3
DWA DWUSILNIKOWE NIEMIECKIE SAMOLOTY KRĄŻYŁY NAD Krakowem jak jastrząb szukający zdobyczy. Kolejna bomba eksplodowała gdzieś w oddali, a potem nastąpiło złowrogie wycie syren przeciwlotniczych. Ich dźwięk niósł się echem przez miasto, przenikliwy ton stawał się coraz głośniejszy z mrożącą intensywnością - zapadające w pamięć, prymitywne wycie, które cięło powietrze, było przerażające.
Kolejne furgonetki, samochody i dorożki tłoczyły się na ulicach, a wśród nich pieszo przemykali ludzie, jakby ktoś ich gonił.
Kiedy wreszcie dotarłem do budynku, w którym mieszkała Zelda, przerażone rodziny ładowały góry bagaży na dwie furgonetki, do pięciu samochodów i trzech chybotliwych wozów konnych zaparkowanych przed drzwiami. Woźnica nerwowo krążył wokół czwartego wozu, skupiając spojrzenie ciemnych, paciorkowatych oczu na niebie i czekając niecierpliwie na swoich klientów.
Z wnętrza budynku dochodziły gorączkowe głosy krzyczących i płaczących dzieci oraz ich rodziców, wykrzykujących instrukcje do siebie nawzajem. Wbiegłem po schodach na trzecie piętro i przepchnąłem się przez grupę ludzi, którzy schodzili na dół, ciągnąc za sobą bagaże i meble.
Załomotałem do drzwi mieszkania Zeldy. Otworzył mi jej czternastoletni brat, Jozue. Wyglądał na zmieszanego.
- Ruben! Co ty tutaj robisz?
- Chciałem tylko sprawdzić, co u Zeldy.
- Wejdź. Jest w swoim pokoju, pakuje się.
Jozue był dla mnie jak młodszy brat. Zawsze kiedy byłem w ich mieszkaniu, chciał grać ze mną w szachy albo wyjść na dwór, żeby pokopać w piłkę na podwórku. Był biegły w uczeniu się języków obcych i mówił płynnie po niemiecku i francusku, radził sobie też z angielskim.
- Wyjeżdżamy! - krzyknął jego młodszy brat, Eli, mijając mnie w korytarzu i pędząc do matki.
Pani Abramowicz nie zauważyła, że wszedłem do mieszkania, bo biegała od pokoju do pokoju, pakując ubrania i sprzęty kuchenne.
- Dzień dobry, pani Abramowicz - powiedziałem.
Podniosła wzrok, wystraszona.
- Och... witaj, Ruben! - odparła, próbując upchnąć ubrania w pudle. - Co ty tutaj robisz? Dlaczego nie jesteś ze swoją rodziną?
- Martwiłem się o Zeldę.
- Cóż, to miło z twojej strony, że przyszedłeś do niej zajrzeć. Ale powinieneś być ze swoją rodziną. Wszystko z nimi w porządku?
- Tak. Wszystko dobrze.
- Dobrze. Zelda jest w swoim pokoju i się pakuje.
Zelda też nie usłyszała, że wszedłem do mieszkania, i była zaskoczona moim widokiem. Zamknąłem drzwi, objąłem ją ramionami, przycisnąłem do siebie i ucałowałem jej piegowate usta. Pogłaskała mnie czule po twarzy. Jej zielone oczy, w kolorze liści dębu, były o odcień ciemniejsze z powodu smutku.
- Dokąd jedziecie? - zapytałem.
- Na wschód. Na wieś, do gospodarstwa mojej ciotki i wuja obok Dębicy. Ale ja nie chcę jechać.
- Na jak długo?
- Nie wiem. Papa mówi, że wrócimy, jak będzie bezpiecznie. Chciałabym, żebyś mógł pojechać z nami.
- Ja też.
- Wy także wyjeżdżacie?
- Jeszcze nie wiem. Musimy doglądać sklepu i nie mamy żadnej rodziny na wsi. Pomogę ci się spakować. - Podałem jej kilka ubrań i poczułem wielki smutek, rozglądając się po jej małym, skromnie umeblowanym pokoju, w którym znajdowały się wyblakły, orientalny dywanik, komoda z ciemnego drewna, małe łóżko i biurko, przy którym odrabiała zadania domowe i czytała książki, piętrzące się pod ścianą od podłogi prawie po sufit. Jej papa zrobił regały z kawałków drewna sosnowego, które dostał od swojego znajomego stolarza.
Pokój wyglądał jak mały kąt w krakowskiej bibliotece. Książki pomagały zaspokoić Zeldzie nienasyconą ciekawość opowieści o świecie. Jej mózg był jak gąbka, chłonął wiedzę bez wysiłku, przyswajał wszystko, co tylko przyciągnęło jej uwagę. Była najmądrzejszą uczennicą w naszej szkole, a także najinteligentniejszą i najwrażliwszą osobą, jaką kiedykolwiek poznałem. Nigdy nie mogłem do końca pojąć, dlaczego była ze mną. Kiedy raz o to zapytałem, powiedziała:
- Poza tym, że jesteś przystojny, masz też dobre serce, jak twój papa. I jesteś mądry, na swój sposób. - Podobała mi się ta część z byciem przystojnym, ale porównanie z papą już nie bardzo i nie byłem pewien, co miała na myśli, mówiąc o byciu mądrym "na swój sposób". Postanowiłem nigdy nie prosić o rozwinięcie tego komentarza.
Na jedynej ścianie bez książek znajdowało się okno wychodzące na budynki stłoczone ciasno w tej okolicy. Na ścianie przy oknie Zelda powiesiła oprawiony w ramkę wydruk obrazu Matisse'a Otwarte okno. Był tak przepełniony spokojem i piękny, że całkowicie przyćmiewał posępny widok z prawdziwego okna.
Byłem z Zeldą, kiedy cztery lata temu po szkole znalazła ten wydruk podczas przeszukiwania śmietników w bogatej dzielnicy Podgórza. To było nasze ulubione zajęcie. Obraz przedstawiał francuskie drzwi otwarte na Morze Śródziemne pełne żaglówek. Na pierwszym planie znajdowały się kwiaty w doniczkach i roślinność, może winorośle, okalające widok na żaglówki. Kolory były jasne i żywe, różne odcienie turkusu, błękitu i zieleni, palony pomarańcz i pomidorowa czerwień, a ściana miała bogatą barwę fioletu. To były kolory Zeldy. Powiedziała, że to jej ulubiony obraz na świecie, bo ten widok dawał jej inspirację, nadzieję i poczucie spokoju. Kiedy patrzyłem na ten obraz, czułem się podobnie.
- Ruben, możesz pomóc mi dosięgnąć książek, które chcę spakować? Powiedziałam mamie, że chcę zabrać dziesięć. Ona powiedziała pięć. Zgodziłyśmy się na osiem. - Wybrała Granicę Zofii Nałkowskiej, Annę Kareninę oraz Wojnę i pokój Tołstoja, Braci Karamazow Dostojewskiego, Wielkiego Gatsby'ego Fitzgeralda, epicki poemat Pan Tadeusz Adama Mickiewicza, książkę o biologii człowieka i Drzewo życia Chaima ben Josefa Vitala z 1573 roku, książkę o nauczaniu kabały, mistycznych i ezoterycznych tekstów Judaizmu.
- Twoi rodzice nie będą zadowoleni, że wzięłaś akurat tę - powiedziałem, podając jej książkę.
- Ich problem. Wiedzą, że nie powstrzymają mnie przed czytaniem jej.
Czytanie na temat kabały było ogromnym źródłem napięć pomiędzy Zeldą a jej rodzicami. Ortodoksyjni Żydzi uważali, że kobiety nie powinny poznawać kabały i jej nauk. Ale Zelda nie była religijna w tradycyjnym, ortodoksyjnym sensie tak jak jej rodzice. Uważała siebie za uduchowioną, a nie religijną, i to właśnie mistyczne aspekty judaizmu najbardziej ją fascynowały. Studiowała nauki kabały, czytając Drzewo życia pomimo wątpliwości rodziców. Swego czasu dzieliła się ze mną tym, czego się nauczyła, i nawet rozumiałem niektóre tłumaczone przez nią rzeczy. Ale czasami miałem wrażenie, jakby mówiła do mnie w obcym języku. Zapytałem ją raz, dlaczego tak bardzo interesowała ją kabała. Wyjaśniła, że kabała dawała jej poczucie głębszego znaczenia i celu w życiu, bardziej złożone zrozumienie tego, jak wszystko na ziemi i we wszechświecie było połączone w sposób, którego często nie jesteśmy świadomi.
- Ale musisz lubić kabałę, Ruben. Nie tylko ją czytać - powiedziała wtedy. - Przysięgam ci, że jeśli to zrobisz, spojrzysz na świat zupełnie inaczej.
Chociaż była świadoma moich oporów wobec wszystkiego, co wiązało się z religią i spirytyzmem, nigdy nie porzuciła prób pokazania mi nowych sposobów na patrzenie i rozumienie świata.
- Ruben! Chodź mi pomóc! - zawołał z salonu pan Abramowicz zachrypniętym głosem.
Zelda przyciągnęła mnie do siebie i pocałowała. Ciepło jej ciała, spokojny oddech i zapach lawendy na jej delikatnej szyi, jej jasnoniebieska bawełniana sukienka była tak miękka w moich dłoniach, że przepełniła mnie tęsknotą i jeszcze pogłębiła ponury nastrój. Bałem się rozłąki z moją genialną, uduchowioną, niesamowicie wrażliwą Zeldą. Nasza najdłuższa rozłąka jak dotąd trwała zaledwie dziesięć dni, kiedy razem z rodziną pojechałem na wakacje do Zakopanego. Te dziesięć dni wydawało mi się jak miesiąc. Codziennie wysyłałem jej pocztówki, zapewniając, jak bardzo za nią tęsknię i jak chcę wziąć ją znowu w ramiona, kiedy tylko wrócę.
Gdy się przytulaliśmy, dopadły mnie pełne troski myśli, że coś może jej się stać podczas tego pobytu na wsi. Złe przeczucia ciążyły mi na sercu. Bałem się, że może zniknąć, jeśli ją wypuszczę.
- Ruben! - Jej papa krzyknął ponownie. - Potrzebuję cię!
- Idź mu pomóc - szepnęła Zelda i pocałowała mnie ponownie. - I nie martw się. Nie sądzę, żebyśmy wyjeżdżali na długo.
W małym salonie pan Abramowicz, przygarbiony i wymizerowany, upychał książki i ubrania w już przepakowanym kufrze. Ostrożnie owinął święty, oprawiony w skórę modlitewnik Talmudu w swój talit - biały szal modlitewny - wraz z ciemnoniebieskim, welwetowym woreczkiem zawierającym jego tefilin. Były to dwa skórzane pudełeczka zawierające pergaminowe zwoje, które mieściły się w dłoni. Jako ortodoksyjny Żyd, pan Abramowicz posłusznie nosił tefilin podczas każdej modlitwy.
- Pomóż mi to zamknąć - powiedział, napierając na wieko.
Przycisnąłem je całym swoim ciężarem, a i tak ledwo udało się zamknąć. Potem pan Abramowicz sztywno podniósł jeden koniec kufra, jęcząc i narzekając na jego wagę, a ja uniosłem drugi. Znieśliśmy bagaż z jednej kondygnacji schodów, ale musieliśmy zatrzymać się na półpiętrze i odstawić go, żeby mógł złapać oddech. Czarna, welwetowa jarmułka zsuwała się z czubka jego łysej głowy, ukazując ostatnie kępki siwych włosów, jakie jeszcze mu zostały. Strużki potu spływały mu po kopulastym czole.
- Oy gevalt[1] - burknął, wycierając pot chusteczką i poprawiając jarmułkę.
- Wszystko w porządku? - zapytałem.
- Jeśli będę miał atak serca albo udar, upewnij się, że moja rodzina stąd wyjedzie. Obiecaj mi to!
- Oczywiście, obiecuję. Ale proszę nie mieć ataku serca ani udaru, panie Abramowicz. Rodzina pana potrzebuje.
- Z pewnością nabawię się przepukliny. Plecy mnie wykańczają.
- Proszę używać nóg, panie Abramowicz, nie pleców.
- Moich farshtunken nóg? Jedyne, do czego mogę ich używać, to dojście do kuchennego stołu, żeby coś zjeść, i do toalety.
Pan Abramowicz był małym, brzuchatym mężczyzną w okularach, wyglądającym rabinistycznie z tą długą, siwą brodą mieszającą się z kręconymi bokobrodami i poplamionymi od herbaty wąsami, które porastały jego górną wargę. Żarliwie studiował Torę i codziennie chodził do synagogi, podczas gdy członkowie mojej rodziny, poza Bubbe, pod względem społecznym i kulturowym byli Żydami, ale niepraktykującymi. Do synagogi chodziliśmy tylko podczas głównych świąt, przez wzgląd na tradycję, a także w rocznicę śmierci dziadka Eliasza, by uszanować życzenie Bubbe.
Pan Abramowicz marzył kiedyś, żeby zostać rabinem, jednak nigdy nie udało mu się tego osiągnąć. Nie będąc w stanie utrzymać się jako rabin, został wędrownym krawcem i dorabiał sobie trochę grosza na starej maszynie Singera, która zajmowała jeden kąt salonu. Zelda powiedziała mi, że kiedy była mała, czasami słyszała, jak modlił się w nocy, błagając Boga, żeby powiedział mu, co ma zrobić, żeby zdobyć dość pieniędzy na otwarcie własnego zakładu. Czasami płakał. Innym razem mówił bardziej gniewnym tonem, chcąc skłonić Boga, żeby odpowiedział na jego modlitwy.
Pani Abramowicz w dużej mierze utrzymywała rodzinę. W odróżnieniu od męża miała stabilną pracę jako naprawiaczka dla bardzo dobrze prosperującego krawca, pana Fischlera z ulicy Józefińskiej. Nauczyła się fachu od rodziców i zaczęła pracować już w wieku dziewięciu lat. Nauczyła Zeldę szyć, chociaż ta już od najmłodszych lat planowała, że zostanie pediatrą. Bez względu na to, że Zelda była prymuską w szkole i przeskoczyła dwie klasy, matka i tak nalegała, żeby uczyła się szyć.
- Szycie to fach, którego ludzie zawsze będą potrzebować. I nikt ci tego nie zabierze - wykrzykiwała.
Po tym, jak w końcu załadowaliśmy kufer, pan Abramowicz był zbyt wyczerpany, żeby nosić jeszcze jakiekolwiek ciężary. Wspiął się na powóz z pomocą woźnicy i usiadł, żeby odciążyć obolałe kolana i plecy, a także złapać oddech, zanim wróci do mieszkania. W międzyczasie z pomocą Zeldy i pani Abramowicz przeniosłem resztę bagaży.
Kiedy skończyliśmy, zaczęło już zmierzchać. Latarnik Biala - samotna, przygarbiona postać w czarnych, postrzępionych ubraniach - kuśtykał ulicą w naszą stronę, używając długiego, drewnianego kija z metalowym hakiem na końcu, żeby odkręcić gaz, zanim zapalał świecą każdą latarnię.
Rodzice Zeldy usiedli na ławeczce za woźnicą, ich powóz był wypełniony walizkami, kuframi i workami pełnymi ubrań. Jozue i Eli zajęli miejsce z tyłu, gdzie umościli sobie wygodne miejsce pomiędzy stertami bagaży.
Zanim Zelda wspięła się na powóz, przytuliła mnie ostatni raz.
- Kocham cię i będę za tobą tęsknić - wyszeptałem jej do ucha.
- Ja też cię kocham i będę tęsknić jeszcze bardziej - odpowiedziała.
- Ale ja już tęsknię.
- Ja też już tęsknię. - Jej przygnębiony głos był cichy, jak delikatny szept, przypominający dźwięk trawy nad rzeką, poruszanej ciepłą bryzą.
Chciałem dać jej coś, co będzie jej o mnie przypominało, ale nie miałem w kieszeniach nic poza kilkoma kopiejkami. Spojrzałem na swoje ubrania i oderwałem od spodni jeden z dużych, błyszczących, czarnych guzików, których używałem do przypinania szelek.
- Co ty wyprawiasz? - zapytała zdezorientowana.
Wcisnąłem go w jej dłoń.
- Zachowaj dla mnie ten guzik, a kiedy wrócisz, pokażesz mi, jak przyszyć go z powrotem.
Pocałowaliśmy się. Poczułem słony smak łez na jej wargach. Nasze błagalne uśmiechy miały sygnalizować, jak bardzo chcieliśmy wierzyć, że wszystko będzie dobrze. I że niedługo się zobaczymy. A jednak w jej zielonych oczach, błyszczących w świetle latarni ulicznych, widziałem niepokój, obawę i smutek. Jestem pewien, że zobaczyła to samo w moich.
Eli i Jozue siedzieli na tyłach powozu, wciśnięci pomiędzy kufry i walizki, podawali między sobą postrzępioną piłkę nożną. Jozue spojrzał na mnie i pomachał z ekscytacją.
- Bądź gotowy! - powiedział. - Pokonam cię przy następnej partii szachów!
- Wątpię!
- Zobaczysz.
Zelda pocałowała mnie ponownie, a potem wspięła się na powóz i usiadła na ławeczce za woźnicą, wciskając się między matkę i ojca.
- Wypatruj moich listów - powiedziała, kiedy ich powóz ruszył powoli na wschód w stronę mostu nad Wisłą.
- Nie zgub mojego guzika! - odkrzyknąłem.
- Zaufaj mi - odparła.
Koń ciągnął wóz przez plamy ciemności, a Zelda pojawiała się i znikała w ciepłym blasku latarni. Patrzyliśmy sobie w oczy, posłaliśmy ostatni pocałunek, a potem machaliśmy do siebie desperacko, zanim zniknęła w mroku nocy.
[1] Sformułowanie w jidysz używane do wyrażenia szoku lub zdumienia (przyp. tłum.).