Zamiast wstępu
Drogi Czytelniku
Oddaję w Twoje ręce ostatnią z trzech książek należących do cyklu
"Wiara, Nadzieja i Miłość Skazanych". Nadzieja poświęcona jest relacji
matka-dziecko w kontekście kary pozbawienia wolności. Zapraszam Cię do
tej podróży, w którą ruszyłam w lipcu 2021 roku, zaczynając od wizyty w Zakładzie Karnym w Krzywańcu. Jeżeli ta książka ma mówić o Nadziei, to
koniecznie dedykuję ją właśnie dzieciom. Zarówno moim, jak i tym,
których matki spotkały swój los w więzieniu.
Zacznijmy od początku...
Kilka lat temu odwiedziłam Klinikę Medycyny Integratywnej w Żernikach
Wrocławskich, założoną przez dr Preeti Agrawal. Do kliniki przynależy
hotel, w którym można się zatrzymać. Na ścianach umieszczono kojące
umysł zdjęcia i afirmacje. Pod jedną z fotografii przeczytałam: "Dopóki
pacjent oddycha, zawsze jest nadzieja".
Metaforycznie zobaczyłam nadzieję jako światełko tlące się na końcu
ciemnego tunelu. W tamtym czasie doświadczałam bezradności, bezsilności
i poczucia ograniczenia ludzkiej mocy. Podobnie jak w historiach kobiet,
z którymi rozmawiałam w trakcie zbierania materiału do tej książki, owo
światełko w moje życie wniosły dzieci. Fakt bycia matką stał się
motywacją do poszukiwania i znajdowania rozwiązań najtrudniejszych
sytuacji, w których obliczu przyszło mi stanąć. Z uwagi na dzieci
podjęłam decyzję o operacji i postanowiłam, że zrobię wszystko, by
powrócić do stuprocentowego zdrowia. Kiedy wspominam tamten czas, widzę
jak moja najmłodsza córka ze łzami w oczach mówi: "Mamusiu, ja nie boję
się, że umrę. Boję się tego, że jestem najmłodsza i jeśli ty umrzesz tak
jak babcia, to co będzie ze mną? Boję się, mamo, że zostanę sama".
Wtedy przytuliłam ją, kolejny raz uświadamiając sobie własną
odpowiedzialność wobec dziecka. Moja wówczas dziesięcioletnia córeczka
miała prawo czuć się bezpiecznie, a jednym z czynników gwarantujących
jej poczucie bezpieczeństwa było moje zdrowie. Obiecałam, że będę
zdrowa. I słowa dotrzymałam.
Jaki związek tamte wydarzenia mają z książką, którą oddaję w Twoje
ręce?
Odwiedzając zakłady karne, rozmawiałam z dealerkami, oszustkami,
zabójczyniami. Kobietami, które padły ofiarą swojej naiwności albo od
najmłodszych lat poszukiwały na ulicy namiastki domowego ciepła.
Spotkałam się również z pracownikami Służby Więziennej, którzy propagują
w prowadzonych przez siebie placówkach "resocjalizację poprzez miłość".
Zwiedziłam Dom Matki i Dziecka w Zakładzie Karnym w Krzywańcu, w którym
kobiety skazane na karę pozbawienia wolności wychowują swoje potomstwo.
Niektóre z nich urodziły jako osadzone. W kolejnych rozmowach
przybliżamy wspólnie realia macierzyństwa i dzieciństwa w izolacji
więziennej.
Związek moich doświadczeń i bohaterek książki jest oczywisty - jesteśmy
matkami, a fakt ten w przypadku większości z nas wywołał przypływ siły
do zmiany drogi.
Być może wiarę, że bycie matką potrafi zmienić przestępczynię w porządnego obywatela, ocenisz jako naiwność...
Każdy przypadek jest inny. Mam nadzieję, że przynajmniej część moich
bohaterek naprawdę chce zmienić i zmienia swoje życie. Niezaprzeczalnie
dzieci są motorem napędowym ich działań, podejmowanych prób zmiany
dotychczasowego funkcjonowania w społeczeństwie.
Kiedy kobieta, która jest matką, trafia do więzienia, nie ma rozwiązania
idealnego. Ta sytuacja zawsze w pewien sposób jest dramatyczna,
szczególnie w kontekście dzieci. Mimo to warto poszukiwać rozwiązań
optymalnych. W mojej ocenie takim jest możliwość budowania więzi dziecka
i matki, chociażby w zakładzie karnym.
Często słyszę pytanie, czy pisanie książek z obszaru, w którym dotykam
życia ludzi pozostających w izolacji więziennej, jest ciężkie? Jak daję
radę w sytuacjach, gdy rozmowy dotyczą dzieci? Dlaczego piszę o tak
smutnych sprawach?
W odpowiedzi przytoczę niedawną rozmowę z moim synem.
Tego dnia zadzwonił do mnie. Pochwaliłam się, że właśnie piszę książkę,
którą dedykuję jemu i jego siostrom. Kiedy przeczytałam tytuł,
usłyszałam:
- Mamo, dlaczego dedykujesz nam tak smutną książkę?
- Ale ona wcale nie jest smutna - odparłam. - Ona jest o dzieciach i o miłości do nich. O tym, że dzieci nadają sens życiu - wyliczałam. - Ona
jest o tym, że dzieci są motywacją, by coś zmienić. Mówi o dzieciach,
które swoją bezwarunkową miłością sprawiają, że rodzice odnajdują siłę,
by stawać do wyzwań, jakie niesie im los. Ona jest o nadziei, synku!
- To dobrze, mamo.
W jego głosie zabrzmiała ulga. Z uwagi na to, że często rozmawiamy o sprawach dla nas ważnych, zagadnęłam go:
- Synu, mam pytanie, mogę?
- Pewnie.
- Czym dla ciebie jest nadzieja?
- Wiedziałem, że będzie dotyczyło książki - z uśmiechem zabarwionym
pobłażliwością wobec matki skwitował moją parafilozoficzną zaczepkę.
Mimo to odpowiedział:
- Nadzieja to wiara, że będzie lepiej. To wiara, że uda się rozwiązać i pokonać problemy.
Po tej rozmowie również sobie samej zadałam to pytanie. Doszłam do
wniosku, że moja definicja brzmi podobnie.
Czym dla mnie jest nadzieja?
To optymistyczne myśli, które torują drogę w poszukiwaniu pozytywnych
rozwiązań nawet najtrudniejszych spraw.
Zanim narodzi się dziecko, kobieta jest w ciąży. Pięknie brzmi, kiedy
mówimy o stanie błogosławionym.
Mówi się również, że kobieta jest przy nadziei, wszak dziecko w łonie
matki jest nadzieją na nowe życie. Na ile my, matki, z tego skorzystamy,
spoglądamy na macierzyństwo jak na dar, który nie każdej kobiecie jest
dany, to już inna sprawa. Bardzo indywidualna, osobista, determinowana
wieloma czynnikami.
Rozmowy, które przeprowadziłam z osadzonymi i pracownikami Służby
Więziennej, rzucają nieco więcej światła na więzienne macierzyństwo.
Mam nadzieję, a więc jestem dobrej, optymistycznej myśli, że
przynajmniej część z poznanych przeze mnie więziennych matek zrealizuje
swoje postanowienia i nie wróci na drogę przestępczą.
Katarzyna Borowska
PS Chcę zwrócić uwagę na jeszcze jeden aspekt, żeby nie umknął, chodzi o wspomnienia moich rozmówczyń dotyczące ich relacji z matkami. Kobiety
odbywające karę pozbawienia wolności też są czyimiś dziećmi.
Warszawa, 30.11.2021 r.
TO CHYBA DIABEŁ WE MNIE TAKĄ PYCHĘ WZBUDZIŁ...
Alfreda Wywijas, mając 63 lata, z wyrokiem dwunastu lat pozbawienia
wolności trafia do zakładu karnego. Największe przerażenie budzi w niej
myśl, że być może przyjdzie jej tu dokończyć życie. A jednak wydarza się
cud...
Alfredę Wywijas poznałam dzięki śp. Annie Stranz, przedwcześnie zmarłej
prezes Bractwa Więziennego Samarytania. Rozmowę z Alfredą odbyłyśmy
przez telefon.
Alfreda Wywijas: Nie musi pani zmieniać moich danych. Nie mam nic do
ukrycia. Ludzie, którzy mnie znają, wiedzą jak jest. Wszystko już
minęło, a moje życie przemyślałam sto tysięcy razy w więzieniu i teraz
na wolności.
Katarzyna Borowska: Kiedy pierwszy raz zadzwoniłam, nie chciała pani
rozmawiać. Tego dnia wróciły wspomnienia wydarzeń związanych z odbywaniem kary więzienia.
A.W.: Powiem, jak było. Moje życie od dziecka nie było łatwe i po
zamążpójściu niewiele się w nim zmieniło. Było mi tak źle, że nawet
teraz myślę, jaką byłam siłaczką, iż udźwignęłam ten krzyż. Ogromnie
chciałam uniezależnić się od męża i pokazać, jaka jestem silna i odważna. W jego rodzinie ledwo mnie tolerowano. Byłam nikim. Wyjechałam
do Austrii i tam pracowałam w dobrej restauracji. Byłam uważana za
superkucharkę i powierzano mi coraz to nowe obowiązki kuchenne. I tak
którejś nocy, gdy ze zmęczenia nie mogłam zasnąć, pomyślałam, że w Polsce też spokojnie sobie poradzę. Wobec tego do zarobionych pieniędzy
dobrałam kredyt, postanawiając otworzyć biznes - restaurację. O, jakże
doskonale mi szło. Dla mnie kuchnia to jest teatr, to sztuka, to wielka
miłość. I tę miłość przelewałam na półmiski.
K.B.: A jednak coś poszło nie tak...
A.W.: Szło mi tak dobrze, iż w swojej chciwości i pysze doszłam do
wniosku, że otworzę sieć restauracji. Wychwalano mnie, a moją
restaurację uważano za najlepszą. Nigdy nie cechowała mnie pycha, byłam
przeciętnie niezłym człowiekiem. Tytanem pracy. To chyba diabeł we mnie
taką pychę wzbudził. Miałam w sobie przekonanie: Co, ja nie dam sobie
rady? Co, ja nie potrafię?!
Niestety, okazało się, że tam, gdzie byłam ja, szło dobrze, a gdzie nie
dopilnowałam, było średnio. Klienci coraz częściej zauważali zmiany na
gorsze. Ludzie są, jacy są. Nie będę na nikogo zwalała winy, bo nikt
mnie nie zmuszał. Nabrałam kredytów i zaplątałam się w sieć nie do
rozplątania.
K.B.: Dobrze rozumiem, że brała pani kredyty na kolejne restauracje?
A.W.: Tak, oczywiście. Otworzyć następną restaurację i następną, i następną... a przecież widziałam, że nie szło mi dobrze w Żywcu, w Andrychowie... Jeszcze nie chciałam się poddać. Brałam kredyty, żeby
zapłacić czynsz, żeby zapłacić ratę kredytu. Najpierw na siebie, a kiedy
już nie mogłam, wzięłam na moje dwie pracownice. To mnie dobiło i w końcu poszłam do więzienia. Nawet się nie broniłam, bo powiem pani
uczciwie, to była moja wina i moja wielka głupota. Za to poniosłam karę.
Dostałam prawie dwanaście lat. Za każdy kredyt osobny wyrok.
K.B.: Bardzo surowo panią potraktowano.
A.W.: Może i surowo. Nie dano mi nawet możliwości spłacania. Kiedy
jeszcze raz podniosłam się z dna, otwierając tuż przed więzieniem
maleńką restauracyjkę, miałam nadzieję, że pracując sama w kuchni, będę
w stanie spłacać te kredyty. Ale sprawa już była w toku i tej machiny
nie dało się zatrzymać. Poznałam w więzieniu Krysię, która za zabicie
męża dostała dziesięć lat. Te czyny, zdaje się, są bardzo
nieporównywalne, prawda? A ja naprawdę nie chciałam źle, nie chciałam
nikogo oszukać. Po prostu mi nie wyszło.
K.B.: Czy uważa pani, że wyrok kary więzienia był niesprawiedliwy?
A.W.: Więzienie stało się dla mnie jednocześnie karą i wybawieniem. Było
swoistym przystankiem, którego potrzebowałam w życiu. Na początku
jeszcze tego nie wiedziałam. Dziś wiem, że było to Boże działanie. Bóg
dał mi szansę na zatrzymanie się u skraju studni bez dna, w którą
spadałam z dnia na dzień, z godziny na godzinę.
K.B.: Po co był ten upór?
A.W.: Pycha i wstyd, że sobie nie poradziłam.
K.B.: Nie dopuszczała pani sytuacji, w której warto odpuścić.
A.W.: Gdyby nie więzienie, nie odpuściłabym na pewno, bo znam siebie. Od
dziecka walczyłam, choć życie dawało mi popalić. Nauczyłam się nigdy nie
poddawać. Przez lata żyłam we własnym świecie, gdzie tylko ja rządziłam.
I nie miało to znaczenia, że żyję w osobistym piekle niezadowolenia,
zamętu, gniewu. Organizowałam życie sobie i moim bliskim, ustanawiając
własne królestwo, pijąc gorycz życia każdego dnia.
K.B.: Oskarżono panią o oszustwo?
A.W.: O wyłudzenie kredytu. Nawet nie próbowałam się bronić. Jak zwał,
tak zwał. Niezamierzone, a jednak wyłudzenie, tak mówi prawo. W sumie
nazbierało się około stu tysięcy. Dla jednych jest to dużo, dla innych
mało. Porównując do afery Amber Gold i tym podobnych przestępstw
dokonywanych przez prawdziwych oszustów, moje kredyty to niewielka
kwota. Naprawdę próbowałam spłacać choć małymi kwotami, było jednak za
późno. I ta moja zawziętość... Nie poradziłam sobie we wszystkich
restauracjach i dlatego to wszystko szlag trafił... No, co się będziemy
czarować. Zniszczyła mnie pycha i brak Boga. Ogrom błędów doprowadził
mnie tam, gdzie widzi się piekło. Tych przeżyć nie da się zapomnieć.
K.B.: Powie pani jakich?
A.W.: Przez pierwsze dni przeżywałam straszne rzeczy. Potem było coraz
lżej i lżej, aż przyszedł czas, że polubiłam więzienie i dziewczyny,
które odbywały długie i krótkie kary. To nie znaczy, że chciałam
przebywać tam jak najdłużej, ale chciałam pomagać tym bardziej
zagubionym niż ja. Bo najgorzej miały te nowe, przychodzące. Ich
pierwsze dni były czasem większą traumą niż koszmarne życie, które
prowadziły na granicy jestestwa. Im właśnie starałam się być pomocna, bo
swoje więzienne życie już po dwóch miesiącach w miarę poukładałam. Te
pierwsze dni stracone na żałosne wspomnienia, tęsknotę za odrobiną
słońca, na myślenie o dzieciach. Strach o wszystko, strach o każdą
następną chwilę, o jutro. Każda zmarszczka to nowa więzienna historia
mojego losu. Setki siwych włosów to zapis więziennych kłopotów, zmagań o następny dzień.
K.B.: Pamięta pani początki więziennego życia?
A.W.: Przeżyłam cztery więzienia... Najpierw chciałam umrzeć, kochana, bo
człowiek stary... Kilka godzin po wejściu za mury Montelupich dano mi
odczuć, że jestem nikim, zaledwie marnym pyłem człowieczym, który o mały
włos nie został zdmuchnięty w odmęty wichrem grzechu. Strach
paraliżujący wszystkie członki, myśli o dzieciach rozrywały serce na
strzępy, każdej nocy samobiczowanie. Samotność w pełnej celi, tęsknota
gorsza niż śmierć. Ja, koneserka smaków, oszczędzająca kromkę chleba, by
nie zaznać głodu. Strach przed biciem, poniżaniem. Samo pójście do
więzienia to już takie upodlenie, że się w głowie nie mieści. Młoda
kobieta, strażniczka, nie traktowała mnie jak człowieka. Czułam, że
jestem nikim, że straciłam swoje człowieczeństwo. Rozebrana do naga, na
boso, z jakimś obrzydzeniem badana rękawiczką... Pani nawet nie wie, jakie
to jest straszne upokorzenie dla kobiety. Starszej kobiety, miałam
sześćdziesiąt trzy lata.
K.B.: Nie wiem, to prawda. Mogę sobie tylko wyobrazić.
A.W.: W jednym więzieniu dostałam na początku lanie od dziewczyny, która
potem została moją przyjaciółką. Do dzisiaj nią jest, pisze do mnie
kartki, czasami list napisze, ale... musiałabym pani powiedzieć rzeczy
straszne o jej życiu. Tego zrobić nie mogę. Widziałam rzeczy nieludzkie,
o których wstyd i strach opowiedzieć. Poznałam kobiety bez uczuć, podłe
do granic, kobiety biedne, bogate, dobre i złe, bez żadnej skruchy z powodu popełnionego przestępstwa.
K.B.: Wysłucham strasznych.
A.W.: Pamiętam, jak wieziono mnie z Montelupich do Kielc. Tam jest
więzienie o zaostrzonym rygorze. Ja chora na serce, cukrzycę. Nie
dostałam leków, a musiałam ciągnąć po śniegu platformę wielką jak wóz,
załadowaną moim bagażem. Czułam się jak Żydówka, której pilnuje SS-man.
Już tam chciałam umrzeć, na tej drodze. Wiał wiatr, padał śnieg z deszczem. Luty, zima jak jasna cholera... Nie miałam siły. Z całym tym
mandżurem, moją torbą, przemęczona, w takim okropnym dniu. Ciągnęłam i ciągnęłam ciężki wóz za żelazny dyszel, marząc o śmierci. Naprawdę.
Wiatr szarpał mi włosy, miałam posiekaną od śniegu z deszczem twarz.
Wyglądałam jak czarownica... i tak weszłam do więzienia. Ta dziewczyna
pewnie pomyślała, że jakiegoś menela do nich przysłano. Była wściekła,
sądząc, że wdarłam się w ich ułożony więzienny ład, by przynieść im
niepokój, nieporządek. Jakże się myliła. Człowieka nie osądza się po
wyglądzie. Trzeba go najpierw poznać. Musiałam wyglądać strasznie.
W tym więzieniu było ładnie, czyściutko. Razem mogły mieszkać tylko trzy
osoby, a tu jakaś baba, czyli ja, mokra, ze skołtunionymi włosami, z czerwonym nosem, wchodzi na trzeciego...
K.B.: Wtedy też panią pobiła dziewczyna z celi?
A.W.: Najpierw nie pozwoliła mi wejść do kącika WC, a ja byłam tak
spragniona ciepłej wody. Marzyłam, by choć ręce ogrzać pod kranem.
Odepchnęła mnie i powiedziała, że mogę chodzić do ubikacji tylko wtedy,
kiedy jej nie będzie. Przewróciłam się, a ona z całej siły kopnęła mnie
w rękę. Myślałam, że mi ją złamała. Dodała, że jeśli komuś powiem, to
tak mnie obije w łazience ogólnej, że mnie wykończy. Bo tam nie ma
kamer. No więc postanowiłam nic nie mówić. Znowu pomyślałam, że lepiej
umrzeć niż dostawać lanie. Bo widzi pani, byłam bita jako dziecko i jak
już dorosłam. Byłam bita przez bliskich i przez życie. Tego bicia bałam
się najbardziej. To było straszne. Całe szczęście zdarzyło się to tylko
raz. Na początku udawałam, że mnie nie ma, stałam się niewidoczna.
Chowałam się po kątach, schodziłam z oczu wszystkim. Ukrywałam się w świetlicy, bo tam mało kto przesiadywał. To działo się w kieleckim
więzieniu. W celi byłam tylko po to, by posprzątać podłogę, kibel.
Miałam siedzieć cicho, nie przy stoliku, bo przy nim siedziały dwie
młode dziewczyny. Koło łóżka miałam taboret i tak musiałam jeść posiłki.
Nawet w Wigilię. To był odrębny dla mnie dramat.
K.B.: Po pewnym czasie to się zmieniło?
A.W.: Tak, kiedy doszłam do ładu ze swoim wyglądem. Kiedy twarz
wynormalniała trochę i umalowałam włosy. Zaczęłam rozmawiać z kobietami
z cel, pytać o pewne rzeczy, ale językiem innym, nie tak plugawym jak
one rozmawiały ze sobą. Byłam przecież inna. Porównywałam ich życia ze
swoim, bo w pewnym sensie część tych kobiet dopuściła mnie do ich
tajemnego świata z wolności. Chodziłam również do biblioteki, bo to była
jedyna rozrywka.
Pewnego razu koleżanka z drugiej celi, która często widywała mnie w bibliotece, poprosiła o pewną przysługę. Czytała jakiegoś harlekina, a ja pisałam list do domu, do syna. Podeszła i powiedziała:
- O, jak ty ładnie piszesz, jak jaka nauczycielka!
- Nie jestem nauczycielką - odparłam. - Ale staram się pisać ładnie.
Przeczytała mój list i tak gorzko się rozpłakała, że zaproponowałam
napisanie listu do jej syna. Tego, który się jej jako matki wyrzekł.
Najpierw kategorycznie odmówiła, ale kilka dni później poprosiła, z jakimś strachem, niedowierzaniem. Postanowiłam napisać tak pięknie,
jakbym pisała do własnego dziecka [płacz]. Kiedy przeczytała,
rozpłakała się i powtórzyła:
- Jak ty pięknie piszesz. Mój syn nigdy do mnie nie przyjedzie, nie
odpisze. - I znowu się rozpłakała.
K.B.: Pamięta pani, o czym pisała?
A.W.: Tyle miłości oddałam obcemu synowi. I proszę sobie wyobrazić, że
po tym liście on do niej napisał. Ten, który do niej nigdy nie pisał,
nigdy jej nie odwiedzał, nie pomagał. Odpisałam mu w jej imieniu. Potem
rozniosło się po oddziale, że Alfreda pisze piękne listy. I wie pani,
ustawiła się do mnie kolejka. Byłam pisarką oddziałową. Wszystkie listy
skropione łzami, przepełnione miłością, skruchą i jakąś nadzieją,
obietnicami czegoś innego. Dane było mi czytać odpowiedzi i płakałyśmy
razem. Pisałam też listy wierszami, było ich wiele. Szkoda, że nie
spisywałam wszystkich dla siebie. Mam tylko kilka.
Gdzieś w głębi serca ten kłębek uczuć jest, bo przecież nie może tak
być, żeby człowiek nie czuł nic.
K.B.: Otrzymała pani zaproszenie do bardzo intymnego świata kobiet -
więźniarek. Jakie one są?
A.W.: Widziałam kobiety, które kochały swoje dzieci, ale kryły to w sobie, bo jakoś nie było między nimi takiej relacji, jaką ja miałam z dziećmi. One miały rodziny, mężów, dzieci, rodziców, ale nie znały
bliskości, przyjaźni. Moje dzieci pisały do mnie piękne listy,
odwiedzały mnie, córka nawet z Niemiec przyjeżdżała. Chłopcy przysyłali
paczki. Dbali o mnie bardzo, bardzo.
Czasami myślę, że nawet nie powinni, bo powiem pani, że przysporzyłam im
wiele przykrości. Zostawiłam ich z problemami. Ja byłam sobie w więzieniu, a moje dzieci przeżywały to, co ja nabałaganiłam. Często
musiały bronić się przed językami ludzi. Wie pani, jak to jest, matka
więźniarka, oszustka, nie wiadomo co. Ale one mnie nigdy nie potępiły i tak jest do dzisiaj. Bardzo się kochamy. W Kielcach poznałam wiele
kobiet, matek. I tak jedną z nich zapamiętałam na zawsze. Zadbana,
wykształcona, umiejąca się zachować w każdej sytuacji. Długo zamknięta w sobie, któregoś wieczoru przyszła do mnie z prośbą:
- Alfredo, napisz list do mojej córki, ale wierszem. Tak pragnę, by mi
przebaczyła i modliła się za mnie. - Jakże mogłabym odmówić? Cichutko
dodała: - Ona jest zakonnicą. Jedynaczką.
Potem dowiedziałam się, że w więzieniu karę odbywa też jej mąż, ojciec
owej jedynaczki, zakonnicy. Pisałam i płakałam nad losem tej jakże
nieszczęśliwej trójki. Przytoczę pani ten list.
Jestem twą matką, tutaj na ziemi,
ale ważniejszą jest Ta w niebiosach.
Całuję w myślach dróżki i łąki,
po których ze mną biegałaś bosa.
Kocham błękitu lazur na niebie, słońce,
co świeci na nieboskłonie,
Boga, bo wybrał Cię spośród wielu,
w podzięce składam matczyne dłonie.
Zasiej mnie Boże ziarnem odnowy,
bym matką godną była mej córy.
Chcę się potykać o Twoje łaski,
zamknąć przeszłości drzwi, tak ponurej.
Proszę, gdy przyjdzie taka godzina,
z życia rachunek przed Bogiem zdam.
Duszę mą pomóż mi zaprowadzić
Twoją modlitwą do raju bram.
K.B.: Czy był ktoś bliski, kto jednak panią potępiał?
A.W.: Potępiał mnie tylko mój mąż, ale po długim czasie zrozumiałam, że
i jemu zrobiłam krzywdę. Nie zdawał sobie sprawy z moich problemów i to
moje osadzenie było koszmarem również dla niego. Tylko że on nie umie
przebaczać. Wróciłam do domu i powiedzmy, że jesteśmy nadal rodziną i jakoś jest. Powiem pani, że za całą tą historią, która zmieniła moje
życie, jest Bóg. Zawsze byłam katoliczką, z dziada pradziada. Ale ta
cholerna cywilizacja, to bieganie za pieniędzmi, ta mamona... kasa, kasa,
kasa. W tym pędzie nie miałam czasu na nic. Nie miałam czasu się modlić,
nie miałam czasu iść do kościoła, do spowiedzi, do komunii. Przestałam
zwracać uwagę, czy moje dzieci chodzą do kościoła. Chociaż były dorosłe,
ale wie pani, jak rodzina, to rodzina. Wszystko zaniedbaliśmy. W więzieniu, wśród wielu kobiet, byłam straszliwie samotna. Tęsknota
gorsza niż śmierć zabija powoli, ale każdego dnia. Doszłam też do
wniosku, że przywiązanie jest silniejsze niż miłość. Bardzo tęskniłam za
całą rodziną, ale za mną nie wszyscy tęsknili. Często dzwoniłam do domu.
Najgorzej, gdy odebrał mąż, nie rozmawiał ze mną, oddawał słuchawkę
dzieciom. Nigdy o mnie nie zapytał i dla mnie było to bardzo przykre.
Napisałam do niego kilka wierszy, do dziś ani jednego nie przeczytał,
chociaż mieszkamy razem.
Chciałam usłyszeć Twoje słowa
w czarnej słuchawce,
nawlekałabym je na nitki pamięci
jak drogocenne perły,
byłyby tylko moje,
zdobiąc każdy mój
szary dzień.
K.B.: Okazało się, że Bóg nie tylko nie potępił pani, ale podarował
cud.
A.W.: Powiem pani szczerze, znowu dzięki Bogu, bo tylko i wyłącznie
dzięki Bogu - w więzieniu byłam tylko dwa i pół roku.
K.B.: Z tych dwunastu?!
A.W.: Tak, uwierzy pani? Sąd penitencjarny zwolnił mnie po dwóch i pół
roku odsiadki. Nikt mi nie wierzył, że to jest prawda, a to jest prawda!
K.B.: Na jakiej podstawie tak się stało?
A.W.: Na podstawie mojego człowieczeństwa. Na podstawie mojego
zachowania... bo pisałam książki. Wiem tylko, że dostałam wyjątkowo dobrą
opinię do sądu penitencjarnego. Piszę teraz książkę o sobie, pamiętnik z więzienia. O kobietach, które tam poznałam, o mnie, o mojej rodzinie. W więzieniu pisałam poezję. Poznałam wspaniałą siostrę Janinę i to ona
mnie namówiła:
- Napisz wiersz - mówiła. - Napisz.
Wtedy odbywał się w więzieniu jakiś konkurs. Od tamtej pory zaczęto mnie
trochę inaczej postrzegać. Brałam udział we wszystkich konkursach. W końcu w więzieniu w Nowej Hucie zostałam obdarzona zaufaniem wychowawcy
i postanowiono, że zasiądę w kantorku jako dyżurna oddziałowa, która
będzie pośredniczyć pomiędzy wychowawcą a osadzonymi. Byłam dla nich
powierniczką, dla niektórych matką, bo przecież byłam starą babą w porównaniu do dziewcząt, które tam siedziały.
Podczas rozmowy z Alfredą wzruszyłam się głęboko kilka razy. Przez
chwilę było mi z tym niezręcznie. Wewnętrzny krytyk karcił mnie za brak
profesjonalizmu, infantylność i tego typu zachowania, pasujące według
niego bardziej do dziecka, zupełnie nieprzystające do dojrzałej kobiety.
Moja rozmówczyni zdawała się nie zwracać uwagi na połykane przeze mnie
łzy. Opowiadała dalej z właściwą sobie autentycznością i prostotą.
W Krzywańcu widziałam głębokie cierpienia matek oddających swoje dzieci.
Tam było więzienie dla matek z dziećmi. Te dzieciątka mogły przebywać z matkami tylko do trzeciego roku życia. Oddawały potem te dzieciątka -
czasem rodzinie, częściej jednak do domów opieki, do domów dziecka - ze
łzami w oczach, ze ściśniętym sercem. Przecież kochały te malizny.
Mieszkałam na parterze, który łączył się odkrytym balkonem z ogrodem.
Każdego dnia podchodził mały śliczny chłopczyk po obiecanego cukierka.
Ze dwa dni nie mogłam się doczekać jego przyjścia, więc spytałam
życzliwej oddziałowej, czemu go nie ma.
- Wczoraj zabrali go matce, skończył trzy latka - powiedziała.
Nie spałam całą noc.
Ten fragment jej wypowiedzi sprawił, że rozmowa właśnie z nią otwiera
wszystkie prawdziwe historie bohaterek książki. Ich cholerne historie
życia, które zaprowadziły je do miejsca, jakim jest Zakład Karny w Krzywańcu.
K.B.: Ile lat miała najmłodsza?
A.W.: Najmłodsza, Tereska, miała osiemnaście lat! Były w różnym wieku,
ale takiej starej baby jak ja to nie było. Wie pani, najpierw musiałam
poznać samą siebie, żeby zauważać cierpienie innych, by móc naprawdę
słuchać. Aby stać się człowiekiem Boga, wystarczy przypomnieć sobie, po
co jesteśmy na tym świecie. Dla kogo i jak powinniśmy żyć. Żeby móc im
pomagać, musiałam dać się im poznać taką, jaka jestem naprawdę.
Zwierzały mi się, a ja wypraszałam różne rzeczy dla nich. Bony na
paczki, dodatkowe widzenie z dziećmi. Organizowałyśmy dla dzieci jasełka
w szkołach, pod opieką naszej pani psycholog. Pisałam też bajki dla
dzieci osadzonych kobiet. Takie fajne historie zaczęły się dziać.
Zdobyłam szacunek, spokój i dobrze działałam na osadzone dziewczyny.
Naprawdę zmieniały się pod wpływem tej mojej koleżeńskiej, a raczej
przyjacielskiej miłości, której nigdy nie miały. Ja im czytałam, na
spacerniaku opowiadałam o życiu, jakie może być piękne. Podpowiadałam,
jak powinny dbać o swoje dzieci, ile można im dać miłości. Dzięki temu
pan dyrektor napisał o mnie takie... no jakby... świadectwo do sądu
penitencjarnego. Dostałam zmniejszenie wyroku do pięciu lat, a potem
odbyłam połowę kary i wyszłam po niecałych dwóch i pół roku.
To jest historia przez Boga pisana. Wierzę w to, że Bóg mnie zaprowadził
do więzienia i On mnie z niego wyprowadził. Ale ja nie zeświniłam się,
choć tam się działy różne rzeczy, bardzo, bardzo drastyczne. Mogłam
jednak być sobą i to jest najważniejsze. Mogłam być człowiekiem Boga i nic przeciw sumieniu nie popełniłam. Nie zeświniłam się w szambie
więziennych charakterów. Dziś spokojnie mogę patrzeć w lustro.
K.B.: Co najbardziej drastycznego utkwiło pani w pamięci?
A.W.: Nie wiem, o którym więzieniu mówić, bo w każdym przeżywałam z kimś
jakąś rozpacz. Siedziałam na przykład z kobietą, która zabiła swojego
męża i dostała dwadzieścia pięć lat. W odniesieniu do tego, co ona mi
opowiadała, ja bym jej w ogóle nie skazała. No, ale prawo jest prawem.
To była kobieta pochodząca ze średniej klasy. Jej mąż był wysoko
postawionym facetem, prowadził jakąś firmę. Miała troje dzieci i była
gospodynią domową. Powiem pani, jak ona mi to mówiła... W małżeństwie była
powietrzem, sprzątaczką, prostaczką, dziwką. Była jeszcze inaczej
nazywana. Bita, po prostu bita i torturowana. Nie mogła wychodzić z domu, kiedy miała popodbijane oczy, dopóki siniaki nie zniknęły. Nie
wolno jej było iść do lekarza, kiedy była pobita.
K.B.: Dość często spotykam w więzieniach kobiety, które przemoc domowa
pchnęła do zabójstwa.
A.W.: Wtedy, kiedy zabiła męża, akurat kroiła chleb na kolację dla
dzieci. On właśnie przyjechał do domu. Był pod wpływem alkoholu. Złapał
ją za włosy i zaczął tłuc jej głową o ścianę. Dźgnęła go tym nożem.
Mówiła, że do tej pory nie wie, co się z nią stało, ale jak zobaczyła,
że on padł na podłogę, to pochyliła się i zaczęła go tym nożem walić raz
za razem. Zrobiła tyle ran, nie pamiętam już, czy dwanaście, czy
dwadzieścia cztery. Sąd orzekł, że to nie była obrona własna. Gdyby był
jeden cios - byłaby obrona własna, tyle uderzeń uznano za zabójstwo z premedytacją. Jej życie było tragiczne, płakałam razem z nią. Pomyślałam
sobie: Boże Święty, przeżywałam i ja takie historie. Dlatego wiedziałam,
jak musiało być jej trudno z daleka od dzieci to wszystko przeżywać
[płacz]. To były straszne rzeczy.
Na końcu kary byłam w Krzywańcu. Miałam grupę P3 - pełny otworek. Mogłam
mieć pieniądze przy sobie, mogłam robić zakupy w kantynie, kiedy
chciałam. P3 to już większa swoboda. Na sali przyjęły mnie dziewczyny
bardzo fajne, naprawdę. Raz zwierzałyśmy się sobie, która za co siedzi.
Jedne chciały powiedzieć, a drugie wcale nie chciały, jeszcze inne
kłamały. Była tam śliczna dziewczyna i ona do mnie mówi: "Ja zabiłam
swojego starego". Pisała akurat o warunkowe zwolnienie, bo już siedziała
dziesięć lat. Jej historia też jest tragiczna. Nie mogła zajść w ciążę,
a bardzo chciała mieć dziecko. Udało się po długim leczeniu. Pewnego
razu jej mąż przyszedł bardzo pijany, bił ją okropnie, skopał po brzuchu
i ona poroniła. Zabrano ją do szpitala. Dostał za to jakiś niewielki
wyrok. Wrócił z więzienia i kiedy wchodził do domu, wbiła mu nóż w serce
- za to dziecko.
K.B.: ...
A.W.: O Boże święty, ile tragedii na świecie jest, my nawet sobie nie
zdajemy sprawy. Moje uwięzienie, ten mój grzech, bo to też grzech tak
się zapętlić, było dramatem. Mimo to, kiedy pomyślałam o tych wszystkich
innych kobietach, poczułam ulgę, że ja tylko za to siedzę. Nie musiałam
nic tak strasznego zrobić, żeby się zatrzymać, żeby coś się zmieniło.
Ale muszę pani opowiedzieć jeszcze coś!
K.B.: Proszę, słucham.
A.W.: Przeżywałam tragedię w więzieniu, bo kiedyś wzbudziła się we mnie
wielka nienawiść do dziewczyny wykształconej, po Uniwersytecie
Jagiellońskim. Ech... nienawidzę jej do dzisiaj. Tam ją znienawidziłam.
Nie powiem jej imienia, bo jak będzie czytała tę książkę, to domyśli
się, że to o niej.
K.B.: Co takiego robiła?
A.W.: Była w Anglii, tam handlowała narkotykami, przerzucała je do
Polski. Kiedy wracała do kraju, jakaś międzynarodowa organizacja już na
nią czekała na lotnisku. Jako szef zorganizowanej grupy przestępczej
dostała dość wysoki wyrok. Ale nie to było dla mnie najgorsze.
Siedziałyśmy sobie kiedyś, a ona mówi:
- Wiesz co, Alfredo, robiłam różne rzeczy, za które mnie nie skazali.
- A co ty robiłaś?
- Wiesz, była grupa facetów, która porywała dzieci... - zaczęła opowiadać.
Wyobraża sobie pani? Dali jej kiedyś dwoje dzieci pod opiekę, do czasu
aż je zabiorą. I dalej mówiła:
- Nie wiedziałam, co gówniarzom dać jeść. Dałam jednemu ziemniaków, a on
darł mordę i darł mordę.
Spytałam, ile to dziecko miało lat.
- Może dwa, może trzy lata - odpowiedziała.
Boże... Pani sobie wyobraża...? [płacz] Nie wiedziałam wtedy, co zrobić...
[płacz]. Kiedy zapytałam, co z tymi dziećmi, powiedziała, że odebrali
je i wzruszyła ramionami, jak gdyby nigdy nic. Niech mi pani powie, czy
jest coś straszniejszego na świecie... [płacz].
Poznałam wyjątkowo ładną i zadbaną dziewczynę, młodszą od mojej wnuczki.
Bez skrupułów opowiedziała o zabiciu swojej babci. Dlaczego? Bo nie
miała pieniędzy dla niej. "Przesrała całą rentę, zanim przyszłam",
powiedziała.
Poznałam młodziutką dziewczynę, która zabiła chłopaka i odcięła mu
głowę. Posłużyła się nią jak piłką, którą kopały po podwórku z siostrą.
K.B.: Nie wiem, co powiedzieć...
A.W.: Poznałam w więzieniu cały przekrój kobiet. Wykształconych i prostych. Kochających i bezwzględnych. Dobrych, złych i brutalnych. Taki
starszy człowiek jak ja pierwszy raz spotkał się też z historiami
więziennej miłości, gdzie kobiety kochały się ze sobą jak kochanek z kochanką. Pamiętam były tam dwie młodziutkie panienki. Kochały się i gdy
jedną wywieziono, to ta druga umierała z rozpaczy. Usychała, więdła jak
ostatni kwiat jesieni w ogrodzie, z miłości. Och, Boże święty!
K.B.: Pewnie tęskniły za miłością, jak każdy.
A.W.: W więzieniu tworzyły się wielkie i małe przyjaźnie. Człowiek musi
kochać i gdy nie miały obok nikogo, najpierw się przyjaźniły, pomagały
sobie nawzajem, aż dochodziło do miłych gestów, pieszczot, w końcu do
miłości. Nie możemy żadnej z nich osądzać, bo nie znamy powodów tego, co
się stało. Nie mamy do tego prawa. Możemy patrzeć i mówić, co widzimy,
ale nie możemy osądzać. Nie wiem, czy zło rodzi się, jak dziecko wyfruwa
z gniazda, czy może właśnie w złym środowisku człowiek ląduje i uczy się
zła? Skąd zło?
Na przykład poznałam kobiety zimne i praktyczne. Urodzić i oddać. Miały
swoje dzieci w domach dziecka, rodzinach zastępczych i mówiły:
"Dzieciakom jest dobrze, im tam jest lepiej niż mnie". Więc jak takiej
było za dziecięcych lat? Widocznie źle. Czy możemy potępiać zachowanie
niektórych z nich?
Była też mama Gosia. Śliczna, bardzo miła. Miała dzieci w rodzinach
zastępczych i nie odwiedzała ich w ogóle. Kiedyś napisałam do jej dzieci
list i bajkę dla nich, poprosiła o to. Czyli w jej myślach były te
dzieciątka, chciała im coś o sobie napisać. Przesłać bajkę z podpisem:
"Od mamy". Przyszła do mnie taka spłakana, poruszona... Odżyły w niej
matczyne uczucia. Może gdzieś zagubione. Zresztą, jak ona będzie czytała
pani książkę, to będzie wiedziała, że mówię o niej.
"Dziękuję ci, że przypomniałaś mi, jak może być na świecie. Jak powinno
być moim dzieciom, bo ja w tym wszystkim, w tym wariactwie życiowym,
zapomniałam!", powiedziała, a potem długo płakała, rozpaczała. Nie wiem,
jak tam się dalej dzieje, ale obiecała sobie, że pojedzie do dzieci, by
się z nimi spotkać. Coś im kupi, będzie z nimi rozmawiała.
Gdzieś w głębi serca ten kłębek uczuć jest, bo przecież nie może tak
być, żeby człowiek nic nie czuł. Nie wierzę w to. One wszystkie na pewno
czuły miłość do dzieci, tylko w cholernej historii każdej z nich było
dużo zła, bardzo dużo zła i cierpienia.
K.B.: Trudno stwierdzić, kiedy zło zakiełkowało. Ma pani rację.
A.W.: Te kobiety często żyły w melinach, z mężami alkoholikami, z całym
pijackim klanem. Same też piły, bo co miały zrobić? Piły, bo były w takim otoczeniu. Oddawały dzieci, ale na pewno tęskniły i kochały.
Powiem coś pani. Zorganizowałyśmy kiedyś z siostrą zakonną spotkanie dla
kobiet. Siostra przyniosła wełnę, nici, kanwę do wyszywania, dużo igieł
i kobiety zaczęły robić takie ładne kartki dla swoich dzieci. Pięknie
wyszywały i wie pani, co widziałam w ich oczach? Przez łzy mówiły: "To
dla mojej córuni, to dla mojego synka..." i tak się cieszyły, że same
robią coś dla swoich dzieciaków. Spotkania z rodzinami odbywały się w sali widzeń. Tego nie mam siły opowiadać [płacz, wzruszenie].
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki