Nad brzegiem niepamięci - Weronika Wierzchowska

-
Proszę czekać

ROZDZIAŁ 1

Wrzesień 1987 roku

1

Przez firanki wpadały lepkie niczym miód promyki słońca, złote i gęste, jakby je ktoś namalował. Takie jak z wierszy o polskiej jesieni, bez mała ułudnej, bo zwykle szarej i deszczowej. Dziś jednak wydarzyło się niemożliwe i pogoda objawiła się niczym tło tandetnego, przesłodzonego landszaftu. Tyle że słońce za chwilę i tak się schowa za blokiem stojącym po drugiej stronie placu zabaw i pokój ogarnie ponura szarówka. Na razie jednak siedząca przy biurku Irena jeszcze nie skupiała się na pracy, pstrykała chwilę długopisem z czerwonym wkładem i patrzyła na refleksy światła migające w szklance herbaty wstawionej do metalowego koszyczka z uchem. Mama ją zaparzyła, nalała do tego paskudnego naczynia i bez pytania posłodziła dwiema łyżeczkami cukru, choć wiedziała, że córka stara się unikać słodkości. Irena nawet nie miała jej tego za złe, starsza pani Bartosik pochodziła z pokolenia przedwojennego i doświadczyła w życiu głodu, nędzy i strachu, o jakich młodzi nie mieli pojęcia.

Skoro dziś tak dobrze się jej powodziło, że mogła sobie pozwolić na to, by dodawać cukru do każdej herbaty, będzie to robiła, bo lada chwila wszystko może się przecież skończyć. Znów nadejdzie kryzys, wojna, okupacja, hitlerowcy i Sowieci, dobry Bóg tylko wie, co się jeszcze może temu nieszczęsnemu krajowi przydarzyć. Trzeba zatem korzystać z chwilowego dostatku i nie grymasić, nie gadać o odchudzaniu. Kto to widział, by się odchudzać? Jaki chłop uderzy w konkury do chudej dziewczyny? Ani za co ułapić, ani do czego się przytulić. Irenka miała prawie trzydzieści lat i musiała, koniecznie musiała wreszcie sobie znaleźć kogoś na stałe, na dłużej, na małżeństwo. Bo tylko patrzeć, jak zacznie więdnąć i nikt się za nią nie obejrzy, a stara matka umrze i dziewczyna zostanie sama w tym zimnym i przeraźliwie pustym mieszkaniu komunalnym, na drugim piętrze szarego bloku.

Herbata była mocna i słodka, aż wykręcało usta. Kiedy ostygnie, Irena wyleje ją do doniczki i po sprawie. Kwiatki i tak zdychały jej jeden po drugim, usychały bądź gniły, nie miała do nich ręki. Teraz patrzyła, jak snop słonecznego światła zmienił jej szklankę ulepu w małą lampkę, może w czarodziejski kryształ? Tak! We flakonik Galadrieli, królowej elfów z Tolkiena, szklane naczynko z magicznie zamkniętym w nim światłem, które miało pomóc hobbitom przejść przez krainę ciemności. Irena westchnęła, uwielbiała odpływać daleko, jak najdalej stąd. Gdzieś, gdzie było wszystko, czego brakowało w siermiężnej i ponurej rzeczywistości Polski Ludowej.

- Bierz się do roboty - upomniała się z boleścią.

Złapała pierwszą z kupki, wyrwaną z zeszytu, kartkę w linie, na której jakiś szóstoklasista zapisał odpowiedź na jej pytania. Irena uczyła w miejscowej podstawówce, była panią od języka polskiego. Na biurku, przy którym siedziała, piętrzyły się dwa stosiki klasówek, pierwszych w tym roku szkolnym. Powinna je sprawdzić, opatrzyć uwagami zrobionymi czerwonym długopisem, jutro rano zabrać do szkoły i oddać uczniom. Nie miała jednak najmniejszej ochoty męczyć się z bazgrołami dzieciaków i poprawiać błędy, bo uczniowie - wszyscy, solidarnie jak jeden mąż - mieli to w nosie i nic sobie ze swojej tępoty nie robili. Ech, czy po to szła na polonistykę? Miała pisać monumentalne powieści, może pracować w jakiejś redakcji, obcować na co dzień z literaturą, dyskutować z pisarzami, ślęczeć razem z nimi nad ich dziełami, nad czymś wzniosłym i odległym od tych miejsc betonowych i szarych.

Zamiast tego czas przelatywał jej przez palce w towarzystwie mamy Haliny Bartosik. Mieszkały w M3, na drugim piętrze bloku z wielkiej płyty, w Józefowie koło Błonia, małej osadzie przemysłowej orbitującej jak wiele jej podobnych wokół Warszawy. W czymś niekwalifikującym się do miana miasteczka, ale też niebędącym wsią, raczej osiedlem przyklejonym do wielkiej fabryki, Mazowieckich Zakładów Przemysłu Spirytusowego i Drożdżowego "Polmos", i razem z nią otoczonym polami Państwowych Gospodarstw Rolnych i Stacji Hodowli Roślin. Nie mieszkał tu ani jeden literat, poeta ani choćby amatorski pisarzyna. Redagować Irena mogła co najwyżej szkolną gazetkę i korkową tablicę z wieściami harcerskimi, wiszącą w szkole, do tego straszliwe wymęczone wypracowania uczniów. Z drugiej strony nie było tak źle, do miasta mogła dojechać w pół godziny kolejką podmiejską ze stacji w sąsiadującym Płochocinie. Jeśli by się uparła, dzisiejszy wieczór mogłaby spędzić, oglądając film w Relaksie lub Atlanticu w Śródmieściu i przed nocą spokojnie wrócić kolejką na swoje śmierdzące zadupie. Mogłaby pójść do Teatru Dramatycznego w Pałacu Kultury, mogłaby usiąść w jakiejś kawiarni aspirującej do literackiej albo spotkać się z przyjaciółmi ze studiów. Tyle że zanim skończy z pracami klasowymi, będzie uderzała nosem w blat biurka, zasypiając na siedząco.

Zabrała się do tych klasówek, może zdąży je zrobić przed końcem "Dziennika", choć właściwie w telewizji i tak dziś nie było niczego ciekawego, jakiś film produkcji radzieckiej, pewnie dramat wojenny, bo cóż by innego, a na Dwójce, po "Ekspresie Reporterów", recital Michała Bajora. Jedno i drugie mogła sobie darować i po prostu poczytać książkę. Jedyna rozrywka to spacer z Sunią, ukochaną jamniczką mamy, o ile rodzicielka pozwoli, bo wolała pieska wyprowadzać osobiście. Narzekała, że Irena potajemnie pali papierosy podczas spaceru i nie dość, że szkodzi swojej cerze, to truje psa.

Pokonała dwie klasówki, postawiła za jedną solidną czwórkę, drugą oceniła na tróję z dwoma minusami, czyli - jak mawiały dzieciaki - "na szynach". Autorem był całkiem niegłupi chłopak, który jednak robił straszliwe błędy ortograficzne. Uważała, że to przez niechlujność i lenistwo. Słyszała wprawdzie o zaburzeniach zwanych dysgrafią, ale jakoś nie mogła przełknąć, że mogłyby zwalniać ucznia od pisania poprawnie. Ona nigdy podobnych problemów nie miała, znała za to wiele przypadków wyleczenia z popełniania byków za pomocą długiej drewnianej linijki, którą tłuczono uczniów po rękach aż do skutku. Zresztą w jej szkole tę metodę nadal stosowały pedagożki nauczania wczesnoszkolnego, wypalając ogniem i mieczem plagę dysgrafii w zarodku. Zawsze jednak znalazło się kilku ananasów odpornych na taką perswazję i później to ona musiała znosić ich bazgroły, głowić się, jak takiego matoła przepchnąć do kolejnej klasy.

Herbata wzburzyła się w całej objętości, po jej powierzchni rozbiegły się zmarszczki, miniaturowe fale, jakby rozpętał się w szklance prawdziwy sztorm. Zadygotało całe biurko, drgania przeszły na opartą o nie łokciami Irenę, aż zazgrzytała zębami. Wstrząsom towarzyszył potworny hałas, ryk udarowego wiertła wgryzającego się w beton. To sąsiadka, Alicja, kontynuowała remont w mieszkaniu na górze. Próbowała wywiercić dziury w żelbetowej ścianie nośnej, do której niestety Irena miała przystawione biurko. Jazgot wiert­ła był tak irytujący, że nauczycielka w jednej chwili wybuchła furią.

- Niech diabli porwą tę idiotkę! - Zerwała się od biurka.

Co za pomysł, by po południu, w środku tygodnia, brać się do takiej roboty? To już kolejny raz, kiedy łomotała rupieciami, waliła młotem i wierciła dziury, jakby budowała w tym swoim zakichanym mieszkanku pałac. Niech sobie remontuje, buduje, pruje ściany i wyrywa rury, kiedy ludzie są w pracy, a nie gdy próbują odpocząć lub dokończyć umysłową robotę w domu. Przecież w tych warunkach nie da się skupić, nie da się wytrzymać bez przegryzienia komuś żył. Aż Sunia wyskoczyła z pokoju i uciekła do mamy, by schować się u niej pod łóżkiem. Irena zerwała się gwałtownie, wypadła na klatkę schodową i wbiegła po schodach na górę, zadzwoniła do drzwi. Oczywiście zołza nie słyszała, trzeba było załomotać pięścią, by wreszcie wiercenie ucichło i by otworzyła.

2

Alicja Kicińska była w identycznym wieku i identycznego wzrostu co idiotka z dołu, która stała wściekła jak osa przed jej drzwiami. Różniły się fryzurami i kolorem oczu, ale nawet budowę ciała miały podobną. Znały się od dziecka, jak wszyscy w Józefowie. Chodziły do tej samej szkoły, tyle że do innych klas, i spędzały razem czas na podwórku. Można powiedzieć, że w szczenięcych latach się przyjaźniły, ale ich drogi szybko się rozeszły, zresztą nigdy chyba nie miały wspólnych zainteresowań. Kiedy Irena siedziała z nosem w książkach, Alicja wolała ganiać się z chłopakami po okolicy lub pędzić na rowerze. Jedna poszła do liceum ogólnokształcącego o profilu humanistycznym, druga do technikum chemicznego. Gdy Irka chodziła na uniwerek, Alicja już zaczynała pracę w Polmosie, molochu, który wznosił się za oknami ich mieszkań i stanowił serce Józefowa.

- No co? - spytała obcesowo, wiedząc, że w ten sposób jeszcze bardziej wkurzy kujonicę.

- Jajco - warknęła Irena. - Muszę popracować. Nie możesz tego robić, kiedy wszyscy są w pracy?

- Nie mogę, bo wtedy ja też jestem w pracy - odparła Alicja.

- To w wolną sobotę albo w niedzielę?

- Chyba żartujesz. Baby z bloku rozszarpałyby mnie żywcem, gdybym spróbowała wiercić w niedzielę. Zresztą o co ci chodzi? Tylko kilka dziur, bym miała jak zamocować meblościankę, i będzie po robocie. - Alicja wzruszyła ramionami. - Myślisz, że tak łatwo było mi sprowadzić majstra, który jest w stanie wywiercić w żelbecie? Idź na spacer z pieskiem, zanim wrócisz, skończymy hałasować. Albo poczytaj se Mickiewicza na ławce przed blokiem, ładna dziś pogoda. Trzeba się cieszyć ostatnimi dniami lata...

Zamknęła jej drzwi przed nosem, nie czekając na reakcję. Oparła się o nie plecami i zachichotała, na tyle głośno, że Irka powinna słyszeć na klatce schodowej. Ależ satysfakcjonujące było strzelić ciętą ripostę tej nadętej klusce, wiecznie się wywyższającej. Od dziecka Irena miała się za lepszą i mądrzejszą. Dobrze się uczyła, rychło została prymuską, zawsze kończyła rok szkolny ze świadectwem z czerwonym paskiem i tarczą "wzorowy uczeń". Przestała się bawić z dzieciakami z podwórka, bo komuś takiemu nie wypadało się pospolitować z hołotą. Za to od dziecka należała najpierw do zuchów, później do harcerstwa. Ciągle w szarym mundurku, idealnie czystym, z uniesionym czołem i wyniosłą postawą. Zresztą Irka do dziś należała do ZHP, tyle że teraz była druhną przewodniczką, z fioletową filcową podkładką pod krzyżem harcerskim. Żałosne! Blisko trzydziestoletnia kobieta w mundurku! Choć pewnie cieszyło ją, że teraz jest nareszcie prawdziwym wzorem dla młodziutkich harcerek i te patrzą na nią ze śmiertelną powagą i niekłamanym podziwem. Zapewne zupełnie bez ironii, w przeciwieństwie do Alicji.

Przeszła do dużego pokoju, gdzie Waldek, jej kumpel z Polmosu, a nie żaden majster budowlany, właśnie zmieniał wiertło w potężnej wiertarce udarowej, którą przyniósł z fabryki. Chwilę stała w drzwiach i mu się przyglądała. Waldek był niemalże idealną partią i niejedna ostrzyła sobie na niego zęby. Przystojny, wysoki, sympatyczny i grzeczny. Do tego prawdziwy inżynier, inżynier środowiska, który zasiadał na stanowisku zastępcy kierownika oczyszczalni ścieków. Nad rzeką Utratą, przepływającą przez teren fabryki, wznosiła się niezwykle ponoć nowoczesna, z pewnością naprawdę duża oczyszczalnia, zaopatrzona w odstojniki i otwarte zbiorniki przerabiające miliony litrów odpadów płynnych. Jeśli wiatr zbyt długo wiał od południa, to zarówno nad Józefów, Wolicę, jak i Płochocin napływały straszliwe miazmaty, odór szamba zmieszany z zapachem melasy z drożdżowni wdzierał się przez okna do mieszkań i skutecznie psuł atmosferę. Niby Waldek nie miał z tym wiele wspólnego, ale kojarzył się jako koleś od smrodów, coś jak uberszambiarz. To nieco odstraszało dziewczyny.

Też był tutejszym, sierotą wychowanym przez dziadka. Jego rodzice zginęli w wypadku, straszna historia. Znali się z Alą jeszcze z przedszkola, chodzili do jednej klasy. Jako chłopak był zawsze nieco wycofany, trochę dziwny, dogadali się dopiero, kiedy wrócił ze studiów we Wrocławiu i zaczął pracę w Polmosie. Kombinat zbliżał ludzi. Zanim zbudowano nowe bloki, cała społeczność osady związana była z fabryką i wszyscy właściwie byli ze sobą albo spokrewnieni, albo skoligaceni. To się ostatnimi laty nieco zmieniło, przybyło sporo nowych mieszkańców, którzy nawet nie pracowali w Polmosie.

- Wszystko w porządku? Kto się dobijał? - Waldek zerknął na nią, odrywając się na chwilę od wiertarki.

- Sąsiadka. Upierdliwa nauczycielka z podstawówki, złości się, że wiercimy. - Machnęła niedbale ręką.

- Z podstawówki? Zapytałaś ją, czy coś wie o sprawie tego dzieciaka? - Waldek dociskał kluczem mocowanie wiertła. - Pewnie biedaczyna był jej uczniem...

- Nie pytałam, nie przyszło mi to do głowy. - Znów wzruszyła ramionami.

Od rana wszyscy żyli aferą, jakiej w osadzie chyba jeszcze nie było. Z Utraty, niepozornej rzeczki, szerokości może czterech metrów, wyłowiono ciało chłopca. Jeszcze nie wiadomo było, jak się nazywa, milicja oczywiście milczała, ale zapewne dzieciak pochodził z okolic. Wszyscy gdybali nad tym, co też tam się stało. Dzieci nie kąpały się w rzece, jeśli już, to w upały korzystały z glinianek w niedalekiej wsi Krosna, zdarzało się też, że jacyś gówniarze chlapali się w basenie pożarowym na terenie jednej z małych państwowych spółdzielni pracy, gdzie przełazili ukradkiem przez ogrodzenie. Utrata do pływania się zwyczajnie nie nadawała za sprawą zakładów przemysłowych, szczególnie fabryki ołówków w Pruszkowie, które spuszczały do niej toksyczne odpady. Od dawna w rzeczce nie było śladów życia, stanowiła cuchnący ściek, do którego strach było włożyć nogę, woda bowiem miała w niej kolor ciemnobrunatny, z barwnymi plamami olejów puszczających oka na powierzchni, do tego przypominała gęste pomyje.

- Znaleźli go ponoć w okolicy mostu w Kołwinie, jeszcze przed fabryką - dodał Waldek wyraźnie zaintrygowany całą sprawą. - Byłem tam ostatnio kilka lat temu, ale to nadal żaden most, nawet nie mostek, to raczej ponury żart, betonowa improwizacja zupełnie pozbawiona barierek, choćby prowizorycznych. Bardzo łatwo z niego spaść, szczególnie jak się jest ciekawskim gówniarzem, który na przykład dla zabawy spaceruje po krawędzi... Ja bym tak robił, mając jedenaście lat!

- Tyle że rzeka wyrzuciła go jeszcze przed mostkiem, na łąkę, gdzie nic nie ma - zauważyła Alicja, która słyszała o okolicznościach znalezienia ciała jeszcze podczas zmiany w fabryce. Dziewczyny z jej działu oczywiście wszystko wiedziały jako pierwsze. - Mógł zginąć choćby w Pruszkowie i przypłynąć tu te kilka kilometrów. Możliwe, że nie jest stąd i nie był uczniem Irki. Ech, o czym tu gadać... Zdarzył się przykry wypadek i tyle. Dzieciaki mają tyle pomysłów i potrafią robić tak głupie rzeczy, że nie sposób przewidzieć, co odstawią. Ile jeszcze zostało? Ze cztery dziury? Dasz radę tym wiertłem?

- Nowe wiertło, produkcji krajowej, z hartowanej stali. Teraz to pójdzie jak po maśle, możesz uspokoić sąsiadkę, że góra pół godziny i będzie cisza jak w kościele. - Waldek mrugnął porozumiewawczo, po czym wlazł na drabinkę i naparł wiertarką w oporny beton.

Alicja zagryzła wargę. Tandetne z pozoru bloki z wielkiej płyty, które miały krzywe ściany z papieru i gówna, potrafiły być w wielu miejscach solidne, jakby zbudowano je z myślą o przetrwaniu uderzenia bronią atomową. Czemu te ściany nośne okazały się pancerne, właściwie niezniszczalne?

Mieszkanie, przytulne M2, czyli pokój z oddzielną kuchnią, dostała po jednym nieszczęśniku, którego samotna egzystencja w stanie starokawalerskim wpędziła do grobu. Zapił się, biedaczyna, na śmierć. Dzięki temu, że dziewięć lat temu, natychmiast po rozpoczęciu pracy w fabryce, Alicja przezornie zapisała się do Związku Socjalistycznej Młodzieży Polskiej, partyjnej przybudówki dla młodszych obywateli, już po dekadzie oczekiwania na własne M doczekała się przydziału w zwolnionym lokalu. Obecnie udało się jej niemal skończyć remont, i to bez pomocy rodziny, jedynie angażując przyjaciół. Z rodziną, czyli ojcem, była od kilku lat skłócona. Nie podobało się jej, że po śmierci mamy wziął sobie nową babę, sprzedawczynię z mięsnego. Nie mogła dogadać się z macochą, topornym babsztylem o mentalności jamochłona. Odcięła się od staruszka, o tym, co się z nim dzieje, dowiadywała się od ciotek, których w Józefowie miała chyba z siedem, o różnym stopniu pokrewieństwa.

Po chwili, gdy ryczenie maszyny wstrząsnęło powietrzem, Alicja stanęła obok Waldka z włączonym odkurzaczem, by od razu rurą wciągać sypiący się pył. Pracowali tak kolejne minuty, w przeraźliwym huku i jazgocie wiertary. Miała wrażenie, że hałas wypycha jej wszystkie myśli z głowy i trzęsie każdą komórką ciała. Miała ochotę wrzasnąć na kumpla, by odpuścił, ale wówczas zerknęła na popakowaną jeszcze w tekturę i czekającą na montaż meblościankę, którą kupiła w sklepie w Błoniu. Przepuściła na ten mebel solidną część oszczędności, należała się jej ta odrobina luksusu, choćby musiała wcześniej doprowadzić do szału wszystkich mieszkańców bloku. Zacisnęła zęby i wskazała Waldkowi kolejny krzyżyk zrobiony ołówkiem na ścianie.

- Teraz tutaj! - poleciła. - Śmiało, wierć!

3

Nie dało się w tych warunkach pracować. Irena odłożyła czerwony długopis, katowski miecz nauczycielki, po czym oznajmiła mamie, że wychodzi wynieść śmieci, ale okazało się, że nie ma czego wyrzucać, pani Halina razem z Sunią wcześniej opróżniły kosz. Irena zdecydowała zatem, że idzie się przejść, choć spacery nie należały do jej pasji, zresztą gdzie tu niby miałaby łazić? Rundka wokół fabryki? Na stację do Płochocina czy do biblioteki na Wolicy? Zostawał spacer po tak zwanej Giełdzie, jak nazywano centrum osady, mały placyk przed starymi kamienicami zakładowymi i dawną wagą, gdzie przed laty ważono wozy z burakami cukrowymi, w miejscu Polmosu przed wojną bowiem działała cukrownia1. Obecnie w tym sercu osady stał kiosk Ruchu i naprzeciw buda ze sklepem spożywczym U Kazia. W parku za kioskiem znajdowała się niedziałająca od lat fontanna i dawna studnia. Tu rezydowały pijaki, tak samo jak wszędzie na Giełdzie, gdzie stali grupkami, czekając na okazję i tracąc czas na rozmowach. Nie można się było po nich spodziewać szarmanckiego zachowania, choć raczej nie zaczepialiby nauczycielki. No, chyba żeby mieli wobec niej jakieś zadawnione urazy ze szkolnych czasów. Pewna starsza stażem polonistka z podstawówki została brutalnie i dotkliwie pobita przez dawnego ucznia, zatem lepiej się było jednak nie kręcić w okolicach rezydowania miejscowego elementu. Na domiar złego posterunek milicji mieszczący się w przedwojennych fabrycznych oborach zlikwidowano lata temu i nikt nie strzegł Józefowiaków przed łobuzerką.

