Nadzieja. Autobiografia - Papież Franciszek

Kup ebooka

38.90 zł
30.49 zł (30,89 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Prolog

Naoczni świad­ko­wie opo­wia­dali, że naj­pierw poja­wiło się przy­po­mi­na­jące trzę­sie­nie ziemi drże­nie. Pod­czas całej podróży pasa­że­ro­wie czuli zło­wiesz­cze drga­nia, a "prze­chył statku był taki, że rano nie można było posta­wić na stole fili­żanki z mleczną kawą, boby się roz­lała". To drże­nie było jed­nak zupeł­nie inne. Przy­po­mi­nało eks­plo­zję bomby. Pasa­że­ro­wie w pośpie­chu opu­ścili wspólne pomiesz­cze­nia i pry­watne kajuty i wyle­gli na pokład, pró­bu­jąc zorien­to­wać się, co się stało. Było późne popo­łu­dnie. Sta­tek pły­nął kur­sem na Porto Seguro w Bra­zy­lii. Wstrząs, jaki odczuli, nie został spo­wo­do­wany eks­plo­zją, to był raczej ogłu­sza­jący grzmot. Paro­wiec gwał­tow­nie zmie­nił kurs i zaczął zacho­wy­wać się jak naro­wi­sty koń, hal­su­jąc i nie­spo­dzie­wa­nie zwal­nia­jąc. Jeden z oca­la­łych, który po kata­stro­fie przez wiele godzin dry­fo­wał po oce­anie, kur­czowo ucze­piony kawałka drewna, opo­wia­dał, że widział wyraź­nie, jak od statku ode­rwała się śruba napę­dowa i wał lewego sil­nika. Praw­do­po­dob­nie to wła­śnie śruba prze­cięła kadłub. Przez powstałą w ten spo­sób szcze­linę do wnę­trza zaczęła wle­wać się woda, wypeł­nia­jąc maszy­now­nię, a także ładow­nię, gdyż wodosz­czelne gro­dzie nie funk­cjo­no­wały pra­wi­dłowo. Pod­jęta natych­miast próba napra­wie­nia uszko­dzo­nego kadłuba za pomocą meta­lo­wych paneli skoń­czyła się nie­po­wo­dze­niem.

Mówiono, że człon­ko­wie orkie­stry otrzy­mali pole­ce­nie, by do końca grać dalej.

W pogłę­bia­ją­cych się ciem­no­ściach, na wzbu­rzo­nym morzu, sta­tek prze­chy­lał się coraz bar­dziej.

Kiedy już stało się jasne, że nie uda się uspo­koić pasa­że­rów, kapi­tan pole­cił zatrzy­mać maszyny. Roz­le­gły się syreny alar­mowe, a tele­gra­fi­sta zaczął nada­wać sygnał SOS.

Ode­brało go wiele znaj­du­ją­cych się w pobliżu jed­no­stek, w tym dwa statki parowe i dwa liniowe trans­atlan­tyki, które natych­miast ruszyły na ratu­nek. Spie­szący z pomocą nie mogli jed­nak zbli­żyć się zbyt­nio do toną­cego statku. Wyraź­nie widoczny słup bia­łego dymu wska­zy­wał, że na "Prin­ci­pessa Mafalda" mogło dojść do kata­stro­fal­nej eks­plo­zji kotłów.

Kapi­tan, sto­jąc na mostku, przez mega­fon wzy­wał do zacho­wa­nia spo­koju. Sta­ra­jąc się koor­dy­no­wać akcję ratow­ni­czą, przy­po­mi­nał o pierw­szeń­stwie należ­nym kobie­tom i dzie­ciom. Kiedy jed­nak zapa­dła noc, tym ciem­niej­sza, że księ­życ był aku­rat w nowiu, a na pokła­dzie zga­sły elek­tryczne świa­tła, sytu­acja stała się dra­ma­tyczna.

Zaczęto spusz­czać sza­lupy. Nie­które z nich jed­nak tonęły natych­miast, ude­rza­jąc o kadłub prze­chy­lo­nego na jedną burtę statku. Wiele łodzi ratun­ko­wych było już sta­rych, znisz­czo­nych i nie­zdat­nych do użytku. Nabie­rały wody, a pasa­że­ro­wie sta­rali się wyle­wać ją, czym tylko się dało, nawet posłu­gu­jąc się kape­lu­szami. Kilka sza­lup, do któ­rych ludzie wdarli się sztur­mem, z powodu prze­cią­że­nia wywró­ciło się i zato­nęło. Więk­szość pasa­że­rów sta­no­wili rze­mieśl­nicy i chłopi, miesz­ka­jący w doli­nach lub na rów­ni­nie, któ­rzy ni­gdy wcze­śniej nie widzieli morza i nie potra­fili pły­wać. Słowa modli­twy i okrzyki roz­pa­czy mie­szały się ze sobą. Na pokła­dzie wybu­chła panika. Wielu podróż­nych tonęło, wpa­da­jąc do morza.

Póź­niej mówiono, że nie­któ­rzy, pod­da­jąc się roz­pa­czy, z wła­snej woli sko­czyli do wody. Lokalna prasa dono­siła rów­nież o ludziach żyw­cem pożar­tych przez rekiny.

W obli­czu śmier­tel­nego zagro­że­nia docho­dziło do szar­pa­niny i prze­py­cha­nek, jed­nak nie­któ­rzy z pasa­że­rów zdo­by­wali się na gesty wiel­kiej odwagi i poświę­ce­nia. Wśród kil­ku­dzie­się­ciu osób ocze­ku­ją­cych na wej­ście do łodzi ratun­ko­wej na swoją kolej cze­kał też jakiś młody czło­wiek z kołem ratun­ko­wym. Kiedy zoba­czył, że pewien star­szy męż­czy­zna błaga o pomoc, gdyż nie potrafi pły­wać i nie udało mu się dostać do żad­nej sza­lupy, bez waha­nia oddał mu swoją obręcz. Razem wsko­czyli do wody. Wtedy mło­dzie­niec, który sta­rał się jak naj­szyb­ciej dopły­nąć do naj­bliż­szej łodzi, usły­szał pełne prze­ra­że­nia okrzyki: Rekiny! Rekiny! Jeden z nich zaata­ko­wał, ale mło­dego czło­wieka mimo to udało się wcią­gnąć do sza­lupy. Z powodu odnie­sio­nych ran zmarł jed­nak wkrótce potem.

Kiedy pasa­że­ro­wie oca­lali z kata­strofy opo­wie­dzieli histo­rię boha­ter­skiego mło­dzieńca, wszy­scy w Argen­ty­nie byli głę­boko wzru­szeni. Jedną ze szkół w jego rodzin­nym mie­ście, w pro­win­cji Entre Ríos, nazwano jego imie­niem. Anac­leto Ber­nardi miał tylko dwa­dzie­ścia jeden lat i był synem imi­granta z Pie­montu i Argen­tynki.

Sta­tek zato­nął krótko przed pół­nocą. Uno­sząc do góry dziób, po raz ostatni zawył niczym zwie­rzę i zapadł się w otchłań. W tym miej­scu głę­bo­kość się­gała ponad 1400 metrów. Świad­ko­wie zgod­nie twier­dzą, że kapi­tan do końca stał na mostku, a orkie­stra na jego roz­kaz grała "Marsz kró­lew­ski". Ciała kapi­tana ni­gdy nie odna­le­ziono. Mówi się, że na chwilę przed zato­nię­ciem parowca na pokła­dzie roz­le­gły się strzały. Człon­ko­wie załogi, zro­biw­szy wszystko, co było moż­liwe dla rato­wa­nia pasa­że­rów, woleli zgi­nąć od kuli, niż tonąć w mękach.

Kilku łodziom ratun­ko­wym spusz­czo­nym z uszko­dzo­nego parowca udało się dotrzeć do stat­ków spie­szą­cych z pomocą i razem z ich zało­gami oca­lić życie dal­szych kil­ku­set pasa­że­rów.

Do póź­nej nocy trwały poszu­ki­wa­nia toną­cych, któ­rzy za wszelką cenę sta­rali się utrzy­mać na powierzchni wody. Kiedy tuż przed świ­tem kilka bra­zy­lij­skich parow­ców dotarło na miej­sce kata­strofy, już nikogo wię­cej nie można było odna­leźć.

Licząca pra­wie 150 metrów dłu­go­ści "Prin­ci­pessa Mafalda" była dumą wło­skiej mary­narki han­dlo­wej na prze­ło­mie wie­ków, naj­bar­dziej luk­su­so­wym liniow­cem w całej flo­cie, na któ­rego pokła­dzie podró­żo­wali Arturo Tosca­nini, Luigi Piran­dello czy legenda argen­tyń­skiego tanga Car­los Gar­del. Czasy świet­no­ści parowca jed­nak już dawno minęły. Wybu­chła wojna świa­towa, a czas, zanie­dba­nia i brak kon­ser­wa­cji doko­nały reszty. Kiedy doszło do kata­strofy, o tym nie­gdyś luk­su­so­wym statku, wów­czas już w kiep­skim sta­nie, mówiono lek­ce­wa­żąco "bala?na", tan­cerka. Kiedy wyru­szył w swój ostatni rejs, miał na pokła­dzie ponad 1200 pasa­że­rów, głów­nie emi­gran­tów z Pie­montu, Ligu­rii i Wene­cji Euga­nej­skiej, lecz także z Mar­chii, Luka­nii i Kala­brii.

Według danych udo­stęp­nio­nych przez ówcze­sne wła­dze Włoch, w kata­stro­fie zgi­nęło ponad 300 osób, przede wszyst­kim człon­ko­wie załogi. Połu­dnio­wo­ame­ry­kań­skie gazety dono­siły jed­nak o ponad dwu­krot­nie więk­szej licz­bie ofiar, wśród któ­rych byli także nie­le­galni migranci, kil­ku­dzie­się­ciu emi­gran­tów z Syrii, a także wło­scy chłopi, któ­rzy pły­nęli do Ame­ryki Połu­dnio­wej, by w zimie zatrud­nić się na połu­dnio­wej pół­kuli jako pra­cow­nicy sezo­nowi.

Okro­jona i tuszo­wana przez ofi­cjalne wła­dze histo­ria kata­strofy statku "Prin­ci­pessa Mafalda" była wło­skim odpo­wied­ni­kiem słyn­nego zato­nię­cia RMS "Tita­nic".

Nie potra­fię powie­dzieć, ile razy sły­sza­łem histo­rię kata­strofy5 statku, nazwa­nego "Prin­ci­pessa Mafalda" na cześć córki króla Wik­tora Ema­nu­ela III. Kilka lat póź­niej, pod koniec kolej­nej strasz­nej wojny, księż­niczka Mafalda także zgi­nęła tra­giczną śmier­cią w nie­miec­kim nazi­stow­skim obo­zie kon­cen­tra­cyj­nym w Buchen­wal­dzie.

Histo­rię zato­nię­cia statku "Prin­ci­pessa Mafalda" opo­wia­dano dzie­ciom, opo­wia­dano w każ­dej dziel­nicy, w każ­dym bar­rio. Opie­wały ją także bal­lady śpie­wane przez migran­tów po obu stro­nach oce­anu:

"Z Włoch "Mafalda" wyru­szyła z tysią­cem lub wię­cej pasa­że­rów... Ojco­wie i matki rato­wali dzieci zni­ka­jące wśród fal".

Na rejs tym wła­śnie stat­kiem, wypły­wa­ją­cym do Buenos Aires z portu w Genui 11 paź­dzier­nika 1927 roku wyku­pili bilety rów­nież moi dziad­ko­wie i ich jedyny syn, a mój ojciec Mario, wów­czas jesz­cze mło­dzie­niec.

Nie wyru­szyli jed­nak w podróż na pokła­dzie tego parowca.

Choć bar­dzo się sta­rali, nie udało im się na czas sprze­dać tego, co posia­dali. Musieli więc prze­ło­żyć swój wyjazd do Argen­tyny.

I dzięki temu wła­śnie teraz tu jestem.

Nie może­cie sobie nawet wyobra­zić, jak bar­dzo jestem za to wdzięczny Bożej Opatrz­no­ści.

1. Niech język mi przyschnie do podniebienia

1

Niech język mi przy­schnie do pod­nie­bie­nia

W końcu wyru­szyli w rejs.

Dziad­kom udało się wresz­cie sprze­dać nie­wielki spła­che­tek ziemi, jaki posia­dali w Pie­mon­cie we wsi Bricco Mar­mo­rito, i dotrzeć do portu w Genui. Mieli teraz bilety w jedną stronę na rejs stat­kiem "Giu­lio Cesare".

Jako pasa­że­ro­wie trze­ciej klasy musieli cze­kać na swoją kolej, dopóki wszy­scy podró­żu­jący pierw­szą klasą nie zostali wpusz­czeni na pokład. Kiedy sta­tek wypły­nął na otwarte morze, a na hory­zon­cie znik­nęły ostat­nie świa­tła Lan­terny, latarni mor­skiej w por­cie w Genui, uświa­do­mili sobie, że już ni­gdy nie wrócą do Włoch i muszą na nowo roz­po­cząć życie na dru­gim końcu świata.

Był 1 lutego 1929 roku. Tam­tej zimy, jed­nej z naj­mroź­niej­szych w całym stu­le­ciu, w Tury­nie ter­mo­metr wska­zy­wał 15 stopni poni­żej zera, a w innych czę­ściach Włoch nawet minus 25 stopni. Do tej wła­śnie zimy nawią­zał w jed­nym ze swo­ich fil­mów Fede­rico Fel­lini, nazy­wa­jąc ją "rokiem wiel­kiego śniegu". Całą Europę, od Uralu po wybrzeża Morza Śród­ziem­nego, pokrył wtedy śnieg, który grubą war­stwą leżał nawet na kopule Bazy­liki św. Pio­tra.

Na koniec dwu­ty­go­dnio­wego rejsu, po zawi­nię­ciu do por­tów w Vil­le­fran­che-sur-Mer, Bar­ce­lo­nie, Rio de Jane­iro, San­tos i Mon­te­vi­deo, sta­tek dotarł w końcu do Buenos Aires. Moja babka Rosa, mimo pra­wie trzy­dzie­sto­stop­nio­wych upa­łów i wil­goci, dalej miała na sobie grube palto, w któ­rym wyje­chała. Zgod­nie z ówcze­sną modą ozdo­bione było koł­nie­rzem z lisa. Pod pod­szewką tego koł­nie­rza, mię­dzy futrem a jedwa­biem, babka zaszyła cały rodzinny doby­tek. Miała to palto na sobie niczym mun­dur, nawet kiedy już zeszli na ląd i ruszyli w głąb kraju, w górę rzeki Parana. Po prze­by­ciu pra­wie pię­ciu­set kilo­me­trów w nie­zno­śnym upale wresz­cie dotarli do celu. Dopiero wtedy babka Rosa, lucha­dora (wojow­niczka), jak ją nazy­wano, zde­cy­do­wała się zdjąć weł­niane okry­cie.

Po dopły­nię­ciu do portu w Buenos Aires rodzinę Ber­go­glio zare­je­stro­wano jako migran­tes ultra­mar. Dzia­dek Gio­vanni, który naj­pierw pra­co­wał w polu, a potem otwo­rzył sklep z kawą i ciast­kami, został zare­je­stro­wany jako comer­cio (kupiec), jego żona Rosa jako casera (gospo­dyni domowa), a ich syn i mój ojciec Mario, któ­remu ku wiel­kiemu zado­wo­le­niu rodzi­ców udało się zdać maturę z rachun­ko­wo­ści, jako con­ta­dor (kon­ty­sta).

Mnó­stwo ludzi towa­rzy­szyło moim krew­nym w tej dłu­giej podróży nadziei. W tam­tym stu­le­ciu z Włoch do la Merica (Ame­ryki), przede wszyst­kim do Sta­nów Zjed­no­czo­nych, Bra­zy­lii i Argen­tyny, wyje­chały miliony ludzi. Tylko od 1925 do 1929 roku do Buenos Aires tra­fiło ponad 200 tysięcy emi­gran­tów.

Pamięć o strasz­nej kata­stro­fie statku "Prin­ci­pessa Mafalda" była wtedy jesz­cze świeża. A by­naj­mniej nie był to odizo­lo­wany przy­pa­dek. Były to lata, o któ­rych mówią słowa zna­nej wło­skiej pio­senki śpie­wa­nej przez wiele poko­leń migran­tów: Mamma mia dammi cento lire che in Ame­rica voglio andar (Mamuś moja, daj mi ze sto lirów, do Ame­ryki jechać chcę), czasy, kiedy czę­sto decy­do­wano się rów­nież na tylko sezo­nową emi­gra­cję. Wło­scy migranci wyru­szali z Genui jesie­nią, kiedy żniwa na pół­kuli pół­noc­nej dobie­gają końca, by pra­co­wać w polu na połu­dnio­wej pół­kuli, gdzie wła­śnie zaczy­nało się lato. Wra­cali do domu na wio­snę z kil­koma mar­nymi lirami, z któ­rych znaczna część tra­fiała do kie­szeni wer­bow­ni­ków i orga­ni­za­to­rów pośred­ni­czą­cych w wyjeź­dzie. Po ich opła­ce­niu i pokry­ciu kosz­tów podróży w kie­szeni pozo­sta­wało led­wie kil­ka­dzie­siąt lirów jako rekom­pen­sata za cztery lub pięć mie­sięcy cięż­kiej pracy.

Pod­czas podróży do Ame­ryki wielu migran­tów stra­ciło życie. W 1888 roku na pokła­dzie stat­ków "Mat­teo Bruzzo" i "Carlo Rag­gio", które pły­nęły z Genui do Bra­zy­lii, z głodu i wyczer­pa­nia zmarło pięć­dzie­siąt osób. Na statku "Fri­sca" doli­czono się dwu­dzie­stu ofiar stra­to­wa­nych przez tłum pasa­że­rów. W 1893 roku, po wej­ściu na pokład "Remo", migranci zdali sobie sprawę, że na rejs sprze­da­nych zostało dwa razy wię­cej bile­tów, niż było miejsc. Na statku wybu­chła cho­lera. Zmar­łych wyrzu­cano za burtę. Liczba pasa­że­rów malała codzien­nie o kilka osób. Osta­tecz­nie jed­nak sta­tek nie został nawet wpusz­czony do portu doce­lo­wego. W dro­dze do Buenos Aires doszło też do kata­strofy statku "Sirio". Życie stra­ciło wtedy pię­ciu­set wło­skich migran­tów. Histo­rię tych tra­ge­dii opie­wają popu­larne pie­monc­kie pio­senki, śpie­wane w takt melo­dii do dziś wygry­wa­nych na akor­de­onie w wielu bar­rios.

Histo­rie stat­ków "Sirio", "Fri­sca" i "Prin­ci­pessa Mafalda" w ludo­wej pamięci spla­tają się ze sobą. Zato­nię­cie statku "Sirio" przy­po­mi­nało tra­ge­dię parowca "Prin­ci­pessa Mafalda" i odwrot­nie. W takt podob­nych smut­nych melo­dii opo­wia­dano także histo­rię kolej­nych kata­strof.

Mimo wszystko jed­nak ludzie na­dal wyru­szali w podróż. Przede wszyst­kim wsku­tek biedy, cza­sem ze zło­ści, po to, by odmie­nić los, by uciec od tra­gicz­nych skut­ków wojny świa­to­wej, zarówno pierw­szej, jak i dru­giej, na którą już wtedy się zano­siło, aby unik­nąć powo­ła­nia do woj­ska lub dla­tego, że śmierć już zaj­rzała im w oczy, albo dołą­czyć do rodziny, zapew­nić sobie lep­sze warunki życia i nie cier­pieć dłu­żej nędzy. Nic nowego, tak było kie­dyś i tak samo jest dziś. "Gorzej już być nie może. Naj­wy­żej tam też będę głodny, tak jak tutaj. Mam rację?" - pyta jeden z boha­te­rów powie­ści Na oce­anie Edmondo De Ami­cisa6, także pocho­dzą­cego z Pie­montu autora książki Serce.

Ci, któ­rzy emi­gro­wali, musieli sta­wić czoło roz­ma­itym trud­no­ściom i wyrze­cze­niom. Ruszali w drogę naj­czę­ściej za namową wer­bow­ni­ków, któ­rzy razem z pośred­ni­kami odwie­dzali wio­ski w dzień tar­gowy, by opo­wia­dać o Ame­ryce jak o praw­dzi­wej "ziemi obie­ca­nej" i kra­inie cudów. Opła­ca­nych przez firmy emi­gra­cyjne za każdą rodzinę, którą udało im się prze­ko­nać do wyjazdu, wer­bow­ni­ków ówcze­sna prasa porów­ny­wała nie­kiedy do han­dla­rzy nie­wol­ni­ków. W mia­stach i na wsi roz­da­wano bro­szury i poka­zy­wano fał­szywe listy tych, któ­rzy jakoby już dotarli na koniec świata. Niektó­rzy przy­się­gali, że rol­nik, jeśli stał się nie­zdolny do pracy, w Ame­ryce może liczyć na hojną eme­ry­turę, pod­czas gdy inni dawali gwa­ran­cje uła­twień w przej­mo­wa­niu ziemi na wła­sność.

Dla tych, któ­rzy zde­cy­do­wali się wyje­chać, pierw­szą trud­ność sta­no­wiło dotar­cie do portu. Sprze­da­wano cały doby­tek, by zapła­cić czę­sto chci­wym i pozba­wio­nym skru­pu­łów wer­bow­ni­kom, któ­rzy nie­jed­no­krot­nie, przy­naj­mniej dopóki nowe prze­pisy nie upo­rząd­ko­wały tej kwe­stii, zni­kali z pie­niędzmi.

Droga do portu przy­po­mi­nała pry­watną, cza­sem rodzinną piel­grzymkę, w któ­rej podą­żały całe wspól­noty. Jej uczest­nicy szli wszy­scy razem, jak w pro­ce­sji, przy dźwię­kach dzwo­nów, które cza­sem zabie­rali ze sobą nawet na sta­tek. Czę­sto przy­by­wali do portu na wiele dni przed zaokrę­to­wa­niem i roz­bi­jali obóz na nabrzeżu.

Nie­któ­rzy z nich ni­gdy nie dotarli do wyma­rzo­nej Ame­ryki, gdyż ocean ode­pchnął ich lub pochło­nął.

Ci, któ­rym się to udało i scho­dzili na ląd w Buenos Aires, musieli sta­wić czoło twar­dej rze­czy­wi­sto­ści. Na począ­tek tra­fiali do Hotel de Inmi­gran­tes: ogrom­nej rudery, gdzie po bada­niach lekar­skich, reje­stra­cji i dezyn­fek­cji mogli zatrzy­mać się na nie wię­cej niż pięć dni. W tym cza­sie musieli zna­leźć sobie pracę w mie­ście lub na wsi. Na początku XX wieku tak oto opi­sy­wał to miej­sce jeden z wło­skich kore­spon­den­tów dzien­nika "Cor­riere della Sera": "Przez osta­nie trzy dni przy­je­chało trzy tysiące ośmiu­set emi­gran­tów, w więk­szo­ści naszych roda­ków. Hotel de Inmi­gran­tes jest pełen. (...) Budy­nek, który nazy­wają hote­lem, wznosi się na błot­ni­stym, a zara­zem wybo­istym tere­nie roz­cią­ga­ją­cym się za mia­stem aż do męt­nych i nie­spo­koj­nych wód Río de la Plata (...) Ostry zapach kwasu kar­bo­lo­wego nie jest w sta­nie zdu­sić mdlą­cego smrodu śli­skiej od brudu pod­łogi, sta­rych drew­nia­nych ścian, który wydo­bywa się przez otwarte drzwi na zewnątrz. To zapach stło­czo­nych do nie­moż­li­wo­ści ludzi, zapach nędzy (...) Pod sufi­tem, na ścia­nach z desek, widać nieco wyraź­niej­sze znaki ludz­kiej obec­no­ści. Można powie­dzieć, że to ślady dusz: imiona, daty, wyzna­nia miło­sne, prze­kleń­stwa, nie­przy­zwo­ite słowa wydłu­bane w far­bie, naskro­bane ołów­kiem lub też wyryte w drew­nie. Naj­czę­ściej powta­rza się tu motyw statku"7.

Nie­przy­pad­kowo ten obraz odwo­łuje się do prze­szło­ści. "Niech język mi przy­schnie do pod­nie­bie­nia, jeśli nie będę pamię­tał o tobie" (Ps 137/136, 6) zarze­kają się wygnańcy, wra­ca­jąc myślami do Jero­zo­limy. Rów­nież Trzej Kró­lo­wie zasad­ni­czo sym­bo­li­zują tę samą tęsk­notę za Bogiem. Taka postawa, prze­zwy­cię­ża­jąc kon­for­mizm, zmu­sza nas do doko­na­nia zmian, któ­rych potrze­bu­jemy. To zdrowe pra­gnie­nie powrotu do korzeni, ponie­waż naród bez korzeni jest zagu­biony, a czło­wiek bez korzeni cho­ruje. To z nich czer­piemy siłę, by iść naprzód, owo­co­wać, roz­kwi­tać. Jak pisze argen­tyń­ski poeta Fran­ci­sco Luis Bernárdez8, "Drzewo roz­kwita dzięki temu, co zostało pogrze­bane".

Wszyst­kie te histo­rie z prze­szło­ści, zapi­ski, wydra­pane na ścia­nach znaki jed­nak są także nawią­za­niem do dnia dzi­siej­szego, odsy­łają do innych por­tów, innych mórz.

Moi dziad­ko­wie i mój ojciec mieli szczę­ście. Wyje­chali do Buenos Aires na zapro­sze­nie braci mojego dziadka, któ­rzy miesz­kali w Argen­ty­nie już od 1922 roku. Udało im się roz­po­cząć tam nowe życie, nueva suerte. Zaczy­nali jako robot­nicy asfal­tu­jący drogę pro­wa­dzącą z portu na rzece do wsi. Wkrótce zało­żyli wła­sną dobrze funk­cjo­nu­jącą firmę zaj­mu­jącą się kła­dze­niem bruku i asfaltu. Moi dziad­ko­wie i mój ojciec po kon­troli doku­men­tów nie musieli zatrzy­my­wać się w Hotel de Inmi­gran­tes i mogli ruszyć dalej, do Parany w pro­win­cji Entre Ríos, gdzie cze­kali na nich krewni, miesz­ka­jący w czte­ro­pię­tro­wym zbu­do­wa­nym wła­snymi rękami Palazzo Ber­go­glio. Był to pierw­szy w całym mie­ście budy­nek, w któ­rym zain­sta­lo­wano windę. Każdy z braci, Gio­vanni Lorenzo, Euge­nio, Erne­sto i mój dzia­dek Gio­vanni Angelo, zaj­mo­wał jedno pię­tro. Z rodzeń­stwa dziadka zostało w Pie­mon­cie tylko dwoje: Carlo, naj­star­szy z braci, i Luisa, jedyna sio­stra, która po mężu nosiła nazwi­sko Mar­ti­nengo. Tak więc pra­wie cała rodzina znów zna­la­zła się razem, czego, wyjeż­dża­jąc, tak bar­dzo pra­gnęli moi rodzice.

Mój ojciec, który był kon­ty­stą, pra­co­wał w admi­ni­stra­cji przed­się­bior­stwa. Nie trwało to jed­nak długo. Wielki świa­towy kry­zys 1929 roku zata­czał coraz szer­sze kręgi. Rów­no­cze­śnie pre­zes rodzin­nej firmy, jeden z moich wspa­nia­łych stry­jecz­nych dziad­ków, Gio­vanni (Juan) Lorenzo, zacho­ro­wał na bia­łaczkę i mię­saka lim­fa­tycz­nego. Kiedy zmarł, jego żona Elisa została sama z trójką dzieci. Rece­sja i żałoba prze­są­dziły o klę­sce rodziny Ber­go­glio. W 1932 roku musieli sprze­dać wszystko: maszyny, firmę, dom, a nawet kaplicę cmen­tarną. Zostali z pustymi rękami i zna­leźli się w nędzy.

Trzeba było zaczy­nać wszystko od nowa. I z taką samą deter­mi­na­cją, jak za pierw­szym razem, udało im się tego doko­nać.

Ale oczy­wi­ście, kiedy tam­tego cie­płego luto­wego poranka po raz pierw­szy posta­wili stopę na argen­tyń­skiej ziemi, ani mój dzia­dek ani mój ojciec, ani babka, która ubrana w weł­niane palto rzu­cała wyzwa­nie upa­łom, nic jesz­cze nie wie­dzieli o tym, co ich spo­tka.

Podob­nie jak nie wie­działy tego tysiące, miliony kobiet i męż­czyzn, któ­rzy przy­byli do Argen­tyny przed nimi i po nich. Wśród nich byli rze­mieśl­nicy, drwale, robot­nicy budow­lani, gór­nicy, pie­lę­gniarki, kowale, sto­la­rze, szewcy, krawcy, pie­ka­rze, mecha­nicy, szkla­rze, mala­rze, kucha­rze, słu­żący, lodzia­rze, fry­zje­rzy, robot­nicy w kamie­nio­ło­mach i kamie­nia­rze, kupcy i księ­gowi oraz nie­zli­czona rze­sza chło­pów i pro­stych robot­ni­ków. Przy­wo­zili ze sobą nędzę, wspo­mnie­nia tra­gicz­nych wyda­rzeń i upo­ko­rzeń, ale także siłę, odwagę, wytrwa­łość, wiarę. I mnó­stwo talen­tów, które, jak w przy­po­wie­ści z Ewan­ge­lii św. Mate­usza, cze­kały na oka­zję, aby zaowo­co­wać. Gdy tylko się nada­rzyła, ta banda łach­ma­nia­rzy potra­fiła zbu­do­wać na dru­giej pół­kuli nową część świata. Wolni i uparci ludzie (rassa nostrana libera e stu­arda). W pięk­nym, przej­mu­ją­cym wier­szu opi­sał ich Nino Costa9, jeden z naj­więk­szych pie­monc­kich poetów tam­tych cza­sów. Poeta umarł na serce, kiedy dowie­dział się o śmierci syna, zale­d­wie dzie­więt­na­sto­let­niego par­ty­zanta. Babka Rosa kazała mi nauczyć się strof tego wier­sza w dia­lek­cie:

O bionde di grano pia­nure argen­tine... non sen­tite mai pas­sare un'aria mon­fer­rina o il ritor­nello di una can­zone di mon­ta­gna? (O złote zbo­żem argen­tyń­skie rów­niny, czyż nie czu­je­cie powiewu Mon­fer­rato lub refrenu góral­skiej przy­śpiewki?).

Costa poświę­cił wiersz Pie­mont­czy­kom, któ­rzy z Włoch wyemi­gro­wali za pracą. Nie­kiedy ci emi­granci wra­cali, a "zaro­bione pie­nią­dze pozwa­lały im na kupno nie­wiel­kiego domu lub kawałka ziemi i wycho­wa­nie córek...". Innych "gorączka lub nad­szarp­nięte pod­czas pracy zdro­wie wtrą­ciły do grobu"10 i dziś spo­czy­wają w mogi­łach gdzieś na obcym cmen­ta­rzu, un camp-sant foresté.

Z tego wła­śnie powodu wiele lat póź­niej, z oka­zji mojej pierw­szej papie­skiej podróży, chcia­łem udać się na Lam­pe­dusę, maleńką wyspę na Morzu Śród­ziem­nym, która stała się przy­czół­kiem nadziei i soli­dar­no­ści oraz sym­bo­lem tra­ge­dii migran­tów, a także powo­dem wielu kon­tro­wer­sji. Na wodach wokół Lam­pe­dusy znaj­duje się mor­skie cmen­ta­rzy­sko wielu, bar­dzo wielu ofiar. Kiedy kilka tygo­dni póź­niej usły­sza­łem wia­do­mość o zato­nię­ciu na Morzu Śród­ziem­nym kolej­nego statku, moje myśli znów skie­ro­wały się ku Lam­pe­du­sie. Ta wyspa jest jak cierń w sercu. Moja podróż na Lam­pe­dusę nie była wcze­śniej pla­no­wana, ale musia­łem ją odbyć. Prze­cież ja także uro­dzi­łem się w rodzi­nie migran­tów. Mój ojciec, mój dzia­dek, moja babka, podob­nie jak wielu innych Wło­chów, wyje­chali do Argen­tyny i poznali los tych, któ­rzy zostali z niczym. Ja rów­nież mogłem zna­leźć się wśród tych, któ­rzy dziś spo­ty­kają się z odrzu­ce­niem. I w związku z tym zawsze zasta­na­wiam się: dla­czego oni, a nie ja?

Musia­łem udać się na Lam­pe­dusę, aby się pomo­dlić, oka­zać bli­skość, wyra­zić wdzięcz­ność i dodać otu­chy wolon­ta­riu­szom i miesz­kań­com tego spła­chetka ziemi, potra­fią­cym dać kon­kretny wyraz soli­dar­no­ści. A przede wszyst­kim po to, by wstrzą­snąć sumie­niem nas wszyst­kich i przy­po­mnieć o poczu­ciu odpo­wie­dzial­no­ści.

Jedna ze sztuk hisz­pań­skiego dra­ma­to­pi­sa­rza Lope de Vegi11 opo­wiada o tym, jak miesz­kańcy mia­sta Fuente Ove­juna zabi­jają guber­na­tora, ponie­waż jest tyra­nem. Nie wia­domo, kto wła­ści­wie doko­nał egze­ku­cji. Gdy więc sędzia kró­lew­ski pyta: "Kto zabił guber­na­tora?", wszy­scy odpo­wia­dają: "Fuente Ove­juna, panie". Wszy­scy i nikt.

To pyta­nie wysuwa się na pierw­szy plan rów­nież dzi­siaj. Kto ponosi odpo­wie­dzial­ność za tę śmierć? Nikt! Wszy­scy gotowi jeste­śmy udzie­lić takiej samej odpo­wie­dzi: To nie ja, nie mam z tym nic wspól­nego, to ktoś inny, na pewno nie ja.

Glo­ba­li­za­cja obo­jęt­no­ści spra­wia, że wszy­scy jeste­śmy "bez­i­mienni" jak ów Inno­mi­nato z powie­ści Man­zo­niego12. Bez­i­mienni, pozba­wieni twa­rzy, nie­po­mni histo­rii i prze­zna­cze­nia, w obli­czu stra­chu, który wie­dzie nas do sza­leń­stwa, sły­szymy pyta­nie Boga skie­ro­wane do Kaina: "Gdzie jest brat twój, Abel? (...) Krew brata twego gło­śno woła ku mnie z ziemi!" 13 .

2. Zbyt długo mieszkała moja dusza z tymi, co nienawidzą pokoju

2

Zbyt długo miesz­kała moja dusza z tymi, co nie­na­wi­dzą pokoju

Emi­gra­cja i wojna to dwie strony tego samego medalu. Jak słusz­nie napi­sano, wojna jest naj­więk­szą fabryką migran­tów. Zmiany kli­ma­tyczne i ubó­stwo to w dużej mie­rze zatrute owoce wojny, jaką czło­wiek wypo­wie­dział bar­dziej spra­wie­dli­wej dys­try­bu­cji zaso­bów, przy­ro­dzie, na zamiesz­ka­nej przez sie­bie pla­ne­cie.

Dzi­siej­szy świat jest z każ­dym dniem coraz bar­dziej świa­tem elit, okrut­nym wobec wyklu­czo­nych i odrzu­co­nych. Kraje roz­wi­ja­jące się wciąż są pozba­wiane swo­ich naj­cen­niej­szych zaso­bów natu­ral­nych i ludz­kich na rzecz kilku uprzy­wi­le­jo­wa­nych ryn­ków.

Praw­dziwy postęp ma cha­rak­ter inklu­zyjny i przy­nosi owoce, ponie­waż jest ukie­run­ko­wany na przy­szłość i młode poko­le­nia. Roz­wój pozorny nato­miast, wyklu­cza­jąc wielu, zawsze i wszę­dzie spra­wia, że bogaci stają się coraz bogatsi, a biedni ubo­żeją. Bied­nym nie wyba­cza się niczego, nawet nie­do­statku. Nie mogą sobie pozwo­lić na nie­śmia­łość czy znie­chę­ce­nie. Zawsze są postrze­gani jako zagra­ża­jący lub nie­udolni. Nie wolno im dostrzec świa­tełka nawet w tunelu ich wła­snej nędzy. Aby pozbyć się ich obec­no­ści, ich widoku na uli­cach, posu­nięto się do opra­co­wa­nia i reali­za­cji odstra­sza­ją­cych kon­struk­cji archi­tek­to­nicz­nych.

Łudząc się, że będzie bez­piecz­nie, można budo­wać mury i bary­ka­do­wać wej­ścia na szkodę tych, któ­rzy zostają na zewnątrz. Ale nie będzie tak zawsze. "Dzień Pana", opi­sany przez pro­ro­ków (Am 5,18; Iz 2,5; Jl 1,3), zbu­rzy bariery mię­dzy pań­stwami i zastąpi wro­gość nie­licz­nych soli­dar­no­ścią wielu. Zepchnię­cie na mar­gi­nes i nęka­nie milio­nów ludzi nie może trwać bez końca. Ich krzyk jest coraz gło­śniej­szy i w końcu ogar­nie całą zie­mię. Jak pisał ksiądz Primo Maz­zo­lari14, jeden z wiel­kich wło­skich dusz­pa­ste­rzy, pro­ro­cza, świe­tli­sta i "nie­wy­godna" twarz nie­kle­ry­kal­nego Kościoła: "Czło­wiek biedny to nie­milk­nący pro­test prze­ciwko wyrzą­dza­nym przez nas nie­spra­wie­dli­wo­ściom; bie­dak jest jak beczka pro­chu. Jeśli ją pod­pa­lisz, wybuch­nie cały świat"15.

Nie da się zigno­ro­wać naglą­cych wezwań Słowa Bożego. Gdzie­kol­wiek skie­ru­jemy wzrok, Pismo Święte wska­zuje ubo­gich, tych, któ­rym brak środ­ków do życia, uci­śnio­nych, poni­żo­nych, sie­roty, wdowy, obcych, migran­tów. Jezus nie oba­wiał się utoż­sa­miać z tą nie­zli­czoną rze­szą malucz­kich. "Wszystko co uczy­ni­li­ście jed­nemu z tych braci moich naj­mniej­szych, Mnie­ście uczy­nili" (Mt 25,40). Nie macie czy­nić dobra sobie podob­nym, ani człon­kom wła­snej kasty, ale wła­śnie "naj­mniej­szym", głod­nym, spra­gnio­nym, pozba­wio­nym odzie­nia. Nie dostrze­gać tego utoż­sa­mie­nia się Jezusa z ubo­gimi to sta­rać się roz­wod­nić Obja­wie­nie, zakła­my­wać Ewan­ge­lię, czy­niąc z niej folk­lo­ry­styczne przed­sta­wie­nie, a nie stały ele­ment naszego życia. Wśród chrze­ści­jan nikt nie jest pierw­szy, bo to ostatni będą pierw­szymi. I to wła­śnie oni, ci "ostatni" z egzy­sten­cjal­nych pery­fe­rii naszych miast codzien­nie bła­gają Pana o wyba­wie­nie od zła, które ich dotyka. To oni zostali oszu­kani i porzu­ceni, by umrzeć na pustyni, to ich tor­tu­ro­wano, mal­tre­to­wano i gwał­cono w obo­zach dla uchodź­ców, to oni rzu­cili wyzwa­nie nie­zna­ją­cym lito­ści mor­skim falom.

Współ­cze­sne wojny toczą się tylko w nie­któ­rych regio­nach świata, a uży­wana pod­czas nich broń pro­du­ko­wana jest gdzie indziej. Wytwa­rzana jest w regio­nach, skąd wyrzuca się i oddala uchodź­ców, któ­rzy ucie­kają przed wojną.

W dzie­ciń­stwie od dziadka Gio­van­niego dowie­dzia­łem się, czym jest wojna. To z jego ust po raz pierw­szy sły­sza­łem te dra­ma­tyczne opo­wie­ści. Pod­czas I wojny świa­to­wej dzia­dek wal­czył na fron­cie na rzece Piawa.

W czerwcu 1904 roku, mając dwa­dzie­ścia lat, metr sześć­dzie­siąt sześć cen­ty­me­trów wzro­stu, ciemne, falu­jące włosy i brą­zowe oczy, z powodu "nie­wy­dol­no­ści płuc­nej" wykry­tej przez komi­sję pobo­rową został "wyłą­czony " z trzy­let­niej służby woj­sko­wej. Wró­cił wtedy do domu, do Por­ta­co­maro. Dwa lata póź­niej, na początku 1906 roku, prze­niósł się do Turynu. Naj­pierw pra­co­wał jako "złota rączka" w skle­pie bła­wat­nym swego wuja Carla, który jako jeden z pierw­szych naszych krew­nych zamiesz­kał w sto­licy, a następ­nie zna­lazł zatrud­nie­nie w kawiarni, jak się wtedy mówiło, jako "liqu­ori­sta". Jego losy nie­uchron­nie sple­cione były z histo­rią wielu innych mło­dych ludzi tam­tej epoki, kiedy zaczy­nały powsta­wać pierw­sze duże ośrodki prze­my­słowe, kiedy pró­bu­jąc uciec od biedy i nie­do­statku, wyjeż­dżano ze wsi w nadziei na usa­mo­dziel­nie­nie się i lep­szy zaro­bek w mia­stach.

Każdy emi­grant ma swoje korze­nie. Rodzina Ber­go­glio od zawsze miała je w Por­ta­co­maro, wśród stro­mych zbo­czy, poro­śnię­tych lasami orze­cho­wymi. W lutym 2001 roku, zale­d­wie kilka godzin przed otrzy­ma­niem od Jana Pawła II kar­dy­nal­skiej god­no­ści, po raz ostatni wspią­łem się drogą do Bricco Mar­mo­rito. Patrzy­łem na wzgó­rza, win­nice, na sto­jący wśród nich dom. Schy­li­łem się, by pod­nieść garść ziemi. Tutaj uro­dził się mój dzia­dek, tu zmarł jego ojciec Fran­ce­sco, tu wła­śnie są nasze korze­nie.

Wró­ci­łem do Por­ta­co­maro rów­nież jako papież, z oka­zji dzie­więć­dzie­sią­tych uro­dzin mojej kuzynki Carli, które świę­to­wa­li­śmy u niej w domu. Razem z nią i kuzy­nem Elio jedli­śmy pie­rożki agno­lotti i pili­śmy lokalne wino gri­gno­lino. Cza­sami do nich dzwo­nię i wtedy roz­ma­wiamy w piemont?is, który był moim pierw­szym języ­kiem. Jeśli aku­rat Elio gra w krę­gle, roz­ma­wiam chwilę ze wszyst­kimi. Oni wciąż mówią do mnie Gior­gio.

Gio­vanni i moja babka Rosa poznali się w Tury­nie. Rosa Mar­ghe­rita Vas­sallo była w tym samym wieku co Gio­vanni i także przy­była do mia­sta z daleka. Uro­dziła się bli­sko sank­tu­arium Todocco, w Piana Cri­xia, w pro­win­cji Savona, na gra­nicy Ligu­rii i Pie­montu. Pocho­dziła z licz­nej rodziny: była ósma z dzie­wię­ciorga rodzeń­stwa. Przy­je­chała do Turynu jako mała dziew­czynka. Powie­rzono ją opiece ciotki ze strony matki, Rosie, która stró­żo­wała w jed­nej z kamie­nic w cen­trum mia­sta. Jej mąż miał na imię Giu­seppe i był szew­cem. Dla moich pra­dziad­ków, Angeli i Piera, rodzi­ców Rosy, nie była to łatwa decy­zja. Zasta­na­wiali się i dys­ku­to­wali długo, zasię­ga­jąc nawet opi­nii pro­bosz­cza i nauczy­cielki. Osta­tecz­nie wszy­scy zgod­nie zde­cy­do­wali, że bystre, cie­kawe, inte­li­gentne dziecko, które mimo trud­nych warun­ków wyda­wało się bar­dzo zdolne, powinno mieć moż­li­wość ukoń­cze­nia szkoły pod­sta­wo­wej. Rosa zasłu­gi­wała na lep­szą przy­szłość. Jako ośmio­let­nia dziew­czynka opu­ściła więc rodzinną wio­skę i prze­była ponad 140 kilo­me­trów, które dzie­liły ją od mia­sta. Place i ulice Turynu wyda­wały jej się ogromne, dzi­wiły opie­ra­jące się o sie­bie domy, a świa­tło ulicz­nych latarni zda­wało się ni­gdy nie gasnąć. Ten wspa­niały wyna­la­zek, przy­wie­ziony z Paryża i okre­ślany sło­wem elek­trycz­ność, w cudowny spo­sób poru­szał rów­nież tram­waje, któ­rych już nie musiały cią­gnąć konie. Oboje wujo­stwo byli po pięć­dzie­siątce i nie mieli dzieci. Przy­jęli więc małą dziew­czynkę z rado­ścią, jakby była ich wła­sną córką. Moja babka bar­dzo przy­wią­zała się do ciotki Rosy i nawet zna­la­zł­szy się na dru­gim końcu świata, utrzy­my­wała z nią kon­takt. Oczy­wi­ście kore­spon­do­wała także z rodzi­cami i rodzeń­stwem, prze­sy­ła­jąc wia­do­mo­ści i zdję­cia.

Kiedy na początku XX wieku w Tury­nie mój dzia­dek po raz pierw­szy zoba­czył Rosę, była drobną dziew­czyną o kasz­ta­no­wych wło­sach i oczach tak wiel­kich, jak jej odwaga. Pra­co­wała jako szwaczka.

Mło­dzi zako­chali się w sobie i 20 sierp­nia 1907 roku pobrali się w kościele św. Teresy. Zamiesz­kali tuż obok świą­tyni, a kiedy 2 kwiet­nia następ­nego roku uro­dził się ich pier­wo­rodny syn, Mario Giu­seppe Fran­ce­sco, mój ojciec, tam też go ochrzcili.

W czerwcu 2015 roku, pod­czas wizyty dusz­pa­ster­skiej w Tury­nie z oka­zji wysta­wie­nia Całunu, zatrzy­ma­łem się na modli­twie w tym małym baro­ko­wym kościółku. Uca­ło­wa­łem chrzciel­nicę i poczu­łem, jak­bym wró­cił do domu.

Dzia­dek Gio­vanni i jego żona, mając małe dziecko, musieli w życiu sta­wić czoło wielu trud­no­ściom. Nie­spełna dzie­sięć lat póź­niej wybu­chła wojna. Wszy­scy rezer­wi­ści otrzy­mali powo­ła­nie, gdyż na woj­nie zawsze potrzeba nowych ludzi. Dzia­dek był już wtedy po trzy­dzie­stce.

Esze­lon z Turynu do Medio­lanu

nie zatrzy­muje się już,

ale jedzie nad Piawę,

na cmen­ta­rzy­sko mło­dych 16.

Dzia­dek otrzy­mał numer ewi­den­cyjny 15 543. Zda­niem komi­sji pobo­ro­wej był mło­dym męż­czy­zną o zaokrą­glo­nym pod­bródku (tak jak ja) i ostrym nosie. W rubryce zawód wpi­sano "kawiarz". W jego płu­cach nie nastą­piły żadne zmiany, ale tym razem komi­sja pobo­rowa nie zna­la­zła nic, co by unie­moż­li­wiało odby­cie służby woj­sko­wej. Na początku lipca 1916 roku dzia­dek dostał przy­dział do 78. pułku pie­choty, sta­cjo­nu­ją­cego w Casale Mon­fer­rato. W listo­pa­dzie został stam­tąd wysłany na front prze­bie­ga­jący wzdłuż rzek Piawa i Isonzo, na gra­nicy Włoch i Sło­we­nii na pół­noc od Gory­cji, w rejo­nie Monte Sabo­tino. W tym samym rejo­nie ksiądz Maz­zo­lari stra­cił swo­jego jedy­nego brata, który słu­żył w 26. pułku arty­le­rii17.

Dzia­dek w oko­pach, w ogniu coraz bar­dziej zacię­tych walk, spę­dził wiele mie­sięcy.

Z jego opo­wie­ści dowie­dzia­łem się mnó­stwa rze­czy. Nauczył mnie także kilku żar­to­bli­wych pio­se­nek, wykpi­wa­ją­cych dowód­ców, a nawet króla i kró­lową.

Gene­rał Ludwik Cadorna tak pisze do kró­lo­wej:

"Gdy­byś Triest widzieć chciała, to na kartce pocz­to­wej".

Bum bum bum to strza­łów sły­chać szum.

Gene­rał Ludwik Cadorna zajada się ste­kami,

a nas, bied­nych żoł­nie­rzy, karmi się kasz­ta­nami.

Bum bum bum to strza­łów sły­chać szum.

Gene­rał Ludwik Cadorna napy­cha sobie brzuch,

a nasza wielka armia roz­bita jest już w puch.

Bum bum bum to strza­łów sły­chać szum.

Gene­rał Ludwik Cadorna powo­zić bar­dzo chciał,

a za swego osiołka króla Ita­lii miał.

Bum bum bum to strza­łów sły­chać szum18.

Zda­rzało się, jak w przy­padku prze­by­wa­ją­cego na prze­pu­stce mło­dego mura­rza z doliny Ber­gamo w stop­niu kaprala, że za śpie­wa­nie takich pio­se­nek, pod zarzu­tem defe­ty­zmu i nie­sub­or­dy­na­cji, można było zostać ska­za­nym na sześć lat woj­sko­wego aresztu.

Dzia­dek opo­wia­dał mi o okrop­no­ściach, bólu, stra­chu i absur­dal­nym, alie­nu­ją­cym bez­sen­sie wojny. Przy­ta­czał także przy­kłady bra­ter­stwa mię­dzy pie­chu­rami z wro­gich sobie oddzia­łów, zło­żo­nych po obu stro­nach frontu z bied­nych chło­pów i robot­ni­ków. Żoł­nie­rze prze­rzu­cali się dow­ci­pami, posłu­gu­jąc się języ­kiem gestów i mimiki i nie­wielu sło­wami, jakie znali w języku prze­ciw­nika, dzie­lili się odro­biną tyto­niu, kawał­kiem chleba, czym tylko mogli. Ini­cjo­wali małe rozejmy, aby zła­go­dzić trud i wyob­co­wa­nie życia w oko­pach. Oczy­wi­ście, wszystko to w tajem­nicy, ponie­waż dowódcy nie­rzadko surowo karali takie gesty czło­wie­czeń­stwa, naka­zu­jąc egze­ku­cje, a w nie­któ­rych przy­pad­kach strze­la­jąc do wła­snych oddzia­łów w oko­pach. Za wszelką cenę sta­rali się uda­rem­nić wza­jemne kon­takty żoł­nie­rzy, któ­rzy w miarę upływu czasu coraz lepiej rozu­mieli, że wro­go­wie, widziani z bli­ska, gdy spoj­rzeć im w oczy, w niczym nie przy­po­mi­nają prze­ra­ża­ją­cych potwo­rów opi­sy­wa­nych przez pro­pa­gandę wojenną. Byli takimi samymi zmę­czo­nymi i prze­ra­żo­nymi nędza­rzami, sie­dzą­cymi w takim samym bło­cie, cier­pią­cymi tak samo. Il tuo stesso iden­tico umore/ ma la divisa di un altro colore19 (Każdy żoł­nierz, jak tamci ponury, choć różne noszą mun­dury), jak śpie­wał w jed­nej ze swo­ich bal­lad znany wło­ski pio­sen­karz.

Co zosta­wia po sobie wojna? Przede wszyst­kim tra­giczny bilans ofiar. Wśród żoł­nie­rzy 78. pułku dziadka było 882 zabi­tych, 1573 zagi­nio­nych i 3846 ran­nych. To byli jego kole­dzy, towa­rzy­sze broni, przy­ja­ciele.

"Wyda­wało się, jakby dowód­ców ogar­nęło sza­leń­stwo - wspo­mi­nał inny pie­moncki żoł­nierz, porucz­nik pie­choty wysłany na linię frontu nad Isonzo z 68. puł­kiem. - Naprzód! Nie dajesz rady? Kogo to obcho­dzi? Naprzód, naprzód! Byli­śmy jak pijani. Ci, któ­rzy wyda­wali roz­kazy, byli daleko, a przez lor­netkę widok nacie­ra­ją­cej pie­choty musiał być eks­cy­tu­jący. Gene­ra­ło­wie nie byli z nami; ni­gdy nie widzieli zasie­ków, chyba że przed wej­ściem do gma­chu, gdzie mają biura"20.

"Ludzie to amu­ni­cja, któ­rej ni­gdy nie brak­nie" - stwier­dził cynicz­nie szef sztabu, gene­rał Cadorna. Pod­czas gdy inny wysoki rangą ofi­cer dono­sił: "Isonzo to dziś rzeka umar­łych".

Wojna świa­towa przy­nio­sła miliony ofiar. Połowa zmo­bi­li­zo­wa­nych żoł­nie­rzy zgi­nęła, inni zostali ciężko ranni lub uznani za zagi­nio­nych. Według naj­bar­dziej ostroż­nych sza­cun­ków, wsku­tek wojny na gro­bach cywi­lów i żoł­nie­rzy wyro­sło co naj­mniej 15 milio­nów krzyży. Liczba ta wzro­śnie nawet czte­ro­krot­nie, jeśli uwzględ­nić ofiary grypy hisz­panki. Epi­de­mia zbie­gła się z wybu­chem wojny, jak to nie­rzadko bywa rów­nież współ­cze­śnie.

Osta­tecz­nie była to rze­czy­wi­ście ogromna "bez­u­ży­teczna rzeź", którą papież Bene­dykt XV potę­pił w swoim szcze­rym liście do przy­wód­ców wal­czą­cych naro­dów, nazy­wa­jąc ją samo­bój­stwem cywi­li­zo­wa­nej Europy21.

Dzia­dek prze­żył wojnę i po prze­nie­sie­niu do 9. pułku lek­kiej pie­choty zme­cha­ni­zo­wa­nej (Ber­sa­glieri) w Asti opu­ścił pole bitwy. W grud­niu 1918 roku został urlo­po­wany, a następ­nie zwol­niony z zaświad­cze­niem o "god­nej pochwały posta­wie" i przy­znaną mu kwotą 200 lirów do ode­bra­nia. Dziś to mniej wię­cej 300 euro. To była nagroda za to, że unik­nął śmierci. Po trzech latach mógł w końcu wró­cić do rodziny. "Zbyt długo miesz­kała moja dusza z tymi, co nie­na­wi­dzą pokoju" (Ps 119,6).

Podob­nie jak wielu innych dziad­ków we Wło­szech i w całej Euro­pie, dwu­krot­nie roz­po­czy­nał życie na nowo: naj­pierw jako wete­ran, który uszedł z życiem, a póź­niej jako świa­dek tam­tych wyda­rzeń, opo­wia­da­jąc o nich swym dzie­ciom i wnu­kom.

Co jesz­cze pozo­sta­wia po sobie wojna? Nie­spra­wie­dli­wość. Przy­cho­dzą tu na myśl słowa, które ksiądz Lorenzo Milani, kapłan i nauczy­ciel, wielki rewo­lu­cyjny wycho­wawca, napi­sał do swo­ich uczniów w 1965 roku: "Wzię­li­śmy książki i cof­nę­li­śmy się o ponad sto lat w poszu­ki­wa­niu "spra­wie­dli­wej wojny". To jed­nak nie nasza wina, że jej nie zna­leź­li­śmy... Kiedy cho­dzi­li­śmy do szkoły, nasi nauczy­ciele, niech Bóg im wyba­czy, oszu­ki­wali nas. Nie­któ­rzy ludzie naprawdę im uwie­rzyli, ale oni nas oszu­kali i sami też zostali oszu­kani. Nie­któ­rzy zda­wali sobie sprawę, że nas oszu­kują, ale oba­wiali się do tego przy­znać. Więk­szość trak­to­wała tę kwe­stię tylko powierz­chow­nie, bo prze­cież wszyst­kie wojny zawsze toczyły się "za ojczy­znę". Nasi nauczy­ciele zapo­mnieli zwró­cić nam uwagę na coś oczy­wi­stego, a mia­no­wi­cie, że armie masze­rują zawsze na roz­kaz klasy rzą­dzą­cej... Nie mogę nie ostrzec moich chłop­ców, że ich nie­szczę­śliwi ojco­wie cier­pieli i zmu­szali ich do cier­pie­nia na woj­nie w obro­nie inte­re­sów nie­licz­nej kasty (do któ­rej nawet nie nale­żeli!), a nie inte­re­sów Ojczy­zny. (...) Nie­któ­rzy zarzu­cają mi brak sza­cunku dla pole­głych. To nie­prawda. Mam wiele sza­cunku dla tych nie­szczę­snych ofiar. I dla­tego wła­śnie jestem prze­ko­nany, że bym obra­ził ofiary, chwa­ląc tych, któ­rzy wysy­łali je na śmierć po to, by oca­lić sie­bie. (...) Z dru­giej strony sza­cu­nek należny zmar­łym nie może powo­do­wać, że zapo­mnę o moich żyją­cych dzie­ciach. Nie chcę, by spo­tkała je taka sama tra­ge­dia. Jeśli pew­nego dnia będą chcieli zło­żyć swoje życie w ofie­rze, będę z nich dumny. Jed­nak musi to nastą­pić w imię Boga, w imię ubo­gich, a nie w imię dyna­stii sabaudz­kiej czy pana Kruppa"22.

Co zostaje po woj­nie? Zazwy­czaj zalążki nowego kon­fliktu, nowych aktów prze­mocy, nowych błę­dów i okrop­no­ści. Wielu histo­ry­ków wska­zuje, że w Euro­pie także nazizm i ultra­na­cjo­na­lizm były pod pew­nymi wzglę­dami li tylko owo­cem poprzed­niego kon­fliktu. Dziś jest podob­nie. Wyścig zbro­jeń, roz­sze­rza­nie stref wpły­wów, agre­sywna i bru­talna poli­tyka nie zapew­niają sta­bi­li­za­cji. Ni­gdy. Inte­li­gentna wojna nie ist­nieje: wojna nie­sie tylko nędzę, broń - tylko śmierć. Wojna jest głu­pia. I pra­wie zawsze ludzie zda­wali sobie z tego sprawę. Ludzie nie są głupi. Albert Ein­stein napi­sał: "Jestem jed­nak dobrego mnie­ma­nia o ludz­ko­ści i sądzę, że ponure to widmo dawno by już scze­zło, gdyby nie to, że okre­ślone mate­rialne i poli­tyczne inte­resy korum­pują sys­te­ma­tycz­nie zdrowy roz­są­dek ludów, posłu­gu­jąc się do tego szkołą i prasą"23.

W sercu Gio­van­niego Angelo Ber­go­glio, syna Fran­ce­sco Giu­seppe i Marii Bru­gnano, uro­dzo­nego 13 sierp­nia 1884 roku w Bricco Mar­mo­rito di Por­ta­co­maro Sta­zione, mojego dziadka, wojna, pod­czas któ­rej wal­czył, i ta, która już się zapo­wia­dała, pozo­sta­wiła głę­boko zako­rze­niony sprze­ciw wobec monar­chii. Będzie mu towa­rzy­szył do końca życia.

- To nie­spra­wie­dliwe! - mówił. - To nie­spra­wie­dliwe, że ludzie muszą utrzy­my­wać całe to kon­sor­cjum leni­wych zja­da­czy chleba, pła­cąc za ich przy­wi­leje i przy­wary wła­sną skórą! Niech pójdą do pracy!

Pamię­tam jego radość, gdy w czerwcu 1946 roku nade­szła wia­do­mość o porażce zwo­len­ni­ków monar­chii we Wło­szech i ogło­sze­niu repu­bliki. W refe­ren­dum, w któ­rym wybrano repu­blikę, po raz pierw­szy gło­so­wały rów­nież kobiety. Tylko w sto­sunku do księż­niczki Mafaldy, którą spo­łecz­ność wete­ra­nów i emi­gran­tów szy­der­czo nazy­wała Mal­fait, poha­mo­wy­wał swoją nie­chęć do dyna­stii sabaudz­kiej. Uwa­żał, że księż­niczka sama wycier­piała wiele i tym samym zapła­ciła za wszyst­kich.

Po tym jak dzia­dek wyemi­gro­wał na drugi koniec świata, jego matka Maria, moja pra­babka, dwu­krot­nie poko­ny­wała długą drogę z Włoch do Argen­tyny, aby odwie­dzić jego i resztę rodzeń­stwa. Pra­babka, uro­dzona w 1862 roku w San Mar­tino Alfieri, kilka kilo­me­trów od Asti, była bar­dzo poczciwą kobietą. Zmarła na początku lat trzy­dzie­stych XX wieku, pod­czas swo­jej dru­giej wizyty w Argen­ty­nie, w pro­win­cji Santa Fe i tam też została pocho­wana. Jej syno­wie asfal­to­wali wów­czas odci­nek drogi kra­jo­wej Ruta wła­śnie w tej pro­win­cji.

W naszej rodzi­nie wszyst­kim wpa­jano sza­cu­nek dla zmar­łych. W moim mnie­ma­niu pra­babka po śmierci nie została usza­no­wana jak trzeba, gdyż pięć lat póź­niej jej ciało eks­hu­mo­wano i prze­ło­żono do mniej­szej trumny. Pamię­tam, z jaką miło­ścią i odda­niem moja matka, która pod­jęła się doko­na­nia tej bole­snej czyn­no­ści, czy­ściła alko­ho­lem szczątki zmar­łej. Na­dal jed­nak mia­łem wra­że­nie, że coś jest nie tak. Wresz­cie jakieś dwa­dzie­ścia lat temu udało mi się zna­leźć miej­sce pochówku mojej pra­babki i prze­nieść jej trumnę do rodzin­nego gro­bowca. Teraz spo­czywa wraz z dziećmi i resztą krew­nych. Jej szczątki zna­la­zły miej­sce w gro­bie rodzin­nym syna Euge­nia, na angiel­skim cmen­ta­rzu José C. Paz. Drugi z jej synów, Gio­vanni, mój dzia­dek, zmarł w wieku osiem­dzie­się­ciu lat i został pocho­wany na cmen­ta­rzu Jardín de Paz. Kiedy odszedł, 30 paź­dzier­nika 1964 roku we wło­skim szpi­talu, z powodu guza dróg żół­cio­wych, byłem nauczy­cie­lem w Santa Fe.

O ile o pierw­szej woj­nie świa­to­wej sły­sza­łem z ust mojego dziadka, to drugą pozna­łem w Buenos Aires z opo­wie­ści licz­nych emi­gran­tów, któ­rzy przy­by­wali do Argen­tyny, ucie­ka­jąc przed nią lub jako jej ofiary. Uchodź­ców było bar­dzo wielu... miliony Wło­chów, Niem­ców, Pola­ków... Wielu Pola­ków pra­co­wało jako robot­nicy w fabryce, gdzie był zatrud­niony mój ojciec. Słu­cha­jąc opo­wie­ści tych męż­czyzn i kobiet, my, dzieci, dowia­dy­wa­li­śmy się, co się stało, słu­cha­li­śmy opo­wie­ści o bom­bar­do­wa­niach, prze­śla­do­wa­niach, depor­ta­cjach, o obo­zach kon­cen­tra­cyj­nych i obo­zach zagłady. Pró­bo­wa­li­śmy zro­zu­mieć ten nowy, straszny kon­flikt. Dla­tego uwa­żam, że mło­dzi ludzie powinni poznać skutki obu wojen świa­to­wych ubie­głego wieku. Pamięć bowiem to skarb, bole­sny, lecz konieczny, by kształ­to­wać sumie­nie.

Ten skarb przy­czy­nił się także do roz­woju wło­skiej i euro­pej­skiej sztuki.

W tam­tych latach rodzice zabie­rali nas na filmy Ros­sel­li­niego, Vit­to­ria De Siki, Viscon­tiego i wielu innych twór­ców epoki neo­re­ali­zmu. Pod­czas jed­nego seansu oglą­dało się trzy obrazy: jeden główny i dwa pomniej­sze. Przy­no­si­li­śmy z domu kanapki i spę­dza­li­śmy cały dzień w kinie. Moim zda­niem powo­jenne neo­re­ali­styczne filmy wło­skie to wielka szkoła huma­ni­zmu. Dzieci patrzą na nas, film, któ­rym De Sica dał począ­tek epoce neo­re­ali­zmu, powi­nien być poka­zy­wany na kur­sach przed­mał­żeń­skich do dziś. Ja opo­wia­dam o nim na ślu­bach, któ­rych udzie­lam. Świet­nie pamię­tam też nie­które sceny z filmu Roma citta aperta (Rzym mia­sto otwarte). Anna Magnani i Aldo Fabrizi to byli nasi mistrzo­wie. Uczyli nas walki, nadziei, mądro­ści. Czę­sto cytuję zda­nie, które Magnani powta­rzała wiza­ży­stce na pla­nie: "Zostaw mi wszyst­kie zmarszczki, nie ukry­waj żad­nej z nich. Pra­co­wa­łam na nie przez całe życie". Nan­na­rella24 była mądrą kobietą.

A potem był Fel­lini. Jako chło­piec z zachwy­tem oglą­da­łem jego filmy aż do Słod­kiego życia25. Mia­łem osiem­na­ście lat, kiedy widzia­łem La strada, z którą do dziś się utoż­sa­miam.

W klu­czo­wej sce­nie młody siłacz, przy­wo­dzący na myśl postać Bożego Sza­leńca, mówi do zagu­bio­nej w świe­cie gra­ją­cej na trąbce Giu­lietty Masiny, Gel­so­miny:

- Nie uwie­rzysz, ale każda rzecz na tym świe­cie ma swoje prze­zna­cze­nie. Nawet ten kamień.

- Który?

- Ten. Jaki­kol­wiek. Nawet ten kamień jest tu z jakie­goś powodu.

- Z jakiego powodu?

- Jest tu, ponie­waż... Co ja zresztą wiem? Gdy­bym to wie­dział, był­bym...

- Kim?

- Bogiem Wszech­mo­gą­cym, który wie wszystko. Kiedy się uro­dzisz, kiedy umrzesz. Nie, nie wiem, po co jest ten kamień, ale musi cze­muś słu­żyć. Ina­czej nic nie mia­łoby sensu. Nawet gwiazdy. Przy­naj­mniej tak myślę. Nawet ty... Ty rów­nież jesteś tu z jakie­goś powodu... z tą twoją głową kar­czo­cha26.

Cała ta scena wyraź­nie nawią­zuje do św. Fran­ciszka. Także kamień. Jeste­śmy tylko kamy­kami leżą­cymi na ziemi. A prze­cież "kamień, który odrzu­cili budu­jący, stał się gło­wicą węgła" (Mt 21,42). I to wła­śnie ten kamień nadaje sens wszyst­kiemu, także temu, czego nie rozu­miemy. Św. Ignacy Loy­ola uczył, by "szu­kać i znaj­do­wać Boga we wszyst­kim".

Dosko­nale zdaję sobie sprawę, że w tam­tych cza­sach nie­które z tych wło­skich fil­mów, a przede wszyst­kim Słod­kie życie, były kry­ty­ko­wane w pew­nych krę­gach, w tym także kościel­nych. Ale zawsze znaj­dzie się jakiś świę­to­szek, któ­rego obu­rzy postać try­ska­ją­cej życiem dziew­czyny w fon­tan­nie di Trevi.

We wszyst­kich tych fil­mach wiele jest praw­dzi­wie arty­stycz­nych głę­bo­kich tre­ści. Są jak wydo­byte na powierzch­nię kamie­nie.

Pier Paolo Paso­lini uwa­żał, że Słod­kie życie podej­muje kwe­stie "rela­cji mię­dzy grze­chem a nie­win­no­ścią"27 i że w tym przy­padku mamy do czy­nie­nia z naj­wznio­ślej­szym przy­kła­dem współ­cze­snego kato­li­cy­zmu. Jezu­ita ojciec Naza­reno Tad­dei mówił w odnie­sie­niu do tego filmu o "wspa­nia­łej ducho­wo­ści chrze­ści­jań­skiej", a inny jezu­ita, ojciec Vir­gi­lio Fan­tuzzi, który był przy­ja­cie­lem Fel­li­niego, pisał, że "każde dzieło tego autora jest oży­wione tajem­ni­czym tchnie­niem ukry­tego Boga".

Na swój spo­sób wszy­scy trzej mieli rację. Te filmy to skarb, z któ­rego powin­ni­śmy czer­pać. To współ­cze­sna peda­go­gia.

W tam­tych cza­sach rów­nież kino argen­tyń­skie - myślę o Los isle­ros Lucasa Demare - było głę­boko huma­ni­styczne, sta­no­wiąc nie­od­łączną część kul­tury rodzin­nej, a także punkt wyj­ścia moral­nej reflek­sji w codzien­nych roz­mo­wach z dziećmi. Tamto kino argen­tyń­skie było na naj­wyż­szym pozio­mie.

Trzeba mło­dym ludziom przy­bli­żyć wspo­mnie­nia i korze­nie dziad­ków, ojców i matek, by nie zna­leźli się w próżni i nie popeł­niali tych samych błę­dów. Powinni dowie­dzieć się, na przy­kład, jak rodzi się i umac­nia wypa­czony popu­lizm, jak odgra­dza się i izo­luje suwe­re­nizm. Wystar­czy przy­wo­łać tutaj wybory w Niem­czech w latach 1932-1933 i Adolfa Hitlera. Ten były żoł­nierz pie­choty, mający obse­sję na punk­cie klę­ski I wojny świa­to­wej i "czy­sto­ści krwi", obie­cy­wał roz­wój Nie­miec po upadku rządu, który zawiódł spo­łeczne ocze­ki­wa­nia. Niech mło­dzi ludzie wie­dzą, jak zaczyna się popu­lizm i jak to się koń­czy. Obiet­nice, które opie­rają się na stra­chu, przede wszyst­kim na lęku przed obcymi, są cha­rak­te­ry­styczne dla popu­lizmu. To począ­tek dyk­ta­tury i wojny. Musimy pamię­tać, że dla tych, któ­rych uwa­żamy za innych, to my jeste­śmy inni.

Opo­wie­ści mojego dziadka Gio­van­niego roz­brzmie­wały w moich uszach i sercu, kiedy we wrze­śniu 2014 roku uda­łem się na wielki cmen­tarz-pomnik w Redi­pu­glia w pro­win­cji Gory­cji. W tym miej­scu pochówku ofiar I wojny świa­to­wej spo­częły szczątki ponad 100 tysięcy wło­skich żoł­nie­rzy, z któ­rych 60 tysięcy pozo­stało bez­i­mien­nych. Zabrano im wszystko, nawet nazwi­ska, a ich rodzi­nom i krew­nym także ich groby. Wcze­śniej byłem w Fogliano, gdzie pocho­wano 15 tysięcy wal­czą­cych prze­ciwko sobie żoł­nie­rzy pię­ciu róż­nych naro­do­wo­ści, tylko w nie­wiel­kiej licz­bie ziden­ty­fi­ko­wa­nych.

Zachwy­ci­łem się przej­mu­ją­cym pięk­nem tam­tej­szego kra­jo­brazu, widzia­łem męż­czyzn i kobiety pra­cu­ją­cych, by utrzy­mać rodzinę, bawiące się dzieci, zamy­ślo­nych star­ców... i nagle sta­ną­łem wśród tysięcy takich samych gro­bów, w któ­rych pocho­wano mło­dych męż­czyzn. Odpra­wia­jąc mszę świętą, wraz z bisku­pami i kil­ku­set księżmi, któ­rzy przy­byli ze wszyst­kich kra­jów zaan­ga­żo­wa­nych w kon­flikt w latach 1915-1918, powie­dzia­łem, że wojna to sza­leń­stwo. Przed oczami mia­łem prze­cież bru­talny dowód tego stwier­dze­nia, jego demon­stra­cję pla­styczną. Pod­czas gdy Bóg reali­zuje swoje dzieło stwo­rze­nia i wzywa nas do współ­pracy, wojna nisz­czy wszystko. Nawet to, co Bóg stwo­rzył naj­pięk­niej­szego: czło­wieka i jego bra­ter­skie więzi. Wojna to sza­leń­stwo, a jej obłą­kany plan zakłada jedy­nie znisz­cze­nie. Nad wej­ściem na cmen­tarz wid­niało szy­der­cze motto każ­dej wojny: "Co mnie to obcho­dzi?". Tak samo Kain odpo­wie­dział Bogu: "Czyż jestem stró­żem brata mego?" (Rdz 4,9). Kto wypo­wiada te słowa, z nikim innym się nie liczy, nie patrzy w oczy nikomu: ani star­com czy dzie­ciom, ani matce czy ojcu...

W Redi­pu­glia pła­ka­łem. I to samo przy­da­rzyło mi się pod­czas obcho­dów ku czci pole­głych we wszyst­kich woj­nach, w 2017 roku w Anzio, na ame­ry­kań­skim cmen­ta­rzu w Net­tuno, kiedy prze­cho­dzi­łem wzdłuż nie­koń­czą­cych się rzę­dów bia­łych krzyży. Były bar­dzo podobne do tych, które dwa lata póź­niej, w 75. rocz­nicę desantu alian­tów, widzia­łem w Nor­man­dii. W walce z bar­ba­rzyń­stwem nazi­zmu tylko jed­nego dnia pole­gły tysiące żoł­nie­rzy i jesz­cze wię­cej cywi­lów. Po stro­nie nie­miec­kiej zgi­nęło 10 tysięcy żoł­nie­rzy, któ­rzy wal­czyli i oddali życie posłuszni zbrod­ni­czej ide­olo­gii. Wszy­scy ci ludzie, któ­rzy zostali tam pocho­wani, mieli też wła­sne plany, marze­nia, umie­jęt­no­ści, które mogli roz­wi­nąć i dobrze wyko­rzy­stać. Lecz usły­szeli tylko: "Co mnie to obcho­dzi?".

Tak samo jest i dziś. W imię daw­nych i nowych inte­re­sów, sza­lo­nych pla­nów geo­po­li­tycz­nych, pie­nię­dzy i wła­dzy. Także i dzi­siaj stra­te­dzy ter­roru, inspi­ra­to­rzy kon­fron­ta­cji i pro­du­cenci broni mają w sercu wyryte te same słowa: "Co mnie to obcho­dzi?". Te słowa bez­czesz­czą i wyko­rzy­stują nawet to, co uwa­żamy za naj­święt­sze: nawet Boga. Nie ma boga wojny. Wojnę pro­wa­dzi sza­tan. Bóg jest poko­jem. Dla­tego w doku­men­cie o ludz­kim bra­ter­stwie pod­pi­sa­nym wspól­nie z wiel­kim ima­mem uni­wer­sy­tetu Al-Azharr w Kairze, Ahma­dem al-Taje­bem, w Zjed­no­czo­nych Emi­ra­tach Arab­skich w lutym 2019 roku obaj: "wzy­wamy wszyst­kich, któ­rych to doty­czy, do zaprze­sta­nia posłu­gi­wa­nia się reli­gią w celu wzbu­dza­nia nie­na­wi­ści, prze­mocy, eks­tre­mi­zmu oraz śle­pego fana­ty­zmu, do zaprze­sta­nia uży­wa­nia imie­nia Boga dla uspra­wie­dli­wia­nia zabójstw, eks­ter­mi­na­cji, ter­ro­ry­zmu oraz uci­sku". Pro­simy o to "na pod­sta­wie naszej wspól­nej wiary w Boga, który nie stwo­rzył ludzi, żeby byli zabi­jani lub wal­czyli ze sobą nawza­jem, ani też by byli tor­tu­ro­wani czy poni­żani w swoim życiu i egzy­sten­cji. Bóg Wszech­mo­gący nie potrze­buje niczy­jej obrony i nie chce, aby Jego imię było uży­wane do ter­ro­ry­zo­wa­nia ludzi"28. Wyko­rzy­sty­wa­nie Boga jako alibi naszych grze­chów i zbrodni to jedno z naj­cięż­szych bluź­nierstw.

Trzeba zro­bić wszystko, aby skoń­czyć z wyści­giem zbro­jeń, utrud­nia­jąc dostęp do broni zarówno poszcze­gól­nym jed­nost­kom, jak i pań­stwom, na fron­tach wojen i w naszych mia­stach. Szcze­gól­nie w kra­jach bar­dziej roz­wi­nię­tych, gdzie wyścig zbro­jeń uspra­wie­dli­wia efe­me­ryczny kon­sen­sus lub złudne poczu­cie bez­pie­czeń­stwa. Chęć, by zwal­czyć zło złem, nie­uchron­nie pro­wa­dzi do naj­gor­szego. A przy­wódcy poli­tyczni o takiej men­tal­no­ści, któ­rzy nie wie­dzą, jak pro­wa­dzić dia­log, jak kon­fron­to­wać się ze sobą, któ­rzy inter­pre­tują swoją rolę z aro­gan­cją, a nie z pokorą kogoś powo­ła­nego, by tkać wątki współ­ist­nie­nia, nie są w sta­nie popchnąć żad­nego kraju w kie­runku pokoju, spra­wie­dli­wo­ści i dobro­bytu. Pchają go nato­miast w prze­paść znisz­cze­nia.

Od początku mojego pon­ty­fi­katu było jasne, że po klę­sce II wojny świa­to­wej coraz wyraź­niej widać zarysy trze­ciej wojny "w kawał­kach", w któ­rej ofiarą zbrodni, masa­kry, znisz­czeń i prze­ra­ża­ją­cego okru­cień­stwa pada przede wszyst­kim lud­ność cywilna, starcy, kobiety i dzieci. Jak się wydaje, to główna cecha wszyst­kich współ­cze­snych wojen. W prze­szło­ści ten, kto wypo­wia­dał wojnę, wysy­łał innych, aby ginęli zamiast niego. Wojny toczyły się "w imię króla!", choć pod­czas nich ginęli chłopi. Pierw­sza wojna świa­towa, w któ­rej wal­czyli nasi dziad­ko­wie, sta­no­wiła swego rodzaju prze­łom. Odtąd w każ­dym kon­flik­cie, od Bli­skiego Wschodu po Bał­kany, od Azji po Afrykę, przy­tła­cza­jącą więk­szość ofiar - aż 80 pro­cent na początku XXI wieku - sta­nowi lud­ność cywilna. Jeden z kore­spon­den­tów wojen­nych pisał, że: "w wyniku współ­cze­snych dzia­łań wojen­nych tak zwane straty uboczne to teraz żoł­nie­rze". Na prze­strzeni ostat­nich trzy­dzie­stu lat pod­czas więk­szo­ści kon­flik­tów łatwiej ujść z życiem w mun­du­rze niż w dzie­cię­cej czer­wo­nej koszulce. Teraz zabija się głów­nie bez­bron­nych, a co trze­cia ofiara to dziecko. Ci, któ­rych dotyka sza­leń­stwo wojny, doświad­czają go nie z wła­snej woli. Są tylko ofia­rami. Nie ma to nic wspól­nego z boha­ter­stwem, z reto­ryką wojenną. Dzi­siaj wojna to tylko tchó­rzo­stwo i wstyd. I ten wstyd wszy­scy powin­ni­śmy odczu­wać. Praw­dziwe nie­szczę­ście jest wtedy, kiedy nie wsty­dzimy się już niczego.

Mój dzia­dek Gio­vanni i wielu innych dziad­ków, a także nasi ojco­wie ostrze­gali, że wojna zawsze czyha za rogiem. I rze­czy­wi­ście, jest bar­dzo bli­sko, w każ­dym z nas. Każdy kon­flikt bowiem roz­po­czyna się naj­pierw w sercu.

Nie można pozwo­lić, by w naszej świa­do­mo­ści utrwa­lił się obraz męż­czyzn, kobiet i dzieci bez­kar­nie toną­cych w Morzu Śród­ziem­nym. Raz, drugi, kolejny...

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

1. Rainer Maria Rilke, Listy do mło­dego poety, Czuły Bar­ba­rzyńca, 2005. (Wszyst­kie przy­pisy pocho­dzą od tłu­maczki). [wróć]

2. Wszyst­kie cytaty z Pisma Świę­tego za https://biblia.deon.pl/ [wróć]

3. Cho­dzi o mek­sy­kań­skiego poetę Octa­vio Paza (1914-1998), lau­re­ata lite­rac­kiej Nagrody Nobla. [wróć]

4. Por. Fran­ci­szek, kate­cheza pod­czas audien­cji gene­ral­nej 20 wrze­śnia 2017 r. [wróć]

5. Kata­strofa statku "Prin­ci­pessa Mafalda" nastą­piła 25 paź­dzier­nika 1927 r. w odle­gło­ści 80 mil od brze­gów Bra­zy­lii. [wróć]

6. Edmondo Mario Alberto De Ami­cis (1846-1908) - wło­ski pisarz i dzien­ni­karz. W słyn­nej powie­ści dla mło­dzieży Serce opi­suje losy jede­na­sto­let­niego ucznia wło­skiej szkoły pod­sta­wo­wej. [wróć]

7. Luigi Barzini, Gli allu­ci­nati, "Cor­riere della Sera", 13 stycz­nia 1902. [wróć]

8. Fran­ci­sco Luis Bernárdez (1900-1978) - argen­tyń­ski poeta i dyplo­mata. [wróć]

9. Gio­vanni (Nino) Costa (1886-1945) - poeta wło­ski piszący głów­nie w języku pie­monc­kim. [wróć]

10. 21 czerwca 2015 r. pod­czas wizyty w Tury­nie Fran­ci­szek w swo­jej homi­lii zacy­to­wał po wło­sku frag­ment napi­sa­nego w dia­lek­cie pie­monc­kim wier­sza N. Costy Razza nostrana (dial. Rassa Nostrana). Przy­to­czone tu cytaty pocho­dzą z wło­skiej wer­sji tego wier­sza. [wróć]

11. Félix Lope de Vega y Car­pio (1562-1635) - hisz­pań­ski pisarz, autor wielu dra­ma­tów, w więk­szo­ści opar­tych na histo­rii i legen­dach ludo­wych, w któ­rych tra­gizm spla­tał się z komi­zmem, a realizm z fan­ta­styką. [wróć]

12. Ales­san­dro Man­zoni (1785-1873) - pisarz, czo­łowy przed­sta­wi­ciel wło­skiego roman­ty­zmu, autor słyn­nej powie­ści histo­rycz­nej Narze­czeni. [wróć]

13. Rdz 4, 9-10. [wróć]

14. Ks. Primo Maz­zo­lari (1890-1959) - nazy­wany rów­nież "pro­bosz­czem z Boz­zolo" duchowny, pisarz i anty­fa­szy­sta był jedną z naj­bar­dziej zna­czą­cych postaci wło­skiego kato­li­cy­zmu pierw­szej poł. XX w. [wróć]

15. Primo Maz­zo­lari, La parola ai poveri, Bolo­gna 2016. [wróć]

16. Pieśń wojenna z okresu I wojny świa­to­wej. [wróć]

17. Tu błąd Autora - brat ks. Maz­zo­la­riego słu­żył w 26., a nie 28. pułku; patrz: https://movio.beni­cul­tu­rali.it/mcbcv/maggio1915iviadanesirisposero/it/260/maz­zo­lari-giu­seppe-7-set­tem­bre-1893-24-novem­bre-1915 [wróć]

18. Fran­ci­szek zacy­to­wał pierw­szą strofę tej pio­senki z 1917 r. pod­czas swo­jej wizyty w Trie­ście 7 lipca 2024 r. Il gene­ral Cadorna ha scritto alla regina: "Se vuoi veder Trie­ste te la mando in car­to­lina". Bom bom bom al rombo del can­non.[...] [wróć]

19. Frag­ment bal­lady La guerra di Piero wło­skiego pie­śnia­rza Fabri­zio De André (1940-1999). [wróć]

20. Por. Carlo Salsa, Trin­cee: con­fi­denze di un fante, Riz­zoli, Milano 2022. [wróć]

21. Słowa skie­ro­wane po trzech latach od wybu­chu I wojny świa­to­wej 1 sierp­nia 1917 r. przez Bene­dykta XV, do "przy­wód­ców wal­czą­cych państw" zawie­ra­jące apel o poło­że­nie kresu krwa­wemu kon­flik­towi, który stał się "z każ­dym dniem coraz bar­dziej bez­u­ży­teczną rze­zią". [wróć]

22. Don Lorenzo Milani, Let­tera ai giu­dici, Bar­biana 18 paź­dzier­nika 1965. [wróć]

23. Albert Ein­stein, Mój obraz świata, War­szawa 1935, s. 14. [wróć]

24. Takim zdrob­nie­niem imie­nia Anna nazy­wano Annę Magnani. [wróć]

25. La dolce vita, 1960 r. [wróć]

26. https://www.open­sub­ti­tles.com/it/sub­ti­tles/3363698-la-strada [wróć]

27. https://paso­li­ni­pun­to­net.blog­spot.com/2012/05/la-dolce-vita-per-me-si-tratta-di-un.html [wróć]

28. Tekst pol­ski za https://www.vati­can.va/con­tent/fran­ce­sco/pl/tra­vels/2019/out­side/docu­ments/papa-fran­ce­sco_20190204_documento-fra­tel­lanza-umana.html [wróć]