I
Dzień był letni i świąteczny. Wszystko na świecie jaśniało, kwitło,
pachniało, śpiewało. Ciepło i radość lały się z błękitnego nieba i złotego słońca; radość i upojenie tryskały znad pól porosłych zielonym
zbożem; radość i złota swoboda śpiewały chórem ptaków i owadów nad
równiną w gorącym powietrzu, nad niewielkimi wzgórzami, w okrywających
je bukietach iglastych i liściastych drzew.
Z jednej strony widnokręgu wznosiły się niewielkie wzgórza z ciemniejącymi na nich borkami i gajami; z drugiej wysoki brzeg Niemna
piaszczystą ścianą wyrastający z zieloności ziemi, a koroną ciemnego
boru oderżnięty od błękitnego nieba, ogromnym półkolem obejmował równinę
rozległą i gładką, z której gdzieniegdzie tylko wyrastały dzikie, pękate
grusze, stare, krzywe wierzby i samotne, słupiaste topole. Dnia tego w słońcu ta piaszczysta ściana miała pozór półobręczy złotej, przepasanej
jak purpurową wstęgą tkwiącą w niej warstwą czerwonego marglu1.
Na świetnym tym tle w zmieszanych z dala zarysach rozpoznać można było
dwór obszerny i w niewielkiej od niego odległości na jednej z nim linii
rozciągnięty szereg kilkudziesięciu dworków małych. Był to wraz z brzegiem rzeki zginający się nieco w półkole sznur siedlisk ludzkich,
większych i mniejszych, wychylających ciemne swe profile z większych i mniejszych ogrodów. Nad niektórymi dachami, w powietrzu czystym i spokojnym wzbijały się proste i trochę tylko skłębione nici dymów;
niektóre okna świeciły od słońca jak wielkie iskry; kilka strzech nowych
mieszało złocistość słomy z błękitem nieba i zielonością drzew.
Równinę przerzynały drogi białe i trochę zieleniejące od z rzadka
porastającej je trawy; ku nim, niby strumienie ku rzekom, przybiegały z pól miedze, całe błękitne od bławatków, żółte od kamioły, różowe od
dzięcieliny i smółek. Z obu stron każdej drogi szerokim pasem bielały
bujne rumianki i wyższe od nich kwiaty marchewnika, słały się w trawach
fioletowe rohule, żółtymi gwiazdkami świeciły brodawniki i kurze
ślepoty, liliowe skabiozy polne wylewały ze swych stulistnych koron
miodowe wonie, chwiały się całe lasy słabej i delikatnej mietlicy,
kosmate kwiaty babki stały na swych wysokich łodygach, rumianością i zawadiacką postawą stwierdzając nadaną im nazwę kozaków. Za tymi pasami
roślinności dzikiej cicho w cichej pogodzie stało morze roślin
uprawnych. Żyto i pszenica miały kłosy jeszcze zielone, lecz już osypane
drżącymi rożkami, których obfitość wróżyła urodzaj; niższe znacznie od
nich, rumianym kwiatem gęsto usiane słały się na szerokich
przestrzeniach liściaste puchy koniczyny; puchem też, zda się, ale
drobniejszym, delikatniejszym, z zielonością tak łagodną, że oko
pieściła, młody len pokrywał gdzieniegdzie kilka zagonów, a żółta
jaskrawość kwitnącego rzepaku wesołymi rzekami przepływała po łanach
niskich jeszcze owsów i jęczmion.
Wśród tej wesołej przyrody ludzie dziś także byli weseli; mnóstwo ich
ciągnęło po drogach i miedzach. Gromadami na drogach, a sznurami na
miedzach szły wiejskie kobiety, których głowy ubrane w czerwone i żółte
chusty tworzyły nad zbożami korowody żywych piwonii i słoneczników. Od
tych gromad lały się i płynęły po łanach strumienie różnych głosów. Były
to czasem rozmowy gwarne i krzykliwe, czasem śmiechy basowe lub
srebrzyste, czasem płacze niemowląt u piersi w chustach niesionych,
czasem też pieśni przeciągłe, głośne, których nutę porywały i przedłużały echa ze stron obu: w borkach i gajach rosnących na wzgórzach
i w wielkim borze, który ciemnym pasem odcinał pozłoconą, przetkaną
szkarłatem ścianę nadniemeńską od wysadzanych srebrnymi obłokami
błękitów nieba. W tym ruchu ludzkim odbywającym się na urodzajnej
równinie czuć było najpiękniejszy dla wiejskiej ludności moment święta:
wesoły i wolny w słoneczny i wolny dzień boży powrót z kościoła.
W porze, kiedy ten ruch znacznie już stawał się mniejszy, na równinie, z dala od tu i ówdzie jeszcze ciągnących gromad, ukazały się dwie kobiety.
Szły one z tej samej strony, z której wracali inni, ale zboczyły znać z prostej drogi i chwilę jakąś przebyły w jednym z rosnących na wzgórzach
borków. Było to przyczyną ich spóźnienia się, tym więcej, że jedna z nich niosła ogromną więź leśnych roślin, które tylko co i dość długo
zapewne zrywała. Druga kobieta zamiast kwiatów trzymała w ręku
niepospolitej wielkości chustkę, która za każdym jej szerokim i zamaszystym krokiem, kołysząc się wraz z długim ramieniem, powiewała jak
sporej wielkości chorągiew. Z dala to tylko widać było, że jedna z tych
kobiet miała w ręku pęk roślin, a druga szmatę białego płótna; z bliska
uderzały one niezupełnie zwykłą powierzchownością.
Kobieta z chustką była niezwykle wysoka, a wysokość tę zwiększała
jeszcze chudość jej ciała, które przecież posiadało szkielet tak
rozrosły i silny, że pomimo chudości ramiona jej były szerokie i wydawałyby się bardzo silne, gdyby nie małe przygarbienie pleców i karku
objawiające trochę znużenia i starości, gdyby także nie ostre kości
łopatek podnoszące w dwu miejscach staroświecką mantylę2 z długimi, co chwilę powiewającymi końcami. Oprócz tej mantyli
zaopatrzonej w płócienny kołnierz miała ona na sobie czarną spódnicę,
tak krótką, że spod niej aż prawie do kostek widać było dwie duże i płaskie stopy ubrane w grube pończochy i wielkie, kwieciste pantofle.
Ubiór ten uzupełniony był przez stary kapelusz słomiany, którego
szerokie brzegi ocieniały twarz, na pierwszy rzut oka starą, brzydką i przykrą, ale po bliższym przyjrzeniu się uwagę i ciekawość budzić
mogącą. Była to mała, chuda, okrągła twarz ze skórą tak ciemną, że
prawie brązową, z czołem sfałdowanym w kilka grubych zmarszczek, z wpadłymi i kościstymi policzkami, z wyrazem goryczy i złośliwości
nadawanym jej przez ostrość nosa i zaciśnięcie warg, a wzmaganym przez
szczególną ognistość i przenikliwość oczu. Te oczy zdawały się jedynym
bogactwem tej biednej, zestarzałej, złośliwej twarzy. Może kiedyś były
one jedyną jej pięknością, a teraz, wielkie i czarne, spod czarnych,
szerokich brwi oświecały ją jeszcze przejmującym blaskiem; miały one
spojrzenie przenikliwe, ostre, urągliwe i płomienność nieustanną, jakby
wciąż z wnętrza podsycaną, a dziwną przy tej sczerniałej, w dłoni czasu
czy losu zgniecionej twarzy. Szła szerokim, zamaszystym, do pośpiechu
znać przyzwyczajonym krokiem, a długie jej ramiona, u których wisiały
ciemne, kościste ręce, kołysały się u jej boków w tył i naprzód, białą,
rozwiniętą chustką jak chorągwią powiewając.
Kobietę z kwiatami trudno byłoby nazwać od razu panną z wyższego
towarzystwa albo też dziewczyną z niższych warstw wiejskiej ludności.
Wyglądała trochę na jedno i na drugie. Wysoka, choć znacznie od
towarzyszki swojej niższa, ubrana była w czarną wełnianą suknię, bardzo
skromną, która jednak wybornie uwydatniając jej kształtną i silną, w ramionach szeroką, a w pasie cienką kibić zdradzała znajomość żurnalu
mód i rękę biegłego krawca. W wyprostowaniu jej kibici i w delikatności
cery czuć było także manierę i cieplarnię. Ale w zamian ruchy jej i gesty sprzeczały się z całością jej osoby trochą popędliwości i jakby
przybranej rubaszności, nie miała ona przy tym na sobie ani kapelusza,
ani rękawiczek. Głowę owiniętą czarnym jak heban warkoczem i twarz
śniadą, z purpurowymi ustami i wielkimi, szarymi oczami śmiało
wystawiała na upalne gorąco słońca. Płócienny, tani parasolik opierała o ramię, a ręce jej dość duże i opalone zdradzały nader rzadkie używanie
rękawiczek. Wszystko to uderzało tym więcej, że sposób, w jaki trzymała
swą odkrytą głowę i ciemne brwi nad siwymi oczami ściągała, nadawał jej
wyraz śmiałości i dumy. W ogóle ta panna czy ta dziewczyna na lat
dwadzieścia parę wyglądająca wydawała się uosobieniem piękności kobiecej
zdrowej i silnej, lecz dumnej i chmurnej. Pogody, jaką nadaje ludzkim
twarzom szczęście lub rezygnacja, w tej młodej i świeżej, ale
niespokojnej i zamyślonej twarzy nie było, jakkolwiek rozjaśniało ją
teraz to zupełnie fizyczne ożywienie, którym istotę ludzką, niezupełnie
jeszcze przez życie zniweczoną, napełnia długa i swobodna kąpiel w kipiącym zdroju przyrody.
Prędko idąc, aby szerokim krokom towarzyszki swej wyrównać, z zajęciem,
prawie z miłością przyglądała się ona uzbieranej przed chwilą więzi
roślin. Były tam bujne liliowe dzwonki leśne, goździki, pachnące smółki,
liście młodych paproci, młodziutkimi szyszkami okryte gałązki sośniny.
Wszystko to rzucało jej w twarz falę dzikiej i przenikliwej woni, którą
też ona od chwili do chwili wciągała pełnym i długim oddechem swej
silnej, szerokiej piersi. Rozkosz, którą odczuwała wtedy, i upał słońca,
w którym nurzała swą odkrytą głowę, rumieńcem powlekły śniade jej
policzki; zarazem surowe jej i zamyślone, choć pełne purpurowej krwi
usta rozchyliły się w młodym i szczerym śmiechu. Śmiała się ze słów
towarzyszki swej, która idąc wciąż prędko i wielkimi stopami swymi z wysoka i mocno o ziemię uderzając, grubym, nieco ochrypłym, przez brak
oddechu często przerywanym głosem ciągnęła w borku jeszcze rozpoczęte
opowiadanie.
-?Ot, tu, powiadam ci, w tym samym miejscu, pomiędzy tymi wzgórkami, te
głupie chłopy wzięli mnie za cholerę... Może nie wierzysz? Słowo honoru,
prawdę mówię! Jeszcześ wtedy nie była w Korczynie, jeszcze mała byłaś,
bo było to właśnie wtedy, kiedy ojczulek twój z tą Francuzicą
romansował!...
Urwała nagle, stanęła, chrząknęła tak głośno, że aż rozległo się po
polu; chustką trzymaną w ręku jeszcze głośniej nos wytarła i gniewnie do
siebie zamruczała:
-?Wieczna głupota moja!
Młoda panna, której na chwilę twarz znieruchomiała, uśmiechnęła się
znowu.
-?Co tam! Niech ciocia na to nie zważa! Jaż wiem dobrze o wszystkim i z przeszłością oswoiłam się zupełnie... Przecież ciocia nie przez złośliwość
pewno... Co tam! Jakże to było z tą cholerą?
Zaczęły iść dalej, tak samo prędko jak wprzódy. Stara mówiła znowu:
-?Ot, jak było. Z kościoła wracałam, tak jak i teraz, a śpieszyłam
bardzo, bo Emilka była chora i goście mieli na obiad przyjechać... Więc
leciałam co tchu, wprost przez pole, które wtedy ugorem stało, przez
puste zagony... Co dam krok, to półtora zagona przesadzę... Wprost jakbym
nad ziemią leciała... A miałam na sobie zieloną suknię... jeszcze wtedy
kolorowe suknie nosiłam... Kapelusz taki, ot, słomkowy zdjęłam i dla
ochłody machałam nim sobie przed twarzą... Uf! nie mogę...
Zdyszała się, stanęła znowu i zaczęła kaszleć. Kaszel jej był gruby,
chrypliwy, głośny, jakby dobywał się z głębi beczki. Mało jednak
zwracała nań uwagi i zaraz, idąc, znowu opowiadała dalej:
-?Cholera wtedy grasowała po świecie; w naszych stronach jej jeszcze nie
było, ale ludzie lękali się, aby nie przyszła... Otóż, kiedy mnie chłopi
wracający z kościoła zobaczyli tak lecącą polem, jak narobią krzyku,
płaczu... Jedni zaczęli uciekać i biec tak prędko, jakby ich diabeł gonił,
drudzy popadali pośród dróg na kolana i nuż żegnać się, czołami bić o ziemię, pacierze głośno mówić... "Cholera! -?krzyczą -?ot i już bieży, nam
na zgubienie!" "Ale! -?odpowiadają drudzy -?już to nie co innego!
Cholera i koniec! Wielka taka, że głową nieba dostaje, w zielonej sukni
i złotą łopatą macha!" Ta łopata, uważasz, to był mój kapelusz na słońcu
błyszczący... prawda, że go też dobrze spłaszczyłam, bo zdjąwszy w kościele z powodu gorąca i nie mając gdzie podziać, położyłam go na
ławce i przez całe nabożeństwo na nim siedziałam... Uf! nie mogę...
Znowu zabrakło jej oddechu, chrząkała, nos ucierała i chwilę szła,
milcząc.
-?I cóż się stało potem? -?zapytała młoda panna.
-?A cóż? Daremnie ekonom, który jak raz wtedy wracał też z kościoła, i Bohatyrowicze, którzy mnie kiedyś znali, z bliska nawet znali,
perswadowali chłopom, że to nie była cholera, tylko panna Marta
Korczyńska z Korczyna, kuzynka pana Benedykta Korczyńskiego... Nie
uwierzyli i do dzisiejszego dnia nie wierzą... "Ot -?mówią -?czy to taka
kobieta może gdzie być na świecie? Głową do nieba dostawała, nad ziemią
leciała, zieloną suknię miała na sobie i złotą łopatą machała, morowe
powietrze przed sobą pędząc..." Wieczna głupota ludzka! Powiadam ci,
Justynko, że ludzka głupota to wielki i wieczny kamień. Większy on
jeszcze od ludzkiej złości. Już ja to wiem, bo był czas, że i sama tak
uderzyłam się o swoją własną głupotę, że... Uf! nie mogę...
Sapała, chrząkała, kaszlała znowu głośno jak z beczki. Justyna, policzki
i usta topiąc w dzwonkach, paprociach i goździkach, zauważyła:
-?Przecież cioci te niemądre gadania nic nie zaszkodziły...
Czarne oczy Marty Korczyńskiej spojrzały ostro, prawie zjadliwie.
-?Tak myślisz? -?sarknęła. -?Wiecznie to samo. Nikt nie uwierzy w to,
czego sam nie doświadczył. Nie zaszkodziły! Pewno, nie zjadły mnie one,
ale... ukąsiły. Czy ty myślisz, że to miło być wziętą za cholerę? Nie
byłam ja wtedy tak stara... dwanaście lat temu miałam lat trzydzieści
sześć...
-?Więc teraz czterdzieści osiem? -?z niejakim zdziwieniem zauważyła
Justyna.
-?A ty może myślałaś, że sześćdziesiąt? -?Marta ostro się zaśmiała. -
Zapewne wyglądam na tyle, sama to wiem, a i wtedy już niewiele lepiej
jak teraz wyglądałam. Może nie wiesz dlaczego? Ha? Czy wiesz dlaczego?
-?Wiem -?z powagą odpowiedziała panna.
-?No, to dobrze, że wiesz, bo może zrobisz co takiego, abyś i sama
prędko na cholerę wyglądać nie zaczęła...
Justyna ramionami wzruszyła.
-?A cóż ja takiego zrobić i co przeciw temu poradzić mogę?
Zamyśliły się obie i mimo woli zwolniły kroku, co najpierw spostrzegła
starsza.
-?No, wleczem się jak żółwie. Prędzej, bo już tam Emilka wyrzeka pewno,
że nie wracam, i zaczyna dostawać migreny albo globusa3...
-?A Terenia -?podchwyciła panna -?biegnie po krople z bobrowej esencji
albo po proszki bromowe, albo po antymigrenowy ołówek4, albo po
Rigollot5.
Zaśmiała się, lecz wnet spoważniała znowu.
-?Wujenka jest naprawdę biedna z tym ciągłym chorowaniem.
Marta kiwnęła głową i machnęła ręką.
-?A pewno -?rzekła -?biedna kobieta! Ale bo, widzisz, żeby tak pchły
pieścić, jak ona swoje choroby pieści, to by
na wołów powyrastały, słowo honoru!
W tej chwili za rozmawiającymi rozległ się turkot powozu; droga była w tym miejscu wąska, zeszły więc na stronę. Szły samym skrajem pola
porosłego gęstą pszenicą. Biała i sucha kurzawa owiała je wielkim
kłębem, o tyle jednak przezroczystym, że rozpoznać w niej było można
zgrabny faeton6, ciągnięty przez cztery piękne, błyszczącą
uprzężą okryte konie i dwu siedzących w faetonie mężczyzn. Widziały też,
że obaj mężczyźni, spostrzegłszy je, podnieśli nad głowami czapki, a jeden z nich nawet, przechylając się nieco ku nim, zawołał:
-?Święte panny: Marto i Justyno, módlcie się za nami!
Marta z rozżarzonymi oczami i machając ku powozowi swą białą chustą,
odkrzyknęła:
-?A modliłam się, modliłam się, aby Bóg panu rozum przywrócić raczył!
Wykrzykowi temu odpowiedział z oddalającego się szybko powozu wybuch
śmiechu, widocznie basowy i ochrypły głos Marty przedrzeźniającego. Na
twarzy Justyny wybił się wyraz silnie uczutej przykrości, prawie
udręczenia.
-?Boże! -?szepnęła. -?A ja miałam nadzieję, że ten człowiek dziś już do
nas nie przyjedzie, że go ten pan Różyc do siebie na obiad zaprosi...
-?Nie głupi on! -?odpowiedziała Marta. -?Zapewne Różyc zaprosił go do
swego powozu; wolał więc swoje szkapiny do domu odprawić, a sam i w cudzym faetonie poparadować i u nas cudzy obiad zjeść... dwie razem
korzyści dla hultaja tego...
Justyna była widocznie zaniepokojona. Już pachnąca więź, którą trzymała
w ręku, zajmować ją przestała.
-?Ciekawam -?szepnęła -?jaką to komedię mieć dziś będziemy?
Marta spojrzała na nią przenikliwie i ciszej trochę rzekła:
-?O papuńcię swego lękasz się, ha? Ten błazen wieczne facecje7
wyprawia z tym safandułą...
Tu aż się za wklęsłe usta swoje wielką ręką chwyciła.
Po czole, ustach i nawet ramionach Justyny przebiegło drgnienie nagle
jakby uczutego obrzydzenia; wnet jednak odpowiedziała:
-?Niech ciocia śmiało wszystko przede mną mówi. Ja dawno już zrozumiałam
położenie ojca i swoje, dawno, dawno... ale oswoić się z nim nie mogę, i nigdy, nigdy z nim się nie pogodzę...
Marta zaśmiała się.
-?Ot. Lubię takie gadanie! Ciekawam, co zrobisz? Musisz pogodzić się
albo powiesisz się chyba czy utopisz się... Każdy desperuje z początku, a potem i godzi się z takim losem, jaki mu Bóg czy diabeł nasyła. Bo aby
wszystkie losy ludzkie były robotą Pana Boga, w to ani trochę nie
wierzę. Spowiadałam się już z tego i raz nawet absolucji8 od
księdza nie dostałam, jednak nie wierzę... Powiadam ci, że każdy z początku desperuje, a potem jak baran na rzeź spokojnie swoją drogą
idzie... Uf! nie mogę!
Zakaszlała się tak, że aż jej oczy łzami zaszły. Krztusząc się jeszcze,
tymi załzawionymi oczami na towarzyszkę popatrzała.
-?Ty bo, Justynko, straszną melancholiczką jesteś! Czemu nie robisz tak
jak i inne panny? Z łaski wuja i wujenki korzystaj, strój się, kiedy cię
stroić chcą, baw się, gdy tylko zdarzy się okazja, mizdrz się do
kawalerów, a może którego złapiesz i za mąż wyjdziesz... ha? Słowo honoru!
Czemu ty tak nie robisz?
Justyna nie odpowiadała. Szła prosto i równym krokiem jak wprzódy, tylko
w rozpalonych i zamyślonych jej oczach błysnęły łzy.
-?Phi! -?zaśmiała się Marta. -?Melancholiczką jesteś... i dumna jak
księżniczka. Od wujostwa nic przyjmować nie chcesz, ze swoich
procencików ubierasz siebie i ojca, trzewiki nawet oszczędzasz, tak że
czasem boso chodzisz, kapelusza i rękawiczek nie nosisz...
-?O, niech ciocia tak nie myśli! -?porywczo prawie zawołała Justyna. -
Ja ani kłamać, ani udawać nie chcę! Prawda, że zawsze łamię sobie głowę,
aby mnie i ojcu tych kilku własnych naszych groszy na odzienie
przynajmniej wystarczyło... Ale boso czasem chodzę i kapeluszów ani
żadnych drogich rzeczy nie noszę nie tylko dlatego... nie tylko dlatego...
-?To i dlaczegóż? No, dlaczegóż? -?Błyskając oczami, dopytywała się
stara panna.
-?Dlatego -?z nagłym i silnym rumieńcem odparła Justyna -?że dawno już
odechciało mi się ich strojów i zabaw, ich poezji i ich miłości... Żyję
tak, jak oni wszyscy, bo skądże sobie wezmę innego życia, ale jeżeli
mogę zrobić co inaczej niż oni, po swojemu robię i nikogo to obchodzić
nie powinno.
Marta przypatrywała się jej przenikliwie i z uwagą.
-?A wszystko to -?rzekła -?poszło od tej historii twojej z Zygmusiem
Korczyńskim... prawda? Cha! cha! Myślałaś wtedy pewno, że cię otwartymi
ramionami spotkają i do familii swojej wprowadzą... bo i tak przecie
krewną im przychodzisz... A oni tymczasem... gdzie! Ani pomyśleć o tym nie
dali mazgajowi temu... Cha! cha! wiem ja to wszystko, wiem! Wieczna
głupota ludzka!
Justyna ze wzrokiem w ziemię wbitym milczała.
-?No, a myśliszże ty jeszcze czasem o tym mazgaju? Serce... boli jeszcze
czasem?
-?Nie.
Z krótkiej tej odpowiedzi poznać można było, że panna Justyna mówić nie
chce o przedmiocie przez starszą jej towarzyszkę zaczepionym. Tylko już
wszelki cień uprzedniego ożywienia zniknął z jej twarzy. Zmysły jej
przestały pić z kielicha rozkwitłej przyrody rozkoszny napój
zapomnienia. Gryząca troska przejrzała się w zwierciadle jej szarych,
przezroczystych źrenic; jakieś wspomnienia czy wstręty opuściły w dół
końce pąsowych warg, nadając im wyraz znudzenia i goryczy. Wtem na
drodze za dwoma idącymi kobietami zaturkotały znowu koła, tylko nieco
inaczej niż wprzódy. Nie był to głuchy i do cichego grzmotu podobny
turkot faetonu, ale klekotliwe trochę i z lekkim skrzypieniem połączone
toczenie się kół prostego wozu. Kurzawa też podniosła się znacznie
mniejsza, opadła prędko i dwie kobiety, obejrzawszy się, ujrzały za sobą
długi wóz napełniony słomą, którą z obu boków przytrzymywały drewniane
drabiny, a okrywał wzdłuż wozu rozesłany, pasiasty i barwisty, na
domowych, wiejskich krosnach utkany kilimek9. Wóz ten ciągnęła
para koników małych, tłustych, z których jeden był kasztanowaty z konopiastą grzywą, a drugi gniady z białymi nogami i białą łatką na
czole. Oplatała je z rzadka uprząż z prostych, grubych powrozów. Gdyby
nawet koła tego wiejskiego ekwipażu nie turkotały wcale, a ciągnące go
drobnym truchtem koniki stąpały bez najlżejszego szelestu, zbliżenie się
jego dałoby znać o sobie przez unoszący się zeń wielki gwar głosów.
Napełniało go towarzystwo liczne. Na słomie okrytej pasiastym kilimkiem,
pomiędzy okrągłymi poręczami drabin, siedziało kilka kobiet, z których
jedna tylko była niemłoda, w ciemnej chustce na plecach i wielkim czepcu
na głowie, inne zaś, niby klomb ogrodowy, kwitły rumieńcami twarzy i jaskrawymi barwami ubrań. Było im tak ciasno, że siedziały w różnych
postawach i kierunkach, twarzami, bokami i plecami ku sobie zwrócone,
ściśnięte jak kwiaty w bukiecie. Jednym z nich w tym ścisku chustki z głów pospadały i tworzyły na plecach kapiszony z muślinu albo perkalu;
innym kosy10 nawet czarne albo złociste rozwinęły się na błękitne
albo różowe staniki11, a u wszystkich nad uszami i przy
skroniach zwieszały się albo sterczały wetknięte we włosy pąsowe,
liliowe i żółte kwiaty. Wóz trząsł nimi i silne ich kibicie chwiał wciąż
w kierunki różne, chwytały też drabiny ciemnymi rękami albo czepiały się
wzajem swych ramion i sukien, śmiejąc się i gadając głośno i wszystkie
razem. W tym gwarnym ogródku było tak ciasno, że woźnicy zabrakło
miejsca do siedzenia: kierował on końmi, stojąc u samego brzegu wozu, a można by przypuścić, że postawę tę przybrał nie z konieczności, ale
przez zalotność, dlatego aby w najkorzystniejszym świetle wydać się
współtowarzyszkom podróży. Był to mężczyzna trzydziestoletni, wysoki i tak zgrabny, jakby go matka natura z lubością i wielkim staraniem na
łonie swym wyhodowała. Tymczasem nie co innego, tylko ciężka praca około
zdobywania jej darów, gorące jej żary letnie i dzikie polne powiewy
nadały temu ciału taką harmonię i siłę, że trzęsący się i podskakujący
wóz nie mógł zmącić ani na chwilę jego prostych i wyniosłych linii. Od
ogorzałej cery jego twarzy silnie odbijały złociste, bujne wąsy i jasnozłote włosy, opadające spod czapki na kołnierz szarej, krótkiej
kurty, ku ozdobie zapewne zieloną taśmą oszytej. Niedbale w ogorzałych
rękach trzymając lejce i nie odwracając twarzy ku wiezionym przez się
kobietom, odpowiadał wesoło na zapytania ich i przycinki, czasem męski
śmiech swój łączył z chórem cienkich, piskliwych śmiechów dziewcząt.
Marta i Justyna zatrzymały się u brzegu drogi, w cieniu wierzby, której
kwiat podobny do zielonawych robaczków osypywał im suknie i głowy. Marta
w kierunku jadących machnęła swą białą chustką i niezwykle u niej
przyjaznym głosem krzyknęła:
-?Dobry wieczór, panie Bohatyrowicz! Dobry wieczór!
Woźnica szybko zdjął czapkę, odkrywając czoło mniej opalone od reszty
twarzy, gładkie i pogodne.
-?Dobry wieczór! -?odpowiedział.
-?Dobry wieczór! -?chórem krzyknęły dziewczęta.
-?A skądżeś to pan wziął tyle dziewcząt? -?zawołała znowu stara panna.
-?Po drodze jak poziomki uzbierałem. -?Nie zatrzymując koni, ale tylko
zwalniając nieco ich biegu, odpowiedział zagadnięty.
Jedna z dziewczyn, najśmielsza znać, przechylając się przez drabinę wozu
i białymi zębami błyskając, głośno prawić zaczęła:
-?Piechotą, proszę pani, szłyśmy... a on nas napędził, tośmy mu kazały,
aby nas zabrał...
-?Oho! Kazały! -?zażartowała Marta.
-?A jakże! -?potwierdziła dziewczyna z wozu. -?Czy ja nie mam prawa jemu
nakazywać? Jaż jego strzeczna12 siostra! Dla siostry szacunek
mieć powinien! Bardzo słusznie!
W tej chwili wóz zrównał się ze stojącymi pod wierzbą kobietami, woźnica
po raz drugi zdjął czapkę i spojrzenie jego z wysoka spłynęło na
Justynę. W tym szybkim spojrzeniu dostrzec można było, że oczy woźnicy
błękitne były jak turkusy i że w tej chwili przeleciała w nich
błyskawica. Ale wnet włożył na głowę czapkę, twarz znowu ku drodze
zwrócił i poruszywszy lejcami, zawołał na konie, aby szły prędzej.
Wóz zaczął toczyć się prędzej. Justyna z zaciekawieniem i figlarnością w oczach, z rozchylonymi w uśmiechu ustami podskoczyła i gestem wesołym,
który by nawet wykwintnemu oku mógł wydać się rubaszny, rzuciła na
jadące kobiety swoją więź13 gałęzi i kwiatów. Na wozie wybuchnęły
śmiechy, dziewczęta chwytały rozsypane kwiaty, niektóre z nich wołały:
-?Dziękujemy! Dziękujemy panience!
Ale woźnica nie obejrzał się i nie zapytał o przyczynę powstałego na
wozie gwaru. Zamyślił się o czymś tak bardzo, że aż głowę, którą
przedtem wysoko trzymał, trochę pochylił.
Dwie kobiety iść znowu zaczęły. Marta mówiła:
-?Ten Janek Bohatyrowicz na pięknego i dzielnego chłopaka wyrósł... Znałam
go dzieckiem... Znałam ich kiedyś wszystkich... kiedyś... dobrze i z bliska...
Zamyśliła się, mówiła ciszej trochę niż zwykle.
-?Był, uważasz, taki czas krótki, że ci Bohatyrowicze u nas we dworze
bywali i do stołu z nami siadali... mianowicie, ojciec tego Janka, Jerzy,
i stryj jego, ten Anzelm Bohatyrowicz, co to teraz podobno schorowany i melancholikiem jakimś stał się... Jednakowoż jaki to był kiedyś mężczyzna...
przystojny, odważny, patriota... romansowy... Do takiej poufałości wtedy
pomiędzy dworem a tą szlachecką okolicą przyszło, że siądę sobie,
bywało, do fortepianu i akordy biorę, a Anzelm za mną stanie i śpiewa:
"Bywaj, dziewczę, zdrowe, ojczyzna mię woła!". A potem ja jemu śpiewam:
"Szumiała dąbrowa, wojacy jechali...". Będzie temu już lat dwadzieścia
dwa... trzy... Jaki to był gwar u nas, jakie życie i moje, i wszystkich... A teraz wszystko inaczej... inaczej... wieczny smutek...
Mówiła to coraz powolniej, głową kiwała, a ogniste jej oczy nieruchomo
tkwiły w dalekim punkcie przestrzeni. Wtem znad wozu, który oddalił się
o kilkadziesiąt kroków, z towarzyszeniem klekotliwego turkotu kół
wzniósł się czysty i silny głos męski z całej szerokiej piersi
śpiewający strofę starej pieśni:
Ty pójdziesz górą, ty pójdziesz górą,
A ja doliną;
Ty zakwitniesz różą, ty zakwitniesz różą,
A ja kaliną.
Justyna z szeroko otwartymi oczami i rozchylonymi w uśmiechu usty
słuchała pieśni, która dalej rozlewała po polach swą rozgłośną i smętną
nutę:
Ty pójdziesz drogą, ty pójdziesz drogą,
A ja łozami;
Ty się zmyjesz wodą, ty się zmyjesz wodą,
Ja mymi łzami...
-?Słowo honoru! -?nagle i najgłębszym swym basem zawołała Marta -?i my
kiedyś z Anzelmem śpiewaliśmy ten sam duet...
Na wozie stojący wysoki mężczyzna w znacznym już od dwóch kobiet
oddaleniu śpiewał dalej:
Ty jesteś panną, ty jesteś panną
Przy wielkim dworze;
A ja będę księdzem, a ja będę księdzem
W białym klasztorze...
-?Ot -?sarknęła Marta -?w pieśni jest "będziesz" nie "jesteś". Dlaczego
on śpiewa "jesteś"? Przerabia sobie stare pieśni, błazen!
Justyna uwagi tej nie słyszała. Gorący płomień przemknął w jej oczach.
-?Pyszny głos! -?szepnęła.
-?Nieszpetny -?odpowiedziała Marta. -?Pomiędzy nimi często znajdują się
piękne głosy i śpiewacy z nich zawołani... I ten Anzelm kiedyś, gdzie
tylko, bywało, obróci się... śpiewa.
Z daleka już, z daleka od toczącego się wozu przypłynęła jedna jeszcze
strofa:
A jak pomrzemy, a jak pomrzemy,
Każemy sobie
Złotne litery, złotne litery
Wyryć na grobie...
Stara panna stanęła nagle pośród drogi, podobna do wysokiego słupa
ubranego w słomiany kapelusz i stojącego na dwu wielkich nogach w kwiecistych pantoflach. Wzrok w twarzy młodej dziewczyny utkwiła,
wspomnienia i rozczulenia jakieś pracowały w jej chrypliwie oddychającej
piersi, aż krzyknęła prawie:
-?A koniec tej pieśni znasz? Naturalnie, że nie znasz! Teraz już jej
nikt... oprócz nich... nie śpiewa...
Ramiona rozkrzyżowała i grubym, ochrypłym głosem zadeklamowała:
A kto tam przyjdzie albo przyjedzie,
Przeczyta sobie:
Złączona para, złączona para
Leży w tym grobie!
-?Ot, jaki koniec! -?powtórzyła i wnet szerszymi jeszcze jak wprzódy
krokami i mocniej ramionami rozmachując, poszła dalej.
Wóz napełniony wiejskimi dziewczętami wtoczył się pomiędzy szare
domostwa i gęste ogrody wsi, długim sznurem rozciągniętej nad brzegiem
wysokiej góry, u której stóp, w falach swych błękit nieba i ciemny bór
odbijając, płynął cichy, spokojny Niemen.
II
W korczyńskim dworze na rozległym trawniku dziedzińca rosły wysokie i grube jawory otoczone niższą od nich gęstwiną koralowych bzów, akacji,
buldeneżów i jeszcze niższą jaśminów, spirei i krzaczastych róż. Dokoła
starych, kiedyś kosztownych sztachet, topole, kasztany i lipy ścianą
gęstej zieloności zakrywały drewniane gospodarskie budynki. U zbiegu dwu
dróg okalających trawnik i rosnące śród niego potężne grupy drzew i krzewów stał dom drewniany także, niepobielony, niski, ozdobiony
wijącymi się po jego ścianach powojami, z wielkim gankiem i długim
rzędem okien mających kształt nieco gotycki. Na ganku pomiędzy
oleandrowymi drzewami, rosnącymi w drewnianych wazonach, stały żelazne
kanapki, krzesła i stoliki. Naprzeciw gospodarskich zabudowań wznosiła
się nad sztachetami gęsta zieloność starego znać, bo w aleje z grubych
drzew wysadzanego, ogrodu. Dalej widać było u jednego z krańców ogrodu
przeświecający przez zieloność ów wysoki, w słońcu złocisty brzeg
Niemna, a z niektórych punktów dziedzińca widzialna była i sama rzeka,
szeroka, w tym miejscu okrągłym łukiem skręcająca się za bór ciemny.
Nie był to dwór wielkopański, ale jeden z tych starych, szlacheckich
dworów, w których niegdyś mieściły się znaczne dostatki i wrzało życie
ludne, szerokie, wesołe. Jak działo się tu teraz, aby o tym wiedzieć,
trzeba było dowiadywać się z bliska, ale co w oczy od razu wpadało, to
wielka usilność o zachowanie miejsca tego w porządku i całości. Jakaś
ręka gorliwa i pracowita zajmowała się wciąż jego podpieraniem,
naprawianiem, oczyszczaniem. Sztachety psuły się tu po wielekroć, ale
zawsze je naprawiano, więc choć połatane, stały prosto i dobrze strzegły
dziedzińca i ogrodu. Stare również gospodarskie budynki miały silne
podpory, a w wielu miejscach nowe strzechy i nowe pomiędzy drewnianymi
ścianami słupy z kamieni. Stary dom niski był i widocznie z każdym
rokiem więcej wsuwał się w ziemię, lecz z dachem gontowym i jasnymi
szybami okien nie miał wcale pozoru ruiny. Rzadkich, kosztownych kwiatów
i roślin nie było tu nigdzie, ale też nigdzie nie rosły pokrzywy,
łopuchy, osty i chrzany, a stare drzewa i dawno znać zasadzone, bo
potężnie rozrosłe krzewy wyglądały świeżo i zdrowo. Dworowi temu, w którym jednak widocznie wciąż się coś psuło i naprawiane było, w którym
widocznie także nic od dawna nie dodawano i nie wznoszono, ale tylko to,
co już stało i rosło, przechowywano, porządek, czystość i dbałość
nadawały pozór dostatku i prawie wspaniałości. Wielkość zajmowanej
przezeń przestrzeni, niezmierne bogactwo napełniającej go roślinności,
sama nawet starość niskiego domu i niejaka dziwaczność gotyckich jego
okien wywierały wrażenie powagi, wzbudzały mimowolną poezję wspomnień.
Mimo woli wspomnieć tu trzeba było o tych, którzy sadzili te ogromne
drzewa i żyli w tym stuletnim domu, o tej rzece czasu, która nad tym
miejscem przepłynęła, to cicha, to szumna, lecz nieubłaganie unosząca z sobą ludzkie rozkosze i rozpacze, grzechy i -?prochy.
Wnętrze domu posiadało te same, co i dwór cały, cechy dawnego bogactwa
chronionego przez czujne i niestrudzone starania od rozpadnięcia się w łachmany i próchno. W obszernych, niskich i dobrze oświetlonych sieniach
sterczały na ścianach przed wielu już zapewne dziesiątkami lat
umieszczone ogromne rogi łosi i jeleni; pomiędzy nimi wisiały uschłe
wieńce ze zboża przetykanego czerwienią kalinowych i jarzębinowych
jagód; naprzeciw drzwi wchodowych wschody14 wąskie, niegdyś
wykwintne, a dziś ślady tylko dawnej politury noszące, prowadziły do
górnej części domu. Z tych sieni dwoje drzwi na oścież rozwartych wiodło
z jednej strony do obszernej sali jadalnej, z drugiej -?do wielkiego o czterech oknach salonu. Oba te pokoje dostatecznie zapełniały sprzęty,
które, jak z kształtu i gatunku ich wnosić było można, kupionymi były
przed dwudziestu przeszło laty i kosztowały wiele; teraz przecież
ukazywały się na nich tu i ówdzie niewprawną ręką wiejskiego
rzemieślnika dokonane sklejenia i naprawy, a drogą materię, która
niegdyś okrywać je musiała, zastąpiła zupełnie tania i pospolita. Obicia
na ścianach, tak jak i sprzęty, niegdyś kosztowne i piękne, a teraz
postarzałe i spłowiałe, błyskały jeszcze tu i ówdzie złoconymi bukietami
i arabeskami, zakrywało je zresztą w znacznej części kilka pięknych
kopii ze sławnych obrazów i kilkanaście rodzinnych portretów w staroświeckich, ciężkich, z wytartą pozłotą ramach. Podłogi były tam
woskowane i błyszczące, niskie sufity białe i czyste, drzwi
staroświeckie, ciężkie, z błyszczącymi brązowymi klamkami, dywany duże i spłowiałe. W rogu salonu piękny fortepian, u okien ze smakiem ustawione
grupy zielonych roślin. Widać było wyraźnie, że od lat dwudziestu nic tu
nie przybyło, ale i nic nie ubyło, a to, co brudził, łamał i rozdzierał
czas, ktoś ciągle oczyszczał, zszywał i naprawiał. Sprawiało to wrażenie
pilnej pracy, usiłującej zwolnić, może zupełnie powstrzymać, stopniowo,
lecz nieubłaganie proceder swój wiodącą przemianę bogactwa w nędzę.
W przyległym wielkiemu salonowi pokoju, którego okno, jak i okna salonu,
wychodziło na błękitniejący zza rzędu starych klonów Niemen, znajdowało
się towarzystwo złożone z osób czterech. Pokój ten miał pozór gabinetu
wykwintnej kobiety. Wszystko tu było miękkie, ozdobne i wbrew temu, co
działo się w innych częściach domu, dość jeszcze nowe. Obicie osypane
bukietami polnych kwiatów miało pozór nieco sentymentalny;
gotowalnia15 okryta zwojami białego muślinu połyskiwała
kryształowymi i porcelanowymi cackami; na etażerkach leżały książki,
stały zgrabne koszyki i pudełka z przyborami do ręcznych robót. Materia
okrywająca sprzęty pąsową barwą swą sprawiała na pierwszy rzut oka
wrażenie świetności.
Z tymi wszystkimi szczegółami sprzeczała się atmosfera pokój ten
napełniająca. Była ona duszna i pełna zmieszanych zapachów perfum i lekarstw; ponieważ zaś okno i drzwi od przyległych pokojów szczelnie
były zamknięte, pokój ten przypominał pudełko apteczne oklejone papierem
w kwiatki i napełnione wonią olejków i trucizn. W rogu tego pokoju na
pąsowym szezlongu we wpółleżącej postawie siedziała kobieta w czarnej
jedwabnej sukni, z kibicią zbyt szczupłą, ale mającą w kształtach swych
i ruchach wiele delikatnego wdzięku, z twarzą kiedyś znać zupełnie
piękną, a i dziś jeszcze pomimo przywiędnięcia i zbytecznej chudości
uderzającą niezmierną delikatnością płci; wielkością czarnych oczu o powłóczystym, łagodnym spojrzeniu, bujnością czarnych, starannie
ułożonych włosów. Jakkolwiek skądinąd wyglądała na lat blisko
czterdzieści, nie miała ani jednego siwego włosa, i jakkolwiek kibić jej
i cera zdradzały do niedołęstwa posuniętą fizyczną słabość, drobne jej
wargi były pąsowe i świeże jak u młodziutkiej dziewczyny. Rączki drobne,
tak chude i delikatne, że prawie przezroczyste, tak pielęgnowane, że
paznokcie ich posiadały kolor listka róży i połysk politury. Z wyrazem
niemocy lub słodkiej rezygnacji splatała je ona i opuszczała na suknię
albo rozmawiając, czyniła nimi gesty rzadkie, drobne, powolne,
objawiające śmiertelną obawę przed wszelkim żywszym i choćby odrobinę
energiczniejszym poruszeniem ciała czy ducha.
Była to pani Emilia Korczyńska, od lat dwudziestu paru żona Benedykta
Korczyńskiego, właściciela odziedziczonego przezeń po ojcach i dziadach
Korczyna.
Naprzeciw pani domu siedziała kobieta na pierwszy rzut oka wcale do niej
niepodobna, ale po przypatrzeniu się mająca z nią mnóstwo podobieństw.
Zdawałoby się, że każda z nich należała do innego gatunku, ale do tej
samej familii istot. Nieco młodsza, mniej widać piękna za młodu, więc
teraz zupełnie już nieładna, była ona zarówno szczupła i delikatna,
słodka i cierpiąca; tak samo jak tamta splatała i opuszczała ręce, takie
same czyniła gesty, taki sam miała głos smutny i osłabiony. Tylko
zamiast pięknego stroju pani Emilii ubiór jej składał się z taniej i wcale nieozdobnej sukienki, z grubego obuwia i z cieniutkiej,
batystowej, mocno przybrudzonej chustki, która zakrywając połowę jej
brody, uszy i część włosów, małymi kończykami węzła sterczała nad
ogromnym i widocznie przyprawnym16, bo mocno zrudziałym
warkoczem. Zapewne bolały ją zęby, ale niezbyt silnie, bo z owalnej ramy
białobrudnej chustki wychylająca się twarzyczka, drobna, okrągła,
przywiędła, niezmiernie czule, prawie miodowo uśmiechała się błękitnymi
oczami i przywiędłymi ustami. Uśmiechała się ona w ten sposób do dwu z obu jej stron siedzących mężczyzn, z kolei zwracając się ku jednemu i drugiemu, przy czym szyja jej, biała i okrągła, czyniła ruchy łabędzia
schylającego głowę ku wodzie albo synogarlicy wyciągającej dziób ku
kawałkowi cukru. Widoczne było, że ludzie ci byli dla niej tym, czym
woda dla łabędzia lub cukier dla synogarlicy. Słów ich słuchała więcej
niż z wytężoną uwagą, bo z uszanowaniem i rozkoszą, wtórując im
przymilonymi uśmiechami, miodowymi spojrzeniami i cieniutkimi
wykrzyknikami. Jednak żaden z nich w tej chwili bezpośrednio nie zwracał
się do niej i nawet na nią nie patrzał. Tylko co przybyli, zabawiali
rozmową swą panią domu, która także wydawała się ich przybyciem bardzo
zadowolona. Właściwie jeden z nich głównie zabawiać ją usiłował i ona
też więcej i czulej na niego niż drugiego patrzała. Nie był jednak
ponętny. Średniego wzrostu, niemłody, w bardzo starannym i modnym
ubraniu, z przodem koszuli tak silnie nakrochmalonym, że wzdymał się mu
na piersiach jak wklęsła płócienna tarcza. Bolesław Kirło miał okrągłą
łysinę z tyłu głowy, włosy rzadkie nad niskim czołem, twarz długą,
kościstą, z małymi, błyszczącymi oczami, ostrym nosem, wklęsłymi ustami,
tak starannie wygoloną, że aż na policzkach i brodzie błyszczącą.
Brzydką tę twarz oświecała wielka i nigdy, zda się, nieustająca
wesołość. Z wesołym śmiechem, błyskając małymi oczami, opowiadał on, że
z panem Różycem z kościoła do Korczyna jadąc, widział na polu dwie
gracje. Na mitologicznym tym wyrażeniu nacisk kładąc, z rubasznym
śmiechem wołał:
-?Gracje, jak Boga kocham, dwie gracje... Jedną, no to już bym każdemu
darował, bo stara i zła; ale druga... ho, ho, prawdziwa gracja, niech pan
Różyc powie! Cukierek! Talia zgrabna, twarzyczka śniada, rączki... no, nie
bardzo ładne, opalone... bo były bez rękawiczek...
-?O! Więc gracja pańska była bez rękawiczek!... -?ze słabym śmiechem
zawołała pani Emilia.
-?I bez kapelusza -?dodał Kirło.
-?Bez kapelusza! Jakże to można chodzić bez kapelusza! -?cichutko
chichocząc, powtórzyła kobieta z brudną batystową chustką dokoła twarzy.
Kirło śmiał się; małe świdrujące jego oczki coraz ostrzej błyszczały.
-?Niech pan Różyc zaświadczy... Co, panie Teofilu? Cukierek? Cacko?
Prawda?
Wzywany na świadectwo mężczyzna nie odpowiadał. Światło z okna w ten
sposób na niego padało, że twarz całkiem pozostawała w cieniu, a widać
było tylko postać męską, wysoką, cienką, wykwintnie ubraną i głowę
okrytą czarnymi, z lekka ufryzowanymi włosami; u oczu połyskiwały szkła
binokli. Od chwili gdy wszedł tu i zamienił z panią domu pierwsze słowo
powitania, nie rzekł jeszcze nic... Prawda, że Kirło mówił ciągle i prawie
sam jeden. Pani Emilia z ożywieniem zapytywała: kim były gracje spotkane
w polu, a szczególniej ta... bez kapelusza i rękawiczek.
-?Była to zapewne jakaś wiejska dziewczyna... pan zawsze
mistyfikować17 nas lubi, panie Bolesławie!
-?Doprawdy! -?z uśmiechem pełnym rozkoszy powtórzyła druga kobieta. -
Pan nas zawsze tak mistyfikuje... Doprawdy! Jak to można tak mistyfikować!
-?Ależ wcale nie! Przysięgam paniom! Jak Boga mego kocham, wcale nie
mistyfikuję... -?z komicznymi gestami tłumaczył się Kirło. -?Nie była to
wcale żadna wiejska dziewczyna, ale panna... co się nazywa panna... z pięknej familii, z pięknego domu... z piękną edukacją...
-?Panna z pięknej familii i z edukacją... -?z wielkim już ożywieniem
wołała pani domu -?pieszo idąca, bez kapelusza... to być nie może...
-?To być nie może... Pan zawsze żartuje... -?zawtórzyła druga kobieta.
-?No, a jak powiem jej imię i nazwisko, to co będzie? -?z przekorną
filuterią pytał gość.
-?Nie wierzę -?twierdziła pani Emilia.
-?To być nie może; jakże to być może! -?wstydliwie chichotał drugi
głosik kobiecy.
-?A jak powiem! -?przekomarzał się Kirło. -?Co mi za to będzie? Bez
nagrody nie powiem! Dalibóg! Co mnie panie dadzą za to, ha? Czy panna
Teresa pozwoli się pocałować? Co? No, panno Tereso, tak czy nie? Jeżeli
pani mnie pocałuje, to powiem, jeżeli nie, to nie!
Wykwintny, w cieniu siedzący mężczyzna uczynił ruch zdziwienie czy
niesmak objawiający: pani domu oswojona znać z żartobliwym usposobieniem
gościa swego i nawet przyjemną rozrywkę w nim znajdująca śmiała się z cicha, trochę filuternie i zalotnie. Ale nic wyrazić nie zdoła wrażenia
sprawionego przez propozycję Kirły na osobie, której ona uczyniona
została. W owalnej ramie cieniutkiej, brudnej chustki mała i zwiędła jej
twarz okryła się najjaskrawszym karminem; błękitne, niewinne oczy
zmąciły się i nabrały wyrazu trwogi połączonej z upojeniem. Wątłą swą
kibić w szarym staniku odrzuciła na tylną poręcz krzesła, ręce ku
obronie wzniosła i cofając się, odwracając, rumieniąc, z chichotem,
którym usiłowała pokryć zmieszanie swe i wzruszenie, bełkotała:
-?Ależ, doprawdy, panie Kirło... co pan wygaduje?... Jakże można? Pan zawsze
żartuje...
On jednak nie tylko wygadywał i żartował, ale brał się do czynu i czyniąc gest taki, jakby ramieniem swym kibić jej miał opasać, ogoloną
twarz swą z wpół dobrodusznym, a wpół złośliwym uśmiechem ku twarzy jej
pochylał. Z chudych, bladych rąk swych tarczę sobie czyniąc, cała w tył
odgięta, ale z dziwnie miodowym i upojonym wyrazem w oczach, wołała:
-?Oj! Oj! O mój Boże! Co pan wyrabia!
Pani Emilia z niezwykłą u niej żywością poruszyła się na szezlongu i wołać zaczęła:
-?Panie Bolesławie! Proszę Tereni nie dokuczać! Niech pan jej nie
dręczy! Ją dziś zęby bolą.
Kirło wyprostował się.
-?Racja -?wyrzekł z powagą -?racja! Buziak kobiety, którą zęby bolą,
pożądanym nie jest, chociażby człowiek... kiedy indziej sobie na niego i bardzo zęby zaostrzył. No, cóż mam robić? Widzę, że muszę ciekawość pań
darmo już zaspokoić. Taki to los biednego człowieka na tym świecie!
Żadnej za nic nagrody! Ale nie! -?zawołał nagle i z komiczną desperacją
zwracając się do pani domu -?chyba pani choć w rączkę pocałować się
pozwoli!
-?Dobrze, dobrze -?śmiejąc się i podając mu rękę, wołała pani Emilia -
tylko niech pan już mówi...
Rączkę sobie podaną, istotnie śliczną, położył na swej dużej, kościstej
dłoni i z miną smakosza przyglądał się jej chwilę swymi błyszczącymi,
świdrującymi oczkami.
-?Śliczna! Miła! Malusia! Malusienieczka rączka! -?wymówił i złożył na
niej długi pocałunek, w którym cześć i galanteria mieszały się z tajonym, niejako połykanym lubowaniem się przyjemnością innego wcale
rzędu. Cień bladego rumieńca przepłynął chude policzki pani Emilii;
cofnęła rękę i z większym jeszcze ożywieniem, z błyskiem w oczach,
upomniała się o imię i nazwisko gracji.
-?Była to -?wzdychając i wydymając wargi, zadeklamował Kirło -?była to
cioteczna siostrzenica pana Benedykta Korczyńskiego, panna Justyna
Orzelska.
Dwa cienkie wykrzyki kobiece oznajmieniu temu odpowiedziały. Ale
wmieszał się w nie i głos męski, który przemówił:
-?Więc ta panna, którąśmy jadąc, spotkali, mieszka tu... jest kuzynką
państwa...
Pani Emilia dłoń przyłożyła do czoła; może w tej chwili poczuła ból
głowy, ale grzeczna i słodka zawsze, gościowi odpowiedzieć pośpieszyła:
-?Tak. Justysia jest krewną męża mego, córką jego ciotecznej siostry.
Ojciec jej, pan Orzelski, przez nieszczęśliwe zdarzenia utracił swój
majątek, a wkrótce potem owdowiał. Od tego czasu oboje u nas mieszkają.
Justynka, kiedy przybyła do nas, miała lat czternaście, a w tym wieku
już są przyzwyczajenia, skłonności, którymi pokierować trudno... Jest ona
zresztą dobra, bardzo dobra, tylko oryginalna, ale to tak oryginalna, że
nie wiem już, doprawdy, skąd jej się to wziąć mogło... Zawsze inaczej robi
niż wszyscy.
Wykwintny mężczyzna, którego binokle połyskiwały w cieniu, wymówił:
-?Piękna panna.
A po krótkiej chwili dodał:
-?Jest w jej powierzchowności jakaś świeżość, siła, prostota...
-?O! -?zawołał Kirło. -?Widzi pani, jak dobrze się przypatrzył... a raz
tylko i to śród drogi cukierek ten widział...
Kobieta z obwiązaną twarzą wtrąciła:
-?Justynka ma śliczną figurę... Ja zawsze figury jej zazdroszczę...
Błyszczące binokle szybko zwróciły się ku niej.
-?Pani mówi? -?cedząc nieco wyrazy, zapytał gość.
Może pani Emilia uczuła niewłaściwość odezwania się swej towarzyszki, bo
szybko wtrąciła:
-?Tereniu, nie przedstawiłam ci jeszcze nowego sąsiada naszego... Gdy był
u nas po raz pierwszy, leżałaś na migrenę czy flukcję18... Pan
Teofil Różyc, panna Teresa Plińska, towarzyszka moja, niegdyś
nauczycielka mojej córki, gdy była ona malutka... Wszakże to drugi raz
dopiero mam przyjemność widzieć pana w domu naszym?
-?Tak, pani -?z wytwornym ukłonem odpowiedział zapytany -?i winszuję
sobie, żem w tej pustej okolicy znalazł dom taki jak państwa.
Zawdzięczam to panu Kirle, który mnie pod tym względem oświecił...
-?Pan Kirło jest w każdym wypadku najlepszym sąsiadem i przyjacielem
naszym.
-?Ja, pani, jestem zawsze najlepszym z ludzi i tylko...
zapoznanym19.
-?W domu naszym przynajmniej znajdujesz pan najzupełniejsze uznanie...
Kirło ukłonił się z galanterią i wdzięcznością, ale dodał:
-?Nie u wszystkich, niestety, mieszkańców tego domu...
-?Ależ nie! U wszystkich! Któż by?...
-?Panna Marta, na przykład, nie uznaje mię... -?z komiczną żałością
skarżył się Kirło.
-?O, Marta... Ona taka biedna... zgorzkniała... popędliwa...
-?Panna Justyna...
-?O, Justynka! Ona tak jest oryginalna...
-?Mąż pani...
-?Mąż mój! On zajęty... nietowarzyski... zawsze tylko o gospodarstwie swoim
i o interesach...
Przerwała i zwróciła się do Teresy Plińskiej, która w tej chwili z zachwyceniem przypatrywała się błyszczącym binoklom w cieniu siedzącego
gościa.
-?Tereniu, daj mi trochę wody i proszek bromowy, bo czuję nadchodzący
globus.
Teresa poskoczyła ku toalecie i w mgnieniu oka podała towarzyszce żądane
przedmioty. Pani Emilia delikatnie, z wdziękiem ujęła jedną ręką
kryształową szklankę, drugą proszek zamknięty w dwu okrągłych opłatkach
i tłumacząc się jakby z czynności, której dokonać miała, do nowego
sąsiada rzekła:
-?Globus histericus... dokucza mi bardzo... szczególniej kiedy się czymś
wzruszę... zmartwię...
Tu połknęła proszek. Miała tyle powabu i gracji przy połykaniu
lekarstwa, ile jej ma wyćwiczona tancerka w przybieraniu zalotnej pozy.
Jednak widać było, że cierpiała naprawdę; ręką dotykała piersi i gardła,
w których czuła nieznośne duszenie.
-?Czy świeże powietrze ulgi pani nie przynosi? -?ze współczuciem zapytał
Różyc. -?Może pani okno otworzyć rozkaże?
-?O, nie, nie! -?z żywym przeczeniem zawołała cierpiąca kobieta. -?Ja
się tak lękam wiatru, ciągów, słońca... Od wiatru dostaję zawrotu głowy,
od ciągów newralgii, od słońca migreny... Tereniu, podaj mi, proszę cię,
toaletowy ocet...
Kirło, cały nad nią schylony, z czułością szeptał:
-?Cóż, czy lepiej trochę?... Dusi ciągle?... Może przechodzi?
Teresa, podając ocet, schyliła się też nad towarzyszką:
-?Początek migreny? Prawda? Mój Boże! I mnie także zaczyna głowa boleć...
Pani Emilia, nacierając skronie octem, cichutko szepnęła:
-?Moja Tereniu, ta Marta nie wraca dotąd z kościoła... Jestem niespokojna
o obiad... Idź dowiedz się, czy nakrywają do stołu. Czemu ta Marta nie
wraca?... Nie wiem, czy gotują już dla mnie rosół... Czuję, że nic innego
dziś jeść nie będę mogła... Ach, ta Marta nie wraca...
Z żywością i gracją podlotka Teresa biegła ku drzwiom, gdy szeroko
otworzyły się one i do gabinetu wszedł mężczyzna wysoki, barczysty,
siwiejący, z długim wąsem, ogorzałą twarzą, pomarszczonym czołem i wielkimi, ciemnymi oczami, w których na pierwsze wejrzenie nic więcej
wyczytać nie można było nad troskę i prawie ponure zamyślenie. Na
powitanie gospodarza domu, pana Benedykta Korczyńskiego, dwaj goście
szybko powstali. Ręka, którą im on na powitanie podawał, wielka była, od
opalenia zgrubiała. Zimno dotknął dłoni Kirły, a szczerszym nieco, choć
obojętnym także uściskiem objął białą i gładką jak atłas, wypielęgnowaną
i wychudłą rękę Różyca. Teraz, gdy ten ostatni, witając pana domu, w świetle okna stanął, dokładnie obejrzeć było można powierzchowność jego
arystokratyczną i jeszcze piękną, choć wyniszczoną i cierpiącą. Wysoki
był i bardzo cienki, na małej i zgrabnej głowie fryzował włosy, dlatego
zapewne, aby ukryć tworzącą się nad czołem łysinę; twarzą jego, o rysach
prawidłowych i delikatnych, skórze białej i gładkiej jak
welinowy20 papier, wstrząsały co chwilę nerwowe drgania
przebiegające czoło i brwi. Od pierwszego rzutu oka poznać w nim można
było człowieka bardzo światowego, przez fizyczną może słabość łagodnego
i z systemem nerwowym chorym. Gdy stanął obok silnego, barczystego,
ogorzałego pana domu, dwie ich postacie przedstawiły sprzeczność tak
wielką, jak gdyby każdy z nich urodził się i żył na innej planecie.
Jedną tylko cechę mieli wspólną: obaj wydawali się smutni. Korczyński,
wielką swą, ciemną ręką pociągając w dół długiego wąsa, usiadł przy
oknie i patrząc na żonę, rzekł:
-?Dzieci nie ma! Od godziny już by tu być powinny.
-?O, ja także zaczynam być o to niespokojna i zapewne dlatego czuję już
nadchodzącą migrenę -?odpowiedziała pani Emilia i z cicha, z wolna
uwiadomiła swoich gości o tym, że oczekuje przybycia na wakacyjne
miesiące syna kształcącego się w szkole agronomicznej i córki będącej na
jednej z pensji warszawskich. Mówiła, że Witold okazywał zawsze
zamiłowanie w gospodarstwie wiejskim -?znać odziedziczył to po ojcu -?a Leonię wysłała na pensję dlatego, że przy swym słabym zdrowiu
wychowaniem jej w domu pokierować nie mogła... Zresztą jest to jeszcze
dziecko, ma rok piętnasty...
Kirło, który o tym wszystkim dawno już wiedział, usiłował zawiązać
rozmowę z panem domu. Czynił to nawet z pewnym przymileniem, którym
widocznie usiłował przełamać jakieś lody lekceważenia czy urazy.
Zacierając kościste ręce i mile uśmiechając się, rozpoczął:
-?Pan dobrodziej nawet w święto około gospodarstwa pracuje...
-?A tak -?pociągając wciąż wąsa i posępnymi swymi oczami na przeciwległą
ścianę patrząc, odpowiedział Korczyński -?dla nas święta nie ma. I owszem, kiedy oficjaliści i parobcy świętują, najbardziej pilnować
trzeba, aby głodem nie zamorzyli koni i bydła albo dworu z dymem nie
puścili...
Nie była to właściwie odpowiedź niegrzeczna, ale ton, jakim wymówiona
została, czynił ją obojętną i trochę rubaszną.
-?Ale co się tyczy tegorocznych urodzajów -?rozpoczął znowu Kirło -
obiecujące są, bardzo obiecujące...
-?A tak -?odparł Korczyński -?nie wiem jak gdzie, bom od kilku miesięcy
nie ruszył się z domu ani na krok, ale u mnie na polu wcale pięknie...
Jeżeli zbiór i zwózka pójdą pomyślnie...
-?Tysiączki będą, panie dobrodzieju, tysiączki będą z tego ślicznego
Korczynka -?zachęcony i do żartobliwego humoru swego powracając, zawołał
Kirło.
Korczyński podniósł głowę i z urągliwym wyrazem swych smutnych oczu na
sąsiada cieszącego się przyszłymi jego "tysiączkami" popatrzał.
-?A ceny? -?zapytał. -?Czy żona pana dobrodzieja mówiła mu, jakie były i pewno jeszcze na ten rok będą ceny na zboże?
Kirło zmieszał się, ale wnet zatarł ręce i w śmiech uderzył.
-?Jak Boga kocham -?ze śmiechem zawołał -?żona moja jest tak zawziętą
gospodynią, że do niczego mnie nie dopuszcza... do niczego... Pod pantoflem
siedzę po uszy... Ale mnie z tym dobrze i jej także... Bo i cóż, panie
dobrodzieju, na tej nędznej folwarczynie mielibyśmy oboje do roboty?
Albo ja, albo ona... A ponieważ ona chciała...
Korczyński uśmiechnął się i zwrócił twarz w stronę, w której stała
gotowalnia jego żony. Od tej gotowalni zaleciały go zmieszane zapachy
toaletowego octu, ryżowego pudru i rezedowej perfumy. Pociągnął wąsa i zwracając się do żony, rzekł:
-?Może by okno otworzyć? Straszny tu zaduch!
-?O, nie! -?łagodnie odpowiedziała pani Emilia. -?Wiesz o tym, że ja nie
mogę siedzieć przy otwartych oknach...
-?Głupstwo -?mruknął Korczyński. -?Musisz chorować, w takim zaduchu
siedząc.
Delikatna, cierpiąca kobieta spłonęła rumieńcem. Zawstydziła się
rubaszności męża, okazanej wobec mało jeszcze znanego gościa. Spuściła
powieki, dotknęła dłonią piersi i gardła, umilkła.
I wszyscy przez chwilę milczeli. Czuć było, że w zaduchu tego pokoju
wszystkim zrobiło się duszno. Pani domu coraz bezwładniej chyliła się na
swym szezlongu; Kirło usłużnie posuwał ku niej wyszyte na kanwie
poduszki; Korczyński długi wąs swój na gruby palec nawijał; binokle
Różyca błyskały w cieniu ciekawie i jakoś drwiąco. W tej chwili kędyś z dołu słyszeć się dały pluski wody i przeciągłe, basowe wołania.
Korczyński i Różyc jednocześnie spojrzeli w okno. Za oknem, za
przezroczystą ścianą klonów, po błękitnym Niemnie płynęły tratwy, w mowie miejscowej płytami zwane. Jeden za drugim pod ciemną ścianą boru
wieńczącego wysoki brzeg rzeki płynęły złote w słońcu, a stojący u sterów płytnicy21, w białej odzieży, silni jak wodne olbrzymy,
nadając rudlom22 ciężkie półobroty, uderzali nimi po wodzie,
która z wielkim pluskiem tryskała w perlistych kaskadach. Zarazem ludzie
ci rozmawiali ze sobą długimi, basowymi krzykami, które obijały się o bór ciemny i wywoływały w nim głośne echa. Po przeciwległym wybrzeżu,
pod gęstym borem, chodzili ludzie różni, pojedynczo i gromadnie, w szarych i białych ubraniach; gdzieniegdzie, nisko nad rzeką,
skrzydlatymi punktami przelatywały rybitwy; w jednym miejscu rybackie
czółenko kręto prześlizgiwało się pomiędzy płytami; w klonach
szczebiotały szczygły, gwizdała wilga, zanosiła się od krzyku czeczotka.
Świat cały stał w cudnej pogodzie jak czara nalana błękitem i złotem.
-?Piękna miejscowość -?rzekł w zamyśleniu Różyc.
Korczyński wskazał mu pracujących około rudli płytników.
-?Ci ludzie nie mają także święta...
Różyc zdjął binokle i długą swą atłasową ręką powiódł po zmiętym i drgającym czole.
-?Mnie się zdaje -?rzekł -?że oni zawsze mają święto. Są zdrowi, silni i jakimkolwiek jest ich życie, żyć chcą...
-?Może pan ma słuszność -?po krótkim namyśle odpowiedział Korczyński. -
Praca nieszczęściem nie jest; idzie tylko o grunt, na którym człowiek
pracuje, i o... skutki. Jeżeli co krok głową o mur uderzać się musisz i myśleć, że wszystko, cokolwiek byś zrobił... na diabła zda się...
Machnął ręką i umilkł. Różyc cierpiącymi swymi, ale inteligentnymi
oczami z zajęciem spoglądał na ogorzałe, zorane czoło i w dół spuszczone
wąsy obywatela.
-?Do czego pan ostatnie słowa swe stosujesz? -?zapytał.
Spod wypukłych powiek duże, piwne oczy Korczyńskiego podniosły się na
twarz gościa i utonęły w niej wejrzeniem głębokim i przejmującym.
-?Jak pan myśli?... -?zaczął i zawahał się z dalszym mówieniem. Ogarnęła
go widoczna, a dziwna w tak silnym człowieku nieśmiałość.
-?Jak pan myśli? -?zaczął znowu. -?Czy w teraźniejszych czasach ci nawet
z nas, którzy pieniędzy nie marnują i jak woły pracują, zdołają... to...
tamto... tego...
Źrenice jego błyskały przelatującymi w nich iskrami; patrzał ciągle w twarz gościa i koniec wąsa do ust włożywszy, przygryzać go zaczął.
Widoczne było, że Różyc nie wiedział dobrze, co mu odpowiedzieć
wypadało. Nad przedmiotem zaczepionym przez Korczyńskiego myślał zapewne
niewiele; może też obchodził go on niewiele.
-?Któż to może przewidzieć? -?zaczął. -?Czasy są ciężkie. Ja zresztą te
strony znam tak mało... świeżym przybyszem jestem...
-?Nie o te strony idzie -?żywo podjął Korczyński -?pod tym względem
wszystkie strony u nas są sobie równe. Niechże mi więc pan powie
przynajmniej, jak jest tam, gdzie pan mieszkałeś...
Różyc z niedbałym uśmiechem, choć z silnym drganiem czoła i brwi,
odpowiedział:
-?Osobiście przedstawiam przykład zasmucający... Moje tamtejsze majątki są
dla mnie stracone...
-?Wiem o tym, ale to co innego! -?zawołał Korczyński. -?Pan z urodzenia
byłeś wielkim panem... No, a to... tamto... Ale chciałbym coś wiedzieć o obywatelstwie średnim, takim na przykład jak ja, siedzącym na
dziesięcinach23 ziemi kilkuset, tysiącu... trochę więcej...
Światowemu i do wszystkiego przyzwyczajonemu człowiekowi odpowiedzi na
pytania wszelkie zupełnie zabraknąć nie mogło. Począł więc opowiadać o finansowym i gospodarskim stanie średnich majętności ziemskich nad
Słuczą położonych, a czy opowiadał dokładnie lub niedokładnie,
prawdziwie czy nieprawdziwie, o to widocznie nie dbał. Nie zajmował się
tym bardzo żywo, może uważał to sprawozdanie za próżną dla siebie
fatygę. Ale mówił płynnie, do wykwintnej polszczyzny mieszając trochę
francuskich wyrazów, od czasu do czasu, zręcznie i grzecznie, tłumił
nerwowe poziewanie.
Z dala od okna, w przyciemnionym nieco rogu pokoju, prowadziła się inna,
znacznie cichsza rozmowa. Kirło, ku gospodyni domu pochylony, mówił do
niej o czymś półgłosem, z wyrazem ubolewania naprzód, a potem tak
jowialnej żartobliwości, że na koralowe jej usta z wolna powracał
uśmiech. Z wdzięcznym na sąsiada swego spojrzeniem wyrzekła:
-?Pan zawsze pocieszyć i rozweselić mnie musisz... O, gdyby mi pana
jeszcze zabrakło...
-?Po co ma zabraknąć? -?oburzył się Kirło. -?Kiedy już tyle lat...
Ukośne wejrzenie rzucił na pana domu, bardzo w tej chwili zajętego
rozmową z Różycem. Potem szare, błyszczące oczki jego wpiły się w delikatne policzki pani Emilii, a koścista ręka posuwała się z wolna ku
jej ręce, która na kształt listka lilii spoczywała na zwojach jedwabiu.
-?Biedna pani! -?szepnął. -?Już ja dziś muszę coś takiego zrobić, żeby
panią rozweselić.
Za oknami na błękitnym Niemnie ciężkie rudle wciąż uderzały w wodę,
wywołując pluski perlistych kaskad; lekki wiatr szumiał w klonach i mieszały się z nim fruwania ptasich skrzydeł. Na przeciwległym wybrzeżu,
w ciemnym borze, ludność wiejska zbierała pewno poziomki lub zioła, bo w głębi boru odzywały się nawoływania:
-?Hu! ho! hej! hop! hop!
Jednocześnie z wnętrza domu, ale z dala, jakby znad sufitu, osłabione
odległością słyszeć się dało granie na skrzypcach. Chwilami rozpoznać
można było, że w górnej części domu ktoś z wielką precyzją i umiejętnością grał jakąś wielką i trudną kompozycję muzyczną.
Kirle te skomplikowane i pracowicie wywoływane tony skrzypiec jakby coś
na pamięć przywiodły. Uśmiechnął się filuternie, dłonią po kolanie
uderzył; wybiegł przez drzwi do salonu prowadzące, szczelnie je za sobą
zamykając.
W jadalnej sali, dokoła długiego stołu ciężko, lecz żwawo krzątała się
Marta Korczyńska, która przed kilku zaledwie minutami wróciła ze swej
dalekiej przechadzki. Wielki słomiany jej kapelusz leżał na jednym z krzeseł, a głowa, z cienkim warkoczykiem przymocowanym z tyłu wielkim
grzebieniem, pilnie schylała się nad nakryciami, stwierdzając porządek
ich i czystość. Przyrządzała sałaty i kompoty, przynosiła butelki z winem, co chwilę wybiegała, a powróciwszy, z brzękiem kluczy otwierała
szuflady kredensowej szafy i urządzając, ustawiając, przyozdabiając
wszystko, pantoflami wyszytymi w czerwone róże głośno klapała o podłogę.
Dopomagał jej w tym gospodarskim zajęciu jeden tylko kredensowy chłopak,
przyodziany porządnie i żwawy, ale niedorosły i ślepo tylko rozkazy jej
spełniający. Cztery wiorsty24 uszła dziś tam i na powrót, nie
odpoczywała ani minuty, a nie znać było na niej strudzenia. Chrząkała,
kaszlała, gderała i napędzała małego lokaja, a pomimo ciężkości chodu
swego i pedantycznej dokładności, z jaką spełniała rzecz każdą, zwijała
się tak prędko, że w niespełna kwadrans stół był już na dziesięć osób
nakryty i wszystko do obiadu przygotowane. Chłopak chleb krajał, a Marta
wkładała go do serwet, kiedy z dalszych pokojów wbiegła do jadalnej sali
Teresa Plińska, w ręce klasnęła i z wybuchem radości zawołała:
-?A! Pani już tu, panno Marto! I wszystko do obiadu przygotowane! Jakże
to dobrze! Pani Emilia była bardzo niespokojna.
-?I niepotrzebnie! -?ofuknęła stara panna. -?Niech swoich robótek i swojego słabego zdrowia patrzy, a co się tyczy domu, to już do mnie to
należy.
-?To nic -?szeptała Teresa -?ale ona zawsze o wszystko niespokojna. I teraz dostała globusu, i zaczęła już dostawać migreny...
-?Naturalnie! A poziewania jeszcze nie dostała?...
-?Jeszcze nie, chwała Bogu! -?zupełnie serio i nawet z rzetelną dla
Nieba wdzięcznością odparła towarzyszka pani Emilii.
-?A Benedykt w domu?
-?W domu, tam, z gośćmi i żoną... Znowu gniewał się, że pani i Justynka
piechotą poszłyście do kościoła. Mówił, że w święto konie niezajęte...
-?To niech odpoczywają, a jak odpoczną, lepiej się potem do gospodarstwa
zdadzą... Wieczna głupota! Czy to my księżniczki, żebyśmy pieszo chodzić
nie mogły? Uf! Nie mogę!
Kaszel ją porwał, ale trwał krótko, bo wstrzymywała się z całej siły, i nagła myśl jakaś piorunem, zda się, uderzyła o całą jej istotę. Głośno
splasnęła rękami i do okna poskoczyła.
-?A dzieci jak nie ma, tak nie ma! -?zawołała.
Teresa tymczasem liczyła na stole nakrycia.
-?Na dziesięć osób, jak mamę kocham, na dziesięć osób nakryto! -
piskliwie zawołała. -?Czy więcej gości dziś przyjedzie? Bo nas domowych
sześć, a dwóch panów to osiem... a tu na dziesięć... Czy kto jeszcze
przyjedzie?
-?Dwóch konkurentów do ciebie przyjedzie! -?z gniewną ironią krzyknęła
Marta. -?Alboż mało naczekałaś się jeszcze na nich? No, to dziś trzech
będziesz miała od razu. Pan Różyc już jest, a dwóch jeszcze przyjedzie...
Zaczęła śmiać się tak, że aż łzy nabiegły do szyderskich, ognistych jej
oczu. Teresa, zarumieniona trochę, dobrodusznie jej w twarz patrzała.
-?Co też pani wygaduje! Pan Różyc... gdzieżby on tam mógł... taki wielki
pan... choć, doprawdy, tak jakoś patrzał... ej! oni wszyscy tacy... ci
mężczyźni... Ale naprawdę, kto więcej przyjedzie?... moja droga pani, proszę
mi powiedzieć, kto przyjedzie?
I szczupłymi ramionami swymi z dziecinną prawie pieszczotliwością objąć
usiłowała grubą kibić i cienką, żółtą szyję towarzyszki. Ale ona
gwałtownie wyrwała się z jej objęć.
-?A dzieci! -?krzyknęła. -?Toż Widzio i Leonia powinni już od godziny
być tutaj... Może choć na obiad nadjadą...
-?A, prawda -?z widocznym uczuciem rozczarowania szepnęła Teresa -
zapomniałam...
-?Zapomniała, zapomniała... -?gniewnie, ku szafie kredensowej idąc,
zamruczała Marta. -?Może i matka zapomniała także... o dzieciach
zapomniała... Co im w głowie? Romanse i apteka... Wieczna głupota!... A dzieci
jak nie ma, tak nie ma!... O Boże mój, Boże! gdyby tylko nie jaki wypadek...
bo z tymi kolejami żelaznymi wszystko być może...
Znowu stanęła twarzą ku oknu, głową wielkim grzebieniem sterczącą
trzęsła i pęk kluczy głośno dzwonił w jej ręku.
W tejże chwili za przymkniętymi drzwiami sali jadalnej dało się słyszeć
szybkie ze wschodów zbieganie, potem szamotanie się jakieś, mocowanie,
dwa głosy męskie, z których jeden zdawał się o coś nalegać, a drugi od
czegoś wypraszać... struna jakaś kilka razy brzęknęła, na koniec, dalej
już, w głębi domu, wybuchnął głośny śmiech Kirły... Marta, zapatrzona w szlak drogi, zza rozwartej bramy dziedzińca widzialny, na szczególny
hałas ten nie zwróciła żadnej uwagi, ale Teresa rzuciła się ku drzwiom i naprzód przez nie ciekawie głowę wychyliła, a potem, z cienkim i uszczęśliwionym chichotem, drobnym swym dziewczęcym krokiem przez sienie
i salon pobiegła. W głębi salonu drzwi od pokoju pani Emilii otworzyły
się głośno i zjawił się w nich Kirło śmiejący się i ciągnący za sobą
kogoś bardzo pociesznie w samej rzeczy wyglądającego. Był to staruszek
średniego wzrostu, ale tuszy dobrej i w środku figury szczególniej
wydatnie zaokrąglonej, z okrągłą, białymi jak mleko włosami okrytą
głową, z okrągłą także, pulchną, rumianą twarzą. Wśród tej twarzy
pulchne, rumiane usta uśmiechały się teraz z pełną zmieszania
dobrodusznością i błękitne jak turkusy oczy patrzały z wyrazem wstydu i zalęknienia. To zmieszanie i zalęknienie źródło swe mieć musiało w ubiorze bardzo niestarannym, bo składającym się tylko z szerokiego, z kwiecistej materii sporządzonego szlafroka. Jedną ręką trzymając smyczek
i zarazem powstrzymując od rozchylania się poły szlafroka, drugą ten
białowłosy i łagodny starzec przyciskał do piersi skrzypce. Przy tym
broniąc się przeważnej sile, która go naprzód pociągała, usiłował wciąż
cofać się i ramię swe z dłoni Kirły wyrwać.
-?Puść mnie pan... -?szeptał i wykrzykiwał głośno -?jakże można?! Przy
damach... w szlafroku...
Ale Kirło wciągnął go do pokoju, przy czym do Różyca zwrócony perorować
zaczął:
-?Przedstawiam nowemu sąsiadowi naszemu najznakomitszego muzyka okolicy
naszej... przepraszam! Litwy... a może i Europy... Zaniedbany ubiór jego
przebaczą mu nawet damy, ponieważ jest artystą. Od urodzenia podobno aż
do dnia dzisiejszego pracuje nad muzyką. Majątek, panie, przepracował...
Ale gra za to... gra...
-?Puść mnie pan... przy damach... przy nieznajomym człowieku... -?wypraszał
się i w celu wyrwania się nowe, a coraz śmieszniejsze wysilenia czynił
staruszek.
Nieznajomy człowiek, czyli Różyc, ze zdumieniem na tę scenę patrzał i nie tylko nie śmiał się, lecz delikatne wargi jego przybrały wyraz
niesmaku. Korczyński, oswojony znać z dobrym humorem Kirły i jego
objawami, spoglądał przez okno na klony i rzekę; panie, Emilia i Teresa,
śmiały się: pierwsza cichutko i z niejakim zawstydzeniem, druga głośniej
i z rozkoszą. Kirło, zachęcony powodzeniem swym wobec dam, a na obecnych
mężczyzn już nie zważając, z komicznymi gestami i minami dalej prawić
zaczynał:
-?Idę sobie na górę, aby naszego kochanego artystę odwiedzić... słyszę:
gra! Dobrze, myślę, niechże przyjdzie zagrać dla nas... Wymawia się, że
nieubrany... Co tam! Tym lepiej... artyści podobno, panie, zawsze nieubrani
i nieumyci...
Wtem zza pleców szamoczącego się i już widocznie udręczonego starca
wysunęła się młoda kobieta w czarnej sukni, wybornie uwydatniającej jej
silną i zgrabną kibić. Wyprostowana była i głowę otoczoną czarnym
warkoczem wysoko podnosiła. Wśród śmiałej twarzy szare jej oczy wydawały
się teraz prawie czarne i w twarz Kirły cisnęły płomienie gniewu. Na
nikogo z obecnych nie spojrzawszy, zwróciła się ku otwartym drzwiom
salonu i zawołała głośno:
-?Mars! Mars!
Na to wołanie zjawił się w progu pies myśliwski, ulubieniec pana domu,
wielki, czarny ponter25. Kobieta krótkim gestem wskazała go
Kirle.
-?Oto jest Mars -?rzekła -?wybornie umie on warować, aportować i przez
kij skakać. Zawołałam go tu dla zabawy pana!
Głos jej trochę drżał, usta zbladły i z oczu znowu trysnęły płomienie.
Powoli jednak i łagodnie ujęła ramię starca.
-?Chodź, ojcze -?rzekła.
Kiedy wyprostowana, z podniesioną głową i bladym, lecz niezmąconym
profilem prowadziła przez wielki salon siwowłosego, trochę
przygarbionego i skrzypce swe do piersi przyciskającego starca,
przypomnieć mogła Antygonę...
-?Wspaniała! -?zza binokli swych ścigając ją spojrzeniem, szepnął Różyc.
Kirło nie zmieszał się ani na chwilę i z nowym śmiechem szeptał do ucha
Teresy coś, od czego rumieniła się i najmilszym uśmiechem rozjaśniała
jej okrągła, rumiana, w owalną ramę chusteczki ujęta twarz. Korczyński
motał wąs na palec i parę razy, do siebie więcej niż do innych,
przemówił:
-?Dzieci nie ma! Dziwna rzecz! Dzieci nie ma!
Różyc gospodynię domu nie mógł długo w osamotnieniu zostawiać. Toteż z wyrazem współczucia zapytał ją, czy na nerwy przeważnie choruje, a otrzymawszy twierdzącą odpowiedź, z żywszą jeszcze sympatią mówić zaczął
o ogólnym teraz usposobieniu do chorób nerwowych i trudności znalezienia
na nie radykalnego lekarstwa.
-?Co do mnie -?rzekł -?znam jedną tylko paliatywę26, która
niechybnie o wczesną śmierć przyprawia, ale chwilowo przynajmniej
zaspokaja potrzebę wrażeń i daje zapomnienie... o wszystkim...
Pani Emilia jak do modlitwy ręce złożyła.
-?O, cóż to jest? -?zawołała.
-?Morfina -?z niedbałym uśmiechem szepnął gość.
Ze zniechęceniem ręką skinęła.
-?Nie -?rzekła z cicha -?mnie się zdaje, że jedynym lekarstwem pewnym
byłoby zadowolenie wyższych potrzeb istoty naszej, potrzeb serca...
wyobraźni... szlachetnych gustów... Ale któż jest tak szczęśliwy, aby móc
spełniać wszystkie marzenia swoje, aby dysonanse życia nie zatruwały mu
ducha i ciała?...
-?Bywają też ludzie, którzy spełniają wszystkie swoje marzenia i od
zbytku tego szczęścia stają się... nieszczęśliwi... -?z ledwie dostrzegalną
ironią odparł gość.
Znowu drzwi od salonu otworzyły się z łoskotem i zjawiła się w nich na
oka mgnienie wielka postać Marty.
-?Dzieci jadą! Dzieci... jadą! -?krzyknęła swym grubym, ochrypłym głosem i wnet jak wicher rzuciła się w kierunku sieni.
W uszach obecnych zabrzmiał tylko głos jej jakąś ogromną radością
nabrzmiały, a w oczach wionęły końce mantyli i zamigotały czerwone róże
pantofli. Korczyński, jakby wybuchem jakiejś palnej materii z krzesła
poderwany, dwoma krokami przesadził pokój i zniknął. Pani Emilia bardzo
powoli podniosła się z szezlonga.
-?Tereniu, droga moja... dajże mi płaszcz, rękawiczki, chustkę na głowę...
Teresa w kilku fertycznych27 poskokach podała żądane
przedmioty i do przywdziania ich dopomogła. Potem zaczęła sama owijać
się ciepłym szalem, wsuwać na ręce trochę podarte rękawiczki, zawiązywać
na głowie włóczkową chustkę.
Pani Emilia postąpiła parę kroków.
-?Tak, doprawdy, osłabiona dziś jestem... -?z cicha zaczęła -?że nie wiem...
czy zdołam wyjść na spotkanie moich dzieci...
Ręce jej wspierające się o stół drżały i słychać było niemal
przyśpieszone bicie jej serca. Nie udawała: była istotnie bardzo
zdenerwowana i słaba. Kirło pośpieszył z podaniem jej ramienia. Wsparta
na nim szła przez salon, jak wiotka trzcina chwiejąc się prawie i z szelestem ciągnąc za sobą zwój jedwabiu.
Wkrótce na ganku utworzyła się grupa osób, na której czele stał
Korczyński, do niepoznania prawie zmieniony, bez śladu uprzedniej
ponurości w błyszczących oczach, prawie bez zmarszczek na czole, z uśmiechem radości pod długim i w dół opuszczającym się wąsem. Na zapadłe
policzki tuż za nim stojącej Marty wybiły się okrągłe, ogniste rumieńce;
źrenice jej patrzące na drogę, śród której widać było szybko ku bramie
zbliżający się punkt czarny, przygasły i zwilgotniały; zwiędłymi,
uśmiechającymi się ustami cichutko szeptała:
-?Aniołki! Kotki! Robaczki moje!
Każdy by odgadł, że ci, których tu witać miano, rzucą się naprzód w objęcia tych dwojga ludzi. W głębi ganku, u samych drzwi wchodowych,
Teresa z pomocą Kirły ustawiała przyniesiony z salonu fotel, na który
wnet bezwładnie opuściła się pani Emilia. Do Teresy szepnęła:
-?Trochę laurowych kropli, moja Tereniu.
A do Kirły:
-?Wróć pan do pana Różyca. Niepodobna przecież, aby zostawał sam jeden...
Po kilku minutach przed ganek zajechała czterokonna bryczka, z której
razem prawie wyskoczyło dwoje młodziutkich ludzi: wysmukły, złotowłosy
chłopak i niedorosła, zgrabna panienka. Wybuchły pocałunki i zapytania;
głosy zmieszały się. Słychać było huczenie Marty, śmiech podlotka,
szybką mowę młodzieńca, spazmatyczne łkanie pani Emilii, piskliwe
wykrzyki Teresy przyzywającej pomocy służących dla odprowadzenia pani do
pokoju.
Różyc i Kirło z roztargnieniem przypatrywali się tej scenie przez jedno
z okien domu. Mało ich ona obchodziła. Nagle Różyc, twarz od okna
odwracając, zapytał:
-?Któż to jest ta panna Orzelska?
Kirło wybuchnął śmiechem.
-?Oho! Wpadła panu w oczko, co? Nieszpetna, co prawda, ale dla mnie
niesympatyczna... zimna... rubaszna... oryginalna...
Wzruszył ramionami i usta wydął.
-?Gusta są różne -?flegmatycznie odparł młody pan i malutką piłką począł
bardzo uważnie robić coś około swych pięknych paznokci.
-?Biedna? Bez posagu? -?zapytał po krótkiej chwili.
-?Pięć tysięcy ma na procencie u pana Benedykta. Cóż to za posag... Wcale
posagu żadnego nie ma... a dumna przy tym jak księżniczka i zła jak
szerszeń.
-?Zauważyłem to właśnie przed chwilą.
Ironiczny trochę uśmiech przebiegł mu po cienkich ustach.
-?Z temperamentem dziewczyna... -?dodał.
Kirło swymi błyszczącymi, świdrującymi oczkami uważnie mu w twarz
popatrzał.
-?Ej, nie zapalaj się pan tak prędko! -?z wyraźnym niezadowoleniem
zawołał. -?Temperament! Temperament! Był, ale już wywietrzał.
Czarne, wąskie brwi młodego pana silniej niż zwykle drgnęły, a drgnienie
to udzieliło się czołu i przebiegło skórę czaszki, aż pod przerzedzonymi
i ufryzowanymi włosami. Zupełnie jednak obojętnym, a nawet żartobliwym
głosem zapytał:
-?Cóż tam takiego było?
Kirło znowu filuternym stał się.
-?Pamiętasz pan Zygmunta Korczyńskiego, tego malarza, którego
spotkaliśmy u Darzeckich?
-?Pamiętam, wcale przyzwoity człowiek i podobno nie bez talentu... Żona
jego ładna, mała blondynka... Cóż więc?
-?No... on i panna Justyna...
-?Romans? -?dorzucił pan.
-?I jaki! -?wybuchnął Kirło.
-?Już z żonatym?
-?Ale gdzie tam! Od dzieciństwa prawie... jak zwykle pomiędzy kuzynami...
-?A dlaczegóż więc?...
-?Dlaczego nie pobrali się? Ależ i mowy o tym być nie mogło... Familia... i on sam...
Dłużej rozmawiać nie mogli, bo towarzystwo całe z ganku wchodziło już do
sieni i zaraz wejść miało do salonu.
Tymczasem po wschodach, niegdyś politurowanych i ozdobnych, dziś tylko
czystych i całych, Justyna wprowadziła ojca do górnej części domu, gdzie
pośród obszernego strychu urządzony był wąski korytarz z dwoma naprzeciw
siebie otwierającymi się pokojami. Jeden z tych pokojów należał do
Ignacego Orzelskiego i był zarazem sypialnią nocujących tu czasem gości.
Justyna opuściła ramię ojca i wyjąwszy mu z rąk skrzypce, umieściła je w stojącym na stole podługowatym pudle. Czyniąc to, z cicha i trochę
szorstko rzekła:
-?Dlaczego, ojcze, pozwalasz zawsze temu panu żarty z siebie...
Urwała i uczyniła ręką gest zniechęcenia.
-?Po co ja to mówię! Tyle już razy prosiłam... przedstawiałam... Nic nie
pomaga... i nic nie pomoże!...
Wzięła dzbanek stojący w kącie pokoju i zaczęła zeń wodę do miednicy
nalewać. Stary w rozwartym szlafroku i zupełnym pod nim negliżu stał na
środku pokoju, zakłopotany trochę i z jednostajnym wciąż, dobrodusznym
uśmiechem na ustach.
-?Widzisz, moja Justysiu -?zaczął -?żebyś ty wiedziała, jak to trudno...
zresztą... cóż to szkodzi!
-?O! -?zawołała. -?Właśnie pragnęłabym, aby ojciec uczuł...
Umilkła znowu, zawiesiła ręcznik obok miednicy i na jednym ze stołów
ustawiła małe lusterko. Stary tymczasem drobnymi krokami zbliżył się do
skrzypiec i już je z pudła wyjmować zaczął. Justyna delikatnie i powoli
instrument znowu na uprzednim miejscu złożyła.
-?Trzeba się ubierać, ojcze! Zaraz zawołają nas do stołu...
-?A, do stołu! -?powtórzył stary. -?Dobrze... dobrze... bo już i głodny
jestem... A nie wiesz tam czasem, co na obiad będzie?
-?Nie wiem -?odpowiedziała i ułożyła obok lusterka wszystkie przybory do
golenia się i czesania służące.
-?Wszystko gotowe, ojcze...
Stary nie ruszał się i z ukosa na skrzypce spoglądał.
-?A może bym ja trochę jeszcze pograł?
-?A obiad? -?zapytała Justyna.
-?A prawda... obiad? Pewno dziś co smacznego dadzą, bo goście są... Pytałem
się nawet panny Marty z samego rana, co tam na obiad będzie, ale czy ona
kiedy po ludzku do kogo przemówi! Burknęła... chrząknęła... czchnęła i na
dół poleciała... a mnie już na dół nie chciało się schodzić... wypiłem więc
kawę z sucharkami, troszkę szynki zjadłem i grałem sobie... Szynki w tym
roku doskonale urządziła... i sucharki jej zawsze doskonałe... w ustach
topnieją... caca!
Powoli, leniwie usiadł przed lusterkiem i do robienia toalety swej
przybierać się zaczął. Justyna prędko i zręcznie czyściła miotełką
surdut ojca. Stary zachmurzył się.
-?Otóż to -?gderliwym tonem zaczął -?jak tylko goście przyjadą albo co
tam innego stanie się, Franek u mnie ani nosa nie pokaże... Jeden ten
chłopiec do wszystkiego... i przy kredensie, i do stołu usługuje, i mnie,
i panu Benedyktowi... Do czego to podobne, aby w takim domu... nie było komu
wody podać i surduta oczyścić?
-?Już oczyszczony! -?odpowiedziała Justyna.
-?Oczyszczony... oczyszczony... -?gderał stary. -?A któż go oczyścił? Ty
sama! Czyż to pięknie, aby panienka surduty czyściła?... do czego to
podobne?
Po ustach Justyny przemknął uśmiech. Stanęła na środku pokoju i zamyśliła się chwilę.
-?Jak ja stąd wyjdę -?rzekła -?ojciec znowu grać zacznie...
-?A może... -?odparł stary -?to i cóż?
-?Teraz nie można -?odrzekła -?bo jak na obiad zawołają, trzeba, aby
ojciec był już ubrany... Lepiej może pudło na klucz zamknąć...
-?No, no! Nie zamykaj... Nie zamykaj!...
Nic już nie odpowiadając, zakręciła mały klucz w zamku, schowała go do
kieszeni i wyszła.
Drugi pokój na górze, niezbyt mały i bardzo czysty, o dwu łóżkach i umeblowaniu skromnym, lecz dostatecznym, stanowił od lat kilku wspólne
mieszkanie Marty i Justyny. W tym pokoju Justyna stanęła przed otwartym
oknem i rozplótłszy warkocze, powolnym ruchem rozczesywać zaczęła
gęstwinę czarnych włosów, w które podczas rannej przechadzki wplątały
się zielone igły i młodziutkie gałązki sośniny.
Na Niemnie ruch ustał zupełnie. Tratwy przepłynęły, rybackie czółna
znikły, samotność zaległa płynące błękity wody, nad którymi czasem tylko
w olśniewającej światłości słonecznej szybko i kręto przelatywały
połyskliwe jak atłas rybitwy. Na cichą wodę wypłynęła łódź mała, od
jednego brzegu do drugiego wioząca dwóch ludzi. Jeden z tych ludzi
siedział na dnie łodzi i twarz nad wodą pochylał tak, jakby z zajęciem
przypatrywał się podwodnej roślinności, która tu i ówdzie wybijała się
na powierzchnię kępami okrągłych liści i żółtych kwiatów wodnych lilii.
Drugi, wysoki, w stojącej postawie rozgarniał wiosłem wodę zataczającą
dokoła łodzi koliste bruzdy. Justyna spostrzegła, że ten przewoźnik,
wstrzymawszy nieco ruch wiosła, z podniesioną twarzą patrzał chwilę na
dom, u którego szczytu stała ona w otwartym oknie. Potem, gdy już łódź
przybiła do brzegu, człowiek ów, wyskoczywszy na przeciwległe wybrzeże,
stanął i znowu w tym samym kierunku spojrzał; ale wnet, na kształt
górskiego jelenia, prędko i zręcznie wbiegać zaczął na wysoką,
piaszczystą ścianę. Od chwili do chwili zatrzymywał się i podaniem ręki
albo podłożeniem dłoni pod łokieć dopomagał towarzyszowi, który
wstępował na górę znacznie powolniej, z trudnością, z przygarbionymi
trochę plecami i pochylonym karkiem. Pierwszy z tych dwu ludzi ubrany
był w kurtę z siermięgowego sukna zielonymi taśmami przyozdobioną, drugi
miał na sobie długą kapotę, a na głowie pomimo gorąca wielką baranią
czapkę. Wkrótce obaj zniknęli za pierwszymi drzewami boru. Ale zaledwie
zniknęli, z boru wybuchnęła i pod same zda się obłoki wzniosła się pieśń
męskiego, silnego głosu:
Wyszła dziewczyna, wyszła jedyna,
Jak różowy kwiat,
Oczy zapłakała, ręce załamała:
Zmienił się jej świat.
Czego ty płaczesz, czego narzekasz,
Dziewczyno moja?...
Głos śpiewającego oddalał się, oddalał się w głębokości boru i przycichał, natomiast z boru ozwały się powitalne czy wzywające wołania:
-?Hu! ho! hej! hop! hop!
Ktoś basowym głosem przeciągle wołał:
-?Janku! Janku! bywaj! a bywaj!
Jakaś kobieta cienkim i ostrym głosem u samego brzegu lasu na skoczną
nutę zaśpiewała:
Kiedy cię śpiewam, luby walczyku,
Myślę o moim miłym chłopczyku...
I urwała, a cisza wraz ze światłością słoneczną stanęły znowu niezmącone
od samego nieba do ziemi.
III
Benedykt Korczyński należał do niewielkiej w jego pokoleniu liczby
ludzi, którzy odbyli wyższe naukowe studia. Zawdzięczał to czasom, w których upłynęła młodość jego ojca, tym czasom, które światła swe i wzloty otrzymywały od wielkiego i szeroko promieniejącego ogniska.
Ogniskiem tym, w samym sercu prowincji roznieconym, była akademia
wileńska, a Stanisław Korczyński, syn napoleońskiego legionisty był
przez czas jakiś jej wychowańcem. To zapewne, a może także rodowe
skłonności, które nie zawsze, ale często jak krynica w łono ziemi w grunt wielu pokoleń wnikają, uchroniły go od zarazków unoszących się
zwykle nad stojącymi wodami. Na gruncie pańszczyźnianym wytwarzającym
gotowe dostatki, pod skalistym sklepieniem rozpęd wzroków i ruchy ramion
tamującym, społeczeństwo było wodą stojącą, pełną zarazków ogłupienia,
zezmysłowienia się, lenistwa i apatii. Organizmy ludzkie -?biedne te
gąbki, które stosownie do drzewa, na którym rosną, wsiąkają w siebie
rozkładające lub krzepiące soki -?przeciw zarazkom broniły się, jak
mogły. Mnóstwo uległo; pewna jednak liczba uzbrojona do walki w odziedziczone lub zdobyte siły oparła się zwycięsko. Do ostatnich
należał ojciec Benedykta. Pośród stref, na których jak złotogłowy,
pospolite tkaniny lub ścierki zawieszają się ludzkie życia, to życie nie
wzbiło się bardzo wysoko, ale też i na niziny nie spadło. Może ono i miało skrzydła, które w atmosferze gnijącej, do niczego służyć nie
mogąc, przekształciły się w proste szczudła, użyteczne tylko do
chodzenia po bagniskach bez obłocenia się i ugrzęźnięcia. Ale istnienie
takich szczudeł w pewnych warunkach gruntu i atmosfery świadczy
najpewniej o posiadanych niegdyś zaczątkach skrzydeł. Dość, że trzej
synowie Korczyńskiego dzieciństwo swe spędzili w atmosferze wolnej od
zgniłych oddechów rozpusty i tyranii, oświetlonej nie słońcem wprawdzie,
ale przynajmniej gwiazdą cnoty, ożywionej nie czynami, ale przynajmniej
utajoną do nich zdolnością ojca. Wielkie wrażenie w całej okolicy i nawet w całym powiecie wywołał postępek Korczyńskiego, gdy synów swych
wysłał on po skończeniu przez nich szkół średnich do wyższych naukowych
zakładów. Po co? Dlaczego? Nie mieliż odziedziczyć po nim znacznego
obszaru pięknej i żyznej ziemi, na którym żyć i panować będą sobie
mogli, jak panowali i żyli przodkowie? Nie byliż szlachcicami,
obywatelskimi synami? Nie mieliż zatem z prawa urodzenia,
przysługującego im stanu, położenia w świecie -?punktu wyjścia dla
spokojnego życia? Nie wszyscy postępkowi Korczyńskiego nadawali nazwę
dziwactwa: byli i tacy, którzy czynili to samo; ale poważna większość
wzruszała ramionami. Gdyby wtedy w cienie bliskiej przyszłości zajrzał
był wróżbiarz jaki, na całe gardło, na cały świat zaśmiałby się z tych
dumnych, ufnych, takich pewnych! Korczyński wróżbiarzem nie był i wszystkiego, co w bliskiej przyszłości stać się miało, nie przewidywał;
tak dalece nie przewidywał, że gdyby ktokolwiek rozwinął był przed nim
obraz przeznaczeń jego synów, albo by uniósł się zgrozą i rozpaczą, albo
by śmiał się na całe gardło, krzycząc: "To niepodobna!". Jednak dzięki
temu promieniowi światła, który kiedyś do jego głowy z wielkiego ogniska
wniknął, część przyszłości przewidywał on i rozumiał; rozumiał, że
prędzej lub później, może wcale prędko, praca niewolnicza stanie się
pracą wolną i równiejszymi działami rozpadnie się pomiędzy ludzi. Wtedy
życie jego synów wraz z życiem całego ogółu, przelane w formę nową,
zapotrzebuje nowych narzędzi. Może też pragnął, aby synowie jego zażyli
tych samych rozkoszy nauki, koleżeństwa, zaostrzania wzroku przez
szerokość dostrzeganych widnokręgów, których on sam w młodości swej
zażywał. Może jeszcze cień nadchodzącej przyszłości dotykał czasem jego
głowy, bo na przedstawienia i żarty sąsiadów z namarszczonym czołem
odpowiadał:
-?Na wszelki wypadek! Na wszelki wypadek!
Na koniec w te starania byłego ucznia akademii wileńskiej o dobre
przygotowanie synów do życia wchodziła też i rachuba. Nie mieli oni być
tak bogaci, jak się to ze strony28 wydawać mogło. Z obszaru
posiadanej ziemi Stanisław Korczyński należał do średnio zamożnych
obywateli. Potem już przez sposób życia powściągliwy i nieco nad inne
pracowitszy, z możliwie najmniejszą na owe czasy krzywdą ludzką, do
dziedzicznego swego Korczyna dokupił drugi, równej wartości folwark. W całości swej stanowiło to fortunę wcale piękną, która jednak, na cztery
części rozdzielona -?bo oprócz synów Korczyński miał jeszcze córkę -
tych, którzy posiąść ją mieli, bogatymi uczynić nie mogła. W myśli swej
Korczyński przeznaczał ojczysty Korczyn najmłodszemu ze swych dzieci,
Benedyktowi, najstarszego, Andrzeja, na folwarku nabytym osadzając i na
tych dwóch braci wkładając obowiązek wyposażenia siostry i średniego
brata, Dominika, który w dalekim, wielkim mieście studiował nauki
prawne.
Benedykt skończył szkołę agronomiczną i do swego Korczyna wrócił w roku
1861. Matki nie miał już od dawna; ojciec mu zmarł przed paru laty;
siostra była zamężna. W zamian mniej niż o dwie mile od Korczyna, na
pięknym folwarku swym gospodarował od lat kilku już ożeniony, starszy
brat jego, Andrzej; a młodszy, po skończeniu uniwersyteckiego kursu,
tylko co wrócił do rodzinnego domu z zamiarem użycia w nim niedługiego
odpoczynku. Oprócz tego znalazł w domu krewną swoją, od dzieciństwa
sierotę i przez rodziców jego wychowaną, Martę Korczyńską. Miała ona
podówczas lat dwadzieścia cztery i w pełnym znaczeniu tego wyrazu można
było stosować do niej nazwę dziewoi. Zanadto może wysoka, ale kształtna
i ruchliwa, ognistooka, wesoła i wiecznie czynna, tak mu dom napełniała
krzątaniem się swym, ładem i dostatkiem, że opustoszenia jego prawie nie
uczuł. Zresztą trzej bracia byli ze sobą zawsze w przyjaźni i zgodzie, a teraz do życia ich wpłynął pierwiastek, który z nich uczynił trzy niby
strzały równym pędem ku jednemu celowi lecące. We wszystkich trzech
ozwała się naraz krew żołnierzy spod Baru i Samosierry, to zaś, co w pokoleniu najbliższym zadrzemało było i tylko przez sen niekiedy
płakało, w nich uderzone dzwonem czasu krzyknęło i na skrzydłach
fantazji wleciało w wysoko gorejący płomień. Hej! Gorączką i burzą
przeleciały im te dwa lata! Stojące wody społeczne zaszumiały, wzdęły
się i wyrzucały w górę kipiące kaskady; w martwej atmosferze wichry
zaśpiewały, roznosząc po ziemi złote tumany, a na niebie malując
jutrzenki i tęcze. Duch demokratyzmu równającym pługiem orał społeczną
glebę. Wyżyny, skruchą zdjęte, pochylały się ku nizinom, gotowe do
wynagrodzenia krzywd, żebrzące prawie o życzliwość i ufność. Przyjazne i poufałe stosunki zapanowały były wtedy pomiędzy Korczynem a wsią
sąsiednią, noszącą nazwę Bohatyrowicze. Mieszkańcy tej wsi mieli kiedyś
pergaminy29 i przywileje szlacheckie, ale przez zbieg
okoliczności różnych utracili je od dość dawna i wiedli znojne, ciasne,
ubogie życie małych rolników. Nagle dom korczyński na oścież roztworzył
się przed nimi. Hej! Byłoż tam wtedy, było ruchu i tłumu w tym niskim,
obszernym domu! Rozlegałyż się tam gwary i krzyki, płynąc w dal po
falach tej rzeki! Brzmiałyż tam i huczały w głębiach tego boru i na
rozłogach tej gładkiej równiny takie stuki i hałasy, jakich ani razu
słychać tu nie było od dawnego czasu, od owego czasu, w którym powstały
gęsto w pobliżu Niemna rozsiane okopy szwedzkie. Najognistszym z braci
Korczyńskich był najstarszy, Andrzej. Mężem i ojcem już będąc, zapominał
o żonie, dziecku i gospodarstwie własnym, stale prawie w rodzinnym
gnieździe przebywając. Dominik wybierał się w świat dla rozpoczęcia
życia na własną rękę, lecz wciąż wyjazd swój odkładał i cichszy, więcej
wahający się od innych, z braćmi jednak pozostawał. Marta przebywała
wtedy złotą chwilę swego życia. Krzątała się dwa razy więcej niż zwykle,
bo gości bywało mnóstwo; pełną piersią oddychała upalnym powietrzem
chwili; wraz z innymi spodziewała się i pragnęła, i jak ptak zdjęty
radością wiosny często śpiewała... Głos miała prosty i nieuczony, lecz
silny i czysty. Z namiętnym i w owej porze rozmarzonym wyrazem swych
płomiennych oczu zawsze coś do mówienia i do śpiewania miała z Anzelmem
Bohatyrowiczem, przystojnym chłopcem w grubym obuwiu i surducie z domowego sukna, który śmiał się tak głośno, że aż się po całym domu
rozlegało, z błękitnych oczu iskry sypał, potężnym barytonem tysiąc
pieśni śpiewać umiał, przynosił dla niej do ogromnych mioteł podobne
bukiety polnych kwiatów, a gdy obok niej przy obiedzie lub wieczerzy
siadał, rumienił się tak, że aż uszy stawały mu w ogniu jak czerwone
maki. Brat Anzelma znowu, Jerzy, przyjaźnią bardzo szczególną połączył
się z najstarszym Korczyńskim. Szczególna była ta przyjaźń wobec różnic
w wykształceniu i przyzwyczajeniach dwu tych ludzi zachodzących. Andrzej
był synem obywatelskim, w dostatkach wzrosłym, w szkołach wykształconym,
z najbogatszą w okolicy dziedziczką ożenionym, a przez to ożenienie i osobisty majątek swój bogatym; Jerzy posiadał zagrodę mającą około
dwudziestu morgów przestrzeni, w szkole żadnej nie był, ziemię swą
własnymi rękami uprawiał. Skądinąd łączyło ich niejakie podobieństwo
położeń; obaj, niewiele więcej nad lat trzydzieści mający, posiadali już
rodziny. Mały Zygmunt Korczyński i Janek Bohatyrowicz byli rówieśnikami.
I inne jeszcze, głębokie podobieństwa zachodzić musiały pomiędzy tymi
ludźmi, tak z wielu względów różnymi, gdyż odkąd poznali się ze sobą, to
jest odkąd bracia Korczyńscy, w niskich drzwiach pochylając wysokie swe
postacie, po raz pierwszy weszli do chaty braci Bohatyrowiczów, Andrzeja
i Jerzego zawsze prawie widywano razem. Razem na długie rozmowy
wychodzili w szerokie pola, razem szli polować na dzikie kaczki i bekasy, razem rybackim czółnem pływali po Niemnie ku oddalonym wsiom i miasteczkom, razem niekiedy czytali, razem...
Benedykt, wysmukły wtedy, szczupły, z twarzą przez długie przesiadywanie
na ławach szkolnych trochę wychudzoną, więcej jeszcze do studenta niż do
osiadłego obywatela podobny, przyjmował i gościł w domu swoim braci i sąsiadów; z poważnymi krewnymi, którzy do młodych Korczyńskich
przyjeżdżali pełni przestróg i upomnień, staczał zażarte dysputy...
Gorączką, gwarem, zapałem zleciały mu te dwa lata!
Wszystko to po upływie pewnego czasu wydawać się mogło snem napełnionym
widzeniami prawie nadprzyrodzonymi: tak niezmiernie inne było to, co
nastąpiło po nim... Kiedy Benedykt obudził się z tego snu swojej pierwszej
młodości, spostrzegł przede wszystkim, że zabrakło mu obu braci. Andrzej
Korczyński razem z przyjacielem swym, Jerzym Bohatyrowiczem, zniknął ze
świata, a wnet po ich zniknięciu jedno z korczyńskich uroczysk nazwę swą
zmieniło. W uroczysku tym znajdował się ów bór zaniemeński, który miał
około dziesięciu włók rozległości i z którym łączyły się obszerne lasy,
do Andrzeja i paru sąsiadów jego należące. Dotąd z powodu porastających
je sosen i jodeł nazywało się ono Świerkowym; teraz powszechnie i we
wszystkich warstwach ludności nazywać je zaczęto Mogiłą. Kto pierwszy
nowej tej nazwy użył i jakie były pobudki, które ją rozpowszechniły,
trudno powiedzieć: lecz utrwalona w okolicznej mowie była ona jedynym
grobowcem najstarszego z braci Korczyńskich. Innego nie wystawiono mu
nigdy... Pozostała po nim wdowa wraz z małym synem osiadła w posagowym
majątku swoim dość znacznym, o parę mil od Korczyna położonym. Dominik
żył, ale losy odrzuciły go bardzo daleko i po kilku latach zaledwie
przysłał bratu wieść, iż w tych dalekich stronach zdołał nareszcie
zdobyć sobie byt skromny przez otrzymanie małego zrazu urzędu. Benedykt
zaciągnął dług bankowy, aby bratu wypłacić to, co mu się według
ojcowskiego rozporządzenia należało. Na wypłacenie posagu siostrze nie
miał środków i zatrzymując go na hipotece Korczyna, ten dotąd czysty jak
kryształ majątek obarczył drugim już długiem. Były to długi konieczne, z natury rzeczy niejako, nie zaś z lekkomyślności i marnotrawstwa wynikłe;
niemniej, kiedy Benedykt po raz drugi po obudzeniu się ze snu młodości
rozejrzał się dokoła, spostrzegł, że synem bogatego domu obywatelskiego
będąc, wcale bogaty nie był... Nie będąc tchórzem i nie mając szczególnych
do sybarytyzmu30 skłonności, bynajmniej by się tym
spostrzeżeniem nie przeraził, ale po nim przyszło wnet wiele innych.
Nastała była mianowicie pora niezmiernych urodzajów na te kije, które w koła gospodarstw wszelkich włażąc31, czyniły je podobnymi do
wozów przebywających pewnego gatunku jesienne drogi, kiedy to koła po
osie, a konie po golenie w gęstym błocie grzęzną. W takim położeniu
rumaki, choćby arabskiej krwi, nic zrobić nie mogą: dla posuwania się
wozu naprzód -?wołów pokornych i cierpliwych potrzeba. Benedykt zrazu
wierzgał i z nozdrzy ogień wyrzucał, jak oburzony i zniecierpliwiony
rumak, ale stopniowo uspokajał się... Zrazu przyzwyczajeniami młodości
pobudzany wytężał słuch w przestrzeń i oczami wodził czasem po obłokach.
Ale spostrzegł znowu, że nic wcale przyjemnego nie mógł już tam usłyszeć
ani zobaczyć; że śpiewające drzewa i grające zorze jego pierwszej
młodości zaliczonymi zostały do bajek, i do takich w dodatku bajek,
którymi dzieci straszą, ażeby były grzeczne. Pochylił tedy karku i zajął
się tylko wyjmowaniem kijów z kół swego własnego wozu. Robota Penelopy!
Co wyjął kij jeden, właziło dwa; wyjął dwa, wyrastało cztery. Z początku
czynił to niezgrabnie i zawsze jeszcze ku obłokom trochę zerkając.
Wynikło mu stąd wiele strat i nieprzyjemności. Tak na przykład: raz w pierwszych jeszcze latach gospodarowania różne teorie dobrze mu znane
wzbudziły w nim chęć, aby mieszkańcy dziedzicznych kiedyś jego wiosek
nauczyli się czytać, owocowe ogrody zasadzać, u doktorów leczyć się,
karczmy omijać... Lecz bardzo wkrótce wszelkiej roboty około tego
zaniechać musiał, bo na kilka miesięcy wyjechał do najbliższego miasta w celu przeprowadzenia dość kosztownej i niebezpiecznej sprawy. Odtąd na
ten punkt obłoków nie zerknął już nigdy. Innym razem agronomiczna wiedza
jego doradziła mu zmianę istniejącej w Korczynie rasy bydła na inną:
zmienił i znaczne korzyści obiecywał sobie z tego na przyszłość, ale
tymczasem wydał sporo pieniędzy, a gdy przyszła pora wypłacenia czasowo
ustanowionych podatków, nowy dług zaciągnąć musiał. Kiedy indziej
jeszcze, mianowicie przed ożenieniem się z panną młodziutką, ładną,
pięknie wychowaną i w której serdecznie był zakochany, zachciało mu się
ogród korczyński wykwintnie urządzić i cały stary dom swój rodzinny
otoczyć zbytkiem kwiecistych kobierców i aksamitnych trawników. Sam
posiadał znawstwo roślin, wynalazł sobie bardzo biegłego i również
kosztownego ogrodnika. Przez dwa lata potem były istotnie w Korczynie
cudne trawniki i osobliwe kwiaty, szparagi zadziwiającej grubości,
brzoskwinie i nawet ananasy, ale po dwu latach jawnie i absolutnie
okazała się niemożność utrzymania nadal tego świetnego porządku rzeczy
bez niebezpiecznego zaniedbania najważniejszych majątkowych potrzeb i interesów. Kilka jeszcze podobnych zerknięć ku obłokom, a Benedykt
Korczyński byłby do szczętu zrujnowany. Ale w naturze jego, zapalczywej
skądinąd, istniała zdolność do powściągliwości. Powściągnął się od
wszelkiego wierzgania i rozdymania nozdrzy, a lekkie i pełne gracji
kształty rumaka powoli, stopniowo przelewały się w grubą i ponurą, ale w równym i cierpliwym stąpaniu swym niezmordowaną postać wołu. Czy ta
metamorfoza przyszła mu z łatwością? Nigdy z tym nie zwierzał się przed
nikim, a raczej przed jedną tylko osobą zwierzać się kiedyś chciał i próbował...
Dwanaście lat minęło było od owego osierocenia po braciach, majątkowego
zubożenia i śmiertelnego rozbicia się młodzieńczych jego ideałów, kiedy
pewnego letniego wieczora Benedykt po obszernym ogrodzie korczyńskim
szukał swej żony. Resztki dziennego światła padały mu na twarz opaloną
od słońca i błyszczącą od potu; szedł prędko i szerokimi krokami: gruby
i do czerwoności ogorzały kark nisko pochylał. Coś go dręczyło, bo
koniec długiego wąsa do ust wkładał i w zamyśleniu zębami go przygryzał.
Po długim szukaniu i kilkakrotnym wołaniu usłyszał na koniec ozywający
się w głębi cienistej altany łagodny i srebrny głos żony. Altana z przezroczystej kraty, wdzięcznie zbudowana i pachnącym kapryfolium gęsto
opleciona, była jedną z nielicznych pozostałości owych ogrodowych
upiększeń, które przed ożenieniem się swym przedsięwziął był Benedykt.
Teraz dość było jednego rzutu oka, aby poznać, że myśli o jakichkolwiek
ulepszeniach estetycznych na tysiąc mil oddalone od niego były.
Wszedłszy do altany, Benedykt po kilkakroć ucałował rękę i czoło żony i obok niej usiadł. Ładna, trzydziestoletnia brunetka w białym negliżu, w postawie objawiającej znudzenie i znużenie, siedziała na wygodnej
ogrodowej ławce i poduszkę mając za plecami, ślicznie obute stopy na
niskim stołeczku wyciągała. Na kolanach jej leżała otwarta książka.
Wejście męża nie ożywiło jej zasępionych rysów, uchyliła się nieco, aby
twarz swą odsunąć od głośnego i gorącego jego oddechu.
-?Takem się zmęczył, moja Emilciu -?zaczął -?że już trochę odpocząć
muszę. Niech tam sobie ekonom i robotnicy poczekają, a ja kwadransik
przy tobie posiedzę... Uf! Te żniwa! Nim je człowiek przebędzie, sto
upałów go spali i sto strachów po nim przejdzie...
-?Ja także -?z cicha odparła kobieta -?czuję się bardzo zmęczona upałem.
-?Ale co tam ten upał! -?ręką po spoconym czole przesuwając, ciągnął
Benedykt. -?Fizyczną przykrość każdy znieść może, jeśli jest przy tym
spokój...
-?A cóż cię znowu tak bardzo niepokoić może? -?Z ledwie dosłyszalną
ironią zapytała żona.
-?Hm! Zawsze mnie o to pytasz, zawsze ci wszystko opowiadam i zawsze
pytasz znowu...
-?Tak niezdolna jestem do zrozumienia i zapamiętania wszystkich twoich
kłopotów i interesów...
Z większym niż przedtem znużeniem przechyliła się na poręcz ławki i wygodniej drobne swe stopy na podnóżku ułożyła.
-?Jednakże -?z trochą irytacji w głosie zaczął znowu Benedykt -?rzeczy
te są bardzo zrozumiałe i do zapamiętania łatwe... Do końca życia chyba
nie zapomnę, w jakim byłem strachu, kiedy przeszłej jesieni z powodu
złych zbiorów nie mogłem na czas zapłacić bankowej raty... Wszakże już
Korczyn opisywać miano i ledwie nieledwie dostawszy pieniędzy, piorunem
z nimi do Wilna leciałem. Całą przeszłoroczną jesień biłem się jak ryba
w wodzie... Nie daj Boże takiej drugiej jesieni...
Pani Emilia smutnie wstrząsnęła głową.
-?Mnie także zeszłoroczna jesień wcale niewesoło przeszła. Chorowałam na
zapalenie oskrzeli... i sama w domu byłam... jak pustelnica...
Benedykt rękę żony pocałował.
-?Bieda z twoim złym zdrowiem! Prawda, że dwa miesiące prawie nie byłem
w domu, a przez ten czas ty kilka dni chorowałaś obłożnie... Ale przecież
sama nie byłaś! Miałaś przy sobie pannę Teresę, Martę, Justynkę, dzieci...
a nawet -?dodał z uśmiechem -?pan Ignacy mógł cię muzyką swoją rozrywać...
Jakaż to pustynia?
-?Ja ciągle żyję na pustyni -?szepnęła kobieta.
-?Oj! -?krzyknął prawie mężczyzna. -?Bodaj, że lepiej byłoby żyć na
pustyni, jak wśród okoliczności takich, z jakimi ja ciągle ubijać się
muszę. Ile mnie kosztuje na przykład to ciągłe prawowanie się z chłopami! Człowiek przecież nie urodził się na tyrana i ludożercę...
Kiedyś mi do tego naszego ludu serce młotem biło. Ale cóż? Ciemnota to
jest, a ja na to nic nie poradzę. Las mi rąbią, zboże spasają, na
pastwiska włażą... Czyż mogę własności swojej nie bronić? Gdybym magnatem
był, jak Boga kocham, nie dochodziłbym niczego i niechbym tam już mniej
miał, byle tych sporów nie zawodzić... Ale samemu ciężko... Tu załatasz, tam
dziura; tu zszyjesz, tam się rozporze -?i Bóg jeszcze wie, co z nami
będzie! Więc muszę, chcąc nie chcąc, włóczyć ich po sądach... a zawsze,
dalibóg, we środku mi coś aż płacze!...
Niżej jeszcze pochylił gruby kark, a wielkie wąsy tak mu w dół zwisły,
że klap surduta prawie dotykały. Dłonie o kolana opierał i w ziemię
patrzał. Pani Emilia, wzniesionym wzrokiem ścigając ruchy gałązek, z którymi wietrzyk jesienny igrał, szepnęła:
-?O! I ja także wiem, co to płakać bez łez...
Benedykt podniósł głowę, z uwagą jej w twarz popatrzał, ręką potem
machnął i rzekł:
-?Tylko że u ciebie, Emilciu, pochodzi to z nerwów... mnie zaś -?no! już
tam o wszelkich rzeczach wysokich albo wesołych i marzyć przestałem... Ale
chciałbym czasem odetchnąć swobodniej, pewnym być, że wam wszystkim
nigdy chleba nie zabraknie...
-?O, chleb! chleb! chleb! -?Z cicha zaśmiała się Emilia.
Benedykt spojrzał na nią szeroko otwartymi oczami.
-?Czegóż śmiejesz się? Chleb! Najpewniej o chleb mi chodzi! Więc cóż? Ty
nawet bez perfum i tych tam... różnych swoich szlafroczków obejść się nie
możesz, a tak ironicznie mówisz o chlebie...
-?Ja obchodzę się bez wielu rzeczy, które są tym dla duszy, czym chleb
dla ciała -?żywiej nieco odparła.
Popatrzał na nią znowu, wzruszył ramionami i pochylił głowę tak nisko,
że końce wąsów klap surduta dotykały. Milczał. Ładna brunetka w białym
negliżu milczała także, twarz jego, ubiór i całą postawę z wolna
wzrokiem obejmując. Z gry jej delikatnych rysów poznać można było, że
czyniła w tej chwili bolesne dla siebie uwagi i porównania. Myślała
zapewne, że tego człowieka, który teraz obok niej siedział, nie takim
wcale poznała i pokochała. Był on wtedy młodzieńcem zgrabnym, ze świeżą
twarzą i trochę już smutnymi, ale pełnymi blasku oczami. Wieczorów
tanecznych nikt nie wydawał wtedy, więc tańczącym go nie widziała; w zamian kilka razy miała sposobność zachwycić się jego gibkością i siłą,
gdy siedział na koniu. Odwaga i zapał jego, dla których wielu nazywało
go prawie szaleńcem, a także nieszczęścia dwu jego braci nadały mu
aureolę rycerską i poetyczną. Powiadano, że dziwnym tylko zbiegiem
okoliczności mógł tu pozostać. Przy ówczesnym braku młodych mężczyzn
uchodził za partię świetną. Dumna była, że ją właśnie wybrał, że
rozkochał się w niej z całą zapalczywością swej natury, że życie z nią,
z nią właśnie, uważał za jedyną zorzę, która na niebie jego zaświecić
mogła po zgaśnięciu tylu innych... O tym, że w Korczynie, który uchodził
za fortunę wcale piękną, otoczyć ją i po wiek wieków otaczać ją miały
wszystkie miękkości dostatku i wyszukanego smaku, prawie nie myślała, bo
w domu rodziców swych wśród tego wszystkiego wzrosła i nie wyobrażała
sobie, aby ktokolwiek mógł żyć inaczej. Rachuba więc nie powodowała nią
bynajmniej, kiedy ze szczęściem rękę swą Benedyktowi oddawała. Po
prostu, przyszły mąż podobał się jej bardzo, była w nim zakochana.
Czemuż więc teraz... Ba! Byłże to ten sam człowiek, co przed dziesięciu
laty? Od konnego jeżdżenia po polach i ciągłego ruchu rozrosły się mu
kości i muskuły; pleczysty teraz był, stąpał ciężko, kark miał gruby i zaczerwieniony. Na czole, posiadającym kiedyś białość i gładkość prawie
dziewiczą, każdy rok upłyniony zostawił po parę zmarszczek, a teraz, w czasie żniw, było ono wilgotne od potu, od opalenia prawie brązowe.
Ubiór jego składał się z wysokich butów i płóciennego surduta, a przynosił ze sobą ostry zapach tego znoju, który oblewa ciała żniwiarzy,
i tych zielsk dzikich, które na ścierniach czepiają się ludzkiej
odzieży. Wprawdzie wszystkie te zmiany nie zaszły nagle, ale oko nawykłe
do wykwintnych form życia nigdy oswoić się z nimi nie mogło.
Dlaczego człowiek ten stał się taki, jaki był teraz, ani rozumiała, ani
dochodziła. Dość, że od lat już kilku doświadczać zaczęła uczuć
rozczarowania i zawodu, które czyniły ją smutną i -?chorą. W tym
odludnym i cichym Korczynie, przy tym człowieku spracowanym i niemającym
czasu ani chęci do podzielania jej ulubionych rozrywek i zajęć wprost
traciła ochotę do życia. Objawiało się to w coraz wzrastającym jej
wstręcie do wszelkiego ruchu. Po cóż by zadawać sobie miała jakąkolwiek
fatygę, skoro sobie przez nią żadnej przyjemności zdobyć nie mogła? Parę
razy dla wzmocnienia sił i nerwów wyjeżdżała za granicę i wracała
istotnie wzmocniona i odrodzona. Ale w kilka miesięcy po powrocie
wracały jej z naddatkiem wszystkie słabości i smutki. Przestała bywać u sąsiadów, bo byli dawno znani i niezabawni; nie wychodziła na
przechadzki, bo nic ciekawego ani miłego nie znajdowała w widoku nieba,
ziemi i wszystkiego, co było na nich. Ogarniało ją coś bardzo podobnego
do lenistwa ciała i duszy. Samo przejście z domu do ogrodowej altany
nużyło ją niekiedy. Szczęściem było dla niej jedynym, że lubiła czytanie
i ręczne robótki. Pochłaniała dużo książek, wyrabiała mnóstwo poduszek,
serwet, kołder itd. Przy tym tęskniła i czuła się coraz częściej
napastowana przez różne bóle, dolegliwości, osłabienia, które zawsze
przewidywała z daleka, spotykała z przestrachem i usiłowała odegnać
mnóstwem starań i środków. Takim było jej istotnie nędzne życie...
Kiedy ładna, trzydziestoletnia brunetka w milczeniu to wszystko
wspominała i myślała, pleczysty, ogorzały, zmęczony i zgryziony
mężczyzna w długich butach i płóciennym surducie zwrócił się do niej
twarzą, popatrzał jej w oczy i w zgrubiałe swe ręce biorąc jej narcyzową
rączkę, zaczął:
-?Dlaczego ty, Emilciu, od jakiegoś czasu bywasz dla mnie tak obojętna?
Co ja ci złego zrobiłem? Czy masz mi co do wyrzucenia? Ot, i dziś
biegłem do ciebie, aby przy tobie uspokoić się... odpocząć... Chciałem
wygadać przed tobą, rozpowiedzieć ci wszystko, uścisnąć cię i poweseleć...
A ty tylko narzekasz albo milczysz... ot, po prostu, jak wroga mnie
traktujesz... Nie pierwszy już raz zauważyłem to w tobie, o! nie pierwszy...
Jest już tak od dawna, ale dziś większy mnie żal zdjął nad tym... Dlaczego
zobojętniałaś tak dla mnie? Dlaczego wiecznie czujesz się nieszczęśliwa,
dlaczego? A? Powiedz, aniołku mój, dlaczego?
Ujął jeszcze i drugą jej rękę, twarz swą blisko do jej twarzy przychylał
i z miłosnym prawie spojrzeniem, i prośbą, coraz ciszej i czulej
zapytywał:
-?Dlaczego, Emilciu? Powiedz! A? Dlaczego, moja koteczko?
Nie broniła się pieszczotom jego, ale delikatną i coraz więcej
zasępiającą się twarz swą od jego twarzy oddalając, z przejmującym żalem
zawołała:
-?O! Gdybyś się ty był tak nie zmienił, Benedykcie, gdybyś się tak nie
zmienił! I ja... byłabym może taka, jak dawniej... Ale tyś się tak zmienił...
zmienił...
Zastanowił się chwilę nad tym, co powiedziała.
-?A tak -?potwierdził -?zmieniłem się istotnie...
-?I tak nadzwyczajnie -?dorzuciła -?jakby cię dotknęła różdżka jakiegoś
złego czarnoksiężnika...
Machnął ręką i zaśmiał się w pół wesoło, w pół gorzko.
-?Jaki tam czarnoksiężnik! -?odparł. -?Życie to, moja duszko, życie
zmienia ludzi. W takich, uważasz, okolicznościach ostatni chyba głupiec
utrzymywać się może w roli Adonisa... Ale jeżeli ci idzie o moje serce,
charakter...
Z wyjątkową u niej energią wyprostowała się i z głębokim przekonaniem
rzekła:
-?Nie, Benedykcie, nigdy nie zgodzę się na to, aby życie wymagało od nas
takich ofiar. Może ono być piękne i szczęśliwe, ale tylko dla tych,
którzy odrzucą jego brzydką i prozaiczną stronę. Ale jeżeli kto tak jak
ty zanurzy się w samych materialnych interesach, a wyrzeknie się
wszelkiego piękna i wszelkiej poezji, wtedy...
-?Więc oboje z tobą zanurzać się będziemy w poezji -?przerwał mężczyzna
-?a tymczasem bank lub lichwiarze sprzedadzą nam Korczyn i wraz z dziećmi pójdziemy w świat o kiju...
Mówił to łagodnie, ale gdy teraz spojrzał na żonę, wyraz lekceważenia
przebiegł mu po twarzy.
-?Nie rozumiemy się i zrozumieć się nie możemy -?ze smutną obojętnością
rzekła pani Emilia.
-?Ale na koniec -?zawołał mąż -?czegóż chcesz? Co mi masz do wyrzucenia?
Dlaczego jesteś nieszczęśliwa? Czyżbyś naprawdę wymagała ode mnie, abym
nieodstępnie przy tobie siedząc, zaniedbywał obowiązki, jakie mam dla
dzieci i dla ciebie samej? Abym jak bałwan jaki czytał z tobą romanse,
słuchał rzępolenia Orzelskiego i nie dbał o ten nasz kawał ziemi, a na
koniec i o swój honor? Bo przecież od interesów majątkowych i honor
nieraz zależy! Czyżbyś naprawdę tego ode mnie chciała?
-?Ależ nie! -?żywo zaprzeczyła kobieta. -?Teraz już tego nie chcę... o nie! Każde z nas ma już teraz świat osobny... zupełnie inny...
-?Więc czegóż ci brakuje? Zbytkiem istotnie otoczyć cię nie mogę, ale i po cóż ten zbytek? A niedostatku dotąd, chwała Bogu, w domu naszym nie
ma. Pracy i kłopotów nie masz żadnych... Wiedziałem od razu, że nie jesteś
do pracy ani stworzona, ani wychowana, i nie wymagałem jej nigdy od
ciebie. Gospodarstwem zajmuje się Marta... ty robisz to tylko, co chcesz...
Dzieci masz, przywiązanie moje... książki... robótki...
Powoli ładna kobieta wyprostowywała wątłą swą kibić, aż wyprostowała ją
zupełnie i z błyskiem w oczach przerwała:
-?Wyliczyłeś wszystko, co mam, wyliczże teraz to, czego nie mam... Cóż ja
mam? Żyję w tym kącie jak zakonnica, więdnę jak kwiat zasadzony na
piaskach. Cóż stąd, że nie doświadczam niedostatku? Moje potrzeby są
większe, wyższe... O smaczny obiad nie dbam, ale pragnę dokoła widzieć
choć trochę poezji, piękna, artyzmu... A gdzież je tu znaleźć mogę? Ja
pragnę wrażeń... Natura moja nie może być stojącą wodą, ale potrzebuje
błyskawic, które by nią wstrząsały... Ja pragnę nade wszystko podziału
uczuć... a czy jest przy mnie choć jedno serce, które by uderzało razem z moim sercem? Mówisz zawsze, że mnie kochasz! Ja to uważam za bolesną
tylko ironię! Przebacz, że powiem prawdę. Nie masz natury wytwornej i zarazem gorącej, abyś mógł kochać tak, jak ja kochana być potrzebuję.
Gdybyś mnie tak kochał, nie opuszczałbyś mnie na godziny i dnie całe dla
prostych materialnych interesów. Przy mnie, dla mnie zapominałbyś o wszystkim, nie obrażałbyś co chwilę gustów i przyzwyczajeń moich, ale
wyrzekłbyś się raczej wszystkiego, zapomniałbyś o wszystkim, byle mnie
rozweselić, zająć, uszczęśliwić. Tak ja rozumiem miłość, takiej
spodziewałam się od ciebie i dawno już wiem, żem się zawiodła.
Cierpiałam nad tym tak, że aż się zachwiało to biedne, słabe zdrowie
moje. Na koniec zdobyłam się na rezygnację. Ale za to gdybym ja miała
choć rozrywki i przyjemności jakie... Żyję na pustyni... nikogo nie widując,
sama przed światem za lasami tymi ukryta... Proza... proza... proza... Ja na
niej, tak jak ty, poprzestawać nie mogę... I nuda... Ja nudzę się... Przecież
książki i robótki wystarczyć nie mogą nikomu, a choćbym chciała zająć
się jeszcze czym innym, nie pozwala mi na to słabe moje zdrowie...
Mówiła to wszystko bez gniewu, cicho i tylko z wielkim żalem. Oczy jej
napełniły się łzami, które przecież powściągnęła, i z ruchem zupełnego
zniechęcenia dodała:
-?Ale po cóż o tym mówić? Ty się nie zmienisz i nic się nie zmieni.
Gwiazdy losu różnym światłem świecą. Moja jest ciemna. Z pociechą myślę,
że jestem słaba i mam złe zdrowie, może więc wkrótce mogiła...
Woń rezedowych perfum wionęły od chusteczki, którą na chwilę do oczu
swych przycisnęła. Potem, odwróciwszy twarz, patrzeć zaczęła na
powietrzną grę kapryfoliowych gałązek, którymi wietrzyk poruszał.
Benedykt nie przerywał, słuchał i koniec wąsa przygryzał, a gdy umilkła,
nie patrząc na nią, przytłumionym głosem wymówił:
-?Ja... moje... mnie... dla mnie... przy mnie...
Po chwili wstał. Zdawać się mogło, że wysoka i silna postać jego cięższa
jeszcze stała się niż wprzódy.
-?Prawdę powiedziałaś -?rzekł -?że nie rozumiemy się i zapewne nie
zrozumiemy się już nigdy... Nie jest to już dla mnie nowym odkryciem,
tylko że dotąd łudziłem się jeszcze... Cóż robić? Niech jeszcze i to...
Tylko pozwól powiedzieć sobie, te twoje "kwiaty na piaskach",
"wstrząsające błyskawice", "gwiazdy losu", "mogiły" i tym podobne
górności nie są wcale poezją, jak to sobie wyobrażasz, ale przestarzałą
i złej wody romansowością. Ja także kiedyś na rzeczach wzniosłych i od
pospolitości życia oderwanych znałem się, a wyrzekłem się ich nie dla
hulanki i nie dla metresy, ale dla konieczności i obowiązków życia. Może
i w tym jest także trochę poezji, ale ty się na takiej nie znasz... Cóż
robić? Niech jeszcze i to...
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki