Nad Rio de La Plata - Karol May

Kup ebooka

12.50 zł
10.75 zł (9,10 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

ROZDZIAŁ I. W MONTEVIDEO.

 

Z obszernej zatoki La Plata ciągnął chłodny pampero i wznosił na ulicach Montevideo tumany kurzu, zmieszanego z grubemi kroplami deszczu. Niepodobna było w taką porę wychodzić na miasto, więc siedziałem w swoim pokoju w hotelu "Oriental", zajęty czytaniem książki o kraju, do którego przybyłem, a który nie był mi jeszcze znany. Książka ta była napisana w języku hiszpańskim, a ustęp, który właśnie przebiegałem oczyma, był mniej-więcej tej treści:

"Ludność Uruguayu i krajów argentyńskich składa się z wychodźców hiszpańskich, jakoteż z kilku nielicznych szczepów Indyan i wreszcie z t. zw. Gauchów [półdzicy pasterze konni na stepach], mieszańców, będących potomkami dawnych osadników hiszpańskich, oraz kobiet indyjskich. Gauchowie ci uważają się pomimo to za przynależnych do rasy białej i są dumni z tego wielce, choć, żeniąc się najczęściej znowuż z Indyankami, wracają do pierwotnej swej rasy.

"Gaucho odznacza się szaloną odwagą dzikiego człowieka, ceni nad wszystko pierwotną wolność i niezależność, ma jednak poczucie honoru, a obok dumy jest uczciwy, otwarty i nawet towarzyski, jak prawdziwy hiszpański caballero. Skłonności wrodzone ciągną go jednak do życia koczowniczego i wogóle do włóczęgi, pełnej przygód i niebezpieczeństw. Jest on wrogiem wszelakiego przymusu, gardzi majątkiem, uważając go za zbyteczny kłopot i ciężar, a natomiast lubuje się w błyskotkach, które wnet gubi lekkomyślnie, jak to czynią dzieci z zabawkami. Śmiały i odważny, a gdy chodzi o obronę rodziny przed niebezpieczeństwem, nawet bohaterski, jest jednak względem niej surowy, zarówno, jak względem siebie samego. Będąc niejednokrotnie oszukiwanym, jest w stosunkach niedowierzający i podejrzliwy, a chytrość posiada już z natury. Poważa obcych, nie okazując im wszakże serdeczności; służy mieszczaninowi bez zbytniej uniżoności. Oburza go, że obcy śmią wkraczać do jego ojczyzny i zajmować się hodowlą trzód, co dawniej było jego specjalnością. Pomimo to służy tym ludziom z dnia na dzień, nie troszcząc się o jutro.

"Odkąd w kraju wytworzyła się klasa posiadająca, Gaucho zleniwiał i mimo, że ongi zwycięsko wydobył się z pod jarzma hiszpańskiego, zadowalnia się teraz skromną rolą strzeżenia cudzego majątku, nie żądając za to wiele, prócz chyba uznania, że jest wolnym obywatelem i służy z własnej ochoty.

"Uzbrojenie Gaucha składa się z długiego rzemienia z pętlicą na końcu, zwanego lasso, oraz bola i na wypadek wojny - lancy. Słynie on z niesłychanej zręczności w rzucaniu owego lassa.

"Rzemień, długości około trzydziestu metrów, przymocowany jest jednym końcem do nogi jeźdźca, drugi zaś koniec zaopatrzony jest w pętlicę, na którą Gaucho chwyta uciekające zwierzę za głowę lub za nogi. Skoro pętlica wskutek oporu złowionego zwierzęcia zaciśnie się, jeździec ciągnie je za sobą w miejsce, gdzie mu je łatwo obezwładnić. Ten rodzaj rzucania pętlicą, zwany "laceara muerte", jest bardzo niebezpieczny dla rzucającego i wymaga długotrwałych ćwiczeń. Zdarzają się liczne nieszczęśliwe wypadki wskutek nieumiejętnego obchodzenia się z lassem, zwłaszcza, gdy idzie o zwierzę zbyt dzikie i silne. Na lassa chwytają zazwyczaj Gauchowie konie, woły i skopy.

"Bola jest to również długi rzemień, zaopatrzony w ciężkie trzy ołowiane kule. Dwie z nich rzuca się tak, by objęły zwierzę lub oplątały nogi, przyczem wystarczy silne pociągnięcie, by ono upadło.

"Słabą stroną charakteru Gaucha jest hazard. Lubi on namiętnie karty, i wystarczy, gdy się dwóch zejdzie, a przykucają wnet gdziebądź i, zatknąwszy noże w ziemię, aby mieć możność każdej chwili przebić niehonorowego gracza, grają zawzięcie.

"W estancyi [wielki folwark] pracuje Gaucho tylko wówczas, gdy ma ochotę, a zachowuje się przytem, jak zupełnie niezależny, wolny obywatel, ba, nawet jak caballero, i nie znosi, by go inaczej traktowano, jak tylko z uprzejmością towarzyską, praktykowaną w warstwach wykształconych. Jeżeli nie podoba mu się praca, której się podjął, wówczas oświadcza, że będzie pracował tylko do oznaczonej godziny i pod umówionymi warunkami. Gdyby zaś obchodzono się z nim mniej delikatnie, aniżeli się tego spodziewał, domaga się natychmiast zapłaty, ale uprzejmie i z godnością, a otrzymawszy ją, dosiada konia i jedzie szukać zarobku w innej estancyi, gdzie właściciel nie jest tak surowo względem robotników usposobiony.

"Takim jest Gaucho, i nie należy go utożsamiać z awanturnikami, którzy kradną i rabują, a nawet uprowadzają ludzi..."

Tyle wyczytałem we wspomnianej książce.

Co do mnie - przybyłem do Montevideo przed paru godzinami i choć nie miałem pojęcia o kraju ani o jego mieszkańcach, jednak informacye, znalezione w książce, wydały mi się niezupełnie prawdziwemi.

Przedewszystkiem zauważyłem zaraz, że zaludnienie, o którem była mowa w książce, składa się nie z samych tylko Gauchów, Indyan, oraz wychodźców hiszpańskich, ale są tu również Anglicy, Francuzi, Polacy, Włosi, Niemcy, Węgrzy, nie licząc mniejszych narodowości, jak Rusini, Czesi, Słoweńcy, Szwajcarowie i inni.

Nie dowierzałem też ścisłości opisu co do rzucania lassa. Czyż bowiem jest na świecie tak głupi jeździec, któryby przywiązał sobie lasso do nogi i za rzucał je następnie na rozwydrzonego byka? Toż zaatakowane zwierzę ściągnęłoby go odrazu z konia za nogę!

Z ciekawości zapytałem kogoś z inteligencyi o autora książki, i powiedziano mi, że jest to Adolf Delacour, redaktor "Patriote Francais", czasopisma, wychodzącego w Montevideo. No - pomyślałem, - taki pan zna zapewne stosunki miejscowe lepiej ode mnie. I, przyszedłszy do tej konkluzyi, pocieszałem się nadzieją, że w krótkim czasie sprawdzę sam osobiście, czy opisy jego zgadzają się z rzeczywistością.

W tej właśnie chwili poczęło się niebo wypogadzać i wkrótce na ulicach ludnego portowego miasta zapanował wzmożony ruch. Postanowiłem wyjść. Zaledwie jednak włożyłem kapelusz na głowę, zapukał ktoś do drzwi - i na słowo "proszę" wszedł do mego pokoju mężczyzna, ubrany podług mody francuskiej w strój uroczysty: frak, białą kamizelkę, lakierki; w rękach trzymał lśniący cylinder, przyozdobiony długiemi białemi wstążkami, z czego na razie wywnioskowałem, że przybysz należy do orszaku ślubnego i pojawił się u mnie z zaproszeniem.

Elegancki ów człowiek ukłonił mi się z przesadną czołobitnością i rzekł:

- Moje najgłębsze uszanowanie panu pułkownikowi!

A następnie powtórzył ukłon jeszcze dwa razy z wyszukaną uprzejmością.

Co znaczy ten wojskowy tytuł? - pomyślałem zdumiony. - Czyżby w Uruguayu panowały te same zwyczaje, co naprzykład w Galicyi, gdzie kelnerzy każdego okazalszego gościa tytułują panem hrabią lub baronem.

Przybysz miał w swej twarzy coś odpychającego już na pierwszy rzut oka, - dlatego odpowiedziałem krótko:

- Dzień dobry. Czem mogę służyć?

- Przychodzę złożyć do usług pana wszystko, czem tylko rozporządzam - ozwał się, wywijając cylindrem w jedną i drugą stronę, i spojrzał na mnie z ukosa świdrującem spojrzeniem.

- Tak? Może mi pan będzie łaskaw przynajmniej powiedzieć, z kim mam przyjemność...

- Nazywam się sennor Esquilo Anibal Andaro i jestem właścicielem wielkiej estancyi w okolicy San Fructuoso. Wasza łaskawość raczyła słyszeć już o mnie zapewne...

Zdarza się czasem, że już samo nazwisko człowieka mówi coś-niecoś o nim. I w tym wypadku nazwisko "Ajschylos Hannibal Przemytnik" nie wzbudziło we mnie zbytniego ku przybyłemu zaufania.

- Przykro mi - rzekłem, - że dotychczas nie miałem sposobności słyszeć podobnego nazwiska. No, ale skoro je już znam, możeby mi pan powiedział, co pan właściwie posiada do rozporządzenia.

- Ja? A no, pieniądze i... wpływy.

To powiedziawszy, znowuż spojrzał na mnie z ukosa wzrokiem szelmowskim, jakby wyczekując odpowiedzi.

- Hm! pieniądze i wpływy... To są rzeczy wcale nie do pogardzenia. Czy pan przybył do mnie istotnie w celu ofiarowania mi swoich usług tego właśnie rodzaju?

- Byłbym bardzo szczęśliwy, gdyby czcigodny pan raczył skorzystać...

Szczególne! Obcy zupełnie człowiek ofiaruje mi pieniądze i rozmaite ułatwienia w stosunkach towarzyskich i społecznych! Co to ma znaczyć?...

- Dobrze, sennor; zgadzam się i na jedno i na drugie, ale najpierw wezmę pieniądze.

- Wasza wielmożność raczy tedy oznaczyć wysokość sumy.

- Przydałoby mi się na razie pięć tysięcy pesów.

- Drobnostka! - odrzekł, ucieszony. - Wasza wielmożność otrzyma tę sumę w przeciągu pół godziny... Tylko omówimy warunki, które przedłożyć się ośmielę.

- Słucham.

- Wprzód radbym wiedzieć - rzekł, przybliżając się do mnie i spoglądając znacząco, - czy pieniądze te pójdą na cele oficyalne, czy też na wydatki osobiste?

- Oczywiście, że na osobiste wydatki.

- Jeżeli tak, to jestem gotów sumę tę wręczyć nie jako pożyczkę, lecz wprost złożyć mu ją jako dar na dowód mego wysokiego szacunku dla waszej wielmożności.

- Nie mam nic przeciwko temu.

- Cieszy mię to niezmiernie, i radbym tylko prosić waszą łaskawość, by raczyła położyć swój godny podpis pod kilkoma wierszami, które tu natychmiast skreślę.

- Jaką treść zawierać będą te wiersze?

- O, to drobnostka! Wasza wielmożność stwierdzi swoim podpisem tylko tyle, że ja, Esquilo Anibal Andaro, do pewnego terminu i pod pewnymi ściśle oznaczonymi warunkami mam zaopatrzyć wasz korpus w karabiny. Jestem w tem szczęśliwem położeniu, że mogę w przeciągu dni kilku postarać się o dostateczny zapas wspomnianego towaru.

Teraz dopiero domyśliłem się, że usłużny sennor Andaro wziął mię za jakiegoś oficera, do którego zapewne jestem podobny. Najwidoczniej chciał on przy pomocy łapówki w sumie pięciu tysięcy pesów zbyć zapasy dawno już przestarzałej i nie nadającej się do użytku broni, nabytej przez niego za bezcen po jakiejś wojnie zapewnie hurtownie w magazynach wojskowych.

Gość nazwał mię pułkownikiem. Zadałem sobie jednak pytanie, czy pierwszy-lepszy pułkownik może na własną rękę nabywać broń dla swego pułku... Chyba, że byłby to tak zwany libertador, czyli "oswobodziciel", jakich nad La Plata nie brak. Są to przywódcy band łupieskich, które mieszkańcom południowej Ameryki dały się już nieraz we znaki.

Sprawa, jak z tego wynika, zainteresowała mnie bardzo żywo. Ledwie bowiem oto wstąpiłem nogą na terytoryum obcego mi kraju, a już miałem sposobność wniknięcia w najtajniejsze miejscowe stosunki.

Ogarnęła mię też na razie ochota do dalszego odgrywania roli osoby, za jaką mię wziął w swej nieświadomości sennor Andaro, ale się rozmyśliłem. Jeszcze bowiem przed podróżą starałem się wywiedzieć cośkolwiek o stosunkach tutejszych i wyrobiłem sobie przekonanie, że najlepiej dla mnie będzie, gdy pozostanę zawsze tym, kim jestem, bez podszywania się pod obce nazwiska, jak to nieraz w innych krajach praktykować byłem zmuszony.

Więc też w odpowiedzi na propozycyę sennora Andaro odrzekłem:

- Niestety, nie mogę podpisać panu podobnego poświadczenia, gdyż nie miałbym co robić z karabinami, nie mając najmniejszej potrzeby użycia ich w jakimkolwiek celu.

- Jakto? - zapytał zdziwiony, - przecie wasza wielmożność może w ciągu tygodnia zgromadzić około siebie tysiące ludzi!

- Po co?

Cofnął się krok w tył, a przymrużywszy jedno oko, uśmiechnął się chytrze, jakby chciał przez to wyrazić, że poznał się na moim wykręcie.

- Czyżbym miał sam przypomnieć to waszej wielmożności? Dowiedziałem się, że przybywa pan do Montevideo, a że mam honor już go tu oglądać, więc... i celu domyślać się już nie trzeba, bo jest znany.

- Mylisz się pan, zapewne biorąc mię za inną osobę.

- To niemożliwe! Osłania się pan tajemnicą dlatego chyba, że może mu nie dogadza interes z karabinami. Ja jednak mogę zaofiarować mu swe usługi pod każdym innym względem.

- I to się na nic nie przyda, bo niewątpliwie pomyliłeś się pan co do osoby.

