Najdłuższe czasy - Wołodymyr Rafiejenko

Kup ebooka

28.00 zł
22.40 zł (20,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać
?

ŁAŹNIA

Po pierwszym - wzdrygniesz się,

Po drugim - skrzywisz się,

A po trzecim - w oczach lśni,

Dumą dumę w myślach goni.

Taras Szewczenko[4*]

...narodowość jest w coraz mniejszym stopniu

kwestią pochodzenia, a coraz bardziej domeną

wolnego wyboru.

Tomas Venclova[5*]

Sokrates Iwanowicz Gredis jest Litwinem, który nigdy nie był na Litwie. Łysawy, wysoki, krzepki, z przyjemnością myje podłogę, rozkłada cebrzyki, zbiera szczotką z półek dębowe i brzozowe liście. Wymiata z rogów długie wiązki piołunu, który uwolnił już swój aromat. Kładą go na półkach podczas dni kąpielowych ludzie, którzy wierzą w uzdrowicielską moc zapachów. Nie wiadomo, czy taka moc istnieje. Jednak w łaźni parowej, wypełnionej gorącą jak gwiazdy parą, zapach stepowego piołunu pomaga duszy złapać oddech.

Zawór jest otwarty do oporu. Biaława mgła syczy, pluje, szemrze i mlaska. Liza wie, że gdzieś tam, w głębi pod półkami, siedzi żarłoczna bestia Para. Żuje i żre zimną świeżą wodę, dostarczaną tutaj z najgłębszego wnętrza ziemi.

- Matki Ziemi - mówi łaziebny.

Dziewczyna nie ma pojęcia, dlaczego ziemia jest matką. Jej się wydaje, że raczej - ciotką. Ciotucha-poducha, stara ropucha. Kładzie się ją człowiekowi na twarz i ten umiera. Obraca się w proch i pył. Jedzą go robaki. Am, am.

W tym miejscu dobrze jest namalować kolorowymi kredkami obrazek. Mnóstwo różnobarwnych robaczków zżera stare, wstrętne i chore ciało, posiekane przez owady na tysiące nierównych kawałków. Ciało znika, zamienia się w parę. I leci, migocąc, stając się obłokiem, najprawdopodobniej Magellana. Ten obłok obserwują melancholijni nietrzeźwi astronomowie. Robią notatki i nagle zauważają, że przez niego w stronę Ziemi lecą olbrzymie dupy, i już nie ma ratunku dla nikogo. W tym miejscu należy odłożyć album i rozejrzeć się wokół.

Bestia o imieniu Para ryczy na całego. Gorąca, ciężka, parzy skórę. Wysusza wilgotne deski. Drzwi są otwarte na oścież, więc Liza nie boi się siedzieć obok ryczącej bestii.

- Już, wystarczy - mówi Sokrates, ociera z czoła pot. Cały mokry, czerwony, sparzony. - Chodź, zjemy obiad i napijemy się herbaty.

Siadają nie w klitce łaziebnego - wąskiej jak piórnik i wilgotnej - lecz w pomieszczeniu, gdzie w zwykłe dni klienci łaźni zostawiają majtki i skarpetki. Buty, kurtka moro, okulary, telefon w kieszonce zapiętej na guzik, dżinsy. Portfel. Prezerwatywy. Automat Kałasznikowa, dwa, może trzy granaty. W plecaku dwie flaszki wódki. W termosie herbata.

Rzędy szafek na ubrania pionowo wiszą na ścianie. Wygodne ławki, umywalki i lustra. Waga elektroniczna. Suszarki w uchwytach pod lustrami. Duży kwadratowy zegar nad framugą drzwi odmierza czas. W dystrybutorze lodowata woda.

Jest wczesna wiosna, więc długie prostokątne okna pod sufitem leniwie rozchylają płaskie usta. Sala powoli schnie po myciu, przenika do niej wiatr i zapach młodej jasnozielonej trawy. Jej źdźbła czule i wściekle przeszywają zbity dywan zleżałych brunatnych liści pod samymi murami budynku.

Przez otwarte na oścież podsufitowe okna do łaźni wlatują obłoki i ptaki, odgłosy bijącej dzień w dzień artylerii. Cienie nowych śmierci unoszą się do nieba, kreśląc na gęstych chmurach wilgotne modre smugi. Liza malowała je wczoraj, siedząc na kanapie zmarłej ciotki Karoliny, która, oczywiście, żadną jej ciotką nigdy nie była.

Obcą dla niej kobietę przed kilkoma miesiącami uśmierciły gigantyczne owady. Nieujarzmione, dzikie, przeklęte сaballeros. Swoimi pazurami na długich kończynach rozszarpały miękkie klimakteryczne ciało. Smutny smuteczek.

Kilka tygodni przed tym zajściem Liza przedstawiła całą scenę akwarelami na różowym miękkim papierze. Pomysł, by wręczyć obrazek ciotce podczas śniadania, pojawił się nad ranem. Odczuwając smutną, mroczną satysfakcję, dziewczyna w milczeniu położyła akwarelę na stole między cukiernicą i słoikiem mleka. I ze sztucznym uśmiechem na twarzy wyszła z kuchni. Wyprowadziła z komórki rower. Już po chwili pędziła w dół, hałasując pedałami i łańcuchem, furkocąc karuzelą szprych i wypełniając powietrze dźwiękiem dzwonka. Rodzina mieszkała na parterze, co ułatwiało odbywanie przejażdżek rowerowych po terenach okupowanych.

***

- Sokratesie! Popatrz - powiedziała Karolina trzęsącymi się wargami. - Popatrz, co namalowała ta wariatka!

- No co znowu?! - Gredis założył okulary i mrużąc oczy, przypatrywał się obrazkowi.

- Patrz! Patrz tu! - krzyczała ciotka. - Nie widzisz czy jak?! Przecież ona namalowała mnie! Mnie!

Sokrates nie mógł dostrzec zupełnie niczego oprócz wyrazistych, ale pozbawionych treści kolorowych plam i linii naniesionych akwarelami na miękką powierzchnię kartki. Farby rozpłynęły się trochę po brzegach. Ale całość wyglądała sympatycznie, choć trochę niepokojąco.

- Żarty sobie stroisz? - Gredis marszczył brwi, czując, jak ogarnia go śmiertelne znużenie, które od dobrego roku niezmiennie towarzyszyło ich rozmowom.

"Jej nieszczęsną głowę - myślał czasem - opętał ten sam koszmar, co i błogosławione miasto Z"

- Ty jesteś ślepy, przysięgam! - wrzasnęła Karolina, natychmiast brzydnąc i budząc politowanie. - Patrz tu! To jestem ja, a to potwory. I one mnie tną i sieką na kawałki!

- P-posłuchaj, widzimy tu kompozycję kolorowych, symetrycznie ułożonych plam. - Sokrates palcem wskazującym poprawił okulary na nosie. - Nie przeczę, dziewczyna ma wspaniale rozwiniętą wyobraźnię, wyczucie koloru, linii. Ale tysiąc razy ci mówiłem, że wszystkie jej rysunki są abstrakcyjne! Dlaczego, na B-boga, czepiasz się dziewczyny?

- Abstrakcyjne? - prychnęła Karolina. - Zwariowałeś?! Jak możesz tego nie widzieć! Patrz. Tutaj po obu stronach są potwory. A tutaj jestem ja. A dokładniej to, co ze mnie zostało. Tu moja głowa leży i patrzy na ciebie! Na ciebie patrzy! Na ciebie, stary idioto! I przestań się jąkać, przecież wiesz, że tego nie znoszę!

- Ponosi cię fantazja, Karolino! - powiedział Sokrates miękko, po czym wypił z gorzką przyjemnością pół filiżanki wczorajszej zimnej esencji scedzonej ze starego porcelanowego imbryka w kształcie słonia siedzącego na psie. I zapalił. - Przestań, na Boga. To wcale nie jest śmieszne...

- I mnie nie jest do śmiechu! Ani trochę! - Karolina wściekle pokręciła głową, ciężko westchnęła, jeszcze raz rzuciła okiem na rysunek, następnie zgniotła go i wrzuciła do kosza. - Mówisz zwykła dziewczyna? A zauważyłeś, że w jej życiu istnieją wyłącznie rower, ołówki i farby? A panna to już ile lat ma? Dwadzieścia, dwadzieścia pięć? - Kobieta zamilkła na chwilę i nerwowo poruszała ściągniętymi wargami. - Powiem ci szczerze, tak jak to czuję: ona jest potworem! Dlatego nie wiadomo ile ma lat. Raz ma dziesięć, a kiedy indziej osiemdziesiąt, i żółty piasek się sypie spod łóżka! Osiemdziesiąt! - powtórzyła z przerażeniem Karolina - I jeszcze te rysunki! Nie na darmo wasz chrześcijański Bóg mówił o ofierze. Myślę, że ona by się nadawała. Trzeba ją wrzucić do szybu kopalni "Dobry Szubin"[1], żeby powstrzymać bratobójstwo!

- Przestać p-pleść bzdury! - Sokrates ciężko westchnął i szarpnął głową.

Też nie lubił swojego jąkania, ale nie mógł go opanować, gdy się denerwował.

- Ale co niby przestań?! - Karolina nerwowo pstryknęła zapalniczką i zapaliła.

- Boga zostaw w spokoju! - odpowiedział na głębokim wydechu.

- I normalnej miesiączki nie miała do tej pory. Nie, no rozumiem, zaburzenia psychiczne. Rozumiem, tabletki. Ale już od wieków powinna interesować się facetami!

- I co z tego?! - Gredis uśmiechnął się niemrawo. - Dziewczyna ćwiczy wyobraźnię, rozwija się! Wszystko ma swój czas. Ja tam się cieszę, że po śmierci Anny nie zamknęła się w sobie. Rozmawia z nami, maluje. Pomaga mi w łaźni, zwróć uwagę. Dwie kondygnacje szoruje na błysk raz w tygodniu, to nie byle co! A obrazki? Co tam obrazki! Niech sobie maluje...

- One się spełniają! - zawołała Karolina, pąsowiejąc na twarzy.

- Przecież dobrze wiesz! Rok przed wypadkiem narysowała, jak samochód potrąca Annę. I potem dokładnie tak się stało!

- Bzdury! - Sokrates z oburzeniem pokręcił głową. - Oglądałem tamten szkic ołówkiem i nic podobnego nie zauważyłem! Dałabyś sobie spokój. Ostatnio nachodzą cię jakieś bałamutne idee. Straszne rzeczy wygadujesz...

- Wiedźmę sobie wzięła Anka z sierocińca! - przerwała mu Karolina, łapczywie się zaciągając. - Nic lepszego w tej Moskwie przez tyle lat nie znalazła! Kasę zarobić, męża znaleźć i rodzicom pomóc na starość? A gdzie tam! Zginęła jak idiotka, a my musimy z tym żyć! Mówiłam jej przecież, nie bierz obcego dziecka, psychicznie chorego, a w dodatku żydowskiego! Nie bierz małej Żydówy!

- Cicho, idiotko! - Sokrates zamachał rękoma. - Co ty wygadujesz?! Dziewczyna usłyszy!

Rzucił Jelizawiecie nikły uśmiech i przymknął lufcik. Ta stała obok roweru i pochyliwszy głowę, uważnie przypatrywała się oknom ich mieszkania.

- A niech! - fuknęła Karolina. - Niech wie, co o niej myślę!

Liza nie mogła słyszeć, co dokładnie ciotka mówi Sokratesowi. Ale nie dbała o to. Karolina była dla niej nikim. Po prostu obca, głupia baba, której śmierć można namalować i nie czuć przy tym nic oprócz ulgi. Wkrótce opuści tę powieść i nikt tu więcej o niej nie wspomni.

***

Równo trzy dni po tej scenie do Z dotarła pomoc humanitarna z Rosji. Na placu targowym czekano na nią w radosnym przeczuciu. Dwa białe tiry - posłańcy wszystkich burz, część konwoju, który przybył do miasta - wyglądały obiecująco. Pomimo gęstych chmur było mroźnie i jasno. Na budynku administracyjnym targowiska wiatr tarmosił plakat: "Enklawa Z to wolność i chleb!".

Karolina wraz z innymi Z-babolami była na miejscu z samego rana. Około dwudziestu minut przed wydarzeniem stawili się dziennikarze rosyjskiej telewizji Life&Haj. Potem dwoma zarekwirowanymi jeepami nadciągnęli bojówkarze w sile ośmiu osób. Kozacy dońscy, jeszcze mocno wczorajsi, przybyli autobusem. Wysypali się z niego i zaczęli ćmić na stronie, a następnie ustawiać przy tirach przyozdobione stoliki. Rozkładało się na nich cukier i kasze, żeby potem rozdawać pod okiem kamer telewizyjnych. Kolejka tworzyła się samorzutnie. Obywatele Z mieli wygląd smętny i ożywiony zarazem.

Wasilij Girkawy - człowiek poważny, niskiego wzrostu, muskularny, ale w ostatnim czasie tracący wiarę w pomyślny bieg rzeczy - reprezentował na tym festynie urząd miasta oraz ministerstwo transportu i ochrony zdrowia republiki Z. Ponuro zerkając na dziennikarzy Life&Haj, palił obok swojego porysowanego grand cherokee. Z uszu sterczały mu malinowe japońskie słuchawki, a w głowie krążył głos nieboszczki Amy Winehouse.

Wreszcie światła zostały ustawione, kamery włączone. "Kierownik imprezy" - bystrzak Misza, który z tej okazji przyjechał aż z białokamiennej Moskwy - skinął głową Girkawemu. Ten stanął na pomoście, odchrząknął i zapodał na osiem minut czterdzieści siedem sekund przygotowane wcześniej przemówienie. Opary mrozu gęstniały. Słońce powoli wstawało nad placem. Wasilij skończył, zszedł na dół i bez większej ochoty znowu zapalił. Na niskim pomoście przed tirami stanęły ładne dzieci i zaczęły recytować wierszyki:

Mieszkańcom republiki odpuszczono grzechy,

Nowe szczęście - w nowe miechy,

Cukier i kasza już od rana,

Niech nam żyje Rosja kochana!

- Ja cię sunę, co za nieboska komedia! - Girkawy się skrzywił, patrząc na przedstawiciela Life&Haj trochę z dezaprobatą, trochę z ciekawością. - Ten poemat to wasza robota, rycerze pióra?

- Jeszcze czego! - Aleksiej Marszak wzruszył ramionami. Był dziennikarzem, jak wynikało z jego identyfikatora. Splunął na niedopałek; ten zasyczał i zgasł. - My z Miszą Gariewem fuszerki nie odstawiamy. Jesteśmy postmodernistami... Zaśmiał się zadowolony z siebie. - Hunwejbinami, co robią w reklamie. I dlatego, żebyś wiedział, specjalizujemy się wyłącznie w projektach społecznych na dużą skalę... - Zamilkł, z lekkim uśmiechem studiując barani wzrok Girkawego. - Jestem pewien, że to wasz nowy Związek Pisarzy klepie... Zresztą niesamowitych gości macie tam teraz.

- Poważnie? - Wasilij nie zupełnie nadążał za wywodem Marszaka, więc chwycił się zrozumiałej końcówki.

- A jakże! - odparł Aleksiej. - Wczoraj przypadkowo wpadłem na spotkanie poetyckie na bulwarze imienia poety Puszkina...

- No i co?

- No co! Po dwudziestu minutach normalnie ocipiałem, mówię ci.

- Kiepsko piszą? Bez czucia? - zesrożał Girkawy.

- Skądże znowu, z czuciem. - Marszak wzruszył ramionami. - Tylko strach ich słuchać. Nawet my sobie na takie brednie nie pozwalamy...

- No jasne. - Wasilij się sarkastycznie skrzywił i popatrzył na zegarek. - Przecież wy obiektywnie walicie z grubej rury. Taką macie robotę, raz, dwa i pozamiatane. A do naszego związku, zauważ, przyłączyli się młodzi pisarze naszej młodej republiki. Duchowy mięsień Z, pełni patosu, wyrażają, że tak powiem, wolę ludu.

- Właśnie. - Aleksiej pokręcił głową. - W tym cały pic, że wyrażają. To nawet mnie skołowało - dodał z niedowierzaniem. - A ja, wyobraź sobie, już nawet zapomniałem, co to wyrzuty sumienia.

- Dziwny jakiś z ciebie koleś! - powiedział Girkawy z dezaprobatą. - A wy, chłopaki, na pewno jesteście z Life&Haj?

- Jak nie, jak tak! - Marszak kiwnął głową, chciał coś jeszcze dodać, ale w tej chwili ogromne stare kolumny wystawione z busa na zewnątrz głośno i ochryple ryknęły dla podkręcenia atmosfery.

Najpierw "Wstawaj, strana ogromnaja"[2] i "Rascwietali jabłoni i gruszi"[3]. A gdy się rozdawanie rozpoczęło na dobre, Fale Amuru[4], Smuglanka[5], Ciemna noc[6] i Dzień zwycięstwa[7]. Powiało wojnami światowymi, rosyjskimi rewolucjami i Gułagiem.

Skacowany i przez to wyjątkowo wrażliwy Kola Weresajew, masażysta z łaźni, w której pracował Sokrates Iwanowicz, nie wytrzymał tej muzyki, zapłakał.

Stanął w kolejce po pomoc humanitarną z samego rana, ale po dziesięciu minutach katowania piosenką żołnierską i rewolucyjną machnął ręką, kupił w sklepiku naprzeciwko flaszkę czystej i powlókł się do domu na drugą stronę ulicy leczyć kaca. Prawdę mówiąc, aż tak bardzo tej pomocy nie potrzebował, czort z nią. Dzięki pracy w łaźni bieda mu nie doskwierała. Przyszedł tu tylko po to, żeby z kimś porozmawiać, pobyć, jak to się mówi, wśród ludzi. Do jego barłogu od wieków nikt nie zaglądał. A akurat wczoraj Sokrates dał wypłatę. Weresajew natychmiast skonsumował siedem po sto ulubionej substancji i dwa litry piwa. I naturalnie w ten przenikliwy niedzielny poranek dopadł go spleen. Suszyło go, serce biło nerwowo i płochliwie... A tu jeszcze ta muzyka, jak na złość...

Ludzie oblegli stoisko dystrybucji. Pomoc przywieziona pierwszym autem rozeszła się w sekundę. Kilkoro staruszków, wynędzniałych bez emerytur, płakało, drżącymi rękoma wkładając do toreb kasze. Dziękowali Rosji i osobiście jej Wspaniałemu Gospodarzowi. Operator kręcił wszystko jak leci. Aleksiej do krótkiego emocjonalnego wywiadu bez wahania wybrał z tłumu Karolinę, która najgłośniej krzyczała "Niech żyje Rosja!", i załatwił sprawę szybko i fachowo. Spojrzał na zegarek, trącił łokieć Gariewa, skinął swoim ludziom. Grupa zdjęciowa migiem, po żołniersku załadowała się do nissana micry, który ruszył z kopyta i chwilę potem zniknął za rogiem starej szkoły.

W tym samym momencie bojówkarze otworzyli drugi samochód. I wtedy się zaczęło. Ledwie rozchyliły się drzwi pojazdu, ze środka wyskoczyły cztery stonki[8], każda dwa i pół razy większa od psa Baskerville'ów. Wystawiwszy do przodu muskularne śródtułowia, wymachując kindżałami bocznych obusiecznych nóg niczym szablami, owady mniej niż w pięć minut posiekały z piętnastu Bogu ducha winnych obywateli Z. Krew wymieszała się z jaglanką, kaszą gryczaną, ryżem i solą kamienną. Wasia Girkawy, wicemer miasta Z oraz minister transportu i ochrony zdrowia w jednej osobie, leżał pod jeepem, modlił się i myślał o tym, że po reporterach Life&Haj w chwili pojawienia się stonki wszelki ślad zaginął. Chłopaki, jak się zdaje, domyślały się, co przywiózł na przemarznięte targowisko biały moskiewski łabędź - humanitarno-prawosławny kamaz.

"Jeśli przeżyję, to ja już z tym Marszakiem pogadam!" - obiecał sobie Girkawy.

Tymczasem bojówkarze zaciekle i celnie strzelali do krwiożerczych bestii. Te po zmieleniu z rozpędu dwóch tuzinów skacowanych Kozaków dońskich i rozrzuceniu ich zwłok po placu targowym nagle się uspokoiły, zwolniły tempo, nieśpiesznie rozłożyły skrzydła i synchronicznie uniosły się do góry. Kto widział, jak operują amerykańskie szturmowce Harrier pionowego startu i lądowania, z pewnością doceniłby w tych niecodziennych przybyszach podobne piękno i grację.

Ludzie, zszokowani zajściem, stracili poczucie rzeczywistości. Ktoś krzyczał, ktoś płakał, jeszcze inny ktoś modlił się na kolanach. Ktoś wił się w agonii. Karabiny terkotały niczym cykady na Cykladach. Insekty wisiały nad targowiskiem jakieś dwadzieścia-trzydzieści sekund, jakby się zastanawiając, dokąd się udać w ten mroźny poranek. Potem przechyliły się synchronicznie i skierowały na południowy wschód, mieniąc się zastygłym sennym bursztynem w promieniach chłodnego styczniowego słońca. I wtedy, właśnie wtedy, niczym zwiastun spełnionej harmonii, nad zbroczoną jezdnią pojawiła się mglista figurka świętej pamięci Amy Winehouse. Cała na czarno szła boso po śniegu i śpiewała Back to Black.

Karolina Gredis, martwa jak samowar, patrzyła na nią swoją odciętą głową i myślała o tym, jak wiele ją w życiu ominęło. Ocalali mieszkańcy Z rozpierzchli się na wszystkie strony. Ci zaś, którzy zostali wprawdzie zabici, ale cudem zachowali nogi i głowy, z trudem wstawali, ściskali się i cieszyli z końca wojny, przyklejali uśmiechy na zakrwawione, zdeformowane twarze, wirowali w czarno-białym tańcu. Z nieba padały na nich snopy żółtego i niebieskiego światła

"Tańce patriotów - pomyślał Wasia Girkawy - ale co tu do licha robi Amy?"

Po czym stracił przytomność.

Weresajew przez jakiś czas obserwował to przedstawienie z drugiej strony alei, przypadkiem zająwszy idealne miejsce na widowni. Ale w pewnej chwili poczuł, że pod wpływem zgrozy i kaca może zemdleć. Przeżegnał się drżącą, spoconą dłonią, zaczerpnął z klombu garść pokrytego lodowym kożuchem śniegu i obdzierając usta do krwi, zaczął go gryźć i łapczywie połykać. Złapał więcej i zadrapując skórę, obtarł twarz i szyję. Zobaczywszy tańczących nieboszczyków, wychrypiał: "Panie, zmiłuj się nade mną!". Po czym truchtem ruszył w stronę domu Gredisa, czując, jak rozpaczliwa trwoga ściska jego serce.

***

Tak w ogóle to Sokrates Gredis był profesorem doktorem habilitowanym, który do końca kwietnia zeszłego roku wykładał filozofię na uniwersytecie. Jednak jak tylko zaczęło się robić gorąco, wziął urlop i przebywał na nim aż do chwili, gdy do miasta wkroczyły kolumny uzbrojonych po zęby bojówkarzy. Większość z nich widziała Z po raz pierwszy w życiu. Twierdzili, że są obrońcami miasta, chociaż wszystko wokół niezbicie świadczyło o okupacji. I de facto niczym innym nie było.

Gredis przyjrzał się uważnie atmosferze panującej na wiecach pod budynkiem administracji obwodowej, poobserwował poczynania miejscowych władz i milicji i po upływie kilu dni złożył wymówienie. Pracować jako filozof pod rządami bandytów nie mógł i nie chciał. Ukrainę kochał, choć z pewną rezerwą. Zaś "ruskiego mira"[9], jak każdy inteligentny człowiek, a do tego syn osoby represjonowanej, poważnie się obawiał. Ponadto coś mu mówiło, że pensja filozofom w Z nie będzie już wypłacana z taką regularnością, jak wcześniej. A i w poważaniu będzie tu odtąd filozofia dość szczególnego typu.

Zresztą, Gredis zupełnie nie miałby gdzie się podziać, gdyby opuścił Z. Pieniędzy potrzebnych na przeprowadzkę nigdy nie uzbierał. Pewne oszczędności, ma się rozumieć, były. Jednak pod jego opieką pozostawała Liza, przedziwna, chorobliwa istota, spadek po zmarłej siostrze Annie.

Mniej więcej dziesięć lat przed śmiercią ta adoptowała dorosłą już wówczas dziewczynę z ośrodka dla dzieci specjalnej troski. A gdy po dwudziestu latach spędzonych w Moskwie postanowiła wrócić do ojczystego Z, zginęła. Dziwna, niedorzeczna historia. Samochód potrącił ją w Moskwie naprzeciwko byłego hotelu Inturist, gdy była w drodze na lotnisko. Zamienił w miazgę niewielką okrągłą głowę pokrytą rzadkimi blond włosami. Tego samego dnia do Sokratesa zadzwonił niejaki Marszak i przekazał tragiczną wieść. Gredis złapał się za pierś.

- Lecę pierwszym samolotem! - Serce krwawiło tak, jakby tam naprawdę była otwarta rana.

- Niech się pan nigdzie nie wybiera!

- Jak to? - zdziwił się Gredis.

- Nadarzyła się okazja i ciało już zostało wysłane do Z! - Aleksiej właśnie tak powiedział: "nadarzyła się okazja" i Sokratesowi z jakiegoś powodu włosy zjeżyły się na głowie. - W zamkniętej trumnie, ponieważ obrażenia są poważne, pan rozumie. A dziewczynę, waszą wnuczkę, Lizę - kontynuował Marszak - wysłaliśmy samolotem. Proszę czekać pod wieczór. Lot taki a taki, godzina lądowania według czasu moskiewskiego. To samodzielna panna, doleci. A pan ją tam odbierze. Zresztą sama powinna pamiętać drogę w razie czego. Przecież dość często odwiedzali was latem, prawda?

Gredis miał sporo pytań, ale łączność się urwała. Co więc miał począć? Wyszykował się i pojechał czekać na lot z Moskwy. Lotnisko jeszcze działało, chociaż wysłannicy "ruskiego mira" kilka razy próbowali je przejąć. Czekając na samolot, wypił butelkę whisky. Liza poznała go i chyba się ucieszyła. Trumna dotarła osobno w nocy. Na pogrzeb Anny dziewczyna nie poszła. Płakała i malowała. Malowała i płakała...

Liza Lizą, ale jego pani domu, Karolina, pod okupacją też wyraźnie podupadła na zdrowiu. Tak więc bez dwóch zdań w mieście działy się rzeczy okropne. Nie da się ukryć! Ale tutaj Sokrates przynajmniej miał własne mieszkanie. A dach na głową to być może jedyna rzecz, której potrzebuje filozof podczas wojny.

Gredis długo zmagał się z pytaniem, gdzie i jak ma dalej żyć, ale problem niespodziewanie rozwiązał się sam. Skontaktował się z nim Ilja Korniew, były doktorant Sokratesa Iwanowicza, który w swoim czasie porzucił karierę naukowca i został dobrze prosperującym biznesmenem. Obecnie zaś zamierzał wyjechać z miasta opanowanego przez rosyjskie inferno. Jedyny zakład, przynoszący póki co wymierne zyski, dwupiętrowa łaźnia Piąty Rzym, znajdowała się na rzadko ostrzeliwanych peryferiach miasta. Ilja potrzebował administratora. Gredis był zaś filozofem i człowiekiem godnym zaufania, a ponadto mieszkał jakieś dwie przecznice od łaźni. Sprawę należało załatwić szybko, tak też zrobili. Po przekazaniu w dwa dni pełnomocnictw, pieczątek, sejfów, kontaktów i niewielkiej ilości gotówki na początek, Korniew, przypieczętowując umowę, postawił butelkę ormiańskiego koniaku. Gdy wszystko, co dotyczyło interesów, zostało omówione, Gredis ruszył do domu. Odprowadzając go, już na przystanku autobusowym, Ilja wreszcie zdecydował się powiedzieć coś, co dręczyło go przez cały wieczór.

- Wiesz co, Sokratesie Iwanowiczu - powiedział Korniew z wymuszonym uśmiechem. W biurowym kompie w folderze Moje Dokumenty znajdziesz coś bardzo ważnego. Przeczytasz sam.

- Co takiego? - Sokrates uniósł brwi. - Chyba już i bez tego wiem, co i jak?

- Jak by to powiedzieć... - Korniew się zawahał, zaczerwienił. - Krótko mówiąc, Piąty Rzym, to coś więcej niż łaźnia, wiesz. W tym sensie oczywiście zachowałem się wobec ciebie nie fair. - Zaśmiał się urywanym śmiechem i wnet przestał. - Naprawdę mi przykro, wybacz. Jednak wygląda na to, że innego wyjścia nie było.

- Nic nie rozumiem! - Sokrates się uśmiechnął. - Co masz na myśli?

- Jak by to powiedzieć... - Korniew znowu się zawahał. - To miejsce, nasza łaźnia, to bardziej świątynia, rozumiesz? Przy czym oczywiście to żadna świątynia... - Zamilkł, zastanowił się i oznajmił: - A tak w ogóle nawet jej nie kupowałem...

- Jak to: nie kupowałeś? - Gredis nie mógł pojąć, o co właściwie chodzi, niepewnie się uśmiechnął. - Mój drogi, czyżbyś się upił jedną flaszką?

- Przekazali mi ją w ten sam sposób, jak ja teraz przekazuję tobie - zaczął szybko Korniew, oblizując suche usta. - Przekazali i jeszcze kasę na remont dali. Akurat wtedy ujawniły się wszystkie jej trzy poziomy. Krótko mówiąc, ofiarowuję ci tę łaźnię, Sokratesie Iwanowiczu. Przekazuję, że tak powiem, nieodpłatnie! Od tej pory możesz się uważać za jej pełnoprawnego właściciela.

- Czekaj, czekaj, nie tak szybko! - Sokrates w osłupieniu patrzył na swojego byłego studenta. - Chyba nie mówisz tego poważnie?! Zwariowałeś?

- Jeszcze nie! - Korniew zaśmiał się wymuszonym śmiechem. - W każdym razie jest teraz twoja! Masz tu teczkę. Nie chciałem ci wcześniej pokazywać. Sam wszystko zobaczysz. Formalnie oczywiście pozostaję współzałożycielem, ale to tylko tak... - Znowu się zaśmiał. - To bardziej dla kolesi z mafii. Żeby ci się nie naprzykrzali. A tak naprawdę jesteś teraz jej jednoosobowym właścicielem! Wszystkie niezbędne dokumenty są w tej niebieskiej teczce. Dopilnowałem wszelkich formalności, żadna gnida się nie przyczepi!

- Żarty sobie stroisz? - Gredis niepewnie się uśmiechnął.

- Czy wyglądam, jakbym żartował, Sokratesie Iwanowiczu? - Korniew pokręcił głową. - Nie rozumiesz tego teraz, ale wkrótce zrozumiesz. Piąty Rzym to nie tylko serce tej prowincji. To serce, wiesz, jeszcze wielu innych... - Sięgnął do kieszeni po papierosy. - Zresztą, nie znam się na tym. Najważniejsze, że teraz ty za nie odpowiadasz. - Ilja zapalił i gwałtownie wydmuchnął dym. - Nigdy nie byłem dobrym strażnikiem tego miejsca. To nie na moją głowę, odwagi za mało. I tak naprawdę do tej roboty choć odrobinę religijności trzeba mieć w sobie. - Zaśmiał się nieco sztucznie. - U mnie znowuż w rodzinie, jak na złość, sami ateiści. A dla ateisty posiadanie tej łaźni to prawdziwa męka. - Korniew rozłożył ręce. - Nie, no robiłem, co mogłem. Tym bardziej, że za dużo mnie to nie kosztowało. Czasy były pokojowe. Ale teraz wszystko się zmieniło. Piąty Rzym zachowuje się coraz bardziej tak, jak zostało to przepowiedziane.

- Gdzie przepowiedziane? - zapytał Gredis, chociaż chciał zapytać, przez kogo.

- W teczce, w teczce, Sokratesie Iwanowiczu. - Ilja z przekonaniem kiwnął głową. - Tam znajdziesz wszystko, co trzeba.

- To jakiś kawał? - zapytał Gredis.

- Kiedyś to się zdarzało nie tak często - zaszeptał Korniew gorąco - ale teraz wszystko się zmieniło! Koszmar jakiś! Pięć wypadków w ostatnim miesiącu. Myślę, że to dopiero początek. Nie dałbym rady.

- Jakie wypadki? - Sokrates potrząsnął głową. - O czym ty w ogóle mówisz?

- Dobra. - Korniew nagle się uspokoił. - Faktycznie, trochę się zapędziłem. Sam stopniowo wszystko zrozumiesz - zaczął wyjaśniać. - Nie ma co uprzedzać faktów. A jak coś będzie niejasne, to zaglądaj do tej wiązanej niebieskiej teczuszki. Tam po poprzednim właścicielu zostało co nieco. Na początek wystarczy, a dalej sam decyduj. Życie jest pełne niespodzianek. To nie prognoza pogody. No i poza tym jest jeszcze łączność telefoniczna! - Ostrożnie klepnął profesora w ramię. - A czego nie powiesz przez telefon, napiszesz w mailu. Ale uprzedzam, że nie zdołasz opuścić łaźni przed znalezieniem następcy. Jasne?

- Mówisz poważnie?!

- Jak najbardziej! - Korniew skinął głową. - Żelazna zasada. Nieboszczyków, co prawda, nie obejmuje.

- A jednak nadal nie rozumiem. - Sokrates pokręcił głową, uśmiechając się niepewnie. - Czy to jest coś w rodzaju odpowiedzialności za interes? Przed ludźmi z mafii i tak dalej?

- Wiesz co, Sokratesie Iwanowiczu - powiedział Korniew, któremu wyczerpały się właśnie zapasy szczerości w organizmie - a może bym tak zadzwonił po taksówkę? Chwila i jesteś w domu! O pieniądze się nie martw, stawiam!

- Nie kłopocz się!

Gredis odwzajemnił się uczniowi klepnięciem po ramieniu. W tym momencie przyjechał autobus. Uścisnęli się kurczowo. Korniew wepchnął profesora do środka. Odwrócił się i szybko odszedł, nie oglądając za siebie. Sokrates Iwanowicz zastanawiał się nad dziwnymi słowami Ilji przez pierwszą połowę drogi, potem zapadł w drzemkę. Ocknąwszy się przystanek przed domem, wyskoczył w chłodny półmrok, odczuwając ni to radość, ni to pewność, że wszystko się wypełnia właśnie tak, jak powinno się wypełniać.

***

Sokrates przejął obowiązki dyrektora, sprzątacza, specjalisty od witek, wełnianych czapek i rękawic. Wziął na swoje barki odpowiedzialność za piołun i echinaceę, za Parę i jej skutki. Na stanowisku masażysty zatrudnił swojego dawnego znajomego Kolę Weresajewa. Księgową i kasjerką została kulawa, ale przemiła trzydziestoletnia dziewczynka Sława Kotusiowa. Jej kuzyn bandyta, mafijna szycha, trzykrotny minister, zapewniał im teraz odpowiednią opiekę, co znacznie zwiększało szansę na przetrwanie całego przedsiębiorstwa - łaźni, ich żywicielki.

W ten sposób na całą firmę składały się trzy osoby. Stosunki z pracownikami kotłowni nawiązały się przyjazne, ale bez poufałości. Kto wie, komu można zaufać w takich czasach? Komu się powierzy najskrytsze myśli na terenach okupowanych?

Każdy roboczy poranek w Piątym Rzymie zaczynał się od nieskładnego, ale natchnionego wykonania ukraińskiego hymnu. Dyrektor, księgowa i masażysta stawali na piętrze przed oknami zwróconymi na północny wschód i śpiewali o tym, że ukraińska siła i chwała jeszcze nie umarły, chociaż, prawdę mówiąc, w Z od tych słów łzy momentalnie cisnęły się do oczu nawet Gredisowi. Wycierał je po kryjomu i potem za każdym razem wyrzucał sobie słabość. O tym performansie profesor nie mówił nawet swej prorosyjsko nastawionej żonie.

- I po cholerę my to robimy? - pytał Nikołaj za każdym razem, gdy pracownicy łaźni kończyli śpiew, a Sława Kotusiowa, również ocierająca drobne łezki rogiem bialutkiej chusteczki, schodziła, utykając, do swojego kantorka na parterze z przeźroczystym okienkiem, metalową kasą i wielkim sejfem.

- Jest to, Kola, żebyś wiedział, akt obywatelskiego nieposłuszeństwa - odpowiadał Sokrates. - Wyobraź sobie, że ta oto nieskomplikowana ballada, gdy wykonujemy ją w naszej łaźni, staje się prawdziwą bronią. I to bronią, Kola, groźną. Jeżeli chcesz wiedzieć, wnosimy bezustanny, zgubny astralny ferment w pracę mechanizmów rosyjskiego inferno!

- No coś ty?! - mówił Weresajew z niedowierzaniem, kiedyś inżynier chemik, a obecnie specjalista od masażu ludzkich ciał.

- Mówię, jak jest! - Sokrates kiwał głową. - Przecież nie tylko odtwarzamy hymn, czyli gatunek liryki religijnej, utwór o charakterze uroczystym, nadający opiewanym sprawom odpowiednio dostojną realizację poetycką, ale stwierdzamy ten fakt, że nie utraciliśmy, Kola, ani chwały, ani wolności[10], ani honoru, ani sumienia. Rozumiesz?

- Mniej więcej. - tamten potakiwał.

- Ukraina dla nas, znajdujących się w Z, to nie państwo, biedny młody kraj, rozszarpywany na strzępy zarówno przez rosyjskich, jak i miejscowych szakali. Ukraina w ogóle nie jest żadnym terytorium! Właśnie dlatego, Kola, nigdy nie zostanie pokonana przez ordy alkoholików, hurraidiotów, buriackich czołgistów[11] i moralnych zwyrodnialców. Ukraina to w istocie nasza niebiańska ojczyzna. Prawie jak życie po śmierci! Nadążasz?

- Jakoś z trudem! - przyznał się Nikołaj.

- Jak by ci to wytłumaczyć... - Gredis siadał na ławce i zapalał papierosa, obserwując, jak porwane przeciągami strugi dymu pokornie ulatują w górę. - Czy, dajmy na to, Kola, zastanawiałeś się kiedyś nad tym, gdzie trafisz, gdy twoje włochate serce przestanie bić? A przecież ten finisz, ta chwila nie jest wcale taka odległa!

- No to po co o tym myśleć? Na wszystko wola Boża. Profesorze, coś za bardzo górnie i lotnie gadasz! - Weresajew się krzywił. - A prościej się nie da?!

- A prościej, Kola, żadnego innego Raju oprócz kraju swojego serca człowiek mieć nie może. I żadne inne Piekło też mu nie grozi. Wyobraź sobie, że własnoręcznie wznosisz pięciogwiazdkowe apartamenty na wieki wieków. Z widokiem na pępek wszechświata. Możesz jeszcze za życia zasłużyć na Ukrainę wieczną i piękną, a możesz na wiekuiste prorosyjskie Z.

- Wiekuiste Z? - rozbawił się Weresajew. - To coś jak dożywotni ecych[12] nabijany gwoździami?

- Co takiego? - Gredis zmarszczył brwi.

- No w sensie śmierć po śmierci?!

- Właśnie, coś w tym rodzaju! - Sokrates się ożywił. - Zresztą prawdziwe życie też tylko po niej. Pewnie nie będzie nam dane ujrzeć niebiańskiej Ukrainy wcześniej. Jednak wykonywana przez nas ballada niejako umacnia jej istnienie tu i teraz, wybijając tym sposobem ontologiczny stołek spod nóg naszych oponentów.

- Kontrowersyjne podejście, ale podoba mi się! - zgadzał się Nikołaj po namyśle, żeby następnego poranka zadać te same pytania.

***

Styczniowy poranek, kiedy Karolina wyruszyła na powitanie konwoju humanitarnego, przebiegał wyjątkowo spokojnie. Łaźnia była zamknięta od kilku dni z powodu braku wody. Sokrates wiedział już, że Piąty Rzym nie zależy od miejskich wodociągów. Gdyby jednak otworzyć łaźnię teraz, to zapewne by ich wszystkich, pracowników Piątego Rzymu, zakatowano na śmierć w piwnicach kontrwywiadu. Skąd, zapytaliby uprzejmi rusofile, macie wodę w rurach, kiedy wszędzie jej brak? Skąd para, jeśli kotłownia nieczynna? I co by Sokrates im na to odparł? W odpowiednich organach i bez tego mnożyły się wątpliwości pod adresem Gredisa. Dlatego nie tracąc nadziei, że wszystko się jakoś ułoży, profesor czytał na nowo Wergiliusza i popijał prawie wrzącą kawę - jedyny produkt, którego domowe zapasy nigdy się nie kończyły.

Liza, która przez całą noc wymalowywała swoje kleksy, teraz spała. Kotka Gerda, siedząc na parapecie, obserwowała wyziębiony świat za oknem. Oderwawszy się na sekundę od tekstu, żeby ją pogłaskać, profesor nagle uświadomił sobie, że oboje z kotką zgłodnieli. Szykując naprędce śniadanie, cicho nucił:

- Rośnie ziemniak, kwitnie bób, a na polu stonka wróg. Stonka sunie, lecz wnet skona przez lwowskiego agronoma.

Rozległ się dzwonek do drzwi. Otworzył. W progu, dygocząc, pojękując i cicho zawodząc, stał Weresajew. Przyciskał do piersi flaszkę wódki, ale nie mógł niczego sensownie wytłumaczyć.

- Co ci jest, Kola?

Weresajew zaszlochał i przywarł trzęsącą się głową do piersi Sokratesa. Jak gdyby cyklop postanowił wyżalić się na piersi Odyseusza. Masażysta, pomimo nie najlepszej formy, był prawie dwukrotnie większy od profesora.

- Kiepsko to wygląda! - postawił diagnozę Gredis i wciągnął Kolę do mieszkania. - Żyjesz?

- Nie wiem! Nic nie wiem!

- I po co w takich ilościach spożywać, Nikołaju Nikołajewiczu?! Przecież wkrótce nie dasz rady wykonywać obowiązków! Sił zabraknie! - Profesor pokręcił głową.

- Jestem chemikiem! - odrzekł Weresajew twardo, podając profesorowi butelkę. - A chemik musi pić!

- Dobrze! - przytaknął Gredis. - Ale tylko po setce! Pamiętaj, że w każdej chwili może nadciągnąć moja połowica. A wtedy obaj będziemy mieli przechlapane.

Posadziwszy Weresajewa na krześle, profesor postawił na stole kieliszki, otworzył butelkę i nakładając jajka sadzone na talerze, machinalnie dośpiewał: - Do słoiczka zamknie, łapki poobrywa, główkę stonce urżnie, piosenkę zaśpiewa. Oj, zapłacze żona, oj, zapłaczą dzieci, gdy przeklęta stonka do domu nie wróci.

Kola wybałuszył oczy i niespodziewanie twardym głosem powiedział:

- Jak możesz? Po tym, co się stało! Jak możesz tak żartować?!

- Jak mianowicie?! - zdziwił się profesor.

- O stonce! - powiedział Nikołaj i zapłakał. - To był koszmar, Sokratesie Iwanowiczu! Pieprzony koszmar! Wszystkich pocięły, zabiły! Owady! Mój Boże! Nigdy, ale to nigdy nie myślałem, że dożyję czegoś takiego! Apokalipsa, normalnie! Przecież one, tak naprawdę, powinny ziemniaki wcinać. Ale jak tak, jak tak można?! O, psia mać, co za koszmar! Polej, profesorze, bo kijowe rzeczy się dzieją na świecie i coś mi mówi, że nie ma przed nimi ratunku!

- Czekaj, kto kogo pociął? - Sokrates się nachmurzył, chuchnął w kieliszki, polał wódkę. - Kto miałby wcinać, jakie ziemniaki? O czym ty mówisz, mój złociutki?

- Na targu! - powiedział Kola twardo, podniósł kieliszek, wlał jego zawartość wprost do gardła i postawił znowu przy talerzu profesora. - Polewaj!

- O nie, szanowny panie! - Profesor pokręcił głową. - Zjedz jajko, a potem opowiesz, co się stało! - Pochylił głowę i uważnie spojrzał w oczy Koli. - Czy tak naprawdę nic się nie stało... - Gredis przenikliwie błysnął szkiełkami okularów. - A cały problem tkwi w syndromie abstynencji, tylko i wyłącznie w nim?

Nikołaj Nikołajewicz zrobił straszne oczy, największym wysiłkiem woli podniósł się z krzesła, podszedł do pękatego telewizorka stojącego obok mikrofalówki i go włączył. Na ekranie zamigotały fragmenty okaleczonych ludzkich ciał. Lektor tymczasem mówił:

- ...W chwili, gdy zaczęto rozdawać pomoc humanitarną, rozległy się potężne wybuchy, które spowodowały śmierć niewinnych ludzi. Dwadzieścia osób nie żyje, dwanaście zostało rannych. Takie są tragiczne skutki ostrzału artyleryjskiego przeprowadzonego przez ukraińskie siły zbrojne...

Wtedy kamera prześlizgnęła się po fragmentach tułowia i głowie leżącej na ziemi Karoliny. Gredis nic więcej nie słyszał. Chociaż martwa twarz i rozczłonkowane zwłoki jego żony widniały na ekranie przez krótką chwilę, ten zdążył bardzo dokładnie przyjrzeć się każdemu szczegółowi. Profesor miał fotograficzną pamięć i wiedział, że do końca życia nie zapomni ni tej twarzy, ni tych oczu, ni ludzkich wnętrzności na mokrym od krwi śniegu.

- Co t-to?! - Sokrates w jednej chwili sczerniał, jak gdyby wypłowiał, bezsilnie opadł na krzesło. - Karolina! P-przeczuwałem to! - Otarł z czoła gęste krople potu. - Nie chciałem jej puścić. Mówisz, że ostrzał artyleryjski? To dziwne! Dlaczego nic nie słyszałem?! I skąd, powiedz mi, miałyby strzelać ukraińskie moździerze, skoro jesteśmy w samym centrum? Przecież to tuż obok, dwa kroki! A ja nic a nic nie słyszałem! Kompletnie! No tak, oczywiście. - Przygnębiony pokręcił głową i cicho zamamrotał, zdjął okulary i zaczął przecierać szkła, nie zauważając łez cieknących z jego ślepawych oczu. - Liza jeszcze spała. Ja czytałem. W ostatnim czasie, wiesz, zupełnie nic nie widzę i nie słyszę. Ech, starość nie radość...

- Żadnych moździerzy! - zawołał Weresajew, uderzając pięścią w stół. - Jeśli chodzi o inne przypadki, nie mówię, że nie! Nasza artyleria, psia mać, nie zna litości. Zabiliby choć jednego bojówkarza, swoją drogą. Co prawda jednego przypadkiem ranili, miesiąc temu na własne oczy widziałem. Ale teraz, Sokratesie, żadnych moździerzy, nic z tych rzeczy! - Uniósł się nieznacznie z krzesła, ale natychmiast usiadł. - To wszystko ściema, psia mać! Totalna prowokacja w stylu Agencji ISZTAR-TASS[13]! Prostytutki pieprzone! Wydarzyło się zupełnie coś innego!

- Co w takim razie, Kola, twoim zdaniem, się wydarzyło?! - Gredis ponuro zmarszczył czoło i w kącikach jego oczu znowu pojawiły się łzy. - Co się tam właściwie stało?

- Stonka! - Masażysta znowu uderzył pięścią w stół. - Stonka, psia mać!

- J-jaka stonka?! - Profesor skrzywił się z rozdrażnieniem. - Kola, jaka znowu stonka?

- Ziemniaczana! Żuk Kolorado! - Weresajew wstał z krzesła i z rozłożonymi rękoma zaczął krążyć po pokoju na lekko ugiętych nogach. - Cztery cholerne bestie! Wydostały się z białego kamaza jak czarno-żółta śmierć. Skrzydła: o takie! Nogi: o takie! Wyobraź se, każda poczwara wielkości cielęcia, tylko z tą róźnicą, że cielęta nie latają i ludzi na drobne kawałki nie rżną! Pomyśl tylko, boczne nogi jak te szable: krzywe i ostre. Jak nie wpadną na plac, jak nie zaczną krążyć i młócić! Mój Boże, Sokratesie Iwanowiczu! Mój Boże! - Kola chwycił się rękoma za głowę. - Stonka, psia mać! Stonka! Normalnie żywi ludzie byli, a po chwili już sam tylko farsz. I bez tego, jak wiesz, źle sypiam. W parku przy domu słowianofile, sukinsyny, strzelają po nocach! A teraz jeszcze to... Mój Boże, Sokratesie Iwanowiczu, mój Boże!

- Jesteś niezdrów, Kola! - powiedział Gredis zdecydowanie i zaczął wkładać sweter i kozaki. - Wygląda na to, że masz białą gorączkę, co jest smutne, ale niezbyt interesujące... - Profesor otarł łzy, z zaskoczeniem oglądając wilgoć na swoich palcach, pomasował skronie. - Dobrze, zostań tu na razie. Możesz się położyć. A ja n-naprawdę muszę iść. Karolina przyjęła swoją śmierć. Przecież trzeba coś zrobić?! - Zagubiony przystanął na środku kuchni z szalikiem w ręku. - Żeby jeszcze ktoś powiedział, co dokładnie? Gdzie mam jej teraz szukać? Chyba nie na targu? Tak się przecież nie da?! Nie mogę pójść i pozbierać do worka tego, co zostało po mojej miłości?! Przecież tam są kawałki zwłok pomieszane z ryżem. R-risotto jakieś, Boże wybacz!

- Na sto kawałków pocięły kobietę przeklęte owady! - potwierdził Nikołaj. - Idź oczywiście! Ale, myślę, że zwłoki, a raczej to, co z nich zostało, zabrali już do kostnicy. Weź dokumenty na wszelki wypadek. I jej, i swoje. Przyjdziesz, powiesz, że niby tak i tak, ładunek dwieście[14] chcę zabrać. I nie denerwuj się tam! Mnie już jest lepiej, tylko zrobię sobie herbaty i przy telewizorze siądę!

Kola dopił resztę wódki prosto z gwinta i z żalem postawił pustą butelkę przy nodze stołu...

Kropił zimowy deszcz ze śniegiem, gdy chowano Karolinę w zamkniętej, świeżo zrobionej lipowej trumnie, która kosztowała nieprzyzwoicie dużo pieniędzy. Poza nimi dwoma i Lizą przy grobie kręciła się czwórka trzeźwych, złych, zmęczonych kopidołów i podpity bezdomny, cierpliwie czekający opodal, aż profesor zostawi przy mogile przedwcześnie zmarłej żony zawczasu przygotowaną garść landrynek i ćwiartkę podłej wódki.

- Wojna, psia mać, najprawdziwsza wojna! - mówił Kola, otulając się w płaszcz.

- Wojna, Kola, co zrobisz - zgadzał się Sokrates - tylko dziwna jakaś.

- A to się zgadza! - Kola pokiwał głową. - Wczoraj na własne oczy widziałem, jak z południa sunęła ukropska[15] mgławica. Dokładnie tak, jak bojówkarze w knajpie opowiadali. Nagle na horyzoncie coś zielonego się pojawia i od razu cała okolica ląduje głęboko w de! De jest zielone, dzwoni i pachnie koperkiem. Pod jego wpływem żołnierz fiksuje do niepoczytalności. Dziwne, że to zjawisko pojawia się także na terenach kontrolowanych przez wojska rządowe. Czasami to tylko jakby ciągnie nad Z i idzie skrajem... Coś tu nie gra, nie? - Nikołaj z trwogą spojrzał w twarz Sokratesa. - Jak uważasz? Jeszcze słyszałem, że tutaj niedaleko jest niewielka opuszczona wioska akuratnie między Z i Łutuninem. Za Sowietów tam wzorcowe gospodarstwo hodowlane było. I wiesz co? - Nikołaj prychnął i pociągnął nosem. - Teraz w nim te insekty osiadły. Gniazdo tam mają. Łapią bojówkarzy po nocach i rozdzierają na kawałki. Kijowskie media piszą, że niby partyzanci. Jacy, do cholery, partyzanci?! - Nerwowo się zaśmiał. - Jak człowiek takiego partyzanta zobaczy, to po śmierci się jąkać będzie! - Pokręcił głową. - I co ciekawe, gdy bojówkarze przyjechali transporterem, żeby, jak to się mówi, zniszczyć gniazdo zarazy, jeden z tych żuków wskoczył im na pancerz i zaczął go szarpać jak pies sztukę mięsa. Zostały, ja pierdykam, same koła po transporterze opancerzonym. Wyobrażasz sobie coś takiego?

- Co ty wygadujesz, Kola?! - skrzywił się Sokrates.

- Sam jestem w szoku, Sokratesie Iwanowiczu! - Nikołaj zaczął machać rękoma. - Przecież one powinny polować na przedstawicieli drugiej z walczących stron. No jeśli się logicznie pomyśli, nie? A te, rozumiesz, bojówkarzy tną. I bądź tu mądry! Na drugą stronę przeszły żuki św. Jerzego czy jak? Czuje, kurna, Żuczek Mruczek, po czyjej stronie jest prawda! Widać nie z pomocą humanitarną wysłał go tutaj święty męczennik!

- Oddam cię na przymusowy odwyk! - obiecał ponuro profesor. - Rzuciłbyś picie, Weresajew! I nikomu nie rozpowiadaj, błagam, że na bazarze szalały owady, które przywędrowały z Rostowa białym kamazem. Zamkną cię przecież w wariatkowie i nawet wojna ci nie pomoże. A mogą też pod murem ustawić. Hipokratesi z nich, że ho, ho. Zrozum, w łaźni bez ciebie nie dam sobie rady. I zdrowie już nie to, i klientów, sam wiesz, jakich teraz mamy. Druga para rąk do pracy nigdy nie zawadzi.

- Powtarzam jeszcze raz. - Nikołaj z miną znawcy tematu splunął na bok. - W zajściu brały udział owady wielkości cielęcia. Poszatkowały mieszkańców niczym kapustę, uniosły się w powietrzu, trochę powisiały i poleciały nie wiadomo gdzie. Choć teraz, w sumie, wiadomo. A jak mi nie wierzysz, profesorze, możemy pojechać zobaczyć. Mój opel jest jeszcze na chodzie...

- On mówi prawdę - wtrąciła się Liza, patrząc z ukosa na profesora. - Żuki istnieją. Malowałam je, widziałeś sam!

- Malowałaś, fakt. - Sokrates skinął głową. - Lepiej byś, dziecko, Eden namalowała.

***

Wojna podeszła pod bramy Z, a wraz z nią zmieniło się życie miasta. Ostrzały niszczą obrzeża, giną cywile. Zimny strach, proszę ja was, człowieka ogarnia! Tak niby historia się powtarza, zatacza krąg. Spotkały się i zrymowały początek minionego stulecia i początek obecnego. Kręci się karuzela dziejów, mili współobywatele! Rozbrzmiewa melodia walca, skaczą gotowe się uśmiać konie, zebry, słonie, krokodyle. Operetka! Europejskie święta wojskowe! W Kijowie siedzą zdrajcy i złodzieje, w Moskwie - dyzmowaci idioci, szaleńcy i zbrodniarze wojenni. Im dalej, tym mniej chleba i nadziei. W niedzielę echo mknie w tę i we w tę po pustych ulicach miasta Z. Wiatr i słońce! Przejmująca pustka. I tylko pracownicy komunalni, niczym inspicjenci sceny, niezmordowanie łatają miasto - tę wciąż niszczoną dekorację do spektaklu, którego nie sposób zatrzymać.

Poszukiwania jedzenia i picia, brak pracy i poczucia bezpieczeństwa. Bojówki na ulicach miasta, rosyjskie media w głowach. Nie ma z kim porozmawiać. Z nikim zresztą lepiej nie rozmawiać. Dobrze jest radzić sobie na wojnie w pojedynkę. Ale w sprawdzonym towarzystwie jednak lepiej. Przynajmniej wiesz, że nie wydadzą cię za proukraińskie sympatie. Nie wyklną. Nie będą patrzeć wilkiem. Razem będziecie wróżyć z odgłosów porannych i wieczornych ostrzałów.

Niemiłosierne inferno urabia miasto na swoją modłę. I nie widać temu końca. Ale nie ma nic podlejszego niż przypadkowa śmierć. Zwłaszcza jeśli nawet nie myślałeś o tym, żeby walczyć, a po prostu, powiedzmy, postanowiłeś pójść do sklepu po chleb. A tu bęc - przyleciało do ciebie Bóg wie co i skąd, rozwalając część twojego i część sąsiedzkiego mieszkania. Siedzisz więc sobie na łóżku i patrzysz przez brakującą ścianę na zimową mżawkę ze śniegiem, i myślisz, że przynajmniej zostały ci w torbie chleb i flaszka wódki. Sąsiad miał gorzej. Znajdował się w mieszkaniu, kiedy ten upominek przywiało wiatrem. I już nie zobaczy kolejnego świtu, ogolił się dziś po raz ostatni. Zimno jak diabli, a ty siedzisz i zastanawiasz się, jak będzie wyglądało życie w tym mieście po wojnie. Jesteś święcie przekonany, że to "po wojnie" kiedyś musi nastąpić.

Siąpienie ze śniegiem - taki deseń ma ten luty. Palisz, melancholijnie obserwując pogodę, i myślisz: no jak to tak? dlaczego to cholerstwo przyleciało akurat do twojego domu? Zdajesz sobie sprawę, że dowódca obsługi wyrzutni artyleryjskiej, miły chłopak spod Czernihowa, osobiście do ciebie i twojego nieboszczyka sąsiada nic nie miał. Nie jesteście bojówkarzami. Sąsiad, ten przynajmniej w ochronie supermarketu pracował, a ty jesteś zwykłym ukraińskim masażystą i chemikiem, zatwardziałym prozaikiem. Chłopak, który skierował tutaj pocisk i przekreślił twoje stare życie, nie chciał was zabić. Ale od tej myśli jakoś nie jest ci o wiele lżej. Lżej, ale nie o wiele. A co dopiero sąsiadowi. Jemu po śmierci z pewnością ulżyło, ale czy był temu rad?

No i tak to widzisz jest. Krótko mówiąc, Weresajew zmarzł jak pies, podziwiając przez wyłom w ścianie pejzaż wojenny utrzymany w czarnych tonach. Opróżnił flaszkę z gwinta, zagryzł połową bochenka i przyszedł do Gredisa z manelami, które zmieściły się w walizce. Aż do samej nocy zwozili do mieszkania profesora rzeczy, które dało się wydobyć spod zawałów. A jak już wszystko pozwozili, to mogli nareszcie usiąść do stołu.

Płonęły świece, pachniało razowym chlebem, słoniną, smażoną cebulką. Mieszkanie profesora tonęło w lutowym gorzkawym dymie. Jelizawieta kręciła w ręku kieliszek wina, patrzyła w noc, przysłuchiwała się rozmowie. Dom kołysał się od wybuchów na wzburzonych falach wojny, Kotusiowa nakładała na talerze gorący ryż pachnący rodzynkami i kurczakiem.

- No idźcie - mówił pijany i zły Weresajew. - Spytajcie, jakie standardy obowiązują na świecie! Idźcie i spytajcie! Ludność cywilna powinna ginąć z winy obu walczących stron. Mówię wam, to jest warunek konieczny współczesnych działań wojennych. Inaczej być nie może. - Nikołaj omiatał smutnym spojrzeniem swoich rozmówców. - Sądzone mi jest umrzeć z ręki ukraińskich artylerzystów? No cóż, powiem ja na to, taki mój los! Szary ze mnie człowiek. Przeżyłem swoje życie niemądrze. A zginę pewnie też głupio. Ci chłopcy, których przyjście co dnia przyśpieszamy hymnami pochwalnymi, ukatrupią mnie, nawet nie podejrzewając, że był sobie na świecie taki jeden proukraińsko nastawiony chemik ludzkich dusz, co to lubił sobie golnąć, do piersi się ciepłej przytulić, a i przed czytaniem psalmów w łaźni się nie wzbraniał...

- Może byś, Kola, psalmami tak bardzo się nie chwalił - mruknął profesor, mimowolnie rozglądając się wokół.

- Jesteśmy u siebie w kuchni czy jak? - Kola uniósł brwi. - Tylko ty, tylko ja. A Sławka i Liza to są nasze dziewczyny, i tak o wszystkim wiedzą!

- Bardzo bym cię jednak prosił, Nikołaju! - powiedział Gredis surowo.

- Dobra. - Weresajew westchnął ustępliwie. - W porządku, dyrektorze. Ty mi lepiej co innego powiedz. Wytłumacz mi taką rzecz. Dlaczego w tym wszystkim, no wiesz, nasz prezydent nie wyjdzie na trybunę, nie złoży dłoni wokół swoich nadętych ust i nie zawoła na cały świat: jak się macie, moi drodzy? Jak się wam powodzi w tym waszym cholernym Z? Jak się masz, Nikołaju Nikołajewiczu Weresajewie? Jak się masz, Sokratesie Iwanowiczu Gredisie? Sławo, Lizo, co słychać, dziewczyny?! Że niby, trzymajcie się, nie dajcie się, jesteśmy z wami! - Otarłszy gorzką łzę, Kola nalał sobie i wypił. - Dzieci, kobiety, starcy i staruszki, trzymajcie się! Wy, faceci po czterdziestce, co nie macie dokąd wywieźć za dużych, niezaradnych rodzin, też nie upadajcie na duchu! I wy, ludzie handlu, którzy macie w Z biznes, domy, działki i długi, też nie wpadajcie w rozpacz. Pamiętamy o was! - Nikołaj ściągnął brwi i popatrzył Sokratesowi w oczy. - Co by mu, powiedz, szkodziło, gdyby powiedział to prosto ze srebrnego ekranu swoimi srebrnymi ustami? - Kola chwilę milczał, próbując zebrać myśl. - Nie, nie jestem dzieckiem! Żadne słowa nie wskrzeszą niewinnych ofiar. Nie odbudują zrujnowanych miast i ulic. Zniszczonego życia nie naprawią. Ale za to byśmy wszyscy, co tutaj mieszkamy, wiedzieli, że Ukraina nas nie zostawiła! Że walczy nie o terytoria, ale o ludzkie serca! Powiedz mi więc, profesorze, dlaczego jedyny gwarant konstytucji na ziemiach okupowanych nie mógłby tego zrobić?

- Nie wiem dlaczego - odpowiedział Sokrates ponuro.

- A może się nie orientuje, że tutaj też Ukraińcy mieszkają? Czekoladę[16], a jakże, lubią. Do pierogów wódkę piją. Piosenki śpiewają o tym, że ryczy i jęczy, czy to Dniepr szeroki[17], czy to czyjeś chore sumienie? Może się po prostu nie orientuje?

- Może i nie orientuje! - Profesor wzruszył ramionami. - Po co o tym mówić? Odpowiedzi na twoje pytania, Kola, i tak nie ma...

- A właśnie. - Weresajew nieoczekiwanie się uśmiechnął. - Panie i panowie, czy wiecie, że zacząłem pisać opowiadania o wojnie w mieście Z? Po wojnie z pewnością opublikuję!

- Ty i opowiadania?! - zdumiał się Gredis.

- Kto jak nie ja? - Nikołaj wzruszył ramionami.

- Może masz rację, że nikt więcej. - Profesor uśmiechnął się pod nosem.

- A więc - kontynuował Weresajew - podstawowe przesłanie tekstów, które wychodzą spod mojego pióra, jest następujące. Ciebie, człowieku, zabijają i swoi, i obcy. A ty, nieszczęśniku, masz z tym żyć! Jak by nie patrzeć, to twoja wojna! Chcesz czy nie! Twoja, bo przyszła po twoją duszę do twojego domu! I jeśli rano albo, powiedzmy, w środku nocy usłyszysz kanonadę, to nie pytaj, komu tam, na Boga, biją moździerze już któryś dzień. To pieprzona wojna wyciąga macki po ciebie! Chce twojego życia! Biegnij, jeśli możesz. Żyj, jak dasz radę. I dokonaj wyboru, za który nie wstyd będzie ci umrzeć w dowolnej chwili. Mniej więcej o to chodzi. Nic innego ci nie pozostaje. Nic innego po prostu nie ma.

- Poeta z ciebie, Kola!

Profesor zapalił, podszedł do lufcika i patrząc przez okno, pomyślał, że Z przy życiu trzyma tylko wiara. Ten, kto się opowiedział po stronie okupantów, woli nie zauważać gwałtu zadawanego przez rosyjskie inferno. Ludzie, którzy uważają się za Ukraińców, resztkami sił mężnie znoszą widok zburzonych przez artylerię domów, zabitych dzieci i kobiet.

Najtrudniej jest się pogodzić z całkowitym porzuceniem, z kłamstwami oficjalnych mediów, z retoryką Kijowa, który wyrzekł się mieszkańców Z. Profesorowi serce ściskało się z żalu, gdy czytał o tym, co myślą prawi, w gruncie rzeczy, ludzie, ale żyjący jakby nie na Ukrainie, ale już dalibóg po drugiej stronie dobra i zła. Co mówią o tutejszych ludziach niektórzy niewyspani, wkurzeni chłopcy, z bronią w ręku walczący o niepodległość kraju.

"Co im jednak pozostaje? - tłumaczył sobie Gredis. - Albo zabijać, albo umierać. To żołnierze. Nie są tu od tego, żeby rozumieć. Toteż nie rozumieją, dlaczego człowiek nie chce zostawić małego domku ze studnią i morelami koło chaty. Lepiej zresztą tego nie rozumieć. Na obcych łatwiej postawić krzyżyk. I łatwiej do nich celować. Ale to przecież twoi bracia, gdzie strzelasz, na Boga, drogi działonowy".

Po lutowych mrozach, które chwyciły od razu po ulewach, miasto przypominało barwne lodowe dekoracje przygotowane na próbę generalną Dnia Sądu. Ludzie powoli uczyli się zasad przetrwania. Bojówkarzy omijamy z daleka. Z władzą nie współpracujemy, w zatargi nie wchodzimy. Nikomu nie wierzymy, o nic nie prosimy, ale bierzemy, co dają. Nie tracimy nadziei. Cieszymy się resztkami sił. Oszczędzamy pieniądze i jedzenie. Po szóstej wieczorem nie należy wychodzić na ulicę, a po dziewiątej wyłączyć w domu światło. Przyciągało wampiry z bronią i "dokumentami" w ręku. Zbiry nowego typu. Za dnia obrońcy "ruskiego mira", nocą - szabrownicy... Dwoje takich jednych przyszło do Sławy Kotusiowej. Przyzwyczajona, że chroni ją parasol kuzyna mafiosa, otworzyła drzwi "przedstawicielom prokuratury wojskowej". No i gorzko tego pożałowała. Złupili ją do gołej skóry i tyle dobrego, że się zadowolili wyłącznie pieniędzmi. Kuzyn obiecał znaleźć ich i załatwić sprawę, ale Sława z jakiegoś powodu niespecjalnie w to wierzyła. W mieście rozpleniło się tyle bandyckich oddziałów, zgrupowań i paramilitarnych zastępów, że poszukiwanie konkretnych osób wyglądało na sprawę dość beznadziejną.

- Kto nie lubi światła elektrycznego? Że niby wampiry nie lubią światła elektrycznego? - krzyczał pijany Weresajew prosto w duże smutne oczy Lizy, która słuchała go nie bez pewnego zachwytu. - To wszystko, panie i panowie, kremlowska propaganda! One wprost uwielbiają światło! Poruszają się tylko przy nim.

- Ale dlaczego tak? - pytała Liza, wpatrując się w niego uważnym wzrokiem.

- Bardzo łatwo wytłumaczyć dlaczego! Jak to było? Żarówka Iljicza[18]. А Włodzimierz Iljicz, kim twoim zdaniem jest?

- Kim? - dziwiła się Sława Kotusiowa.

- A ty pojedź sobie do Moskwy, dziewczyno! Wejdź do mauzoleum i zobacz, kto to i co tam leży! - odpowiadał Kola triumfująco. - Światło elektryczne to rzecz po leninowsku straszna, choć i pociągająca. Współczesny krwiopijca się bez niego nie obejdzie! Dlatego, zauważ, siedzimy tu przy świecach! Jednak co profesor, to profesor! Wie, jakie światło służy ludziom w czasach ostatnich...

Życie nie stało w miejscu. Nadzieje na szybki koniec wojny legły w gruzach. Obróciły się wniwecz też stare przyzwyczajenia i wzorce. Piąty Rzym zwarł swoje szeregi. Kola zajął sypialnię profesora. Sokrates przeniósł się do gabinetu. Nawet Sława po napadzie zostawała czasami na noc w pokoju Lizy.

Życie było straszne, a jednak przepiękne. Gredis z Weresajewem przy kolacji chętnie oddawali się analizowaniu i uogólnianiu. Siadali w fotelach i patrząc na siebie przez dym tanich papierosów i płomień świecy, zapamiętale bajdurzyli, smakując radość i swobodę pijanych słów. Liza malowała, wzdrygając się co jakiś czas przy bliskich wybuchach, i słuchała tej gadaniny z taką uwagą, jak gdyby naprawdę był w niej jakiś wyższy sens.

Gredis mówił o świecie, o ludziach, o historii. Czasami medytował na głos, czytał wiersze, próbował muzykować na starym fortepianie. Wplatał w opowieści to, co uważał za słuszne, unieważniał przeszłość, wyolbrzymiał i bagatelizował do woli. Mówił w taki sposób, jakby wymyślał historię od nowa. Weresajew w miarę swoich możliwości też brał udział w stwarzaniu nowego obrazu świata. Zaciekle dyskutował, dopowiadał i czasami przekonywał profesora do swoich racji.

Podczas drugiej wojennej wiosny Liza dużo jeździła rowerem, jeżeli pozwalała pogoda. Naciskała pedały, wpatrując się w otwartą przestrzeń. Płakała z radości, szeptała urywki ulubionych wierszy. Ptaki lecą wysoko, chmury giną w dali. Najświętsza hałdo, tylko myśmy tu zostali. Nigdy nam się nie znudzi spoglądać na siebie. Ty patrzysz na mnie, a ja na ciebie[6*].

Pomagała Sokratesowi w łaźni. Dużo malowała. Wcześniej to były symetryczne abstrakcje przypominające plamy z testów Rorschacha. Ale ostatnio profesor z niemiłym zaskoczeniem zaczął zauważać na jej rysunkach nadmiar kopru i żuki, najprawdopodobniej te z Kolorado. Czuł się zakłopotany, bo to przypominało mu ostatnią rozmowę z Karoliną oraz sprzeczne ze zdrowym rozsądkiem zapewnienia Weresajewa.

Ale nawet ignorując je, Gredis nie był w stanie zrozumieć, w jaki sposób w wyobraźni Lizy współistniały elegancki, wysublimowany i mistyczny Anéthum oraz Leptinotarsа decemlineata, pożeracz papryki i tytoniu, bakłażanów, ziemniaków i pomidorów. Jak by nie patrzeć, to są wyjątkowo różne istoty. Jedyne, co mają ze sobą wspólnego, to zaklasyfikowanie do domeny eukarionty.

Jeden pochodzi z Azji Mniejszej, Himalajów, północnej Afryki, Iranu. Drugi to bezkonny caballero, który przeniósł się do Stanów, a potem wyruszył na spotkanie dekadencji do wiecznie ginącej Europy w ładowni z gnijącym kartoflem, podłą whisky i wielorybim tłuszczem...

Dziewczyna malowała całą noc, a teraz w jakimś półsennym transie patrzyła w bok, za okno, na wczesną, z trudem torującą sobie drogę, wiosnę. Widziała miasto, kawałek stepu, błękitne stawy i dźwięczne niebo, w którym mieniąc się, drgała czerwonomartwa nuta wojny. Skacowani Weresajew i Gredis zaglądali do jej pokoju, żeby ponaglić, ale zakłopotani rezygnowali i szczelnie zamykali za sobą drzwi. "Niech jej będzie!" - myśleli, uciekając. Grzechotali w kuchni garnkami i patelniami. Ćmili papierosy przy otwartym oknie, zerkali na zegarek, przysłuchiwali się dalekiej kanonadzie. Był wtorek, wczesny poranek. Czas ruszać do łaźni.

***

W Piątym Rzymie najprzyjemniejsze są właśnie wolne wtorki. Tego dnia nie ma klientów. Przez otwarte na oścież podsufitowe okno wsadziła dłoń - gałąź topoli - zmarła ciotka Karolina, stara prorosyjska suka.

- Dosyć obijania się! - krzyczy ustami pokiereszowanymi przez stonkę, długimi gałęziami ściąga z nieba obłok pełen aniołów, śniegu i szafiru i rzuca go w twarz Lizie.

Ta parska, uśmiecha się i potrząsa ramionami. Ciotka się krzywi, zwija usta w rurkę, syczy półgłosem, klnie jak szewc.

Wszystkie umywalki są wysokie i tylko jedna jest niska. Nad nią wisi lustro, w którym Liza uśmiecha się i kreśli palcem po zamglonej szybie. Album się otwiera i staje się jasne, że niska umywalka jest potrzebna, bo do łaźni czasami przychodzą niezwykli ludzie. Są wśród nich mężczyźni i kobiety. Odwiedzają łaźnię o zmierzchu. To Nibelungowie, dzieci mgły. Mieszkają w kopalnianych wyrobiskach głęboko pod ziemią. Muszą gdzieś myć ręce. Najpierw podchodzą do jednej z wysokich umywalek. Ale jakkolwiek by się starali, nie sięgną do niej. Skaczą i skaczą, doskoczyć nie mogą. Postoją trochę zasmuceni, ocenią obiektywny stan rzeczy i pójdą do malutkiej umywalki dla malutkich ludzi. I tutaj dopiero umyją ręce, które nie leczą, długie uszy, które nie słuchają, a także znużone serca, które nigdy nikogo nie kochały. A potem pójdą spać na poddasze. Nikt ich tam nie niepokoi. Niziutka umywalka jest dla nich.

We wtorek w łaźni nie ma nikogo. Cisza i spokój. We wtorek jest tutaj czysto i przytulnie. Nikt nie przeszkadza. We wtorek człowiek może się rozluźnić i zapomnieć o wszystkim. Łaźnia ochroni przed troskami wojny, nienawiścią i utratami. Niemilknąca pieśń wody i pary otula spokojem, którego już nigdzie więcej nie uświadczysz. Echo się rozsypuje i zaciera granicę między rzeczywistością a marzeniem. Wyparowuje gorycz. Znikają, jak gdyby nie istniały, złe uczynki. Ukradłeś, zabiłeś, uderzyłeś matkę? Przepieprzyłeś Krym i Donbas? Narysowałeś śmierć ciotki? Jesteś nazistą? Okupantem? Goblinem[19]? Separatystą z kwasem zamiast krwi? Angelem Obamą, Baraką Merkel, Ręką Putina? Kurką wodną? Suczym kotem?

Zapomnij. Nic z tego nie istnieje. Tylko poświst wiatru, tylko pary syk, tylko wody kapanie.

Wytęż słuch! Otwórz serce swoje! Wsłuchaj się! Bóg i łaźniowe echo unieważnią przeszłość. Uśnie sumienie. Złoży zmęczone, czarne skrzydła. Zwiesi do dębowego cebrzyka dziób, co zwykł szarpać surowe mięso. Niech wytchnie. Oliwa sprawiedliwa, owszem. Ale tylko tutaj, gdzie zalążki wszystkich światów drżą jak zielone winogrona w perłowej pajęczynie, będziesz mógł wreszcie odpocząć...

Ogromny dzień dopiero przed tobą! Po setce wypitej z Nikołajem Sokrates zapali na ganku, a potem wszyscy czworo powoli pójdą do domu. Ich dom jest o tam, na skos przez drogę za najbliższymi blokami, i dlatego nie ma znaczenia, czy wujek jest trzeźwy czy pijany. Nawet jak się zacznie ostrzał moździerzowy, to tylko kawałek drogi stąd. Czym zresztą jest pięćset, góra siedemset gramów wódki wypitych w czasie wojny przy dudnieniu odległej kanonady? Profesor nie będzie milczeć, nie będzie milczeć Weresajew, zaczną rozmowę bez końca. Bo mają dużo do powiedzenia. Bo tylko słowo prawdziwie leczy i chroni. Bo tylko w słowie odnajdziesz swój dom utracony na wieki.

Spokój zniknął z miejskiej ciszy, podobnie jak znikła sama cisza. A nawet jeżeli zagości w Z na godzinę lub dwie, to przeraża bardziej niż ostrzały. Rozejm to zły znak, odkąd ludzie na tej ziemi zabijają się nawzajem.

Ale jak to się dzieje? W albumie budzi się ludzik z rączkami i nóżkami. Bierze do ręki miniaturowy śmieszny kałasznikow i strzela. Kule zamierają na kartce brystolu długim rzędem grubych kresek. A po przeciwnej stronie stoi drugi ludzik. Jest dokładnie taki sam. I w ręku też ma kałasznikowa. Ale ten akurat to frajer. Zaczął strzelać ze swojej broni o półtorej sekundy później niż pierwszy ludzik. Dlaczego? Na kacu tak bywa. Po kochaniu się albo narkotykach. Ze zmęczenia. Albo gdy nie w porę przypomnisz sobie o Jezusie, który nalegał, że ludzi, nawet takich nieforemnych, nie wolno zabijać.

Zagapiłeś się. Szybko przekreślają cię grube minimyślniki. Najpierw zamieniają w kleks, w którym rozpływa się mała figurka. Potem w kłębek wściekłych linii rozchodzących się od środka na wszystkie strony. I koniec końców w dmuchany balonik. Podrygując na łaźniowych przeciągach, ten odlatuje precz z tego świata, z łaźni, z kraju, z kontynentu, gdzie trwa wojna. Baloniku mój malutki, smutne biedactwo. Czarna doskonałości. Na zwycięzców czekają nagrody. Na tych, którzy nie zdołali zabić, niebiańska błogość.

W zamglonym lustrze Liza przeciera palcem okienko. Ktoś ciemny patrzy stamtąd na nią. Gredis się ożywia, widząc w drzwiach Weresajewa. Ten z rana na trzeźwo jest milczący i wstydliwy. Pan Bóg na wtorkowy obiad dał im kanapki, pomidory, gotowanego kurczaka i połówkę. Chemik, siedząc, stawia stopy w piątej pozycji baletowej. Tak się da stać, ale zagadką jest, jak mu się udaje tak siedzieć. Nogi i ręce ma muskularne, owłosione. Z początku tylko się uśmiecha i milczy. Zgodnie z przyjętą tradycją przez pierwszych kilka chwil wtorkowego obiadu Sokrates pije z Nikołajem, ale rozmowę prowadzi z Lizą.

- Dokąd prowadzą te znaki, dziecinko? - Gredis uśmiecha się łagodnie do wódki połyskującej w kieliszkach, niczym do dobrego druha. - Może do ZSRR, kraju szczęścia i hunwejbinów, jak myślisz? - Śmieje się.

W kąciku ust trzyma zielony pęd szczypiorku. Na pomarszczonym podbródku wylądowały okruchy chleba.

Liza unosi brwi i patrzy na Sokratesa z powątpiewaniem. Przy wyjściu z umywalni na ścianach, szafach i nawet na podłodze są naklejone jaskrawoczerwone strzałki. Prowadzą w lewo, potem prosto, na dół po łuku na półpiętro, znowu do góry i znowu w prawo. Ale dziewczyna wie, że ZSRR nie ma z tym nic wspólnego.

W albumie pojawia się olbrzymia arka opleciona bluszczem. Po obu stronach stoją starogreckie posągi w papachach z gwiazdami. Mumia Lenina znad pianina. Kreml, rakiety, łagry, brzózki, cmentarze. Wieczny Władca vel Puchutas Wspaniały z okazji kąpielowego dnia jest ubrany w biały płaszcz i pantalony. Zdejmuje kapelusz, kłania się i roześmiany pokazuje szanownej publiczności fucka. Łotr Pierrot. Pierrot pułkownik. W gruncie rzeczy to pajac, ale figura straszna. Nikt nie wie, gdzie przebywa, jaki jest i, najważniejsze, w jakiej liczbie.

- Jeden z byłych właścicieli łaźni - mówi tymczasem Sokrates - zabrał się za ten remont jakieś dwa lata przed wojną. Wcześniej do dużej sali parowej klienci szli przez starą umywalnię. Budowlańcy rozebrali stary mur, znaleźli studnię i dolne kondygnacje. Z początku właściciel myślał, że sobie poradzi. Czytałem jego notatki, Ilja mi zostawił. Myślał naiwny, że góra dwa tygodnie i będzie po wszystkim. Ale remont stanął. Po tym, jak znikła trójka ludzi, pracownicy uciekli. Nowa brygada nie wytrzymała nawet miesiąca. Wcale się im nie dziwię. Osiwieli, gdy nabrali wiedzy insiderskiej. Wynieśli się i nawet nie chcieli wypłaty.

Kiedy cały ten interes z dobrodziejstwem inwentarza przeszedł w ręce Korniewa, ten zaprosił księdza, żeby poświęcił studnię - kontynuował Sokrates. - Tylko to wcale nie pomogło. Ksiądz ledwie zaczął kadzić, a tu, proszę ja was, Nibelungowie się wmontowali. Co prawda, ojczulek tchórzem nie był. Zrobił swoje do końca. Może myślał, że ma zwidy? Ale Nibelungowie, skubańcy, też stali spokojnie do samego końca, a potem mówią do niego uprzejmie tak, że niby dziękujemy ci, sługo Chrystusowy. Odyn jest zadowolony, Szubin śle ukłony, a wszystko, co się zwęża w stożek, tworzy Chronos[7*]. Proszę batiuszki, czy nie wybrałby się batiuszka na wycieczkę do labiryntów?

- Wyobrażam sobie! - Kola się śmieje. - Ale to już z pięć razy opowiadałeś...

- Dobra. - Sokrates ustępuje z westchnieniem. - Niech tam. - Polewa sobie i masażyście. - A ty, Kola, przypominasz dziś Tatarzyna, co to odpoczywa po bitwie z ruskimi kniaziami!

- Że jak? - Weresajew unosi rzadkie brwi i niepewnie się uśmiecha. - Nie pleć bzdur! Ja jestem felczer ludu łaziennego! Rodem masażysta, sercem chemik, a talentem prozaik.

- Chemik, powiadasz? - Gredis uśmiechnął się z lekką ironią. - Jesteś temnik[20] pozłacany światłem słonecznym, gotów w każdej chwili tańczyć Święto wiosny[21] i wódę żłopać!

Kola spogląda beztrosko. Jest przyzwyczajony do niejasnych sentencji profesora. Zdaje się nawet, że je lubi. Sokrates opróżnia kieliszek, uśmiecha się do Lizy.

- A więc stara umywalnia już od kilku lat jest nieczynna. Dlatego musiałem nakleić strzałki. No, żeby nasi klienci nie błądzili jak dzieci we mgle. Rozumiesz, dziecinko?

Liza rozumie tak dużo i to ją tak spina, że w okamgnieniu staje się o dziesięć lat młodsza, podskakuje w miejscu i biegnie dokładnie za strzałkami. Jedne drzwi. Drugie. Zakręt. Trzecia strzałka. Schody na dół. Otwiera szeroko drzwi do sali parowej. Przez kłęby pary widzi z ogromnej wysokości miraż zimowego stepu, punkty kontrolne, czołgi, wozy opancerzone, działa artyleryjskie, moździerze, śmieszne figurki uzbrojonych ludzi, chmury w połyskujących na niebiesko i czarno jeziorach, oblodzone drzewa. Zatrzaskuje drzwi i szybko idzie z powrotem, żeby zobaczyć w drzwiach gładką i rozluźnioną alkoholem twarz Sokratesa Iwanowicza.

- A tam jest wojna - oznajmia.

- Tak, dziecinko, wojna - zgadza się Gredis.

Lizie się wydaje, że jego głos dolatuje z daleka, głucho i przeciągle. Jak z bardzo, bardzo długiej tuby patefonu. Sokrates wstaje, nalewa herbatę sobie i Nikołajowi, szczodrze kroi cytrynę, rzuca po kilka grubych, kapiących sokiem krążków do filiżanek. Powietrze pachnie wódką, szynką, cytryną, kminkiem i chlebem.

- Wystarczy biegania, siadaj, zjedz!

Liza się syci świeżym białym chlebem z żółtym śmietankowym masłem. Na wierzchu leży pokruszone żółtko jajka i niewielki kawałek kurczaka pokrojony w cienkie plastry. Na jakąś chwilę robi się jej żal innych dziewczyn mieszkających w Z, które nie mają takiego wujka, takiej łaźni, takiego śniadania. Liza popija swoje współczucie gorącym słodkim mlekiem, dynda nogami. Mruży oczy z przyjemności, otwiera energicznie album.

Wujcio, nadal trzymając w ręku imbryk, unosi się do góry. Nogi odrywają się od ziemi, powoli podfruwają do sufitu. Sokrates tego nie zauważa. Struga esencji wciąż trafia do filiżanki, choć nie jest to wcale takie łatwe. Weresajew z uprzejmym zainteresowaniem patrzy na filozofa i łaziebnego pływającego w powietrzu do góry nogami. Przeciągi chłodzą dyndające w powietrzu męskie pięty i kołyszą zwinięte w dół nogawki.

Im dalej człowiek biegnie za strzałkami, tym wyraźniejszy staje się zapach wody. Para wychodzi naprzeciw i nęci. Idźże szybciej, mówi, za czerwonymi strzałkami namalowanymi na prostokątnych paskach tektury. Czasami Para zamienia się w szarego ptaka i krąży ledwo widzialna nad łaźnią. Pilnie wpatruje się w Z niczym sokół w poszukiwaniu ofiary.

- A tak w ogóle - mówi Sokrates - powiesiłem te znaki specjalnie dla ludzi, którzy przychodzą do tej łaźni po raz pierwszy. No rozumiesz.

- Świetnie cię rozumiem, profesorze! - Kola poważnie kiwa głową i powoli się ożywia. - Bardzo dobrze rozumiem! Co byś powiedział kontrwywiadowi, gdyby nie te czerwone strzałki?

- Wygląda na to, że oni się nigdy nie myli w swoim Rostowie, Petersburgu, Moskwie, Czelabińsku, Pietropawłowsku Kamczackim - kontynuuje w zamyśleniu Sokrates. - A nagle zdecydowali się wykąpać. Jak myślisz, dlaczego akurat u nas, na Ukrainie?

- No nawet nie wiem. Dziwna zachcianka, faktycznie. - Weresajew unosi brwi i duszkiem wychyla kieliszek.

- No właśnie o tym mówię - zgadza się Gredis. - Przecież w Z czasami brakuje wody i światła. Ledwie się człowiek namydli, a tu ciach i koniec przyjemności.

- To jeszcze nic! - potwierdza Weresajew. - Tu się i nie takie rzeczy dzieją.

Liza patrzy na Sokratesa, potem na Nikołaja i parska w dłoń. Piąty Rzym pod wpływem burz w Obłokach Magellana czasami zamiera, jak gdyby umiera. W okamgnieniu zamienia się w zimną mechaniczną lalkę, która patrzy na świat bezdennie czarnymi oczami zakratowanych okien. Para znika na tysiąc parseków w głębokim sercu zielonego mechanizmu. Proste drogi leżące przed tymi, którzy zażywali kąpieli w tym czasie na jej półkach, urywają się na zawsze. Ten, kto nie zdążył wrócić do umywalni przed zatrzymaniem się koła, zostaje wewnątrz starej jak świat winorośli. Całą wieczność można potem szukać i nie znajdować drogi z powrotem.

Jaskrawe czerwone znaki Sokrates wymyślił specjalnie dla ludzi z Rosji i innych państw świata, którzy przyjechali do Z powalczyć. Teraz nie muszą się zastanawiać, dokąd iść, żeby przypadkiem nie zabłądzić w nieskończonych labiryntach łaziebnej wieczności. Gredis długo i starannie rysował te strzałki, włożył w to dużo sił i serca. Teraz więc każdy najemnik ma szansę wrócić po kąpieli z powrotem.

Ale Liza doskonale wie, że te wszystkie strzałki można o kant dupy potłuc. Cokolwiek byś narysował, nie każdy wróci z powrotem. Nawet ściśle trzymając się znaków, można trafić do pokoju, którego nie ma. Każdy, kto z bronią przychodzi do Z, ryzykuje, że się zgubi na tych drogach. Młodzi i starzy, rodowici i nie bardzo Rosjanie szli do sali parowej i znikali w niej na zawsze.

Wesoło pogwizdując, z witkami i wiązką piołunu w ręku, w wełnianej czapeczce na głowie Iwan Iwanowicz szedł się myć. Myślał o najrozmaitszych rzeczach. Na przykład o tym, że inaczej sobie wyobrażał tę wojnę, kiedy oglądał program pierwszy telewizji państwowej. O tym, że wrócić do domu nie będzie tak łatwo. O tym, że z obiecanych pieniędzy wypłacili tylko jedną trzecią. O takiej jednej czarnookiej gówniarze z akademika. O problematyce dialogu u Dostojewskiego. O idei jedności "ruskiego mira". O szkarłatnym grzybie wschodzącym nad ukraińskim stepem. Niech ci para lekką będzie, Iwanie Iwanowiczu!

Wielu tam zabierano prosto spod prysznica. Liza tego nie widziała na własne oczy, ale wiedziała o tym na pewno. Najemnicy opuszczali ten świat razem ze swoimi manelami zostawionymi w szafkach. Razem z kurtką polową i granatami, ze sfatygowanym "kałachem", który miał mnóstwo nacięć na kolbie, z trzema komórkami, dwoma opakowaniami prezerwatyw, kilkoma setkami dolarów, z trzema skrętami nabitymi haszem i dilpakiem kokainy rozrobionej przed sprzedażą glukonianem wapnia.

Ten fakt, że ludzie znikali razem ze swoimi rzeczami, do pewnego czasu pomagał Sokratesowi usprawiedliwiać się przed władzą okupacyjną. Odpowiednie organa republiki Z miały wersję, że bezpośrednio po kąpieli żołnierze po prostu dezerterują. Zresztą, może i zamiast niej.

Dlaczego by i nie? Obrzeża miasta. Posterunków tu nie ma. Wszystkie są za jarem, jakieś piętnaście kilometrów dalej. Bardzo łatwo jest wsiąść do jednego z autobusów, prywatnych busów lub aut regularnie uciekających stąd w siną dal przez nikogo niekontrolowanych i dlatego niezbadanych terenów, i zniknąć ze wszystkich radarów. Mogło tak być? Jasne, że mogło. Żołnierz się wykąpał i heja z powrotem na stare śmieci. Do Moskwy, Czelabińska albo, dajmy na to, do swojego ukochanego Pietropawłowska Kamczackiego, w którym, jak wiadomo, zawsze jest północ. Spróbuj kogokolwiek odnaleźć w takim mieście.

Co jakiś czas łaźnię nachodzili różni ludzie chcący poważnie pogadać o stratach w składzie osobowym. Krzyczeli, grozili, urządzali przeszukania. Zdarzało się, że wykazywali się dobrymi manierami, ale najczęściej byli nieznośnie grubiańscy. I wtedy Sokrates obrywał na całego.

Co oni z nim wyprawiali! Bili po twarzy pięściami. Kolbami po klatce. Walonkami, w których leżały ołowiane kulki, po głowie. Po pośladkach i krzyżu chłostali wełnianymi skarpetkami z zawczasu potłuczoną w nich butelką po piwie. Ze cztery razy Sokrates dostał pierwszym tomem dzieł Platona, który zawsze leżał na biurku w jego gabinecie. Pod ogólną redakcją Łosiewa, Asmusa i Tacho-Godi. Tłumaczenie ze starogreckiego dwóch Sołowjowowych, Szejnman-Topsztejn i innych kolegów uczonych. Takie spotkania z Platonem, ma się rozumieć, zdrowia Gredisowi nie dodawały.

Ale rezultat zawsze był taki sam - profesor z trudem stawał na nogach, uprzejmie się uśmiechał. Rozmazując krew, przecierał opuchnięte oczy, rozkładał ręce i prosił panów republikanów wielkodusznie wejść w jego położenie. Jest tylko zwykłym łaziebnym, a łaźnia nie jest znowu taka wielka. Tylko parter i piętro. Wprawdzie są jeszcze pomieszczenia piwniczne. Ale przecież to nie jest żaden problem, żeby je wszystkie przeszukać? Pewnego razu Gredisa zabrano do piwnic byłej obwodowej komendy uzupełnień, gdzie zatrzymano go na trzy doby, które zapamiętał na zawsze. Dostał w skórę tak mocno, że przez ponad miesiąc nie mógł spać, sikał krwią i tracił przytomność w najbardziej nieoczekiwanych miejscach.

- W zasadzie, co tu dużo mówić. - Wzruszał ramionami i uśmiechał się do oszalałych z niepokoju współpracowników. - I tak miałem fart! Mogli mnie przecież zabić, ale nie zabili.

Sokratesa na dobrą sprawę ratowało to, że rzeczywiście nie wiedział, gdzie znikają ci wszyscy ludzie, którzy udają się do sali parowej i nie wracają. Za każdym razem, gdy Sokrates odgrywał na przesłuchaniu coś w rodzaju "czyż jestem stróżem okupanta mego", nie mijał się z prawdą. Sokrates Iwanowicz nie był stróżem. Był profesorem filozofii i łaziebnym. Takie to sprawy.

Ale tym razem niewątpliwie wszystko mogło się skończyć o wiele gorzej.

Trójka bojówkarzy zupełnie niepodziewanie przerwała wtorkową idyllę. Gredis zauważył ich i zdał sobie sprawę, że nie zamknął drzwi wejściowych za Sławą. Z żalem popatrzył na niedopitą butelkę i powoli wstał z ławki, machinalnie wycierając ręce szarym ręcznikiem. Wystarczyło szybkie spojrzenie, aby zrozumieć, że w odwiedziny nie przyszli rostowscy Kozacy ani miejscowi recydywiści i alkoholicy, i z pewnością nie panowie Buriaci szukający na Ukrainie nirwany. Przyszli rzeczowo nastawieni fachowcy.

***

- Chłopaki - powiedział cicho Gredis - łaźnia we wtorki jest nieczynna, gdyby ktoś pytał!

- A kulę w ryj? - zapytał szczupły wysoki przywódca trójki o paskudnej, przerażająco dobrej twarzy.

- Może cię w cebrzyku utopić? - zapytał drugi. Na kieszeni jego kurtki widniał napis: "Kuka". - Mówią, że łaziebni boją się wody, nie? - Wybuchł śmiechem. - Znałem takiego jednego maszynistę parowozu, co to się bał parowozów, czaisz? I okazało się, że nie przypadkiem. Kiedyś w ciągu pół roku potrącił na śmierć osiem osób. I za każdym razem był niewinny. Mordowaliśmy się z tą sprawą przez rok. Sprawdzaliśmy teorię związków metaprzyczynowych w aspektach odnoszących się do śmierci nienaturalnych.

- Metaprzyczynowych? - powtórzył Gredis.

- Ale nie to jest najśmieszniejsze! - Kuka zaraźliwie zarechotał. - Ta ósemka ofiar była blisko spokrewniona. I za każdym razem wypadek miał miejsce na tym samym przejeździe obok rzeki. Łaźnia przy tym to pikuś. - Kuka zamilkł, z zainteresowaniem oglądając umywalnię. - No nie powiem, fajnie tu macie! Więc co radzisz, mamy cię utopić czy powiesić?

- Możecie utopić! - zgodził się Sokrates, a jego twarz nabiegła ciemnoróżowym, prawie buraczanym pąsem. - Tylko, moim zdaniem, to nie ma żadnego sensu. Wszystkie papiery mamy w porządku. Podatki, że tak powiem, zanosimy komu trzeba...

- Racja, bez sensu! - wtrącił się do rozmowy trzeci, konus o krzywym uzębieniu. - Przecież jesteśmy ludzie kulturalni, no nie! Przecież chcemy wyłącznie wzajemnego porozumienia i przebaczenia, dobrze mówię, szefie? Każdemu w Z odpuszczamy wszystkie grzechy, nowe szczęście w nowe miechy! Przecież tak się tu u was śpiewa, nie?

- No nawet nie wiem, Mazaju, co ci powiedzieć! - Wysoki pokręcił głową, usiadł na ławce obok Sokratesa i chapnął udko kurczaka z plastikowego talerza Nikołaja. Obejrzał krytycznie: - To mi dzieciństwo przypomina!

I zaczął żuć z nostalgiczną uciechą, nawet nie ściągając kawałków nasiąkłej tłuszczem gazety z pęcherzykowatej różowawej skórki.

Dopóki jadł, wszyscy milczeli. Było słychać kapanie wody w umywalni. Cicho buczały rury. Wiatr wdzierał się przez otwarte podsufitowe okna. Pachniało wczesną wiosną.

- Mam na imię Walentyn! Pseudonim Chińczyk. Jestem oficerem oddziału specjalnego Lotos, Główny Zarząd Wywiadowczy Rosji. Mogę się wylegitymować. - Chudy nieśpiesznie wytarł tłuste palce o ręcznik profesora, wyciągnął z kieszeni legitymację i ją otworzył. W tej książeczce było trudno cokolwiek odczytać. Pięć pieczątek, wielogłowe ptaki, podpisy wymyślne jak język budowlańców. - Mój człowiek, starszy podporucznik, udał się wczoraj do waszej łaźni i do tej pory nigdzie się nie zameldował! Ustaliliśmy, że wczoraj tutaj prawdopodobnie zaginęła jeszcze dwójka innych żołnierzy. Ponadto okazało się, że to nie jest pierwszy przypadek w tym miejscu. Człowiek idzie się wykąpać i wyparowuje. - Chińczyk zamilkł, wyciągnął papierosa z paczki Gredisa i zapalił. - Właśnie dlatego jesteśmy przekonani, że nam z pewnością pomożecie. A my będziemy za tę pomoc wdzięczni!

- Ale jak byśmy mieli pomóc? - Gredis uśmiechnął się z zakłopotaniem, mrużąc oczy od promieni słonecznych wpadających przez okno.

- Na przykład możecie się przyznać do morderstwa! - Chińczyk rzeczowo skinął głową. - Co oczywiście jest mało prawdopodobne. Ewentualnie opowiecie o partyzanckiej bandzie, która tutaj działa. Przede wszystkim proszę się nie krępować, proszę mówić szczerze! Jak na spowiedzi. Jesteśmy pewni, że sporo wiecie, ale myślimy, że bezpośredniej waszej winy tu nie ma. Potknęliście się, a my pomożemy wam wyjść na prostą. Mam rację?

- Zwariował pan? - Gredis pokręcił głową.

- Wczoraj mój człowiek poszedł do tej łaźni i ślad po nim zaginął. - Chińczyk zaczął w zamyśleniu oglądać ostrze swojego bagnetu.

Potrzebuję sensownego wytłumaczenia.

- Daj spokój, ile się można z nimi certolić! - powiedział Kuka z rozdrażnieniem. - Temu tutaj... - Pokazał na Weresajewa. - Prawe jajco odciąć, wsadzić do gęby, niech żuje. Drugi, jak to zobaczy, wyśpiewa, co wie! Trochę chirurgii operacyjnej i gitara gra.

Gdzieś na dole trzasnęły drzwi. Po schodach do góry biegli ludzie.

- Kto to?! - Chińczyk się spiął, skinął swoim żołnierzom, którzy natychmiast zajęli pozycję za szafkami.

- Skąd mam wiedzieć! - Gredis wzruszył ramionami. - Może to wasz starszy podporucznik?

- Wykluczone! - Chińczyk pokręcił głową.

Do sali wbiegło pięciu miejscowych bojówkarzy plus minister ochrony zdrowia i transportu Girkawy. Rzuciwszy szybkie spojrzenie na Chińczyka, przybrał odpowiedni ton.

- Chłopaki - powiedział twardo Girkawy - musicie opuścić lokal!

- A to niby dlaczego? - odezwał się Kuka leniwym i złym głosem zza węgła.

- Dosyć tej samowolki! - wrzasnął Girkawy raptem z taką siłą, aż zadzwoniły szyby. - Dosyć, kurwa, odwalać kij wie co! Dosyć! Po dziurki w nosie mam waszych eksperymentów, panowie oficerowie! Jako przedstawiciel urzędu miasta i rządu republiki żądam, żeby noga wasza tu więcej nie postała! I pamiętajcie, że ze starym już było mówione na wasz temat. Nie podoba się nam to, co robicie w Z!

- Słuchaj, kolego... - Chińczyk najwyraźniej nie był gotowy do eskalacji. - Przecie wiesz, jak ważna jest nasza misja...

- A pies tańcował z tą waszą misją! - wrzasnął Girkawy znowu, ale natychmiast się opanował. - No już, szybciorem - wycedził przez zęby. - Już, towarzysze oficerowie, już was nie ma w łaźni! Dzisiaj nieczynne!

- Łaziebnego trzeba przydusić - poradził Chińczyk. - Na bank coś wie...

- Dusiliśmy i nie raz! - Girkawy wyszczerzył zęby. - Inny by już odwalił kitę! To nasz człowiek. Zero wątpliwości! I łaźnia też nasza, republikańska!

- A swoją drogą, co to znaczy Piąty Rzym? - zapytał Chińczyk, chowając bagnet do pochwy. - Czemu już w takim razie nie czwarty?

- Dlatego, że czwartego już nie będzie[22] - wyjaśnił Gredis.

- Widzę, że wyrobione z was chłopaki! - Agent GRU pokiwał głową.

- Żebyś wiedział! Coś jeszcze? - Wasilij się wyszczerzył.

- Zniknął nasz spec! - oświadczył Kuka, wychodząc z ukrycia i przerzucając przez plecy karabin ze skróconą kolbą.

- Gdzie on jest?! - Chińczyk patrzył na Sokratesa, jakby naprawdę oczekiwał, że Gredis mu natychmiast wyłoży, co się stało wczoraj w Piątym Rzymie z pewnym młodym oficerem, specem, nieżonatym bohaterem Rosji oraz dwójką trochę starszych najemników.

- Odpuść, majorze! - Girkawy się skrzywił. - Lepiej powiedz, czy prawdę gadają, żeś jeździł jeepami do żuków na chutor, co? Mówią, że goniły cię do samego miasta i o mało nie dogoniły. Czy ludzie banialuki wymyślają?

Mazaj i Kuka spojrzeli po sobie ponuro.

- Dobra! - Chińczyk skinął głową po sekundzie zastanowienia. - Pójdziemy sobie. Ale pamiętaj, Wasiliju Jakowlewiczu, to nie jest koniec rozmowy!

Girkawy zaczekał, póki na schodach nie ucichły kroki żołnierzy Lotosa, dał znak swoim ludziom, żeby też wyszli i nie patrząc na Gredisa, powiedział:

- Chodź, filozofie, pogadamy!

- Chodźmy, Wasiliju Jakowlewiczu! - Sokrates westchnął pokornie.

- Masz co polać?

- Znajdzie się! - Sokrates złapał parę plastikowych kubków i zakąskę.

Wódki w jego sejfie nie mogło zabraknąć. Bywalcy czasów ostatnich nierzadko żądali jej za każde pieniądze i byli bardzo niezadowoleni, gdy alkohol na sprzedaż się kończył.

W wąskim jak piórnik pokoju unosił się cierpki aromat dębowych witek. Kraty na oknach i matowe wąskie okna stwarzały senny półmrok. Girkawy zasiadł w fotelu Gredisa i uważnie obserwował, jak łaziebny szykuje poczęstunek na brzegu biurka, z którego odgarnął książki i dokumenty.

Na stanowisku ministra zdrowia i drugiego zastępcy mera miasta Wasilij Jakowlewicz czasami czuł się nieswojo. Chociaż miał za sobą niełatwą drogę od felczera, pielęgniarza miejskiej kostnicy, przez studenta akademii wychowania fizycznego, rekietera i kanciarza aż do niebiańskich wyżyn ministerialnych gabinetów, to nadal z trudem znajdował właściwy ton w rozmowie z Sokratesem. Krępowała go inteligencja profesora oraz życzliwy sceptycyzm w oczach rozmówcy. Wasilij wychylił duszkiem sto pięćdziesiąt i paląc, to spoglądał w okno, to znów przypatrywał się twarzy Gredisa.

- Nie jesteś przecież partyzantem? - zapytał raptem minister. - Powiedz mi, profesorze, jak rodzonemu bratu! Na pewno nie jesteś ukropskim dywersantem? Przysięgnij na matkę, bez jaj!

- Na B-boga - powiedział Gredis z nerwowym grymasem na twarzy. - Jaki ze mnie dywersant! Co też pan mówi, panie Wasiliju... Na jaką matkę?!

- Na rodzoną!

- Dobrze, przysięgam! - Profesor ze znużeniem skinął głową.

- No to już przynajmniej coś! - powiedział Wasilij po minucie milczenia, energicznie postukał palcami po biurku, ale zaraz potem się skrzywił. - W mieście, Sokratesie Iwanowiczu, i bez Piątego Rzymu problemów mamy od metra i ciut, ciut! Żuki, Ukropy, widma, mgławice, wędrujące budynki, królowa Makrela... - Z widocznym wysiłkiem przerwał cisnący się na usta potok wynurzeń i mocno pokręcił głową. - Wiesz co, profesorze... Zamontuj nad wejściem kamerę do monitoringu, żeby normalnie można było zobaczyć, kto wszedł, a kto i kiedy wyszedł. Kapujesz?

- Kamerę? - Sokrates wzruszył ramionami. - Drogo i bez sensu! Już pierwszego dnia rozwalą ją w drobny mak, Wasiliju Jakowlewiczu. Pomyśl sam, stary z laskami tutaj zagląda. Inni wasi też. Pijani. Ujarani. Goście z Moskwy lubią sobie nawzajem plecki umyć. Lepiej ode mnie wiesz, jak się tu zwykli zabawiać. A tu nagle kamera, tylko to sobie wyobraź.

- Trzydzieści osiem osób znikło w Piątym Rzymie, profesorze, w ostatnich ośmiu miesiącach. - Girkawy zapalił, podniósł się i podszedł do okna. - To daje na miesiąc cztery koma siedemdziesiąt pięć setnych bojówkarzy a poniesionych strat tylko przez pociąg do czystości. A przecież odchodzą najlepsi, zawodowcy zaprawieni w bojach na różnych frontach. Masz szczęście, nie ma żadnych dowodów, że jesteś w to zamieszany! Może naprawdę dezerterują, co? Jak myślisz? Nie wiadomo, co komu w duszy gra, to fakt, ale lepiej uważaj, profesorze...

- Uważam, Wasiliju Jakowlewiczu... - Sokrates zmęczony wzruszył ramionami. - Mogę zapalić?

- Pal moje! - Girkawy rzucił na biurko paczkę marlboro. - Zrozum, że w mieście coś idzie nie tak! - Machnął ręką. - A prawdę mówiąc, wszystko bierze w łeb. Mamy tu normalnie nieczystą siłę, której nawet nazwać nie umiemy! To jest, jak by ci to powiedzieć...

- Budowa republiki? - podpowiedział Gredis usłużnie. - To nic, państwo młode, na dorobku. Nie od razu Moskwę zbudowano...

- Nie wciskaj mi kitu, profesorze! - fuknął Girkawy. - Wiem, jaki naprawdę masz do niej stosunek!

- Lojalny! - Sokrates zacisnął usta.

- A czy wiesz, że Z jest miejscem, z którego nie da się wyjechać?!

- W tym sensie, że Ukraina blokuje? No myślę, że to są środki tymczasowe, w przyszłości...

- Sytuacja jest o wiele poważniejsza! - przerwał mu Wasilij. - Nie do żartów mi. Tak, tak. - Pokiwał głową. - Boję się, Sokratesie Iwanowiczu, naprawdę! Nie ogarniam tego! Brakuje kompetencji, jak mówił kumpel z ferajny Misza Czeremsza! Im dalej, tym mniej rozumiem. Co mam robić? Przecież trzeba coś robić?! Ale co?! Kto mi poradzi?

- Może kierownictwo ma jakieś plany? - przypuścił Gredis niepewnie. - Może Stary to trzyma pod kontrolą...

- Proszę cię! Przecież go widziałeś! Nawet swojego kutasa nie kontroluje! Powiem więcej. Cała ta swołocz, która tu rządzi, z niewielkimi wyjątkami, umie tylko chlać i do ludzi strzelać. Jest może kilku wojskowych, ale reszta to bezmózgowie kompletne!

- Nie ma choćby pół normalnego człowieka?!

- Taki jeden zjawia się i znika. - Girkawy skinął głową, nalał wódki, wypił, powąchał papierosa. - Dzisiaj myślę pójść do niego do hotelu. Już dawno miałem z nim pomówić ale ciągle się gdzieś podziewał. Mówią, że wrócił. Może mi coś wyjaśni? - Wasilij narzucił na ramiona kurtkę polową. - A ty profesorze, tego no, posłuchaj. Bardzo cię proszę, żeby tu nikt więcej nie znikał bez sądu i śledztwa, nie? Zwłaszcza wojskowi. Bo zrobią z ciebie marmoladę jak się patrzy.

- A czy to ode mnie zależy? - Gredis wzruszył ramionami, ale w oczy ministrowi nie odważył się spojrzeć.

- Nie mam pojęcia, co i od kogo zależy - westchnął Wasilij. - Wszystko zmierza mniej więcej do czarnej dupy, a ja nie mam z kim o tym nawet pogadać!

- A co na to kontrwywiad? Jak się nazywa ten zacny człowiek, który przesłuchiwał mnie jesienią? - Gredis zmarszczył czoło. - Wiktor Siergiejewicz, jeżeli się nie mylę, Skopiec? Zrobił na mnie wrażenie rozsądnego człowieka... - Sokrates nalał sobie wódki, wypił, zagryzł kawałkiem żytniego chleba. - Moskwianin, inteligent, dwie akademie ukończone. Może właśnie dlatego nie ustawił mnie pod murem, bo nie widział sensu? A to jest, Wasia, oznaka refleksji!

- Skopiec się boi! - Girkawy się skrzywił. - Unika tematu. Ile razy próbowałem o tym, o tamtym. Ale on jest jak koń, wyczuwa przepaść! Do pewnego momentu dochodzi, a dalej ani rusz! Rży, zagryza wędzidło. Silny strach to rzecz niekontrolowalna.

- Poważnie?!

- Nawet sobie nie wyobrażasz! Wije się jak fiut na patelni!

- A ten czego się boi? - Gredis się uśmiechnął. - Stonki czy jak?

- Nie o tym mówię! - Girkawy machnął ręką.

- A swoją drogą... - Sokrates uśmiechnął się znowu. - Ty wierzysz w tę stonkę? Tak na serio?

- A ty niby nie?

- Sam nie wiem. - Gredis sceptycznie wzruszył ramionami. - Jakoś nie za bardzo, prawdę mówiąc. Natomiast mój Kola mówi: na własne oczy na targu...

- To przecież ja też na targu! - Wasilij się wzdrygnął, nalał pół kubka, wypił. - O to się, kurwa, rozchodzi! Tego dnia strzeliłem mowę przed dystrybucją pomocy humanitarnej. I całą tę szopkę widziałem na własne oczy, jak teraz ciebie!

- Niesamowite - powiedział Gredis półgłosem w zamyśleniu. - Niepojęte rzeczy. Masowe halucynacje czy jak? Ale dlaczego takie jednorodne? Wpływ telewizji? Z jakiegoś jednak powodu sądzę, że nie chodzi tylko o stres i propagandę... - Spojrzał Girkawemu w oczy. - Nie jestem niestety lekarzem, diagnozy nie mogę postawić, ale musisz, podobnie jak Kola, uważać z piciem!

- Daj spokój, nie rób ze mnie alkoholika! Mam tyle zdrowia, że mogę pić denaturat zamiast wody! Nie, profesorze. - Pokręcił głową z odrazą. - Widziałem to, co widziałem. A do tego chłopcy skoczyli raz na farmę, gdzie te potwory osiadły. Też różne rzeczy opowiadają. Ci, co wrócili, oczywista. Na pierwszej linii frontu też kilkukrotnie widziano stonkę, jak, znaczy się, przelatywała obok. Najpierw myślą: natowskie bezzałogowce. Ale potem się przyjrzeli, a to są żuki św. Jerzego. - Wasilij zamilkł na chwilę. - Co poradzisz, przyjacielu, populacja rośnie! Najpierw były cztery. A teraz lata z dziesięć bestii, nie mniej. Czwórka większych i osiem sztuk wielkości średniego psa. Przychówek widać wydały. W sumie mamy farta, że potwory osiadły na przedmieściach. Tylko pytanie, jak szybko zaczną się rozmnażać i jak szybko postanowią, że czas już zająć Z.

- Majaczy biedak - powiedział Sokrates w zamyśleniu. - Napiłbyś się herbatki, Wasiliju Jakowlewiczu?

- Nalej pół filiżanki i pojadę! Rozmowę, wiesz, mam na dziś umówioną... - Girkawy melancholijnie oparł policzek o dłoń, zadumał się, obserwując, jak Sokrates parzy herbatę w filiżance, po czym nie wytrzymał i oznajmił:

- Z się zatrzasnęło, profesorze!

- Czyli?! - Sokrates uniósł brwi.

- No mówię, że nie ma wyjścia!

- Masz na myśli punkty kontrolne i takie rzeczy?

Girkawy posłał Sokratesowi spojrzenie kpiące i ponure zarazem, chciał coś dodać, ale zrezygnował. Wziął filiżankę, zaczął ogrzewać ręce i popijając parzącą herbatę, patrzył przez okno.

- A tak przy okazji tu są pieniądze za ostatni miesiąc. - Gredis położył na brzegu biurka pękatą kopertę. - Niestety, dochody spadają...

- Nie ma co wybrzydzać! U ciebie spadają, a u innych w ogóle zero! - Wasilij, nie przeliczając, włożył pieniądze do kieszeni spodni. - Dobra, jadę. Aha, i możesz podziękować Sławie.

- W sensie?

- Gdyby nie uderzyła do mnie na komórę, to kto wie, Sokratesie Iwanowiczu, z kim byś teraz spędzał czas, a przede wszystkim gdzie.

?

BAŚNIE WERESAJEWA

Kotka Klary

Wynosić się z miasta czy jednak zostać? Bywały dni, kiedy stawało się jasne, że trzeba uciekać. W połowie marca podczas mityngu w centrum miasta został zabity Dmytro Czerniawski, ukraiński patriota, niemal jeszcze dziecko[23]. Nadziei jest coraz mniej, bojówkarzy - coraz więcej. Popiera ich miejscowa milicja i SBU. Większość separatystów wyszła z bandyterki, jak Gorki z ludu. Nie brakuje także konsultantów, współpracowników rosyjskich służb specjalnych, zawodowych najemników oraz romantycznych zapaleńców. Tych ostatnich ogromnie szkoda, co jeszcze bardziej pogłębia inteligenckie rozdwojenie Tomasza.

Może oni mają rację, myśli markotnie. Może to Zachód wszystkiemu winien? Może i tak. Ale z jakiegoś powodu Zachód nadal pozostawał na zachodzie. Za to ze wschodu ściągało coraz więcej ludzi. Bandyci i miejscowe świry zaczęli rozdawać karty. Po nocach strzelanina i rozbój, za dnia hasła, wiece i plakaty. Suszkin z przerażeniem patrzył na uzbrojonych ludzi. Zachowywali się coraz bardziej bezczelnie - broń i władza odurzały. Czuli się bohaterami po zajęciu ogromnego miasta bez boju. Tomasza niepokoił los Europy, która znalazła się na krawędzi wielkiej wojny. Patrząc jednak na pijanych cyrkowców z Rostowa, myślał o tym, że inferno rozpoznało swoich. I właśnie to przerażało go najbardziej.

***

Wiosną i wczesnym latem brzemienne w złe wróżby niebo wisiało nisko nad ziemią. Płakało deszczem. Wylewało się bez reszty. W parku przy domu pełzało tyle pomrowów, że aż robiło się nieswojo. Roiło się od ślimaków i larw. Po ścieżkach co chwila przebiegały bezczelne wielkie szare myszy. Przez czterdzieści pięć lat mieszkania w tym mieście Suszkin nigdy nie widział czegoś podobnego. Drzewa owocowe i nieowocowe zakwitły jednocześnie, całkowicie ignorując naturalne cykle przyrody. Lipy i wiśnie, czeremchy i jabłonie, jarzębiny i morele, kasztany i bzy. Tak obficie i niepowstrzymanie, że aż się zbierało na płacz. Przyroda żegnała się z życiem tych, którzy niebawem mieli spocząć w ziemi. Kompensacyjne mechanizmy istnienia.

Do miłośników "ruskiego mira" Tomasz się nie zbliżał. Nie potrafił wczuć się w ich rzeczywistość. Patrzyli na niego ślepiami akwariowych ryb. Przepływali obok po falach Lety, haczyli płetwami o bulwary, ulice, budynki i drzewa, miękkimi wargami przywierali do mózgów przechodniów. Składali czarno-czerwoną ikrę na przegródkach istnienia, na kasztanach i lipach pokrytych kwieciem. Wymachiwali napiętymi jak stalowe liny nerwami, śpiewali piosenki, pletli bzdury, wśród których majaczyły chwilami całkiem sensowne idee. "Precz z gnidami!" - przeczytał pewnego razu Suszkin na przybrudzonym transparencie pod budynkiem administracji obwodowej. Racja, pomyślał z przejęciem, warto by takich pogonić. Tylko na ile to możliwe w warunkach okupacji.

A na placu - donośne głosy. Słoneczny wiatr. Aromat kwitnących lip. Megafonowe zachrypnięte echo. Wrzawa gazetowych szpalt. Wiersze sowieckich poetów i piosenki z lat wojennych. To wszystko wydawało się Suszkinowi dziwnie znajome i po pewnym czasie zrozumiał, o co tu właściwie chodzi.

Było imperium i przeminęło. Jego zmierzch przypadł na okres dzieciństwa i wczesnej młodości. Czasem można było sobie powzdychać, oglądając pokolorowane obrazki z pokazu slajdów, który nazywamy pamięcią. Są tam mama i tata. Plaża na mierzei, lato w trawie, ręce brudne od malin. Mleko w trójkątnych opakowaniach. Maślanka w szklanych butelkach. Biuro polityczne. Plastelinowe dzięcioły z radzieckich animacji lalkowych. Bajka o tym, jak trzydziestu pojebańców szukało szczęścia. Ale mały człowiek nie musi się bać. Śpij, syneczku, luli-w-dupie, skarbie mamuni. Bojówkarze, którzy przybyli do miasta tej wiosny, wyglądali o wiele groźniej.

Na mityngach tej wiosny trudno było nie wyczuć znajomego zapachu. Gorzkie déja vu. To, co unosiło się teraz w powietrzu miasta Z, można było z miejsca określić prostym i ciepłym słowem "kit". Przypominały się czerwone chusty, pionierskie apele, dziarskie dewizy. Partia Lenina - pionierów rodzina. Koszmar, ale w gruncie rzeczy przelotny, jak wiatr obok skroni. O mózgi dziatwy prawie nie zahacza. Dla dziecka bowiem najważniejsze jest bezkresne dzieciństwo, a nie ten smutny fakt, że syjoniści uknuli spisek razem z amerykańskimi militarystami.

Tak, to był on. Beznadziejny, natarczywy, sowiecki do szpiku kości. Nie dałoby się go nie rozpoznać. Zawsze tu tkwił. Przez cały ten czas, który wystarczył Związkowi Radzieckiemu, by wsiąknąć do piachu przelaną krwią, ten kit nigdzie nie zniknął. W latach dziewięćdziesiątych, gdy dookoła stały płytkie akwarelowe kałuże z wolna rozkładającego się komunizmu, w Z wybuchła rewolucja kryminalna. Do miasta, niczym antracytowy penis do białego mieszka, wcisnęło się inferno. Pulsującą siecią spadło na region. Stopiło się z radzieckim kitem, przeistaczając się w coś jeszcze innego.

Z ekranów telewizorów mówiono o niezależności Ukrainy. A w Z zależność rosła w siłę. Przytłaczająca, prawie narkotyczna. Ginęli ludzie, a ocalali, lecz mocno poobijani, biznesmeni i patrioci opuszczali region. Pozostający w mieście mieszkańcy wbrew wszystkiemu się nie poddawali. Ale guzik, drogie dziatki, guzik z pętelką.

"Trzymajcie się, drodzy współobywatele, wszystko się jeszcze pięknie ułoży", mówił z ekranów telewizorów kolejny prezydent kraju. A mieszkańcy Z po prostu znikali. Zakopywano ich na porzuconych cmentarzach. Strzelano z bliska na alejach zalanych niewieczornym światłem. Zatapiano w betonie, wrzucano do stawów, wieszano na gałęziach w starych radzieckich zadrzewieniach wśród pól. Zasysał ich czarny orkan szalejący nad miastem. I porywał w magiczną dal, o której Tomasz miał bardzo mgliste pojęcie. W miasto wkraczało inferno. Zachody słońca były piękne. Czas płynął jak zawsze, ale fundamentem nie było teraz prawo, lecz układy mafijne.

I tylko cebulaste kopuły cerkwi. Poranne, a także późne liturgie. Bicie dzwonów, alarm, szabat i miesiąc Ramadan. I tylko modlitwy sprawiedliwych, którzy wytrwali jeszcze przy Panu, trzymały niebo Z nad miastem i stepem, przepojonym piołunową gorzką słodyczą, szumem wiatru w trawie i cichym szmerem strumyków.

***

Suszkin uspokajał Lusię, głaskał jej włosy, całował kędzierzawy, pachnący miętą wzgórek łonowy i szeptał do niego. To wszystko minie, musi się kiedyś skończyć. Mamy po prostu karnawał. Do dupy z takimi karnawałami, mówiła Lusia. Patrzyła na niego oczami wielkimi i czarnymi jak noce nad anektowanym Krymem. To se ne vrati, nie będzie tu już niczego.

Pamiętasz Sławika i Klarę? W nocy przyszło do nich trzech takich z kałachami. Zagrozili, że jeżeli jeszcze raz napiszą na swojej stronie coś niepochlebnego o idei rosyjskiej, dostaną kulkę w łeb. No i? Suszkin usiadł na kanapie i zaczął pstrykać zapalniczką. No co? Lusia wzruszyła ramionami. Spakowali manatki, rano wyjechali. Póki spałeś, rozmawiałam z Klarą przez telefon. Klucze zostawiła u kolegów z biura. Prosiła zabrać kotkę i podlewać kwiaty. Trzeba zabrać jakieś papiery z sejfu w jej biurze. Jakie papiery? Powiedziała, że ważne, wzruszyła ramionami Lusia. No tak, spochmurniał Suszkin. Z twoimi przyjaciółkami zawsze tak samo.

Mieli fart, dodała Lusia. Mogli trafić do piwnic byłego SBU. Mało to ludzi już tam jest? Co by się stało z ich dziećmi? Tomasz westchnął, obserwując plamki słońca ślizgające się po ścianie.

Głośno i wesoło skrzypiała karuzela za oknem. Szczekał pies. Lusia czekała, aż Tomasz coś powie, ale się nie doczekała. Wstała i wyszła. Przez jakiś czas Suszkin przysłuchiwał się szemraniu wody w wannie. Ciepły wiatr nadymał żagle zasłon. Na placu zabaw hałasowały i śmiały się dzieci. Czuł pieczenie w oczach i myślał, że ma za sobą kolejną nieprzespaną noc. W centrum miasta strzelają po nocach. Ciekawe, kto i po co, a najważniejsze - do kogo? A może lepiej nie wiedzieć, pomyślał nagle. Obrońcy "ruskiego mira" rabują na potęgę. Banki, sklepy, prywaciarzy. Jednak nie wszystkich. Według sobie tylko znanego klucza. To budzi jeszcze większy lęk. Człowiek nie zna już swojego miasta. Nie ma pojęcia, jak tu żyć i czego się po nim spodziewać.

Transport miejski funkcjonuje bez zarzutu. Pracownicy komunalni sadzą kwiaty, sprzątają ulice, wywożą śmieci. Ci, którzy zostali w Z, chodzą do pracy. Dziwnie dużo porządku, mimo że nikt o niego nie dba. Ludzie pozostają ludźmi. I miasto, pełne niczym kielich, szemrzące strumykami, stawami, rzeczkami, szumiące jaskrawo zielonymi drzewami, obłędnie pachnące kwiatami, pozostaje miastem. Chociaż coraz bardziej przypomina dekoracje teatralne.

Wojsko rządowe zajęło przedpola Z i wkrótce tutaj rozpoczną się walki. Nadciąga wojna. Wokół już od dawna giną ludzie, a tutaj - fontanny i kwiaty. Życie w źrenicy tajfunu. Modre niemrugające oko, ostatnia cisza.

Zapach kwiatów jest aż nazbyt ostry. Ciężko się oddycha i żyje. Gęsty aromat przyśpiesza puls. Spływające krople potu i duchota. Najzwyklejszy chleb i piwo smakują inaczej. Cukier - za słodki, sól - zbyt słona. Jaskrawy błękit nieba uciska płaty czołowe, dokuczają drgania źrenic i męczy pragnienie. Dźwięki i doznania się nasiliły i odizolowały, niczym chroniczny ból. Akty płciowe stały się nie do zniesienia. Rozmowy, uśmiechy, muzyka, wiatr. Piękno świata pod nieobecność harmonii.

Wróciła Lusia, usiadła na kanapie i patrzy przez otwarte drzwi balkonowe.

Coś tu pękło, powiedział Suszkin. I nikt tego nie naprawi. Ani hamleci, ani ofelie, ani OBWE. Pojechałoby się teraz do Kopenhagi, powiedziała Lusia. Usiadło na ławce w Ogrodach Tivoli i zapaliło. Zrozum, ja chcę żyć! No, przecież żyjemy. To nie jest życie, tylko próba przeżycia. I wkrótce będzie jeszcze gorzej. To dopiero początek. Zaufaj mojej intuicji.

Lusia ma rację, pomyślał Tomasz. Ale jej łatwiej zostawić Z. Oprócz Suszkina nie ma nikogo. Natomiast Tomasz ma wujka i nastoletnią Lizę, adoptowaną córkę nieżyjącej kuzynki. A oni nigdzie nie pojadą.

Zostać czy uciekać? Oto jest pytanie. Gdyby się wiedziało, powiedział Suszkin z przepraszającym uśmiechem, co z tego jest snem i gdzie w nim zaczyna się rzeczywistość. Lusia ze znużeniem wzruszyła ramionami, zapaliła, osłoniła się dymem. Kiedy wreszcie się zdecydujesz? Nie rozumiesz, że nie możemy zostać w mieście?! Jutro porozmawiam z wujkiem. Tomasz zaczął się ubierać, unikając patrzenia w śliwowe oczy Lusi.

***

W ciągu dnia nie znalazł chwili, żeby zadzwonić. Wrócił, gdy się zmierzchało. Odgłos kroków rozlegał się echem na pustym podwórku. Okna mieszkania były ciemne. Wszedł na górę, zaparzył kawę, wykręcił numer. Bezskutecznie. Wypił trzy filiżanki kawy, zjadł kanapkę. Usiadł przy ławie w pokoju gościnnym, zapalił i zadzwonił dwadzieścia cztery razy z rzędu. Wyszedł na balkon, uspokoił oddech i wykonał trzy bardziej udane telefony do innych ludzi. Potem zamówił taksówkę. Przyjechało lekko sfatygowane żiguli. Usiadł z impetem na przednim siedzeniu, podał adres.

A po kiego taryfa? Taksówkarz z irytacją splunął przez okno i nieprzyjaźnie spojrzał na Suszkina. Przecież to dwie przecznice stąd. Szybciej na piechotę! Śpieszę się! Pilna sprawa! Tomasz krzyknął, złapał wysoki falset i się zakasłał. Mogę zapalić? Panie, kierowca powoli wyciągnął ze schowka zapalniczkę i zapalił, albo dajesz pięć dych, albo nigdzie nie jadę. Dobra, niech będzie, natychmiast zgodził się Suszkin.

Gdzieś w oddali, sądząc po odgłosie - za stawami w centrum, zadudniły po kolei serie z automatów. W przedniej szybie przeszła, chwiejąc się lekko w ciepłym świetle latarni, nietrzeźwa para. Kobieta zanosiła się od śmiechu, zarzucając głowę do tyłu. Dwoma palcami trzymała cienkiego papierosa sypiącego iskrami na wietrze.

W sumie ci się nie dziwię, kierowca pokiwał głową. Zawracając, spoglądał w lusterko wsteczne. Takie mamy czasy, że do centrum lepiej nie pchać się na piechotę. Ale zrozum też mnie. Jasne, rozumiem. W ustach Suszkina tytoń mieszał się ze śliną, w której było za dużo kofeiny. Serce nieznośnie waliło. Kwaśnosłodki smak Brazylii. Miał straszną ochotę na koniak.

Wiesz co... Kierowca wsadził pomiętego papierosa w obrośnięte rudą brodą usta. Jak byś nie był za długo... No, tego, jak dorzucisz dwie dychy, zaczekam pod biurem. To biurowiec, prawda? Tak, biurowiec, z ulgą przytaknął Tomasz. To co, pasuje? Taksówkarz uśmiechnął się niespodziewanie ciepło. Pasuje, Suszkin uśmiechnął się blado, pasuje! Bo rozumiesz, zaczął gorączkowo, moja kobieta się nie odzywa. Pojechała do biura, gdzie pracowała przyjaciółka. Widziano ją w budynku godzinę temu, ale nie wróciła do domu. Dzwonię, nie odpowiada! Suszkin milczał przez chwilę, potem kilka razy szybko się zaciągnął i wyrzucił niedopałek przez okno. A ona nie ma dokąd pójść. Rozumiesz, nie ma nikogo w tym mieście oprócz mnie... Zaciął się, bo zauważył, że kierowca słucha jednym uchem. Jednak nie potrafił się powstrzymać. Skończył niemrawo, bez przekonania, czuł się jak ostatni kretyn. Próbuję się dodzwonić, nikt nie odpowiada. Próbuję, próbuję... Różne myśli przychodzą do głowy...

Jesteśmy! W oczach taryfiarza było zrozumienie, ale i kpina. Wychodzisz czy jak? Tak, oczywiście. Tomasz dotknął wilgotną dłonią klamki, odwrócił się. Idź, idź, kiwnął taryfiarz, zaczekam. Tylko streszczaj się, dobra? Czekam dziesięć minut i znikam. Które to piętro? Drugie, powiedział Suszkin. Na drugim pali się światło, taksówkarz popatrzył do góry i wskazał głową. No idź już. Tylko piorunem!

Na portierni nie znalazł nikogo. Korytarz był pusty jak proza Murakamiego. Śpiew wiatru w wybitych oknach. Każdy krok dudni w skroniach. Otwarte drzwi do toalety. Ktoś zapomniał zakręcić kran, woda cieknie rwącą się nitką. Suszkin nie wiadomo po co starannie go zakręcił, wyłączył światło i dokładnie zamknął drzwi. Chciał pójść schodami, ale nacisnął przycisk windy.

Drzwi do trzysta pięć są otwarte, na ciemny korytarz wpada smuga światła. Korytarz jest ciemny, pusty i biegnie w nieskończoność. Świetlówka buczy synkopami. Lusia, zawołał Suszkin, Lusia. Zrobił trzy kroki do przodu, przestąpił próg.

Zabili ją siekierą lub czymś bardzo podobnym. Leżała pod oknem z rękami rozrzuconymi na boki. Ptak biurowy, co próbował odlecieć. Krew zamieniła się w czarne lustro. Obok czerwona damska torebka. Dżinsy są ubrudzone krwią, ale bluzka świeci śnieżną bielą.

Suszkin przywarł plecami do ściany. Zaczął się powoli osuwać, czując przez koszulkę chłodną chropowatą powierzchnię. Ukrył głowę w rękach, głęboko westchnął i dopiero wtedy zaczął krzyczeć. Gdzieś w oddali, wtórując mu, zawyła fabryczna syrena. Spod stołu na krzyczącego Suszkina patrzyła beznamiętnie zielonymi ślepiami kotka. Powąchawszy krew, odeszła na bok i utkwiła wzrok w oknie, w którym powoli sunęła żółta skibka księżyca.

Piwo i papierosy

...wolontariusze pomogą wyjechać. Powiedziałam już, nie pojadę! Zrozum, martwimy się o ciebie! Ja się martwię, sprecyzował Silin. No to się martw na zdrowie. Lena przełożyła słuchawkę z jednej ręki do drugiej. Już nawet ucho bolało ją od tej rozmowy. Egoistka z ciebie, orzekł Silin. O sobie tylko myślisz! Zgadza się, Jelena otworzyła kolejną butelkę piwa. Wzięła długi łyk, opuszczając pewną część tekstu. Znów przyłożyła słuchawkę do ucha.

...w ostatni czwartek miesiąca. Rozumiesz to, mam nadzieję? Jeszcze jak, potwierdziła. Ale to moje miasto. Dlaczego miałabym wyjeżdżać? Bo każdego dnia możesz zginąć! Ostrzeliwują centrum, a ty mieszkasz właśnie w centrum, pieprzona kretynko!

Nie, Silin, już dawno niepieprzona. Patriotów u nas coraz mniej, a separatystom nie daję... Przestań! Dobrze już, dobrze. Zaśmiała się cicho. Nie zabiją mnie, Silin, dopóki w Z można kupić piwo i papierosy. Nie pojadę na ten twój Krym! Wsadź go sobie, sam wiesz gdzie! Wiem, wiem, odpowiedział szybko Michaił, mamy różne przekonania. Ale teraz nie chodzi o nie. Bądź sobie dalej Ukrainką, choćby do kwadratu. Bóg z tobą! Teraz chodzi o to, żeby przeżyć.

Chodzi o to, Silin, że odszedłeś do mojej przyjaciółki, Jelena zaniosła się kaszlem, a potem wyjechałeś z nią na Krym. Osiem lat jak psu w dupę. Kochałam cię przecież, Silin. A ty okazałeś się żałosnym fiutem. Pokręciła głową, jakby uświadomiła to sobie dopiero teraz.

Nie zaczynaj! Jak chcesz. To ty do mnie dzwonisz, pieniądze wydajesz. Nie podoba się, nie dzwoń. A jak rzucę Swietkę, to do mnie przyjedziesz? Zrobisz to? Lena postawiła butelkę na podłodze. Powoli wyjęła ledwie żarzącego się papierosa z popielniczki i zaciągnęła się nim. Rzucę Swietkę! Właściwie to już się, praktycznie, rozstaliśmy. Silin zaczął mówić szybko i nieskładnie. Ona jutro wyjeżdża do rodziny w Rostowie. Zostaję sam. Znalazłem pracę w gazecie. Wynajmuję u jednej miłej staruszki pokój z widokiem na morze. Wyobraź sobie tylko, rozwiewają się muślinowe firanki. Wietrzyk. Na horyzoncie rybackie łodzie. Morze za oknem jak na dłoni. Libańskie cedry, drzewa laurowe, sosny. Tylko ciebie brakuje.

To wszystko kłamstwa, Silin. Jelena zaciągnęła się tak mocno, że połowa papierosa od razu obróciła się w popiół. Nie ma już ani morza, ani laurów. Nie, to nie kłamstwa. Pracy dużo, a płacą mało. No i ceny straszne, po prostu straszne! Roześmiał się. Ale to nic, damy sobie radę, Lenka! Przede wszystkim, zadzwoń, facet czeka, powiedz, że się zgadzasz. Kasą się nie martw, zapłacę za wszystko. Odwal ty się ode mnie! Dopiła piwo, starannie postawiła butelkę przy kaloryferze. Gwałtownie wstała z kanapy. Zakręciło jej się w głowie. Oparła się o ścianę. Poczuła chłód i pulsowanie tętna w klatce piersiowej.

Wczesny ranek. Ostre słońce wygląda zza szczelnie zasłoniętych okien. Słuchawka w dłoni pobrzękuje bliskim, znienawidzonym głosem. Wyszła na balkon. I wtedy gdzieś w oddali zagrzmiało. Bili po alejach w centrum. Od strony miejskiego parku unosił się ku niebu gęsty, czarny i gryzący dym. Po lewej płonęło centrum biznesowe. Rujnowali miasto w sposób przemyślany i metodyczny. Lena nie wiedziała na pewno, kto to robi, ale miała wrażenie, że wie.

Sukinsyny, wyszeptała Jelena. Usiadła na rozklekotanym starym krześle i znów przyłożyła do ucha telefon... Nie słyszę twojego oddechu. Przez ostatnich pięć minut, mówił Silin, pewnie mnie nie słuchałaś. A może i teraz mnie nie słuchasz. Ale to bez znaczenia. Kocham cię, Lenko! Kocham, jak nigdy i nikogo. Tak, zawiniłem, wiadomo. Ale ty sama mnie z nią poznałaś. A zresztą, co takiego się stało? W sumie niewinny romansik. Było i się zmyło.

A tutaj u nas, wtrąciła Lena, odpalając kolejnego papierosa, wszystko dopiero się zaczyna. Wsadziłbyś sobie, Silin, tę swoją miłość. Nie rzucaj słuchawką. Wcale nie rzucam. Wzruszyła ramionami. Nie mam z kim tu pogadać całymi dniami. Na bezrybiu i fiut rozmówca. A co robisz całymi dniami, pracy przecież nie ma? Piję, Silinie, piwo. Zresztą, już ci opowiadałam. Piję piwo, czytam, oglądam filmy. Dzisiaj w nocy oglądałam filmy Terry'ego Gilliama. Lubisz Fishera Kinga? Przecież wiesz, że nie lubię. I właśnie dlatego dupek z ciebie, Silin. Pokręciła głową ze smutkiem.

Myślę, dodała po krótkiej pauzie, że po tej wojnie będę musiała leczyć się z alkoholizmu. O ile, ma się rozumieć, przeżyję. Spojrzała w dół. Po przeciwnej stronie ulicy szedł staruszek. Szedł powoli, macając ścianę budynku, i płakał. Łzy ściekały po jego pomarszczonym podbródku. Drugą ręką trzymał czerwoną siatkę. Miał w niej woreczek żółtego makaronu, olej słonecznikowy w plastikowej butelce i, zdaje się, opakowanie ciasteczek.

Słuchaj, Silin, muszę iść, powiedziała Jelena do słuchawki. Tam jakiś staruszek idzie, widać, że się zgubił. Idzie i płacze. Starowinka. Chcesz, to zadzwoń wieczorem. Zakończyła rozmowę. Zabrała klucze ze stołu, otworzyła drzwi. Schody dudniły pod jej nogami. Pachniało kurzem i słońcem, wpijającym się w rozbite okna klatki schodowej. Wiatr był nieoczekiwanie silny, zaczął chwytać ją za dół spódnicy, ciągać w różne strony, spychać na boki i poszturchiwać w plecy.

Potężny, przeciągły świst. Silny wybuch jakieś dwie przecznice dalej. Odruchowo przysiadła, zakrywając głowę rękoma. Łzy pojawiły się w jej oczach, prawe zaczęło nerwowo mrugać. Ale trzeba było się podnieść. Staruszek ani myślał o siadaniu. Wciąż szedł tak samo, po omacku określając swoją lokalizację w czasie i przestrzeni.

Dziadku, co się dzieje, Lena dotknęła jego rękawa. Zabłądził pan? Szukam na tej ulicy domu numer siedem, odpowiedział, uśmiechając się ufnie. Jego załzawiona twarz była pełna nadziei. Dom numer siedem! Gdzieś niedaleko. Mieszkam tam ze starą. Ależ już go pan minął, powiedziała Jelena, przyglądając się jego spodniom. Przed chwilą się w nie zmoczył i, wszystko na to wskazywało, już dzisiaj nie pierwszy raz. Słodkawy, mdły, ciężki fetor. Musiała powstrzymywać mdłości, czuła, że coś podchodzi jej do samego gardła. Dobrze, że już dawno nic nie jadła, oprócz chipsów. Weszli na podwórze. Staruszek rozejrzał się. Dostrzegł znajomy plac zabaw, porośnięty petuniami ogromny klomb. Stara, chyba ze sto lat temu wyschła fontanna, przysypana była piaskiem, gliną, kawałkami potłuczonej cegły.

Drzwi mieszkania nie były zamknięte, Jelena weszła do pokoju. Okno otwarte na oścież, solidna warstwa kurzu na podłodze. Resztki jedzenia na talerzu. Leniwe muchy krążące nad zaschniętym kawałkiem wątrobianki. Suchy chleb w siatce na warzywa zawieszonej na gwózdku. Na ścianie dywanik z czasów XX Zjazdu KPZR z wyblakłymi brązowymi jeleniami. Przy niskiej kanapie krzesło, na nim duży kubek mętnawej wody i lekarstwa. Spod kanapy wystaje nocnik. Obok leżą kapcie z futerkiem, prawie nowe. Widać, że staruszka czasami wstaje, ale wątpliwe, czy porusza się bez czyjejś pomocy.

Wysuszona, ostronosa, uśmiecha się szelmowsko. Połyskują czarne guziczki oczu. Dzień dobry, przyprowadziłam pani małżonka. A to stary czort, czego tylko nie wymyśli, żeby sobie z młódką pogawędzić, zaśmiała się stara. Staruszek zakaszlał, obnażając zadziwiającą krzywiznę zębów i czerwone rozszczepy dziąseł. On też zaczął się śmiać, nieznacznie podrygując pomarszczoną szyją pokrytą ciemno-brązowymi plamami wątrobowymi. Ale jego smutne oczy łzawiły. W kącikach coś zastygło, może ropa, a może sen.

Dobrze, że go pani przyprowadziła. Jak Saszeńkę, synka naszego, zabiło podczas bombardowania, zaczął zapominać. Syna zabiło? Tak, uśmiech nie schodził z twarzy staruszki. Mógł wyjechać z firmą do Kijowa, ale został z nami, żeby się opiekować. No i zabili go, jak poszedł do sklepu. Kto zabił? Po tym idiotycznym pytaniu Jelena poczuła wstręt do samej siebie i usiadła na krześle naprzeciwko.

A Bóg jeden wie kto. Faszyści, pewno. Staruszka roześmiała się. W telewizorze ciągle mówią o faszystach. A ja sobie myślę, to jak, Niemcy wrócili? Idioci czy co? Chyba rozumieją, że nie mają czego tu szukać. Zamyśliła się. Za okupacji byłam dziewczynką. My, ósemka dzieciaków i mama, akurat schowaliśmy się w piwnicy, kiedy zbombardowano nasz dom. Wydostaliśmy się z rana, zostały dwie ściany. Płot się dopala, za płotem czarne maliny. Wiatr, dym, a Niemcy, dwudziestu chłopa, palą papierosy przy starej cerkwi, śmieją się i w niebo patrzą. A na święto Pokrowy spadł śnieg. Tak się żyło.

Staruszek ciężko westchnął, zaniósł zakupy do kuchni. Dobiegł stamtąd szum wody. Lena spojrzała w okno. Zza miejskich stawów unosiły się kłęby czarnego dymu. Zapachniało olejem wylanym na rozżarzoną patelnię. Staruszka westchnęła. Za nic nie zrozumiem, skąd faszyści? Stalin umarł. Chruszczow umarł. Breżniew umarł. Mao Zedong. Fidel Castro - mówią, że i ten kiepsko się czuje...

Też umarł, powiedziała Lena, tylko nikt o tym nie wie. No mówię właśnie. Wszyscy umarli. A faszyści sobie żyją. Patrzcie ich! Dziadek tyle chodzi, a na ulicy ani jednego nie spotkał. Staruszka zamyśliła się i drżącą dłonią zaczęła gładzić sfatygowany grzbiet leżącej obok książki.

No to jak wy dajecie sobie radę? Lena przełknęła cierpką ślinę, drapiącą jej gardło. Ano jakoś dajemy. Stara znów się roześmiała. Pieniędzy trochę jeszcze zostało na pogrzeb. I pomoc humanitarną dziadek dostaje.

Ale on przecież drogi do domu zapomina? Nie da się ukryć! Staruszka w zamyśleniu popatrzyła w okno. Starzy jesteśmy. No to zapomina. Ale jak on chodzi? Znaczy, jak wraca? No widzisz, stara mlasnęła wargami, adres ma na podszewce marynarki zapisany - ulica Taka-a-taka, budynek siódmy. Atramentem mu wypisałam. A dobrzy ludzie zawsze się znajdą!

Jakieś trzy dni temu włóczył się gdzieś do wieczora. Już myślałam, że przepadł. Gdzie tam. O szóstej przyprowadziło go trzech z bronią. Srodzy tacy. Noworuscy? A kto ich tam wie, powiedziała staruszka. Wszyscy oni jednakowi. Może i nowi Ruscy, a może i nie nowi. Pochmurni tacy. Przyprowadzili dziadka, a potem do rana w kuchni wódkę pili, kartofle smażyli i pieśni śpiewali. Nawet ja z nudów podśpiewywałam. Jechali długo głęboką nocą, opowiadała staruszka, przez szeroki ukraiński step[8*]. A rano poszli. I dobrze, że poszli, bo bardzo krzyczeli i przeklinali, a ja ani jednego, ani drugiego nie lubię. Jeden całkiem jeszcze chłopczyna. Przyszedł tu do mnie w nocy, upadł na kolana i w płacz. Łzami się zalewa. Mówię mu, no co ty, miły mój. A on na to, strach, babciu. I żyć, mówi, strach, i umierać też.

Dobrze, to ja już pójdę. Jelena poczuła, że brakuje jej powietrza. Zdecydowanie wstała z miejsca. Kochanie, krzyknęła staruszka zdumiewająco dźwięcznym głosem, nocnik! Starzec wszedł do pokoju i, bez zbędnych ceremonii, podstawił starej basen sanitarny. Ta, wciąż roześmiana, z hukiem zepsuła powietrze. Moje ty działo artyleryjskie, cieszył się stary.

Kuchenne zapachy zmieszały się z pozostałymi, tworząc zabójczy bukiet. Jelena, trzymając się ściany, wyszła z mieszkania i ruszyła schodami w dół. Zwymiotowała pod bramą. Złapała oddech, wytarła usta liśćmi czeremchy, która bujnie porastała podwórze. Wygrzebała z kieszeni trochę pieniędzy. Przez podwórza doszła do kiosku na rogu Majakowskiego. Siedząca w nim Szurka spojrzała posępnie, przywitała się, przyjęła pieniądze, wydała cztery butelki ciemnego, przeterminowanego piwa i dwie paczki papierosów.

Całkiem wychudłaś, Lenka. To chyba dobrze? Gdzie tam dobrze, skóra i kości! Jesz coś w ogóle, poza piwem? Papierosy. Ano właśnie. Weź to, wręczyła jej papierową torebkę. No bierz, do kogo ja mówię! Masz tam kotlety z kurczaka i chleb. Sobie kupiłam, ale trzustka z rana pobolewa. Zrobię sobie głodówkę do wieczora. A ty weź. Dziękuję, powiedziała Lena, doskonale wiedząc, że Szurki żadna trzustka nie boli. Ale jeść chciało się jej jak diabli. Wzięła ciepłą torebkę, przytknęła do piersi i, uważnie patrząc przed siebie, poszła aleją do domu.

Po zmierzchu ostrzał przybrał na sile. W oknach budynków pobłyskiwała czarna pustka.

Silin zadzwonił o dwunastej w nocy, kiedy strach i tęsknota stały się szczególnie silne.

No zmiłuj się, Lenka, powiedział pijanym, żałosnym głosem. I co ja mam robić? Sam mam po ciebie przyjechać? Przecież to głupie, Lenka, głupie! Zabiją mnie, może i dobrze. No co ty ze mną robisz, paskudo wredna?!

Dobrze, Jelena zapaliła, powoli wypuściła nosem dym, powiedz wolontariuszowi, że pojadę. Ale jest warunek. Jaki, Silin się ożywił. Jedzie ze mną dwoje staruszków. Jakich znowu staruszków? Pijany Silin słabo kontaktował, ze zdziwieniem sapał do słuchawki. Lenę bolało już serce od tego sapania. Nic nie rozumiem! Moich staruszków! Starych staruszków, Silin. Bardzo starych i chorych staruszków. On chodzi, ona leży. Albo jadą ze mną, albo nic już od ciebie nie chcę! I, niech mnie szlag trafi, ale zaraz wypieprzę przez okno ten zasrany telefon.

Dobrze, krzyknął Silin, dobrze! Niech będzie dwoje staruszków! Choćby i czworo! Słuchawka zapachniała cedrem libańskim. Niech wam będzie!

Tej nocy piwo w jej organizmie nieustannie przemieniało się w łzy. Krystalicznie czyste.

Lały się i lały, aż w domu skończyły się papierosy i ponownie wstał świt.

***

Trzy dni później pięć kilometrów od wyjazdu z miasta Z, między dwoma polami, z których jedno było buraczane, a drugie nie wiadomo jakie, bo plony już zebrano, mikrobus, którym podróżowało dwanaście osób plus kierowca, został ostrzelany z moździerzy. Kierowca wyleciał przez przednią szybę, wolontariusz wyskoczył w ostatniej chwili, coś tam krzycząc i klnąc. A pasażerów zabił jeden, wspólny pocisk produkcji radzieckiej. Minutę później jakiś snajper z nudów zdjął wolontariusza. Kierowca jeszcze ze czterdzieści minut siedział w boćwinie przemieszanej z błotem i rozmazywał czerwone łzy na buraczanych policzkach. Był mocno poobijany. Roiło mu się, że ktoś woła go po imieniu, płacze i usiłuje coś mu powiedzieć.

SIEDMIU UKROPÓW

Paweł kochał swojego ojczyma. Zawsze uważał go za ojca. Matwiej Iwanowicz był człowiekiem mocnym, solidnym. Wszystko, czego potrzebował w domu, robił sam. Zjawił się w życiu Niny Iwanowny jak Boże błogosławieństwo. Sama by oczywiście nie zdołała postawić syna na nogi. Po śmierci ojca, dziadka Paszki, który zawsze pomagał im pieniędzmi i jedzeniem, przez pewien czas straciła wiarę w lepsze jutro. Pracowała na dwóch etatach, a pieniędzy i tak brakowało. Paszka rósł chorowity, potrzebował specjalnej diety. Matwiej, który wychynął z mroków kopalnianej nocy, wziął chłopaka pod swoje skrzydła, zdobył jego serce.

Matwiej Iwanowicz przyjechał tutaj w dojrzałym wieku na podstawie skierowania do pracy i, jak sam przyznawał, Ukrainy nie tyle nie lubił... ile raczej nie rozumiał. Tak właśnie mówił swojemu wychowankowi.

- Nie rozumiem, synku, mowy ukraińskiej i tych wszystkich komplikacji ze Stepanem Banderą. Nie lubię zachodnich Ukraińców, wiesz? Dzicy jacyś są. Po prostu dzicy ludzie. I zadają się tylko ze swoimi. U nas na kopalni pracowało kilka osób. I rozmawiali tylko po swojemu i tylko ze swoimi. Nawet parę razy spuścili im za to lanie. Ale na moje oko, bez skutku. Zrobili się jeszcze gorsi. Więc tak sobie myślę, że jak to są tacy ludzie, to czego od nich wymagać? - Opróżniał kolejny kieliszek, wąchał piętkę chleba. - No bo w zasadzie kim jest ten Bandera. Zwykły agronom[24]. Ja też jestem agronomem z pierwszego wykształcenia, studia skończyłem. To co, pomnik mi od razu trzeba stawiać? A język rosyjski, dajmy na to, jest piękniejszy i bogatszy, to fakt. I zaraz ci wyjaśnię dlaczego. Po pierwsze, mówiła w nim moja babcia, Nastazja Aleksandrowna. Swoją drogą, profesor geologii. Zamęczyli ją na Kołymie w czterdziestym drugim. A po drugie, w ogóle inteligentni ludzie. Gagarin, na przykład, Gogol. Kapujesz, sam Gogol? Martwe dusze, Paszka! Czytałeś taką powieść?

- No nie. - Młodzieniec wzruszał ramionami i czerwienił się ze wstydu.

- A szkoda! Wielka szkoda! - Matwiej Iwanowicz kiwał głową. - Chociaż, prawdę mówiąc, też nie dałem rady. Wij jakoś mi jest bliższy. Znasz taki film? Zobacz! Stare, dobre kino! I prawdziwe, co najważniejsze... Ale ja nie o tym! - Zbierał myśli, zapalał papierosa. - Lepiej mi powiedz, co mamy robić, skoro mają takiego agronoma? Zapomnieć swój język? - Kiwał głową. - Uważam, że to głupota. A oni swoje, zapomnijcie i już! - Matwiej zabawnie pochylał głowę, nalewał sobie jeszcze kielonek czystej, zakąszał ogórkiem małosolnym. - Że niby to cały kraj będzie teraz mówić po ukraińsku. No, chłopaki... - Matwiej Iwanowicz rozkładał ręce - To przecież śmiech na sali! Rozumiesz? Oni mają swój, a my swój język. Zawsze tak było. Niech ci z Kijowa ruszą głową. My w kopalni nie mamy nic przeciwko, jakby co. Może być nawet do Europy. Jeśli tak pomyśleć, to górnikowi homoseksualizm niestraszny. Te całe zboczenia na zmianach to nawet miło powspominać dla żartu. Ale, po pierwsze, zakładu nie ruszaj! A po drugie, pozwól prostemu człowiekowi mówić po swojemu! Kasy możesz nie wypłacać, ale mowę jego zostaw w spokoju, bo jest żywa i jędrna! A oni tego nie rozumieją! Myślą, że jeśli trzech i pół bandyty pogonili z górnej pryczy na dolną, to to już jest rewolucja godności?! Ale przecież my swój rozum mamy, chłopaku! Życie nauczyło nas odróżniać ziarna od plew. I jeśli ktoś, za przeproszeniem, w Kijowie namajdanił, to niech najpierw po sobie posprząta, zrobi porządek, rozumiesz, żyć po ludzku pozwoli, i dopiero potem będę z nim gadać. Dobrze mówię? Nie?! No bo sam zobacz, jeśli, powiedzmy, postanowiłem zrobić remont w chałupie, a zamiast tego rozkręciłem bajzel jak sto pięćdziesiąt, to jaki ze mnie gospodarz? Żaden! Można mnie poważnie traktować? W życiu! No o tym właśnie mówię!

Kiedy zrobiło się gorąco, Matwiej Iwanowicz zaczął się bacznie przyglądać sytuacji. Z pracy już się wówczas zwolnił, ponieważ emeryturę miał solidną, a na kopalni w ogóle przestali płacić. Więc czasu, by zgłębiać stan rzeczy na świecie, miał sporo. Chodził, rozmawiał z ludźmi. Wracał pod wieczór zmęczony, niespokojny, ale generalnie zadowolony.

- Czyli, Paszka, tak to wygląda - mówił, zagryzając wódkę śledziem i ziemniakami w mundurkach. - Ciągnie tutaj z zachodu siła złego! Ludzie opowiadają, że Prawy Sektor[25] prze czołgami prosto na nas! Mówią, że będą nas gnieść jak wszy jakie. W całym naszym Z, rozumiesz, chcą namącić i nabałaganić. A nad nami chcą postawić królika[26], który u nich tam wszystkim teraz dyryguje! A królik, synu, ma naturę króliczą. Będzie nasze kobiety brał jak leci, będzie kapustę żreć tak, że potem jej w kantorach nie znajdziesz, i walić pazurami w bęben wojenny. Kapujesz, o co mi chodzi?

- Coś jakby - mówił Paszka nieśmiało.

Prawie nic nie rozumiał z tego, co słyszał. Wiedział tylko, że Matwiej Iwanowicz jest najlepszym na świecie ojczymem, ojcem prawie rodzonym, i że byłby gotów każdemu wypruć flaki za niego. Zresztą z opowieści Matwieja Iwanowicza wynikało, że w Z separatyzm zdecydowanie popierają tylko współpracownicy bezpieki, kryminalni i lokalna milicja. Obywatele wolą trzymać się na uboczu. Z krzywymi uśmieszkami omijają wiece. A w rozmowy wdają się tylko po pijanemu.

Ogólna opinia była taka, że "nowi" i "starzy" się między sobą dogadają. I dlatego lepiej siedzieć cicho i nie szukać guza. Taka strategia zawsze się tu opłacała. Miejscowi nie mogli zrozumieć, co się właściwie dzieje, i dlatego z właściwym sobie pesymizmem nie wierzyli nikomu. Byli pewni, że kruk krukowi oka nie wykole. Był już taki jeden pomarańczowy prezydent, co to się w kilka miesięcy stał najlepszym przyjacielem swoich wrogów. Czyli jeśli "kijowscy" zechcą, to będzie tu Ukraina. A jak nie zechcą, to będzie, co ma być. Czy prosty człowiek miał tu kiedykolwiek cokolwiek do powiedzenia?

Podówczas w mieście było już mnóstwo obcych dziwnych ludzi, przywiezionych tutaj z przygranicznych obwodów rosyjskich. Tych żulowatych facetów i ich wyszczekanych brudnych bab stojących na wszystkich prorosyjskich wiecach Paszka nigdy wcześniej nie widział. Alkoholowy odór, mętne i bezczelne uśmieszki świadczyły o tym, że jest im wsio ryba, na jakim wiecu stać. Nie mieli pojęcia, gdzie i co się w mieście znajduje. Z milicją byli za pan brat. Mówili po rosyjsku z charakterystycznym nietutejszym akcentem i głośno zachwalali "chachłackie" uczciwe piwo.

***

Na początku czerwca Matwieja Iwanowicza, który tego dnia odebrał emeryturę i dodatek górniczy, znaleziono martwego w parku miejskim. Leżał nad wodą ze smutnym uśmiechem, a na szyi z prawej strony miał głęboką ranę. Nina na pogrzebie strasznie płakała. Skoczyła do dołu, gdy opuszczano trumnę. Próbowała się dźgnąć nożem w serce. Ale po tygodniu znalazła pracę portierki w akademiku w centrum i na nowej posadzie trochę odżyła.

Paszka zaś widział ojczyma codziennie we śnie. Ten się uśmiechał i o czymś bez ustanku opowiadał. O węglu, o Aleksandrze Newskim, o Biełce i Striełce, o bitwie nad Kałką. Prawdę mówiąc, Paszka chwytał tylko ogólny ton, a szczegóły rozróżniał dość mętnie, jak przez brudne szkło. No i koniec końców zapisał się na wojnę przeciwko Prawemu Sektorowi, a więc za Gogola, Gagarina, a przede wszystkim - za Matwieja Iwanowicza, agronoma z pierwszego wykształcenia. Chłopakowi wręczono kałasznikowa, dwa magazynki z nabojami i kazano walczyć razem z trzydziestką jemu podobnych. Gdy doszło do boju, okazało się, że nie są tam sami, lecz mają przeciwnika. I szybko się okazało, że na wojnie zabijają. Ale prawdę mówiąc, Paszka nawet nie zdążył się porządnie rozeznać.

Tylko co się zaczaili na skraju pola nad rzeczką, która tu prawie pod kątem prostym skręcała do miasta, gdy ukraiński batalion ruszył do ataku. Strzelanina rozpętała się straszna, a bój był krótki i chaotyczny. Dowódca Paszki okazał się kanalią, w dodatku nietrzeźwą. Karabin mu się zaciął, więc go wyrzucił i pognał ku drzewom. Stamtąd ruszył jarami do najbliższych działek i tyle go widziano. A nad niewielką rzeką jeszcze przez całe dwadzieścia minut młode dusze odlatywały w bezpowrotny rejs po wielkim niebiańskim oceanie.

***

Nina Iwanowna wróciła z pracy późno. Zaparzyła herbatę, zaczęła szykować kolację. Wiedziała, że Paszki dzisiaj nie będzie, więc się nie martwiła. Po kolacji wyciągnęła butelkę wina deserowego, otworzyła i nalała sobie pół szklanki. Wypiła. Wtedy pojawiła się Maria Stiepanowna Chwoszcz, jej sąsiadka. Powiedziała, że Paszka został wysłany do walki i zginął. Pewną informację na ten temat posiadał jej mąż, który przy nowej władzy dorabiał jako kierowca.

- Wszystkich pozabijali na polu obok Michajłowa. - Maria uniosła szklankę i wypiła, nie krzywiąc się. Wrzuciła do ust karmelka. - Akuratnie od razu za rzeką. Po prawej jest droga, a po lewej dopływ Kalmiusa. Tam właśnie leżą. Ale na piechotę to daleko, a samochodu nie znajdziesz! - Maria z zadowoleniem potarła ręce i wstała z miejsca.

- A to czemu?

- A temu, że Ukropy tam przyszły! Nikt z miasta w tę stronę nie pojedzie, zapomnij!

- To mam tam swoje dziecko zostawić?! - powiedziała Nina Iwanowna w zamyśleniu. - To nie po ludzku. A poza tym - dodała nieśmiało - to nie jest tak daleko, jak się pójdzie przez pola.

- Jak uważasz! - Maria Stiepanowna wzruszyła ramionami. - Jesteś kobietą samodzielną. Ale na twoim miejscu nie wybierałabym się w taką drogę i jeszcze pod wieczór. To są przedmieścia! A poza tym wojna wszędzie.

- Zapomniałaś, że miasto kończy się za naszym ogródkiem?! - Nina Iwanowna stanowczo wstała z miejsca.

- W sumie racja - zgodziła się Maria po chwili zastanowienia. - Tu już prawie step. Kilometr w prawo jest Łutugino, siedem w lewo Szutowo.

- A tam akurat wąski Kalmius płynie. - Nina Iwanowna machnęła ręką. - Parę kilometrów dalej, góra pięć, jest Michajłow. Zacznę szukać tam, za chutorem.

Nina Iwanowna włożyła niedopitą butelkę wina do plecaka. Wrzuciła pajdę chleba, wzięła wszystkie pieniądze, jakie miała, i wyszła z domu.

***

Na miejsce dotarła po północy. Paszki szukała do samego rana. A gdy znalazła, nie od razu poznała. Martwy wypiękniał, wyglądał spokojnie, ale silne zmęczenie przebijało nawet przez śmierć. Zanim zmarł, zdążył się doczołgać do najbliższego drzewa, oparł się o nie plecami. Gdy Nina go znalazła, w pierwszej sekundzie pomyślała, że chłopak żyje, tylko śpi utrudzony. Ale nie spał. Paszka nie mógł już ani spać, ani czuwać. Patrzył w wysokie ukraińskie niebo i widział tam ojca, który tak naprawdę był jego ojczymem.

Problem jednak polegał na czym innym. Nina nie mogła zaciągnąć go sobie na plecy. Po chwili zastanowienia zdjęła starą długą kurtkę, rozścieliła na ziemi i wciągnęła na nią zwłoki. Zawiązała rękawy pod pachami, pociągnęła po bruździe.

Ptaki już śpiewały na całego, gdy wreszcie dotarła z Paszką do szerokiego gościńca prowadzącego do miasta. Po drodze wlec go było trochę łatwiej, ale kurtka bardzo szybko się przetarła. Paszka z rozłożonymi ramionami runął na krzaki lebiody. Nina zrozumiała, że to się nie może udać, i położyła się w trawie obok.

Było około dziewiątej rano i zaczęło męczyć ją pragnienie. Wyciągnęła z plecaka wino i chleb, usiadła, wypiła, zjadła, a potem się rozpłakała. Patrzyła na twarz syna, która w tym upale zaczynała ulegać coraz wyraźniejszemu rozkładowi. Górna warga się uniosła, a podbródek wręcz przeciwnie.

W południe na drodze się pojawił ził-131 z furgonem do przewozu osób. Siedziała w nim piątka, może siódemka ukraińskich wojskowych z szewronami ochotniczego batalionu. Samochód najpierw minął Ninę, ale potem zatrzymał się parę metrów dalej. Żołnierze przez chwilę dokładnie oglądali pole z rzeczką, miejsce walki, zwłoki malowniczo rozrzucone od drzew aż do samej miedzy, słońca rozedrgany krąg. Potem siwy facet, do którego żołnierze z respektem zwracali się Siwy, zapytał matki, skąd jest. Nina Iwanowna wytłumaczyła, z trudem dobierając słowa. Serce waliło mocno, ale strachu - co dziwne - nie czuła. Doskwierały jej tylko rozpaczliwy smutek i silne pragnienie.

Naradziwszy się, chłopcy wciągnęli Paszkę do furgonu. Jej także pomogli się wspiąć i usiąść w nogach syna na pustym kanistrze po paliwie. Jechali z czterdzieści minut okrężną trasą. Nadłożyli drogi, żeby nie natrafić na bojówkarzy. Wyładowali zwłoki na trawę jakieś sto metrów od zakrętu na osiedle.

- Dalej nie pojedziemy, wybacz! - powiedział Siwy. - Został ci, matko, choćby jeden synek?

- Nie - powiedziała Nina i wreszcie się rozpłakała.

- A córka?

- I córki nie mam - wyszlochała.

- Niedobrze. - Kiwnął głową, wzruszył ramionami, odwrócił się i wskoczył na siedzenie obok kierowcy.

Kiedy samochód, kolebiąc się, zaczął się cofać i zawracać na polną drogę, Siwy pomachał Ninie ręką. Ta się namyśliła i odmachała w odpowiedzi.

Pogrzeb odbył się po dwóch dniach.

- A wiesz, że ten samochód, co to przywiózł tutaj twojego Paszkę, nasi rozstrzelali w drodze powrotnej! - poinformowała Maria, która przyszła na wypominki dziewiątego dnia po śmierci Paszki. Wypiła kieliszek wódki i z apetytem zagryzła chrupiącym ogórkiem. - Było tam siedmiu Ukropów, dobrze mówię?

- Siedem osób - powiedziała Nina Iwanowna, czując, jak drobne zimne dreszcze biegną jej po plecach.

- No właśnie mówię, siedmiu! Faszyści, jak się okazało. - Pokiwała głową z przekonaniem. - Z Prawego Sektora. Wyobrażasz to sobie?! Faszyści! No, moja droga, miałaś po prostu strasznie dużo szczęścia! Po prostu strasznie, jak Boga kocham! Po prostu strasznie!

?

LALKI KLARY

Będę szczęśliwy,

jeżeli przyszli szlachetni mężowie,

pragnący zgłębić istotę wydarzeń,

odnajdą tu coś, co rozbawi ich umysł

i zwróci ich uwagę,

i jeżeli nie odwrócą się z pogardą.

Gan Bao[9*]

Kocurek wąsaty

Po ogródku brodzi,

Koziołek rogaty

Za kocurkiem chodzi

Kocurek łapeczką

Pogładzi mordeczkę,

A koziołek bródką

Potrząśnie siwiutką.

Wasilij Żukowski[10*]

Liza otworzyła oczy i utkwiła wzrok w mroku wysokiego sufitu.

- Aha, aha - wyszeptała, obmacując przestrzeń wokół siebie. - To jest gładkie i miękkie, czyli poduszka. A to gładkie i ciężkie, więc kołdra. Kołdra, kołderka tańczyła strasznego oberka.

Ciężka artyleria ostrzeliwała miasto. Na przeciwległym skraju Z umierali ludzie. Pogrążona w chorobliwym półśnie Liza czuła, jak dusze opuszczają swoje ciała. Przyjmowała też strach i ból umierających, ale nic nie mogła zrobić. Nic. Nikomu nie mogła pomóc.

Krótki rozejm wczoraj złamali bojówkarze, którzy po raz kolejny ostrzelali pozycje armii rządowej od strony dzielnic mieszkalnych Z. Przesuwali swoje pozycje, prowokując odpowiedź. I ta nie kazała długo na siebie czekać. Ukraina miażdżyła miasto, wrażając je w niekończące się przedwiośnie. Chcąc i nie chcąc, zabijała swoich własnych obywateli - zakładników "ruskiego mira", którzy tę wojnę pragnęli tylko przetrwać.

Liza leżała w łóżku, balansując na krawędzi snu i jawy, która jest gorsza od największego koszmaru. Myślała o tym, że akurat w ostatnich miesiącach wielu z tych, którzy wcześniej wyjechali, wróciło do Z. Nie było dla nich miejsca w cudownej oddali od strefy działań wojennych. I tacy mają teraz najgorzej. Do tej rzeki należy wchodzić stopniowo. Inaczej emocje mogą zabić. A oni przecież nie byli do tego przyzwyczajeni. Zresztą większość z nich nie miała głowy do tego. Byle tylko zapewnić byt rodzinie i bliskim. Byle tylko nie pokazać płaczącym dzieciom, jak bardzo to ich samych przeraża. Jak bardzo im samym odechciewa się życia. Ale najgorzej mają ludzie samotni. Wróciwszy do Z, tak naprawdę nigdy tutaj nie dotarli. Ugrzęźli gdzieś pomiędzy światami. Kto im teraz pomoże wrócić?

Wczoraj Liza rozmawiała z Mariną Arkadjewną, profesorem filologii, byłą koleżanką Gredisa z uniwersytetu, która mieszkała piętro wyżej. Ta zgrabna i zawsze starająca się wyglądać na młodszą dama opuściła Z przed pięcioma miesiącami na zawsze. I nagle wróciła tuż przed wznowieniem działań wojennych. Zmartwiło to nawet Weresajewa, choć nie znał jej blisko.

Oczywiście ani on, ani Gredis nie skomentowali tej sytuacji. Gdy zobaczyli chudą, siwiejącą profesorkę wczesnym rankiem na ławce przed bramą, zapytali, czy mogą jakoś pomóc. Po usłyszeniu odpowiedzi zajęli się swoimi sprawami. Pracownicy Piątego Rzymu nauczyli się, że w Z pewnych pytań lepiej nie zadawać.

Natomiast Liza nie chciała się tego nauczyć. Maria Wrona - jak mówili o niej bliscy ludzie - odprowadziła spojrzeniem przeładowany opel Weresajewa, po czym puściła oko do obserwującej ją z okna dziewczyny. Rozejrzała się wokół, sprawdzając, czy nikogo nie ma, wyciągnęła flaszeczkę koniaku z eleganckiej torebki marki Jacques Esterel, upiła i zapaliła papierosa. Z melancholijnym, ale jasnym uśmiechem spoglądała w niebo nad głową, obserwowała drzewa, gołębie, wróble i sikorki. Myślała o tym, że one też nie odleciały do Kijowa, chociaż mogły. Opierzeni separatyści na terenach okupowanych.

Liza wypiła szklankę herbaty i zeszła na dół. Popatrzyła na profesorkę badawczym wzrokiem i usiadła obok na ławce.

- Po coś wróciła? - zapytała surowo. - Dlaczego nie zostałaś na Ukrainie?

- Ponieważ nie ma jej nigdzie. - Marina uśmiechnęła się swobodnie, blada i chuda jak szkapa, i zaproponowała Lizie papierosa. - Nie ma żadnej Ukrainy, dokąd można przyjechać na własne życzenie.

- Nie rozumiem! - Jelizawieta zmarszczyła brwi. - A Kijów, Lwów, Iwano-Frankiwsk? Karpaty czy Zakarpacie, koniec końców?

- Szkopuł w tym, moja droga - odpowiedziała Wrona - że Ukraina to nie jest żadne terytorium. Rozumiesz?

- Nie rozumiem!

- A ty zrozum, nie jesteś już dzieckiem! - Wrona raptem się zirytowała. - Trzeba myśleć głową, nawet jeśli masz w niej nie po kolei.

- I co niby mam myśleć? - wykrzywiła usta Liza.

- Terytorium można zasiedlić byle kim. I w zasadzie nieważne kim...

- A kraju się nie da?

- A kraj to są ludzie. Ludzie, dziecko! Nie są to ani szyny, ani belki, ani zapach kreozotu, ani drzewka migocące w nieprzebytej, jak wieczne dziewictwo, ukraińskiej nocy. Nie jest to ani surżyk[27] konduktora, ani przedsionek wagonu, gdzie śmierdzi diabli wiedzą czym. Nie jest to bezsenność wypłukująca z mózgu resztki sensu. Ani odległość na mapie. Nie są to słupy wiorstowe. Ani zwrotnice i nie sygnalizacja świetlna. Ani gogolowskie karczmy nad gęsto zarośniętymi stawami. Ani wiedźmy w tych lokalach, gdzie pachnie miodówką i kwasem chlebowym. I nawet nie diabeł, który jeździ swoim wozem od wsi do wsi, chociaż to już jest bliższe temu, co mam na myśli.

- Jaki diabeł ma cel, żeby jeździć od wsi do wsi? - Liza unosi brwi.

- Każdy jest dobry! - Marina Arkadjewna wybucha śmiechem. - Jaki diabeł może mieć cel? Jasne, że nie chodzi mu o handel. Chociaż na radzieckiej Ukrainie diabeł zawsze był kimś w rodzaju handlarza starzyzną. Pamiętam takich z dzieciństwa. Kto ich tutaj nie zastał! Szczególnie wielu było ich po drugiej wojnie światowej.

- Widziałaś diabła?

- Sądzę, że tak. - Wrona się uśmiecha. - I niejeden raz.

- I jak wyglądał?

- Łysy pies na baby. Konusowaty, krzepki, ale nie gruby. Muskularny satyr w chlamidzie do pięt. Podobny do kozaka Mamaja[28]. W zasadzie dokładnie nie wiemy, co to jest chlamida. Jeżeli kierować się intuicją językową, a możemy polegać tylko na niej - profesorka surowo spojrzała na Lizę - to coś powiązanego z chlamydiami i chłamem. Coś intymnie, boleśnie starego, przeznaczonego do utylizacji. W czymś przypominające grzech, rozkosz, tajemną namiętność, tkwiącą w żądzy, by władać i żyć przeszłością, która gromadzi się w ludzkich głowach i przedmiotach codziennego użytku...

- W starych rzeczach?

- W starych ideach, uczynkach, w zupełnie nieżyciowych imperiach, w mapach konturowych z zaznaczonymi granicami, w dystynkcjach wojskowych, listach i zdjęciach... - Wrona pstryknęła zapalniczką i łapczywie się zaciągnęła.

- Dobra, ale zaczęłaś mówić o diabłach i handlarzach starociami!

- Masz rację - Wrona przywitała uśmiechem lekki wietrzyk od rzeki. - Handlarze przez stulecia przemierzali te ziemie na swoich zasranych szkapach, a potem naraz zniknęli. Gdzie i jak to osobna historia, ale wszystko wskazuje na to, że KGB maczało w tym palce. Ale tu nie o to chodzi. Handlarze wymieniali dobre rzeczy na starocie i łachmany. Na dziurawe worki i podpinki, prześcieradła, koszule, podarte spodnie, pogryzione przez szczury płócienne buty, przeżarte przez mole portiery, szlafrok ojca, płaszcz matki, żakiet babci, pasiaste galoty dziadka. Odzież wierzchnią i spodnią. Dzianinę codzienności. Osad kulturowy, znoszony chłam egzystencji, co rozsypuje się w palcach. Wszystko, co zostało po przeszłości. Nie należy go przechowywać, nie trzeba się nad nim trząść. Należy go wynieść i wyrzucić...

- Ale człowiek przechowuje! - zauważyła Liza, ściągając brwi. - Jest chory na tę przeszłość, zadręcza się nią, ale mimo to przechowuje!

- Mądra dziewczyna! Właśnie tak! O to chodzi! - Wrona pokiwała głową. - Zdajesz sobie sprawę, że to wszystko trzeba wyrzucić! Nie pamiętać! Nie wiedzieć! Nie pozwalać, by przeszłość kierowała twoimi myślami i uczynkami, ale nic nie możesz na to poradzić.

- Dręczy człowieka - wtrąciła znów Liza - powiedzmy, Związek Radziecki, nie daje spokoju...

- Na przykład - zgodziła się Marina. - A być może Imperium Osmańskie, Bizancjum, Rzym. A możliwe, że czasy wolnych Kozaków, których pamięć żyje w tobie. Robi ci się słabo od tych szarawarów, szabli, bębnów, tabunów za twoimi plecami, od wrzasków krajanek Ukrainek sprzedanych w niewolę na śródziemnomorskich targach niewolników, od smrodu i jęków zamordowanych Turków, Tatarów, Cyganów, Żydów i Polaków. Nie odstępują cię ani na krok, wędrują ze snu do snu przez ostatnie trzy wieki. I tu nagle przyjeżdża ktoś roztrzęsioną furką i krzyczy nieoczekiwanie młodym i zawadiackim głosem: "Skupuję szmaty, gałgany, rupiecie! Gałgany! Ga-ga-ny!".

- Diabeł krzyczy zawadiackim głosem? Przecież jest stary?

- Jest wieczny! - powiedziała Wrona, uśmiechając się lekko. - Dlatego młodym i zawadiackim! Wykrzykuje te swoje "gałgany", a ciebie dławi nagły skurcz wzruszenia!

- A to dlaczego?

- Rozumiesz - Marina w zamyśleniu pomiędliła filtr zgasłego papierosa - to słowo tylko na piśmie wygląda pospolicie i prosto. A tak naprawdę, nieskończenie piękne gagany pieniście i miodowo rozlewają się po okolicy. Są rześkie i dźwięczne niczym majowy poranek, jak płatki dzikich jabłoni i wiśni uścielające tory kolejowe życia, które czeka samo na siebie! Ga-ga-ny! Dzieciństwo, młodość, błogosławiona niewiedza tego, co będzie dalej. Rodzice są młodzi i zdrowi. Ścieżki między jabłoniami jasne i czyste.

- Ale jak to wygląda?

- Bardzo prosto. Po ulicy pomiędzy domami powoli przemieszcza się furka. Zrzucając na nią rupiecie przeszłości, możesz utargować grosz czy dwa. Jednak przeżyte życie kosztuje przeraźliwie mało. - Wrona zaciska usta. - Dlatego najchętniej wymieniano je na nowiutkie, nieznające życia rzeczy. Na dziecięce zabawki, miękkie świetne prezerwatywy...

- Prezerwatywy? - Liza zaskoczona uniosła brwi.

- Właśnie tak - potwierdziła Wrona. - Ukraiński diabeł zawsze miał w wozie zagraniczne prezerwatywy i to niewątpliwie przyczyniło się do upadku ZSRR bardziej, niż cały ruch dysydencki razem wzięty. Na początku był kondom, a dopero potem Sołżenicyn. Ale nie o to też chodzi. Co jeszcze można było znaleźć na tym wozie? Dużo wszystkiego. Czarną herbatę sypaną, Królową Margot, świeczki cerkiewne, Protokoły mędrców Syjonu, włoskie skórzane buty rozmiar czterdziesty drugi, Trzech muszkieterów, mołdawski kagor, żyłkę wędkarską produkcji NRD, koniak francuski, cztery butelki piwa marki Żygulowskie, topornie wykonane, ale masywne kandelabry z brązu, przycisk do papieru, pióra atramentowe, klamerki, węgierską gumę, klej, czerwony gwasz. W płóciennych workach: cukier, sól, zapałki. Stare rzeczy chętnie wymieniano na nowe miotły, żeby zamiatać nimi dom. Miotły były zimne i żółte, a rzeczy zostawiane handlarzowi: żałosne, pogniecione, często przeżarte przez mole i nieustanne skoki kwantowe. Ale szmaciarza to nie zniechęcało. Zbierał przeszłość do worków i wcale nie wybrzydzał. Sługa śmierci, pracownik sceny Teatru Połowicznego Rozpadu, filozof i domokrążca.

- Opowiadasz straszne rzeczy - zauważyła Liza.

- Raczej smutne - nie zgodziła się Wrona.- Ale wspominajmy dalej. Co znajdowało się w wozie handlarza w różnych latach?

- Czyżby asortyment się zmieniał?

- Tak, miesiąc po miesiącu, epoka po epoce. Warto by było szczegółowo opisać, jacy mężczyźni i kobiety podchodzili do wozu, co dokładnie zostawiali i co zanosili do swoich domostw z uśmiechem ludzi, którzy dokonali udanego zakupu. Ktoś, kto nie zaznał rozczarowań i strat, mógłby podsumować to wszystko. Obejrzeć się, wypiąć dumnie pierś, ale zaraz potem wpaść w zadumę. Splunąć cierpką śliną opamiętania w szary topniejący śnieg, zapalić, nagle zapłakać. Ktoś powinien ułożyć listę rzeczy wartych wspominania i wyliczyć je we właściwej kolejności, która by sama przez się, jak katalog okrętów, odsłoniła rąbka nieprzeniknionej tajemnicy. Trzeba rozedrzeć płótno śmierci i zalać go żółtą akwarelą wiecznej pamięci, światłem spływającym z jaśniejącej pustki na nasze nieszczęsne, w istocie, życia...

- Trochę cię poniosło - powiedziała Liza po chwili zastanowienia. - Opowiedz lepiej, jak diabeł wyglądał?

- Starzec, powiadam, choć raczej facet w sile wieku - wyznała Wrona. - Przepadały za nim nasze hałaśliwe, łacne na amory baby. Satyr, choć raczej centaur. Ze swoim wozem co rusz zostawał u nich na noc.

- Czyli chodziło głównie o seks?

- Nie inaczej! - Wrona wzruszyła ramionami. - Pozycja od tyłu była jego ulubioną. Dosadnie mówiąc, brał je na pieska.

- Kogo brał na pieska? - zapytała Liza z wypiekami na twarzy.

- No wszystkie. - Profesorka się zamyśliła. - W zasadzie było w tym coś bardziej końskiego. W miłości jest jak centaur, niemożliwie silny, brutalny i czuły. Cham, cham! Ogier z jajami. Mężczyzna pełen wdzięku. Mustang. Dziki, w rzeczy samej, stwór.

- Jak to wyglądało ze strony?

- Dość, swoją drogą, pociągająco. Był mistrzem w tej dziedzinie i mógł skusić prawie każdą kobietę, która uśmiechając się, zapełniała jego wóz przeszłością, teraźniejszością i przyszłością, swoją odzieżą wierzchnią, a zwłaszcza spodnią. Do niektórych dobierał się w chwili, gdy te szykowały poczęstunek.

- Wprost w kuchni? - zdziwiła się Liza.

- No oczywiście - Wrona zrobiła niewielki łyk - w letniej kuchni rozświetlonej ogniem z otwartego pieca, spowitej zapachami tego, co się gotowało, smażyło, dusiło i piekło. Gęś z ryżem i rodzynkami, udziec jagnięcy w sosie winnym, galareta, kurczak z jabłkami i suszonymi morelami, placki nadziewane mięsem szczupaka i sandacza, słodka kasza kukurydziana podawana z morelową nalewką i pirożkami z cebulą. Pieczeń wieprzowa w sosie słodko-kwaśnym ze schłodzoną anyżówką i syropem z kaliny. Kaczka z orzechami i śliwkami, kapusta kiszona na miodzie. Aromaty ziół: kopru, bazylii, pietruszki, melisy, mięty. Kolendra i kardamon, pieprz czarny mielony, imbir, skórka cytrynowa, cynamon. Dzień był obficie skąpany w białych jak mleko płatkach bzu, śliw, wiśni, czeremchy lub jabłoni - w zależności od podwórza, na które zajechał aż po samo gardło ukraiński czart swoim zwinnym, solidnym powozem.

- Ale jak to się zaczynało? - zapytała Liza, z lekka się rumieniąc. - Chodzi o to, że nie mam na razie odpowiedniego doświadczenia. Stopniowo niewątpliwie nadrabiam zaległości. Jednak lwia część mojej wiedzy z tej dziedziny należy, że tak powiem, do sfery teorii. Chciałbym w jakiś sposób ożywić te schematy i formuły, traktaty, folianty, kreślenia, ustne pouczenia amantów przeszłości. Czy mogłabyś się ze mną podzielić szczegółami, jeśli oczywiście wciąż są żywe w twojej pamięci?

- Chętnie, droga przyjaciółko! Dlaczego by ich nie ożywić? - Wrona skinęła głową, rozpostarła i znów złożyła skrzydła, zaczęła je nieśpiesznie czyścić piórko za piórkiem czarnym błyszczącym dziobem, nie przerywając mówienia. - Najpierw handlarz opowiadał coś zabawnego, nie odnoszącego się wprost do sztuki miłosnej. Gospodyni nadziewała rybę. Powiewał wietrzyk i słońce chyliło się ku zachodowi. W pewnym momencie kładł silną szeroką dłoń na jej biodrze, wolną ręką obejmował i zaczynał pieścić ramiona i brzuszek, przywierając coraz ciaśniej do kobiecych pośladków tym właśnie miejscem, którego ukryć nie mógł i nie chciał.

- Nie mógł i nie chciał?

- Dokładnie tak! - potwierdziła Wrona. - Mówił i przywierał, śmiał i się ocierał, pogryzał płatki uszu i kark pachnący słodkim potem. Długim chropowatym językiem lizał puszek na plecach, szczęśliwie kobiety nosiły wówczas suknie obszerne, jak habity Ku Klux Klanu. Miał spąsowiałe długie, węzłowate palce. Zwinnie dotykał nimi piersi kobiety, kciukiem i palcem wskazującym lekko pocierał sutki podobne do nieprażonych ziaren kawy. Ponownie przywierał i głaskał, wdychał zapach i oblizywał. Kobieta czuła dłonie, szorstką bródkę, głośny oddech, niewyraźne słodkie słowa i z trudem rozumiała, o czym mówi ów przemyślny satyr, bo dokuczał jej niemilknący przybój czarnej krwi w uszach, szum w głowie i miłosne drżenie, dreszcze i przeczucie, które bywa najsłodszym ze wszystkich.

- I tak po prostu ulegałyście mu?

- Nie, dlaczego? - Marina Arkadjewna wzruszyła ramionami - Kobieta próbowała się opierać, ale w zasadzie nie była w stanie zrozumieć, do czego ten filozof zmierza. A kiedy wreszcie to zrozumienie przychodziło, ten, którego się nie dało ukryć, już ciasno przywierał do jej pośladków. Te z kolei były odsłonięte i na wpół otwarte jak połówki muszli skójki, być może, perłorodnej, a to niewątpliwie obiecywało swobodny dostęp do wszystkiego, co cieknie, drży i pragnie walki.

- Ale w jaki sposób nienasycony satyr dokonywał wszystkiego tak sprytnie, że kobieta nawet nie pamiętała, jak spódnica lądowała na jej głowie? Jak wchodził w nią handlarz?

- Nie zataimy również tego. - Wrona kiwnęła głową. - Pchnięciami, sprężyście, mocno, ale czule. Ta ulegle rozstawiała nogi i przywierała nabrzmiałą tęskną piersią do stolnicy. Policzek jeździł po stole wte i wewte, a do pola widzenia trafiały raz oskubany kogut z wpół otwartym buńczucznym okiem, raz bukiet malw w rosie, które gałganiarz zerwał wczesnym rankiem w okolicach osady.

- Ale jak to było możliwe? - Liza klasnęła w dłonie. - Przecież ledwie się znali?

- Pytanie wcale niebłahe. - Marina Arkadjewna kiwnęła głową. - Lecz na uwagę zasługuje również inny dziw. Jak radził sobie z zarzucaniem ich nóg na swoje ramiona?

- Czyli?

- Niejedna z tych kluseczek - Wrona zrobiła drobny łyczek - nigdy by nie uwierzyła, że będzie zdolna do takich fikołków. Przecież nie jest jakąś tam gimnastyczką, z tych, co to rozpalają serca nie tylko maluczkich, ale i wielkich tego świata. А tu proszę, popatrzcie no tylko! Kołyszą się w powietrzu kobiece nogi, co jakiś czas dotykając potylicy odwiecznego satyra, a być może tylko centaura. Porasta ją szorstkie, szpakowate i kędzierzawe pnącze, niczym winorośl ze szczepu isabella i chardonnay. Za każdym razem, gdy pięty dotykają winorośli, kobieta krzyczy i jęczy. Posłuchaj ryku, który wydobywa się z jej gardła, popatrz, jak bezmyślnie zamglony ma wzrok, jak spływa ślina z kącika jej ust, jak faluje łonem, płonie brzuchem i flakami... I jak wreszcie diabeł rozpływa się w uśmiechu, gdy zapala papierosa po kochaniu, patrząc w zachodzące dobre słońce.

- A potem?

- Potem stawał się potulny. Chciał jeszcze. Ale dziewczyna, opamiętawszy się, zaczynała go zwodzić. Zmuszała do robienia różnych zabawnych sztuczek. Diabeł z tego wszystkiego zupełnie kołowaciał, czasem się nawet zakochiwał! Zdarzało się zresztą, że rzucał swoje zajęcie, stając się pantoflarzem i głupcem! Kobieta obdarzała go miłością, a on pomagał jej się pozbyć niepotrzebnej przeszłości. - Marina Arkadjewna się uśmiechnęła. - I to jest właśnie kraj! Nie terytorium, jak zwykłaś myśleć. Amory z diabłem: oto Ukraina! Romans z metafizyką, z bytem, ze śmiercią! A wcale nie granice wytyczone przez Bóg wie kogo i nie wiadomo w jakich celach.

- Opowiadasz jakoś aż nazbyt szczegółowo. - Liza otarła pot z czoła. - I już nawet nie wiem, jaki to ma związek z poprzednią rozmową. Mówiłaś, że nie można się dostać na Ukrainę...

- Nie przeszkadzaj, pozwól mi skończyć. - Wrona machnęła ręką. - Z tych nierozważnych, ale generalnie nieprzypadkowych, rzecz jasna, związków rodziły się zawadiackie czarniawe dzieci o bezczelnych oczach. Każde jedno to spryciarz, co to zna odpowiedzi na wszystkie pytania. Na przykład, kto szybciej zje ludzkie wnętrzności: wilk czy lis. Czy liczba gwiazd na niebie jest parzysta, czy też nie. Kto kieruje światem? Kim jest twórca słów? Co lepsze: Smith czy Wesson? Mój ty Boże! - Marina Arkadjewna wzruszyła się aż do łez. - Kaliber dziesięć całych sześćdziesiąt siedem setnych milimetra, pojemność bębna sześć pocisków, długość lufy dwieście trzy i dwie dziesiąte milimetra, spłonka centralnego zapłonu, krótki czas przeładowania. Obficie w nich płynęła krew polska, grecka i żydowska. Mówili po arabsku lepiej niż w swoim ojczystym litewskim czy białoruskim. Znali ptasie języki. Żyli, jak długo chcieli. Na drążku obok szkoły wieczorowej numer pięćdziesiąt dwa wykonywali pełne obroty, trzymając się jedną ręką. Na polowaniu z lokalną milicyjną szychą po pijaku z pięćdziesięciu metrów trafiali w samo serduszko karcianego asa. Udręczeni życiem, wypijali dwa wiadra gorzałki, zagryzając rydzami, słoniną lub płocią. O Ukraińcach zamieszkujących te terytoria opowiadano różne rzeczy. Na przykład, że nigdy nie chorują i że nikt z nich nigdy nie umrze...

Gdzieś za stawami rozległ się potężny wybuch. Kobiety miały wrażenie, że grunt osiadł im pod nogami, budynki się zakolebały i nawet powietrza wokół ubyło. Przestraszona profesorka popatrzyła na Lizę i zamilkła, jak gdyby ocknąwszy się ze snu.

- Słuchaj - przypomniała Liza - zaczęłaś mówić, że nie można trafić na Ukrainę. Wytłumacz, o co ci chodziło. Czy dobrze rozumiem, że to się przytrafiło właśnie tobie? Okropnie jestem ciekawa tej historii.

Marina Arkadjewna pstryknęła zapalniczką, chwilę milczała, oglądając grę świateł i cieni na listowiu lipy.

- Tysiąc razy powtarzałam ludziom. - Marina Arkadjewna wzruszyła ramionami. - Ukraina to nie są granice, celnicy czy religia. Nie są to mapy językowych preferencji. Działy wodne czy płyty tektoniczne. To są ludzie, do jasnej cholery! Ludzie i jeszcze raz ludzie! Z nich się składa kultura! Do ich przodków przez stulecia przyjeżdżał ten sam handlarz starzyzną! I w swojej opiece miał ich ten sam Bóg! I tyle. To właśnie jest tożsamość.

- No dobrze. - Liza kiwnęła głową. - Niech będą ludzie. Czyli co, nie mogę teraz pojechać do Lwowa?

- Nie sądzę... - prychnęła Wrona.

- A ja myślę, że mogę! - powiedziała z rozmarzeniem Liza. - Trzeba tylko wziąć od Sokratesa trochę pieniędzy, założyć niebieską sukienkę w maki, kupić butelkę wody mineralnej i kilka wspomnianych wcześniej prezerwatyw. Mówią, że w Galicji aż się palą do seksu z wychodźcami ze wschodniej Ukrainy. Miłości z tego nie będzie, ale łóżko się znajdzie. Mam rację, Marino Arkadjewno?

- Miałam za młodu stamtąd kochanka. - Wrona westchnęła. - Czy to diaczka, czy to psalmistę. A przypadkiem to nie jest to samo? Nigdy się w tym nie orientowałam. Zresztą spotkaliśmy się tylko kilka razy, gdy przyjeżdżałam do Lwowa na konferencje naukowe. Wyjaśnił mi różnicę między prawosławnymi a grekokatolikami. Chcesz wiedzieć, na czym polega?

- No na czym?

- Prawosławni cierpią na brak umiaru w jedzeniu i piciu, lubią pieniądze, chamy z nich i grzeszą prywatą...

- Watą, watą[29] - powtórzyła jak echo Liza.

- No mówię, że prywatą. - Marina kiwnęła głową. - Biskup u nas maybachem na mszę jeździ, a protojerej[30] ma brzuchol jak piec hutniczy. Ludzie przy tym żyją biednie...

- A grekokatolicy?

- Ci są żarliwi nad wyraz! - Marina kiwnęła głową z przekonaniem. - To ich gubi! Za dużo gorącej krwi! Niesamowici kochankowie! Ale przy tym kochają tylko siebie, co by nie mówili. Utalentowani, skrajnie egoistyczni, z kompleksem prowincjuszy. Inteligentni, okropnie przesądni i podejrzliwi. Kochają władzę. Mieszkają w tubie gramofonowej, przez którą Bóg patrzy na Wschód. Nie śpieszą się z wychodzeniem na światło dzienne. Sprytni, uparci, umierają ciężko, a płoną szybko, pozostawiają wszak po sobie długi ślad.

- Czyli co z tego wynika? - Liza zmarszczyła czoło. - Nie można po prostu wsiąść do pociągu i pojechać na Ukrainę?

- Chcesz wiedzieć, na co możesz liczyć? - Wrona pokręciła głową. - Powiem ci. Możesz kupić bilet na pociąg, który zawiezie cię na tereny wolne od okupacji. Tylko sęk w tym, że Ukraina i tereny wolne od okupacji to są różne rzeczy.

Marina Arkadjewna schowała paczkę papierosów, której Liza nawet nie tknęła, do torebki.

- Z tego, co mówisz - Liza ściągnęła brwi - wynika, że się nie da dostać na Ukrainę?

- Nie, dlaczego? - Marina wzruszyła ramionami. - Moje koleżanki z pracy, Ania i Zina, miały farta. Ukraina ich nakarmiła, napoiła, dała odzienie i nadzieję, pracę też załatwiła.

- A co z tobą?

- A mnie najpierw okradziono na ukraińskim punkcie kontrolnym po drodze na pociąg. Mniejsza o to. - Wzruszyła ramionami. - Pieniądze szczęścia nie dają. Ale potem na dworcu w Kijowie jakaś szuja zwędziła mi torebkę z dokumentami. Gapa ze mnie! - Marina Arkadjewna uśmiechnęła się ze smutkiem. - Zostałam bez dyplomu, dowodu, bez wszystkiego.

- I co?

- A nic. - Wrona się uśmiechnęła. - Ani mieszkania normalnie wynająć, ani pracy znaleźć. Najpierw nawet sobie nie zdawałam sprawy, jaki to problem! Dlatego się nie poddałam. - Marina Arkadjewna ochryple się roześmiała. - Namieszkałam się po noclegowniach, naobijałam wysokich progów, nagłówkowałam porządnie, najęczałam do woli, chciałam rozczulić inferno. Głupia baba ze mnie, chociaż już niejeden siwy włos mam na głowie. Pieniądze wydałam, rzeczy wyprzedałam. A w efekcie i tak wróciłam do Z! - Wyjęła z torebki czekoladowego cukierka i podała dziewczynie. - Nie dla ciebie papierosy, częstuj się więc tym, niech ci będzie! Oto sakralny roshen[31], mam jeszcze trochę. Dwa cukierki zastępują szklankę kokainy.

- Dziękuję! - powiedziała Liza.

- Zamiast Ukrainy - kontynuowała Marina Arkadjewna - znalazłam w Kijowie radzieckie gnidy. Siedzą sobie w wysokich gabinetach. I odruchy ssania mają rozwinięte. Krwi łakną ukraińskiej, inną się brzydzą. Wszystko im jedno, w jakim języku mówisz, tylko czerwonego łakną. Doskonale się orientują! - Wrona klapnęła dziobem. - Wiedzą, że naród to nie jest język, lecz serce. Jak tylko zobaczą prawdziwe, natychmiast się przysysają. Liżą, prychają, mrużą oczka z przyjemności. Pocieszne bestyje. Wszyscy jak jeden mąż, swoją drogą, zwolennicy wojny do zwycięskiego końca i przy tym pacyfiści.

- I co teraz? - Liza zmarkotniała.

- A co teraz? - powtórzyła Wrona, spoglądając ze znużeniem na słońce. - W tym życiu niczego nie da się odbudować. A do tego żyjemy pod okupacją. Siedzę na słonku, popalam papieroski, popadam w alkoholizm.

- Wygląda więc na to, że miałaś pecha?

- Niby skąd wygląda? - Marina rzuciła Lizie sceptyczne spojrzenie. - Z pechem lub fartem to nie ma nic wspólnego! Zapamiętaj, musimy być precyzyjni, bo Putin tkwi w szczegółach. Ale na Ukrainę mamy drogę zamkniętą!

- Nie rozumiem, a twoje koleżanki z pracy jak się tam dostały?

- Jeżeli naprawdę chcesz wiedzieć, to ci powiem. - Wrona się przysunęła bliżej. - Ale niech to zostanie między nami. Mogę na ciebie liczyć w tej kwestii?

- Jasne! - Liza skinęła głową. - Mam diagnozę. Takim, jak ja nikt nie wierzy!

- Niezły argument - zgodziła się Marina Arkadjewna. - Dobra, słuchaj. Chodzi, dziecko, o to, że Anna i Zina, odpowiednio romantyzm francuski i Niemcy epoki oświecenia, zginęły.

- Jak to zginęły?! - Liza potrząsnęła głową.

- Słyszałaś, że jakieś trzy miesiące temu bojówkarze ostrzelali pociąg z moździerzy?

- Było coś takiego. - Liza skinęła niepewnie głową.

- Właśnie w tym pociągu one jechały do Kijowa.

- Ale przecież mówisz, że pracują i takie tam?

- A właśnie na tym - Wrona obejrzała się dookoła i przysiadła się bliżej - polega największa tajemnica tej wojny. - Na Ukrainę stąd możesz trafić, tylko jeśli zginiesz z rąk bojówkarzy! Z rąk matrioszek koloru khaki!

- Zginąć, żeby trafić na Ukrainę?! - Liza zagryzła wargę. - Jak to tak?

- A jak chcesz! - uściśliła Marina Arkadjewna ochoczo, kilka razy głośno i przeciągle zakrakała. - Mogą cię rozstrzelać, otruć, spalić, zatłuc na śmierć w piwnicach byłego SBU. Możesz sama z głodu zdechnąć, na szczęście tutaj o to nie tak trudno, jak się wydaje z Kijowa. Za śmierć gwarantującą poszukiwany wynik uważa się przypadek skazania na powieszenie, ustania czynności serca podczas przesłuchania, no i dalej w ten deseń...

- Nie rozumiem. - Liza zmarszczyła brwi. - Czekaj, no powiedzmy, że umarłaś i co dalej?

- A potem - Wrona znowu triumfująco wrzasnęła, podskoczyła na czarnych twardych łapach i, szeroko rozpostarłszy skrzydła, zatoczyła krąg nad głową Lizy - natychmiast znajdujesz się obok starej lipy przy samych fundamentach Cerkwi Dziesięcinnej[32]. Ta lipa jeszcze Marka Polo pamięta! Ciebie też powita z radością! A możesz się ocknąć na Szczekawicy[33], popijając na luzie koniaczek i popalając papierosy, tak jak ja teraz. Niektórzy po śmierci odnajdują siebie w Kijowie na rogu Chreszczatyku i ulicy Proriznej[34]. Stoisz więc sobie - Marina Arkadjewna zaśmiała się radośnie - w jednym ręku masz lody, w drugim piwo. Świeci słoneczko. Z prawej strony widzisz protest przeciwko cukiernikowi. Z lewej manifestację poparcia dla Jego Słodkości. Tamtejsi ludzie, cokolwiek by myśleli, rozumieją, że nie ma dla niego alternatywy. Niebiesko-żółta stolica, pluralizm i wolność opinii. Pijany glina szcza na bruk przy wejściu do metra, a tuż obok chłopak na kobzie wygrywa. I to jest wspaniałe, tak właśnie ma być! A najważniejsze, że pod bokiem masz knajpę, gdzie Żadan za godzinę będzie wiersze o Marii czytał[35].

- Czyli umarłaś, ale jednocześnie są Kijów, Żadan i kobza na rogu Proriznej i Chreszczatyku. A ty sobie tam stoisz żywa?

- Nie, no pytasz, a niby jaka? - zakrakała Wrona, siadając na gałęzi czeremchy wprost nad głową Elżbiety. - Oczywiście, że żywa! I ty jesteś żywa, i Żadan żywy, i cukiernik, żeby mu czekolada na wątrobę siadła, niech mu życie słodkim będzie tysiąc lat. I to się już nigdy nie skończy. Wprawdzie nie pamiętasz swojej drogi do Kijowa, i nie do końca jest jasne, co było przed tym, a najważniejsze, po co. W zasadzie ostatnie tygodnie przed śmiercią zostają w pamięci w ogólnym zarysie. Żadnych szczegółów. Wszystko w czerwono-siwym mroku. Niby zasnute mgłą. Ogólnie pamiętasz, że wybierałaś się na Ukrainę, że bliscy ci odradzali, ponieważ w Kijowie panuje nazizm i czekoladowo-orzechowy ciemnogród.

- Strach umierać! - zauważyła Liza.

- Wielki strach. - Ptaszysko skłoniło głowę. - Ale za to, jeśli człowiek trafi do Kijowa, do Lwowa czy, powiedzmy, do Stanisławowa właśnie po śmierci, to gdziekolwiek pójdzie, wszędzie napotka Ukrainę. Rozumiesz? Gdzie tylko spojrzy, wszędzie ona! - Wrona nagle zaszlochała, zakrakała przeciągle i żałośnie, zapłakała rzewnymi łzami. - Ale tylko po śmierci!

- Nie płacz, proszę! - Liza pokręciła głową z wyrzutem. - Co są warte pijane łzy?!

- Toż gdyby trzeźwe, czy krakałabym tu przed tobą? - Wrona ciężko westchnęła, zamieniła się w nietrzeźwą filolożkę, romanistkę-germanistkę, wzruszyła ramionami, zaciągnęła się parę razy i z impetem zgasiła papierosa. - I tak to jest. A ja przeżyłam. Żywa trafiłam do Kijowa, i dlatego Kijów nie był dla mnie Kijowem, a spotkałam tam gnidy. Więc, moje dziecko, to nie jest wcale oczywiste, kto miał więcej szczęścia, ja czy one. Najprawdopodobniej nikt. Po prostu każdy ma swój los.

- Powiedziałaś, że Zina i Anna mają się dobrze? - zapytała Liza, przyglądając się cukierkowi. - Że mają pracę, nadzieję i odzienie?

- Mają się świetnie! Pracują jako kelnerki w McDonaldzie i o innej karierze nawet nie marzą.

- Ale jak to jest możliwe, że jednocześnie zginęły i miały się świetnie?

- Głupia jesteś czy jak? - Marina ciężko westchnęła i ciężko podniosła się z ławki. - W życiu to tylko tak działa. Ktoś martwy burgery kijowianom serwuje. A ktoś, jak my tutaj wszyscy, niby jeszcze żywy, ale już nie człowiek.

- A kto w takim razie?

- Narzędzie szantażu, błąd statystyczny.

***

Rosyjskie matrioszki? Ile ich jest? Bez liku. Na pierwszy rzut oka - facet jak facet. Ale wystarczy popatrzeć uważniej, a spod niego towarzysz naczelnik przeziera. Spojrzysz głębiej, a tam recydywista z trzema wyrokami. Ani się obejrzysz, a bandzior zamieni się w żołnierza, śmiertelnie zmęczonego wojnami paru ostatnich stuleci. I tylko potem zauważysz, że w żołnierzu, jak w skrzyni, śpi mały chłopiec, który postradał pamięć. Jego prababkę w czterdziestym roku z Ukrainy na Ural wywieźli, a ten nie ma o tym bladego pojęcia. I dopiero w tym chłopczyku, pod żebrami po lewej stronie, dojrzysz wiosenny sen. Dzięcioł stuka, wilga płacze, słowik śpiewa w stepach sławnych, księżyc nad jeziorem się przechylił. A w nim, jak w żółtej łódce, płynie niebieski kotek. Srebrne wąsy łapką gładzi i do gwiazd się podśmiechuje.

Już całe wieki każdego Bożego dnia wykwitają na przepitej twarzy Rosji te dusze, które nie znają nic oprócz goryczy, pustki i kaca. I ojczyzny, na dobrą sprawę, też nie mają. Stracili ją wieki temu, gdy wysłano ich na kolejną wojnę. W zamian dostali legitymację. A w niej czarno na białym: "Ten witeź jest urlopowany do szpiku kości. Obywatel to nie nasz, lecz pies bezpański". I podpis - "Marszałek Iks Igrekowski".

Ale oni wrócili. Zawsze wracają z tych wojen. Wychodzą spod ziemi, ze szpitali polowych, z więzień, z zaułków. W dziurawych waciakach, z zardzewiałą bronią wracają do rodzinnych domostw. Opędzając się od pytań, niczego nie widząc, idą spać. Po przebudzeniu nie pamiętają swoich śmierci na purpurowych szlakach wojennych. I dlatego w niezrozumiałej złości i udręce pytają z rana:

- Co jest, psia pać? Gdzie ja jestem? Co robić i kto jest winien?[36] - I natychmiast, jak olśnienie, przychodzi odpowiedź: - Ukraina! Ukraina to jest teraz. I co robić, i kto jest winien, i co się dzieje, kurwa mać!

Ukraina to wszystko, co jątrzy się w tobie nieznośnym bólem. Jak życie, jak własna dusza, którą zostawiłeś w Jekaterynburgu, Pietropawłowsku Kamczackim, Sankt Petersburgu, Niżnim Nowgorodzie albo w Moskwie, kiedy wyruszyłeś na swoją pierwszą wojnę. Ukraina jest jak odpuszczenie grzechów, obietnica szybkiej śmierci i życia wiekuistego.

Człowiek mógł przepieprzyć całe swoje życie. Całe je spaskudzić. Zamknąć ryja własnego sumienia. Zatkać je jabolem, samogonem i telewizją państwową. A potem nagle się ocknąć o siwym, uralskim poranku i przerażająco jasno ujrzeć w oknie obdartego bloku szare, martwe pustkowie swojego życia.

Naburmuszona żona, brzydka jak koń trupio blady, gotuje pielmieni, apatycznie kołysząc zadem. Koszmarne krwiopijne bestie, w które zamieniły się jej dzieci, patrzą niemrawo i zarazem groźnie. Jakby postanowiły, że wyssą z ciebie krew do cna, ale na razie nie mają odwagi zasiąść do rodzinnej biesiady. Boją się, że nie dadzą rady. Groźny z ciebie gość, Wania.

A w telewizji akurat pokazują Kijów, który trzeba ratować. I znowu rozumiesz - to jest to! Ciebie uratować już się nie da. To jest jasne, jak słońce na niebie! I w zasadzie kij z tobą! Ale Ukrainę, jak się okazuje, można uratować! I mówisz sobie, to jest właśnie to! Odnalazłeś utracony sens.

Ponadto słyszałeś, że werbunkiem zajmują się swoi ludzie. Pułkownik rezerwy Gribow z Rady Kombatantów angażuje ludzi, którzy mają doświadczenie. Razem z tym Gribowem zaliczyliście już niejeden punkt zapalny. Znacie się więc jak łyse konie. A dalej idzie jak po maśle. Po przybyciu na miejsce dostajesz prowiant, umundurowanie, przydział do grupy, no i jakiś żołd też wpada do kieszeni. Dużej kasy z tego nie masz, co to, to nie. Ale w dupie masz kasę. Pierdolisz ją, psia mać! Nigdy jej nie miałeś i mieć nie będziesz, rozumiesz to doskonale.

Przecież jesteś Iwan Iwanowicz, psia mać, Iwanow! Przecież jesteś Rosjanin, kawał chłopa z Sybiru. Przecież możesz gołymi kopytami wydobywać ropę wprost spod wiecznej zmarzliny. I zapodawać ją sobie na kaca o poranku. Pięściami, a szczególnie głową, zwłaszcza w latach pierwszej młodości, wykrzesywałeś z Gór Uralskich iskry wielkie jak gwiazdy. I żadna cholera by nie powstrzymała takiego zucha i junaka.

Bierzesz więc brata Fiedię i jedziecie razem. A Fiedii to w ogóle zwisa, dokąd jechać. Pracy nie ma, żona go rzuciła, a jeszcze musi jej płacić alimenty, których oczywiście nie płaci. Na granicy, którą przekraczacie całkowicie legalnie, okazuje się, że to może być problem. Alimenciarzy niby nie przepuszczają. Ale potem się okazuje, że to nic trudnego. Pogranicznicy mają rozkaz przepuszczać i tyle. Możesz nasrać im na głowę - jak jeden mąż wciągną na swoje czapki kokoszniki[37] i wyrecytują chórem: dziękujemy, Matuszka Rosja, nisko się kłaniamy. Od dwóch lat niczego tutaj nie zauważają. Ani ostrzałów artyleryjskich ukraińskich miast ze strony Matuszki Rosji. Ani ciężkiego sprzętu wojskowego jadącego nieustannie przez granicę. Nie są to już pogranicznicy czy oficerowie, tylko dróżnicy, co otwierają i zamykają szlaban.

Docieracie więc do Z. Dostajecie zakwaterowanie w jednym z akademików. Tutaj mieszkają bojówkarze, ale też miejscowi, których domy zostały zniszczone w trakcie działań wojennych. Wszystkich razem około dziesięciu tysięcy. Akademiki są ogromne, trzynastopiętrowe. Wcześniej tutaj mieszkali studenci z różnych krajów świata, a teraz takie matrioszki jak ty z Fiedią, Kozacy dońscy oraz ludzie, którym wojna rosyjsko-hybrydowa zrujnowała życie.

Razem z koleżką dziwicie się czystości w Z. Ten cały czas powtarza: "No w mordę, nieźle tu te Ukraińce żyły! Ty patrz, jeśli teraz jest tak czysto, to jak tu przed nami było?".

Na pozycjach wojskowych dzieją się różne rzeczy, ale po co o tym gadać? Nie rozmawiacie o wojnie. Gdy trafiacie do miasta, coś jakby na rotację, przez pierwsze godziny po prostu pijecie. Do upadłego, zaciekle i niemal w milczeniu. I dopiero potem wyruszacie w akademik. Łapiecie pierwszą lepszą i robicie z nią wszystko, czego zapragnie wasza prosta i czysta uralska dusza.

- A co by z tobą zrobili kijowscy faszyści, myślałaś o tym, głupia owco? - mówi ze znużeniem Fiodor, złażąc z młodej kobiety, która jednocześnie płacze i czka ze strachu.

- Akurat tutaj niedaleko znaleźli doły. A tam żywcem pogrzebanych trzysta kobiet zgwałconych przez Ukropów - mówisz, Iwanie Iwanowiczu, i krzywo się uśmiechasz - a jeszcze dwieście niemowląt i stu starców. Tych to akurat poćwiartowali. Słyszysz? Przywiązali do bewupe i poćwiartowali. Rozdarli na kawałki bojowymi wozami piechoty tylko za to, że ludzie chcieli mówić w swoim języku. I modlić się do swoich bogów. Łapiesz to? Tacy są ukraińscy faszyści!

- No - Fiodor kiwa głową - telewizję sobie pooglądaj, tam te kadry pokazują! Normalnie Pancernik Potiomkin! Serce się kraje! Do pochwy im pianę montażową wdmuchiwali...

- Nie starcom, się rozumie, a babom... - uściślasz i raptem milkniesz.

"Ile to trzeba było piany?" - myślisz. "A czasu? A sił? I jak oni te niemowlaki przywiązywali do wozów? I najważniejsze, do jakich bogów się modlili?"

Zdanie z paska informacyjnego pamiętasz doskonale: "Ludzie po prostu chcieli mówić w swoim języku i modlić się do swoich bogów". Czyli w żaden sposób nie mogłeś tego wymyślić. Ale humor ci się z jakiegoś powodu psuje. Wypijasz szklankę wódki, zapalasz papierosa, siadasz w fotelu, patrzysz przez okno. Za oknem leci topolowy puch. Niebo jest błękitne do bólu. Dobrze jest. A gdzieś tam daleko Matuszka Rosja, żona, dzieci wampiry.

Nagle coś się staje z twoim wzrokiem, a być może z tobą samym. Nogi łapie skurcz, wykrzywiają się ręce, klatkę piersiową coś z chrzęstem łamie i rzuca do przodu. I wylatujesz nie tylko z okna. Wylatujesz z samego siebie. I lecisz. Widzisz to samo niebo, co przed chwilą. Te same budynki na dole. Ten sam topolowy puch leci wokół ciebie, nad tobą, razem z tobą. Macie po drodze. Ale już nie jesteś sobą albo jesteś, ale nie tylko sobą. A może teraz jesteś sobą jak nigdy przedtem? Ale nie masz kiedy o tym myśleć, bo gdzieś obok słyszysz wołanie brata Fiedii. Chyba przytrafiło mu się to samo, co tobie. Ale co się przytrafiło wam obu? To bardzo proste.

Lecicie nad miastem Z.

Lecicie, Iwanie, nad miastem Z.

Lecicie, Wania,

Lecicie z Fiodorem nad miastem Z.

Lecicie przed siebie.

Topolowy puch.

Ale wy z bracholem,

Lecicie przed siebie

Nad miastem Z.

Oto rzeka,

A za nią step.

Lecicie, Iwanie,

A Fiodor krzyczy i wyje jak bóbr.

A ty niet,

W ogóle nic, Iwanie,

Bo jesteś ruski facet, glory hallelujah,

Nad miastem Z.

Oto rzeka,

A za nią step.

Ten step, Iwanie,

Gdzie sól i piołun.

Tu trzysta kobiet,

I stu starców,

I dwieście niemowląt, glory hallelujah,

Czekają już na was.

I stu starców, Iwanie!

Stu starców!

Trzysta kobiet, dwieście niemowląt.

Było tyle pić?

Ale oto staw,

Tu wierzby płaczą,

I szybki korowód,

Smutny i goły,

Patrzy na was.

Trzysta kobiet, Wania,

I stu starców,

I dwieście niemowląt, glory hallelujah,

Tańczą jazz.

Żydobanderowski jazz.

- Miłość ci wszystko wybaczy, idiotko - mówi z wyrzutem Fiedia, nie zawracając uwagi na brata, który chrypi na łóżku z wybałuszonymi przekrwionymi oczami. Wciąga spodnie, rzuca na łóżko parę pomiętych banknotów. - Masz, głupia, kupisz sobie cukierków. I nie próbuj, kurna, brać mnie na litość...

Ty, Iwanie Iwanowiczu, wracasz do tego brudnego pokoiku tak samo niespodziewanie, jak go zostawiłeś. Wiatr wpada przez okno.

- Co to było? - Po raz pierwszy w życiu lekko się jąkasz.

Wstajesz i patrzysz oszalałym wzrokiem na Fiedię.

- A ty co? - Ten się śmieje. - Łapiesz haluny? Uprzedzałem cię, ekstra staff! Z wódką lepiej go nie ładować! Nie posłuchałeś! No nic. Chodź do nas, mamy jeszcze browary. Piwko dobrze ci zrobi. Chodź, chodź! Zimne piwo jest najlepsze na takie jazdy.

Tak mijają dwa tygodnie. Akademik jęczy i modli się, przywykając do życia jednocześnie pod ostrzałami i pod "ruskim mirem", wspaniałym i bezlitosnym. Zajada się czekoladowymi cukierkami. Aż do diatezy. Akademik dużo rozmyśla. Na przykład o swoim stosunku do poetów srebrnego wieku, o Dostojewskim i Tołstoju, o białej, psia mać, gwardii i o siedemnastu mgnieniach Moskwy[38]. Dokładnej listy tych myśli nie da się ułożyć na wzór katalogu greckich okrętów, co to się już wszystkim przejadł. Zresztą wszystkie te myśli są o wysokich materiach. Akademik ma czas, by określić swoje duchowe priorytety.

Jednak dociera nie do wszystkich. Niektóre młódki od zgaszonych przez życie mężów zaczynają po cichu latać do was z Fiedią. A czemu mają nie latać, skoro piany, faktycznie, nie wdmuchujecie, do transporterów nie przywiązujecie, starców z dziećmi nie ćwiartujecie, karygodnie zużywając, a co gorsza, marnotrawiąc republikańskie rezerwy paliw. A do tego po kochaniu duszoszczypatielno śpiewacie o cygance, Tagance, tiurmie centralnej[39]? Toż z was normalnie Alainy, kurna mać, Delony. Franki, kurwa, Sinatry.

Po jakimś czasie wszystko się powtarza od nowa. Ładujecie się do samochodów i jedziecie w ukraiński step. Okopy, ostrzały, grady, uragany, raj dla dowódców polowych i szabrowników. Wśród tych, co przyjechali razem z wami, większość już uciekła do domu lub zginęła. Często myślicie o tych, którzy wyjechali, i ani trochę nie wierzycie w to, że Matuszka Rosja pozwoliła im wrócić.

Ostatnio, Wania, często wspominasz swojego dziadka Jegora Iwanowa, wojskowego łącznościowca. Zginął w domu, w swojej wsi, leżąc na piecu. Wieś jest nie byle jaka. Stare Reszoty, słyszeliście może? Została założona ukazem carskim w połowie osiemnastego wieku. Centralna ulica nosi imię Puszkina, tak jak w Z. Stanowi część starej szosy, która teraz się nazywa Trakt Staromoskiewski. W ostatnim czasie dużo się mówi, że miejscowość ma duże perspektywy. Co prawda nie wiadomo, jakie dokładnie. Trzy kilometry od Starych Reszotów biegnie obwodnica jekaterynburska i w nocy słychać miarowy stukot kół.

Słuchając go, twój dziadek leżał na piecu i powoli umierał na skutek choroby popromiennej. Długo się leczył, jakieś dziesięć lat, a potem machnął ręką. Łysy, biały jak krętek blady, cały aż fosforyzował, uśmiechał się gołymi dziąsłami, świecił niebieskawym światłem, prześwietlał kliszę, w życiu codziennym wykazywał właściwości tak fali, jak cząsteczki, własnym życiem potwierdzając swój kwantowy charakter. Ale śmierć mimo wszystko go doścignęła.

Po demobilizacji między nim a małżonką nie było pożycia małżeńskiego. Dobrze, że do tego czasu zdążyli spłodzić twojego starego.

Twoja babcia, Klaudia Iwanowa, biegała po nocach do najlepszego przyjaciela dziadka, Maksyma Garanina. Nie miała daleko. Trącisz tylko furtkę do sadu, a tam mały drewniany domek, w którym mieszka Maksym Łukicz, wspaniały człowiek i najlepszy szachista we wsi.

Dziadek najpierw płakał z zazdrości, ale potem się uspokoił. Z Garaninem co wieczór do samej śmierci grywał w szachy. A twoja babcia piekła im bliny i czule tak spoglądała sponad zwiniętej dłoni na swoich mężczyzn. Idylla jak nic.

Idylla, która stała się możliwa tylko dlatego, że 14 września 1954 roku na poligonie Tockoje w Nadwołżańsko-Uralskim Okręgu Wojskowym, czterdzieści kilometrów od miasta Buzułuk kapitan Jegor Iwanow trafił na manewry pod dowództwem marszałka Gieorgija Żukowa.

Z samolotu Tu-4 na poligon została zrzucona bomba o mocy 38 kiloton równoważnika trotylowego. O dziewiątej trzydzieści cztery na wysokości trzystu pięćdziesięciu metrów przeprowadzono wybuch jądrowy. Odczekawszy trzy godziny, żeby przeprowadzić kontrolę dozymetryczną i popatrzeć na dzieło rąk ludzkich, do epicentrum wybuchu skierowano sześćset czołgów, sześćset wozów pancernych i trzysta dwadzieścia samolotów. Trzysta dwadzieścia, Iwanie!

Czterdzieści pięć tysięcy żołnierzy miało za zadanie "zdobyć" epicentrum wybuchu. A kolejnych piętnaście tysięcy - "bronić" go. Po zakończeniu ćwiczeń nie przeprowadzono badań lekarskich personelu wojskowego. Sam marszałek w dniu manewrów na poligonie się nie pojawił. Pewnie, żeby nie robić niepotrzebnego zamieszania. Ten cały Striełkow[40] przy nim to pikuś.

Próbując zrozumieć sens manewrów pod kryptonimem Śnieżek, można odnieść wrażenie, że żuczek św. Jerzego zwariował. Bynajmniej, dopiął swego. Doświadczalnie ustalono, co się dzieje ze sprzętem, wojskowymii cywilami pod wpływem promieniowania. Wiele elementów sprawy utajniono, ale ty, Iwanie Iwanowiczu, zawsze byłeś pewien, że istniał inny cel eksperymentu. Tych skurwysynóww Moskwie strasznie interesowało, czy żona kapitana łączności Jegora Iwanowa zajdziew ciążę po raz drugi.

Połowa generalicji, umiarkowani pesymiści, stawiali na "nie". Druga połowa, niepoprawni hedoniści, obstawiali "tak". Dmitrij Fiodorowicz Ustinow[41], minister obrony wstrzymał się od głosu. Partia optymistów się powiększyła, kiedy Kława Iwanowa zaczęła chodzić na lewo. Jednak po roku stawki się wyrównały. Pomimo całego zapału Maksyma Capablanki kobieta za nic nie mogła zajść w ciążę.

Kiedy dziadkowi się zmarło,a José Garanina sparaliżowało,w głównym kremlowskim dzienniku obserwacji czyimś zdecydowanym pismem zostało odnotowane: "Manewry na poligonie Tockoje wykazały, że po takieja takiej dawce napromieniowania żony napromieniowanych kapitanów łącznościw ciążę nie zachodzą".

Mamy to. Teraz wszystko jasne. Sztab Generalny westchnął z ulgą "Dokonaliśmy tego!" - powiedział Ustinow i odznaczył dwudziestu generałów Orderem Chujni Wojennej pierwszej klasy. No a co? Kolesie nie na próżno przecież tyle promieniowania puścili z dymem.

Zaskakujące jest to, że o wydarzeniach na poligonie Tockoje w kraju wiedziano niewiele. A to między innymi dlatego, że większość okaleczonych przez Żukowa żołnierzy, tych sześćdziesiąt tysięcy napromieniowanych młodych facetów, potem znikła. Rozpłynęła się, jak gdyby odeszła w nicość razem ze swoimi wozami, czołgami i samolotami. Może tak naprawdę było. Twój dziadek, żywy świadek wydarzeń, nigdy dokładnie nie opowiadał o tamtych dniach.

- Było, było, a jakże - mówił zdawkowo Jegor Iwanowicz, gdy babka pozwalała mu wypić kieliszek. - Dostaliśmy zadanie zapewnienia łączności dla pułku piechoty zmotoryzowanej. To je wykonaliśmy. No i tak to było. - Potem chwilę milczał i dodawał: - A po prawdzie, niewiele pamiętam: czarne, białe i purpura. I żuki tysiącami wylatują z trzonu grzyba atomowego. - Szczerzył białe dziąsła w bezzębnym uśmiechu. - Żuki, wnuczku! Żuki Kolorado!

Po tych niepojętych słowach kapitan łączności zawsze milkł i wypijał drugi kieliszek. I nawet usilnie proszony, by opowiedział dokładniej, w kółko powtarzał o czarnym, białym i purpurze, a czasami o żukach, które rozlatywały się na wszystkie strony.

Czarne, białe i purpura to dla ciebie, Iwanie Iwanowiczu, coś na kształt mantry. A w stonkę wtedy nie uwierzyłeś. Zrzuciłeś to na mętny umysł dziadka, który całymi dniami fosforyzował na piecu...

Na niebie pojawiają się pierwsze gwiazdy. W zagajniku za punktem kontrolnym wyśpiewują słowiki.

- Już trzy razy dzwoniłem do Szurika, Timoszki, próbowałem też do Aleksieja i Kostii - mówi Fiodor, a w jego dłoniach pojawia się joint. Skręt płonie niczym okręt po same burty wypchany trawą: - Nikt nie odbiera. W domu u Timoszki też nikt nie odpowiada. Dziwne.

- Różnie bywa - odpowiadasz, Iwanie Iwanowiczu.

Nie wiecie o tym, że Szurka z Timoszką gniją w lasach pod Ługańskiem. Zwłoki Kostika spalili wczoraj w mobilnym krematorium pod samą granicą. Tylko Aleksiejowi, oficerowi Specnazu, udało się wykaraskać. Choć i nie tam, dokąd by chciał. Był tutaj kimś na kształt doradcy, odpowiadał za planowanie i pracę grupy specjalnej. Chłopaków z Uralu kilka razy angażował. Równy gość. W niewoli nie miał lekko. Niedawno telewizja ukraińska pokazała. Ledwie go poznałeś. Powiedzmy tak, że rozumu w oczach mu przybyło. Co ciekawe, teściowa z żoną się faceta wyparli, biorąc za to M2 w centrum miasta. Dziennikarzom z Moskwy powiedzieli dosłownie:

- Nic nie wiemy! Naszego Aleksieja jeszcze w zeszłym roku pochowaliśmy! Możemy nawet grób pokazać. A ten w telewizji to podstawiony banderowski ryj!

Co tu powiedzieć? Dobry geszeft wszędzie w cenie, w Jekaterynburgu również.

Nad waszymi głowami rozbłyskuje meteor przecinający ukraińskie niebo. I tutaj po raz pierwszy, Iwanie Iwanowiczu, przychodzi ci do głowy myśl, że Ukrainę prawdopodobnie jeszcze się da ocalić. Ale ciebie z Fiedią, niezależnie od wyników kampanii, może uratować jedynie prewencyjne uderzenie jądrowe. Uśmiechasz się melancholijnie. Odkładasz na bok karabin. Palisz, chowając papierosa w dłoni. Zbity z tropu wpatrujesz się w ogromne gwiaździste niebo, a jednocześnie, jakby w odwróconej perspektywie, oglądasz całe swoje życie. Czujesz piekielną chęć, by usłyszeć grzmot i wraz z purpurowym grzybem poszybować ku stratosferze, gdzie czeka na ciebie zimno, obojętność i całkowita cisza.

- Nie martw się - mówi Fiedia, zawsze bezbłędnie wyczuwający twój nastrój. - Jutro wolne, idziemy do miasta. I od razu do łaźni!

- Że niby tu jest? - Unosisz brwi.

- Popytałem! Piąty Rzym się nazywa. Mówią, że lepszej ze świecą szukać!

***

Liza słuchała z zamkniętymi oczami cichnącej kanonady i wspominała wczorajszy dzień. Gredis i Weresajew powieźli do domu dziecka jedzenie kupione za pieniądze Piątego Rzymu. Jeszcze trochę wczorajsi, ale radośni załadowali opla Nikołaja po sam dach. Jej nie zabrali ze sobą, bo nie było miejsca. Liza mimo to dołożyła swoją cegiełkę do dobrych spraw w Z. Po rozmowie z Wroną ugotowała kaszę z tuszonką. A potem do wieczora jeździła na rowerze po okolicy z bańką i reklamówką pełną plastikowych miseczek i łyżek, dokarmiając zwierzęta i staruszków.

Ci głodni i znękani już niekiedy nawet o nic nie proszą. Po prostu leżą lub siedzą na słońcu i czekają na śmierć - tyle dobrego, że jest wiosna. Rozumieją: ludzie nie mają do nich głowy. Ludzie nie mają pieniędzy, rozumu, sumienia. Ludzie sami potrzebują pomocy albo przynajmniej, żeby pociski nie spadały na sypialniane dzielnice miasta. Miasto Z pragnie pokoju. Zrozumienia. Prostych, dobrych słów.

Staruszkowie się uśmiechają, biorąc do rąk kaszę. Pewna starowinka zawsze kreśli nad nią znak krzyża. Mówi:

- Niech cię Pan Bóg chroni!

Bierze plastikowy kubek z kaszą i w pierwszej kolejności karmi starą, jak ona sama, kotkę, która leży jej na kolanach.

Widząc to, Liza płacze w środku. Łzy spływają do gardła i zalewają serce czarną, gorącą krwią. Ale tak w ogóle to uśmiecha się od ucha do ucha. Psy też ją poznają, witają. Merdają ogonami, próbują walczyć o kaszę, za co Liza je surowo karci i wymachuje rękoma.

Duży czarny pies cały dzień biega obok roweru. Ochrania. Zresztą nieliczni przechodnie są ostrożni i płochliwi. Śpieszą się do swoich spraw. Nie mają ochoty zaczepiać ciągle uśmiechniętych i lekko zezowatych zwariowanych dziewczyn. Nie mają czasu na patrzenie w ich źrenice rozszerzone od cudownych neuroleptyków przekazywanych przez Korniewa za ogromne pieniądze z Kijowa. Nie mają głowy do cudzego bólu. A to, że Liza to sam ból - widać natychmiast. Ręce umazane w kaszy i farbach, sukienka - stara, wypłowiała, wystrzępiona na brzegach. Gdyby żyła Karolina, nie pozwoliłaby jej ubierać starych sukienek, ale Gredis nie zwraca na to uwagi. Twarz dziewczyny jest chorobliwie piękna. Nerwowy tik, rude zmierzwione włosy. A w nich straszy żółto-błękitna wstążka.

Tylko za tę jedną wstążkę mogą zabić. I nawet powinni. Przy czym prędzej cywile Z niż bojówkarze. Jak to wytłumaczyć? Tutaj mają dość czekania na śmierć, a śmierć niesie oczywiście Ukraina. A przynajmniej myśleć w ten sposób jest łatwiej. Bo jeżeli jest inaczej, to jak dalej żyć pod rządami hunwejbinów ze Wschodu? Buriaci, słowianofile, niepoczytalni Kozacy, kryminaliści ze spoiwami ducha narodowego[42] zamiast mózgu posępnie oglądają powiewającą na wietrze jaskrawą wstążkę. Studiują uśmiech pannicy, bose nogi po kolana pokryte kurzem i sporą wysypką, wpatrują się w podziurawioną przez wieczność twarz, odwracają się. Plują w plecy, sprośnie żartują, czasami rzucają za nią kamieniami, ale ręce trzymają przy sobie. Szaleństwo w obecnej dobie wzbudza respekt.

Nawet Z-maniak stracił rezon. Przed wojną na pewno by spróbował pod jakimś przyzwoitym pretekstem zaprowadzić ową dziewoję do swojej oficyny, żeby sobie poużywać. A teraz nie, nawet nie zagada z taką. Nawet nie spojrzy w jej stronę. Tym bardziej, że błękitno-żółta wstążka powiewa na wietrze, a bezpański włoski mastif, co to schudł i zmądrzał, odkąd został bez właścicieli, jest bezszelestny, szybki jak rtęć i łagodny jak śmierć. Pijani rosyjscy najemnicy dwa razy próbowali go zastrzelić, co mu oczywiście pomogło wyrobić sobie własne zdanie na temat okupacji regionu, chwiejności Unii Europejskiej i asekuracyjnego stanowiska NATO. Przy lewym uchu na miedzianej klamrze przymocowanej do obroży ma napisane Platon.

- Platon! - mówi Liza do psa i mastif macha ogonem, patrzy mądrymi oczami, ale przy tym nie zapomina zerkać na boki.

Odpowiada za tę wariatkę, powinien być czujny. Nocuje pod bramą. Za to dostaje swój przydział jako pierwszy. Gredis nazywa go nauczycielem...

Szary świt rozwidnia okno. Kanonada stopniowo przygasa. Liza otwiera oczy. Za oknami modre pionowe rozbłyski obwieszczają śmierć niewinnych ludzi. Wczesna wiosna. Słabnące wybuchy brzmią w szarej mgle przeciągle i głucho, niczym z zaświatów. Przeszywające poczucie winy za to, że ktoś zginął, a ty żyjesz. A przy tym ulga. I wstyd za to. Życie jest takie nieznośne, że aż w brzuchu pali ogniem. I jak zawsze, zamiast miesiączki trzy, cztery krople. Doktor Parastas mówi, że to minie, ale dawki leków nie zmniejsza.

Liza usiadła na łóżku. Spojrzała w wilgotny półmrok za oknem. Ledwie zarysowane kontury domów. Park przy szpitalu można było rozpoznać tylko dzięki wysokim stożkowatym topolom. W pokoju ciemno i chłodno.

W kącie obok drzwi coś się poruszyło i zastękało. Przeszły ją ciarki. Zaskrzypiało, zabrzęczało. Liza się wzdrygnęła i pomyślała, że może powinna podnieść krzyk. Ale w taki wilgotny poranek nie sposób krzyczeć. Do gardła może wpełznąć mgła, a wraz z nią ciężkie sny Nibelungów albo gorycz jesieninowskich dusz. I znowu skądś cykanie, buczenie, pstrykanie. Przeciągłe mamrotanie. Jęki, szmer, szum. Cichy, jakby z nutą pretensji. I zdaje się, dosyć znajomy. Liza opuściła nogi na podłogę i namacała kapcie, mocno potarła dłońmi twarz, ostatecznie przeganiając sen.

- Widzę cię - powiedziała twardo - i zaraz podejdę.

- Uff - powiedziało to, co tłukło się w kącie. - Brrddrrdd, bzic! Szwift - dodało i ucichło.

- To jest podłe, tak straszyć dziewczyny - oznajmiła pewnie Liza. - Idę do ciebie, kimkolwiek jesteś! Popatrzę na ciebie i będzie ci głupio, wstyd i marnie na duszy. Tym bardziej, że wszyscy się chyba domyślamy, coś ty za jeden!

Na podrygujących nogach, ściskając zimne pięści, Liza zrobiła dokładnie cztery kroki i łupnęła w wyłącznik. Jaskrawe światło żyrandola zalało pokój.

Tak jest. Kwadratowa miedziana twarz z pretensjami do szlachetnej męskości. Duże, ciężkie plecy. Potężne ramiona. Gdzieś w środku zaciekle, ale bezszumnie pracują mechanizmy życia. Nieproporcjonalnie długie mechaniczne kończyny, połyskując metalem, bezradnie szurają po podłodze. Zamiast oczu dwa niesymetryczne różnej wielkości onyksy topornie, ale mocno wprawione w miedziane oczodoły. Z nierównych, tragicznie wykrzywionych ust wydobywają się żałosne dźwięki. Lalka ma na sobie niebieskie szarawary z żółtym efektownym krokiem i haftowaną koszulę. Białą nicią wyszyty geometryczny ornament z dodatkiem czerwonego i czarnego został wykonany drobnym ściegiem, który przypomina haft paciorkowy. Miedziany kozak ma na głowie typową kabardynkę[43], futrzaną rozkoszną czapeczkę półkulistego kształtu z wąskim otokiem i ciasno przylegającym do głowy sukiennym denkiem. Na nieproporcjonalnie masywnych mechanicznych stopach nosi czerwone skórzane kozaczki. Szkoda, że cały ten przepych okrywa li tylko kawał żywego żelastwa, zabawkę znalezioną zeszłej wiosny na polnej drodze.

Cały dzień Liza jeździła na rowerze, który dostała od wujka. O zmierzchu wracała do domu po okropnym oberwaniu chmury. Mijając punkt kontrolny, gdzie czwórka nietrzeźwych hunwejbinów grała w Go, zobaczyła stojącą na środku ścieżki niewielką figurkę.

Liza już wówczas miała Karla. Miała też grubą żarłoczną Gruszkę, a w kącie pod łóżkiem w drewnianym pudełku spał czarny jak sadza Obam - wesoły drewniany chłopczyk, jeszcze przed wojną przywieziony przez wujka z podróży po Afryce. Liza lubiła rozmawiać z imbrykiem w kształcie słonia. Ale takiej zabawki jeszcze nigdy nie miała.

- Coś ty za jeden? - zapytała, gdy zsiadła z roweru i przykucnęła, żeby lepiej widzieć połyskującą na czerwono twarz lalki.

- Orest Ipatijewicz Bloger! - odpowiedział miedziany zuch piękną ukraińszczyzną. - Ochotnik! Przyszedłem zza Dniepru bronić ukraińskiej ziemi!

- Przed moskiewskimi hunwejbinami?

- Właśnie! - potwierdził Orest dumnie. - Tylko się boję, że sam ich nie pokonam. Pomocnicy by się przydali! Tak z pięć, siedem osób.

- Moja w tym głowa! - obiecała Liza. - U mnie w pokoju mieszkają Karl Pietrowicz, Gruszka i Obam Obamowicz. Są to osobowości wybitne, choć niekiedy nieznośne. Była jeszcze królowa Makrela, ale gdzieś znikła, pod ziemię się zapadła. Ale i bez niej nie będziesz się u nas nudził.

- A czy są to na pewno Ukraińcy? - upewnił się Bloger.

- Duchem jak najbardziej. - Liza skinęła głową. - Ale tacy z krwi i kości, to obawiam się, że nie. Po prostu nie mają żadnej krwi, Oreście Ipatijewiczu. I nigdy nie mieli. Ale za to mają dużo innych zalet.

- A czy pieśni nasze śpiewają? - zapytał kozak.

- Pewnie, że tak. - Liza skinęła głową.

- A ty sama coś za jedna?

- Liza Eleonora de Nachtigall, dziewczyna-na-rowerze, jak na mnie wołają na okupowanych terenach.

- Ładnie się nazywasz - powiedział z aprobatą kozak. - Nie po rusku.

W tej chwili dwójka nietrzeźwych hunwejbinów raptem zapragnęła kobiecego towarzystwa. Liza rzuciła się do ucieczki, ci pobiegli za nią. I oczywiście dogonili. Rzucili na mokrą od żądzy ziemię. Jeden trzymał za ręce, drugi, nie mogąc powstrzymać chuci, zaczął zdzierać z niej śnieżnobiałą bieliznę. Wtedy Orest Ipatjewicz wydobył swoją szablę i uderzył z rozmachu kilka razy. Ich okrągłe kapelusze z ryżowej słomy rozbłysły i spłonęły. Męskie ciała zadrżały w agonii, a potem zamarły. Liza skoczyła na nogi, chwyciła rower, z przerażeniem patrząc na okrwawioną miedzianą lalkę, która z chrobotem przewracała swoimi wielkimi oczami.

- Wybacz - powiedział zmieszany Bloger, chowając szablę. - Nie chciałem cię przestraszyć. Ale dla mnie, ukraińskiego intelektualisty, konceptualnie nie do zaakceptowania jest to, co chcieli z tobą zrobić.- Przestępował z nogi na nogę jeszcze kilka sekund. Potem spojrzał błagalnie i wtulił buzię w jej kolana. - Chcę na rączki! - poprosił.

Liza usadowiła lalkę na ramie swojego roweru.

Bloger okazał się najbardziej gadatliwą spośród wszystkich lalek. Ponadto był odważny i wykształcony. Ale z tej przyczyny również charakteryzowała go podejrzliwość i nadpobudliwość. Całymi dniami czytał książki z Biblioteki Kongresu USA, buszował w Internecie, lajkował, trollował i banował. Wieczorami oglądał Z-telewizję, co wywoływało u niego głęboki szok, chociaż zazwyczaj dopiero następnego dnia o poranku. Oglądanie rosyjskich wiadomości skutkowało ciężkim kacem i wtedy wyłącznie Liza Eleonora mogła ukoić jego serce.

- Co ci jest, Oreście Ipatijewiczu? Co z tobą, kozaczyno? - Dziewczyna przykucnęła i dotknęła palcami głowy potwora. Ten zamarł i wlepił czarne niemrugające oczy w jej twarz. - Ktoś cię wystraszył? Powiedz mi kto?

- Brrddrrdd, bzic! Szwift - oznajmił kozak i raptem cieniutko i smutno zagwizdał. - A co ci mówiłem? Przeciwko nam artyleria, piechota, cóż za zgryzota! Zgryzota to orzeł, któremu wszyscy gościny żałują, nad dolinami, wzgórzami szybuje na skrzydłach złoconych...[11*]

- Jaka artyleria, jaka piechota, Blogerze? Coś ci się przywidziało we śnie?

- Nie! To znaczy tak. - Dziwoląg przestał bezradnie wymachiwać mechanicznymi kończynami, przewrócił się na brzuch i powoli podniósł się na długie nogi. Ostrożnie i cicho przespacerował się dookoła Lizy. Zatrzymał się, zabzyczał, zrobił jeszcze jedno okrążenie i swoim zwyczajem przylgnął kabardynką do jej prawego kolana. - Boję się, jestem taki samotny, boję, boję - powiedział. - Tak mi smutno i źle! Przyjdą tutaj. Już przyszli. Szojgu, mojgu, bojgu[44]. To jakiś koszmar. Naryszkin, Skuratow, Szuwałow, Ziuganow[45], car Groźny i carewicz Piotr. Zresztą ostatni żył tylko dwa lata - rzekł ze smutkiem Orest Ipatijewicz i brzęknął czymś w środku metalowej piersi. - Stiepan Łopuchin tak się dobrze bawił na jego pogrzebie, że został zesłany na Syberię wraz z całą rodziną[46]. Ale to sprawy nie dotyczy. - Zaszlochał i znowu się poskarżył: - To jakiś koszmar, Lizo! Trzysta dziewięćdziesiąt pięć kompleksów rakietowych, pięćdziesiąt osiem ciężkich rakiet Satan, modyfikacja jeden, dwa, trzy, cztery, maszeruje Huckleberry. Kozaczek jeden miał koników siedem, a pocisków Topol jest sto siedemdziesiąt jeden. Do tego Jars i Topol-M, powiedz, kogo dzisiaj zjem. Siedemdziesiąt rakiet Stiletto: na kogo wypadnie? Na NATO. Nie licząc strategicznych nośników rakietowych, zdolnych przewieźć, o Cuprumie!, setki pocisków jądrowych. A jeszcze bombowce z rakietami megadalekiego zasięgu i inne superokropne drobiazgi. - Miedziana kukła znowu przywarła zimnym czołem do jej nogi. - I to wszystko, oczywiście, w jednym celu: pokoju na całym świecie! Czy Rosjanie chcą wojny, gdy śnią koszmary w nocy?[12*] Jakie w tym śnie śmiertelnym marzenia przyjść mogą?[13*] Weź mnie na ręce! No, weź! - Bloger niezgrabnie podskoczył i znowu przewrócił się na plecy.

- Głupolu - powiedziała Liza, kręcąc głową. - Prawie mnie wystraszyłeś. Co z ciebie za Kozak?! To ty masz mnie bronić, a nie ja ciebie!

- Głupek, Bloger to głupek! - powiedział spod łóżka Obam Obamowicz, wesoło błyskając niebieskimi koralikami oczu.

- Sam jesteś głupi! - stwierdziła rozważna, uprzejma i życzliwa flejtuszka Gruszka. - Nie bój się, Oreście Ipatijewiczu! Nie damy cię skrzywdzić! Lalki Ukrainy razem mogą góry przenosić! Czyż nie, Lizo Eleonoro?

- Ale oni mają szojgu, bojgu, mojgu! - zachlipał Bloger.

- Szojgi spadają do tajgi! A ty jesteś silny! Masz strój narodowy! Prawda, Lizo Eleonoro? Zuch z niego, nie?

- Orest Ipatjewicz to bohater! - przytaknęła Liza. - Hałasuje wprawdzie po nocach, nie daje spać, ale poza tym hajdamaka co się zowie!

***

Zima przeszła w wiosnę, a potem spróbowała przejść w lato. Jadąc wąwozami porośniętymi chwastami, Liza omijała punkty kontrolne. Wszędzie po drodze widziała suche wypalone przestrzenie. Tutaj powinny rosnąć kukurydza i żyto, pszenica lub jęczmień, ale były jedynie pola minowe. Zagajniki. Sprzęt wojskowy na drogach. Ludzie z bronią i bez broni, w mundurach, w ubraniu koloru khaki. Wojna, wojna. Czołgi, transportery, umocnione linie obrony. Bombardowania, nocne strzelaniny, kanonada z moździerzy. Obcy i swoi, którzy są gorsi od obcych. Nikomu nie wolno wierzyć, zresztą nikt nikomu nie wierzy. Tylko Gredisowi i Nikołajowi, Sławie Kotusiowej, ponieważ ta jest Kiciunią, kicią, miau, miau. Porządny kot nie mniej niż trzy imiona ma[14*]. Okupacja, Putin, kokosznik i kremlowska gwiazda świeci na czerwono.

Własnym lalkom można wierzyć. Wiedzą, że jesteś niespełna rozumu. Wiesz, że one nie mają oleju w głowie. Wiecie o sobie wszystko. Takie związki są przyjemne, ponieważ są przewidywalne. Mamie Annie też można wierzyć. Żyje teraz gdzieś na Ukrainie, skoro ją zabili w Moskwie. Liza nie jest pewna, czy tak jest naprawdę. Ale jeśli mama Anna nie żyje, to znaczy, że Eleonora von der Nachtigall to najzwyklejsza wariatka, frajer-pompka. Nie rozróżnia, co jest, a co nieprawda.

A tego, co jest, zliczyć się nie da. I prawdziwej miesiączki jeszcze nigdy nie dostała. Wariatki już tak mają. Po zażyciu szczególnie skutecznych leków. Ból jest, a krwi nie ma. Cała spływa do serca.

W internecie Liza znalazła sobie kijowską znajomą do pogaduszek. Historyczkę z zawodu. Żeby nie oddawać się bez reszty koszmarom wojny. Żeby pogadać o sprawach kobiecych. O rozstaniach, zachciankach, pończochach, pomadkach. O przeszłości Trzeciej Rzeszy. O przyszłości Piątego Rzymu. Psiapsiółka, siostrzyczka, pokrewna duszyczka. Miła, milusia. W sieci występuje jako Girl Patriot. Skarżyła się, że lekarz zapisuje jej tylko zwykłe neuroleptyki, w rodzaju chlorprotiksenu, fluanxolu czy perzyny. A ta by wolała atypowe. Te są ponoć zabawniejsze. I o wiele, wiele przyjemniejsze. Swoją drogą zażywanie fluanxolu u nieszczęsnej Girl Рatriot wywołuje dokuczliwe zaburzenia snu, a do tego bardzo silną, namiętną akatyzję, cokolwiek by to słowo miało znaczyć.

- Kręcę się i wiercę! - pisała Girl Рatriot. - Normalnie Kręcinos i Wiercipięta! Ale na szczęście po odstawieniu fluanxolu jestem spokojna jak aniołek. Ale kiedy biorę chlorprotiksen, w głowie mi się kręci jak w młynku! Idę: bum, upadłam: bum, bum: upadłam. Cała potłuczona chodzę. Mówię ci, sina jak siniec. Chodzący krwiak! Dlatego normalnemu chłopakowi trudno się we mnie zakochać. A przecież już mam swoje lata, Lizo, złoto moje, von der Nachtigall.

- To straszne, Girl Рatriot - odpowiadała jej Eleonora - a my tutaj mamy wojnę. Hunwejbini w Z o "ruski mir" walczą. Wyobrażasz sobie? W naszym Z, Girl Рatriot, hunwejbini!

- No i jak?

- Nudno nie jest - mówiła Liza Eleonora po chwili zastanowienia. - Najchętniej bym ich gołymi rękoma, jak Sławę Kotusiową, nie, nie Sławę, ona nie ma tu nic do rzeczy. Po prostu tak, jak się topi kotusiowe dzieci, małe kocięta, tak samo bym położyła każdego z nich w wannę z carską wódką i czytała im na głos wiersze ich własnego ministra spraw zagranicznych. Niech się zanurzą w sztuce.

- Marzę, żeby brać atypowy neuroleptyk - odpowiadała Girl Рatriot - ale gdzieś słyszałam, że arypiprazol wywołuje akatyzję, kwetiapina niedoczynność tarczycy, a rispolept z kolei jakieś problemy hormonalne. W sumie nie wiem, co robić. Może podetnę sobie żyły?

- Mam nowego przyjaciela, który jest mi drogi - pisała Liza - ale prawda jest jeszcze droższa. Niestety, to pies. A właśnie, jaki masz stosunek do krzyżówek międzygatunkowych? - Pomyślała i dodała: - Mam we włosach żółto-niebieską wstążkę, symbol wiosennego nieba i niesamowitych mniszków.

- Niebieski i żółty? To niby z podtekstem?

- Chodzi o to, że w przyrodzie występują wyłącznie trzy kolory. Żółty, niebieski i czerwony. Ale czerwony to kolor krwi, a tej w Z i bez tego jest dużo. Znużył się nam bizantyjski zachód w purpurę przyodziany[15*]. A ja jestem jak ptak Gamajun[47]. Gamajun von Nachtigall.

- Że jak przyodziany? - uściśliła Girl Рatriot. - I o co chodzi z tym ptakiem?

- Na wód płaszczyznach nieskończonych, które w purpurę przyodziewa zachodni blask, on wieszczo śpiewa, skrzydeł nie mogąc wznieść zranionych - wytłumaczyła Liza. - Wieści niewolę złych Tatarów, wieści niewolę kaźni krwawych, i trwóg, i głodów, i pożarów, władzę zbrodniarzy, zgubę prawych[16*]. Krótko mówiąc, masakra.

- Rozumiem - odpowiedziała po chwili siostrzana dusza - wasz Z wylądował w czarnej dupie. Coś mi się obiło o uszy.

- A żółty to kolor radości, spokoju, pełni - kontynuowała Eleonora. - Szlachetna żółci, tyś barwą miłości dla kochających bez wzajemności! Siłę szafranu w sobie masz, spokój i ulgę wszystkim dasz. A pilaw, przysmak braci Uzbeków, roztacza woń korzennych smaków, szczyptą szafranu przyprawiony, promykiem słońca rozświetlony[17*].

- A jeszcze ciągnęło mnie do olanzapiny, ale po niej spałam całymi tygodniami i musiałam ją odstawić - oznajmiła Girl Рatriot.

- Niebieski to są tajemnice nieprzeniknione - odpowiedziała Liza. - Niebieski Kandinsky, niebieski lazuryt. Bloger miedziany. Witriol miedzi, czyli siny kamień. Berliński błękit. Lapis, prawdopodobnie, Trubieckoj[48]. Ma niebieską spódniczkę, we włosach wstążkę. Kto nie zna Lizońki? Lizę znają wszyscy.

- Jesteś jakaś nienormalna - napisała Girl Рatriot i opuściła czat.

?

BAŚNIE WERESAJEWA

To, czego nie ma

Śnią się jej peryferia ukraińskiego miasta otoczonego stepem. Kiedyś znajdowała się tutaj zasobna kopalnia. Teraz wszystko świeci pustkami. Gdyby ktoś napił się wódki i wspiął się na najbliższą hałdę, zobaczyłby ze dwie dziesiątki powoli niszczejących domów. Trawa i drzewa dogryzają resztki asfaltu. Nacierają pędy dzikiego bzu.

A jednak to jest Ukraina, ojczyzna, jak by nie było. Dlatego wiosną człowiekowi zapiera tu dech w piersiach - taki jest szczęśliwy. Czuje się pijany i ma ochotę płakać jak bóbr. Budynki są w większości piętrowe. I tylko dom kultury ma dwa piętra. Przy głównym wejściu stoją cztery kolumny. Nad nimi gipsowy robotnik i generalnie taka sama kołchoźnica trzymają się za ręce, z niespokojną ciężką zadumą wpatrując w zachód słońca. W prawym ręku młody robotnik trzyma drzewce sztandaru. Samego sztandaru już od dawna nie ma. Osypał się pod wpływem piasku i wiatru, słońca i deszczu. Z drzewca wystaje zardzewiały szkielet chorągwi. Kołchoźnica między tułowiem i lewą ręką ma gniazdo sójki.

Czas nie był dla nich łaskawy, niemniej ta dwójka wygląda żywo i efektownie. Erozja i widoczne wady fizyczne dodały autentyczności, której im brakowało w czasach radzieckiej młodości. Z figur wieje metafizyczny przeciąg, który orzeźwia i przyprawia o zawrót głowy. Tych dwoje wygląda tak, jak gdyby po upływie długich lat wreszcie stali się tym, kim mieli być.

***

Od zawsze lubiła bajki Hansa Christiana Andersena. Zawsze miała przy sobie książkę z jego bajkami. Głupia! Tak wołali chłopcy i dziewczynki. W ich słowach prawie nie było prawdy. Rzecz w tym, że głupia była tylko matka dziewczynki, w dodatku przyszywana. Jej tato miał na imię Sokrates. I był najpewniej litewskim rycerzem. Ania zaś najpewniej była prawdziwą ukraińską dziewczynką. I Duńczyk Andersen rzecz jasna nie miał z tym nic wspólnego.

Jednak dzieci w szkole to wcale nie obchodziło. Mówili na nią Prusaczka i dziewczynka karaluch - ze względu na litewskiego ojca i z powodu malutkich wąsików, które wystawały jej z dwóch czarnych pieprzyków rosnących symetrycznie nad kącikami ust. Dzieci próbowały ją uszczypnąć, popchnąć, uderzyć. Bachory w pewnym wieku to straszne ksenofoby, okropni mali faszyści, każdy to wie. Wstrętne potwory. Ektoplazma obdarzona zalążkową świadomością. Dopiero co przybyły na ten świat z koszmarnego niebytu, gdzie zajmowały się różnymi obrzydliwymi, niewykluczone, że kwantowymi, sprawami. I nijak się nie uspokoją, ciągle daleko im do ludzi. Milutkie dzieci...

Ania zostawiła swój dom, swoje miasto, swoje życie i przyjechała tutaj. W ogóle nie pamięta, jak to zrobiła. Zapamiętała tylko jakieś auto i krew na przedniej szybie nie wiadomo skąd. Nic więcej. Dziwne. A jeszcze dziwniejsze, że nie pisze i nie dzwoni do swoich, jak gdyby pożegnała ich na zawsze, jak gdyby nie było nic straszniejszego od zwykłego telefonu do domu. Jak gdyby to było niemożliwe fizycznie. I tak mija miesiąc za miesiącem. Trzeba się kiedyś wybrać na konsultację do psychiatry. Nad drzwiami bramy, w której wynajmuje mieszkanie, wisi ulotka z tekstem: "Zapewniamy nieodpłatną pomoc psychologiczną przesiedleńcom, osobom, które straciły swoich krewnych, bliskich, dom, pracę, pieniądze!".

Na samą myśl o tym, że mogłaby wybrać na swojej komórce jeden z podanych numerów, ogarnia ją całą przerażenie czyste jak srebro.

***

Dzwoni budzik. Anna się wzdryga i otwiera oczy. Majaki znikają. Nie ma ani stepu, ani dzieci, ani dzieciństwa. Tylko spokojne obce miasto jak okiem sięgnąć. Po niebie płyną niebieskie, białe, różowe i czerwone chmury. Czarne oczodoły kwadratowych okien, ludzie, sklepy. Naprzeciwko domu - metro. Z prawej i lewej strony od okna widać budynki. Szkoła, przedszkole, trzysta metrów dalej jest duży nowoczesny szpital. Wokół szpitala urządzono park. Dobrze się tam spaceruje wieczorem.

Anna patrzy na zegarek. Pół do dziewiątej wieczorem. Oszaleć można. Obiecał, że przyjdzie równo o dziewiątej. Właśnie ten, który w dzieciństwie sprawił jej tyle bólu, że wystarczyłoby na sto księżniczek robiących koszule z pokrzywy. Znalazł się tutaj z tego samego powodu, co ona. Ich miasto przestało istnieć. Nie ma tamtego życia, którym żyli jeszcze tak niedawno, i już nigdy nie będzie. A więc dzieciństwa - tego, przez które wylano tyle łez, też nie ma. I kto wie, czy w ogóle było to niewielkie Z - miasto, w którym się urodziła?

To już ósmy miesiąc, gdy Ania każdego poranka musi opowiadać sobie samej swoją historię od nowa. Żeby przetrwać. Była sobie dziewczynka...

***

Przychodzi z szampanem. Wygląda dokładnie tak, jak jego profil na Facebooku. Mówi o swoich sukcesach. Mimochodem wspomina o nieudanym małżeństwie. Anna pije zmrożonego szampana małymi łykami i rozumie, że się nudzi, że kleją jej się powieki, że ten obcy facet to właśnie ten robotnik, który już setki lat stoi razem ze swoją kołchoźnicą przy domu kultury ukraińskiej. W tułowiu, w tym miejscu, gdzie powinny się mieścić wszystkie najważniejsze organy odpowiedzialne za uczucia, mieszka rodzina sójek, a może gawronów, ale najprawdopodobniej - siwych wron. Niewyobrażalna liczba tych wron zamieszkuje okoliczne parki.

A więc historia miłosna się nie wydarza. Ania odczuwa wielką ulgę, gdy mężczyzna wreszcie opuszcza malutkie mieszkanie, które ta wynajmuje razem z taką samą jak ona niedorajdą. Nazywa się Lusia Friedman i co nocy śni o tym, jak ją zabijają ogromną siekierą na tle idealnej pełni w otwartym na oścież oknie.

***

- No czego ci brakuje? - pyta ją współlokatorka, gdy następnego dnia palą w zamyśleniu, spoglądając z okna kuchni na naładowane śniegiem niebo.

- Tego, czego nie ma! - odpowiada Anna po chwili milczenia i patrzy pytająco na Lusię. - Rozumiesz? Niewielkiej rzeki, porzuconej kopalni, Andersena, pól, hałd, tamtego życia mi brakuje. Za to on się czuje tu wyśmienicie i właśnie to mi przeszkadza.

- Wariatka jesteś!

- Serce musi boleć - mówi Anna z przekonaniem, zapala papierosa i wytężonym wzrokiem patrzy za okno.

W przededniu święta Piotra i Pawła

Był to postawny, uśmiechnięty, pogodny, bardzo sympatyczny chrześcijanin. Praca dzwonnika w eparchii[49] była jego prawdziwym powołaniem, a przy tym zawsze miał żyłkę do kupiectwa. Był właścicielem kilku sklepów i niewielkiego przedsiębiorstwa produkującego skondensowane mleko. Pensję dzwonnika co do grosza wydawał na jałmużnę, był niezwykle gościnny i szczodry. Jeździł porządnym jeepem. Lubił wypić. Miał dwóch synów, Aloszkę i Gawroszkę.

Aloszka jest do tej pracy zdecydowanie za mały. Mimo to Matwiej Stiepanowicz wziął go do dzwonienia podczas porannej liturgii niedzielnej. Serce dzwonu Matki Boskiej waży pięćdziesiąt kilogramów, więc siedmioletni Aloszka oczywiście nie da rady rozhuśtać go rękoma. Nie sięgnąłby nawet sznurów, taki jest mały. Matwiej przerzucił powróz przez bloczek i zawiązał na dole pętlę, żeby syn mógł włożyć tam nogę. W ten sposób, chwytając linę oburącz i napierając na nią całym ciałem, chłopiec mógł rozkołysać dzwon.

Aloszka boi się dzwonu, tak jak i samej dzwonnicy. Wystarczyło jedno uderzenie dziewięciotonowego dzwonu zwołującego na nabożeństwo, a już z przerażenia wybałuszył oczy. Ukrywając łzy, chwycił linę i włożył nogę w potrójne mocowanie.

Dwudziestoletni Gawroszka z uśmiechem złapał największy dzwon - błagowiest[50] - i na znak ojca zaczął dzwonić. Pozostała dwójka dzwonników ustawiła się przy dzwonach polijelejnych[51] i średnich. Matwiej zrobił znak krzyża i wziął do rąk sznury tych najmniejszych.

Bicie dzwonów zaczęło się roznosić nad domami Z, nad bulwarem i szeroką centralną aleją. Szerzyło się i rosło niczym żywa istota i już po kilku minutach zaczęło żyć swoim życiem. Wszyscy dzwonnicy, może z wyjątkiem Aloszki, poczuli, jak zharmonizowały się grupy dzwonów, jak wpasowały koła zębate dźwięków i potoczyły złotym okręgiem po niebiańskich drogach.

Platon, który stał przy polijelejnych dzwonach, po cichu wtrącał w mocną część taktu przejmującą synkopę, nadając brzmieniu lekki jazzowy posmak kwietniowej kapaniny z jej kapryśnym rytmem. German, który oburącz obsługiwał średnie dzwony, gdzieś od trzeciej minuty też zaczął wyplatać kolorowe wzory. Matwiej wypełniał rozbrzmiewające płótno strumieniami złotych treli.

Dzwony grały tak, że śpieszący na mszę parafianie zatrzymywali się przy wejściu do katedry, zadzierali głowy i z szacunkiem i zachwytem wpatrywali w ledwo widoczną figurkę starszego dzwonnika.

Bicie dzwonów jeszcze nie ucichło, gdy na dole po ulicach z prawej i lewej strony zaczęły spływać strumyki uzbrojonych ludzi. Przyszli kolumnami ze wschodu. Część przyjechała do centrum ciężarówkami i autobusami, część przymaszerowała z oddalonych peryferii miasta. Długo szli schowani za budynkami drugiej linii, dlatego z dzwonnicy nie sposób było ich zauważyć, zanim nagle nie pojawili się na skrzyżowaniu dwóch centralnych ulic.

Nawet stąd wyraźnie było widać miniaturowe karabiny w rękach bojówkarzy. Przybysze nie wykazywali agresji. Ich kursowanie tam i z powrotem, samochodami i pieszo, było leniwe i nieśpieszne. Słońce paliło, boży poranek był cudowny, jak z bajki, ciepły i w szczególny sposób pełen łaski.

Dlaczego właśnie tego poranka do miasta musieli wejść uzbrojeni ludzie, żeby zostać tu na zawsze?

- Nasi przyszli - zauważył z uśmiechem Platon, gdy schodzili na dół po szerokich metalowych schodach. - Widzieliście?

- Od kiedy to bandyci są dla ciebie swoi? - zapytał German.

- Od kiedy trzeba - odpowiedział Platon sucho.

Dalej schodzili w milczeniu. Po mszy Matwiej Stiepanowicz miał zawieźć dzieci do domu i jechać dalej w swoich sprawach. German pożegnał się ze wszystkimi i zaczął schodzić marmurowymi schodami na dół, ale starszy dzwonnik dotknął jego rękawa.

- Poczekaj, Germanie, pogadamy?

- Pogadajmy. - Tamten wzruszył ramionami. - A co z chłopakami? - Skinął w stronę Aloszki i Gawroszki, którzy już się umościli w samochodzie ojca.

- To nic, zaczekają. - Starszy dzwonnik machnął ręką. - Usiądźmy na ławce, mam sprawę na pięć minut, nie dłużej.

- No skoro na pięć, to gadaj! - German się uśmiechnął.

- Słuchaj, co myślisz o tym wszystkim? - zapytał Matwiej wprost, bez ogródek.

- Szczerze?

- No przecież jesteśmy braćmi w Chrystusie, jasne, że szczerze!

- Myślę, że przyszli bandyci, uciekać trzeba! - German potrząsnął głową. - Jeszcze nie wiem, jak i kiedy, ale wkrótce wyjadę.

- Z rodziną?

- No a jak inaczej?

- Masz dokąd?

- Gdybym miał - zaśmiał się German - to już dawno bym wyjechał.

- A więc teraz coś tam znalazłeś?

- Nie mam nic! - German się uśmiechnął. - Pojadę na Ukrainę, dokąd konkretnie, nie mam pojęcia. Jak Pan Bóg poprowadzi. Najpewniej do Kijowa.

- A to nic, że tam są faszyści?

- Czy w Kijowie są faszyści, czy ich tam nie ma - German uniósł brwi - tego nie wiem. Może i tak. Ale są tam u siebie. A ci najemnicy są tutaj, na wyciągnięcie ręki! Możesz podejść i dotknąć!

- Nie masz racji. Przyszli nas bronić. Nie wiesz, co się w kraju dzieje? - zapytał Matwiej ni to z ironią, ni to ze smutkiem.

- Słuchaj - westchnął German. - Telewizji nie wierzę. Moskwa łże, a Kijów kłamie. Trzeba mieć własną głowę na karku. Zobacz sam. Przed kim ci chłopcy, których w życiu na oczy nie widziałem, przyszli mnie bronić?

- Mówią, że...

- Mogą sobie mówić! Ty mi lepiej powiedz, jak się spisali w Słowiańsku[52]?! Tam oberwali, tutaj spieprzyli? Nie przyszli bronić miasta, Matiuszo, przeciwnie: przyszli się schować za plecami cywilów, za naszymi plecami!

- A to, że są prawosławni, nic nie znaczy? - zapytał Matwiej, obserwując ponuro ruch lekkich obłoków. - Bronią naszego języka i naszej wiary.

- Ani mojej wiary, ani mojego języka. - German wzruszył ramionami - nikt mi do tej pory w moim kraju nie zabraniał! Ponadto - wziął Matwieja za koszulę - w tej cerkwi zawsze modliliśmy się za Ukrainę, za jej władzę i wojsko. A teraz co? Mamy za tych tutaj się modlić? Niee. - Pokręcił głową z uśmiechem. - Nie piszę się na takie numery! Proszę wybaczyć! Tylko Pan Bóg wie, kim są i po co przyszli, a mnie nic do tego!

- A więc wyjedziesz?!

- A jak inaczej?! Serce boli, ale czuję, że zwlekałem z tym o pół roku za długo. Należało wcześniej. Ale z drugiej strony, nigdy nie jest za późno wrócić na właściwą drogę. Też powinieneś to zrobić. Wziąć rodzinę i wyjechać, co ty na to?!

- Nie mogę nigdzie jechać. - Starszy dzwonnik się podniósł. - Mam tutaj biznes, krewnych, odpowiadam za dzwonnice. Komu to wszystko zostawię?! - Pokręcił zdecydowanie głową. - Dom zacząłem niedawno budować, zadłużyłem się... - Zamilkł, dobierając słowa. - A poza tym znam osobiście kilku chłopaków, byłych żołnierzy, jeszcze ze szkoły wojskowej, swoją drogą. W porządku są. Też chcą walczyć za wiarę, za język rosyjski. Więc nie wszyscy są tam bandytami...

- No tak - cierpliwie powtórzył German - nie wszyscy...

Nie miał najmniejszej ochoty na kłótnię. Na samą myśl o tym, że do domu będzie musiał wracać bulwarem obok uzbrojonych ludzi, czuł w ustach wstrętny kwaśny posmak.

- Chcesz, możemy cię podwieźć - zaproponował Matwiej nieoczekiwanie.

- Zmieszczę się?

- Pewnie! Gawroszkę przesadzimy do Aloszki i możemy jechać!

Jechali przez centrum, przyglądając się bojówkarzom, którzy stali po coś na każdym skrzyżowaniu dwójkami lub trójkami, palili papierosy, rozmawiali, uważnie rozglądali się wokół, nieśpiesznie zadomowiali w nowym miejscu.

- Gawroszko, sesja zdana? - zapytał German, wpatrując się w twarz starszego syna Matwieja o mądrych, wyrazistych, jakby trochę smutnych oczach.

- Ostatnie egzaminy zdaje! - odpowiedział za syna Matwiej. - Zupełnie się nie przykłada. Walka wręcz interesuje go bardziej. Taki uparty się zrobił! Niedawno jechaliśmy razem... Posadziłem go za kierownicą, wiesz, już nieźle prowadzi... i nie uwierzysz, jakiś idiota go wyprzedził i jeszcze fucka pokazał, no środkowy palec, rozumiesz? I co myślisz? Mój dogonił i jeszcze drogę mu zajechał! Myślałem, że się pobiją! Dostał potem ode mnie! Mówię mu, przecież jesteś chrześcijaninem. Nawet jeśli zajechali ci drogę, to po diabła robić to samo?! Ognia ogniem nie ugasisz! Dobrze mówię, Gawrik?

Wysoki, świetnie zbudowany Gawroszka nieśmiało się uśmiechał, pocierał wielkie pięści i patrzył w okno, napinając mięśnie pobladłej twarzy. Było widać, że wszystko, co dzieje się za oknami samochodu, mocno go porusza.

***

German opuścił miasto po dwóch tygodniach. Wyszło to paskudnie - wyjechał z nagła, w nerwach, zostawiając rodzinę i rzeczy. Jak gdyby sam siebie wyrywał z korzeniami ze swojego miasta, dzieciństwa i młodości. I tylko dojrzałe lata powlekły się za nim na dworzec i chłostały potem okna wagonu czarnymi gałęziami nocnego deszczu. To było tak nieznośne, że płakał w przedziale do samego rana.

Po przybyciu na nowe miejsce długo dochodził do siebie, niby wracał do zdrowia po ciężkiej chorobie. I tak naprawdę do końca nie wyzdrowiał. Nie potrafił odzyskać równowagi psychicznej, nawet gdy dołączyła do niego rodzina. A pewnego upalnego późnego popołudnia, gdy chmury już się zebrały na czerwcową burzę, zadzwonił Matwiej.

- Dziesięć dni po twoim wyjeździe - powiedział, nie witając się, i zakasłał - samochód, który prowadził Gawroszka, w sercu miasta ostrzelali nieznani sprawcy z karabinów. Zajechali im drogę. - Matwiej się zaciął i na sekundę umilkł. - Rozumiesz? W samym centrum miasta...

- Kto?!

- Skąd mam wiedzieć! Zajechali drogę, wymusili zatrzymanie, wyszli z samochodu i rozstrzelali z trzech karabinów. Podziurawili jak sito! Z Gawroszką jechał mój brat i bratanek. Oni też zginęli. Syn miał trzydzieści dziewięć ran postrzałowych.

- Ile?!

- Trzydzieści dziewięć! Tyle, ile mam lat - dodał nie wiadomo po co Matwiej po chwili milczenia. - Zanieś, proszę, do Ławry[53] karteczkę z prośbą o modlitwę i co tam jeszcze trzeba, no sam wiesz...

- Zaniosę. Słuchaj, no ale jaka była przyczyna? Za co ich zastrzelili, wiadomo?! - German nie mógł się uspokoić, przed oczami miał nieśmiałą, a przy tym mężną twarz Gawroszki.

- Nie było żadnej przyczyny! Nikt nie wie, za co! - Matwiej znowu umilkł. - Pukałem już do wszystkich drzwi. Obiecali, że się zajmą. Mówią, że jacyś obcy. Przejazdem niby byli. Jak znajdą, to ukarzą z całą surowością, rozumiesz...

- Rozumiem. - German zamknął oczy, kurczowo, aż do bólu przyciskając słuchawkę do ucha.

- A wiesz, że to się stało akurat przed świętem Piotra i Pawła. - Matwiej cicho się zaśmiał. - Musiałem do kostnicy jechać, a na dzwonnicy nie było komu dzwonić! Sam wiesz, jakich tam mam pomocników. A liturgia musi się odbyć! Co miałem robić? Pojechałem do kostnicy, a stamtąd prosto na dzwonnicę. Wszedłem i zamiast świątecznego dzwonienia biłem podzwonne... Pamiętasz, jak to się robi? Od małego do dużego, jak życie idzie. A potem razem, buch!, uderzenie wszystkimi dzwonami! Jakby wszystko było skończone! Pamiętasz, jak dzwoniliśmy?!

- Pamiętam - odpowiedział German, nawet nie próbując powstrzymywać łez.

- I nikt mi nie miał za złe! - dodał z dumą Matwiej. - Sam metropolita służył! I nikt nic... Widocznie wytłumaczyli mu, że dzwonnikowi syna zabili. Podziurawili jak sito, rozumiesz, akurat w przededniu Piotra i Pawła...

?

OFIARA

Powiem szczerze:

mimo całej mojej nienawiści do prasy,

chciałbym móc raz na dziesięć lat

wstać z martwych,

pójść do kiosku i kupić parę gazet.

Luis Bu?uel[18*]

Rosjanie nazywają wszystko,

co rosyjskie, słowiańskim,

żeby potem nazwać wszystko

słowiańskie rosyjskim.

Karel Havlíček Borovský[19*]

Rzeczy idą, rzeczy miną - aż w końcu zaginą.

Taras Szewczenko[20*]

- Normalnie dzień otwartych drzwi - powiedział Weresajew, gdy za Girkawym zamknęły się drzwi. - No i po wtorku.

- Nic nie mów - powiedział Sokrates, patrząc przez okno na odjeżdżający jeep Girkawego.

- Czego chciał? - zapytał z ciekawością Nikołaj.

- Żeby najemnicy nie ginęli. Napijmy się, co ty na to?

- Tamci na dole zaczęli hałasować! - oznajmiła Liza znudzonym głosem, ostrożnie spoglądając przez uchylone drzwi.

- W studni hałasują? - upewnił się Gredis i po chwili ciężko usiadł na ławkę.

- Na samą górę podchodzą. - Eleonora skinęła głową. - Smutno im, chcą do domu, do Rosji.

- A tutaj im się nie podoba czy jak? - zapytał Weresajew i pokręcił głową. - Wiesz co, Lizo, zaśpiewaj im Nad enklawą niebo czyste, w strugach deszczu brzoza kwitnie[54]. Niech się rozerwą. Możesz jeszcze przypomnieć Klonie oblodzony[55], Mgła, mgła[56]. A co? Ładne piosenki. Po to są przecież.

- Dobry pomysł, zaśpiewaj im. - Sokrates posłał Lizie nikły uśmiech, beznamiętnie przyglądając się swoim drżącym palcom. - Dla nas z Kolą już stresów na dziś wystarczy. Przecież lubią, gdy im śpiewasz. Głos masz piękny.

- I słuch świetny - przytaknął Kola. - Niezłe piosenki ma na przykład Julij Kim[57].

- Racja - zgodził się Sokrates. - Laureat nagrody Poeta, to nie byle co. W "ruskim mirze" to znana postać. Zaśpiewaj chociaż tę o głowach swawolnych[58].

- Sprawy wyglądają następująco - powiedziała Liza rzeczowo. - Dzisiaj od siódmej wieczorem do piątej trzydzieści rano dwanaście mieszkanek republiki będzie rodziło na miejskich porodówkach. Po ostrzale, gdzieś po wpół do szóstej, trzeba będzie przeprowadzić osiem operacji. Cztery będą ciężkie, ale szanse są, jeżeli oczywiście nie zabraknie prądu. A tymczasem jeden z tych wczorajszych przysięga, że jest z zawodu elektrykiem. Grozi, że weźmie się za łutunińską elektrownię, jeżeli nie przekażemy wiadomości jego matce. Jeszcze inny mówi, że ma coś ważnego do powiedzenia i że w tej łaźni można wygrzać się na amen. Chce do domu, na Ural, do żony, dzieci.

- Żona, mówisz? - Sokrates uniósł brwi.

- Kobieta-houyhnhnm i dzieci wampiry. - Liza Eleonora wzruszyła ramionami. - Typowe. Ale ten ich naprawdę kocha. I czarna dupa w Obłokach Magellana w żaden sposób go nie pociąga.

- Nie, no co za kutafony! - Weresajew pokręcił głową. - Wybacz, córciu, niechcący mi się wyrwało.

- Nie jestem żadną twoją córką - uściśliła Liza Eleonora.

- Jak sobie życzysz - ustąpił z uśmiechem Kola. - Ale nie o to chodzi. Zauważyliście? Nasi miejscowi bojówkarze: ludzie jak ludzie! Powalczą trochę, pocierpią i ruszają na miejsce przeznaczenia. Do wieczności, jak na szychtę! Ale jak tylko trafi tam obywatel Rosji, to zaraz się zaczyna. Gaz zakręcimy, ropę spalimy, prąd odetniemy, wodę wypijemy, niedźwiedzie zgwałcimy, wiewiórkom zęby poluzujemy. Świat obrócimy w próchno i radioaktywny popiół. My to, my tamto, psiamać. Czuchońcy, ugrofińska dzicz, słowo daję...

- To jak, idziecie?

- A może pośpiewamy czastuszki? - Weresajew zmrużył oczy. - Z inteligentem poszłam dziś na wały, fallus, wicie, to też kutas, tylko mały!

- Kola, litości! - Sokrates się skrzywił.

- Chcą rozmawiać z Sokratesem Gredisem. - Liza wzruszyła ramionami. - Stróżem Piątego Rzymu. Na samą górę podchodzą, wołają i płaczą jak dzieci. Brakuje tylko, żeby po rurach dostali się do kotłowni. Awaria będzie jak nic. Idźcie zobaczyć, co? Elektryk ze specnazu może naprawdę spowodować katastrofę humanitarną. Nie mają nic do stracenia. Co głupiemu po rozumie. Przecież przyjechali tutaj z własnej woli. I jasne, że nie dla pieniędzy! Czy normalny człowiek przyjechałby tu tak po prostu? W głowie mają pusto i wszystkiego się można po nich spodziewać. Więc może byście tak ruszyli szanowne tyłki, Sokratesie Iwanowiczu i Nikołaju Nikołajewiczu? I wzięli się za swoją robotę? - Liza Eleonora z dezaprobatą wykrzywiła usta, omiatając wzrokiem mężczyzn.

- Chodźmy, co? - Gredis spojrzał na Weresajewa. - A wypijemy potem.

- A może byście - Kola zwilżył usta językiem - poszli dzisiaj we dwoje, a ja tymczasem do sklepu skoczę?

- Nie, Weresajew. - Profesor pokręcił głową. - Musimy iść. To nasza ludzka, a w pewnym sensie i nieludzka, powinność.

- Wszystko rozumiem, ale sił już nie mam. A dzisiaj jest dzień wolny!

- Naszą powinnością jest pomaganie duszom, które utkwiły w Piątym Rzymie, musimy im nieść pociechę i słowo Boże.

- Mają je gdzieś! - Nikołaj pokręcił głową. - Woleliby więzienny szanson.

- Ludzie tam na dole nie mogą znaleźć ukojenia! - powiedział Sokrates z wyrzutem, poszedł na zaplecze i wrócił z ikoną oraz sfatygowanym psałterzem. - Wstawaj, przyjacielu, już pora!

- Tylko raz - powiedział Weresajew - i wracamy?

- Poczytamy, porozmawiam z nimi, a potem się napijemy!

- Dobrze. - Nikołaj spuścił głowę. - Tylko muszę pod prysznic. Na kacu sumienie nie pozwala.

Po lodowatej kąpieli ubrali się i ruszyli do piwnicy. W Piątym Rzymie były dwa różne wejścia do piwnicznych pomieszczeń. Jedno znajdowało się na zewnątrz, drugie - w starej sali kąpielowej. Co ciekawe, prowadziły do dwóch całkowicie różnych pomieszczeń.

Weresajew uważał, że ponieważ wewnętrzne zejście jest o wiele głębsze, piwnica składa się z dwóch niepołączonych poziomów. Liza Eleonora twierdziła, że piwnica jest jedna i tylko wymiary są inne. Sokrates zaś był przekonany, że w podobnych dociekaniach nie należy zachodzić za daleko. Z przodu szedł Gredis, za nim Liza Eleonora, głośno śpiewając gospel O Kanaan, kraju mych snów. Nikołaj wlókł się z tyłu, kartkował psałterz i mamrotał coś pod nosem. Piwnica miała wysoki sufit. Na prawo i na lewo od wejścia wisiały lampy ukryte pod szerokimi matowymi kloszami. W środku pomieszczenia była studnia o co najmniej trzech metrach średnicy.

Idealnie okrągła gardziel jest zamykana brązową pokrywą, która wchodzi w wyszlifowane przez tysiące lat rowki przy pomocy kołowrotu różnicowego. W studni bulgocze ciemna, niemal czarna woda, smolista i lodowata, raz po raz przetykana zielonymi rozbłyskami. Pozostaje zimna nawet w stanie wrzenia. Tak jak teraz.

Póki pokrywa studni pozostawała na miejscu, było słychać tylko urywany hałas. Ale gdy tylko Gredis przesunął ją, na samą górę rzuciły się rozwarte krzykiem twarze, ciemne cienie - ni to ludzie, ni to blade węże o ludzkich głowach.

Liza cofnęła się do kąta. Zbladły Weresajew stanął obok. Profesor otworzył Księgę.

- Psałterz proroka i króla Dawida - powiedział Gredis wyraźnie, niczym konferansjer zapowiadający występ - katyzma[59] 17, psalm 119.

- Alleluja! - zawołał z nerwową emfazą Weresajew, a w odpowiedzi dał się słyszeć potworny wrzask dusz kipiących w zimnym ogniu studni.

- Nie unoś się, Kola! - powiedział Sokrates. - Weź to na zimno!

I już czytali Księgę Psalmów, jak mieli w zwyczaju, każdy po jednym wersecie.

- Szczęśliwi, których droga nieskalana, którzy postępują według Prawa Pańskiego - zaczął Gredis nieśpiesznie.

- Szczęśliwi, którzy zachowują Jego upomnienia, całym sercem Go szukają - podchwycił Nikołaj.

- ...którzy nie czynią nieprawości, lecz kroczą Jego drogami[21*] - zakończyła drugi werset Liza Eleonora, która przez ostatni rok nauczyła się siedemnastej katyzmy na pamięć.

Czytali całą wieczność. Wreszcie skończyli. Pod wpływem psałterza woda nieco ucichła. Gredis i Weresajew stali nad studnią mokrzy od potu. Liza już dawno siedziała na drewnianej skrzynce po nabojach, w której była przechowywana woda pitna, Biblia, drewniany poświęcony krzyż i dwa śpiewniki popularnych piosenek (Do stołu i dla duszy i Zaśpiewajmy, przyjaciele!) z chwytami gitarowymi.

Weresajew potrząsnął głową, cofnął się do ściany, powoli się osunął i usiadł wprost na betonowej podłodze, nie odrywając wzroku od Sokratesa. Gredis kilka razy nabrał i wypuścił powietrze, przeżegnał się i powoli z zaśpiewem przeczytał psalm 91. Potem znów zrobił znak krzyża, westchnął i oparł się ręką o brzeg studni.

- Więc jak - zapytał, wpatrując się w zielone rozbłyski - ktoś ma ochotę na rozmowę?

- Kim jesteś?! - wrzasnęła twarz, która raptem wyłoniła się z ciemnej zimnej wody.

Należała do obywatela Rosji, młodego speca z jednostki specjalnej Lotos, wspomnianego elektryka, który groził odcięciem prądu. Czarnobrunatne usta na przemian rozpływały się, tworząc kolorową oleistą plamę pociągniętą niebiesko-zielonymi smugami, i znów zbiegały w punkt.

- Profesor Gredis - odpowiedział Sokrates spokojnie. - Pierwsze ćwierćwiecze dwudziestego pierwszego stulecia po narodzeniu Chrystusa.

- Gdzie jestem?! - wywrzeszczały usta. - Gdziestem, gdziembym, bym ja? Nam bym? Gdzie my? Mammm, mamuul, mmanam, mamiee przekaaażcie mamie - wyrzuciły z siebie nagle usta, a perłowe oczy pobłyskujące nad nimi nabiegły rozpaczą i błaganiem. - Do obwodu swierdłowskiego przekażcie mamie: umarłem!

- Wszystko przekażemy, nie martw się! Czy możesz konkretniej? - zapytała Liza współczująco zza ramienia Sokratesa. - Jesteś rosyjskim wojskowym? Jak się nazywasz, kochaniutki? Adres przynajmniej podaj. Na jaki adres mamy pisać do twojej matki? Jak tu trafiłeś?

- Urroop, ulroooop, urlop - odpowiedziała twarz. - Podporucznik Ptrssskii, trskii! - I rozpłynęła się w głębinie.

Po chwili na strumieniu zimnych, ale wrzących bąbli wypłynęła stamtąd legitymacja oficera. Gredis ostrożnie podniósł ją z powierzchni wody, pobieżnie obejrzał i podał Nikołajowi ze słowami:

- Przedstawiam wam podporucznika Pietrowskiego z zarządu wywiadu operacyjnego GRU, obecnie przebywa na urlopie.

- Ten też jest na urlopie - powiedział Weresajew - co tu się do diabła dzieje! Dlaczego nie pojadą się urlopować na Krym? Skoro i tak go sobie zabrali? Dlaczego nie do Jałty, Ałupki, Simeizu, Sewastopola wreszcie? Nie pojmuję! Hej, Pietrowski, czemu tu lecicie jak muchy na lep?

- Przestań - przywołał go do porządku Gredis. - Miej litość! To są jednak ludzie!

- Co z tobą?

- Ludzie, mówię ci! - powtórzył surowym głosem Gredis. - Choćby z rosyjskiego specnazu, ale i tak na obraz Boga. Bądź cicho, muszę posłuchać.

- O co ci chodzi? - Kola uniósł brwi.

- Myślę, że to nie wszystko.

- W jakim sensie? - ściągnął brwi Weresajew. - Mnie już wystarczy na resztę wieczoru.

Wtedy pod powierzchnią wody pojawiła się nowa twarz. W jej oczach można było wyczytać skupienie i determinację.

- Iwan mam na imię - przedstawił się Iwan Iwanowicz, czując straszliwy brak powietrza, który za chwilę zmusi go do wypłynięcia na powierzchnię - wiem, jak zatrzymać wojnę. Słuchajcie, ludzie, wiem, jak to zrobić!

Woda się zakotłowała, kilka ciężkich fal przetoczyło się przez kamienną krawędź. Twarz Iwana Iwanowicza zniknęła. Sokrates otarł krople potu wierzchem dłoni i rzucił Weresajewowi krótkie spojrzenie:

- Słyszałeś, co powiedział?

- Powiedział, że wie, jak zatrzymać wojnę! Też to słyszałaś, córko?

- Kola, sto razy cię prosiłam, żebyś nie mówił tak do mnie.

Wielkim wysiłkiem woli Iwan Iwanowicz znów przybliżył się do powierzchni studni. Wydawało mu się, że wystarczy wyciągnąć rękę i wnet znajdzie się po drugiej stronie ciężkiego żywego zwierciadła. Ale Iwan nie chciał tego sprawdzać. I tak już od trzech lat recytował wiersze w Kijowie. Żadnych eksperymentów. Musi działać! Trzeba zatrzymać wojnę. Węża spalić! Ale jak przekonać tych upartych Ukraińców, że mówi prawdę? "I czekoladę, niech kupią czekoladę" - przyszła do głowy żałosna dziecięca myśl.

- Kijów, mówię! - zawołał Iwan Iwanowicz resztką sił. - Świńskiego węża trzeba spalić! Powstrzymajcie go! Sauna obok kościoła Świętego Mikołaja na Padole! Na ścianie wisi czarny krzyż! Pomódlcie się do niego! Świński wąż robi straszny syf! On jest wszystkiemu winien!

Przed Iwanem migotały i mieniły się wszystkimi kolorami tęczy twarze łaziebnego, jego pomocnika, którego słabo pamiętał, i panienki, której dotychczas nie widział na oczy. Iwan Iwanowicz z trudem je rozróżniał i równie niewyraźnie, niczym przez brudną szybę, odczuwał siebie. Tak samo jak słowa, które wykrzykiwał w gęstą, oślepiającą ciemność.

- Czy ktoś mnie, kurwa, słyszy czy nie?! - W tej chwili jakaś przemożna siła pociągnęła Iwana do góry. Natychmiast poczuł smród swojego ciała i chęć samobójstwa ogarnęła go z nową mocą. Koszmar powrotu ścisnął jego pierś lodowatą pięścią. Zawołał mocniej i wścieklej: - Niech ktoś, do kurwy nędzy, pojedzie do Kijowa! Do Kijowa, mówię! Niech ktoś pojedzie, błagam!

- Przestań tak wrzeszczeć, doskonale cię słyszymy - powiedział Sokrates w zamyśleniu. - Przecież to ty wczoraj z bratem przyszedłeś tutaj się wykąpać i wódki napić? Ochotnicy z Uralu, dobrze mówię? Trochę posiedzieliście w sali parowej, a potem każdy po litrze wysuszył?

- Tak, to my z bratem Fiedią! To nie było wczoraj, ale trzy lata temu! Teraz to bez znaczenia! - zawołały znowu niebiesko-zielone usta. - Czekoladowy zając! Kotek, sukinsyny, czekoladowy! Kota, kurwa, kupcie na placu Kontraktowym[60]! Dawać tu czekoladę! Chcę czekoladę w promocji! Kilo! Dwa! Osiem, mówię, kupcie osiem! Skurwysyny, Chachły, cholerni faszyści! Mamo, wybacz mi, mamusiu! Wybacz, Tarasie Hryhorowyczu[61]!

- Po co ci czekolada? - zapytał Sokrates, wpatrując się nieufnie w szmaragdowe oczy kijowskiego męczennika, w których raz po raz wybuchały baśniowe roje meteorytów i kaskady nieznanych nauce cząstek.

- Przynieście go na Kontraktowy, a wojna się skończy! Raz i na zawsze! Kota, kotka czekoladowego, mówię! Archanioła Michała[62] z rodzynkami i cynamonem! Na ulicy Chorywa lub na Górnym Wale[63] ostatecznie! Kupcie czekoladowego anioła, skurwiele, wszystkich was nienawidzę! Cukierka dajcie żebrakowi! Mówię, kupcie u nas witki! Witki dębowe dobre będą...

- Krzyż, kotek, zając, witki. Nic nie rozumiem. - Sokrates był ledwie żywy ze zmęczenia. Oparty rękoma o brzeg studni uważnie wpatrywał się w połyskującą pod samą powierzchnią wody fizjonomię. - Jak się, złociutki, znalazłeś w Kijowie? Przecież dopiero wczoraj byłeś u nas w łaźni i nigdzie się nie wybierałeś?Pytam, bo zazwyczaj tacy, jak wy trafiają do całkiem innych miejsc...

Iwanowi Iwanowiczowi wreszcie udało się rozpłaszczyć pod samą powierzchnią lustra i mówić, oszczędzając powietrze. Czuł, jak serce mu skuwa lodowata woda z Dniepru.

- Nie wiem, to było dawno.

- Więc przypomnij sobie!

- Wracaliśmy do sali parowej ściśle według znaków...

- To już było po tym, jak wypiliście? - upewnił się Weresajew.

- Nie inaczej. - Iwanow rozpłynął się w zielonych bąbelkach. - Ruszyliśmy za strzałkami. Fiedia żartował, że inaczej nigdy by nie znalazł sali parowej. Daliśmy w banię porządnie. No i pociliśmy się sobie tam spokojnie, aż tu nagle wmalowała się kosmata menda i hop: jesteśmy w sali, której nie ma...

- Malachitowej? - dopytał Sokrates.

- Chyba tak! Ale nie o to chodzi. Nibelungowie, no jasne! - przypomniał sobie Iwan i wściekle zawołał: - Mała, kurwa, swołocz kosmata. Po rosyjsku, swoją drogą, świetnie mówią. Jeżeli chcą. Ale z nami tylko po ukraińsku. Po kiego, pytam?! Z kogo chcieli zrobić wariata?

- Jasne - wytłumaczył Gredis Koli - dawali im zagadki, rozstrzygali ich dalsze losy, a ci ni w ząb nie rozumieli.

- Po ukraińsku? - zdziwił się Nikołaj. - Z innymi w ich językach mówili, nie? Nawet z Buriatami, zdaje się, rozmawiali po buriacku.

- Ta dwójka to bojownicy o ideę! - wytłumaczył Gredis. - Hej, kolego, po co tutaj przyjechałeś?

- Ratować Ukrainę! - odpowiedział Iwan Iwanowicz szczerze. - Co za różnica, po co?! Już od trzech lat krzyż swój niosę! Dalej nie dam rady, przyjeżdżajcie! Musicie zniszczyć świńskiego węża. To wszystko jego wina! Czoko, czoko, czekolada! Zajączek, kotek, niedźwiedzie w pistacjach, tęcza smaków! Kupuj i jedz! Z całymi orzechami! Ekstra ciemna! Najbielsza na świecie! Mleczna z nadzieniem kremowym! Pralinki migdałowe! Pieprzeni Nibelungowie! Cukier palony to przysmak czasu wojny! Archanioł na patyku! Archaniele Michale, módl się za nami grzesznymi!

- No widzisz - powiedział Gredis mentorskim głosem, zwracając się do Weresajewa. - Przyjechał ratować Ukrainę. Dlatego Nibelungowie rozmawiali z nim po ukraińsku. Gdyby te patafiany znały język, już by w raju z Abrahamem piły sherry. Zamiast tego są w Kijowie. Swoją drogą to jest właśnie dziwne... Hej, przyjacielu, nie rozumiem, co porabiasz w Kijowie? - zawołał łaziebny do powoli rozpływającej się fizjonomii Iwana Iwanowicza. - Czym się zajmujesz na Padole? Jak cię tam znaleźć?

I wtedy gdzieś niedaleko od łaźni zadudniło. Ziemia pod nogami się zakołysała. Z sufitu poleciały kawałki tynku. Pokrywa studni zaczęła sama się zamykać, powoli wchodząc w rowki. Weresajew próbował zatrzymać lekko poskrzypujący kołowrót, ale nie dał rady. Kolejny wybuch rzucił ich na podłogę. Potem przez jakieś piętnaście minut pociski spadały jeden po drugim. Za każdym razem wydawało się, że to już ten ostatni.

Kiedy ostrzał się skończył i mogli wstać z podłogi, pokrywa studni była szczelnie zamknięta. Próby Gredisa przesunięcia jej choćby o cal nic nie dały.

- Zepsuła się czy jak? - powiedział wystraszony Weresajew.

- Nie panikuj, Kola. - Sokrates, blady jak ściana, popatrzył na zegarek. - Tu się nic nie może popsuć. Jeżeli już, to prędzej my z tobą. Brama się zamknęła i tyle. Tak bywa. W teczce Korniewa jest o tym wzmianka. Studni ostrzał nie straszny. Myślę, że to nie ma nic wspólnego... - Gredis się zamyślił.

- Kiedy się otworzy?

- Kto to wie! Chodźmy do domu, na dzisiaj dosyć. Napijmy się wreszcie wódki. Lizo, córeńko - Gredis karcąco pokręcił głową - ile razy ci mówiłem, że w Psałterzu się nie maluje?

***

Hotel Ink Corporation, dawniej Ukraina, był chyba jedynym w mieście Z, który pod okupacją nie obniżył jakości świadczonych usług. Girkawy podjechał w asyście ochrony pod tylne wejście. Wybrał na telefonie numer recepcjonisty pełniącego dyżur w hotelowym lobby.

- Jak tam?

- Marszak siedzi w pokoju, dziś nie wychodził.

- Dobra, nie ruszaj się, a za minutę podłączcie się do monitoringu.

- Nagrywamy, od kiedy się zameldował.

- Ktoś od Pierwszego do niego przychodził?

- Nie.

- Z Centrum Odbudowy?

- Też nie.

- A z brygad?

- Od wieczora głucho. Nawet śniadanie zamówił do pokoju!

- Dobra - Girkawy się rozłączył. - Słuchaj mnie, Karaś! - zwrócił się do swego zastępcy, a zarazem szefa ochrony osobistej, posępnego osobnika niskiego wzrostu, nomen omen o fizjonomii śniętej ryby. - Jak zniknie dźwięk albo obraz, od razu wyłamuj drzwi.

- I co dalej?

- Skąd mam wiedzieć? Sam decydujesz.

- Jasne - skinął tamten. - Gnata masz?

- A po co? - Girkawy wzruszył ramionami.

- Po nic - zgodził się Karaś - Parszywa sprawa, Wasiliju Jakowlewiczu. - Ruszał wargami w zamyśleniu. - Podejrzany typ z tego Marszaka. Według moich informatorów, nawet w Moskwie trochę się go boją. Mówią, że to siła nieczysta. I z tych, co działają na dwa fronty. Krótko mówiąc, figura polityczna. Może mieć dojścia na Kremlu.

- Nie strasz ludzi. - Wasilij poklepał kieszenie, sprawdzając, czy nie zapomniał papierosów. - Dobrze, Karasiu, na mnie pora. A te bajeczki zachowaj dla siebie, kapusiów u nas jak psów.

- No i chuj im po same nerki!

- Jeszcze jak, ale strzeżonego pan Bóg strzeże!

- Strzeż się lepiej sam!

- Dam sobie radę. A ty, w razie czego, przyciśnij tego gnoja!

- Możesz być spokojny!

Stylowa karuzela drzwi. Na recepcji siwy facet o uważnych szarych oczach. W windzie mdły zapach perfum miesza się z wonią przetrawionego alkoholu. Wasia rzucił okiem w lustro i skrzywił się. Ostatnia lufa wypita w Piątym Rzymie była zbędna. Jego twarz nabrała czerwonawego odcienia. Humor pogarszał się w zawrotnym tempie. Albo więcej pić, albo kogoś zabić. Ten permanentny rozkrok mentalny doprowadzał go powoli do szaleństwa. Pokój pięćset pięć. Girkawy spojrzał na zegarek, szesnasta dwadzieścia osiem. Postukał krótko, ale energicznie. Cisza. Powtórzył odrobinę mocniej.

- Zapraszam, panie Wasiliju! - zawołał donośny i rześki głos. - Czekam już od rana!

Girkawy zacisnął zęby ze złości i wszedł do pokoju. Marszak w białych spodniach i śnieżnobiałej koszuli siedział przy stole. Naprzeciw lśnił ekran laptopa. Z prawej strony stała szklanka soku pomarańczowego i około stu pięćdziesięciu gramów whisky w pękatym kieliszku. W popielniczce po lewej piętrzyła się góra niedopałków. Wszystko wskazywało na to, że dziennikarz był lekko nagrzany. To równoważyło sytuację. Aleksiej z uśmiechem obrócił się na krześle.

- Whisky?

- Lej! - Girkawy skinął głową i pośpiesznie zlustrował pokój.

Usiadł w fotelu, usiłując dojrzeć, co jest na ekranie, ale laptop przeszedł już w stan uśpienia.

- No cóż - powiedział Marszak. Umieścił na stole naczynie z lodem, szklankę i popielniczkę. - Są pytania? Chętnie odpowiem!

- Skąd wiedziałeś, że przyjdę? - Girkawy nieufnie powąchał zawartość szklanki, upił z niej do połowy i dopiero wtedy wrzucił kilka kawałków lodu.

- No cóż, takie spotkania zbliżają - roześmiał się Marszak. - Darmowa kasza na lodowatym, lutowym wietrze. Romantyka. Zdziwiłbym się, gdyby po tym nie wykazał pan pewnego zainteresowania moją skromną osobą. Szkoda tylko, że wraz z moim przyjacielem Gariewem zostaliśmy wówczas, że tak powiem, zmuszeni do opuszczenia Strefy Z. I już dobę po tamtych wydarzeniach w żaden sposób nie można było nas tu znaleźć...

- A skąd taki pośpiech?!

Rozdrażniony Girkawy wykrzywił wargi. Whisky była znakomita, słodowa, o stonowanym smaku. Nastrój od razu mu się poprawił. Ale pokusa zaciśnięcia palców na gardle przedstawiciela mediów tylko się zwiększyła.

- Otóż rozstrzelano nas, przez pomyłkę. - Marszak rzucił na Girkawego szybkie spojrzenie. - Przez własną głupotę wpadliśmy na posterunku kontrolnym. Przy próbie opuszczenia miasta, naturalnie - wyjaśnił Marszak.

Zarzucił nogę na nogę, wpatrując się w Wasilija nieco wypukłymi oczami.

- Niezupełnie rozumiem - odezwał się Girkawy. - W jakim sensie rozstrzelali?

- Właśnie w takim. - Marszak uśmiechnął się smętnie, postawił szklankę na stole, pstryknął zapalniczką i łapczywie zaciągnął się dymem. - Drobne nieporozumienie, mój Boże. Absolutnie przypadkowo w mojej kieszeni znalazł się nieodpowiedni dokument! Wynikało z niego, że jestem ukraińskim dziennikarzem i takie tam. Krótko mówiąc, torturowali mnie całą noc. A o piątej trzydzieści pięć rano czasu moskiewskiego ustawili pod ścianą. Małe qui pro quo. Ale o tym, że będę musiał z panem porozmawiać, wiedziałem od razu. Nawiasem mówiąc, do tego właśnie zmierzałem! - Marszak uśmiechnął się jowialnie. - Chyba nie sądzi pan, że przypadkiem znaleźliśmy się obok siebie tuż przed pojawieniem się, że tak powiem, insektów na frontach trzeciej wojny światowej? Jasne, że nie. Potrzebujemy pańskiej pomocy. I dlatego, że tak powiem, trochę odkryliśmy karty, choć te okazały się dość dziwne, nawet dla nas samych...

- Czekaj, czekaj. - Girkawy uniósł dłoń. - Wolnego. Co znaczy: "ustawili pod ścianą"? Nie rozumiem...

- A cóż to może znaczyć, Wasiliju Jakowlewiczu? - Dziennikarz uśmiechnął się łagodnie. - Zaciągnęli pod rozwaloną, obszczaną ścianę z cegły i wymierzyli nam sprawiedliwość z dwóch luf. Ale, mówiąc szczerze, nie mam do nich żalu. Wprost nie mogłem się doczekać! - Marszak pokręcił głową. - W naszym pospolitym ruszeniu do dziś nie ma żadnej kultury przesłuchiwania! Jasne, tamci z drugiej strony też nie są siostrami miłosierdzia. Wiem o tym nie z plotek. Ale oni przynajmniej jakoś ten tego! W batalionach ochotniczych, wiadomo, rozmowa z nami krótka. Ale u nas, a niech ich, co jeden to doktor Who!

- Kto?! - nie zrozumiał Girkawy.

- Właśnie, kto! Ktoś ty, wrzeszczą - Marszak się uśmiechnął - i od razu bagnetem w żebro. Co to za rozmowa, kiedy żywcem rozszarpują mnie na kawałki? - Aleksiej roześmiał się cicho. - Miszce dostało się jeszcze grubiej. Urżnęli mu husqvarną nogę nad kolanem. Dopiero wtedy umarł.

- Po co mu ją urżnęli? - Po zadaniu tego idiotycznego pytania Girkawy przygryzł wargę z irytacją.

- Proszę zapytać tych kretynów! - Marszak teatralnie przyklasnął. - Z Gariewa twardy był zawodnik. A wszystko, co wiedział, wyśpiewał już w piątej minucie przesłuchania. - Marszak się roześmiał. - Ale nasza prawda ma to do siebie, że przypomina Bóg raczy wiedzieć, co, tylko nie prawdę. Dlatego Miszkę i mnie torturują przeważnie aż do śmierci. - Zgasił papierosa i od razu zapalił kolejnego. - Drugi raz od początku działań wojennych udało mi się dożyć do egzekucji. Zwykle umieram w celi po porannym przesłuchaniu. To jest coś - ciągnął rozmarzony Marszak. - Wczesny ranek rozkwita za oknem, życie z ciebie ulatuje, promienie słońca opadają na udręczoną pierś... No chyba że leżysz w ciemnej, zatęchłej piwnicy bez okien. A bywają jeszcze sutereny, takie z wąskimi, zakratowanymi oknami, zna je pan?

- Znam - powiedział Girkawy przez zaciśnięte zęby.

- Otóż najlepiej umierać właśnie w takich! I słonko ujrzysz po raz ostatni, nim zamkniesz powieki, i świeżym powietrzem zdążysz odetchnąć.

- Kpisz czy o drogę pytasz? - zapytał Girkawy, podszedł do barku, wziął napoczętą butelkę whisky i ponownie zasiadł w fotelu. - Masz mnie za kretyna?

- Ależ broń Boże! - Klasnął w dłonie Aleksiej Jewgieniewicz. - Jak żyję nie widziałem mądrzejszego człowieka!

- Skręcę ci kark dwoma palcami - obiecał Girkawy, nalał pełną szklankę whisky i wrzucił do niej kilka kawałków lodu. - Więc mów jaśniej, dobra? Żebym załapał, o co ci chodzi.

- Do usług. - Marszak skinął głową i poprawił palcem wskazującym okulary. - A czy coś się nie zgadza, jak dotąd?

- Nie ogarniam. - Girkawy zakręcił lodem w szklance. - Faktycznie prosisz się, żebym cię uszkodził, czy po prostu cechuje cię nadmierna elokwencja?

- No i masz! - Aleksiej wyglądał na poważnie strapionego. - Otóż, nie życzyłbym sobie, żeby cokolwiek mi pan uszkadzał. Po pierwsze, jest to bolesne bez względu na to, co zostanie uszkodzone. Coś o tym wiem. Po drugie, jeżeli skręci mi pan kark, nasze spotkanie zostanie ponownie odroczone, i to na długo. A to byłoby niezmiernie przykre.

- To po kiego pieprzysz mi tu o egzekucji? - Im spokojniej starał się mówić Wasilij, tym bardziej nabrzmiewały żyły na jego szyi.

- Proszę mnie posłuchać. - Marszak uśmiechnął się ostrożnie. - Wszystko wskazuje na to, że pan i ja przebywamy, że tak powiem, w odmiennych dyskursach. Gwoli jasności dodam, że, jak można przypuszczać, nie został pan jeszcze wtajemniczony w pewne delikatne niuanse naszej kampanii wojennej. Jeden z nich polega na tym, że przekroczyć granicę enklawy Z można tylko wskutek śmierci. Przy tym zarówno śmierć, jak i samo przejście od dawna nie są sekretem. Kwestie, że tak powiem, techniczne.

- Do jasnej... - Girkawy się wściekł. - Przez rosyjską granicę ludzie walą tabunami! Co ty mi tu?

- Chwileczkę, proszę mnie posłuchać, Wasiliju! - Marszak złożył błagalnie ręce na piersiach. - Pan jesteś jak dziecko, mój Boże! Błagam, niech pan nie przerywa! Owszem, nasi ludzie przekraczają granicę w sposób najzupełniej normalny. Samochodami, pociągami, pieszo, w czołgach i bojowych wozach piechoty, w kamazach, autobusach i samochodach osobowych. Ale sęk w tym - błysnął chytrze szkłami okularów - że powrócić do Rosji można tylko po śmierci. Niewielu rekrutów o tym słyszało. A, mówiąc prawdę, prawie żaden. - Marszak wstał z fotela i zaczął przechadzać się po pokoju. - Ciemnej masie lepiej tego nie wiedzieć. Nieprawdaż? Bo i po co? Mniej wiesz, mocniej śpisz. A z czysto praktycznego punktu widzenia za dużo zachodu!

Tylko nieliczni Aryjczycy po specjalnym przeszkoleniu są w stanie zachować pamięć o tym, co działo się z nimi bezpośrednio przed przejściem. Przeciętny człowiek, który przekroczy granicę, boi się nawet o tym pomyśleć. Podświadomie wznosi mur nie do przejścia między sobą dawnym a sobą teraźniejszym. A jeżeli otworzymy tamę między dwoma strumieniami świadomości, między dwiema w istocie autonomicznymi osobowościami, delikwent z miejsca umrze lub oszaleje, co w naszych warunkach jest jednym i tym samym. - Strapiony Marszak pokręcił głową. - Należy dołożyć nader osobliwych starań, żeby wypracować u "przekraczającego" właściwą autoidentyfikację, zgodność i analogię pamięci przed i po. O tak, problem wcale nie leży w śmierci! Mistrz Yoda sądził, że śmierci nie ma, a my, nareszcie, możemy to w pełni potwierdzić i udokumentować. Ale problem w tym, że jeżeli człowiek umiera w Z i trafia tam, gdzie chciałby się znaleźć, powiedzmy do Kijowa czy Moskwy, staje się nieco inną osobą. A mówiąc już całkiem uczciwie - zamyślił się Marszak - kardynalnie inną osobą. Z wyglądu jakby taki sam, ale w środku jakby całkiem inny. Dla takiego szeregowego komandosa Sidorowa, który umrze w Ługańsku i natychmiast otworzy oczy w swojej Wołogdzie, Kineszmie, Orenburgu czy Saratowie, nic strasznego się nie wydarzy. Po prostu nie pamięta, co było wcześniej.

- Jak to?

- Tak to. Stoi Sidorow pod budką z piwem. Obok kumple w najlepsze sypią dowcipami. A on nie pamięta, jak znalazł się w ich towarzystwie. Rozpoczyna się aktualizacja. Chłopak spogląda na przepiękny świat błękitnymi oczami. W dłoniach odkrywa butelkę wódki. A wokół ziomeczki cieszą się życiem. Więc on też zaczyna się uśmiechać.

Ale jak ja się tu znalazłem, myśli sobie? Po prostu, odpowiadają mu łąki i pola, jesteś na urlopie. Ach tak, urlop, myśli komandosina z coraz większym przekonaniem. Obiecali mi przecież urlop. Coś tam pamięta w ogólnym zarysie. Ale coś mglisty ten zarys, rozpływa mu się przed oczami, jak twarz matki, którą Sidorow stracił, kiedy miał pięć lat.

Mieszkał z ojcem. Całe dzieciństwo przejeździł z nim na traktorze. Stary kochał go mocno i nie oddał babce. Sam wychowywał. Nauczył surowych reguł życia społecznego... Tak, tak, pochyla się z aprobatą stara topola przy budce. Ale jak to, myśli komandosina, przecież byłem na pozycji. Dopiero co. Jak to się nazywa? Marjinka, Iłowajsk, Szyrokyne, Szczastia? Debalcewe? Jak to się nazywało? Szliśmy chyba do ataku? A może już wracaliśmy?

Jesteś na urlopie, Sidorow, urlopowano cię, krzyczy wilga. Wyluzuj się, golnij sobie browarka z wódeczką. Tak, szumi stara leszczyna, napij się wódki, chłopaku. Wszystko minie, krzyczą białe żurawie odlatujące ku bagnistym równinom Indii i południowego Iranu, wszystko minie. Mi nie minie, myśli sobie szeregowy, a głosy powracają. Nie było żadnej Ukrainy. Nie było. Szepcze w krzakach zając szarak. Nie było i nie ma. Przywidziało ci się, chłopczyku, przyśniło, huczą suche jesienne trawy. Wódka i piwo, ćwierka mu na ucho wróbelek z gwiazdeczkami na skrzydłach. Sidorow kiwa głową. Uśmiecha się ufnie jak dziecko. Jednym ruchem odkręca butelkę, odrzuca głowę i pije, pije...

Marszak dolał Girkawemu do szklanki. Nalał sobie. Wziął łyk. Zapalił.

- Inna sprawa, Wasiliju Jakowlewiczu, kiedy na misję trzeba brać człowieka zdolnego wielokrotnie przezwyciężyć, że tak powiem, konceptualną przestrzeń śmierci...

- Co mi tu wciskasz, bracie? - W prawej skroni Girkawego pulsowała cicha niteczka bólu. - Że niby co? Mam uwierzyć w te twoje ściemy? Że jak chcę trafić do Moskwy, to mam wyciągnąć kopyta?

- Ależ wiesz o tym doskonale, nawet beze mnie. Prawda, Wasiliju? - Marszak uśmiechnął się łagodnie, przechodząc na "ty". - Przecież masz już za sobą jedno przejście! Tylko wyparłeś je ze świadomości, zapomniałeś, nie chciałeś pamiętać. I słusznie. Schizofrenia nikomu jeszcze nie przyniosła nic dobrego. Ale teraz przypomnisz sobie, jak było. Podrzuciłem ci tabletkę do łyskacza. Nic się nie bój, nieszkodliwą. Odświeży ci pamięć. Musisz się tylko zrelaksować...

- Stop! - Girkawy gwałtownie zerwał się na nogi. - Jaką znowu tabletkę?!

Ale łatwiej powiedzieć "stop" niż wstrzymać niechciane wspomnienia. Wasilij ujrzał przed sobą mur na podwórzu byłego gmachu prokuratury wojskowej. Bladego Karasia z karabinem. Usłyszał własne słowa skierowane do tamtego. I krótką serię z karabinu...

Na sekundę czy półtorej Girkawy ukrył twarz w dłoniach. Potem powoli opuścił ręce, wepchnął je do kieszeni i zakołysał się na piętach, wpatrując się w twarz Marszaka. Można z niej było wyczytać szczerą ciekawość z niewielką domieszką niepokoju.

- A więc to tak? - Wasilij wziął głęboki łyk bezpośrednio z butelki.

- Właśnie! - Marszak uśmiechnął się niepewnie.

W pokoju zapadła cisza. Z oddali słychać było bicie artylerii. Wasilij przypomniał sobie zupełnie wyraźnie, że sam wydał rozkaz Karasiowi. Tamten, rzecz jasna, nie zgodziłby się za żadne skarby, ale dobrze znał charakter Girkawego. Rozkaz to rozkaz, nie myślę, wykonuję. A Wasilij z kolei nie mógł podzielić się z Karasiem tym, w co dzień wcześniej wtajemniczył go Pierwszy. Musiał zdążyć na czas do Moskwy, sprawa była arcyważna. Ich wspólną kasę mogli wyprowadzić na lewo, gdyby Wasilij natychmiast nie interweniował. Wierny druh Karaś płakał, kiedy pociągał za spust.

Minister zdrowia zachwiał się tak samo, jak przed trzema miesiącami, kiedy poczuł śmiertelne uderzenie w pierś. Marszak troskliwie wziął go pod rękę i pomógł usiąść w fotelu.

- Fakt, wychodzi na to, że wszystko wiedziałem - powiedział Girkawy. - Wiedziałem, że sprawy mają się źle. Nawet nie źle, ale zupełnie parszywie. Co to wszystko znaczy, Alosza? - Bezradnie rozłożył ręce. - Dlaczego nas to spotyka? Nas, prawosławnych. Walczymy o prawdę i o Boga, czyż nie?

- W pewnym sensie... - Marszak się zawahał. - Jestem oczywiście ateistą, taki zawód. Ale generalnie, bez dwóch zdań, szanuję chrześcijańskie idee. Złączy się mąż z żoną swoją: niegłupio napisane. I błogosławieni cisi. Śmierć na krzyżu to już, rzecz jasna, lekkie przegięcie. Ale dzięki temu macie Wielkanoc.

- To z jakiej paki w naszym Z pojawiła się stonka, jeśli naród u nas prawosławny? - Wasilij trochę odczekał i wypił. - Przecież mamy rację, a wszyscy inni się mylą. Więc dlaczego to my musimy umrzeć, żeby dostać się do Moskwy, a nie oni? O ile wiem, z takiego Waszyngtonu do Moskwy ludzie latają sobie po prostu samolotem. Zgadza się?!

- Zgadza. - Marszak westchnął.

- No to z jakiej paki, Alosza?! - Girkawy zapalił papierosa. Był już solidnie wcięty, ale zachowywał dużą jasność umysłu. - I co to za radykalny sposób podróżowania! - Roześmiał się histerycznie. - Skąd to się wzięło, Aleksieju?! Kto to wymyślił? Czyżby Puchutas Wspaniały?! Nie wierzę. Cwaniura, nie da się ukryć. Ale tego już za wiele, nawet jak na niego. O co tu chodzi? Co to jest? - Wasilij złapał się za głowę. - Zastanówmy się. Chcieliśmy po prostu rozmawiać w ojczystym, do cholery, języku. Oddawać cześć swoim, do chuja pana, bogom. Tu interesujące pytanie: jakim? No dobra - Wasilij uniósł dłoń - dojdziemy do tego. Teraz nie miejsce i nie czas. Najważniejsze, że Rosja wsparła nasze pragnienie samodzielności. I wiadomo, że nie my tutaj decydujemy. - Girkawy wzruszył ramionami. - Miasto Z to samotna, ciężarna figura na artyleryjsko-geopolitycznej szachownicy...

- Przesadzasz. I niby dlaczego ciężarna?!

- Zaraz, chwileczkę! - Girkawy znów uniósł dłoń. - Powiedz mi lepiej, co o tym myśli Patriarcha? Albo Świątobliwy Synod? Ministerstwo Kultury i Ochrony Zdrowia? Oświaty, Nauki i Zasobów Naturalnych Rosji? Kto tam jest za wszystko odpowiedzialny? Ministerstwo Łączności, a może Transportu? - Girkawy zachichotał. - Pogranicznicy, wreszcie? Kto? Co za burdel! Przekroczyć granicę Federacji Rosyjskiej można tylko w stanie pieprzonego zgonu! - Zasmucił się nagle. - Doprowadzili kraj do ruiny, bydlaki! Do Matuszki Rosji już nawet nie zajedziesz jak człowiek!

- Problem nie ogranicza się do Federacji Rosyjskiej. - Marszak wzruszył ramionami. - Zasada, niestety, działa w obie strony. W tym sęk! W sumie... - zawahał się na chwilę. - W sumie o tym właśnie chciałem porozmawiać...

- Nie, zaczekaj - rzucił Girkawy. - Co z tego wszystkiego wychodzi? Ludzie umierają, potem znowu żyją, ale nic nie pamiętają. Jak, nie przymierzając, ja. Nie przypomniałbym sobie, gdybyś mi nie podpowiedział. A przecież tak było! - Girkawy uderzył z hukiem pięścią w stół - Było, pamiętam! A z Pierwszego jaki sukinsyn! - Girkawy zacisnął zęby. - Wiedział i nic nie powiedział! No i pies z nimi tańcował. Ze swoimi dam sobie radę. Ale ty, Marszak, gadaj mi tu jak na spowiedzi. Czy was zupełnie porąbało, złamasy pieprzone? Przecież to moje rodzinne miasto! Może mi to wyjaśnisz?! - Girkawy położył pięść na sercu. - Żaden sukinsyn nie chce szczerze rozmawiać. Nawet Pierwszy, którego kasę ratowałem za cenę swojego życia, a mówiąc ściślej: śmierci, i ten chowa głowę do dupy, kiedy zadaję mu ostateczne pytania. - Wasilij Jakowlewicz nagle czknął i zamilkł, pokazał gestem, żeby Aleksiej nalał mu soku. Wypił i usiadł twarzą do okna. - Marszak, czego ty właściwie ode mnie chcesz? Bo czegoś chcesz. Tak po prostu nie wszcząłeś całej tej gadki. Więc może otworzysz mi oczy? Po co wy to wszystko odwalacie? I, przede wszystkim, co wy tu właściwie odwalacie? Możesz wyjaśnić, z czym mamy do czynienia?

- No więc... - Zapytany zawahał się na chwilę. - Istnieje wyjaśnienie prawdziwe i istnieje wyjaśnienie poprawne politycznie. Jakiego pan oczekuje?

- Męczysz mnie, bracie - odpowiedział Girkawy, czując, że humor zaczyna mu się coraz bardziej pogarszać.

***

- Jak to ująć? - Marszak wzruszył ramionami. - Musieliśmy powstrzymać dryfującą na Zachód Ukrainę. Rozwiązanie siłowe nie wchodziło w grę. Nawet buddyści ze Sztabu Generalnego rozumieli: macie więcej pasjonariuszy[64] niż my. W dodatku na Ukrainie są prawdziwi pasjonariusze, a nasi to czyste delirium. Mogliśmy więc trochę tu namieszać, ale na podbicie kraju nie było najmniejszych szans. Wszyscy jeszcze pamiętamy Afganistan i różne drobiazgi. Bogu dzięki, mamy doświadczenie. Jednak nie mogliśmy sobie pozwolić na spokojne obserwowanie, jak idzie w diabły cały system bezpieczeństwa europejskiego...

- Nie pieprz mi tu za uszami, dobrze? - poprosił Girkawy - Nie trzeba. Przed Radą Bezpieczeństwa ONZ będziecie prężyć muskuły. Mów, jak jest, plizz! Trafić z miasta Z do Kijowa lub do Moskwy można tylko po śmierci. W zeszłym tygodniu stonka rozpieprzyła w drobny mak kolumnę czołgów przybyłą w celu wzmocnienia Specjalnej Wydzielonej Zmechanizowanej Z-brygady "Jołki-pałki". Przy ulicy Róży Luksemburg na skrzyżowaniu z aleją Komsomolców regularnie ukazuje się widmo Róży. Rozmawia z mieszkańcami miasta, przekonuje, że kurs obrany przez rosyjskie kierownictwo polityczne jest błędny. Co ty na to?

- Niezły cyrk - skomentował Aleksiej.

- Przez cały zeszły miesiąc w powietrzu obok akademików lśniły szkarłatnym płomieniem następujące słowa Róży... - Girkawy przetrząsnął kieszenie marynarki, wyjął z jednej z nich przybrudzony notes, splunął na palec, przekartkował. - Mam! Posłuchaj!

Pokazał notatkę zapisaną drobnym charakterem pisma. Odczytał ją na głos:

- "Bez wyborów powszechnych, bez nieskrępowanej wolności prasy i zgromadzeń, bez swobodnej walki poglądów zamiera życie w każdej instytucji publicznej, stając się życiem pozornym, przy czym jedynym elementem czynnym pozostaje biurokracja..."[22*]. Niezłe jajca, co?! - Pomachał notatnikiem.

- Niezłe. - Dziennikarz się zamyślił.

- Słuchaj dalej! "Kilkudziesięciu przywódców partyjnych o niewyczerpanej energii i bezgranicznym idealizmie dyryguje i rządzi, w rzeczywistości przewodzi spośród nich tuzin wybitnych głów, a elitę robotniczą co pewien czas zwołuje się na zgromadzenia, aby oklaskiwała mowy przywódców i wyrażała jednomyślną zgodę na przedłożone rezolucje. W gruncie rzeczy jest to więc gospodarka klikowa - istotnie dyktatura, ale nie dyktatura proletariatu, lecz dyktatura garści polityków". Nawiasem mówiąc, Róża Luksemburg napisała to sto lat temu! A brzmi świeżo, prawda?!

- Bardzo na czasie, co tu gadać - zgodził się Marszak. - A teraz już nie można poczytać tych tekstów?! Nie chodzi mi o dzieła Róży Luksemburg. Czy płomienne litery ulotniły się z powietrza?

- Rozwiały się, chwała Bogu - potwierdził Girkawy. - Ale wielu zdążyło przeczytać. Ba, trzech czy czterech najzdolniejszych studentów Róża zabrała do Hadesu, czy gdzie ona tam teraz siedzi, wy się lepiej na tym znacie.

- W komunistycznym raju.

- A Piąty Rzym czego jest wart? Dziesiątki zaginionych. Zresztą, co ja sobie strzępię język. Coś mi się widzi, że wiesz o tych sprawach nie mniej ode mnie! Co się z nami dzieje, Alosza?

- Tłumaczę przecież. - Marszak cierpliwie skinął głową. - Wobec niemożności wprowadzenia okupacji bezpośredniej wszczęliśmy operację "Background". O szczegóły techniczne nie pytaj, omówię tylko węzłowe problemy. Wykorzystując najnowsze technologie mistyczno-informacyjne, planowaliśmy przyłączyć Z do samego serca świata słowiańskiego, cokolwiek to znaczy. I coś nam się jednak udało. Stąd szczególne właściwości tutejszego czasu oraz przestrzeni społecznej i politycznej Łobaczewskiego i Riemanna[65].

- Nic nie kumam.

- Rusz głową, ZSRR dawno się rozpadł, tak?

- Tak - zgodził się minister ochrony zdrowia.

- Otóż to! A my was do niego przyłączyliśmy. - Marszak uderzył dłońmi w kolana i wybuchł zaraźliwym śmiechem. - A co za tym idzie, wy też w pewnym sensie nie istniejecie, tak jak ZSRR. Łapiesz? W jakimś sensie istniejecie, przynajmniej na mapie Europy. Ale generalnie was nie ma i każdy wam to powie.

- Jak to? - Girkawy się skrzywił. - Można trochę ściślej?

- Nie ma was, Wasia! - westchnął znużony Aleksiej, wypił duszkiem pół szklanki whisky i zapił sokiem malinowym. - Ściślej się nie da! Powiem szczerze, sami nie liczyliśmy na taki efekt. Planowaliśmy jedynie zbrojne przyłączenie Z do Rosji! Ale człowiek strzela, a struny wszechświata kule noszą. Ogólnie ten górniczy region był nam potrzebny wyłącznie jako strefa kontrolowanej niestabilności. A w rezultacie uzyskaliśmy metastrefę, w której łamany jest cały szereg praw fizyki. Takie buty.

- Marszak, głupi z ciebie kutafon - orzekł Girkawy po minutowym milczeniu. - Wyjaśnij mi po ludzku, dlaczego muszę umrzeć, żeby dostać się do Kijowa?

- Dlatego, Wasiliju, że nie ma cię nigdzie! - wrzasnął dziennikarz. - I nikogo z was, miejscowych, nie ma! Zamiast przyłączyć się do Rosji, choćby na poziomie wspólnoty duchowej, przystąpiliście do Związku Radzieckiego, bo, do kurwy nędzy, marzyliście o tym całe swoje dziadowskie życie! No i żyjcie sobie tam! - Potrząsnął głową.

- Tam?

- Tutaj! Tam! Diabli wiedzą gdzie! - Aleksiej odrzucił głowę do tyłu i z trudem łapiąc oddech, rozerwał kołnierzyk koszuli.

- Nie drzyj mordy, patafianie! - Girkawy wyszczerzył zęby. - Przyłożyć ci?!

- Nikt tego nie rozumie, Wasia. - Marszak nachylił się do niego, mówił szybko i nieskładnie. - Zwożą sprzęt, pędzą ludzi na wojnę, koszą siano. A sens?! Jaki to ma sens?! Przecież widzisz, co tu się wyrabia.

- Zaraz, chwileczkę, a jaki sens ma stonka? Po jakiego chuja ją na nas zrzuciliście? Eksperymenty genetyczne?! Broń najnowszej generacji?!

- O czym ty mówisz? - Marszak zamachał rękoma, otworzył puszkę zimnego piwa i wypił ją duszkiem. - Piwa chcesz? Nie chcesz? Jak chcesz... Otóż, żadnej stonki nie zrzucaliśmy! W prawosławnym kamazie między skrzyniami z pomocą humanitarną, dla twojej wiadomości, stały na wysięgnikach cztery miny produkcji amerykańskiej.

- A po co? - Wasilij zmarszczył czoło.

- A nie wiesz? Rosja dostarcza do Z pomoc humanitarną, a Amerykanie rękoma Ukropów wysadzają ją w powietrze razem z Bogu ducha winną ludnością cywilną! Sfilmowaliśmy, zebraliśmy próbki materiałów wybuchowych. Może nie jest to dowód dla trybunału wojennego, ale na wieczorne wydanie Life&Haj w sam raz!

- Okej, a skąd w takim razie stonka? - Wasilij Jakowlewicz się nachmurzył.

- Ile razy mam ci powtarzać! - zachrypiał Marszak. - Nikt nie wie, skąd stonka. Od pana Bronka! Też jesteśmy w szoku!

- Wylęgła się w wilgotnych kamazach?

- Słuchaj - powiedział Marszak po krótkim milczeniu - może byśmy coś zjedli? Zrobiliśmy już litra łyskacza. Zasadnicza część rozmowy dopiero przed nami, a za mną już piwo chodzi.

- Dokończysz o stonce i zejdziemy do restauracji - obiecał Girkawy. - Mają nie najgorszą baraninę.

- Wasiliju Jakowlewiczu - powiedział Aleksiej, otwierając kolejną puszkę budweisera - W Z nie działają prawa fizyki. A mówiąc ściślej, działają inaczej, niż do tego przywykliśmy. Wysyłasz tu konia, a ten zmienia się w wiolonczelę. Czołg staje się grzechotką. Nieboszczyk melodią. Prawosławny czołgista Buriatem. Jak sądzisz, gdzie znika pomoc humanitarna, którą tu przysyłamy?!

- To akurat wiadomo - powiedział ponuro Wasilij. - Trafia na bazary i do lokalnych sieci handlowych.

- Tylko niewielka część.

- Marszak położył dłoń na piersi. - Zapewniam cię, że większa ucieka do lasu!

- Pod postacią wiolonczeli?!

- Bez takich... - Marszak się zdziwił. - Słyszałeś chyba o zaginionych rosyjskich komandosach...

- Zaraz ci przyłożę, Alosza!

- Jak mamę kocham. - Marszak przytknął dłonie do piersi. - Pskowskie konserwy ze strategicznych zapasów przybierają ludzką postać. Chwytają za broń i walczą o sprawę rosyjską! A oficjalna Rosja nawet ręki do tego nie przykłada! - Aleksiej z żalem wzruszył ramionami, nagle westchnął, opuścił głowę, zapadł się w fotelu i cicho zachrapał.

- A więc to tak! - powiedział Wasilij i spojrzał na zegarek. - Zaniemogło biedactwo. Nic nie szkodzi, dokończymy jutro. Co nagle, to po diable. - Zrzucił marynarkę i koszulę, pod małą skórzaną poduszkę schował pistolet, który znalazł w płaszczu dziennikarza, i rozłożył się plackiem na kanapie. Wyjął telefon i dał wolne Karasiowi.

- Spać! - powiedział cicho, zamykając oczy. - Spać! Cokolwiek by się działo, spać. Bo w mieście Z już tylko sny przemieniają się w sny...

***

Tamtego dnia Iwan nie miał najmniejszej ochoty na wygrzewanie się w łaźni. Ale Fiedia nalegał. Na kacu, wiadomo, ciągnie ruskiego wilka do bani. Szczególnie, kiedy ma się ze sobą kilka flaszek schłodzonej wódeczki i wczorajszy zimny szaszłyk. Piąty Rzym powitał ich pustką i dziwnie przeciągłym echem.

- Co u was tak bezludnie? - zapytał Fiodor kuternogi, która siedziała skromnie przy kasie obok wejścia i ogromnego sejfu. Po jej obu stronach zwisały witki, a na półkach spoczywały wszelkie możliwe akcesoria łazienne. Z widocznym trudem przemieszczając się od półki do półki, wybrała dla nich cztery porządne witki i inne drobiazgi.

- Do nas, zasadniczo, przychodzi się nieco później - wyjaśniła, przyjęła pieniądze i wydała dwa paragony. - Zapraszam na trzecie piętro.

Przez uchylone okna wdzierał się wiatr. Szafki okazały się schludne i pojemne. Podłogi idealnie umyte i wypolerowane na błysk przez wiatr. W zawieszonych pod sufitem cebrzykach czekała zimna woda. Dębowe witki pachniały czystością. W sali parowej spotkali tylko jednego miłośnika gorąca - pochmurnego, atletycznie zbudowanego faceta, wnioskując na podstawie jego skąpych wypowiedzi - oficera specnazu. No cóż, on ma swoją łaźnię, a my, Iwanie Iwanowiczu, mamy swoją.

Para jest sucha i lekka. Każdą myśl wywieje w okamgnieniu. I słowa w niej umierają, jeszcze nienarodzone. Nie ma o czym mówić ani po co. Mówić należało wcześniej. Teraz trzeba oddychać ustami, wciągając żar, ostrożnie ścierać pot twardym, suchym ręcznikiem, z przymkniętymi oczami słuchać, jak para podśpiewuje w rurach. Nie ma tu kamieni, ale i bez kamieni nam dobrze. W sali parowej najważniejsza jest sprawna wentylacja. Kiedy nie ma czym oddychać, radość jakby mniejsza. W duchocie, naturalnie, też można osiągnąć czystość. Ale taka czystość nie daje kopa.

Fiedia wyjął z plecaka butelkę już po pierwszym wejściu, ale ty pokręciłeś głową. Jak się pocić, to uczciwie. Brat poszedł więc z butelkami do łaziebnego - żylastego, łysiejącego faceta o beznamiętnych brązowych oczach. Znalazła się u niego lodówka, w której gorzała mogła zaczekać, aż wasze myśli nabiorą polotu.

Posiedzieli, trochę odetchnęli i weszli znowu, teraz już z witkami. Zamykałeś oczy z rozkoszy, kiedy wypacałeś z siebie pierwszą, drugą, a w końcu także trzecią wojnę światową. Trzy wredne żony. No i ostatnią, czwartą, razem z jej wampirami. Tylko te, które urodziły się w latach nieparzystych, były do ciebie trochę podobne. Wypacałeś ból, strach, nienawiść. Sumienie. Jego pozbyć się najtrudniej. Para tylko je podsyca. Zależy, co prawda, jaka. Jeżeli odkręcisz zawór do oporu, w gęstej, parzącej, białawej mgle głos sumienia zacznie przycichać. Po pięciu minutach ciężko westchnie, złoży skrzydła, zwiesi czarny krzywy dziób do cebrzyka z lodowatą wodą i zamknie oczy.

Po piątym wejściu wypili pierwszego, pod zimne mięso, które przynieśli ze sobą. Łaziebny, spoglądając na was bez zainteresowania, melancholijnie wycierał podłogę. Po szóstym wejściu piliście z porucznikiem specnazu. Mimo starań, nie udało ci się zapamiętać jego imienia. Co za różnica. Potem wszedł do sali parowej. Ale kiedy zjawiliście się tam z dwiema butelkami zimnego piwa, pomieszczenie było puste.

- A gdzie ten nasz twardziel?! - zapytał sadowiąc się na najniższej półce. - Komuśmy piwo nieśli?!

- A tobie co do tego? - Iwan wzruszył ramionami, lekko przykręcił zawór, położył się i zamknął oczy.

Para trochę zelżała i przestała parzyć. Chmiel mieszał się z nietrwałą czystością, przydając istnieniu odrobiny słodkiego rozprężenia.

I wtedy, Iwanie Iwanowiczu, otworzyłeś oczy i nagle ujrzałeś obok siebie mistrza Yodę z Gwiezdnych wojen - jedynego filmu, który mogłeś oglądać o każdej porze dnia i nocy. Wyliniały karzełek siedział zwrócony do ciebie profilem i bębnił sześcioma palcami w zielonkawe kolana. Fiedia leżał na podłodze tuż obok otworu wentylacyjnego, zwinięty w kłębek, i cicho pochrapywał. Rury buczały. Termometr na ścianie wskazywał pięćdziesiąt pięć stopni Celsjusza. Pot stał się zimny. Chmiel przywiądł i ulotnił się z głowy cienką, pionową strużką rtęci.

- Napiję się ja?! - zapytał twierdząco Yoda, wskazując na stojące przy nogach Fiedii dwie szybko nagrzewające się butelki.

Nie doczekawszy się odpowiedzi, chwycił jedną z nich i zerwał z niej kapsel. Przylgnął ustami, wziął głęboki łyk, wyciągnął butelkę do ciebie, a ty nie ośmieliłeś się odmówić. Odchyliłeś głowę i wlałeś w siebie resztki gorzkawej cieczy, w rozpaczliwej nadziei, że wraz z ostatnim łykiem mara zniknie. Ale nie zniknęła.

- Robić, Iwanie, co będziemy?! - zagadnął mistrz, zwrócił do ciebie głowę, zrobiło ci się słabo, gdy spojrzałeś w jego podłużne fioletowe oczy, w których nie dostrzegłeś choćby wspomnienia po źrenicach.

- Nie wiem - odpowiedziały szczerze twoje usta.

- Źle to, Iwanie. - Yoda pokręcił głową i sięgnął po drugą butelkę.

Wziął łyk i zaproponował tobie. A ty, opróżniając butelkę, czułeś chłodne i śliskie szkło szyjki i gorzkawy smak piwa, słuchałeś buczenia rur, a pot ściekał po twoim brzuchu, ramionach, klatce piersiowej i biodrach. Po drugim łyku chmiel ostatecznie się z ciebie ulotnił. Razem z gorącem. Poczułeś chłód i kosmiczną pustkę. Butelkę postawiłeś przy nogach, ostrożnie zerknąłeś w prawo i ujrzałeś tam już nie zielonego, sześciopalczastego karła, tylko swojego dziadka - kapitana łączności Jegora Iwanowa. Siedział w schodzonej przedwojennej marynarce, mrużył blade oczka, rozciągał blade wargi w przebiegłym uśmiechu i, jak zwykł to robić przed śmiercią, fosforyzował srogim światłem.

- Cześć, wnusiu. - Głos nieboszczyka był młody i dźwięczny. - Tośmy się spotkali! Jakże ja się cieszę. A ty, widzę, zdziwiony. Jasna sprawa, trup, a do tego stary, żadna radość. Ale ja nie na długo. Jest do ciebie parę pytań. Pytanie pierwsze. - Łącznościowiec zamyślił się nad jego sformułowaniem. - Co ty, sukinkocie, na Ukrainie robisz? Ciasno ci, smrodzie jeden, na ojczystej ziemi?! Nie było z kim powojować?! - Dziadek odczekał chwilę, obserwując w rozbawieniu mokre, drżące od nadmiaru wrażeń ciało wnuczka. - Dlaczego milczysz, wyrodku?! Mówże coś, bo posiedzimy tu długo. W wyniku zgonu stałem się cierpliwy ponad wszelką miarę. Do tego bardzo mnie interesuje, czy masz jeszcze w głowie trochę oleju, czy została ci w niej tylko ocyfrowana kremlowska sieczka? No co, do cholery? Nie cieszysz się, chamie, żeś dziadka rodzonego zobaczył?

- Pewnie, że się cieszę. - Zakrztusiłeś się kaszlem. - Ale to wszystko jest trochę - z trudem dobrałeś właściwe słowo - niezwykłe.

- Celna uwaga! - Łącznościowiec się roześmiał. - Kąpiel z nieboszczykiem w saunie: niezła atrakcja! Nie przejmuj się. Toż jestem twoim dziadkiem tylko do pewnego stopnia. Rozumiesz to, mam nadzieję? Pora, żebyś rozumiał, bo czas na podsumowanie.

- A co będzie z Fiedią?

- Że niby z tym? - Jegor Iwanowicz spojrzał z obrzydzeniem na leżące niżej ciało. - Już nic. Jego czas picia wódy i posuwania kobitek minął. Zajmie się czymś pożytecznym.

- Na przykład? - Spojrzałeś z ukosa na dziadka.

- Fiedka zostanie bobrem europejskim w Rosji - powiedział stanowczo Jegor Iwanowicz. - Będzie wznosił chatki na stromych, urwistych brzegach. Nad płytkimi strumieniami i rzeczkami tamy zacznie budować, drzewa u podstaw podgryzać i przewracać, gałęzie ucinać, pnie na części szmatować. Żywić będzie się brzozą i osiką, a w dni postne topolą lub wierzbą. A na deser dostawać będzie odtąd nie marihuanę z herbatą, tylko nenufary, irysy i pałkę wodną. Krótko mówiąc, zanurzy się w leśnym życiu świętej Rusi. Zapomni o złych pokusach. Na jakieś osiemset lat. A więc z nim załatwione. Ale co robić z tobą, młody junaku? Ot, zagadka. Przecież zaraz wywloką cię do malachitowej komnaty, ale ty, rzecz jasna, nie zdołasz tam odpowiedzieć na żadne pytanie. Dlatego wiele zależy od tego, co powiesz teraz.

- Niby co mam mówić?

Wzruszył ramionami i naraz zrozumiał, że klęczy przed grobem. A w grobie leży chłopiec osiemnastoletni. Wokół ludzie stłoczeni. Mogiłkę wykopali w nie najlepszym miejscu, na skraju starego cmentarza, pod płotem. Upał koszmarny i wiatr suchy kurz unosi. Palące słońce wbija zebranych w ziemię aż po pierś. A zmarły zimny już i beznamiętny. Wcale się nie rozkłada, nadobny i świeży, lawendą pachnie. Za nic ma całe słońce tego świata. Oglądasz się, Iwanie, wstajesz z kolan, pochylasz nad trumną. Martwy żołnierzyk otwiera oczy, siada, uśmiecha się do ciebie. I dopiero wtedy pojmujesz, że ty go zabiłeś. Ty właśnie. Nikt inny.

- I po co przyszedłeś? - pyta. - Kto cię prosił?

- Sam nie wiem - odpowiadasz mu. - Sam nie rozumiem.

- Może chcesz pogadać o tym, dlaczego mnie zabiłeś? Miło z twojej strony. Nigdy nie jest za późno.

- To jest wojna... - Przełykasz lepką, piwną ślinę.

Myślisz niedorzecznie, że tak naprawdę wciąż jeszcze siedzisz w łaźni, że to wszystko ci się tylko wydaje, że to bzdura. Pocisz się niemiłosiernie na tę myśl i ona właśnie jest źródłem twojego pragnienia. Pocisz się, bo wiesz, że jeśli natychmiast nie pójdziesz pod lodowaty prysznic, twoje serce nie wytrzyma.

- Wojna, tak? A coś ty robił na tej wojnie? - pyta chłopiec i uśmiecha się bez potępienia.

I męczy cię to bardziej niż cokolwiek innego. W jego oczach nie ma nienawiści.

- Jak to co? - Wzruszasz ramionami. - Rosjan broniłem...

- Ja też jestem Rusek - mówi chłopak z jeszcze szerszym uśmiechem. - Tam rozpacza moja mama, Jewgienija Konstantinowna, nauczycielka z Kramatorska. Rosjanka. A to mój ojciec, już staruszek. Rodem z Białorusi. Myślę, że po miesiącu nie zniesie tego bólu i wstąpi do batalionu ochotniczego. I takiego samego upalnego dnia pod koniec lipca zastrzeli go rosyjska snajperka, młoda laska spod Tomska. Matka przeżyje ojca na cały rok. Jednym celnym strzałem zgubiłeś całą naszą rodzinę, Wania. Całą rodzinę. Co ty na to?

- Nie chcę o tym wiedzieć!

- Chcesz czy nie chcesz, już wiesz. Więc lepiej mi odpowiedz, Iwanie Iwanowiczu, co robiłeś na tej wojnie?

- Chcesz mnie teraz wciągnąć w rozmowę o polityce?! - Irytujesz się i nie na darmo, bo w tejże chwili dociera do ciebie zdumiewająco jasno: żadna polityka nie istnieje. I geopolityka też nie istnieje. Spoiwa ducha narodowego: tym bardziej. Prawdziwych interesów Rosja nie ma i mieć nie może nigdzie, z wyjątkiem samej Rosji. A głównym siedliskiem faszystów w Euroazji jest obszar między Władywostokiem i Kaliningradem. Uświadamiasz to sobie i pojmujesz, że Ukrainy wcale nie trzeba było ratować. Nie trzeba było i już, Iwanie. Jedynym człowiekiem w twoim życiu, którego należało ratować, byłeś ty, Iwanie Iwanowiczu Iwanowie. - Rosjan broniłem, russkogo naroda! - krzyczysz. - Przed banderowcami, przed Zachodem, przed Ameryką!

- Cóż, patrząc na mnie, bardzo skutecznie - mówi żołnierzyk, uśmiecha się i poklepuje cię po ramieniu. - Dobra robota! - Kręci przestrzeloną głową i znów układa się w trumnie.

Jakaś siła rzuca cię na boki, w górę i w dół.

Przed tobą nieznajoma wieś, wzgórza, w dole płynie rzeczka. Na wysokim pagórku cmentarz. Nie taki, do jakich zwykłeś, nieco inny. I krzyże stoją tam inne. I modlitwę batiuszka czyta po ukraińsku. Wierni płaczą, odprowadzając w ostatnią drogę niemłodego mężczyznę, niegdyś zawodowego wojskowego. Tak, Wania, to podłożona przez ciebie mina go zabiła. Leży w zamkniętej trumnie, bo na jego szczątki lepiej nie patrzeć. Ale jednocześnie, trochę cię to dziwi, nieboszczyk siedzi na skraju własnej mogiły, suchą gałązkę obgryza. Czeka na koniec mszy i początek dalekiej drogi ku wieczności. Podchodzisz i siadasz obok niego.

- Masz fajkę? - pyta, patrząc na ciebie z jakimś dziwnym uśmieszkiem, jakbyś to ty był martwy i pogrzeb był twój, a nie jego.

- Mam.

Wyciągasz z kieszeni paczkę, częstujesz i palisz razem z nim. Myślisz o tym, że to najgorszy dzień w twoim życiu. Czy on się kiedyś skończy?

- Po co przylazłeś? - Nieboszczyk zaciąga się łapczywie smacznym, słodkawym dymem.

- Nie przylazłem! Mnie przyleźli - odpowiadasz, Iwanie Iwanowiczu, i silisz się na uśmiech. Ale wychodzi żałośnie, bo zebrani przy grobie staruszkowie drżącymi głosami zaczynają śpiewać psalmy i katyzmy. Nie znasz tych cerkiewnych pieśni. W ogóle zatwardziały z ciebie ateista. Taki już pójdziesz do trumny i staniesz przed Bogiem. Ich głosy przenikają cię na wskroś, zaraz żywcem pokroją cię na kawałki. - Co to ma być?! Za co to wszystko?! - mówisz po cichu.

- Dobry z ciebie chłopak, Wania - zwraca uwagę poległy. - Tylko głupi. Wciąż pytają cię o jedno i to samo, ale odpowiadać nie chcesz. A czy przypadkiem sam do siebie nie masz pytań? To mogłoby bardzo pomóc.

- Mam tylko jedno pytanie! - mówisz rozdrażniony. - Po jaką cholerę przywlokłem się dziś do tej łaźni! Pieprzony Fiodor! Pieprzony Piąty Rzym! Niech to wszystko diabli!

Nie pozwalają ci dopalić. Widzisz zabitych przez siebie ludzi, jednego po drugim. Młodych i starych, przeróżnych narodowości, przekonań religijnych i politycznych. Nigdy byś nie pomyślał, że zdążyłeś załatwić tak wielu.

Tych oto młodych chłopców własnoręcznie rozstrzelałeś na posterunku południowym. Razem padali i razem teraz leżą. Jeden Gruzin, drugi Rumun po ojcu. Nawet nie zdążyli się nawojować. Obydwóch ustawili na zboczu wzgórza i rozstrzelali. W dole rozciągały się piękne Z-krajobrazy! Pagórkowaty lasostep. Przy stromym zboczu opadającym w dół na dobre sto metrów miejscowi od dziesięcioleci kopali białą glinę. Gdzieś tam w ciemnościach szemrze strumień, wieje stamtąd ciszą i spokojem. To tam ulecieli dwaj przyjaciele Ukraińcy - jeden Rumun, drugi Gruzin. Nie chcą z tobą rozmawiać. Tylko patrzą. W ich oczach nie ma potępienia, ale nie ma też ciekawości. Próbujesz wykrztusić z siebie choć słowo. Bełkoczesz i jęczysz. Szukasz usprawiedliwienia i oczywiście je znajdujesz.

- W innych okolicznościach - mówisz - moglibyście zabić mnie dokładnie tak samo! Też byliście żołnierzami! I nie patrzcie tak...

- Aha - odpowiada chłopaczek, młodszy z nich - walczyliśmy, bracie. Ale myśmy byli u siebie!

Czy jest na to odpowiedź? Powiesz może, Iwanie Iwanowiczu, że to także twoja ziemia? Że bratnie narody, że duchowe spoiwa? Że przyszedłeś ich bronić przed nimi samymi? Mów szczerze, co myślisz. Wyjaśnij im, że przez całe życie nic nie rozumieli, że nie mieli prawa żyć, jak im się podobało. I że tylko ty, Iwanie Iwanowiczu, i twój przyjaciel Fiedia, i może jeszcze wasz Puchutas Wspaniały, wiedzieliście, jak ludzie powinni żyć na własnej ziemi. Tym bardziej, że to nawet nie państwa, ale zaledwie byłe republiki radzieckie...

W końcu trafiasz do tego pokoju, którego nie ma. Widzisz Nibelungów. Rozmawiają z tobą w języku tej ziemi. A ty, rzecz jasna, nie rozumiesz ich ni w ząb. Dziadek ostrzegał, że tak będzie, więc za bardzo się nie przejmujesz. Stoisz, spoglądając na rozciągającą się pod nogami pulsującą nieskończoność, i gotujesz się do losu bobra czy, w najgorszym razie, szczura. Tak, bycie szczurem bardzo by ci pasowało. Robota dość brudna, ale prosta i bez sentymentów.

Jednak po cichu myślisz sobie, że nie byłoby źle zostać po śmierci ptakiem bagiennym. Latać sobie tuż nad ziemią gdzieś w okolicach Pskowa, w gęstej mgle. Wdychać gorycz i słodycz jej wyziewów. Mieć wreszcie czas porządnie wszystko przemyśleć. A jest nad czym się zastanowić. Chciałbyś zobaczyć swoją ziemię tak samo, jak przed chwilą widziałeś cudzą. Chciałbyś po krótkich przelotach lądować nocami na nagrobnych krzyżach i śpiewać poległym żołnierzom długie, przeciągłe pieśni. Lecieć jak żuraw nad bezdenną ziemią, nad jej niekończącym się cierpieniem, krzyczeć długo i głośno, nie rozpamiętując przeszłości, nie ulegając pokusom teraźniejszości.

O tak, Iwanie Iwanowiczu, powinieneś być ptakiem. Może nawet mewą Czechowa[66]. A może kawką w Carskim Siole. Przecież, w gruncie rzeczy, nie jesteś złym facetem. Uczciwy, mądry, na swój sposób dobry. Ale teraz wiesz już na pewno, że ptakiem nigdy nie zostaniesz.

- Na początek do Kijowa - słyszysz wyraźnie swój wyrok. - Odrobina poezji jeszcze nigdy nikomu nie zaszkodziła.

***

- Dobry Boże. - Marszak spojrzał w surowe oblicze Girkawego. - Co myśmy wczoraj pili?

- Jam jest Pan, Bóg twój, nie będziesz miał cudzych bogów przede mną - odrzekł Wasilij, obserwując krople deszczu za oknem. - Whisky, sok pomarańczowy, piwo, wino wytrawne, dżin z tonikiem. Wstawaj, przywieźli śniadanie.

Przerzucali się krótkimi zdaniami, klinowali, zakąszali, wyglądając przez szerokie okno na bulwar Puszkina.

- No więc, jak już się domyśliłeś - powiedział Marszak - reprezentuję stronnictwo przeciwników wojny. Wiemy, jak powstrzymać to szaleństwo.

- Czyżby? - Girkawy zaśmiał się sarkastycznie. - W Kijowie nie wiedzą, w Brukseli nawet się nie domyślają, a wy służycie uprzejmie?

- I w Kijowie dobrze wiedzą, i Bruksela, gdyby chciała, położyłaby temu kres. Inna sprawa, że mówiąc o zakończeniu wojny, różni politycy mają na myśli całkiem różne rzeczy. Oto źródło wszystkich nieszczęść. A przecież już Lenin radził, żeby przed przystąpieniem do dzieła uzgodnić znaczenie słów.

- Ciekawe. - Wasilij uniósł brwi. - A co wy macie w tym wypadku na myśli?

- Nade wszystko przywrócenie kontinuum czaso-przestrzennego - oświadczył Marszak z entuzjazmem.

- A ty dalej swoje? - Brwi Girkawego ułożyły się w daszek.

- Kalkulujmy trzeźwo. - Aleksiej westchnął. - Wszystkie pozostałe kierunki działania są skazane na klęskę. Ani na politycznej, ani na wojskowej, ani na ekonomicznej płaszczyźnie zadanie to nie ma rozwiązania. I nawet jeśli Puchutasa Wspaniałego (dalej: Pu Chu), chlubę ziemi ruskiej, szlag trafi, zasadniczo nic się nie zmieni.

- Sugerujesz, że to nie on pociąga za sznurki?

- Niestety! I nieważne, co myśli o tym sam Pu Chu - oświadczył Marszak i wycisnął na ostrygę sok z połowy cytryny. - Powiem więcej, uważamy, że jest agentem obcych wpływów. Przypuszczamy, że zwerbowano go jeszcze w czasach służby w KGB. Zresztą, jakie to ma znaczenie? Każdemu może się zdarzyć. Rosja przeżyła już gorszych carów. Prawdziwy problem polega na tym, że od pewnego czasu Pu Chu znajduje się, mówiąc delikatnie, w stanie konfliktu psychologicznego. Właśnie to sprawia, że szale nie mogą się przeważyć ani na jedną, ani na drugą stronę.

- To znaczy?

- Zwróć uwagę. Z jednej strony Pu Chu czuje się wrogim agentem, takim jak 007, łapiesz?

- Że niby jak Bond, James Bond?

- Właśnie! Doskonale wie, że wedle rozkazu światowego rządu syjonistycznego musi rozpieprzyć Rosję jako ostatni bastion Prawdy Objawionej na ziemi. A przede wszystkim - Marszak uniósł dłoń z ostrygą - zadanie to już niemal wykonał. A z drugiej strony, nawet dla jego mocodawców zza oceanu stało się już jasne, że przez lata wykonywania przez Wspaniałego złożonej na jego barkach niełatwej misji zdążył sfiksować. W jego pogmatwanej świadomości zbudziły się i machają ogonami trzy wieloryby, na których opiera się rosyjski charakter narodowy: samozachwyt, samoponiżanie i samoumartwianie się.

- A te niby skąd?

- To wszystko, co pozostało z samodzierżawia, prawosławia i ludowości[67]. No więc, z jednej strony, Pu Chu bierze Krym i wszczyna kampanię na Donbasie. Robi to, rzecz jasna, tylko po to, żeby rozwalić Rosję, zgodnie z ustaleniami sekretnego planu. A z drugiej - szczerze, jak dziecko, cieszy się z tego Krymu, z tego Donbasu, z każdego najmniejszego duchowego spoiwa, które choć trochę się zacieśni. Nawet najnędzniejszego, słabego i ledwie dyszącego. Dla tych amerykańskich fiutów taka zdobycz nic nie znaczy. Ale Pu Chu się cieszy! A inni razem z nim! Wyobraź sobie, że on na serio jest dumny z wykonanej roboty!

- Bez jaj!

- Mówię poważnie! I nikomu nie zostawia cienia wątpliwości, że to, co robi, robi wyłącznie ku chwale Powszechnego Słowiańskiego Uniwersum. Z trzeciej jednak strony, kiedy tylko poczuje autentyczną ekstazę, zazna radości z kolejnego zwycięstwa i triumfalnie zatknie wszechruskie wartości na maszt słowiańskiego panslawizmu, w tym samym momencie przypomina sobie, że nie w tym celu przysłali go syjoniści. Nie w tym celu, bladź!, krzyczy w nim jego szpiegowska natura! I wtedy - Aleksiej wściekle nadział na widelec kawałek sera i wepchnął go sobie do ust - Pu Chu zaczyna szkodzić Rosji nie na żarty. Sera chcecie? Szczurom rzucimy wasz ser! Brzoskwinie?! Na śmietnik, razem z pomidorami i krewetkami, niech gniją! Whisky?! Nalejmy świniom, niech się zachleją na śmierć jak Churchill! Koronkowe majty? Prawdziwe ruskie baby takich nie włożą, a wszyscy geje niech się wynoszą z Moskwy! Co do jednego! W balecie niech tańcują Nocne Wilki Załdostanowa[68]. A wiersze niech pisze Ławrow[69]. Fusy na spodku stygną, zgadnij, gdzie mosty spalili? Zgadnij, którymi wrócą wychodźcy ostatniej fali? - Marszak potrząsnął głową. - Głęboko! Bardzo głęboko i organicznie drąży minister spraw zagranicznych. A co, jeżeli, tak naprawdę, moi drodzy, ta straszna trzecia fala emigracji okaże się ostatnia? Chłopisko ma ogromny talent. Ale nie o niego tu chodzi. Chodzi o to, że w pewnym powszechnie znanym chłopaczku z Leningradu ścierają się Puchutas Wspaniały i Wowland de Mordechaj.

- Jak to?!

- A tak to! - Aleksiej wyciągnął z lodu butelkę i nalał do kieliszka. - A ty czemu nie pijesz?

- Ja wina nie za bardzo.

- Twój problem. No więc tak. Pu Chu odczuwa prawosławie wszystkimi fibrami swej duszy. Kocha zwierzęta, dzieci ubóstwia, za Matuszką Rosją murem stanie. Ale jeszcze z kagiebowskich czasów, dziś niemal legendarnych, żyje w nim alter ego: Wowland de Mordechaj, mały, leningradzki syjonista, który tymi samymi fibrami nienawidzi wszystkiego, co rosyjskie.

- Okej, ale skąd ten syjonista wziął się w chłopaku, który kocha prawosławie?

- Ależ w tym sęk! - Marszak klasnął w dłonie. - W każdym chłopaku, a zwłaszcza w chłopaku z Leningradu, kochającym prawosławie, tkwi taki syjonista! - powiedział uroczyście. - Bez tego chłopaka żadnego prawosławia nigdy by nie było. To jasne jak słońce! A jednak większość Rosjan potrafi osiągnąć kompromis między tymi dwiema stronami jednego medalu.

- Jakim kosztem?

- Wódki, ma się rozumieć. - Marszak wzruszył ramionami. - A coś ty myślał? Bez niej w tych warunkach ani rusz. A Pu Chu nie pomaga jego zdrowy sposób życia. Mordechaj w nim narasta, zew Syjonu, czyli rozumu, zwycięża nad racjami serca. A w rezultacie ginie Rosja. On ją wyrywa z korzeniami!

- Nie rozśmieszaj mnie! - Wasilij uśmiechnął się nieufnie. - Pu Chu izraelskim szpiegiem? Nigdy w to nie uwierzę!

- Nie izraelskim, tylko syjonistycznym, proszę nie mylić pojęć!

- Nie widzę różnicy!

- To też twój problem. - Aleksiej wzruszył ramionami. - Chodzi o to, że facet stoi za sterem całą epokę. A efekty? Przemysł w dupie. Wieś ledwie zipie. Przyroda ginie. Rusofobi gwałcą niedźwiedzie wprost na syberyjskich drogach, a nagrania wrzucają do globalnej sieci. Forsa idzie nie wiadomo na co. W samą olimpiadę ile władowali! Rosja i korupcja to teraz bliźniaczki! Jedną zabijesz, druga też od razu się rozpiździ. Bo innego mechanizmu podziału strumieni finansowych nie stworzono. Podobnie jak innych metod praktycznej współpracy warstw społecznych wewnątrz jednego państwa. Gdyby Pu Chu zmodernizował nasze społeczeństwo, to za dwadzieścia pięć, może trzydzieści lat mógłby zbudować feudalizm postindustrialny. No, w jakiejś tam formie, żeby dało się żyć. Choćby tak, jak u Germana w filmie Trudno być Bogiem[70], pamiętasz? I tak błogo, tak swobodnie oddycha się teraz w odrodzonym Arkanarze![23*] Ale Wspaniały zamiast tego pogłębił przepaść między warstwami społecznymi. Teraz zarówno ci z Błotnego[71], jak i ci z Kremla obawiają się w życiu tylko jednej rzeczy: własnego narodu! O czym to świadczy? O tym, że nie ma już o czym gadać, Wasia! Nie ma o czym! No i ta cała wojna hybrydowa... - Marszak znowu nalał do kieliszka zimnego białego wytrawnego i wziął głęboki łyk. - Pu Chu ustawił Rosję w takim rozkroku, że pierdolą ją z boku, w podskoku i z półobrotu. Nie wspomnę już, jakiej wody z mózgu narobił obywatelom: uleczy ich tylko wojna jądrowa. Co tam sankcje? Co tam sumienie? Człowieka, którego ograbiono z wewnętrznej siły moralnej, nie stać na sumienie. Sam wiesz, jak jest. Na dysku twardym masz odpowiedni program, a systemu operacyjnego brak i dupa blada! Nadążasz?

- Tak sądzę.

- Ale Z, ma się rozumieć, jest otwartą raną. Absurdem, który stał się obiektywnym faktem. Gdyby nie dług wobec ludzkości, noga moja by tu nie postała.

- Wobec ludzkości? - Girkawy uśmiechnął się z przekąsem.

- Wobec niej - przytaknął Marszak poważnie. - Gdyby nie to, siedziałbym w domu, konstytucję czytał. Ze wszystkich najemników, których tu przysyłamy, rozumiem tylko buddystów. Tych przynajmniej przyciąga nirwana.

- Nirwana i zapach Szojgu[72] - uzupełnił Wasilij.

- Dodaj sobie do tego nieustanne metamorfozy wewnątrz Z i otrzymasz wstrząsający obrazek! Jaki Obama?! Jaka tam Merkel?! Nikt tego nie rozstrzygnie, dopóki samo się nie rozstrzygnie na miejscu! A samo na miejscu nie rozstrzygnie się nigdy!

- Jesteś pewien?

- Bez dwóch zdań! Tak więc, mój drogi, wracając do początku rozmowy, nie chodzi o okoliczności zewnętrzne! Nie o Pu Chu, nie o geopolitykę wykreowaną przez zmyślnych Polaków, nie o cenę za baryłkę ropy. Powiem tak: będzie się miała dobrze, nawet jeśli NATO wprowadzi na Ukrainę swoje wojska! Gdyby Z wstąpiło teraz do Unii Europejskiej, Amy Winehouse, Róża Luksemburg, Włodzimierz Lenin, Pawlik Morozow, Sacco i Vanzetti, Nadieżda Krupska[73] i pozostałe widma przeszłości nie przestaną straszyć na ulicach tego miasta. Wjechać tu nie będzie trudno! Wyjechać, to będzie sztuka! A dopóki domyśla się tego tylko niewielki krąg wtajemniczonych, dajemy sobie z tym radę przy niewielkich stratach. Ale kiedy problem przedostanie się na poziom globalny, będzie za późno, na nic płacze, na nic krzyki. Jak w sprawę zaangażują się wielcy tego świata, nieszczęście gotowe!

- Więc co, według ciebie, należy robić?!

- Potrzebujemy ofiary - powiedział Marszak z pewnym zakłopotaniem. - Niewielkiej w skali miasta - dodał - jednak dotkliwej.

- Mów, nie dręcz mnie, czego chcecie?! - wrzasnął Girkawy tak, że nabrzmiały mu żyły na szyi.

- Daj spokój. - Marszak uśmiechnął się blado. - Przecież wiesz. Piątego Rzymu, jasne, że Piątego Rzymu.

- Naprawdę? - Girkawy pokręcił głową, odczekał minutę i zapytał: - A co jest takiego w tym Piątym Rzymie? Dlaczego akurat oni?

- Po pierwsze, to dobrzy ludzie! - odparł Aleksiej poważnie, popijając ser drobnymi łykami zimnego piwa. - Wbrew pozorom ma to znaczenie. Po drugie, ukraińscy patrioci...

- To nasi ludzie! - powiedział Girkawy. - I proszę mi tu nie...

- Nie ze mną te numery, Wasia! - Marszak uśmiechnął się kpiąco. - Patrioci, powtarzam, ukraińscy. Wszyscy co do jednego. Dla nich tu i tak nie ma życia i w najbliższych latach nie będzie. Poza tym od dawna sami się proszą. Sam wiesz, ile razy twojego Litwina chcieli ustawić pod murem.

- To nie ma żadnego związku...

- Jeszcze jaki ma związek! Piąty Rzym, bracie, nie jest zwykłą łaźnią. - Śmiech Marszaka stał się szatański. - To miejsce mocy! Pępek, co najmniej, całej Eurazji! Co z ciebie, twoju mać, za minister kultury! Nawet nie wiesz, z czym masz do czynienia.

- A z czym?!

- Tam staruszek Szubin rej wodzi! Attyla i Nibelungowie, Odetta i Odylia, Ole Zmruż-oczko i Quetzalcoatl, Czerwony Kapturek, Goodwin, Pinokio, drzewo Yggdrasil. Tam druh Odyn na jesionie wisi już parę tysięcy lat i marlboro pali[74]. W zaklętych głębinach dygoczą i nabierają soków zalążki wszystkich światów. W czasach radzieckich uczeni wojskowi przeprowadzili w Piątym Rzymie szereg eksperymentów, napisano z tuzin ściśle tajnych monografii! Minusem tych prac są ich błędy interpretacyjne. Bo sowieccy uczeni byli ateistami! A jednak pewne czysto praktyczne zadania potrafili rozwiązać.

- Że co? - Wasilij aż uniósł się na krześle. - Eksperymenty w Piątym Rzymie?

- A myślisz, że Gredisa nie ustawili dotąd pod ścianą tylko dlatego, że jest filozofem? Albo dlatego, że z ciebie taki zajebisty minister ochrony zdrowia i transportu? - Marszak roześmiał się, zerkając na wyciągniętą fizjonomię Girkawego. - Trzymamy ich pod obserwacją od samego początku konfliktu! Powiem więcej. Przez ostatnie piętnaście lat trzymaliśmy rękę na pulsie Piątego Rzymu. To stare dzieje. Od początku lat trzydziestych w Z pod szyldem łaźni publicznej działała zamknięta naukowo-badawcza szaraszka[75]. Projektem od początku kierowało GPU, Akademia Nauk dopiero potem się, że tak powiem, przyłączyła. I w ogóle, co tu kryć, naszym uczonym całkiem nieźle udawało się panować nad kwestią narodową na terenach od Morza Bałtyckiego do Półwyspu Kolskiego. Można zaryzykować twierdzenie, że ZSRR nie rozpadł się już w latach pięćdziesiątych XX wieku wyłącznie dzięki Piątemu Rzymowi.

- A jak to działa?!

- Też chciałbym wiedzieć! - Marszak uśmiechnął się wesoło. - Na początku lat dziewięćdziesiątych, kiedy upadło imperium, archiwum instytutu, który sprawował kuratelę nad Piątym Rzymem, zostało w sposób barbarzyński zniszczone. Przepadły unikalne studia, metodyka, zgromadzony materiał faktograficzny. Wszystko rozwiało się jak dym. Nawiasem mówiąc, kiedy Jelcyn podpisał świstek o podziale tortu, wtajemniczeni o nic nie martwili się tak bardzo, jak o Piąty Rzym. Ale zdarzyła się dziwna rzecz. Łaźnia była po prostu łaźnią i w latach, że tak powiem, niepodległości, nie zaobserwowano żadnych efektów pozagrobowych jej istnienia. Może czasem trochę rozrabiała, ale nic ponadto. A kiedy tylko... - Marszak rozłożył ręce. - Wszystko tu się posypało, Piąty Rzym zaczął się budzić. Stało się jasne, że kontrola nad nim to kwestia najwyższej wagi.

- Wolnego, chyba nie chcesz powiedzieć, że cała ta wojna...

- Nareszcie dotarło! - Marszak skinął głową, wyciągając z barku butelkę glenliveta. - Lepiej późno niż wcale. Piąty Rzym jest naszym głównym celem. Teraz znasz punkt osiowy tej wojny.

- Niemyta Rosja walczyła o łaźnię[76] - powiedział w zamyśleniu Girkawy. - No cóż, logiczne. Zakres oczekiwań: umyć się i napić się wódki.

- Nie w tym rzecz. - Marszak się skrzywił, rozlewając trunek do kieliszków. - Problem polega na tym, że miasto Z zamiast do Rosji przyłączyło się do ZSRR. A przy tym, zwróć uwagę, ludność Z wytworzyła sobie wizję absolutnie idealną. Niemającą nic wspólnego z tym, co kiedyś zaistniało w obiektywnej rzeczywistości. Nastąpiło zatem przyłączenie do obiektu wyobrażonego. A mianowicie do takiego ZSRR, jakiego nigdy i nigdzie nie było. I być nie mogło. Już lepsza byłaby akcesja do USA, jak Boga kocham! - rzucił z irytacją Aleksiej. - Z nimi przynajmniej można się jakoś dogadać. A z wyobrażonym ZSRR dogadać się nie sposób! Bo go nie ma. A jednocześnie dla Z nie ma realniejszego państwa. Paradoks, jak by nie patrzeć. Zresztą, do czego się tu nie przytkniesz, w głowie się nie mieści.

- Więc co proponujesz? I co ma do tego Piąty Rzym?

- Widzimy tylko jedną opcję. Przy pomocy Piątego Rzymu należy stworzyć potężny przeciwważny egregor. Kiedy uda nam się scalić pogańskość i poetyckość w ramach monoteistycznego dyskursu kultury ukraińskiej, sprowokujemy wyparcie tradycyjnych radzieckich pseudochrześcijańskich Z-wartości. One to właśnie, aczkolwiek w wypaczonej formie, tworzyły fundamenty światopoglądu człowieka sowieckiego. Wszystkie te kodeksy budowniczych komunizmu w istocie były marną parafrazą katechizmu. W tej syntezie dostrzegamy szansę przywrócenia Z na łono znanego nam zbioru praw fizyki. Oraz na zakończenie wojny w najszerszym sensie tego pojęcia.

- Nic nie rozumiem! O jakiej syntezie mówisz?

- W tym przypadku - Ganeśy[77] i Szewczenki.

- Ganeśa? Co to za jeden? - nachmurzył się Girkawy.

- Ganeśa to słoń. - Podekscytowany Marszak zatarł ręce.

- Słuchaj, Aloszka - powiedział Girkawy, czując, jak w jego piersiach powoli budzi się wczorajszy gniew. - Przeważnie, kiedy czegoś nie rozumiem, ludziom wokół nie jest z tym dobrze.

- Już wyjaśniam. - Aleksiej uniósł dłonie. - W ostatnim czasie przeprowadziliśmy sporo eksperymentów. Próbowaliśmy ustalić prawidłowości kierujące przekształcaniem się jednych rzeczy w inne po przekroczeniu granicy Z. I odkryliśmy interesujący fakt. Jeżeli chcemy osiągnąć konkretny efekt, powiedzmy przerzucić do Z tonę śmietany z Rostowa, nie wystarczy, że załadujemy prawosławnego kamaza śmietaną, musimy zrównoważyć ten produkt czymś o zbliżonej konsystencji. Równoważą się nawzajem i z dużym prawdopodobieństwem docierają do adresata w postaci początkowej. W podobny sposób, z zastosowaniem analogicznej technologii, obecnie niemal utraconej, ukształtowano niegdyś taką wspólnotę, jak naród sowiecki...

- Chwileczkę, a czym dokładnie balansowaliście śmietanę?! Bo ja patrzeć nie mogę na ruskie żarcie!

- Choćby białą farbą. - Wzruszył ramionami. - A co robić? Udało się wykazać stuprocentowe zbalansowanie tych materiałów. Ładujemy na prawosławnego kamaza białą farbę, ładujemy śmietanę, a biskup nam to wszystko święci. A na granicy Z uzyskujemy najprawdziwszą śmietanę. Może w smaku trochę przypomina farbę, ale generalnie jest całkiem pożywna, sam wiesz. Ludzie jedzą i żyją. Rozumiesz?

- A co ma piernik do wiatraka?

- Wysyłamy Gredisa i jego ekipę do Kijowa. Mają dostarczyć stamtąd do Z dwie sakralne rzeczy o niezwykłej mocy. Pierwszą jest aktywowana cudownym sposobem figurka Ganeśy. Drugą Kobziarz Szewczenki, własność żebraka z placu Kontraktowego. Taki jest tam tylko jeden, nie da się go z nikim pomylić. Na jednej piersi ma wydziarany napis Demobil 666, na drugiej profil Putina. Całymi dniami klęczy i czyta na głos Tarasa Szewczenkę.

- Wariat?

- Kompletny!

- I co, mają odebrać choremu człowiekowi ostatnią radość?

- Nie ma innego wyjścia. - Marszak rozłożył ręce. - Dla dobra sprawy! Dla pokoju na świecie! Tak, ważne, żeby Gredis, Weresajew i ta szajbuska, jak jej tam?

- Liza?!

- Tak, Liza Eleonora! No więc, ważne, żeby udali się tam jedną grupą i razem też wrócili z powrotem. Tylko w ten sposób wytworzą ilość energii konieczną do utrzymania we wspólnym polu transformacji Kobziarza i boskiego słonia.

- Masz pojęcie, co wygadujesz? - Girkawy ciężko westchnął, spojrzał na glenlivet i zdrowo łyknął prosto z butelki. - Okej, żebrak to nie problem, można się z nim dogadać. Tylko gdzie oni znajdą w Kijowie posąg słonia? To nie Bangladesz, człowieku!

- Ile dusza zapragnie! - Marszak wzruszył ramionami. - Podrzucę adres, żeby na próżno nie tracili czasu. - Zajrzał do portfela i wyjął wizytówkę, położył ją na stole. - Proszę cię bardzo, Sziwa Wyszywata[78], świetny sklep w centrum miasta. W Kijowie w ogóle, trzeba przyznać, pełno jest miejsc o dobrym feng shui. A w Sziwie słoni umalowanych w ukraińskie ornamenty jak niedorżniętych psów. Iście patriotyczne słonie. Na trąbie i grzbiecie mają dębowe liście, winorośl, chmiel i, jakże bez tego, barwinek. Do wyboru, do koloru! Może być słoń na szczurze, może być na kretomyszy, a może i na psie. Życzy pan sobie słonia o czterech dłoniach? Służymy uprzejmie! A jeśli nie, to w asortymencie mamy słoniki o trzydziestu dwóch kończynach. Na każdy, generalnie, gust. Gwoździem programu jest oczywiście słoń w wyszywanej koszuli. Symbolizuje on neopogaństwo i tężyznę narodu. Żeby działał prawidłowo, należy przestrzegać prostych zasad. Aktywna praca talizmanu zacznie się dopiero po tym, kiedy zakupionemu Ganeśy ktoś z twojej ekipy podrapie brzuszek lub prawą rączkę. Oprócz tego, wiadomo, nie zaszkodziłoby parę dolców, czekoladka z orzechami laskowymi albo, w ostateczności, kawałek domowej słoniny. Ukraiński słoń lubi, żeby trochę przy nim poskakać. A bezpośrednio przed przejściem powrotnym należy aktywizować talizman za pomocą ustalonych mantr. Pierwsza: "Om gam - sława Ukrajini - ganapataye namah". To w ogóle jest bardzo dobra mantra i kijowski Ganeśa z całą pewnością ją doceni. Druga: "Om shri - sława naciji - ganeshaya namah". Stosując zaś trzecią - "Ganeśa ponad use"[79] zdołają umocnić osiągnięty rezultat, kiedy znów znajdą się w Z.

- A co stanie się po tym, jak wrócą do miasta?

- Mamy powody przypuszczać, że proukraiński słoń z Kijowa zlikwiduje łączność między Z i ZSRR.

- I co dalej?

- No. - Aleksiej zawahał się na sekundę. - Na tym wszystko powinno się zakończyć. Miasto Z otworzy się na świat. Może znów będzie ukraińskie. A może niczyje. Chociaż nie wyobrażam sobie, jak by to było możliwe w praktycznym sensie tego słowa. W każdym razie prawa fizyki zostaną tu w pełni przywrócone i można będzie jakoś wpływać na ten obszar. Poza tym wojna przestanie być możliwa wskutek tych czy innych przyczyn, o których nie można dziś nic pewnego powiedzieć. Ganeśa nie zniesie obcych wojsk na swoim terytorium. Przypuszczamy, że wszystko odbędzie się właśnie tak.

- Przypuszczacie?

- Dajemy siedemdziesiąt pięć procent, że sytuacja się ustabilizuje. - Marszak spuścił oczy.

- A jak się nie ustabilizuje? Co wtedy?

- Nikt tego nie wie, Wasia! - Aleksiej rozłożył ręce. - Nie ma żadnej gwarancji. Ale przynajmniej będziemy mieli szansę. Choćby niewielką.

- Dobrze, załóżmy, że tak będzie. Ale jak według ciebie zdołają przedostać się tam i z powrotem?

- Nie jesteś już dzieckiem, Wasiliju. - Marszak wzruszył ramionami. - Sam świetnie rozumiesz. Podrzucimy im trupa jakiegoś kretyna. Złapiemy ich na gorącym uczynku. Powiemy: a więc to tak, to tutaj przez cały czas ginęli nasi bohaterowie! Tak też myśleliśmy. I od razu zorganizujemy krótki rosyjski trybunał i egzekucję. Trach-pach-pach-pach! W serce i w brzuch! Będziemy bezlitośni. Chluśnie krew. Upadną. A za moment będą już stać na Chreszczatyku w Kijowie.

- Powiedzmy, że z tym wszystko jasne. A w drugą stronę?

- Jest parę opcji - powiedział w zamyśleniu Aleksiej. - Jak by tam nie było, mamy w Kijowie swoich ludzi. Gotowych zawsze pomóc w przejściu. Mało tego, oni już czekają! Kiedy tylko Gredis i jego ekipa posiądą słonia zgodnie z zasadami feng shui i zgarną tom Szewczenki, automatycznie rozpocznie się operacja "Repatriacja". I w przeciągu doby nasi przesiedleńcy powrócą w domowe pielesze.

- Niby jak?

- Interesują cię szczegóły? - Marszak uśmiechnął się krzywo.

- Wyobraź sobie, że tak.

- Analogicznie, Wasiliju - westchnął Aleksiej, dopił duszkiem wino i nalał do kieliszka whisky. - Sprawiedliwy ukraiński trybunał. Trach-pach-pach-pach! W serce i w brzuch! Będą bezlitośni. Chluśnie krew. Oni upadną. A chwilę później ockną się na skrzyżowaniu alei Komsomolców i bulwaru poety Puszkina.

- Ale co stanie się z nimi później? Mam nadzieję, że u nas w Z nie rozstrzelają ich po raz kolejny?

- A po co mielibyśmy odsyłać ich do Kijowa? - Aleksiej się roześmiał. - Jeszcze czego? Do łaźni z nimi! Niech pracują, zwyrodnialcy! Ilu, powiadasz, zginęło tam najemników w ostatnich miesiącach?

- Od chuja i jeszcze trochę. - Girkawy uśmiechnął się posępnie.

- A zatem Piąty Rzym jako miejsce użyteczności publicznej zakończy działalność. Przynosi nam za duże straty. Rozpoczniemy badania. Na początek bardzo nam się przyda doświadczenie Gredisa i jego drużyny. A potem, jak mówią w Odessie: będziemy, zobaczymy.

- Jasne - powiedział zamyślony Wasilij. - I kiedy planujesz zacząć?

- Misza Gariew przyjeżdża jutro-pojutrze. Zaczniemy od razu, kiedy się zjawi. No i jak? Możemy na ciebie liczyć?

- A po co nam Gariew?

- Rzecz w tym - zmieszał się Marszak - że to w sumie główny kurator i ideolog projektu. Wybitny uczony i tak dalej. Poza tym, udzielono mu pełnomocnictw.

- A tobie nie udzielono?

- Udzielono, ale po pijanemu się nie liczy! - Marszak się zaśmiał. - Uszy do góry! Zaczekamy kilka dni, nic złego się nie stanie.

- Uhm. - Girkawy zamyślił się. - Ale po co Lizę tam wysyłać? Gredis i Weresajew chyba dadzą sobie radzę. Poza tym ona jest trochę nienormalna. W sumie to nawet zupełnie walnięta, o ile się nie mylę.

- Wytypowaliśmy ją do tych zadań trzy lata temu. - Marszak się uśmiechnął. Osobiście nadzorowałem jej przerzucenie do Z.

- Poważnie?! - Wasilij uniósł brwi.

- Walnięta, nie ma wątpliwości - potwierdził Aleksiej. - Ale jako jedyna z tej trójki zdoła sobie przypomnieć, co konkretnie mają do załatwienia w Kijowie, kiedy tam się znajdą. Rozumiesz? Ty nawet samego faktu przejścia nie zapamiętałeś. Dokładnie tak samo byłoby z Gredisem i Weresajewem. Bez pomocy z zewnątrz nawet za dwa lata nie wpadną na to, kim są, jak i po co trafili do Kijowa. A Liza Eleonora zapamięta wszystko! Dziewczyny świruski to najlepsze dziewczyny na świecie! Poza tym, zapamiętaj sobie i przekaż im: człowiek po śmierci bardzo się zmienia. I nie zawsze na lepsze.

- W sensie?

- Weresajew, dajmy na to. Jeżeli szybko nie uporają się z zadaniem, odbije mu na punkcie miłości do płci pięknej.

- A Gredis?

- Ten będzie łoił wódę na umór, straci pamięć i rozum, aż w końcu pewnej zimowej nocy definitywnie przestanie być podobny do człowieka. Pocałujcie misia w dupę, drogie dzieci.

- Więc jaki sens ma wysyłanie ich razem?!

- Powtarzam ci jeszcze raz, musi być ich troje! Dla pewności. Liza to silna dziewucha, ale sama nie da rady. No i liczba dobra.

- W jakim sensie?

- W takim. - Marszak poprawił okulary. - Trzeci Rzym. Trzecia Międzynarodówka. Trzecia Rzesza. Koalicja Hitlerowska, Koalicja Antyhitlerowska, III Oddział Kancelarii Osobistej czyli Ochrana, trójki NKWD, trzy rozbiory Polski, triumwirat, kraje Beneluksu. Trójka jest drugą liczbą pierwszą. Czwartą liczbą Fibonacciego. Zerową liczbą Fermata. Drugą liczbą Mersenne'a i Sophie Germain. Poza tym co trzy głowy, to nie jedna, nieprawdaż?

- Ale jak dużo będą mieli czasu przed tą przemianą? Zdążą?

- Niech cię o to głowa nie boli. Czasu im wystarczy, zresztą misja nie jest trudna: odnaleźć Szewczenkę i Ganeśę w Kijowie. Załatwią to z palcem w dupie!

?

BAŚNIE WERESAJEWA

Cudze mieszkanie

Lara otworzyła drzwi cudzego mieszkania kluczem, który dostała od swojej przyjaciółki Żeni. Było to mieszkanie Żeni i jej męża. Mieszkali tutaj, w samym centrum Z, od wielu lat. Lara zawsze trochę im zazdrościła. Taka zgodna rodzina, takie wspaniałe mieszkanie. No i w samym centrum. Obok bulwar Puszkina, podwórka takie czyste, inteligenckie, nie to, co u nich, na osiedlu górniczym. A teraz otworzyła te drzwi i weszła jak do siebie.

W przedpokoju śmierdziało stęchlizną. Na wieszaku wisiały pozostawione (Lara pomyślała "na zawsze" i przeraziła się, że tak pomyślała) rzeczy gospodarzy. Mimo południa w pokoju panował półmrok. Właściciele wyjechali już po tym, jak zaczęto ostrzeliwać dzielnice mieszkalne. Dlatego przed odjazdem Żenia zakleiła wszystkie okna folią izolacyjną. Ostre sierpniowe światło było teraz bardzo przytłumione, żółtawe, jak we śnie.

Lara zdjęła buty, przeszła do toalety i włączyła, tak jak pokazywała Żenia, wodę. Jeden zawór na toaletę, drugi na kuchnię i łazienkę. "Rury - zauważyła mimochodem - są stare, w każdej chwili mogą pęknąć". O tym Żenia też mówiła. Ale tutaj mogły pęknąć rury, a tam, skąd postanowili dziś z mężem i synem się wynieść, w jej rodzinnej dzielnicy, co godzinę artyleria mogła rozwalić dom. Obrońcy "ruskiego mira" jakieś pięćdziesiąt metrów od jej bloku ustawili działo, diabli wiedzą, jakie. Może nawet nie działo, tylko moździerz. I ostatnimi dniami regularnie ostrzeliwali pozycje wojsk rządowych.

Lara włączyła czajnik i przygotowała kolację. Za jakieś dwadzieścia-trzydzieści minut dostawczakiem pełnym ich rzeczy mieli przyjechać mąż i syn. Trzeba dać im jeść. Jej samej jakiś posiłek też nie zaszkodzi. Nie mogła sobie przypomnieć, kiedy ostatnio jadła i spała jak człowiek. Czajnik zagwizdał. Lara się wzdrygnęła, nalała sobie herbaty i usiadła przy stole. Przypomniała sobie, jak tydzień temu odprowadzała przyjaciółkę.

- No więc, jak tylko pojedziemy - mówiła Żenia, sprawdzając gorączkowo, czy zabrała wszystko, co chciała - od razu się przenoście. Rozumiesz? Od razu, nie ma na co czekać!

- Może tam jeszcze pomieszkamy? Może jednak to wszystko się skończy?! - mówiła Lara, obserwując przygotowania Żeni z niemal fizycznym bólem. Nie mogła pojąć jego prawdziwej przyczyny: - Spróbujemy na razie pomieszkać tam...

- Nie bądź głupia, kochana! - Żenia usiadła na walizce, żeby ją domknąć. Trzasnęły zapięcia. Zapadła cisza, którą przerywało tylko kapanie wody z kuchennego kranu. - Widzisz, kran przecieka, rury kiepskie, ale z tym już radź sobie sama...

- Daj spokój. - Liza machnęła rękoma. - W domu codziennie ścielę na podłodze w przedpokoju, ze strachu nie mogę spać! Strzelają każdego dnia! I każdej nocy! Wczoraj i przedwczoraj z karabinów pod samymi oknami. Prawdziwa bitwa. Nie wiem, kto z kim. I wszystko mi jedno, prawdę mówiąc. Ale strachu się najadłam! Akurat poszłam do sklepu, kupiłam wszystko, co trzeba i zaczęłam wracać... - Westchnęła - Przeraża mnie jeszcze coś: na razie ci stąd strzelają tam. A tamci tylko parę razy im się odpłacili. Ale mówią, że wkrótce przyleci solidna nawiązka. Na osiedlu dyrektorskim już zbombardowali kilka domów. Na Pietrowce, sama wiesz. I co wtedy będzie z nami? Nasz dom stoi pięćdziesiąt metrów od hałdy!

- No więc nie bądź głupia! - Żenia potrząsnęła głową. - Przeprowadzajcie się i mieszkajcie tutaj.

- Nie, no jakże tak... - powiedziała Lara i w zakłopotaniu kręciła głową. - Urządzimy się wszyscy w jednym pokoju, okej?! Tutaj, na podłodze będziemy się kłaść i już. Nawet kanapy nie będziemy rozkładać!

- Niepoważna jesteś?! - Żenia pstryknęła zapalniczką i łapczywie wciągnęła dym. - Chodź wypijemy po piwie, koszmarny upał! Szybko, bo za pół godziny taksówka. Będzie tak: ja za chwilę stąd zniknę, a wy macie już jutro tu być! Jutro się wprowadzacie i żyjecie jak ludzie, korzystacie z tego, co jest! Jasne? Po co, kochana? Po co mielibyście tam zostawać, a po przeprowadzce gnieść się w jednym pokoiku?

- Po to. Mieszkanie jest twoje i twojego męża...

- Było nasze, będzie wasze! - oznajmiła Żenia radośnie, ale w jej oczach nie można było dostrzec żadnej radości. - Po prostu się wprowadźcie! Tylko naszych rzeczy na razie nie wyrzucajcie, może jeszcze kiedyś się przydadzą... Może kiedyś po nie przyjedziemy albo wyślecie nam pocztą, jeśli będzie możliwość.

- Wariatka! - Lara wymachiwała rękoma. - Jakie wyrzucanie? W ogóle niczego nie będziemy ruszać! Chłopcy dostaną kategoryczny zakaz!

***

Rury, naturalnie, pękły późną jesienią, zalały nie tylko dwa pokoje, ale trochę też sąsiadów. Na szczęście Szurik, mąż Lary, zdążył szybko odciąć wodę. Z mieszkania na dole przywlókł się jakiś chuderlawy ćwok w typie alkoholowym i zagroził, że interweniuje u "nowej władzy", jeżeli nie załatwią sprawy.

- Mój brat pracuje w bezpiece - wydzierał się na całą klatkę schodową. - Potopimy was wszystkich we wrzątku jak szczeniaki! Z tamtych byli pieprzeni inteligenci, ale przynajmniej starzy lokatorzy. A wyście co za jedni? Wypieprzymy z chaty i sobie ją zabierzemy, skoro porządku nie umiecie utrzymać!

Lala dzwoniła pożalić się Żeni. Mówiła, że wszystko drogie, że na porządny remont ich nie stać, że przywiozła tu nareszcie kota Witolda, którego długo trzymali w starym mieszkaniu.

- Dobrze, że go przywieźliście - mówiła Żenia. - Koszmar, co tam się u was dzieje. Ileż można jeździć tam i nazad.

- Żebyś wiedziała - westchnęła Lara - wybraliśmy się tam w zeszły czwartek i posiedzieliśmy do soboty. Nie dało się wyjść. Wokół walki, pociski, miny, serie z karabinów. A potem jeszcze wodę wyłączyli. Ogólnie, ciężko było.

- Mówiłam ci już dawno, mieszkajcie wszyscy u nas. Z kotem, co poradzicie! Nie chodź tam więcej, błagam cię!

- Ale jak nie chodź, to moje mieszkanie! - Lala z trudem powstrzymała łzy. - Dom od kopalni. Budowaliśmy całym kolektywem! Tam wszystko takie moje...

- Nie bądź głupia, kochana - powiedziała Żenia surowo. - Przywykajcie do nowych czterech kątów. Nie wiadomo, kiedy na wasze osiedle wróci spokojne życie...

***

Pod koniec listopada Żenia przypomniała sobie, że na balkonie zostały zapasy, w tym kilka słoików z miodem. Zadzwoniła i kazała nie krępować się i zjadać wszystko, co znajdą w drewnianych szafkach. Potem przypomnieli sobie, że gdzieś tam został zestaw dębowych witek, które jej mąż własnoręcznie powycinał na piątkowe wyjścia do łaźni. Potem Lara wysłała do Kijowa pierwsze paczki z rzeczami właścicieli.

Zimą było jeszcze kilka przesyłek, na wiosnę trzy albo cztery. Jechali przecież na kilka miesięcy, do czasu aż wojsko zdobędzie miasto. A teraz okazało się, że na długo. W maju Żenia powiedziała w kolejnej wieczornej rozmowie:

- Wiesz, zaczęłam zapominać, co gdzie u mnie leży. To ewidentny znak, że nic mojego tam już nie zostało...

- Co ty wygadujesz?! - Lara klasnęła w dłonie. - W całym domu pełno waszych rzeczy!

- Nie - zaprzeczyła przyjaciółka. - Wspominam to mieszkanie, jakby było cudze, a nie moje.

- No coś ty...

- A co tam u was, dalej strzelają?

- Na osiedlu już prawie nikt nie mieszka. Parę osób w każdej bramie. A w budynku obok zamieszkali bojówkarze. Każdy wybrał sobie chatę, jaka mu się podoba, i mieszkają.

- A kto im zabroni? Teraz mają władzę.

- Tak, teraz kto ma kałacha, ten ma władzę.

Lara spojrzała przez okno. Za nim powoli padał śnieg, okrywając srebrzystą farbą wymęczone przez wojnę miasto. Na przysypanym śniegiem placu zabaw stał chłopczyk z mamą. W rękach miał żółtą łopatkę, był bardzo poważny i w skupieniu śledził unoszące się w powietrzu płatki. Matka była młoda, niepewna, uśmiechała się smutno do niskiego, ośnieżonego nieba, mimowolnie wzdrygała się za każdym razem, kiedy znowu i znowu rozlegał się głośny huk, raz daleko, raz blisko. Raz blisko i znów daleko.

- A jak tam Saszka?

- Po drugim zawale skapcaniał, nic mu się nie chce.

- A może przyjedźcie do nas?

- Mówię ci, na niczym mu nie zależy. Wyleguje się całymi dniami albo łazi Bóg wie gdzie. Na ławkach przesiaduje, czasem pije z kumplami. Całe miasto to jego znajomi. A w domu głównie milczy.

***

Saszka, mąż Lary, nie znał swoich rodziców. Wychował się w internacie. Dom zbudowany przy macierzystej kopalni był dla niego pierwszym i jedynym własnym domem. Dlatego zdecydował się nie porzucać go, cokolwiek by się działo. Swoje wcześniejsze wizyty na osiedlu usprawiedliwiał karmieniem i pojeniem Witolda. Teraz, kiedy nastała druga wiosna tej wojny, uciekał tu bez żadnych wyjaśnień. Przychodził do pustego domu. Wchodził po zasypanych śmieciami schodach na piąte piętro. Otwierał drzwi do mieszkania, a potem okna. Palił, otulony starą kurtką i uśmiechał się nie wiadomo do czego. Czuł się tak, jak w dzieciństwie, kiedy uciekał na parę dni z internatu cuchnącego zgniłą kiszoną kapustą do warsztatu ślusarskiego przy dworcu kolejowym. Pracował tam kiedyś jego ojciec, którego nie pamiętał, byli tam dla niego mili i dokarmiali go. Lubił siedzieć na nasypie i nasłuchiwać ruchu pociągów na świecie. Świat był okrągły tak samo jak głowa Saszki, a pociągów było tak wiele, jak myśli w tej głowie. Szkoda, że nigdy nie można było powiedzieć, jakich mianowicie. Ale Saszka nigdy nawet nie starał się pojąć tego kalejdoskopu znaczeń. Wystarczała mu sama radość istnienia, poczucie gorzkiego pokrewieństwa z prześmierdłym kreozotem wszechświatem.

W mieszkaniu nie zostało już ani krzty ciepła. Wyziębione, porzucone, z cudem ocalałymi szybami w oknach, było sierotą, taką jak Saszka, zapomnianą przez ludzi, ale nie przez Boga. Z okna widać było wędrującą tu i tam obsługę noworuskiego moździerza, rozpieprzoną nie do poznania macierzystą kopalnię, odchodzące na północ szyny wąskotorówki, odległe chmury i cudowne dale. Bywało, że Saszka przynosił ze sobą butelkę. Pił małymi łykami, stopniując rozkosz. Po każdym łyku wypalał papierosa. Myślał o czymś. O czym? Nie umiałby odpowiedzieć, gdyby ktoś go zapytał.

Chaotyczny wszechświat uciskał od środka siwą, zmęczoną głowę. Myślał Saszka o Ukrainie, której życiem zawsze żył i którą zawsze kochał na swój sposób, ale ostatnimi czasy jej nie rozumiał. Z żalem i goryczą myślał o Donbasie, docierało do niego, że Donbas przepadł, nie będzie go już - takiego, jakim był kiedyś. Myślał o tych ukraińskich chłopakach, którzy rozwalili pociskami jego osiedle i kopalnię. Myślał o żonie, do której przez lata życia przywiązał się tak, jak można przywiązać się tylko do matki lub ojca.

Myślał o synu, który pracował w tym samym nieszczęsnym mieście w służbie komunalnej. Syna było mu szkoda tak samo, jak całej tej dużej i niemej krainy. Chłopak razem z brygadą takich samych gówniarzy jak on codziennie łatał dziury w drogach, doprowadzał do porządku uszkodzone budynki, jeżeli, rzecz jasna, można je było doprowadzić do porządku. Odbudowywał sieci ciepłownicze. Szklił okna. Wymieniał rury. Ogólnie - robił wszystko, żeby wojny nie było widać. Żeby wojny było jak najmniej, choćby na pierwszy rzut oka. A jeśli już nie można jej zatrzymać, myślał Saszka, jeśli to nie zależy od nas, to chyba trzeba robić to, co od nas zależy. A mój dzielny Ilja właśnie robi wszystko, co w jego mocy! I ma rację! Spadł pocisk, uszkodził asfalt, ale my załatamy. Spadł znowu, a my znowu załatamy. Narożnik domu się osunął - uratujemy, co się da. Bardzo słusznie. Przecież z jakiegoś powodu tu żyjemy. Bóg nie zostawił nas tu tak po prostu. Potrzebni są też tacy ludzie, jak my. Żeby z góry nie było tak dobrze widać uszkodzeń, kiedy aniołowie nad nami zaczną unosić do raju prawdziwych Ukraińców.

Kiedy Saszka sobie wypił, przychodził moment, w którym tracił pewność, że to, co się dzieje, ma sens. Biegał niedorzecznie po pokojach, jakby czegoś szukał. Ale szukać absolutnie nie było czego. Wszystko, co się dało, wywieźli do mieszkania, które obecnie zajmowali. Było tam dużo książek, stare poniszczone meble oraz rury, jak pamiętamy, zupełnie do dupy.

***

Na początku lata przyjechali na osiedle całą rodziną. Był wczesny ranek, ogłuszająca, niezwykła cisza. Już na pierwszy rzut oka było jasne, że po wczorajszym ostrzale budynek nie nadaje się do odbudowy. Gdyby w jakiejś chorej głowie zrodziła się myśl, żeby go teraz odbudowywać. Na podwórzu znaleźli byłych sąsiadów. Jakieś dwie godziny chodzili w kółko, dyskutowali, ustalali plan działania. Ale jaki mógł być plan? Ludzie, którzy spędzili tu całe życie, po prostu bardzo bali się rozstania. Ich dom, dopóki pozostawał cały, trzymał ich, obiecywał przyszłe życie, może nie usłane różami, ale przyszłe, jakiekolwiek. Zrozumiałe. Podobne do tego, które już minęło. A teraz wszyscy, Sasza, Ilia, nawet ona, Lara, zaczęli rozumieć, że poprzednie życie nigdy nie wróci. Już nigdy więcej nie zobaczą ze swojego okna swojej hałdy i swojej starej kopalni.

Wrócili do cudzego mieszkania i zasiedli do obiadu. Pod żyrandolem bzyczała i chaotycznie miotała się mucha. Trzeźwy jak szkło Saszka spoglądał gdzieś do wnętrza samego siebie. Syn udawał spokój, ale widziała, jak bardzo się przejmuje. Larze też zbierało się na płacz, ale uśmiechała się uparcie. Kto jak kto, ale ona w tym domu nie miała prawa do płaczu.

Martwe natury wojny

Martwa natura? A komu to potrzebne w Kijowie? Zwłaszcza w czasie wojny. Rzecz jasna, Sienia Baricz, oprócz martwej natury, miał całe portfolio prac reklamowych. Fotograf, kreator, designer, grafik. Mógł robić wszystko. Ale tak się złożyło, że tego lata takich, co mogli robić wszystko, było w Kijowie na pęczki. Gdziekolwiek szukał pracy w tym zwariowanym i przepięknym mieście, nic mu się nie udawało. Zostanie kijowianinem kosztowało Baricza masę czasu oraz wszystkie oszczędności. Nadeszła chwila, kiedy poproszono go o opuszczenie mieszkania.

Dokąd mógł jeszcze wyjechać? I czego się w życiu dorobił? W sumie to wielu rzeczy. Statywu, około dziesięciu rozmaitych aparatów fotograficznych, które przeważnie składał sam, krzyżując znakomitą przedwojenną niemiecką optykę i współczesne aparaty średniej klasy. Miał też profesjonalne oświetlenie, ważyło chyba z tonę. Dwa profesjonalne notebooki. Zestaw fajek. Nie byle co. Była jeszcze kolekcja minerałów - ostatnie, z czym mógłby się w życiu rozstać.

Z bólem serca sprzedał jeden z aparatów. Odłożył pieniądze na powrót do domu i całkiem przyzwoity zapas gotówki na początek. O tym, co dalej, starał się nie myśleć. Bo o czym tu myśleć. Tak, Z jest pod okupacją. Tak, powrót tam oznacza skazanie się na ciemnicę, na pobyt w getcie, w którym są tylko wyznawcy "ruskiego mira" i zgrzytanie zębów. Na złowrogi i mglisty świat, tylko na pozór podobny do przedwojennego Z. Ale Baricz miał tam mieszkanie, własne, jak by nie patrzeć, a także dawnych zleceniodawców i stracone nadzieje. W Z, co by nie powiedzieć, przeżył całe życie - pięćdziesiąt lat z groszami.

Obawiał się powrotu, bo znał obrońców "ruskiego mira" nie tylko ze słyszenia. Przed wyjazdem zdążył się napatrzeć na różne rzeczy. Sienia nie opuścił ani jednej proukraińskiej manifestacji w roku poprzedzającym okupację. Widział, jak milicja chroniła prorosyjskich bojówkarzy, a patriotów wdeptywała w błoto. Zdrajcy i łajdacy oddawali ten duży i bogaty region w ręce wroga. Widział spalone i obrabowane banki. Pośpieszną ewakuację lokalnego biznesu. Wyjeżdżających po kolei przyjaciół.

Baricz nie potrafił sklecić zdania po ukraińsku, ale jego przekonania były proste i logiczne. Ukraina to szansa na lepsze jutro. A Rosja? Tam wciąż cep cepa cepem pogania. Moskwa pozostaje tym samym sowieckim agresorem. Do ludzi, którzy przyszli z bronią do jego miasta, odnosił się z obawą i pogardą. Do samego siebie - z humorem. Do przyszłości - z fatalizmem człowieka, który na wszelkie nieprzyjemności życiowe miał godną odpowiedź - chłodne wino i fajkowy tytoń. Z tym ostatnim w Z było akurat ciężko. I ceny skoczyły pod niebiosa, dlatego kupił sobie w Kijowie bayou morning firmy Cornell & Ciehl oraz pudełko ribbon cut. Opakowanie po dwie uncje i po osiem. Dobry codzienny tytoń do fajki. Znośny, choć nieco ciężkawy. Virginia i perique z Luizjany - czego jeszcze potrzeba człowiekowi, który przechodzi na Drugą Stronę Lustra?

Czując się jak Alicja, która wybiera dzień wyjazdu do Krainy Schizofrenii, sprytnie pokłócił się z kochanką, kobietą sukcesu, pracującą w nieruchomościach. Miała na imię Zoja, była piękna i konfliktowa. Jak każda przekwitająca natura wymagała od mężczyzn czynów i pieniędzy. U Baricza jedno i drugie skończyło się dawno temu. Poza tym i tak spoczywała już na nim odpowiedzialność za matkę Zoi - osiemdziesięcioletnią świadkową Jehowy czy może baptystkę albo mormonkę, tego Sienia dokładnie nie pamiętał, która uparcie pozostawała w Z, żeby nieść zbłąkanym braciom światło prawdy i oświecenia duchowego. Mieszkała w tym samym mieszkaniu w centrum, w którym niemal rok przed okupacją żyli we troje. To były piękne dni. Baricz od czasu do czasu uciekał do siebie, kiedy Zoja przestawała rozumieć, czego bardziej pragnie - zabić go czy wyjść za niego za mąż. Wystarczyło jednak, że wrócił do siebie, otworzył butelkę i nabił fajkę, a już dzwoniła Zoja i żądała niezwłocznego powrotu poddanego jej ogromnego królestwa. Królestwo nazywało się Klimakterium, a szczęście było w nim bardzo chimeryczne.

- Odwiedzaj Klitemnestrę, nie zapominaj - mówiła Zoja po raz dziesiąty, odprowadzając Baricza na dworzec, patrzyła na niego oschle i wydymała wargi z pogardą. - Zresztą, niczego nie jesteś mi winien. Tego też możesz nie robić.

- Dobrze, staruszka nie będzie czuć się samotnie - obiecał Baricz, przyglądając się pięknej kobiecie o bujnych kształtach.

Była przybita, ale nie z powodu porzuconej matki, tylko żalem za więdnącym pięknem. Zoja doświadczała przekwitania ostro i nieustannie. Wydawało jej się, że wszyscy widzą, jak bardzo zbrzydła w ciągu ostatnich kilku lat i jak jej się, do cholery, przytyło.

- Nigdy nie odbiera, kiedy do niej dzwonię! - powiedziała Zoja. Zauważyła, że Baricz zerknął na zegarek i zaczął zakładać plecak. - Stara idiotka! Myślą, że wszyscy są jej coś winni, a ona nikomu nic!

- To może być rodzinne - powiedział Sienia i powlókł swój dobytek na peron.

***

Miasto przywitało go salwami artyleryjskimi, okupantami i zatęchłym zapachem mieszkania. Baricz obdzwonił wszystkich byłych pracodawców, sprawdził, kto z nich jest w mieście i na kogo może liczyć. Okazało się, że na nikogo. Przeszedł się do najbliższego supermarketu, kupił jedzenie. Zaplanował wydatki tak, żeby wystarczyło przynajmniej na kilka miesięcy. Wieczorem poszedł do Klitemnestry. Wiedział, że o ósmej staruszka zawsze wraca z domu modlitwy i pija kawę. Czy ma kawę, nie wiedział, więc kupił puszkę rozpuszczalnej i paczkę herbatników.

Klitemnestrę Gieorgijewnę nie tyle lubił, co szanował. We wnętrzu mieszkania, do którego Baricz właśnie szedł, i w którym przeżyli niemal cały rok we troje, nie było drzwi. Otwory drzwiowe były, ale drzwi nie było. Zojce nie wystarczyło pieniędzy na wypasione drzwi, a niewypasionych wstawiać nie chciała. Nie należała do ludzi, którzy zadowalali się byle czym. Dopóki dziewczyny mieszkały we dwoje, nikomu to nie przeszkadzało. Ale kiedy tylko w domu zaczął bywać on, problem ujawnił się w całej ostrości.

Za pierwszym razem wyglądało to następująco. Przyszli z restauracji mocno podchmieleni. W mieszkaniu było pusto. Zoja spojrzała na zegarek i poinformowała, że mają jeszcze godzinę, a z mamą zapozna go odrobinę później. I oto Baricz wkroczył już do tej strefy pobudzenia, za którą czekało jedynie wyjście w kosmos i bliskie spotkanie z tajemnicą wszechświata. Oddech przyśpieszał, Zoja zwiększała amplitudę. Ach, te kobiety po czterdziestce! Jesienne motyle na krawędzi światła i cienia. Do zrozumienia sensu życia pozostawało tak niewiele.

I w tym momencie w otworze drzwiowym zarysowała się czarna figura (później wyjaśniło się, że była to właśnie Klitemnestra) i figura ta krzyknęła głosem gromu:

- "Czyż nie wiecie, że ciała wasze są członkami Chrystusa? Czyż wziąwszy członki Chrystusa, będę je czynił członkami nierządnicy? Przenigdy! Albo czyż nie wiecie, że ten, kto łączy się z nierządnicą, stanowi z nią jedno ciało? Będą bowiem - jak jest powiedziane - dwoje jednym ciałem[24*]. Myślcie przeto, myślcie pustymi łbami swemi. Bowiem ciało wasze jest domem Bożym!"

Staruszka wykrzyczała ten tekst, po czym z oschłym chichotem wycofała się do swojej sypialni. Gdybyśmy powiedzieli, że zrobiło to na Bariczu duże wrażenie, to niczego byśmy nie powiedzieli. Był w ciężkim szoku i w takim stanie znajdował się jeszcze dwie godziny.

Przy kolacji wyjaśniło się jednak, że Klitemnestra jest przy zdrowych zmysłach. Spojrzała na Sienię szelmowskimi oczkami i zapytała kokieteryjnie:

- No co, zajączku, przestraszyłeś się?

- Przestraszyłem - przyznał uczciwie Sienia i roześmiał się z ulgą.

A jednak nie było z czego się śmiać. Od czasu do czasu, w najintymniejszych momentach pożycia Baricza i Zoi, w miejscu, gdzie powinny być drzwi, zastygała Klitemnestra z Ewangelią w dłoni. Krzyczała coś w rodzaju: "Nie obcujcie z rozpustnikami! A nade wszystko z tym, kto nazywając siebie bratem, w rzeczywistości jest rozpustnikiem! Z takim nawet nie radzę zasiadać do posiłku!".

- Nawet jedzenie z wami to grzech - mówiła ze śmiechem Klitemnestra, wcinając na kolację zakupionego przez Sienię kurczaka z rożna - a ja jem! I grzeszę z wami, łajdaki!

Zoja kłóciła się z matką, ale ta była silniejsza. Po stronie Klity, jak czasem nazywała siebie staruszka, były mądrość, upór i niezmącony optymizm. Wierzyła w Opatrzność i w to, że potęga bożego miłosierdzia dla zbłąkanych owieczek nie ustępuje jej optymizmowi. Klitemnestra kategorycznie odmówiła wyjazdu z Z.

- Tutaj są bracia moi i siostry, tu są ludzie potrzebujący Słowa Bożego, pomocy, wskazówek. A wy sobie jedźcie do swojego Kijowa - kiwała głową, wieloznacznie przyglądając się Bariczowi i Zoi siedzących na kanapie w oczekiwaniu na taksówkę - ale powiadam wam, że celnicy i nierządnice wchodzą przed wami do królestwa niebieskiego!

- Daj już spokój z tymi swoimi nierządnicami! - Zoja nie wytrzymała i wybuchła płaczem.

- Klitemnestro Gieorgijewno - powiedział z wyrzutem Baricz - widzi pani chyba, że Zoja jest kłębkiem nerwów.

- Tak, tak, bądźcie dobrzy dla siebie, współczujący, przebaczajcie sobie, jak Bóg w Chrystusie wam przebaczył. - Staruszka skinęła głową. - Przeto i ja wam wybaczam. I przestrzegam, że powrócicie do porzuconego przez siebie miasta, ale aniołowie groźni przywitają was i nie wpuszczą za próg!

- O czym też pani, Klito?! O okupantach? - dopytywał się Baricz. - O końcu świata? O Raju i Piekle? O Sieni i Zoi?

- O Gehennie ognistej, synu mój. - Klitemnestra uśmiechnęła się uprzejmie. Zobaczyła samochód z szachownicą i westchnęła. - Miłujmy się wzajemnie - powiedziała uroczyście. - Miłujmy się wzajemnie, ponieważ miłość jest z Boga, a każdy, kto miłuje, narodził się z Boga i zna Boga. Kto nie miłuje, nie zna Boga, bo Bóg jest miłością. Ale kto mało grzeszy, temu niewiele jest do wybaczenia. I w tym właśnie wasza nadzieja, moje dzieciaki. I w sumie w niczym więcej.

- Amen! - odrzekł Baricz i wraz z kierowcą zabrał się do układania walizek w bagażniku.

***

- A jeszcze kaszę rozdają - opowiadała Klitemnestra, siorbiąc kawę. - Więc mam tej kaszy bez liku! Na handel mogę nosić. Jak myślisz, może Zojce do Kijowa trochę posłać? W stolicy, pewno, drożyzna?

- Co jak co, ale Zoi do Kijowa jedzenia wysyłać nie będziemy! - powiedział stanowczo Baricz i pyknął z fajki.

Klitemnestra otuliła się kłębem dymu i z przyjemnością kichnęła.

- Patrzcie no, co za diabelski wynalazek. Niby tytoń, a oddychać nim tak przyjemnie!

- Mhm, paradoks taki - zgodził się Sienia.

- Tobie też zapakuję kaszy do torby - Klitemnsestra wciąż planowała - żebyś nie głodował przynajmniej przez pierwsze dni. Przychodź zawsze, kiedy będziesz czegoś potrzebował. Klucz ci dam...

- Nie ma takiej potrzeby, właściwie...

- Jest potrzeba, Sienia. - Staruszka puściła do niego oczko. - Ty jesteś samotnym fotografem, a ja mam pusty pokój...

- I co?! - zapytał osłupiały Sienia.

- Przecież sam będziesz się bał, przychodź! Kanapa Zojki stoi, jak stała. Ja do tego pokoju już wcale nie zaglądam. Jest twój.

- Poczytamy Ewangelię? - Baricz się uśmiechnął.

- Nie. - Klita wzruszyła ramionami. - Ewangelii nie będziesz słuchał. Kawę będziemy pić, skarpetki ci wydziergam, jak przyjdą mrozy.

- Muszę pracować - powiedział Baricz, uśmiechając się ponuro i patrząc za okno. - Jak skończę, to przyjdę. To moje telefony. - Położył na stole wizytówkę. - Proszę dzwonić, jeżeli będzie coś potrzeba.

Jasne, że żadnych skarpetek nie było, zresztą nigdy nie umiała robić na drutach. Pocisk do jej mieszkania doleciał w deszczowym lutym. Klita nawet nie zdążyła zrozumieć, co właściwie się stało. Następnego dnia zadzwonił do Zoi. Od razu zaczęła krzyczeć. Oglądając róg zniszczonego budynku, Baricz myślał o tym, że tam powinien być on, a nie Klitemnestra. Właśnie Baricz był winien, że wyszło tak, a nie inaczej. Właśnie on nigdy nie miłował jak należy, nie przebaczał jak należy. I w ogóle niczego w życiu nie zrobił jak należy. I właśnie dlatego teraz jest wojna. Właśnie dlatego zginęła staruszka, być może jedyna istota, która znała się na przebaczeniu i na miłości.

***

Przez długie lata Arsienij tworzył i fotografował martwe natury. Nie banalne dzbanuszki, trofea łowieckie, kwiaty czy owoce. Umieszczał na swoich płótnach rozmaite mechanizmy i ich detale, kamienie szlachetne i półszlachetne, piasek i wodę, tkaniny, martwe owady, szkło i drewno, wypchane ptaki i zwierzęta, papier i kaszę jaglaną. Wszystko mogło trafić na fotografię Baricza, pień drzewa i suszona paszcza makreli, stare skrzypce i bęben od pralki, wszystko miało prawo współtworzyć harmonię. Najważniejsze nie były kolor czy faktura, nawet nie semiotyka, ale właśnie harmonia osiągana przez zestawienie ze sobą rzeczy niezestawialnych, Arsienij zaczął to jasno rozumieć tego ostatniego lata.

W swojej pracy nigdy nie używał Photoshopa, niczego nie dorysowywał - fotografował tylko to, co udało mu się "poskładać" w realnym czasie, w realnej przestrzeni, a połączyć w realnej, choć wykreowanej, perspektywie. Nadzwyczaj trudno było umieścić we wspólnej przestrzeni obiekty o potencjale harmonijnego współistnienia. Problem nie ograniczał się tylko do koloru i światła. Najtrudniej było znaleźć punkt równowagi, niewidzialną oś, która łączyła właśnie te przedmioty, a nie jakieś inne.

Nowy cykl wymyślił, żeby nie zwariować. Za oknami mieszkania grzmiało raz mocniej, raz ciszej. Ugotował ryż i jadł, czasem polewał go olejem, czasem posypywał cukrem. Popijał tanią, czarną herbatą. Palił niewiele, oszczędzał tytoń.

Po raz pierwszy sercem jego prac stały się minerały. Załamując światło, nadając wszystkiemu ton, ujawniały i skupiały na sobie linie wzajemnego przyciągania się obiektów. Rozmieszczone w sferze obiektywu tworzyły systemy planetarne. To w nich ujawniała się przestrzeń fotografii. Cykl miał charakter kosmogeniczny. Różne planety, różne przedmioty, rozpoznawalne i nie do poznania. Ich wzajemne relacje.

Rozmyślał, obracając w dłoniach szklaną kulkę, nabój karabinowy, guzik z masy perłowej z płaszcza Klity znaleziony przy bramie jej budynku, malutki brązowy młynek do kawy albo, dajmy na to, pióro wrony. Aż pewnego wczesnego, zdumiewająco cichego poranka nagle zrozumiał - od tego, czy trafi w sedno, zależą losy nie tylko tego cyklu, ale także jego życie i śmierć. Los miasta Z, ludzi tu mieszkających, los Ukrainy, Europy, a może i całego świata.

Na samo "złożenie" obiektów do pierwszej próby nowej fotografii mógł poświęcić tydzień. Sienia przestał wychodzić z domu. Zapomniał o śnie, a kiedy skończyła się kasza, którą odstąpiła mu Klita, także o jedzeniu. Tylko wybuchy za oknami mieszkania przypominały mu, że w mieście Z nadal trwa wojna. Baricz rozmyślał o tym, że punkt równowagi, którego szuka w każdej ze swoich prac, jest czymś w rodzaju ostatecznej uczciwości. Kosmicznej prawdy. Więc im dokładniej zawrze ją w swoich pracach, tym większa szansa, że zakończy się wojna za oknami jego mieszkania.

I wtedy, myślał, do Z powrócą ludzie, których kiedyś kochał. Jego przyjaciele i jego kobiety. Te, które go rzuciły, i te, które kiedyś on rzucił. Przylecą z dalekich krajów wszystkie zasuszone pazie królowej, żurawie i jerzyki, gęsi i białe łabędzie, wrony i dzikie kaczki. Przyjadą dziecięce rowerki, hulajnogi, plastikowe kaczuszki i zajączki ze swoimi głupkowatymi bębenkami. Pierwsza nauczycielka, pierwsza kobieta, pierwszy papieros, pierwszy pocałunek, fotografia nieba. Czarno-biały film zacznie kręcić się w drugą stronę i wybierze sobie nową fabułę.

Wróci z roboty zmęczony ojciec, a matka przywita go przy kuchence. Baricz obudzi się późnym rankiem, a w sypialni będą pachnieć bliny. Uśmiechnie się, wysunie nos spod koca, a za oknem będzie padać śnieg. Błękitny promyk błyśnie w zamarzniętym oknie. Przed nim wielkie, ogromne życie, a wojny nie ma, nie było nigdy i już nigdy nie będzie.

?

PRZESIEDLEŃCY

Hajże, zuchy, Hajdamacy!

Świat wielki do woli,

Lećcie chłopcy, pohulajcie,

Poszukajcie doli.

Syny moje niedorosłe,

Nierozumne dzieci,

Kto was szczerze, sierot biednych,

Przygarnie na świecie?...

Syny moje! orły moje!

Ej, na Ukrainę!

Choć i licho tam się zdarzy,

Toć pośród rodziny.

Taras Szewczenko[25*]

Ciekawe, że dla Europejczyka

nie ma znaczenia ani rasa,

ani język, ani obyczaje,

a ważne są dążenia i rozmach woli...

Dmytro Doncow[26*]

Hej, miłe dziewczę, powiedz mi szczerze,

Co wiecznym żarem spalać się może?

Bez deszczu rosnąć, bez burz, czy wiesz?

Co może płakać, nie roniąc łez?

Tumbałałajka[27*]

Zwłoki Marszaka pracownicy Piątego Rzymu odkryli w umywalni, kiedy wczesnym rankiem przyszli do łaźni. Wszystko wskazywało na to, że został zabity toporem zdjętym z zestawu gaśniczego, który od niepamiętnych czasów wisiał między piętrami. Głowa przedstawiciela partii pokoju została odrąbana nie całkiem. Może dlatego trup wyraźnie się uśmiechał?

- Ki diabeł?! - wrzasnął Weresajew, który jako pierwszy wszedł do umywalni.

Marzył tylko o tym, żeby wziąć prysznic i jak najszybciej ulokować się na ławie. A tu... Zbezczeszczone zwłoki, sarkastyczny uśmiech i głowa trzymająca się na płacie skóry. Liza natychmiast narysowała w albumie policję, więzienie, zbrodnię i karę.

Nie zdążył jeszcze Gredis jak należy przyjrzeć się nieboszczykowi, kiedy pod oknami rozległ się pisk hamulców.

- To po nas, chłopaki - powiedziała Liza - Tak jak myślałam.

- Mogłabyś myśleć mniej - poradził Sokrates.

Przybysze działali zdecydowanie, ale nie bili. Byli nawet dość uprzejmi. Zakuli, co prawda, w kajdanki, ale wszystkich troje podejrzanych umieścili w jednej celi, tej samej, w której miał już kiedyś okazję posiedzieć Gredis. Piętrowe prycze. Wąskie zakratowane okno. Wilgoć i chłód. W stanie lekkiego szoku uśmiechali się do siebie niewyraźnie, próbując oswoić się z nowymi okolicznościami. Weresajew co minutę powtarzał jak papuga:

- I co teraz? Co teraz?

Po dziesięciu minutach w celi pojawił się Girkawy.

- Wasiliju Jakowlewiczu - Sokrates zerwał się z pryczy i położył dłoń na sercu - jesteśmy niewinni!

- Czyści jak łzy - oświadczył przejmującym głosem Weresajew, z trudem powstrzymując się przed padnięciem na kolana.

- Wiem. - Wasilij wykrzywił się w uśmiechu. - To ja wam podrzuciłem trupa.

- Po co?! - zdziwił się Sokrates.

- Żeby uniknąć zbędnych pytań - wyjaśnił Wasilij. - Czeka was dzisiaj przesiedlenie na tamten świat. Musicie przyznać, że świeży trup to doskonały pretekst.

- Ale po co?

- Sokratesie Iwanowiczu. - Girkawy podrapał się po podbródku. - Jak by to wyjaśnić... Otóż sytuacja polityczna ułożyła się w ten sposób, że do Kijowa może dostać się tylko ten, kto umrze wskutek przemocy. A wy, niestety, musicie w trybie pilnym znaleźć się w Kijowie. Nadążasz? Zostaniecie, jak by to delikatnie...

- Przesiedleńcami - podpowiedziała Liza Eleonora.

- Tak jest, przesiedleńcami! - ucieszył się Wasilij. - Mądra dziewczyna!

- Przyznaj się, Wasia, śmierć wskutek przemocy podszepnęła ci stonka?! - zainteresował się Gredis.

- Do Kijowa? - Weresajew uniósł brwi. - Chyba się tam nie wybieraliśmy.

- Był taki pomysł - przyznał Sokrates, wieloznacznie spoglądając na Lizę i Nikołaja. - Ale nie w tym rzecz. Po co zabijać, tego nie pojmę. Co za kolejna paranoja?

- Nie da się tak w dwóch słowach. Zresztą i tak nie uwierzysz. - Wasilij zmarszczył brwi. - Łatwiej to pojąć, że tak się wyrażę, na drodze empirycznej.

- Bzdura. - Gredis spojrzał melancholijnie w betonowy sufit. - Kompletna bzdura! Ale dziewczynę wypuścisz, co?! Wiesz przecież, że to osoba niezwykła i nie może być zamieszana w nic takiego...

- Wszystko się zgadza, Sokratesie. - Liza Eleonora uśmiechnęła się blado. - Pan Wasilij mówi prawdę o podróży na Ukrainę. Tak to wygląda. Dopóki nie umrzesz, dopóty tam nie trafisz. A jeśli nawet trafisz, to nie na długo. I nie wiadomo dokąd. Ten sekret wyjawiła mi Wrona...

- Stara kurwa - wtrącił Gredis.

- To bez znaczenia. Może i kurwa, ale to o niczym nie świadczy. Ważne, dlaczego wróciła. A wróciła tylko dlatego, że znalazła się w pewnym miejscu, podobnym do Kijowa, ale nie w Kijowie. Oto przyczyna. Dlategóż skrzydłami bije, dziobem dziobie, wyklina i złorzeczy, na dębach i lipach siedząc. Koniak co rano pija. I żal w sobie nosi. - Liza zamyśliła się na chwilę. - Zatem pomysł, by umrzeć, popieram. Szkoda, że nie zabrałam prezerwatyw i nie zdążyłam włożyć sukni w maki.

- I co teraz, Wasia? - zapytał Weresajew, czując uderzenia pulsu w skroniach.

- Nic. - Girkawy spojrzał na zegarek. - Za kilka minut egzekucja. Wierzcie mi, dla wszystkich będzie lepiej, jeżeli załatwimy to szybko. Dopóki śledczy MSW i prokuratury, nie mówiąc już o bezpiece, nie dowiedzieli się, że tajemnica Piątego Rzymu została wyjaśniona.

- Niby jaka tajemnica? - Weresajew skrzywił wargi.

- A taka - westchnął Girkawy - że wasza trójka regularnie mordowała naszych...

- Trójka? - upewnił się Weresajew. - Czyli Kotusiowa nie ma z tym nic wspólnego?

- Nie ma jej w mieście. - Wasilij skinął spokojnie głową. - A do tego przez ostatnie pół roku prawie nie pokazywała się w łaźni. Z powodu choroby. A co, macie jakieś zastrzeżenia?

- Gdzie tam. - Weresajew spojrzał w sufit. - Niech sobie żyje, niebożątko.

- Posłuchajcie, niebożątka. - Minister kontynuował po krótkiej pauzie. - Żebyście wiedzieli, jak było. Trupy ćwiartowaliście toporem i spalaliście w kotłowni. Fakt, wasza kotłownia okazała się, delikatnie mówiąc, niedostosowana do takich potrzeb, ale kto się połapie? Palaczy, nawiasem mówiąc, już rozstrzelaliśmy. Wszystkie cztery zmiany. Mam nadzieję, że czeka ich długie i przepiękne życie, dajmy na to, w Czerniowcach albo Kamieńcu Podolskim. Ale co teraz z nimi będzie, któż to wie. - Uśmiechnął się melancholijnie. - Więc choćby przez wzgląd na szacunek wobec ich śmierci uwierzcie, że tak będzie lepiej dla wszystkich. Po prostu uwierzcie. Wiesz dobrze, Sokratesie, czym jest badanie trzeciego stopnia i co was czeka, jeżeli wpadniecie w łapy generała majora Skopca.

- Tak czy owak nie widzę w tym sensu. - Gredis uśmiechnął się przepraszająco i otarł pot z czoła.

- Nie widzisz? Już wyjaśniam. Tylko się nie denerwuj. A ty, Lizo, słuchaj uważnie. Kiedy dotrzecie na miejsce, tylko ty jedna zdołasz przypomnieć sobie, w czym rzecz. Na nich nie bardzo można liczyć.

- A czy n-nie można b-by Lizy w ogóle zostawić w spokoju?

- Nie można, Sokratesie. - Girkawy rozłożył ręce. - Pan wybaczy! Mówię przecież, kiedy znajdziecie się na Ukrainie, pan i Weresajew zapomnicie o wszystkim. Na początku będziecie czuć się jak kretyni. To nie byłby problem, ale nie mamy czasu. Liczy się każdy dzień. Co prawda, śmierć Marszaka...

- Tego od książek dla dzieci?[80] - zapytał Weresajew.

- Nie, innego. Tego, czyjego trupa dziś znaleźliście. No więc, ta śmierć daje nam wszystkim pewną swobodę ruchów. Nie wiemy jednak, jak dużą... - Girkawy ukrył twarz w dłoniach i zastygł. - Łeb mi pęka! Całą dobę boli nie do zniesienia! - Popatrzył z ukosa na Lizę. - A zadanie będzie proste. Oto adres. - Wręczył jej kartkę papieru. - Zapamiętaj, znajdziecie w Kijowie sklep Sziwa Wyszywata. Kupicie tam statuetkę Ganeśy...

- Przypomnij, co to za jeden? - Weresajew wydawał się szczerze przejęty.

- Słoń w wyszywanej koszuli - odpowiedział Wasilij, spoglądając z oczekiwaniem na dziewczynę. - Zapamiętałaś adres?

- Może pan być spokojny. - Liza uśmiechnęła się nieprzyjaźnie. - Nigdy o niczym nie zapominam. Taki już mam organizm.

- No i świetnie. - Girkawy skinął głową. - Drugim niezbędnym składnikiem zwycięstwa jest Kobziarz Tarasa Szewczenki. Ale nie pierwszy lepszy egzemplarz - tłumaczył. - Ten jedyny, którego potrzebujemy, musicie prośbą lub przemocą odebrać żebrakowi z placu Kontraktowego. Jest tam taki tylko jeden. Klęczy, całymi bożymi dniami czyta wiersze Szewczenki. Na piersi ma charakterystyczne tatuaże. - Wasilij się zamyślił. - Ale jakoś nie mogę wyobrazić sobie sytuacji, w której mielibyście oglądać jego pierś. No więc, po prostu, miej na uwadze, Lizo. Mężczyzna w centrum Kijowa, na klęczkach, czyta Szewczenkę. Myślę, że jest tam taki tylko jeden. Co innego we Lwowie, ale Kijów w tej dziedzinie nie ma się czym chwalić.

- Ciemnogród - zgodził się Gredis.

- Okej, może i tak - powiedział zamyślony Weresajew. - Słoń w wyszywance i Kobziarz to bułka z masłem. Sztuka polega na tym, żeby ostatecznie nie sfiksować. Ale co dalej?

- Bardzo ważne, żeby misję wypełnić szybko, bo później pan i profesor, w odróżnieniu od Lizy, zaczniecie się zmieniać na gruncie osobowościowym. I będą to zmiany dla was zgubne. Nie należy się ich obawiać, ale nie warto też lekceważyć. Następnie czeka was powrotne przejście do Z. Tym się nie martwcie. - Girkawy zabębnił palcami o skraj pryczy. - Przesyłka będzie super priorytetowa. Ach tak, byłbym zapomniał. Żeby wszystko wypaliło, po zakupieniu Ganeśy musicie podrapać go po brzuszku.

- Jakim znowu brzuszku? - zdumiał się Gredis.

- Ganeśa to słoń siedzący na psie - wyjaśnił Wasilij zmęczonym głosem. - Na waszym miejscu wybrałbym właśnie psa. Słoń, tak to już jest, ma brzuch, może nawet brzuszysko. No i trąbę, ręce, nogi, takie tam! Przecież to słoń, do jasnej cholery! Czego nie rozumiecie?

- A co potem? - Weresajew oczekiwał dalszych instrukcji.

- A potem należy poczęstować słonia sakralną czekoladą. Wiecie jaką. Poza tym zapisałem trzy mantry. Zapamiętaj, Lizo! Trzeba je przeczytać słoniowi choćby kilka razy, zanim wrócicie do Z. Co jeszcze? - Zamyślił się głęboko. - Sądzę, że całkiem na miejscu będą teksty Tarasa Szewczenki. Poety wybitnego i to w skali Europy. Zresztą, nie bez powodu słonia i Kobziarza będziecie wieźć razem.

- No i? - zapytał Sokrates posępnie.

- No i zapoznajcie pierwszego z twórczością drugiego! - Girkawy zamyślił się na moment. - Obawiam się, Lizo, że to również spocznie na twoich wątłych ramionach. A wracając do waszego powrotnego przejścia. W istocie, będzie podobne do tego, które zajdzie z wami już za chwilę. - Girkawy wzruszył ramionami. - Przygotujcie się więc moralnie. O ile, rzecz jasna, w ogóle można się jakoś do tego przygotować...

- Chory człowieku! - Sokrates potrząsnął głową. - Czy ty sam siebie słyszysz? Niby niegłupi z ciebie człowiek. Dwa fakultety! Sportowiec, lekarz. Jak możesz pleść takie głupstwa?! Śmierć jest ostateczna! Obudź się, Wasiliju! To urojenie, koszmar i zamroczenie umysłu! Gdy rozum śpi, budzi się stonka i letalne przekraczanie granicy. Stonka, żywe trupy, widma na rozstajach, szmaragdowa mgławica i ukropny chłopiec: ależ to psychiatryk, szaleństwo ogarniające ludzi po obu stronach frontu! Najpierw w nich uwierzyłeś, a teraz zacząłeś myśleć, że jeśli nas zabijesz, wyświadczysz im przysługę. Ale to psychiatryk, panie Wasiliju! - Sokrates roześmiał się głucho. - Drapać Ganeśę po brzuszku?! Hajdamaków mu czytać? A może Ewangelię św. Łukasza na początek? Wiesz co, Wasia? - Profesor zaśmiał się histerycznie. - A może naturze mentalnej naszego słonia bliższe są powieści Jurija Andruchowycza? Skoro już musimy oświecać pogańskich bogów, róbmy to w sposób przemyślany i, by tak rzec, racjonalny.

- Psychiatryk - przerwał Sokratesowi Girkawy, który tymczasem zapalił i zaproponował poczęstunek rozmówcom - to miasto Z przyłączone do ZSRR. Do państwa, którego nie ma i nigdy nie było. Psychiatrykiem jest "ruski mir", bo rozpieprzył wszystko, co kiedyś nazywaliśmy Zetlandią. Psychiatryk to szarzy ludzie i ich nędzne życie, pijani Kozacy dońscy, najemnicy, wszelkiej maści tałatajstwo, rosyjscy doradcy o wypukłych oczach. Piwnice, w których torturuje się Bogu ducha winnych ludzi. Portrety Stalina w centrum miasta. Pojazdy opancerzone, które jeżdżą z pełną prędkością po ulicach i regularnie rozjeżdżają przechodniów. Spekulowanie pomocą humanitarną. Egzekucje. Codzienne napady rabunkowe. Niepoczytalni przywódcy republiki z trzyklasowym wykształceniem. I lawina kłamstw na każdym kroku. Świat bez przyszłości. - Girkawy ciężko westchnął. - Powiem szczerze, Sokratesie, w odróżnieniu od pana nie popierałem Majdanu. Stąd, z perspektywy Z, był on do dupy. Wszystkie te marsze z pochodniami, płonący funkcjonariusze, cała ta pseudokozacka maskarada, niech ją kaczka kopnie, brzmiała parszywie. Zwróć uwagę, że polityczni liderzy Majdanu ani wtedy nic sensownego nie powiedzieli, ani teraz nie zrobili. Jak na razie wciskają tylko kit, Sokratesie. Sowiecki, zresztą. Być może nie wszystko rozumiem, ale naziole z batalionów ochotniczych wydają mi się uczciwsi. Przynajmniej nie opowiadają ludziom bajek o drodze do Europy. - Pomilczał. - W sumie to nie mój problem. Mamy tu swoje. Niech sami się martwią. - Girkawy wypuścił dym nosem, patrząc na Gredisa spode łba. - Tym bardziej, że Z przestało być miastem dla ludzi. - Wasilij uśmiechnął się ponuro. - Gdybym jeszcze miał wybór, wybrałbym Kijów. Biłbym się nawet za niego. Ale za późno na zmianę frontu. - Roześmiał się. - Ukropy to niezłe sukinsyny, trzeba przyznać. Faszyści do szpiku kości. A jednak walczą o Ukrainę. A u nas najemna swołocz strzela do swoich i obcych bez najmniejszych wyrzutów sumienia. - Machnął ręką. - I wszystkich golą. Starsi, kurwa nasza mać, bracia. - Girkawy machnął ręką. - Zrozumiałem jedno. Rosja, Sokratesie Iwanowiczu, to nie nasz starszy brat, tylko młodsza, chora siostra. Przypadek medyczny. Obłąkana Rosja. I może właśnie dlatego święta. - Ale co ja mam teraz robić? Co my mamy robić?! Wszystko zafajdane, przekłamane, wytaplane w błocie. Zgwałcili nasze Z. I to nie Prawy Sektor rozkradł nasz przemysł. Nie banderowcy wyszabrowali nasze domy i sklepy. Nie oni zgwałcili dziewczyny. - Machnął ręką. - Tylko sobie nie myśl! Nie mam nawet cienia złudzeń. Wiem, że Ukry z całą pewnością robiły to wszystko gdzieś tam, w innych miejscach. I niebo gwiaździste nam tego wszystkiego nie wybaczy. Ale tutaj, na moim podwórku, rozrabiali tylko Ruscy! Nigdy im tego nie zapomnę. Na drugą stronę nie przejdę - uśmiechnął się smutno - ale i po tej nie dam rady żyć. Serce boli, Sokratesie. Te wszystkie dziwactwa wywróciły mnie na lewą stronę. Postawiły na głowie. Zrozumiałem, że nie chodzi o to, za kim jesteś, ale o to, kim jesteś. I jeśli dobry z ciebie chłopak, to przynajmniej nie pozwolisz, by skrzywdzono twoją małą ojczyznę. A jeżeli to się już stało, zrobisz wszystko, żeby jej choć trochę ulżyć. Czy pan wie, Sokratesie, że jest moją ostatnią nadzieją? Ostatnią. Żal pana zabijać, ale nie mogę dać panu żyć. Rozumiesz pan? Chociaż w głębi duszy kawał z ciebie Ukropa...

- Wasiliju Jakowlewiczu...

- Nie przerywać, łaziebny! Twój kumpel to zakamuflowana opcja ukraińska. Kotusiową też zaraziliście tą zarazą. Co z tobą robić? Porządny z ciebie gość, wykształciuch, grube książki czytasz. Wszyscy jesteście w porządku. Dlatego muszę was uśmiercić. A w każdym razie pozbawić życia, żeby Z miało szansę. Zrozumcie, na miłość boską, nie mogę sobie pozwolić na miłosierdzie.

- Bezlitosne ruskie Z - zadeklamował Weresajew - a innego w świecie niet.

- Być może - ciągnął Girkawy - wygląda to dziwacznie. Ale działam w imię lepszej przyszłości. Właśnie po to, żeby z piany niebytu wyłoniło się inne Z. Nie rosyjskie, nie sowieckie, jakieś odrębne, moje...

- A może ukraińskie? - ironizował Weresajew.

- Co się szczerzysz? - Girkawy smętnie wzruszył ramionami. - Może i ukraińskie. Ale niechaj nastanie inna Ukraina.

- Niepodległa, potężna i demokratyczna? - drwił Weresajew.

- W każdym razie bez wyszywanych koszul, wszędobylskich chórów oraz zespołów pieśni i tańca. - Wasilij chciał dodać coś jeszcze, ale spojrzał na zegarek i stracił zainteresowanie rozmową. - No więc, dziewczęta i chłopcy, czy jesteście gotowi do przymusowego przejścia na tamten i ukraiński świat?

- Chwileczkę. - Gredis zerwał się na równe nogi. - Załóżmy, że zrobimy wszystko jak należy, a później wbrew zdrowemu rozsądkowi wrócimy do Z. Co dalej, panie Wasiliju?! Czy masz jakiś genialny plan?

- Właśnie - włączył się Weresajew - to najważniejsza sprawa. Co mamy robić po przybyciu z Kobziarzem i Ganeśą? Czym nakarmić, gdzie podrapać? A może lepiej będzie, jak coś z nim zapalimy? Gdzie mamy wsadzić słonia w wyszywanej koszuli, żeby wszystkim na Ukrainie żyło się lepiej?

- A diabli wiedzą, Sokratesie. - Girkawy wstał i krótko zastukał do drzwi. - Nie mam konkretnych pomysłów. Pora na was, robaczki! Czas, byście przynieśli progresywnej ludzkości pieprzony promyczek nadziei.

- Płonna to będzie nadzieja - wtrąciła cicho Liza Eleonora.

- Ciekawe - wyburczał Weresajew. - A czy ludzkość kiedykolwiek przyniesie coś nam?

Trzasnęły zasuwy i otworzyły się drzwi. Karaś i jego ludzie poprowadzili trójkę jeńców długim, krętym korytarzem. Wasilij szedł na końcu, drapiąc się po potylicy, nieświadomy, że od pięciu minut ledwie słyszalnie pojękuje.

- Boję się. - Liza Eleonora się roześmiała, gdy ustawiono ich pod ścianą z czerwonej cegły. - Nogi trochę odmawiają posłuszeństwa.

- Nic się nie martw, dziecino. - Sokrates zmierzwił jej włosy. - Słyszałaś przecież, Wasilij Jakowlewicz obiecuje nam same zabawne przygody.

- Śmierci nie ma - powiedział Weresajew. - My, zasłużeni pracownicy łaźni publicznej, wiemy to najlepiej.

- Elementarne przejście od bytu do nicości nie powinno budzić strachu osoby dojrzałej. - Sokrates się zamyślił.

- A jednak budzi. - Girkawy się uśmiechnął. - Nieprawdaż, profesorze?

- Nieee. - Gredis się uśmiechnął. - Śmierć mi niestraszna. Boję się metamorfozy. Wszak było napisane: nie wszyscy pomrzemy, lecz wszyscy będziemy odmienieni[28*].

Był czerwiec, lipiec, grudzień, styczeń, wrzesień i sierpień. Zrobiła się całkiem przyzwoita pogoda. Ponad miejscem kaźni sunęły ciepłe chmury. Wiatr unosił pajęczynę i rytmy tanga z patefonu. Tuzin wron ulokowanych w pierwszych rzędach na gałęziach starego wiązu odprowadzał pracowników sfery usług publicznych, którzy w poszukiwaniu światła odchodzili ku nocy.

Girkawy pozwolił na ostatniego papierosa. Palili, nie patrząc na siebie. Liza Eleonora podśmiewywała się, ale po jej policzkach spływały łzy. Dymek wędrował tu i tam. Zapach ziemi i listowia przyprawiał o zawrót głowy. Potem rozległy się strzały. Bach-ba-bach-ba-bim. Bim-sala-bim.

Pierwszy upadł Sokrates. Drugi był Weresajew. A Liza Eleonora? Oczywiście zostało jej to oszczędzone. Bo los czuwa nad grzecznymi dziewczynkami. Wielki czarny pies wyskoczył jak spod ziemi, wziął ją na grzbiet i wyfrunął przez otwarte na oścież okno w ciemne echo jednego z korytarzy.

- Tam nie wolno! - krzyknęła Liza.

- Nie bój się. - Platon się uśmiechnął. - Miedziany Bloger z szablą będzie walczył do ostatniego tchu, a wszystkie twoje lalki razem z nim. Wszystkie spuszczone do sedesu tabletki. Każdy z zamalowanych na czarno rysunków. Ani kroku wstecz. Każda kropla krwi to zaledwie kropla deszczu.

- Ale w środku są kamienne klatki, w których mordują ludzi!

- Nie bój się, nasza droga wiedzie do wnętrza Z. Nic nas nie powstrzyma. Trzymaj się mocno! Górników się nie lękaj. Nibelungom kłaniaj. Reszta niech idzie do diabła.

Kamienne mury zaskrzypiały i z wysiłkiem rozstąpiły się przed nimi. Oczom Lizy Eleonory ukazały się cudowne i niebywałe starożytne miasta, niezgłębione labirynty, poczwarki górników i ich industrialna królowa, jaja Nibelungów wewnątrz ogromnej kryształowej piramidy, podziemne oceany źródlanych wód i gorące rzeki roztopionych pierwiastków z tablicy Mendelejewa. Ujrzała mityczny Hades i jego szerokie puste aleje, stare afisze, transparenty, gazety, spektakle teatralne. Szkielety opuszczonych pałaców, muzeów, kołchozów, sal koncertowych, domów kultury ludowej. Diabelscy gałganiarze grali w pokera, popalając sziszę. Ich kamienne rumaki stały nieruchomo i chłonęły ciepło. Dziewczynka bez reszty pogrążyła się w locie i zaczęła przysypiać, ale nagle uderzyło ją w oczy światło. Liza potrząsnęła głową i roześmiała się. W jej prawej dłoni topiły się lody. Lewą chłodziła butelka piwa. A przed nią stali w objęciach, zataczający się z lekka, Sokrates i Nikołaj.

***

Smok sunie po ulicy Bankowej[81]. Słup ognia z uszu i nozdrzy mu bucha. Jajca czekoladowe, srebrną folią omotane, o bruk się obijają. Ogon jedzie osobno, na podwoziu mercedesa s600. A po prawicy smoka niebieski królik w marynarce, z marchewką, w pękniętych binoklach i kokainą w słoiku po majonezie. To wredny neurastenik, za grzechy nie żałuje. A po lewicy smoka melancholijny pastor o sowim łbie. W jednej dłoni ma krzyż, w drugiej karabin snajperski. Za smokiem, w niewielkiej oddali, kroczy dumnie a nieufnie biały wilk z czerwoną swastyką na piersiach. Wybrzmiewają złowieszcze nuty orkiestry dętej. Nie mniej niż tysiąc niewidzialnych muzyków ożywia narrację - bajeczną, acz upiorną.

Nad Ławrą biją z nieba karmazynowe błyskawice. Przeraźliwie głośna muzyka przechodzi nagle w żałosny lament. Gromki, ale zniewalający głos oznajmia, że bohaterowie - niewidoczni w ciemnościach Filozof, Alchemik i Kretynka - muszą odnaleźć i zabić paskudnego świńskiego węża o czterystu pięćdziesięciu głowach. Świńska bestia kryje się pod osławionym budynkiem na Hruszewskiego[82]. Wyłazi na światło dzienne dopiero dwa tygodnie po Bożym Narodzeniu pod postacią karuzeli dziecięcej. Co roku pod koniec grudnia, nie wiadomo skąd, pojawia się nagle na placu św. Zofii.

Żwawa to karuzela i strojna, obraca się i krąży. A gdy tylko siądzie na nią jakieś dziecko, z miejsca zamieni się w łapówkarza i pedała (nie mylić z gejami). Aby fatalną karuzelę wstrzymać, należy zabić staruszka dozorcę i podpalić drewniane koniki, rozkoszne ciuchcie, pocieszne zebry i misie, pedofilskie żyrafy, wilki i hipopotamy z wyłupiastymi oczami i firmami w Moskwie. Prawdę mówiąc, pod cały ten rozśpiewany namiot wygrywający ukraińskiej dziatwie wszelkie gówno dawno już należałoby podłożyć ogień.

Karuzeli dozorca strzeże. Jeżeli zabić go prawidłowo, śmierć zetnie pozostałe głowy za jednym zamachem. Najłatwiej dokonać tego batonem bounty o smaku raju. Ale nie odkryto jeszcze sposobu na zmuszenie dozorcy, by zeżarł to paskudztwo. Zatem namiot, koniki i całe drewniane tałatajstwo, które kryją pod sobą pozostałe maski świńskiego węża, najlepiej będzie na początku oblać diabelską benzyną firmy Łżeoil. Potem wyjąć zapalniczkę Zippo z 1933 roku. Zapalić marlboro. Zaciągnąć się kilka razy, spojrzeć w niebo i, wreszcie, puścić ten obrotowy koszmar z dymem.

W średniowiecznych opisach misteriów eleuzyńskich, w części poświęconej obrzędom Telesterionu, wspomniano, że zapalniczki nie należy wrzucać do ognia bez względu na efektowność tego zabiegu. Najlepiej po cichu umieścić zippo w kieszeni i spokojnie dopalić papierosa. Tym, którzy odważyli się spalić karuzelę świńskiego węża, nie będzie dane przeżyć. Lepiej więc zachować przedmiot kolekcjonerski na przyszłe życie.

Zaraz po zgonie świńskiego węża królik stanie się dobroduszny, sowa niewierząca, smok uczciwy, zaś szlachetny wilczek nazista wyzna swe nieznaczne, acz okropne przewinienia i pomoże bohaterom przywrócić do Z, do samego serca prowincji, które bez niego nie zabije, złoty barszcz, platynowy pieróg, srebrzystego Sosiurę i Prokofiewa ze szmaragdowego miasta. Te oraz inne artefakty należy zakopać na głębokości pięciu metrów pod złotym Sołowjanenką na placu Teatralnym[83].

Jednak na drodze bohaterów stają trudności nie do przezwyciężenia. Muszą po kolei oddawać życie, wypełniając swój metafizyczny obowiązek. Pierwszy ginie Filozof. Przy uroczystej lustracji w operze pożera go żarłoczne i cuchnące lustro. Wciąga go w siebie, pomlaskuje, beka i ryczy. Zasłaniając własną piersią Ganeśę - liliputa z długim jak trąba penisem pomalowanym w barwy flagi narodowej, oddaje życie Alchemik. Przy życiu pozostaje ostatnia bohaterka. Wie, że jej siły są na wyczerpaniu. Serce łomocze jak szalone. Zwycięstwo wydaje się na wyciągnięcie ręki, już jest w ogródku, już staje na progu Z. Jeszcze odrobina wysiłku i wojna się skończy, przestaną ginąć ludzie, ZSRR przepadnie w gęstej mgle niebytu, nienasycona i drapieżna Rosja, bezmózga meduza z piekła rodem, wzdrygnie się i odpłynie od granic Ukrainy. Zatriumfują europejskie wartości. A w każdym razie zdrowy rozsądek i prawa fizyki.

Ale wtem z mroku wyłania się sylwetka ukraińskiego chłopca. Czoło ma blade, oczy czarno-czerwone, ruchy ostrożne. Szarawary kołyszą się w rytm jego kroków, niemyty kozacki czub dziwnie wygląda na zielonej czaszce.

- Witaj, witaj, zdziro liberalna - zwraca się do Lizy Eleonory w czystym języku ukraińskim, wyciąga ze spodni sierp, a młota na razie nie rusza. - Pokaż no, czy aby ukraińskie serce masz w piersi. Poszukajmy prawdziwej ukraińskiej zdrady. Pomówmy o zasadach, o prawach i wolnościach.

- A w czym rzecz? - Bohaterka zaczyna się pocić.

- A we wszystkim. - Zielony chłopiec wzrusza ramionami. - Powiedz, czy za to ginęli nasi chłopcy, żebyś ty na przeklętej Z-ziemi mogła zakopać naszego srebrnego Sosiurę? I wyjaśnij, dlaczego słowo "eutanazja" i słowo "Europa" są do siebie tak podobne. I tu, i tam: "eu", zwróciłaś uwagę? Nie? - pyta. -A mówią, że ukropny chłopiec na kulturze się nie rozumie. - Zaczyna śmiać się po cichu. - Może nie czytałem Tomasza z Akwinu, pieprzonego Moskala. Ale zauważyłem też inne niepokojące analogie. Weźmy na przykład Żyda i Europę. "Jewrej" i "Jewropa". Przeklęty "jewr", ten dawny Słowian spór domowy[29*][84], wciąż burzy mój spokój. Przypadek to, jak sądzisz?

- Ale co?! - Liza rozpaczliwie wzrusza ramionami.

- Otóż to, dziewczynko. - Przygładza czub. - Czy przypadkiem cały ten "jewr" nie świadczy, że to Żydzi założyli Europę? Czekaj, a może przeciwnie - unosi palec wskazujący - to Europa zrodziła Żydów, żeby zesłać ich nam pod postacią humanizmu, pacyfizmu, parad gejów, lewaków, oraz, co niektórych, za przeproszeniem, działaczy politycznych? Zastanowimy się nad tą kwestią, malutka. A następnie zwróćmy się do literatury. Omówmy na przykład poetykę Andruchowycza w kontekście samoświadomości i postmodernistycznego cynizmu. Porozmawiajmy, do kurwy nędzy, o literaturze genitalnej. Żeby łatwiej ci się myślało, opowiem ci teraz, jak działa ten sierp...

- O Boże!

Zbudzona ze snu Liza ciężko dyszała. Usiadła na łóżku. Obłędnym wzrokiem spojrzała w okno. Trzecia po południu. Z kuchni dobiegają głosy Gredisa i Weresajewa. Znowu ten słoń. Za każdym razem, kiedy po południu zasypiała w Kijowie, Liza Eleonora śniła ten koszmarny sen. Gredis sądził, że jest proroczy, Weresajew zaś - że idiotyczny. Mokra od potu poczłapała do łazienki. Długo stała pod strumieniem wody, śmierdzącej chlorem i starymi rurami. Sytuację ratował tylko szampon o zapachu pomarańczy. Mer miasta mówił, że wodę w Kijowie można pić prosto z kranu. Liza miała ochotę choćby jeden jedyny raz napoić go nią do syta. Wprost z jego rękawic bokserskich[85]. Ale Liza Eleonora była mała i bezbronna, a mer - wielki i utalentowany. Takiego bezkarnie nie można zmusić do picia wody z kranu. Zatem na razie wychodzi dokładnie na odwrót.

- Lizka, musimy iść! - Gredis zastukał.

- Eleonoro, mamy już dość twojej niefrasobliwoooości - wymeczał kozim głosem Weresajew, przedrzeźniając sam siebie. - Rozwydrzony z ciebie bachor. Pamiętam, że kiedy byłaś wariatką, prowadziłaś się znacznie skromniej i przyzwoiciej. A teraz jakoś zupełnie nie tak.

Jak uprzedzał Girkawy, Sokrates i Nikołaj mocno się zmienili, zarówno zewnętrznie, jak i wewnętrznie. I trzeba przyznać, że nie były to zmiany na lepsze. Weresajew stawał się capem i cynikiem, a zza jego cynizmu wyglądał już niczym niezmącony obłęd. Sokrates usychał, choć ciągle pił, przepoczwarzając się stopniowo w starą jaszczurkę, która nie wierzyła już nie tylko w Z, lecz nawet we własne istnienie. Liza myślała o tym, że upływa czas, którego im udzielono. Już niebawem Weresajew stanie się kozłem, a Gredis - słabowitym starcem, waranem z Komodo, który zapomni własne imię.

- Codziennie szukamy pieprzonego słonia! - Weresajew nie przestawał utyskiwać pod drzwiami. - A ty przesypiasz pół dnia! Jak tak można? Rozumiałbym jeszcze, gdyby przemawiała przez ciebie szlachetna potrzeba, zdeterminowana przez miłość czy, w najgorszym razie, fizjologia...

- Zamknij się, Kola. - Gredis się nachmurzył. - Lizka! Szukamy dzisiaj tego słonia czy nie? Kola ma w sumie rację. Twoje popołudniowe drzemki nie zwiększają naszych szans.

Eleonora zakręciła kran i owinęła się ręcznikiem. Na jakąś minutę zapatrzyła się w lustro. Wyładniała po śmierci. Spojrzenie nabrało niebywałej ostrości. Piersi stały się większe, biodra zaokrągliły, zarysowała się talia i zapadł brzuch. Uderzające zmiany, Okazało się, że w Kijowie nie potrzebuje już tabletek. Teraz miała nie miesiączki, ale nokturny Fryderyka Chopina.

- Śmierć dobrze wpływa na urodę - orzekła Liza Eleonora.

Wyszli z bramy i udali się na przystanek autobusu, który dowiezie ich do metra. Tak jak dziesiątki razy wcześniej. Troje przesiedleńców na tropie Ganeśy. Wygląda na to, że Girkawy dał im zły adres. Nie ma w Kijowie przy ulicy Takiejatakiej sklepu Sziwa Wyszywata. A gdzie jest, nie wie nikt. I Liza nie ma pojęcia, jak z tego wybrnąć.

Na ulicy, jak zawsze, doznała zawrotu głowy. Kijów działał na nią jak narkotyk. Na szerokich alejach traciła do reszty i tak nikłe poczucie realności. Zresztą nikt z napotkanych przez nich przesiedleńców nie mógł pochwalić się szczególnie zdrowym umysłem. Czuli się tak, jakby przeżywali cudze życie.

Za każdym razem, kiedy wychodzili z domu i upewniali się, że owszem, jednak są w Kijowie, Weresajew usiłował podzielić się swoimi odczuciami.

- Wiesz, Lizka - dywagował po drodze na przystanek. - Mam nieodparte wrażenie, jakby tak oto odjechał pociąg mego przedwojennego życia. A mianowicie prosto. A tak oto, a mianowicie diabli wiedzą, jak i dokąd, odjechał zupełnie inny pociąg, do którego nie wiedzieć czemu wzięli i doczepili mój wagon.

- Zapewne towarowy? - odezwał się Gredis.

- Rozumiesz? - Nikołaj zmarszczył czoło. - I teraz jadę tak jakoś o tak. Jakoś tak ciągle nie tak, nie tam, dokąd kiedyś zmierzałem...

- Może nie jest aż tak źle?

- Kto to wie? - Wzruszył ramionami. - Nie wiem przecież, dokąd zmierzałem, Lizko! A już tym bardziej dokąd jadę teraz. A zatem, może i nie jest źle, ale ciężko. - Pomilczał, przyglądając się jej kształtom. - Ano właśnie. Zlitowałabyś się nade mną jako kobieta, co? Pomyśl tylko, skoro już i tak umarliśmy, co za różnica? Sokratesa biorę na siebie. Pójdzie się przejść na parę minut.

- Kretyn - odpowiedziała Liza Eleonora, uniosła głowę i spojrzała na wysokie kijowskie niebo.

- Nie rozumiesz mojej duszy, Lizka! - oświadczył Weresajew i zapalił papierosa.

- A co w niej jest do rozumienia - gderał Gredis - nie mieszaj wódki z portweinem, Kola, a twój pociąg pojedzie, dokąd trzeba.

- Nie udawaj, że u ciebie w tych sprawach wszystko gra. - Nikołaj wykrzywił wargi. - Jak mniemam, prawa i lewa półkula rozjechały ci się w przeciwne strony? Mnie nie oszukasz, profesorku! Bądź mężczyzną, spójrz gorzkiej prawdzie w oczy!

- No cóż. - Sokrates wzruszył ramionami. - Od początku okupacji mam nader dyskomfortowe poczucie wielowariantowości świata. Sądziłem, że to coś w rodzaju zaburzenia psychicznego. Ale w Kijowie poczucie to nasiliło się stukrotnie. Zaryzykuję więc hipotezę, że w którymś momencie Z przeskoczyło do jakiegoś specyficznego inwariantu realności.

- Czyli?

- Zamiast zostać przemysłowym jądrem unitarnej, wolnej i niepodległej Ukrainy, ku swojemu zdziwieniu, obudziliśmy się w dupie. Sądzę, że miało na to wpływ fatum Dzikich Pól. Nasze dziedzictwo, na które od zawsze jesteśmy skazani. A jednak wątpię, czy te rozważania mają znaczenie praktyczne. Wielu rozsądnie myślących ludzi nie zgodziłoby się tu ze mną...

- A co by powiedzieli?

- Że populacja Z, w tym, co za tym idzie, my osobiście, sama ściągnęła do naszego domu wojnę, stonkę, ukropnych chłopaków, widma Róży Luksemburg, dwudziestu sześciu komisarzy z Baku[86], Sacca i Vanzettiego oraz wszelkie inne diabelstwo. Najbardziej przygnębia mnie, że nie wiem, jak na to odpowiedzieć, żeby ich nie obrazić.

- A według mnie ma to sens i to nie byle jaki. - Weresajew westchnął. - Coś podobnego przytrafiło mi się jakieś sto lat temu. Wyobraźcie sobie, śpieszyłem się na swoje pierwsze wesele. Pociąg dalekobieżny. W przedziale dywaniki i firaneczki. Zadymiony korytarz. Wagon restauracyjny. Sowiecki koniak. Niczym meteor przecinałem czasoprzestrzeń, rozmyślając o życiu. Wyciągałem wnioski, wybiegałem na peron zapalić. Rozmawiałem z ludem mojego kraju. Nie dacie wiary, ale byłem podówczas piękny jak młody Apollo. Niemało dziewcząt z radością dzieliło ze mną najpiękniejsze chwile swego intymnego życia, ale na to, rzecz jasna, teraz nie czas i nie miejsce. Grand tour pięknego kawalera. Staniki i majteczki, nie myślcie sobie, walały się po całym wagonie. Istny odjazd i to w stylu późnego rokoko...

- Jak Apollo, powiadasz? - upewniał się Sokrates.

- Wykapany! - Kola skinął głową. - Aż pewnego pięknego dnia budzę się i widzę, że słonko w oknie chyli się ku południowi. Wagon drzemie na jakimś ślepym torze. Wysiadłem i się rozejrzałem. Żywej duszy. Motylki cytrynki nad torami fruwają. Długi cień lasu. Zapach smoły i rozgrzanych podkładów kolejowych. W oddali zgiełk wieczornego podmiejskiego. Pusto i lekko na sercu. Przepięknie. A najdziwniejsze, że moja walizka pozostała przy mnie. I portfela nikt nie ukradł. Jakimś niepojętym sposobem wagon, w którym tak słodko spał wasz pokorny sługa, odłączył się od reszty składu. I wszystko przepadło jak sen. Cała podróż. Ledwie dotarłem do domu.

- Na wesele nie zdążyłeś? - zapytał Sokrates przyglądający się numeracji nieustannie podjeżdżających i odjeżdżających autobusów.

- Coś ty. Zdążyłem, oczywiście, ale tym razem już z inną dziewczyną. A propos, nie pamiętacie przypadkowo, jak dawno tu mieszkamy i gdzie?

- Gdzie: jasna sprawa. Ulica Doniecka, okolice placu Sewastopolskiego, Kijów. Mieszkanie, wszystko na to wskazuje, wynajmujemy. Ale od kogo i za jakie pieniądze... faktycznie zagadka... Wódki bym się napił - dodał Sokrates trochę nie na temat i oblizał spękane wargi.

Liza ciężko westchnęła.

- Wszystko dlatego, że żyjemy tylko bieżącym dniem. - Weresajew z powagą skinął głową. - I nie chodzi o to, że nic się nie zmieniło. Każdy dzień niepodobny jest do poprzedniego.

- Tak - zgodził się Gredis. - Ale różnice te nie bardzo cieszą. Dni, z formalnego punktu widzenia, są różne. Nigdy nie wiesz, co czeka za oknem.

- Otóż to! - Weresajew gorzko się uśmiechnął. - Dziś poniedziałek, a jutro od razu piątek.

- Albo czwartek - powiedziała Liza.

- Albo czwartek - potwierdził Sokrates. - Czas kijowski nie nadaje się do życia, a kalendarz gregoriański pora wywalić do lamusa.

- Popołudniami sypiam dlatego, że dzień i noc nadchodzą tu wedle własnego uznania - wyznała Liza. - Potwornie mnie to męczy. Czasem trzy wieczory z rzędu następują bez przerwy: jest na przykład wieczór środowy, piątkowy i niedzielny, a potem w kółko południe i południe. I wtedy noc nie zapada już przez cały tydzień.

Autobus, który otworzył przed nimi drzwi, okazał się pusty. Całą drogę do metra przebyli w milczeniu. Od czasu do czasu Lizie zdawało się, że w wąwozie po obu stronach ulicy zza mgły majaczą znajome kontury Z. Robiło jej się wtedy tak tęskno i trwożnie, że chciała wyskoczyć z autobusu i uciec z powrotem do Z, do swoich ulic i zaułków. Do tego czasu, gdy nie było jeszcze wojny. Kiedy wszyscy nasi byli przy życiu, a poetka Chatkina świętowała każde opadnięcie liści[87]. Trudno było uwierzyć, że nic podobnego na świecie nie ma i już nigdy więcej nie będzie.

Tkanka rzeczywistości rozdzierała się na kawałki. Kijów i Z już wkrótce mogły znaleźć się we wspólnej, niepojętej przestrzeni. A wówczas nie będzie już kogo ratować. Należało się śpieszyć. Ale jak się śpieszyć, jeżeli dni, miesiące i pory roku w tym mieście następują po sobie w zupełnie przypadkowej kolejności?

Liza spoglądała w okno, przeczuwając, że poszukiwania Ganeśy skazane są na niepowodzenie. Rzecz jasna i tak nie mogła się poddać. Koniec końców, zachowała pamięć, a to zobowiązuje. Poza tym Gredis i Weresajew, choć mocno zredukowani, wciąż jeszcze są przy niej. A zatem szansa nadal istnieje. Musi do łez i drżenia rąk wędrować po Kijowie. Całować jego ulice, drzewa, cerkwie, ikony, gwiazdy i okna domów. Wpatrywać się w wiatr, chwytać wargami liście i pajęczynę, zagłębiać się w niezliczone pawilony i sklepiki. Pijać herbatę z antykwariuszami i weteranami pchlich targów. Wyuczyć się na pamięć suwenirów ze Zjazdu św. Andrzeja. Zbadać wszystkie podwórka i ślepe zaułki, każde przejście i każdy krawężnik. Nasłuchiwać ech cudzych klatek schodowych, spać z rękoma założonymi za głową na stromych krawędziach zabytkowych dachów. Postawić wszystkie życiowe karty na poszukiwanie słonia w wyszywanej koszuli, bo bez niego ta wojna nigdy się nie skończy.

Tymczasem ich czas dobiegał końca. Z każdym dniem niewidzialny, lecz nieubłagany świński wąż podkradał się coraz bliżej. Jego wysłannicy zawsze kręcili się gdzieś w pobliżu. Powietrze wokół wyraźnie pachniało słoniną[88]. Babina na rogu ulicy sprzedająca papierosy na sztuki. Rowerzysta na wypasionym rowerze. Fotograf na bulwarze. Barman w pubie. Przypadkowy pasażer w metrze. Każde z nich mogło spojrzeć na ciebie oczami starożytnej bestii. Każdy z szeregu kijowskich dni mógł być ostatnim.

Sokrates i Weresajew nie wierzyli w Ganeśę i w Kobziarza. I tylko dlatego, że Gredis nie umiał wyjaśnić, jak trafił do Kijowa, a Weresajew pewnej nocy przypomniał sobie niewielki plac egzekucji w Z otoczony lipami, metafizyczne kompetencje Lizy nie budziły ich wątpliwości. Żebrak, który na klęczkach czyta Szewczenkę, na razie nie zaprzątał myśli dziewczyny. Doszła do wniosku, że sam się pojawi, kiedy nadejdzie jego pora.

***

Niedzielny poranek nastał tuż po błotnistym, grudniowym wtorku. Ludzi na Chreszczatyku mało. Zewsząd płynie muzyka. Ruch samochodów zamknięty. Jakieś trzysta metrów od metra licznie zgromadzone dzieci ubrane nieodpowiednio do pogody grają w gry ruchowe. Flanująca publika. Para z ust. Namioty partii politycznych. Kawiarnie i knajpki. Flagi. Radiowozy nowej policji. Za niskim ogrodzeniem dwudziestu pięciu chłopa w kontenerze na śmieci wozi w kółko smutnego faceta w eleganckim futrze, garniturze i pod krawatem. Obok wala się futrzana czapka. Kije baseballowe biją w kontener przy akompaniamencie niewyraźnych okrzyków. Napis na plakacie - "Lustracja nie kastracja, raz a dobrze!" - wyczerpująco wyjaśnia sens zdarzenia.

- Mój Boże! - Weresajew grzmotnął Sokratesa w ramię. - Piękny ten nasz Kijów. - No co, Sokratuniu, pogapimy się trochę na baby czy od razu do sauny?

- Sam nie wiem. - Gredis uśmiechnął się niepewnie. - A my od dawna na mieście?

- Patrz, która godzina! - Weresajew pokazał mu cyferblat zegarka. - Pierwsi klienci zjawią się za dwie godziny. Może przyprowadzą baby, jak sądzisz? Ostatnio były fajniusie! Szczególnie ta z nogami jak Ganeśa...

- Klient nasz pan - zgodził się profesor - ale nic a nic nie mogę sobie przypomnieć. Tragedia. Od dawna, powiadasz, jesteśmy w Kijowie?

- Teraz niczego nie musicie sobie przypominać - przerwała im energicznie Liza. - Ruszamy na Padół, do sauny. Ławki niepomyte, w sali parowej nienapalone. A wy cuchniecie jak skunksy.

- Masz rację - powiedział Gredis - pośpieszmy się, bo jeszcze powiedzą, że przesiedleńcy uchylają się od pracy.

- Święte słowa - westchnął Weresajew. - Winni wszystkich ukraińskich nieszczęść. Alkoholicy, darmozjady, erotomani...

- Watnicy - podjął Sokrat.

- To my, Z-riebiata! Zamiast mózgu wata! - wyrecytował Nikołaj. - Samiśmy przyzwali kacapskiego kata. Przyzwali gusłami, przyzwali tańcami. A mówimy językiem wrogów - Skoworodów, Szewczenków, Gogolów...

- Rosyjski to wielki i wspaniały język. - Gredis skinął głową. - Tyle że mroczny. Diabelsko pociągający. Otchłań bez dna. Nie ufaj mu. Oszuka, zbałamuci, obdarzy nadzieją, by w końcu pozbawić cię jej zupełnie. Wystrychnie na dudka, uczyni cię łotrem i przybłędą. A w końcu wyrzuci za drzwi: precz, łajdaku, nie godzien mnie jesteś.

- Tak między nami. - Weresajew położył dłoń na sercu. - Skoro już mowa o językach, to ja osobiście preferuję ozory cielęce...

- Nie, Kola, chwileczkę - przerwał mu Gredis. - Bo to przecież zadziwiające. Mam nieodparte wrażenie, że jednak nie jestem watnikiem. Jestem zaś, jak by to inteligentnie ująć...

- Patriotą?

- To, to, coś w ten deseń - zgodził się Sokrates. - Ma się rozumieć, nie w takim sensie, jak zwykło się...

- Rozumiem, Sokratuniu.

- Sam już nie wiem, skąd to się bierze. - Gredis pomasował potylicę. - Ale roi mi się, że już sam fakt mojego pozostawania przy życiu w jakiś sposób pomaga krajowi! Wiem, że to śmieszne, ale serce mi się raduje. A poniekąd nawet pyszni samym faktem bicia w mej piersi. Powiesz, że to starcze zidiocenie?! No cóż, może i tak! - Profesor pomasował palcami skronie.

- Sokratesie Iwanowiczu. - Weresajew wziął go pod rękę. - Mam identyczne wrażenia! A ty, Lizo, nad czym tak myślisz?

- Ruszcie poślady - poradziła im dziewczyna.

Kilku krzepkich młodzieńców o świńskich uszach i malutkich oczkach obserwowało ich z niebieskiego minivana o przyciemnionych szybach. Tęga, inteligentna dama w okularach siedząca w kawiarni Bombonierka studiowała nie tyle leżącą przed nią Wojnę i pokój, ile Gredisa i Weresajewa. Wystarczyło, że Liza zmrużyła oczy, a dama stawała się podobna do lochy w falbankach. Dziewczyna czuła uderzenia pulsu w gardle. Liza Eleonora strasznie lubiła Lwa Tołstoja, przeczuwała jednak, że świński wąż jest dziś osobliwie niekontent przesiedleńcom, którzy pojawili się w samym centrum jego włości. Byle przechodzień mógł okazać się jednym z jego łbów. A wtedy...

"Co wtedy? - myślała Liza, ocierając pot. - Śmierć? Obawiam się, że śmierć już nie dla nas. Więc może życie? Świńskie życie według świńskich praw? Czy do tego także można zmusić? A jeśli nie, skąd przeświadczenie, że dzisiejszy dzień jest ostatni? Przecież nic nam się nie udało! Nic nie znaleźliśmy, nikogo nie uratowaliśmy, nie poczytaliśmy, nie podrapaliśmy słonia po brzuszku! Zdążyliśmy tylko poczuć się jak bezradne dzieci i utracić wiarę we własne siły"

- Skręcamy w lewo! - krzyknęła niezbyt głośno, mężczyźni posłuchali.

- A ja myślę tak - kontynuował za rogiem Weresajew. - Kola to chemik, pisarz i człowiek. Kola ma, nawiasem mówiąc, lat pięćdziesiąt pięć i mieszka w tym kraju. Co i komu powinienem udowadniać? Być żywym i prawdziwym, Sokratesie, oto na czym polega najważniejszy z trudów człowieka! Być homo, za przeproszeniem, sapiens, w tym konkretnym miejscu, które przydzielił ci Bóg - na tym polega zadanie twojego życia. Zresztą wcale nie takie łatwe, jak może się wydawać Ministerstwu Kultury. Mówić choćby w jakimkolwiek języku, tworzyć. I kochać baby, do jasnej cholery...

- Kola, coś ty się uwziął z tymi babami? - Gredis pokręcił głową.

- Albo chociaż wypić i wiersz napisać - poprawił się Weresajew - Na gwiazdy popatrzeć. Bo jak to w końcu jest: człowiek dla państwa czy państwo dla człowieka? Bo na co nam, pardon, państwo? Bez żadnego państwa możemy sobie powojować, pobudować, wiersze pisać, baby kochać, daruj, Sokratuniu, ale trudno bez baby żyć. Mam wrażenie, że nowoczesne państwo potrzebne jest Ukraińcom tylko po to, żeby mogli powiedzieć innym narodom: "Myśmy se też zbudowali! A myśleliście, że nie zbudujemy! My, kurwa, nie zbudujemy?!".

Z ręką na sercu, Sokratesie, dziś nasi ludzie walczą, rodzą i zdobywają pożywienie nie dzięki państwu, tylko mu na przekór. Nie, ja nic nie mówię! - Weresajew uniósł ręce i niechybnie upadłby na jezdnię, gdyby nie podtrzymała go Liza. - Skoro w relacjach międzynarodowych utarło się, że ono jest potrzebne, w sensie państwo, to niech sobie będzie. Pal je sześć! Ale co mają do tego jego interesy? Jaki, do chuja pana, ono może mieć interes? Państwo, moim skromnym zdaniem, jest czymś w rodzaju odkurzacza. Jego zadanie to praca, a nie interesy. To mechanizm, kurna mać! Mechanizm, mówię to jako chemik i masażysta. A u nas ten mikser, proszę ciebie, przybiera pozę wielkiego pana, a nawet Pana Boga. Niech do was nareszcie dotrze, że ja naprawdę nie muszę darzyć miłością wyciskacza do soku! I żaden normalny człowiek nie ma takiego obowiązku. Ludzie: oto najważniejsza i jedyna wartość! Ludzie! No i kobiety, wiadomo - dodał ze wstydliwym uśmiechem.

- Oj tak, oj, tak. - Gredis uśmiechnął się sarkastycznie.

- A czym niby jest naród? - Nikołaj znów się zapalił. - Ty, nie przymierzając, jesteś Litwin. A ja, powiedzmy, chemik. Obaj obywatele Ukrainy. I nie widzę w tym sprzeczności. Każdemu to, co mu się należy, jak mawiali starożytni Grecy.

- Rzymianie, jeśli już.

- A choćby sami Egipcjanie, profesorze! Naród był dobry za czasów Napoleona, ale teraz? Teraz, jak na mój gust, liczy się obywatel! - Uniósł długi, pożółkły od tytoniu palec.

- A naród to niby co? To my wszyscy, na ten przykład, jak jeden mąż. Żałosne, nieszczęsne, głupiutkie dzieci Ukrainy kochające ją każde na swój sposób. I czym niby jest całe to nasze państwo? Państwo to nie parlament, nie kancelaria prezydenta, nie terytorium. A już na pewno nie partia polityczna i nie grupa krwi. A tym bardziej nie rodowód! Chyba nie jesteśmy psami, Sokratesie Iwanowiczu?! Zdaje się, że jesteśmy ludźmi!

- To są komunały, Kola! - Gredis zmarszczył czoło.

- Zaraz, zaraz! Jak ty tam mówiłeś? Życie po śmierci! Oto czym jest Ukraina. To nasze dusze! To raj, który, jak wiadomo, albo w tobie jest, albo go w tobie nie ma. Światłość wiekuista!

- I baby, rzecz jasna - uzupełnił Sokrates z uśmiechem.

- Dla mnie na przykład to zniewaga. - Weresajew przeoczył sarkazm. - Mówią: etniczni Ukraińcy, etniczni Ukraińcy. Сoś jak brzemię, kurna, białego człowieka[89]. A jest, na przykład, cała masa kochających Ukrainę Żydów.

- Czyżby?! - Sokrates uniósł brwi. - To ci dopiero! Nigdy bym na to nie wpadł.

- A szkoda. - Weresajew wzruszył ramionami. - Bo są! Hymn śpiewają z okazji i bez okazji. Życiem nieraz ryzykują. Boli ich ten kraj, cierpią przez niego, a nieraz nawet płaczą.

- Rozbecz mi się tu jeszcze na Włodzimierskiej - poradził Gredis. - Dawno w centrum Kijowa nie widzieli takiego cyrku.

- Beczeć nie będę. Ale posłuchaj, oni mówią: naród, język. A weź na przykład Rosję...

- Nie mam ochoty jej brać. - Sokrates się zasępił. - Mam jej powyżej uszu. Oto co mogę ci powiedzieć. Kola, jesteś babiarz, zgniły liberał i kosmopolita. Zresztą, mnie też czasem kusi, żeby umyć od tego ręce. - Gredis się skrzywił. - Osobnicy ciskający granaty w centrum Kijowa i przekonujący, że wschód kraju zamieszkują odpady genetyczne: to nawet dla mnie przegięcie. A jestem wszak zawodowym filozofem.

- Ciężkie czasy! - Weresajew westchnął. - Ludzie cierpią na szok pourazowy i deficyt poczucia humoru.

- Przestańcie stękać, dziewczyny! - odezwała się Liza. - Przechodzimy na drugą stronę.

- Co byśmy bez ciebie zrobili? - powiedział czule Weresajew i spróbował uszczypnąć Lizę w tyłek.

- Dostaniesz po ryju, Weresajew! - obiecała Eleonora.

- Kola, nie rozkręcaj się - wtrącił Sokrates. - Nie dla ciebie jabłuszko dojrzewa.

- Dojrzało już twoje jabłuszko, boję się, żeby nie opadło.

Kiedy skręcili za róg na placu Kontraktowym, nieopodal cerkwi Wniebowzięcia Bogurodzicy ich uwagę zwrócił obdarty facet klęczący na kawałku kartonu. Od czasu do czasu krótko spoglądając w niebo, czytał półgłosem:

Och! Nie znacie. Och! Nie wiecie,

Jak sierocie źle na świecie!

Bo nie weźmie nikt w opiekę,

Chyba z góry wskoczyć w rzekę.

Już bym skończył dni te moje,

Lecz się kary Boskiej boję;

Już bym dawno zgnił w topieli,

Już by ludzie zapomnieli.

U jednego dobra dola,

Bujne kłosy zbiera z pola:

Moja dola tylko mami,

Gdzieś się błąka za morzami.

Dobrze temu bogaczowi,

Co go wszyscy znać gotowi:

Gdy kto spotka mnie nędzarza,

To i na twarz nie uważa[30*].

Głos miał mocny. Ale czytał cicho i niewyraźnie, jakby nawet nie zakładał, że ktoś będzie go słuchał. Sztuka dla sztuki. Sokrates i Nikołaj byli pod dużym wrażeniem tej postaci klęczącej bez skazy i trwogi. Przystanęli, przysłuchując się wersom poezji. Liza, rzecz jasna, zrozumiała, że oto i on - człowiek, o którym mówił im Girkawy. A Kobziarz w jego dłoniach to właśnie ten Kobziarz, bez którego Z przepadnie z kretesem. Ale co robić? Jeżeli wyrwie z rąk żebraka tę sponiewieraną książkę, Gredis i Weresajew pierwsi wydadzą ją policji.

- Co za wiersze! - Weresajew otarł z policzka łzę i wrzucił do czapki żebraka trochę pieniędzy. - Jak sierocie źle na świecie! Zupełnie, jak tobie i mnie, Sokratuniu: sieroty po Z! Przesiedleńcy! Utopilibyśmy się, ale łaziebni nie toną.

- Jak ci na imię, kochany? - zapytał Sokrates, nachyliwszy się do twarzy żebraka.

- Iwan.

- Od dawna tak czytasz?

- Może z pięć lat albo i więcej - odrzekł żebrak niepewnie.

- A więc nie przesiedleniec - orzekł Weresajew - a wygląda.

- Wszyscyśmy tu przesiedleńcy - zwrócił uwagę żebrak i kontynuował czytanie.

- A po co czytasz?

Ale tamten zupełnie stracił zainteresowanie rozmową. Zapatrzył się w książkę, starannie wymawiając proste, lecz trafiające w sedno słowa.

- Chodźmy, Kola, czas na nas! - Sokrates pociągnął przyjaciela za ramię.

- Idę, idę! - Weresajew włożył do czapki żebraka wszystko, co wygrzebał w kieszeniach. - Dziękuję, kochany!

- Niech Najświętsza Bogurodzica ma was w opiece - odpowiedziałeś cicho, Iwanie Iwanowiczu.

Zastanawiałeś się, czy naprawdę właśnie ci ludzie mają uwolnić cię od tej nielekkiej pracy. A może poczekać na innych? Przypomniałeś sobie tamtą noc w święto Jordanu, kiedy rozmawiałeś z przeręblą na Dnieprze. Przyszedłeś wtedy na brzeg, żeby powiesić się na brzozie. A co? Drzewo ruskie, a z ciebie ruski człowiek, Iwanie Iwanowiczu, chociaż znalazłeś się w niełatwych okolicznościach życiowych. Wtedy jeszcze nie ulotniła się twoja uralska duma. Okazało się, że ona po śmierci wcale nie znika, gnębi stokroć silniej. Nie ma już z czego być dumnym, a ciebie wciąż jeszcze rozpiera! Jesteś wyżej od wszystkich, Wania. I ze wszystkich najmądrzejszy.

I nagle, Iwanie Iwanowiczu, dotarło wreszcie do ciebie, na czym polega rosyjskie narodowe zen. Rosjanina można pognębić, obić, wygnać, zabić, odesłać pocztą pozagrobową do Kijowa. Ale on będzie dumny z każdej z tych rzeczy. Z gównem na sercu i bliznami na ciele, z sińcami na poczciwej ugrofińskiej mordzie. A im więcej gówna i bólu, tym większa będzie jego wiara w rosyjski naród wybrany. Majestat wprost proporcjonalny do upokorzenia, w którym po raz kolejny pogrąża się rosyjska cywilizacja.

Kiedy po raz pierwszy padłeś na kolana i wziąłeś się za Hajdamaków (pierwsi rzucili ci się w oczy), myślałeś, Iwanie Iwanowiczu, o tym, jak bardzo zgrzeszyłeś, tak jak cały twój wielki naród. Ale zadana ci pokuta jest absurdem metafizycznym, poniża nie tylko ciebie, lecz także wszystką świętą Ruś. A to jest nie do zniesienia. Ale w tejże chwili przyszło ci na myśl, że właśnie to jest, kurwa, najpiękniejsze! O bogowie! Jakie wspaniałe! Nawet klęcząc przed ojczulkiem Kijowem, matką grodów ruskich, czułeś, że klęczenie twoje to najwspanialsza z pokut, którą zadano kiedykolwiek na tym łez padole.

Klęska przerodziła się w wielki triumf. Zwycięstwo nie do odzwyciężenia. Pycha prowadząca ku śmierci i wynikająca z niej. Śmierć jako krok naprzód. Pojąłeś, że sens rosyjskiego życia to odrzucenie poczucia miary. Rosyjska dusza nie zna jej wcale. I to jedyna znana jej bariera. Sens polega na ostentacyjnym ignorowaniu granic. Jeżeli literatura, to od razu przepiękna. Jak rewolucja, to najokrutniejsza. Zwłaszcza dla samych Rosjan. I to jest najważniejszy warunek. Wszystkich na kolana! Ale sami też w błocie, na dnie, w zalewającym duszę szambie.

A kiedy Rosjanin zapragnie być szlachetny, od razu możecie się wieszać. Wspaniałe porywy jego duszy nieuchronnie niosą za sobą ofiary. A już na pierwszym ołtarzu, jaki nawinie się pod rękę, umieści właśnie siebie samego. Duszę z siebie wyrwie, by pokazać, co mu w niej gra. Rozmieni się na cytaty i okruchy sławnej przeszłości. A wszystko to tworzy postmodernistyczny model rosyjskiej skruchy. A kiedy vis-a-vis jakiś Ukrainiec, przed którego obliczem odbywał się sakrament ruskiej pokuty, rozklei się i padnie na kolana, by zbratać się na wieki, Rosjanin chwyci kuchenny nóż i poderżnie mu gardło. Ale nie ze złości, ale ze wstydu i żalu do samego siebie. A nóż trafi się, jak na złość, tępy. Zresztą, kiedy noże w Woroneżu i w Saratowie bywały ostre? Ruski będzie podrzynać gardła i myśleć o różnych głupotach. O cenie marchwi, o ostatnim skandalu w Dumie. O tym, że w przyszłym roku warto by pojechać na wczasy do Tajlandii. O oryginalności poezji Afanasija Feta i o Sergiuszu z Radoneża[90]. O Puszkinie nawet zdąży porozmyślać, nim odda się w ręce odpowiednich organów. A w celi będzie opowiadać o głupocie Chachła, który mu zaufał. Ale w najbliższą Wielkanoc wspomni tę niewinną ofiarę i uroni za nią łzę.

Odrzucenie poczucia miary to stary rosyjski sport narodowy. Z reguły towarzyszą mu takie łajdactwa, że wszyscy wegetarianie na świecie chowają się pod stół. Nic potworniejszego od "ruskiego mira" pod słońcem nie wynaleziono. Każdy Rosjanin to geniusz, zatem szlachetność i skrajna podłość u Rosjan znakomicie współgrają ze sobą. Tańczą w korowodzie. Dziś Rosjanin ze łzami w oczach słucha Puchutasa. A jutro wstanie skoro świt i pójdzie palić Kreml. I w uniesieniu powiesi rodzoną matkę, co w zeszłym miesiącu głosowała na partię władzy.

Rosjanin nie zna prawa własności. Wszystko, co jest na świecie: terytoria, wytwory kultury, idee - albo już do niego należą na mocy świętego prawa świętości Ziemi Ruskiej, albo przypadkiem i tymczasowo znalazły się w niepowołanych rękach. Tertium non datur. Wszelkie kultury są wtórne, jedynie Święta Ruś fundamentalna. Wszystko, co było przed nią, tak naprawdę było później. Można więc sięgnąć po cudze i ogłosić je swoim. Choćby Krym, choćby Z, a nawet Sodomę z Gomorą, wpieriod i jakoś to będzie!

Długo miałeś żal do Nibelungów, Iwanie Iwanowiczu, ale czytanie poezji ukoiło twego ducha. Wsłuchałeś się w nią nareszcie i przeniknęła cię. Do tego stopnia, że zapomniałeś samego siebie. Długo miałeś nikłą nadzieję, że będziesz ptakiem. Potem i ona się rozwiała, zostało tylko miasto i wiersze.

Lata minęły od tamtego czasu. Okropny pierwszy rok - ciągnące się w nieskończoność chłodne wieczory. Jakieś trzysta listopadowych dni, które dano ci na okiełznanie duszy. Klęczałeś w wodzie i czytałeś rozmywające się litery układające się w nieznany ci, Iwanie Iwanowiczu, język. Czytałeś tylko dlatego, że każde inne zajęcie przysparzało ci bólu. Czytanie właśnie tej książki, w dodatku na kolanach i w deszczu, było gorzką pokutą i uzdrowieniem.

Drugi rok był okrutny. Niemal codziennie bili cię za czytanie Szewczenki ludzie podobni jak dwie krople wody do ciebie samego. Do tego ciebie, który przyjechał na Ukrainę bronić rosyjskiej cywilizacji. Bili cię tęgo właśnie za Szewczenkę i nie krępowali się za każdym razem tego wyjaśniać. I czasami nie udawało ci się doczołgać do piwnicy, w której mieszkałeś. Zwijałeś się wtedy w kłębek i zastygałeś pod rozgwieżdżonym kijowskim niebem, by usnąć na kilka godzin, a rankiem znów zacząć wszystko od nowa.

Cały trzeci rok paskudnie chorowałeś. Najgorsze, że zdążyłeś już przedtem zakochać się w tym śpiewnym, słowiczym języku. Oraz w poezji Tarasa Hryhorowycza. A tego, rzecz jasna, za nic nie umiałeś sobie wybaczyć.

I wtedy, wycieńczony budzącą się w tobie miłością do Ukrainy, postanowiłeś powiesić się na brzozie. Przyszedłeś nocą nad Dniepr. Zamierzałeś umyć się przed śmiercią, na kolanach zmówić modlitwę, jak Pan Bóg przykazał. Ledwie zacząłeś obmywać twarz, pociągnęło cię w najgłębsze głębiny. Upadłeś w ciemną, lodowatą wodę, bez żadnej nadziei, że jeszcze wypłyniesz. I niespodzianie ujrzałeś światło. Z kimś rozmawiałeś. Ale z kim i o czym? Tego klarownie nie pamiętasz. Chyba przyzywałeś tych, którym było pisane cię oswobodzić. Byli jaśni, natchnieni, czyści, czytali psalmy i śpiewali. A może nie śpiewali? Tak czy owak, ci, co przechodzili tędy przed chwilą, są siwi i pachną fatalnie. Inna sprawa, że od ciebie też nie piątymi chanelami zalatuje. Przesiedleńcy.

"A tak swoją drogą - przypomniałeś sobie nagle i się ożywiłeś - zdaje się, że obiecywali przynieść czekoladę!"

W ostatnich latach życia - a według swojego osobistego czasu przeżyłeś w Kijowie nie mniej niż pięć lat - strasznie polubiłeś czekoladę. A wszystko dlatego, że nie brałeś do ust alkoholu. Nibelungowie nie pozwalali. Wystarczyło, że kupiłeś flaszkę siwuchy, a już zjawiał się któryś z nich i wymachiwał kudłatym zielonym paluchem tuż przed twoją posiniaczoną gębą. A ty od razu rozbijałeś butelkę o bruk, choć wcale tego nie chciałeś. Jak ty nie cierpisz tych Nibelungów!

Twoje noce wypełnione były koszmarami. Nawet za dnia i na jawie widywałeś zabitych przez siebie ludzi. Żeby nie oglądać ich twarzy, nie czuć bólu, musiałeś czytać Kobziarza. Już po pierwszych wersach Hajdamaków rozwiewały się widma z wojennych lat. Nawet Kijów stawał się chimeryczny, rozmyty, cienki jak pergamin. I wtedy wydawało ci się, że tak naprawdę jesteś nie w Kijowie, tylko w Jerozolimie, na Starym Mieście, dwie przecznice od Grobu Pańskiego. Siedzisz w kucki z zamkniętymi oczami między kramami z chałwą a stoiskiem antykwariuszy, wsłuchując się w gwarny tłum.

Czytałeś zatem dwadzieścia cztery godziny na dobę. Można powiedzieć, że została ci w życiu ostatnia radość. A prosiłeś wszak tylko o odrobinę czekolady. Zajączka i kotka. Ale kto wie, może zapomnieli, o ile to w ogóle byli oni.

"Gdzie tam, jasne, że oni! - Iwan Iwanowicz raptem nabrał pewności. - Widziałem ich wtedy w przerębli. Rozmawiałem właśnie z nimi. No cóż, znaczy, że wkrótce wypełni się moje powołanie"

Naczytałeś się już, Iwanie Iwanowiczu, w tym przeklętym mieście Kijowie, w tym przeklętym języku...

Dwóch siwych i podchmielonych facetów oddaliło się i po chwili rozpłynęło w tłumie. Znów otworzyłeś Szewczenkę i zacząłeś czytać, oblewając duszę balsamem przenikliwych czarnych i czerwonych słów. Słysząc huk Magellana w obłokach swoich żył. Ciesząc się z kijowskiego mrozu, który nieśpiesznie skuwał serce lodem, co stanowiło obietnicę szybkiej i lekkiej śmierci. Trzech zuchów wyskoczyło z jeepa, chwyciło cię za ręce i powlekło na skwer. Najpierw, w milczeniu, próbowałeś się bronić. Potem zrozumiałeś, że wszystko na nic, że to właśnie koniec i nic więcej w twoim życiu już się nie zdarzy.

***

Sauna na Padole znacznie różniła się od Piątego Rzymu. Wszystko tu odbywało się zupełnie inaczej. Inaczej padało światło i inaczej ciekła woda. W osobliwy sposób zamieniała się w parę. Inaczej brzmiały tu opadające krople. Jednak po doprowadzeniu do porządku siebie i wysprzątaniu pomieszczenia trójka przesiedleńców dostojnie stanęła przy oknach zwróconych ku nieznanej stronie świata. Lizka obejrzała swoich facetów, odchrząknęła i zaśpiewała:

Audio vocem de mirabili futuro,

Matutinam vocem, rore humidam.

Audio vocem, et pericula ventura

Turbant mentem, sicut puero cuidam.

A Sokrates i Weresajew podjęli krzepkimi głosami:

Mirabile futurum, ne esto mihi durum,

Ne esto mihi durum, ne esto durum.

Origine ex pura ad optimum futurum,

Ad optimum futurum iam nunc egressus sum[91].

Po odśpiewaniu ostatniego refrenu pomilczeli.

Sokrates zwrócił uwagę:

- Lingua latina non penis canis est!

- To nie psi kutas - zgodził się z nim Weresajew. - A może hymn ku pokrzepieniu serc? Szcze ne wmerła. Co ty na to, Sokratesie?

- W domu na Donieckiej wypijemy i zaśpiewamy. Tutaj jakoś niezręcznie. - Rozdrażniony Gredis machnął ręką. - Pomyśl tylko, na co komu nasze wykonanie hymnu? Kto nam tu uwierzy? W Kijowie, powiem ci, zaśpiewać tę balladę to żadna sztuka. I głosy mamy sławne. Ale nie róbmy szopki. Po co prowokować duchy wody i ognia? Przecież nie jesteśmy byle patriotami.

- Jasne, że nie. - Weresajew rozłożył ręce. - Jesteśmy gwardią Świętej Waty.

- O tym właśnie mówię! Kiedy pójdziemy do domu, to usiądziemy przy stole i po cichutku zaśpiewamy. Po naszemu. Od serca. Szcze ne wmerła, Gaudeamus igitur, Kedź my pryjszła karta, Lili Marleen, Hej, sokoły, Tumbałałajka, Tamo daleko, Yesterday, Pyjemo, pyjemo, po dwa, try, po try dnia i inne nasze odwieczne szlagiery narodowe. Nie mogę przy tych błękitno-żółtych kafelkach w pełni zrealizować się jako patriotyczny piosenkarz, rozumiesz? Mdli mnie od nich. Najchętniej bym kogoś zabił. Albo przynajmniej napił się wódki.

- Kafelki w Z są o niebo lepsze? - zapytała Liza Eleonora.

- Nie wtrącaj się do męskich rozmów - poprosił Gredis.

- Świetnie! Sami przyjmujcie klientów, zaraz wracam.

Liza machnęła ręką i wyskoczyła za drzwi. W przedsionku pochuchała na lodowatą szybkę, a na niej od razu wymalował się Nowy Rok i choinka. Nad placem wzniosła się Gwiazda Betlejemska i zakręciła karuzela, którą od dawna należało spalić. Gwiazda mignęła tęczą, popłynęła po mokrym nieboskłonie i zniknęła w oddali. Krowa zamuczała i liznęła czerwoną buźkę Jezuska. Józef zebrał rodzinkę i czem prędzej wywiózł na ferie. Malutki Herod zaczął mordować niemowlęta. Trzej królowie przynieśli prezenty. Nastąpiła nowa era.

"Wszystko się zgadza!" - pomyślała Liza. "Dziś będzie święto!"

Szybkim ruchem rozmazała po szkle ruchome obrazki. Poczuła ukłucie w dłoni. W oczach pojawiły się łzy. Żaden byt nie lubi obracać się w niebyt.

Trzasnęła drzwiami i wybiegła na ulicę, w rozpoczynający się śnieg. Szybko zapadał mrok. Listopad przemienił się w grudzień. Do Bożego Narodzenia pozostawały godziny.

- Czekaj no, wariatko! - krzyknął w okno Sokrates, ale sylwetka dziewczyny rozpłynęła się już w śnieżnej mgle. - Patrz no, a ta dokąd?

- I szukaj wiatru w polu.

Weresajew spoglądał w wąskie zakratowane okno, na którym tańczyły rozbłyski i refleksy odchodzącego czasu. Roiło mu się, że woła go jakiś kobiecy głos, tak czule wymawiając jego imię, że nie miał siły mu się przeciwstawić. Kobiety, która mogłaby go tak zawołać, nie ma na całej zielonej Ukrainie, musiała więc to być śmierć. Kola zrozumiał, że przed wieczorem do reszty straci rozsądek, ruszy w noc za tym głosem i nie będzie już dla niego ratunku. Na imię ma Aurora-Henrietta-Daniela-Ewangelina-Genowefa-Zlata-Irma-Konkordia-Lolitta-Monika-Patrycja-Rimma-Sara-Uliana-Faina-Czesława-Charlotta-Estera-Judyta-Jadwiga czy jakoś tak. Ma wielkie oczy, czerwone usta, nieprawdopodobny temperament, znakomitą intuicję językową. Niemka czy raczej Żydówka. Austriaczka, Węgierka, Rumunka, Francuzka. Błyskotliwa ukraińska poetka. Polonistka, łebska dziewczyna z Wrocławia. Barmanka z Koszyc. Wdowa z Przemyśla. Chudziutka aktorka z Brna. Samotne życie i śmierć, początek i koniec wszystkich dążeń. Serce ma złote, a dłonie pachnące benzyną. Kto jak nie ta dziewczyna może zdecydować, kiedy mężczyzna winien wstąpić na drogę ku Obłokowi Magellana.

Wargi Nikołaja drżały. Uśmiechał się, bo nie chciał kusić losu łzami. Myślał o tym, że jego serce pełne jest miłości jak świeca ognia. Już nigdy nie będzie musiał oddzielać kobiety od miłości. Przeszłości od przyszłości. Życia od śmierci. Domu od Ukrainy.

Sokrates drżącymi rękoma wyjął z szuflady biurka niewielką butelkę i przystawił ją do ust.

- Tylko nie mówi Lizce! - poprosił, odczuwając nagle niebywałą radość z łyku zwykłej wódki. - To się nazywa święto! - Uśmiechał się pełną gębą - Co za święto, a niech to! Czuje moje serce, że klientów dziś nie będzie.

- A to dlaczego?

- Już czas, byśmy ruszali dalej. Tylko co z Lizą?! - Zamyślił się głęboko. - A z drugiej strony, co tam Liza. Sama sobie sterem. Zresztą - uśmiechnął się - ta dziewczyna na sto procent ze wszystkim sobie poradzi. Nawet bez nas dwóch. Więc ja to widzę tak. Dopijam, a potem bierzemy się za ręce i idziemy na plac Świętej Zofii. Ale w pierwszej kolejności, Nikołaju, musimy zdobyć benzynę!

- Co ty mi tu, profesorku?! - Kola się zdziwił. - Co się dzieje, Gredis?

- Zdaje się - Sokrates uśmiechnął się blado - że nastał czas cykuty!

- A jak my będziemy ją pić?

- Wypijemy jak należy! - odparł filozof, pociągnął z butelki i błogo się uśmiechnął - Będzie, co ma być.

Liza tymczasem ze ściśniętym sercem wróciła do cerkwi Wniebowzięcia. Żebrak, rzecz jasna, zniknął. Chłodne, wilgotne powietrze, brudnawy śnieżek, śpieszący dokądś ludzie - tego wszystkiego było pod dostatkiem, ale po szaleńcu z Kobziarzem ani śladu. Bardziej z rozpaczy niż w nadziei na odszukanie go Liza zaczęła rozpytywać o niego ludzi odpoczywających na pobliskim skwerku.

- Ulokował się na ławce pod pomnikiem Skoworody - tłumaczyła jej chytrze uśmiechnięta dama w okularach, która jeszcze niedawno czytała Wojnę i pokój w kawiarni na deptaku. - Jacyś chłopcy odciągnęli go na bok. Może chcieli poczęstować kwasem chlebowym? Tutaj wszyscy go częstują.

- Kwasem chlebowym?! - zdziwiła się Liza.

- Też byłam zaskoczona. - Dama rozłożyła ręce. - Po co komu kwas w grudniu? Ale wódki nigdy nie pił. W każdym razie, jak czytał Szewczenkę na placu.

Serce Lizy biło jak oszalałe. Nie poszła, pobiegła w stronę pomnika filozofa. Hryhorij Skoworoda[92] spojrzał na nią niewesoło i rzekł:

- Człowiek wszak, początek i kres wszechrzeczy, wszelkiej myśli i filozofowania, nie jest żadną miarą człowiekiem fizycznym i w ogólności empirycznym, jeno człowiekiem wewnętrznym, wiecznym, nieśmiertelnym i błogosławionym, przeto wielkich nadziei w poszukiwaniach swych nie miej.

I wtedy zrozumiała, że czytający Kobziarza nie żyje. Podeszła bliżej i zobaczyła ciało żebraka. Długo nie mogła oderwać oczu od uśmiechu, który zastygł na jego znużonej twarzy.

- Bądź pozdrowiony, patrzący na Kobziarza - powiedziała. - Niechaj jasna czeka cię droga i los łaskawy!

- I ty nie kaszlaj!

- A ciebie jak zabili?

- Słoniną w serce.

- Świński wąż?

- We własnej osobie.

- Okropność!

- Głupstwo, nie przeżywaj.

Liza rozpłakała się i chciała odejść. Ale w tejże chwili dostrzegła leżący pod ławką tom Kobziarza. Nie lada fart! Zabójcy żebraka bądź przeoczyli książkę, bądź też nie pojęli jej kulturowej i metafizycznej wartości.

- Chwała ci, Panie nasz! - wyszeptała, chwyciła tom wierszy, wsunęła za pazuchę i pobiegła, ile sił w nogach.

- Człowieka zabili! - Za jej plecami rozległ się czyjś histeryczny wrzask. - Zabili! To ta chuda diablica! Łapać ją!

- Morderczyni! Wszystko widziałam! - Podchwyciła krzyk miłośniczka Lwa Tołstoja - Nożykiem dźgnęła! Nożykiem w serce! Policja! Wezwać policję! Co to się wyprawia, obywatele, gdzie Poroszenko ma oczy?!

- Gonić szmatę! - podchwycił różnojęzyczny chór, w którym mowy ukraińska i rosyjska splotły się w zadziwiającej harmonii.

Za Lizą ruszyła gwarna kijowska pogoń.

"Nie wolno mi się zatrzymać!" - myślała, choć najbardziej chciałaby runąć na śnieg zmieszany z wodą, spojrzeć w niebo oszalałymi ze strachu oczami i krzyczeć. I przyjąć swój los, jaki by był. Ale Liza nie miała prawa. Zbyt wiele zależało teraz wyłącznie od niej.

"Co robić? Do sauny nie dobiegnę. A nawet jak zdążę, co dalej? - przemknęło jej przez myśl - Gredis i Weresajew nic nie pamiętają, a jak już coś sobie przypomną, to lepiej, by zapomnieli. Jeżeli nas nie stratują, to wydadzą policji. A tam pracuje cała masa świńskich łbów. Ogłoszą nas agentami Kremla. Prawda prędzej czy później wyjdzie na jaw, ale misja zakończy się klęską. Sokrates i Weresajew zgłupieją do reszty, a mnie przyjdzie iść do klasztoru albo do biura prasowego jakiegoś kutafona oligarchy..."

W jej głowie kłębiły się myśli. Biło serduszko. Za plecami wesołe, dziarskie nawoływania, przekleństwa i wykrzykniki. Kijowska czerń podjudzona przez świńskiego węża pędziła za dziewczyną, czując w członkach wigor, którego źródłem była zarówno zimna pogoda i tania wódka, jak i zbliżanie się wielkiego święta religijnego.

Pradawny chujowy wąż skłonił nad Padołem pomarszczoną łysą głowę, potrząsając nią na prawo i na lewo, spozierając brązowymi oczami na zagubioną figurkę, która uparcie nie chciała pogodzić się z porażką. Zresztą, dokonało się już. Stary szachista wszystko precyzyjnie obliczył i wiedział już, co nastąpi dalej. Dokładnie za minutę Lizkę potrąci karetka pogotowia, która potem odwiezie ją do szpitala, utknie w korku i dziewczyna nie dożyje do rana. A wąż nadal będzie panować nad Kijowem. Chłeptać krew ukraińską, opierdalać się całymi dniami, wypisywać świństwa na klatkach schodowych, brać łapówki, sikać na deskę, robić z gęby cholewę, ufać Rosji, słuchać więziennego szansonu, uprawiać przemoc domową, nienawidzić ruskich, szczerze wierzyć w faszyzm, obrażać LGBT, czytać doniesienia agencji TASS, spekulować problemem dwujęzyczności i oglądać pornografię dziecięcą. Krótko mówiąc - długo i szczęśliwie władać bajecznymi wzgórzami nad Dnieprem.

- Pszszszepyszszsznie - zasyczał ojczulek wąż, a poryw wiatru zerwał dach jednego z gmachów Uniwersytetu Mychajła Drahomanowa. - Wyśśśmienicie, a teraz czasss na małą drzemkę!

Zwinął się w kłębek, pierdnął i usnął.

Liza poczuła tymczasem, że to już koniec i ze strachu zaczęła zasypiać w biegu. Nogi odmawiały jej posłuszeństwa. Serce lada chwila mogło się zatrzymać, a płuca eksplodować. W głowie tak jej szumiało, że można by napisać symfonię. Kijowski Padół runął na nią i zapadł jej w duszę. I zrobiło jej się wszystko jedno - dogonią czy nie dogonią.

- Wskakuj na koń, dziewko! - rozległ się naraz gdzieś ponad nią donośny głos. - W pojedynkę nie ujdziesz pogoni!

Liza aż przysiadła ze zdziwienia.

- Daj rękę! Nie bój się! Świńska hołota cię tu nie sięgnie. Nie z takimi ongiś pod Moskwą tańcowaliśmy!

Liza Eleonora uniosła głowę i zobaczyła, że mówi z nią nie kto inny, jak Piotr Konaszewicz-Sahajdaczny, prawosławny szlachcic herbu Pobóg z ziemi przemyskiej, hetman wojska zaporoskiego, ataman koszowy Siczy Zaporoskiej, dzieło rzeźbiarza Szwecowa, architektów Żarikowa i Kucharenki[93]. Ufnie uśmiechnęła się doń Liza i wyciągnęła ręce. Po chwili wspięła się na konia i na jej spotkanie ruszyło wysokie niebo. Ulecieli z hetmanem pod same niebiosa. I rozciągał się teraz przed nią plac Kontraktowy, piękny, choć brudny Padół, a także cały Kijów - ogromny i zadziwiający.

Polecieli hen wysoko nad Ukrainą. I spłynęły w usta Lizy gwiezdne pierogi, które zakąszała księżycową śmietaną. W rondelku Wielkiej Niedźwiedzicy pływał niebieski kotek w żółtej łódce, trawkę sobie palił, Lizkę weselił i wyśpiewywał piosenki w galicyjskim dialekcie. Szewczenko w niemieckim garniturze i włoskim słomkowym kapeluszu kłaniał się Jelizawiecie od samego Obłoku Magellana. Pulchny, maślany Gogol przechylał za jej zdrowie zaśniedziały, srebrny kielich wódki, który zagryzał wstydliwie słonym rydzykiem i plackiem z kapustą.

Wylądowali na starym chutorze nieopodal Kulczyc pod samym Samborem. Hetmanowi się śpieszyło, wiódł Lizę do niskiej, ale przestrzennej chaty. I ujrzała ona zgromadzenie mężów tyleż mężnych, co wspaniałych. I kobiet. A byli tu Iwan Borecki i Aleksandr Wertyński, Andrzej Szeptycki i Symon Petlura, Taras Szewczenko i Paul Celan, Włodzimierz Wielki i Łesia Ukrainka, Ilia Riepin i Ołeh Łyszeha. Widziany już dzisiaj Hryhorij Skoworoda pozdrowił ją dłonią, Nikołaj Gogol, król Daniel Halicki (bez konia), dzieło rzeźbiarzy Jarycza i Romanowycza oraz architekta Czuryłyka, i Bohdan Stupka w roli Oresta Dzwonara przy osobnym stoliku grali w durnia i pili wódkę. Serhij Nihojan słuchał komentarzy Piotra Mohyły do Ewangelii św. Łukasza. Jedli tu, pili, śmiali się, sprzeczali, śpiewali pieśni, czytali wiersze: Jarosław Mądry, Iwan Sirko, Iwan Kożedub, Jewhen Konowalec, Ołeksandr Dowżenko, Nestor Machno, Sołomija Kruszelnycka i Wasyl Stus, Maria Prymaczenko i Mychajło Hruszewski, Bohdan Chmielnicki, Iwan Kotlarewski, Pyłyp Orłyk, Mychajło Kociubynski, Iwan Mazepa, Światosław I i Paweł I Romanow, Łeś Kurbas i Ołeś Honczar, Anna Jarosławówna i Golda Meir, Roksolana Hürrem Sultan i Anatolij Sołowjanenko, Władimir Dal i Mychajło Werbycki[94], William Szekspir i Albert Einstein - wszyscy pijani i szczęśliwi.

Chyba z tysiąc gości zebrało się w tej niziutkiej wiejskiej chacie. Niektórzy z racji urodzenia, inni z racji śmierci. Jednych przywiodła tu krew, a innych los. Niektórzy wpadli, bo najzwyczajniej w świecie lubili wypić.

- Panie i panowie, proszę o uwagę! - Dowżenko klasnął w dłonie, wychodząc na środek. - Jako reżyser tego święta uważam noc wigilijną za otwartą!

Rozległy się ogłuszające oklaski. Niewidzialny chór odśpiewał Mnohaja lita[95] tak donośnie, że Lizce o mało mózg nie wyciekł przez uszy.

- Wytrzymaj! I nikomu nie patrz w oczy - poradził nachylony do jej ucha hetman. - I cokolwiek mówią, odpowiadaj: dobre, pane! Ani słowa więcej. Jasne?

- Dobre, pane hetmane! - odparła oszołomiona Lizka. - A o czym mówi ten człowiek? To naprawdę wigilia? Czyżby minął już cały miesiąc, odkąd wylecieliśmy z Kijowa?

- Czyżbyś miała coś przeciwko?

- Ależ skąd! - Jelizawieta się zmieszała. - Tylko mam pewną sprawę w Kijowie. A załatwić ją trzeba właśnie tej nocy.

- Jakaż to sprawa? - Pan hetman Konaszewicz podkręcił wąsa i puścił oczko do Mazepy. - Czyżbyś chciała spalić karuzelę, co na placu św. Zofiji wiruje?

- A skąd pan wie? - zdziwiła się.

- Tajemnica poliszynela! My wszyscy tu zebrani tegoż samego pragniem, bądź pewna!

- Ale jak ja zdążę tam się dostać, skoro noc już nastała? Po za tym muszę odnaleźć słonia w wyszywanej koszuli! Zwie się Ganeśa.

- Nie gorączkuj się! - rzekł Sahajdaczny - Czas upłynął i śpieszyć nie ma potrzeby. Pij, jedz, popuszczaj pasa. I nie lękaj się. Dorosła z ciebie dziewka i zaradna. Znajdziem ci słonia. Powiem ci zresztą w konfidencji: słonie szczęścia nie dają.

- Nawiasem mówiąc - Mazepa skinął jej głową - Ukraina zawsze sławiła się słoniami i piłką nożną.

- Ukraina od wieków - wtrącił się Stepan Bandera[96]- sławiła się słoniami i agronomami.

- Oni żartują, ruska dziewczyno - powiedział czule nieznany żołnierz. Nosił na ramieniu naszywkę ze złotym lwem stojącym na tylnych łapach i trzema złotymi koronami płynącymi po błękitnej tarczy[97]. - Nie zwracaj uwagi.

- Tak w ogóle - prychnęła Liza, niepomna rady Sahajdacznego, wstając od stołu - to jestem Ukrainką. Mogę zaczekać na zewnątrz. Pan hetman obiecał mi pomóc. Tylko dlatego tu jestem. Panie Sahajdaczny, po co mnie pan tu przywiózł? Żeby się naigrywać?

Wszystko wokół umilkło.

- No i masz. - Słowa Lizy dotknęły hetmana do żywego. - Żyć nieboszczykom nie daje. Całe święto zepsowała! - Rzucił na stół serwetkę. - Nie mogłaś oszczędzić nam pytań? Posiedzielibyśmy sobie, pojedli, popili, pośpiewali. A tak cała noc wniwecz obrócona! Ten jeden raz w roku zbieramy się jak ludzie, ale kobita musiała ukatrupić całą radość!

- Wyszło nieładnie. - Golda Meir pokręciła głową. - A ty, dziewczynko, nie jesteś żadna Ukrainka, tylko Żydówka, typowa Żydobanderówka. I dlatego jesteś tu z nami. Ja zresztą też tylko dlatego tu siedzę.

- A niby dlaczego Żydobanderówka? - Liza uniosła brwi.

- A dlatego - rzekł Bohdan Chmielnicki, pokraśniał i zaśmiał się nerwowo[98].

Gdzieś w pobliżu zarechotały przeciągle niewidzialne dzieci. Zagrała toccata i fuga d-moll na organy. Do dziewczyny podszedł rabin Nachman z Bracławia[99], uśmiechnął się i wręczył jej miniaturowego słonia w wyszywanej koszuli, z tryzubem na sercu i gwiazdą Dawida na czole.

- Przyjmij tę świętą zabawkę, dziecinko, i niczego się nie lękaj.

- I co, czy ten słonik i stara książka powstrzymają wojnę? - Liza zapłakała niespodziewanie dla samej siebie. - Jestem już dorosła, wiem, że głupi ten, kto w bajki wierzy. Ale ja, rebe, nie mam już w co wierzyć.

- Lepiej być głupcem - odparł starzec, cichutko znikając - ufnym we wszystko na świecie, aniżeli szlemielem[100], co w nic a nic nie wierzy.

Gdy tylko rozpłynął się w blasku świec, goście naraz przemówili. Sahajdaczny pogłaskał ją po głowie i zniknął. Chata utonęła we mgle. Gwiazdy, głębokie jak talerze do zupy, zawisły przed oczami. Melancholijny kotek ziewnął, zlazł z rondelka Wielkiej Niedźwiedzicy, wdrapał się na kolana Lizy i zamruczał:

- Śpisz. I wszystko toczy się swoją koleją. Ale dosłownie za minutę twój sen się skończy. Znajdziesz się w karetce pogotowia ratunkowego stojącej w korku akurat naprzeciw przeklętej karuzeli na placu św. Zofii.

- A co ja robię w karetce? - zmartwiła się Liza.

- Jak to co? - zdziwił się kotek i słodko wyprężył grzbiet. - Umierasz, oczywiście. Lecz umrzeć teraz w żadnym razie nie możesz. Zbudzisz się więc, wyjdziesz z samochodu i od razu spotkasz na placu pod karuzelą swych obłąkanych przyjaciół z dwoma kanistrami. Oto zapalniczka zippo z 1933 roku, Lizo. Bądź odważna, rób, co do ciebie należy.

Kiedy jej dłoń dotknęła chłodnej stali zapalniczki, Jelizawieta odczuła ostry ból brzucha. Otworzyła oczy. Powstrzymując jęk, rozejrzała się wokół. Karetka rzeczywiście tkwiła jak zakleszczona między samochodami. Kierowca i lekarz palili przy przedniej masce, sanitariuszka usnęła na składanym fotelu. Jelizawieta wyciągnęła z żyły igłę kroplówki, ścisnęła w pięści zapalniczkę i wysiadła. Od razu zgubiła się w tłumie. Przy samej karuzeli, którą dopiero co zamontowano, rzeczywiście zobaczyła Sokratesa z Weresajewem. Postarzeli się o dwadzieścia lat w czasie tych godzin rozłąki. I było jasne aż do bólu, że nie przeżyją tej nocy.

- No jak? - zapytała. - Będziemy się kręcić aż do świtu?

- Słonia masz? - zapytał Sokrates.

- Z gwiazdą Dawida na czole. - Wzruszyła ramionami.

- Dobre i to! - Weresajew chwycił kanister i wspiął się na karuzelę. - A czemuś taka zakrwawiona?

- Nieprawidłowo przeszłam przez ulicę. To co, poigramy z ogniem?

- A jakże! - Sokrates skinął głową. - Schodzili się na igrzyska, na pląsy i na wszelkie pieśni biesowskie i tu porywali żony sobie[31*]. Może pora roku trochę nieodpowiednia, ale Kijów nigdy nie był za pan brat z czasem.

- A wy dokąd?! - zabrzmiały okrzyki z różnych stron. - Karuzela nie działa.

- Żaden problem - powiedział Sokrates. - Zaraz zadziała.

- Milicja, wezwać milicję!

Ze wszech stron do karuzeli zaczęły przeciskać się przez spacerujący tłum twarze skażone nienawiścią. Bez trudu można było rozpoznać ich właścicieli: znanych działaczy społecznych, prokuratorów, parlamentarzystów, sędziów, właścicieli gazet, samochodów, parowców, mężów stanu, ojców narodu, przedstawicieli zantagonizowanych partii politycznych. Jeszcze nigdy taka publika nie zebrała się w jednym miejscu, ale teraz nie mogło się to nie zdarzyć. Każdy z osobna i wszyscy razem bali się przeraźliwie, że ta dziecięca karuzela obróci się w popiół. Wąż, którego czas upłynął, szaleńczo chciał żyć, ale życia dlań już tu nie było.

Sokrates i Nikołaj oblewali benzyną szczury, niedźwiedzie, wilki, hipopotamy, bobry, strusie, zające, barany i małpy. Drewniana menażeria chwytała ich za ręce i nogi, żywe ciało rozrywała na strzępy. Gredis i Weresajew krzyczeli ze strachu i bólu, ale lali benzynę, dopóki w kanistrach pozostawała choćby jedna kropla. A potem rozległ się wystrzał. I jeszcze jeden, i kolejny. Liza poczuła uderzenie w piersiach. Upadła na kolana, przycisnęła dłoń do brzucha, zobaczyła krew. W kałużach benzyny usnęli Gredis i Weresajew. Liza została sama.

- Jaka szkoda, że nie mam pantalonów i długiej sukni w maki! - Liza Eleonora uśmiechnęła się i kliknęła zapalniczką.

Karuzela stanęła w płomieniach.

?

PRZYPISY

[1] Szubin lub Dobry Szubin - postać z górniczego folkloru na Donbasie, górniczy duch, opiekun pracowników kopalni.
[2] Cytat ze znanej pieśni Święta wojna (ros. Swiaszczennaja wojna), do której tekst napisał Wsilij Lebiediew-Kumacz w 1941 r. po ataku Niemiec na ZSRR, zaś muzykę skomponował Aleksandr Aleksandrow, autor muzyki do hymnu ZSRR oraz założyciel Chóru Aleksandrowa. Ten utwór stał się swoistym hymnem wielkiej wojny ojczyźnianej.
[3] Cytat z popularnej Katiuszy (1938) napisanej przez kompozytora Matwieja Błantera i poetę Michaiła Isakowskiego, która była jedną z ulubionych piosenek Armii Czerwonej podczas II wojny światowej.
[4] Walc Fale Amuru (ros. Amurskije wołny) skomponował Maks Kiuss w 1909 r. we Władywostoku. W 1944 r. Serafim Popow napisał do niego tekst. Piosenka stała się symbolem wschodnich terenów ZSRR.
[5] Smuglanka (1940) - piosenka napisana przez poetę Jakowa Szwedowa i kompozytora Anatolija Nowikowa jako część suity poświęconej działaczowi rewolucyjnemu i dowódcy Grigorijowi Kotowskiemu.
[6] Ciemna noc (ros. Tiomnaja nocz, 1943) - jedna z najbardziej znanych piosenek powstałych w czasie II wojny światowej, napisana przez kompozytora Nikitę Bogosłowskiego i poetę Władimira Agatowa dla filmu Dwaj żołnierze (ros. Dwa bojca) w reżyserii Leonida Łukowa.
[7] Dzień zwycięstwa (ros. Dien' pobiedy, 1975) - znana radziecka piosenka napisana przez poetę Władimira Charitonowa i kompozytora Dawida Tuchmanowa z okazji obchodów 30-lecia zwycięstwa ZSRR w Wielkiej Wojnie Ojczyźnianej.
[8] Stonka (żuk z Kolorado) lub żuk św. Jerzego (ros. kołoradskij żuk, gieorgijewskij żuk) - nawiązanie do pejoratywnego określenia kołorady, które powstało na bazie nazwy "kołoradskij żuk" (pol. stonka ziemniaczana). Koloradami nazywa się na Ukrainie osoby, które dla podkreślenia prorosyjskich poglądów noszą wstążkę św. Jerzego symbolizującą zwycięstwo ZSRR nad nazistowskimi Niemcami. Czarno-pomarańczowe paski wstążki przypominają ubarwienie pancerza stonki ziemniaczanej. Od 2005 r. obchodom Dnia Zwycięstwa w Rosji towarzyszyły akcje noszenia i umieszczania w widocznym miejscu replik wstęgi św. Jerzego. Po wydarzeniach 2014 r. wstążka w świadomości wielu Rosjan symbolizuje powrót do mocarstwowych wzorców, a na Ukrainie - podobnie jak w Gruzji - odbierana jest jako symbol rosyjskiej agresji.
[9] "Ruski mir" (ros. russkij mir) - historyczna koncepcja mówiąca o odrębności i posłannictwie rosyjskiej cywilizacji, jeden z filarów rosyjskiej tożsamości mocarstwowo-imperialnej. Wariant rosyjskiego panslawizmu, w myśl którego Moskwa powinna stanowić centrum integracji świata wschodniosłowiańskiego. W wersji euroazjatyckiej nie ogranicza się jednak do narodów słowiańskich - za decydujący wyznacznik uważa się areał dominacji języka rosyjskiego i kultury rosyjskiej. Idea "ruskiego mira" stała się narzędziem propagandy podczas aneksji Krymu i działań wojennych na Donbasie, a także jedną z kluczowych doktryn geopolitycznych w Rosji po 2014 roku.
[10] Nawiązanie do pierwszego wersu hymnu Ukrainy (słowa - Pawło Czubyński, muzyka - Mychajło Werbycki): "Nie umarła jeszcze Ukrainy ani chwała, ani wolność...".
[11] Buriaci - lud z grupy mongolskiej zamieszkujący tereny wokół Bajkału, w większości w Buriacji, jednej z republik Federacji Rosyjskiej. Buriaccy żołnierze wchodzili w skład regularnych jednostek sił zbrojnych FR, które bez oznaczeń wojskowych walczyły na wschodniej Ukrainie. Największy rozgłos zyskała sprawa 5. Brygady Pancernej z Ułan Ude (stolicy Buriacji) biorącej udział w walkach pod Debalcewem.
[12] Ecych - rodzaj kary, a także zakład karny na wymyślonej planecie Pluk, gdzie odbywa się akcja filmu Kin-dza-dza!. Satyryczna antyutopia wyreżyserowana w 1986 r. przez Gieorgija Daneliję to dzieło kultowe - cytaty z tego filmu weszły na stałe do języka rosyjskiego.
[13] ITAR-TASS - centralna agencja prasowa Federacji Rosyjskiej. W latach 1992-2014 stosowano nazwę ITAR-TASS (Informacyjna Agencja Telegraficzna Rosji - Agencja Telegraficzna Suwerennych Państw, ros. Informacionnoje Telegrafnoje Agientstwo Rossii - Tielegrafnoje Agientstwo Suwieriennych Stran), w 2014 r. powrócono do nazwy funkcjonującej w Związku Radzieckim - TASS (Agencja Telegraficzna Związku Radzieckiego, ros. Tielegrafnoje Agientstwo Sowietskogo Sojuza).Isztar (akad.), sum. Inanna - bogini-matka w religii Mezopotamii kojarzona z miłością, pięknem, pożądaniem, płodnością, sprawiedliwością, władzą polityczną i wojną. Pierwotnie w tradycji sumeryjskiej była czczona jako bogini płodności, ewoluowała jednak w bardziej złożoną postać funkcjonującą w mitach o śmierci i katastrofie, boginię o sprzecznych konotacjach i siłach. Akadyjska Isztar - m.in. symbol Wenus i cielesnej miłości, patronka prostytucji - była czasami przedstawiana jako prostytutka nazywana "ta, która wszystko przyjmuje".
[14] Ładunek dwieście (ros. gruz 200) - określenie, które w rosyjskiej armii oznacza cynkową trumnę z ciałem poległego żołnierza lub innej osoby. Termin zaczął być stosowany podczas wojny w Afganistanie. Obecnie jest także używany jako eufemizm zwłok zabitych żołnierzy.
[15] Ukrop, ukropski (tu i dalej w tekście) - nawiązanie do rosyjskiego neologizmu i internetowego memu ukrop (pol. koper), który pierwotnie funkcjonował jako obraźliwe określenie ukraińskich zwolenników Euromajdanu, porewolucyjnej władzy i proeuropejskiej orientacji kraju. Separatyści na wschodniej Ukrainie nazywali tak ukraińskich żołnierzy. Jednak z czasem na Ukrainie nazwa straciła swój pejoratywny wydźwięk, zaczęto ją traktować jako skrót od słów "ukraiński patriota".
[16] Czekolada lub ogólnie słodycze (tutaj i dalej) to aluzja do Petra Poroszenki, prezydenta Ukrainy w latach 2014-2019. Jest on właścicielem przedsiębiorstwa Roshen, największego producenta wyrobów cukierniczych na Ukrainie.
[17] Nawiązanie do pierwszego wersu ballady Tarasa Szewczenki Urzeczona (ukr. Pryczynna, 1837). Pierwsze trzy strofy utworu stały się tekstem popularnej pieśni pt. Ryczy i jęczy Dniepr szeroki (ukr. Rewe ta stohne Dnipr szyrokyj).
[18] Slogan radzieckiej propagandy, towarzyszący wdrażaniu Narodowego Planu Elektryfikacji Rosji opracowanego na polecenie i pod kierownictwem Włodzimierza Iljicza Lenina. Jednocześnie element kreowania mitu Lenina jako twórcy nowego przemysłowego świata. Z czasem stał się popularnym żartem. Nazwano tak zwykłą żarówkę bez klosza wiszącą na samym przewodzie elektrycznym.
[19] Pseudonim, pod którym miał działać w zorganizowanej grupie przestępczej Siergiej Aksionow (ur. 1972). Ukraiński prorosyjski polityk, po aneksji Krymu przez Rosję - samozwańczy premier rządu w okupowanej Autonomicznej Republice Krymu.
[20] Temnik - wysoki dostojnik tatarski, dowódca tumenu liczącego 10 tys. żołnierzy.
[21] Święto wiosny (ros. Wiesna swiaszczennaja) - znany balet Igora Strawińskiego pokazujący sceny z życia pogańskiej Rusi. Poszczególne obrazy łączy temat wiosennych obrzędów dawnych Słowian oraz motyw napięcia między życiem a śmiercią.
[22] Słowa "Dwa Rzymy upadły, trzeci trwa, a czwartego już nie będzie" pochodzą z posłań mnicha Filoteusza z Pskowa z 1523-24 r. Formuła uchodzi za najbardziej wpływową wersję teorii "Moskwy - Trzeciego Rzymu", głoszącej, że pierwszy Rzym upadł na skutek herezji, drugi Rzym - Konstantynopol - na skutek zdrady prawdziwej wiary, trzecim Rzymem jest Moskwa, a czwartego już nie będzie. Teoria pojawiła się w okresie wzrostu znaczenia Księstwa Moskiewskiego i stanowiła ideową podstawę mesjanistycznych wyobrażeń o znaczeniu Rosji.
[23] Dmytro Czerniawski (1992-2014) - ukraiński aktywista z Doniecka, który zginął od ciosu nożem. Do zdarzenia doszło 13 marca 2014 r., gdy prorosyjsko nastawieni demonstranci zaatakowali wiec zwolenników integralności terytorialnej Ukrainy.
[24] Stepan Bandera (1909-1959) - ukraiński działacz polityczny, jeden z czołowych ideologów i teoretyków ukraińskiego ruchu nacjonalistycznego w XX wieku. Wzmianka o zawodzie agronoma jest związana z tym, że od 1928 r. Bandera studiował na Wydziale Rolniczo-Lasowym Politechniki Lwowskiej. Ukończył osiem semestrów studiów i uzyskał absolutorium, nie obronił jednak pracy dyplomowej. Od początku protestów na kijowskim Majdanie rosyjska propaganda posługiwała się straszakiem "banderowców". Nawiązywano do utrwalonego w czasach Związku Radzieckiego stereotypu "banderowca" jako krwawego nacjonalisty i poplecznika faszystów.
[25] Prawy Sektor - początkowo niesformalizowana koalicja różnych nacjonalistycznych ugrupowań. Jako zorganizowana grupa powstał w czasie Euromajdanu, tworząc jego radykalne skrzydło. Zdobył rozgłos, uczestnicząc w szturmie urzędów państwowych, a przede wszystkim w starciach z siłami specjalnymi milicji. Kremlowska propaganda oraz media niechętne Euromajdanowi pokazywały Prawy Sektor jako kluczową siłę polityczną Rewolucji Godności, przestrzegając przed faszyzacją Ukrainy. W marcu 2014 r. została założona partia pod tą nazwą. W wyborach parlamentarnych w październiku 2014 r. lider Prawego Sektora, Dmytro Jarosz, został deputowanym Rady Najwyższej, jednak sama partia nie zdołała przekroczyć wymaganego progu wyborczego. Jednocześnie członkowie Prawego Sektora weszli w skład tzw. batalionów ochotniczych, które stały się filarem obrony kraju wobec kolapsu armii ukraińskiej na początku wojny we wschodniej Ukrainie.
[26] Królik lub Królik Senia - przezwisko Arsenija Jaceniuka (ur. 1974, Czerniowce), ukraińskiego polityka, jednego z liderów Euromajdanu, który został premierem Ukrainy w lutym 2014 r., kilka dni po odsunięciu od władzy Wiktora Janukowycza.
[27] Surżyk - socjolekt powstały na Ukrainie na styku języka ukraińskiego i rosyjskiego. Pod względem struktury jest to mieszanina, w której składnia i artykulacja pozostają zazwyczaj ukraińskie, natomiast leksyka jest przeważnie rosyjska. Rozpatrywany jako zjawisko lingwistyczno-socjologiczne wzbudza na Ukrainie gorące dyskusje. Patriotycznie nastawiona inteligencja ukraińska widzi w nim efekt przemocy rusyfikacji. Jednocześnie ukraińscy literaci obficie korzystają z jego potencjału stylistycznego.
[28] Kozak Mamaj - jeden z symboli ukraińskiej tradycji etnicznej. Postać biwakującego chwackiego Kozaka z typowymi rekwizytami: koniem, szablą, bandurą i fajką była częstym motywem obrazków ludowych.
[29] Wata lub watnicy - wyrazy pochodzą od rosyjskiego wyrazu watnik (pol. waciak) i od kilku lat funkcjonują w Rosji i na Ukrainie jako pejoratywne określenia bezkrytycznych zwolenników reżimu Putina wierzących w każde słowo kremlowskiej propagandy.
[30] Protojerej - w Kościele prawosławnym przełożony kleru katedralnego lub proboszcz większej parafii.
[31] por. przypis 17 (s. 44).
[32] Cerkiew Dziesięcinna (ukr. Cerkwa Rizdwa Bohorodyci Desiatynna) - niezachowana do naszych czasów cerkiew prawosławna w Kijowie. Była to pierwsza kamienna świątynia chrześcijańska na terenie Rusi zbudowana za panowania Włodzimierza Wielkiego.
[33] Szczekawica - nazwa wzgórza w północnej części Kijowa, a jednocześnie średniowiecznej dzielnicy miasta. Nazwa pochodzi od imienia legendarnego założyciela Kijowa - Szczeka.
[34] Chreszczatyk - główny bulwar Kijowa; ulica przecina główny plac miasta: plac Niepodległości nazywany Majdanem.
[35] Serhij Żadan (ur. 1974) - ukraiński poeta, prozaik, aktywista społeczny, publicysta. Jeden z najpopularniejszych pisarzy zarówno w kraju, jak i za granicą. W 2015 r. ukazał się jego tom poetycki Żyttja Mariji (pol. Życie Marii) zawierający wiersze o wojnie na Donbasie.
[36] Nawiązanie do skrzydlatych słów o rodowodzie literackim, które stały się kluczowymi pytaniami rosyjskiej kultury. Formuła składa się z tytułów dwóch znanych powieści XIX w.: Kto winien? (ros. Kto winowat?, 1846) Aleksandra Hercena i Co robić? (ros. Czto dielat', 1863) Nikołaja Czernyszewskiego.
[37] Kokosznik - jeden z symboli rosyjskiej tradycji etnicznej; kobiece nakrycie głowy w formie wysokiego diademu lub usztywnionego czepca noszone w dawnej Rosji.
[38] Biała gwardia (ros. Biełaja gwardija, 1922-1924) - powieść Michaiła Bułhakowa, której akcja rozgrywa się w Kijowie w grudniu 1918 r.Siedemnaście mgnień wiosny (ros. Siemnadcat' mgnowienij wiesny, 1973) - kultowy radziecki serial telewizyjny wyreżyserowany przez Tatianę Lioznową na podstawie powieści Juliana Siemionowa o tym samym tytule.
[39] Taganka - popularna piosenka więzienna, której nazwa pochodzi od więzienia na Tagance w Moskwie.
[40] Igor Striełkow - pseudonim Igora Girkina (ur. 1970, Moskwa), pułkownika rezerwy Specnazu GRU, rosyjskiego najemnika i agenta. Jako głównodowodzący prorosyjskich separatystów Striełkow był czołową figurą rosyjskiej ofensywy na Donbasie w jej pierwszej fazie. Do sierpnia 2014 r. pełnił funkcję ministra obrony tzw. Donieckiej Republiki Ludowej.
[41] Dmitrij Ustinow (1908-1984) - radziecki wojskowy, dygnitarz partyjny i państwowy, w latach 1976-1984 zajmował stanowisko ministra obrony ZSRR. Jedna z najbardziej wpływowych figur politycznych epoki Breżniewa.
[42] Spoiwa ducha narodowego lub spoiwa duchowe (ros. duchownyje skriepy) - w oficjalnym dyskursie rosyjskim tradycyjne wartości, na których oparta jest jedność narodu rosyjskiego. Pojęcie to - wprowadzone do obiegu publicznego przez Władimira Putina w 2012 r. - szybko stało się tematem żartów i memów.
[43] Kabardynka - czapka z futra bobra; męskie nakrycie głowy popularne wśród zaporoskich Kozaków.
[44] Siergiej Szojgu (ur. 1955, Czadan) - rosyjski polityk, generał armii, od 2012 r. minister obrony Federacji Rosyjskiej.
[45] W przypadku zestawienia "Naryszkin, Skuratow, Szuwałow" chodzi o zaznaczenie analogii pomiędzy ważnymi postaciami rosyjskiej historii i współczesnymi politykami poprzez dobór powtarzających się nazwisk. Paralela ma charakter ogólny i wskazuje bardziej na stałe rosyjskiej historii i polityki, aniżeli na konkretne osoby. Giennadij Ziuganow (ur. 1944, Mymrino), współczesny rosyjski polityk, nie ma swojego historycznego imiennika, ale jako wieloletni lider (od 1993 r.) Komunistycznej Partii FR może symbolizować trwałość komunistycznej ideologii w Rosji.Iwan Naryszkin (1658-1682) - rosyjski bojar, przedstawiciel znanego rosyjskiego arystokratycznego rodu, brat carycy Natalii Kiriłowny, matki Piotra I. Zginął podczas słynnego buntu strzelców (1682), którego przyczyną była rywalizacja arystokratycznych rodzin dążących do przejęcia wpływów po śmierci cara Aleksego.Siergiej Naryszkin (ur. 1954, Leningrad) - rosyjski działacz państwowy i polityk, w trakcie kariery zajmujący różne wysokie stanowiska, od 2016 r. jest dyrektorem Służby Wywiadu Zagranicznego FR.Maluta Skuratow (właściwie Grigorij Łukjanowicz Skuratow-Bielskij, zm. 1573) - rosyjski bojar, legendarny dowódca opryczników, naczelny oprawca za rządów cara Iwana IV Groźnego.Jurij Skuratow (ur. 1952, Ułan Ude) - rosyjski polityk i prawnik, w latach 1995-1999 zajmował stanowisko prokuratora generalnego FR.Piotr Szuwałow (1711-1762) - rosyjski działacz państwowy i wojskowy, przedstawiciel znanego rodu arystokratycznego, stał na czele rządu w ostatnim okresie panowania carycy Elżbiety. Do historii przeszedł jako aktywny reformator, jednak rezultaty jego działalności są oceniane niejednoznacznie. Wskazuje się m.in. na ogromne prywatne zyski, które Szuwałow czerpał z wprowadzanych reform.Igor Szuwałow (ur. 1967, Bilibino) - rosyjski polityk i działacz państwowy, w latach 2008-2018 pełnił funkcję pierwszego wicepremiera Rosji.
[46] Stiepan Łopuchin (1685-1748) - rosyjski działacz państwowy i wojskowy, przedstawiciel znanego rodu arystokratycznego. W 1719 r. został oskarżony o niewłaściwe zachowanie (zbytnią wesołość) podczas pogrzebu księcia Piotra (1715-1719), syna Piotra I, oficjalnego następcy tronu. Łopuchina wraz z całą rodziną skazano na zesłanie na północ Rosji.
[47] Gamajun - we wschodniosłowiańskiej mitologii rajski, wieszczy ptak, herold bogów, który śpiewa ludziom boskie hymny i przepowiada przyszłość wybrańcom potrafiącym go usłyszeć. Obok symbolu dobrej wieści, Gamajun nierzadko jawi się jako istota zapowiadająca nadchodzące kataklizmy. Przedstawia się ją jako ptaka z głową i piersiami kobiety. Aleksandr Błok stworzył znany wiersz Gamajun, wieszczy ptak zainspirowany obrazem Wiktora Wasniecowa.
[48] "Lapis Trubieckoj" - znana białoruska grupa rockowa, założona w 1990 r. przez Siarhieja Michałoka.
[49] Eparchia - prowincja kościelna w Kościele wschodnim, odpowiednik diecezji w obrządku łacińskim.
[50] Błagowiest lub błagowiestnik (ros. błagowiest - dobra nowina) - pojedynczy, największy dzwon, którego uderzenie oznacza początek mszy.
[51] Dzwony polijelejne - dzwony wykorzystywane w czasie tzw. polijelejnych nabożeństw, które zawierają część zwaną polyeleos (polijelej), co oznacza "wiele miłosierdzia" i jednocześnie "dużo światła".
[52] Słowiańsk (ukr. Słowjans'k) - miasto na Ukrainie w obwodzie donieckim. Miejscowość, o którą toczyły się ciężkie walki w pierwszej fazie konfliktu zbrojnego (kwiecień-lipiec 2014). Słowiańsk został opanowany przez separatystów pod dowództwem Igora Striełkowa. Według źródeł ukraińskich w ataku na miasto brali także udział żołnierze oddziałów specjalnych rosyjskiego GRU. W trakcie operacji antyterrorystycznej (ATO) Słowiańsk został odbity przez siły ukraińskie. Po opuszczeniu miasta Striełkow i jego ludzie opanowali Donieck.
[53] Ławra Peczerska w Kijowie (ukr. Kyjewo-Peczers'ka ławra) - prawosławny monaster męski w Kijowie, którego historia sięga połowy XI wieku. Jeden z najważniejszych ośrodków prawosławia na Ukrainie. Obecnie należy do Ukraińskiego Kościoła Prawosławnego Patriarchatu Moskiewskiego.
[54] Parafraza fragmentu popularnej piosenki radzieckiego i rosyjskiego barda Aleksandra Gorodnickiego Nad Kanadą (ros. Nad Kanadoj); śpiewa się w niej o Kanadzie, która swoim krajobrazem bardzo przypomina Rosję, ale jednak nią nie jest.
[55] Wiersz Siergieja Jesiena Klonie mój bezlistny... (ros. Klon ty moj opawszyj...), który doczekał się wielu interpretacji muzycznych.
[56] Liryczna piosenka Mgła (ros. Tuman) autorstwa kompozytora Aleksandra Kołkiera i poety Kima Ryżkowa traktuje o życiu lotników w czasie Wielkiej Wojny Ojczyźnianej.
[57] Julij Kim (ur. 1936, Moskwa) - radziecki i rosyjski bard, poeta, dramaturg, uczestnik ruchu dysydenckiego. Laureat licznych nagród poetyckich i muzycznych, m.in. Rosyjskiej Nagrody Państwowej Poeta (2015). Niejednokrotnie, również w swojej twórczości, potępiał agresję Rosji przeciwko Ukrainie.
[58] Nawiązanie do znanej piosenki Julija Klima Przeklęte usta (ros. Guby okajannyje).
[59] Katyzma - nazwa poszczególnych części (w sumie jest ich dwadzieścia), na które dzieli się prawosławny psałterz.
[60] Plac Kontraktowy (ukr. Kontraktowa płoszcza) - plac na Padole, zabytkowej i administracyjnej dzielnicy Kijowa.
[61] Taras Hryhorowycz Szewczenko (1814-1861) - ukraiński poeta, pisarz, malarz. Jego twórczość poetycka, m.in. księga ballad i poematów pt. Kobziarz (ukr. Kobzar, 1840) wywarła decydujący wpływ na formowanie się nowożytnej literatury ukraińskiej i języka literackiego. Dla współczesnych Ukraińców ma status wieszcza narodowego. Znaczenie spuścizny poety wykracza daleko poza teren literatury - jego teksty odegrały rolę narodotwórczego mitu. Szewczenko przyczynił się do kształtowania podstaw ukraińskiej ideologii narodowej również dzięki zaangażowaniu politycznemu. W latach 1845-1847 był członkiem tajnego Bractwa Cyryla i Metodego, za co został skazany na 10 lat zesłania. Żył 47 lat, a tylko 9 z nich cieszył się wolnością, ponieważ urodził się jako chłop pańszczyźniany i został wykupiony z poddaństwa w 24 roku życia, a prócz zesłania przebywał też w więzieniach i pod dozorem policyjnym. Te i inne koleje jego życiorysu sprawiły, że poeta stał się spersonalizowaną syntezą losu ukraińskiego, splatając w swej biografii najważniejsze motywy: pasję wolności, niewolę, wygnanie i odrodzenie. Dla tradycyjnych ukraińskich patriotów Szewczenko jest nadal duchowym ojcem narodu. Współczesne reinterpretacje postaci Szewczenki zwykle nie podważają roli autora Kobziarza, lecz aktualizują jej znaczenie w duchu postkolonialnego pluralizmu i destereotypizacji.
[62] Św. Michał Archanioł - w tradycji kijowskiego prawosławia obrońca Rusi, a w czasach współczesnych - patron Ukrainy i Kijowa. Posąg Michała Archanioła stoi w samym sercu ukraińskiej stolicy, na kijowskim placu Niepodległości.
[63] Ulica Chorywa (ukr. wulycia Chorywa), Gorny Wał (ukr. Werchnij Wał) - ulice na Padole. Pierwsza z nich została nazwana na cześć Chorywa, jednego z legendarnych założycieli Kijowa.
[64] Pasjonarność - "nadmiar energii biochemicznej żywej substancji przejawiający się w zdolności człowieka do ponadnormalnego wysiłku (napięć)" oraz pasjonariusz - "człowiek, u którego impuls pasjonarny jest silniejszy niż impuls instynktu samozachowawczego" - to kluczowe pojęcia wizji dziejów Rosji rosyjskiego historyka Lwa Gumiłowa.
[65] Nikołaj Łobaczewski (1792-1856) - rosyjski matematyk, współtwórca geometrii nieeuklisesowej. Georg Friedrich Bernhard Riemann (1826-1866) - niemiecki matematyk, twórca "geometrii Riemanna" i teoretyk podstaw matematycznych ogólnej teorii względności. Zainicjował systematykę geometrii nieeuklidesowych.
[66] Mewa - głośny dramat Antona Czechowa (1860-1904) po raz pierwszy opublikowany i zaprezentowany na scenie w 1896 r.
[67] Prawosławie, samowładztwo (samodzierżawie), ludowość - "trójjedyna" formuła ideologiczna monarchii rosyjskiej, zwana niekiedy teorią oficjalnej ludowości. Po raz pierwszy sformułował ją w 1832 r. minister oświaty Imperium Rosyjskiego Siergiej Uwarow (1786-1855). Trudności interpretacyjne wywołuje ostatni komponent, ponieważ rosyjskie słowo narodnost' może oznaczać zarówno "ludowość", jak i "narodowość". W tym drugim ujęciu - obok bezwzględnego przywiązania do prawosławia i samowładztwa - formuła stanowiła wyraz specyficznego rosyjskiego nacjonalizmu - samoistnego i sprzeciwiającego się wpływom zachodnim.
[68] Aleksandr Załdostanow (ur. 1962) - rosyjski aktywista polityczny, lider stowarzyszenia motocyklowego Nocne Wilki znanego z akcji poparcia dla polityki Władimira Putina i partii Jedyna Rosja.
[69] Siergiej Ławrow (ur. 1950) - rosyjski dyplomata od 2004 r. minister spraw zagranicznych, okazjonalnie - poeta. Następne dwa zdania to parafraza jego wiersza poświęconego emigracji rosyjskiej inteligencji na początku lat dziewięćdziesiątych XX w.
[70] Trudno być Bogiem - film radzieckiego i rosyjskiego reżysera Aleksieja Germana (1938-2013) na podstawie powieści fantastyczno-naukowej Arkadija i Borysa Strugackich pod tym samym tytułem. Z tejże powieści pochodzą słowa przytoczone w następnym zdaniu.
[71] Plac Błotny (ros. Bołotnaja płoszczad') - plac w centrum Moskwy, miejsce manifestacji rosyjskiej opozycji w latach 2011 i 2012.
[72] Siergiej Szojgu (ur. 1955) - rosyjski polityk i wojskowy pochodzenia tuwińskiego, od 2012 r. minister obrony. Tuwińcy są tradycyjnie buddystami, więc domniemany buddyzm ministra wzbudza zainteresowanie opinii publicznej.
[73] Pawieł Morozow (1918-1932) - chłopiec ze wsi Gierasimowka w guberni tobolskiej, stawiany przez radziecką propagandę za wzór do naśladowania dla dzieci w ZSRR. Miał być organizatorem oddziału pionierskiego do walki z kułactwem oraz denuncjatorem swojego ojca jako kułackiego spiskowca. Ferdinando Sacco (1891-1927) i Bartolomeo Vanzetti (1888-1927) - anarchiści amerykańscy pochodzenia włoskiego, uczestnicy i organizatorzy strajków i manifestacji robotniczych, w 1920 r., oskarżeni o dokonanie napadu rabunkowego i dwóch zabójstw. Mimo wątpliwych dowodów skazano ich na karę śmierci. Nadieżda Krupska (1869-1939) - rosyjska działaczka komunistyczna, żona Włodzimierza Lenina.
[74] Odetta i Odylia - postacie z baletu Jezioro Łabędzie Piotra Czajkowskiego (prapremiera w 1877, autorzy libretta - Władimir Biegiczew i Wasilij Gelcer). Ole Zmruż-oczko - bohater baśni Hansa Christiana Andersena. Quetzalcoatl - Pierzasty Wąż, jeden z bogów plemion Mezoameryki. Drzewo Yggdrasil - w mitologii nordyckiej Drzewo Strasznego lub Jesion Światów - oparte na trzech korzeniach i stanowiące łącznik między różnymi światami. Yggr to jeden z przydomków najważniejszego z bogów - Odyna.
[75] Szaraszka - tajny radziecki instytut naukowy lub biuro konstrukcyjne zatrudniające więźniów. Nazwa upowszechniła się w latach trzydziestych XX w. Przymusowymi pracownikami szaraszek często byli inżynierzy i specjaliści odbywający wyroki za "szkodnictwo". W pierwszym wielkim procesie "szkodników" - w Moskwie w 1928 r. - oskarżonymi było pięćdziesięciu trzech inżynierów i techników z okręgu Szachty w Zagłębiu Donieckim.
[76] Aluzja do pierwszej linijki wiersza Michaiła Lermontowa (1814-1841). Pierwsza zwrotka w tłumaczeniu Anny Kamieńskiej brzmi następująco: "Żegnaj mi Rosjo nieumyta / Ojczyzno panów i niewolnych / I ty mundurów ćmo błękitna / I ty, narodzie im powolny".
[77] Ganeśa (w sanskr. Pan Zastępów) - w mitologii hinduskiej przywódca ganów, bóstw towarzyszących Śiwie. Bóg mądrości i patron nauki wyobrażany jako otyły czteroręki mężczyzna o głowie słonia. W jednej z dłoni trzyma zazwyczaj naczynie ze słodyczami, czasem przedstawiany jest w towarzystwie szczura.
[78] Śiwa lub Sziwa - jedno z trzech głównych bóstw hinduizmu, bóg sprzeczności i paradoksu łączący w sobie opozycje i pary przeciwieństw. Przydomek Wyszywata można interpretować jako zrównanie radykalnego ukraińskiego nacjonalizmu (symbolizowanego przez wyszywaną koszulę) z "watną" mentalnością prorosyjską (por. przypis 30, s. 115).
[79] W tekst mantr wpleciono ukraińskie hasła patriotyczne: "Chwała Ukrainie" i "Chwała narodowi". "Ganeśa ponad use" to nawiązanie do nacjonalistycznego zawołania "Ukraina ponad wszystko".
[80] Samuił Marszak (1887-1964) - radziecki pisarz, tłumacz i krytyk literacki, autor popularnej literatury dziecięcej.
[81] Przy ul. Bankowej w Kijowie mieści się siedziba Prezydenta Ukrainy. Przedstawione dalej postaci wykazują podobieństwo z czołowymi ukraińskimi działaczami ukraińskiej sceny politycznej: smok o czekoladowych atrybutach - z Petrem Poroszenką (por. przypis 17, s. 44) królik - z Arsenijem Jaceniukiem (por. przypis 27, s. 92), pastor z głową sowy - Ołeksandr Turczynow (ur. 1964, w 2014 r. przewodniczący ukraińskiego parlamentu).
[82] Przy ulicy Mychajła Hruszewskiego w Kijowie mieści się siedziba ukraińskiego parlamentu, w którym zasiada czterystu pięćdziesięciu deputowanych.
[83] Wołodymyr Sosiura (1898-1965) - ukraiński poeta urodzony w Debalcewem (dziś obwód doniecki), patron nagrody literackiej "Srebrne Dzwony" przyznawanej młodym ukraińskim twórcom z Donbasu. Siergiej Prokofiew (1891-1953) - rosyjski i radziecki kompozytor, pianista i dyrygent. Urodził się we wsi Sosnowka (dziś obwód doniecki). Jest patronem portu lotniczego w Doniecku zniszczonego w efekcie działań wojennych w latach 2014-2015. Anatolij Sołowjanenko (1932-1999) - ukraiński śpiewak operowy urodzony w Stalino (obecnie Donieck). Odsłonięty w 2002 r. przed Teatrem Opery i Baletu w Doniecku pomnik Sołowjanenki został wykonany z brązu, ale pokryto go dekoracyjnym pozłoceniem.
[84] Cytat z wiersza Oszczercom Rosji Aleksandra Puszkina. Pierwsza zwrotka w tłumaczeniu Juliana Tuwima: "O co ten krzyk, trybuni ludu? Czemu / Grozicie Rosji anatemą? / Co tak wzburzyło was? Litewski bunt i kaźń? / To Słowian spór, rodzinny spór domowy, / Nie rozwiążecie go krasomówczymi słowy. / Przesądził dawno los te naszą starą waśń.
[85] Od czerwca 2014 r. merem Kijowa jest Witalij Kłyczko (bardziej znana w Polsce pisownia nazwiska: Kliczko; ur. 1971) - ukraiński bokser wagi ciężkiej, mistrz świata organizacji WBC w latach 2008-2013.
[86] Dwudziestu sześciu komisarzy stało na czele Komuny Bakijskiej - organu politycznego funkcjonującego w Baku od kwietnia do czerwca 1918 r. Przywódcy Komuny rekrutowali się głównie z partii bolszewickiej oraz lewego skrzydła Partii Socjalistów-Rewolucjonistów (eserów). Większość komisarzy została uwięziona przez rosyjskich monarchistów, a następnie rozstrzelana przez brytyjskie wojska interwencyjne.
[87] Natalia Chatkina (1956-2009) - ukraińska pisarka tworząca przeważnie w języku rosyjskim. Urodziła się w rosyjskim Czelabińku, dzieciństwo spędziła w Uzbekistanie, od czasu studiów na uniwersytecie w Doniecku stale związana z Donbasem. W wierszu Najlepsze lata pisała: "Kiedy jeszcze wszyscy nasi byli żywi / świętowałam każde opadnięcie liści".
[88] Słonina (ukr. i ros. sało) - jedna z najpopularniejszych ukraińskich przekąsek, tu: symbol ukraińskiego nacjonalizmu.
[89] Brzemię białego człowieka (ang. The White Man's Burden, pierwsza publikacja w 1899 r.) to wiersz Rudyarda Kiplinga. Utwór traktował o misji krajów chrześcijańskich i z czasem stał się popularnym sloganem uzasadniającym kolonializm.
[90] Afanasij Fet (1820-1892) - rosyjski poeta i tłumacz, jeden z prekursorów symbolizmu w rosyjskiej poezji. Sergiusz z Radoneża (1314-1392) - święty Kościołów prawosławnego i katolickiego, mnich i organizator życia monastycznego, m.in. założyciel Ławry Troicko-Siergijewskiej w mieście Siergijew Posad.
[91] Piosenka z kultowego radzieckiego filmu fantastycznonaukowego Goście z przyszłości (ros. Gostja iz buduszczego, 1985, reż. Pawieł Arsienow) w tłumaczeniu z rosyjskiego oryginału (Priekrasnoje dalieko, sł. J. Entin) na łacinę (przeł. J. Stasiuk). Wolne tłumaczenie polskie: Słyszę wołanie z cudownej oddali. / Głosy poranka pośród jasnej rosy. / Słyszę wołanie, to droga mnie wabi. / Znów wiatr rozwiewa me dziecięce włosy. // Przyszłości cuda nie będą ułudą, / Nie będą ułudą, ułudą nie będą. / Ze źródeł czystych w przyszłość niepojętą, / W cudowne dale pójdź ze mną.
[92] Hryhorij Skoworoda (1722-1794) - "wędrowny" filozof, poeta i pedagog uważany za jednego z głównych przedstawicieli ukraińskiego oświecenia. W centrum swej filozofii umieszczał człowieka - początek i koniec wszechrzeczy.
[93] Piotr Konaszewicz-Sahajdaczny (1570-1622) - wódz kozacki, hetman kozaków rejestrowych w Rzeczypospolitej. W 1618 r. na czele licznej armii kozackiej dotarł m.in. pod Moskwę. Wsławił się także udziałem w zwycięskiej bitwie pod Chocimiem (1621). Jego pomnik na placu Kontraktowym w Kijowie odsłonięto w 2001 r.
[94] Jan (Hiob) Borecki (1570-1622) - prawosławny duchowny, przeciwnik unii brzeskiej i zwolennik odtworzenia prawosławnej hierarchii cerkiewnej w Rzeczypospolitej, od 1621 r. metropolita kijowski. Odnowiona organizacja kościelna, nieuznawana przez Rzeczpospolitą, miała poparcie patriarchy Jerozolimy Teofana III i korzystała z ochrony wojsk kozackich. Aleksandr Wertyński (1889-1957) - rosyjski piosenkarz estradowy, kompozytor, poeta i aktor. Urodził się w Kijowie, mieszkał tam w dzieciństwie i we wczesnej młodości. Andrzej (ukr. Andrej, imiona świeckie: Roman Maria Aleksander) Szeptycki (1865-1944) - duchowny greckokatolicki, w latach 1900-1944 arcybiskup metropolita lwowski i halicki, uważany za jednego z najważniejszych ukraińskich przywódców duchowych. Symon Petlura (1879-1926) - ukraiński polityk i wojskowy, działacz socjaldemokratyczny, publicysta, prezydent Ukraińskiej Republiki Ludowej w latach 1919-1926 (od 1921 r. na uchodźstwie), sygnatariusz traktatu pokojowego z Polską z 1920 r. (tzw. układ Piłsudski-Petlura), zamordowany w Paryżu przez zamachowca Szolema Szwarcbarda prawdopodobnie z inspiracji radzieckiej. Paul Celan (właść. Paul Antschel, 1920-1970) - poeta niemieckojęzyczny pochodzenia żydowskiego, urodził się w Czerniowcach (wówczas Rumunia, obecnie Ukraina) i mieszkał tam z przerwami w czasie II wojny światowej do 1945 r., następnie przebywał w Rumunii i we Francji. Zmarł najprawdopodobniej śmiercią samobójczą. Włodzimierz Wielki (??-1015) - od ok. 980 r. wielki książę kijowski, jako chrzciciel Rusi (988) jest świętym Kościołów prawosławnego i katolickiego. Łesia Ukrainka (właśc. Łarysa Kosacz-Kwitka, 1871-1913) - ukraińska pisarka i tłumaczka, pisała poezję, dramaty, prozę i teksty krytycznoliterackie. Ilia Riepin (1871-1913) - rosyjski malarz, przedstawiciel realizmu, z racji urodzenia (w obecnym obwodzie charkowskim), pochodzenie (był potomkiem rodziny kozackiej) oraz tematyki prac (m.in. obraz Kozacy piszą list do sułtana tureckiego z 1891 r.) uważany przez wielu autorów ukraińskich za rodzimego twórcę. Ołeh Łyszeha (1949-2014) - pisarz ukraiński, w czasach ZSRR jego utwory ukazywały się w drugim obiegu. Nikołaj Gogol (1809-1852) - jeden z klasyków literatury rosyjskiej, pisarz, poeta i dramaturg, przedstawiciel "szkoły ukraińskiej" w literaturze rosyjskiej, mistrz groteski; z racji pochodzenia i tematyki utworów przez niektórych ukraińskich badaczy uważany za autora ukraińskiego. Daniel I Halicki (1201-1264) - książę wołyński i halicki oraz od 1254 r. król halicki (król Rusi) uważany niekiedy za pierwszego króla Ukrainy. Mowa o odsłoniętym w 2001 r. pomniku Daniela we Lwowie. Bohdan Stupka (1941-2012) - ukraiński aktor, w Polsce znany m.in. z roli Chmielnickiego w filmie Ogniem i mieczem Jerzego Hoffmana (1999). W rolę Oresta Dzwonara wcielił się w dramacie wojennym Biały ptak z czarnym znamieniem (ukr. Biłyj ptach z czornoju oznakoju) Jurija Iljenki z 1970 r. Serhij Nihojan (1993-2014) - obywatel Ukrainy pochodzenia ormiańskiego, uczestnik ukraińskiej rewolucji lat 2013-2014. Zastrzelony przez funkcjonariuszy milicji był pierwszą ofiarą śmiertelną wśród protestujących. Piotr Mohyła (1596-1647) - prawosławny metropolita kijowski, twórca Kolegium Kijowskiego (późniejszej Akademii Mohylańskiej). Jarosław Mądry (978-1054) - władca Rusi Kijowskiej (1016-1054), syn Włodzimierza Wielkiego, jeden z najwybitniejszych staroruskich monarchów. Iwan Sirko (ok. 1610-1680) - kozacki ataman koszowy, bohater pieśni i legend, przypisuje mu się autorstwo niecenzuralnej i buńczucznej odpowiedzi Kozaków na ultimatum sułtana tureckiego Mehmeda IV (ok. 1675). Sam list jest prawdopodobnie dziewiętnastowieczną mistyfikacją. Iwan Kożedub (1920-1991) - radziecki pilot i wojskowy, najskuteczniejszy as myśliwski II wojny światowej wśród aliantów, marszałek lotnictwa ZSRR, pochodził z obwodu sumskiego Ukraińskiej SRR. Jewhen Konowalec (1891-1938) - ukraiński wojskowy, inicjator i pierwszy przywódca utworzonej w 1929 roku Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów zamordowany w Rotterdamie przez radzieckiego agenta. Ołeksandr Dowżenko (1894-1956) - ukraiński (radziecki) reżyser i producent filmowy, m.in. twórca niemego filmu Ziemia (1930), pisarz i publicysta. Nestor Machno (1888-1934) - ukraiński anarchista i rewolucjonista, w latach 1919-1921 stał na czele tzw. Wolnego Terytorium (tzw. Machnowszczyzny) usytuowanego między Dnieprem a Morzem Azowskim z głównym ośrodkiem w mieście Hułajpole (dziś obwód zaporoski Ukrainy). Sołomija Kruszelnycka (1872-1952) - ukraińska śpiewaczka operowa światowej sławy, wokalistka i pedagog. Wasyl Stus (1938-1985) - ukraiński poeta i publicysta, przedstawiciel tzw. pokolenia lat sześćdziesiątych, dysydent, w latach 1972-1979 i od 1980 więzień radzieckich łagrów, zmarł podczas odbywania kary dyscyplinarnej w karcerze; od drugiego roku życia do ukończenia szkoły średniej mieszkał w Doniecku (do 1961 r. Stalino). Maria Prymaczenko (1908-1997) - ukraińska artystka ludowa, malarka, przedstawicielka tzw. sztuki naiwnej. Mychajło Hruszewski (1866-1934) - ukraiński historyk uważany za założyciela nowoczesnej ukraińskiej historiografii ukraińskiej, autor wielotomowej Historii Ukrainy-Rusi; polityk socjalistyczny, od stycznia do kwietnia 1918 r. - jako przewodniczący Ukraińskiej Centralnej Rady - przywódca Ukraińskiej Republiki Ludowej. Iwan Kotlarewski (1769-1838) - ukraiński poeta i dramaturg, jego satyryczny poemat Eneida (trawestacja dzieła Wergiliusza) był pierwszym w historii literatury ukraińskiej obszernym utworem napisanym w języku ludowym, który później miał stać się podstawą ukraińskiego języka literackiego. Pyłyp Orłyk (pol. Filip Orlik, 1672-1742) - hetman kozacki, następca Iwana Mazepy, zwolennik uniezależnienia Ukrainy od Rosji, szukał oparcia u Szwedów i Turków; po śmierci Mazepy obwołany hetmanem (1710); od 1714 na emigracji w Szwecji, następnie w Turcji. Zredagował Pakty i konstytucje praw i wolności wojska zaporoskiego - w historiografii ukraińskiej znane jako Konstytucja Benderska - tekst uznawany przez niektórych ukraińskich historyków za pierwszą konstytucję w dziejach. Mychajło Kociubynski (1864-1913) - ukraiński pisarz i działacz społeczny, tworzył powieści i nowele o tematyce społecznej w duchu modernistycznym i impresjonistycznym. Iwan Mazepa (pol. Jan Mazepa Kołodyński, 1639-1709) - szlachcic, dyplomata, hetman Ukrainy Lewobrzeżnej w latach 1687-1709, dążył do uniezależnienia się od Rosji, zginął w bitwie pod Połtawą w 1709 r., w której walczył przeciwko Rosji jako sojusznik króla szwedzkiego. Biografia Mazepy stałą się kanwą wielu utworów literackich w epoce romantyzmu (m.in. George Byron, Aleksander Puszkin, Juliusz Słowacki). Światosław I (ok. 942-972) - książę Rusi Kijowskiej od 945 r., syn Igora i Olgi, zginął w walce z Pieczyngami, wrogowie wykonali puchar z jego czaszki.Paweł I Romanow (1754-1801) - car Rosji latach 1796-1801, oficjalnie syn Piotra III i Katarzyny II, ale ojcowstwo było niepewne. Sam Paweł uważał, że jego prawdziwym ojcem był Stanisław August Poniatowski, próbował zliberalizować politykę wewnętrzną Rosji, zamordowany przez uczestników spisku oficerów. Łeś Kurbas (właść. Ołeksandr Zenon Kurbas, 1887-1937) - ukraiński reżyser i teoretyk teatru, aktor i dramaturg tworzący na Ukrainie Radzieckiej, założyciel teatru Berezil działającego w latach 1922-1933, uważany za twórcę ukraińskiego teatru politycznego i filozoficznego, w 1933 r. aresztowany za rzekomy udział w organizacji terrorystycznej, zamordowany na mocy wyroku tzw. trójki specjalnej NKWD w łagrze na Wyspach Sołowieckich. Ołeś Honczar (1918-1995) - ukraiński działacz społeczny i polityk, pisarz, autor powieści Sobór (1968). Anna Jarosławówna (ok. 1035 - po 1075) - córka Jarosława Mądrego, księżniczka kijowska, królowa Francji jako żona Henryka I. Golda Meir (1898-1978) - działaczka syjonistyczna, izraelska polityk, premier Izraela w latach 1969-1974, urodzona w Kijowie jako Golda Mabowicz. Roksolana Hürrem Sultan (ok. 1505-1561) - żona tureckiego sułtana Sulejmana II Wspaniałego, pochodziła z terenów Rusi Czerwonej (wówczas Królestwo Polskie), skąd została porwana w jasyr przez Tatarów, według niektórych badaczy była córką księdza prawosławnego i naprawdę nazywała się Aleksandra Lisowska. Anatolij Sołowjanenko - zob. przypis 86; Władimir Dal (1801-1872) - rosyjski pisarz, leksykograf i etnograf urodzony w Ługańsku. Mychajło Werbycki (1815-1870) - ukraiński ksiądz greckokatolicki z Galicji, działacz społeczny, autor muzyki do hymnu Ukrainy - pieśni Szcze ne wmerła Ukrajina.
[95] Tradycyjna ukraińska piosenka śpiewana przy okazji składania życzeń wywodząca się z tradycji bizantyjskich hymnów liturgicznych, odpowiednik Sto lat.
[96] Stepan Bandera (1909-1959) - ukraiński działacz niepodległościowy o poglądach skrajnie nacjonalistycznych, jeden z przywódców Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów (OUN), do 1939 r, odbywał karę dożywotniego więzienia w polskim więzieniu w Brześciu (m.in. za organizację zabójstwa ministra spraw wewnętrznych Bronisława Pierackiego w 1934 r.), uwolniony w 1940; od 1940 r. przywódca OUN(b) - frakcji banderowskiej. W lipcu 1941 r. aresztowany przez Niemców za proklamowanie sprzymierzonego z III Rzeszą niepodległego państwa ukraińskiego. Od 1942 do 1944 r. przetrzymywany w obozie Sachsenhausen. Po II wojnie światowej przebywał w RFN, przewodził OUN-z (za granicą). Zamordowany w 1959 r. przez radzieckiego agenta.
[97] Tak wyglądała tarcza naramienna na mundurach żołnierzy 14 Dywizji Grenadierów Waffen SS znanej w Polsce jako SS-Galizien - jednostki wojskowej utworzonej przez III Rzeszę w 1943 r. Służyli w niej pod niemieckim dowództwem ukraińscy ochotnicy z Galicji.
[98] Bohdan Chmielnicki (1595-1657) - hetman zaporoski, przywódca powstania kozackiego przeciwko Rzeczypospolitej w latach 1648-1657. W czasie powstania doszło do wielu masowych zbrodni dokonanych przez Kozaków na ludności żydowskiej.
[99] Nachman z Bracławia (1772-1810) - słynny rabin chasydzki, prawnuk Izraela Baal Szem Towa, jednego z twórców chasydyzmu, starał się kultywować pierwotny, rewolucyjny i żywiołowy charakter tego ruchu; grób Nachmana w Humaniu (dziś obwód czerkaski na Ukrainie) jest celem pielgrzymek chasydów z całego świata.
[100] Szlemiel - postać z folkloru żydowskiego, naiwniak, nieudacznik, słabeusz. Jednym z najbardziej znanych szlemieli w literaturze jest tytułowy bohater noweli Isaaca Bashevisa Singera Gimpel Głupek.
?

ŹRÓDŁA CYTATÓW I PARAFRAZ

[1*] Tak, dobroć i łaska pójdą w ślad za mną...Biblia Tysiąclecia, Księga Psalmów, 23,6.
[2*] Zrywa się wiatr!... Spróbujmy żyć: tak trzeba!P. Valéry, Cmentarz morski, przeł. R. Kołoniecki, [w:] P. Valéry, Poezje, Warszawa 1975, s. 129-130.
[3*] ...złego nie chce nikt.Platon, Menon, [w]: Platon, Dialogi, przeł. W. Witwicki, Warszawa 2004, s. 134.
[4*] Po pierwszym - wzdrygniesz się... Przekład na podstawie: T. Szewczenko, Wypjesz perszu - strepeneszsja..., [w:] T. Szewczenko, Zibrannja tworiw, t. 1, Kyjiw 2003, s. 408.
[5*] (s. 11) ...narodowość jest w coraz mniejszym stopniu...T. Venclova, Duszę się, przeł. S. Kowalski, "Gazeta Wyborcza" 13 listopada 2010, nr 265, s. 27.
[6*] Ptaki lecą wysoko...Parafraza na podstawie tłumaczenia Władysława Dulęby wiersza Siedzę i patrzę na góry Li T'ai Po (699-762) z bocznej linii chińskiej dynastii Tang. Uczta przy księżycu: Album poezji chińskiej, wybór M. Kozłowski, Wydawnictwo Miniatura, 2005, s. 99.
[7*] ...wszystko, co się zwęża w stożek, tworzy Chronos...Parafraza fragmentu wiersza Josifa Brodskiego Zawsze twierdziłem, że los to zły kawał... (Ja wsiegda twierdił, czto sud'ba - igra...) na podstawie tłumaczenia Stanisława Barańczaka. J. Brodski, 82 wiersze i poematy, wybór i opracowanie S. Barańczak, Wydawnictwo Znak, Kraków 1989, s. 90-91.
[8*] Jechali długo głęboką nocą (...) przez szeroki ukraiński step Cytat z radzieckiej piosenki Tam wdali za riekoj (1924, słowa Nikołaj Kool, muzyka Aleksandr Aleksandrow) poświęconej jednemu z epizodów wojny domowej w Rosji po przewrocie bolszewickim 1917 r.
[9*] Będę szczęśliwy, jeżeli przyszli szlachetni mężowieParafraza na podstawie: E. Paśnik, Duchy i czary chińskie, czyli palimpsestowy charakter Zebranych zapisków o zjawiskach nadprzyrodzonych (Soushenji), Warszawa 2013, s. 131.
[10*] Kocurek wąsaty / Po ogródku brodzi...Przekład na podstawie: W.A. Żukowskij, Stichotworienija, t. 2, red. C. Wolpe, Lieningrad 1940, s. 217.
[11*] Zgryzota to orzeł, któremu wszyscy gościny żałują... Parafraza fragmentu wiersza Rainera Marii Rilkego Tęsknota (niem. Sehnsucht) na podstawie niepublikowanego tłumaczenia Krzysztofa Huszczy.
[12*] Czy Rosjanie chcą wojny, gdy śnią koszmary w nocy? Parafraza słów radzieckiej piosenki Czy Rosjanie chcą wojny (ros. Chotiat li russkije wojny, 1961) autorstwa kompozytora Eduarda Kołmanowskiego i poety Jewgienija Jewtuszenki.
[13*] Jakie w tym śnie śmiertelnym marzenia przyjść mogą? W. Szekspir, Hamlet. Królewicz duński, przeł. J. Paszkowski, Państwowy Instytut Wydawniczy, 1984, s. 89.
[14*] Porządny kot nie mniej niż trzy imiona ma... Cytat z wiersza Thomasa Stearnsa Eliota Kocie imiona w tłumaczeniu Andrzeja Nowickiego podajemy za: J. Page, Jak koty widzą świat i ludzi?, tłum. M. Kittel, Warszawa 2010, s. 23.
[15*] Znużył się nam bizantyjski zachód, w purpurę przyodziany... Parafraza fragmentu wiersza Aleksandra Błoka Gamajun, wieszczy ptak (ros. Gamajun, ptica wieszczaja, 1899) na podstawie tłumaczenia Józefa Waczkowa. A. Błok, Wiersze wybrane, przeł. J. Waczków, Białystok 1987, s. 50.
[16*] Na wód płaszczyznach nieskończonych... Aleksandr Błok, Gamajun, wieszczy ptak, [w:] A. Błok, Wiersze wybrane, przeł. J. Waczków, Białystok 1987, s. 50.
[17*] Szlachetna żółci, tyś barwą miłości...Parafraza fragmentu poematu Osiem rajskich ogrodów sufickiego poety Amira Khusro Dehlavi (1253-1325) na podstawie rosyjskiego tłumaczenia A. Rewicza, http://biofile.ru/his/11946.html [dostęp: 16.02.2020].
[18*] Powiem szczerze: mimo całej mojej nienawiści do prasy...Przekład na podstawie: D. Thomson, In Bunuel's Dreams Began Film's Liberation, New York Times, https://www.nytimes.com/2000/02/20/movies/film-in-bunuel-s-dreams-began-film-s-liberation.html [dostęp: 13.02.2020].
[19*] Rosjanie nazywają wszystko, co rosyjskie, słowiańskim...Parafraza na podstawie: K.H. Borovský, Slovan a Čech, [w:] K.H. Borovský, Politické spisy, Praha 1900, s. 63.
[20*] Rzeczy idą, rzeczy miną - aż w końcu zaginą.Przekład na podstawie: T. Szewczenko, Hajdamaky, Kyjiw 1935, s. 63.
[21*] Szczęśliwi, których droga nieskalana, którzy postępują według Prawa Pańskiego [...] lecz kroczą Jego drogami. Biblia Tysiąclecia, Księga Psalmów, Psalm 119, 1-3.
[22*] "Bez wyborów powszechnych, bez nieskrępowanej wolności prasy..."Ten i kolejny cytat za: R. Luxemburg, Rewolucja rosyjska, przeł. A. Ciołkosz, [w:] A. Ciołkosz, Róża Luksemburg a rewolucja rosyjska, Paryż 1961, s. 213-214.
[23*] I tak błogo, tak swobodnie oddycha się teraz w odrodzonym Arkanarze!A. Strugacki, B. Strugacki, Trudno być bogiem. Drugi najazd Marsjan, przeł. I. Piotrowska, Warszawa 1974, s. 211.
[24*] Czyż nie wiecie, że ciała wasze są członkami Chrystusa?Biblia Tysiąclecia, 1 List do Koryntian, 6,3. Dalsze cytaty i parafrazy biblijne w wypowiedziach Klitemnestry również według Biblii Tysiąclecia.
[25*] Hajże, zuchy, Hajdamacy! Świat wielki do woli...T. Szewczenko, Hajdamacy, przeł. L. Sowiński, Wilno 1861, s. 10-11.
[26*] Ciekawe, że dla Europejczyka nie ma znaczenia ani rasa...Parafraza cytowanej przez Dmytra Doncowa myśli z Variété Paula Valery'ego. Por. D. Doncow, Nacjonalizm, przeł. W. Poliszczuk, Kraków 2008, s. 227.
[27*] Hej, miłe dziewczę, powiedz mi szczerze...Piosenka z folkloru żydowskiego, w języku jidysz. Tłumaczenie na podstawie wersji rosyjskiej. Por. przekład polski: Rodzynki z migdałami: antologia poezji ludowej Żydów polskich, przeł. J. Ficowski, Wrocław 1988, s. 43.
[28*] Nie wszyscy pomrzemy, lecz wszyscy będziemy odmienieni.Biblia Tysiąclecia, 1 List do Koryntian, 15,51.
[29*] ...ten dawny Słowian spór domowy...A. Puszkin, Lutnia Puszkina, wybrał i przetłumaczył J. Tuwim, Warszawa 1945, s. 103.
[30*] Och! Nie znacie. Och! Nie wiecieT. Szewczenko, Dumka, [w:] T. Szewczenko, Kobzarz, przeł. W. Syrokomla [L. Kondratowicz], Wilno 1863, s. 32.
[31*] ...schodzili się na igrzyska, na pląsy i na wszelkie pieśni biesowskie i tu porywali żony sobiePowieść minionych lat, przeł. i opr. F. Sielicki, Wrocław 1999, s. 11.