Prolog
Naoczni świadkowie opowiadali, że najpierw pojawiło się przypominające
trzęsienie ziemi drżenie. Podczas całej podróży pasażerowie czuli
złowieszcze drgania, a "przechył statku był taki, że rano nie można było
postawić na stole filiżanki z mleczną kawą, boby się rozlała". To
drżenie było jednak zupełnie inne. Przypominało eksplozję bomby.
Pasażerowie w pośpiechu opuścili wspólne pomieszczenia i prywatne kajuty
i wylegli na pokład, próbując zorientować się, co się stało. Było późne
popołudnie. Statek płynął kursem na Porto Seguro w Brazylii. Wstrząs,
jaki odczuli, nie został spowodowany eksplozją, to był raczej
ogłuszający grzmot. Parowiec gwałtownie zmienił kurs i zaczął zachowywać
się jak narowisty koń, halsując i niespodziewanie zwalniając. Jeden z ocalałych, który po katastrofie przez wiele godzin dryfował po oceanie,
kurczowo uczepiony kawałka drewna, opowiadał, że widział wyraźnie, jak
od statku oderwała się śruba napędowa i wał lewego silnika.
Prawdopodobnie to właśnie śruba przecięła kadłub. Przez powstałą w ten
sposób szczelinę do wnętrza zaczęła wlewać się woda, wypełniając
maszynownię, a także ładownię, gdyż wodoszczelne grodzie nie
funkcjonowały prawidłowo. Podjęta natychmiast próba naprawienia
uszkodzonego kadłuba za pomocą metalowych paneli skończyła się
niepowodzeniem.
Mówiono, że członkowie orkiestry otrzymali polecenie, by do końca grać
dalej.
W pogłębiających się ciemnościach, na wzburzonym morzu, statek
przechylał się coraz bardziej.
Kiedy już stało się jasne, że nie uda się uspokoić pasażerów, kapitan
polecił zatrzymać maszyny. Rozległy się syreny alarmowe, a telegrafista
zaczął nadawać sygnał SOS.
Odebrało go wiele znajdujących się w pobliżu jednostek, w tym dwa
statki parowe i dwa liniowe transatlantyki, które natychmiast ruszyły na
ratunek. Spieszący z pomocą nie mogli jednak zbliżyć się zbytnio do
tonącego statku. Wyraźnie widoczny słup białego dymu wskazywał, że na
"Principessa Mafalda" mogło dojść do katastrofalnej eksplozji kotłów.
Kapitan, stojąc na mostku, przez megafon wzywał do zachowania spokoju.
Starając się koordynować akcję ratowniczą, przypominał o pierwszeństwie
należnym kobietom i dzieciom. Kiedy jednak zapadła noc, tym ciemniejsza,
że księżyc był akurat w nowiu, a na pokładzie zgasły elektryczne
światła, sytuacja stała się dramatyczna.
Zaczęto spuszczać szalupy. Niektóre z nich jednak tonęły natychmiast,
uderzając o kadłub przechylonego na jedną burtę statku. Wiele łodzi
ratunkowych było już starych, zniszczonych i niezdatnych do użytku.
Nabierały wody, a pasażerowie starali się wylewać ją, czym tylko się
dało, nawet posługując się kapeluszami. Kilka szalup, do których ludzie
wdarli się szturmem, z powodu przeciążenia wywróciło się i zatonęło.
Większość pasażerów stanowili rzemieślnicy i chłopi, mieszkający w dolinach lub na równinie, którzy nigdy wcześniej nie widzieli morza i nie potrafili pływać. Słowa modlitwy i okrzyki rozpaczy mieszały się ze
sobą. Na pokładzie wybuchła panika. Wielu podróżnych tonęło, wpadając do
morza.
Później mówiono, że niektórzy, poddając się rozpaczy, z własnej woli
skoczyli do wody. Lokalna prasa donosiła również o ludziach żywcem
pożartych przez rekiny.
W obliczu śmiertelnego zagrożenia dochodziło do szarpaniny i przepychanek, jednak niektórzy z pasażerów zdobywali się na gesty
wielkiej odwagi i poświęcenia. Wśród kilkudziesięciu osób oczekujących
na wejście do łodzi ratunkowej na swoją kolej czekał też jakiś młody
człowiek z kołem ratunkowym. Kiedy zobaczył, że pewien starszy mężczyzna
błaga o pomoc, gdyż nie potrafi pływać i nie udało mu się dostać do
żadnej szalupy, bez wahania oddał mu swoją obręcz. Razem wskoczyli do
wody. Wtedy młodzieniec, który starał się jak najszybciej dopłynąć do
najbliższej łodzi, usłyszał pełne przerażenia okrzyki: Rekiny! Rekiny!
Jeden z nich zaatakował, ale młodego człowieka mimo to udało się
wciągnąć do szalupy. Z powodu odniesionych ran zmarł jednak wkrótce
potem.
Kiedy pasażerowie ocalali z katastrofy opowiedzieli historię
bohaterskiego młodzieńca, wszyscy w Argentynie byli głęboko wzruszeni.
Jedną ze szkół w jego rodzinnym mieście, w prowincji Entre Ríos, nazwano
jego imieniem. Anacleto Bernardi miał tylko dwadzieścia jeden lat i był
synem imigranta z Piemontu i Argentynki.
Statek zatonął krótko przed północą. Unosząc do góry dziób, po raz
ostatni zawył niczym zwierzę i zapadł się w otchłań. W tym miejscu
głębokość sięgała ponad 1400 metrów. Świadkowie zgodnie twierdzą, że
kapitan do końca stał na mostku, a orkiestra na jego rozkaz grała "Marsz
królewski". Ciała kapitana nigdy nie odnaleziono. Mówi się, że na chwilę
przed zatonięciem parowca na pokładzie rozległy się strzały. Członkowie
załogi, zrobiwszy wszystko, co było możliwe dla ratowania pasażerów,
woleli zginąć od kuli, niż tonąć w mękach.
Kilku łodziom ratunkowym spuszczonym z uszkodzonego parowca udało się
dotrzeć do statków spieszących z pomocą i razem z ich załogami ocalić
życie dalszych kilkuset pasażerów.
Do późnej nocy trwały poszukiwania tonących, którzy za wszelką cenę
starali się utrzymać na powierzchni wody. Kiedy tuż przed świtem kilka
brazylijskich parowców dotarło na miejsce katastrofy, już nikogo więcej
nie można było odnaleźć.
Licząca prawie 150 metrów długości "Principessa Mafalda" była dumą
włoskiej marynarki handlowej na przełomie wieków, najbardziej luksusowym
liniowcem w całej flocie, na którego pokładzie podróżowali Arturo
Toscanini, Luigi Pirandello czy legenda argentyńskiego tanga Carlos
Gardel. Czasy świetności parowca jednak już dawno minęły. Wybuchła wojna
światowa, a czas, zaniedbania i brak konserwacji dokonały reszty. Kiedy
doszło do katastrofy, o tym niegdyś luksusowym statku, wówczas już w kiepskim stanie, mówiono lekceważąco "bala?na", tancerka. Kiedy wyruszył
w swój ostatni rejs, miał na pokładzie ponad 1200 pasażerów, głównie
emigrantów z Piemontu, Ligurii i Wenecji Euganejskiej, lecz także z Marchii, Lukanii i Kalabrii.
Według danych udostępnionych przez ówczesne władze Włoch, w katastrofie
zginęło ponad 300 osób, przede wszystkim członkowie załogi.
Południowoamerykańskie gazety donosiły jednak o ponad dwukrotnie
większej liczbie ofiar, wśród których byli także nielegalni migranci,
kilkudziesięciu emigrantów z Syrii, a także włoscy chłopi, którzy
płynęli do Ameryki Południowej, by w zimie zatrudnić się na południowej
półkuli jako pracownicy sezonowi.
Okrojona i tuszowana przez oficjalne władze historia katastrofy statku
"Principessa Mafalda" była włoskim odpowiednikiem słynnego zatonięcia
RMS "Titanic".
Nie potrafię powiedzieć, ile razy słyszałem historię
katastrofy5 statku, nazwanego "Principessa Mafalda" na cześć
córki króla Wiktora Emanuela III. Kilka lat później, pod koniec kolejnej
strasznej wojny, księżniczka Mafalda także zginęła tragiczną śmiercią w niemieckim nazistowskim obozie koncentracyjnym w Buchenwaldzie.
Historię zatonięcia statku "Principessa Mafalda" opowiadano dzieciom,
opowiadano w każdej dzielnicy, w każdym barrio. Opiewały ją także
ballady śpiewane przez migrantów po obu stronach oceanu:
"Z Włoch "Mafalda" wyruszyła z tysiącem lub więcej pasażerów... Ojcowie i matki ratowali dzieci znikające wśród fal".
Na rejs tym właśnie statkiem, wypływającym do Buenos Aires z portu w Genui 11 października 1927 roku wykupili bilety również moi dziadkowie i ich jedyny syn, a mój ojciec Mario, wówczas jeszcze młodzieniec.
Nie wyruszyli jednak w podróż na pokładzie tego parowca.
Choć bardzo się starali, nie udało im się na czas sprzedać tego, co
posiadali. Musieli więc przełożyć swój wyjazd do Argentyny.
I dzięki temu właśnie teraz tu jestem.
Nie możecie sobie nawet wyobrazić, jak bardzo jestem za to wdzięczny
Bożej Opatrzności.
1. Niech język mi przyschnie do podniebienia
1
Niech język mi przyschnie do podniebienia
W końcu wyruszyli w rejs.
Dziadkom udało się wreszcie sprzedać niewielki spłachetek ziemi, jaki
posiadali w Piemoncie we wsi Bricco Marmorito, i dotrzeć do portu w Genui. Mieli teraz bilety w jedną stronę na rejs statkiem "Giulio
Cesare".
Jako pasażerowie trzeciej klasy musieli czekać na swoją kolej, dopóki
wszyscy podróżujący pierwszą klasą nie zostali wpuszczeni na pokład.
Kiedy statek wypłynął na otwarte morze, a na horyzoncie zniknęły
ostatnie światła Lanterny, latarni morskiej w porcie w Genui,
uświadomili sobie, że już nigdy nie wrócą do Włoch i muszą na nowo
rozpocząć życie na drugim końcu świata.
Był 1 lutego 1929 roku. Tamtej zimy, jednej z najmroźniejszych w całym
stuleciu, w Turynie termometr wskazywał 15 stopni poniżej zera, a w innych częściach Włoch nawet minus 25 stopni. Do tej właśnie zimy
nawiązał w jednym ze swoich filmów Federico Fellini, nazywając ją
"rokiem wielkiego śniegu". Całą Europę, od Uralu po wybrzeża Morza
Śródziemnego, pokrył wtedy śnieg, który grubą warstwą leżał nawet na
kopule Bazyliki św. Piotra.
Na koniec dwutygodniowego rejsu, po zawinięciu do portów w Villefranche-sur-Mer, Barcelonie, Rio de Janeiro, Santos i Montevideo,
statek dotarł w końcu do Buenos Aires. Moja babka Rosa, mimo prawie
trzydziestostopniowych upałów i wilgoci, dalej miała na sobie grube
palto, w którym wyjechała. Zgodnie z ówczesną modą ozdobione było
kołnierzem z lisa. Pod podszewką tego kołnierza, między futrem a jedwabiem, babka zaszyła cały rodzinny dobytek. Miała to palto na sobie
niczym mundur, nawet kiedy już zeszli na ląd i ruszyli w głąb kraju, w górę rzeki Parana. Po przebyciu prawie pięciuset kilometrów w nieznośnym
upale wreszcie dotarli do celu. Dopiero wtedy babka Rosa, luchadora
(wojowniczka), jak ją nazywano, zdecydowała się zdjąć wełniane okrycie.
Po dopłynięciu do portu w Buenos Aires rodzinę Bergoglio zarejestrowano
jako migrantes ultramar. Dziadek Giovanni, który najpierw pracował w polu, a potem otworzył sklep z kawą i ciastkami, został zarejestrowany
jako comercio (kupiec), jego żona Rosa jako casera (gospodyni
domowa), a ich syn i mój ojciec Mario, któremu ku wielkiemu zadowoleniu
rodziców udało się zdać maturę z rachunkowości, jako contador
(kontysta).
Mnóstwo ludzi towarzyszyło moim krewnym w tej długiej podróży nadziei. W tamtym stuleciu z Włoch do la Merica (Ameryki), przede wszystkim do
Stanów Zjednoczonych, Brazylii i Argentyny, wyjechały miliony ludzi.
Tylko od 1925 do 1929 roku do Buenos Aires trafiło ponad 200 tysięcy
emigrantów.
Pamięć o strasznej katastrofie statku "Principessa Mafalda" była wtedy
jeszcze świeża. A bynajmniej nie był to odizolowany przypadek. Były to
lata, o których mówią słowa znanej włoskiej piosenki śpiewanej przez
wiele pokoleń migrantów: Mamma mia dammi cento lire che in America
voglio andar (Mamuś moja, daj mi ze sto lirów, do Ameryki jechać chcę),
czasy, kiedy często decydowano się również na tylko sezonową emigrację.
Włoscy migranci wyruszali z Genui jesienią, kiedy żniwa na półkuli
północnej dobiegają końca, by pracować w polu na południowej półkuli,
gdzie właśnie zaczynało się lato. Wracali do domu na wiosnę z kilkoma
marnymi lirami, z których znaczna część trafiała do kieszeni werbowników
i organizatorów pośredniczących w wyjeździe. Po ich opłaceniu i pokryciu
kosztów podróży w kieszeni pozostawało ledwie kilkadziesiąt lirów jako
rekompensata za cztery lub pięć miesięcy ciężkiej pracy.
Podczas podróży do Ameryki wielu migrantów straciło życie. W 1888 roku
na pokładzie statków "Matteo Bruzzo" i "Carlo Raggio", które płynęły z Genui do Brazylii, z głodu i wyczerpania zmarło pięćdziesiąt osób. Na
statku "Frisca" doliczono się dwudziestu ofiar stratowanych przez tłum
pasażerów. W 1893 roku, po wejściu na pokład "Remo", migranci zdali
sobie sprawę, że na rejs sprzedanych zostało dwa razy więcej biletów,
niż było miejsc. Na statku wybuchła cholera. Zmarłych wyrzucano za
burtę. Liczba pasażerów malała codziennie o kilka osób. Ostatecznie
jednak statek nie został nawet wpuszczony do portu docelowego. W drodze
do Buenos Aires doszło też do katastrofy statku "Sirio". Życie straciło
wtedy pięciuset włoskich migrantów. Historię tych tragedii opiewają
popularne piemonckie piosenki, śpiewane w takt melodii do dziś
wygrywanych na akordeonie w wielu barrios.
Historie statków "Sirio", "Frisca" i "Principessa Mafalda" w ludowej
pamięci splatają się ze sobą. Zatonięcie statku "Sirio" przypominało
tragedię parowca "Principessa Mafalda" i odwrotnie. W takt podobnych
smutnych melodii opowiadano także historię kolejnych katastrof.
Mimo wszystko jednak ludzie nadal wyruszali w podróż. Przede wszystkim
wskutek biedy, czasem ze złości, po to, by odmienić los, by uciec od
tragicznych skutków wojny światowej, zarówno pierwszej, jak i drugiej,
na którą już wtedy się zanosiło, aby uniknąć powołania do wojska lub
dlatego, że śmierć już zajrzała im w oczy, albo dołączyć do rodziny,
zapewnić sobie lepsze warunki życia i nie cierpieć dłużej nędzy. Nic
nowego, tak było kiedyś i tak samo jest dziś. "Gorzej już być nie może.
Najwyżej tam też będę głodny, tak jak tutaj. Mam rację?" - pyta jeden z bohaterów powieści Na oceanie Edmondo De Amicisa6, także
pochodzącego z Piemontu autora książki Serce.
Ci, którzy emigrowali, musieli stawić czoło rozmaitym trudnościom i wyrzeczeniom. Ruszali w drogę najczęściej za namową werbowników, którzy
razem z pośrednikami odwiedzali wioski w dzień targowy, by opowiadać o Ameryce jak o prawdziwej "ziemi obiecanej" i krainie cudów. Opłacanych
przez firmy emigracyjne za każdą rodzinę, którą udało im się przekonać
do wyjazdu, werbowników ówczesna prasa porównywała niekiedy do handlarzy
niewolników. W miastach i na wsi rozdawano broszury i pokazywano
fałszywe listy tych, którzy jakoby już dotarli na koniec świata.
Niektórzy przysięgali, że rolnik, jeśli stał się niezdolny do pracy, w Ameryce może liczyć na hojną emeryturę, podczas gdy inni dawali
gwarancje ułatwień w przejmowaniu ziemi na własność.
Dla tych, którzy zdecydowali się wyjechać, pierwszą trudność stanowiło
dotarcie do portu. Sprzedawano cały dobytek, by zapłacić często chciwym
i pozbawionym skrupułów werbownikom, którzy niejednokrotnie,
przynajmniej dopóki nowe przepisy nie uporządkowały tej kwestii, znikali
z pieniędzmi.
Droga do portu przypominała prywatną, czasem rodzinną pielgrzymkę, w której podążały całe wspólnoty. Jej uczestnicy szli wszyscy razem, jak w procesji, przy dźwiękach dzwonów, które czasem zabierali ze sobą nawet
na statek. Często przybywali do portu na wiele dni przed zaokrętowaniem
i rozbijali obóz na nabrzeżu.
Niektórzy z nich nigdy nie dotarli do wymarzonej Ameryki, gdyż ocean
odepchnął ich lub pochłonął.
Ci, którym się to udało i schodzili na ląd w Buenos Aires, musieli
stawić czoło twardej rzeczywistości. Na początek trafiali do Hotel de
Inmigrantes: ogromnej rudery, gdzie po badaniach lekarskich, rejestracji
i dezynfekcji mogli zatrzymać się na nie więcej niż pięć dni. W tym
czasie musieli znaleźć sobie pracę w mieście lub na wsi. Na początku XX
wieku tak oto opisywał to miejsce jeden z włoskich korespondentów
dziennika "Corriere della Sera": "Przez ostanie trzy dni przyjechało
trzy tysiące ośmiuset emigrantów, w większości naszych rodaków. Hotel de
Inmigrantes jest pełen. (...) Budynek, który nazywają hotelem, wznosi się
na błotnistym, a zarazem wyboistym terenie rozciągającym się za miastem
aż do mętnych i niespokojnych wód Río de la Plata (...) Ostry zapach kwasu
karbolowego nie jest w stanie zdusić mdlącego smrodu śliskiej od brudu
podłogi, starych drewnianych ścian, który wydobywa się przez otwarte
drzwi na zewnątrz. To zapach stłoczonych do niemożliwości ludzi, zapach
nędzy (...) Pod sufitem, na ścianach z desek, widać nieco wyraźniejsze
znaki ludzkiej obecności. Można powiedzieć, że to ślady dusz: imiona,
daty, wyznania miłosne, przekleństwa, nieprzyzwoite słowa wydłubane w farbie, naskrobane ołówkiem lub też wyryte w drewnie. Najczęściej
powtarza się tu motyw statku"7.
Nieprzypadkowo ten obraz odwołuje się do przeszłości. "Niech język mi
przyschnie do podniebienia, jeśli nie będę pamiętał o tobie" (Ps
137/136, 6) zarzekają się wygnańcy, wracając myślami do Jerozolimy.
Również Trzej Królowie zasadniczo symbolizują tę samą tęsknotę za
Bogiem. Taka postawa, przezwyciężając konformizm, zmusza nas do
dokonania zmian, których potrzebujemy. To zdrowe pragnienie powrotu do
korzeni, ponieważ naród bez korzeni jest zagubiony, a człowiek bez
korzeni choruje. To z nich czerpiemy siłę, by iść naprzód, owocować,
rozkwitać. Jak pisze argentyński poeta Francisco Luis
Bernárdez8, "Drzewo rozkwita dzięki temu, co zostało
pogrzebane".
Wszystkie te historie z przeszłości, zapiski, wydrapane na ścianach
znaki jednak są także nawiązaniem do dnia dzisiejszego, odsyłają do
innych portów, innych mórz.
Moi dziadkowie i mój ojciec mieli szczęście. Wyjechali do Buenos Aires
na zaproszenie braci mojego dziadka, którzy mieszkali w Argentynie już
od 1922 roku. Udało im się rozpocząć tam nowe życie, nueva suerte.
Zaczynali jako robotnicy asfaltujący drogę prowadzącą z portu na rzece
do wsi. Wkrótce założyli własną dobrze funkcjonującą firmę zajmującą się
kładzeniem bruku i asfaltu. Moi dziadkowie i mój ojciec po kontroli
dokumentów nie musieli zatrzymywać się w Hotel de Inmigrantes i mogli
ruszyć dalej, do Parany w prowincji Entre Ríos, gdzie czekali na nich
krewni, mieszkający w czteropiętrowym zbudowanym własnymi rękami Palazzo
Bergoglio. Był to pierwszy w całym mieście budynek, w którym
zainstalowano windę. Każdy z braci, Giovanni Lorenzo, Eugenio, Ernesto i mój dziadek Giovanni Angelo, zajmował jedno piętro. Z rodzeństwa dziadka
zostało w Piemoncie tylko dwoje: Carlo, najstarszy z braci, i Luisa,
jedyna siostra, która po mężu nosiła nazwisko Martinengo. Tak więc
prawie cała rodzina znów znalazła się razem, czego, wyjeżdżając, tak
bardzo pragnęli moi rodzice.
Mój ojciec, który był kontystą, pracował w administracji
przedsiębiorstwa. Nie trwało to jednak długo. Wielki światowy kryzys
1929 roku zataczał coraz szersze kręgi. Równocześnie prezes rodzinnej
firmy, jeden z moich wspaniałych stryjecznych dziadków, Giovanni (Juan)
Lorenzo, zachorował na białaczkę i mięsaka limfatycznego. Kiedy zmarł,
jego żona Elisa została sama z trójką dzieci. Recesja i żałoba
przesądziły o klęsce rodziny Bergoglio. W 1932 roku musieli sprzedać
wszystko: maszyny, firmę, dom, a nawet kaplicę cmentarną. Zostali z pustymi rękami i znaleźli się w nędzy.
Trzeba było zaczynać wszystko od nowa. I z taką samą determinacją, jak
za pierwszym razem, udało im się tego dokonać.
Ale oczywiście, kiedy tamtego ciepłego lutowego poranka po raz pierwszy
postawili stopę na argentyńskiej ziemi, ani mój dziadek ani mój ojciec,
ani babka, która ubrana w wełniane palto rzucała wyzwanie upałom, nic
jeszcze nie wiedzieli o tym, co ich spotka.
Podobnie jak nie wiedziały tego tysiące, miliony kobiet i mężczyzn,
którzy przybyli do Argentyny przed nimi i po nich. Wśród nich byli
rzemieślnicy, drwale, robotnicy budowlani, górnicy, pielęgniarki,
kowale, stolarze, szewcy, krawcy, piekarze, mechanicy, szklarze,
malarze, kucharze, służący, lodziarze, fryzjerzy, robotnicy w kamieniołomach i kamieniarze, kupcy i księgowi oraz niezliczona rzesza
chłopów i prostych robotników. Przywozili ze sobą nędzę, wspomnienia
tragicznych wydarzeń i upokorzeń, ale także siłę, odwagę, wytrwałość,
wiarę. I mnóstwo talentów, które, jak w przypowieści z Ewangelii św.
Mateusza, czekały na okazję, aby zaowocować. Gdy tylko się nadarzyła, ta
banda łachmaniarzy potrafiła zbudować na drugiej półkuli nową część
świata. Wolni i uparci ludzie (rassa nostrana libera e stuarda). W pięknym, przejmującym wierszu opisał ich Nino Costa9, jeden z największych piemonckich poetów tamtych czasów. Poeta umarł na serce,
kiedy dowiedział się o śmierci syna, zaledwie dziewiętnastoletniego
partyzanta. Babka Rosa kazała mi nauczyć się strof tego wiersza w dialekcie:
O bionde di grano pianure argentine... non sentite mai passare un'aria
monferrina o il ritornello di una canzone di montagna? (O złote zbożem
argentyńskie równiny, czyż nie czujecie powiewu Monferrato lub refrenu
góralskiej przyśpiewki?).
Costa poświęcił wiersz Piemontczykom, którzy z Włoch wyemigrowali za
pracą. Niekiedy ci emigranci wracali, a "zarobione pieniądze pozwalały
im na kupno niewielkiego domu lub kawałka ziemi i wychowanie córek...".
Innych "gorączka lub nadszarpnięte podczas pracy zdrowie wtrąciły do
grobu"10 i dziś spoczywają w mogiłach gdzieś na obcym cmentarzu,
un camp-sant foresté.
Z tego właśnie powodu wiele lat później, z okazji mojej pierwszej
papieskiej podróży, chciałem udać się na Lampedusę, maleńką wyspę na
Morzu Śródziemnym, która stała się przyczółkiem nadziei i solidarności
oraz symbolem tragedii migrantów, a także powodem wielu kontrowersji. Na
wodach wokół Lampedusy znajduje się morskie cmentarzysko wielu, bardzo
wielu ofiar. Kiedy kilka tygodni później usłyszałem wiadomość o zatonięciu na Morzu Śródziemnym kolejnego statku, moje myśli znów
skierowały się ku Lampedusie. Ta wyspa jest jak cierń w sercu. Moja
podróż na Lampedusę nie była wcześniej planowana, ale musiałem ją odbyć.
Przecież ja także urodziłem się w rodzinie migrantów. Mój ojciec, mój
dziadek, moja babka, podobnie jak wielu innych Włochów, wyjechali do
Argentyny i poznali los tych, którzy zostali z niczym. Ja również mogłem
znaleźć się wśród tych, którzy dziś spotykają się z odrzuceniem. I w związku z tym zawsze zastanawiam się: dlaczego oni, a nie ja?
Musiałem udać się na Lampedusę, aby się pomodlić, okazać bliskość,
wyrazić wdzięczność i dodać otuchy wolontariuszom i mieszkańcom tego
spłachetka ziemi, potrafiącym dać konkretny wyraz solidarności. A przede
wszystkim po to, by wstrząsnąć sumieniem nas wszystkich i przypomnieć o poczuciu odpowiedzialności.
Jedna ze sztuk hiszpańskiego dramatopisarza Lope de Vegi11 opowiada
o tym, jak mieszkańcy miasta Fuente Ovejuna zabijają gubernatora,
ponieważ jest tyranem. Nie wiadomo, kto właściwie dokonał egzekucji. Gdy
więc sędzia królewski pyta: "Kto zabił gubernatora?", wszyscy
odpowiadają: "Fuente Ovejuna, panie". Wszyscy i nikt.
To pytanie wysuwa się na pierwszy plan również dzisiaj. Kto ponosi
odpowiedzialność za tę śmierć? Nikt! Wszyscy gotowi jesteśmy udzielić
takiej samej odpowiedzi: To nie ja, nie mam z tym nic wspólnego, to ktoś
inny, na pewno nie ja.
Globalizacja obojętności sprawia, że wszyscy jesteśmy "bezimienni" jak
ów Innominato z powieści Manzoniego12. Bezimienni, pozbawieni
twarzy, niepomni historii i przeznaczenia, w obliczu strachu, który
wiedzie nas do szaleństwa, słyszymy pytanie Boga skierowane do Kaina:
"Gdzie jest brat twój, Abel? (...) Krew brata twego głośno woła ku mnie z ziemi!" 13 .
2. Zbyt długo mieszkała moja dusza z tymi, co nienawidzą pokoju
2
Zbyt długo mieszkała moja dusza z tymi, co nienawidzą pokoju
Emigracja i wojna to dwie strony tego samego medalu. Jak słusznie
napisano, wojna jest największą fabryką migrantów. Zmiany klimatyczne i ubóstwo to w dużej mierze zatrute owoce wojny, jaką człowiek
wypowiedział bardziej sprawiedliwej dystrybucji zasobów, przyrodzie, na
zamieszkanej przez siebie planecie.
Dzisiejszy świat jest z każdym dniem coraz bardziej światem elit,
okrutnym wobec wykluczonych i odrzuconych. Kraje rozwijające się wciąż
są pozbawiane swoich najcenniejszych zasobów naturalnych i ludzkich na
rzecz kilku uprzywilejowanych rynków.
Prawdziwy postęp ma charakter inkluzyjny i przynosi owoce, ponieważ jest
ukierunkowany na przyszłość i młode pokolenia. Rozwój pozorny natomiast,
wykluczając wielu, zawsze i wszędzie sprawia, że bogaci stają się coraz
bogatsi, a biedni ubożeją. Biednym nie wybacza się niczego, nawet
niedostatku. Nie mogą sobie pozwolić na nieśmiałość czy zniechęcenie.
Zawsze są postrzegani jako zagrażający lub nieudolni. Nie wolno im
dostrzec światełka nawet w tunelu ich własnej nędzy. Aby pozbyć się ich
obecności, ich widoku na ulicach, posunięto się do opracowania i realizacji odstraszających konstrukcji architektonicznych.
Łudząc się, że będzie bezpiecznie, można budować mury i barykadować
wejścia na szkodę tych, którzy zostają na zewnątrz. Ale nie będzie tak
zawsze. "Dzień Pana", opisany przez proroków (Am 5,18; Iz 2,5; Jl 1,3),
zburzy bariery między państwami i zastąpi wrogość nielicznych
solidarnością wielu. Zepchnięcie na margines i nękanie milionów ludzi
nie może trwać bez końca. Ich krzyk jest coraz głośniejszy i w końcu
ogarnie całą ziemię. Jak pisał ksiądz Primo Mazzolari14, jeden
z wielkich włoskich duszpasterzy, prorocza, świetlista i "niewygodna"
twarz nieklerykalnego Kościoła: "Człowiek biedny to niemilknący protest
przeciwko wyrządzanym przez nas niesprawiedliwościom; biedak jest jak
beczka prochu. Jeśli ją podpalisz, wybuchnie cały świat"15.
Nie da się zignorować naglących wezwań Słowa Bożego. Gdziekolwiek
skierujemy wzrok, Pismo Święte wskazuje ubogich, tych, którym brak
środków do życia, uciśnionych, poniżonych, sieroty, wdowy, obcych,
migrantów. Jezus nie obawiał się utożsamiać z tą niezliczoną rzeszą
maluczkich. "Wszystko co uczyniliście jednemu z tych braci moich
najmniejszych, Mnieście uczynili" (Mt 25,40). Nie macie czynić dobra
sobie podobnym, ani członkom własnej kasty, ale właśnie "najmniejszym",
głodnym, spragnionym, pozbawionym odzienia. Nie dostrzegać tego
utożsamienia się Jezusa z ubogimi to starać się rozwodnić Objawienie,
zakłamywać Ewangelię, czyniąc z niej folklorystyczne przedstawienie, a nie stały element naszego życia. Wśród chrześcijan nikt nie jest
pierwszy, bo to ostatni będą pierwszymi. I to właśnie oni, ci "ostatni"
z egzystencjalnych peryferii naszych miast codziennie błagają Pana o wybawienie od zła, które ich dotyka. To oni zostali oszukani i porzuceni, by umrzeć na pustyni, to ich torturowano, maltretowano i gwałcono w obozach dla uchodźców, to oni rzucili wyzwanie nieznającym
litości morskim falom.
Współczesne wojny toczą się tylko w niektórych regionach świata, a używana podczas nich broń produkowana jest gdzie indziej. Wytwarzana
jest w regionach, skąd wyrzuca się i oddala uchodźców, którzy uciekają
przed wojną.
W dzieciństwie od dziadka Giovanniego dowiedziałem się, czym jest wojna.
To z jego ust po raz pierwszy słyszałem te dramatyczne opowieści.
Podczas I wojny światowej dziadek walczył na froncie na rzece Piawa.
W czerwcu 1904 roku, mając dwadzieścia lat, metr sześćdziesiąt sześć
centymetrów wzrostu, ciemne, falujące włosy i brązowe oczy, z powodu
"niewydolności płucnej" wykrytej przez komisję poborową został
"wyłączony " z trzyletniej służby wojskowej. Wrócił wtedy do domu, do
Portacomaro. Dwa lata później, na początku 1906 roku, przeniósł się do
Turynu. Najpierw pracował jako "złota rączka" w sklepie bławatnym swego
wuja Carla, który jako jeden z pierwszych naszych krewnych zamieszkał w stolicy, a następnie znalazł zatrudnienie w kawiarni, jak się wtedy
mówiło, jako "liquorista". Jego losy nieuchronnie splecione były z historią wielu innych młodych ludzi tamtej epoki, kiedy zaczynały
powstawać pierwsze duże ośrodki przemysłowe, kiedy próbując uciec od
biedy i niedostatku, wyjeżdżano ze wsi w nadziei na usamodzielnienie się
i lepszy zarobek w miastach.
Każdy emigrant ma swoje korzenie. Rodzina Bergoglio od zawsze miała je w Portacomaro, wśród stromych zboczy, porośniętych lasami orzechowymi. W lutym 2001 roku, zaledwie kilka godzin przed otrzymaniem od Jana Pawła
II kardynalskiej godności, po raz ostatni wspiąłem się drogą do Bricco
Marmorito. Patrzyłem na wzgórza, winnice, na stojący wśród nich dom.
Schyliłem się, by podnieść garść ziemi. Tutaj urodził się mój dziadek,
tu zmarł jego ojciec Francesco, tu właśnie są nasze korzenie.
Wróciłem do Portacomaro również jako papież, z okazji
dziewięćdziesiątych urodzin mojej kuzynki Carli, które świętowaliśmy u niej w domu. Razem z nią i kuzynem Elio jedliśmy pierożki agnolotti i piliśmy lokalne wino grignolino. Czasami do nich dzwonię i wtedy
rozmawiamy w piemont?is, który był moim pierwszym językiem. Jeśli
akurat Elio gra w kręgle, rozmawiam chwilę ze wszystkimi. Oni wciąż
mówią do mnie Giorgio.
Giovanni i moja babka Rosa poznali się w Turynie. Rosa Margherita
Vassallo była w tym samym wieku co Giovanni i także przybyła do miasta z daleka. Urodziła się blisko sanktuarium Todocco, w Piana Crixia, w prowincji Savona, na granicy Ligurii i Piemontu. Pochodziła z licznej
rodziny: była ósma z dziewięciorga rodzeństwa. Przyjechała do Turynu
jako mała dziewczynka. Powierzono ją opiece ciotki ze strony matki,
Rosie, która stróżowała w jednej z kamienic w centrum miasta. Jej mąż
miał na imię Giuseppe i był szewcem. Dla moich pradziadków, Angeli i Piera, rodziców Rosy, nie była to łatwa decyzja. Zastanawiali się i dyskutowali długo, zasięgając nawet opinii proboszcza i nauczycielki.
Ostatecznie wszyscy zgodnie zdecydowali, że bystre, ciekawe,
inteligentne dziecko, które mimo trudnych warunków wydawało się bardzo
zdolne, powinno mieć możliwość ukończenia szkoły podstawowej. Rosa
zasługiwała na lepszą przyszłość. Jako ośmioletnia dziewczynka opuściła
więc rodzinną wioskę i przebyła ponad 140 kilometrów, które dzieliły ją
od miasta. Place i ulice Turynu wydawały jej się ogromne, dziwiły
opierające się o siebie domy, a światło ulicznych latarni zdawało się
nigdy nie gasnąć. Ten wspaniały wynalazek, przywieziony z Paryża i określany słowem elektryczność, w cudowny sposób poruszał również
tramwaje, których już nie musiały ciągnąć konie. Oboje wujostwo byli po
pięćdziesiątce i nie mieli dzieci. Przyjęli więc małą dziewczynkę z radością, jakby była ich własną córką. Moja babka bardzo przywiązała się
do ciotki Rosy i nawet znalazłszy się na drugim końcu świata,
utrzymywała z nią kontakt. Oczywiście korespondowała także z rodzicami i rodzeństwem, przesyłając wiadomości i zdjęcia.
Kiedy na początku XX wieku w Turynie mój dziadek po raz pierwszy
zobaczył Rosę, była drobną dziewczyną o kasztanowych włosach i oczach
tak wielkich, jak jej odwaga. Pracowała jako szwaczka.
Młodzi zakochali się w sobie i 20 sierpnia 1907 roku pobrali się w kościele św. Teresy. Zamieszkali tuż obok świątyni, a kiedy 2 kwietnia
następnego roku urodził się ich pierworodny syn, Mario Giuseppe
Francesco, mój ojciec, tam też go ochrzcili.
W czerwcu 2015 roku, podczas wizyty duszpasterskiej w Turynie z okazji
wystawienia Całunu, zatrzymałem się na modlitwie w tym małym barokowym
kościółku. Ucałowałem chrzcielnicę i poczułem, jakbym wrócił do domu.
Dziadek Giovanni i jego żona, mając małe dziecko, musieli w życiu stawić
czoło wielu trudnościom. Niespełna dziesięć lat później wybuchła wojna.
Wszyscy rezerwiści otrzymali powołanie, gdyż na wojnie zawsze potrzeba
nowych ludzi. Dziadek był już wtedy po trzydziestce.
Eszelon z Turynu do Mediolanu
nie zatrzymuje się już,
ale jedzie nad Piawę,
na cmentarzysko młodych 16.
Dziadek otrzymał numer ewidencyjny 15 543. Zdaniem komisji poborowej był
młodym mężczyzną o zaokrąglonym podbródku (tak jak ja) i ostrym nosie. W rubryce zawód wpisano "kawiarz". W jego płucach nie nastąpiły żadne
zmiany, ale tym razem komisja poborowa nie znalazła nic, co by
uniemożliwiało odbycie służby wojskowej. Na początku lipca 1916 roku
dziadek dostał przydział do 78. pułku piechoty, stacjonującego w Casale
Monferrato. W listopadzie został stamtąd wysłany na front przebiegający
wzdłuż rzek Piawa i Isonzo, na granicy Włoch i Słowenii na północ od
Gorycji, w rejonie Monte Sabotino. W tym samym rejonie ksiądz Mazzolari
stracił swojego jedynego brata, który służył w 26. pułku
artylerii17.
Dziadek w okopach, w ogniu coraz bardziej zaciętych walk, spędził wiele
miesięcy.
Z jego opowieści dowiedziałem się mnóstwa rzeczy. Nauczył mnie także
kilku żartobliwych piosenek, wykpiwających dowódców, a nawet króla i królową.
Generał Ludwik Cadorna tak pisze do królowej:
"Gdybyś Triest widzieć chciała, to na kartce pocztowej".
Bum bum bum to strzałów słychać szum.
Generał Ludwik Cadorna zajada się stekami,
a nas, biednych żołnierzy, karmi się kasztanami.
Bum bum bum to strzałów słychać szum.
Generał Ludwik Cadorna napycha sobie brzuch,
a nasza wielka armia rozbita jest już w puch.
Bum bum bum to strzałów słychać szum.
Generał Ludwik Cadorna powozić bardzo chciał,
a za swego osiołka króla Italii miał.
Bum bum bum to strzałów słychać szum18.
Zdarzało się, jak w przypadku przebywającego na przepustce młodego
murarza z doliny Bergamo w stopniu kaprala, że za śpiewanie takich
piosenek, pod zarzutem defetyzmu i niesubordynacji, można było zostać
skazanym na sześć lat wojskowego aresztu.
Dziadek opowiadał mi o okropnościach, bólu, strachu i absurdalnym,
alienującym bezsensie wojny. Przytaczał także przykłady braterstwa
między piechurami z wrogich sobie oddziałów, złożonych po obu stronach
frontu z biednych chłopów i robotników. Żołnierze przerzucali się
dowcipami, posługując się językiem gestów i mimiki i niewielu słowami,
jakie znali w języku przeciwnika, dzielili się odrobiną tytoniu,
kawałkiem chleba, czym tylko mogli. Inicjowali małe rozejmy, aby
złagodzić trud i wyobcowanie życia w okopach. Oczywiście, wszystko to w tajemnicy, ponieważ dowódcy nierzadko surowo karali takie gesty
człowieczeństwa, nakazując egzekucje, a w niektórych przypadkach
strzelając do własnych oddziałów w okopach. Za wszelką cenę starali się
udaremnić wzajemne kontakty żołnierzy, którzy w miarę upływu czasu coraz
lepiej rozumieli, że wrogowie, widziani z bliska, gdy spojrzeć im w oczy, w niczym nie przypominają przerażających potworów opisywanych
przez propagandę wojenną. Byli takimi samymi zmęczonymi i przerażonymi
nędzarzami, siedzącymi w takim samym błocie, cierpiącymi tak samo. Il
tuo stesso identico umore/ ma la divisa di un altro colore19
(Każdy żołnierz, jak tamci ponury, choć różne noszą mundury), jak
śpiewał w jednej ze swoich ballad znany włoski piosenkarz.
Co zostawia po sobie wojna? Przede wszystkim tragiczny bilans ofiar.
Wśród żołnierzy 78. pułku dziadka było 882 zabitych, 1573 zaginionych i 3846 rannych. To byli jego koledzy, towarzysze broni, przyjaciele.
"Wydawało się, jakby dowódców ogarnęło szaleństwo - wspominał inny
piemoncki żołnierz, porucznik piechoty wysłany na linię frontu nad
Isonzo z 68. pułkiem. - Naprzód! Nie dajesz rady? Kogo to obchodzi?
Naprzód, naprzód! Byliśmy jak pijani. Ci, którzy wydawali rozkazy, byli
daleko, a przez lornetkę widok nacierającej piechoty musiał być
ekscytujący. Generałowie nie byli z nami; nigdy nie widzieli zasieków,
chyba że przed wejściem do gmachu, gdzie mają biura"20.
"Ludzie to amunicja, której nigdy nie braknie" - stwierdził cynicznie
szef sztabu, generał Cadorna. Podczas gdy inny wysoki rangą oficer
donosił: "Isonzo to dziś rzeka umarłych".
Wojna światowa przyniosła miliony ofiar. Połowa zmobilizowanych
żołnierzy zginęła, inni zostali ciężko ranni lub uznani za zaginionych.
Według najbardziej ostrożnych szacunków, wskutek wojny na grobach
cywilów i żołnierzy wyrosło co najmniej 15 milionów krzyży. Liczba ta
wzrośnie nawet czterokrotnie, jeśli uwzględnić ofiary grypy hiszpanki.
Epidemia zbiegła się z wybuchem wojny, jak to nierzadko bywa również
współcześnie.
Ostatecznie była to rzeczywiście ogromna "bezużyteczna rzeź", którą
papież Benedykt XV potępił w swoim szczerym liście do przywódców
walczących narodów, nazywając ją samobójstwem cywilizowanej
Europy21.
Dziadek przeżył wojnę i po przeniesieniu do 9. pułku lekkiej piechoty
zmechanizowanej (Bersaglieri) w Asti opuścił pole bitwy. W grudniu 1918
roku został urlopowany, a następnie zwolniony z zaświadczeniem o "godnej
pochwały postawie" i przyznaną mu kwotą 200 lirów do odebrania. Dziś to
mniej więcej 300 euro. To była nagroda za to, że uniknął śmierci. Po
trzech latach mógł w końcu wrócić do rodziny. "Zbyt długo mieszkała moja
dusza z tymi, co nienawidzą pokoju" (Ps 119,6).
Podobnie jak wielu innych dziadków we Włoszech i w całej Europie,
dwukrotnie rozpoczynał życie na nowo: najpierw jako weteran, który
uszedł z życiem, a później jako świadek tamtych wydarzeń, opowiadając o nich swym dzieciom i wnukom.
Co jeszcze pozostawia po sobie wojna? Niesprawiedliwość. Przychodzą tu
na myśl słowa, które ksiądz Lorenzo Milani, kapłan i nauczyciel, wielki
rewolucyjny wychowawca, napisał do swoich uczniów w 1965 roku:
"Wzięliśmy książki i cofnęliśmy się o ponad sto lat w poszukiwaniu
"sprawiedliwej wojny". To jednak nie nasza wina, że jej nie znaleźliśmy...
Kiedy chodziliśmy do szkoły, nasi nauczyciele, niech Bóg im wybaczy,
oszukiwali nas. Niektórzy ludzie naprawdę im uwierzyli, ale oni nas
oszukali i sami też zostali oszukani. Niektórzy zdawali sobie sprawę, że
nas oszukują, ale obawiali się do tego przyznać. Większość traktowała tę
kwestię tylko powierzchownie, bo przecież wszystkie wojny zawsze toczyły
się "za ojczyznę". Nasi nauczyciele zapomnieli zwrócić nam uwagę na coś
oczywistego, a mianowicie, że armie maszerują zawsze na rozkaz klasy
rządzącej... Nie mogę nie ostrzec moich chłopców, że ich nieszczęśliwi
ojcowie cierpieli i zmuszali ich do cierpienia na wojnie w obronie
interesów nielicznej kasty (do której nawet nie należeli!), a nie
interesów Ojczyzny. (...) Niektórzy zarzucają mi brak szacunku dla
poległych. To nieprawda. Mam wiele szacunku dla tych nieszczęsnych
ofiar. I dlatego właśnie jestem przekonany, że bym obraził ofiary,
chwaląc tych, którzy wysyłali je na śmierć po to, by ocalić siebie. (...)
Z drugiej strony szacunek należny zmarłym nie może powodować, że zapomnę
o moich żyjących dzieciach. Nie chcę, by spotkała je taka sama tragedia.
Jeśli pewnego dnia będą chcieli złożyć swoje życie w ofierze, będę z nich dumny. Jednak musi to nastąpić w imię Boga, w imię ubogich, a nie w imię dynastii sabaudzkiej czy pana Kruppa"22.
Co zostaje po wojnie? Zazwyczaj zalążki nowego konfliktu, nowych aktów
przemocy, nowych błędów i okropności. Wielu historyków wskazuje, że w Europie także nazizm i ultranacjonalizm były pod pewnymi względami li
tylko owocem poprzedniego konfliktu. Dziś jest podobnie. Wyścig zbrojeń,
rozszerzanie stref wpływów, agresywna i brutalna polityka nie zapewniają
stabilizacji. Nigdy. Inteligentna wojna nie istnieje: wojna niesie tylko
nędzę, broń - tylko śmierć. Wojna jest głupia. I prawie zawsze ludzie
zdawali sobie z tego sprawę. Ludzie nie są głupi. Albert Einstein
napisał: "Jestem jednak dobrego mniemania o ludzkości i sądzę, że ponure
to widmo dawno by już sczezło, gdyby nie to, że określone materialne i polityczne interesy korumpują systematycznie zdrowy rozsądek ludów,
posługując się do tego szkołą i prasą"23.
W sercu Giovanniego Angelo Bergoglio, syna Francesco Giuseppe i Marii
Brugnano, urodzonego 13 sierpnia 1884 roku w Bricco Marmorito di
Portacomaro Stazione, mojego dziadka, wojna, podczas której walczył, i ta, która już się zapowiadała, pozostawiła głęboko zakorzeniony sprzeciw
wobec monarchii. Będzie mu towarzyszył do końca życia.
- To niesprawiedliwe! - mówił. - To niesprawiedliwe, że ludzie muszą
utrzymywać całe to konsorcjum leniwych zjadaczy chleba, płacąc za ich
przywileje i przywary własną skórą! Niech pójdą do pracy!
Pamiętam jego radość, gdy w czerwcu 1946 roku nadeszła wiadomość o porażce zwolenników monarchii we Włoszech i ogłoszeniu republiki. W referendum, w którym wybrano republikę, po raz pierwszy głosowały
również kobiety. Tylko w stosunku do księżniczki Mafaldy, którą
społeczność weteranów i emigrantów szyderczo nazywała Malfait,
pohamowywał swoją niechęć do dynastii sabaudzkiej. Uważał, że
księżniczka sama wycierpiała wiele i tym samym zapłaciła za wszystkich.
Po tym jak dziadek wyemigrował na drugi koniec świata, jego matka Maria,
moja prababka, dwukrotnie pokonywała długą drogę z Włoch do Argentyny,
aby odwiedzić jego i resztę rodzeństwa. Prababka, urodzona w 1862 roku w San Martino Alfieri, kilka kilometrów od Asti, była bardzo poczciwą
kobietą. Zmarła na początku lat trzydziestych XX wieku, podczas swojej
drugiej wizyty w Argentynie, w prowincji Santa Fe i tam też została
pochowana. Jej synowie asfaltowali wówczas odcinek drogi krajowej Ruta
właśnie w tej prowincji.
W naszej rodzinie wszystkim wpajano szacunek dla zmarłych. W moim
mniemaniu prababka po śmierci nie została uszanowana jak trzeba, gdyż
pięć lat później jej ciało ekshumowano i przełożono do mniejszej trumny.
Pamiętam, z jaką miłością i oddaniem moja matka, która podjęła się
dokonania tej bolesnej czynności, czyściła alkoholem szczątki zmarłej.
Nadal jednak miałem wrażenie, że coś jest nie tak. Wreszcie jakieś
dwadzieścia lat temu udało mi się znaleźć miejsce pochówku mojej
prababki i przenieść jej trumnę do rodzinnego grobowca. Teraz spoczywa
wraz z dziećmi i resztą krewnych. Jej szczątki znalazły miejsce w grobie
rodzinnym syna Eugenia, na angielskim cmentarzu José C. Paz. Drugi z jej
synów, Giovanni, mój dziadek, zmarł w wieku osiemdziesięciu lat i został
pochowany na cmentarzu Jardín de Paz. Kiedy odszedł, 30 października
1964 roku we włoskim szpitalu, z powodu guza dróg żółciowych, byłem
nauczycielem w Santa Fe.
O ile o pierwszej wojnie światowej słyszałem z ust mojego dziadka, to
drugą poznałem w Buenos Aires z opowieści licznych emigrantów, którzy
przybywali do Argentyny, uciekając przed nią lub jako jej ofiary.
Uchodźców było bardzo wielu... miliony Włochów, Niemców, Polaków... Wielu
Polaków pracowało jako robotnicy w fabryce, gdzie był zatrudniony mój
ojciec. Słuchając opowieści tych mężczyzn i kobiet, my, dzieci,
dowiadywaliśmy się, co się stało, słuchaliśmy opowieści o bombardowaniach, prześladowaniach, deportacjach, o obozach
koncentracyjnych i obozach zagłady. Próbowaliśmy zrozumieć ten nowy,
straszny konflikt. Dlatego uważam, że młodzi ludzie powinni poznać
skutki obu wojen światowych ubiegłego wieku. Pamięć bowiem to skarb,
bolesny, lecz konieczny, by kształtować sumienie.
Ten skarb przyczynił się także do rozwoju włoskiej i europejskiej
sztuki.
W tamtych latach rodzice zabierali nas na filmy Rosselliniego, Vittoria
De Siki, Viscontiego i wielu innych twórców epoki neorealizmu. Podczas
jednego seansu oglądało się trzy obrazy: jeden główny i dwa pomniejsze.
Przynosiliśmy z domu kanapki i spędzaliśmy cały dzień w kinie. Moim
zdaniem powojenne neorealistyczne filmy włoskie to wielka szkoła
humanizmu. Dzieci patrzą na nas, film, którym De Sica dał początek
epoce neorealizmu, powinien być pokazywany na kursach przedmałżeńskich
do dziś. Ja opowiadam o nim na ślubach, których udzielam. Świetnie
pamiętam też niektóre sceny z filmu Roma citta aperta (Rzym miasto
otwarte). Anna Magnani i Aldo Fabrizi to byli nasi mistrzowie. Uczyli
nas walki, nadziei, mądrości. Często cytuję zdanie, które Magnani
powtarzała wizażystce na planie: "Zostaw mi wszystkie zmarszczki, nie
ukrywaj żadnej z nich. Pracowałam na nie przez całe życie".
Nannarella24 była mądrą kobietą.
A potem był Fellini. Jako chłopiec z zachwytem oglądałem jego filmy aż
do Słodkiego życia25. Miałem osiemnaście lat, kiedy widziałem
La strada, z którą do dziś się utożsamiam.
W kluczowej scenie młody siłacz, przywodzący na myśl postać Bożego
Szaleńca, mówi do zagubionej w świecie grającej na trąbce Giulietty
Masiny, Gelsominy:
- Nie uwierzysz, ale każda rzecz na tym świecie ma swoje przeznaczenie.
Nawet ten kamień.
- Który?
- Ten. Jakikolwiek. Nawet ten kamień jest tu z jakiegoś powodu.
- Z jakiego powodu?
- Jest tu, ponieważ... Co ja zresztą wiem? Gdybym to wiedział, byłbym...
- Kim?
- Bogiem Wszechmogącym, który wie wszystko. Kiedy się urodzisz, kiedy
umrzesz. Nie, nie wiem, po co jest ten kamień, ale musi czemuś służyć.
Inaczej nic nie miałoby sensu. Nawet gwiazdy. Przynajmniej tak myślę.
Nawet ty... Ty również jesteś tu z jakiegoś powodu... z tą twoją głową
karczocha26.
Cała ta scena wyraźnie nawiązuje do św. Franciszka. Także kamień.
Jesteśmy tylko kamykami leżącymi na ziemi. A przecież "kamień, który
odrzucili budujący, stał się głowicą węgła" (Mt 21,42). I to właśnie ten
kamień nadaje sens wszystkiemu, także temu, czego nie rozumiemy. Św.
Ignacy Loyola uczył, by "szukać i znajdować Boga we wszystkim".
Doskonale zdaję sobie sprawę, że w tamtych czasach niektóre z tych
włoskich filmów, a przede wszystkim Słodkie życie, były krytykowane w pewnych kręgach, w tym także kościelnych. Ale zawsze znajdzie się jakiś
świętoszek, którego oburzy postać tryskającej życiem dziewczyny w fontannie di Trevi.
We wszystkich tych filmach wiele jest prawdziwie artystycznych głębokich
treści. Są jak wydobyte na powierzchnię kamienie.
Pier Paolo Pasolini uważał, że Słodkie życie podejmuje kwestie
"relacji między grzechem a niewinnością"27 i że w tym
przypadku mamy do czynienia z najwznioślejszym przykładem współczesnego
katolicyzmu. Jezuita ojciec Nazareno Taddei mówił w odniesieniu do tego
filmu o "wspaniałej duchowości chrześcijańskiej", a inny jezuita, ojciec
Virgilio Fantuzzi, który był przyjacielem Felliniego, pisał, że "każde
dzieło tego autora jest ożywione tajemniczym tchnieniem ukrytego Boga".
Na swój sposób wszyscy trzej mieli rację. Te filmy to skarb, z którego
powinniśmy czerpać. To współczesna pedagogia.
W tamtych czasach również kino argentyńskie - myślę o Los isleros
Lucasa Demare - było głęboko humanistyczne, stanowiąc nieodłączną część
kultury rodzinnej, a także punkt wyjścia moralnej refleksji w codziennych rozmowach z dziećmi. Tamto kino argentyńskie było na
najwyższym poziomie.
Trzeba młodym ludziom przybliżyć wspomnienia i korzenie dziadków, ojców
i matek, by nie znaleźli się w próżni i nie popełniali tych samych
błędów. Powinni dowiedzieć się, na przykład, jak rodzi się i umacnia
wypaczony populizm, jak odgradza się i izoluje suwerenizm. Wystarczy
przywołać tutaj wybory w Niemczech w latach 1932-1933 i Adolfa Hitlera.
Ten były żołnierz piechoty, mający obsesję na punkcie klęski I wojny
światowej i "czystości krwi", obiecywał rozwój Niemiec po upadku rządu,
który zawiódł społeczne oczekiwania. Niech młodzi ludzie wiedzą, jak
zaczyna się populizm i jak to się kończy. Obietnice, które opierają się
na strachu, przede wszystkim na lęku przed obcymi, są charakterystyczne
dla populizmu. To początek dyktatury i wojny. Musimy pamiętać, że dla
tych, których uważamy za innych, to my jesteśmy inni.
Opowieści mojego dziadka Giovanniego rozbrzmiewały w moich uszach i sercu, kiedy we wrześniu 2014 roku udałem się na wielki cmentarz-pomnik
w Redipuglia w prowincji Gorycji. W tym miejscu pochówku ofiar I wojny
światowej spoczęły szczątki ponad 100 tysięcy włoskich żołnierzy, z których 60 tysięcy pozostało bezimiennych. Zabrano im wszystko, nawet
nazwiska, a ich rodzinom i krewnym także ich groby. Wcześniej byłem w Fogliano, gdzie pochowano 15 tysięcy walczących przeciwko sobie
żołnierzy pięciu różnych narodowości, tylko w niewielkiej liczbie
zidentyfikowanych.
Zachwyciłem się przejmującym pięknem tamtejszego krajobrazu, widziałem
mężczyzn i kobiety pracujących, by utrzymać rodzinę, bawiące się dzieci,
zamyślonych starców... i nagle stanąłem wśród tysięcy takich samych
grobów, w których pochowano młodych mężczyzn. Odprawiając mszę świętą,
wraz z biskupami i kilkuset księżmi, którzy przybyli ze wszystkich
krajów zaangażowanych w konflikt w latach 1915-1918, powiedziałem, że
wojna to szaleństwo. Przed oczami miałem przecież brutalny dowód tego
stwierdzenia, jego demonstrację plastyczną. Podczas gdy Bóg realizuje
swoje dzieło stworzenia i wzywa nas do współpracy, wojna niszczy
wszystko. Nawet to, co Bóg stworzył najpiękniejszego: człowieka i jego
braterskie więzi. Wojna to szaleństwo, a jej obłąkany plan zakłada
jedynie zniszczenie. Nad wejściem na cmentarz widniało szydercze motto
każdej wojny: "Co mnie to obchodzi?". Tak samo Kain odpowiedział Bogu:
"Czyż jestem stróżem brata mego?" (Rdz 4,9). Kto wypowiada te słowa, z nikim innym się nie liczy, nie patrzy w oczy nikomu: ani starcom czy
dzieciom, ani matce czy ojcu...
W Redipuglia płakałem. I to samo przydarzyło mi się podczas obchodów ku
czci poległych we wszystkich wojnach, w 2017 roku w Anzio, na
amerykańskim cmentarzu w Nettuno, kiedy przechodziłem wzdłuż
niekończących się rzędów białych krzyży. Były bardzo podobne do tych,
które dwa lata później, w 75. rocznicę desantu aliantów, widziałem w Normandii. W walce z barbarzyństwem nazizmu tylko jednego dnia poległy
tysiące żołnierzy i jeszcze więcej cywilów. Po stronie niemieckiej
zginęło 10 tysięcy żołnierzy, którzy walczyli i oddali życie posłuszni
zbrodniczej ideologii. Wszyscy ci ludzie, którzy zostali tam pochowani,
mieli też własne plany, marzenia, umiejętności, które mogli rozwinąć i dobrze wykorzystać. Lecz usłyszeli tylko: "Co mnie to obchodzi?".
Tak samo jest i dziś. W imię dawnych i nowych interesów, szalonych
planów geopolitycznych, pieniędzy i władzy. Także i dzisiaj stratedzy
terroru, inspiratorzy konfrontacji i producenci broni mają w sercu
wyryte te same słowa: "Co mnie to obchodzi?". Te słowa bezczeszczą i wykorzystują nawet to, co uważamy za najświętsze: nawet Boga. Nie ma
boga wojny. Wojnę prowadzi szatan. Bóg jest pokojem. Dlatego w dokumencie o ludzkim braterstwie podpisanym wspólnie z wielkim imamem
uniwersytetu Al-Azharr w Kairze, Ahmadem al-Tajebem, w Zjednoczonych
Emiratach Arabskich w lutym 2019 roku obaj: "wzywamy wszystkich, których
to dotyczy, do zaprzestania posługiwania się religią w celu wzbudzania
nienawiści, przemocy, ekstremizmu oraz ślepego fanatyzmu, do
zaprzestania używania imienia Boga dla usprawiedliwiania zabójstw,
eksterminacji, terroryzmu oraz ucisku". Prosimy o to "na podstawie
naszej wspólnej wiary w Boga, który nie stworzył ludzi, żeby byli
zabijani lub walczyli ze sobą nawzajem, ani też by byli torturowani czy
poniżani w swoim życiu i egzystencji. Bóg Wszechmogący nie potrzebuje
niczyjej obrony i nie chce, aby Jego imię było używane do terroryzowania
ludzi"28. Wykorzystywanie Boga jako alibi naszych grzechów i zbrodni to jedno z najcięższych bluźnierstw.
Trzeba zrobić wszystko, aby skończyć z wyścigiem zbrojeń, utrudniając
dostęp do broni zarówno poszczególnym jednostkom, jak i państwom, na
frontach wojen i w naszych miastach. Szczególnie w krajach bardziej
rozwiniętych, gdzie wyścig zbrojeń usprawiedliwia efemeryczny konsensus
lub złudne poczucie bezpieczeństwa. Chęć, by zwalczyć zło złem,
nieuchronnie prowadzi do najgorszego. A przywódcy polityczni o takiej
mentalności, którzy nie wiedzą, jak prowadzić dialog, jak konfrontować
się ze sobą, którzy interpretują swoją rolę z arogancją, a nie z pokorą
kogoś powołanego, by tkać wątki współistnienia, nie są w stanie popchnąć
żadnego kraju w kierunku pokoju, sprawiedliwości i dobrobytu. Pchają go
natomiast w przepaść zniszczenia.
Od początku mojego pontyfikatu było jasne, że po klęsce II wojny
światowej coraz wyraźniej widać zarysy trzeciej wojny "w kawałkach", w której ofiarą zbrodni, masakry, zniszczeń i przerażającego okrucieństwa
pada przede wszystkim ludność cywilna, starcy, kobiety i dzieci. Jak się
wydaje, to główna cecha wszystkich współczesnych wojen. W przeszłości
ten, kto wypowiadał wojnę, wysyłał innych, aby ginęli zamiast niego.
Wojny toczyły się "w imię króla!", choć podczas nich ginęli chłopi.
Pierwsza wojna światowa, w której walczyli nasi dziadkowie, stanowiła
swego rodzaju przełom. Odtąd w każdym konflikcie, od Bliskiego Wschodu
po Bałkany, od Azji po Afrykę, przytłaczającą większość ofiar - aż 80
procent na początku XXI wieku - stanowi ludność cywilna. Jeden z korespondentów wojennych pisał, że: "w wyniku współczesnych działań
wojennych tak zwane straty uboczne to teraz żołnierze". Na przestrzeni
ostatnich trzydziestu lat podczas większości konfliktów łatwiej ujść z życiem w mundurze niż w dziecięcej czerwonej koszulce. Teraz zabija się
głównie bezbronnych, a co trzecia ofiara to dziecko. Ci, których dotyka
szaleństwo wojny, doświadczają go nie z własnej woli. Są tylko ofiarami.
Nie ma to nic wspólnego z bohaterstwem, z retoryką wojenną. Dzisiaj
wojna to tylko tchórzostwo i wstyd. I ten wstyd wszyscy powinniśmy
odczuwać. Prawdziwe nieszczęście jest wtedy, kiedy nie wstydzimy się już
niczego.
Mój dziadek Giovanni i wielu innych dziadków, a także nasi ojcowie
ostrzegali, że wojna zawsze czyha za rogiem. I rzeczywiście, jest bardzo
blisko, w każdym z nas. Każdy konflikt bowiem rozpoczyna się najpierw w sercu.
Nie można pozwolić, by w naszej świadomości utrwalił się obraz mężczyzn,
kobiet i dzieci bezkarnie tonących w Morzu Śródziemnym. Raz, drugi,
kolejny...
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki