje­dze­nia. Ten wy­mie­nił sze­reg po­traw, po czym kanc­lerz za­wo­łał:

- I nic wię­cej? Skan­dal!

Przy jed­nym ze sto­łów sie­dzia­ło kil­ku stu­den­tów, któ­rzy usły­szaw­szy te sło­wa, we­zwa­li kel­ne­ra i każ­dy z nich za­py­tał go o ja­dło­spis. Gdy kel­ner wy­li­czał da­nia, każ­do­ra­zo­wo od­po­wia­da­li:

- I nic wię­cej? Skan­dal!

Wte­dy Bülow pod­szedł do nich i rzekł z obu­rze­niem:

- Je­stem ksią­żę Bülow, kanc­lerz Rze­szy.

- I nic wię­cej? Skan­dal! - ryk­nę­li stu­den­ci.

W roku 1939 pre­mier bry­tyj­ski, Ar­thur Ne­vil­le Cham­ber­la­in, na jed­nym ze spo­tkań z dzien­ni­ka­rza­mi pra­sy świa­to­wej zo­stał za­py­ta­ny:

- Co pan są­dzi o wzra­sta­ją­cym na­pię­ciu w Eu­ro­pie Środ­ko­wej i groź­bie woj­ny ze stro­ny Nie­miec?

- Pan Hi­tler - od­po­wie­dział pre­mier - jest z na­tu­ry ar­ty­stą, a nie po­li­ty­kiem. Gdy za­koń­czy się spór z Pol­ską, pan Hi­tler z pew­no­ścią resz­tę ży­cia po­świę­ci sztu­ce, a nie pro­wa­dze­niu wo­jen.

Gdy Chrusz­czow w swym słyn­nym prze­mó­wie­niu na XX Zjeź­dzie KPZR w 1956 roku pięt­no­wał i gro­mił okrut­ne cza­sy sta­li­now­skie, ktoś z sali wy­krzyk­nął:

- A gdzie by­li­ście wów­czas wy, to­wa­rzy­szu, gdy mor­do­wa­no tych wszyst­kich nie­win­nych lu­dzi?

- Niech wsta­nie ten, kto to po­wie­dział - rzekł Ni­ki­ta Sier­gie­je­wicz, prze­ry­wa­jąc czy­ta­nie.

Na sali za­pa­no­wa­ła ci­sza, po­wia­ło gro­zą. Ale oczy­wi­ście nikt się nie pod­niósł.

- Oto jest od­po­wiedź, to­wa­rzy­sze - po­wie­dział Chrusz­czow. - Ja by­łem wte­dy w tym sa­mym po­ło­że­niu, co te­raz ten, któ­ry po­sta­wił po­wyż­sze py­ta­nie.

Za­py­ta­no kie­dyś Win­sto­na Chur­chil­la, ja­kie kwa­li­fi­ka­cje po­wi­nien mieć jego zda­niem do­bry po­li­tyk.

- Musi po­sia­dać umie­jęt­ność prze­po­wia­da­nia, co zda­rzy się ju­tro, za mie­siąc, za rok - wy­ja­śnił pre­mier. - A na­stęp­nie umieć wy­ja­śnić, dla­cze­go się to nie zda­rzy­ło.

Pod­czas po­sie­dze­nia Izby Gmin, od­by­wa­ją­ce­go się w 1942 roku, w któ­rym uczest­ni­czył Win­ston Chur­chill, je­den z de­pu­to­wa­nych szep­nął do są­sia­da:

- Mó­wią, że Chur­chill jest już za sta­ry, by brać udział w pra­cach rzą­du.

- Owszem - rzekł na to Chur­chill, zwra­ca­jąc się w ich stro­nę. - Mó­wią rów­nież, że jest głu­chy.

W obec­no­ści Win­sto­na Chur­chil­la po­chwa­lo­no kie­dyś przy­wód­cę kon­ku­ren­cyj­nej Par­tii Pra­cy, Cle­men­ta At­tlee:

- To czło­wiek nie­zwy­kle skrom­ny.

- Ma ku temu wszel­kie po­wo­dy - wtrą­cił Chur­chill.

Kie­dy za­pro­po­no­wa­no, żeby kon­fe­ren­cja mię­dzy­na­ro­do­wa w spra­wie utwo­rze­nia Or­ga­ni­za­cji Na­ro­dów Zjed­no­czo­nych ze­bra­ła się na pięć dni w San Fran­ci­sco, Win­ston Chur­chill za­de­pe­szo­wał do Fran­kli­na De­la­no Ro­ose­vel­ta:

"Nie wi­dzę moż­li­wo­ści utwo­rze­nia w cią­gu pię­ciu dni or­ga­ni­za­cji dla urzą­dze­nia świa­ta. Na­wet Wszech­mo­gą­cy po­trze­bo­wał w tym celu sied­miu dni!".

Win­ston Chur­chill od­wie­dził kie­dyś Man­che­ster. Po urzą­dzo­nym na jego cześć ban­kie­cie, bur­mistrz mia­sta na­chy­lił się do nie­go i za­py­tał szcze­rze:

- Pa­nie pre­mie­rze, czy po­zwo­li­my, aby ze­bra­ni za­ba­wi­li się jesz­cze tro­chę, czy też chce pan wy­gło­sić prze­mó­wie­nie...?

Kie­dy po zdo­by­ciu Pa­ry­ża Chur­chill prze­mó­wił przez ra­dio do jego miesz­kań­ców, za­czął od na­stę­pu­ją­cych słów:

- Fran­cu­zi - uwa­żaj­cie! Będę mó­wić po fran­cu­sku, co dla mnie sta­no­wi wiel­ki wy­si­łek, a dla was bę­dzie cięż­ką pró­bą wa­szej przy­jaź­ni z Wiel­ką Bry­ta­nią.

Po jed­nym z prze­mó­wień po­li­tycz­nych po­de­szła do Chur­chil­la ja­kaś ko­bie­ta.

- Dwie rze­czy w panu bu­dzą we mnie od­ra­zę - po­wie­dzia­ła. - Pań­skie po­glą­dy i pań­skie wąsy.

- Może się pani nie oba­wiać - od­po­wie­dział spo­koj­nie Chur­chill. - Nig­dy nie ze­tknie się pani bli­żej ani z jed­nym, ani z dru­gim.

Na pew­nym ofi­cjal­nym przy­ję­ciu kel­ner, na­le­wa­jąc szam­pa­na, ob­lał nie­chcą­cy ły­si­nę Win­sto­na Chur­chil­la. Prze­ra­żo­ny kel­ner za­stygł jak słup soli, a wo­kół za­pa­no­wa­ła na­gle gro­bo­wa ci­sza. Prze­rwał ją do­pie­ro sam Chur­chill:

- Do­praw­dy, mój dro­gi, uwa­ża pan, że to mi po­mo­że?

W wol­nych chwi­lach Win­ston Chur­chill uwiel­biał ma­lo­wać. Kie­dyś na­wet urzą­dził wy­sta­wę swych ob­ra­zów. Po jej zwie­dze­niu, były bry­tyj­ski pre­mier Ha­rold Mac­Mil­lan po­wie­dział:

- Te­raz już ro­zu­miem, dla­cze­go Win­ston za­jął się po­li­ty­ką. Mu­siał mieć inny za­wód, by nie umrzeć z gło­du.

Pew­ne­go dnia, gdy Win­ston Chur­chill po­ka­zy­wał przy­ja­cie­lo­wi swe ob­ra­zy, ten za­py­tał:

- Dla­cze­go ma­lu­jesz tyl­ko kra­jo­bra­zy?

- Po­nie­waż drze­wa nie na­rze­ka­ją na to, że są lub nie są do sie­bie po­dob­ne.

Na wieść o tym, że Ema­nu­el Shin­well mia­no­wa­ny zo­stał bry­tyj­skim mi­ni­strem woj­ny, Win­ston Chur­chill bar­dzo się ucie­szył.

- Na pew­no nie bę­dzie woj­ny - sko­men­to­wał ten fakt ra­do­śnie. - Już kie­dy Shin­well był mi­ni­strem opa­łu, nie było opa­łu.

Roz­ma­wia­jąc kie­dyś z Win­sto­nem Chur­chil­lem, Bri­git­te Bar­dot po­skar­ży­ła się na pra­sę, któ­ra pi­sząc o niej, uży­wa­ła ini­cja­łów B.B.

- Ależ niech pani nie na­rze­ka - od­parł Chur­chill. - Pani ini­cja­ły są cza­ru­ją­ce. Co by pani po­wie­dzia­ła na moim miej­scu?

Wy­bit­ny fran­cu­ski po­li­tyk i mąż sta­nu, Geo­r­ges Cle­men­ce­au, miał w swej wiej­skiej po­sia­dło­ści wiel­kie­go i nie­zwy­kle ostre­go owczar­ka al­zac­kie­go.

- Ten pies jest tak groź­ny, że gry­zie na­wet mo­ich przy­ja­ciół - po­stra­szył pew­ne­go razu gosz­czą­ce­go u nie­go po­li­ty­ka.

- No to nie ma znów tak wie­le do gry­zie­nia - za­uwa­żył gość.

Bę­dąc już w po­de­szłym wie­ku, Geo­r­ges Cle­men­ce­au wy­brał się na ba­zar po za­ku­py.

- Ta mar­chew jest sta­now­czo za dro­ga - rzekł do jed­nej z prze­ku­pek, żą­da­ją­cej za pę­czek aż sześć­dzie­się­ciu fran­ków - Nie dam wię­cej niż pięć­dzie­siąt.

- No do­brze już, do­brze - od­rze­kła po­jed­naw­czo ko­bie­ta. - Niech bę­dzie pięć­dzie­siąt. Ale to tyl­ko dla­te­go, że jest pan po­dob­ny do na­sze­go po­czci­we­go Cle­men­ce­au.

Gdy Cle­men­ce­au miał już 83 lata, le­karz za­pro­po­no­wał mu ku­ra­cję od­mła­dza­ją­cą. - Mam jesz­cze czas - od­parł po­li­tyk. - Musi pan po­cze­kać, aż się po­sta­rze­ję...

Pre­zy­dent Gro­ver Cle­ve­land był w sta­łym kon­flik­cie z ame­ry­kań­skim Se­na­tem, na­to­miast zu­peł­nie po­praw­nie ukła­da­ły mu się sto­sun­ki z Izbą Re­pre­zen­tan­tów. Pew­nej nocy pre­zy­dent zo­stał obu­dzo­ny z głę­bo­kie­go snu.

- Wsta­waj, zło­dzie­je są w izbie! - krzy­cza­ła Fran­ces, jego mał­żon­ka.

- Ależ moja dro­ga - od­po­wie­dział spo­koj­nie Cle­ve­land. - Zło­dzie­je są być może w Se­na­cie, ale z pew­no­ścią nie w Izbie.

Pre­zy­dent Sta­nów Zjed­no­czo­nych Ca­lvin Co­olid­ge zna­ny był po­wszech­nie ze swej ma­ło­mów­no­ści. Na pew­nym przy­ję­ciu po­de­szła do nie­go go­spo­dy­ni domu, mó­wiąc z cza­ru­ją­cym uśmie­chem:

- Pa­nie pre­zy­den­cie, za­ło­ży­łam się, że uda mi się wy­do­być od pana przy­najm­niej trzy sło­wa...

- Prze­gra­ła pani - od­parł zim­no Co­olid­ge.

Jesz­cze jako wi­ce­pre­zy­dent Ca­lvin Co­olid­ge przyj­mo­wał pra­wie wszyst­kie za­pro­sze­nia na obia­dy i ko­la­cje. Nig­dy jed­nak nie za­bie­rał gło­su i nie prze­ma­wiał. Ali­ce Ro­ose­velt Lon­gworth za­gad­nę­ła go kie­dyś:

- Dzi­wię się, że pan przy­cho­dzi na te przy­ję­cia, to musi być nie­zwy­kle nud­ne dla pana.

- Czło­wiek musi prze­cież jeść - od­po­wie­dział zwięź­le Co­olid­ge.

Jako wi­ce­pre­zy­dent w ad­mi­ni­stra­cji Har­din­ga, Co­olid­ge miesz­kał dość skrom­nie w apar­ta­men­cie w Wil­lard Ho­tel w Wa­szyng­to­nie. Pew­ne­go wie­czo­ru w bu­dyn­ku ho­te­lo­wym wy­buchł nie­du­ży po­żar i wszy­scy go­ście ze­bra­li się w holu na dole. Mimo że po­żar szyb­ko uga­szo­no, stra­ża­cy nie po­zwa­la­li po­wró­cić do po­ko­jów. Znie­cier­pli­wio­ny ocze­ki­wa­niem Co­olid­ge udał się po scho­dach na górę. Za­trzy­mał go stra­żak i za­py­tał:

- Kim pan jest?

- Je­stem wi­ce­pre­zy­den­tem - od­po­wie­dział.

- A, to w po­rząd­ku - rzekł stra­żak, ale za chwi­lę za­trzy­mał Co­olid­ge'a i za­py­tał: - Jest pan wi­ce­pre­zy­den­tem, ale cze­go?

- Wi­ce­pre­zy­den­tem Sta­nów Zjed­no­czo­nych.

- To pro­szę na­tych­miast po­wró­cić do holu - roz­ka­zał stra­żak. - My­śla­łem, że jest pan wi­ce­pre­zy­den­tem za­rzą­du ho­te­lu.

Wi­ce­pre­zy­dent Co­olid­ge uczest­ni­czył w uro­czy­sto­ści wmu­ro­wa­nia ka­mie­nia wę­giel­ne­go pod bu­do­wę bu­dyn­ku rzą­do­we­go. Wy­ko­nał sym­bo­licz­ny sztych szpa­dlem. Tłum lu­dzi cze­kał na tra­dy­cyj­ne prze­mó­wie­nie. Szef pro­to­ko­łu zwró­cił się do Co­olid­ge'a, by po­wie­dział kil­ka słów. Co­olid­ge chwi­lę po­my­ślał, spoj­rzał na świe­żo wy­ko­pa­ną zie­mię i po­wie­dział, po­ka­zu­jąc pal­cem:

- Jaka wspa­nia­ła gli­sta dla węd­ka­rzy. - Po czym od­szedł w kie­run­ku cze­ka­ją­cej na nie­go li­mu­zy­ny.

Żona Ca­lvi­na Co­olid­ge'a (a ra­czej mał­żon­ka, bo na tym szcze­blu ma się już mał­żon­ki, a nie żony) ka­za­ła na­ma­lo­wać jego por­tret i w dniu uro­dzin po­wie­si­ła mu go w ga­bi­ne­cie. Kie­dy do pre­zy­den­ta przy­szedł pe­wien kon­gres­men, ten bez sło­wa wska­zał por­tret. Gość przy­glą­dał się przez pięć mi­nut i rów­nież nic nie po­wie­dział. Wte­dy do­pie­ro ode­zwał się Co­olid­ge:

- Je­stem tego sa­me­go zda­nia.

Pani Co­olid­ge zwie­dza­ła wraz z mę­żem, ale w od­dziel­nej gru­pie, no­wo­cze­sną ku­rzą fer­mę. W pew­nym mo­men­cie za­py­ta­ła opro­wa­dza­ją­ce­go:

- Czy ko­gut ko­pu­lu­je wię­cej niż raz dzien­nie?

- Kil­ka­na­ście razy - od­po­wie­dział prze­wod­nik.

- Po­wiedz­cie to pre­zy­den­to­wi - po­pro­si­ła pani Co­olid­ge.

Chwi­lę póź­niej zja­wił się pre­zy­dent i po­wie­dzia­no mu, że ko­gut może ko­pu­lo­wać kil­ka­na­ście razy dzien­nie.

- Z tą samą kurą? - za­py­tał Co­olid­ge.

- Nie, za każ­dym ra­zem z inną - od­po­wie­dział opro­wa­dza­ją­cy.

- Po­wiedz­cie to pani Co­olid­ge - po­wie­dział pre­zy­dent.

Ca­lvin Co­olid­ge zdo­był fo­tel pre­zy­den­ta USA jako czło­nek Par­tii Re­pu­bli­kań­skiej.

- Jak to się dzie­je, pa­nie pre­zy­den­cie, że z ra­mie­nia re­pu­bli­ka­nów kan­dy­du­je do Se­na­tu pe­wien no­to­rycz­ny łotr i ka­na­lia? - za­py­tał go kie­dyś pe­wien do­cie­kli­wy dzien­ni­karz.

- Ta­kie są re­gu­ły de­mo­kra­cji - wy­ja­śnił Co­olid­ge. - Tego typu osob­ni­cy są u nas tak licz­ni, że mają peł­ne pra­wo do swych przed­sta­wi­cie­li w Se­na­cie.

Ca­lvin Co­olid­ge ucho­dził za ma­ło­mów­ne­go skne­rę. Pew­ne­go razu sie­dział na fo­te­lu u fry­zje­ra w Ver­mont. W tym cza­sie wszedł do za­kła­du miej­sco­wy le­karz.

- Cal, czy wzią­łeś pi­guł­ki, któ­re ci ostat­nio da­łem? - za­py­tał.

Po chwi­li mil­cze­nia Co­olid­ge od­rzekł:

- Nie.

Le­karz znów za­py­tał:

- Czy czu­jesz się le­piej?

Znów upły­nę­ło parę mi­nut, za­nim Co­olid­ge wy­du­sił z sie­bie:

- Tak.

Kie­dy fry­zjer skoń­czył go strzyc, wstał z fo­te­la i po­szedł w kie­run­ku drzwi.

- Mr Co­olid­ge - ode­zwał się de­li­kat­nie fry­zjer - czy nie za­po­mniał pan o czymś?

- Prze­pra­szam - zre­flek­to­wał się za­gad­nię­ty. - By­łem tak po­chło­nię­ty roz­mo­wą z dok­to­rem, że za­po­mnia­łem panu za­pła­cić.

Ko­le­ga Ca­lvi­na Co­olid­ge'a chciał kie­dyś po­ży­czyć od nie­go pięć do­la­rów, ale spo­tkał się z od­mo­wą. Wie­le lat póź­niej od­wie­dził on Co­olid­ge'a już jako pre­zy­den­ta i po­now­nie po­pro­sił o po­ży­cze­nie pię­ciu do­la­rów. I tym ra­zem Co­olid­ge od­mó­wił.

- Jed­no mogę po­wie­dzieć z całą pew­no­ścią - rzekł przy­ja­ciel. - Suk­ces ży­cio­wy wca­le cię nie zmie­nił.

Pew­ne­go razu dzien­ni­karz za­py­tał pre­zy­den­ta Co­olid­ge'a:

- Ja­kie ma pan hob­by?

- Utrzy­ma­nie swe­go sta­no­wi­ska - szcze­rze od­po­wie­dział Co­olid­ge.

Kon­gres­men Al­len T. Tre­adway z Mas­sa­chu­setts po­pro­sił Co­olid­ge'a o fo­to­gra­fię, mó­wiąc, że wpraw­dzie ma jego por­tret, ale jesz­cze z cza­sów, gdy był on za­stęp­cą gu­ber­na­to­ra tego sta­nu.

- Po co panu moja fo­to­gra­fia? - burk­nął pre­zy­dent. - Uży­wam prze­cież cią­gle tej sa­mej twa­rzy.

W Bia­łym Domu trwał re­mont. Ar­chi­tekt po­pro­sił Co­olid­ge'a na pod­da­sze i po­ka­zał, jak znisz­czo­ne zo­sta­ły stro­py bu­dyn­ku pod­czas po­ża­ru spo­wo­do­wa­ne­go przez An­gli­ków w cza­sie woj­ny w 1814 roku.

- Woli pan drew­nia­ne czy sta­lo­we stro­py, Pa­nie Pre­zy­den­cie? - za­py­tał.

- Pro­szę za­ło­żyć sta­lo­we - zde­cy­do­wał Co­olid­ge. - Ale ra­chu­nek za na­pra­wę pro­szę prze­słać kró­lo­wi an­giel­skie­mu.

Pew­ne­go dnia Ca­lvin Co­olid­ge po­dej­mo­wał śnia­da­niem w Bia­łym Domu am­ba­sa­do­ra Wiel­kiej Bry­ta­nii. Nie chcąc ura­zić go­spo­da­rza swym dwor­skim za­cho­wa­niem, am­ba­sa­dor pró­bo­wał na­śla­do­wać przy sto­le ma­nie­ry pre­zy­den­ta. Kie­dy pre­zy­dent po­sta­wił fi­li­żan­kę do góry dnem, am­ba­sa­dor zro­bił to samo. Kie­dy Co­olid­ge na­lał mle­ka na ta­le­rzyk, dy­plo­ma­ta bry­tyj­ski po­stą­pił po­dob­nie. Wów­czas Co­olid­ge, z mści­wym uśmie­chem na twa­rzy, wziął ta­le­rzyk z mle­kiem i po­sta­wił przed le­żą­cym u jego stóp ko­tem.

Wkra­cza­ją­ce­mu try­um­fal­nie do Lon­dy­nu Oli­ve­ro­wi Crom­wel­lo­wi zwró­co­no uwa­gę na tłu­my wi­ta­ją­cych go miesz­kań­ców.

- Za­pew­niam pa­nów - od­po­wie­dział nowo mia­no­wa­ny lord pro­tek­tor - że by­ło­by ich tyle samo, gdy­by pro­wa­dzo­no mnie na sza­fot.

W cza­sie po­dró­ży na Da­le­ki Wschód w 1957 roku, Jó­zef Cy­ran­kie­wicz spo­tkał się z Mao Tse-Tun­giem i za­py­tał go, czy mają u sie­bie w kra­ju opo­zy­cjo­ni­stów sprze­ci­wia­ją­cych się bu­do­wie so­cja­li­zmu w Chi­nach.

