Rozdział drugi
Styczeń 1941
Płatki śniegu niespokojnie wirowały w powietrzu. Silne podmuchy wiatru rozwiewały je na cztery strony świata niczym posłańców nadchodzących zmian. Wiktoria przyglądała się zawierusze bez cienia emocji. Drobinki coraz gęściej spadały na płaszcz, a ona stała bez ruchu, jakby czekała, aż pochłoną ją bez reszty.
Wyciągnęła skostniałą rękę z kieszeni, podeszła do tablicy nagrobnej i przetarła ją jednym ruchem. Skrzywiła się, gdy skóra dotknęła chłodnego granitu, lecz kilkakrotnie powtórzyła ruch. Zaczerwieniona dłoń piekła jak przypalana żywcem, ale fizyczny ból od dawna nie robił na niej wrażenia.
Spod warstwy białego puchu wyłoniły się litery układające się w imiona i nazwiska dziadków. Jeremi zmarł dwa lata przed narodzinami wnuczki. Znała go z opowieści mamy, bo babcia nie zwykła wspominać męża. Antonina zaś twierdziła, że rodzice byli zgodnym małżeństwem, chociaż nie okazywali sobie uczuć, łączyła ich silna więź. Kochali się, opowiadała, na co Marianna Dobrzyńska zaciskała dłonie w pięści. Nie prostowała słów córki, wolała, aby ta żyła w przeświadczeniu o zgodzie panującej w rodzinie. Bała się, że gdyby poznała prawdę, załamałaby się pod jej naporem.
Jedynie Wiktoria wiedziała o smutku towarzyszącym babci od dnia ślubu. Wyszła za skromnego szewca z przymusu. Ojciec nie wyraził zgody na związek z chłopcem, któremu oddała duszę. Obiecał córkę innemu, gburowatemu rzemieślnikowi klepiącemu biedę w klitce pełniącej jednocześnie funkcję pracowni oraz domu. Jedynie dzięki pracowitości Marianny Jeremi zdobywał klientów, a mieszkanie zamieniło się w miejsce do życia. Po kilku latach prosperowali znacznie lepiej. Dziadek przeniósł pracownię do nowego lokum, a rodzinę ulokował w bezpieczniejszej dzielnicy.
Nie podziękował. Do końca życia uważał, że bez babci też wyszedłby na prostą. Ponoć często razem z dziećmi bywała mu kulą u nogi, nie pozwalając rozwinąć skrzydeł.
Odeszła przed rokiem. Wojna odcisnęła w psychice staruszki trwałe piętno. Wiadomość o napaści Niemiec na Polskę przyjęła jak cios w policzek. Nadstawiła drugi, kiedy siedemnastego września trzydziestego dziewiątego roku Rosjanie przekroczyli wschodnią granicę. Odtąd stała się cieniem samej siebie. Nie odzywała się niepytana, jadła niewiele więcej niż najmłodsi wychowankowie sierocińca. Gasła w oczach. Nie pozbierała się po zaciągnięciu się do wojska wnuka Aleksandra, który oznajmił, że nie będzie stał z boku, gdy ojczyzna znajduje się w potrzebie. Postanowił, że przywdzieje mundur i z karabinem w ręce ruszy do walki z nieprzyjacielem.
Obie z Antonią prosiły, żeby nie wystawiał się na niebezpieczeństwo. Wszak zawodowe wojsko w mig pokona wroga. Zgodnie z zapowiedzią władz konflikt nie potrwa długo. Z pomocą Anglików oraz Francuzów Niemcy zostaną pokonani w tydzień, może dwa. Polacy utrzymają Gdańsk, a Hitler obejdzie się smakiem. Pomoc Aleksandra na nic się zda.
Chłopak ucałował kobiety. Zdania nie zmienił, za to zapewnił, że o siebie zadba. Ojciec podał mu dłoń i mocno ścisnął. Czuł dumę z postawy syna. Wprawdzie lękał się o jego życie, bo jako weteran wielkiej wojny wiedział, że śmierć w starciu z wrogiem nie jest ani chwalebna, ani piękna. Wszak do dziś dręczyły go koszmary, w których wciąż od nowa oglądał nieludzkie cierpienie kolegów, konających w morzu krwi wrogów i przyjaciół. Nigdy nie zapomniał ich wzroku wbitego gdzieś ponad horyzont, kiedy oddawali ostatnie tchnienie. Przychodziła na nich ulga, a on zazdrościł im spokoju.
Wrzesień pokazał, że wyparcie nazistów znad Wisły nie będzie łatwe. Już pierwszego dnia o godzinie piątej dwadzieścia podkrakowskie lotnisko Rakowice-Czyżyny, będące pokojową bazą drugiego pułku lotnictwa, stało się celem niemieckiego ataku. Ogromne leje ciągnęły się jeden za drugim. Z budynków pozostały gruzy, nie przetrwały wielkie hangary ani ciężkie, żelazne bramy. Słupy dymu wznosiły się wysoko, znacząc teren bolesną porażką.
Lotnictwo z rozmysłem atakowało tereny wojskowe, obiekty kolejowe w okolicach Dworca PKP, budynki użyteczności publicznej i wiele prywatnych domów. Zupełnym przypadkiem pocisk trafił w kościół Świętego Floriana. Trzeciego września zaatakowano Dworzec Główny i nadajnik Polskiego Radia przy ulicy Malczewskiego na południowym stoku wzgórza Świętej Bronisławy. Ucierpiał stadion Cracovii, tego samego dnia umilkł hejnał mariacki, a z Wawelu wywieziono arrasy oraz Szczerbiec, miecz koronacyjny polskich królów.
Stacjonujące w mieście polskie oddziały zaczęły się wycofywać. Dziesiątki mieszkańców uciekały poza jego granice nie tylko w obawie przed wojną, ale i grabieżami sklepów i pozostawionych bez dozoru mieszkań.
Obywatelski Komitet Pomocy pod przewodnictwem kardynała Adama Sapiehy w obawie przed zrównaniem miasta z ziemią, zdecydował o wywieszeniu białych flag na wzgórzach okalających Kraków od zachodu oraz południa.
Z samego rana, szóstego września, mostem Piłsudskiego w zwycięskim marszu przedefilowały oddziały VIII i XVII Korpusu generała Ernsta Buscha i generała Wernera Kienitza. Polacy z przerażeniem obserwowali wkroczenie dumnego wojska, które nie przelało wiele krwi, aby zająć ich ukochane miasto. Jeszcze tego samego dnia wprowadzono godzinę policyjną, a w następnych szczegółowe rozporządzenia mające odtąd regulować codzienne życie krakowian. Za niestosowanie się do nowych reguł groziły poważne konsekwencje. Włącznie z karą śmierci.
Rozpoczęła się trwająca tysiąc dziewięćset sześćdziesiąt jeden dni okupacja Krakowa.
W październiku Tadeusz poszedł w ślady syna. Nie zważał na protesty żony, która w złości zniszczyła ulubiony wazon będący pamiątką po babce szczycącej się szlacheckim pochodzeniem. Antonina uważała, że czterdziestopięcioletni mężczyzna nie podoła trudom wojskowej codzienności. Poza tym obawiała się prowadzenia sierocińca w pojedynkę. Dotąd działali jak świetnie naoliwiona maszyna i żadne problemy nie były im straszne. Nie załamywali rąk, raczej podkasywali rękawy i szukali rozwiązań w sytuacjach, gdy inni znajdowali wymówki. Ojciec nieraz się śmiał, że tam, gdzie wypraszano mamę przez drzwi, ona wchodziła oknem. Ta zaś chwaliła go za niewyczerpane pokłady empatii, dzięki którym dziesiątki ich podopiecznych znajdowało kochający dom.
Antonina wypłakiwała oczy za ukochanym. Na szczęście nie rozstali się w gniewie, bo nie wybaczyłaby sobie, gdyby pożegnanie przerodziło się w kłótnię. Do kieszeni munduru włożyła mu zdjęcie zrobione podczas rodzinnej wyprawy w Tatry i poświęcony przez papieża różaniec przywieziony z pielgrzymki do Watykanu.
- Znajdź Olka i szybko do nas wracaj - nakazała szeptem i po długim pocałunku pozwoliła Tadeuszowi odejść.
Następnego dnia rzuciła się w wir pracy, z niecierpliwością wyczekując wiadomości od męża i syna.
Ostatnia koperta dotarła do Krakowa latem ubiegłego roku. Tadeusz zapewniał, że on i Aleksander mają się dobrze, a jedyne, co im doskwiera to rosnące pragnienie powrotu do miasta i ukochanych kobiet. Poza tym obiecywał pisać częściej, i o ile okoliczności pozwolą, postara się u dowództwa o przepustkę.
Potem obaj zamilkli.
Wiktoria wróciła do rzeczywistości i spojrzała na grób babci.
- Wciąż czytam te same listy od Bruna - przyznała się. - Znam je na pamięć, a nadal mi ich mało. Powinnam się wstydzić, że na jego wiadomości czekam bardziej niż na informacje od taty i Olka. Ty byś mnie zrozumiała, prawda?
Marianna jako jedyna wiedziała o miłości wnuczki do Strzeleckiego. Jako jedyna nie potępiała ich związku. W oczach Wiktorii dostrzegała bowiem tę samą głębię uczucia, na jaką przed laty spoglądała w lustrze. Młodych łączyła wyjątkowa więź zdolna przetrwać długą rozłąkę. Dziewczyna miała oparcie w babci i w chwilach największej tęsknoty za Brunem szukała pocieszenia w jej ramionach. Po śmierci staruszki przychodziła na cmentarz Rakowicki przynajmniej raz w tygodniu. Bez względu na pogodę zjawiała się przy grobie dziadków, dbała o miejsce ich ostatniego spoczynku, dzieliła się smutkami i radościami. Niestety tych pierwszych bywało znacznie więcej. Od chorób dzieci, przez problemy z żywnością, po kolejne porzucone sieroty. Na barkach Antoniny spoczywało coraz więcej ciężarów.
Po ślubie z Aaronem Katzmanem najlepsza przyjaciółka Wiktorii, Sara, zrezygnowała z pracy, przez co brakowało rąk do opieki nad najmłodszymi. W dodatku Brygida, zatrudniona przed trzema laty kobieta z podkrakowskiej wsi, częściej niż obowiązkami zajmowała się znajomością z niemieckim oficerem, Otto Baumanem, który odwiedzał ochronkę w najmniej spodziewanych momentach, oczekując, że kochanka będzie zwarta i gotowa na spotkanie.
- Niełatwo nam bez ciebie. - Wiktoria dotknęła ręką nagrobka. - I wcale nie chodzi mi o obiady, chociaż pyszniejszych niż z twojej ręki nie jadałam. Brakuje twojej obecności. Minął rok, a ja wciąż szukam cię o poranku i przed pójściem spać. Powiesz pewnie, że powinnam zwrócić się do mamy, jej opowiedzieć o rozterkach, kłopotach, niepewnościach. Gdyby rozumiała mnie jak ty, nie miałabym oporów przed zwróceniem się o wsparcie. Niestety... - Urwała. - Nie jest tobą. Nie wie o Brunie, o naszej relacji, o mojej tęsknocie. Sądzi, że dałam sobie z nim spokój. Skoro poszedł na wojnę, nic już dla mnie nie znaczy. Może kamień spadł jej z serca. W moim ciągle tkwi żal.
Wiktoria zamilkła. Jak dziś pamiętała pożegnanie ze Strzeleckim. Przyszedł do ochronki późnym wieczorem. Rzucał kamieniami w okno, aż zwabiona hałasem wyjrzała na zewnątrz. Zdziwiona odwiedzinami wymknęła się ukradkiem z domu. Rzuciła się Brunowi na szyję i pocałowała czule.
Potem usłyszała, że wyruszał na wojnę, bo tak nakazywał honor. Przyrzekał wrócić, najszybciej jak się da. Postara się jeszcze przed Bożym Narodzeniem, w końcu walka z Niemcami nie potrwa dłużej.
- Pomylił się - przyznała. - Ale wynagrodzi mi nieobecność. Za rok czy dwa? - Prychnęła zaraz. - Wiem, męska rzecz ochraniać ojczyznę, kobietom zaś cierpliwie czekać. Gdybym zdawała sobie sprawę, ile będzie mnie kosztował każdy dzień, wcześniej zastanowiłabym się nad naszym związkiem.
Niemal natychmiast się zaśmiała.
- Przecież miłości nie sposób zaplanować. Zbyt dobrze się o tym przekonałaś.
Sara zapiszczała z radości na widok Wiktorii. Odkąd przeniosła się do skromnego mieszkania męża położonego dwie ulice dalej od rodzinnego domu, ani razu nie spotkała się z przyjaciółką. Pochłonięta nową rolą wprowadzała porządki w kawalerskim życiu ukochanego. Mężczyzna z politowaniem spoglądał na przejętą małżonkę wieszającą koronkowe firanki w oknach i układającą białe serwetki na stole służącym im do spożywania posiłków. Nauczona gospodarności w kuchni panowała niepodzielnie i nawet ze skromnych zapasów potrafiła przyrządzić wspaniałe danie.
- Wchodź, wchodź! - zachęcała, prowadząc Wiktorię do pomieszczenia pełniącego jednocześnie funkcję pokoju dziennego, jadalni oraz sypialni. Posadziła ją na kanapie i zaraz zakręciła się wokół poczęstunku. - Wybacz, nie przygotowałam się na twoje przyjście - mówiła zaaferowana. - Mogłaś się zapowiedzieć, wtedy nie wypadłabym jak najgorsza pani domu...
Wiktoria wstała z miejsca, podeszła do Sary i mocno ją przytuliła.
- Przecież nie oczekuję przyjęcia na miarę angielskiego króla. Przyszłam do ciebie. Stęskniłam się.
- Och, ja chyba bardziej. Mam ci tyle do powiedzenia!
- Więc usiądźmy i porozmawiajmy jak za dawnych czasów.
Sara spoczęła obok Wiktorii, nerwowo poprawiła sukienkę i błyszczącymi z emocji oczami spojrzała na dziewczynę.
- Będziemy mieli dziecko - oznajmiła, ostatkiem sił powstrzymując się od łez.
Wiktoria otworzyła szeroko usta ze zdziwienia. Sara szybko chciała zostać matką, ale nie sądziła, że ledwie kilkanaście dni po ślubie podzieli się z nią zaskakującą wiadomością.
- Jestem w ciąży. - Sara oddychała szybko, z napięciem czekając na reakcję Wiktorii.
Ta po chwilowym zawahaniu szczerze się ucieszyła.
- Cudownie! Zawsze o tym marzyłaś i proszę, już się stało! - Objęła drżącą Sarę i przez krótki moment nie zastanawiała się, jak wielką niefrasobliwością wykazali się małżonkowie, skoro w równie niepewnych czasach zdecydowali się na powiększenie rodziny.
- Aaron o niczym nie wie, więc wstrzymaj się z gratulacjami - przestrzegła dziewczyna.
- Jestem pierwsza?
- Oczywiście. Poza lekarzem, który potwierdził mój odmienny stan, wiesz tylko ty. Aaron dowie się dzisiaj podczas kolacji. - Naraz zerwała się z miejsca, podeszła do szafy i wyjęła ze środka białe śpioszki. - Zobaczyłam je na targu i nie potrafiłam się powstrzymać. Kosztowały więcej, niż powinny. - Skrzywiła się, lecz zaraz ponurą minę zastąpił uśmiech. - Nie mogę się doczekać, co powie.
- Ucieszy się, zobaczysz. Niczego bardziej nie pragnie niż twojego szczęścia.
Sara zacisnęła dłonie na ubranku.
- Tak, ale wspominał, że jak najdłużej chciałby się mną nacieszyć. Nie do końca wiedziałam, co miał na myśli, bo przecież wszystko przed nami. Może chodziło o to, byśmy najbliższy czas spędzali tylko we dwójkę? Pojawienie się dziecka radykalnie zmieni naszą rzeczywistość.
- Na lepsze. W świecie opanowanym przez zło potrzebujemy więcej światła nadziei. Wasze dziecko rozpromieni codzienność.
Przyjaciółka ze wzruszenia położyła dłoń na ustach.
- Nie mów więcej podobnych rzeczy, bo całkiem się rozkleję. Ostatnio zachowuję się niczym fontanna. Płaczę nawet podczas przebierania się do snu. Aaron chyba coś podejrzewa. Bacznie na mnie spogląda i zastanawia, czy zrobił coś złego, skoro w jego obecności nie przestaję wypłakiwać sobie oczu.
- Najwyższa pora, aby dowiedział się o maleństwie - uznała Wiktoria. - Przekonasz się, będzie zachwycony.
- Gdyby jeszcze zakończyła się wojna...
Wiktoria urwała nitkę wystającą z rękawa swetra. Jedynie pokonanie Niemców i wyparcie ich znad Wisły przyniosłoby spokój. Na razie jednak nie zanosiło się na przełom. Sojusznicy podzielili się Polską jak pod zaborami i nie myśleli o zwróceniu jej wolności. Rządzili niepodzielnie, czuli się jak u siebie, traktowali Polaków niczym obywateli drugiej kategorii niegodnych spoglądać w twarz panom. Niejeden przypłacił utratą zdrowia harde spojrzenie w kierunku nieprzyjaciela, a bywało, że i bez winy cywile trafiali do katowni na Montelupich.
Brygida chwaliła się, że Bauman osobiście aresztował kilkudziesięciu podejrzanych i osadził w słynącym ze złej sławy więzieniu. Brał udział w przesłuchaniach, brutalnie wydobywał informacje z aresztowanych, czym zaskarbiał sobie uznanie przełożonych. Jeśli dalej będzie osiągał podobne wyniki, z podporucznika awansuje na porucznika, a może i kapitana. Jego ambicje sięgały jednak dużo wyżej. Liczył na długotrwałą wojnę, która za kilka lat wyniesie go na szczyty. Romans z przedstawicielką wrogiego narodu w niczym mu nie przeszkadzał. Z niemiecka nazywał ją Brigitte, namówił do podpisania volkslisty i donoszenia o wszystkim, co wydawało się jej podejrzane.
Przebywanie w towarzystwie koleżanki stawało się coraz bardziej niebezpieczne. Wiktoria z Justyną, od kilku miesięcy pełniącą w sierocińcu funkcję kucharki, omijały ją szerokim łukiem, a gdy codzienność zmuszała dziewczęta do współpracy, staranniej niż zwykle zwracały uwagę na to, co mówią.
- Na szczęście Brygida zrezygnowała z części prac - oznajmiła Wiktoria. - Nadrabiamy za nią, ale to niewielkie wyrzeczenie w porównaniu z konsekwencjami, jakie mogłyby nas spotkać, jeśli okazałybyśmy się szczere w jej obecności.
- Doprawdy, ma tupet! - Sara się oburzyła.
Z wzajemnością nie przepadała za Brygidą. Jedna drugiej wytykała błędy, ostentacyjnie poprawiała jej niedociągnięcia, zrzucała winę za pomyłki. Kłótnie między krewkimi opiekunkami były na porządku dziennym. O ile Sara starała się nie wszczynać awantur na oczach dzieci, Brygida nie miała skrupułów. Chociaż nie przepadała za większością podopiecznych, robiła wiele, aby zdyskredytować Blumenfeldównę. Część malców uwierzyła w jej knowania, co niezwykle mocno dotknęło wrażliwą Sarę. Wiele jednak pozostało po stronie czułej i wspaniałomyślnej wychowawczyni.
Wiktoria nie potrafiła sobie wyobrazić, do czego mogłoby dojść, gdyby Sara nie zrezygnowała z posady zaraz po zaręczynach z Aaronem. W podobnym bowiem czasie Brygida poznała Baumana. Ten ponoć zakochał się w niej od pierwszego wejrzenia. Podarowałby ukochanej gwiazdkę z nieba oraz spełnił każde życzenie. Nie stanowiłoby dla niego problemu wyeliminowanie rywalki Brigitte.
- Twoja mama powinna się jej czym prędzej pozbyć. Skoro nic nie robi i zagraża sierocińcowi, czemu jeszcze nie dostała wymówienia?
- Bo następnego dnia znalazłybyśmy się za kratkami. - Wiktoria bezradnie rozłożyła ręce. - Bauman jest oficerem. Szepnięte na ucho słówko wystarczy, żeby nas pogrążyć. Nie ryzykujemy ze względu na dzieci.
- To zrozumiałe - potwierdziła Sara. - Co za bezwzględna suka! - zaklęła. - Kiedy potrzebowała wsparcia, twoi rodzice wyciągnęli do niej pomocną dłoń. Teraz bezwzględnie się im odwdzięcza.
- Panoszy się niczym pani na włościach. Wstaje z łóżka w południe, domaga się solidnego śniadania i nie baczy na zapasy żywności znikające w niewiarygodnym tempie. Oczywiście nie pamięta o wykarmieniu domowników. Co z tego, że za chwilę zostaniemy z pustymi rękoma, skoro się najadła - powiedziała Wiktoria z wyrzutem. - O skarżeniu się nie ma mowy, w końcu zaraz pożaliłaby się Otto. Ten zaś gotów sprowadzić na nas natychmiastowe kłopoty.
- Nie wiem, co mam ci powiedzieć...
- Och, wybacz! Ja cię tu zasypuję problemami, zamiast cieszyć z tobą radosną wieścią.
- Za nic mnie nie przepraszaj. Jesteśmy jak siostry i dzielimy się troskami. Małżeństwo z Aaronem nie sprawiło, że stałaś się dla mnie mniej ważna. Poza tym wciąż obchodzi mnie los dzieciaczków. Bardzo się z nimi zżyłam, chcę wiedzieć, co się u nich dzieje. A Brygidą przejmuj się jak najmniej. Przyjdzie czas i zapłaci za swoje podłe zachowanie, przekonasz się.