SOBOTA
Komórka nie przestawała brzęczeć. Nadia w końcu się obudziła. Chciała odespać zarwaną noc.
- Czy ta Wirka zwariowała? - Spojrzała na zegar. Ósma dwadzieścia dwie. Porządni ludzie o tej porze jeszcze śpią. Zwłaszcza w sobotę. Zła jak osa odebrała. - Słucham - warknęła.
- Cześć. Obudziłam cię?
To nie była Wirka.
- Obudziłaś. Coś się stało?
- Jeszcze nie, ale chyba dzieje się coś złego.
Krystyna Nawrocka ostatnio rzadko dzwoniła. Spotykały się sporadycznie, najczęściej z jakiejś okazji. Naprawdę musiało się coś wydarzyć.
- Mów!
- To nie na telefon. Błagam, przyjedź. Musisz mi pomóc!
Nadzieja usłyszała głośne chlipnięcie i Krycha się rozłączyła.
O godzinie dziewiątej czterdzieści osiem Nadia stała w korku na zaporze.
- Sobota i taki ruch. Dlaczego ludzie nie mogą spać albo wyjechać na wczasy? Jest przecież lipiec. Lato w pełni, a wszyscy chyba się uparli, żeby blokować mi drogę. Nawet kotu jajecznicy nie zdążyłam usmażyć. Nie mówiąc już o tym, że sama też umieram z głodu - narzekała głośno. - Nie marudź - upomniała samą siebie. - Brak śniadania wyjdzie ci tylko na zdrowie.
Ulica Kwiatkowskiego też była zakorkowana. W końcu, po dwudziestu minutach, Nadieżda dojechała na Budziwój. Zanim zdołała wygramolić się z auta, podbiegła roztrzęsiona Krystyna.
- Krycha, co się dzieje?
- Zbyszka nie ma od kilku dni.
Nadia popatrzyła na koleżankę zdziwiona i pomyślała, że jej mąż nie po raz pierwszy odstawia taki numer.
- Wiem, co myślisz, ale nie o to chodzi. W nocy coś mnie obudziło. Jakiś nieokreślony hałas. Wstałam, sprawdziłam i nic nie zauważyłam, ale dzisiaj rano... To leżało na schodach przed drzwiami.
Wyciągnęła z kieszeni pomiętą kartkę.
* * *
Bartłomiej Jaduch, nazywany przez kolegów z pracy (gdy jeszcze pracował) Szerlokiem, stał przed lustrem i zastanawiał się, czy na tę przedpołudniową wizytę wypada włożyć popielatą koszulę i marynarkę, czy wystarczy elegancka koszula z krótkim rękawem. Przecież trwało lato.
Wizyta u pani Masłowskiej była wyzwaniem zarówno pod względem ubioru, jak i zachowania. Dzisiaj miał się dowiedzieć, jak jego przodek (oczywiście o nazwisku Jaduch) poznał baronową i co z tego wynikło.
Odruchowo spojrzał na komórkę, czy przypadkiem nikt z komendy nie dzwonił. No, racja. Przecież to już nie moja sprawa, czy w Rzeszowie kogoś zamordowano, czy nie. Ale co najważniejsze, uśmiechnął się do swoich myśli, nie będę musiał oglądać i wysłuchiwać tych zwariowanych bab. Oczywiście miał na myśli Nadieżdę Hope i jej przyjaciółkę Elwirę Rumianek-Sałacką.
W końcu zdecydował się na kremową koszulę, bez krawata, i lekką marynarkę. Po drodze kupił bukiet róż.
Drzwi otworzył Bonifacy, wnuk pani Masłowskiej. Ona sama siedziała, jak zwykle, w fotelu. Z uśmiechem wyciągnęła do gościa rękę na powitanie. W tym czasie Majka, córka sąsiadki, wniosła tacę z herbatą i ciasteczkami.
- To ja, proszę pani, uciekam. Mama nie czuje się dobrze.
- Idź, idź, moje dziecko, i pozdrów mamę.
Majka dygnęła, a komisarz pomyślał, że taki dyg widywał w przedwojennych filmach.
