RELACJA KIEROWNICZKI PRAC KONSERWATORSKICH, ZABEZPIECZONA PRZEZ FELICJĘ STEFAŃSKĄ, RZECZNICZKĘ PRASOWĄ GMINY KRYSZEWO
W najstarszej części cmentarza, w polu otoczonym kutym ogrodzeniem, pod
drzewem akacji stał pierwotnie tylko jeden wiekowy nagrobek. Ponieważ
ten teren jest dość duży, a na cmentarzu znajduje się tylko kilka dawno
opuszczonych grobów, zarządca cmentarza postanowił przenieść tu stare
płyty, by uchronić je przed zniszczeniem. Pracę rozpoczęliśmy od
demontażu ogrodzenia, które wymagało konserwacji.
Okazało się, że z biegiem lat grunt podniósł się i podmurowanie
ogrodzenia znajdowało się niżej niż kiedyś, trzeba więc było je
odsłonić. Do tego celu oddelegowałam jednego z młodszych kolegów, reszta
zajmowała się odnawianiem napisów i detali na innych wskazanych przez
zarządcę nagrobkach. Znajdowaliśmy się w różnych częściach cmentarza.
Gdy mój pracownik zaczął kopać obok akacji, natrafił na niekompletną
czaszkę z resztkami skóry, tkanki i włosów. Od razu mnie zawołał. Jego
głos zdradzał emocje, dlatego natychmiast postawił nas wszystkich na
nogi. Gdy zobaczyłam kości, początkowo nie przejęłam się tym zbytnio,
ponieważ na sporo różnych szczątków natrafiałam już wcześniej w swojej
pracy: kawałki żeber, kręgi kręgosłupa i tak dalej. W końcu to cmentarz.
Poleciłam ekipie, by wróciła na swoje stanowiska, a ja zostałam na
miejscu, aby nadzorować dalszą pracę przy odsłanianiu podmurówki i dać
wsparcie młodszemu koledze. Gdy już wspólnie zaczęliśmy kopać głębiej,
natrafiliśmy na duży czarny worek foliowy, częściowo rozerwany, w środku
widać było koc. Taki zwykły, współczesny pled w kratę, tyle że mocno
przybrudzony ziemią i nadgniły. Poczuliśmy dość intensywny odór,
częściowo wilgoci, ale także rozkładu. Nie rozchylaliśmy bardziej worka
ani nie kopaliśmy dalej, natychmiast zadzwoniłam na policję. Najpierw
pojawił się jeden policjant - ten miejscowy - by stwierdzić, czy to
faktycznie ludzkie szczątki, następnie przyjechali prokurator z technikiem, który zaczął delikatnie odkopywać znalezisko. Okazało się,
że w koc była zawinięta pozostała część ciała, a raczej to, co z niego
zostało. Szczątki zostały rozwinięte i ułożone na płycie sąsiedniego
nagrobka. Resztki ubrań oraz buty wskazywały, że prawdopodobnie mamy do
czynienia ze zwłokami mężczyzny, i to wcale nie "starymi".
Kazano nam przerwać pracę, a teren zabezpieczyła policja. Poproszono
nas, byśmy pozostali do jej dyspozycji jako świadkowie. Dlatego tu
jesteśmy - bo nie pochodzimy stąd, jesteśmy "wędrowną" firmą. Poza tym
nie chcemy stracić zlecenia, mamy zamiar się z niego do końca wywiązać.
Do dalszych prac konserwatorskich przystąpimy jednak dopiero wtedy, gdy
otrzymamy na to pozwolenie.
Bardzo dużo o tym rozmyślam. A myślałam, że już się uodporniłam, w końcu różne rzeczy widziałam. Ta sprawa jednak nie daje mi spokoju. To
musiało być morderstwo, innej opcji raczej nie ma. Mamy zatem przymusowy
urlop, no i... Przepraszam, ale to nie było zbyt miłe doświadczenie...
Godzinę później
Greta z Felicją wyszły z cmentarza razem. Pani wójt odesłała asystentkę
do samochodu, prosząc ją, by chwilę zaczekała, a następnie wspólnie z przyjaciółką podeszły do starej renówki dziennikarki, gdzie radośnie
powitał je Bury.
- Masz tę relację? - zapytała Greta.
- Mam, wszystko ci wyślę na maila. Rzeczowa ta konserwatorka, konkretna,
dobrze się z nią rozmawiało.
- Świetnie. Dzięki. A tak na marginesie, zauważyłaś, jaki nasz Ryba
zrobił się ostatnio butny?
Felicja zaśmiała się, wyjmując z kieszeni paczkę cienkich mentolowych.
Stojąc przy aucie, obie zapaliły.
- Zauważyłam - odparła. - Szczególnie w obecności tego komisarza. Zgrywa
się.
- Myślisz? Bo ja sądzę, że mu sodówka uderzyła. Odkąd został
uniewinniony, zaczął uważać się za bohatera. Ale nieważne, z wiekiem
spokornieje. Słuchaj, masz teraz coś pilnego? Bo chciałabym pogadać.
- Tutaj?
- Właśnie nie. Może u mnie? Albo u ciebie? Na spokojnie.
- Więc może tym razem u mnie - zaproponowała Stefańska. - Dawno cię nie
było. Akurat nawet kawę w domu mam - dodała półżartem, bo zazwyczaj tak
się składało, że kiedy przychodzili goście, okazywało się, że brakuje
jej w zapasach tego lub owego. W przypadku Grety zazwyczaj kawy.
- Tym razem chyba wolałabym piwo. Przywiozę. Dobra, więc będę u ciebie
około trzeciej, bo jeszcze muszę zajrzeć do urzędu. A ty byś mi
podesłała to nagranie? Dasz radę?
- Da się zrobić. - Felicja zgasiła papierosa w popielniczce, którą
wyciągnęła z samochodu, i podała ją Grecie. Przy okazji z auta wyskoczył
Bury i pognał oznaczyć cmentarny parkan, po czym zaczął wspinać się na
nogi obu kobiet, domagając się należnej porcji pieszczot. Otrzymał je z nawiązką.
- Chcę, żebyś się zajęła tą sprawą - wyjaśniła pani wójt. - Monitorowała
ją. Oczywiście, pomogę. Dlatego najpierw musimy wszystko obgadać.
Przygotuj się...
- W porządku. Ale do czego mam się przygotować? Przecież to jasne, że
się tym zajmę. I jasne, że musimy na ten temat pogadać - zdziwiła się
Felicja.
Greta również zdusiła niedopałek w popielniczce.
- No to super. Myślę, że dobrze ci zrobi nowe zadanie - dodała
wymijająco. - Przyznaję, że dawniej nieraz miałam ochotę cię palnąć, ale
ostatnio brakuje mi tej twojej żywiołowości. To ja wracam do samochodu,
Mirka czeka. Do zobaczenia za jakieś... - zerknęła na swój złoty zegarek
- za dwie godziny.
Pomachały sobie na pożegnanie i każda odjechała w swoją stronę.
Dwie godziny później
Siedziały w części kuchennej poddasza, które gmina podnajmowała na biuro
i jednocześnie mieszkanie dla rzeczniczki prasowej swojego urzędu.
Felicja postawiła na stoliku szklanki i miseczkę z chipsami serowymi, a Greta otworzyła butelkę markowego piwa. W życiu Grety wszystko było
markowe - i wcale nie wynikało to ze snobizmu, raczej z dbałości o jakość. Mogła sobie na to pozwolić nie tylko ze swoich zarobków,
bardziej z dochodów firmy prowadzonej przez jej męża, Przemka Pazika.
Greta nie pogardzała niczym ani nikim - nie było to w jej stylu - prócz
ludzkiej nieuczciwości. Dlatego teraz, siedząc z podkulonymi nogami na
wersalce, zajadała się chipsami z supermarketu, bawiąc się i co jakiś
czas dzieląc z Burym, dopóki Felicja, w trosce o żołądek psa, nie
położyła temu kresu.
- To teraz mów, co wiesz o całej tej sprawie. - Dziennikarka rzuciła
pupilowi piłkę i usiadła naprzeciwko Grety na krześle. - Bo widziałam,
że gadałaś z tym komisarzem. Aha, relację konserwatorki dostałaś? Bo nie
potwierdziłaś.
- Tak, dzięki. Nie miałam czasu. Ale przeczytałam! Brrr, nie zazdroszczę
tym ludziom odkrycia, sama chybabym zemdlała. Z komisarzem, owszem,
usiłowałam gadać. To buc. Niewiele się dowiedziałam, podejrzewam, że
wiemy tyle samo. Najwyraźniej ustalili, ile mogą na początek zdradzić.
Denat płci męskiej, wygląda, że młody, niezidentyfikowany, zwłoki w stanie rozkładu. Pod nagrobkiem leżał jakieś kilka miesięcy, do roku,
nie dłużej. Nawet nie chcieli mi powiedzieć, jak zginął, ten glina
twierdził, że jeszcze tego nie wiedzą. Zabrali szczątki na sekcję, więc
może później dowiemy się czegoś więcej. Ale niestety, ta sprawa nie
będzie priorytetowa...
- Pewnie uznali, że jak już tyle przeleżał, to może poleżeć jeszcze
trochę - parsknęła Stefańska, częstując się piwem.
- Pewnie tak. - Greta również sięgnęła po swoją szklankę. - Jeśli wiesz
coś więcej, to twoja kolej.
Felicja się zastanowiła.
- Nie... - odpowiedziała z wahaniem. - Chyba nie. Może tylko tyle, co
podejrzewam, że ofiara zginęła od strzału w głowę.
- O! Czyli możliwe że egzekucja? A dlaczego tak podejrzewasz? -
zainteresowała się pani wójt.
- Bo podeszłam Rybę i chyba trafiłam - zaśmiała się dziennikarka. -
Zapytałam o dziurę w czaszce denata. Czysta intuicja. Zygmuncik zmieszał
się i nie zaprzeczył. Może nie załapał, że nie mogłam widzieć tej
czaszki. - Wzruszyła ramionami.
- Zawsze coś. To by znaczyło, że należy szukać człowieka dysponującego
bronią palną. Zawsze to zawęża krąg podejrzanych.
Stefańska pokiwała głową.
- Zasugerujesz, gdzie zacząć szukać?
- Za mało danych. Zaczekajmy przynajmniej na wyniki sekcji, bo po omacku
trudno coś zdziałać. Ewentualnie zakręć się przy kościele, w końcu
morderca... albo mordercy musieli jakoś dostać się niepostrzeżenie na
cmentarz i tam kopać. I trzymaj się Ryby. Dalej na niego działasz, więc
zdradzi ci, co zechcesz.
- Już nie. Zmienił się. Chyba trudno mu darować... - Felicja urwała.
- Twój romans z Sebastianem? - dokończyła za nią przyjaciółka. - Choć
sam już wcześniej ożenił się z inną. Typowy samczyk. A powiedz, jak ty
się teraz czujesz? Doszłaś już trochę do siebie? - dodała miękkim tonem.
Dziennikarka ponownie wzruszyła ramionami, nie patrząc jej w oczy. Nie
odpowiedziała, a Greta już nie dopytywała. Zamiast tego powiedziała
lekkim tonem: - Coś mi się przypomniało. Ale wcale nie a propos! -
zastrzegła. - Dostaniesz asystentkę. Praktykantkę. To młoda dziewczyna,
miejscowa, z Kryszewa. Od liceum działała w naszej telewizji gminnej, w sekcji młodzieżowej. Była najlepsza. Teraz kończy dziennikarstwo i chciałaby skorzystać z okazji, by podszkolić się w przyszłym zawodzie.
Podziwia cię, jesteś dla niej wzorem.
Stefańska aż wstała z krzesła.
- I chcesz mi wmówić, że to tak przypadkiem? Nie a propos? Moja kochana,
nie wierzę ci! - oburzyła się.
- Naprawdę...
- Nie. Nie zgadzam się! Nie ma mowy. Nie potrzebuję pomocy. Nie mam
czasu na szkolenie praktykantek. I potrafię pracować tylko sama.
Wiedziałaś o tym od początku. Chcecie mnie upokorzyć? Nie nadaję się
już? Źle wykonuję swoje obowiązki? Dobrze, w takim razie jutro składam
wymówienie.
Zaniepokojony Bury porzucił piłkę, którą przez cały ten czas zapamiętale
obgryzał, i podbiegł do swojej opiekunki, niepewnie machając puszystym
ogonkiem. Greta odstawiła szklankę i sięgnęła po papierosa.
- Uspokój się, wariatko - upomniała Felicję. - Zrobiłaś się okropnie
przewrażliwiona. Nikt nie chce cię upokorzyć. Co najwyżej dać ci więcej
luzu, żebyś mogła spokojnie zajmować się ważniejszymi sprawami, a ona
wzięłaby na siebie drobiazgi, które - jak obie wiemy - są najbardziej
upierdliwe. To bystra, sympatyczna dziewczyna. Poprowadzi stronę, pomoże
ci w aktualnościach. Zrobi, co jej każesz. Nie będzie przeszkadzać.
Zgódź się, proszę. Bardzo mi na tym zależy.
- A co, to jakaś twoja znajoma? - zakpiła Stefańska.
- Córka sąsiadki. Nie ukrywam. Obie bardzo prosiły o tę szansę.
- Nepotyzm, co?
- Nazywaj to, jak chcesz, wiem, że tylko chcesz mi dogryźć. Ale się
zgódź, na jakiś czas...
- Na jak długo? - Dziennikarka odrobinę zmiękła.
- Nie wiem, to będzie zależało od ciebie. Miesiąc, dwa?
- Zastanowię się. Najpierw muszę ją poznać.
- To oczywiste! Jutro ją do ciebie przyślę. Felka... dzięki!
- Odczep się. I nie mów do mnie "Felka", bo zabiję.
Nazajutrz
Felicja długo w nocy rozmyślała, bijąc się z emocjami, które nią miotały
- od skrajnej furii do prób zbagatelizowania problemu. Była zła na
Gretę, że nie uszanowała jej indywidualności i stylu pracy. Szczególnie
teraz nie bardzo miała ochotę na dodatkowe relacje z innymi ludźmi,
pomijając oczywiście te, które ściśle wynikały z jej zadań. Trudno,
trzeba będzie na jakiś czas i tę do nich dodać. Jakoś to przetrwać. Nie
potrzebowała pomocy, radziła sobie sama. Obawiała się jednak, że decyzja
nie zależała tylko od przyjaciółki, lecz była wyrazem niezadowolenia
urzędu z niej jako swojej etatowej dziennikarki i rzeczniczki. Fakt, że
ostatnio rzeczywiście zwolniła, ale bardzo się starała, by osobista
tragedia nie wpłynęła na jakość jej pracy. Swoje obowiązki wykonywała,
wywiązywała się z nich... Reszta to przecież jej prywatne życie.
Wstała niewyspana i wciąż nie do końca przekonana. Raczej niechętna,
lecz zdecydowana nie wchodzić w konflikt z gminą. Zależało je na tej
robocie, dawała jej swobodę i poczucie stabilności. I na tym miejscu,
które polubiła, i z którym teraz dodatkowo połączyły ją najpiękniejsze
wspomnienia. Nie chciała od nich uciekać - były w końcu wszystkim, co
jej zostało.
Około południa otrzymała wiadomość od Grety, że umówiła studentkę w biurze Felicji na trzynastą. Wraz z podziękowaniami i zapewnieniami, że
dziennikarka ma wolną rękę. Stefańska ponownie odrobinę zmiękła, ale
podskórnie złość nie przestawała w niej buzować. Gdy punktualnie o ustalonej godzinie rozległo się nieśmiałe pukanie do drzwi, nadal była
spięta. W przelocie zerknęła do lustra, by sprawdzić, jakie może zrobić
wrażenie na smarkuli. Wychudzona sylwetka w rozciągniętym swetrze i legginsach, brązowe włosy ciasno upięte w kucyk, gęba blada, usta
zaciśnięte. Może ta mała sama ucieknie. W końcu otworzyła. W progu stała
drobna, uśmiechnięta dziewczyna z odrobinę nierównym zgryzem i w okularach. Ona również miała na sobie prosty sweter - szaroniebieski -
oraz wyblakle dżinsy, a włosy w nieco mysim kolorze nosiła spięte w kucyk. Nie była zbyt urodziwa, raczej przeciętna, zwyczajna młoda osoba,
lecz bił od niej urok osobisty, któremu trudno było się oprzeć...
Nawet Bury mu uległ: wyraźnie ucieszył się z tej wizyty. Merdał ogonem i śmiał się po psiemu.
- Ojejku, jaki cudny piesek! Dzień dobry, nazywam się Kasia Malinowska,
mam być u pani praktykantką - przedstawiła się nowo przybyła.
- Dzień dobry. To się jeszcze okaże. - Dziennikarka postanowiła być
twarda. - Jeśli uznam, że się nadasz.
- Oczywiście. Przepraszam...
- Wejdź. Tak wygląda biuro rzecznika prasowego. Jak widzisz, nie ma tu
za wiele miejsca, więc jeśli oczywiście się dogadamy, pracować będziesz
u siebie. Zdalnie. Masz chyba komputer i telefon, to ci wystarczy. Tutaj
możemy spotykać się tylko w razie konieczności. Siadaj, porozmawiajmy.
Wprowadzę cię w zakres obowiązków, które by do ciebie należały. Napijesz
się czegoś? Herbaty?
- Może wody. - Dziewczyna nieśmiało przysiadła na krześle. Bury jej nie
odstępował. Podczas gdy Felicja szykowała napoje, przyniósł jej swoją
piłeczkę i kazał sobie rzucać.
- Dlaczego zdecydowałaś się na praktykę u mnie? - zapytała Stefańska,
gdy już usiadła za biurkiem.
Kandydatka na jej asystentkę uśmiechnęła się rozbrajająco.
- Studiuję dziennikarstwo. Został mi ostatni rok. Prawie wszystko już
pozaliczałam, więc nie mam wiele zajęć na uczelni, w zasadzie tylko
pisanie pracy. Będę miała sporo czasu, a przyda mi się doświadczenie.
Poza tym... zawsze panią podziwiałam. Dlatego - odpowiedziała wprost.
- To miłe. Mam na imię Felicja. Może wydaję ci się stara jak
wszechświat, ale to bez znaczenia. W pracy nie uznaję sztywnych form,
oszalałabym z tymi paniami, więc będziesz musiała przywyknąć.
- Nie ma problemu. Dla mnie to zaszczyt. I wcale nie wydaje mi się pani
stara, to znaczy... nie wydajesz się. - Uśmiech stał się jeszcze szerszy
i Felicja też ledwie powstrzymała swój. Dziewczyna zaczynała jej się
coraz bardziej podobać. Ujrzała w niej swoje odbicie sprzed lat, a raczej kogoś, kim bardzo chciała być. Czegoś jej zabrakło. Charakteru?
Wytrwałości? Szczęścia? Pewności siebie?
- Słyszałam, że pracowałaś w tutejszej telewizji? - przypomniała sobie,
że Greta o tym wspominała.
- Tak, choć to za dużo powiedziane. Robiłam to w ramach wolontariatu,
ale bardzo mnie wciągnęło, dlatego wybrałam ten kierunek studiów. -
Dziewczyna schyliła się, by po raz kolejny rzucić Buremu jego piłkę. -
Jak mu na imię? - wtrąciła, wskazując rozbawionego kundelka.
- Bury.
- Bury? - roześmiała się studentka. - Ale on jest...
- Rudy. Wiem. Tak jakoś wyszło. A więc kiedy to było? Ta współpraca z telewizją?
- Oj, przepraszam. Współpraca trwała przez cały okres ogólniaka i jeszcze trochę w trakcie studiów. Stąd panią... stąd ciebie znam. Z konferencji prasowych, ale nie tylko. Przez cały czas obserwowałam twoją
pracę i strasznie zazdrościłam. Nie było tu u nas nigdy wcześniej
takiego dziennikarza.
- Znaczy, jakiego?
- Prawdziwego. Nie tylko od pisania formułek pod dyktando, ale takiego,
który robi coś więcej. Marzę o dziennikarstwie śledczym. Ale oczywiście
będę robić, co mi każesz - zastrzegła.
Stefańska uśmiechnęła się wreszcie.
- No dobrze - westchnęła. - Zobaczymy, co z tego będzie. Na początek
zaczniesz obsługiwać nasz portal internetowy i zbierać newsy z całej
gminy. Nie piszemy tylko o oficjalnych wydarzeniach, musimy być na
bieżąco ze wszystkim. Ostrzegam, że będę od ciebie wymagała czujności,
samodzielności i inicjatywy. Czyli rzucę cię od razu na głęboką wodę.
Nie boisz się? Bo jeszcze możesz zrezygnować.
- Nie mam zamiaru. Nie boję się, lubię wyzwania. Myślę, że sobie
poradzę, prowadziłam już różne strony, między innymi naszego koła
dziennikarskiego na uczelni. I bardzo dobrze znam tę gminę, bo mieszkam
tutaj od urodzenia.
- No to świetnie, wobec tego powinnaś się sprawdzić. - Felicja włączyła
komputer. - Podejdź tu bliżej, wprowadzę cię we wszystko...
***
Okazało się, że Kasia już słyszała piąte przez dziesiąte o znalezisku na
cmentarzu, czyli informacja pomału zaczynała się rozchodzić. Całe
szczęście, że bez szczegółów. Felicja postanowiła też ich na razie nie
zdradzać, znalazła dla praktykantki inne zadania - tamtym zajmie się
sama, zanim sprawą zainteresują się "zewnętrzne" media. Wspólnymi siłami
skleciły krótką notkę na portal i dla gazety zgodną z wytycznymi z policji, które jeszcze wczorajszego wieczoru otrzymała pocztą
elektroniczną od Ryby. Poleciła Malinowskiej, by nie umieszczała jej
jeszcze na szczególnie eksponowanym miejscu, na tę chwilę lepiej nie
wzbudzać sensacji. Raczej zbagatelizować, przynajmniej do czasu, gdy
dowiedzą się czegoś więcej. Informacja najpierw trafi na portal, dopiero
na drugi dzień znajdzie się w gminnym biuletynie, ale również nie na
pierwszej stronie. Dziewczyna okazała się pojętna, jej pomysły i propozycje trafne: spodobały się dziennikarce. Ceniła rzeczowość i kreatywność, możliwe że ostatecznie będzie to całkiem udana współpraca -
pomyślała, gdy Kasia już od niej wyszła, zresztą ku niezadowoleniu
Burego. Teraz to Felicja musiała mu rzucać piłkę, ponieważ, rozochocony,
nie zamierzał odpuścić. Rzucała więc, jednocześnie wypominając sobie, że
z powodu jej żałoby - o ile można tak nazwać ten stan - przez ostatnie
miesiące psiak nie miał przecież zbyt wielu okazji do zabawy.
Wieczorem zadzwoniła Greta uradowana, że Stefańska dogadała się z tymczasową asystentką. Widocznie wcześniej zdążyła już rozmawiać z Kasią. A może raczej z jej mamą, bo zdaje się, że były po sąsiedzku
zaprzyjaźnione. Stało się jasne, że rodzina Malinowskich należała do
miejscowej elity: w dzielnicy Pazików byle kto nie mieszkał.
Inteligentna córka, studiująca dziennikarstwo, z ambicjami, współpraca z telewizją już w szkole średniej. To sukces. Musieli być dobrze sytuowani
i wykształceni. Nic dziwnego, że Grecie zależało na dobrych relacjach z nimi. Felicja odetchnęła z ulgą. Nie chodziło o nią. Rzeczywiście, chyba
ostatnio stała się przesadnie skupiona na sobie. Dobrze, że obie z Kasią
przypadły sobie do gustu. Jeden problem z głowy, choć i tak wolałaby
robić wszystko sama i osobiście tego pilnować.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
Kryszewo. Koniec czerwca. Kilka lat wcześniej
Dziewczyna szła szybko, zdecydowanym krokiem wzdłuż brzegu jeziora, nie
rozglądając się na boki. Lekko wstawiona, wracała z imprezy na przystani
w ośrodku. Wstawał świt, ciepły poranek zapowiadał kolejny pogodny dzień
wczesnego lata, z minuty na minutę robiło się coraz widniej. Jeszcze w knajpie zamieniła szpilki na japonki, pożyczone od znajomej z wypożyczalni kajaków. Buty, choć nowe, wyrzuciła do śmieci: w jednym z nich złamał się obcas, co zdecydowanie przelało czarę goryczy. Pierwszy
dzień wakacji nie należał do udanych. Niczego dobrego nie wróżył. Facet,
jedyny, na którym jej zależało, nie pojawił się w ogóle - jak zresztą
się obawiała, choć specjalnie roztrąbiła na całą gminę, gdzie będzie się
tej nocy bawić. Musiało do niego dotrzeć, ale i tak nie przyszedł.
Tymczasem startowali do niej wytrwale jacyś beznadziejni idioci. Głównie
miejscowi, bo jeszcze na dobre nie zaczął się sezon. Niemal wszystkich
znała, przynajmniej z widzenia. Bez szans, nic z tego nie będzie. Tylko
śmiertelnie się tutaj wynudziła. Nie, nie tylko: zwyczajnie chciało jej
się wyć. Wrzeszczeć z żalu, wściekłości, rozczarowania, frustracji. Z tego powodu - mimo że balanga trwała w najlepsze - postanowiła wracać do
domu przed czasem i namawiała do tego koleżankę, z którą przyszła, ta
jednak odmówiła. Widocznie jej się podobało. Pokłóciły się o to, trudno.
Koleżanka jeszcze śmiała ją pouczać, taka fujara! Zawsze była
zazdrośnicą, a po prostu brakowało jej klasy. Myśli pewnie, że któregoś
z tych idiotów poderwie, kiedy już zabraknie konkurencji. Inne laski
miały obstawę.
Jakie to żałosne.
Ludzie są głupi.
Przemierzała teraz samotnie nadbrzeżną promenadę. Choć nie, wcale nie do
końca była tutaj sama. Na deptaku kręciło się już o tej porze całkiem
sporo ludzi, ktoś zażywał porannej kąpieli, ktoś inny wyprowadzał psa,
wędkarz łowił ryby z małego drewnianego mola, grupa młodszych od niej
smarkaczy piła piwo, na wpół leżąc na trawie. No tak, głupie wakacje.
Ale niby czemu głupie, mają być super! - zbuntowała się nagle. To jej
ostatnie beztroskie lato przed kieratem. Potem tylko buda, ostatnia
klasa ogólniaka, matura, egzaminy wstępne na uczelnię. Zakuwanie i zakuwanie. Więc te wakacje będą super, żeby tylko on... No właśnie.
Zadanie bojowe. Uda się. Musi. Jemu na pewno wciąż na niej zależy, tylko
ambicja nie pozwala tak łatwo ustąpić. Jest zazdrosny i nic dziwnego.
Przecież tylu chłopaków na nią leci. Był dumny, że wybrała właśnie jego.
Ona, miss nastolatek regionu, najpopularniejsza dziewczyna w całej
gminie.
Żadna go jej nie odbierze.
Wszystko się zmieni.
Będzie dobrze.
Zanim skręciła z promenady do centrum Kryszewa, zdjęła jedwabne bolerko
i przewiązała je sobie w pasie, po czym szybkim ruchem zburzyła z trudem
ułożoną fryzurę, a spinki wrzuciła luzem do torebki, obok smartfonu,
fajek i kosmetyczki. Rozpuszczone włosy zafalowały trącone lekką bryzą
znad jeziora. Obiecała sobie, że jutro zdecydowanie zmieni kolor. Może
na wściekle rudy albo fiolet. Granatowa czerń już jej się znudziła. Czas
na zmiany.
On to na pewno zauważy.
Spodoba się mu.
Na karku i szyi poczuła teraz pierwsze ciepłe promienie słońca. Nie
zmieniając tempa, szybkim krokiem przemaszerowała wzdłuż skupiska domów
jednorodzinnych - jeszcze uśpionych, choć na jednej posesji kosmaty
czarny pies bawił się dużą niebieską piłką - i wyszła na ulicę. Jeździło
już sporo samochodów, a grupki ubranych w krótkie gacie i koszulki
pierwszych turystów wybierały się zapewne tam, skąd ona właśnie wracała:
nad jezioro, by popływać w spokoju, zanim stada dzieciaków zaanektują
kąpielisko. Ktoś pozdrowił ją z drugiej strony ulicy, jakiś ranny
ptaszek albo kolejni imprezowicze. Odmachała odruchowo, nie zatrzymując
się, nawet nie patrząc. Z nikim nie miała ochoty gadać. Z nikim, oprócz
jednej osoby, ale ta akurat była chwilowo niedostępna. A raczej
nieprzystępna.
Ale to się wkrótce zmieni, była tego pewna.
Wakacje dają dużo możliwości.
Przeszła przez miasteczko pogrążona we własnych myślach, zajęło jej to
ze dwadzieścia minut, może trochę więcej. Nie sprawdzała: zegarka nie
nosiła, a nie chciało jej się wyjmować telefonu, bo po co, skoro żaden
esemes od niego nie przyszedł. Usłyszałaby przecież sygnał. Nie
odpowiedział nawet na jej wiadomości, choć napisała ich kilka.
Niemożliwe, żeby mu przestało zależeć.
Może już spał.
Może jutro odpisze...
Podchodząc pod wzgórza na obrzeżach miasteczka, zawahała się przez
chwilę. Miała do wyboru dwie drogi pod górę: okrężną, brukowaną,
prowadzącą przez sąsiednią miejscowość oraz "dziki" skrót przez las.
Zwykle miejscowi korzystali ze skrótu, ponieważ oszczędzał co najmniej
połowę czasu. Wydeptana ścieżka była prosta i nawet dość wygodna, choć
stroma. Tyle że o tej porze zapewne pusta, a nie jest zbyt przyjemnie
zasuwać samotnie przez las o świcie. Można trafić na dzika. Poza tym w pożyczonych klapkach, trochę za luźnych, po wertepach... Mimo wszystko
krótsze przejście kusiło, nogi ją bolały i miała wielką ochotę znaleźć
się wreszcie we własnym łóżku. Jednocześnie leśny mrok budził dreszcz.
Nie mogła się zdecydować. Z ulgą dostrzegła nieopodal grupkę grzybiarzy
- a może zbieraczy jagód - i podjęła decyzję. Nie ma sensu nadkładać
drogi. Ta gminna jest taka męcząca! A ona za kilka minut będzie w domu.
Weszła w las...
Kryszewo. Nowy dzień
Felicja jadła właśnie śniadanie - a raczej dość niemrawo gmerała
plastikową łyżeczką w truskawkowym jogurcie, wyławiając z niego kawałki
owoców, których nie cierpiała - gdy zadzwoniła Greta Pazik, wójt gminy i jej wieloletnia przyjaciółka, dzięki której już trzeci rok pracowała
jako rzeczniczka prasowa tutejszego urzędu, choć nie pochodziła z Kryszewa, tylko z Trójmiasta.
- Nie słyszałaś, co się dzieje na cmentarzu? - Greta zaatakowała ostro
ewidentnie niezadowolona.
Stefańska zrezygnowała z wyławiania sflaczałych strzępów truskawek i z niesmakiem wrzuciła całe opakowanie jogurtu, wraz z łyżeczką i zawartością, do kosza. Przysunęła sobie kubek z kawą. Uznała, że czarny
napój wystarczy na rozpoczęcie dnia.
- Dopiero dziewiąta! Przecież dopiero o dziesiątej zaczynam pracę.
Właśnie jem śniadanie - odpowiedziała. - A co się dzieje?
- Dochodzi jedenasta. O tej porze normalni ludzie od dawna pracują.
Rozumiem, że... okej, nieważne. Kiedyś najpierw sprawdzałaś pocztę. Pół
godziny temu moja sekretarka wysłała ci wiadomość, ale nie
odpowiedziałaś. - Pretensja w głosie pani wójt się nasiliła. - Felicja,
weź się w garść!
- Sorry. Masz rację. Wezmę się. Ale co tam się dzieje?
- Na cmentarzu znaleźli nieboszczyka.
- Coś podobnego - zakpiła dziennikarka. - Z tego, co mi wiadomo, na
cmentarzach zazwyczaj jest mnóstwo nieboszczyków.
- Daruj sobie dowcipy, dobrze? Choć cieszy mnie, że odzyskujesz poczucie
humoru. To był skrót myślowy. Sprawa wygląda tak: w jednym ze starych
grobów znaleziono młodego trupa w plastikowym worku. Z odciętą głową.
Ekipa konserwatorów odkryła go przypadkiem podczas renowacji grobów. Na
sto procent morderstwo. Znowu, do jasnej ciasnej Anielki! Na terenie
mojej gminy! Co tu się wyprawia, nie rozumiem. Chcę, żebyś zaraz tam
pojechała, od razu, nie zwlekaj. Ryba jest na miejscu, ja postaram się
zjawić za godzinę, wcześniej nie dam rady, mam ważne zebranie. Rozejrzyj
się i pogadaj z tymi konserwatorami. Nagraj albo spisz, bo potem musisz
przekazać mi relację. Dowiedz się jak najwięcej. Wolę teraz nie naciskać
za bardzo na Rybę, od czasu ostatniej sprawy zrobił się ostrożny. Z tego
co mi wiadomo, nie ma tam innych dziennikarzy, ze względu na miejsce
zdołali na razie utrzymać znalezisko w sekrecie.
Felicja dopiła kawę i zapaliła papierosa.
- Jasne, nie ma sprawy. Ale "młody trup" w sensie, że jak? - dopytała.
- No podobno raczej młody facet, ale głównie w sensie, że stosunkowo od
niedawna tam leżał.
- Wiadomo, kto to?
- Ja nie wiem, ale może ty się czegoś dowiesz! Do zobaczenia na
cmentarzu. - Greta się rozłączyła.
Dziennikarka wzruszyła ramionami, wstawiła brudny kubek do zlewu i zerknęła za okno. Słońce, ciepło. Nie jak w październiku, bardziej jak
latem. Włożyła lekką marynarkę, notes, telefon i aparat wrzuciła do
torby, domowe klapki zamieniła na adidasy i - nie patrząc w lustro -
wyszła, zatrzaskując za sobą drzwi. W ogrodzie pomachała grabiącej
liście gospodyni i gwizdnęła na psa. Bury natychmiast pojawił się przy
jej nodze, z nadzieją spoglądając w oczy. On też był ostatnio smutny.
Tak jak ona. Nic już nie było jak dawniej.
- Tak, piesku. Idziemy do auta. Spacerek. Pojedziemy na spacerek... -
Felicja podrapała go za uchem, na co psiak niemrawo zamerdał ogonem.
Wcale nie był bury, choć tak go nazwano. Imię pochodziło od wiejskiego
burka. Pies był rudy.
***
Do cmentarza nie mieli daleko, mogli się przejść, ale Bury miał wybieg w przydomowym ogrodzie i uwielbiał samochodowe przejażdżki. Felicja nie
miała serca mu odmówić, zwłaszcza że od dawna już razem nigdzie nie
jeździli. Nie było okazji. Odkąd jej partner, ukochany i narzeczony,
zginął w trakcie wykonywania obowiązków służbowych - był radnym i uczestniczył w śledztwie dotyczącym przekrętów na jednym z nowych
osiedli w gminie - pies stał się dla dziennikarki najważniejszy na
świecie. Miała wrażenie, że tylko z jego powodu i dla niego jeszcze
żyje. Psiak pozostał z nią, choć wiele osób chciało go wtedy adoptować.
Felicja nie zgodziła się na to. Był nie tylko wiernym, kochającym
stworzeniem, ale również łącznikiem pomiędzy nią a zmarłym Sebastianem
Krynickim. Wspólnie go znaleźli, uchronili przed bezdomnością po śmierci
dotychczasowej opiekunki i przez jakiś czas, krótki, lecz
najszczęśliwszy w całym jej życiu, był "ich" psem. I właśnie tak miało
pozostać...
Teraz siedział dumnie w fotelu obok kierowcy, jak dawniej
podekscytowany, nastawiając uszy i węsząc w powietrzu przy lekko
uchylonym lufciku. Felicja obserwowała go z rozrzewnieniem. Niech choć
on będzie szczęśliwy. Ostatnio Greta coraz częściej zarzucała jej, że
się zmieniła, straciła pazur, że wyparowała z niej cała energia. Że się
poddała. Ale czy można się nie poddać, kiedy nagle straciło się cudem
odzyskany sens swojego życia? I to przez bezwzględnego mordercę,
psychopatę? Stefańska oczywiście wiedziała, że Greta jej szczerze
współczuje i chce dla niej jak najlepiej. Ona również wiele straciła, a mimo to wciąż parła naprzód, nie dając się złamać nikomu, przeciwnie - z każdej kolejnej tragedii wychodziła jeszcze silniejsza. Jednak Greta
Pazik jest politykiem. Urodzonym politykiem. Nigdy nie rezygnuje z walki. Felicja - choć z pozoru bardziej szorstka, chłodniejsza - tak
naprawdę nie była siłaczką. Przedtem Greta zarzucała jej nadmiar
arogancji, a przecież ta arogancja była raczej na pokaz. W rzeczywistości Felicja wcale taka nie była. Jej skorupa była raczej
schronieniem, osłoną, azylem, nie zbroją. Teraz ta osłona popękała, a skleić już jej się nie da.
"Nigdy nie mów nigdy" - usłyszała gdzieś w zakamarkach umysłu słowa
przyjaciółki.
Najlepiej nie mówić nic.
Po kilku minutach jazdy przez miasteczko, jeszcze pustawe o tej porze
dnia, dotarli do miejscowego cmentarza. Znajdował się w samym centrum,
choć ukryty: tradycyjnie, za kościołem, zapewne dlatego mało kto jeszcze
wiedział, że coś się tam wydarzyło. Felicja objechała ciąg sklepików,
skręciła w boczną uliczkę i dotarła na niewielki parking. Zwykle prawie
pusty, tym razem zapchany. Stały tu już samochody policyjne i furgonetka
z napisem REART. KONSERWACJA RENOWACJA DZIEŁ SZTUKI I RZEMIOSŁA
ARTYSTYCZNEGO.
Na szczęście nie zauważyła żadnych pojazdów mediów, Greta miała rację.
Wcisnęła się z boku, zastanawiając się, czy wypada wejść na cmentarz z psem. Ludzie są dziwni. Bury był spokojny, grzeczny, ale chyba na
wszelki wypadek lepiej zostawić go w samochodzie.
- Zostań, piesku. Pilnuj. - Przytuliła głowę do jego szyi, a gdy polizał
jej policzek, dała mu sztuczną kość do obgryzania, zostawiła miseczkę z wodą i uchylony lufcik, po czym wysiadła.
Spojrzała w kierunku cmentarza. W jego starej części, przy ogrodzonym
sztachetami nagrobku stała grupa ludzi. Ogrodzenie było częściowo
zdjęte, widocznie właśnie tam trwały prace konserwatorskie. Z daleka
rozpoznała rosłą sylwetkę starszego aspiranta Zygmunta Ryby. Jak zwykle
jego widok wzbudził w niej mieszane uczucia. Byli przyjaciółmi niemal od
początku jej pobytu w Kryszewie. Byli też kochankami, zanim on poznał
swoją obecną żonę, a ona spotkała na swojej drodze Sebastiana. Ryba był
od niej znacznie młodszy, dlatego ucieszyła się, że ułożył sobie życie,
ożenił z rówieśnicą i został ojcem uroczej córeczki podobnej do matki,
którą Felicja poznała, gdy ta pracowała w kryszewskiej bibliotece.
Poczuła ulgę, że już nie musi walczyć z nieustannym poczuciem winy. On
jednak... jakby nie do końca zrezygnował. Nadal - niemal namacalnie -
wyczuwała jego pożądanie. Miała mu to za złe i uważała, że chłopakowi
brakuje charakteru, i dlatego czuła się w jego obecności trochę
niezręcznie, zwłaszcza że to on zastrzelił mordercę Krynickiego. Z tego
powodu spotkały go nieprzyjemności, wewnętrzne śledztwo. Ryba nie
ukrywał tego, jakby chciał wymusić na niej wdzięczność.
Nie czuła wdzięczności.
Tamtego bydlaka chciała zabić sama.
Pchnęła ciężką żelazną furtkę i weszła w główną cmentarną aleję, by
dołączyć do grupy. Nagle, jakby spod ziemi, zastąpił jej drogę młody
mundurowy z miejscowego komisariatu. Od razu ją jednak rozpoznał.
- A, to pani rzecznik! To mogę przepuścić. Tam już na panią czekają! -
oznajmił.
- Dzięki. Nie było innych dziennikarzy?
- Nie, jeszcze nikt o tym incydencie nie wie. Mam pilnować, by nie
dostał się tu ktoś niepowołany. Nawet odwiedzających nie wpuszczamy. Ale
na razie nikt się tu nawet nie kręcił, za wcześnie, tylko po sąsiedzku
paru gapiów mieliśmy, ale myśleli, że to trwają prace konserwatorskie,
dlatego wszyscy tam są w cywilu. Tylko ja jeden w mundurze i muszę kryć
się w krzakach - uśmiechnął się pod nosem.
- Jest tam jeszcze ten nieboszczyk?
- No, jest. Nawet go widziałem, nic przyjemnego. Ale już z powrotem
zawinięty. Niedługo go zabiorą. - Wzdrygnął się.
Stefańska podziękowała mu i skręciła w boczną alejkę, by skrócić sobie
drogę i jednocześnie podejść dyskretnie. Wśród zebranych wokół nagrobka
dostrzegła proboszcza. On ją też jako pierwszy wypatrzył. Od razu
poczuła na sobie jego niechętne spojrzenie, a zanim dotarła na miejsce,
ujrzała, jak ksiądz nachyla się do ubranego w czarną skórę mężczyzny i coś do niego mówi, a następnie odwraca się na pięcie i kieruje się w stronę wyjścia z cmentarza. Dość ostentacyjnie. Wzruszyła ramionami i podeszła do Ryby.
- Hej. - Postukała go w ramię. - Przedstawisz mnie?
- A, jesteś! - Aspirant odwrócił się, jowialnie obejmując ją ramieniem.
Wyślizgnęła się z tych objęć. - To dobrze, urząd nas uprzedzał, że się
zjawisz, wszyscy już wiedzą, nie ma potrzeby przedstawiać. Procek już
był i pojechał. Czekamy jeszcze na Gretę... to znaczy na panią wójt, bo
postanowiła osobiście przybyć z ramienia świeckiego zarządcy cmentarza.
My już po wstępnych oględzinach, za chwilę zabierają ciało.
Dziennikarka pociągnęła go na ubocze.
- Nie chcę przeszkadzać, ale czy możesz mi zdradzić, jak młody jest ten
nieboszczyk? - zapytała.
- Masz na myśli, w jakim był wieku, kiedy ktoś uciął mu głowę? -
Policjant najwyraźniej próbował ją zbulwersować.
- To też, ale również jak długo tu leżał - odparła, ignorując jego
uwagę.
- Rozumiem, rozumiem. - Ryba pokiwał głową. - Znam twój język. Na oko
trudno stwierdzić, ale nasz medyk sądzi, że to był raczej młody chłopak.
A tutaj leżał nie dłużej niż rok. Lato było upalne, więc może nawet
kilka miesięcy.
- I nie został zidentyfikowany?
- Serio pytasz? Gdybyś widziała zwłoki, nie zadawałabyś głupich pytań -
stwierdził z niesmakiem. - To zgniłek, jak się u nas mówi.
- Wiadomo jak zginął?
- No wiesz co! Chyba już dawno powinnaś się tego nauczyć! Takich rzeczy
nie można stwierdzić przed sekcją.
- Czasem widać gołym okiem. Na przykład dziurę po kulce w czaszce...
- Skąd wiesz? - zareagował nerwowo i już po chwili się zreflektował, że
dał się podejść. - Tak czy inaczej, musi to jeszcze potwierdzić autopsja
- dodał z urazą.
- Jasne, Ryba, dzięki - uśmiechnęła się do niego. - A gdzie są ci
konserwatorzy?
Ruchem głowy wskazał na stojących z boku ludzi w roboczych ubraniach.
Była ich czwórka, dwie kobiety i dwóch mężczyzn. Wszyscy wyraźnie
przejęci, młodzi, tylko jedna z kobiet wyróżniała się wiekiem. Postawna
blondynka, może około pięćdziesiątki, wyglądała inteligentnie i zachowywała się spokojnie.
- Ta starsza to ich szefowa - uzupełnił policjant. - To ona nas wezwała.
- A kim jest facet ubrany w skórę?
- To nasz komisarz, szef kryminalnych.
- Aha, z Gdańska, tak? To oni będą prowadzić sprawę?
- Jak zawsze, ale jestem w zespole - wtrącił z satysfakcją.
- Świetnie, gratuluję. Dobra, to wracaj do roboty, a ja pogadam z tą
konserwatorką. Mogę zrobić kilka zdjęć?
Wzruszył ramionami.
- Nie widzę przeszkód. Tylko pospiesz się, zanim przyjadą po denata.
Zresztą jak uważasz. Zwłoki są w worku, więc i tak ich nie cykniesz.
Pamiętaj, żeby potem ustalić z nami materiał do publikacji. I ciesz się,
że na tę chwilę macie wyłączność. No, to na razie! - Nie oglądając się,
odszedł w stronę grobowca, przy którym wciąż jeszcze pracowali technicy.
Podchodząc do grupki konserwatorów, Felicja rozglądała się dookoła,
poszukując jak najlepszego kadru. Trudno zaprzeczyć, że to miejsce
posiada swój melancholijny urok, szczególnie jego starsza część: stare
grobowce, popękane płyty w cieniu drzew o tej porze roku złocących się w słońcu babiego lata. Pstryknęła ogólny widok cmentarza, nagrobka i leżącego na sąsiedniej płycie upiornego worka. Ludzi sfotografowała z daleka, by nie widać było dokładnie ich twarzy. Następnie przywitała się
z ekipą i poprosiła jej kierowniczkę o chwilę rozmowy. Gdy przysiadły na
ławce pod przeciwległym murem, zauważyła, że główną aleją do nagrobka
zbliżają się Greta wraz ze swoją asystentką. Już z oddali rzucał się w oczy jej elegancki strój oraz energiczny, pewny siebie krok - oznaka
władzy, do której Greta Pazik już przywykła, jednak w przeciwieństwie do
wielu innych polityków wykonywała ją z godnością. Tak jakby się z tym
talentem urodziła, pomyślała Stefańska z podziwem.