Nadżołnierz - Caroline V. Dragon

Kup ebooka

25.64 zł
21.28 zł (21,28 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Rozdział 1

Christina

Moja historia jest jak każda inna... A przynajmniej tak chciałabym powiedzieć.

Urodziłam się w Polsce, w dość sporym mieście, choć skąpanym bardziej w cieniu drzew niż ulicznym smogu. Wychowywała mnie mama i dziadkowie - mój biologiczny ojciec porzucił mamę, gdy dowiedział się o ciąży, a jego rodzice poparli tę decyzję.

Mama miała siedemnaście lat, gdy przyszłam na świat. Do tej pory, w głębi serca, dziękowałam jej za to, że mnie nie usunęła, że wychowali mnie wszyscy z miłością, a potem -gdy spotkała mojego ojczyma - i on obdarzył mnie tym samym uczuciem.

Tak więc, w wieku sześciu lat, miałam pełną, choć młodą rodzinę albowiem ojciec był tylko o rok starszy od mamy. Jak od początku mówił, pierwsze pokochał mnie, a potem mamę - kiedyś się z tego cieszyłam, lecz z biegiem lat zaczęłam się zastanawiać czy to wyznanie nie sprawiło, że mamie było przykro. Gdy po latach ją o to zapytałam, popłakała się i wyznała szczęśliwa, że gdyby tak nie było - gdybym mnie nie zaakceptował, a ja jego - nigdy by się nie pobrali.

Moje życie tak naprawdę zmieniło się dopiero wtedy, gdy poszłam do szkoły.

I zrozumiałam, jak bardzo nie pasuję do otaczających mnie ludzi.

Pierwsze przyjaźnie, pierwsze miłości... pamiętam, że jeszcze na początku było dobrze, lecz gdy skończyłam czternaście lat wszystko zmieniło się diametralnie.

Jak wspominałam nie odnajdywałam się pośród otaczających mnie ludzi. Wychowywałam się pośród dorosłych i wiele zachowań dzieci dookoła mnie było - mówiąc prosto - dla mnie dziwne.

Po co ciągnąć kogoś za włosy? Po co podstawiać nogę? Po co się z kogoś śmiać tylko dlatego, że był trochę inny i lubił jakąś rzecz?

Broniłam tych skrzywdzonych - chciałam by wszyscy byli szczęśliwi, by wszyscy się dogadywali.

Ale poza mną chyba nikt tego nie chciał.

Nim się zorientowałam, zostałam odsunięta od grupy i przestano się ze mną liczyć - co więcej, okres ten kojarzy mi się tylko z niekończącym bólem, stresem i płaczem. A potem alienacją by ochronić samą siebie.

Problem polegał na tym, że - choć chciałam być niewidzialna - wszyscy mnie widzieli, i chcieli patrzeć na to, jak załamana płaczę po kątach. Lub czekali na chwile, aż się postawię i by mogli wtedy zmieszać mnie z błotem. Teraz sądzę, że czuli się od tego silniejsi.

Tak więc - w wieku czternastu lat - zamknęłam się w sobie. Dopóki nie spotkałam pewnego chłopaka o imieniu Rey.

Doszedł do naszej klasy i od początku zwrócił moją uwagę. Był przystojny, miły i bardzo przyjacielski.

Jako jedyny wyciągnął do mnie rękę, ratował z trudnych sytuacji. Nie bał się jak inni, że zostanie odtrącony.

Nie obchodziło go to, co bardzo mi imponowało.

Do tej pory pamiętam, jak jednego dnia zaprosił mnie przy wszystkich do siebie, bym poznała jego rodziców.

Wszyscy byli w szoku, ja też - jednak zgodziłam się, bo część mnie wiedziała, że mimo iż jest przystojny i bardzo sympatyczny, to jest także bardzo silny i nic mi przy nim nie grozi.

To zaufanie zaskakiwało mnie, bo od lat nie ufałam nikomu - nie wierzyłam ludziom w swoim wieku.

Jedynie jemu.

To zaufanie sprawiło, że przyszłam do niego do domu, a on przedstawił mnie jako swoją najlepszą przyjaciółkę. Nie wiem dlaczego, ale wcale nie czułam się rozczarowana tym, że określił mnie tym słowem - jakaś część mnie doskonale wiedziała, że nie mam co liczyć na więcej.

Jednak tamtego dnia odkryłam, że wcale nie trzeba kochać by ufać bezgranicznie. Ani kochać by oddać komuś swoje życie.

Szczególnie wtedy, kiedy od dawna pragnęło się właśnie tego.

Umrzeć i nigdy nie wracać do tego świata.

Rozdział 2

Christina

Pamiętam to jak dziś. Odbywało się u niego spotkanie rodzinne - było tam ponad dwadzieścia osób, w tym my.

Bawiliśmy się świetnie. I to właśnie tam spotkałam mężczyznę, który odmienił moje życie na zawsze.

Samuel General - kiedy usłyszałam jego nazwisko zapytałam czy jest prawdziwym Generałem. Zaśmiał się na to, roztrzepał mi włosy i wyznał, że to świetna ksywka i chyba ją sobie przyswoi.

Obiad minął spokojnie - potem jednak wszyscy zaczęli rozmawiać, a że byłam jedyną obcą pośród nich to zasypywali mnie pytaniami.

Z powodu swojego wycofania bardzo się stresowałam i czerwieniłam, jednak Rey cały czas przychodził mi z pomocą i jakoś to poszło. Później słyszałam parę razy, że jestem słodka taka zawstydzona, przez co rumieniłam się zażenowana jeszcze bardziej.

Tak naprawdę nie wiem kiedy to cudowne spotkanie zmieniło się w horror.

Ktoś został niechcący pchnięty i upadł na szklany stół - ten rozbił się pod jego ciężarem, raniąc aż do krwi.

Od razu rzucono się by mu pomóc, lecz zdziwiło mnie to, że niektórych trzeba było siłą odciągać od rannego.

Nagle jedna z tych odciąganych osób wyrwała się trzymającemu... i rzuciła na rannego, wbijając mu zęby w szyję.

Przez moment stałam skamieniała, lecz wtedy pan Samuel potrząsnął mną i kazał uciekać jak najdalej.

W powstałym chaosie patrzyłam za Reyem, lecz mężczyzna spojrzał mi w oczy i ostrzegł, bym teraz się za nim nie oglądała i zwyczajnie uciekała.

Popchnął mnie do drzwi wyjściowych i powstrzymał kogoś przed podążaniem za mną.

Wybiegłam z budynku i - gdy byłam już kawałek od bloku - usłyszałam wyraźne strzały z broni, takie jak w filmach, ale o wiele głośniejsze.

Mieszkałam niedaleko, lecz bałam się iść do domu - nie wiem czemu, ale wbiegłam do lasku niedaleko ulicy, szukając w nim schronienia.

Siedziałam tam chwilkę, skulona przy drzewie, kiedy nagle usłyszałam znajomy głos:

- Znalazłem cię.

- Rey! - obróciłam się ucieszona... lecz moja radość zmieniła się w przerażenie.

Rey miał czerwone oczy i wielki kły.

- Uciekaj - poprosił mnie płacząc. - Nie zbliżaj się do mnie - lecz to on podchodził do mnie.

- Rey...

Obróciłam się, chcąc uciec, lecz nagle potknęłam się, padając kolanami na trawę i raniąc je aż do krwi.

Wtedy nie wytrzymał i rzucił się na mnie.

- Przepraszam - płakał. - Nie chcę tego... - złapał mnie za szyję. - Błagam, wyrywaj się!

Sama także zaczęłam płakać - zrozumiałam, że jego wampirza strona zwycięża, choć ten desperacko z nią walczy.

- Rey... jest dobrze - uśmiechnęłam się przez łzy i dotknęłam jego ręki. - Zabij mnie.

- Idiotka! - krzyknął, lecz nagle zaczął dyszeć, chyba od zapachu krwi. - Proszę... Proszę!

Jednak w tej chwili wbił zęby w moją szyję.

Ból był tak silny, że od razu straciłam przytomność.

Rozdział 4

Christina

Moja psychika została mocno wyniszczona przez innych jeszcze zanim spotkałam Reya - zanim mnie zaatakował.

To przez to włóczyłam się z rodzicami od psychologa do psychiatry, którzy - mówiąc szczerze - nie potrafili mi pomóc.

Jednak tamto wydarzenie - wydarzenie, kiedy miałam zaledwie czternaście lat -sprawiło, że nie tylko nie mogli mi pomóc.

Lecz i nie byli wstanie.

Jak dowiedziałam się po ostatecznym "wybudzeniu", Rey oddał mi swoją krew dobrowolnie - krew Wampira. Autentyczny lek w uzdrawianiu ludzi z najgorszych chorób i ran. Jednak tylko dobrze przygotowana potrafiła nas ratować bez ryzyka uśmiercenia nas.

Jak się okazało Rey, wbijając mi tamtego dnia kły w szyję, niemal mnie zabił, trafiając w najgorsze możliwe miejsce. Generał, który go ze mnie zrywał po mojej utracie przytomności, zatamował ranę właśnie dzięki spreparowanej Wampirzej krwi.

Lecz straciłam jej zbyt wiele, a że moja krew była dość rzadkiego oznaczenia, nie było czasu do stracenia.

Rey, wybudzony z głodu krwi, błagał go by pozwolił mu oddać mi krew.

Nie mieli wyboru. I tak otrzymałam krew prosto ze źródła - krew, która mogła mnie zabić tak samo jak innych lub sprawić, że zwyczajnie oszaleję od niej.

Jednak mój umysł i tak był wyniszczony - w pewien sposób całkowicie inny niż zwykłego człowieka.

Od zawsze inaczej patrzyłam na świat - wyobraźnia była moją najsilniejszą bronią. Przez to wszystko, co mi się przydarzyło od pierwszego dnia szkoły, miałam dość silne skłonności autystyczne, nad którymi w pewien sposób potrafiłam nawet zapanować. Teraz wszyscy podejrzewamy, że był to decydujący element, dzięki któremu - po podaniu nieprzygotowanej do tego Wampirzej krwi - zwyczajnie nie oszalałam.

Od tamtego dnia, nawet o tym nie wiedząc, byłam monitorowana i kontrolowana przez rząd oraz człowieka, który zajmował się eksperymentem o nazwie "Nadżołnierz".

Byłam jedyną i najmłodszą dziewczyną, jaka została temu poddana. Napojenie mnie krwią wampira, na dodatek po przebudzeniu bez oznak szaleństwa, sprawiło, że postanowiono poddać mnie dalszym próbom.

Nie miałam o nich pojęcia - wszystkie były dla mnie snem.

I to dosłownie.

Jak się dowiedziałam, każdej nocy wprowadzano mój mózg w różne fazy, rejestrując zachowanie zarówno ciała, jak i umysłu.

Potem, gdy się budziłam, pamiętałam te dziwne sny, lecz tak naprawdę nie pamiętałam najważniejszego - tego, jaki był ich cel.

W ten sposób przeszłam prawdziwe szkolenie wojskowe. Wpojono mi działanie maszyn i to, jak łamać komputerowe kody. Jak trzymać broń, pilotować różne maszyny.

W ciągu dnia czułam się jak każda, wyobcowana nastolatka, pogrążona w coraz większym mroku - jednak nocą wpajano mi i mojemu ciału zachowania do oporu... aż nawet ten przestał istnieć.

W ten sposób odkryto prawdę na temat ludzkiego umysłu.

Prawdę, że jego umiejętności, ilość przyswajanych danych... tak naprawdę nie ma żadnych granic.

Kiedy mój umysł przeszedł i tę próbę, znów zaczęto obstawiać, jak długo wytrzymam.

Czy dotrwam do końca zaplanowanego szkolenia? Czy dam radę wytrzymać wszystko?

Jak się potem dowiedziałam, Generał w pewnej chwili chciał przerwać cały proces, obawiając o mój umysł. Byłam coraz słabsza i lękał się, że z powodu przeciążenia mogę zwyczajnie umrzeć i wszystko pójdzie na marne.

Ludzie z rządu jednak nalegali - chciano by istniał choć jeden Nadżołnierz, istota zdolna właściwie do wszystkiego. I oczywiście taka, nad którą będę mogli panować, kierując jej zachowaniem.

Jednak, kiedy w końcu poszłam do liceum, załamałam się i Generał wpadł w rozpacz - nadzorował mnie od początku, sam stworzył cały proces. Jednak ja nie byłam nawet w planach - byłam słabą nastolatką, która pragnęła tylko być potrzebna i by ktoś ją kochał.

Moje załamanie tak naprawdę doprowadziło do tego, że zniszczył całą dokumentację na temat projektu i upozorował to w taki sposób by myślano, że Musiał to zrobić. Raport, który po latach poznałam mówił, że inne nacje chciały infiltrować i przejąć recepturę. Generał zniszczył wszystko w obawie, że inne narody stworzą własnego Nadżołnierza i każą mu zniszczyć bądź przejąć nasze państwo.

Teraz to wiedziałam, lecz wtedy nie.

Byłam strzępkiem człowieka, który nie wierzył w siebie, był niedowartościowany i mimo że kochał bliskich to nie mógł pogodzić się ze swoim życiem.

Moje załamanie trwało dwa tygodnie.

Dwa tygodnie... po których mój umysł zrobił coś, czego nikt się nie spodziewał.

Bo zwyczajnie się pozbierał.

Rozdział 1

Christina

Otworzyłam gwałtownie oczy i usiadłam, lekko dysząc. Po chwili pomasowała skronie, burcząc lekko pod nosem:

- Czemu mi to uciekło ledwo otworzyłam oczy?

Wiedziałam, że śniło mi się coś dziwnego, wręcz strasznego, lecz sen zniknął nim się połapałam - pozostało tylko wrażenie i niesmak w ustach, jakbym jadła bądź piła coś paskudnego, co pozostawiło mnie w stanie jakbym miała wymiotować.

Czy to oznaka, że śniło mi się coś "ponad" moją ludzką naturę? Czyżby zaczęło mi się coś przypominać? A jeśli tak, to czemu pozostało wrażenie, lecz obrazy znikły?

Może... nie byłam na to jeszcze gotowa?

Wstałam z łóżka, dziwnie naładowana energią. Zwykle rano nie byłam aż tak "żywa", lecz wczorajsze rewelacje nieźle mnie nabuzowały. Zasnęłam jednak normalnie - jakbym wczoraj nie usłyszała i ujrzała tyle "dziwności", które dla mnie w ogóle nie były dziwne.

Jednak... czy ten cały Generał mówił prawdę? Czy ja... naprawdę byłam jakimś Nadżołnierzem?

Nie czułam się inaczej, właściwie cały czas miałam wrażenie, jakby nic niezwykłego się nie wydarzyło.

Może to był sen? Może to spotkanie... i to co robiłam - to, jak strzelałam - było zwykłym odchyłem mojej głowy?

- Chrisi? - usłyszałam głos mamy i spojrzałam na drzwi swojego pokoju. - Czemu nie śpisz? - zapytała zdumiona, stojąc w przejściu. - Dopiero szósta.

- Ja... - aż zamrugałam i sięgnęłam po telefon by sprawdzić godzinę. Faktycznie, punkt szósta. - Wyspałam się - wyznałam w końcu, na co zapytała z uniesioną brwią:

- Czy nie wzięłaś tabletki wieczorem?

Znów zamrugałam i dla pewności sprawdziłam listek, który leżał na parapecie nad moim łóżkiem.

- Wzięłam - i pokazałam jej listek. - Wzięłam go dosłownie wczoraj. Poza tym... czuję się dobrze - wyznałam zdziwiona i wstałam, idąc w jej stronę.

- Nie zakładasz okularów? - spytała zdziwiona, a ja zamarłam w szoku, chcąc dotknąć okulary na nosie... których tam nie było.

W tym momencie mój wzrok stał się taki, jak zwykle bez nich i wróciłam do łóżka, by je unieść i założyć.

Od razu lepiej.

Tyle że co to miało być?

Zjadłam z mamą śniadanie i patrzyłam, jak wychodzi do pracy. Sama w tym czasie - wykorzystując nadmiar energii - siadłam do komputera, ale jakoś... miałam bardziej ochotę się ruszać niż klikać w klawisze.

Wzięłam się za sprzątanie, co nie było dla mnie typowe - raczej tego nie lubiłam, ale po dwóch godzinach ogarniania byłam zadowolona z efektu.

Tak zrobiła się godzina ósma. A ja postanowiłam pójść do biblioteki... która, jeśli to był sen, nadal stała.

Na miejscu jednak...

- Czyli to nie był sen, co? - zapytałam cicho samą siebie i spojrzałam na godziny otwarcia. - Szlag by to - mruknęłam, widząc, że jest otwarte od dziewiątej.

Westchnęłam ciężko i nagle poczułam, że ktoś się zbliża, dosłownie na chwilę przed usłyszeniem czyichś kroków.

Spojrzałam na prawo od siebie i ujrzałam recepcjonistę z wczoraj, który przystanął na mój widok.

- Witam, otwieramy od dziewiątej - przywitał się i podszedł do drzwi by wejść do środka.

- Chciałam się widzieć z Generałem - powiedziałam tylko, na co ten zamarł w pół gestu.

- Generałem? - wyszeptał i po chwili otwierał drzwi, mówiąc:

- Wchodź dzieciaku.

Na to słowo aż drgnęła mi powieka, ale weszłam bez słowa za nim.

Kiedy drzwi zamknęły się za mną byłam niemal pewna, że usłyszałam kliknięcie - wiedziałam, że otworzyłoby je dopiero walnięcie kulą do burzenia budynków, jakie czasem widać w bajkach.

- Ten cholerny cap - zaburczał nagle recepcjonista, wchodząc za kontuar. - Czemu od razu mi nie powiedział, że jesteś inna? Oszczędziłbym sobie kilku rzeczy.

- Um... "inna" znaczy jaka? - zapytałam, na co spojrzał na mnie jak na kosmitkę.

- "Jaka"? - zapytał w szoku. - To ty nie wiesz, jak mówią na takich jak my?

"My"? Czyli to, co poczułam, gdy podchodził... było jego "inną" stroną.

- W zasadzie... to nie - wyznałam, na co przyjrzał mi się podejrzliwie.

- Czyżbyś dopiero wczoraj się dowiedziała? - zapytał w końcu, na co przyznałam:

- Tak.

Nie kłamałam - wiedziałam o innych wcześniej, ale przecież nie pamiętałam tego - wspomnienia miały mi dopiero wrócić.

- No to nieźle - burknął, wyciągając komórkę. - Jestem jego prawą ręką, a on mi tylu rzeczy nie mówi. Cholerny dupek.

Im dłużej na niego patrzyłam, tym bardziej miałam wrażenie... że go znam. Było coś w rysach jego twarzy... coś z przeszłości, co kojarzyło mi się niezbyt dobrze z moją starą klasą. Tyle że... jeśli chodziłam z nim do szkoły, to czy nie powinien mnie poznać? Właściwie niewiele się przez te lata zmieniłam, choć miałam trzydzieści lat. Może to dlatego? On wyglądał na te trzydzieści lat, ja zaś nadal czasami byłam legitymowana, kupując mamie od czasu do czasu piwo.

- Wiesz, kogoś mi przypominasz - dobiegło mnie w pewnej chwili i spojrzałam na niego. Czekał, z komórką przy uchu, aż jego szef odbierze. - Ale tamta musi wyglądać już inaczej, minęło sporo czasu. Generale? - powiedział do słuchawki, a ja skrzyżowałam ramiona na piersi, patrząc na niego bez słowa. - Ta mała przyszła.

"Czyli jednak" - pomyślałam. - To był ktoś z mojej szkoły, może nawet i klasy.

Te rysy twarzy... zaczęłam się zastanawiać, kogo mi przypominają.

I nagle w mojej głowie pojawiło się przezwisko chłopaka - jednego z gnojków, który mi wiecznie dogryzał, choć sam nie był zbyt lubiany w klasie.

Z miejsca, gdzie szło się na piętro budynku, nagle dosłyszałam kroki. Spojrzałam tam i ujrzałam schodzącego ze schodów Generała.

- Witaj maleńka - przywitał się ze mną i powiedział do swojej "prawej ręki": - Luke, wbij dane tej damy do naszej bazy. Będzie tu często przychodzić - i uśmiechnął się do mnie rozbrajająco, a ja zrozumiałam, że pierwszy raz widzę go bez ciemnych okularów.

Wyglądał... bosko, choć był chyba sporo starszy ode mnie. Nie wygląd o tym mówił, bo wyglądał bez okularów na faceta jakoś po trzydziestce, góra przed czterdziestką, czyli niewiele starszego ode mnie. To jego zachowanie go zdradzało - uzmysłowiłam sobie. - Patrząc na ogół... w mojej głowie pojawiał się wiek jakoś koło sześćdziesięciu lat, ale czemu aż tyle? Przecież to prawie dwa razy więcej, niż pokazywał wygląd!

- Jasne - powiedział Luke, a ja znów na niego spojrzałam.

Miałam rację. Tamten chłopak - chłopak, który, między innymi, przyczynił się do mojego załamania wiele lat temu - stał przede mną, nawet nie myśląc, że tamta dziewczyna, którą gnębił z nielicznymi kolegami, stoi przed nim, prawie w ogóle nie zmieniona na twarzy.

- Masz przy sobie jakiś dokument? - zapytał mnie, otwierając coś w swoim komputerze, a ja poczułam, że się uśmiecham... i to wcale nie miło.

- Mam. Ale w sumie go nie potrzebujesz... Stachu.

Kiedy to usłyszał, uniósł gwałtownie głowę, z szokiem na twarzy.

- Jak mnie... - zamilkł, widząc mój uśmiech.

Obróciłam się na pięcie i wyrecytowałam:

- Christina Dark, urodzona szesnastego września... sam doskonale znasz rocznik.

Wyminęłam zadowolona Generała, idąc do góry schodami.

- Sam? - wybąkał w szoku tamten, na co Generał stwierdził z uśmiechem w głosie:

- Wiesz wszystko, więc po co się pytasz?