Zresztą Irena nie zamierzała łazić po osadzie bez celu, nie było w niej bowiem niczego romantycznego ani skłaniającego do zadumy. No może droga na Wolicę, obsadzona starymi lipami, wyglądała, gdy kwitły, niczym z bajki, ale traciła na romantyzmie, kiedy jeździły nią traktory ze Stacji Hodowli Roślin, szczególnie ciągnąc przyczepy z obornikiem. Irena chodziła tamtędy tylko do biblioteki, ulokowanej w podziemiach pawilonu pełniącego funkcję domu kultury. Dziś nie miała pretekstu, by się tam udać, bo była raptem wczoraj i wzięła kilka książek. Zdecydowała wreszcie, że przejdzie się po prostu na tory.

Do fabryki prowadziła linia kolejowa, która przed zakładem rozdzielała się na trzy tory. Korzystano z niej coraz rzadziej, najczęściej przywożono węgiel do fabrycznej ciepłowni, raptem ze dwa razy do roku. Polmos nie tylko używał go na własne potrzeby, ale przy okazji zasilał całą osadę w gorącą wodę. Nasypy kolejowe na co dzień służyły dzieciakom do zabaw i jako miejsce wyprowadzania psów, zwykle jednak świeciły pustkami, można było schować się za nimi, pospacerować ścieżką nad sąsiadującym rowem irygacyjnym, pozostając niewidocznym z okien bloków. O to Irenie chodziło, o miejsce, gdzie spokojnie zapaliłaby papierosa. Nie tylko znajdowała się poza zasięgiem wzroku mamy, ale również spojrzeń uczniów. Niby wszyscy dorośli palili, ale za nic w świecie nie chciała, by dzieci widziały akurat ją z papierosem. Bardzo poważnie traktowała obowiązki druhny, instruktorki harcerskiej i starała się świecić przykładem nie tylko w szkole, ale też w życiu prywatnym. Harcerz unikał wszelkich używek, bo szkodzenie zdrowiu byłoby niegodne obywatela służącego socjalistycznej ojczyźnie. Kiedy była w mundurze, nawet nie przyszłoby jej do głowy, aby sięgnąć po papierosa, ale po cywilnemu i w miejscu, gdzie nikt nie patrzył, czemu nie ulec słabości?

Zeszła schodami na dół i już miała wyjść z klatki, kiedy natknęła się na znajomego staruszka, lokatora z parteru. Taszczył wielką, z pewnością ciężką torbę i mocował się z drzwiami. Zareagowała odruchowo, bez zastanowienia. Przytrzymała drzwi i wolną ręką sięgnęła po torbę, wyjmując mu ją z ręki.

- Dzień dobry, panie inżynierze! - powiedziała. - Pan pozwoli, że pomogę. Zaniosę to panu do mieszkania, dla mnie to nic takiego!

W ostatniej chwili stłumiła jęknięcie, bo okazało się, że torba jest ciężka jak dzwon. Albert Graczek, emerytowany inżynier z fabryki, miał już z pewnością po osiemdziesiątce, ale trzymał się zaskakująco dobrze. Kiedyś był wysokim, przystojnym mężczyzną. Mimo że upływające lata ciągnęły go mocno ku ziemi, kręgosłup uginał się pod naporem dekad, nadal jednak próbował się prostować, walczyć z nieuchronnym, z przemijaniem. Czesał starannie resztki włosów, golił się i chodził w czystej, wyprasowanej koszuli, w której lubił podwijać rękawy. Oczami wyobraźni Irka widziała go w pełni sił, postawnego faceta, o szerokich barach i napiętego jak struna. Kiedyś tę koszulę musiały wypełniać mięśnie, silne, opalone ręce zaczesywały czarną grzywę zawadiacko opadającą na jedno oko. Teraz ubranie wisiało na nim niczym na szkielecie, z rękawów wystawały chude jak patyki, pomarszczone gnaty, a na głowie sterczała smętnie kępka włosów.

- Dziękuję, Ireczko - powiedział. - Niesamowite, kiedy ty tak wyrosłaś? Dopiero co pędziłaś na rowerku z bandą chłopaków...

- To nie ja, pewnie myli mnie pan z Alicją. Jesteśmy dosyć podobne - odparła i stęknęła z wysiłku, ciągnąc torbę po schodach. Okazało się, że musi walczyć z każdym stopniem. Rozchyliła uszy torby i zerknęła do środka. Wewnątrz znajdował się metalowy, pomalowany na ciemnozielono walec z czarnymi pokrętłami. - Na litość boską, chyba to nie bomba atomowa?

- Kto wie? Może i bomba... - Staruszek wyprzedził ją, by kluczem otworzyć drzwi. - Tędy, złotko. Skoro jesteś tak miła, wnieś mi to, proszę, do drugiego pokoju.

Pierwszy raz znalazła się w mieszkaniu pana Graczka. Nie spodziewała się po starym kawalerze porządku, raczej że ugrzęźnie w pajęczynach i rupieciach, ale okazało się, że mieszkanie jest czyste i panuje w nim wzorowy ład. Inżynier okazał się wręcz ascetą, miał tylko kilka podstawowych sprzętów, stół, szafę, łóżko i biblioteczkę, za to na ścianach całą masę zdjęć w ramkach. W drugim, mniejszym pokoiku zostawił zaciągnięte żaluzje, przez co panował w nim półmrok, do tego unosił się jakiś chemiczny zapach, którego Irena nie była w stanie zidentyfikować. Na znajdującym się tu biurku stały kuwety i szklane zlewki, niczym w laboratorium. Z ulgą postawiła klamot na podłodze, ten zabrzęczał metalicznie.

- Ostrożnie, złotko! - Dziadek pochylił się nad swoim skarbem. - Pomóż mi, postawimy go od razu na biurku.

Stękając, wyciągnął żelastwo z torby, Irena złapała je z drugiej strony. Okazało się, że walec jest zaopatrzony w szynę, będącą statywem z żelazną podstawą, do tego na dole miał coś wyglądającego jak obiektyw. Wspólnie postawili go pionowo na stole.

- To powiększalnik fotograficzny, produkcji radzieckiej. Może wygląda jak złom, ale działa. Ruscy, trzeba im przyznać, zbudowali go solidnie, chyba z blachy czołgowej. Oni nie potrafią inaczej, wszystko u nich jest jak wykute młotem albo wyrżnięte sierpem, nie znają pojęcia subtelności. - Graczek poklepał powiększalnik niczym konia. - Chodź, napijemy się herbaty. Będziesz mogła sobie spokojnie zapalić, bez chowania się w krzakach...

- Proszę?

- Chłopcy z drożdżowni urządzili sobie ciemnię fotograficzną w pustym składziku przy laboratorium. Używali tego żelastwa, ale właśnie zorganizowali nowy, bardziej nowoczesny powiększalnik i stary chcieli wywalić. Pewnie na złomie dostaliby za niego jakiś grosz, stal nierdzewna jak się patrzy. Poprosiłem jednak, by mi go podarowali. - Dziadek zignorował jej palące spojrzenie, nie odpowiedział, skąd wie, że Irena chodzi palić za tory. - Zawsze miałem słabość do fotografii. Urządzę sobie własną ciemnię, bo mnie do Polmosu już tak chętnie nie wpuszczają. Przepisy bezpieczeństwa, mówią. Strażnicy pilnują zakładów kluczowych dla gospodarki narodowej niczym oka w głowie. Boją się, żeby staruszek nie wyniósł im tajemnic państwowych lub, co gorsza, nie ukradł butelki wódki. Kiedyś tak nie było, za moich czasów brama cukrowni właściwie cały dzień stała otworem...

Przeszedł do kuchni, nie oglądając się na dziewczynę. Zapalił ogień w kuchence gazowej i postawił na nim czajnik.

- Może wolisz kawę? Mam trochę, dostałem na święta od rodziny. - Sięgnął do szafki, ale go powstrzymała.

- Dziękuję uprzejmie, ale unikam używek - powiedziała z uśmiechem. - Pewnie te wszystkie zdjęcia, które tu wiszą, pan zrobił? Na tym to nie ulica Fabryczna? Tylko strasznie dawno, nie ma jeszcze bloków...

- Bo to przed wojną, a je zbudowano na początku lat pięćdziesiątych. - Skinął głową. - Ta dziewczyna to córka ówczesnego dyrektora cukrowni. Cała osada się w niej podkochiwała, ale panienka nikomu nie uległa, miała bardzo wysokie mniemanie o sobie i czekała, aż porwie ją jakiś dziedzic lub książę. Ale daj spokój, nie będziemy gadali o starych czasach, na tych zdjęciach są tylko cienie, echa ludzi, których już nie ma, miejsc, które się zmieniły. Otoczyłem się tymi starymi fotografiami, ale nie lubię cofać się w przeszłość, uważam, że to oznaka zdziadzenia. Wejdź do salonu, tu masz popielniczkę, pal śmiało, nikomu nie powiem.

Mówiąc ostatnie zdanie, zniżył głos, jakby bał się, że ktoś ich podsłuchuje. Irena wahała się, rozglądała po pomieszczeniu, wodziła wzrokiem po zdjęciach, z których patrzyli na nią czarno-biali ludzie w niemodnych dziś strojach. Dziadek tłukł się w kuchni, nalał wrzątku do szklanek z torebkami herbaty. Sięgnęła machinalnie do kieszeni i wydobyła paczkę Carmenów, papierosów uchodzących może nie za wykwintne, ale całkiem niezłe. Zapaliła zapałkami i usiadła przy stole. Ciągle była zaintrygowana, staruszek wydał się jej całkiem ciekawą osobą, dziwne, że wcześniej właściwie nie zwracała na niego uwagi. Wiecznie zabiegana i skupiona na sobie, tylko mu się kłaniała i pędziła przed siebie, jakby ją gonili.

- Nie gadajmy o przeszłości, powiedz mi lepiej, co tam u mamy? Halinka zdrowa?

- Jak koń, dziękuję.

- Martwiłem się, kiedy poszła do szpitala z kamieniami nerkowymi. To wbrew pozorom może być bardzo poważna sprawa. - Postawił przed nią herbatę w obowiązkowej szklance w koszyczku.

Irena spojrzała na niego uważniej. Martwił się o mamę? Niby dlaczego? Widziała ze dwa razy, że rozmawiał z nią przed blokiem, kiedy wracała z Sunią, ale nie sprawiali wrażenia zaprzyjaźnionych. Mama też nigdy o nim słowem nie wspomniała. Choć może kiedyś coś opowiadała o starym inżynierze z parteru? Oczywiście Irka puściła to mimo uszu. Miała dosyć spotkań z kombatantami i weteranami w szkole, kiedy to trzeba było zwoływać apele i zmuszać dzieciaki do wysłuchiwania godzinami opowieści zmurszałych dziadków o bohaterskich czynach na polach bitew drugiej wojny. Mieli nawet jednego etatowego bojownika o wolność i demokrację, zresztą byłego harcerza Szarych Szeregów z Ożarowa Mazowieckiego, który obecnie jako harcmistrz Polski Ludowej objeżdżał szczepy z hufca i rotacyjnie wygłaszał opowieści z czasów chwały i znoju. Irka zaliczyła ich już tyle, że trzęsło ją na samą myśl, że znów ma słuchać wspomnień jakiegoś ględzącego staruszka. Zaciągnęła się mocniej Carmenem.

- Pozdrów mamę ode mnie. Powiedz, że musi teraz dużo pić, by porządnie wypłukać nerki. Ale to pewnie wie... - Dziadek Graczek włożył łyżeczkę do swojej szklanki i zaczął mieszać, choć nie wsypał cukru. - Opowiedz lepiej, co tam słychać u ciebie! Co się dzieje ciekawego w szkole? Dobrze ci się pracuje? Nie dręczą cię tam ci partyjniacy?

- Żadnego w szkole nie mamy, na całe szczęście. Za to cała kadra należy do ZHP, jak i większość uczniów. Mamy przez to szkołę mocno zaangażowaną społecznie i nastawioną silnie patriotycznie. W każdy czwartek jest dzień mundurowy i odbywa się zbiórka szczepu. Wówczas niemal wszyscy uczniowie i nauczyciele przychodzą w mundurach, pięknie to wygląda. Bardzo mnie cieszy ta lokalna tradycja, w innych podstawówkach harcerze są widoczni jedynie marginalnie. Nie wiem właściwie, dlaczego u nas ten ruch zrobił się aż tak silny... Mama mówi, że dawniej tego nie było.

- Trudno mi powiedzieć, wydaje mi się, że kiedyś też widywałem harcerzyków w Józefowie, ale czy było ich dużo, czy mało, nie mam pojęcia, nigdy nie poświęciłem temu zagadnieniu większej uwagi. - Wzruszył ramionami, po czym spróbował herbaty. - Ważne, że dobrze ci w tej szkole. I że nic złego się nie dzieje.

- W zasadzie nie, poza tym wczorajszym wypadkiem. Ale nawet jeszcze nie wiemy, czy ten martwy dzieciak w ogóle był naszym uczniem. Kilku się wczoraj nie stawiło w szkole i trwa sprawdzanie, czy są zwyczajnie chorzy lub na wagarach, czy to nie któryś z nich...

Dziadek Graczek zamrugał i przekrzywił głowę, jakby chciał nadstawić ucha i lepiej słyszeć.

- O czym mówisz, złotko? Jaki martwy dzieciak?

- Myślałam, że skoro jest pan tak dobrze poinformowany o tym, czym żyje Józefów, to o tej sprawie też z pewnością słyszał. Przecież od wczoraj cała okolica powinna to obgadać na wszystkie strony. Myślałam, że już krążą plotki i domysły. Ludzie lubią sensacje i szukanie dziury w całym, mnie się wydaje, że zwyczajnie chłopak bawił się nad rzeką, wpadł do niej i utonął. Przykry wypadek.

Dziadek pokręcił głową z poważną miną. Nie miała wyjścia, musiała mu drobiazgowo opowiedzieć o znalezieniu ciała na brzegu Utraty. Z każdą chwilą mężczyzna robił się coraz bardziej przejęty.

- Na łące w Kołwinie, powiadasz? To kilka kroków od Jesołówki, tuż obok Olszyny - mamrotał.

Olszyną miejscowi nazywali las rozciągający się na południe od fabryki. Na jego skraju stało kilka domów przed wojną zasiedlonych przez rodziny żydowskie, w których później znajdowała się przyfabryczna piekarnia i mieszkania. Tę miniosadę nazywano Jesołówką, prawdopodobnie od hebrajskiego imienia Jesse, które nosił jeden z właścicieli cukrowni. Las, znajdujący się za tymi domami, musiał być ostatnią w okolicy pozostałością pradawnej puszczy, która przed wiekami porastała całe Mazowsze. Wyspa dzikiej zieleni otoczona polami PGR-ów i łąkami, gdzie wypasano bydło. Żyły w nim sarny i dziki, w czasie okupacji ukrywali się w Olszynie partyzanci, i to właściwie było wszystko, co Irena o nim wiedziała. Zresztą była w lasku po raz ostatni wiele lat temu, jako mała dziewczynka na spacerze z babcią. Pamiętała, że zbierały ulęgałki, żółte, dzikie śliwki. Teraz nie miało sensu się w tamte okolice zapuszczać, nawet dla harcerzy nie było tam niczego ciekawego.

- Nie, to niemożliwe - wymamrotał dziadek Graczek. - Minęło tyle lat, niemożliwe, by znów to się działo...

- Co takiego? - Zachowanie staruszka trochę ją zaniepokoiło. Do tej pory sprawiał wrażenie w pełni świadomego i twardo stąpającego po ziemi. Teraz wydał się jej zagubiony i wystraszony, właściwie bez powodu. Demencja? Alzheimer?

- Król olch. To znowu on? - mruknął do siebie. - Noc padła na las, las w mroku spał, Ktoś nocą lasem na koniu gnał. Tętniło echo wśród olch i brzóz. Gdy ojciec syna do domu wiózł...

- Proszę? Dobrze się pan czuje?

- Cóż tobie, synku, że w las patrzysz tak? Tam ojcze, on, król olch, daje znak. Ma płaszcz, koronę i biały tren. To mgła, mój synku, albo sen - dziadek recytował dalej, wpatrzony gdzieś w przestrzeń przed sobą. - Czy słyszysz, mój ojcze, ten głos w gęstwinie drzew? To król mnie wabi, to jego śpiew. To wiatr, mój synku, to wiatru głos. Szeleści olcha i szumi wrzos.

Irena patrzyła na niego już na serio wystraszona. Ewidentnie odjechał w jakiś swój wewnętrzny świat. Jednak porwały go wspomnienia, których tak starał się unikać? Złapała go za rękę.

- Czy widzisz, mój ojcze, król zbliża się tu. Już w oczach mi ciemno i brak mi tchu. Więc ojciec syna w ramionach swych skrył. I konia ostrogą popędził co sił. Nie wiedział, że syn skonał mu już. W tym głuchym lesie wśród olch i brzóz2.

Do Ireny w końcu dotarło, o czym jest wiersz. O śmierci dziecka.

- W naszej Olszynie też jest król olch? I niby to on odebrał życie chłopcu? - spytała.

Dziadek pokręcił głową i spojrzał na nią z boleścią. Wyglądał, jakby dopiero co wyrwał się ze snu. Z naprawdę przykrego koszmaru.

- Mam do ciebie prośbę, złotko. Dowiedz się dla mnie wszystkiego, co się da, o tym, co zaszło nad Utratą. Muszę poznać szczegóły, wszystkie szczegóły. - Odwzajemnił uścisk jej ręki, właściwie chwycił ją mocno za dłoń. - To bardzo ważne. Inaczej nie zaznam spokoju, muszę wiedzieć... Muszę się uspokoić. To z pewnością tylko przypadkowe utonięcie, nieszczęś­liwy wypadek, nic więcej.

- Ale jakie szczegóły, skąd niby mam się ich dowiedzieć? - Irena westchnęła z boleścią.

Chciała tylko wymknąć się na papierosa, odetchnąć, aż ta wariatka skończy borować dziury w ścianie, a wylądowała na oddziale geriatrycznym i musi się teraz zaopiekować człowiekiem, który ewidentnie potrzebował pomocy. Jako harcerka nie mogła go teraz tak po pros­tu zostawić. Trzymała go zatem za ręce i przemawiała spokojnie. Powtarzała, że to, co zaszło, z pewnością było tylko wypadkiem i nie ma czego się dowiadywać, ale popyta w szkole, tam zawsze ktoś coś wie.

- Najważniejsze, to czy ofiara miała przy sobie coś nienależącego do niej, coś bardzo cennego - dodał jeszcze. - Jedwabną chustkę haftowaną złotymi nićmi albo jakiś drogi przedmiot, na przykład srebrny łańcuszek... Dary od króla olch.

Irena powstrzymała się przed westchnieniem, z powagą pokiwała głową. Początkowe zmieszanie i lęk o stan staruszka zastąpił smutek. Szacowny pan inżynier niestety odpływał w swój wewnętrzny świat, tracił kontakt z rzeczywistością, choć tak bardzo się wzbraniał przed popadnięciem, jak sam to określił, w zdziadzenie. Może to nie był jego dzień, może dopadła go jakaś słabość? Za bardzo przejął się i wzruszył śmiercią dziecka, może dawno temu stracił własne i ciągle cierpiał na niezaleczoną ranę? Zaproponowała, że włączy telewizor albo radio, postanowiła zmienić temat, dzięki czemu być może staruszek się uspokoi i zapomni o dawnych traumach. Oświadczył, że uruchomi patefon. Powstrzymała się przed przewróceniem oczami, jakoś zniesie pieśni Hanki Ordonówny albo Mietka Fogga. Dziadek Graczek, już jakby odrobinę uspokojony, otworzył regał, gdzie na lampowym wzmacniaczu stał całkiem nowoczesny gramofon. Po chwili z głośników zagrał znany dobrze Irenie przebój Bananowy song grupy wokalnej Vox, czyli coś całkiem współczesnego.

- Lubi pan pop? - spytała.

- Pop? Myślałem, że to bigbit, a pop to taki duchowny prawosławny - odparł i uśmiechnął się lekko. - Staram się, jak widzisz, być na czasie, ale mimo wszystko świat mi umyka. Zdaje mi się, że pędzi coraz szybciej. Nie zawsze nadążam. Tak, to muzyka popowa, postaram się zapamiętać. Choć niestety jestem już w takim stadium, że lepiej pamiętam to, co wydarzyło się pół wieku temu, niż to, co stało się dziś rano.

Irena pokiwała ze zrozumieniem głową. Zaproponowała mu papierosa, ale oznajmił, że lekarz mu zabronił, jakieś dwadzieścia lat temu. Siedzieli zatem i słuchali Voksu oraz dobiegającego z góry upartego rzężenia wiertarki. Pili herbatę, Irka zapaliła kolejnego papierosa i opowiadała staruszkowi o udziale szczepu w gminnych dożynkach w Ożarowie Mazowieckim, kiedy harcerze w nagrodę za pomoc w sprzątaniu placu mogli zabrać do domów najwspanialsze okazy płodów rolnych z wystawy. Każdy wrócił z gigantyczną marchewką, ogromnymi ziemniakami lub nawet z monstrualnym kalafiorem. Dziadek po raz pierwszy głośno się zaśmiał, kiedy wyobraził sobie Irenkę taszczącą cukinię ważącą kilka kilogramów. Oboje dzięki temu zapomnieli o nieszczęsnym dziecku i królu olch.

CIĄG DALSZY DOSTĘPNY W PEŁNEJ WERSJI

1 Była to cukrownia "Józefów", która powstała w 1874 roku jako jedna z pierwszych cukrowni dyfuzyjnych na ziemiach polskich. Należała do Towarzystwa Akcyjnego Fabryki Cukru i Rafinerii "Józefów". Wyróżniała się pionierskimi rozwiązaniami w skali europejskiej. W 1881 roku fabryka została zelektryfikowana dzięki własnej elektrowni, a także posiadała jedną z pierwszych instalacji oświetlenia elektrycznego na ziemiach polskich. Z cukrownią związana była słynna żydowska rodzina Przeworskich, której członkowie (m.in. Dawid, Maurycy, Wincenty i Jakub) odegrali kluczową rolę w rozwoju przemysłu cukrowniczego na ziemiach polskich na przełomie XIX i XX wieku. Byli oni właścicielami oraz członkami zarządów wielu cukrowni, a największe znaczenie odegrali w historii zakładu w Józefowie. Inżynier Maurycy Przeworski (absolwent Politechniki Ryskiej) pełnił funkcję dyrektora generalnego cukrowni w Józefowie. Maurycy Przeworski zapisał się ponadto w historii rekordową wpłatą na budowę polskiego samolotu wojskowego RWD-17 w 1938 roku.

2 Fragment Króla olch J.W. Goethego w przekładzie Wisławy Szymborskiej.