5
W dowództwie 15. Armii, niedaleko granicy belgijskiej, 125 mil od La
Roche-Guyon, tylko jeden człowiek z zadowoleniem witał ranek 4 czerwca.
Podpułkownik Hellmuth Meyer siedział w swym pokoju zmęczony i otępiały.
Od 1 czerwca nie przespał dobrze ani jednej nocy. A ta noc, która
właśnie minęła, była jeszcze gorsza. Nigdy jej nie zapomni.
Funkcja Meyera nie dawała mu zadowolenia, denerwowała go. Był oficerem
wywiadu 15. Armii, ale kierował również zespołem kontrwywiadowczym na
przewidywanym froncie inwazyjnym. Trzonem jego aparatu była
trzydziestoosobowa obsada nasłuchu radiowego, pracująca na zmiany przez
całą dobę w betonowym bunkrze wypełnionym po brzegi doskonałym,
najczulszym sprzętem radiowym. Zadanie zespołu polegało wyłącznie na
słuchaniu. Ale każdy z jego członków był specjalistą w swoim fachu,
mówił biegle trzema językami i nie było chyba ani jednego znaku Morse'a nadanego w eter przez aliantów, którego któryś z nich by nie dosłyszał.
Ludzie Meyera znali swoją robotę. Byli tak doświadczeni i pracowali na
tak czułym sprzęcie, że mogli słuchać nawet rozmów prowadzonych na
nadajnikach radiowych w jeepach w Anglii, z odległości ponad stu mil.
Było to bardzo pomocne w pracy Meyera. Amerykańscy i brytyjscy żandarmi,
kierując transportami wojskowymi przez radio, ogromnie ułatwiali mu
sporządzanie wykazu jednostek stacjonujących w Anglii. Ale od pewnego
czasu jego radiotelegrafiści nie mogli złapać żadnej takiej rozmowy. To
również wiele mówiło Meyerowi. Oznaczało, że nakazano całkowitą ciszę
radiową. Był to sygnał - nie pierwszy, który dostrzegł - że inwazja jest
bardzo bliska.
Tego rodzaju informacje - oraz dostępne mu meldunki wywiadowcze -
pomogły Meyerowi wyrobić sobie pojęcie o planie aliantów. A na swojej
pracy znał się dobrze. Kilka razy dziennie dokładnie studiował stosy
wiadomości z nasłuchu, szukając czegoś niecodziennego, a nawet
nieprawdopodobnego.
Tej nocy jego ludzie złapali właśnie to coś nieprawdopodobnego. Tuż po
zmroku przechwycili błyskawiczną depeszę prasową. Brzmiała ona: "PILNE.
PRESS ASSOCIATED. NYK. FLASH1. SZTAB EISENHOWERA INFORMUJE O LĄDOWANIU ALIANTÓW WE FRANCJI".
Meyer osłupiał. W pierwszym odruchu chciał zaalarmować dowództwo 15.
Armii. Ale powstrzymał się i opanował. Wiedział, że ta wiadomość nie
może być prawdziwa.
Były po temu dwa powody. Po pierwsze - nie sygnalizowano żadnej
aktywności nieprzyjaciela: gdyby gdziekolwiek na wybrzeżu nastąpił atak,
dowiedziałby się o tym natychmiast. Po drugie - w styczniu admirał
Wilhelm Canaris, ówczesny szef niemieckiego wywiadu, przekazał Meyerowi
treść dziwacznego dwuczęściowego sygnału, który - jak mówił - nadadzą
alianci, by przed inwazją postawić w stan gotowości bojowej ruch oporu.
Canaris uprzedzał, że w miesiącach poprzedzających atak alianci będą
przekazywać przez radio ruchowi oporu setki wiadomości. Ale tylko kilka
z nich będzie rzeczywiście dotyczyć dnia D. Reszta będzie elementem
planu dezinformacji, obliczonego na wywołanie zamieszania. Canaris
wyraził się jasno: Meyer ma prowadzić nasłuch wszystkich wiadomości,
żeby nie przeoczyć najważniejszej.
Początkowo Meyer odniósł się do tego sceptycznie. Uważał, że poleganie
tylko na jednej wiadomości jest po prostu szaleństwem. Wiedział poza tym
z dawnych doświadczeń, że dziewięćdziesiąt procent źródeł wywiadowczych
Berlina nie budzi zaufania. Na potwierdzenie tej opinii miał cały plik
fałszywych meldunków. Odnosiło się wrażenie, że alianci podsuwają
każdemu niemieckiemu agentowi od Ankary po Sztokholm informacje o "dokładnym" miejscu i dacie inwazji. Tylko że w każdej z nich miejsce i data były inne.
Ale tym razem Meyer czuł, że Berlin ma rację. Wieczorem 1 czerwca, po
miesiącach nasłuchu, ludzie Meyera przechwycili pierwszą część
wiadomości aliantów, tak jak zapowiadał Canaris. Nie różniła się ona od
setek innych, które ludzie Meyera odbierali w poprzednich miesiącach.
Codziennie po stałych wiadomościach dziennika BBC odczytywano w języku
holenderskim, duńskim i norweskim zakodowane instrukcje dla podziemia.
Większość z nich nic Meyerowi nie mówiła i irytowało go, że nie może
rozszyfrować ukrytego znaczenia takich zdań, jak na przykład: "wojny
trojańskiej nie będzie", "melasa tryśnie jutro koniakiem", "John ma
długie wąsy" czy "Sabina dopiero co miała świnkę i żółtaczkę". Ale
wiadomość, którą nadano 1 czerwca po dzienniku BBC o dziewiątej
wieczorem, Meyer zrozumiał doskonale.
"A teraz uprzejmie prosimy posłuchać kilku prywatnych wiadomości" -
odezwał się ktoś po francusku. Sierżant Walter Reichling natychmiast
włączył magnetofon. Nastąpiła krótka przerwa, a następnie: "Les
sanglots longs des violons de l'automne" ("Łkanie bezsennej skrzypki
jesiennej, sierocej"2).
Reichling raptem klasnął w dłonie nad swymi słuchawkami. Zerwał się i wybiegł z bunkra do Meyera. Wpadł do jego biura i powiedział cały
podniecony:
- Panie pułkowniku... Pierwsza część wiadomości... Nadali.
Razem wrócili do bunkra radiowego, gdzie Meyer posłuchał nagrania. I oto
była - wiadomość, którą im Canaris zapowiadał i której mieli się
spodziewać. Były to pierwsze słowa Chanson d'automne (Piosenki
jesiennej) Paula Verlaine'a, dziewiętnastowiecznego poety francuskiego.
Według informacji Canarisa słowa te miano nadać "pierwszego lub
piętnastego dnia miesiąca [...], stanowić one będą pierwszą część
wiadomości zapowiadającej inwazję anglo-amerykańską".
Drugą połową wiadomości miały być dalsze słowa tego wiersza: "Blessent
mon coeur d'une langueur monotone" ("Serce mi rani, grąży w otchłani
niemocy"). Jak twierdził Canaris, nadanie tych słów powinno oznaczać, że
"inwazja rozpocznie się w ciągu czterdziestu ośmiu godzin [...],
odliczanie zaś - od godziny 00.00 następnego dnia po nadaniu
wiadomości".
Natychmiast po wysłuchaniu nagrania tych pierwszych słów z wiersza
Verlaine'a Meyer zawiadomił szefa sztabu 15. Armii, generała majora
Rudolfa Hofmanna.
- Nadeszła pierwsza część wiadomości - powiedział mu. - Coś się szykuje.
- Jest pan tego absolutnie pewny? - zapytał Hofmann.
- Nagraliśmy to - odpowiedział Meyer.
Hofmann od razu zarządził alarm, aby postawić w stan pogotowia bojowego
całą 15. Armię.
Tymczasem Meyer wysłał dalekopisem depeszę do OKW. Następnie
zatelefonował do sztabów von Rundstedta i Grupy Armii B, czyli do
Rommla.
W OKW depeszę doręczono szefowi oddziału operacyjnego, generałowi
pułkownikowi Alfredowi Jodlowi. Pozostała ona na jego biurku. Jodl nie
zarządził pogotowia bojowego. Przypuszczał, że zrobił to von Rundstedt,
a von Rundstedt z kolei sądził, że rozkaz taki wydał sztab
Rommla3.
Na całym wybrzeżu, które miało się stać terenem przyszłej inwazji, w stan pogotowia bojowego postawiono tylko jedną armię - 15. W 7. Armii,
trzymającej wybrzeże normandzkie, nic o tej depeszy nie wiedziano i nie
zarządzono pogotowia.
2 i 3 czerwca wieczorem pierwszą część wiadomości nadano ponownie.
Zaniepokoiło to Meyera. Według jego informacji część ta powinna być
nadana tylko raz. Mógł jedynie przypuszczać, że alianci powtórzyli ten
sygnał, aby mieć pewność, że ruch oporu go odbierze.
Wieczorem 3 czerwca, godzinę po powtórzeniu tej wiadomości, odebrano ów
"flash" Associated Press. Jeżeli ostrzeżenie Canarisa odpowiadało
prawdzie, to doniesienie Associated Press musiało być błędne. Po
pierwszej chwili paniki Meyer postawił jednak na Canarisa. Był zmęczony,
ale i podniecony tym wszystkim. Nadejście świtu i panujący wciąż spokój
dowodziły niezbicie, że ma rację.
Teraz nie pozostawało nic innego, jak tylko czekać na drugą część tego
najwyższej wagi sygnału, który mógł nadejść w każdej chwili. Jego
znaczenie przygniotło Meyera. Klęska alianckiej inwazji, życie setek
tysięcy jego rodaków, samo istnienie jego kraju będzie zależeć od
szybkości, z jaką on i jego ludzie wyłapią tę wiadomość i zaalarmują
dowództwo. Meyer i jego podwładni byli w pełnej gotowości, jak nigdy
przedtem. Meyer mógł tylko mieć nadzieję, że jego przełożeni także zdają
sobie sprawę, jaką wagę ma ta wiadomość.
Gdy Meyer nastawił się na czekanie, 125 mil dalej dowódca Grupy Armii B
szykował się do wyjazdu na urlop do Niemiec.
NYK - Nowy Jork; flash - krótka wiadomość z ostatniej chwili o szczególnej wadze (przyp. tłum.). [wróć]
Ten i następny fragment wiersza - w przekładzie Leopolda Staffa - z Wyboru poezji Paula Verlaine'a, Wrocław 1980 (przyp. tłum.). [wróć]
Rommlowi musiano przekazać tę depeszę, ale z jego oceny zamiarów aliantów wynika jednoznacznie, że ją zlekceważył. [wróć]
6
Feldmarszałek Rommel starannie smarował odrobiną miodu kromkę chleba z masłem. Jadł śniadanie w towarzystwie swojego szefa sztabu, generała
majora doktora Hansa Speidla, oraz kilku innych sztabowców. Nie
przestrzegano tu etykiety. Rozmawiano swobodnie i bez skrępowania.
Przypominało to niemal rodzinne śniadanie z ojcem siedzącym u szczytu
stołu. I w pewnym sensie ludzie ci byli jak blisko ze sobą związani
członkowie rodziny. Każdego z tych oficerów Rommel starannie dobierał.
Byli do niego przywiązani. Wszyscy zwięźle referowali Rommlowi różne
sprawy, które - mieli nadzieję - poruszy w rozmowie z Hitlerem. Rommel
mówił niewiele. Po prostu słuchał. Nie mógł się doczekać wyjazdu.
Spojrzał na zegarek.
- Moi panowie - odezwał się nagle - muszę jechać.
Przed głównym wejściem czekał już samochód feldmarszałka, a przy nim
stał kierowca Rommla, Daniel. Drzwiczki były otwarte. Rommel zaprosił do
swego horcha pułkownika von Tempelhofa, jedynego poza Langiem oficera
sztabu, którego zabierał ze sobą. Samochód von Tempelhofa miał jechać za
nimi. Feldmarszałek podał rękę wszystkim członkom swej służbowej
rodziny, zamienił parę słów z szefem sztabu, po czym zajął, jak zwykle,
miejsce obok kierowcy. Lang i pułkownik von Tempelhof usiedli z tyłu.
- No, to w drogę, Danielu - powiedział Rommel.
Samochód wolno okrążył dziedziniec i wyjechał przez główną bramę,
mijając szesnaście lip tworzących prostokątne obramowanie podjazdu. We
wsi skręcił w lewo na szosę do Paryża.
Była siódma rano 4 czerwca. Tego szczególnego, posępnego niedzielnego
ranka wyjazd z La Roche-Guyon bardzo Rommlowi odpowiadał. Trudno było
lepiej wybrać czas podróży. Na siedzeniu za nim leżało kartonowe
pudełko, a w nim para szarych zamszowych pantofli ręcznej roboty, numer
pięć i pół, dla jego żony. Miał ponadto szczególny i bardzo ludzki
powód, żeby być z nią we wtorek 6 czerwca. Był to dzień jej
urodzin1.
W Anglii była ósma rano. (Między brytyjskim podwójnym czasem
letnim2 a niemieckim czasem centralnym była godzina różnicy). W swoim wozie dowodzenia w lesie niedaleko Portsmouth generał Dwight D.
Eisenhower, naczelny dowódca wojsk sprzymierzonych, spał twardo, niemal
całą noc był bowiem na nogach. W pobliskiej kwaterze jego sztabu
przekazywano teraz telefonicznie, przez gońców i radio zaszyfrowane
depesze. Mniej więcej o tej samej porze, kiedy Rommel wstawał,
Eisenhower podjął brzemienną w skutki decyzję: z powodu niesprzyjających
warunków atmosferycznych przełożył desant o dwadzieścia cztery godziny.
Jeżeli warunki będą dobre - inwazja nastąpi we wtorek, 6 czerwca.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
Po wojnie wielu wyższych oficerów Rommla solidarnie usiłowało usprawiedliwić jego nieobecność na froncie 4 i 5 czerwca oraz przez większą część samego dnia D. W książkach, artykułach i wywiadach twierdzili, że wyjechał on do Niemiec 5 czerwca. To nieprawda. Utrzymują oni również, że Rommel wyjechał wtedy na rozkaz Hitlera. I to nie jest prawda. W kwaterze głównej Hitlera jedyną osobą, która wiedziała o zamierzonej wizycie, był adiutant Führera, generał major Rudolf Schmundt. Generał Walter Warlimont, wówczas zastępca szefa oddziału operacyjnego OKW, powiedział mi, że ani Jodl, ani Keitel, ani on sam nie przypuszczali, że Rommel jest w Niemczech. Nawet w dniu D Warlimont sądził, że Rommel jest w swoim sztabie i dowodzi walką. Jeśli zaś chodzi o datę wyjazdu Rommla z Normandii, był to 4 czerwca - bezsporny dowód znajduje się w skrupulatnie prowadzonym dzienniku działań wojennych Grupy Armii B, w którym podana jest dokładna data i godzina wyjazdu. [wróć]
British Double Summer Time - wprowadzony na okres wojny dla oszczędności energii elektrycznej na wzór krajów Europy kontynentalnej. Ale o ile czas letni na kontynencie oznaczał cofnięcie zegara o godzinę, o tyle Brytyjczycy w swoim "podwójnym czasie letnim" cofali go o dwie godziny. Różnił się on o dwie godziny od czasu "normalnego", a o godzinę od czasu letniego na kontynencie, co prowadziło do wielu nieporozumień (przyp. tłum.). [wróć]
1
Tego wilgotnego czerwcowego ranka we wsi panowała głucha cisza. Spokoju
w La Roche-Guyon, leżącej w leniwym zakolu Sekwany, mniej więcej w połowie drogi między Paryżem a Normandią, od niemal dwunastu wieków nic
nie zakłócało. Od lat była to po prostu miejscowość, przez którą ludzie
przejeżdżali w drodze dokądś tam. Wyróżniał ją jedynie zamek, siedziba
książąt La Rochefoucauld. On też, wyrastający zza wzgórz za wsią,
położył kres spokojnemu żywotowi La Roche-Guyon.
Tego szarego poranka górujący nad okolicą zamek wynurzał się na
horyzoncie, połyskując mokrymi od wilgotnego powietrza masywnymi murami.
Dochodziła szósta, ale na dwóch dużych, brukowanych kamieniami
dziedzińcach zamkowych i szerokiej drodze prowadzącej do bramy nie było
żadnego ruchu. We wsi wciąż jeszcze zamknięte były okiennice domów z czerwonymi dachami. W La Roche-Guyon panowała cisza. Tak głucha, iż
mogło się wydawać, że wieś jest wyludniona. Złudna to jednak była cisza.
Za okiennicami ludzie czekali na dźwięk dzwonu.
O szóstej miał uderzyć na Anioł Pański dzwon w stojącym tuż obok zamku
szesnastowiecznym kościele Świętego Samsona. W spokojniejszych czasach
mieszkańcy La Roche-Guyon przeżegnaliby się tylko i przystanęli, aby się
przez chwilę pomodlić. Ale obecnie Anioł Pański oznaczał coś więcej niż
chwilę medytacji. Gdy tego ranka zabrzmiał dzwon, oznajmiał on koniec
godziny policyjnej i początek 1451 dnia niemieckiej okupacji.
W całej La Roche-Guyon rozstawione były posterunki. Wartownicy, skuleni
pod pelerynami w barwach maskujących, stali po wewnętrznej stronie bram
zamku, obok zapór drogowych przy każdej drodze do wsi, w bunkrach
wbudowanych w kredowe podnóża wzgórz i w ruinach starej wieży na
najwyższym wzniesieniu, nad zamkiem. Tam były stanowiska karabinów
maszynowych. Ich obsługa widziała wszystko, co się poruszało w tej
najbardziej okupowanej wsi całej okupowanej Francji.
Za tą sielankową krajobrazową fasadą La Roche-Guyon była w gruncie
rzeczy więzieniem. Na każdego z jej 543 mieszkańców - w samej wsi i najbliższej okolicy - przypadało ponad trzech żołnierzy niemieckich.
Jednym z nich był feldmarszałek Erwin Rommel, dowódca Grupy Armii B,
najsilniejszego związku operacyjnego na niemieckim froncie zachodnim.
Jego stanowisko dowodzenia znajdowało się w zamku książąt La
Rochefoucauld.
Tu - w tym rozstrzygającym piątym roku drugiej wojny światowej -
zdecydowany na wszystko Rommel szykował się do stoczenia najbardziej
desperackiej, kluczowej walki w całej swej karierze wojskowej. Pod jego
dowództwem ponad pół miliona żołnierzy obsadziło stanowiska obronne
wzdłuż niezwykle długiej, liczącej niemal osiemset mil linii brzegowej -
od grobli Holandii po obmywane wodami Atlantyku brzegi Półwyspu
Bretońskiego. Jego główne siły, 15. Armia, skoncentrowane były w Pas-de-Calais, nad Cieśniną Kaletańską, najwęższym obszarem wodnym
między Francją i Anglią.
Rejon ten lotnictwo alianckie bombardowało noc w noc. Zahartowani w walkach, niemniej skrajnie zmęczeni nalotami żołnierze 15. Armii
żartowali z wisielczym humorem, że odpowiednim miejscem do kuracji
wypoczynkowej jest raczej rejon odpowiedzialności 7. Armii - Normandia.
Tam rzadko spadały bomby.
Żołnierze Rommla od miesięcy czekali za fantastycznym gąszczem przeszkód
przeciwdesantowych na plażach i pól minowych, skryci w swych
nadbrzeżnych fortyfikacjach. Ale sinoszary kanał La Manche był pusty.
Nie było na nim żadnych okrętów. Nic się nie działo. Tego posępnego,
spokojnego niedzielnego poranka z La Roche-Guyon wciąż nie było widać
najmniejszych oznak inwazji aliantów.
Był 4 czerwca 1944 roku...
2
Rommel, sam w pokoju na parterze, który mu służył za gabinet, siedział
za masywnym renesansowym biurkiem, pracując przy świetle jednej lampy.
Pokój był duży i wysoki. Na jednej ścianie wisiał mocno już spłowiały
gobelin. Z drugiej, z ciężkich, złoconych ram spoglądał wyniośle w dół
książę François de La Rochefoucauld, siedemnastowieczny autor maksym i przodek obecnego księcia. Na wyfroterowanym do połysku parkiecie stało
też kilka ustawionych bez ładu i składu krzeseł. Ciężkie draperie na
oknach - i to było właściwie wszystko.
W szczególności nie było w tym pokoju nic z Rommla. Poza nim samym. Nie
było fotografii jego żony Lucie Marii ani jego piętnastoletniego syna
Manfreda. Nie było jakichkolwiek pamiątek po jego wielkich zwycięstwach
na pustyniach Afryki Północnej w pierwszym okresie wojny, nawet jego
krzykliwie zdobionej buławy feldmarszałkowskiej, którą Hitler tak
wspaniałomyślnie obdarzył go w 1942 roku. (Rommel tylko raz trzymał w ręku tę osiemnastocalową, ważącą trzy funty złotą oznakę swego stopnia -
wraz z futerałem pokrytym czerwonym aksamitem, usianym złotymi orłami i czarnymi swastykami. Było to w dniu, kiedy ją otrzymał). Nie było nawet
mapy obrazującej rozmieszczenie jego wojsk. Legendarny "Lis Pustyni"
wciąż był nieuchwytny i tajemniczy. Mógł wyjść z tego pokoju, nie
pozostawiając żadnego śladu swej obecności.
Chociaż pięćdziesięcioletni Rommel wyglądał starzej, niżby wskazywały
jego lata, był równie niestrudzony jak kiedyś. Nikt w Grupie Armii B nie
przypominał sobie, aby choć jednej nocy spał on dłużej niż pięć godzin.
Tego ranka jak zwykle wstał przed czwartą. Teraz i on czekał
niecierpliwie na szóstą. O tej godzinie miał zjeść śniadanie ze swym
sztabem, a potem odjechać do Niemiec.
Na ten pierwszy od wielu miesięcy urlop w domu Rommel miał jechać
samochodem. Hitler prawie uniemożliwił wyższym oficerom podróże drogą
powietrzną, wymagając, żeby lecieli "trzysilnikowym samolotem [...] i zawsze z osłoną myśliwców". Tak czy owak, Rommel nie lubił latać. W ośmiogodzinną podróż do domu, do Herrlingen pod Ulm, wybierał się swym
dużym horchem, czarnym kabrioletem limuzyną.
Cieszył się z tego urlopu, ale niełatwo było mu się nań zdecydować.
Spoczywała na nim ogromna odpowiedzialność za odparcie spodziewanego
ataku aliantów. Trzecia Rzesza szła już chwiejnym krokiem od jednej
klęski do drugiej, dniem i nocą tysiące alianckich samolotów
bombardowało Niemcy, potężne armie radzieckie szybko zbliżały się do
Polski, wojska sojusznicze stały u bram Rzymu - wszędzie siły Wehrmachtu
wypierano i niszczono. Wciąż było jeszcze daleko do pokonania Niemiec,
ale inwazja aliantów mogła o tym rozstrzygnąć. W grę wchodziła
przyszłość Niemiec. I nikt chyba nie zdawał sobie z tego sprawy lepiej
niż Rommel.
Ale tego ranka feldmarszałek jechał do domu. Od miesięcy miał nadzieję
spędzić w Niemczech kilka dni w pierwszej połowie czerwca. Uznał, że w tym czasie mógłby pojechać. Skłoniło go do tego wiele powodów, także to
- chociaż nigdy by się do tego nie przyznał - że wręcz rozpaczliwie
potrzebny był mu odpoczynek. Zaledwie parę dni temu zatelefonował do
swego przełożonego, niemal siedemdziesięcioletniego feldmarszałka Gerda
von Rundstedta, naczelnego dowódcy frontu zachodniego, z prośbą o zezwolenie na tę podróż. Zgodę otrzymał natychmiast. Potem złożył
kurtuazyjną wizytę w sztabie von Rundstedta w Saint-Germain-en-Laye pod
Paryżem, aby załatwić swój urlop oficjalnie. Von Rundstedta i jego szefa
sztabu, generała majora Günthera Blumentritta, zaskoczył wygląd Rommla.
Był wychudły, wymizerowany. Blumentrittowi zapadło w pamięć, że wyglądał
on na "zmęczonego i spiętego [...], jak człowiek, który chociaż na kilka
dni powinien się znaleźć w domu z rodziną".
Rommel był podenerwowany. Kiedy przybył do Francji pod koniec 1943 roku,
już pierwszego dnia przytłoczyły go problemy, gdzie i jak przeciwstawić
się atakowi aliantów. Jak każdego, komu powierzono takie zadanie, nękał
go koszmar niepewności. Ciągle był pod presją konieczności przewidzenia
zamiarów aliantów: jak przeprowadzą tę operację, gdzie spróbują lądować,
a przede wszystkim - kiedy?
Tak naprawdę tylko jedna osoba wiedziała, w jakim napięciu żył Rommel.
Swojej żonie, Lucie Marii, zwierzał się ze wszystkiego. W ciągu
niespełna czterech miesięcy napisał do niej czterdzieści kilka listów i w każdym snuł prognozy co do lądowania aliantów.
30 marca pisał: "Teraz, kiedy marzec zbliża się ku końcowi, a Anglo-Amerykanie nie zaatakowali [...], zaczynam wierzyć, że zwątpili w siebie...".
6 kwietnia: "Tutaj napięcie rośnie z dnia na dzień [...]. Prawdopodobnie
od rozstrzygających wydarzeń dzielą nas tylko tygodnie".
26 kwietnia: "Morale w Anglii złe [...], strajk następuje tam po
strajku, a okrzyki "Precz z Churchillem i Żydami!", wołania domagające
się pokoju rozlegają się coraz głośniej [...] nie są to dobre wróżby dla
tak ryzykownej ofensywy".
27 kwietnia: "Jak się teraz wydaje, Brytyjczycy i Amerykanie nie są aż
tak uczynni, żeby przybyć tu w najbliższym czasie".
6 maja: "Wciąż ani śladu Brytyjczyków i Amerykanów [...]. My zaś z każdym dniem, z każdym tygodniem stajemy się silniejsi [...]. Z ufnością
czekam bitwy [...], może dojdzie do niej 15 maja, a może pod koniec
miesiąca".
15 maja: "Nie mogę już sobie pozwolić na większe podróże [inspekcyjne]
[...], ponieważ nigdy nie wiadomo, kiedy nastąpi inwazja. Sądzę, że mamy
jeszcze tylko kilka tygodni, zanim się to zacznie tu, na Zachodzie".
19 maja: "Mam nadzieję, że moje plany uda mi się zrealizować szybciej
niż przedtem [...], lecz zastanawiam się, czy zdołam znaleźć kilka dni w czerwcu, aby się stąd wyrwać. W tej chwili nie ma na to widoków".
A jednak były. Jedną z przyczyn, że Rommel zdecydował się wyjechać w tym
czasie, była jego ocena zamierzeń aliantów. Leżał teraz przed nim na
biurku tygodniowy raport Grupy Armii B. Następnego dnia do południa tę
drobiazgową analizę miano przesłać do sztabu feldmarszałka von
Rundstedta, czyli - jak powszechnie określano to w żargonie wojskowym -
do OB West (Oberbefehlshaber West1). Po oszlifowaniu miała się
stać generalnym raportem z tego teatru wojny i trafić do kwatery głównej
Hitlera oraz OKW (Oberkommando der Wehrmacht2).
Z oceny Rommla można było wyczytać między innymi, że alianci osiągnęli
"wysoki stopień gotowości" oraz że "zwiększyła się liczba radiogramów
przesyłanych do francuskiego ruchu oporu". Ale - stwierdzał on dalej -
"biorąc pod uwagę dotychczasowe doświadczenia, nie świadczy to o zbliżaniu się inwazji".
Tym razem Rommel źle ocenił sytuację.
Dosłownie głównodowodzący na Zachodzie, naczelny dowódca wojsk niemieckich na froncie zachodnim (przyp. tłum.). [wróć]
Naczelne Dowództwo Sił Zbrojnych. [wróć]
3
W kancelarii szefa sztabu, mieszczącej się w głębi korytarza za
gabinetem feldmarszałka, kapitan Hellmuth Lang, trzydziestosześcioletni
adiutant Rommla, zestawił właśnie poranny raport. Każdego dnia była to
jego pierwsza czynność. Rommel lubił, gdy przedkładano mu raport
wcześnie, bo mógł go wtedy omówić ze swym sztabem przy śniadaniu. Ale
tego ranka nie było w raporcie nic szczególnego; na wybrzeżu nadal
panował spokój. Alianci kontynuowali tylko nocne naloty na
Pas-de-Calais. Wydawało się, że nie ma najmniejszych wątpliwości, iż ten
maraton bombowy - poza tym, że oznaczał wiele różnych rzeczy -
wskazywał, iż to Pas-de-Calais wybrali alianci na miejsce desantu.
Jeżeli w ogóle dokonają inwazji, to właśnie tutaj. Niemal wszyscy byli
tego zdania.
Lang spojrzał na zegarek. Dochodziła szósta. Mieli wyruszyć punktualnie
o siódmej i jechać szybko. Nie brali eskorty, jechali tylko w dwa
samochody: Rommla i pułkownika Hansa Georga von Tempelhofa, szefa
oddziału operacyjnego Grupy Armii B. Jak zwykle nie poinformowano o zamiarach feldmarszałka dowódców, przez których obszary
odpowiedzialności mieli przejeżdżać. Tak chciał Rommel. Nie znosił, by
jego podróż opóźniały różne ceremonie, regulaminowe trzaskanie obcasami
i eskorty motocyklistów czekające na niego przy wjeździe do każdego
miasta. Tak więc przy odrobinie szczęścia powinni dotrzeć do Ulm około
trzeciej po południu.
Jak zwykle był problem z prowiantem na drogę. Rommel nie palił, pił
rzadko i tak mało troszczył się o jedzenie, że czasami całkiem o nim
zapominał. Często, kiedy przychodziło do omówienia z Langiem długiej
podróży, Rommel przekreślał ołówkiem proponowany jadłospis i pisał
dużymi literami: "Zwykły posiłek z kuchni polowej". Niekiedy wprawiał
Langa w jeszcze większe zakłopotanie, mówiąc:
- Oczywiście, jeżeli zechce pan dorzucić jakiś kotlet czy dwa, nie
zmartwi mnie to.
Gorliwy Lang nigdy nie był pewien, co zamówić z kuchni. Tego ranka
oprócz termosu z rosołem zamówił różne kanapki. Uważał, że Rommel, jak
zwykle, tak czy owak zapomni o posiłku.
Lang wyszedł z kancelarii i ruszył korytarzem wykładanym dębową
boazerią. Z pokojów po obu stronach dochodził szum rozmów i stukot
maszyn do pisania. W sztabie Grupy Armii B wrzała praca. Lang często się
zastanawiał, jak książę i księżna, zajmujący piętra powyżej, mogą spać w tym hałasie.
Przy końcu korytarza Lang zatrzymał się pod masywnymi drzwiami. Lekko
zapukał, przekręcił gałkę i wszedł. Rommel nawet nie podniósł oczu. Tak
zaabsorbowały go leżące przed nim papiery, że wydawało się, iż zupełnie
nie zauważył wejścia adiutanta. Lang dobrze wiedział, że lepiej mu nie
przerywać. Stał więc i czekał.
Rommel uniósł wzrok znad biurka.
- Dzień dobry, Lang.
- Dzień dobry, panie feldmarszałku. Oto raport - odpowiedział adiutant,
po czym wyszedł z pokoju.
Czekał za drzwiami, aby pójść z Rommlem na śniadanie. Feldmarszałek
wydawał się tego ranka nadzwyczaj zajęty. Lang wiedział, jaki bywa
impulsywny i zmienny, toteż zastanawiał się, czy dziś w końcu wyjadą.
Rommel nie zamierzał jednak odkładać podróży. Miał nadzieję zobaczyć się
z Hitlerem, chociaż nie zrobił jeszcze nic, aby to spotkanie doszło do
skutku. Wszyscy feldmarszałkowie mieli stały dostęp do Führera, toteż
Rommel zatelefonował do swego starego przyjaciela, generała majora
Rudolfa Schmundta, adiutanta Hitlera, i poprosił o wyznaczenie terminu
spotkania. Schmundt uważał, że Führer może go przyjąć między 6 a 9
czerwca. Nikt poza sztabem feldmarszałka nie wiedział, że zamierza się
on widzieć z Hitlerem. Było to typowe dla Rommla. W oficjalnym dzienniku
sztabu von Rundstedta odnotowano po prostu, że Rommel udał się na
kilkudniowy urlop do domu.
Rommel był pewny, że może w tym czasie opuścić swoją kwaterę główną.
Minął już maj - a pogoda w tym miesiącu była wręcz wymarzona na inwazję
aliantów - Rommel doszedł zatem do wniosku, że w paru najbliższych
tygodniach inwazja nie nastąpi. Był o tym tak przekonany, że nawet
ustalił nieprzekraczalny termin ukończenia zaplanowanych prac przy
przeszkodach przeciwinwazyjnych. Na jego biurku leżał rozkaz dla 7. i 15. Armii. "Należy dołożyć wszelkich starań - głosił on - aby zakończyć
prace przy przeszkodach, tak by nieprzyjaciel mógł lądować podczas
odpływu tylko za najwyższą cenę [...] prace muszą postępować w szybkim
tempie [...] o ukończeniu należy zameldować mojemu sztabowi do 20
czerwca".
Wnioskował obecnie - podobnie zresztą jak Hitler i całe niemieckie
naczelne dowództwo - że inwazja nastąpi albo jednocześnie z letnią
ofensywą Armii Czerwonej, albo wkrótce po niej. Wiedzieli, że atak
Rosjan nie może się rozpocząć przed późną wiosną w Polsce, toteż nie
sądzili, by ofensywa ta mogła się zacząć wcześniej niż w drugiej połowie
czerwca.
Na zachodzie już od kilku dni panowała zła pogoda i zapowiadano, że
jeszcze się pogorszy. Komunikat z piątej rano sporządzony w Paryżu przez
pułkownika profesora Waltera Stöbego, głównego meteorologa Luftwaffe,
zapowiadał wzrost zachmurzenia, silne wiatry i deszcz. Nawet teraz na
Kanale wiało z prędkością dwudziestu-trzydziestu mil na godzinę.
Rommlowi wydawało się mało prawdopodobne, żeby alianci odważyli się
zaatakować w ciągu najbliższych kilku dni.
Również w La Roche-Guyon w nocy zmieniła się pogoda. Z dwóch wysokich
francuskich okien niemal naprzeciwko biurka Rommla roztaczał się widok
na tarasowy różany ogród. Tego ranka zasłany on był płatkami róż i połamanymi gałązkami. Tuż przed świtem nadeszła znad kanału La Manche
krótka letnia burza, przewaliła się wzdłuż części francuskiego wybrzeża
i poszła dalej.
Rommel otworzył drzwi swego gabinetu i wyszedł.
- Dzień dobry, Lang - powiedział, jak gdyby dopiero teraz zobaczył swego
adiutanta. - Czy wszystko przygotowane do drogi?
Razem udali się na śniadanie.
We wsi La Roche-Guyon dzwon na kościele Świętego Samsona uderzył na
Anioł Pański. Każdy jego dźwięk walczył z wiatrem o istnienie. Była
szósta rano.
4
Stosunki między Rommlem i Langiem były swobodne, pozbawione formalizmu.
Od miesięcy stale przebywali razem. Lang dołączył do Rommla w lutym i niewiele dni mijało im bez długiej podróży inspekcyjnej. Zazwyczaj byli
w drodze już o pół do piątej, jadąc z maksymalną szybkością do którejś z odległych części obszaru dowodzonego przez Rommla. Jednego dnia była to
Holandia, drugiego - Normandia czy Bretania. Stanowczy feldmarszałek nie
marnował ani chwili. "Mam tylko jednego prawdziwego wroga - mówił
Langowi - a jest nim czas". Aby pokonać czas, Rommel nie oszczędzał ani
siebie, ani swych ludzi. Postępował tak nieustannie, odkąd w listopadzie
1943 roku posłano go do Francji.
Tamtej jesieni von Rundstedt, odpowiedzialny za obronę całego frontu
zachodniego, zwrócił się do Hitlera o posiłki. Zamiast nich dostał
niebawiącego się w sentymenty, odważnego i ambitnego Rommla. I jakby dla
upokorzenia arystokratycznego sześćdziesięcioośmioletniego
głównodowodzącego na Zachodzie Rommel przybył z Gummibefehl1, "elastyczną dyrektywą", w której polecano
mu, by przeprowadził inspekcję nadbrzeżnych fortyfikacji - szeroko
rozreklamowanego "Wału Atlantyckiego" Hitlera - a następnie złożył
raport bezpośrednio Führerowi. Zirytowało to i dotknęło naczelnego
dowódcę frontu zachodniego. Przybycie młodego Rommla - von Rundstedt
mówił o nim Marschall Bubi, co można przetłumaczyć jako "marszałek
chłopaczek" - tak go wytrąciło z równowagi, że zapytał feldmarszałka
Wilhelma Keitla, szefa OKW, czy bierze się Rommla pod uwagę jako jego
następcę. Usłyszał w odpowiedzi, żeby "nie wyciągał mylnych wniosków",
że przy wszystkich "zaletach Rommla nie nadaje się on na to stanowisko".
Wkrótce po przyjeździe Rommel przeprowadził błyskawiczną inspekcję Wału
Atlantyckiego. To, co zobaczył, przeraziło go. Od Hawru do Holandii, nie
licząc głównych portów, ujść rzek oraz miejsc górujących nad równinami,
żelbetowe fortyfikacje wzdłuż wybrzeża ukończono w niewielu miejscach.
Pozostałe umocnienia znajdowały się w różnych stadiach budowy.
Gdzieniegdzie zaś w ogóle jeszcze nie rozpoczęto prac. Co prawda Wał
Atlantycki stanowił potężną zaporę nawet w tym stanie, a tam, gdzie
ukończono już prace, był najeżony ciężkimi działami, ale to było za
mało, aby zadowolić Rommla. Niczego nie było dość, aby odeprzeć
gwałtowny atak, który musiał nastąpić; Rommel, ciągle mając w pamięci
druzgocącą klęskę zadaną mu rok temu przez Montgomery'ego w Afryce
Północnej, nie miał co do tego wątpliwości. Dla krytycznego obserwatora
Wał Atlantycki był farsą. Używając obrazowego określenia, zrozumiałego w każdym języku, nazywał go "urojeniem Hitlera, Wolkenkuckucksheim".
Jeszcze dwa lata temu "wał" ten w ogóle nie istniał.
Aż do 1942 roku Führerowi i jego paladynom zwycięstwo wydawało się tak
pewne, że nie widzieli potrzeby budowania nadbrzeżnych fortyfikacji.
Swastyka powiewała wszędzie. Austrię i Czechosłowację zagarnięto, nim
zaczęła się wojna. Polska została zajęta przez Niemcy i Rosję jeszcze w 1939 roku. Nie upłynął rok wojny, kiedy kraje Europy Zachodniej zaczęły
spadać jak zgniłe jabłka. Dania padła w ciągu jednego dnia. W Norwegii,
infiltrowanej od wewnątrz, trwało to dłużej - sześć tygodni. Potem, w tym samym maju i czerwcu, w ciągu dwudziestu siedmiu dni, bez żadnych
wstępnych działań, wojska Hitlera w swym Blitzkriegu runęły na Holandię,
Belgię, Luksemburg i Francję i - jak to obserwował niedowierzający świat
- pod Dunkierką wpędziły Brytyjczyków do morza. Po upadku Francji
pozostała już tylko walcząca samotnie Anglia. Na co więc Hitlerowi
potrzebny był ten "wał"?
Hitler jednak nie dokonał inwazji na Anglię. Jego generałowie chcieli,
aby się na to zdecydował, ale on czekał, sądząc, że Brytyjczycy poproszą
o pokój. Sytuacja szybko się zmieniła. Z pomocą Stanów Zjednoczonych
Wielka Brytania powoli, lecz pewnie zaczęła stawać na nogi. Hitler -
poważnie do tego czasu uwikławszy się w Rosji, w czerwcu 1941 roku
zaatakował bowiem Związek Radziecki - doszedł do wniosku, że wybrzeże
Francji przestało już być trampoliną do ofensywy. Był to teraz spokojny
zakątek w jego pozycjach obronnych. Jesienią 1941 roku Hitler zaczął
mówić swym generałom o przekształceniu Europy w "niezdobytą twierdzę". A w grudniu, po przystąpieniu Stanów Zjednoczonych do wojny, z patosem
obwieścił światu, że "od Kirkenes [na granicy norwesko-fińskiej] [...]
do Pirenejów [na granicy francusko-hiszpańskiej] ciągnie się pas
punktów oporu i gigantycznych fortyfikacji" i że jest jego "niewzruszoną
wolą uczynić ten front niedostępnym dla każdego wroga".
Była to wręcz obłędna chełpliwość, zapowiadał bowiem rzecz niemożliwą.
Pomijając nawet wszelkie zygzaki, owa linia brzegowa - ciągnąca się od
Oceanu Arktycznego na północy do Zatoki Biskajskiej na południu -
liczyła prawie trzy tysiące mil.
Fortyfikacje te nie istniały nawet w najwęższej części Kanału, na wprost
Wielkiej Brytanii. Ale Hitler na punkcie tej koncepcji - stworzenia
twierdzy - dostał obsesji. Generał pułkownik Franz Halder, wówczas szef
niemieckiego Sztabu Generalnego, dobrze pamięta, jak Führer po raz
pierwszy przedstawił w ogólnym zarysie swój fantastyczny plan. Halder,
który nigdy mu nie wybaczył jego odmowy przeprowadzenia inwazji, chłodno
odniósł się do tego pomysłu. Ośmielił się nawet wyrazić pogląd, że
fortyfikacje, "jeżeli w ogóle są potrzebne", należałoby budować "za
linią wybrzeża, poza zasięgiem dział okrętowych", w przeciwnym razie
wojska niemieckie mogą zostać przygwożdżone ogniem tych dział. Hitler
gwałtownie, przez cały pokój, rzucił się do stołu, na którym
rozpościerała się duża mapa, i całe pięć minut trząsł się w pamiętnym
dla wszystkich obecnych napadzie wściekłości. Walił zaciśniętą pięścią w mapę i wrzeszczał: "Bomby i pociski będą padać tu... tu... i tu, przed
wałem, za nim i na wał [...], ale nasi żołnierze będą bezpieczni w wale!
Potem wyjdą i będą walczyć!".
Halder nic na to nie odrzekł, ale wiedział, jak zresztą i inni
generałowie w naczelnym dowództwie, że mimo tych wszystkich upajających
zwycięstw Rzeszy Führer boi się inwazji i drugiego frontu.
Jednak niewiele wówczas zrobiono w sprawie tych fortyfikacji. W 1942
roku, kiedy wojna zaczęła przybierać dla Hitlera zły obrót, rozpoczęły
się rajdy komandosów brytyjskich, znienacka przeprowadzane wypady na tę
"niezdobytą" twierdzę Europy. Potem zaś, kiedy to ponad pięć tysięcy
bitnych Kanadyjczyków wylądowało w Dieppe, nadszedł największy ze
wszystkich. Była to krwawa jednoaktówka poprzedzająca główne
przedstawienie - inwazję. Alianccy planiści otrzymali dokładne
informacje, jak silnie Niemcy ufortyfikowali porty. Straty Kanadyjczyków
wyniosły 3369 ludzi, w tym 900 zabitych. Był to wypad wręcz
katastrofalny, ale wstrząsnął Hitlerem. Wał Atlantycki - piorunował on
swych generałów - musi być ukończony jak najszybciej. Jego budowa miała
być przyspieszona i prowadzona "z całą żarliwością".
Tak też się stało. Tysiące niewolnych robotników pracowały przy budowie
fortyfikacji w dzień i w nocy. Lały się strumieniami miliony ton betonu;
użyto go tak dużo, że w całej okupowanej przez Hitlera Europie uzyskanie
go na jakiekolwiek inne cele było niezwykle trudne. Zamówiono zawrotne
ilości stali, ale tak bardzo już jej brakowało, że inżynierowie musieli
się obejść bez tego materiału. W rezultacie tylko nieliczne bunkry i blokhauzy miały pancerne kopuły obrotowe, a wskutek ich braku pole
ostrzału zostało ograniczone. Tak duże było zapotrzebowanie na materiały
i sprzęt, że ogołocono z przydatnych części francuską Linię Maginota i przygraniczne umocnienia niemieckie (Linię Zygfryda). Pod koniec 1943
roku - chociaż daleko jeszcze było do ukończenia "wału" - pracowało przy
nim ponad pół miliona ludzi. I fortyfikacje stały się groźną
rzeczywistością.
Hitler zdawał sobie sprawę, że inwazja jest nieuchronna. Obecnie stanął
przed nim jeszcze jeden wielki problem: obsadzenie rozrastających się
umocnień. W Rosji roznoszono mu dywizję po dywizji i wszelkie próby
Wehrmachtu utrzymania tego liczącego ponad dwa tysiące mil frontu
niweczyły zaciekłe ataki radzieckie. Po inwazji na Sycylię walki we
Włoszech związały tysiące żołnierzy. Tak więc przed 1944 rokiem Hitler
zmuszony był wesprzeć swe garnizony osobliwym zlepkiem uzupełnień -
ludźmi w podeszłym już wieku i właściwie chłopcami, resztkami dywizji
rozbitych na froncie rosyjskim i jednostkami ochotniczymi, jak
węgierskie czy rumuńskie, wziętymi siłą do wojska "ochotnikami" z krajów
okupowanych, a nawet dwoma dywizjami rosyjskimi, złożonymi z jeńców,
którzy woleli walczyć za nazistów, niż pozostać w obozach jenieckich. I chociaż można było powątpiewać w przydatność tych oddziałów w walce,
wypełniły one luki. Trzon obrony wciąż stanowiły zahartowane w bojach
jednostki pancerne. Przed dniem D siła wojsk niemieckich na Zachodzie
zwiększyła się do sześćdziesięciu dywizji.
Nie wszystkie one osiągnęły pełny stan. Ale Hitler wciąż wierzył, że Wał
Atlantycki ostatecznie rozstrzygnie sprawę. Niemniej tacy ludzie jak
Rommel, którzy walczyli z powodzeniem, ale też ponosili porażki na
innych frontach, byli wstrząśnięci stanem tych fortyfikacji. Rommel nie
był we Francji od 1941 roku. I on - podobnie jak wielu innych generałów
niemieckich - wierząc hitlerowskiej propagandzie, sądził, że te
umocnienia zostały już prawie zbudowane.
Dla von Rundstedta cięta krytyka "wału" nie była zaskoczeniem. Był to
prawdopodobnie jedyny przypadek - jak sam szczerze przyznał - kiedy
całkowicie zgadzał się z Rommlem. Stary, doświadczony von Rundstedt
nigdy nie polegał na stałych pozycjach obronnych. Był on przecież duszą
uwieńczonego powodzeniem obejścia Linii Maginota w 1940 roku, które
doprowadziło do klęski Francji. Dla niego Wał Atlantycki Hitlera był
jedynie "kolosalną blagą [...] przeznaczoną bardziej dla narodu
niemieckiego niż dla wroga [...], a nieprzyjaciel dzięki swoim agentom
wie o nim więcej niż my". Uważał, że może on "powstrzymać na jakiś czas"
uderzenie aliantów, ale go nie zatrzyma. Nic - Rundstedt był o tym
święcie przekonany - nie przeszkodzi pomyślnemu wylądowaniu aliantów.
Jego plan udaremnienia inwazji polegał na ześrodkowaniu większości wojsk
w głębi wybrzeża i zaatakowaniu po wylądowaniu wojsk alianckich. Jego
zdaniem był to odpowiedni moment, aby uderzyć, bo nieprzyjaciel będzie
jeszcze słaby, nie będzie miał odpowiednich dróg zaopatrzenia i będzie
się skupiał na umacnianiu swych odizolowanych przyczółków.
Rommel całkowicie nie zgadzał się z tą koncepcją. Uważał, że rozbić atak
można tylko w jeden sposób: kontratakując frontalnie sam desant. Nie
starczyłoby czasu na sprowadzenie posiłków z tyłów. Alianci zniszczyliby
je - był tego całkowicie pewien - bezustannymi atakami lotniczymi,
zmasowanym ogniem artylerii okrętowej bądź nawałami artyleryjskimi.
Wszystkie siły, jego zdaniem, od pododdziałów do dywizji pancernych,
powinny stać w gotowości bojowej tuż przy brzegu lub w pobliżu niego.
Adiutant Rommla dobrze zapamiętał dzień, kiedy feldmarszałek podsumował
wnioski, do których doszedł. Stali wtedy na plaży, nikogo poza nimi na
niej nie było. Rommel, niskiego wzrostu, o krępej budowie, w przydługim
płaszczu, ze starym szalikiem owiniętym wokół szyi, chodził sztywno tam
i z powrotem, wymachując swoją "prywatną" buławą - czarną laską ze
srebrną rączką, przy której dyndała czerwono-biało-czarna kitka. Wskazał
nią na piasek i powiedział:
- Wojna zostanie wygrana lub przegrana na plażach. Będziemy mieli tylko
jedną szansę zatrzymania przeciwnika, to jest wtedy, kiedy będzie on
walczył w wodzie, aby dostać się na brzeg. Odwody nigdy nie dotrą do
podstaw natarcia i głupotą jest nawet brać to pod uwagę.
Hauptkampflinie [główna linia obrony] będzie tu [...] i wszystko, co
mamy, musi być na wybrzeżu. Wierz mi, Lang, decydować będą pierwsze
dwadzieścia cztery godziny inwazji [...] dla aliantów, tak samo jak dla
Niemiec, będzie to najdłuższy dzień.
Hitler w pełni zaaprobował plan Rommla i od tej chwili von Rundstedt
stał się po prostu malowanym dowódcą. Rommel wykonywał jego rozkazy
tylko wtedy, gdy odpowiadały jego koncepcjom. Aby postawić na swoim,
często uciekał się do jednego, ale mocnego argumentu: "Führer - wtrącał
wtedy - wydał mi wyraźne rozkazy". Nigdy jednak nie mówił tego wprost
wyniosłemu von Rundstedtowi. Najczęściej posługiwał się tym argumentem
wobec szefa jego sztabu, generała majora Blumentritta.
Z poparciem Hitlera i przy niechętnej akceptacji von Rundstedta ("ten
czeski kapral Hitler - warczał głównodowodzący na Zachodzie - zwykle
podejmuje decyzje godzące w niego") stanowczy Rommel gruntownie
zrewidował dotychczasowe plany antyinwazyjne.
W ciągu kilku krótkich miesięcy bezwzględne postępowanie Rommla zmieniło
całą sytuację. Rozkazał, by na każdej plaży, gdzie jego zdaniem można
było lądować, jego żołnierze wraz z przymusowymi robotnikami z batalionów pracy zbudowali proste przeszkody antyinwazyjne. Były to
stalowe trójkąty o poszarpanych krawędziach, zębate konstrukcje żelazne,
zakończone metalowymi szpikulcami drewniane pale i betonowe stożki.
Wszystko to zamontowano tuż poniżej i powyżej linii przypływu i odpływu.
Przymocowano do nich miny, a tam, gdzie nie starczyło min, pociski
artyleryjskie skierowane zapalnikami w stronę morza. Dotknięcie ich
powodowało natychmiastowy wybuch.
Niezwykłe wynalazki Rommla (większość zaprojektował sam) były równie
proste, jak śmiercionośne. Ich zadaniem było zniszczyć wypełnione
wojskiem barki desantowe lub stworzyć zator, przez który nie mogłyby się
przedrzeć, dopóki nie wstrzelałyby się w nie baterie nadbrzeżne. Tak czy
inaczej - rozumował Rommel - wojska przeciwnika zostaną zdziesiątkowane,
zanim wyjdą na plaże. Teraz już ponad pół miliona tych śmiercionośnych
przeszkód podwodnych leżało wzdłuż brzegów.
Niemniej Rommel, który wszystko usiłował doprowadzić do perfekcji, nie
był zadowolony. W piasku na plażach, w załomach urwisk, w parowach i na
ścieżkach prowadzących z plaż rozkazał położyć miny wszelkiego rodzaju:
od dużych talerzowych zdolnych rozerwać gąsienicę czołgu do odłamkowych,
"skaczących" min przeciwpiechotnych. Te ostatnie przy lada potrąceniu
były wyrzucane w powietrze i rozrywały się na wysokości przepony. W pasie nadbrzeżnym założono ponad pięć milionów takich min. Rommel
liczył, że zanim nastąpi atak, otrzyma ich jeszcze sześć milionów i "zasadzi" je przy brzegu. Miał nadzieję, że w końcowej fazie przygotowań
dostępu do niemieckich umocnień w rejonie spodziewanej inwazji bronić
będzie sześćdziesiąt milionów min2. Za tym gąszczem min i przeszkód antyinwazyjnych, mając wgląd w linię brzegową, wojska Rommla
czekały w schronach bojowych, w betonowych bunkrach i rowach
dobiegowych, a wszystko to otaczały stosy drutu kolczastego. Na tych
pozycjach każde działo, na którym feldmarszałek mógł położyć rękę,
wycelowane było w dół, na plaże i morze, na uprzednio ustalone i przestrzelane, zachodzące na siebie sektory ognia. Niektóre stanowiska
artyleryjskie znajdowały się na samym brzegu. Były one ukryte w betonowych stanowiskach ogniowych pod niewinnie wyglądającymi domkami
nadmorskimi. Ich lufy nie były skierowane w morze, lecz wzdłuż plaży,
tak aby strzelać z flanki prosto w fale szturmujących brzeg oddziałów.
Rommel wykorzystywał każde nowe osiągnięcie techniki bądź jej
udoskonalenie. Tam, gdzie brakowało mu dział, ustawiał baterie wyrzutni
rakietowych bądź moździerzy. W jednym miejscu miał nawet małe, zdalnie
sterowane pojazdy gąsienicowe Goliath. Mieściły one pół tony
materiałów wybuchowych, a operowało się nimi za pośrednictwem kabla.
Obsługa kierująca nimi z fortyfikacji mogła je posłać na plaże i detonować wśród wysadzonych na brzeg żołnierzy, pojazdów i barek
desantowych.
Do średniowiecznego arsenału broni brakowało Rommlowi chyba tylko tygli
z roztopionym ołowiem, aby polewać nim napastników. Ale - w pewnym
sensie - miał on współczesny odpowiednik tej broni: samoczynne miotacze
ognia. W niektórych miejscach wzdłuż linii umocnień z ukrytych
zbiorników z naftą rozciągały się całe pajęczyny rurociągów. Ich wyloty
znajdowały się na trawiastych dróżkach prowadzących z plaż. Za
naciśnięciem guzika szturmujące wojska natychmiast pochłonąłby ogień.
Rommel nie przeoczył też zagrożenia ze strony spadochroniarzy czy
piechoty szybowcowej. Leżące za fortyfikacjami tereny nizinne zostały
zatopione, a na każdym otwartym polu w obrębie siedmiu-ośmiu mil od
brzegu powbijano masywne pale i pozakładano na nich pułapki minowe.
Między palami rozciągnięto potykacze, które przy najmniejszym dotknięciu
powodowały natychmiastowy wybuch min bądź zastępujących je pocisków
artyleryjskich.
Rommel zgotował krwawe powitanie wojskom alianckim. Nigdy dotąd w dziejach nowożytnych wojen nie przygotowano tak kompletnego zestawu
urządzeń obronnych przeciwko wojskom inwazyjnym. Niemniej feldmarszałek
nie był zadowolony. Chciał mieć więcej schronów bojowych, więcej
przeszkód na plażach, więcej min, więcej dział i żołnierzy. Ale przede
wszystkim chciał mieć potężne dywizje pancerne stojące w odwodzie w niewielkiej odległości od wybrzeża. Z wojskami pancernymi wygrywał swe
pamiętne bitwy na pustyniach Afryki Północnej. Ale teraz, w krytycznej
chwili, ani on, ani von Rundstedt nie mogli ruszyć tych jednostek bez
zgody Hitlera. Führer zaś kategorycznie rozkazał, że pozostają one do
jego wyłącznej dyspozycji. Rommel potrzebował na wybrzeżu co najmniej
pięciu dywizji pancernych gotowych do przeciwuderzenia w ciągu
pierwszych godzin lądowania aliantów. Był tylko jeden sposób na to, żeby
je otrzymać - musiał się spotkać z Hitlerem. Rommel często mówił
Langowi: "Ten wygrywa, kto ostatni spotyka się z Hitlerem". Tego szarego
poranka w La Roche-Guyon, kiedy szykował się do wyjazdu do Niemiec i długiej podróży do domu, Rommel był bardziej niż kiedykolwiek
zdecydowany wygrać tę grę.
Dosł. "rozkaz z gumy" - dający znaczną swobodę działania (przyp. tłum.). [wróć]
Rommel był zafascynowany minami jako bronią obronną. Podczas jednej z podróży inspekcyjnych z feldmarszałkiem generał major Alfred Gause (szef sztabu Rommla przed generałem majorem dr. Hansem Speidlem) zwrócił jego uwagę na kilka akrów dziko rosnących wiosennych kwiatów i powiedział: "Czyż to nie piękny widok?". Rommel skinął głową i odezwał się: "Proszę zauważyć, Gause, że na tym polu zmieści się około tysiąca min". Przy innej okazji, gdy już wracali do Paryża, Gause zaproponował, żeby zwiedzili słynną fabrykę porcelany w S?vres. Rommel zgodził się na to, co zdziwiło Gausego. Ale Rommla nie interesowały dzieła sztuki, które mu pokazano. Szybko przechodząc przez sale wystawowe, rozkazał Gausemu: "Proszę się dowiedzieć, czy mogą tu robić wodoszczelne obudowy do moich min morskich". [wróć]