3
Do domu wróciłem za piętnaście piąta. Robin spała, usiadłem więc w salonie, patrząc, jak słońce rozświetla przymglone srebrzyście niebo. O szóstej piętnaście była już na nogach i nuciła coś pod nosem, ubrana w wiśniowe kimono. Poszedłem do sypialni i przytuliliśmy się. Robin się odsunęła i wzięła mnie pod brodę. Popatrzyła z niedowierzaniem na moją nieogoloną twarz i wymięte ubranie.
- Nie kładłeś się!
- Wróciłem kilka minut temu.
- Och, kochanie, musisz być wykończony. Co się stało?
- Kiedy tam przyjechałem, nie było go. Uciekł. Poczekałem, miałem nadzieję, że go znajdą.
- Uciekł? Jak?
- Pobił pielęgniarkę, związał ją i dał nogę. Pewnie uciekł na wzgórza.
- Nie strasz mnie. Czy ten chłopak jest niebezpieczny, Alex?
- Może być - przyznałem niechętnie. - Siostra przełożona sugerowała coś takiego, nie mówiąc nic wprost. Powiedziała, że oddział, na którym go trzymali, to oddział dla pacjentów nieprzewidywalnych. Przez telefon bredził coś o pożeraczach ciała i cuchnących ostrzach.
Robin zadrżała.
- Mam nadzieję, że go szybko znajdą.
- Na pewno. Nie mógł uciec daleko.
Zaczęła szukać pośród ubrań.
- Miałam zrobić śniadanie, ale jeśli jesteś wykończony, mogę zjeść coś na szybko w Venice.
- Nie jestem głodny, ale dotrzymam ci towarzystwa.
- Na pewno? Padasz z nóg.
- Położę się, jak wyjdziesz.
Ubrała się do pracy w dżinsy, koszulę, sweter i mokasyny, i wyglądała w tym równie elegancko, jak w wieczorowej sukni. Jej długie, ciemnomiedziane włosy z natury kręcą się łagodnie i sprężyście. Tego ranka spadały luźno lśniącymi lokami na jej delikatne ramiona. Całe jej sto pięćdziesiąt siedem centymetrów poruszało się z płynną gracją, która nieodmiennie wprawiała mnie w zachwyt. Patrząc na nią, nikt by nie odgadł, że była mistrzynią piły tarczowej, ale to właśnie między innymi mnie w niej pociągało: siła i mistrzostwo w całkowicie kobiecym opakowaniu, umiejętność tworzenia rzeczy pięknych wśród ryku śmiercionośnych maszyn. Nawet obsypana trocinami była cudowna.
Popsikała się czymś kwiatowym i ucałowała mnie w brodę.
- Au. Trzeba by cię oszlifować.
Obejmując się, weszliśmy do kuchni.
- Siadaj - rozkazała i zaczęła przygotowywać śniadanie - bułki, dżem i kubek bezkofeinowej kawy. Pomieszczenie było pełne słońca i ciepłe; wkrótce rozszedł się po nim aromat kawy. Robin położyła dwa nakrycia na jesionowym stole na kozłach, który zaprojektowała zeszłej zimy, a ja przyniosłem jedzenie na tacy.
Siedliśmy naprzeciwko siebie. Rodzina gołębi gruchała i dziobała coś na tarasie w dole. Szmer oczka wodnego był ledwie słyszalny. Robin umalowała się bardzo lekko - położyła tylko cień koloru starego mahoniu na powiekach - a jej oliwkowa skóra była gładka i wciąż jeszcze, po lecie, opalona. Szybkimi, pewnymi ruchami rozsmarowała dżem na połówce bułki i podała mi ją.
- Nie, dzięki. Na razie tylko kawa.
Jadła powoli, z wyraźną przyjemnością, zaróżowiona, czujna i kipiąca energią.
- Wyglądasz, jakby ci się paliło do wyjścia - powiedziałem.
- Aha - odparła między kęsami bułki. - Mam dzisiaj pracowity dzień. Ustawić mostek na koncertowym pudle Paco Valdeza, dokończyć dwunastkę i przygotować mandolinę do lakierowania. Wrócę do domu śmierdząca lakierem.
- Cudownie. Uwielbiam śmierdzące kobiety.
Zawsze była przedsiębiorcza i samodzielna, ale odkąd wróciła z Tokio, rozsadzała ją energia. Japoński koncern muzyczny zaproponował jej lukratywną posadę głównego projektanta, ale po długim namyśle odrzuciła ją, wiedząc, że woli rzemiosło od produkcji masowej. Decyzja ta natchnęła ją od nowa zaangażowaniem w pracę i dwunastogodzinne dni w warsztacie w Venice stały się regułą.
- Już zgłodniałeś? - spytała, wyciągając w moją stronę drugą połówkę bułki.
Wziąłem ją i zacząłem z roztargnieniem przeżuwać; równie dobrze mógłbym jeść ciepłą plastelinę. Odłożyłem kanapkę i zobaczyłem, że Robin z uśmiechem kręci głową.
- Rozdziawiasz usta, Alex.
- Przepraszam.
- Nie przepraszaj. Po prostu idź się połóż, kolego.
Dopiła kawę, wstała i zaczęła sprzątać ze stołu. Ja poszedłem do sypialni; rozebrałem się, zaciągnąłem zasłony, wśliznąłem się pod kołdrę i położyłem na plecach. Przez kilka minut wpatrywałem się w sufit. Robin do mnie zajrzała.
- Jeszcze nie śpisz? Wychodzę. Będę około siódmej. Może zjemy kolację na mieście?
- Jasne.
- Mam ochotę na coś indyjskiego. Czy lakier pasuje do kurczaka tandoori?
- Tak, jeśli dobierze się odpowiednie wino.
Zaśmiała się, poprawiła włosy, podeszła i pocałowała mnie w czoło.
- Do zobaczenia, skarbie.
Kiedy wyszła, zasnąłem na parę godzin. Ocknąłem się nieprzytomny, ale prysznic i szklanka soku pomarańczowego sprawiły, że poczułem się całkiem nieźle.
W dżinsach i koszulce polo poszedłem popracować do biblioteki. Moje biurko było zawalone papierami. Nigdy nie miałem zwyczaju odkładać roboty na później, ale wciąż nie mogłem się przyzwyczaić, że cały czas mam co robić.
Przed trzema laty, w wieku trzydziestu trzech lat, zanim zupełnie wypaliłem się jako psycholog, uciekłem na wcześniejszą emeryturę. Zamierzałem się byczyć i żyć z procentów, ale życie emeryta okazało się o wiele bardziej ekscytujące - i okrutne - niż mogłem się spodziewać. Rok później wypełzłem z mojej jaskini i zacząłem pracować na pół etatu - prowadziłem zlecone przez sąd oceny psychologiczne w sprawach o ustanowienie opieki nad dzieckiem i krótkoterminowe konsultacje. Teraz, chociaż wciąż nie byłem gotów poświęcić się długotrwałym przypadkom terapeutycznym, zwiększyłem liczbę konsultacji do poziomu, przy którym znów zaczynałem się czuć jak człowiek pracujący.
Siedziałem przy biurku do pierwszej, skończyłem dwa raporty dla sędziów, a potem pojechałem do Brentwood, żeby je przepisać, skserować i wysłać. Zatrzymałem się w knajpce przy San Vicente na kanapkę i piwo; czekając na nie, zadzwoniłem z automatu do Canyon Oaks. Spytałem telefonistkę, czy znaleziono już Jameya Cadmusa, a ona przełączyła mnie do przełożonej dziennej zmiany, która z kolei przełączyła mnie do Mainwaringa. Jego sekretarka powiedziała, że doktor jest na konferencji i będzie uchwytny dopiero późnym popołudniem. Zostawiłem numer swojej poczty głosowej i poprosiłem, żeby do mnie oddzwonił.
Dostałem stolik przy oknie. Patrzyłem, jak biegacze w tęczowych dresach truchtają po trawiastym pasie zieleni, i skubałem lunch. Nie dokończyłem go, zapłaciłem i pojechałem z powrotem do domu.
Poszedłem do biblioteki i otworzyłem jedną z szafek pod półką z książkami. W środku stało kilka kartonów z aktami byłych pacjentów. Chwilę trwało, zanim znalazłem papiery Jameya - opuszczałem swój gabinet w pośpiechu i nie wszystko było ułożone alfabetycznie - ale już wkrótce miałem je w rękach.
Zapadłem się w starą, skórzaną kanapę i zacząłem czytać. Przewracałem kolejne strony, a z labiryntu informacji zaczęła wyłaniać się przeszłość. Wkrótce niewyraźne wspomnienia nabrały kształtu, napływając hałaśliwie niczym poltergeisty.
Poznałem Jameya, kiedy pracowałem jako konsultant przy badaniach nad wyjątkowo utalentowanymi dziećmi, prowadzonych na Uniwersytecie Stanu Kalifornia. Kobieta, która odpowiadała za ten grant, miała uraz na punkcie stereotypu geniusz-szaleniec i chciała go obalić. Projekt polegał na intensywnej akademickiej stymulacji młodych obiektów badań - zadania na uniwersyteckim poziomie dla dziesięciolatków, nastolatki robiące doktoraty - i chociaż krytycy zarzucali, że takie superprzyspieszenie jest zbyt stresujące dla delikatnych umysłów, Sarita Flowers była przekonana, że jest wręcz przeciwnie: to nuda i przeciętność były prawdziwymi zagrożeniami dla samopoczucia dzieci. ("Trzeba karmić mózg, żeby był zdrowy, Alex"). Pewna, że wyniki badań potwierdzą jej hipotezę, poprosiła mnie, żebym czuwał nad umysłowym zdrowiem cudownych dzieci. Oznaczało to głównie pracę w grupach dyskusyjnych i od czasu do czasu sesję doradczą.
W przypadku Jameya zamieniło się to w coś więcej.
Przejrzałem swoje notatki z pierwszej sesji i przypomniałem sobie, jaki byłem zaskoczony, kiedy pojawił się w moim gabinecie, chcąc porozmawiać. Ze wszystkich dzieci biorących udział w projekcie on wydawał się najmniej otwarty; na dyskusjach grupowych siedział z nieobecnym wyrazem bladej, okrągłej twarzy; nigdy nie mówił nic od siebie, odpowiadał na pytania wzruszeniami ramion i dwuznacznymi mruknięciami. Czasami jego dystans przeradzał się w ucieczkę między stronice poezji, podczas gdy pozostali z ożywieniem rozmawiali. Zastanawiałem się teraz, czy te aspołeczne skłonności nie były znakiem ostrzegawczym tego, co miało nadejść.
To był piątek - dzień, który spędzałem w campusie. Sprawdzałem testy w swoim tymczasowym gabinecie, kiedy usłyszałem pukanie, ciche i niepewne.
Zanim doszedłem do drzwi, on wycofał się na korytarz, a teraz stał rozpłaszczony na ścianie, jakby chciał się w nią wcisnąć. Miał prawie trzynaście lat, ale krucha budowa i dziecięca twarz sprawiały, że wyglądał na dziesięć. Był ubrany w pasiastą, niebiesko-czerwoną koszulkę do rugby i brudne dżinsy i ściskał plecak tak wypchany książkami, że aż rozłaził się w szwach. Miał długie, czarne włosy z grzywką przyciętą prosto jak pod linijkę nad czołem. Mały książę. Jego oczy miały kolor niebieskoszary - jagody pływające w mleku - i były za duże w porównaniu z twarzą, miękką, okrągłą i niepasującą do chudego ciała.
Przestąpił z nogi na nogę, wbijając wzrok w adidasy.
- Jeśli nie ma pan czasu, to trudno - powiedział.
- Mam mnóstwo czasu, Jamey. Wejdź.
Przygryzł górną wargę, wszedł i zesztywniał, kiedy zamknąłem drzwi.
Uśmiechnąłem się i powiedziałem, żeby usiadł. Gabinet był mały, a wybór niewielki. Obok biurka stała zakurzona, wygryziona przez mole zielona kanapa z czasów chyba samego Freuda, a przed nią poobijane krzesło na metalowej ramie. Jamey wybrał kanapę; położył plecak obok siebie i przytulił go, jakby byli kochankami. Ja usiadłem na krześle, odwracając je tyłem do przodu.
- Co mogę dla ciebie zrobić, Jamey?
Rozbieganym spojrzeniem omiótł cały gabinet, w końcu skoncentrował się na tabelach i wykresach zawalających biurko.
- Analiza danych?
- Zgadza się.
- Coś interesującego?
- Na razie tylko liczby. Minie trochę czasu, zanim zaczną się z nich wyłaniać jakieś prawidłowości, o ile takie są.
- Trochę to redukcjonistyczne podejście, nie uważa pan? - spytał.
- W jakim sensie?
Szarpnął szelkę plecaka.
- Wie pan, bez przerwy nas testujecie, redukujecie do liczb i udajecie, że liczby powiedzą wam prawdę.
Nachylił się do przodu, bardzo poważny. Nie wiedziałem jeszcze, po co przyszedł, ale byłem pewien, że nie po to, by dyskutować o założeniach badań. Zanim zapukał do moich drzwi, musiał się długo zbierać na odwagę, a potem bez wątpienia przeżył nagły atak wątpliwości. Jego bezpiecznym miejscem był świat idei - forteca broniąca go przed natarczywymi i niepokojącymi uczuciami. Nie próbowałem jej szturmować.
- Jak to, Jamey?
Jedną rękę trzymał na plecaku. Druga machała jak proporczyk w czasie burzy.
- Na przykład testy inteligencji. Udajecie, że wyniki coś znaczą, że określają nasz geniusz czy czym tam mamy być. Nawet nazwa tego badania jest redukcjonistyczna. Projekt sto sześćdziesiąt. Czyli ktoś, kto nie dostał sto sześćdziesiąt punktów w Stanfordzie-Binecie, nie może być geniuszem? To bez sensu! Testy mogą tylko przewidzieć, jak ktoś poradzi sobie w szkole. Są niewiarygodne, uwarunkowane kulturowo i według tego, co czytałem, nawet nie bardzo trafne, może w trzydziestu, czterdziestu procentach. Postawiłby pan pieniądze na konia, który dobiega pierwszy jeden raz na trzy? Równie dobrze można by używać tabliczki Oujia!
- Dobrze się przygotowałeś - pochwaliłem, tłumiąc uśmiech.
Ponuro pokiwał głową.
- Kiedy ktoś mi coś robi, lubię wiedzieć co. Spędziłem kilka godzin w czytelni psychologii. - Spojrzał na mnie buńczucznie. - Psychologia to niezbyt ścisła nauka, prawda?
- Niektóre jej aspekty są mniej ścisłe niż inne.
- Wie pan, co myślę? Psychologowie, tacy jak doktor Flowers, lubią przekładać idee na liczby, bo to wygląda bardziej naukowo i robi większe wrażenie. Ale kiedy się tak postępuje, traci się sens, traci się... - szarpnął grzywkę, szukając właściwego słowa - ...duszę tego, co się próbuje zrozumieć.
- Słuszna uwaga - przyznałem. - Sami psychologowie spierają się o to od dawna.
Jakby mnie nie usłyszał; mówił dalej wysokim, dziecięcym głosem.
- Chodzi mi o to, że co ze sztuką albo poezją? Jak można skwantyfikować poezję? Po liczbie wersów? Metrum? Policzyć słowa kończące się na "a"? Czy to by wyjaśniło Chattertona, Shelleya albo Keatsa? To by było głupie. Ale psychologowie myślą, że mogą robić właśnie coś takiego z ludźmi i otrzymać coś wartościowego.
Przerwał, żeby nabrać tchu.
- Wydaje mi się, że doktor Flowers traktuje liczby jak jakiś fetysz. I maszyny. Uwielbia swoje komputery i tachistoskopy. Pewnie by chciała, żebyśmy my też byli maszynami. Bylibyśmy bardziej przewidywalni. - Zaczął gryźć paznokieć. - Może to dlatego, że sama potrzebuje urządzeń, żeby prowadzić normalne życie. Jak pan sądzi?
- To jakaś teoria.
Uśmiechnął się niewesoło.
- Tak, zapomniałem. Przecież wy współpracujecie. Musi pan jej bronić.
- Nie. Wasze rozmowy ze mną są poufne. Wyniki testów, liczby, idą do komputera, ale wszystko inne zostaje między nami. Jeśli jesteś zły na doktor Flowers i chcesz o tym porozmawiać, proszę bardzo.
Przez chwilę się nad tym zastanawiał.
- Nie, nie jestem na nią zły. Myślę po prostu, że to bardzo smutna osoba. Nie była kiedyś sportowcem czy kimś takim?
- Jeździła figurowo na łyżwach. Zdobyła złoty medal na olimpiadzie w sześćdziesiątym czwartym.
Jamey zamyślił się, wiedziałem, że usiłuje sobie wyobrazić przemianę Sarity Flowers z mistrzyni olimpijskiej w kalekę. Kiedy znów się odezwał, miał wilgotne oczy.
- To chyba było okrutne, co powiedziałem, o tym, że potrzebuje maszyn i w ogóle.
- Nie wstydzi się swojej choroby. Nie oczekiwałaby, żebyś udawał, że jej nie ma.
- Ale, kurczę, zacząłem mówić o redukcjonizmie, a potem sam zrobiłem z nią to samo: zaszufladkowałem ją jako gadżeciarę, bo chodzi o kulach!
Wbił paznokcie jednej ręki we wnętrze dłoni drugiej.
- Nie bądź dla siebie zbyt surowy. Szukanie prostych odpowiedzi to tylko jeden ze sposobów, w jaki próbujemy radzić sobie ze skomplikowanym światem. Myślisz krytycznie i dasz sobie radę. To ludzie, którzy nie myślą, popadają w bigoterię. - Chciałem go uspokoić.
Dodało mu to chyba otuchy. Rozluźnił palce i rozprostował je na wytartych do białości kolanach dżinsów.
- To doskonała uwaga, doktorze Delaware.
- Dziękuję, Jamey.
- Ee, czy mógłbym zapytać o jeszcze jedno na temat doktor Flowers?
- Jasne.
- Nie rozumiem jej sytuacji, jej stanu fizycznego. Czasami wydaje się silna, prawie normalna. W zeszłym tygodniu widziałem, jak przeszła samodzielnie kilka kroków. Ale kilka miesięcy temu wyglądała bardzo źle. Jakby z dnia na dzień postarzała się całe lata i nie miała w ogóle siły.
- Stwardnienie rozsiane to bardzo nieprzewidywalna choroba - wyjaśniłem. - Objawy mogą powracać i znikać.
- Jest na to jakieś lekarstwo?
- Nie. Jeszcze nie.
- Może się jej pogorszyć?
- Tak. Albo polepszyć. Nie wiadomo.
- To straszne. Żyć tak z bombą zegarową w środku.
Przytaknąłem.
- Radzi sobie z tym, wykonując pracę, którą kocha.
Z niebieskoszarych oczu po miękkim policzku spłynęła pojedyncza łza. Jamey opanował się, otarł ją pospiesznie rękawem i odwrócił do ściany w kolorze spłowiałej ochry.
Przez kilka chwil milczał, potem się zerwał i zarzucił plecak na ramię.
- Chciałeś porozmawiać o czymś jeszcze, Jamey?
- Nie - odparł, za szybko. - O niczym.
Zbliżył się do drzwi. Poszedłem za nim i położyłem dłoń na jego chudym ramieniu. Drżał jak szczeniak zabierany od suki.
- Miło mi, że wpadłeś - powiedziałem. - Możesz przychodzić, kiedy chcesz.
- Jasne. Dzięki.
Otworzył drzwi i czmychnął, a echo jego kroków rozeszło się słabo po wysokim, łukowato sklepionym korytarzu.
Minęły trzy kolejne piątki, zanim znów się pojawił. Bez plecaka. Ale z uniwersyteckim tomem o psychologii anormalnej, który założył w kilkunastu miejscach kawałkami podartej chusteczki higienicznej.
Siadł na kanapie i zaczął przerzucać kartki, aż dotarł do pierwszego strzępka papieru.
- Po pierwsze - oznajmił - chcę zapytać o Johna Watsona. Z tego, co zrozumiałem, to był prawdziwy faszysta.
Przez półtorej godziny dyskutowaliśmy o behawioryzmie. Kiedy zgłodniałem, spytałem Jameya, czy ma ochotę coś zjeść, a on przytaknął. Wyszliśmy z gabinetu i poszliśmy na drugą stronę campusu, do Kurnika. Między kęsami cheeseburgera i łykami doktora peppera Jamey dalej prowadził rozmowę - przechodził kolejno od tematu do tematu, atakując każdy z nich jak wroga, którego trzeba zniszczyć. Miał niesamowity umysł, niespotykaną umiejętność przekopywania hałd bezużytecznych informacji i wydobywania z nich istotnych perełek. Zupełnie jakby jego intelekt był obdarzony własną osobowością, niezależną od dziecinnego ciała, w którym był zamknięty; kiedy Jamey mówił, zapominałem o jego wieku.
Bombardował mnie pytaniami, gęstymi i kłującymi jak grad. Ledwie przyjmował jedną odpowiedź, a już miał gotowy tuzin następnych wątpliwości. Po jakimś czasie zacząłem się czuć jak niedzielny baseballista przed oszalałą maszyną do rzucania piłek. Jamey strzelał seriami jeszcze przez kilka minut, a potem, tak samo nagle jak zaczął, zakończył rozmowę.
- Bardzo dobrze. - Uśmiechnął się z zadowoleniem. - Teraz rozumiem.
- Świetnie - powiedziałem i odetchnąłem, zmęczony.
Jamey zalał pół talerza keczupem, przeciągnął kilka rozmiękłych frytek przez szkarłatne bajoro, po czym wepchnął je sobie do ust.
- Jest pan dość inteligentny, doktorze Delaware - stwierdził.
- Dziękuję, Jamey.
- Kiedy był pan mały, nudził się pan w szkole?
- Najczęściej tak. Miałem paru inspirujących nauczycieli. O reszcie lepiej nie mówić.
- Większość ludzi taka jest. Nigdy tak naprawdę nie chodziłem do szkoły. Nie żeby wujek Dwight nie próbował. Kiedy miałem pięć lat, wysłał mnie do najbardziej snobistycznego prywatnego przedszkola w Hancock Park. - Jamey wyszczerzył się wesoło. - Trzy dni później było już jasne, że moja obecność "niepokoi pozostałe dzieci" - zakończył, imitując głos afektowanej nauczycielki.
- Wyobrażam to sobie.
- Robili ćwiczenia przygotowujące do czytania: dopasowywanie kolorów, nauka alfabetu, takie rzeczy. Uznałem, że to ogłupiające, i nie chciałem współpracować. Za karę wysyłali mnie do kąta, ale to wcale nie była dla mnie kara, bo moja wyobraźnia dostarczała mi świetnej rozrywki. Kiedyś wpadł mi w ręce stary egzemplarz Gron gniewu, który ktoś zostawił na wierzchu w domu. Okładka wyglądała ciekawie, więc zabrałem książkę i zacząłem czytać. Tekst był dość przystępny, wciągnąłem się i czytałem wieczorami w łóżku z latarką albo zabierałem książkę do szkoły w pudełku na drugie śniadanie. Codziennie udawało mi się przeczytać parę stron w przerwie śniadaniowej albo kiedy stawiali mnie do kąta. Po jakimś miesiącu, kiedy byłem w połowie, ta suka przedszkolanka mnie nakryła. Odbiło jej, wyrwała mi książkę z rąk, więc się na nią rzuciłem, szarpałem, gryzłem, normalnie się tłukliśmy. Wezwali wujka Dwighta i przedszkolanka oświadczyła mu, że jestem nadpobudliwy, że mam problem z dyscypliną i potrzebuję fachowej pomocy. Zerwałem się, powiedziałem, że jest złodziejką i że uciska mnie tak samo, jak uciskani byli pracownicy farmy. Do tej pory pamiętam, jak opadły im szczęki, jak robotom odłączonym od prądu. Przedszkolanka rzuciła mi otwartą książkę i powiedziała: "Czytaj!", zupełnie jak hitlerowski szturmowiec, rozkazujący więźniowi maszerować. Przeleciałem przez kilka zdań, przerwała mi. I tyle, koniec przedszkola dla mistrza Cadmusa.
Wysunął język i zlizał keczup z dolnej wargi.
- Tak czy inaczej, ze szkołą koniec. - Spojrzał na zegarek. - Ups. Muszę zadzwonić po podwózkę.
I czmychnął.
Piątkowe popołudniowe wizyty stały się od tego czasu regularne - jak nielegalna szulernia z ideami zamiast kart. Rozmawialiśmy w moim gabinecie, w czytelni, przy śmieciowym jedzeniu w Kurniku i podczas spacerów ocienionymi ścieżkami, których sieć oplatała cały campus. Jamey nie miał ojca i mimo opieki sprawowanej nad nim przez wuja wydawał się niezbyt dobrze rozumieć, co to znaczy być mężczyzną. Odpowiadając na jego niezliczone pytania o mnie, wszystkie zadawane w głodny, naiwny sposób imigranta łaknącego kęsów wiedzy o nowej ojczyźnie, zrozumiałem, że staję się dla niego wzorem do naśladowania. Ale wypytywanie to było jednostronne; kiedy próbowałem dowiedzieć się czegoś o jego życiu osobistym, zmieniał temat albo uciekał w chaos niezwiązanych z tematem abstrakcji.
Nasze stosunki były niejasne - ani przyjaźń, ani terapia, bo to drugie oznacza pomoc, a Jamey jeszcze nie przyznał, że ma jakiś problem. To prawda, był intelektualnie wyobcowany, lecz to samo mogłem powiedzieć o większości dzieci biorących udział w projekcie; alienację uznano za wspólną cechę wszystkich o kosmicznej skali inteligencji. Jamey nie chciał pomocy; chciał tylko rozmawiać. I rozmawiał. O psychologii, filozofii, polityce, literaturze.
Mimo to nigdy nie pozbyłem się podejrzenia, że tamtego pierwszego piątku przyszedł do mnie, żeby wyrzucić z siebie coś, co bardzo mu doskwierało. Zauważyłem jego zmienne nastroje i okresowe lęki, napady milczenia i smutku, trwające po kilka dni; dostrzegałem nagłe ponure spojrzenia albo zdradliwe szklenie oczu podczas pozornie neutralnej rozmowy, ściśnięte gardło i mimowolne drżenie rąk.
Był umęczonym chłopcem, nie miałem co do tego wątpliwości, dręczonym przez jakiś potężny konflikt. Z pewnością jego przyczyna tkwiła głęboko, skrywana, owinięta niczym mumia kokonem osłon, i dotarcie do jej jądra zapowiadało się niełatwo. Psychoterapia polega na tym, żeby wiedzieć, co powiedzieć, a sztuką jest wiedzieć, kiedy to zrobić. Jeden pochopny ruch i wszystko stracone.
W szesnasty piątek przyszedł objuczony podręcznikami socjologii i zaczął mówić o swojej rodzinie, niby to po przeczytaniu książki o strukturach rodzinnych. Jakby opierając się na jej treści, wyrzucił z siebie mnóstwo faktów, na łapu-capu, głosem wypranym z wszelkich emocji: Cadmusowie "spali na pieniądzach"; dziadek Jameya ze strony ojca stworzył imperium budownictwa i nieruchomości w Kalifornii. Stary dawno już nie żył, ale ludzie mówili o nim tak, jakby był jakimś bogiem. Pozostali dziadkowie Jameya również nie żyli. Tak samo oboje jego rodzice. ("Prawie jakbym przynosił pecha, nie? Na pewno chce się pan ze mną zadawać?")
Jego matka umarła przy porodzie; widział jej zdjęcia, ale niewiele o niej wiedział. Trzy lata później ojciec się powiesił. Odpowiedzialność za wychowanie osieroconego dziecka spadła na młodszego brata ojca, Dwighta. A on wynajmował opiekunki, z których żadna nie utrzymała się dość długo, by cokolwiek dla Jameya znaczyć. Kilka lat później Dwight się ożenił, miał dwie córki i teraz wszyscy razem tworzyli szczęśliwą rodzinę - ta ostatnia uwaga została wypowiedziana z goryczą i miną uprzedzającą, by nie zadawać więcej pytań.
Samobójstwo ojca Jameya było jednak rzeczą, którą postanowiłem w końcu zgłębić. Chłopiec nie zdradzał się z samobójczymi myślami czy impulsami, ale uważałem, że istnieje w jego przypadku wysokie ryzyko; martwiły mnie jego zmiany nastroju, tak samo jak skrajny perfekcjonizm, czasami nierealne oczekiwania i chwiejna samoocena. Biorąc dodatkowo pod uwagę fakt samobójstwa jednego z rodziców, ryzyko jeszcze bardziej wzrastało; nie wolno było lekceważyć możliwości, że pewnego ponurego dnia Jamey postanowi pójść w ślady ojca, którego właściwie nie znał.
Problem ten wypłynął w połowie naszego dwudziestego spotkania.
Jamey lubił cytować poezję - Shelleya, Keatsa, Wordswortha - a jego ulubieńcem był poeta Thomas Chatterton, o którym nigdy nie słyszałem. Kiedy pytałem o niego, wykręcał się stwierdzeniami, że dzieła poety mówią same za siebie. Dlatego poszedłem do biblioteki, poszperać trochę na własną rękę.
Popołudnie spędzone na przeglądaniu zakurzonych tomów, spłodzonych przez krytyków literatury, pozwoliło mi dotrzeć do paru interesujących faktów: znawcy uważali Chattertona za geniusza, najważniejszego przedstawiciela angielskiego XVIII-wiecznego odrodzenia gotyku i głównego prekursora romantyzmu, ale współcześni ignorowali go bądź wręcz szkalowali.
To była udręczona, tragiczna postać; Chatterton łaknął fortuny i sławy, ale nie były mu one dane. Sfrustrowany brakiem powodzenia swoich dzieł, w 1768 roku dopuścił się literackiego fałszerstwa na wielką skalę: wydał zbiór wierszy, napisanych rzekomo przez XV-wiecznego mnicha Thomasa Rowleya. Ale Rowley nigdy nie istniał; był wytworem wyobraźni Chattertona, który znalazł jego nazwisko na nagrobku w kościele Świętego Jana w Bristolu. Ironią losu wiersze Rowleya zostały dobrze odebrane przez światek literacki i Chatterton doświadczył krótkotrwałego uwielbienia - dopóki oszustwo nie wyszło na jaw i jego ofiary nie wywarły swojej zemsty.
Wyklęty z literackiego świata, poeta musiał uciec się do pamfleciarstwa i prac fizycznych, a w końcu do żebrania i zadowolić się resztkami jedzenia. Jego życie zakończyło się ironicznym akcentem: chociaż był bez grosza i nikt nie chciał mu sprzedać na kredyt nawet chleba, przymierający głodem Chatterton poskarżył się uczynnemu aptekarzowi na plagę szczurów na swoim poddaszu i otrzymał arszenik.
Dwudziestego czwartego sierpnia 1770 roku Thomas Chatterton połknął truciznę - popełnił samobójstwo w wieku siedemnastu lat.
Kiedy Jamey znów go zacytował, powiedziałem mu, czego się dowiedziałem. Siedzieliśmy na brzegu fontanny przed gmachem psychologii. Był pogodny, ciepły dzień; Jamey zdjął buty i skarpety, pozwalając, by woda omywała jego chude, białe stopy.
- Aha - mruknął. - I co z tego?
- Nic. Zaciekawiłeś mnie, więc go sprawdziłem. To był interesujący gość.
Jamey odsunął się ode mnie i wbił wzrok w fontannę, kopiąc stopą w beton tak mocno, że zaczerwieniła mu się pięta.
- Coś się stało, Jamey?
- Nic.
Po kilku minutach napiętego milczenia znów się odezwałem:
- Wyglądasz, jakbyś się o coś gniewał. Jesteś zły, że sprawdziłem, kto to był Chatterton?
- Nie. - Odwrócił się z obrzydzeniem. - Nie to mnie wkurza. Tylko to, że taki pan pewny siebie, wydaje się panu, że mnie pan rozumie. Chatterton był geniuszem, Jamey jest geniuszem. Chatterton był odmieńcem, Jamey jest odmieńcem. Pstryk, pstryk, pstryk. Układa pan jedno z drugim jak jakąś zasraną historię choroby!
Dwójka mijających nas studentów usłyszała gniew w jego głosie i spojrzała w naszą stronę. Jamey ich nie zauważył, przygryzł wargę.
- Martwi się pan pewnie, że najem się trutki na szczury na jakimś strychu, co?
- Nie. Ja...
- Gówno prawda. Wszyscy jesteście tacy sami.
Skrzyżował ręce na piersi, dalej kopiąc beton. Na jego pięcie pojawiły się kropelki krwi.
Spróbowałem jeszcze raz.
- Chodziło mi o to, że chciałem porozmawiać z tobą o samobójstwie, ale to nie ma nic wspólnego z Chattertonem.
- Naprawdę? A z czym ma?
- Nie twierdzę, że jesteś typem samobójczym. Ale martwię się i byłbym nieuczciwy wobec siebie, gdybym tego nie poruszył, rozumiesz?
- Rozumiem, rozumiem. Niech pan to z siebie wyrzuci.
- Dobrze. - Ostrożnie dobierałem słowa. - Każdy ma czasem zły dzień, ale ty jesteś ponury zbyt często. Jesteś kimś wyjątkowym i nie chodzi mi tu tylko o twoją inteligencję. Jesteś wrażliwy, opiekuńczy i uczciwy. - Sądząc po tym, jak się wzdrygnął, moje komplementy mogłyby równie dobrze być ciosami w twarz. - A mimo to chyba za sobą nie przepadasz.
- A jest za czym?
- Jest. Bardzo dużo.
- Jasne.
- To właśnie między innymi mnie martwi: to, jak sobą pogardzasz. Stawiasz sobie skrajnie wysokie wymagania, a kiedy je spełnisz, lekceważysz sukces i natychmiast podnosisz poprzeczkę jeszcze wyżej. Ale kiedy ci się nie uda, nie możesz o tym zapomnieć. Cały czas sam siebie karzesz, powtarzasz sobie, że jesteś nic niewart.
- Do czego pan zmierza? - spytał ostro.
- Do tego, że nieustannie, z własnej woli, jesteś nieszczęśliwy.
Odwrócił wzrok. Krew z jego pięty kapnęła do wody i zniknęła w różowym obłoczku.
- To, co powiedziałem, to nie są słowa krytyki - dodałem. - Chodzi mi tylko o to, że przez całe życie będziesz doświadczał rozczarowań, każdy ich doświadcza, i byłoby dobrze wiedzieć, jak sobie z tym radzić.
- Świetny plan - zakpił. - Kiedy zaczynamy?
- Kiedy zechcesz.
- Chcę od razu, jasne? Niech mi pan pokaże, jak sobie radzić. W trzech łatwych lekcjach.
- Najpierw muszę się więcej o tobie dowiedzieć.
- Wie pan bardzo dużo.
- Dużo rozmawialiśmy, ale tak naprawdę nie wiem nic. Nic o rzeczach, które cię denerwują albo nakręcają: o twoich celach, twoim systemie wartości.
- Kwestiach życia i śmierci, co?
- Powiedzmy, że o ważnych sprawach.
Popatrzył na mnie, uśmiechając się z rozmarzeniem.
- Chce pan wiedzieć, co myślę o życiu i śmierci, doktorze D? Powiem panu. Jedno i drugie jest do kitu. Śmierć jest chyba spokojniejsza.
Założył nogę na nogę, przyjrzał się zakrwawionej pięcie, jakby to był rzadki okaz żuka.
- Nie musimy rozmawiać o tym w tej chwili - powiedziałem.
- Ale ja chcę! Dążył pan do tego przez te wszystkie miesiące, prawda? Po to właśnie było to całe kumplowanie się i tak dalej? Nawiązywał pan bliższe stosunki, żeby móc skuteczniej mnie prześwietlić. A więc teraz o tym porozmawiajmy! Chce pan wiedzieć, czy myślę o samobójstwie? Jasne. Raz albo dwa razy w tygodniu.
- Czy to przelotne myśli, czy zostają ci w głowie na dłużej?
- Trochę tak, trochę tak.
- Myślisz czasem o metodzie?
Zaśmiał się głośno, zamknął oczy i zaczął recytować cichym głosem:
Skoro raz tylko umrzeć można, jakie ma znaczenie,
Czy sznur, podwiązka, trutka, miecz czy kula w głowę,
Choroba z wolna czy li nagłe żyły pęknięcie
W najszlachetniejszej części człowieka
Ukróci mizerię ludzkiego żywota?
Choć przyczyna różna, skutek jest ten sam,
Wszystko prowadzi do jednego końca.
Otworzył oczy.
- Tom C miał odpowiedź na wszystko, prawda?
Milczałem, więc zaśmiał się jeszcze raz, na siłę.
- Nie bawi to pana, doktorze D? Czego pan chce, katharsis i spowiedzi? To moje życie, i jeśli postanowię dać sobie spokój, to moja decyzja.
- Twoja decyzja będzie miała wpływ na innych.
- Gówno prawda.
- Nikt nie żyje w próżni, Jamey. Ludziom na tobie zależy. Mnie na tobie zależy.
- Z której książki wziął pan ten tekst?
Forteca wydawała się nie do zdobycia. Zacząłem szukać szczeliny w murze.
- Samobójstwo to akt wrogości, Jamey. Ze wszystkich ludzi ty akurat powinieneś to rozumieć.
Jego reakcja była niespodziewana, gwałtowna. W ciemnobłękitnych oczach rozgorzał ogień, a głos zdławił gniew. Jamey zerwał się i skoczył na mnie.
- Mój ojciec był psim gównem! I pan też, ponieważ o nim pan wspomniał!
Pomachał mi drżącym palcem przed nosem, prychnął i pobiegł boso przez dziedziniec. Złapałem jego buty i skarpety i popędziłem za nim.
Przebiegł dziedziniec, skręcił w lewo i zniknął na prowadzących w dół schodach. Nietrudno było go dogonić, bo biegł niezdarnie; jego chude kolana obijały się o siebie jak synkopowane szczudła.
Schody prowadziły na rampę dostawczą gmachu chemii, pusty, betonowy prostokąt poplamiony olejem i ocieniony z trzech stron ceglanymi ścianami. Było stamtąd tylko jedno wyjście - metalowe, zielone drzwi. Jamey szarpnął za klamkę, ale były zamknięte. Odwrócił się, zobaczył mnie i zamarł, zdyszany. Twarz miał białą jak ściana i mokrą od łez. Postawiłem jego buty na ziemi i podszedłem.
- Zostaw mnie!
- Jamey...
- Zostaw mnie w spokoju!
- Porozmawiajmy...
- Po co?! - wrzasnął. - Po co?
- Bo zależy mi na tobie. Jesteś dla mnie ważny i chcę tu zostać.
Rozszlochał się; wyglądał, jakby miał zemdleć. Podszedłem bliżej, objąłem go ramieniem i przytuliłem.
- Też jesteś dla mnie ważny, doktorze D. - Chlipał mi w marynarkę. Poczułem, że obejmuje mnie w pasie, a jego drobne dłonie głaszczą mnie po plecach. - Naprawdę. Bo cię kocham.
Zesztywniałem. To był błąd, najgorsza rzecz, jaką mogłem zrobić. Ale to był odruch.
Jamey wrzasnął i wyrwał się, a jego twarz zmieniła się w maskę nienawiści i cierpienia.
- I już! Teraz wiesz! Jestem małym pedałem! Byłem pedałem od lat, a teraz napaliłem się na ciebie!
Szok minął i już panowałem nad sobą, gotów znów być terapeutą. Podszedłem bliżej. Odsunął się.
- Zostaw mnie, ty kutasie! Zostaw mnie, kurwa! Bo jak nie, zacznę wrzeszczeć o pomoc!
- Jamey, porozmawiajmy...
- Pomocy! - zawył.
Krzyk poniósł się echem po pustym dziedzińcu.
- Proszę...
Znów wrzasnął.
Przysunąłem jego buty i skarpetki i odszedłem.
W ciągu następnych kilku tygodni wielokrotnie próbowałem z nim porozmawiać, ale mnie unikał. Odgrywałem sobie tę scenę raz za razem w głowie, zastanawiając się, czy mogłem postąpić inaczej; żałowałem, że nie znam żadnych czarów, i przeklinałem ograniczenia słów i chwil milczenia.
Im dłużej o tym myślałem, tym bardziej się martwiłem; samobójstwo? Po długim namyśle złamałem regułę poufności i zadzwoniłem do wuja Jameya. Świadomość, że postępuję słusznie, wcale mi tego nie ułatwiła.
Przedarłem się przez armię podwładnych i w końcu dodzwoniłem do Dwighta Cadmusa w jego biurze w Beverly Hills. Przedstawiłem się; zdradzałem najmniej, jak mogłem, nie wspomniałem nic o homoseksualizmie, wyraziłem tylko swoje obawy o bezpieczeństwo chłopca.
Cadmus wysłuchał mnie, nie przerywając, odpowiedział głosem suchym i zdecydowanym:
- Hm, rozumiem. Tak, to powód do zmartwienia. - Zastanowił się. - Coś jeszcze, doktorze?
- Tak, jeśli macie państwo w domu broń, proszę ją rozładować, schować amunicję, a samą broń umieścić w bezpiecznym miejscu.
- Każę to natychmiast zrobić.
- Proszę pozamykać leki. I postarać się trzymać chłopca z dala od noży...
- Oczywiście.
- ...i sznurów.
Pełna napięcia cisza.
- Jeśli to wszystko, doktorze...
- Chciałbym jeszcze raz podkreślić, jak ważne jest, żeby Jamey otrzymał fachową pomoc. Jeśli potrzebujecie państwo polecenia, z przyjemnością podam kilka nazwisk.
- Dziękuję. Porozmawiam o tym z żoną i odezwę się do pana.
Dałem mu swój numer, a on jeszcze raz podziękował mi za troskę.
Nigdy nie zadzwonił.