* * *
Elwira Rumianek-Sałacka, a właściwie Elwira Morska, siedziała obok kierowcy, to znaczy jej nowo poślubionego, osobistego męża Zdzicha Morskiego. Wracali właśnie z Mazur. Nagle zabrzęczała komórka.
- To Nadia - zakomunikowała Wirka z westchnieniem, bo, mimo że była ciekawa, co słychać u przyjaciółki, jakoś wcale za nią nie zatęskniła. No, może trochę. Odebrała i przez chwilę słuchała. Od czasu do czasu tylko wtrącała: "aha", "noo", albo "ojej!", a na koniec podsumowała: - Będę u Krychy jutro przed południem.
Zdzich zerknął na nią kątem oka.
- Tylko w nic się nie pakuj. Tam, gdzie Nadzieja, tam kłopoty.
- No co ty? Ja i kłopoty?
* * *
Tymczasem kłopot zbliżał się do Nadieżdy Hope milowymi krokami, chociaż ona jeszcze nie zdawała sobie z tego sprawy. A w dodatku była głodna i odczuwała niedobór kofeiny.
- Masz tego więcej?
- Krakersów?
- Nie, takich liścików.
- Ten jest pierwszy.
- A jesteś pewna, że to do ciebie? Może chodzi o Zbyszka? Dzwoń do niego.
- Dzwoniłam chyba sto razy, spróbuję jeszcze raz. - Posłusznie wybrała numer męża. - Nie odpowiada. Ma wyłączony telefon. Może coś mu się stało?
- Złego diabli nie biorą. Zabalował i komórka mu padła. Zrób jakieś kanapki, jeszcze jedną kawę i daj pomyśleć.
* * *
Wizyta u starszej pani przeciągała się w nieskończoność. Tak przynajmniej wydawało się Jaduchowi. Ilekroć nawiązywał do historii swego przodka i baronowej, pani Masłowska miała sto innych historii, które akurat jej się przypominały. Dygresjom nie było końca.
- A wiesz, młody człowieku...
Za każdym razem, kiedy emerytowany nadkomisarz to słyszał, wszystkie kiszki w brzuchu wywracały mu się do góry nogami.
- ...Tak jak już wcześniej wspominałam, dziad, nie - kobieta podniosła palec i przymknęła oczy - właściwie to był pradziad mojego świętej pamięci męża. Miał on, to znaczy ten pradziad, Masłowski, tak, Alojzy Masłowski, bo dziad mojego męża oczywiście miał na imię Bonifacy, i ten Alojzy miał dwie namiętności: grał w karty i obstawiał wyścigi konne. I niech pan sobie wyobrazi, wygrał kiedyś w karty piękną kolekcję broni. Były tam szable, pistolety, rusznice, a nawet, podobno, kula armatnia. Oczywiście pierwsza wojna, druga wojna i kolekcja rozproszyła się po świecie. Po pierwszej wojnie ojciec mojego męża miał jeszcze kilka zabytkowych pistoletów z końca osiemnastego wieku odziedziczonych po dziadku, których ten nie zdążył przepuścić. Czasy były ciężkie i musiał sprzedać to, co pozostało. Kupił to od niego znajomy hrabia, nie pamiętam nazwiska, i ponoć wywiózł do Francji. Ba, doszły nas słuchy, że pojedynkował się na te stare pistolety.
Jaduch czuł, jak po plecach spływa mu pot, słyszał nawet własne zgrzytanie zębami.
- To wspaniała historia, ale może szanowna pani raczy wrócić do opowieści o moim przodku Jaduchu?
- Ach, tak. Oczywiście. Ale to, co mówiłam, w pewnym stopniu łączy się ze sprawą pana przodka. Jaduch był mężem kuzynki mojej babki. Ta kuzynka, z domu Dziedzińska, miała na imię Florentyna. A on? Niech sobie przypomnę. - Zamknęła oczy, jakby w ten sposób mogła zobaczyć imię Jaduchowego przodka. - No tak! - Ucieszyła się. - Teodor! Ale wracając do Francji. Otóż ten hrabia po pierwszej wojnie pojedynkował się, o ile dobrze pamiętam, a pamięć mam jak na swoje lata znakomitą, z niejakim Jaduchem. To był brat czy syn Teodora. Imienia nie pamiętam. Chodziło o baronową Sądecką.
- I to było we Francji?
- Tak, ten hrabia go zastrzelił, tego Jaducha. A może tylko zranił? W każdym razie po tym incydencie hrabia wrócił do Polski razem ze swoimi pistoletami. Kupił jakiś skromny dworek w Małopolsce. Tę zubożałą kolekcję odziedziczył jego wnuk, z którym mój mąż się od czasu do czasu kontaktował w sprawach zawodowych, nawet się zaprzyjaźnili. Jakieś dwadzieścia lat temu dokonano włamania do tegoż dworku. Skradziono wówczas rodową biżuterię, pieniądze i wszystkie pistolety.
- No ale co z Jaduchem?
- Nie wiem. Chodziły plotki, że także wrócił do Polski i zamieszkał z daleką krewną Potockich. Ale tego nie wiem na pewno.
A więc Potoccy, jestem z nimi spokrewniony! Spowinowacony? A czort wie. Zresztą co to za różnica? Myśli w głowie Jaducha wariowały, a sam emerytowany nadkomisarz rozparł się wygodnie w secesyjnym fotelu pani Masłowskiej.
* * *
Rzeszowski lombard prowadzony przez Waldemara Kwiatkowskiego cieszył się powodzeniem. Właściciel dawał dobre ceny i był uprzejmy. Co jakiś czas policja składała mu niezapowiedziane wizyty. Dokładnie sprawdzała papiery, przeglądała monitoring. Nic dziwnego, swego czasu Waldemar wplątał się w handel dziełami sztuki i napad na jubilera. W procesie zeznawał jako świadek. Wywinął się, bo kumpel go nie sypnął. Ale nic za darmo. Kwiatkowski wiedział, że przyjdzie kiedyś pora spłaty długu. Przez lata prowadził lombard, zachowywał ostrożność. Żaden trefny towar nie miał prawa trafić do jego sklepu. Interes przeniósł do domu. Dostawców i kupców sprawdzał dokładnie, a spływały do niego niecodzienne okazy. I tym sposobem parę lat temu trafiło do niego kilka pistoletów czarnoprochowych. Na ich widok oczy mu się zaświeciły. Czegoś takiego do tej pory nie miał w ręku.
- Oryginały? - zapytał dostawcy.
- A jak, kuźwa, myślisz? Byle czego bym ci nie wciskał.
- No jasne.
Zapłacił horrendalną kwotę, krzywiąc się przy tym niemiłosiernie. Broń od tego momentu należała do niego. Od razu musiał ją wypróbować. Poczytał, jak to się robi, i któregoś pięknego dnia na polanie pod lasem strzelił, aż wszystkie ptaki z okolic uciekły w popłochu. To było coś niesamowitego. Do tej pory co jakiś czas wyciągał ze skrytki swoje skarby i oglądał je, mrużąc przy tym oczy z zadowolenia. Nie zastanawiał się nad tym, skąd tamten młody człowiek miał broń. Mniej wiesz, dłużej żyjesz.
* * *
Krystyna Nawrocka siedziała na tarasie swego domu, z którego tak kiedyś się cieszyła, a przez który teraz miała same kłopoty. Nie dość, że niewierny mąż przepadł bez wieści, to jeszcze ktoś ją straszył. A Krystyna nie lubiła być straszona. Czuła się wtedy bezradna i bardzo samotna. Dobrze chociaż, że miała przyjaciółki. Zwariowane, bo zwariowane, ale mogła na nich polegać. Nadia obiecała, że coś wymyśli. Co? Na razie nie miała pojęcia. Tymczasem na Zbyszku nie dało się polegać ani za grosz. Od kilku dni Krycha próbowała się do niego dodzwonić - bezskutecznie. Zaciągnęła się papierosem i stwierdziła, że to wcale nie pomaga w podjęciu decyzji. Bardzo ważnej decyzji. Wystąpić o rozwód czy nie? Musiała się jeszcze naradzić w tej kwestii z Nadią i Wirką. Postanowione, jak powiedziałaby Nadieżda Hope.
* * *
Eulalia Rumianek i Hanna Żabczyńska siedziały na ławeczce przed blokiem i z ożywieniem rozmawiały. Funia schowała się w cieniu, pod ławką. Paniom osiemdziesiąt plus upał wcale nie przeszkadzał. Kto by się tam przejmował temperaturą, skoro musiały rozstrzygnąć, kto kogo zamordował i dlaczego. Sukces wydawniczy pierwszej książki zachęcił przyjaciółki do napisania następnej.
- To mówisz, Lalu, że tym razem ukatrupimy handlarza narkotyków? - Hanka powiedziała to dość głośno, aż przechodzący obok mężczyzna spojrzał na kobieciny przerażony. Chciał już dzwonić na policję, ale przystanął i zaczął nasłuchiwać.
- Tak mi przyszło na myśl. Pamiętasz tę niedawną sprawę? Znaleziono kilka krzaczków konopi indyjskich i gotowy susz marihuany.
- Nie pisał już ktoś o tym?
- Jeśli nawet, to i tak my zrobimy to lepiej.
- Fakt - zgodziła się Hanka.
Mężczyzna odetchnął z ulgą i poszedł w swoją stronę.
* * *
W czasie gdy emerytowany nadkomisarz Jaduch gromadził informacje na temat świetlanej historii swoich przodków, Krystyna Nawrocka zastanawiała się nad swoją sytuacją i niewiernym mężem, dwie panie osiemdziesiąt plus planowały kolejne morderstwa, a trzech mężczyzn siedziało z wędkami nad Wisłokiem i rozmawiało przyciszonymi głosami.
- Ciii, ktoś idzie.
- Biorą? - Przechodzień uśmiechnął się życzliwie.
- Niespecjalnie - odmruknął krępy wędkarz.
Mężczyzna chciał jeszcze pogadać, ale ponure miny siedzących zniechęciły go do rozmowy.
- Poszedł?
- Poszedł. A ty, Rudy, chociaż spławik doczepiłbyś do tej wędki.
Nieudolny wędkarz popatrzył krzywo na kolegę i warknął:
- Stul pysk, Miki.
- Spokój. - Chłodny ton mężczyzny, który wyraźnie był ich szefem, zakończył dyskusję. Facet wstał, żeby rozprostować kości, aż coś mu chrupnęło w krzyżu. - Zrobicie, jak wam powiem. Tylko żadnej fuszerki.
- Jasne, szefie. Tylko Miki niech się bardziej przykłada. Ostatnio całą robotę ja odwaliłem. Jestem za stary, żeby za kogoś zapierdalać.
- A może w ogóle jesteś za stary do tej roboty? - odgryzł się wysoki brunet.
- Przestańcie się żreć. Plan jest taki: w piątek przyjeżdża kupiec i do tego czasu w magazynie musi się znaleźć to, co trzeba. Zrozumiano!?
Rudy i Miki kiwnęli głowami.
- A co robimy z Kwiatkiem?
- No cóż - szef uśmiechnął się tajemniczo - musimy mu wytłumaczyć, że milczenie jest w jego interesie. Obaj mu to pokażecie.
* * *
Lekarz medycyny sądowej Marek Polański pochylił się nad zwłokami. Pogoda zmieniła się diametralnie, po upalnym poranku zaczął padać deszcz. Zrobiło się zimno i ciemno, grzmoty w oddali zapowiadały zbliżającą się burzę. Technicy uwijali się ze zbieraniem dowodów, żeby ulewa nie zatarła śladów. Podkomisarz Sławek Zawilski krążył od jednego do drugiego policjanta. Zajrzał też przez ramię Polańskiemu.
- Czy coś już wiadomo? Jak zginęła?
Prokurator zlecił mu dochodzenie, a do pomocy przydzielił aspirantkę Marzenę Rabendę. Oboje awansowali po udanej akcji rozbrojenia grupy przestępczej zajmującej się handlem narkotykami. Młody policjant przejął się powierzonym mu zadaniem. Nie mógł skopać tej sprawy.
Lekarz wstał, zdjął lateksowe rękawiczki i zwrócił się do Zawilskiego:
- Kobieta około siedemdziesiątki. Została zastrzelona. - Przetarł szkła okularów i wsiadł do auta. Czekało go sporządzenie wstępnego raportu, a po sekcji kolejnego, szczegółowego.
W podobnych okolicznościach poznał Nadieżdę. Przypomniał sobie spotkanie sprzed dwóch lat. Okazało się, że Hope jest znajomą Jaducha. Od niego też dostał adres i tak to się zaczęło. Pamięć czasem płata figle w najmniej odpowiednim momencie.
- Zastrzelona. Panowie, szukamy łuski. - Podkomisarz zwrócił się do techników.
Wskazał jeszcze fotografowi miejsca, które powinny zostać uwiecznione. Jednak - pomimo wysiłków ze strony pracowników - łuski ani innych śladów, które naprowadziłyby śledczych na jakiś trop, nie odkryto. Jedyne, co można było stwierdzić, to fakt, że denatkę znaleziono w zaroślach na tyłach starej szkoły.
- Nie zginęła tutaj. Morderca chciał ukryć zwłoki, ale wyszło mu to nieudolnie. Ułożenie ciała wskazuje, że została tu przyciągnięta. Świadczy też o tym poszarpane ubranie. Prawdopodobnie została zastrzelona przed frontem budynku. Po drugiej stronie drogi są wyraźne ślady opon różnych samochodów. Wykluczam jednak, że została przywieziona autem - zrelacjonował technik policyjny.
- Zabezpieczcie ślady - wydał polecenie Zawilski.
- Już to zrobiliśmy - mruknął pracownik, niezadowolony, że ten młody wydaje mu rozkazy.
Fotograf w milczeniu pstrykał zdjęcia. W końcu wszyscy zaczęli się zbierać do odjazdu.
- Tylko tyle? - zachodził w głowę Zawilski.
Wraz z Rabendą pokręcili się jeszcze po okolicy. Może jednak coś zostało przeoczone?
* * *
Nerwowo chodził od okna do drzwi i z powrotem. Deszcz walił o szyby, a błyskawice rozświetlały co jakiś czas mały pokój. W domu było gorąco i duszno, chociaż na zewnątrz znacznie się ochłodziło. Przetarł spocone czoło i spojrzał przez okno. Wydało mu się, że ktoś przemknął przez podwórze. Nareszcie. Czekał na niego od dwóch godzin. Znajomy obiecał przynieść zamówiony towar. Tym razem miała to być ikona z małej cerkwi w Bieszczadach. Podszedł do drzwi i lekko je uchylił.
- Miki, to ty?
Cisza. Wyjrzał na podwórze. Poczuł krople deszczu na twarzy i silne uderzenie.
Ocknął się w kałuży. Deszcz już nie padał. Z trudem się podniósł. Cały był oblepiony błotem, a w głowie huczało. Powoli zaczął sobie przypominać, co się stało. Po tym, jak jego stary znajomy wyszedł z więzienia, właściciel lombardu spodziewał się najgorszego. I miał rację. W końcu należało spłacić dług zaciągnięty lata temu, a na to wcale nie miał ochoty. Nie podejrzewał jednak, że Miki, który nie raz dostarczał mu towar, będzie pracował dla Chudego.
Przywlókł się do domu. Powywracane krzesła, powyciągane szuflady, zawartość szafy wyrzucona i otwarta wersalka. Pusta.
- Zabrali wszystko.
Usiadł na podłodze i rozpłakał się jak dziecko.
* * *
Dorota Różecka, sąsiadka Ksawerego Sałackiego, piła ulubioną herbatkę miętową z odrobiną melisy oraz żurawiny i bezmyślnie gapiła się w telewizor. Od dłuższego czasu nic się nie działo u podejrzanego pisarza. Nikogo nie zamordowano, nikogo nie aresztowano. Nie miała więc powodu, żeby dzwonić po tego przystojnego komisarza Jaducha. Chyba zacznę czytać kryminały, pomyślała. Może najpierw książki Sałackiego?