Rozdział I
Kiedy szeryf1 wprowadzał Kida2, w poczekalni czekało już dwóch ludzi pod strażą i zakutych w kajdanki. Jeden z nich miał malaryczny wygląd południowca, a drugi przypominał pijanego rzeźnika. Na widok wchodzących ten drugi stwierdził:
- O, jest.
Jego kolega, o pociągłej i tłustej, żółtej twarzy, spojrzał bystro na wprowadzanego.
- Zgadza się - stwierdził. - Ma ich.
Kid zatrzymał się, ale strażnik pchnął go w plecy dubeltówką, a szeryf, dobywając dwóch rewolwerów, niczym sztukmistrz wycelował mu w głowę. Kid, nie zwracając uwagi na niebezpieczeństwo, spokojnie, lecz uparcie przyglądał się więźniom, a oni jemu.
- Wy dwaj, myślicie, że mnie znacie? - spytał. - Nic z tego. Nigdy nie upadłem tak nisko jak wy. Radzę przestać się gapić albo zedrę wam skalpy z łbów.
Zachowywał się tak jak gdyby był sam na sam z więźniami, a wycelowane w niego spluwy nie stanowiły żadnej przeszkody. Obaj, jak na zawołanie, przestali się gapić, a Kid eskortowany przez szeryfa i strażnika wszedł do kancelarii.
- Przykuć go do krzesła - rozkazał szeryf.
Kiedy strażnik wykonywał polecenie, Kid zręcznie wyciągnął mu z kieszeni tytoń marki Bull Durham3 i bibułkę, po czym wprawnym ruchem skręcił sobie papierosa.
- Proszę, sprawność rąk w zamian za ogień - rzekł młodzieniec.
Strażnik poznał swoją własność, ale nic nie powiedział. Zapalił zapałkę z uśmiechem, lecz w jego oczach widoczny był strach. Kid nawet na niego nie spojrzał.
- W porządku, Bob. Możesz odejść - powiedział szeryf. - Zaczekaj w pokoju obok i przypilnuj te dwie szuje.
- Robi się - mruknął strażnik i wyszedł.
Kid rozsiadł się wygodnie, przymknął oczy, potem lekko je otworzył, wydmuchując cieniutką smugę dymu, przez którą najpierw popatrzył na szeryfa, a potem w okno na matową połać pustyni i malownicze zbocza skalnego płaskowzgórza.
- Zwą cię także Świrusem, prawda? - zagadnął szeryf.
Kid milczał, więc szeryf mówił dalej:
- Zwą cię też Świrusem. Mógłbyś być nieco szczery. Obiecuję ci, że jeśli odpowiesz mi na parę pytań, to będziesz wolny. Nie mam nic przeciwko tobie, ale jeśli nie puścisz pary z gęby, to posiedzisz sobie w celi, aż nabierzesz rozumu. Lepiej zacznij gadać. W niczym ci to nie zaszkodzi, a może wręcz pomóc. Zwą cię także Arizona i Montana, nieprawdaż?
- Owszem - przytaknął przesłuchiwany i wykorzystując dym z palącego papierosa, nakreślił napis w powietrzu.
- Który przydomek ci bardziej odpowiada?
- Montana.
- Dlaczego?
- Bo stąd do Montany jest dalej.
- Dobrze więc. Mów - ponaglił szeryf.
Kid zmierzył go spojrzeniem swych szaroniebieskich oczu, o barwie morza, gdy niebo zasnuwa się chmurami. Rzadko się zdarzało, żeby na jego opanowanej twarzy widoczne było wzburzenie.
- Zwą mnie też Świrusem - przyznał.
- Widziałeś kiedyś Dżentelmena Jeffa i Turka Faddena?
- Co to za jedni? - Udał zdziwienie.
- Mam to uznać za "nie"?
- Nie okłamuję takich hyclów jak ty - odrzekł troszkę zadziornie - i to jeszcze w takim mieście.
Gładką twarz szeryfa, tuż przy kościach policzkowych, zalała ze złości czerwień, ale umiał się opanować i odparł spokojnym, ostrożnym tonem:
- Mówię o tych dwóch, którym przygadałeś w poczekalni.
- A, o nich. Pewnie, spotkałem ich wczoraj wieczorem u O'Briena. Najpierw zobaczyłem tego wymokłego. Był zalany. Zaczepił mnie, mówiąc: "Niebieski i czarny! Boża doskonałość!".
- Co mu zrobiłeś?
- Nic. Strzeliłem po ryju i poleciał jak długi. Był pijany, a ja nie chciałem rozróby.
Szeryf westchnął.
- Kiedy cię zobaczyli, jeden z nich powiedział: "Ma ich". Co to miało znaczyć? Kogo masz?
- Kto wie - bąknął Kid, ukazując ręce.
Szeryf znowu westchnął.
- To wszystko, co o nich wiesz?
- Przecież mówię. Tego z długą twarzą zauważyłem później w tłumie, jak już popsułem ruletkę.
- Dlaczego to zrobiłeś?
- Wydawało mi się, że jest tam hamulec. Straciłem tysiąc pięćset dolarów. Pomyślałem sobie, że jest tam hamulec, złapałem za koło i okazało się, że jest.
- I potem zniszczyłeś lokal?
- Tak, bo to speluna i pracują w nim oszuści.
- A ty jesteś uczciwy, Montana?
- Jeśli oszukuję, to głównie oszustów.
- Mam twoją kartotekę. Niezły z ciebie ptaszek - stwierdził z przekąsem szeryf.
- Nikt mi niczego nie udowodni - odrzekł Młokos.
- Jeśli zaczniesz gadać, daruję ci wczorajszą burdę - powtórzył szeryf. - Osobiście cieszę się, że rozwaliłeś lokal O'Briena i zdemaskowałeś jego szulerski interes. Całe miasto jest ci wdzięczne. Gotowi są nawet ogłosić cię bohaterem za zniszczenie ruletki i postrzelenie O'Briena i jego dwóch ludzi. Swoją drogą, wiesz, że się wyliżą?
- Wiem. Nie strzelałem, żeby ich zabić. Nie chciałem strzelać, ale wyciągnęli rewolwery i musiałem się bronić. Nie zabijałbym człowieka za to, że wyłudził ode mnie tysiąc pięćset dolarów. Po prostu byłem ciekaw. To wszystko. Chciałem tylko popatrzeć, jak to się robi, a oni od razu sięgnęli po rewolwery. Nie zrobiłem im żadnej krzywdy.
Szeryfowi nasunęło się pewne spostrzeżenie:
- Hmmm... Taka suma nie jest dla ciebie za duża?
- Nie - zaśmiał się Kid. - Miewałem większe.
- Pokaż dłoń.
- Proszę. - Wyciągnął dłoń: dużą, długą ze spiczastymi palcami.
- Nigdy nie miałeś odcisków - zauważył szeryf. - Nigdy nie pracowałeś.
- Nie jestem głupi - zaśmiał się.
Szeryf spojrzał na leżącą na biurku kartkę, zapisaną krótkimi zdaniami, maszynowym pismem.
- Masz dwadzieścia dwa, dwadzieścia cztery lata.
- Zgadza się - potwierdził Młokos.
- Zacząłeś karierę, mając około piętnastu lat. Wypłynąłeś w Phoenix4, gdzie strzelałeś do dwóch ludzi. Jeden z nich umarł.
- Pamiętam tych zbirów. Ten, którego chciałem zabić, akurat przeżył. Byłem wtedy żółtodziobem.
- Czemu do nich strzelałeś?
- W obronie własnej.
- Tak, jasne. Zawsze w obronie własnej, jak wczoraj. Ale dlaczego w Phoenix zabiłeś człowieka?
- Ci dwaj pracowali przy spędzie bydła w Phoenix. To oni zaczęli. Chcieli okraść pijaka, ale najpierw musieli się mnie pozbyć. To wszystko. Temu, którego powinienem zabić, złamałem tylko nogę. Już powiedziałem, byłem żółtodziobem.
Szeryf szerokim palcem przesunął w dół listy.
- Tego samego roku pojechałeś do Meksyku, skąd musiałeś uciekać. Ponoć zabiłeś trzech Meksykanów. Co ty na to?
- Nic. Na południe od Rio Grande5 tracę pamięć. Nie pamiętam niczego takiego.
- Dobrze. W wieku około siedemnastu lat zastrzeliłeś niejakiego Wesa Dentona w centrum San Antone6.
- Jego dziewczyna poskarżyła mi się na niego. Zresztą, każdy miał prawo go zabić. Popełnił tyle zbrodni. Nie chciałem, żeby mnie ktoś uprzedził.
- To też było w obronie własnej?
- Pewnie. Wysłałem mu depeszę i swój rysopis, by się przygotował. Kiedy się spotkaliśmy, pozwoliłem mu oddać pierwszy strzał.
Szeryf kiwnął głową i spytał:
- A jak było z Rolliem Gannetem?
- Rollie oszukiwał w kartach. Wyciągnąłem mu asa z rękawa, co go wkurzyło. Lubiłem go, ale dobył rewolweru. Nie chciałem mu zrobić krzywdy, ale nie miałem jeszcze wprawy. Celowałem w ramię, lecz kula weszła zbyt głęboko. - Kid pokiwał głową. - Biedny Rollie. A tak ładnie mu szło z minstrelsami7. Mogłem go słuchać całą noc.
- Zabiłeś Pudge'a Grace'a i jego brata? - dopytywał się dalej szeryf.
- Posłuchaj, chłopie - rzekł Kid, pochylając się lekko wprzód. - Nie jesteś, szeryfie, taki głupi. Wiesz, że cała ta kartoteka jest wyssana z palca. To bzdura. Z braćmi Grace zamieniłem kilka słów, a oni zginęli od kuli, zanim skończył się rok. To wszystko. Kiedy przekręcili się do góry nogami, każdy sobie przypomniał o naszej sprzeczce. Ich przyjaciele byli awanturnikami, którzy próbowali mnie zastrzelić. To wszystko, to nie moja wina. Prawie cała ta lista jest zmyślona, a pan powinien to wiedzieć.
Kończąc, Kid zapadł się głębiej w krzesło, jakby zaniepokoił się, że powiedział zbyt dużo.
- Pojechałeś do Meksyku, żeby się leczyć. Po roku uciekłeś przez rzekę pod ogniem rewolwerów, ścigany przez prawie dwudziestu Meksykanów.
- Mówiłem już, że meksykańskie przygody zatarły mi się w pamięci - odparł Montana. Oparł wygodnie swoje szerokie ramiona o poręcz krzesła, a jego oczy z powagą obserwowały zniszczoną, niemłodą twarz szeryfa. - Meksyk i Meksykanie to obrazki przesłonięte mgłą - dorzucił.
- W Mogollons8 zabiłeś Dicka Warrena. - Nie ustępował szeryf.
- Brednie.
- A co z Chudzielcem, Jimem Wranglem?
- Nie wiem, o kogo chodzi.
- Doprawdy? Bo ja tak. A co z Purvisem i Bentleyem?
- Brednie - rzekł Kid, marszcząc brwi.
- Chcesz mi oczy zmydlić?
- Słuchaj, Purvis był moim przyjacielem.
- A Świętoszek Leger?
- W obronie własnej - mruknął Montana. - Zaczyna mnie to nudzić, szeryfie.
- Owszem, a ja mam tu całą litanię nazwisk.
- A mnie już język boli od tego gadania. Nic więcej nie powiem.
- Dokąd zmierzasz tym razem? Co zamierzasz zrobić ze swoim życiem? - zapytał szeryf.
- Po prostu szukam miejsca, gdzie mógłbym się ustatkować.
- Dobra myśl. Mógłbym ci wskazać miasto, gdzie poczułbyś się jak w domu - rzekł szeryf.
- Serio? - zainteresował się młodzieniec. - Niech pan powie, gdzie jest to miasto?
- W piekle - zadrwił szeryf, po czym zdjął mu kajdanki. Kid wstał.
- Zostałem tu dobrze potraktowany - rzekł powoli, sarkastycznym tonem.
- Tak, chłopie, z pewnością. I pewnie mi tego nie darujesz, ale chciałem z tobą porozmawiać. Nie wyglądasz na przestępcę. Raczej na kogoś, kto mógłby się ustatkować, biedaku.
Wskazał na drzwi.
- To wszystko. Możesz iść do więzienia, odbierzesz swoje pistolety i resztę rzeczy.
- Dzięki. Zapamiętam cię.
Młodzieniec wyszedł do poczekalni, przystanął na chwilę, przyglądając się Dżentelmenowi, Jeffersonowi Leffingwellowi i pijackiej mordzie Turka Faddena. Obaj nie odwzajemnili spojrzenia, lecz uważnie przyglądali się szparom w podłodze. Po chwili opuścił biuro i podążył do więzienia.
1 Szeryf - w Stanach Zjednoczonych urzędnik lokalny o uprawnieniach administracyjnych i sądowych.
2 Kid (ang.) - dziecko, dzieciak, młodzik.
3 Bull Durham - popularna marka tytoniu w Stanach Zjednoczonych, przez W. T. Blackwell & Company w Durham, Karolina Północna od lat 1850-1988.
4 Phoenix - stolica i jednocześnie największe miasto amerykańskiego stanu Arizona; założone w 1861 roku, słynie z rozbudowanej i znaczącej kultury politycznej.
5 Rio Grande - rzeka w Ameryce Północnej; źródła w Górach Skalistych w amerykańskim stanie Kolorado; w górnym biegu rzeka płynie na południe, przez stan Nowy Meksyk, następnie na południowy wschód w stanie Teksas; wpływa do Zatoki Meksykańskiej, kończąc swój bieg; przez dwa tysiące kilometrów wyznacza granicę między Stanami Zjednoczonymi a Meksykiem.
6 San Antone (San Antonio) - miasto w Stanach Zjednoczonych, w stanie Teksas; nazwane ku czci św. Antoniego z Padwy.
7 Minstrelsy (Minstrel shows lub minstrelsy) - XIX-wieczne amerykańskie widowiska rozrywkowe, na które składały się: parodie, piosenki, skecze, tańce czy zabawne scenki rodzajowe; w widowiskach grali biali aktorzy parodiujący osoby czarnoskóre; obecnie te widowiska uważane są za rasistowskie.
8 Mogollons - miasto w Stanach Zjednoczonych, tu: prawdopodobnie chodzi o małe miasteczko w stanie Teksas albo w stanie Arizona.