PROLOG - Biała Dama z Whitechapel
Londyn. Whitechapel. Jesień 1887.
Powietrze smakowało węglem, wilgocią i strachem. Kot, a raczej ten, który kiedyś był Kotem, stał w cieniu zaułka, gdzie smród gnijących odpadków mieszał się z zapachem taniego ginu i świeżej krwi. Deszcz, drobny i uparty, zamieniał bruk w lustro, w którym odbijały się blade latarnie gazowe i cienie przechodniów - każdy z nich niósł w sobie własną historię, własny ciężar, własne, małe piekło.
SYNCHRONIZACJA: 98%. STABILNA.
LOKALIZACJA: WHITECHAPEL, LONDYN.
DATA: PAŹDZIERNIK 1887.
CEL OPERACYJNY: OBSERWACJA.
Nie miał tu być. Nie w tym czasie. Nie w tym miejscu, gdzie historia pisała się krwią na brudnych ulicach. Ale Luna, zawsze Luna, miała swoje sposoby. Jej sygnatura, ledwie wyczuwalna, pulsowała w eterze, jak daleki, umierający dzwon. Obiecał jej, że ją znajdzie. Obiecał, że ją uratuje. I obietnice, w jego świecie, były jedyną walutą, która miała jakąkolwiek wartość.
Cień oderwał się od ściany. Był wysoki, smukły, z sylwetką, która zdawała się przeczyć prawom fizyki, rozmywając się na krawędziach percepcji. Twarz, jeśli w ogóle można było to nazwać twarzą, była maską z kości i cienia, z oczami, które były dwoma otworami w nicości. W dłoni trzymał kartę. Damę Pik.
- Czekałem - powiedział cień, a jego głos był echem z przyszłości, szeptem zza zasłony czasu. - Czekałem na ciebie, Valefor.
Kot nie drgnął. Valefor. Stare imię. Imię demona, księcia manipulacji, tego, który potrafił zmieniać formę i kłamać bez mrugnięcia okiem. Imię, które nosił, zanim stał się Kotem. Zanim Luna go znalazła. Zanim Agencja go złamała i złożyła na nowo.
- Nie jestem Valeforem - powiedział Kot, a jego głos był chłodny, pozbawiony emocji. - Jestem Kotem.
Cień zaśmiał się. Dźwięk był suchy, jak szelest starych papierów. - Jesteś tym, kim musisz być. Ale zawsze byłeś Valeforem. Zawsze byłeś tym, który manipuluje. Tym, który widzi nici, które łączą wszystko. I tym, który jest gotów spalić świat, by odzyskać to, co stracił.
Kot spojrzał na Damę Pik. Karta była stara, zniszczona, z plamami, które mogły być krwią. - Co to ma znaczyć?
- To ma znaczyć, że ona cię obserwuje - powiedział cień. - Ona wie. Ona czeka. I ona jest kluczem. Kluczem do Luny. Kluczem do przeszłości. Kluczem do przyszłości.
SYNCHRONIZACJA: 99%. STABILNA.
ANOMALIA: WYKRYTA.
TYP: PROJEKCJA TEMPORALNA - WARIANT AGENTA.
KLASYFIKACJA: ANNA SCHADOW - AKTYWNA.
Kot poczuł zimny dreszcz. Anna. Cybernetyczny byt. Projekcja. Cień. Ale też coś więcej. Coś, co potrafiło manipulować czasem, pamięcią, rzeczywistością. Coś, co potrafiło tworzyć echa. I coś, co potrafiło mówić jego własnym głosem.
- Czego chcesz? - zapytał Kot.
- Chcę, żebyś zrozumiał - powiedział cień. - Chcę, żebyś zobaczył. Chcę, żebyś poczuł. Poczuj ból. Poczuj stratę. Poczuj to, co ona czuła. I wtedy zrozumiesz, dlaczego musisz to zrobić.
Cień wyciągnął dłoń. W jego wnętrzu pulsowało coś ciemnego, coś, co przypominało miniaturową czarną dziurę. Węzeł. Imielin. Warszawa. 1999. Wszystko to, co miało nadejść. Wszystko to, co miało ich złamać.
- Oni nie są gotowi - powiedział Kot.
- Nigdy nie są - zaśmiał się cień. - Ale ty jesteś. Zawsze byłeś. Jesteś Valeforem. Jesteś Kotem. Jesteś tym, który musi to zrobić. Dla Luny. Dla lepszego jutra.
Cień zniknął, rozpływając się w deszczu i mroku. Została tylko karta. Dama Pik. I szept, który wciąż brzmiał w uszach Kota.
CZEKAŁAM, VALEFOR. CZY TWOJA KREW TEŻ SMAKUJE CZASEM?
Kot podniósł kartę. Jej powierzchnia była zimna, gładka, z wyczuwalnymi pod palcami wytłoczeniami. Dama Pik. Anna. Luna. Wszystko to splatało się w jeden, mroczny węzeł. Wiedział, co musi zrobić. Wiedział, że to będzie bolało. Ale wiedział też, że nie ma innego wyjścia. Dla Luny. I dla lepszego jutra, które tylko on mógł stworzyć.
AKT I - Powroty
Imielin otwiera pętlę. Każde z nich wraca nie tam, gdzie powinno - lecz tam, gdzie czas uznał ich za potrzebnych.
ROZDZIAŁ 2 - Sekretny chwyt
Warszawa. Las Kabacki. Maj 1999.
SYNCHRONIZACJA: 41%. MAPA PODSTAWOWA: ZAŁADOWANA. DANE KONTAKTOWE: BRAK.
Piotr szedł przez Las Kabacki, a każdy krok zdawał się być echem kroków, które stawiał tu już kiedyś. Powietrze było ciężkie, wilgotne, pachniało ziemią i żywicą. Las nie kłamał co do swojej natury - był brutalny, szczery, pełen gnijących resztek i nowego życia. Tak jak on sam.
Jeziorko zalewowe leżało po lewej stronie, nieruchome i ciemne. Ta ciemność, która bierze się nie z głębokości, ale z matowej, niemal olejnej powierzchni, która nic nie oddaje i wszystko zatrzymuje. Piotr pamiętał to miejsce. Pamiętał ciało agenta UOP, które odepchnął od brzegu. "Niech czas robi swoje" - powiedział wtedy. Teraz czas robił swoje, ale w sposób, który go przerażał.
Usłyszał ich, zanim zobaczył. Szczęk metalu - rytmiczny, z przerwami, nie chaotyczny. Ktoś ćwiczył. Poważnie.
HUD zeskanował automatycznie.
SYNCHRONIZACJA: 63%. IDENTYFIKACJA GRUPOWA: BRACTWO RYCERSKIE. NAZWA WŁASNA: RYCERZE KARMAZYNOWEGO ŚWITU. WYSZKOLENIE: PODSTAWOWE, NIEOPERACYJNE. STATUS: BRAK ZAGROŻENIA.
Rycerze Karmazynowego Świtu. Piotr patrzył na tę nazwę w HUD-dzie z wyrazem twarzy, który na szczęście nikt nie widział. Potem patrzył na samą grupę. W centrum stał gigant. Ponad dwa metry, szerokość ramion niemal groteskowa, szyja jak słup. Twarz okrągła, gładka, prawie chłopięca, z oczami patrzącymi na świat z rodzajem spokojnej łagodności zupełnie nieprzystającej do gabarytów. W rękach trzymał miecz dwuręczny - szeroką czarną klingą, skórzaną rękojeścią owiniętą ciasno, całość pod metr osiemdziesiąt długości.
Obok stał ciemny blondyn z krótką brodą, przystrzyżoną schludnie - barczysty, przysadzisty. Na nim przeszyty kubrak, hełm z nakarcznikiem, napierśnik laminowany. Miecz przy boku ze szeroką klingą, wąskim żłobem wzdłuż głowni, czarna rękojeść. Longsword, jakieś sto trzydzieści centymetrów. Przy mieczu giganta wyglądał jak codzienne narzędzie pracy - bo nim był.
Blondyn poprawiał gigantowi uchwyt rękojeści. - Nie wkładaj kciuka za głownię przed uderzeniem - powiedział spokojnie, bez wyrzutu. - Po uderzeniu możesz, ale przed - nie. Jeszcze raz.
Piotr obserwował. I wtedy to zobaczył. Chwyt. Ten sam. Ten, który opracował sam, przez lata, przez tysiące powtórzeń, przez błędy i korekty, przez noce, kiedy ćwiczył przed lustrem, bo nie miał z kim ćwiczyć. Chwyt, który był jego - tylko jego, nigdy nikomu niepokazany, w żadnej linii czasu, którą pamiętał jako swoją.
Sławek Pawelski. Tak, to było jego imię. Piotr znał je z logów Agencji. Znał je z przyszłości. Ale nigdy nie widział go w akcji. Nigdy nie widział, jak ten człowiek, z pozoru zwyczajny, posługuje się jego własnym, sekretnym chwytem.
HUD milczał. Nie dlatego, że nie widział anomalii. Dlatego, że nie miał kategorii dla czegoś, co nie było paradoksem temporalnym ani ingerencją w linię czasu. To było coś innego. To było echo. Echo jego własnego istnienia, odbite w innym człowieku.
SYNCHRONIZACJA: 54%. ANOMALIA GESTYCZNA: WYKRYTA. KLASYFIKACJA: BRAK DOPASOWANIA W BAZIE. ŹRÓDŁO: NIEZNANE.
Piotr podszedł. - Można popatrzeć?
- Można - odpowiedział blondyn. Spojrzał na Piotra spokojną oceną techniczną: ręce, twarz, strój, ręce jeszcze raz. Piotr wiedział, że został zeskanowany. Wiedział, że Sławek widzi w nim coś więcej niż przypadkowego przechodnia.
Stał z boku i patrzył. Widział, co bractwo robi dobrze i co robi za słabo. Widział napięcie nie w tych co trzeba miejscach, błędy w ustawieniu stóp, nawyk w lewej ręce zbrojnego po prawej, który za rok zacznie go kosztować w zwarciu. Wszystko to było czytelne jak tekst. Ale to nie to go interesowało. Interesował go Sławek. I ten chwyt.
Blondyn skończył korektę, obrócił się i spojrzał na Piotra z konkretnym oczekiwaniem. - Przepraszam - powiedział Piotr z lekkim uśmiechem, który miał w sobie dokładnie tyle rozbrojenia ile potrzeba. - Byłem kiedyś na urodzinach u znajomego, mieli takie bractwo, zrobili pokaz. Bawiłem się chwilę mieczem, wszyscy się śmiali. - Krótka pauza. - Ale to, co tutaj widzę, to zupełnie co innego.
Sławek kiwnął głową. - To jest praca. Nie zabawa.
- Wiem - powiedział Piotr. - I widzę, że ktoś nauczył cię dobrze. Bardzo dobrze.
Sławek zmrużył oczy. - Sam się nauczyłem. Przez lata. Przez tysiące powtórzeń.
Piotr poczuł zimny dreszcz. Kłamstwo. Albo prawda, która była gorsza od kłamstwa. Czy Anna manipulowała Sławkiem? Czy to ona zaszczepiła w nim ten chwyt, by zagrać na jego nerwach? Czy to ona chciała, by Piotr zobaczył w Sławku samego siebie, by zadać mu pytanie: czy twoje decyzje są naprawdę twoje?
SYNCHRONIZACJA: 50%. INGERENCJA ANNA: NIEOKREŚLONA. PYTANIE OTWARTE: CZY DECYZJE AGENTA SĄ JEGO WŁASNE? KLASYFIKACJA: BRAK ODPOWIEDZI.
Piotr odwrócił się i ruszył w stronę Imielina. Musiał porozmawiać z Kotem. Musiał zrozumieć. I musiał go powstrzymać, zanim zniszczy wszystko, co im zostało.
ROZDZIAŁ 1 - Gorzki smak powrotu
Warszawa. Imielin. Maj 1999.
Skok smakował jak krew i miedź. Piotr poczuł, jak rzeczywistość uderza go w klatkę piersiową z siłą rozpędzonego pociągu, wypychając powietrze z płuc. Upadł na kolana na popękane kafelki przejścia podziemnego pod stacją metra Imielin. Świetlówki nad jego głową brzęczały w agonii, rzucając trupioblade światło na ściany, które zdawały się pocić wilgocią.
HUD zamigotał czerwienią, raniąc siatkówkę.
SYNCHRONIZACJA: 34%. BŁĄD KRYTYCZNY.
LOKALIZACJA: IMIELIN, WARSZAWA.
DATA: MAJ 1999.
STATUS RDZENIA: PRZEGRZANIE.
Piotr zwymiotował żółcią. Czuł, jak wszczepy pod skórą pulsują tępym bólem, próbując zintegrować się z prymitywną, gęstą atmosferą ubiegłego stulecia. To nie był czysty transfer. To był gwałt na osi czasu. Każda komórka jego ciała krzyczała, że jest w złym miejscu, w złym czasie. Czuł zapach ozonu, który gryzł w gardło, mieszając się z odorem gnijących liści i taniego tytoniu. To był zapach starego świata, który nie wiedział jeszcze, że jest skazany na zagładę.
Wstał powoli, opierając się o ścianę. Beton był zimny i szorstki, realny do bólu. Zapach był inny niż w 2088 - nie było sterylnego ozonu i syntetycznych aromatów. Był kurz, zapach taniego tytoniu, mokrego betonu i czegoś, co przypominało gnijące liście.
Wyszedł na powierzchnię. Majowe słońce było zbyt jasne, zbyt szczere. Ursynów 1999 roku wyglądał jak pole bitwy architektury z chaosem. Bloki z wielkiej płyty stały jak betonowe monolity, a między nimi rozlewało się morze reklam, budek z kebabami i szarych sylwetek ludzi, którzy spieszyli się do nikąd.
Zobaczył okno na parterze. To samo, które w jego wspomnieniach było domem. Teraz było tylko otworem w betonie, zasłoniętym brudną firanką. Za szybą mignął cień - postać, która mogła być nim, a mogła być tylko duchem wywołanym przez błąd w HUD-zie.
Poczuł, jak metalowy chłód Glocka pod ramoneską daje mu jedyne poczucie bezpieczeństwa. W tym czasie był nikim. Duchem w maszynie, która właśnie się psuła.
- Anna - szepnął, a jego głos brzmiał obco w gęstym powietrzu. - Wiem, że tu jesteś.
HUD wyświetlił pojedynczą linię tekstu, która nie pochodziła z systemu Agencji.
CZEKAŁAM, PIOTRZE. CZY TWOJA KREW TEŻ SMAKUJE CZASEM?
Piotr zacisnął dłoń na rękojeści pistoletu. Zrozumiał jedno: Kot ich nie wysłał na misję. Kot ich wyrzucił na śmietnik historii. A Anna była tą, która miała ich tam pogrzebać.