CZĘŚĆ PIERWSZA
ROZDZIAŁ PIERWSZY
Dar już został udzielony
A nadzieja zawieść nie może, ponieważ miłość Boża rozlana jest w sercach naszych przez Ducha Świętego, który został nam dany.
- List do Rzymian 5,5
Ale wy Go znacie, ponieważ u was przebywa i w was będzie.
- Ewangelia św. Jana 14,17
Przyszłość z definicji nie poddaje się kontroli ani słownym opisom, jest pełna paradoksów, tajemnic i niepewności. To świat niedoskonały pod każdym względem i dlatego zawsze w jakiś sposób przeraża. Usiłujemy zatem na różne sposoby zabezpieczyć się przed tą niedoskonałością, również w naszym sposobie myślenia. Ta niemożliwa do przewidzenia przyszłość, która budzi obawy i do której staramy się przygotować, determinuje znaczną część naszego życia. Dlatego poszukujemy przewidywań, wyjaśnień i porządku, aby zachować jakieś poczucie spokoju i kontroli.
Religia również w dużej mierze stała się poszukiwaniem porządku, spójności grupowej i godności osobistej lub też drogą ucieczki do innego świata, przez co niestety straciła większość ze swojej przemieniającej mocy. Prawdziwa duchowość nie jest poszukiwaniem doskonałości lub kontroli czy też drzwi do innego świata; to poszukiwanie zjednoczenia z tym, co Boże, właśnie teraz. Wciąż największym odkryciem jest zrozumienie, że to, czego szukamy, już posiadamy! Nie ja to znalazłem; to mnie znalazło. To Jakubowy okrzyk "Eureka!" u stóp drabiny do nieba w Księdze Rodzaju (Rdz 28,16-17).
Zjednoczenie i doskonałość są dwiema różnymi drogami, na których sprawdzają się całkowicie odmienne strategie. Religia popularna poszukuje osobistej doskonałości; mistycy cieszą się poszukiwaniem tego, co najważniejsze - boskiego zjednoczenia, całkowicie podarowanego. Osobista doskonałość kładzie nacisk na poznawanie siebie i pewność. O dziwo, zjednoczenie jest o wiele lepszym sposobem poznawania. To wspólne poznawanie, znacznie dokładniejsze i dające większe ukojenie. Obiecuję, że w miarę czytania tej książki stanie się to bardziej oczywiste, tymczasem zapytaj kogoś zakochanego, czy nie jest to prawdą.
Najbardziej zdumiewającą prawdą o Jezusie, która wyróżnia Go spośród innych założycieli religii, jest fakt, że znajdował On Boga w niedoskonałości i nieporządku. Co więcej - powiedział nam, że musimy czynić podobnie albo nigdy nie zaznamy satysfakcji na tym świecie. To właśnie czyni Jezusa tak bardzo sprzecznym z intuicjami niemal wszystkich epok oraz kultur i dlatego większość ludzi nigdy nie pozna wspaniałej dobrej nowiny jako całkowitej przemiany świadomości. Ta porażka w zrozumieniu zarówno głównego przesłania Jezusa, jak i konkretnego programu, który pozwala doświadczyć tej prawdy we własnym życiu, jest dzisiaj centralnym problemem religijnym. Poszukiwaliśmy nadziei w miejscach, w których nigdy jej nie obiecywano, a nikt nie przekazał nam właściwego "oprogramowania", byśmy mogli doświadczyć nadziei osobiście, zwłaszcza w nieporządku i w niedoskonałości! A co najgorsze - nie wiedzieliśmy, że zjednoczenie i nadzieja są tym samym i że prawdziwa nadzieja nie ma nic wspólnego z rozumową pewnością.
Kiedy poddajesz się lękowi i rozproszeniu
Kiedy niepewność napełni cię lękiem, życie może zamienić się w plik polis ubezpieczeniowych. Twój krótki czas na ziemi staje się marną samoobroną, czymś w rodzaju kolejki z wagonikami, krążącej wokół tego, czego jesteś pewien, oraz tego, nad czym twoim zdaniem masz kontrolę - włącznie z Bogiem. Daje ci to iluzję, że siedzisz na miejscu kierowcy, bezpiecznie poruszasz się bocznymi drogami, zwykle w jednym, z góry określonym kierunku, prowadzącym do miejsc dobrze ci znanych.
Zdecydowanie zbyt wielu ludzi nie wyrusza w życiową drogę, ponieważ uważa, że nie ma takiej potrzeby, skoro już na samym jej początku wszystkie odpowiedzi są znane: "Kościół mówi..."; "Biblia mówi..." itd.
Druga grupa próbuje innego podejścia. Zdecydowali się udawać chojraków, ignorować to, co niewygodne, nieustannie poszukiwać sposobów bycia ważnym albo - jak określił to Jezus - "budować większe spichlerze". Z życia uczynili zestaw własnoręcznie skonstruowanych tragedii, rozrywki i taktyk dywersyjnych, które mają im pomóc uciec od najważniejszych pytań. Tym sposobem często to, co niektórzy nazywają intensywnością, staje się metodą na unikanie tego, co będę nazywał obecnością - w intymności ze sobą, z życiem, z innymi. Symbolem tej ucieczki jest tak zwana kultura konsumpcyjna, która wydaje się dobiegać kresu.
Ta grupa również jest liczna, szczególnie w krajach rozwiniętych. Rządy zachęcają do takiej postawy, rozpraszając uwagę rozmaitymi metodami, co potocznie nazywane jest "dawaniem chleba i igrzysk". Rządzący wiedzą, że w ten sposób staniemy się osobami mało znaczącymi, ale zadowolonymi i zupełnie niezainteresowanymi tym, co "ważniejsze w Prawie: sprawiedliwość, miłosierdzie, wiara" (Mt 23,23), tak istotnym dla ludzi wielkich duchem.
Trzecia grupa poszukuje różnych form duchowości i transcendencji, ale miesza jej dojrzałe i niedojrzałe formy. Jednym z najważniejszych tematów tej książki jest to, że - niestety - wiele religijnych poszukiwań w dzisiejszych czasach to transcendencja niedojrzała, oderwana od autentycznego doświadczenia jedności z Bogiem, ze sobą, z innymi - Owen Barfield nazwałby to "pustynią braku współuczestnictwa"1.
Autentycznie przeżywane chrześcijaństwo jest ostatecznym pokonaniem oddzielenia od Boga! Przykro to stwierdzić, ale u większości ludzi rozumowe formuły i religijny żargon podtrzymują ten wewnętrzny podział, w którym nie da się odnaleźć trwałej nadziei, nie mówiąc już o radości. Musimy opuścić pustynię i znaleźć znacznie lepszą krainę, "ostateczne współuczestnictwo", którym częściowo możemy cieszyć się już teraz.
Kiedy radośnie poddajesz się Bogu
Dojrzała transcendencja jest faktycznym "zanurzeniem się w" i "poddaniem się" Bogu, jak znakomicie nazwał to James Alison2. Bóg "się nam daje" i wszystko, co możemy uczynić, to pozwolić, by stało się zadość Jego woli, jak to jasno pokazują zarówno modlitwa Maryi podczas Zwiastowania, jak i modlitwa Jezusa w Getsemani. W ten sposób zagłębiamy się w coś, co chrześcijaństwo nazywa jednocześnie "bezdenną głębią" i "prawdziwym fundamentem". Cóż za paradoks! Ale w Bogu to nie są przeciwieństwa. Gdy się tam znajdziemy, zdumieni rozmyślamy, jak mogło do tego dojść. Jesteśmy równie mocno przekonani zarówno o tym, że sami nic nie uczyniliśmy, jak i o tym, że to zostało nam uczynione. Jesteśmy stanowczo, ale przyjaźnie podtrzymywani i równocześnie upadamy bezradnie w przerażającą tajemnicę, pochwyceni pomiędzy głębokim pragnieniem i pytaniem: "Dokąd mnie to doprowadzi?". Niezwykle rzadko odczuwamy transformację jako odnalezienie czegoś, raczej czujemy się przez Kogoś odnalezieni.
Spostrzegasz, że jesteś pochwycony, podtrzymywany, przez Kogoś umiłowany. Początkowo nawet nie wiesz, co się dzieje. Wiesz jedynie, że to cudowna uległość, ale uległość. Wiesz, że zostałeś "wzięty w posiadanie" (zobacz Księgi Jeremiasza 20,7-9 lub Izajasza 6,4-7). Jesteś w objęciach Kogoś Innego. Czy ktokolwiek bez przymusu rezygnuje z kontroli? Nie. Nawet religia może zostać wykorzystana jako ukryty sposób jej sprawowania, a dobre zachowanie jako próba kontrolowania Boga.
Nareszcie stań przed jedynym lustrem, które odzwierciedla twoją tożsamość - poddaj się nagiemu teraz prawdziwej modlitwy i pełnej obecności. Stajesz się Kimś wobec wielkiego JESTEM. To ostateczne odbicie da ci odwagę, by porzucić wszystkie inne obrazy siebie. "Nie odbieram chwały od ludzi", mówił Jezus. "Jak możecie wierzyć, skoro od siebie wzajemnie odbieracie chwałę, a nie szukacie chwały, która pochodzi od samego Boga?" (J 5,41.44). Od tej chwili, jak mówi Teresa z Ávili, "widzisz Boga w sobie i siebie w Bogu" - to odkrycie wyprzedza, przewyższa i podcina wszystko, co najlepsze we współczesnej psychologii. Pomyśl o tysiącach złotych zaoszczędzonych na terapii!
Większość ludzi w naszej dziwacznej kulturze żyje w sali luster, w której krucha i nieustannie zmieniająca się tożsamość stale wymaga potwierdzenia. Widać to szczególnie u ludzi młodych - oni budują obraz siebie na uczuciach, nastrojach, na ideach, którymi łatwo każdy może manipulować, łącznie ze sprzedającą powierzchowne obrazy reklamą3.
Otrzymałeś coś znacznie lepszego, radośniejszego, konkretniejszego! Boża obecność, wiara, nadzieja i miłość, które temu towarzyszą, są darem - nie możesz go kontrolować, ale możesz i powinieneś o niego prosić (Łk 11,13). Proszenie Boga o cokolwiek nie oznacza nakłaniania Go do tego; oznacza rozbudzenie daru, który już w sobie mamy. Prosisz o to, czego już posmakowałeś! Dar już został udzielony. Większość ludzi nie zdaje sobie sprawy z jego posiadania - to smutne i niesie katastrofalne konsekwencje. Nauczyciele pierwszych wieków chrześcijaństwa oraz wielu późniejszych świętych i mistyków nie mieli co do tego wątpliwości. Cóż, większość chrześcijan dzisiaj wciąż wydaje się jak mieszkańcy Efezu w czasach apostolskich, którzy mówili: "Nawet nie słyszeliśmy, że istnieje Duch Święty" (Dz 19,2).
Odkryj przyrodzone prawo
Ryzykowne byłoby mówienie ludziom z niedojrzałą lub dualistyczną świadomością o Wielkim Zamieszkiwaniu, zanim doświadczą go osobiście, ponieważ z pewnością nadużyją tego doświadczenia lub je strywializują, powodowani poczuciem wyższości lub chęcią kontroli. O tym zapewne mówił Jezus, używając jednego z bardziej dosadnych obrazów - "rzucania pereł przed wieprze" (Mt 7,6). Jednocześnie z pewnością nie powinniśmy zaprzeczać temu doświadczeniu ani ukrywać go przed innymi! Coś takiego może się zdarzyć, ponieważ wielu duchownych nigdy osobiście nie doświadczyło Bożego zjednoczenia, więc nie może też przekazać tego doświadczenia innym. Katolicy i prawosławni uzależniają obecność Ducha Świętego od przynależności religijnej i sakramentów; protestanci uzależniają ją od osobistej decyzji lub wiary. W obu przypadkach to my przejmujemy kontrolę, to my jesteśmy wykonawcami. Nie ma mowy o uległości.
Tylko o tych, którzy doświadczyli w jakimś stopniu nawrócenia, można powiedzieć, że mają Ducha Świętego, i oczekiwać od nich, że zrozumieją te słowa. Wówczas życie "rozpali w nich na nowo charyzmat Boży" (2 Tm 1,6), lecz oni będą zawsze i wciąż wiedzieli, że ogień pochodzi Skądinąd. Nie można zrobić absolutnie nic, by zasłużyć na Ducha Świętego czy też Go otrzymać; nic też nie można zrobić, by zdobyć Boga i uzyskać Jego zamieszkanie w sobie (np. Rz 8,10; Ga 3,15)4. Nie staraj się uwierzyć w Ducha Świętego, tak jak wierzysz w różne doktryny. Zamiast tego praktykuj czerpanie z głębokiej studni, którą masz w sobie, a uwierzysz w sposób naturalny. Zaprzęgnij konia, a pociągnie wóz.
Nie można też nic zrobić, żeby utracić Ducha Świętego; najwyżej, jak to stwierdza List do Efezjan, można "zasmucić" istniejącą w nas Obecność, którą zostaliśmy "opieczętowani" (Ef 4,30). Można bowiem nie zdawać sobie sprawy z przyrodzonego prawa. Można zaniedbać ten dar, a w efekcie nie doświadczyć radości z Jego wspaniałych owoców. Wydaje się, że dotyczy to wielu ludzi, których na ogół nazywamy "grzesznikami". Słowo to nie odnosi się do ludzi stojących niżej moralnie, ale do tych, którzy nie wiedzą, kim są i czyimi są naprawdę, którzy nie mają dostępu do swojej wrodzonej godności oraz znaczenia. Muszą o nią walczyć, sięgając po różne bezproduktywne metody. Jakaż strata! Dlatego nie okazuj nienawiści "grzesznikom" i nie spoglądaj na nich z góry. Raczej okaż im współczucie, ponieważ tak wiele ich omija!
Dlaczego nie zdajemy sobie sprawy z posiadania tego daru? Być może Bóg nie chce zmuszać nas do niczego, czego byśmy sami nie pragnęli lub nie wybrali. W ten sposób nawiązuje się piękny taniec Boga z duszą, który zachowuje wolność każdej ze stron.
Obiektywnie jesteśmy już w posiadaniu daru, ale trzeba go jeszcze zapragnąć i przebudzić. Bez tego nigdy nie będziemy świadomi jego istnienia. To następny paradoks. Często wiara staje się jasna i radosna dopiero po fakcie - po tym, jak już doświadczymy własnych przeżyć. Ale droga wiary wciąż wymaga kroczenia z ufnością, podejmowania ryzyka i pokonywania ciemności. Odtąd jednak będziesz pamiętał w ciemnościach to, czego doświadczyłeś w świetle. Ale droga, którą masz przed sobą, zawsze będzie mieszanką światła i mroku. W judeochrześcijańskiej historii stworzenia ludzie zostali ukształtowani na obraz i podobieństwo Boga (Rdz 1,26). Nasze DNA jest boskie. Na Bożą obecność w nas nigdy nie zasłużymy żadnym zachowaniem czy rytuałem, możemy jedynie ją rozpoznać, uświadomić sobie (Rz 11,6; Ef 2,8-10) i pokochać. Kiedy będziesz gotowy, doświadczysz jednocześnie rozczarowania i oczarowania bezkresną tajemnicą swojego własnego człowieczeństwa. Poznasz, że stoisz pod tym samym wodospadem miłosierdzia, pod którym stoją inni, i otrzymujesz tę samą niezasłużoną, fundamentalną łaskę, która sięga podstaw wszystkiego. Nie mając tego podstawowego doświadczenia Boga jako otchłani i fundamentu jednocześnie, właściwie nie można żyć chwilą obecną, pełnią tego, kim się jest, pełnią znaczenia, a tym bardziej nie można doświadczyć Obecności, która - paradoksalnie - zawsze wypełnia otchłań i wstrząsa fundamentami.
Modlitwa - doświadczenie nieba już teraz
"Wszystko co staje się jawne, jest światłem", mówi List do Efezjan (Ef 5,13). W modlitwie nieustannie powracamy do boskiego spojrzenia i stajemy się jego odbiciem, niemal wbrew sobie (2 Kor 3,18). Modlitwa była często banalizowana, zwłaszcza gdy traktowano ją jako sposób na uzyskanie tego, czego się potrzebuje. W tej książce używam słowa "modlitwa" na określenie każdej wewnętrznej podróży lub praktyki, która pozwala na doświadczenie wiary, nadziei i miłości w sobie. Nie jest to technika zdobywania różnych rzeczy ani pobożne ćwiczenie, które ma zadowolić Boga, nie jest to też warunek wejścia do nieba. Modlitwa zdecydowanie bardziej przypomina przeżywanie nieba teraz.
Podstawowe doświadczenie religijne polega bardziej na tym, że stajesz się "całkowicie poznany", niż na tym, że ty cokolwiek poznajesz, a szczególnie siebie samego. Pomimo tej różnicy masz poczucie prawdziwego poznania. Od początku do końca tej książki będziemy zamiennie nazywali ten nowy sposób poznania kontemplacją, niedualnym myśleniem lub widzeniem "trzecim okiem". Taka modlitwa, takie spojrzenie skutecznie usuwa lęk przed koniecznością całkowitego osobistego zrozumienia czy poprawności używanych sformułowań. W tym momencie Bóg staje się bardziej czasownikiem niż rzeczownikiem, bardziej procesem niż końcowym wnioskiem, bardziej doświadczeniem niż dogmatem, bardziej osobistą relacją niż ideą5. Jest Ktoś, kto z tobą tańczy, a ty nie boisz się popełniać błędów.
Nic dziwnego, że wszystkie liturgiczne modlitwy kończą się tą samą frazą: "Przez Chrystusa Pana naszego. Amen". Nie modlimy się do Chrystusa, ale przez Chrystusa, a jeszcze precyzyjniej to Chrystus modli się przez nas. Jesteśmy zawsze i na zawsze kanałami, instrumentami, kamertonami, stacjami odbiorczymi (Rz 8,22-27). Powoli uczymy się dostrajać do właściwego sygnału. Podstawowym zadaniem każdej dobrej duchowości jest uczenie nas "współpracy" z tym, co Bóg chce zrobić, i z tym, co już zaczął robić (Rz 8,28). I rzeczywiście, nic wartościowego nie pojawi się w naszym umyśle, dopóki Bóg nie "poruszy" tego w nas. My sami możemy jedynie potwierdzać to, co już się wydarza.
Żyć w ten sposób to żyć w nadziei, której nie da się wytłumaczyć, ponieważ twoje życie jest teraz o wiele większe niż ty sam. W istocie to nie jest twoje własne życie, ale paradoksalnie jesteś w nim bardziej sobą niż kiedykolwiek wcześniej. Tego właśnie doświadczają mistycy - teraz ich wizja może być również twoją. "Prawdziwie Pan jest na tym miejscu, a ja nie wiedziałem" (Księga Rodzaju 28,16).