Upewnienia moje atoli nie wyprowadziły go z błędnego mniemania, bo ciągle jeszcze uśmiechał się tajemniczo, nagabując mię:

- Z rozmowy tej wnioskuję, że wasza wielmożność nie jest dziś skłonny do zawarcia jakiegokolwiek interesu, wolę więc zaczekać kilka godzin, a może nadejdzie osobliwsza dla mnie chwila. Pozwoli pan, że zgłoszę się później?

- Szkoda czasu. Nie jestem tym, za którego mię pan uważasz.

- To znaczy, że nie życzy pan sobie, abym przybył powtórnie?

- Tego nie powiedziałem. Bardzo być może, iż towarzystwo pańskie będzie dla mnie miłe, ale pod warunkiem, że dasz pan sobie wytłómaczyć pomyłkę. Zechciejże przynajmniej powiedzieć, jak się nazywa owa osoba, która jest tak łudząco do mnie podobną.

Zmierzył mnie wzrokiem od stóp do głowy, a wzruszywszy ramionami, odrzekł:

- Znam waszą łaskawość, jako walecznego i wysoce zasłużonego oficera, który w najbliższej przyszłości wybije się na pierwszorzędne stanowisko w państwie. Zdolności dyplomatyczne, które odrazu w panu można zauważyć, poświadczają to w zupełności.

- Sądzisz więc pan, że się ukrywam? Proszę, oto mój paszport.

Podałem mu dokument, który on przejrzał, porównywując szczegółowo rysopis, przyczem twarz mu się coraz więcej wydłużała z wielkiego zakłopotania.

- Do dyabła! - mruknął, rzucając paszport na stół. - Teraz doprawdy nie wiem, co myśleć. Nietylko ja, ale i dwóch moich przyjaciół wzięło pana również za kogo innego.

- Kiedyście mię widzieli?

- W chwili pańskiego przybycia, przed hotelem. Ale ten paszport pogrążył mię w niemały kłopot. Czy istotnie przybyłeś pan z Nowego Jorku?

- Owszem, na "Seagallu", który dotąd jeszcze stoi na kotwicy w porcie. Możesz pan to sprawdzić u kapitana statku.

- Niech pana dyabli wezmą! - krzyknął gniewnie. - Czemuś mi pan tego odrazu nie powiedział?

- Boś się pan o to nie pytał. Zachowanie się pańskie było tego rodzaju, że musiałem przypuszczać, iż pan mię znasz doskonale. Dopiero, gdyś mi pan powiedział o karabinach, poznałem, że jest tu jakaś pomyłka, i zwróciłem na to pańską uwagę, co musisz mi pan przyznać.

- Niczego nie przyznaję! Powinieneś był przedstawić mi się zaraz po mojem wejściu! - odrzekł gburowato.

Na to spokojnym tonem zwróciłem mu uwagę:

- Bądź pan łaskaw przestrzegać zwykłej towarzyskiej uprzejmości, nie jestem bowiem przyzwyczajony do tego, by mi ktoś w żywe oczy dyabłów wywoływał. Nie jestem zresztą prorokiem, abym, zobaczywszy obcego człowieka, mógł natychmiast odgadnąć jego myśli i zamiary. Wkońcu zwrócę mu uwagę, że mogłeś pan zasięgnąć wiadomości o mnie u portyera, albo u gospodarza hotelu.

- Owszem, dowiadywałem się, ale nie uwierzyłem, sądząc, że przebywasz pan tu "incognito". Zresztą mówisz pan tak wyśmienicie po hiszpańsku, że już to samo mogło zrodzić we mnie wątpliwość co do pochodzenia pańskiej osoby.

Uwaga ta pochlebiła mi. Bawiąc bowiem przed laty w Meksyku, pomimo gorliwego ćwiczenia się w języku hiszpańskim, kaleczyłem tę mowę niemiłosiernie. Praktyka jednak jest najlepszą nauczycielką: w ciągu długich podróży po Ameryce środkowej i południowej nabyłem widocznie wprawy, skoro gość mój tak otwarcie to przyznał.

- A zresztą - ciągnął dalej - dlaczego pan strzyże brodę na sposób mieszkańców naszego kraju?

- Przedewszystkiem z uprzejmości dla nich, a następnie dlatego, aby mię tu nie uważano za cudzoziemca.

- Otóż to! Wynika z tego, że pan sam przyczyniłeś się do tego, iż pana nie poznałem. Żadnemu bowiem cudzoziemcowi niewolno naśladować naszych zwyczajów. Są naprzykład liczne gatunki zwierząt, które w ten sposób postępują, a rozumny człowiek nie powinien doprowadzać do tego, by go z niemi porównywano.

- Jestem panu wdzięczny za tę wskazówkę, ale pomimo to proszę pana uprzejmie, byś zechciał ograniczyć się w udzielaniu mi lekcyi nadal. Dotychczas przyjmowałem je z grzeczności, ale teraz byłbym zmuszony wypłacić panu odpowiednie do pańskiej zasługi honoraryum.

- Grozisz mi, sennor?

- Nie, tylko pana ostrzegam.

- Proszę nie zapominać, gdzie się pan znajdujesz!...

- O, pan również zechciej uprzytomnić sobie, że nie jesteś w pokoju własnej haciendy, lecz w pomieszkaniu, należącem na razie do mnie! No, zdaje mi się, że już dosyć tego! pozwoli pan, że go pożegnam...

Otworzyłem drzwi naoścież i ukłoniłem mu się, zachęcając, by skorzystał z ułatwienia mu drogi odwrotu.

Wahał się chwilę, mocno zdetonowany moim sposobem pożegnania, poczem wybiegł szybko, grożąc mi pięścią z za progu:

- Do widzenia! Porachujemy się kiedyś ze sobą!

Taka była pierwsza moja rozmowa z tubylcem, a właściwie początek, niezbyt różowo zapowiadający się co do dalszego mego tutaj pobytu. Nie obudziło to jednak we mnie żadnych obaw, gdyż miałem czyste sumienie. Człowiek ów obraził mię, i dlatego wyprawiłem go za drzwi; jest to rzecz prosta i sama przez się zrozumiała, - nie miałem więc potrzeby nawet zastanawiać się nad tem. Zresztą haciendero ów nie robił wrażenia człowieka, przed którymby strzec się należało.

Przed wyjściem na miasto wydobyłem kilka listów polecających, które przywiozłem ze sobą. Korzystając dawniej z tego rodzaju ułatwień w podróży, przekonałem się był wprawdzie, że owo polecanie mię przez znajomych innym osobom więcej mi było uciążliwe, niż użyteczne, i dlatego też w czasie ostatnich swych podróży wolałem zawiązywać znajomości na własną rękę oraz wedle własnego upodobania, a listy polecające oddawałem na krótki czas przed odjazdem z danej miejscowości, z czego adresaci byli bardzo zadowoleni.

Obecnie jednak postanowiłem z owych posiadanych listów skorzystać odrazu. Jeden z nich był od naczelnika biura wysyłkowego w Nowym Jorku do jego wspólnika, kierującego filią w Montevideo. Owemu jankesowi nowojorskiemu wyświadczyłem kiedyś w pewnej okoliczności drobną przysługę, za co odwdzięczając się, uważał sobie za obowiązek polecić mię listownie uprzejmości i opiece swego wspólnika. Ponadto w liście tym był przekaz bankowy na złożoną przezemnie w Nowym Jorku sumę do odebrania w rzeczonej filii w Montevideo. Trzy inne listy schowawszy do kieszeni, ten jeden rzuciłem na stół, ale tak niezręcznie, że spadł na podłogę, przyczem zabezpieczająca go pieczęć lakowa odleciała całkowicie i koperta się otworzyła. List w takim stanie - rzecz prosta - nie mógł być doręczony, i należało zapieczętować go ponownie, i to w taki sposób, aby tej zmiany na kopercie adresat nie dostrzegł. A korzystając ze sposobności, możeby nie zaszkodziło przejrzeć list bodaj pobieżnie. Czy jednak to uchodzi? Byłoby to wcale niehonorowo.

Tak sobie myślałem.

Ale kto wie - mówił mi głos wewnętrzny, - czy ze względu na własne dobro nie należy właśnie dopuścić się tej niedyskrecyi? Przecie tu idzie o mnie samego, - o nic więcej.

Wyjąłem tedy arkusz z koperty i przeczytałem. Treść, z opuszczeniem oczywiście wstępu, brzmiała następująco:

"List Pański otrzymałem i zgadzam się z jego treścią najzupełniej. Interes jest bardzo ryzykowny, ale, jeśli się uda, możemy liczyć na olbrzymi zysk, dla którego warto zaryzykować ewentualne straty. Proch naładowano na "Seagall". Domieszaliśmy doń trzydzieści procent węgla drzewnego, i mam nadzieję, że uda się panu wyładować go na ląd, unikając opłaty cła. Niniejszem upoważniam pana do zawarcia kontraktu z Lopez'em Jordanem. Przesłanie dokumentu jednak jest bardzo niebezpieczne, gdyż w razie schwytania przez nacyonalistów posłańca i znalezienia przy nim papieru mógłby to przepłacić życiem. Na szczęście mogę Panu polecić pewnego człowieka, który nadaje się do tej roli przewybornie, - a jest nim oddawca niniejszego listu. Należy on do niezwykle śmiałych i odważnych drabów, przez długie lata przebywał wśród Indyan, posiada znakomite doświadczenie, ale przytem jest głupi, jak stołowa noga, i nadzwyczaj łatwowierny. O ile wiem, dąży on do Santiago i Tucuman, a zatem droga jego wiedzie przez prowincyę Entre-Rios. Niech Pan wręczy mu list polecający do Jordana, włożywszy do środka obydwa kontrakty. Jeśli go schwycą po drodze i rozstrzelają, to świat straci tylko jednego durnia i dla ludzkości nie stanie się przez to wielka szkoda. Oczywiście niechaj Pan nie kładzie swego podpisu na dokumentach; mogą być podpisane dopiero po odebraniu od Jordana. Zresztą podróżnik ten nie sprawi Panu wiele kłopotu, bo nie ma zbytnich wymagań: szklanka kwaśnego wina i kilka słodkich słówek wystarczą do uszczęśliwienia go w zupełności."

Oto, co pisał o mnie "życzliwy" jankes!

Gdybym był nie odczytał listu, kto wie, czy nie wpadłbym był w pułapkę całkiem niepotrzebnie. Postępek jankesa względem mnie był iście "amerykański"... "Dureń" z Europy miał z woli łajdaka z Ameryki odegrać bezwiednie wielką rolę w wybuchu powstania! A bezwątpienia szło tu właśnie o nic innego, skoro w liście była mowa o prochu i wspomniane było nazwisko sławnego przywódcy bandy, który tak dalece zagalopował się w dziedzinę zbrodni, że kazał zamordować własnego teścia, byłego generała i prezydenta Urquiza. Temu to opryszkowi zamierzano przesłać zapasy prochu i gotówki, a w zakontraktowaniu ja miałem wziąć udział, jako pośrednik.

Włożyłem pismo do koperty i zapieczętowałem ją nanowo przy pomocy zapałki, poczem wyszedłem do sympatycznego przedsiębiorcy, który ród swój wywodził z Hiszpanii, nazywał się Tupido, a mieszkał przy Plaza de la Independencia.

Na ulicy nie było już po deszczu ani śladu błota; pampero również przeminął.

Montevideo leży na wązkim półwyspie o powierzchni siodłowatej. Z jednej strony teren spada do zatoki, z drugiej do morza. Wskutek takiej figury gruntu woda po deszczu spływa z miasta tak szybko, że ulice już po kilkunastu minutach są absolutnie suche.

Piękna, błyskotliwa i urządzona na sposób europejski stolica Uruguayu posiada ulice wybrukowane znakomicie, chodniki wygodne i gładkie, domy okazałe, przeważnie otoczone ogrodami, a nie brak też przepysznych pałaców, will, będących bądź własnością prywatną, bądź też mieszczących w sobie lokale różnych klubów, restauracyi, teatrów i innych. Zdobnictwo domów prywatnych jest godne szczególniejszej uwagi. Upiększają je bogate i gustowne sztukaterye, oraz marmury, sprowadzane aż z Włoch, pomimo, że w kraju jest ich podostatkiem.

Ktoby sądził, że mieszkańcy stolicy stanowią przeciętny typ ludności kraju, ten bardzoby się mylił. Na ulicy nie spotkasz ani jednego Gaucha, rzadko też widzi się tu Indyan, a Murzyna łatwiej zobaczyć w Hamburgu lub Tryeście, niż tutaj. Jak mężczyźni, tak i kobiety hołdują tu modzie francuskiej, bo też i ludność prawie w połowie jest pochodzenia europejskiego. Wskutek pomieszania między sobą rozmaitych narodowości każdy prawie mieszkaniec mówi kilkoma językami. Cywilizacya wogóle nawskroś europejska, i jak długo podróżny obraca się w granicach rogatek miejskich, nie widzi żadnych oznak, świadczących, że znalazł się w Ameryce południowej. Takie same bowiem stosunki, tę samą publiczność, ten sam ruch uliczny i t. p. i t. p. można widzieć w Bordeaux, Tryeście, Genui i innych wielkich miastach portowych.

Nie spodziewałem się i ja, że napotkam tu tego rodzaju szablon, i tylko jedna oryginalna rzecz rzuciła mi się w oczy, a mianowicie białe lub czerwone wstęgi, które mężczyźni noszą na kapeluszach. Później dopiero dowiedziałem się, że ci, którzy noszą wstęgi białe, należą do partyi politycznej zwanej "blanco", a noszący wstęgi czerwone - do partyi "Colorado". Sennor Asquilo Anibal Andaro ze swemi białemi wstążkami przy cylindrze nie był więc drużbą, ale członkiem partyi "blanco", - a najprawdopodobniej i pułkownik, za którego mię ten człowiek wziął na razie, musiał zaliczać się do tejże partyi.

Znalazłszy się na Plaza de la Independencia, spostrzegłem olbrzymi szyld filii sprytnego jankesa z Nowego Jorku. Dom ten przedstawiał się na zewnątrz bardzo okazale, aczkolwiek posiadał tyko jedno piętro. W parterze widniała brama, wykuta artystycznie z żelaza. Wchodziło się przez nią do sieni, wyłożonej marmurem, i dalej na dziedziniec, również marmurami przyozdobiony. Kwitły tu w olbrzymich wazonach ro śliny egzotyczne, rozpraszając dokoła odurzającą woń.

Drzwi biura były zamknięte, pomimo, że poza niemi znajdowało się wielu interesantów. Pociągnąłem za dzwonek, i otwarły się wskutek odpowiedniego mechanicznego urządzenia same.

Lokal biurowy mieścił się po prawej ręce od głównego wejścia. Znajdowało się tu wielu ludzi, zajętych pracą przy stolikach i biurkach. W jednym kącie stał długi stół, a za nim siedział okazały mężczyzna, zapewne kierownik. Rozmawiał w tej chwili gburowato z jakimś człowiekiem, odzianym bardzo licho.

Dowiedziawszy się od jednego z urzędników, że ów pan, rozmawiający z obszarpańcem, jest szefem biura, przystąpiłem bliżej i słyszałem całą ich rozmowę.

Sennor Tupido z wszelką pewnością pochodził z Hiszpanii; zdradzały to jego rysy ostre i wyraz twarzy pyszałkowaty. Brodę strzygł wedle miejscowego zwyczaju w klin.

Jego interesant miał wygląd typowego ulicznika. Bosy, w obszarpanych, krótkich powyżej łydek spodniach, miał na grzbiecie kubrak podarty nieokreślonego koloru. Z za pasa sterczała rękojeść noża. W ręku trzymał słomkowy stary kapelusz, pozbawiony jakiegokolwiek fasonu. Twarz miał opaloną od słońca i wiatru. Prawie bronzowy jej odcień, oraz wystające szczęki i długie czarne włosy kazały się domyślać, że w żyłach tego człowieka płynie po części krew rasy miedzianej.

Tupido nie zauważył mię prawdopodobnie, będąc zwrócony do mnie bokiem.

- Długi i znowu nic, tylko długi! - mówił wyniośle do interesanta. - To się musi już raz skończyć! Pracujcie nieco pilniej! mate obradza znakomicie i jest jej aż nadto wszędzie, tylko trzeba trochę dobrych chęci i pracy. Próżniak oczywiście nie uzbiera nic.

Bosy pan ściągnął brwi, ale odpowiedział spokojnie i uprzejmie:

- Próżniakiem nie jestem i nigdy nim nie byłem. Pracowaliśmy kilka miesięcy w dziewiczych lasach, żyjąc wśród dzikich zwierząt i jak dzikie zwierzęta. Trzeba też było walczyć z niemi na każdym kroku, a jednak nie zaniedbaliśmy pracy ani jednego dnia, ciesząc się już z góry zapłatą, której pan teraz nam odmawia, własnego nie dotrzymując słowa.

- Nie obowiązuje mię ono, skoro spóźniliście się z dostawą o dwa dni.

- Dwa dni, sennor? Czy to tak wiele? Czy poniósł pan jakie straty z tego powodu?

- Oczywiście, bo wskutek waszego opóźnienia i ja muszę opóźnić wysyłkę o dwa dni, narażając się na zniżkę ceny conajmniej o dwadzieścia procent.

- Naprawdę?

- Skoro tak mówię, to musi być prawda. Powinniście być zadowoleni, gdy odciągnę wam tylko tyle, a nie więcej. Obiecałem wam dwieście czterdzieści talarów papierowych za belę; od tego odpada dwadzieścia procent, zostaje więc stodziewięćdziesiąt dwa talary; dwa talary odciąga się za czynności biurowe, pozostaje stodziewięćdziesiąt. Pomnóżcie to przez ilość bel, któreście dostawili, a przekonacie się, że pozostajecie mi winni okrągłe sto talarów papierowych, to znaczy, że pobraliście na zadatek o tyle więcej i teraz musicie to zwrócić.

- Rachunek istotnie zgadza się, jeżeli pan tyle odciąga. Ale proszę wziąć pod uwagę i to, że pan liczył nam woły po stopięćdziesiąt talarów, podczas gdy mogliśmy je kupić po sto. Podobnie policzył pan o trzecią część drożej wszystkie inne artykuły, dane nam w formie zadatku, i teraz właśnie z tej przyczyny, zamiast zapłaty za pracę, mamy długi! Zresztą nie mam ani jednego pesa przy duszy, i towarzysze moi również oczekują pieniędzy, bo nie mają nic. Co mi teraz powiedzą, gdy wrócę z próżnemi rękoma i oświadczę, że mają jeszcze dług do spłacenia?

- Nie udawaj pan głupiego i nie tłómacz się brakiem pieniędzy. Odrobicie mi je.

- Ależ my ku temu nie mamy wcale ochoty, bo upatrzyliśmy sobie inne zajęcie.

- I ja również obejdę się bez was i znajdę lepszych zbieraczy mate. Ale w takim razie musicie mi wypłacić dwieście talarów w gotówce, i to zaraz!

- Niestety, powiedziałem już panu, że nie posiadam żadnych środków. Zresztą niech pan zważy, że byłaby to nasza krzywda. Policzył nam pan towary na zadatek bardzo drogo, my zaś narażaliśmy własne zdrowie i życie przez parę miesięcy, dostawiając towar, i oto nagle spotyka nas taka niespodzianka. Dosyć tego! nie będziemy już robili na pana!...

- Nic przeciw temu nie mam, tylko musicie natychmiast wypłacić mi dwieście talarów... tam, przy kasie! Kto występuje tak śmiało, jak wy, ten powinien mieć pieniądze.

Biedak zwiesił głowę bezradnie. Współczułem z nim, gdyż z opisów miałem pojęcie, jak niebezpieczne i pełne trudów oraz niewygód jest życie zbieraczy mate. I oto ludzie ci muszą wrócić do swoich rodzin bez grosza i być jeszcze zawisłymi od bogatego przedsiębiorcy. Niedziwota, że takiego właśnie człowieka dobrał sobie za spólnika chytry jankes nowojorski.

Zbieracz mate począł teraz prosić o zmniejszenie żądanej kwoty bodaj o kilkanaście talarów, - daremnie.

- Jedno, co dla was mogę zrobić, to zwłoka do wieczora - zadecydował wkońcu nieugięty przemysłowiec. - W przeciwnym razie pozostaniecie w mojej służbie pod przymusem, dopóki nie odrobicie całej należytości. Oto moje ostatnie słowo! Żegnam!

Biedny człowiek zwrócił się ku drzwiom, a gdy przechodził koło mnie, szepnąłem mu:

- Zaczekać przed bramą!

Popatrzył na mnie zdziwiony i wyszedł, ja zaś przystąpiłem do przemysłowca, który zmierzył mię badawczo od stóp do głów, a skłoniwszy mi się, zapytał:

- Sennor, czemu mam zawdzięczać zaszczyt tak niespodziewanej wizyty pańskiej?

Z takiego powitania wywnioskowałem, że wziął mię i on za kogo innego. Odrzekłem więc uprzejmie, ale bez żadnej uniżoności:

- Obecność moja w pańskiem biurze nie należy do żadnych nadzwyczajności. Jestem najzwyklejszym pod słońcem śmiertelnikiem, podróżującym po świecie, i zobowiązałem się oddać panu ten oto list.

Wziął ode mnie kopertę z listem, przeczytał adres, obrzucił mię raz jeszcze badawczym wzrokiem i zaśmiał się, że tak powiem, dyplomatycznie:

- Od mego wspólnika z Nowego Jorku! Czy pan miewa z nim stosunki handlowe? Szkoda, że nie uprzedził mię o pańskiem przybyciu wcześniej.

- Nie słyszałem o panu nigdy przedtem i z pańskim wspólnikiem zetknąłem się tylko przypadkowo...

Tupido, jakby nie słysząc słów moich, rozerwał kopertę, nie zauważywszy, na moje szczęście, naruszenia pieczęci, przeczytał list bardzo uważnie i wreszcie schował go do kieszeni.

- Szczególne! Czy pan istotnie jest owym podróżnikiem, o którym mowa w tym liście?

- Przypuszczam, że w liście jest w każdym razie mowa o mnie.

- Ależ rozumie się; wspólnik mój poleca mi pana jak najgoręcej, i jestem też gotów do wszelkich usług.

- Uprzejmie dziękuję, sennor! Nie mam zamiaru narażać pana na trudy.

- Bynajmniej, panie, bynajmniej! Niech się pan niczem nie krępuje! Z początku zdziwiłem się, zobaczywszy pana, bo mi pan przypomniał bardzo żywo pewną osobę...

- Czy nie mógłbym pana prosić o podanie mi jej nazwiska?

- Dlaczegóż miałbym odmówić panu tej przyjemności... Jest to pułkownik Latorre, o którym może już pan słyszał...

- Tak, słyszałem to nazwisko. Człowiek, który je nosi, jest podobno bardzo popularny i wiele sobie po nim obiecują. Proszę mi jednak wierzyć, że ja, oprócz zewnętrznego wyglądu, nic z nim nie mam wspólnego. Jestem zwykłym turystą i nie posiadam żadnych wogóle do polityki zdolności.

- Mówi pan to przez skromność. Mój przyjaciel z Nowego Jorku pisze właśnie, że przebywał pan kilka lat wśród Indyan, a więc musi pan posiadać talent, że się tak wyrażę, wojenny. Mam nadzieję, że zechce mię pan łaskawie zaszczycić dziś wieczorem swemi odwiedzinami w domu, a przy tej sposobności spodziewam się usłyszeć coś o jego przygodach...

- Jestem do usług pańskich.

- Pozwolę więc sobie zaprosić pana na obiad o godzinie ósmej. Adres mój - tu dał mi bilet wizytowy - znajdzie pan na tej karcie. Czem jeszcze mogę panu służyć?

- Jeżeli można, prosiłbym o wypłacenie mi kwoty, przekazanej przez pańskiego wspólnika - odrzekłem, podając mu przekaz, który sennor Tupido obejrzał, nakreślił coś na nim i, oddając mi, wskazał kasę:

- Tam panu wypłacą. Tymczasem muszę pana pożegnać. Do miłego widzenia wieczorem!.........................