- Oczy­wi­ście - od­parł Mao.

- A ilu ich jest? - kon­ty­nu­ował Cy­ran­kie­wicz.

- Oko­ło 30 mi­lio­nów.

Po chwi­li prze­wod­ni­czą­cy Mao zwró­cił się do pol­skie­go pre­mie­ra:

- A czy w Pol­sce też ma­cie opo­zy­cjo­ni­stów?

- Oczy­wi­ście.

- A ilu ich jest?

- Mniej wię­cej tyle samo, co u was - od­parł Cy­ran­kie­wicz.

Po­li­cja dro­go­wa za­trzy­ma­ła kie­dyś przy­szłe­go sze­fa dy­plo­ma­cji Izra­ela, Mo­sze Da­ja­na, ja­dą­ce­go sa­mo­cho­dem z nad­mier­ną szyb­ko­ścią. Przy­stą­pio­no do wy­pi­sy­wa­nia dość wy­so­kie­go man­da­tu, na co zde­ner­wo­wa­ny po­li­tyk za­wo­łał:

- Pa­no­wie, mam tyl­ko jed­no oko. Na co więc po­wi­nie­nem pa­trzeć... na szyb­ko­ścio­mierz czy na dro­gę?

Kró­lo­wa An­glii, Wik­to­ria, bar­dzo li­czy­ła się z opi­nia­mi swe­go kon­ser­wa­tyw­ne­go pre­mie­ra, Ben­ja­mi­na Di­sra­ele­go. Pew­ne­go razu za­py­ta­ła go:

- Jaką pan wi­dzisz róż­ni­cę mię­dzy nie­szczę­śli­wym wy­pad­kiem a nie­szczę­ściem?

- To pro­ste, Naj­ja­śniej­sza Pani - od­parł Di­sra­eli. - Gdy­by mój naj­gor­szy wróg, lord Glad­sto­ne (przy­wód­ca bry­tyj­skich li­be­ra­łów) wpadł do mo­rza, był­by to nie­szczę­śli­wy wy­pa­dek. Gdy­by jed­nak ktoś wy­cią­gnął go z wody, to by­ło­by nie­szczę­ście.

Pod­czas swych za­gra­nicz­nych po­dró­ży ge­ne­rał de Gaul­le miał zwy­czaj co­dzien­ne­go wy­sy­ła­nia licz­nych de­pesz do mi­ni­strów w Pa­ry­żu i żą­da­nia na­tych­mia­sto­wej od­po­wie­dzi. Tak też było w cza­sie jego po­dró­ży po kra­jach Ame­ry­ki Ła­ciń­skiej. Pew­nej nocy obu­dzo­no mi­ni­stra spraw za­gra­nicz­nych, Co­uve de Mu­rvil­le'a i do­rę­czo­no mu te­le­gram od de Gaul­le'a wy­sła­ny z po­kła­du okrę­tu zmie­rza­ją­ce­go wła­śnie do Peru. Tekst był krót­ki:

"Czy znasz na­zwi­sko pe­ru­wiań­skie­go mi­ni­stra spraw za­gra­nicz­nych?".

Za­spa­ny i wście­kły de Mu­rvil­le ka­zał od­po­wie­dzieć jesz­cze kró­cej:

"Tak, pa­nie ge­ne­ra­le".

- Pa­nie ge­ne­ra­le - zwró­cił się pew­ne­go razu do de Gaul­le'a mer Stras­bur­ga.

- Trze­ba zro­bić wszyst­ko, by nie do­pu­ścić do zjed­no­cze­nia Nie­miec. Nie prze­sta­ję o tym my­śleć od trzy­dzie­stu lat.

- A ja, mój dro­gi, po­wta­rzam to samo od ty­sią­ca lat - od­po­wie­dział ge­ne­rał.

Lon­dyn, rok 1943. De Gaul­le ostro kry­ty­ku­je swe­go ko­mi­sa­rza spraw za­gra­nicz­nych De­je­ana. Ten w pew­nym mo­men­cie nie wy­trzy­mu­je i od­po­wia­da:

- Pa­nie ge­ne­ra­le, je­stem rów­nie do­brym pa­trio­tą i rów­nie do­brym Fran­cu­zem jak pan.

- Wiem, wiem, De­je­an, że jest pan rów­nie do­brym pa­trio­tą i rów­nie do­brym Fran­cu­zem jak ja - zgo­dził się ge­ne­rał. - Ale nie jest pan już wię­cej ko­mi­sa­rzem spraw za­gra­nicz­nych. Że­gnam!

Kie­dy w roku 1958 po­wo­ła­no do ży­cia gaul­li­stow­ską Unię No­wej Re­pu­bli­ki, jej przy­wód­cy za­sta­na­wia­li się, ja­kie miej­sce nowa par­tia zaj­mie na po­li­tycz­nej ma­pie: czy znaj­dzie się na pra­wi­cy, na le­wi­cy, czy też w cen­trum? Zwró­co­no się z tym py­ta­niem do de Gaul­le'a.

- Gdy par­tia nosi na­zwę gaul­li­stow­skiej - od­po­wie­dział ge­ne­rał - wszyst­ko to nie ma zna­cze­nia. De Gaul­le nie znaj­du­je się ani na pra­wo, ani na lewo, tyl­ko po­nad!

Po wy­bo­rach w 1951 roku Char­les de Gaul­le po­wie­dział:

- Nie moż­na zjed­no­czyć na­ro­du, któ­ry ma 365 ga­tun­ków sera.

Pani Do­uglas-Home z uwa­gą śle­dzi­ła od­twa­rza­ne wła­śnie przez te­le­wi­zję z ta­śmy wy­stą­pie­nie jej męża, kon­ser­wa­tyw­ne­go po­li­ty­ka bry­tyj­skie­go Ale­xan­dra Do­uglas-Home. W pew­nej chwi­li usły­sza­ła, że mał­żo­nek wró­cił do domu i po­szedł prze­brać się na gór­ne pię­tro wil­li. Po­dą­ży­ła za nim i za­py­ta­ła:

- Do­brze się czu­jesz? Pię­tro ni­żej wy­glą­da­łeś dość kiep­sko...

Za­py­ta­no kie­dyś Joh­na Fo­ste­ra Dul­le­sa, czy nig­dy się nie po­my­lił. Po­li­tyk za­my­ślił się przez chwi­lę, a na­stęp­nie od­po­wie­dział:

- Przed wie­lo­ma laty by­łem prze­ko­na­ny, że po­peł­ni­łem błąd. Oczy­wi­ście póź­niej wy­ja­śni­ło się, że przez cały czas mia­łem ra­cję, ale aż do tej pory my­śla­łem, że się po­my­li­łem...

Lord Wil­liam Dur­ham, czło­nek Izby Pa­rów, zna­ny był z bar­dzo brzyd­kie­go zwy­cza­ju trzy­ma­nia rąk w kie­sze­niach spodni.

Pew­ne­go razu wszedł do sali po­sie­dzeń Izby Pa­rów jak zwy­kle z pra­wą ręką w kie­sze­ni spodni, lewą na­to­miast wy­ma­chi­wał, ści­ska­jąc w niej tekst pro­jek­tu usta­wy o po­mo­cy dla ro­dzin po­le­głych ofi­ce­rów.

- Pa­no­wie! - oznaj­mił grom­ko. - Trzy­mam w ręku coś, co grun­tow­nie od­mie­ni tra­gicz­ną sy­tu­ację wdów po zmar­łych ofi­ce­rach!

- Prze­pra­szam, mi­lor­dzie - za­py­tał któ­ryś z obec­nych. - W któ­rej ręce pan to trzy­ma...?

Po skoń­czo­nej ka­den­cji, pre­zy­dent Fran­cji Ar­mand Fal­lie­res prze­ka­zy­wał urząd swo­je­mu na­stęp­cy, Raj­mun­do­wi Po­in­ca­ré. W pew­nej chwi­li po­wie­dział do nie­go:

- Miej­sce nie jest złe, ale bez wi­do­ków na awans.

Ubie­ga­ją­cy się o fo­tel pre­zy­den­ta Sta­nów Zjed­no­czo­nych Ge­rald Ford wy­gło­sił kie­dyś prze­mó­wie­nie w Oma­ha. Po wie­cu zna­lazł się na oko­licz­no­ścio­wym przy­ję­ciu. W pew­nej chwi­li na­chy­li­ła się do nie­go ja­kaś star­sza dama

- Sły­sza­łam, że wy­gło­sił pan prze­mó­wie­nie - za­ga­iła.

- To nie było nic nad­zwy­czaj­ne­go - skrom­nie od­po­wie­dział Ford.

- Tak też i lu­dzie mó­wią - sko­men­to­wa­ła spo­koj­nie sta­rusz­ka.

Bę­dąc już w za­awan­so­wa­nym wie­ku, dyk­ta­tor Hisz­pa­nii ge­ne­rał Fran­ci­sco Fran­co zmu­szo­ny był pod­dać się ope­ra­cji pro­sta­ty. Po uda­nym za­bie­gu po­dzię­ko­wał uro­lo­go­wi:

- Dok­to­rze, z pew­no­ścią prze­dłu­żył pan moje ży­cie o co naj­mniej dwa­dzie­ścia lat.

- Niech pan tyl­ko nie mówi tego pu­blicz­nie - prze­stra­szył się le­karz. - Mam już wy­star­cza­ją­co dużo wro­gów.

Kie­dy Ben­ja­min Fran­klin był jesz­cze chłop­cem, bar­dzo nu­dził się w cza­sie dłu­gich mo­dlitw, od­pra­wia­nych przez jego ojca przed i po każ­dym po­sił­ku. Pew­ne­go dnia, kie­dy mat­ka kwa­si­ła w kuch­ni ka­pu­stę na zimę, Ben­ja­min zwró­cił się do taty:

- Oj­cze, a gdy­byś tak od razu po­mo­dlił się nad całą becz­ką ka­pu­sty? Ileż cza­su za­osz­czę­dzi­li­by­śmy póź­niej...

Kie­dy Mo­han­das Gan­dhi wsia­dał do po­cią­gu, spadł mu z nogi san­dał. Po­nie­waż w tym sa­mym mo­men­cie po­ciąg ru­szył, po­li­tyk nie mógł wy­sko­czyć, aby za­brać zgu­bę. Nie na­my­śla­jąc się wie­le, wy­rzu­cił na pe­ron san­dał z dru­giej nogi.

- Co pan zro­bił naj­lep­sze­go? - za­py­ta­ła któ­raś z to­wa­rzy­szą­cych mu osób.

- Je­den san­dał ni­ko­mu nie przy­niósł­by po­żyt­ku - od­parł Gan­dhi. - Te­raz może ktoś sko­rzy­sta z pary.

Pro­fe­sor Bro­ni­sław Ge­re­mek prze­je­chał kie­dyś na wiej­skiej dro­dze ko­gu­ta. Od­szu­kał wła­ści­cie­la i pyta:

- Jak mogę panu zre­kom­pen­so­wać stra­tę?

- Niech pan przyj­dzie za­piać o czwar­tej rano.

Szef pro­pa­gan­dy III Rze­szy Jo­seph Go­eb­bels wca­le nie przy­po­mi­nał swym wy­glą­dem Aryj­czy­ka. Już po doj­ściu Hi­tle­ra do wła­dzy dr Go­eb­bels od­wie­dził Ge­ne­wę. Że­gna­jąc się z tak­sów­ka­rzem, dał mu suty na­pi­wek i po­wie­dział:

- To dla cie­bie, dro­gi przy­ja­cie­lu, abyś pa­mię­tał, że na­zi­ści to też przy­zwo­ici lu­dzie.

Kie­row­ca, cho­wa­jąc pie­nią­dze, raz jesz­cze spoj­rzał uważ­nie na klien­ta i od­rzekł:

- Nie mó­wię, że nie. Ale na pana miej­scu, przy pań­skich ry­sach twa­rzy, po­zo­stał­bym ra­czej na sta­łe w Ge­ne­wie.

Lord Ha­li­fax, am­ba­sa­dor Wiel­kiej Bry­ta­nii w Sta­nach Zjed­no­czo­nych w la­tach 19401946, wy­stą­pił kie­dyś na wie­cu w pew­nym ma­łym mia­stecz­ku na po­łu­dniu kra­ju.

- Cie­szę się, że swo­im wy­stą­pie­niem po­mógł nam pan po­znać le­piej An­gli­ków - po­wie­dział do nie­go po uro­czy­sto­ściach je­den z far­me­rów.

- Dla­cze­go pan tak są­dzi? - za­py­tał lord.

- Za­nim usły­sze­li­śmy pana - od­parł far­mer - ba­li­śmy się An­gli­ków. My­śle­li­śmy, że są od nas mą­drzej­si i za­wsze nas wy­ki­wa­ją. Ale te­raz, po pana wy­stą­pie­niu, już się nie bo­imy.

Do pru­skie­go mi­ni­stra Kar­la Au­gu­sta von Har­den­ber­ga zgło­sił się ma au­dien­cję ja­kiś pe­tent. Mimo iż se­kre­tarz za­wia­do­mił go, że mi­ni­ster jest bar­dzo za­ję­ty, pe­tent nie chciał ustą­pić.

- Jed­no tyl­ko sło­wo chcę po­wie­dzieć mi­ni­stro­wi! - upie­rał się.

Ży­cze­nie przed­sta­wio­no von Har­den­ber­go­wi.

- Do­brze, niech wej­dzie - od­parł - ale po­wiedz­cie mu, że tyl­ko jed­no sło­wo może wy­po­wie­dzieć, dal­szych nie będę słu­chał.

Wpusz­czo­no pe­ten­ta. Ten, od­daw­szy ni­ski ukłon mi­ni­stro­wi, wci­snął mu do rąk pa­pier i pió­ro, po czym wy­rzekł jed­no sło­wo:

- Pod­pi­sać!

Wiel­ki gwiaz­dor ame­ry­kań­ski Will Ro­gers zo­stał za­pro­szo­ny do Bia­łe­go Domu. Na jego wi­dok urzę­du­ją­cy tam pre­zy­dent War­ren G. Har­ding uśmiech­nął się i rzekł:

- Pierw­szy raz zda­rza mi się, że wi­dzę pana, nie pła­cąc za to.

Kie­dy nowo wy­bra­ny pre­zy­dent Sta­nów Zjed­no­czo­nych Ru­ther­ford B. Hay­es prze­pro­wa­dził się do Bia­łe­go Domu, ścią­gnął tak­że z Ohio słu­żą­cą, Mu­rzyn­kę na­zwi­skiem Win­nie Mon­roe. Kie­dy w roku 1881 Hay­es za­koń­czył swo­ją ka­den­cję, Win­nie od­mó­wi­ła po­wro­tu w ro­dzin­ne stro­ny, twier­dząc:

- Nie mogę po­wró­cić do Ohio po tym, kie­dy by­łam Pierw­szą Ko­lo­ro­wą Damą w kra­ju.

An­giel­ski mąż sta­nu, lau­re­at po­ko­jo­wej Na­gro­dy No­bla w 1934 roku Ar­thur Hen­der­son, za­py­ta­ny kie­dyś, kto może być dy­plo­ma­tą, od­po­wie­dział:

- Dy­plo­ma­tą może być każ­dy męż­czy­zna, któ­ry pa­mię­ta­jąc datę uro­dzin swej żony, nie pa­mię­ta jed­no­cze­śnie o jej wie­ku.

Po­li­tyk i am­ba­sa­dor ro­syj­ski w Pa­ry­żu Alek­san­der Izwol­ski nie od­zna­czał się - de­li­kat­nie mó­wiąc - uro­dą. Po­cho­dził z bied­nej ro­dzi­ny, a wy­bił się tyl­ko dzię­ki swo­im zdol­no­ściom. Jako po­cząt­ku­ją­cy dy­plo­ma­ta oświad­czył się pew­nej bar­dzo za­moż­nej da­mie, lecz spo­tka­ła go od­mo­wa. Gdy po la­tach za­py­ta­no ową damę, czy nie ża­łu­je ko­sza, ja­kie­go dała am­ba­sa­do­ro­wi, od­po­wie­dzia­ła:

- Nie ma dnia, że­bym tego nie ża­ło­wa­ła. I nie ma nocy, że­bym z tego nie była za­do­wo­lo­na.

W dniu po­grze­bu pre­zy­den­ta An­drew Jack­so­na w domu zmar­łe­go miej­sco­wy pa­stor roz­ma­wiał z przy­ja­cie­lem pre­zy­den­ta.

- Czy pań­skim zda­niem Pre­zy­dent pój­dzie do nie­ba? - za­py­tał pa­stor

- Je­że­li tyl­ko ze­chce pójść do nie­ba - od­po­wie­dział przy­ja­ciel - któż bę­dzie w sta­nie go po­wstrzy­mać...

Tuż przed cięż­kim za­wa­łem ser­ca, jaki przy­szły pre­zy­dent USA Lyn­don John­son prze­żył w roku 1955, za­mó­wił on u kraw­ca dwa gar­ni­tu­ry - brą­zo­wy i gra­na­to­wy. Po­nie­waż ży­cie klien­ta wi­sia­ło na wło­sku, kra­wiec za­dzwo­nił z py­ta­niem, czy ma re­ali­zo­wać za­mó­wie­nie.

- Po­wiedz­cie mu - rzekł John­son - aby szył te gar­ni­tu­ry. Gra­na­to­wy przy­da się nie­za­leż­nie od tego, co się sta­nie.

Lyn­don John­son lu­bił kom­ple­men­ty, uwiel­biał, gdy go chwa­lo­no i wpa­dał we wście­kłość z po­wo­du de­li­kat­nej na­wet kry­ty­ki. Za­wsze li­czył, ile razy prze­ry­wa­no jego prze­mó­wie­nia okla­ska­mi. Był wiel­kim ego­cen­try­kiem, prze­wraż­li­wio­nym na swo­im punk­cie. Kie­dy za­pa­dła de­cy­zja o bu­do­wie bi­blio­te­ki John­so­na, wy­dał po­le­ce­nie współ­pra­cow­ni­kom, aby za­cho­wa­li wszyst­kie pa­pie­ry, wszyst­kie no­tat­ki od­no­szą­ce się do jego oso­by.

Kie­dy Bill Moy­ers nadal wrzu­cał do ko­sza pa­pier­ki, któ­re uwa­żał za cał­ko­wi­cie bez­war­to­ścio­we śmie­ci, spo­tkał się z ostrą re­pry­men­dą se­kre­tar­ki John­so­na. Na­stęp­ne­go dnia Moy­ers przy­niósł i po­sta­wił na jej biur­ku pa­pie­ro­wy ta­lerz z ko­ść­mi kur­cza­ka.

- To dla bi­blio­te­ki - po­wie­dział. - Po­zo­sta­ło­ści po dzi­siej­szym lun­chu pre­zy­den­ta.

Cza­sa­mi, cho­ciaż bar­dzo rzad­ko, John­son de­cy­do­wał się na ja­kiś żart na swój te­mat, co mia­ło świad­czyć o jego skrom­no­ści i po­czu­ciu hu­mo­ru. Pew­ne­go razu zło­żył wi­zy­tę w uni­wer­sy­te­cie Joh­na Hop­kin­sa w Bal­ti­mo­re i przed za­bra­niem gło­su zo­stał przed­sta­wio­ny au­dy­to­rium przez rek­to­ra tej uczel­ni, dok­to­ra Mil­to­na Eisen­ho­we­ra, bra­ta by­łe­go pre­zy­den­ta. Rek­tor nie szczę­dził John­so­no­wi kom­ple­men­tów, więc ten po­dzię­ko­wał za nie, mó­wiąc:

- Nig­dy w ży­ciu nie przed­sta­wio­no mnie tak do­brze, jak przed chwi­lą, z wy­jąt­kiem może jed­ne­go razu, kie­dy po­je­cha­łem w gó­rzy­ste re­jo­ny Ten­nes­see i gu­ber­na­tor tego sta­nu, któ­ry miał mnie przed­sta­wić, nie zdą­żył przy­być na czas i mu­sia­łem sam sie­bie przed­sta­wić.

Pod­czas II woj­ny świa­to­wej John Fit­zge­rald Ken­ne­dy wstą­pił do ma­ry­nar­ki wo­jen­nej. W 1942 roku skie­ro­wa­no go na po­łu­dnio­wy Pa­cy­fik. Do­wo­dząc ku­trem tor­pe­do­wym PT-109, zo­stał 2 sierp­nia po­waż­nie ran­ny pod­czas ata­ku ja­poń­skie­go nisz czy­cie­la koło Wysp Sa­lo­mo­na. Mimo to po­tra­fił na cze­le oca­la­łych lu­dzi, ho­lu­jąc jed­ne­go z nich, cięż­ko po­ra­nio­ne­go, do­pły­nąć do od­da­lo­nej o osiem ki­lo­me­trów wy­spy, gdzie po kil­ku dniach od­na­le­zio­no ich. Za swo­ją od­wa­gę zo­stał od­zna­czo­ny Me­da­lem Ma­ry­nar­ki Wo­jen­nej i Kor­pu­su Pie­cho­ty Mor­skiej USA oraz Or­de­rem Pur­pu­ro­we­go Ser­ca.

Kie­dy po wie­lu la­tach zo­stał kan­dy­da­tem na pre­zy­den­ta USA z ra­mie­nia Par­tii De­mo­kra­tycz­nej, ja­kiś dzien­ni­karz za­py­tał go, w jaki spo­sób zo­stał bo­ha­te­rem.

- Przy­pad­kiem - od­po­wie­dział Ken­ne­dy. - Po pro­stu za­to­pi­li moją łódź.

Pew­ne spo­tka­nie z wy­bor­ca­mi kan­dy­dat na pre­zy­den­ta z ra­mie­nia Par­tii De­mo­kra­tycz­nej John Fit­zge­rald Ken­ne­dy za­czął na­stę­pu­ją­co:

- O mało nie spóź­ni­łem się na spo­tka­nie z wami. Ale je­cha­łem tak­sów­ką z do­świad­czo­nym kie­row­cą, któ­ry wie­dział, jak omi­jać kor­ki ulicz­ne. Za­mie­rza­łem dać mu za to duży na­pi­wek i po­wie­dzieć mu, żeby gło­so­wał na de­mo­kra­tów. Ale wów­czas przy­po­mnia­łem so­bie radę, któ­rą dał mi kie­dyś se­na­tor Gre­en. Nie da­łem mu więc żad­ne­go na­piw­ku i po­pro­si­łem go, by gło­so­wał na re­pu­bli­ka­nów.

W la­tach osiem­dzie­sią­tych XX stu­le­cia zna­le­zio­no w Po­ro­ni­nie pew­ne­go czło­wie­ka, któ­ry pa­mię­tał jesz­cze z lat dzie­cin­nych prze­by­wa­ją­ce­go tam Wło­dzi­mie­rza Le­ni­na.

- Jak pan za­pa­mię­tał wo­dza Re­wo­lu­cji? - za­py­tał go re­por­ter.

- W po­rząd­ku był czło­wiek.

- Może pan to bli­żej wy­ja­śnić?

- Ano, pa­mię­tam, jak kie­dyś to­wa­rzysz Le­nin go­lił się na po­dwór­ku brzy­twą. Ja i kil­ka in­nych dzie­cia­ków po­de­szli­śmy do nie­go i za­py­ta­li: "Co ro­bi­cie, to­wa­rzy­szu Le­nin?" A on od­po­wie­dział: "Spier­da­lać stąd, dzie­cia­ki!"

- I dla­te­go był w po­rząd­ku? - za­py­tał zdu­mio­ny re­por­ter.

- A mógł prze­cież za­rżnąć...

Na za­koń­cze­nie wy­wia­du w Ra­dio­wej "Trój­ce", pro­wa­dzą­cy pro­gram za­dał py­ta­nie An­drze­jo­wi Lep­pe­ro­wi:

- Praw­do­po­dob­nie już pan sły­szał, że mamy szan­sę na Euro 2012, co pan na to?

- My jako Sa­mo­obro­na je­ste­śmy prze­ciw­ni wpro­wa­dze­niu euro w Pol­sce - od­parł dum­nie pan prze­wod­ni­czą­cy.

W 1846 roku Abra­ham Lin­coln ubie­gał się o miej­sce w Kon­gre­sie z ra­mie­nia Par­tii Wi­gów. Jego ry­wa­lem był pa­stor me­to­dy­stów, Pe­ter Car­tw­ri­ght. W cza­sie kam­pa­nii wy­bor­czej Lin­coln wziął udział w pro­wa­dzo­nym przez Car­tw­ri­gh­ta na­bo­żeń­stwie. Po pło­mien­nym prze­mó­wie­niu, pa­stor za­py­tał re­to­rycz­nie ze­bra­nych:

- Kto chce iść do nie­ba, nie­chaj wsta­nie!

Wszy­scy wsta­li, z wy­jąt­kiem Lin­col­na.

- Kto nie chce iść do pie­kła, nie­chaj wsta­nie! - za­wo­łał znów po ja­kimś cza­sie pa­stor.

I po­now­nie wszy­scy wsta­li, z wy­jąt­kiem Lin­col­na.

Wi­dząc to, Car­tw­ri­ght za­py­tał:

- A pan, Pa­nie Lin­coln, do­kąd się wy­bie­ra?

- Do Kon­gre­su - usły­szał krót­ką od­po­wiedź.

Abra­ham Lin­coln - jak po­wszech­nie wia­do­mo - za­li­czał się do osób bar­dzo wy­so­kich. Gdy udał się w po­dróż mor­ską wzdłuż wschod­nich brze­gów Ame­ry­ki Pół­noc­nej, pierw­szą noc na stat­ku spę­dził bar­dzo nie­wy­god­nie, po­nie­waż koja, w któ­rej spał, była prze­zna­czo­na dla osób nor­mal­ne­go wzro­stu. Spo­strzegł to ka­pi­tan i po­le­cił cie­śli okrę­to­we­mu, by koję prze­dłu­żył, co ten uczy­nił, jed­nak­że bez wie­dzy pre­zy­den­ta.

Po dru­giej nocy spę­dzo­nej na stat­ku ka­pi­tan za­py­tał Lin­col­na, jak mu się spa­ło.

- Do­sko­na­le - od­po­wie­dział pre­zy­dent. - Ale sta­ło się coś nie­sa­mo­wi­te­go. Od wczo­raj skur­czy­łem się co naj­mniej o pięć cali!

Kie­dy Lin­coln otrzy­mał mel­du­nek z fron­tu, że kon­fe­de­ra­ci schwy­ta­li jed­ne­go ge­ne­ra­ła wojsk Unii i 12 mu­łów, od­rzekł:

- Co za nie­szczę­ście. Każ­dy z tych mu­łów kosz­tu­je 200 do­la­rów!

Abra­ham Lin­coln uwa­żał się za brzyd­kie­go i sam czę­sto żar­to­wał na ten te­mat. Kie­dyś, pod­czas ze­bra­nia, Ste­phen A. Do­uglas na­zwał go "czło­wie­kiem o dwóch twa­rzach".

- Zo­sta­wiam tę spra­wę do oce­ny sza­now­ne­go au­dy­to­rium - od­rzekł Lin­coln. - Chciał­bym tyl­ko za­zna­czyć, że gdy­bym na­praw­dę miał dru­gą twarz, to czyż są­dzi­cie pań­stwo, że no­sił­bym tę, któ­rą mam te­raz?

- Mam jed­ną wadę - po­wie­dział kie­dyś Abra­ham Lin­coln - Nie po­tra­fię po­wie­dzieć "nie". Na szczę­ście Bóg nie uczy­nił mnie ko­bie­tą. Gdy­by stwo­rzył mnie ko­bie­tą, mu­siał­by stwo­rzyć mnie tak brzyd­kim, ja­kim mnie wła­śnie stwo­rzył, aby nikt nie dy­bał na moją cno­tę.

Pew­ne­go razu przed­sta­wio­no Lin­col­no­wi jego zwo­len­ni­ka, z za­wo­du ma­la­rza, któ­ry na­ma­lo­wał jego pięk­ny por­tret. Obej­rzaw­szy uważ­nie płót­no, Li­coln po­wie­dział:

- Przy­pusz­czam, że ma­lo­wał pan ten pięk­ny por­tret na pod­sta­wie za­sad, któ­re gło­szę, nie zaś na pod­sta­wie mo­jej twa­rzy.

Prze­ma­wia­jąc do wy­daw­ców ga­zet w Blo­oming­ton w sta­nie Il­li­no­is, Lin­coln opo­wie­dział o tym, jak to ja­dąc przez las kon­no, spo­tkał tam pięk­ną ko­bie­tę, rów­nież na ko­niu. Za­trzy­mał się, chcąc dać jej pierw­szeń­stwo prze­jaz­du. Ona rów­nież za­trzy­ma­ła się i z prze­stra­chem spoj­rza­ła na jego twarz.

- Jest pan naj­brzyd­szym męż­czy­zną, ja­kie­go spo­tka­łam - rze­kła.

- Ma pani praw­do­po­dob­nie ra­cję - od­po­wie­dział Lin­coln - ale ja nie mogę nic na to po­ra­dzić.

- Oczy­wi­ście nie może pan nic na to po­ra­dzić - od­rze­kła dama - ale mógł­by pan przy­najm­niej zo­stać w domu.

Se­na­tor Char­les Sum­ner za­stał kie­dyś Lin­col­na czysz­czą­ce­go buty w Bia­łym Domu.

- Pa­nie Pre­zy­den­cie - za­py­tał zdzi­wio­ny - dla­cze­go czy­ści pan swo­je buty?

- A czy­je buty miał­bym czy­ścić? - od­po­wie­dział py­ta­niem Lin­coln.

Pew­ne­go razu od­wie­dzi­ła Abra­ha­ma Lin­col­na de­le­ga­cja, któ­ra po­pro­si­ła o mia­no­wa­nie jed­ne­go z jej człon­ków ko­mi­sa­rzem na Wy­spach San­dwich.

- Nasz czło­wiek jest nie tyl­ko kom­pe­tent­ny - tłu­ma­czo­no pre­zy­den­to­wi - ale jest rów­nież cho­ro­wi­ty i kli­mat wysp wyj­dzie mu na do­bre.

- Pa­no­wie - od­po­wie­dział Lin­coln - nie­zmier­nie mi przy­kro, ale jest ośmiu in­nych kan­dy­da­tów na to sta­no­wi­sko i każ­dy z nich jest bar­dziej cho­ry ani­że­li wasz kan­dy­dat.

Któ­re­goś wie­czo­ru Lin­coln wy­brał się do te­atru w Spring­field. Za­jął miej­sce na wi­dow­ni tuż przed pod­nie­sie­niem kur­ty­ny. Swój wy­so­ki je­dwab­ny cy­lin­der po­ło­żył na fo­te­lu obok. Przed­sta­wie­nie już się za­czę­ło, kie­dy na salę we­szła kor­pu­lent­na dama i usia­dła na tym wła­śnie fo­te­lu. Roz­legł się trzask i Lin­coln zo­ba­czył swój spra­so­wa­ny cy­lin­der.

- Ma­da­me - po­wie­dział spo­koj­nie. - Gdy­by za­py­ta­ła mnie pani wcze­śniej, uprze­dził­bym, że mój cy­lin­der nie pa­su­je na pa­nią.

Pre­zy­dent Lin­coln bar­dzo kry­tycz­nie oce­niał za­rzą­dze­nia swo­je­go współ­pra­cow­ni­ka na­zwi­skiem McC­lel­lan. Zde­ner­wo­wa­ny usta­wicz­ny­mi uwa­ga­mi Lin­col­na pod­wład­ny któ­re­goś dnia nie wy­trzy­mał i wy­buch­nął:

- Pan pre­zy­dent za­pew­ne uwa­ża mnie za kom­plet­ne­go idio­tę!

- W żad­nym wy­pad­ku - od­parł Lin­coln i szyb­ko do­dał: - Ale oczy­wi­ście, jak każ­dy czło­wiek, mogę się my­lić.

Je­den z prze­ciw­ni­ków Abra­ha­ma Lin­col­na w wy­bo­rach pre­zy­denc­kich, nie­ja­ki Do­uglas, chcąc Lin­col­na skom­pro­mi­to­wać, opo­wie­dział dzien­ni­ka­rzom, że przed laty był on wła­ści­cie­lem knaj­py.

- To praw­da - od­po­wie­dział Lin­coln. - Sprze­da­wa­łem whi­sky. Do­uglas był moim sta­łym klien­tem i wie­le razy sta­li­śmy po prze­ciw­nych stro­nach lady; ja na­le­wa­łem, on wy­pi­jał. Róż­ni­ca mię­dzy nami jest taka, że ja moje miej­sce za ladą opu­ści­łem już wie­le lat temu, pod­czas gdy on do dzi­siaj po­zo­stał na swo­im.

Kie­dy w roku 1865 Abra­ham Lin­coln zo­stał za­bi­ty w cza­sie przed­sta­wie­nia w te­atrze, nie­przy­ja­zne mu gło­sy pra­sy wca­le nie usta­ły. Jed­no z pism na­pi­sał na przy­kład, że je­że­li tak się sta­ło, to prze­cież nie bez zgo­dy nie­ba. Py­ta­no też zło­śli­wie wdo­wę:

- Ale po­mi­ja­jąc wszyst­ko inne, dro­ga pani Lin­coln, jak się pani po­do­ba­ła sztu­ka?

Po jed­nym z prze­mó­wień Da­vi­da Lloyd Geo­r­ge'a na wie­cu po­de­szła do nie­go ja­kaś ko­bie­ta i za­wo­ła­ła z nie­na­wi­ścią:

- Gdy­byś był moim mę­żem, po­da­ła­bym ci tru­ci­znę!

- Ma­da­me - od­po­wie­dział spo­koj­nie pre­mier - gdy­by pani była moją żoną, wy­pił­bym ją bez wa­ha­nia.

An­giel­ski mąż sta­nu, lord Lon­don­der­ry, cho­dził za­wsze wy­jąt­ko­wo nie­chluj­nie i nędz­nie ubra­ny. Je­den z przy­ja­ciół spo­tkał go kie­dyś na uli­cy Lon­dy­nu w dziu­ra­wym, wy­świech­ta­nym gar­ni­tu­rze. Zwró­cił mu na to uwa­gę, ale Lon­don­der­ry od­po­wie­dział bez­tro­sko:

- Ach, to nie ma zna­cze­nia. Prze­cież tu­taj mnie wszy­scy zna­ją i wie­dzą, kim je­stem.

Po ja­kimś cza­sie ten sam czło­wiek spo­tkał lor­da w Pa­ry­żu i zo­ba­czył, że ma on na so­bie to samo ubra­nie, co w sto­li­cy An­glii, bar­dziej tyl­ko jesz­cze znisz­czo­ne.

- Lor­dzie, jak pan może cho­dzić tak ubra­ny? - upo­mniał go.

- Ach, to nie ma zna­cze­nia - od­parł Lon­don­der­ry. - Prze­cież tu­taj nikt mnie nie zna!

Pre­mier Izra­ela Gol­da Meir zło­ży­ła kie­dyś ofi­cjal­ną wi­zy­tę w Wa­ty­ka­nie. W cza­sie ocze­ki­wa­nia na au­dien­cję u pa­pie­ża zwie­rzy­ła się, nie ukry­wa­jąc wzru­sze­nia, sze­fo­wi pro­to­ko­łu dy­plo­ma­tycz­ne­go:

- Wie Pan, to po pro­stu nie mie­ści mi się w gło­wie. Ja, cór­ka bied­ne­go ży­dow­skie­go cie­śli spod Ki­jo­wa, będę przy­ję­ta przez sa­me­go pa­pie­ża!

- Po­win­na pani wie­dzieć, Pani Pre­mier - wy­ja­śnił za­gad­nię­ty - że aku­rat w tym bu­dyn­ku bied­ny ży­dow­ski cie­śla ma po­zy­cję zu­peł­nie wy­jąt­ko­wą.

W cza­sie po­by­tu w Sta­nach Zjed­no­czo­nych se­na­tor Stu­art Sy­ming­ton z Mis­so­uri za­py­tał Gol­dę Meir, w czym tkwi pod­sta­wo­wa róż­ni­ca zdań mię­dzy Ży­da­mi i Ara­ba­mi.

- To nie­zwy­kle pro­ste - od­po­wie­dzia­ła pani pre­mier. - Oni chcą nas po­wy­strze­lać, a my nie mamy ocho­ty zgi­nąć!

Ksią­żę Kle­mens von Met­ter­nich na­le­żał do bar­dzo zdol­nych mę­żów sta­nu. Swo­je po­wo­dze­nie przed­sta­wił kie­dyś na­stę­pu­ją­co:

- Po­tom­ni mnie oce­nią. Ta oce­na to je­dy­na rzecz, któ­ra mnie in­te­re­su­je, ale wów­czas, dzię­ki Bogu, nie będę już mu­siał tego słu­chać.

Syn przy­ja­cie­la Met­ter­ni­cha za­py­tał go kie­dyś:

- Kto to jest dy­plo­ma­ta?

- Dy­plo­ma­ta - mój dro­gi - to czło­wiek, któ­re­go za­da­niem jest roz­wią­zy­wa­nie pro­ble­mów, a zwłasz­cza kon­flik­tów po­li­tycz­nych, któ­re nig­dy by nie za­ist­nia­ły, gdy­by nie było dy­plo­ma­tów.

Kle­mens von Met­ter­nich zwró­cił się kie­dyś do Alek­san­dra Du­ma­sa z proś­bą o au­to­graf. Pi­sarz, któ­ry był aku­rat w ta­ra­pa­tach fi­nan­so­wych, na­pi­sał:

"Otrzy­ma­łem od Ja­śnie Ksią­żę­cej Mo­ści Met­ter­ni­cha 25 bu­te­lek naj­lep­szych win z jego piw­nic. A. DU­MAS".

Prze­czy­taw­szy list ksią­żę ro­ze­śmiał się i ka­zał po­słać pi­sa­rzo­wi wino.

To­masz Mo­rus, an­giel­ski mąż sta­nu, pi­sarz po­li­tycz­ny, au­tor słyn­nej Uto­pii, zo­stał ska­za­ny na ścię­cie za od­mo­wę uzna­nia kró­la Hen­ry­ka VIII za gło­wę Ko­ścio­ła w An­glii. Do celi, w któ­rej prze­by­wał, przy­szedł kie­dyś fry­zjer i za­py­tał, czy go ostrzyc.

- Przy­ja­cie­lu - od­parł Mo­rus - mię­dzy kró­lem a mną po­zo­sta­je do roz­strzy­gnię­cia kwe­stia mo­jej gło­wy, nie chcę więc po­no­sić na nią żad­nych wy­dat­ków, do­pó­ki spra­wa się nie wy­ja­śni.

Pew­ne­go dnia pre­zy­dent Ri­chard Ni­xon we­zwał na­gle do Ga­bi­ne­tu Owal­ne­go jed­ne­go ze swych do­rad­ców, Joh­na De­ana.

- John - po­wie­dział - za chwi­lę przyj­dzie tu zgra­ja dłu­go­wło­sych re­dak­to­rów ga­zet stu­denc­kich z ca­łe­go kra­ju i bę­dzie­my oma­wiać spra­wy bu­dże­to­we.

Dean do­pie­ro za­czął pra­cę w Bia­łym Domu i nic nie wie­dział o spra­wach bu­dże­to­wych. Sie­dział więc nie­pew­nie, a Ni­xon roz­kła­dał na biur­ku róż­ne do­ku­men­ty. W tym mo­men­cie wpro­wa­dzo­no do ga­bi­ne­tu gru­pę re­dak­to­rów ga­zet stu­denc­kich.

- Cześć! - krzyk­nął mło­dzie­żo­wo Ni­xon. - Wła­śnie mój do­rad­ca John Dean i ja szcze­gó­ło­wo oma­wia­li­śmy spra­wy bu­dże­to­we kra­ju.

Na­stęp­nie wy­gło­sił im dłuż­szą mowę na te­mat tych skom­pli­ko­wa­nych spraw bu­dże­to­wych. Po za­koń­cze­niu spo­tka­nia Dean po­szedł do Boba Hal­der­ma­na, sze­fa per­so­ne­lu Bia­łe­go Domu i za­py­tał:

- Bob, dla­cze­go ja mu­sia­łem sie­dzieć w cza­sie tego spo­tka­nia? Prze­cież ani się nie od­zy­wa­łem, ani nie mam o tych spra­wach zie­lo­ne­go po­ję­cia.

- To praw­da - od­rzekł Hal­der­man. - Ale pre­zy­dent uwa­ża, że ty spo­śród nas wszyst­kich w Bia­łym Domu naj­bar­dziej przy­po­mi­nasz hip­pi­sa.

Kie­dy w stycz­niu 1919 roku pre­mie­rem rzą­du II Rze­czy­po­spo­li­tej zo­stał zna­ko­mi­ty pia­ni­sta, Igna­cy Jan Pa­de­rew­ski, pierw­szą wi­zy­tę za­gra­nicz­ną zło­żył w Pa­ry­żu. Przyj­mu­ją­cy Pa­de­rew­skie­go na spe­cjal­nej au­dien­cji pre­mier Fran­cji, Geo­r­ges Cle­men­ce­au, po­wi­tał Po­la­ka tymi oto sło­wa­mi:

- Je­stem za­szczy­co­ny, mo­gąc po­znać oso­bi­ście tak wy­bit­ne­go mi­strza for­te­pia­nu!

- Ależ nie, Sza­now­ny Pa­nie - spro­sto­wał za­sko­czo­ny Pa­de­rew­ski. - Dzi­siaj od­wie­dzam pana jako pre­mier.

- Mistrz for­te­pia­nu pre­ze­sem rady mi­ni­strów! O, mój Boże, cóż za upa­dek! - za­wo­łał wstrzą­śnię­ty Fran­cuz.

Do idą­ce­go uli­cą Bo­sto­nu Pa­de­rew­skie­go zwró­cił się czy­ści­but, pro­po­nu­jąc swo­je usłu­gi. Mistrz spoj­rzał na umo­ru­sa­ne­go chłop­ca i rzekł:

- Nie, dzię­ku­ję, ale je­śli umy­jesz so­bie twarz, to do­sta­niesz ode mnie do­la­ra.

Chło­piec pod­biegł do po­bli­skiej fon­tan­ny i za chwi­lę wró­cił z czy­stą twa­rzą. Pa­de­rew­ski wy­cią­gnął dłoń z do­la­rem.

- O, dzię­ku­ję, sir - od­parł czy­ści­but - ale niech pan za­trzy­ma do­la­ra i pój­dzie do fry­zje­ra, żeby so­bie ostrzyc wło­sy.

Igna­cy Jan Pa­de­rew­ski wstą­pił pew­ne­go razu do jed­nej z pa­ry­skich cu­kier­ni.

- Ma­estro, to ogrom­ny za­szczyt mieć pana za klien­ta - po­wi­tał go wła­ści­ciel. Pa­de­rew­ski wy­brał kil­ka ro­dza­jów cia­sta i chciał za­pła­cić. Sprze­daw­ca za­pro­te­sto­wał:

- To tak wiel­ki za­szczyt dla mnie, że nie za­żą­dam od pana za­pła­ty i jesz­cze mój syn za­nie­sie cia­sto pod wska­za­ny ad­res.

- Bar­dzo dzię­ku­ję - uśmiech­nął się wy­bit­ny pia­ni­sta - pro­szę więc przy­nieść to wy­bor­ne cia­sto do ho­te­lu Pa­ris.

- Na­tu­ral­nie, ma­estro. A jak pana na­zwi­sko?

Razu pew­ne­go Igna­cy Jan Pa­de­rew­ski wy­stę­po­wał w ja­kimś po­łu­dnio­wo­ame­ry­kań­skim mia­stecz­ku. Na­za­jutrz w miej­sco­wej pra­sie uka­za­ła się re­cen­zja z jego kon­cer­tu na­stę­pu­ją­cej tre­ści:

"W na­szym mie­ście kon­cer­to­wał wczo­raj zna­ny pia­ni­sta Pa­de­rew­ski. Trze­ba przy­znać, że grał bar­dzo pięk­nie, ale bez­czel­no­ścią z jego stro­ny było usta­le­nie ceny bi­le­tu wstę­pu na jed­ne­go peso. Nie­daw­no ba­wił u nas inny ar­ty­sta, któ­ry grał nie tyl­ko na for­te­pia­nie, ale rów­nież na klar­ne­cie, trąb­ce i obo­ju, a jed­nak cena bi­le­tu na jego wy­stę­py wy­no­si­ła tyl­ko dwa cen­ta­vo".

Pod­czas po­by­tu Igna­ce­go Jana Pa­de­rew­skie­go w Pa­ry­żu, fran­cu­ski mi­ni­ster Ray­mond Po­in­ca­ré za­py­tał go:

- We Fran­cji jest ta­kie po­rze­ka­dło: pi­ja­ny jak Po­lak. Czy to praw­da, mi­strzu?

- Niech pan nie wie­rzy po­rze­ka­dłom - od­po­wie­dział Pa­de­rew­ski. - Zwy­kle za­wie­ra­ją kłam­stwa. U nas na przy­kład mówi się: uprzej­my jak Fran­cuz.

Zna­ko­mi­ty fran­cu­ski ma­te­ma­tyk i po­li­tyk Paul Pa­in­le­vé zna­ny był z roz­tar­gnie­nia. Pod­czas prze­si­le­nia rzą­do­we­go, gdy po­wie­rzo­no mu mi­sję utwo­rze­nia ga­bi­ne­tu, za­pro­po­no­wał jed­ną z tek po­sło­wi Fran­cisz­ko­wi Al­ber­to­wi. Chcąc się z nim po­ro­zu­mieć, zwró­cił się do in­ne­go po­li­ty­ka, Edwar­da Her­rio­ta:

- Mój dro­gi, po­wiedz mi, jaki jest nu­mer te­le­fo­nu Al­ber­ta?

- Nie­ste­ty, za­po­mnia­łem - od­rzekł Her­riot.

- No to może znasz go cho­ciaż w przy­bli­że­niu? - spy­tał ma­te­ma­tyk.

Pod ko­niec lat pięć­dzie­sią­tych, w po­cząt­kach ist­nie­nia pol­skiej te­le­wi­zji, ów­cze­sny mi­ni­ster spraw za­gra­nicz­nych, Adam Ra­pac­ki, udzie­lił dzien­ni­ka­rzom wy­wia­du. Wszyst­ko zo­sta­ło na­gra­ne i mia­ło być od­two­rzo­ne kil­ka dni póź­niej jako au­dy­cja "na żywo".

Po obej­rze­niu na­stęp­ne­go dnia w stu­dio pro­gra­mu, pan mi­ni­ster za­żą­dał, by umoż­li­wio­no mu do­da­nie kil­ku wsta­wek o Związ­ku Ra­dziec­kim, po­nie­waż roz­mo­wa prze­chy­li­ła się jego zda­niem "zbyt na pra­wo". Ku swe­mu za­do­wo­le­niu usły­szał, że to bar­dzo pro­ste.

- Pan mi­ni­ster może mó­wić, my to na­gra­my i wmon­tu­je­my w od­po­wied­nie miej­sca.

Do­ko­na­no więc uzu­peł­nia­ją­ce­go na­gra­nia, prze­mon­to­wa­no ca­łość i za kil­ka dni pro­gram po­ja­wił się "na żywo" na an­te­nie. Jesz­cze w trak­cie emi­sji roz­dzwo­ni­ły się te­le­fo­ny od wi­dzów.

- Halo, te­le­wi­zja? Pro­szę nam wy­tłu­ma­czyć, dla­cze­go mi­ni­ster Ra­pac­ki, gdy mówi o Związ­ku Ra­dziec­kim, jest w czar­nym gar­ni­tu­rze, a gdy o Sta­nach Zjed­no­czo­nych i An­glii - w sza­rym?

W cza­sie wi­zy­ty w Sta­nach Zjed­no­czo­nych pre­zy­den­ta Fran­cji Fra­nço­is'a Mit­te­ran­da, Ro­nald Re­agan wy­dał na cześć do­stoj­ne­go go­ścia i jego mał­żon­ki ofi­cjal­ne przy­ję­cie. Kie­dy Re­agan i pani Mit­te­rand szli przez salę pro­wa­dze­ni przez sze­fa pro­to­ko­łu, żeby za­jąć swo­je miej­sca przy sto­le, żona fran­cu­skie­go pre­zy­den­ta za­trzy­ma­ła się na­gle i po­wie­dzia­ła do Re­aga­na coś we wła­snym ję­zy­ku, któ­re­go ten nie­ste­ty nie ro­zu­miał.

Szef pro­to­ko­łu ge­sta­mi pro­sił, aby go­ście szli za nim. W związ­ku z po­wyż­szym Re­agan rów­nież ro­bił ge­sty za­pra­sza­ją­ce pa­nią Mit­te­rand do pój­ścia na­przód, ale ona nie ru­sza­ła się z miej­sca i upar­cie coś po­wta­rza­ła po fran­cu­sku. W koń­cu pod­szedł tłu­macz i prze­tłu­ma­czył jej sło­wa:

- Pa­nie pre­zy­den­cie, pan stoi na mo­jej suk­ni.

- Co pan są­dzi o Win­sto­nie Chur­chil­lu? - za­py­ta­no kie­dyś Fran­kli­na De­la­no Ro­ose­vel­ta.

- To czło­wiek, któ­ry ma co­dzien­nie sto no­wych wspa­nia­łych po­my­słów - od­rzekł ame­ry­kań­ski pre­zy­dent. - Trzy, czte­ry spo­śród nich są na­wet zu­peł­nie do­bre.

W cza­sie dru­giej woj­ny świa­to­wej żona Fran­kli­na D. Ro­ose­vel­ta, Ele­anor Ro­ose­velt od­wie­dzi­ła wię­zie­nie w Bal­ti­mo­re. Aby zdą­żyć na czas, wy­je­cha­ła wcze­śnie z Bia­łe­go Domu, nie mó­wiąc mę­żo­wi, do­kąd się uda­je. W go­dzi­nach przed­po­łu­dnio­wych Ro­ose­velt, ma­jąc ja­kąś spra­wę do żony, za­dzwo­nił do jej se­kre­tar­ki i za­py­tał, gdzie ona jest.

- W wię­zie­niu, pa­nie pre­zy­den­cie - usły­szał.

- Wca­le się temu nie dzi­wię - od­po­wie­dział. - Ale kon­kret­nie za co?

Pre­zy­dent Sta­nów Zjed­no­czo­nych The­odo­re Ro­ose­velt nie wy­róż­niał się spe­cjal­ną skrom­no­ścią. Na­wet jego wła­sny syn po­wie­dział kie­dyś o nim:

- Mój oj­ciec musi być za­wsze ośrod­kiem po­wszech­ne­go za­in­te­re­so­wa­nia. Kie­dy jest na czy­imś ślu­bie, ża­łu­je, że nie jest na­rze­czo­nym, a bę­dąc na po­grze­bie, nie po­sia­da się ze zło­ści, że nie jest nie­bosz­czy­kiem...

Tuż przed za­koń­cze­niem pre­zy­den­tu­ry The­odo­re Ro­ose­velt do­wie­dział się, że w Wa­szyng­to­nie prze­by­wa je­den ze sław­nych my­śli­wych eu­ro­pej­skich, któ­ry wie­lo­krot­nie prze­by­wał w Afry­ce. Po­nie­waż pan pre­zy­dent tak­że za­mie­rzał udać się na po­lo­wa­nie na Czar­ny Kon­ty­nent, za­pro­sił sław­ne­go my­śli­we­go do Bia­łe­go Domu, by za­się­gnąć jego rad. Gdy stam­tąd wy­szedł, dzien­ni­ka­rze ob­le­gli sław­ne­go my­śli­we­go:

- Co pan po­wie­dział pre­zy­den­to­wi Ro­ose­vel­to­wi?

- Swo­je na­zwi­sko - od­po­wie­dział za­gad­nię­ty. - Po­tem to już on cały czas mó­wił.

Były już pre­zy­dent The­odo­re Ro­ose­velt zo­stał w 1910 roku wy­zna­czo­ny przez pre­zy­den­ta Wil­lia­ma Ta­fta do wzię­cia udzia­łu w po­grze­bie kró­la an­giel­skie­go Edwar­da VII. Po po­grze­bie ce­sarz nie­miec­ki wy­ra­ził ży­cze­nie spo­tka­nia z Ro­ose­vel­tem.

- Pro­szę przyjść do mnie ju­tro o go­dzi­nie czter­na­stej - po­wie­dział. - Będę miał dla pana czter­dzie­ści pięć mi­nut.

- Będę u Wa­szej Wy­so­ko­ści ju­tro o czter­na­stej - od­po­wie­dział Ro­ose­velt. - Nie­ste­ty, będę miał dla pana tyko dwa­dzie­ścia mi­nut.

Pod­czas uro­czy­ste­go ban­kie­tu, wy­da­ne­go z oka­zji ju­bi­le­uszu zna­ne­go po­li­ty­ka ga­li­cyj­skie­go, Fran­cisz­ka Smol­ki, pre­zes Koła Pol­skie­go w au­striac­kim par­la­men­cie Woj­ciech Dzie­du­szyc­ki wy­gło­sił na­stę­pu­ją­cą prze­mo­wę:

- Sta­ro­żyt­ni Gre­cy wie­rzy­li, że je­śli muza uca­łu­je nowo na­ro­dzo­ne dziec­ko w czo­ło, to wy­ro­śnie z nie­go mę­drzec. Je­że­li w usta - słyn­ny mów­ca, zaś w oczy - zna­mie­ni­ty ma­larz. Gdzież cie­bie, do­stoj­ny ju­bi­la­cie, mu­sia­ła po­ca­ło­wać muza, sko­ro od tylu lat za­sia­dasz na fo­te­lu prze­wod­ni­czą­ce­go naj­wyż­sze­go or­ga­nu pań­stwa?

Po śmier­ci syna So­lon po­padł w de­pre­sję. Wi­dząc go pła­czą­ce­go, je­den z przy­ja­ciół po­wie­dział:

- Prze­stań pła­kać, nic tym nie po­mo­żesz!

- Dla­te­go wła­śnie pła­czę, że nic nie po­mo­gę - od­parł lo­gicz­nie So­lon.

Do Ka­to­wic przy­je­chał chiń­ski mar­sza­łek Czu-Teh, a by wziąć udział w zor­ga­ni­zo­wa­nym w Hali Par­ko­wej wie­cu. Mar­sza­łek wy­gło­sił prze­mó­wie­nie, nie­ste­ty, gdzieś za­po­dział się tłu­macz. W tym mo­men­cie do mów­ni­cy pod­szedł tow. Jan Szy­dlak, wy­jął kart­kę i za­czął tłu­ma­czyć:

- W imie­niu na­ro­du chiń­skie­go, par­tii ko­mu­ni­stycz­nej i chiń­skie­go ludu po­zdra­wiam oby­wa­te­li tego pięk­ne­go wo­je­wódz­twa...

Mó­wił gład­ko, wy­wią­zu­jąc się z za­da­nia zna­ko­mi­cie. Po uro­czy­sto­ści pod­szedł do nie­go Ta­de­usz Kor­czyń­ski, ów­cze­sny re­dak­tor na­czel­ny ka­to­wic­kiej te­le­wi­zji i za­py­tał:

- Mia­łeś ten tekst wcze­śniej prze­tłu­ma­czo­ny?

- Nie - od­parł Szy­dlak, pre­zen­tu­jąc mu pu­stą kart­kę.

- Prze­cież nie znasz chiń­skie­go - zdu­miał się Kor­czyń­ski.

- Oczy­wi­ście, że nie - od­parł z god­no­ścią Szy­dlak. - Ale ja do­sko­na­le wiem, co chiń­ski mar­sza­łek po­wi­nien mó­wić na wie­cu w Ka­to­wi­cach.

Wil­liam Taft, pre­zy­dent Sta­nów Zjed­no­czo­nych, był nie­zwy­kle oty­ły, wa­żył bli­sko 150 ki­lo­gra­mów. Kie­dy peł­nił jesz­cze funk­cję mi­ni­stra woj­ny, w cza­sie jed­ne­go z wy­da­nych na jego cześć ban­kie­tów usły­szał na­stę­pu­ją­cy to­ast, wznie­sio­ny przez sę­dzie­go Bro­we­ra:

- Nasz mi­ni­ster woj­ny Taft jest czło­wie­kiem nie­zwy­kle grzecz­nym i ele­ganc­kim. Sam wi­dzia­łem, moi pań­stwo, jak dziś w tram­wa­ju ustą­pił miej­sca aż trzem pa­niom na­raz.

Gdy Wil­liam Taft spra­wo­wał urząd gu­ber­na­to­ra Fi­li­pin, w Wa­szyng­to­nie ro­ze­szły się plot­ki, że z jego zdro­wiem nie jest do­brze. Taft wy­słał wte­dy de­pe­szę do se­kre­ta­rza woj­ny Eli­hu Ro­ota, za­pew­nia­jąc go, że czu­je się wy­śmie­ni­cie, że wła­śnie od­był 40-ki­lo­me­tro­wą wy­pra­wę na ko­niu po gó­rach i do­sko­na­le ją zniósł. Root od­de­pe­szo­wał krót­ko:

- A jak zniósł to twój koń?

W cza­sie wie­cu wy­bor­cze­go w Ohio, kie­dy prze­ma­wiał Taft, ktoś z tłu­mu rzu­cił na po­dium głów­kę ka­pu­sty. Taft prze­rwał na chwi­lę prze­mó­wie­nie i po­wie­dział:

- Wi­dzę, że je­den z mo­ich opo­nen­tów stra­cił wła­śnie gło­wę.

Char­le­sa Mau­ri­ce'a de Tal­ley­ran­da, fran­cu­skie­go dy­plo­ma­tę i męża sta­nu, pod­czas ofi­cjal­ne­go obia­du usa­dzo­no na dość po­śled­nim miej­scu.

- Bar­dzo Pana prze­pra­szam - tłu­ma­czył się po przy­ję­ciu moc­no skon­fun­do­wa­ny go­spo­darz - że nie zo­stał Pan przy sto­le na­le­ży­cie uho­no­ro­wa­ny.

- Nic nie szko­dzi, mój Pa­nie - uspo­ko­ił go de Tal­ley­rand. - Miej­sce ho­no­ro­we jest za­wsze tam, gdzie ja sie­dzę.

De Tal­ley­rand spo­rzą­dził kie­dyś ra­port na te­mat ewen­tu­al­ne­go po­łą­cze­nia Fran­cji z Hisz­pa­nią. Po­ka­zał go swe­mu se­kre­ta­rzo­wi.

- Uwa­żam, że jest świet­nie na­pi­sa­ny - po­wie­dział ten po prze­czy­ta­niu - ale przy­znam szcze­rze, że nie mam po­ję­cia, czy optu­je on za, czy też prze­ciw po­łą­cze­niu.

- Dzię­ku­ję - ura­do­wał się au­tor. - O to mi wła­śnie cho­dzi­ło.

Sta­ra i brzyd­ka dama, do któ­rej de Tal­ley­rand miał on­giś sła­bość, po­wie­dzia­ła pew­ne­go razu w to­wa­rzy­stwie:

- Po­noć raz się pan cheł­pił, żeś uzy­skał moje wzglę­dy.

- Nie cheł­pi­łem się - za­prze­czył de Tal­ley­rand. - Oskar­ża­łem się!

Sław­ni lu­dzie są czę­sto za­ro­zu­mia­li i pra­gną, by wciąż ota­cza­no ich sym­pa­tią. Nie była wy­jąt­kiem pani de Sta­ël, sław­na fran­cu­ska pi­sar­ka, słyn­na ra­czej z lot­ne­go umy­słu niż pięk­no­ści. Któ­re­goś dnia spy­ta­ła Tal­ley­ran­da, któ­rą z nich wy­cią­gnął­by naj­pierw, gdy­by ona i pani Réca­mier jed­no­cze­śnie wpa­dły do wody.

- Dro­ga przy­ja­ciół­ko - brzmia­ła od­po­wiedź - je­stem głę­bo­ko prze­ko­na­ny o tym, że pani pły­wa jak ryba!

W roku 1948, w cza­sie kam­pa­nii wy­bor­czej, Har­ry Tru­man od­był spo­tka­nie na te­re­nie re­zer­wa­tu in­diań­skie­go. Za­pew­niał In­dian o tym, że je­śli będą gło­so­wać na nie­go, po­pra­wią się wa­run­ki ich ży­cia. Za każ­dym ra­zem, kie­dy Tru­man skła­dał ja­kąś obiet­ni­cę, tłum In­dian krzy­czał:

- Umpa! Umpa!

Za­chę­co­ny tymi okrzy­ka­mi Tru­man z tym więk­szą em­fa­zą zgła­szał ko­lej­ne obiet­ni­ce.

- Umpa! Umpa! - od­po­wia­da­li zgro­ma­dze­ni.

Po wie­cu Tru­man wra­cał do swo­je­go po­cią­gu. Dro­gę prze­cię­ło im duże sta­do by­dła. To­wa­rzy­szą­cy pre­zy­den­to­wi In­dia­nin ostrzegł:

- Pa­nie pre­zy­den­cie, niech pan uwa­ża, by nie wdep­nąć w umpa.

W cza­sie wi­zy­ty w Mek­sy­ku pre­zy­dent Tru­man zwie­dził wul­kan Pa­ri­cu­tin. Pre­zy­dent Mek­sy­ku za­py­tał go póź­niej o wra­że­nia.

- Nie­zły ma­cie wul­kan - od­parł Tru­man. - Ale jest on ni­czym w po­rów­na­niu z tym, na któ­rym ja sie­dzę w Wa­szyng­to­nie.

Kie­dy po­da­no do wia­do­mo­ści pu­blicz­nej, że pre­zy­dent Har­ry Tru­man po­sta­no­wił po­móc fi­nan­so­wo kra­jom, któ­re naj­bar­dziej ucier­pia­ły w ostat­niej woj­nie, je­den z urzęd­ni­ków ame­ry­kań­skie­go Mi­ni­ster­stwa Spraw We­wnętrz­nych wy­krzyk­nął:

- Do dia­bła! Nasz sta­ry jest spryt­ny, ale nie bar­dzo.

Opi­nia do­tar­ła do Bia­łe­go Domu. Pre­zy­dent we­zwał mi­ni­stra i skar­cił go su­ro­wo:

- Ład­ne hi­sto­rie dzie­ją się w pań­skim re­sor­cie! Do­wie­dzia­łem się, że je­den z pań­skich pod­wład­nych...

- ... po­wie­dział, że pan pre­zy­dent jest spryt­ny, ale nie bar­dzo - prze­rwał mi­ni­ster. - Wiem o tym. Ka­za­łem go zwol­nić.

- Słusz­nie - ucie­szył się Tru­man - za nie­lo­jal­ność.

- Nie, za zdra­dę ta­jem­ni­cy pań­stwo­wej.

Pre­zy­dent Lech Wa­łę­sa wi­zy­to­wał kie­dyś gmi­nę Ko­rzen­na. Prze­wod­ni­czą­cy tam­tej­szej Rady Gmin­nej wrę­czył panu pre­zy­den­to­wi akt nada­nia ho­no­ro­we­go oby­wa­tel­stwa gmi­ny. Wa­łę­sa otwo­rzył do­ku­ment, zo­ba­czył pod­pis: Ju­lian Pa­cio­rek i po­wie­dział:

- Po­wie­szę to so­bie nad łóż­kiem. Nig­dy nie za­po­mnę się po­mo­dlić.

Za cza­sów pre­zy­den­tu­ry Le­cha Wa­łę­sy, pod­czas uro­czy­stej no­mi­na­cji ge­ne­ra­łów w Bel­we­de­rze zga­sło w pew­nym mo­men­cie świa­tło. Ktoś gło­śno za­py­tał:

- Czy jest na sali elek­tryk?

Kie­dy póź­niej­szy pre­zy­dent Sta­nów Zjed­no­czo­nych Wo­odrow Wil­son był gu­ber­na­to­rem New Jer­sey, otrzy­mał te­le­fon z Wa­szyng­to­nu z in­for­ma­cją, że na­gle zmarł je­den z se­na­to­rów, jego bli­ski przy­ja­ciel. Wil­son za­smu­cił się i na­tych­miast od­wo­łał za­pla­no­wa­ne na ten dzień róż­ne im­pre­zy. Chwi­lę po­tem za­dzwo­nił je­den z po­li­ty­ków z New Jer­sey, oświad­cza­jąc, że chciał­by za­jąć miej­sce zmar­łe­go se­na­to­ra. Zszo­ko­wa­ny tak po­spiesz­nym dzia­ła­niem Wil­son od­po­wie­dział: