Rozdział 2
Dzwonek telefonu oderwał Martę od przeglądania makaronów ustawionych na sklepowej półce. Sięgnęła do kieszeni, po czym zerknęła na wyświetlacz komórki.
- Dzień dobry, panie Stasiu - rozpoczęła uprzejmie.
- Dzień dobry - odpowiedział życzliwy męski głos. - Marta, czy ty jesteś w domu?
- Nie - zaprzeczyła. - Będę za jakąś godzinę. A o co chodzi?
- To nie na telefon - rzekł. - Zajrzę do ciebie wieczorem, dobrze?
- Oczywiście, ale czy coś się stało? - zaniepokoiła się.
- Nie, mam po prostu pewną sprawę do ciebie - odparł mężczyzna. - Ale pogadamy o tym później. Do zobaczenia.
Stanisław Kaczewski był właścicielem mieszkania, które Marta od kilku lat wynajmowała. Nigdy dotąd nie prosił ją o spotkanie. Owszem, widywali się z rzadka, od czasu do czasu osobiście odbierał od niej pieniądze za czynsz, ale przeważnie dokonywała płatności przelewem. Ona nie była trudnym lokatorem, a on wścibskim gospodarzem, tak więc nie wchodzili sobie w paradę, wszelkie formalności załatwiając przez internet.
Późnym popołudniem Kaczewski zadzwonił do drzwi Marty. Otworzyła i gestem zaprosiła go do środka. Chociaż na jej twarzy malował się uprzejmy uśmiech, serce jednak biło szybciej z niepokoju, że zaraz usłyszy wypowiedzenie mieszkania. Od telefonu Kaczewskiego nie mogła się skupić na niczym innym poza deliberowaniem nad powodami jego wizyty. I cały czas przychodził jej do głowy tylko jeden: z pewnością zaraz się dowie, że musi się wynieść z mieszkania. Ta uparcie powracająca myśl nie dawała jej spokoju i choć nie była podyktowana żadną racjonalną przyczyną, i tak drążyła jej mózg i burzyła spokój.
- Napije się pan czegoś? - spytała grzecznie, jakby chciała odwlec nieprzyjemną chwilę.
- Nie, dziękuję. - Kaczewski był nieco zdenerwowany. - Widzisz, Marta, jest taka sprawa... Mam pewien kłopot i w związku z tym... - zająknął się.
Marta milcząco wpatrywała się w niego, czym wcale nie ułatwiała mu zadania.
- Chodzi o to - podjął znowu - że moja matka miała udar...
- Przykro mi - to było jedyne, co przyszło jej do głowy.
- Nie, nie... - machnął ręką - już jest lepiej, ale to właśnie z jej powodu przyszedłem do ciebie. Chcę cię o coś prosić... A właściwie poinformować...
Marta niewiele z tego rozumiała. To znaczy rozumiała, że Kaczewski ma chorą matkę, ale nie miała pojęcia, czego w tej sytuacji może od niej chcieć. A może chodzi o rehabilitację?... Cierpliwie i w milczeniu czekała na dalsze wyjaśnienia.
- Muszę cię prosić, żebyś opuściła to mieszkanie.
A jednak. Czyli miała trafne przeczucia. Przeniosła wzrok z Kaczewskiego na ścianę i próbowała zebrać myśli. Wiedziała już, że przed nią stoi trudne zadanie znalezienia nowego lokum i także niełatwe logistycznie przeniesienie wszystkich swoich rzeczy, których przez tych prawie pięć lat w Warszawie sporo się już nazbierało.
- Ile mam czasu? - odezwała się wreszcie.
- A gdzie ty chcesz iść? - trochę głupio zapytał Kaczewski.
- Nie wiem, panie Stasiu, czegoś sobie poszukam.
- Nie, nie! - zakrzyknął i aż podniósł się z fotela. - Ja cię wcale nie wyganiam, tylko chcę, żebyś zamieniła się ze mną.
- Jak to? - Marta nie kryła zdziwienia.
- To mieszkanie będzie mi dużo łatwiej dostosować do wózka matki niż mój dom. Tu są szerokie drzwi, nie ma progów ani pięter, a na Saskiej Kępie wszystko starodawne. Wysokie schody, wąskie korytarze, sama rozumiesz... - tłumaczył.
- No właśnie nie bardzo - odpowiedziała.
Stanisław Kaczewski cierpliwie wyłuszczył Marcie swój plan. Przypuszczalnie za jakieś dwa tygodnie, może wcześniej, jego matka opuści szpital i będzie potrzebowała odpowiednich warunków. A w ich dotychczasowym domu niestety takich nie ma. Mieszkanie, które wynajmuje Marcie, jest o wiele bardziej ustawne, choć ma mniejszy metraż. W tej sytuacji Kaczewski chciałby przenieść się tu wraz z matką i na czas jej rekonwalescencji proponował Marcie swój dom na Saskiej Kępie.
Marta niewiele miała do powiedzenia. Było dla niej jasne, że mieszkanie musi opuścić, a skoro przy tym zapewniano inny dach nad głową, to na plan Kaczewskiego przystała od razu. Co do czynszu za nowe mieszkanie, ustalili, że nic się w tej kwestii nie zmieni. Marta odetchnęła z ulgą, bo w którymś momencie przemknęło jej przez myśl, że dom pewnie będzie dużo droższy od mieszkania. Kaczewski nie był jednak typem dorobkiewicza, tylko statecznym panem po sześćdziesiątce i zupełnie nie zależało mu na wielkim zarobku. Znał Martę od kilku lat i jak dotąd nie miał z nią żadnych kłopotów. Uznał, że taki odpowiedzialny lokator to skarb, dlatego chętnie i bez obaw zaproponował jej przeprowadzkę do swojego domu. Owszem, mógł jej wypowiedzieć mieszkanie i po prostu się z nią pożegnać, ale nie widział takiej konieczności. Ustalili zatem, że jeśli zdrowie i sprawność jego matki będą się poprawiać, to być może w niedługim czasie znów zamienią się na mieszkania. Dla Marty oznaczało to co prawda trochę zachodu, ale i tak była zadowolona, że ma się gdzie podziać.
Pani Kaczewska była nadal w szpitalu, dlatego on mógł zaoferować Marcie pomoc przy przeprowadzce. Wprawdzie nie kazał jej się wyprowadzać natychmiast, ale wobec podjętych decyzji nie było sensu tego odwlekać. Tak więc przez następne dwa dni, w popołudnia i wieczory, Marta w mieszkaniu na Bemowie skrupulatnie pakowała wszystkie swoje rzeczy do walizek oraz pudeł, nie mogąc się przy okazji nadziwić, w jaki sposób udało jej się zgromadzić w ciągu kilku zaledwie lat tak pokaźny dobytek. Stanisław Kaczewski podobnie spędzał czas na Pradze-Południe i równie mocno się dziwił. Z tym że jemu dwa dni nie wystarczyły na spakowanie siebie i matki. Zajęło mu to prawie tydzień, aż wreszcie zadzwonił do Marty i rozpoczęli żmudną operację przewożenia pudeł. Była mu ogromnie wdzięczna, że znalazł czas i pomógł jej w transporcie rzeczy. Bez niego zmuszona byłaby wynająć jakąś firmę przeprowadzkową, co oczywiście oznaczałoby dodatkowe koszty. A Kaczewski pomógł jej bezinteresownie. W ramach rewanżu wspierała go także przy jego przeprowadzce. Kierując się jego uwagami i wskazówkami, rozłożyła garderobę pani Kaczewskiej w szafie i komodzie, a garnki, talerze i sztućce - w szafkach kuchennych.
W obu mieszkaniach pozostało jeszcze sporo do porządkowania, ale już można było w nich zamieszkać. Marta wzięła ze sobą wszystkie swoje rzeczy i na Bemowie nie zostało nic, czego byłaby właścicielką. Kaczewski natomiast zabrał jedynie niewielką część swego dobytku, nie sposób bowiem przenieść wszystkiego ze sporego domu jednorodzinnego do średniej wielkości mieszkania w bloku. Wziął to, co najbardziej niezbędne, zapowiadając, że w razie potrzeby będzie przyjeżdżał po resztę.
Półtora tygodnia później Marta rozsiadła się wieczorem w dużym, wygodnym fotelu i popijała latte z ekspresu. Dom Kaczewskich wydawał jej się ogromny i całkiem przytulny. Stał przy Zakopiańskiej, która nie miała w sobie nic z wielkomiejskich tłocznych i gwarnych ulic. Przeciwnie, okolica była nieco ospała, przepełniona majową zielenią drzew i krzewów, z dość ciasną zabudową, w większości z lat trzydziestych ubiegłego wieku. Do domu należały dwa ogródki. Frontowy wypełniały stojące tuż przy płocie, wysokie na kilkanaście metrów świerki serbskie, naturalnie odgradzające od wszystkiego, co się działo na ulicy. Tylny obfitował w różne gatunki lilaków, które teraz właśnie bujnie i wonnie kwitły. Poza nimi rosły tam również krzewy jaśminu, berberysu, azalii i hortensji. Słowem: trochę natury w sercu Warszawy. Marta była urzeczona domem i zielenią. Znajdowała zaledwie jeden minus swojej przeprowadzki: z Bemowa miała bliżej do pracy i na uczelnię. Uczelni co prawda nie przeniesie bliżej Zakopiańskiej, ale o zmianie pracy już zaczęła rozmyślać.
Marta Żmigrodzka była dziewczyną niezwykle ambitną i pracowitą. Spędziwszy całe dzieciństwo w Kazimierzu Dolnym, miała mnóstwo czasu, by przyjrzeć się swojej rodzinie i w końcu dojść do wniosku, że są to ludzie mało wymagający od życia. Zaspokajali jedynie podstawowe potrzeby codziennej egzystencji, nawet nie marząc o niczym więcej. Z sześciorga dzieci państwa Żmigrodzkich jedynie Marta chciała czegoś ponad skromne życie w starej wiejskiej chacie, tylko ona odważyła się marzyć o świecie większym niż Kazimierz i jego okolice, i wreszcie - tylko ona chciała się uczyć. Technikum fryzjerskie wybrała wprawdzie zgodnie ze swoimi predyspozycjami, ale bez większego przekonania. Od zawsze miała wręcz fenomenalne zdolności manualne, wyczucie smaku i wysublimowany zmysł artystyczny. Jej oko doskonale wychwytywało wszelkie przejawy piękna, a zręczne palce w okamgnieniu potrafiły wykonywać przeróżne cudeńka. Marta świetnie też piekła, gotowała i szyła. Podążając za swoimi zdolnościami, skończyła technikum w klasie fryzjerskiej, doskonale zdała maturę i od razu złożyła dokumenty do Wyższej Szkoły Rehabilitacji w Warszawie, kierunek fizjoterapia. Chociaż to nieco odległe od fryzjerstwa, jednak w dużej mierze wciąż robiła to, w czym była naprawdę dobra, ciągle ćwiczyła zręczność swych dłoni oraz podnosiła kwalifikacje.
Doskonale wiedziała, od czego chce uciec. Nie zamierzała powielać schematu swoich rodziców i sióstr, który od lat wyglądał mniej więcej w ten sposób: wyjść za mąż, znaleźć jakiekolwiek lokum (może być do spółki z teściami), jak najszybciej postarać się o dziecko, jeśli się uda, to znaleźć pracę, a jeśli nie, to też nie będzie źle, no i oczywiście kupić jakiś samochód. Samochód musi być. Niekoniecznie nowiutki, ale im młodszy, tym lepszy, rzecz jasna. No i jeszcze duży, płaski telewizor z pakietem wielu kanałów do wyboru. Tak, to były priorytety jej sióstr. To właśnie przekazali swoim córkom rodzice, taki dali przykład, tak też tworzyła się rodzinna tradycja bylejakości. Ona jedyna wyłamała się z modelu takiej rodziny. I doskonale wiedziała, że jeśli chce coś w życiu osiągnąć, to musi liczyć wyłącznie na siebie i być przygotowana na ciężką pracę. I była. Zaraz po maturze wyjechała do Warszawy, znalazła jakiś ciasny pokoik na Ursynowie i od razu pobiegła do najbliższej galerii handlowej, rozpytując w butikach o pracę. Szybko stwierdziła, że praca jest. Przeważnie mało płatna i pochłaniająca dużo czasu, ale jest. Na początek tyle jej wystarczyło. Z czasem trafiały się też drobne fuchy, na przykład uczesanie koleżanki na ślub czy na sylwestra, potem ktoś ją komuś polecił, zrobiła raz i drugi piękny makijaż, manicure czy uszyła z frędzli lub resztek jakiś bibelot, no i wpadały kolejne drobne kwoty. Niby nic wielkiego, ale starczało do pierwszego. Wkrótce przeniosła się na Bemowo, a teraz trafiła na Saską Kępę.
Maj niósł się tu zapachem bzów i świeżych traw. Gęstwina drzew i krzewów stanowiła doskonałe miejsce do gniazdowania przeróżnego ptactwa, toteż oba ogródki przy Zakopiańskiej, a także wszystkie sąsiednie, rozbrzmiewały świergotem i śpiewem ptaków.
Wieczór był chłodny, ale Marta zupełnie na to nie zważała. Pootwierała okna wychodzące na ulicę oraz drzwi tarasowe do tylnego ogródka, owinęła się w mięciutki szlafrok i zasiadła w wiosennym przeciągu w fotelu pani Kaczewskiej. Szklankę aromatycznej latte co chwilę unosiła do ust i przymykając skośne oczy, delektowała się jej smakiem. W salonie szybko się wyziębiło, położyła więc zmarznięte stopy na fotelu i okryła je szczelnie połą szlafroka.
Przesiedziała tak prawie do północy, słuchając treli kosów, trznadli i słowików, a nawet w którymś momencie odniosła wrażenie, że rozpoznaje głos pokląskwy, choć wiedziała, że to nie miejski ptak. Być może bliskie sąsiedztwo Wisły sprawiało, że wiele gatunków chętnie gniazdowało w tych okolicach. Dobiegające gdzieś z traw melodyjne cykanie świerszcza domowego dodatkowo potęgowało w Marcie doznanie, że jest daleko od miasta.
Już drugiego dnia pobytu na Zakopiańskiej zrobiła szybkie rozeznanie okolicy, zastanawiając się, gdzie by tu spróbować znaleźć jakąś pracę. Jej wybór prawie od razu padł na centrum handlowe przy Ostrobramskiej. Do tej pory pracowała już w kilkunastu sklepach, doskonale znała specyfikę takich lokali i wiedziała, że większość młodziutkich sprzedawczyń to studentki, które nigdy nie pozostają długo w jednym miejscu, uważając, że sklep jest jedynie chwilowym przystankiem w drodze ku ich wielkiej karierze. Sama zresztą wyznawała podobną zasadę i dlatego nie wątpiła, że zdoła się zaczepić choć na chwilę w którymś ze sklepów w galerii. Miała także świadomość, że praca będzie na zmiany, męcząca i mało płatna. Godziła się jednak na to, bo nie należała do osób wybrednych, i wiedziała, że w jej sytuacji, bez jakichkolwiek znajomości i tak zwanych pleców, nie osiągnie szczytów swych marzeń w inny sposób, niż tylko przez żmudne wspinanie się po kolejnych szczeblach. Na razie była jeszcze zupełnie nisko, ale mierzyła niezwykle wysoko. Wierzyła przy tym, że jej plany są jak najbardziej realne. Była zdeterminowana nie powielać schematu egzystencji swoich rodziców i sióstr.
W poniedziałkowe popołudnie, w drugiej połowie maja, Marta wyszła z uczelni, przespacerowała się do przystanku, wsiadła w autobus linii 523 i po ponad czterdziestu minutach wysiadła na Saskiej. Stąd miała jeszcze ponad trzy kilometry do Ostrobramskiej. Ten ostatni odcinek postanowiła przebyć pieszo, licząc na to, że być może po drodze do galerii handlowej natrafi na coś wartego uwagi i również tam rozpyta o pracę.
Szła powoli, delektując się słońcem i świeżą zielenią drzew i krzewów przy Kanale Wystawowym. Potem trasa stała się znacznie mniej przyjemna - szerokie, hałaśliwe i zatłoczone jezdnie raczej nie sprzyjały kontemplacji. Marta przestała zachwycać się wiosną i skupiła uwagę na pobliskich budowlach, rozważając, czy nie warto by spróbować złożyć gdzieś swoje CV. Doszła w ten sposób do budynków Polsatu, ale nie odważyła się tam wstąpić. Nie sądziła, by udało jej się coś znaleźć w telewizji. Chociaż, kto wie, jest przecież naprawdę dobrą fryzjerką, a ktoś musi czesać dziennikarzy i gwiazdy. Nieopodal telewizji znajdowało się Atrium Promenada, cel jej wędrówki. Tu wkroczyła bez oporów i śmiało, dumnie podnosząc głowę i prostując plecy. Była gotowa na szukanie pracy.
Najpierw przeszła przez większość sklepów. W każdym się rozejrzała, od niechcenia przerzuciła towar na wieszakach, po czym ukradkiem zerknęła na twarze sprzedawców. Doskonale znała takie klimaty, w dużych centrach handlowych pracowała już kilkakrotnie. Potrzebowano w nich młodych, obrotnych, dyspozycyjnych i uprzejmych ludzi. Po półtorej godziny wyjęła z przepastnej torebki teczkę, w której trzymała swoje CV. Weszła ponownie do czterech czy pięciu sklepów z odzieżą, do dwóch z asortymentem dla dzieci oraz do salonu jubilerskiego. W każdym z tych miejsc uprzejmie pytała, czy nie poszukują pracowników, i na wszelki wypadek zostawiała swój życiorys; w jednym skierowano ją nawet do kierownika, ale na razie niczego konkretnego jej nie zaoferowano, tylko obiecano się z nią skontaktować. Była dobrej myśli.
Od rana była na nogach. Zmęczenie i głód odezwały się niemal jednocześnie, atakując jej organizm i próbując powalić tu i teraz, czyli w drodze powrotnej na Zakopiańską. Osłabiona, ale z poczuciem zadowolenia Marta zmierzała do domu. Jakiś szósty zmysł podpowiadał jej, że dzisiejszy trud nie był daremny. Miała naprawdę ogromną nadzieję na pracę w Atrium.
Zanim dotarła do domu, wstąpiła do niewielkiego sklepu mięsnego, w którym za szybą lodówki szczególnie dobrze prezentowały się wątróbki wieprzowe. Była tak głodna, że zjadłaby chyba wszystko, ale czuła, że wątróbka to najlepszy wybór. Nie potrafiła jej się oprzeć i do swojej nowej kuchni wróciła z siatką pełną produktów potrzebnych do zrobienia smażonej wątróbki z jabłkami.
Pod kuchennym kranem szybko umyła ręce, równie szybko popędziła na górę, by przebrać się w wygodny podkoszulek i dżinsy, po czym po dwa stopnie naraz zbiegła z powrotem na dół i znów stanęła w kuchni. Umyła i osuszyła wątróbkę, pokroiła ją na mniejsze kawałki, włożyła do miski i zalała mlekiem. Obrała i pokroiła w piórka dwie cebule, potem to samo zrobiła z dwoma kwaśnymi jabłkami, z tą różnicą, że pokroiła je w ósemki. By nie ściemniały, pokropiła sokiem z cytryny. Zaparzyła sobie zielonej herbaty i od czasu do czasu popijała ją małymi łykami. Była tak głodna, że wyjęła wątróbkę z mlecznej kąpieli przed czasem, mając nadzieję, że nie zaszkodzi to smakowi całej potrawy. Dobrze pamiętała z dzieciństwa, że matka nigdy nie moczyła jej w mleku, a mimo to zawsze była smaczna. Niewykluczone więc, że jej dzisiejszy obiad też się uda. Wrzuciła podroby na rozgrzany olej, podsmażyła, po czym wyjęła z patelni. Na tym samym oleju zeszkliła cebulę i do niej znów włożyła wątróbkę. Podlała wszystko odrobiną wody i nakryła patelnię pokrywką, aby danie powoli się dusiło.
Po całym domu rozeszły się aromaty cebuli i smażeniny. Marta już nie mogła się doczekać, kiedy zasiądzie do obiadu. Najwyraźniej jednak smakowite zapachy dotarły także na zewnątrz, bo w kilka minut od wrzucenia wątróbki na patelnię usłyszała niecierpliwe skomlenie dochodzące gdzieś spod kuchennego okna otwartego na oścież. Szybko podeszła do okna i wychyliwszy się przez parapet, ujrzała zniecierpliwionego owczarka szkockiego, który przysiadł na zadzie, zadzierał głowę do góry i przestępując z łapy na łapę, zupełnie nie kontrolował wydobywającej się z pyska śliny. Widok był tak zabawny i rozczulający, że Marta aż się do siebie uśmiechnęła. Owczarek był rudy, z białym krawatem, i wyglądał na bardzo głodnego. Skąd się wziął w jej ogródku, tego Marta nie wiedziała. Żadna z furtek, ani frontowa, ani tylna, nie była dziurawa, płoty także wydawały się kompletne, a Kaczewski nie wspominał, że ma psa. Zresztą gdyby to był jego pies, zorientowałaby się zapewne, bo przecież mieszkała tu już od kilku dni. Zatem pies należał do kogoś innego i zupełnie nie wiadomo, jak się tutaj dostał. Nie ulegało natomiast wątpliwości, że jest głodny, a wątróbka pachniała coraz intensywniej.
Marta zlitowała się nad zwierzakiem: wyjęła kawałek z patelni, podmuchała na niego solidnie i wyrzuciła przez okno, wprost pod psie łapy. Owczarek zerwał się z miejsca i radośnie warknąwszy, przypadł do skromnej porcji. Pochłonął ją w okamgnieniu i poszczekując, domagał się więcej. Choć był dużym psem, sprawiał wrażenie łagodnego i przyjaznego, może tylko trochę zbyt niecierpliwego i łapczywego.
Ostatecznie z patelni całkiem sporo ubyło i danie, jakie pozostało, to była raczej cebula i jabłka z wątróbką niż wątróbka z cebulą i jabłkami. Pies chyba wreszcie zaspokoił apetyt i zrobił się nieco spokojniejszy, toteż Marta mogła dalej zająć się swoim obiadem. Co chwilę jednak wychylała się przez okno i rozglądała na boki, chcąc dojrzeć, w którym kierunku pies się oddali. Zakładała, że skoro przyszedł, to musi też gdzieś odejść.
Na drugiej patelni podsmażała jabłka posypane obficie majerankiem i szczyptą kurkumy. Na koniec przełożyła je do wątróbki i jeszcze przez chwilę dusiła wszystko razem, dodając soli i pieprzu do smaku. Po minucie danie było gotowe i mogła wreszcie zasiąść do jedzenia.
Gdy spojrzała jeszcze raz przez okno, zobaczyła psi zad w krzewach bzów. Wystarczyła krótka chwila, by zniknął bez śladu w ich gąszczu. Przez zieloną ścianę nie sposób było dostrzec, czy siatka oddzielająca posesję Kaczewskich od sąsiedniej jest cała, ale zniknięcie owczarka oznaczało raczej, że ogrodzenie jest dziurawe. Wyglądało na to, że zwierzę po prostu się najadło i wróciło do swojego domu. Czyli Marta dokarmiła psa sąsiada.
Teraz sama zajęła się jedzeniem. Obiad był wyśmienity. Mięciutka, bo niezbyt wysmażona wątróbka w połączeniu z winnymi jabłkami smakowała wyśmienicie, a jej zapach unosił się w domu jeszcze całkiem długo.
Pełny żołądek sprawił, że Marta poczuła się trochę rozleniwiona i nabrała ochoty na błogie polegiwanie w przytulnym salonie, ale gdy podniosła się od stołu, ruszyła jednak w przeciwnym kierunku. Od kilku dni rozpracowywała wszystkie funkcje fantastycznego ekspresu do kawy, codziennie serwując sobie inny napój. Dziś przyszła kolej na mokkę i był to świetny wybór. Na wierzchu zrobiła kleks bitej śmietany i posypała ją cynamonem. Kolejne cudowne aromaty rozeszły się po kuchni i salonie. Dziś tyle wystarczyło Marcie do szczęścia.
Kawa postawiła ją na nogi - ustąpiło zmęczenie, ulotnił się też ból nadwyrężonych stóp i kolan. Wstała z fotela, odstawiła filiżankę do zmywarki i podeszła do okien, aby je po kolei pozamykać. Pogoda, choć wiosenna, jeszcze nie sprzyjała takiemu wietrzeniu domu, jakie od trzech dni urządzała Marta. Tak bardzo jednak chciała nieustannie czuć tę wspaniałą woń świeżej trawy i bzów, że nie potrafiła się oprzeć i po pokojach oprócz upojnych zapachów błąkał się także chłód rześkiego majowego powietrza.
Kiedy już pozamykała wszystkie okna, wyruszyła na dokładne rozpoznanie domu. Dotychczas zaledwie pobieżnie orientowała się w jego topografii. Stanisław Kaczewski oznajmił wprost, że wolno jej korzystać ze wszystkiego, co znajdzie i co będzie jej potrzebne. Ufał jej chyba bezgranicznie, a ona nie miała najmniejszego zamiaru nadużywać jego zaufania. Skoro jednak nie zamknął przed nią na klucz żadnych drzwi, postanowiła się nieco rozejrzeć.
Dom był duży i stary, ale w bardzo dobrym stanie. Widać, że właściciel wkładał serce w jego utrzymanie. Wszędzie było czysto i na swój sposób gustownie, choć wystrój na pewno nie odpowiadał najnowszym trendom. Meble były niezniszczone, dywany bez plam, ściany bez zalegających pod sufitem pajęczyn, a parkiet najwyraźniej niedawno cyklinowano i lakierowano, bo lśnił jak nowy. Aż trudno uwierzyć, że samotny, owdowiały i bezdzietny mężczyzna opiekujący się schorowaną matką miał czas i ochotę dbać tak o dom.
Marta szła od pokoju do pokoju, podchodziła do szaf i regałów, nieśmiało wyciągała dłoń i otwierała niedomknięte drzwiczki. Początkowo czuła się jak intruz, ale doznanie to szybko ustąpiło miejsca ciekawości. Każda rzecz i każdy najmniejszy drobiazg pozostawione w tym domu stanowiły część czyjegoś życia, miały do opowiedzenia jakąś historię, były przeszłością i nie wiadomo, czy posłużą jeszcze komuś w przyszłości. Co do Kaczewskiego, Marta wiedziała, że prędzej czy później wróci tutaj, do tych wszystkich przedmiotów i sprzętów, ale czy to samo można powiedzieć o jego chorej matce?
Zajrzała do szafy. Ubrania na półkach leżały złożone w równiutką kostkę. Dotknęła jakiegoś swetra, potem przesunęła dłoń w dół, na chłodną żorżetę, ale niczego nie wyjęła. Przeszła do kolejnego pokoju, w którym całą jedną ścianę zajmował stary kredens z przeszklonymi witrynami. Za szybami zobaczyła mnóstwo porcelany i kryształów. Stały tam serwisy obiadowe, kawowe, szklanki, kieliszki i kilka porcelanowych figurek. Otworzyła drzwiczki i ostrożnie sięgnęła po maleńką filiżankę z bardzo cienkiej porcelany. Przejechała palcem po złoconym brzegu i odstawiła ją na miejsce. Sama nie wiedziała, dlaczego to robi, dlaczego zagląda do cudzych rzeczy. Nie sądziła, że zdolna jest do takiej niedyskrecji, ale ciekawość okazała się silniejsza. Zbliżyła się jeszcze do komody, uchyliła dębowe drzwiczki i poczuła zapach krochmalu. Na półkach leżało kilka lub kilkanaście kompletów śnieżnobiałej pościeli. Krochmalona bielizna pościelowa to nieodłączna część jej dzieciństwa. Do dziś z rozrzewnieniem wspominała każdą pierwszą noc po powleczeniu nowych poszew na poduszkach i kołdrze. Niemal czuła charakterystyczny szelest sztywnego materiału i zapach świeżości. Już od dawna nie spała pod taką pościelą.
Zamknęła komodę i wtedy jej wzrok padł na stojące na niej spore drewniane pudełko. Wyglądało, jakby wiele lat temu przywieziono je z Podhala, a w środku była zapewne jakaś biżuteria albo drobne pamiątki. Marta podniosła wieczko i ujrzała całkiem pokaźny zbiór srebrnych przedmiotów. Prawie wszystkie pokryte były wieloletnią patyną, leżały w nieładzie, łańcuszki splątały się ze sobą i z pierścionkami, a kolczyki pogubiły pary. Marta wzięła pudełko do rąk i usiadłszy na miękkim dywanie, wysypała srebrną biżuterię. Powoli i z namaszczeniem rozplątała każdy łańcuszek, znalazła parę każdemu kolczykowi i porozkładała wszystko na kupki wedle rodzaju. Oczy same się uśmiechały do tych precjozów. Większość z nich pochodziła z wytwórni Warmet, ale były też filigranowe pierścionki i takież kolczyki z Imago Artis. Piękna, stara robota, kamienie ujęte w srebro, ogniwa łańcuszków ręcznie wykute, krzyżyki nieco niesymetryczne przez to, że były pracą ludzkich rąk, a nie wytworem bezdusznej maszyny. Marta była urzeczona zawartością tej szkatułki. Niektóre pierścionki pozwoliła sobie przymierzyć, a kolczyki przykładała do ucha i przeglądała się w szkle witryny. Sporo czasu zajęło jej to podziwianie, wreszcie jednak powkładała wszystkie przedmioty ostrożnie do pudełka i odstawiła je na miejsce.
Dom był już prawie rozpoznany. Kuchnię i obie łazienki obejrzała od razu pierwszego dnia po przybyciu. Zostały jej jeszcze garaż i piwnica. Te dwa pomieszczenia akurat nieszczególnie ją interesowały, ale skoro już zrobiła sobie wycieczkę po domu, postanowiła zajrzeć i tam. Garaż miał wejście od zewnątrz, ale można było się do niego dostać również od środka, schodami, po drodze do piwnicy. Było to typowo męskie królestwo, w którym dominowały skrzynie z narzędziami i zapach smarów. Na dawno bielonych ścianach wisiały powtykane pomiędzy cienkie gwoździe całe szeregi przeróżnych dwustronnych płaskich kluczy oraz wiele innych przedmiotów, których przeznaczenia Marta nie znała; z pewnością były to narzędzia do męskich robót wszelakich. W najdalszym kącie stał komplet opon samochodowych i oparty o niego rower miejski. Jego jasnoróżowy kolor i biały wiklinowy koszyk zawieszony nad przednim kołem stanowiły jaskrawy kontrast na tle wszystkich zgromadzonych tu gratów. Marta ledwie spojrzała na jednoślad, od razu wiedziała, że wcześniej czy później zadzwoni do Kaczewskiego i poprosi go, żeby pozwolił jej się na nim przejechać.
Poza rowerem nic ją tam nie zainteresowało, opuściła więc garaż i wróciła do kuchni. Z oglądania piwnicy całkowicie zrezygnowała, uznając, że i tak już wystarczająco wtargnęła w cudze życie. Skoro Kaczewscy umieścili cokolwiek w piwnicy, to zapewne z zamiarem, by tam pozostało.
Tego wieczoru całkiem wcześnie zdecydowała się na kąpiel; spędziła w wannie tyle czasu, że kiedy wyszła z łazienki, w domu panował już półmrok. Owinęła się dokładnie ciepłym szlafrokiem, po skrzypiących schodach weszła na piętro i zajrzała do jednego z pokojów, który wyglądał jak gabinet albo biblioteka. Włączyła światło, podeszła do regału z książkami i przyjrzała się im uważnie. Na jej oko mogło tam być z tysiąc tytułów, dlatego wybór nie był wcale łatwy. Zastanawiała się przez kilkanaście minut, zdejmując z półek niektóre książki, aż wreszcie zdecydowała się na Prokurator Alicję Horn. Znała tę powieść doskonale, ale Dołęga-Mostowicz zachwycał ją od lat i zawsze z jednakową ciekawością wracała do jego prozy. Cieszyła się na myśl, że spędzi wieczór z książką. Zeszła na dół; po chwili w kuchni rozszedł się zapach gorącej czekolady, którą właśnie nauczyła się przygotowywać w ekspresie.
Kiedy zmierzała z filiżanką i książką do salonu, zadzwoniła jej komórka. Spojrzawszy na wyświetlacz, bez jakiejkolwiek radości odebrała połączenie.
- Cześć, kochanie - w słuchawce rozległ się przymilny głos Rafała.
- Cześć - przywitała go uprzejmie, choć z pewnością nie tak, jak on by tego chciał.
Zadzwonił bez powodu, chyba tylko po to, by niezobowiązująco pogadać, usłyszeć coś miłego, powiedzieć, że ją kocha, i być może doczekać się w zamian identycznego wyznania. Ot, zwykła rozmowa o niczym, której celem jest podtrzymanie i umocnienie więzi. Tylko że Marta żadnej więzi z nim nie czuła. Jeszcze kilka tygodni wstecz gotowa była się postarać, by wykrzesać z siebie coś na kształt uczucia. Naprawdę chciała poczuć do Rafała coś szczególnego. Myślała nawet, że z czasem jej się to uda, że potrafi się zaprogramować na tego faceta. Dziś już wiedziała, że nie wszystkiego można się nauczyć, a miłość jest właśnie jedną z tych rzeczy, które nie wymagają nauki.
Rafał tymczasem miał odmienne zdanie. Choć Marta nie oszukiwała go i powiedziała mu wprost, że nie sądzi, by kiedykolwiek chciała stworzyć z nim związek, uparcie twierdził, że z czasem na pewno się to zmieni, niech tylko da mu szansę na kolejne spotkanie. Słowem: bez pardonu próbował wprosić się do niej z wizytą, by móc podtrzymywać, a nawet zacieśniać więzi, których ona nie czuła, a on przeciwnie - aż nadto. Dzięki asertywności udało jej się jednak wykręcić od niewygodnego dla niej spotkania z natrętnym chłopakiem. Nie chciała mu powtarzać, że nie ma na co liczyć, ponieważ przestał ją zupełnie interesować, na szczęście zdołała się wymówić natłokiem obowiązków na uczelni i pracą. Nie uznała za konieczne poinformować go, że chwilowo nie ma pracy, wierzyła bowiem głęboko, że niebawem się to zmieni. Tak więc rozmowę zakończyli bez porozumienia, ale i bez kłótni, a ona mogła wreszcie wrócić do aromatycznej, pysznej czekolady i zagłębić się w lekturze.
Chwila relaksu nie trwała jednak zbyt długo, bo gdy czekolada prawie sięgała już dna filiżanki, z przyjemnego zaczytania wyrwał ją dzwonek u drzwi. Stanisław Kaczewski stał w nich, jakby był tu gościem, lekko zmieszany, że przeszkadza.
- Zapraszam, panie Staszku, niechże pan wchodzi. - Marta poczuła się jakoś nieswojo, zapraszając go do jego własnego domu. - W czym mogę panu pomóc? Jak zdrowie pańskiej mamy? - Zupełnie nie wiedziała, czym jest podyktowana jego wizyta ani też jak powinna się właściwie zachować.
- A dziękuję, Martusiu - odpowiedział ciepło i radośnie. - Wygląda na to, że mama zdrowieje. Przyszedłem wziąć jeszcze parę jej rzeczy, trochę więcej bielizny, jakieś bluzki, ręczniki... Pozwolisz, że pójdę na górę?
Mówiąc to, był już wprawdzie na schodach, ale jego ton wskazywał, że naprawdę oczekuje zgody Marty.
- No co też pan, panie Stanisławie? - roześmiała się serdecznie. - Przecież jest pan u siebie.
- No tak, tak! - krzyknął z któregoś pokoju na górze. - Ale teraz to i trochę u ciebie!
Na kilka minut zaległa cisza. Marta usiadła z powrotem w fotelu i czekała, aż Kaczewski wróci na dół. Zszedł po kilku minutach i odezwał się, jakby kontynuując rozpoczętą wcześniej rozmowę:
- Właściwie to powinienem zadzwonić i uprzedzić, że przyjdę. - Trzymał w dłoni sporą torbę, w której zapewne były rzeczy matki.
- Proszę przychodzić, kiedy tylko się panu to podoba - odparła Marta. - To ja jestem tu gościem, nie pan.
- Eee... dajmy już spokój tym grzecznościom.
Marta znów się uśmiechnęła. Było w tym mężczyźnie coś, co sprawiało, że czuła do niego dużą sympatię. Odkąd go poznała kilka lat temu, nigdy nie sprawił jej żadnych przykrości. Nie podniósł czynszu z dnia na dzień, nie był wścibskim gospodarzem, nie nachodził jej bez powodu, a kiedy już się spotykali, był kulturalny, szczery i dowcipny. Marta uważała go za porządnego i uczciwego człowieka.
Przez chwilę rozmawiali o tym i owym, aż wreszcie Marta, słysząc o polepszającym się stanie zdrowia pani Kaczewskiej, zaproponowała mu swoją pomoc przy rehabilitacji. Uważała, że wobec całego dobra, jakiego od niego doznała, przynajmniej w ten sposób będzie mogła się trochę odwdzięczyć.
- Naprawdę, chciałabyś nam pomóc? - Kaczewski był bardzo uradowany. - A znajdziesz na to czas?
- Dla pana zawsze - odpowiedziała zupełnie szczerze. - Z prawdziwą przyjemnością. Proszę tylko powiedzieć, kiedy mam przyjść.
- Oj, na razie to jeszcze nic nie wiem. Mama jest wciąż w szpitalu i tam ją trochę rehabilitują, ale jak tylko przyjdzie czas na dodatkową rehabilitację, to zadzwonię do ciebie. Mogę?
- Koniecznie, panie Staszku. Będę czekała. Ale czas na rehabilitację to już z pewnością jest. - Była przecież pilną studentką fizjoterapii i wiedziała, że ćwiczenie sparaliżowanych mięśni należy zaczynać niemal od razu.
Zanim pożegnała się z Kaczewskim, poprosiła go jeszcze o zgodę na korzystanie z jego roweru.
- A bierz go, kiedy chcesz - machnął lekceważąco ręką. - Tylko się na nim nie połam - dodał na odchodnym.
Następnego dnia odpowiedziano na jej CV. Dzwonili z Atrium, ze sklepu dziecięcego, z propozycją pracy. Od razu po skończonych zajęciach na uczelni pojechała podpisać umowę. Proponowane warunki finansowe niczym ją nie zaskoczyły, czyli były na poziomie tych, które już znała ze swoich poprzednich prac. Po szybkich obliczeniach doszła do wniosku, że może spodziewać się nieco ponad półtora tysiąca pensji na rękę plus premie od paragonu. Była to kwota raczej niewielka, niewystarczająca na przeżycie miesiąca w stolicy, ale Marta mogła liczyć także na dodatkowe zarobki. Dzięki swej pracowitości, dużym zdolnościom manualnym i poczuciu estetyki potrafiła sobie dorobić na fryzjerstwie, masażach czy też różnych drobnych zleceniach krawieckich. Do tych wszystkich dochodów dochodziło też stypendium naukowe, które całkiem znacząco poprawiało stan jej finansów. Jeśli chodzi o jakość życia, sporo zawdzięczała także Stanisławowi Kaczewskiemu. To dzięki niemu mogła sobie pozwolić najpierw na dwupokojowe nowe mieszkanie, a teraz na bardzo przyjemne wielometrowe lokum. Gdyby nie dobroć Kaczewskiego i brak chęci zysku z jego strony, zapewne byłaby zmuszona do wynajmowania pokoju w jakiejś studenckiej wspólnocie. Na szczęście udało jej się trafić na człowieka, któremu bardziej zależało na odpowiedzialnym lokatorze niż na dużym zarobku.
Około siedemnastej dotarła na Zakopiańską. Postanowiła sobie, że dzisiejsze popołudnie przeznaczy na rozpoznanie najbliższej okolicy i znalezienie wszelkich możliwych skrótów z wykorzystaniem roweru Kaczewskiego. Spacery na piechotę przez nieznajomą część Warszawy uznała bowiem za męczące i zbyt czasochłonne. Przy jej intensywnym trybie życia oszczędność czasu uznała za konieczność. Zdecydowała zatem, że po szybkim obiedzie wyjmie rower z garażu i zwiedzi okolicę, by opracować jak najszybszy sposób przemieszczania się do nowej pracy. Musi też znaleźć jakiś bazarek w pobliżu z niedrogimi świeżymi produktami. Najlepiej takimi prosto ze wsi.
Weszła do kuchni, postawiła na stole siatkę z zakupami, umyła szybko ręce, potem biorąc po dwa schody naraz, pobiegła na górę przebrać się w coś wygodniejszego. Zanim wzięła się do przygotowania obiadu, spojrzała na ekspres i szybko zmieniła plany. Jedzenie może chwilę poczekać, najpierw kawa z cieplutkim spienionym mlekiem.
Kwadrans później po domu rozchodził się oszałamiający aromat świeżo mielonej kawy, a Martę ogarnęło błogie lenistwo. Rozsiadła się wygodnie w głębokim fotelu, podciągnęła nogi na siedzisko i położyła głowę na wysokim oparciu. Od czasu do czasu pociągała łyk pachnącej kawy i z rozkoszy mrużyła oczy, pozwalając sobie nawet na przyjemne pomruki. Z tego miłego stanu rozleniwienia wyrwał ją dzwonek u drzwi. Podniosła się leniwie i poszła otworzyć.
W progu zobaczyła drobną dziewczynkę z uśmiechem na twarzy, który jednak zniknął natychmiast z chwilą otwarcia drzwi. Najwyraźniej zaskoczył ją widok Marty.
- Tata kazał mi tu przyjść - odezwało się zaskoczone dziecko.
- Tata?
- Tak, bo mama nie przyszła.
Marta nie rozumiała nic a nic z tych dziecięcych wyjaśnień. Dopiero pytanie zadane po chwili przez małą pozwoliło jej się domyślić, że jednak jest w nich jakiś sens.
- Gdzie jest pan Stasio?
- Wyprowadził się - Marta odpowiedziała chyba zbyt pochopnie, bo natychmiast dostrzegła w oczach dziewczynki łzy.
- Jak to? - spytało dziecko łamiącym się głosem. - To gdzie ja mam teraz pójść?
Marta poczuła ukłucie w sercu na widok wystraszonej i bezradnej dziewczynki, która jeszcze przed chwilą uśmiechała się szeroko, a teraz gotowa była wybuchnąć płaczem.
- Sama tu przyszłaś? Czy pan Stasio wiedział, że go odwiedzisz?
- Nie wiedział. Bo wcale nie miałam tu przychodzić - dziewczynka tłumaczyła najlepiej, jak umiała, ale Marta i tak nic z tego nie zrozumiała.
- Skoro jesteś znajomą pana Stasia, to wejdź do środka i opowiedz mi, o co chodzi - otworzyła szerzej drzwi, zapraszając ją, by weszła.
Mała wyglądała jednak na nieufną albo co najmniej zdezorientowaną. Mimo zachęcającego gestu, wciąż stała w progu.
- Czy ty się przypadkiem nie zgubiłaś? - Marta ponownie próbowała nawiązać kontakt.
- Nie - odparła dziewczynka. - Mieszkam tutaj - wskazała małą dłonią na gęstwinę bzów, za którymi był cudzy ogródek i dom.
- A, w takim razie jesteś moją sąsiadką? - Marta uśmiechnęła się najcieplej, jak potrafiła.
- Taak?
- No chyba tak. Bo jeśli ja mieszkam tu, a ty obok, to musimy być sąsiadkami. Jestem Marta - wyciągnęła dłoń w jej kierunku.
- A ja Julka - dziewczynka lekko się uśmiechnęła i nieśmiało odwzajemniła uścisk.
- Odprowadzić cię do domu, Julka? - Marta wciąż się nie domyślała, dlaczego sąsiadka nie poszła do siebie, tylko wstąpiła do Kaczewskich.
Reszta tekstu dostępna w regularniej sprzedaży.