Prolog
Kiedy kucnąłem, by bliżej przyjrzeć się
maleńkiej istotce, która leżała przede mną - ledwie skrawkowi życia,
który jednak trząsł się tak bardzo, że nie mógł być martwy - skrzywiłem
się. Nie mogłem się powstrzymać. Potem zrobiłem długi wydech - uuufff -
który robię zawsze, kiedy nie potrafię znaleźć właściwych słów, by
opisać to, co widzę.
- Biedny maluchu... - wymamrotałem, kręcąc głową ze smutkiem i niedowierzaniem.
Zawsze znajdzie się taki przypadek, który wciąż cię porusza, zaskakuje,
nawet kiedy wydaje ci się, że wszystko już widziałeś. Odkąd parę lat
temu zamieszkałem w Tajlandii, widziałem setki psów i szczeniaków w smutnym, żałosnym stanie. Każdy z nich budził we mnie rozpacz. Musiałem
pochować niezliczone zwierzęta, którym nie udało się przeżyć. A jednak
do pewnego stopnia człowiek się do tego przyzwyczaja. Trzeba się
przyzwyczaić: inaczej nie dałoby się żyć.
Życie tutejszych psów nie jest łatwe, gdy nie mają właściciela, który by
się nimi zaopiekował, ani domu, w którym mogłyby się schronić. Nikogo,
kto by się nimi zajął w chorobie. Muszą walczyć o każdy posiłek i nie
mają pojęcia, skąd wezmą następny. Fakt, że żyją chwilą, często całkiem
wesoło, wdzięczne za towarzystwo swoich współbraci, nie przestaje mnie
zadziwiać.
Ale od czasu do czasu, kiedy widzisz szczeniaka tak nieszczęsnego jak
ten, który leży tu przede mną, choćbyś był już naprawdę uodporniony na
psią niedolę, wciąż możesz poczuć, jak serce ci się kraje.
Ten maciupki okruszek, leżący w moim prowizorycznym gabinecie w samym
środku dżungli na Ko Samui, doprowadziłby do płaczu każdego. Szczeniak
wielkości melona mógł mieć najwyżej cztery czy pięć tygodni.
Miał wielkie, ciemne oczy, klapnięte uszka i cztery łapy, ale poza tym
był po prostu kulką... strupów. Nie jest to termin medyczny, a ja
zdecydowanie nie jestem weterynarzem, ale nie sposób było opisać go w sposób bardziej profesjonalny.
- Biedne maleństwo - szeptałem. Chciałem go pogłaskać, okazać mu nieco
czułości i ciepła, ale cała jego skóra była tak czerwona, że nie
wiedziałem, gdzie go dotknąć, by nie sprawić mu jeszcze więcej bólu. Nie
miał ani odrobiny futra, żadnej ochrony przed żywiołami. Niemal każdy
milimetr skóry tego biedaka pokryty był świerzbem, otwartymi ranami i paskudnymi łuskami.
Co ci się stało, maluchu?
Delikatnie dotknąłem palcem jego przedniej łapy, która wydawała się
najbezpieczniejszą opcją. Próbowałem mu pokazać, że chcę go wesprzeć. Że
nie jestem jego wrogiem, lecz przyjacielem. I że chcę mu pomóc, by
poczuł się lepiej.
Tak bardzo się trząsł. Z zimna? Ze strachu? Z powodu choroby? Nie
wiedziałem, jak to możliwe, że jego małe ciałko - mieścił mi się w dłoni
- radziło sobie z tak gwałtownym drżeniem. Jego pisk był tak słaby, że
ledwo słyszalny.
- No już, już, mały, zajmiemy się tobą - wyszeptałem, gładząc jego
przednią łapę. Jego skóra wyglądała, jakby miały z niej zaraz trysnąć
ropa lub krew, albo jakby miała po prostu odpaść.
Z przerażeniem popatrzyłem na mojego kolegę Roda, który przyniósł mi
szczeniaka.
- Chryste Panie, Rod... - Skrzywiłem się, nachylony nad zwierzątkiem.
- Wiem, stary, wiem. - Rod pokręcił głową. - Nie wygląda to dobrze.
Podobnie jak ja, Rod bardzo kocha zwierzęta. Odkąd tu przyjechałem,
wielokrotnie je razem ratowaliśmy. Rod sam znalazł tę nieszczęsną
istotkę na poboczu, wyłaniającą się z krzaków, gdzie szukała pewnie
jakichś odpadków do zjedzenia.
Bóg jeden wie, jak pies się tam znalazł. Zapewne miał rodzeństwo, które
nie przeżyło. Ale jakim cudem jemu udało się przetrwać? Jak to zwykle
bywa, nie znaliśmy jego historii. Rod schwytał go i przyniósł do mnie,
żeby sprawdzić, czy da się zrobić coś, by ulżyć mu w cierpieniu.
- Nie wiem, czy przeżyje - przyznałem.
Nie mieliśmy pojęcia, co jest nie tak z jego skórą, ani co ją
doprowadziło do takiego stanu. Byłem jednak prawie pewien, że to
świerzb. Choroba ta, wywoływana przez świerzbowiec ludzki, jest w tej
części świata często spotykana. Powoduje okropne swędzenie, a w następstwie drapania zwierzęta tracą sierść, nabawiają się ran i strupów. Ten maluch wydawał się być jednak w wyjątkowo złym stanie.
Infekcja skóry wyglądała bardzo poważnie. Musiałem spróbować mu pomóc.
Wziąłem najmiększy kocyk, jaki udało mi się znaleźć, i tak delikatnie,
jak tylko umiałem, owinąłem nim psa w nadziei, że materiał posłuży za
barierę ochronną, ale mały wydał z siebie rozdzierający serce, zbolały
pisk i spojrzał na mnie błagalnie wielkimi oczami.
- Ciii, wszystko będzie dobrze - pocieszałem go. Nie sposób nie mieć
wyrzutów sumienia, kiedy sprawiło się komuś jeszcze więcej bólu, nawet
gdy intencje były dobre.
Szczeniak był cały czerwony, a z najbrzydszych ran ciekła ropa. Nie
potrafił usiedzieć w miejscu, bo dotyk twardej podłogi był dla jego
ciałka nieznośny. Wiercił się, szukając ukojenia. Teraz przynajmniej
owinąłem go w kokon z kocyka, jak małe dziecko.
Robiło się ciemno. Wiedziałem, że gdyby Rod go tej nocy nie znalazł,
szczeniak nie dożyłby świtu.
Otuliłem go tak, by mógł oddychać, i ułożyłem na resztę nocy w cichym
kącie. Obok położyłem pluszaka. Często daję szczeniakom i większym psom
miękkie zabawki, jakby były dziećmi. Niektóre psy je uwielbiają, nie
wszystkie się nimi interesują, ale nawet kiedy nie zwracają na nie
uwagi, ja jakoś lepiej się wtedy czuję. Lubię traktować je życzliwie,
okazywać im miłość. Zastanawiałem się, co stało się z mamą tego
szczeniaka i jak bardzo musiał się bać, kiedy nie miał go kto ochronić.
Drżenie powoli ustało, a jego oczy - dotąd szeroko otwarte i przerażone
- zaczęły się kleić. Domyślałem się, że dotychczas był pod wpływem
adrenaliny, w trybie "walcz albo uciekaj". To element instynktu
przetrwania; tak właśnie działa żywy organizm. Ale teraz biedny malec
czuł się wykończony i wszystkie hormony stresu opuściły jego ciałko.
Wiele razy widziałem to u psów bliskich śmierci. Kiedy wiedzą, że są
bezpieczne, rozluźniają się, co wydaje się dobre, ale często oznacza, że
ich stan zdrowia gwałtownie się pogarsza. To właśnie wtedy często je
tracimy.
Podaliśmy mu podstawowe leki na ból i opuchliznę, aby mógł spokojnie się
przespać. Następnego poranka zamierzałem pójść z nim od razu do
weterynarza. Przysiągłem sobie, że jeśli przeżyje noc, a weterynarz
okaże nieco optymizmu, przygotuję pieskowi pyszny stek i makrelę.
Spotkałem już kiedyś psa o równie okropnej skórze. Nazwaliśmy go Derek.
Był cudownym, łagodnym zwierzęciem, które szaleńczo pokochaliśmy (i wciąż kochamy - lepiej poznacie Dereka za jakiś czas!). Osiągnąłem
znakomite rezultaty, karmiąc Dereka tłustymi rybami, takimi jak makrela,
i okazując mu miłość, cierpliwość i ciepło. Z biegiem czasu straszna
choroba skórna Dereka ustąpiła i całkiem wyzdrowiał. Jest wspaniałym
psem i bardzo się cieszę, że mogliśmy patrzeć, jak rozkwitają jego
zdrowie i urocza osobowość.
Miałem szczerą nadzieję, że leki, czas, wartościowe jedzenie i mnóstwo
miłości uratują też tego malucha.
- Wracaj do domu, Rod - powiedziałem do przyjaciela, który wydawał się
niemal równie zmęczony co szczeniak. Ratowanie psów to ciężka,
wyczerpująca emocjonalnie praca, która zajmuje niekiedy wiele godzin.
Rod to jeden z najbardziej oddanych wielbicieli zwierząt, jakich znam.
- To jak nazwiemy tego nowego, Niall? - zapytał Rod, obracając w dłoni
kluczyki.
Spojrzałem na drzemiący koło mnie kłębuszek.
- Nazwijmy go Rodney - powiedziałem. - Na twoją cześć. I miejmy
nadzieję, że mały poczuje się lepiej, tak jak kiedyś Derek.
Zawsze lubiłem serial Tylko głupcy i konie i bawiło mnie, że będę miał
za towarzyszy imienników głównych bohaterów, Del Boya i małego Roddersa.
Kiedy Rod wyszedł, pochyliłem się nad jego maleńkim imiennikiem i, nie
przejmując się świerzbem, delikatnie pocałowałem jego maleńki, czarny
pyszczek, modląc się w duchu o jego wyzdrowienie. Jego szanse na
przetrwanie nocy oceniałem na pięćdziesiąt procent. Ale nie zamierzałem
zostawić go teraz samego.
