Nagroda - Danielle Steel

Kup ebooka

35.90 zł
29.07 zł (28,72 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

1

Del­phine Lam­bert, ciem­no­włosa, po­ważna młoda ko­bieta, czy­tała w sku­pie­niu "Le Fi­garo" w swoim miesz­ka­niu przy rue du Cher­che-Midi w le­wo­brzeż­nym Pa­ryżu. Był Nowy Rok. Uważ­nie stu­dio­wała li­stę, jak za­wsze tego dnia, od kilku już lat. Dwu­dzie­sto­dzie­wię­cio­let­nia pu­bli­cystka mo­gła się po­szczy­cić dwiema do­brze przy­ję­tymi książ­kami i wie­loma ar­ty­ku­łami. Dłu­gie pro­ste włosy za­kry­wały część jej twa­rzy, kiedy tak ślę­czała nad ga­zetą. Geo­r­ges Po­itier, męż­czy­zna, z któ­rym miesz­kała, przy­glą­dał się jej z uśmie­chem. Zdą­żył się do­my­ślić, co czyta. Go­niła za tym ma­rze­niem, od­kąd skoń­czyła sie­dem­na­ście lat.

- Czego szu­kasz? - spy­tał ła­god­nie.

Li­sta była pu­bli­ko­wana dwa razy do roku - w Nowy Rok i czter­na­stego lipca.

- Prze­cież wiesz... Babci - od­po­wie­działa, nie pod­no­sząc wzroku, bo nie chciała się po­gu­bić.

Na li­ście fi­gu­ro­wało pięć­set na­zwisk, a ona oba­wiała się, że tego, które miała na­dzieję zo­ba­czyć, znowu tam nie bę­dzie. Do tej pory się nie po­ja­wiło, mimo wszyst­kich jej wy­sił­ków w ciągu ostat­nich dwu­na­stu lat, a pra­co­wała nad tym nie­zmor­do­wa­nie.

- Jak długo jesz­cze będą cze­kać? - mruk­nęła. Bała się ko­lej­nego za­wodu.

Jej bab­cia, Ga­ëlle de Bar­bet Pa­squ­ier, miała dzie­więć­dzie­siąt pięć lat i przej­mo­wała się tym o wiele mniej niż jej wnuczka, dla któ­rej stało się to świętą sprawą. Na li­ście znaj­do­wały się na­zwi­ska tych, któ­rzy mieli otrzy­mać Le­gię Ho­no­rową - naj­wyż­sze fran­cu­skie od­zna­cze­nie.

Ga­ëlle ni­gdy na to nie li­czyła i uwa­żała aspi­ra­cje Del­phine za zgoła nie­po­trzebne. Ale Del­phine upie­rała się, że tak po pro­stu po­winno być. Cała ro­dzina wie­działa, ile wy­siłku wkła­dała w to, żeby jej bab­cia zo­stała zre­ha­bi­li­to­wana i od­zna­czona. Ga­ëlle mia­łaby zo­stać na­gro­dzona za czyny sprzed wielu lat, z cza­sów wojny, ale te roz­działy jej ży­cia były tylko od­le­głym wspo­mnie­niem. Rzadko o tym my­ślała, chyba że py­tała ją Del­phine, a Del­phine wła­ści­wie już prze­stała py­tać. Znała całą hi­sto­rię - od­waga babci była dla niej po­tężną siłą i in­spi­ra­cją. Bab­cia była przy­kła­dem tego, jaki zda­niem Del­phine po­wi­nien być czło­wiek. I bez względu na to, czy rząd się opa­mięta, na­prawi błędy prze­szło­ści i od­zna­czy ją, czy nie, w oczach Del­phine była bo­ha­terką, tak jak dla wielu in­nych w cza­sie oku­pa­cji Fran­cji sie­dem­dzie­siąt dzie­więć lat temu.

Na­gle za­marła z ga­zetą w ręku i otwo­rzyła sze­roko oczy. Prze­czy­tała jesz­cze raz, żeby mieć pew­ność, że jej się nie przy­wi­działo, i spoj­rzała oszo­ło­miona na Geo­r­ges'a.

- O, mój Boże... jest... jest na li­ście!

W końcu się do­cze­kała. Wszyst­kie jej pi­sma, lata do­cie­kli­wych ba­dań i wier­ce­nia dziury w brzu­chu każ­demu człon­kowi ka­pi­tuły, któ­rego mo­gła do­paść, w końcu od­nio­sły sku­tek. Jej babka zo­sta­nie od­zna­czona Or­de­rem Le­gii Ho­no­ro­wej, bę­dzie jego ka­wa­le­rem.

Pa­trzyła na Geo­r­ges'a ze łzami w oczach, jej dłoń drżała, gdy po­da­wała mu ga­zetę. Ga­ëlle de Bar­bet Pa­squ­ier. Prze­czy­tała to kilka razy, żeby mieć pew­ność, że to nie po­myłka. W końcu się tu zna­la­zła. Geo­r­ges uśmiech­nął się do niej i po­chy­lił, żeby ją po­ca­ło­wać. Wie­dział, jak ciężko na to pra­co­wała. Jej babka też o tym wie­działa i za­wsze po­wta­rzała, że po­mysł jest bez szans. A jed­nak w końcu się udało, dzięki Del­phine.

- Brawo! Do­bra ro­bota - po­chwa­lił ją. Był z niej dumny.

Nie ule­gało wąt­pli­wo­ści, że jej bab­cia to nie­zwy­kła ko­bieta i świat miał się o tym do­wie­dzieć, bo wy­róż­nili ją ro­dacy.

Po chwili wstała od stołu, żeby do niej za­dzwo­nić. Nie mo­gła się do­cze­kać, żeby jej to po­wie­dzieć. Była pewna, że bab­cia nie za­wra­cała so­bie rano głowy czy­ta­niem ga­zety, a już na pewno nie rzu­ciła się na nią tak jak ona. Ga­ëlle nie była w tym wzglę­dzie opty­mistką. Po­wta­rzała, że to się ni­gdy nie uda. A Del­phine udo­wod­niła jej, że się myli. Wy­trwa­łość w końcu zo­stała na­gro­dzona.

Ko­bie­cie na­dal drżały jej dło­nie, gdy dzwo­niła na ko­mórkę po­da­ro­waną kie­dyś babci, ale od razu, jak zwy­kle, włą­czyła się poczta gło­sowa.

- Ni­gdy nie od­biera ko­mórki - po­skar­żyła się przez ra­mię Geo­r­ges'owi.

Bab­cia uwa­żała, że to zbyt skom­pli­ko­wane i że ko­mórki nie po­trze­buje. Wo­lała ko­rzy­stać z te­le­fonu sta­cjo­nar­nego. Del­phine za­dzwo­niła więc i pod ten nu­mer i długo cze­kała: może bab­cia jest czymś za­jęta albo po­szła do ła­zienki? Ale ten te­le­fon też po­zo­stał głu­chy, poczta gło­sowa była wy­łą­czona, wró­ciła więc do stołu strasz­nie za­wie­dziona. Nie mo­gła się do­cze­kać, żeby po­wie­dzieć babci, że to się w końcu stało.

- Pew­nie po­szła do ko­ścioła - przy­po­mniał jej Geo­r­ges.

- Albo wy­szła z psem. Spró­buję jesz­cze raz za kilka mi­nut.

Ale dzie­sięć mi­nut póź­niej i po pół go­dzi­nie sy­tu­acja się po­wtó­rzyła. Del­phine nie wie­działa, co ze sobą zro­bić, do­póki nie do­dzwoni się do babci, i w końcu za­dzwo­niła do matki. Matka, oszo­ło­miona tak samo jak córka, roz­pła­kała się, gdy usły­szała no­winę. Ży­czyły tego Ga­ëlle z ca­łego serca, cho­ciaż ona sama nie chwa­liła się swo­imi czy­nami. Obie były za­wie­dzione, że nie mogą się z nią skon­tak­to­wać. Ale Ga­ëlle, choć w po­de­szłym wieku, była zdrowa i sa­mo­dzielna, wsta­wała wcze­śnie i zwy­kle miała plany, które wy­cią­gały ją z domu na cały dzień albo wie­czór. Była w świet­nej for­mie, fi­zycz­nej i umy­sło­wej, lu­biła się spo­ty­kać z przy­ja­ciółmi, cho­dzić do mu­zeów, do te­atru albo za­bie­rać psa na dłu­gie spa­cery po oko­licy czy wzdłuż Se­kwany.

- Za­dzwo­nię do niej póź­niej - po­wie­działa Del­phine do matki i znów za­częła wpa­try­wać się w li­stę, żeby się upew­nić, że na­zwi­sko babci na­dal tam jest i że to nie przy­wi­dze­nie, lecz dla nich wszyst­kich speł­nie­nie ma­rzeń, na­groda, na którą Ga­ëlle tak bar­dzo za­słu­gi­wała.

Ga­ëlle Pa­squ­ier wstała tego ranka wcze­śnie, jak za­wsze. Za­li­czyła po­ranną gim­na­stykę, zro­biła so­bie grzankę i duży ku­bek café au lait i de­lek­to­wała się nią. Co­dzienne czyn­no­ści spra­wiały jej ra­dość. Wy­ką­pała się i wy­szczot­ko­wała świet­nie ostrzy­żone śnież­no­białe włosy, uło­żone w ele­ganc­kiego boba, który pod­kre­ślał jej ary­sto­kra­tyczne rysy, a póź­niej ubrała się, żeby od­wie­dzić swoją przy­ja­ciółkę Lo­uise. Obie miesz­kały w siód­mej dziel­nicy, Ga­ëlle ro­biła so­bie zdrowy spa­cer ze swo­jego ma­łego, ale ele­ganc­kiego miesz­ka­nia przy Place du Pa­lais Bo­ur­bon do domu Lo­uise przy rue de Va­renne. Dziel­nica była wy­tworna, ale sam bu­dy­nek nie­zbyt oka­zały. Ga­ëlle miała piękne ob­razy, a jej miesz­ka­nie ume­blo­wane było im­po­nu­ją­cymi an­ty­kami. Stwo­rzyła w nim cie­płą, przy­ja­zną at­mos­ferę. Kiedy wy­cho­dziła, za­bie­rała ze sobą małą, dłu­go­włosą, brą­zową jam­niczkę Jo­se­phine - do­stała ją od wnu­ków i ni­gdy się z nią nie roz­sta­wała. Na sam wi­dok smy­czy Jo­se­phine za­czy­nała sza­leć; żeby ją za­ło­żyć, Ga­ëlle prze­ma­wiała do psa ła­god­nie i obie­cy­wała miły spa­cer.

Miesz­kała sama i do­brze so­bie ra­dziła. W ty­go­dniu przy­cho­dziła go­spo­sia, ale obiady go­to­wała so­bie sama, a kiedy tylko mo­gła, wy­cho­dziła z przy­ja­ciółmi. Sie­dem lat temu, gdy skoń­czyła osiem­dzie­siąt osiem lat, w końcu nie­chęt­nie prze­szła na eme­ry­turę. Ko­chała swoją pracę ku­ra­tora w ma­łym, ale zna­mie­ni­tym mu­zeum, po­ma­gała je za­kła­dać i była mu od­dana przez pra­wie pięć­dzie­siąt lat.

Cho­dziła na wszyst­kie ważne pa­ry­skie wy­stawy, zwy­kle ze swoją o dzie­sięć lat młod­szą przy­ja­ciółką Lo­uise. Lo­uise miała córkę w In­diach i syna w Bra­zy­lii, dla­tego ce­niła so­bie to­wa­rzy­stwo Ga­ëlle; przy­jaź­niły się od pięć­dzie­się­ciu sied­miu lat, od­kąd Ga­ëlle wró­ciła do Fran­cji po szes­na­stu la­tach spę­dzo­nych w No­wym Jorku. Lo­uise była spon­so­rem mu­zeum, gdy Ga­ëlle po­ma­gała przy jego za­kła­da­niu, i tak się za­przy­jaź­niły.

Ga­ëlle miała dwie córki, jedną w No­wym Jorku, a drugą w Pa­ryżu, i troje wnu­ków. Miała wię­cej szczę­ścia od Lo­uise - jej ro­dzina była bli­sko. Lo­uise wi­dy­wała dzieci i wnuki tylko raz do roku, gdy je­chała je od­wie­dzić, ale mimo to była we­soła i po­godna. Jej mąż pra­co­wał kie­dyś w kor­pu­sie dy­plo­ma­tycz­nym i w mło­do­ści też miesz­kali za gra­nicą.

Star­sza córka Ga­ëlle była w No­wym Jorku ban­kie­rem in­we­sty­cyj­nym i cza­ro­dzie­jem fi­nan­sów, jak jej zmarły oj­ciec. Młod­sza, Da­phne, le­karz po­łoż­nik, miała męża kar­dio­loga i ko­chała swoją pracę tak jak on. Byli za­pra­co­wani, ale na­le­gali, żeby Ga­ëlle wpa­dała do nich w każ­dej chwili. Ona jed­nak za­wsze mó­wiła, że nie chce im prze­szka­dzać. Na szczę­ście miała dość wła­snych za­jęć i przy­ja­ciół, na ogół młod­szych, bo nie­wielu lu­dzi w jej wieku było tak ak­tyw­nych i cią­gle tak cie­ka­wych świata.

Jej wnuczka, Del­phine, była dzien­ni­karką, młod­szy brat Del­phine stu­dio­wał me­dy­cynę, chciał tak jak ro­dzice zo­stać le­ka­rzem, naj­młod­szy wnuk był w pa­ry­skiej Wyż­szej Szkole Han­dlo­wej, naj­lep­szej ta­kiej uczelni. Ga­ëlle była z nich wszyst­kich dumna.

Ra­zem z Lo­uise do­brze się ba­wiły, pla­no­wały roz­rywki i wy­pady - cza­sami wy­ska­ki­wały na week­end zo­ba­czyć wy­stawę w Rzy­mie, operę w Wied­niu, ja­kieś wy­da­rze­nie kul­tu­ralne w Lon­dy­nie czy w Ma­dry­cie albo przejść się pro­me­nadą w De­au­ville. Ży­cie Ga­ëlle wciąż było cie­kawe, cza­sem cie­kaw­sze niż ży­cie jej młod­szych zna­jo­mych.

Pew­nym kro­kiem szła w stronę rue de Va­renne, do Lo­uise, z Jo­se­phine na smy­czy. Za­wsze cie­szyła się na Nowy Rok, ma­wiała, że ma na co cze­kać. Miała po­zy­tywne po­dej­ście do ży­cia, chciała żyć te­raź­niej­szo­ścią, nie prze­szło­ścią. Nie lu­biła roz­pa­mię­ty­wać tego, co za nią, wo­lała pa­trzeć przed sie­bie.

Wciąż była szczu­pła, na bie­żąco z modą, choć ubie­rała się kla­sycz­nie i od­po­wied­nio do wieku. W jej stylu i spo­so­bie no­sze­nia się było coś na wskroś fran­cu­skiego, cho­ciaż szes­na­ście lat spę­dziła w Sta­nach. Była pa­ry­żanką z krwi i ko­ści.

Mi­nęła Mu­zeum Ro­dina i Ma­ti­gnon i za­trzy­mała się przed do­mem z cięż­kimi lśnią­cymi drzwiami w ko­lo­rze ciem­nej zie­leni. Lo­uise miesz­kała w jed­nym z mo­nu­men­tal­nych osiem­na­sto­wiecz­nych do­mów z we­wnętrz­nym dzie­dziń­cem i po­wo­zow­nią, prze­bu­do­waną na ga­raże. Dom był ele­gancki, ogród za­dbany. Gdy Ga­ëlle za­pu­kała mo­siężną ko­łatką, otwo­rzył jej por­tier i grzecz­nie przy­wi­tał. We­szła po scho­dach, za­dzwo­niła. Drzwi otwo­rzyła go­spo­sia. Ga­ëlle zo­sta­wiła płaszcz w holu, roz­pięła smycz Jo­se­phine, a pies wbiegł do sa­lonu, w któ­rym Lo­uise sie­działa przy ko­minku z mod­nie ostrzy­żo­nym bia­łym pe­kiń­czy­kiem Fifi. Psy ucie­szyły się na swój wi­dok i za­częły się ba­wić, a Lo­uise uśmiech­nęła się pro­mien­nie, gdy do sa­lonu we­szła Ga­ëlle.

- Szczę­śli­wego No­wego Roku! - przy­wi­tała Ga­ëlle przy­ja­ciółkę, po­chy­liła się, dała jej bu­ziaka i usia­dła w wy­god­nym fo­telu obok niej.

Na tych dwóch fo­te­lach spę­dziły przed ko­min­kiem nie­jedno przy­jemne po­po­łu­dnie i wie­czór, roz­ma­wia­jąc o mu­zeum, dzie­ciach albo naj­śwież­szych pla­nach.

- Gra­tu­luję! - od­po­wie­działa Lo­uise. Była wy­raź­nie za­do­wo­lona.

- Czego? - Ga­ëlle wy­glą­dała na za­sko­czoną, nie miała po­ję­cia, o co cho­dzi. - Tego, że mam na karku dzie­więć­dzie­siąt pięć lat i do­ży­łam ko­lej­nego No­wego Roku? - spy­tała, śmie­jąc się. - W ta­kim ra­zie ja też ci gra­tu­luję.

Lo­uise miała do­piero osiem­dzie­siąt pięć lat. Wiek było wi­dać po niej bar­dziej niż po Ga­ëlle, była niż­sza i peł­niej­sza, miała cie­pły, bab­ciny wy­gląd, ale rów­nież była pełna ży­cia, dla­tego lu­biły ze sobą prze­by­wać.

Psy go­niły się po po­koju, Jo­se­phine po­rwała jedną z za­ba­wek Fifi.

- Nie czy­ta­łaś ga­zety? - spy­tała Lo­uise.

Była to pierw­sza rzecz, jaką co­dzien­nie ro­biła. Obie wie­działy, co się dzieje na świe­cie, były do­brze po­in­for­mo­wane. Czy­tały naj­now­sze książki i po­ży­czały je so­bie. Da­phne za­wsze mó­wiła, że mama ją za­wsty­dza, bo ona nie miała czasu czy­tać po­wie­ści, je­dy­nie me­dyczne cza­so­pi­sma. Ga­ëlle czy­tała na­mięt­nie, po­dob­nie jak Lo­uise.

- Nie cier­pię czy­tać ga­zet przy śnia­da­niu - stwier­dziła Ga­ëlle. - To mnie przy­gnę­bia, te wszyst­kie tra­ge­die zbrod­nie prze­ciwko ludz­ko­ści i klę­ski ży­wio­łowe. Nie za­wra­ca­łam so­bie tym dzi­siaj głowy.

- A po­win­naś była - skwi­to­wała ta­jem­ni­czo Lo­uise, wy­raź­nie ucie­szona.

- Czyżby pre­zy­dent miał ko­lejny ro­mans? Prze­ga­pi­łam naj­now­szy skan­dal? - spy­tała Ga­ëlle z roz­ba­wie­niem.

- Nie, ko­chana - od­parła czule Lo­uise. - W ta­kim ra­zie, szcze­gól­nie mi miło, że pierw­sza ci gra­tu­luję, ka­wa­le­rze Or­deru.

Ga­ëlle przy­glą­dała jej się przez chwilę w mil­cze­niu. Nie mo­gła w to uwie­rzyć.

- Nie mó­wisz po­waż­nie. Nie­moż­liwe. Biedna Del­phine la­tami za­drę­czała ka­pi­tułę, ale ni­gdy nie my­śla­łam, że to moż­liwe.

Lo­uise wie­działa, że Ga­ëlle jako na­sto­latka pra­co­wała dla ru­chu oporu i w cza­sie wojny bo­ha­ter­sko ry­zy­ko­wała ży­ciem. Póź­niej zo­stała fał­szy­wie oskar­żona o ko­la­bo­ra­cję z Niem­cami. Ten cień snuł się za nią przez całe ży­cie; jej wnuczka od­waż­nie wal­czyła, żeby go roz­pro­szyć i oczy­ścić jej imię. W końcu jej się udało.

- No, wresz­cie cię zre­ha­bi­li­to­wali. Del­phine ja­koś ich prze­ko­nała. Zdo­bę­dziesz za­szczyt i uzna­nie, za­słu­gu­jesz na nie. - Lo­uise była z niej dumna.

Ga­ëlle wie­działa, że Del­phine z pew­no­ścią jest w siód­mym nie­bie.

- Skąd wiesz, że to nie­prawda, co się mó­wiło? - spy­tała ze smut­kiem Ga­ëlle. Cof­nęła się pa­mię­cią do tam­tych lat. - Może cię okła­my­wa­łam?

- Ni­gdy nie wąt­pi­łam w to, co mi po­wie­dzia­łaś. Znam cię. Do­cze­ka­łaś się spra­wie­dli­wo­ści, Ga­ëlle. Za wszystko, co zro­bi­łaś.

Ga­ëlle sie­działa w mil­cze­niu. Przez chwilę wpa­try­wała się w ko­mi­nek, a po­tem spoj­rzała na przy­ja­ciółkę.

- To było tak dawno. Ja­kie może te­raz mieć zna­cze­nie? Ja za­wsze zna­łam prawdę. Nie mo­głam ura­to­wać ani zmie­nić ży­cia tylu lu­dzi... - Na przy­kład Re­beki, do­po­wie­działa w my­ślach.

Wszystko za­częło się od Re­beki, przy­ja­ciółki, którą stra­ciła, kiedy miały sie­dem­na­ście lat. Na­dal w ma­łym skó­rza­nym pu­dełku na biurku trzy­mała jej wstążkę do wło­sów, pa­trzyła na nią od czasu do czasu... Re­beka... Jej uko­chana przy­ja­ciółka.

- Po­win­nam za­dzwo­nić do Del­phine i jej po­dzię­ko­wać - po­wie­działa w końcu z me­lan­cho­lią w gło­sie. - Ciężko nad tym pra­co­wała.

Lo­uise wi­działa, że jest prze­jęta no­winą. De­li­kat­nie wy­cią­gnęła rękę i po­gła­skała jej dłoń.

- Za­słu­gu­jesz na to, Ga­ëlle - po­wtó­rzyła z prze­ko­na­niem. - Nie mo­żesz czuć się winna. Zro­bi­łaś, co mo­głaś, dla nich wszyst­kich.

Ga­ëlle kiw­nęła głową, po­grą­żona w my­ślach. Ma­rzyła tylko o tym, żeby to była prawda.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki