Najbardziej niebezpieczne gry - MrBeast, James Patterson

Reflow text when sidebars are open.
ALEK. Studentka z miasteczka leżącego w regionie karpackim w Europie Wschodniej, które mocno ucierpiało wskutek wojny. Aleksandra Andrić i jej mama jako jedyne z jej rodziny przeżyły koszmar licznych alarmów i nagłych ewakuacji. Jest twardą i sprytną zawodniczką, ale w głębi duszy to wierna przyjaciółka, wrażliwa i o wielkim sercu. Poznała gorzki smak brutalności, skrytej pod płaszczykiem gładkich słów. GRACZ #9.
AMOS. Zaprawiony w bojach weteran elitarnej jednostki wojskowej z terenu Zielonej Linii. Cichy i rozważny Amos wierzy w pokój, pomimo okrucieństw wojny, których był świadkiem. A być może właśnie z ich powodu? GRACZ #17.
ANT. Ant Tipton, były żołnierz brytyjskiej piechoty morskiej, obecnie prowadzi firmę zajmującą się kontraktami wojskowymi. To oportunista, który dobrze wie, jak rozpętać prawdziwy chaos. Wydaje się zdolny do wszystkiego, byle tylko wygrać - w tym celu nie zawaha się nawet krzywdzić innych. GRACZ #3.
CARLOS. Były kolumbijski czempion boksu Carlos Lopez zrobił karierę w południowoamerykańskim świecie biznesu w czasach, gdy linie zaopatrzeniowe wysychały, a granice w Andach Północnych zamykano bez ostrzeżenia. Nie wszystkie jego interesy są legalne. GRACZ #39.
CONNER. Absolwent West Point, stypendysta Rhodes Scholarship i najmłodszy kongresman w dziejach Kentucky. Conner Lynch porzucił politykę, aby prowadzić popularny podcast w nadziei na to, że w ten sposób będzie mógł zrobić więcej dla swojego kraju. GRACZ #156.
ELENA. Znana prezenterka wiadomości z Madrytu Elena Torres jest charyzmatyczna, kompetentna i troskliwa. Ma ambitne plany, aby po zakończeniu kariery w mediach zostać premierką swojego kraju. GRACZ #87.
HANNAH. Hannah Wagner, córka pary hamburskich policjantów, od najmłodszych lat wyróżniała się na tle rówieśników - obecnie, w wieku zaledwie osiemnastu lat, jest już studentką trzeciego roku na MIT. Tę błyskotliwą inżynier cechuje również duża inteligencja emocjonalna, głębokie współczucie i niezwykła rozwaga. Nie ma dla niej systemu lub układu, którego nie zdołałaby rozgryźć. Jej ojciec, po przejściu na emeryturę, został instruktorem samoobrony. GRACZ #222.
JACK. Pochodzący z Houston były starszy sierżant rangersów Jack McHenry w wieku dziesięciu lat uratował sześcioro innych dzieci, gdy jego dom zastępczy stanął w płomieniach. Jest urodzonym przywódcą, któremu od czasu ostatniej misji zagranicznej kiepsko wiedzie się w życiu - w świecie, który wydaje się pogrążać w otchłani szaleństwa. GRACZ #711.
LUCA. Ten inspektor rzymskiej policji został odznaczony za męstwo, którym wykazał się w akcji zapobieżenia atakowi terrorystycznemu w Watykanie. Pomimo licznych sukcesów zawodowych Luca Tommasi ponad pracę przedkłada dobro i bezpieczeństwo swojej rodziny. Cieszy się powszechną sympatią i szacunkiem. GRACZ #112.
MARCELO. Pochodzi z chilijskiej stolicy, Santiago, gdzie zrobił zawrotną karierę w brazylijskim jiu-jitsu. Cichy i pewny siebie Marcelo Oliveira nigdy się nie poddaje, a sukces to jego drugie imię - niezależnie od tego, czy w grę wchodzi piłka nożna, czy romans. GRACZ #638.
REG. Reg Drummond to australijski złoty medalista w dziesięcioboju i rugby. Ten światowej sławy sportowiec jest jednym z faworytów do zwycięstwa w grze - dąży niezłomnie do celu, tak jak podczas igrzysk olimpijskich, które wygrał na oczach całego świata. GRACZ #2.
RUPERT. Urodzony w ubogiej manchesterskiej dzielnicy Rupert Chadwick jest wnukiem indyjskich imigrantów. Choć ma zaledwie czternaście lat, jest błyskotliwy ponad swój wiek i osiąga niesamowite wyniki w sporcie. Niemal tak samo utalentowany i genialny jak Hannah Wagner. GRACZ #930.
SAAD. Pomimo swojego arystokratycznego pochodzenia książę Saad al-Harbi zgłosił się na ochotnika do służby w siłach powietrznych swojego kraju - w miejscu, w którym króluje bezlitosny upał, a ponad wszystko liczą się pieniądze. Ten zdecydowanie najbogatszy spośród graczy wierzy w fair play... dopóki nie grozi mu przegrana. GRACZ #7.
WYATT. Ten uprzywilejowany nastolatek całe życie spędził w Nowym Jorku. Mimo to Wyatt Jordan uzyskał najwyższe wyniki w teście umiejętności spośród wszystkich zawodników. Zaradny i charyzmatyczny Wyatt jest urodzonym przywódcą, zdeterminowanym, by przetrwać - za wszelką cenę. Jest elokwentny i wygadany, ale gdy zajdzie taka potrzeba, potrafi być również przekonującym kłamcą. GRACZ #77.
ZHI. Cieszący się uznaniem chiński gimnastyk Lin Zhi jest zmuszony rywalizować ze swoim bratem Linem Jianem (gracz numer 21), skoczkiem do wody, który nie zawaha się przed niczym, by wygrać - nawet jeśli ma walczyć przeciwko jednej z najbliższych mu osób. GRACZ #20.
GOSPODARZ. Ta tajemnicza, bezcielesna postać budzi strach w sercach wszystkich graczy - same jego słowa mają moc zmieniania ich losów i żywotów. Jednak tym, co jest w nim najbardziej zagadkowe - a zarazem niepokojące - jest jego prawdziwy plan...
JIMMY. Jimmy Donaldson, znany również jako MrBeast, to światowej sławy twórca treści, który zasłynął z organizowania swoich słynnych konkursów i wyzwań. Został poproszony przez organizatorów konkursu o pomoc w uczynieniu gry tak wymagającą, jak to tylko możliwe. Głęboko wierzy w stojącą za nią misję - a przynajmniej tę jej wersję, którą mu przedstawiono. Uważa, że odpowiednia osoba może pomóc zmienić wszystko na lepsze, jeśli tylko otrzyma właściwe narzędzia. Bystry, sprawiedliwy i bezgranicznie lojalny, nie zawaha się stanąć w obronie graczy, jeśli tylko zacznie podejrzewać, że coś jest nie tak.
Poniższy list został wysłany przez organizatorów do tysiąca uczestników piątej edycji konkursu mającego wyłonić spośród graczy "Tego Jedynego". Koperta była złota i opatrzona niebiesko-różowym logo, firmowym symbolem znanego youtubera MrBeasta, i dane ją było oglądać jedynie tym, którzy zostali wybrani do udziału w finałowej grze. Jednak w całej tej otoczce tajemniczości wcale nie chodziło o zachowanie poufności, jak wówczas sądzono. Tylko o kontrolę.
Cześć wszystkim!
To ja, Jimmy. MrBeast. Serio - nie żartuję.
Po pierwsze: Gratulacje!
Wiem, co sobie myślicie: Przecież nigdzie się nie zgłaszałem! To prawda. Ale dajcie mi chwilę i pozwólcie mi wszystko wyjaśnić, bo to najważniejszy list, jaki kiedykolwiek przyszło mi do kogokolwiek wysłać, a Wy stoicie właśnie przed szansą Waszego życia. W sumie może nawet kilkunastu żyć.
Zostaliście wybrani - po starannym procesie selekcji - do tajnego konkursu, o którym nie może się dowiedzieć nikt poza Wami. I nie chodzi o żadną aurę tajemniczości. Tylko o to, że gdyby wszystko wyszło na jaw, z dnia na dzień wybuchłby chaos.
Konkurs składa się z serii testów - trudniejszych niż cokolwiek, z czym do tej pory mieliście do czynienia. I w przeciwieństwie do tego, co zwykle robię, nie będzie on nagrywany, transmitowany, streamowany ani w żaden inny sposób upubliczniany.
Zero publiki. Żadnego rozgłosu.
Tylko sama gra.
To rywalizacja o największą nagrodę i najważniejszą szansę, jaką ktokolwiek kiedykolwiek otrzymał. To także najtrudniejszy, najbardziej szalony i najbardziej ekscytujący konkurs, jaki przyszło mi współorganizować.
Poważnie.
Zwycięzca otrzyma miliard dolarów.
Tak, dobrze przeczytaliście. Jeden zwycięzca. I jeden miliard dolarów. Ale tak naprawdę nie chodzi o pieniądze.
Stawka w tej grze jest znacznie wyższa.
Prawdziwym celem tego konkursu jest wyłonienie tej jednej, jedynej osoby, która zdoła wykorzystać swoje talenty, aby uratować nas wszystkich, zanim będzie za późno. Jesteśmy bliżej krawędzi, niż nam się wydaje. Organizatorzy tej rywalizacji są głęboko przekonani, że katastrofa jest nieunikniona - chyba że będziemy działać szybko i znajdziemy kogoś, kto zdoła dokonać niemożliwego.
Może to zabrzmieć niewiarygodnie, ale nie chodzi tylko o wciąż rosnącą liczbę wojen.
Chodzi o awarie systemów. Przerwy w dostawach prądu. Braki wody. Przerwane linie zaopatrzeniowe. Burze, upały, pożary i powodzie. Ludzi wysiedlanych ze swoich domów. Zatarcie się granic między rzeczywistością a iluzją, świat, w którym nikt nie może już mieć pewności, w co wierzyć, a w co nie. W dzisiejszych czasach nadzieja staje się coraz bardziej deficytowym towarem.
Wszyscy jesteśmy tego świadkami. Każdego dnia.
Ale ja wciąż wierzę. Każdego dnia widzę ludzi, którzy wyciągają pomocną dłoń, zamiast odwracać wzrok. I właśnie dlatego zgadzam się z organizatorami - świat potrzebuje kogoś, kto roznieci chęć pomocy w nas wszystkich i odpowiednio ją ukierunkuje. Do tego zaś niezbędna jest jedna rzecz, której boleśnie nam brak: zaufanie.
Świat potrzebuje ludzi, którym mógłby zaufać.
A teraz posłuchajcie mnie uważnie.
Nie jestem jednym z organizatorów.
To oni przyszli do mnie. Poprosili mnie o pomoc. Poprosili, bym wziął udział w tym projekcie, bo mam doświadczenie w organizowaniu gier, zawodów i mobilizowaniu ludzi. I dlatego, że wierzą, iż ta misja ma znaczenie.
Zgodziłem się, bo jestem tego samego zdania.
I ponieważ wierzę w Was.
Jeśli przyjmiecie to zaproszenie, traficie do najbardziej elitarnej i zróżnicowanej grupy zawodników, jaką kiedykolwiek zgromadzono: złożonej z najbystrzejszych umysłów, najlepszych rozwiązywaczy problemów, najtwardszych wojowników z krajów z całego świata. Jesteście kimś, kto spojrzy w twarz niemożliwemu - i zmusi je do uległości. Jesteście kimś, kto zajrzy w cień kaptura śmierci i powie: "Nie dziś".
Świat tego potrzebuje. Świat potrzebuje Was.
Wszyscy nieraz widzieliśmy, co się dzieje, gdy jedna osoba zdecyduje się podjąć ryzyko i zrobić ten pierwszy, najważniejszy krok. Twórca. Sportowiec. Dzieciak z telefonem. Pielęgniarka. Nauczyciel. Jeden głos to iskra, która rozpala płomień. Już wkrótce dołączą do niego miliony. A kiedy ludzie się jednoczą, działają razem, niemożliwe przestaje być niemożliwym.
I właśnie po to zorganizowano ten konkurs.
A zwycięzca potrzebuje odpowiednich środków.
Ten, kto wygra i zostanie ogłoszony Wybrańcem, otrzyma miliard dolarów. Szansę i narzędzia, aby coś zmienić.
Oto kilka zasad, które musicie poznać, zanim zgodzicie się na udział w tym konkursie:
1. Wszystko jest poufne. Podpiszecie umowy. I będziecie przestrzegać protokołów. Nie dlatego, że chcemy nadać wszystkiemu ekscytującą otoczkę tajemniczości. Wszystko odbywa się bez rozgłosu i jest ściśle kontrolowane.
2. To nie jest show. Powtórzę raz jeszcze: nie będzie transmisji na żywo. Żadnych relacji w sieci. Świat nie będzie oglądał Waszych wyczynów z zapartym tchem. Zero publiczności. Jeśli łakniecie uwagi i liczycie na poklask, lepiej zrezygnujcie już teraz.
3. To niebezpieczne. Będą zasady, których musicie przestrzegać. Zapewnimy Wam wsparcie medyczne. Jeśli zajdzie taka potrzeba, będziecie mogli się wycofać. Ale - możecie doznać uszczerbku na zdrowiu. Możecie zginąć. Nie przesadzam. Takie są fakty.
4. Jeśli się zgodzicie, wszystko potoczy się szybko. Nie dowiecie się wszystkiego od razu. To celowy zabieg.
I na koniec:
Nie prosimy Was, żebyście byli bohaterami. Chcemy, żebyście byli gotowi być głosem, za którym podążą inni, gdy strach zagłuszy rozsądek.
Jeśli się zgodzicie, otrzymacie dalsze instrukcje.
Jeśli odmówicie, nikt nigdy nie dowie się, że zostaliście wybrani.
Tak czy inaczej: nie wybrano Was bez powodu.
Nie mogę się doczekać, aby poznać Was osobiście.
Zacznijcie przygotowywać się psychicznie i fizycznie do najbardziej niebezpiecznych gier, jakie kiedykolwiek zorganizowano.
Uwierzcie mi: będzie warto.
Zaufajcie mi.
Z poważaniem
Jimmy Donaldson, znany jako MrBeast
ALEK
ANTARKTYDA
Czy jedna osoba naprawdę może ocalić świat?
Aleksandra Andrić - Alek - prawie sto osiemdziesiąt centymetrów wzrostu, dwadzieścia dwa lata, zaprawiona w bojach. Przetrwała liczne wojny, które spustoszyły jej ojczyznę, położoną w regionie karpackim. Jej rodzina uciekała przed wyciem syren alarmowych od tak dawna, że nie potrafi nawet powiedzieć, w jakim kraju się ta ucieczka zaczęła.
Ostrzegali ją, że może zginąć. I zapewnili, że jedna osoba zdoła naprawić świat. Ale nie to zaprząta teraz jej myśli. Tym, co nie daje jej spokoju, jest pytanie, dlaczego właściwie tu jest. Dlaczego oni wszyscy tu są. Ktokolwiek okaże się całym tym Wybrańcem, czy naprawdę będzie w stanie zmienić wszystko na lepsze? A może trik polega na tym, by zmobilizować do działania innych?
Na razie Alek musi po prostu przetrwać ten pierwszy dzień na Antarktydzie. Wszyscy są ubrani tak samo: odzież termiczna, gogle, chusty chroniące usta i nos przed mrozem. I ten sam mały dodatek, o którym nikt nie mówi - plastikowa opaska, opinająca ciasno mankiet rękawicy nad miejscem, w którym krew pulsuje miarowo w jej żyłach. Nadajnik. Tętno, lokalizacja, ruch. Jeśli tętno spadnie do zera, natychmiast będą o tym wiedzieć. Rozgrzewa się od jej pulsu. Alek sprawdza, co jest pod spodem. WŁASNOŚĆ H. GAMES, INC, głosi napis.
Ona i pozostali są stłoczeni w jednej z pięciu łodzi pontonowych. Znajdują się pośrodku lodowatych wód cieśniny McMurdo, w drodze na Wyspę Rossa. Jej ręce drżą już z zimna, pomimo grubych rękawic i ocieplanej kurtki.
Po przybyciu na wyspę mają otrzymać ostateczne instrukcje dotyczące dzisiejszego testu. Gospodarz - głos, który po raz pierwszy usłyszeli w Ohio - poinformował ich o tym, zanim zostali zapakowani do pontonów:
- Dzisiaj zaczniemy sprawdzać, ile faktycznie jest warte każde z was, bo dziś gra zaczyna się na poważnie. Życzę powodzenia. I uwierzcie mi: na Wyspie Rossa będziecie potrzebowali czegoś więcej niż tylko szczęścia. Jesteście oceniani w każdej sekundzie, nawet jeśli tego nie widzicie. Obserwujemy mapę. Zmienia się z godziny na godzinę.
W Ohio zwróciła uwagę na ostatnią, krótką wzmiankę, którą wielu graczy zignorowało: "Nie ratujemy. Tylko zarządzamy". Nie miało to dla niej jednak żadnego sensu, więc postanowiła się tym nie przejmować.
Mimo to słyszała w tych słowach ten sam ton cichej groźby, który pobrzmiewał w komunikatach alarmowych. Słyszała go już wcześniej. Powtarzano im raz po raz, że rozgrywki, w których mają wziąć udział, to najniebezpieczniejsze wyzwania, przed jakimi kiedykolwiek stanęli jakikolwiek mężczyzna lub kobieta. Wyjaśniono im zasady. Alek wbiła je sobie do głowy - od tego zależy jej życie.
Powiedziano im, że wszystko, z czym przyjdzie im się zmierzyć, będzie sprawdzianem ich umiejętności. Testem, mającym wykazać, które z nich posiada zdolności przywódcze niezbędne do ocalenia świata. Zastanawia się, czy to prawda. Czy to w ogóle możliwe.
Zapewniono ich, że zasady będą jasne. Konsekwentnie egzekwowane. Że to wszystko będzie uczciwe.
To było pierwsze kłamstwo.
Alek martwi się, że jeśli popełni najmniejszy błąd, jej opaska przestanie wibrować i ktoś zapakuje ją do plastikowego worka. Może nastąpi to już w ciągu najbliższej godziny?
W ponton, którym płynie, uderza nowa fala i łódź znów unosi się w powietrze.
Alek powstrzymuje cisnący jej się na usta okrzyk, kolejny raz.
Chwyta się mocniej poręczy. Pod wpływem jej uścisku odłamują się od niej kawałki lodu i spadają do wody.
Potrafi pływać. Niepokoi ją co innego. Co się stanie, jeśli łódź się wywróci, a ona wyląduje w lodowatej wodzie i zamarznie?
Co wtedy?
Kolejna fala. Kolejny gwałtowny wstrząs. Rękawica zsuwa się jej z ręki, a nagą dłoń kąsa przenikliwy chłód. Jeden błąd i po niej. Blokuje ramię, usztywniając je w łokciu.
W liście napisano, że musi być odważna.
"Bądź odważna" - powtarza sobie, na przekór wiatrowi i wodzie oraz wszechobecnemu zimnu, które próbuje ją pochłonąć tutaj, pośród wód cieśniny McMurdo, na krańcu świata.
Alek mocniej wbija stopy w pokład i zaciska dłonie na poręczy, żeby nie ześlizgnąć się na bok. I nie wypaść za burtę. Zagryza zęby i przygotowuje się na kolejną falę wywołaną przez kilwater płynącego przed nimi pontonu.
"Weź się w garść" - upomina się w myśli.
I nie chodzi tylko o trzymanie się poręczy.
Znowu myśli o swojej matce. Podczas tej podróży łodzią w lodowatą, nieznaną dal tęskni za nią tak bardzo, że czuje niemal fizyczny ból. Ma nadzieję, że jest bezpieczna w ich domu, w małym górskim miasteczku, w którym osiedliły się dwa lata temu. Ale syreny ostatnio znów je dogoniły...
Jest dalej od matki niż kiedykolwiek wcześniej. Rodzice wychowywali ją i jej siostrę tak, by nie bały się marzyć. Ojciec powtarzał jej to... dopóki nie zabrała go wojna. Zanim niekończące się naloty i ewakuacje nie zamieniły ich świata w prawdziwy koszmar.
Ale wraca myślami do tego, dlaczego tu jest.
Wciąż powtarza sobie, że ten konkurs, który chyba faktycznie okaże się tak niebezpieczny, jak ostrzegano ich, zanim to wszystko jeszcze się zaczęło, jest szansą na życie, o jakim zawsze marzyła. Życie, którego wizję roztaczali przed nią rodzice.
Stara się o tym pamiętać, choć serce wali jej tak mocno, że Alek boi się, iż lada chwila wyskoczy jej z piersi, a zimny wiatr smaga bezlitośnie policzki i uniemożliwia oddychanie. Jest zaskoczona, że ciche łzy na jej policzkach nie zmieniły się jeszcze pod jego wpływem w sople lodu.
Po raz kolejny wracają do niej te wszystkie chwile wypełnione uczuciem bezradności, gdy wokół nich szalała wojna. Napływają do niej falami, grożąc zatopieniem.
A jednak nawet raz nie przechodzi jej przez myśl, by poprosić pilota, żeby zawrócił. Doskonale wie dlaczego. Ten konkurs - ta szansa, którą otrzymali wraz z innymi - pozwolił jej wrócić do czegoś, czego zaprzestała, odkąd wojna rozbiła jej rodzinę: Alek zaczęła znów marzyć.
Marzyć o lepszym świecie dla siebie, swojej mamy i wszystkich innych.
Świadomość, że jest jedną z garstki wybrańców, którzy przez kilka następnych dni będą walczyć o niemal niewyobrażalną fortunę, dodaje jej otuchy w chwili, gdy desperacko pragnie być silna.
Boleśnie zdaje sobie jednak sprawę, że zdoła spełnić te marzenia jedynie wtedy, jeśli przeżyje dość długo, by odebrać nagrodę.
Miliard dolarów.
Więcej pieniędzy, niż mogłaby wydać w ciągu kilku żyć.
Jednak zarówno ona, jak i cała reszta wiedzą, że prawdziwą stawką w tej grze jest jeszcze większa nagroda: szansa na zdobycie uznania w oczach całego świata jako bohater, choć wydaje się to równie ekscytujące, co szalone. Tylko jedno z nich może wygrać. Jedna z tysiąca osób, które kilka dni temu ściągnęły z całego świata na pole kukurydzy w Ohio.
Ale najpierw musi przetrwać ten dzień. Dzień, w którym czeka ich zadanie pokonania zdradliwego odcinka wulkanu znanego jako jęzor lodowcowy Erebus, gdzie każdy krok może być jej ostatnim.
To ich pierwsza próba, w najzimniejszym miejscu pod słońcem.
W tej chwili znajduje się na pokładzie mierzącego pięć metrów długości pontonu, przedzierającego się przez lodowatą wodę. Obok niej siedzi rudowłosa Niemka, Hannah Wagner, zawodniczka numer 222. Hannah to błyskotliwa geniuszka, osiemnastolatka studiująca oceanografię na MIT. Jej wzrok nieustannie błądzi w poszukiwaniu szczegółów, które umykają innym - rejestruje, gdzie zamontowano głośniki, gdzie nie ma kamer.
Obok Hannah na dziobie ich smukłej nadmuchiwanej łodzi siedzi Wyatt Jordan, zawodnik numer 77, utalentowany student z Nowego Jorku. Alek widzi wyraźnie, że Wyatt jest pod ogromnym wrażeniem Hannah, mimo iż zna ją dopiero od niedawna.
- Mogę być z tobą szczera? - zagaduje ją nagle Hannah. - Boję się.
To tak, jakby nie tylko zbliżyła się do Alek, ale wręcz weszła jej do głowy.
Alek z miejsca polubiła tę nieśmiałą, bystrą Niemkę. Poczuły do siebie wzajemną sympatię niemal natychmiast, już w Ohio. Alek miała wrażenie, jakby nagle zyskała drugą szansę, by znów być starszą siostrą. Wyczuwa już, jak silna jest Hannah. A jednocześnie chce ją chronić - dokładnie tak, jak zrobiłaby to starsza siostra.
- Gdy będziemy szły, złap mnie za rękaw - mówi Alek. - Razem będzie nam łatwiej. Damy radę.
- Mówisz, jakby to było takie proste - parska Hannah.
Alek uśmiecha się pod nosem.
- Opanowałam do perfekcji sztukę maskowania strachu - odpowiada.
Wymaga to pewnego wysiłku, bo wiatr uderza w nie z nową siłą, ale Hannah odwzajemnia uśmiech.
- Dziękuję - mówi.
- Za co?
- Wiem, że się o mnie troszczysz, nawet jeśli tego nie okazujesz. Niemal od pierwszej chwili, gdy się poznałyśmy - zauważa Hannah.
- Lubię cię - wyjaśnia Alek. - Polubiłam cię niemal od razu. I szczerze mówiąc, nie jestem pewna, czy w twoim wieku odważyłabym się na to wszystko. Dlatego uważam, że jesteś prawdopodobnie odważniejsza, niż ja kiedykolwiek będę.
- Hej, wcale nie jesteś aż tak bardzo starsza ode mnie! - śmieje się Hannah.
Alek poważnieje.
- Ależ owszem - zaprzecza. - Jestem.
- Może... naprawdę mogłybyśmy się o siebie nawzajem troszczyć - stwierdza nieśmiało Hannah. - Nigdy nie miałam siostry.
- Ja miałam.
- Co się z nią stało?
- Zmarła - rzuca krótko Alek.
- Tak bardzo mi przykro... - mamrocze Hannah.
"Nie tak bardzo, jak mnie" - ma ochotę powiedzieć Alek, ale nagle to czuje - niskie dudnienie pod gumowym kadłubem, podwodny puls. Coś mocno uderza w ponton - z siłą torpedy - a jego dziób podrywa się wysoko w górę.
- Wieloryb! - krzyczy Hannah, zanim reszta zdąży się zorientować, co się właśnie stało. Następnie, z oczami otwartymi szeroko ze zdumienia i przerażenia, wyciąga sztywną rękę w kierunku wody. - Orka!
Łódź podskakuje... a potem się wywraca.
Woda uderza Alek w twarz. Ogarnia ją zimno - przenikliwe i brutalne. Wpadają w lodowatą toń bezlitosnej cieśniny McMurdo.
"W tak zimnej wodzie najpierw tracisz czucie w rękach. Potem rozum" - przemyka Alek przez myśl.
Zimno ją ogłusza. Kurczą jej się płuca. Z trudem stara się wrócić na powierzchnię. Ręce i nogi szybko jej drętwieją, a kiedy wreszcie udaje jej się wynurzyć głowę z wody i zaczerpnąć łapczywie haust powietrza, jest niecałe dwadzieścia metrów od czarno-białej orki, największego i najstraszliwszego stworzenia, jakie kiedykolwiek w życiu widziała.
Obraca głowę i widzi ciemne, skłębione fale, a pośród nich resztę walczących o życie pasażerów jej łodzi pontonowej.
Gorączkowo rozgląda się za rudymi włosami Hannah Wagner, ale po jej przyjaciółce nie ma śladu.
Jak okiem sięgnąć, wszędzie widać tylko przerażające orki.
To nie sen. Tylko istny koszmar.
JACK
U WYBRZEŻY CHILE
Jack McHenry, gracz numer 711, spogląda w dół, na wodę.
"Rekiny" - myśli.
Wręcz cudownie.
Wie, że połowa uczestników gry jest już na Antarktydzie.
Druga połowa przebywa tutaj, w Ameryce Południowej.
Ale nikt nie wspominał o pieprzonych rekinach!
Wspaniale. Po prostu... fantastycznie.
W armii czy poza nią starszy sierżant Jack McHenry (w stanie spoczynku) szczyci się ponad wszystko tym, że niczego się nie boi. Nigdy.
Nawet śmierci.
Ale teraz, gdy mierzy wzrokiem ostatni odcinek Pacyfiku dzielący go od wyspy u wybrzeży Chile, znanej jako El Fin del Mundo, musi przyznać, nawet jeśli niechętnie, że może to jest właśnie ten moment. Że tak jak ze wszystkim innym zawsze musi być ten pierwszy raz.
Nazwa wyspy oznacza dosłownie Koniec Świata.
"Oby to nie była zła wróżba" - myśli Jack.
Zna samego siebie na tyle dobrze, by wiedzieć, że to nie strach przed śmiercią kieruje nim w życiu. Tylko sama śmierć, której tak wiele widział już na wojnie. I nie chodzi o szkody, jakie wojna wyrządziła - i wciąż wyrządza - jemu. Nie - to coś więcej. Spustoszenie wewnątrz niego.
Kiedyś przeczytał pewne zdanie - nie pamięta, kto wypowiedział te słowa. Brzmiały one: "Starzenie się nie jest dla osób o słabym sercu". Pomyślał wtedy: "Starzenie się ma być trudne? A co powiecie na zespół stresu pourazowego? Ciekawe, co by było, gdybyście musieli nosić w sobie przez resztę życia ten ołowiany ciężar". Zamyka oczy - nie tylko po to, by przestać patrzeć na rekiny - i potrząsa głową, próbując oczyścić umysł z obrazów, które nigdy nie znikają. Stary czy nie, Jack nauczył się w życiu jednego: czas nie negocjuje. Bierze bez pytania to, co jego.
W tej chwili ma wrażenie, jakby nigdy nie zakończył służby. Jakby nadal był rangersem. Wciąż żyje, podczas gdy tak wielu z jego kolegów odeszło. Pamięta, jak bardzo czuł się żywy podczas wypełniania misji - ścigając cele, przekonany, że robi coś, co się liczy. Co może zrobić różnicę. Wciąż trzyma się kurczowo tego wspomnienia. Chciałby, by znów tak było.
Pragnie pomagać ludziom. Chce udowodnić, że można na niego liczyć. Chce robić coś, co ma znaczenie, mimo iż nie nosi już munduru. To właśnie dlatego postanowił wziąć w tym udział - mniejsza o nagrodę. Od samego początku, już od pierwszego listu, była mowa o niebezpieczeństwie. Czy jest coś, czym mogliby go zaskoczyć? Czymś gorszym od zasadzki w mroku, gdy nagle, bez ostrzeżenia, wszystko wokół ciebie zmienia się w piekło? Gdy wszystkie zasady szlag trafia i liczy się tylko, by przetrwać?
Wie z doświadczenia, że najlepsze, co można zrobić ze strachem, to sprawić, by działał na twoją korzyść. Przekonał się o tym na własnej skórze. I rozmawiał już na ten temat z niektórymi z pozostałych.
Próbował nawet wyjaśnić to temu młodemu Anglikowi, Rupertowi Chadwickowi, o którego stara się troszczyć od czasu Ohio. Od razu zauważył, że ten czternastolatek to wspaniały dzieciak, bystry - i śmiały - ponad swój wiek. Jack nie ma pojęcia, dlaczego osoba odpowiedzialna za wybór uczestników - ktokolwiek to był - zwróciła uwagę na kogoś tak młodego. Ale mniejsza o to, jak Rupert tu trafił. Teraz liczy się tylko to, że tu jest. Chociaż Jack wie, że w dłuższej perspektywie musi skupić się na własnych sprawach (a w krótszej na rekinach), zamierza zrobić wszystko, co w jego mocy, aby chronić tego chłopca.
Między innymi dlatego, że dzięki niemu Jack znów ma poczucie celu. Misji.
- Nie wiem, co mam robić ani jak się zachowywać - wyznał mu Rupert, zanim wsiedli dziś na pokład.
- Słuchaj, i tak zrobiłeś już na mnie ogromne wrażenie - zapewnił go Jack.
- Jak niby? - parsknął chłopak.
- Swoją śmiałością i pewnością siebie.
- Naprawdę tak pan uważa? - bąknął Rupert, rozpromieniony, desperacko łaknący akceptacji. - Bo czasami czuję się kompletnie zagubiony... i to nie tylko dlatego, że jestem tak daleko od mamy i taty. - Odwrócił wzrok. - Ma pan dzieci, panie McHenry?
- Mów mi Jack.
- No to... masz dzieci, Jack?
Jack wyciągnął pięść, żeby Rupert mógł mu przybić żółwika.
- Może teraz już mam - zażartował.
"Skup się" - upomniał się w myśli Jack, odsuwając wspomnienie tamtej rozmowy na bok.
Odległość od statku do wyspy wynosi niecały kilometr. Jack nie martwi się tym zbytnio, bo pokonywał wpław znacznie większe dystanse, gdy jeszcze służył w rangersach. Dla tak wprawnego pływaka jak on to żaden problem. Ale dla Ruperta...
Cóż, tak czy inaczej, prawdziwym problemem są rekiny. Zaczęły nim być w momencie, gdy dowiedzieli się, że statek nie popłynie dalej. Że będą musieli przebyć resztę drogi do Końca Świata wpław.
Rozpoznaje żarłacze tępogłowe i żarłacze tygrysie. Zna je, ponieważ dorastał w Galveston Bay i obserwował je z bliska, gdy był krnąbrnym, lekkomyślnym dzieciakiem. Co jeszcze? Cóż, jednego jest pewien: te rekiny z pewnością nie przypłynęły tu, żeby zabawiać ich sztuczkami.
"W porządku" - myśli. "Będzie, co ma być. W końcu po to tu jesteśmy, prawda? To prawdziwy test".
Nie przebył tu całej tej długiej drogi z platformy wiertniczej w Basenie Permskim po to, żeby przegrać, zanim jeszcze cała ta impreza rozpoczęła się na dobre. Nie przy takiej stawce. Nie, skoro ma szansę wygrać tak zawrotną sumę pieniędzy.
Ale oprócz pieniędzy w grę wchodzi coś jeszcze. Coś, co sprawiło, że Jack zdecydował się dawno temu dołączyć do rangersów.
Tym czymś jest nadzieja na drugą szansę - jego ostatnią szansę - na nadanie sensu swojemu życiu.
Więc powtarza sobie teraz to, co mawiał na froncie, gdy nadchodziła pora wkroczyć do akcji: "Będziemy musieli wybrać inny dzień na śmierć".
Tęskni za tym. Za wypełnianiem misji. I w tym właśnie tkwi problem.
Rozgląda się po raz ostatni w poszukiwaniu Ruperta Chadwicka, mając cichą nadzieję, że chłopiec jest dobrym pływakiem.
Bo jeśli nie jest, to rekinów kompletnie nie obejdzie, jak bardzo jest odważny.
ALEK
ANTARKTYDA
Po kilku sekundach spędzonych w wodzie Alek Andrić boi się bardziej niż kiedykolwiek w życiu. Jej kurtka termiczna nasiąkła wodą i ciągnie ją w dół. Zimno przeszywa ją na wskroś. Zgrabiałe palce nie chcą słuchać poleceń mózgu.
Próbuje dostrzec coś poza wielkimi ssakami, które wydają się mieć sześć, może dziewięć metrów długości. Przez wodę przetacza się niskie dudnienie. To nie orki. Te wibracje nie są naturalne. Mimo to... do głowy nie przychodzi jej żaden opracowany przez ludzki umysł plan, który mógłby zawierać orki. To zaś oznacza, że nikt ich nie kontroluje. Ale to nie pora, by się nad tym zastanawiać. Ponownie rozgląda się w poszukiwaniu innych, którzy zostali wyrzuceni z pontonu razem z nią.
A przede wszystkim Hannah.
"Damy radę" - zapewniła ją wcześniej. Obiecała jej to.
Widzi w oddali kształty, unoszące się bezwładnie na falach - ciemne plamy: kurtki? Kończyny? Możliwe, że to ludzie. Czy wciąż żyją? Nie potrafi tego stwierdzić. Mimo to próbuje zmówić za nich krótką modlitwę. Ale jej usta są sztywne, a zęby szczękają z zimna.
Usiłuje wykrzyczeć imię Hannah.
Bezskutecznie. Język również odmawia jej posłuszeństwa, a płuca skurczyły się boleśnie, uniemożliwiając zaczerpnięcie głębszego tchu.
Krzyk więźnie jej w gardle.
Zaczyna tonąć. Znika pod wodą.
To już koniec.
Kolejne myśli pojawiają się w jej głowie szybko, bezładnie - całkiem jakby jej umysł pozbywał się plików z całego jej życia, zanim się wyłączy. Nie jest w stanie nic na to poradzić. Myśli o swojej młodszej siostrze i o tym, jak nazywała ją Królową Lodu, nawiązując do filmu animowanego, który wspólnie oglądały. Był o siostrzanej więzi. Takiej samej, jaka je łączyła.
Nie była w stanie uratować swojej siostry, gdy bomba uderzyła w jej szkołę, ale zamierza uratować Hannah, zanim ta zamarznie na śmierć. Musi tylko najpierw ją znaleźć...
"Nie waż się umierać, Hannah Wagner!"
W końcu dostrzega kilka innych osób, płynących w kierunku wywróconego pontonu, szukających desperacko czegoś - czegokolwiek - czego mogłyby się złapać. Orki wciąż zataczają wokół nich kręgi, jakby to była dla nich jakaś zabawa.
Nie wie, czy mogą zrobić ludziom krzywdę, ale to w tej chwili bez znaczenia. Bo nawet gdyby okazały się niegroźne, to lodowata woda zrobi swoje.
Nie widzi rozwiązania. Nie ma ucieczki.
I wtedy dostrzega rude włosy, jakieś pięćdziesiąt metrów dalej. Głowa Hannah kołysze się lekko na falach, twarzą w dół. Ciało Alek krzyczy do niej, by obróciła się w stronę pontonu - w stronę czegokolwiek, co unosi się na wodzie. Zamiast tego dziewczyna zwraca się w stronę Hannah.
Ale między nią a jej przyjaciółką spośród fal wynurza się nagle kolejna orka. Płynie wprost na nią - zbyt duża, zbyt szybka. Lada chwila ją staranuje.
- Proszę, nie... - szepcze Alek.
Nikt jej nie słyszy.