Jeszcze raz pogłaskałem jego drobną łapkę, przygotowując się na
czekającą mnie długą noc.
Skoro masz w rękach tę książkę, bez
wątpienia kochasz zwierzęta. Ale czy zawsze były twoimi najbliższymi
przyjaciółmi?
Dzisiaj jestem łysym Irlandczykiem, który każdą wolną chwilę spędza w towarzystwie psów (a jeśli mam być szczery, często też o nich śnię).
Można by więc założyć, że w moim życiu zawsze były jakieś wyjątkowe
zwierzęta, z którymi od dzieciństwa nawiązywałem więzi. Ale to
nieprawda. Kiedy dorastałem, zwierzęta w ogóle nie były dla mnie ważne.
Wychowałem się w Brukseli jako jedynak. Przez lata ja i moi rodzice
żyliśmy tylko we troje, szczęśliwi. Moja mama Kathleen i mój tata Ronan
związali się, kiedy byli bardzo młodzi. Oboje byli katolikami z sąsiednich wiosek w hrabstwie Tyrone w Irlandii Północnej. Poznali się
na jakiejś lokalnej prywatce. Brzmi to staromodnie, gdy pomyśli się o współczesnych aplikacjach randkowych, ale tak się poznawało ludzi, kiedy
żyło się w wiejskiej społeczności rybackiej.
Rodzina mamy to dobrzy, ciężko pracujący ludzie, "sól tej ziemi".
Widziałem na zdjęciach, że swego czasu mama była prawdziwą pięknością.
Mój tata, ambitny i pracowity człowiek, od razu się w niej zakochał.
Wzięli ślub w wiejskim kościele, a ja urodziłem się w 1979 roku, kiedy
mama miała dziewiętnaście, a tata dwadzieścia dwa lata. Byłem ich
pierwszym i jedynym wspólnym dzieckiem.
Irlandia Północna, w której toczył się właśnie konflikt znany jako The
Troubles (Kłopoty), nie stanowiła najlepszego miejsca do życia dla
rodziny z dzieckiem. Kiedy byłem jeszcze niemowlęciem, tacie
zaproponowano pracę urzędnika państwowego w niedawno ustanowionej
Komisji Europejskiej w Brukseli i tam się przeprowadziliśmy. Dla moich
rodziców oznaczało to szansę na lepsze życie.
Mieszkaliśmy w zwyczajnym bliźniaku na popularnym wśród ekspatów osiedlu
na przedmieściach. Był to skromny dom w typowej dzielnicy sypialnej, ale
mnie wydawał się magicznym zamkiem. Miałem własny pokój i ścianę w ogrodzie, z którą mogłem grać w tenisa, rower w garażu i mnóstwo miejsca
na trenowanie piłki nożnej.
Moje wczesne dzieciństwo było najprawdziwszą idyllą. Pamiętam dużo
szczęścia i miłości: przyjaciół wpadających na grilla, regularne
treningi piłkarskie i dziecięce przyjęcia urodzinowe. Miałem fioła na
punkcie futbolu. Kibicowałem Manchesterowi United, a moim idolem był
Diego Maradona. Sam grałem całkiem nieźle; nie dość dobrze, by zostać
profesjonalistą, ale spędzałem na boisku każdą wolną chwilę, by
szlifować swoje umiejętności. Z perspektywy czasu myślę, że mógł to być
wczesny objaw mojej skłonności do uzależnień. Nigdy mnie oficjalnie nie
zdiagnozowano, ale jestem przekonany, że gdybym dzisiaj chodził do
szkoły, stwierdzono by u mnie ADHD i umieszczono w klasie dla dzieciaków
z orzeczeniem. Miałem mnóstwo energii i nie potrafiłem usiedzieć w miejscu, a mój umysł był kompletnie rozproszony. Szczerze mówiąc, pod
tym względem nieszczególnie się zmieniłem!
Podczas gdy tata pracował, mama zajmowała się domem i wychowywaniem
mnie, co w latach osiemdziesiątych było dość typowe. Na pewno nie było
jej łatwo; nie dość, że mieszkała daleko od domu i całej swojej dużej
rodziny, to jeszcze musiała zajmować się dzieckiem, i to mimo młodego
wieku. Tanie loty jeszcze nie istniały, więc nie można było kursować
sobie swobodnie między Belgią a hrabstwem Tyrone, ale w każde letnie
wakacje i na Boże Narodzenie odwiedzaliśmy rodzinę. Mama miała siedmioro
rodzeństwa, więc mogłem się bawić z mnóstwem kuzynów. Biegaliśmy po
polach, odgrywając żołnierzy i ganiając się z cudnym spanielem mojej
babci o imieniu Pickles.
Jako jedynak zawsze byłem niezależnym introwertykiem i samotnikiem.
Doskonale się bawiłem także sam ze sobą. To mi zostało. Przez całe życie
w sytuacjach społecznych czułem niepokój.
Mama i tata przyjaźnili się z inną parą Irlandczyków, którzy
przeprowadzili się do Belgii mniej więcej w tym samym czasie. Ich syn
Sean był w moim wieku. Do dzisiaj jest moim najlepszym kumplem. Życie
mnie rozpieszczało; chodziłem do dobrej międzynarodowej szkoły z innymi
brukselskimi ekspatami. W tak młodym wieku łatwo uczy się języków, więc
szybko zacząłem płynnie mówić po francusku i flamandzku - choć irlandzki
akcent pozostał mi do teraz.
Dzisiaj moim domem jest Tajlandia, ale przez długi czas nie miałem
pojęcia, gdzie go znajdę. Nigdzie nie czułem się u siebie. Ani w Irlandii Północnej, ani w Belgii, ani nawet w Dublinie, gdzie spędziłem
później wiele lat. Jestem jednak wdzięczny za doświadczenie
kosmopolitycznego, europejskiego dorastania, za frytki i mule oraz
znajomości z ludźmi z całego świata.
Na kontynencie podejście do alkoholu było luźne. Dzieciaki mogły
spróbować z rodziną piwa czy wina i wydawało się całkiem normalne, że
czternastolatki piją piwo po meczu albo idą po południu do pubu.
Niestety pijacka kultura Anglii i Irlandii jest na świecie dobrze znana,
ale w Belgii, kiedy dorastałem, było inaczej. Mama wypijała kieliszek
wina do kolacji, a tacie zdarzało się opróżnić w ogrodzie kilka piw, ale
nie można by ich w żadnym razie nazwać pijakami. Mojego późniejszego
uzależnienia od alkoholu nie da się więc zrzucić na rodzinę.
Niewątpliwie jednak w późniejszym życiu przez wiele lat nosiłem w sobie
poczucie winy w związku z ich rozstaniem. Obwiniałem mamę, obwiniałem
tatę, obwiniałem siebie.
Do trzynastych urodzin wszystko w moim życiu układało się idealnie.
Byłem rozpieszczony, bezpieczny i szczęśliwy. Rozwód rodziców mną
wstrząsnął. Nie miałem pojęcia, że mają w ogóle jakieś problemy
małżeńskie. Nie przypominam sobie kłótni. Choć jednej strasznej nocy,
kiedy odrabiałem w pokoju pracę domową (a w zasadzie to chyba jej nie
odrabiałem), usłyszałem na dole hałasy. Działo się coś ważnego. Ktoś
trzasnął drzwiami. Usłyszałem, że tata płacze podczas rozmowy przez
telefon.
- Tato? - zawołałem ze szczytu schodów.
- Chodź na dół, Niall. Musimy porozmawiać.
Powoli zszedłem na dół na bosaka, czując, jak ściska mi się żołądek. W salonie stał mój silny ojciec, mój bohater, mój opiekun, blady i załamany. Jego zaczerwienione oczy były mokre od łez.
Co tu się...
- Twoja mama... - powiedział łamiącym się głosem. - Twoja mama odeszła,
Niall.
Odeszła? Dokąd?
- Co masz na myśli? - zapytałem, próbując zrozumieć te dziwne, obce
słowa, które wydobywały się z ust taty.
- Twoja mama nas opuściła, Niall. Odeszła do innego mężczyzny - odparł,
po czym usiadł na kanapie i się rozpłakał.
Zacząłem przeczesywać wspomnienia w poszukiwaniu przeoczonych wskazówek.
Przypomniałem sobie kłótnię sprzed kilku dni, którą się nie przejąłem;
grałem w piłkę, czytałem książki, dobrze się bawiłem. Wkraczałem w wiek
dorastania i więcej myślałem o dziewczynach w moim wieku niż o mamie,
która po prostu zawsze tu była.
- Ale później wróci, prawda, tato?
- Nie, synu. - Tata wbijał wzrok w ziemię. - Nie wróci.
I nie wróciła.
Mama odeszła w grudniu 1992 roku i od tamtej pory nienawidzę Bożego
Narodzenia.
Nie było wtedy telefonów komórkowych, więc przez długie tygodnie nie
miałem z mamą kontaktu. Najpierw przeniosłem się "na ferie" do Seana.
Potem tata zabrał mnie ze szkoły i wysłał na Boże Narodzenie do
Irlandii. Rodzina była wobec mnie życzliwa, ale nikt nie mówił o tym, co
się działo.
Mama odeszła? I to tak bez pożegnania?
Musiałem przepracować mnóstwo rzeczy. Moja trzynastoletnia głowa nie
była w stanie pojąć, co się stało. Wolałem więc o wszystkim zapomnieć.
Kilka tygodni później w Brukseli wreszcie spotkałem się z mamą.
Przepraszała mnie i próbowała wyjaśnić, że miała dobre powody, żeby
odejść. Zapewniła mnie, że i ona, i tata bardzo mnie kochają i chcą dla
mnie jak najlepiej. Wypowiadała właściwe słowa, ale ja nic z tego nie
rozumiałem. Atmosfera była niezręczna, nie bardzo umieliśmy ze sobą
rozmawiać. Kiedy spróbowała mnie przytulić, odepchnąłem ją.
Nie wiem, jak trzynastolatek powinien radzić sobie z taką sytuacją, ale
ja zacząłem pyskować. Zmieniłem się w zbuntowanego gówniarza.
Przebudziła się autodestrukcyjna część mojej natury.
Kilka dni po tych ponurych feriach świątecznych spróbowałem pierwszego
papierosa. Jeden z moich śmielszych kolegów z klasy, niezły
zarozumialec, dowiedział się o rozstaniu moich rodziców. Społeczność
ekspatów była niewielka i wszyscy lubili plotkować.
- To co się dzieje? - zapytał.
Wymamrotałem wszystko, co wiedziałem. Mama odeszła z innym facetem. Ja
mieszkałem z ojcem.
- Och, to słabo - zauważył. - Może spróbujesz? - Zamachał paczką Lucky
Strike'ów.
Olać to, mogę być niegrzeczny. W końcu i tak wszystko się zjebało.
Pierwszy mach był jak każde pierwsze doświadczenie z paleniem -
obrzydliwy. Kaszlałem i rozbolało mnie gardło. Ale to nieprzyjemne
wrażenie doskonale zgrywało się z tym, co czułem. Było okropne - ale
doskonale okropne.
Po rozstaniu tata zaczął szczególnie hojnie obdarzać mnie kieszonkowym.
Wydawałem więc pieniądze na papierosy, szybko zacząłem je też podkradać
ze sklepu, bardziej dla frajdy niż z konieczności. Teraz wydaje mi się
to kompletnym wariactwem, ale w szkole w Brukseli był nawet kącik dla
palących, gdzie chodziły dzieciaki, którym rodzice pozwalali jarać. I tak zaczęło się moje wieloletnie uzależnienie.
Polubiłem też piwo i cydr. Szum w głowie sprawiał mi przyjemność. Jako
nieśmiały chłopak, pełen lęków społecznych, doceniałem to, że dzięki
alkoholowi byłem bardziej rozluźniony i gadatliwy. Pewniejszy siebie.
W moim miasteczku stał nawet automat z piwem, więc za dwadzieścia
franków belgijskich można było kupić sobie alkohol równie łatwo co
coca-colę. Szybko odkryliśmy, że nasze małe ręce da się włożyć do
środka, żeby wyciągnąć puszkę - nawet nie musieliśmy płacić.
W tygodniu mieszkałem z tatą. Bez mamy było zupełnie inaczej; jakby
radość, bezpieczeństwo i ciepło wyprowadziły się razem z nią. Zawsze
podejrzewałem, że tata miał nadzieję, że jeszcze do siebie wrócą. Dla
nas obu rozpoczął się trudny, bolesny czas, ale tata opiekował się mną,
gotował obiady i był kochającym ojcem, co na pewno sprawiało mu
trudność, bo musiał godzić wychowanie z pracą.
Z mamą spotykałem się w weekendy. Ona i Andreas - mężczyzna, dla którego
zostawiła ojca - zamieszkali na tyle blisko, że mogłem do nich jeździć
na rowerze. Nie zawsze jednak miałem na to ochotę. Mama poznała Andreasa
w biurze, gdzie razem pracowali. Romansowali przez kilka miesięcy, zanim
ostatecznie zostawiła tatę. Starałem się dogadywać z Andreasem, ale
dojrzewanie to nie jest fajny czas, więc nie było łatwo. Mniej więcej
wtedy zainteresowałem się hazardem.
Zaczęło się od zwykłej gry w kości, zorganizowanej w szkole w ramach
jakiejś charytatywnej zbiórki. Tamtego dnia totalnie się uzależniłem,
błagałem tatę o więcej franków, żeby móc zagrać jeszcze raz i jeszcze
raz, i jeszcze. Widziałem, że zawsze wygrywa "kasyno", ale dzieciaki i tak z radością dorzucały kolejne monety. Sam więc założyłem w szkole
własne małe kasyno, działające na tych samych zasadach. Tym razem to ja
miałem wygrywać, nie szkoła czy organizacja charytatywna. Póki
nauczyciele nie zorientowali się, co się dzieje, dzieciaki zbierały się
wokół mnie na każdej przerwie obiadowej. Tonąłem w ogromnej ilości
cudzego kieszonkowego i rozwijałem w sobie ducha przedsiębiorczości.
Od tamtej pory miałem w szkole coraz to nowe kłopoty i obmyślałem coraz
to nowe plany. Nie przejmowałem się, że wpadnę w tarapaty. Na pewnym
etapie chciałem zostać dziennikarzem, więc zainwestowałem w dyktafon -
niby po to, żeby nagrywać wywiady. W rzeczywistości nagrałem dźwięk
dzwonka. Na koniec lekcji elektroniczny dzwonek ogłaszał przerwę, więc
postanowiłem puszczać nagranie na piętnaście minut przed ich faktycznym
końcem, żeby nauczyciele wcześniej zwalniali nas z zajęć.
Innym moim psikusem było pisanie rzeczy takich jak "Pan O'Neill to
dupek" w cudzym zeszycie z pracą domową. Ciągle lądowałem na dywaniku u dyrektora. A jako że się obijałem, nie zdałem egzaminów do następnej
klasy. Często się zdarza, że ktoś nie zdaje z klasy do klasy. Ale ja nie
zdałem raz, drugi, trzeci. Jako wyrośnięty piętnastolatek wciąż
chodziłem do klasy z dwunastoletnimi dziećmi. Czułem się jak w absurdalnej komedii. Prawdopodobnie gdybym się postarał, wszystkiego bym
się nauczył, ale byłem już wtedy dziki i nieokiełznany. Wszyscy zgodzili
się, że lepiej będzie, jeśli opuszczę szkołę.
Rodzice znaleźli dla mnie surowszą szkołę z internatem, ale moje
zachowanie nie uległo szczególnej poprawie. Wciąż testowałem granice.
Wywołałem chaos, kiedy wyłączyłem poranny budzik zarówno wszystkim w naszym internacie, jak i nauczycielowi odpowiedzialnemu za pobudki.
Zaspaliśmy, i to było super! Inne dzieciaki traktowały mnie wtedy jak
bohatera. Do tej szkoły chodziło pełno łobuzów takich jak ja. Wszyscy
paliliśmy, a w piątek wieczorem w pociągu do domu popijaliśmy piwo.
Kompletnie się nie przejmowałem, że mogę narobić sobie kłopotów.
Znacznie bardziej martwiłem się o mamę. Przychodziła na wszystkie moje
mecze i wieczorami spędzaliśmy razem czas, wypijając czasem nawet po
piwku. Dostała nową pracę i bardzo się starała, żeby w jej domu było mi
dobrze. Ale jeśli chodzi o jej związek z Andreasem, sprawy przybrały
fatalny obrót.
Kiedy się do niego wprowadziła, zaczął ją bić. Coraz częściej miała na
ciele siniaki, a jej wymówki takie jak "wpadłam na drzwi" albo "spadłam
ze schodów" były coraz mniej wiarygodne.
Bałem się Andreasa i bałem się o mamę. Nienawidziłem siebie za to, że
nie umiałem jej pomóc. Siedziałem w pokoju i udawałem, że nie słyszę
kłótni - jej płaczu, straszliwego huku uderzeń, krzyków i trzepnięć.
Zdawało się, że powodem wszystkich tych afer była głównie jego zazdrość;
kiedy ważyła się pójść gdzieś bez niego, mieć jakieś życie poza nim,
czuł się zagrożony. Nie pił dużo, ale wystarczył mu jeden drink, żeby
wybuchnąć. Nienawidziłem się za to, że nie potrafię jej ochronić.
Chowałem się, szlajałem z kumplami i wlewałem w siebie piwo po piwie,
żeby zagłuszyć smutek.
Jak wielu przemocowców, Andreas ciągle przepraszał i przekonywał mamę,
żeby z nim została, obiecując, że "to się nigdy więcej nie powtórzy". I przez jakiś czas się nie powtarzało. Bywało normalnie, ale wciąż
siedziałem jak na szpilkach. Przemoc w końcu zawsze wracała.
Pewnego dnia usłyszałem z pokoju kłótnię i zakradłem się do korytarza.
Stanąłem przed drzwiami salonu. Powinienem zapukać? Zacząć hałasować? Po
prostu wbić do środka? - zastanawiałem się chwilę, a potem wszedłem.
Mama leżała na sofie, a on siedział na niej okrakiem, trzymając w dłoni
coś przypominającego lampę, czym się na nią zamachiwał. Oboje
znieruchomieli i spojrzeli na mnie. Ja patrzyłem na nich z przerażeniem.
Wróciłem do pokoju. Pamiętam, że pomyślałem sobie: "No dobra, tym razem
go powstrzymałem, uratowałem ją". Pamiętam też, że pomyślałem: "Życie
nigdy już nie będzie tak straszne jak teraz".
Następnego dnia Andreas wymyślił jakąś durną wymówkę, żeby zabrać mnie
na długi spacer. Opowiedział jakąś łzawą historyjkę o tym, że jego
rodzice też go bili. W zasadzie go nie słuchałem. Uznałem, że
niezależnie od moich uczuć, powinienem po prostu udawać, że słucham. Był
idiotą, ale też dorosłym facetem. A ja - chudym dzieciakiem. Z pewnością
zdołałby skopać mi dupę. Może i "uratowałem" mamę tamtego dnia, ale
czekało ją jeszcze wiele złego, w tym pęknięty oczodół. Andreas był po
prostu skurwielem.
Mama żyła z nim bardzo długo, a kiedy miałem szesnaście lat, urodziła
moją siostrę Veronikę. Przemoc nieco wyhamowała, kiedy zajmowała się
niemowlakiem, którego pokochałem równie mocno, jak nienawidziłem tego
potwora Andreasa. Wreszcie, długo po tym, jak opuściłem rodzinne
gniazdo, mama zebrała się na odwagę i, dzięki Bogu, zostawiła go. Cała
ta historia nękała mnie latami.
W domu byłem grzeczny, ale moje zachowanie w szkole tylko się
pogarszało. Kłóciłem się zwłaszcza z pewnym szczególnie władczym
nauczycielem z internatu. Nocami czytałem w łóżku podręczniki do
geografii. Opowieści o dalekich krajach były dla mnie ucieczką. Pewnego
razu zobaczył mnie z latarką, skonfiskował książkę i zawiesił mnie. Z natury nie jestem agresywny, ale tamtego dnia kompletnie mi odbiło.
- Pierdol się, kutasie! - zawołałem wściekle, po czym dodałem jeszcze
wszelkie znane mi przekleństwa. - Próbuję się czegoś nauczyć, a ty
możesz sobie całą tę twoją szkołę w dupę wsadzić! - Kipiałem ze złości.
Po roku w internacie stamtąd też mnie wyrzucili.
I tak dotarłem do siedemnastego roku życia; bez wykształcenia, bez
pojęcia, co zamierzam w życiu robić, i kompletnie nieprzygotowany do
dorosłości.
Mama wspierała mnie i kochała, ale musiała
się teraz zająć małą Veroniką.
Mój najdroższy tata nigdy się na mnie nie wściekał, choć miał przecież
ku temu wszelkie powody. Jestem przekonany, że był okrutnie rozczarowany
i zmartwiony, ale chciał, żebym miał jakiś zawód i w przyszłości mógł
zarabiać na życie. Kiedy większość moich kumpli planowała studia, on
zachęcał mnie do gastronomika w Dublinie. Był dobrym kucharzem, a i mnie
zdarzyło się wyrazić zainteresowanie gotowaniem. Często wyciągałem jego
stare książki kucharskie. Okazało się, że przygotowywanie zwykłych
potraw jak makaron z kurczakiem działało na mnie terapeutycznie.
Krojenie, mieszanie i tworzenie czegoś smacznego uspokajało mój
chaotyczny umysł.
No więc poleciałem do Irlandii na rozmowę kwalifikacyjną. Czułem się jak
kretyn w starym garniturze taty, a podczas podróży rozpaczliwie
próbowałem nauczyć się nazw kuchennych sprzętów. Bóg jeden wie, czego
się spodziewałem, tymczasem nie było o co się martwić; zostałem przyjęty
do Dublin College of Catering, a to oznaczało, że musiałem z żalem
pożegnać się z moim najlepszym kumplem Seanem i moją dziewczyną Kate.
Spotykaliśmy się już od kilku miesięcy. Pożegnalna impreza
niespodzianka, którą dla mnie zorganizowała, była jedną z najmilszych
rzeczy, jaką ktokolwiek kiedykolwiek dla mnie zrobił. Rozmawialiśmy o możliwości związku na odległość, ale dystans między Belgią a Dublinem
szybko zweryfikował te plany.
Tamtego lata przed rozpoczęciem zajęć pracowałem w restauracji w Irlandii Północnej i mieszkałem u babci. Zarabiałem funta na godzinę
(zapewne nie była to stawka zgodna z prawem) za nakładanie gościom
weselnym indyka i szynki oraz słuchanie rozkazów podczas tłuczenia
ziemniaków. Uwielbiałem to. Bawiłem się znacznie lepiej niż w nudziarskiej szkole. Czułem wielką dumę, gdy pod koniec tygodnia
otrzymywałem kopertę z pięćdziesięcioma funtami w środku. Ciężar
samodzielnie zarobionych monet i banknotów był bezcenny.
Wszystko wydawałem na cydr, na drinki w buteleczkach, fajki i chipsy.
Spędzałem czas z nowymi kumplami z pracy, kolesiami równie nagrzanymi co
ja. Któregoś razu wypiłem o parę browarów za dużo i lobem wrzuciłem
kamień do fontanny, a potem przed policjantem udawałem, że mówię tylko
po francusku. Innym razem tańczyłem na dachu samochodu. Możecie się
domyślić, jaki ochrzan dostałem od babci.
Wtedy też pierwszy raz spróbowałem trawy. Wystarczyło kilka machów
cudzego jointa, żebym poczuł mdłości. To zniechęciło mnie do narkotyków
na jakiś czas, ale za to nabrałem jeszcze większego apetytu na alkohol.
Nagle poczułem się znacznie doroślejszy. Nie chciałem znowu wszystkiego
spieprzyć tak jak w szkole. Kiedy zacząłem zajęcia, byłem
zdeterminowany, żeby zostać kimś. Szczerze mówiąc, sama szkoła nie dała
mi zbyt wiele, ale dzięki mojemu doświadczeniu i obsesyjnej lekturze
książek kucharskich nabrałem pewności siebie, wprosiłem się do jednej z nielicznych gwiazdkowych restauracji w mieście, Peacock Alley, i dostałem pracę (na bardzo niskim stanowisku).
Każdego dnia po zajęciach szedłem do Peacock Alley i zabierałem się do
roboty. To był kompletnie inny świat niż tamta knajpa od wesel;
najlepsza restauracja w mieście, a w jej kuchni pracowało dwudziestu
czterech owłosionych, napędzanych testosteronem kucharzy, którzy rzucali
mięsem i posługiwali się ostrymi nożami oraz wielkimi patelniami. Za
każdym razem, kiedy w Dublinie działo się coś ważnego, przychodziło tam
mnóstwo gwiazd, od Ronana Keatinga po Mariah Carey. Ten splendor i blask
mnie fascynowały.
Do moich obowiązków należały wszystkie te głupie zadania, takie jak
odcinanie łodyżek szpinaku, obieranie czosnku, przygotowywanie dekoracji
talerza. Kiedy na chwilę oddalałem się od stanowiska, dostawałem w żebra. Jezu, jak oni tam klęli! To dopiero była edukacja. Cała brygada
składała się z mizoginistycznych twardzieli, a ja byłem małym, chudym,
bladym chłopaczkiem z zagranicy. Ale uwielbiałem każdą chwilę, jaką
spędzałem w tym szalonym miejscu, gdzie chłonąłem kolejne umiejętności
jak gąbka.
Dwóch francuskich szefów kuchni raz mnie ochrzaniło:
- Ten dzieciak gówno wie! - zawołał jeden z nich. Mówiąc szczerze, nigdy
nie miałem najlepszej techniki. Byłem za to na tyle bezczelny, by
przekomarzać się z ważniejszymi od siebie. Bardzo podobał mi się wyraz
zdumienia rysujący się na ich twarzach, gdy odpowiedziałem im z perfekcyjnym francuskim akcentem. Szybko mnie polubili - nie za mój
talent, ale za entuzjazm.
Szefem kuchni był charyzmatyczny olbrzym Conrad Gallagher, facet w typie
Gordona Ramsaya. Miał prawie dwa metry i kiedy stał na wydawce - to
znaczy w miejscu, w którym jedzenie przekazywane jest przez kucharzy
kelnerom - skinieniem głowy witał słynnych gości i jednocześnie
wykrzykiwał rozkazy. Koleś miał temperament: potrafił rzucić talerzem,
jeśli coś nie odpowiadało jego wyśrubowanym standardom. Musieliśmy
ciężko pracować, żeby mu nie podpaść. Ja potrafiłem sobie z nim żartować
- nie byłem niegrzeczny, ale też się go nie bałem - i chyba mnie
polubił. Wszyscy stresowali się jego humorami, ale ja się z niego
śmiałem.
- No dawaj, Conrad, gdzie są te cholerne ziemniaki? - pytałem. Udawał
wściekłego, ale na koniec puszczał do mnie oko.
Szesnastogodzinne dni pracy były normalnością. Widziałem, jak dorośli
mężczyźni płaczą, wyczerpani brutalnym tempem tego miejsca. Ale ja jako
młody chłopak chciałem się uczyć i jakoś tam wytrwałem aż do końca
szkoły. Wtedy dyplom nic już dla mnie nie znaczył. Kiedy ktoś w branży
gastronomicznej chce sprawdzić, czy umiesz gotować, po prostu na cztery
godziny wpuszcza cię do kuchni. Nikogo nie obchodzą dyplomy. Cieszyłem
się tylko, że wreszcie zrobiłem coś, z czego mój tata mógł być dumny.
Czymś się wyróżniłem.
Dużo wtedy pracowałem, ale imprezowałem jeszcze więcej. Po zakończeniu
długiej zmiany o dwudziestej trzeciej byłem gotowy do zabawy. Sean
mieszkał już wtedy z powrotem w Irlandii, podobnie jak wielu innych
kumpli ze szkoły, którzy przyjechali na studia do Dublina. Spotykaliśmy
się po pracy, by "nadrobić zaległości" i porządnie się narąbać.
Jaki był wtedy mój ulubiony wyrafinowany drink? Podwójna wódka z energetykiem albo potrójna wódka, a do niej jeszcze Smirnoff Ice. Chcąc
się narąbać tak bardzo, jak to tylko możliwe przed zamknięciem pubu o drugiej, zamawiałem po trzy drinki. Nie ma sensu pić piwa, kiedy pilnie
chcesz się nawalić, prawda?
Zwykle mi się to udawało i kończyłem wieczory znacznie bardziej pijany
niż Sean i reszta chłopaków. Nie przejmowałem się tym zbytnio: chlanie
było powszechnie akceptowane. Czasami zdarzało mi się iść do pracy po
godzinie snu. Nikogo to nie wzruszało.
Pamiętacie moje upodobanie do hazardu, które narodziło się w szkole?
Szybko zacząłem zostawiać pensję w punktach przyjmowania zakładów.
Konie, psy, bingo, piłka nożna - wszystkie zakłady przyprawiały mnie o dreszcz podniecenia.
Do pierwszej kreski kokainy zachęcił mnie kucharz. Kokaina jest w gastronomii powszechna. Daje energię, która pozwala znieść szalone
godziny pracy. Narkotyki mnie stresowały i przez parę dobrych lat
umiałem się im oprzeć.
- No dawaj, nie bądź cipa - drwili, machając mi przed nosem torebkami z białym proszkiem i zrolowanymi banknotami. Wreszcie poddałem się ich
naciskom.
Mniej więcej w tym samym czasie wziąłem też pierwszą pigułkę ecstasy. Po
kilku latach odmów w końcu zgodziłem się połknąć jedną w obskurnym
dublińskim nocnym klubie. Pół godziny później uśmiechałem się jak
psychopata.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki