Nacjonalizm, kolonializm i literatura - Edward W Said, Terry Eagleton, Fredric Jameson

Kup ebooka

37.00 zł
30.71 zł (31,45 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

WSTĘP

Trzy po­miesz­czone w ni­niej­szym to­mie eseje łą­czy ze sobą i z ini­cja­tywą Field Day[1] prze­ko­na­nie, że do usta­no­wie­nia no­wej re­la­cji mię­dzy na­szym wy­obra­że­niem ludz­kiego pod­miotu i na­szym wy­obra­że­niem ludz­kich wspól­not po­trze­bu­jemy no­wego dys­kursu. Obecne wy­da­rze­nia w Ir­lan­dii, oso­bli­wie zaś w Ir­lan­dii Pół­noc­nej (kon­sty­tu­cyj­nie in­te­gral­nej czę­ści Zjed­no­czo­nego Kró­le­stwa) to tylko jedne z wielu kry­zy­sów, ja­kie o taki dys­kurs się do­po­mi­nają. W Afryce, Ame­ryce Po­łu­dnio­wej, na Bli­skim Wscho­dzie, w Związku Ra­dziec­kim i w Eu­ro­pie Wschod­niej na­tura tego kry­zysu ob­ja­wia się z więk­szą wy­ra­zi­sto­ścią, a jego kon­se­kwen­cje wy­dają się rów­no­cze­śnie bar­dziej zło­wiesz­cze i nie­po­ko­jące. Nie­mniej kon­flikt ir­landzko-an­giel­ski ma swoje szcze­gólne zna­cze­nie. Ir­lan­dia to je­dyny kraj Eu­ropy Za­chod­niej, który zma­gał się z do­świad­cze­niami za­równo wcze­snego, jak i póź­nego ko­lo­nia­li­zmu. Od nich wy­cho­dząc, w pierw­szych trzech de­ka­dach obec­nego dwu­dzie­stego stu­le­cia stwo­rzyła nie­zwy­kłą li­te­ra­turę, któ­rej kie­ru­nek nada­wała próba prze­zwy­cię­że­nia ko­lo­nial­nej hi­sto­rii i za­stą­pie­nia jej czymś in­nym, czymś "na­tyw­nym", a przy tym nie pro­win­cjo­nal­nym. Tak samo jak nie ulega wąt­pli­wo­ści osta­teczne nie­po­wo­dze­nie owej próby wy­obra­że­nia so­bie au­ten­tycz­nie wy­zwa­la­ją­cej kul­tu­ro­wej al­ter­na­tywy, tak i nie­wąt­pliwy jest roz­mach pier­wot­nego przed­się­wzię­cia. Obec­nie, gdy pa­nu­jący sys­tem znów jest kwe­stio­no­wany - do tego stop­nia, że musi ulec po­waż­nej prze­mia­nie lub upaść - li­te­ra­tura ir­landzka, po­wsta­jąca w cie­niu tam­tego wcze­śniej­szego dą­że­nia czy też po­dą­ża­jąca jego śla­dami, ko­lejny raz pod­nosi kwe­stię przed­sta­wie­nia jed­nost­ko­wego pod­miotu w re­la­cji do spo­łecz­no­ści, hi­sto­rii i moż­li­wej przy­szło­ści.

W swo­jej ana­li­zie na­cjo­na­li­zmu Terry Eagle­ton roz­po­znaje za­sad­ni­cze sprzecz­no­ści, ja­kie z na­tury rze­czy cha­rak­te­ry­zują tę orien­ta­cję. Prze­ciw­stawne po­ję­cia, któ­rymi się po­słu­guje, są tymi sa­mymi, które musi osta­tecz­nie znieść. Ta­kie unie­waż­nie­nie nie jest jed­nak bez­re­fek­syj­nym czy ar­bi­tral­nym ge­stem. Po­działy na An­gli­ków i Ir­land­czy­ków, pro­te­stan­tów i ka­to­li­ków mu­szą sta­no­wić treść prze­ży­wa­nej ak­tu­al­no­ści. Cho­dzi za­tem o to, by stale mieć je na uwa­dze, wpi­saw­szy je w iro­niczny na­wias. W prze­ciw­nym ra­zie opre­syjne wa­runki, któ­rych są świa­dec­twem, będą wciąż po­wie­lane. W Eu­ro­pie ka­te­go­ria es­te­tyki staje przed wy­zwa­niem po­go­dze­nia tego, co kon­kretne, z tym, co uni­wer­salne. Tak ro­zu­miana es­te­tyka nie ma za­sto­so­wa­nia w Ir­lan­dii, gdzie ra­dy­kalna i abs­trak­cyjna oświe­ce­niowa wi­zja jed­nostki i lo­kal­nie uwa­run­ko­wany par­ty­ku­la­ryzm dzie­więt­na­sto­wiecz­nego ir­landz­kiego na­cjo­na­li­zmu po­zo­stają roz­łączne, brak wi­zji to­tal­nej, która za­my­ka­łaby czy go­dziła w so­bie obie ten­den­cje. Od­nosi się to na­wet do pi­sar­stwa Ja­mesa Joyce'a, w któ­rym pro­ces sca­la­jący osta­tecz­nie pro­wa­dzi do ho­mo­ge­ni­za­cji róż­nicy - nie tyle uobec­nia się po­przez opo­zy­cje, ta­kie jak prze­ciw­sta­wie­nie wspól­noty ko­smo­po­li­tycz­nej wspól­no­cie na­ro­do­wej, ile je za­ciera. Wszelka po­li­tyka trans­for­ma­cyjna musi dys­po­no­wać wi­zją, choćby ne­ga­tywną, ta­kiej wol­no­ści i jed­nost­ko­wej au­to­no­mii, któ­rych osią­gnię­cie uczy­ni­łoby ową po­li­tykę zbędną. Nie jest to pa­ra­doks czy­sto teo­re­tyczny. To wa­ru­nek, który na­leży z za­an­ga­żo­wa­niem urze­czy­wist­niać.

Przed­mio­tem eseju Fre­drica Ja­me­sona jest, oma­wiana rów­nież w in­nych jego pra­cach, sprzecz­ność mię­dzy ogra­ni­czo­nym do­świad­cze­niem jed­nostki a roz­pro­szo­nymi wa­run­kami, które nią rzą­dzą. W każ­dym sys­te­mie im­pe­rial­nym pod­miot za­miesz­ku­jący wła­sny kraj jest po­zba­wiony ja­kie­go­kol­wiek ży­wego do­stępu do od­le­głego sys­temu, który umoż­li­wia jego wła­sną eg­zy­sten­cję. Ja­me­son do­wo­dzi, że to w pró­bach uzgod­nie­nia jed­nost­ko­wej eg­zy­sten­cji z re­aliami glo­bal­nego in­sty­tu­cjo­nal­nego apa­ratu im­pe­ria­li­zmu na­leży upa­try­wać bodźca, który dał po­czą­tek wielu eks­pe­ry­men­tal­nym for­mom w li­te­ra­tu­rze no­wo­cze­snej. Joyce'owskie eks­pe­ry­menty z przed­sta­wie­niem oraz spo­sób, w jaki roz­mon­to­wuje on tra­dy­cyjne formy i za­ło­że­nia re­pre­zen­ta­cji, są zda­niem Ja­me­sona szcze­gól­nie wy­ra­zi­stym przy­kła­dem na to, jak za­mknięte spo­łe­czeń­stwo w ro­dzaju du­bliń­skiego, do­stępne wciąż in­dy­wi­du­al­nej świa­do­mo­ści jako au­to­no­miczna kul­tura, mu­siało so­bie przed­sta­wić wła­sną re­la­cję z me­tro­po­li­tar­nym i im­pe­rial­nym cen­trum, ta­kim jak Lon­dyn, jako pa­ra­li­tyczną, wręcz ka­ta­to­niczną. Brak mu wła­snej siły na­pę­do­wej. Jest obiek­tem dzia­łań poza jego kon­trolą, a tym sa­mym nie­do­sta­tecz­nie po­zna­nych czy uświa­do­mio­nych - im­pe­rial­nych sys­te­mów świa­to­wych, bry­tyj­skiego oraz rzym­sko­ka­to­lic­kiego. Czy­ta­jąc Joyce'a w kon­tra­punk­cie do ta­kiego an­giel­skiego pi­sa­rza jak E.M. For­ster, Ja­me­son ujaw­nia po­wody dez­in­te­gra­cji mo­na­dycz­nego pod­miotu po­wie­ści miesz­czań­skiej przez au­tora Ulis­sesa. Nie­po­wo­dze­nie For­stera w tym wzglę­dzie nie jest je­dy­nie po­rażką for­malną; świad­czy o klę­sce po­li­tycz­nego credo li­be­ra­li­zmu, z jego oso­bli­wym i gor­li­wym do­war­to­ścio­wa­niem au­to­no­micz­nego pod­miotu ludz­kiego i wy­ni­ka­jącą z tego po­rażką w zro­zu­mie­niu i uchwy­ce­niu spo­sobu dzia­ła­nia sys­temu, który pier­wot­nie zro­dził ów pod­miot, a który osta­tecz­nie go zdra­dza.

Edward W. Said sku­pia się na W.B. Yeat­sie, w któ­rego dzie­łach wi­dzi wzor­cowy oraz wcze­sny przy­kład pro­cesu de­ko­lo­ni­za­cji, wy­zwo­le­nie re­pre­zen­to­wa­nej przez po­etę wspól­noty z jej wro­dzo­nej i opre­syj­nej słu­żal­czo­ści, pro­wa­dzące ku no­wej, po­ten­cjal­nie re­wo­lu­cyj­nej sy­tu­acji. Re­cep­cja Yeatsa w in­nych kra­jach ko­lo­nial­nych nie­ko­niecz­nie po­krywa się z ak­tu­al­nym od­bio­rem Yeatsa w sa­mej Ir­lan­dii. Cho­ciaż osta­tecz­nie być może po­padł w ślepy pro­win­cjo­na­lizm, to jego próbę ucieczki z nie­woli dru­zgo­cą­cego dzie­więt­na­sto­wiecz­nego ir­landz­kiego do­świad­cze­nia po­wie­lano póź­niej i udo­sko­na­lano w wielu in­nych kra­jach i kul­tu­rach. Du­szące aspekty re­gio­nal­nego na­ty­wi­zmu, jak­kol­wiek stale obecne w jego twór­czo­ści i do­cho­dzące do głosu co­raz czę­ściej w jej póź­niej­szych fa­zach, nie anu­lują ra­dy­kal­nie wy­zwo­li­ciel­skich ele­men­tów tego pi­sar­stwa. Na­śla­do­wali je lub usi­ło­wali prze­ści­gnąć pi­sa­rze afry­kań­scy, pa­le­styń­scy i po­łu­dnio­wo­ame­ry­kań­scy, czy­ta­jący Yeatsa jako po­etę, któ­rego spo­sób re-kon­struk­cji sie­bie i wła­snej wspól­noty sta­nowi wzór dla ich wła­snych pro­jek­tów - od­da­ją­cych głos i hi­sto­rię tym, któ­rych po­zba­wiono świa­do­mo­ści obojga.

Ni­niej­sze eseje opu­bli­ko­wała pier­wot­nie, jako wy­daw­nic­twa in­ter­wen­cyjne, za­ło­żona w 1980 roku Field Day The­atre Com­pany. Obecny kry­zys po­li­tyczny w Ir­lan­dii Pół­noc­nej trwał już wów­czas od dwu­na­stu lat. Kry­zys ten wciąż się utrzy­muje i wszystko wska­zuje na to, że nie­prędko się skoń­czy. Od­po­wie­dzią na tę sy­tu­ację jest Field Day. Swoją sie­dzibę ma w Derry (zna­nym też jako Lon­don­derry), dru­gim naj­więk­szym mie­ście Ir­lan­dii Pół­noc­nej; sze­ściu z sied­miu re­ży­se­rów po­cho­dzi z Pół­nocy, a wszel­kie jej przed­się­wzię­cia - te­atr, druki ulotne oraz an­to­lo­gia li­te­ra­tury ir­landz­kiej[2] - mają zwią­zek z na­turą i ge­nezą współ­cze­snego im­pasu. Cho­ciaż miej­scem, w któ­rym roz­grywa się kon­flikt, jest Ir­lan­dia Pół­nocna, to uwi­kłana jest weń cała wy­spa wraz z Re­pu­bliką Ir­lan­dii oraz Zjed­no­czone Kró­le­stwo.

Pro­po­no­wana przez Field Day ana­liza tej sy­tu­acji wy­ra­sta z prze­ko­na­nia, że jest to, przede wszyst­kim, kry­zys ko­lo­nialny. Po­gląd ten nie cie­szy się po­pu­lar­no­ścią wśród po­li­tycz­nego i aka­de­mic­kiego es­ta­bli­sh­mentu w Ir­lan­dii. Zwłasz­cza hi­sto­rycy, od prze­szło dwu­dzie­stu lat, mają swój udział w czymś, co bywa okre­ślane re­wi­zją ir­landz­kiej hi­sto­rii, któ­rej głów­nym ce­lem było skom­pro­mi­to­wa­nie na­cjo­na­li­stycz­nej mi­to­lo­gii funk­cjo­nu­ją­cej przez po­nad pół wieku, mniej wię­cej od 1916 do 1966 roku. Tę po­le­miczną am­bi­cję udało im się w znacz­nej mie­rze zre­ali­zo­wać. Nar­ra­cja na­ro­do­wo­ściowa, opo­wia­da­jąca hi­sto­rię nad­użyć w ciągu sied­miu­set lat bry­tyj­skich rzą­dów (któ­rym kres po­ło­żyła na­resz­cie he­ro­iczna re­be­lia 1916 roku oraz akty prze­mocy ko­lej­nych sze­ściu lat; Pół­noc i wciąż otwarta kwe­stia jej sta­tusu to punkt kul­mi­na­cyjny tej hi­sto­rii), za­sad­ni­czo nie jest już uzna­wana ani za atrak­cyjną, ani upraw­nioną poza krę­gami zwo­len­ni­ków IRA i walki zbroj­nej. Rzecz­nicy re­wi­zjo­ni­zmu od­pie­rają za­rzuty tych, któ­rzy wi­dzą w nim po pro­stu jesz­cze jedną or­to­dok­sję, stwo­rzoną w od­po­wie­dzi na uwa­run­ko­wa­nia po­li­tyczne chwili i bro­nią swo­jego sta­no­wi­ska, twier­dząc, że wy­do­było na jaw nie­pod­le­ga­jącą sys­te­ma­tycz­nemu wy­ja­śnie­niu zło­żo­ność sprawy ir­landz­kiej i an­giel­sko-ir­landz­kiej. W prak­tyce spro­wa­dzili in­ter­pre­ta­cję do sta­no­wisk po­szcze­gól­nych grup, in­te­re­sów, klas i okre­sów hi­sto­rycz­nych; każda próba uchwy­ce­nia tych pro­ble­mów jako wa­rian­tów wid­mo­wego pa­ra­dyg­matu, ta­kiego jak ko­lo­nia­lizm, okre­ślana jest mia­nem "ide­olo­gicz­nej" i jako taka ska­zana jest na po­rażkę. Na do­brą sprawę cze­goś ta­kiego jak ko­lo­nia­lizm mo­gło ni­gdy nie być. Zda­niem wielu hi­sto­ry­ków byłby on jed­nym z upio­rów stwo­rzo­nych przez na­cjo­na­lizm, sam w so­bie fan­ta­zma­tyczny.

Field Day nie od­nosi się przy­chyl­nie do tej no­wej or­to­dok­sji, wy­ka­zu­ją­cej zni­komą lub zgoła ze­rową skłon­ność do au­to­ana­lizy. Oba­le­nie na­cjo­na­li­zmu, któ­rego do­ko­nuje, ob­raca się prze­ciwko niej sa­mej. Po­nadto w jej ra­mach nie zaj­mo­wano się na po­waż­nie dzie­dziną kul­tury, uzna­jąc ją za po­nie­kąd od­rębną od po­li­tyki. Po­stawę tę wspie­rało wielu z tych, któ­rzy wciąż wie­rzą w au­to­no­micz­ność ar­te­fak­tów kul­tury, a tym sa­mym zga­dzają się z Ar­nol­dow­skim[3] po­glą­dem, że dzieło sztuki, któ­remu naj­sku­tecz­niej udaje się uwol­nić od spe­cy­ficz­nych uwa­run­ko­wań wła­snego po­cho­dze­nia i wa­run­ków wy­two­rze­nia, jest, z ra­cji owego "uwol­nie­nia", w spo­sób naj­peł­niej­szy i naj­czyst­szy sa­mym sobą. Jest "uni­wer­salne", jak przy­stało na sztukę. Wy­cho­dząc od od­mien­nych za­ło­żeń, Field Day po­strzega wpraw­dzie sztukę jako ak­tyw­ność swo­istą, acz­kol­wiek taką, w którą głę­boko wpi­sana jest cała hi­sto­ria da­nej kul­tury. In­ter­pre­ta­cja kul­tury nie wy­cho­dzi od prze­ko­na­nia, że ist­nieje pewna uni­wer­salna ja­kość czy esen­cja, którą uchwy­cić i zgłę­biać jest zdolna tylko jedna kul­tura. Po­gląd taki jest już sam w so­bie prze­ko­na­niem po­li­tycz­nym i ode­grał on za­sad­ni­czą rolę w ir­landz­kim do­świad­cze­niu. Jed­nym ze szcze­gó­ło­wych ce­lów, ja­kie wy­zna­czyła so­bie Field Day, jest wy­cią­ga­nie na świa­tło dzienne hi­sto­rii i funk­cji tej idei au­to­no­micz­no­ści sztuki oraz opi­sy­wa­nie jej wy­pa­cza­ją­cych skut­ków.

W tym celu mu­sieli po­now­nie skie­ro­wać uwagę na po­ję­cie na­cjo­na­li­zmu. W kon­tek­ście ir­landz­kim zja­wi­sko to nie ogra­ni­cza się by­naj­mniej do Ir­land­czy­ków, jako że wy­spa, a zwłasz­cza Pół­noc, od co naj­mniej dwu­stu lat za­znaje na­cjo­na­li­zmu bry­tyj­skiego w po­staci do­mi­nu­ją­cego wpływu po­li­tycz­nego i kul­tu­ro­wego. Tak na­prawdę na­cjo­na­lizm ir­landzki jest u pod­wa­lin po­chodną swego bry­tyj­skiego od­po­wied­nika. Nie­mal wszyst­kie ru­chy na­cjo­na­li­styczne spo­ty­kały się z szy­der­stwami jako pro­win­cjo­nalne, fak­tycz­nie bądź po­ten­cjal­nie ra­si­stow­skie, przy­wią­zane do eli­ta­ry­stycz­nych czy dok­try­ner­skich po­staw i re­to­ryki. Okre­śle­nia te do­sko­nale opi­sują też na­cjo­na­lizm bry­tyj­ski, o czym do­bit­nie świad­czą wy­po­wie­dzi jego zwo­len­ni­ków w kwe­stii ir­landz­kiej: Ed­munda Spen­sera, sir Johna Da­viesa, sir Wil­liama Tem­ple'a, Sa­mu­ela Tay­lora Co­le­ridge'a, Tho­masa Car­lyle'a, Mat­thew Ar­nolda, Eno­cha Po­wella i Iana Pa­isleya. Zna­mienne ce­chy ir­landz­kiego na­cjo­na­li­zmu, sta­no­wiące o tym, że nie może się on stać ru­chem dą­żą­cym do wy­zwo­le­nia, biorą się stąd, że jest on, mu­ta­tis mu­tan­dis, ko­pią ide­olo­gii, od któ­rej sam za­zna­wał uci­sku. Zmowa na­cjo­na­li­zmów ir­landz­kiego z bry­tyj­skim wy­two­rzyła oparte na kon­tra­stach ste­reo­typy, a w swej naj­bar­dziej szko­dli­wej od­sło­nie po­ło­żyła kul­tu­rowe pod­wa­liny pod izo­la­cjo­nizm re­li­gijny. Bo­daj oczy­wi­sto­ścią bę­dzie stwier­dze­nie, że kon­ku­ru­jące ze sobą na­cjo­na­li­zmy za­wsze de­fi­nio­wały sie­bie w re­la­cji do pro­te­stan­ty­zmu albo ka­to­li­cy­zmu. Każda próba odej­ścia od ta­kiej de­fi­ni­cji - za­równo ta pod­jęta przez To­wa­rzy­stwo Zjed­no­czo­nych Ir­land­czy­ków pod ko­niec XVIII wieku, jak i ta za­ini­cjo­wana przez ruch związ­kowy na po­czątku wieku XX - po­no­siła klę­skę wo­bec bez­względ­nych i po­łą­czo­nych wy­sił­ków nie­chęt­nych jej stron­nictw. W Ir­lan­dii Pół­noc­nej nie oglą­damy wcale ja­kiejś ana­chro­nicz­nej bi­twy mię­dzy sek­tami re­li­gij­nymi, dla któ­rej wła­ściwe miej­sce wi­dzie­li­by­śmy w wieku XVII. Je­ste­śmy tu ra­czej świad­kami skut­ków współ­cze­snego ko­lo­nia­li­zmu, który pod­trzy­mał i roz­wi­nął ide­olo­gię do­mi­na­cji i pod­dań­stwa we­wnątrz idiomu po­działu re­li­gij­nego, bę­dą­cego za­wsze na wy­cią­gnię­cie ręki. U swych pod­staw Wielka Bry­ta­nia jest, jak przy­po­mina nam przy­pa­dek Ir­lan­dii Pół­noc­nej, kra­jem wy­raź­nie pro­te­stanc­kim. Ów fun­da­cyjny "ana­chro­nizm" (któ­rego ko­rze­nie wy­ra­stają w Lon­dy­nie, a wy­bu­jałe od­ro­śle - w Bel­fa­ście) staje się rze­czy­wi­sto­ścią po­li­tyczną, kiedy kwe­stio­no­wany jest bry­tyj­ski ład kon­sty­tu­cyjny.

Wszyst­kie na­cjo­na­li­zmy mają wy­miar me­ta­fi­zyczny, al­bo­wiem wszyst­kie je na­pę­dza am­bi­cja urze­czy­wist­nie­nia ich nie­odrod­nej esen­cji w ja­kiejś okre­ślo­nej i na­ma­cal­nej for­mie. Formą taką może być struk­tura po­li­tyczna albo tra­dy­cja li­te­racka. Pro­blemy, ja­kie ro­dzi dą­że­nie do re­ali­za­cji tej am­bi­cji, same w so­bie są nie lada wy­zwa­niem, a trud­ność tylko się zwięk­sza, ura­sta­jąc wręcz do rangi ab­surdu, w sy­tu­acji, kiedy ży­wiący na­cjo­na­li­styczne wy­obra­że­nie o so­bie uznają je za ide­alny wzo­rzec, do któ­rego wszy­scy inni po­winni się do­sto­so­wać. Jest to cha­rak­te­ry­styczna ce­cha na­ro­dów ko­lo­nial­nych i im­pe­rial­nych. Jako że wy­nio­sły sie­bie do rangi po­wszech­nika, każdy skie­ro­wany prze­ciwko nim bunt trak­tują jako z ko­niecz­no­ści pro­win­cjo­nalny. Za to prze­ciw­sta­wia­jące się im na­cjo­na­li­zmy zbun­to­wa­nych sta­rają się stwo­rzyć na wła­sne po­trzeby pewną wer­sję hi­sto­rii, w ja­kiej ich nie­odrodna esen­cja miała się za­wsze uobec­niać, przy­no­sząc w efek­cie od­czy­ta­nia prze­szło­ści rów­nie mo­no­li­tyczne jak te, które sta­rają się wy­przeć. Na ogół, jak w Ir­lan­dii, na ich nie­ko­rzyść działa do­dat­kowo to, że ich prze­szłość zo­stała w du­żej mie­rze znisz­czona, uci­szona, wy­ma­zana. Dla­tego też wy­twa­rzany przez nie amal­ga­mat jest po­datny na ataki i szy­der­stwa.

Nie­mniej na­cjo­na­lizm w obu wy­da­niach oka­zał się wy­jąt­kowo sku­teczny w do­bie no­wo­cze­snej wła­śnie dla­tego, że mie­ści w so­bie wspo­mniany me­ta­fi­zyczny esen­cjo­na­lizm. Z tej ra­cji zdo­łał opo­wie­dzieć swo­iście no­wo­cze­sną (czy też mo­der­ni­styczną) hi­sto­rię, ze swadą i siłą prze­ko­ny­wa­nia, które rów­nież dzi­siaj zdo­by­wają so­bie po­słuch. W re­zul­ta­cie otrzy­mu­jemy nar­ra­cję o upadku no­wo­cze­snej ludz­ko­ści ze stanu szczę­śli­wo­ści w spe­cy­ficz­nie no­wo­cze­sną kon­dy­cję alie­na­cji. Im­pe­rialna na­cjo­na­li­styczna Wielka Bry­ta­nia opo­wia­dała tę hi­sto­rię wie­lo­krot­nie, two­rząc ciąg do­sko­na­łych i po­my­sło­wych przy­po­wie­ści ma­ją­cych wska­zać mo­ment, od któ­rego roz­po­czy­nał się schy­łek. W hi­sto­rii li­te­ra­tury, od Co­le­ridge'a, przez Ar­nolda, T.S. Eliota i F.R. Le­avisa, nowa nar­ra­cja od­kry­wała po­now­nie sie­dem­na­sto­wieczny Eden, po któ­rym na­stę­po­wał upa­dek, z ostat­nim jego ak­tem roz­gry­wa­ją­cym się współ­cze­śnie. W swo­ich po­wie­ściach Jo­seph Con­rad, Ru­dy­ard Ki­pling, Ford Ma­dox Ford, E.M. For­ster i D.H. Law­rence me­dy­to­wali nad klę­ską an­giel­sko­ści na zie­miach im­pe­rium i in­nych za­mor­skich te­ry­to­riach. Im­pe­rialny na­ty­wizm wła­śnie w cza­sie mi­nio­nym szu­kał po­cie­chy wo­bec pro­ble­mów te­raź­niej­szo­ści i czę­sto kon­sta­to­wał, że obecna po­rażka jest kon­se­kwen­cją roz­kładu "cha­rak­teru na­ro­do­wego", być może naj­bar­dziej upo­rczy­wie przy­wo­ły­wa­nej i naj­mniej re­al­nej kre­acji spo­śród wszyst­kich mi­to­lo­gii na­cjo­na­li­zmu. W Ir­lan­dii, wła­śnie prze­ży­wa­ją­cej li­te­rac­kie od­ro­dze­nie, Eden lo­ko­wano w prze­szło­ści przed­chrze­ści­jań­skiej (i tym sa­mym w cza­sie sprzed po­działu na wy­zna­nia), a mo­de­lo­wymi fi­gu­rami, które uro­sły do rangi pro­to­ty­pów toż­sa­mo­ści ir­landz­kiej, stały się, z ko­niecz­no­ści, po­sta­cie le­gen­darne - jak Cúchu­la­inn[4] - ze swej na­tury da­jące się wpi­sać w nie­mal każdą for­mułę. Naj­istot­niej­szy jest tu fakt, że sy­tu­acja po­li­tyczna w Wiel­kiej Bry­ta­nii w ostat­nich de­ka­dach wieku XIX i w Ir­lan­dii we wcze­snych la­tach XX stu­le­cia za­częła się upo­mi­nać o skon­stru­owane na nowo wer­sje ich cha­rak­te­rów na­ro­do­wych i tra­dy­cji li­te­rac­kich. Jest to je­den z przy­kła­dów, acz­kol­wiek klu­czowy, in­te­rak­cji strefy po­li­tycz­nej i kul­tu­ral­nej, a także in­te­rak­cji Bry­tyj­czy­ków i Ir­land­czy­ków, która tak bar­dzo przy­czy­niła się do wy­two­rze­nia za­wi­kła­nej sy­tu­acji, w ja­kiej tkwimy obec­nie.

W opu­bli­ko­wa­nych do­tąd dru­kach Field Day po­dej­mo­wał próby usto­sun­ko­wa­nia się do tego odzie­dzi­czo­nego po­ło­że­nia, po­ka­zu­jąc, że splot sił po­li­tycz­nych i kul­tu­ro­wych (w znacz­nej mie­rze li­te­rac­kich) jest dziś przed­mio­tem no­wej ana­lizy, sty­mu­lo­wa­nej przez trwa­jący kon­flikt po­li­tyczny. Tru­izmem jest stwier­dze­nie, że nie ma nie­win­nego ję­zyka. Trud­niej jest w re­to­ryce dys­kur­sów po­li­tycz­nych i li­te­rac­kich wy­tro­pić te formy i od­miany oskar­że­nia, buntu, uni­ko­wych wy­bie­gów i ste­reo­ty­pi­za­cji, które okre­ślają na­sze daw­niej­sze i współ­cze­sne in­ter­pre­ta­cje lub są przez nie okre­ślane.

Ko­lo­nia­lizm w naj­peł­niej­szej po­staci jest pro­ce­sem ra­dy­kal­nego wy­własz­cze­nia. Na­ro­dowi sko­lo­ni­zo­wa­nemu brak okre­ślo­nej hi­sto­rii, a na­wet - jak w przy­padku Ir­lan­dii - okre­ślo­nego ję­zyka. Do­cho­dze­nie do sie­bie po utra­cie ję­zyka ir­landz­kiego przy­brało po­stać nie­omal mści­wej bie­gło­ści w uży­ciu an­gielsz­czy­zny, dą­że­nia do tego, by ir­landzki an­giel­ski uczy­nić ję­zy­kiem z praw­dzi­wego zda­rze­nia, aby nie był tylko przy­rost­kiem do an­giel­skiej mowy. Wir­tu­oze­ria wcze­sno­no­wo­cze­snej ir­landz­kiej twór­czo­ści li­te­rac­kiej i jej nie­do­okre­ślona re­la­cja z ru­chem od­ro­dze­nia ga­elic­kiego sta­no­wią przy­kład tego nie­pew­nego po­ło­że­nia. Jej ce­chy cha­rak­te­ry­styczne naj­peł­niej re­ali­zują się u Yeatsa, Joyce'a i Johna Mil­ling­tona Synge'a, ale i u in­nych - Oscara Wilde'a, Geo­rge'a Mo­ore'a, Geo­rge'a Ber­narda Shawa i Sa­mu­ela Bec­ketta - po­ja­wiają się one w nie­wiele tylko mniej­szym za­kre­sie. Lecz kwe­stia ję­zy­kowa, choć istotna, wy­da­wała się dru­go­rzędna w po­rów­na­niu z kwe­stią prze­ję­cia, a mia­no­wi­cie prze­ję­cia tych (i in­nych) au­to­rów na rzecz in­ter­pre­ta­cji po­dyk­to­wa­nej od­czy­ta­niem wa­run­ków, w któ­rych po­wsta­wały ich dzieła, oraz wa­run­ków ir­landz­kich, w któ­rych były czy­tane. Siłą rze­czy to na Yeat­sie i Joy­sie sku­piła się z po­czątku w prze­wa­ża­ją­cej mie­rze na­sza uwaga, jako że to ich, bar­dziej niż ko­go­kol­wiek in­nego, (błęd­nie) in­ter­pre­to­wano w kon­tek­ście tego, co ro­zu­miano pod po­ję­ciami li­te­ra­tury an­giel­skiej czy też bry­tyj­skiej, mię­dzy­na­ro­do­wego mo­der­ni­zmu lub czło­wie­czej doli w XX wieku. Na­sza lek­tura tych au­to­rów miała na celu przy­wró­cić ich kul­tu­rze, w któ­rej na­dal od­czu­wano ich obec­ność, pod­dać in­ter­pre­ta­cji in­ter­pre­ta­cje, po­przez które są nam prze­ka­zy­wani, prze­jąć ich moc re­wo­lu­cyjną i au­to­ry­ta­tywną dla tu i te­raz Ir­lan­dii doby współ­cze­snej.

Mamy tu do czy­nie­nia z pewną nie­uchronną mo­no­to­nią, przed którą w wa­run­kach ko­lo­nial­nych nie spo­sób uciec. Owo z po­zoru nie­koń­czące się po­szu­ki­wa­nie utra­co­nej zbio­ro­wej czy choćby oso­bi­stej toż­sa­mo­ści jest ska­zane na po­rażkę w dwój­na­sób. Samo tylko wy­wo­ła­nie jej z na­zwy wska­zuje na jej utratę; a raz na­zwana, nie bę­dzie już wię­cej bez­i­mienną. Przy tym toż­sa­mość taka jest cał­ko­wi­cie nie­rze­czy­wi­sta. Można ją przy­wo­ły­wać tylko do­póty, do­póki bę­dziemy uda­wać, że na niej skoń­czy się po­szu­ki­wa­nie, któ­remu dała po­czą­tek. Kiedy Yeats stwa­rzał ir­landzką tra­dy­cję li­te­racką w ję­zyku an­giel­skim, wcale nie od­krył u Jo­na­thana Swi­fta czy Ed­munda Burke'a i in­nych esen­cji ir­landz­kiej pro­te­stanc­ko­ści, któ­rej po­szu­ki­wał; po­szu­ki­wał u nich tej esen­cji, którą na­stęp­nie od­krył. To samo można po­wie­dzieć o wer­sjach hi­sto­rii li­te­ra­tury an­giel­skiej, do­strze­ga­ją­cych u Wil­liama Sha­ke­spe­are'a i Johna Ke­atsa pier­wotny, wy­ro­sły na an­giel­skiej ziemi ge­niusz, który u Johna Mil­tona i Ale­xan­dra Pope'a miałby się ja­koś od tego źró­dła od­da­lać. Zaj­mo­wa­nie się po­dob­nymi kwe­stiami pro­wa­dzi do roz­trzą­sa­nia za­gad­nień cha­rak­teru na­ro­do­wego, py­tań o ję­zyk, w któ­rym cha­rak­ter ów zy­skuje wła­ściwy wy­raz, a więc, idąc da­lej, do ste­reo­ty­pi­za­cji grup, klas, ras w za­leż­no­ści od tego, jaką li­te­ra­turę (mu­zykę, ar­chi­tek­turę; dzie­dziny można mno­żyć) wy­twa­rzają. Jed­nak nie­za­leż­nie od mo­no­to­nii tego za­da­nia nie spo­sób się uchy­lać przed jego pod­ję­ciem. W prze­ciw­nym ra­zie, kon­cen­tru­jąc się na po­je­dyn­czych na­tyw­nych drze­wach, nie do­strze­żemy, że znaj­du­jemy się w ko­lo­nial­nym le­sie.

Dą­że­nie do od­kry­cia swo­jej "praw­dzi­wej" toż­sa­mo­ści wspól­nota czę­sto roz­po­czyna od de­mon­tażu fał­szy­wych ste­reo­ty­pów, w po­trza­sku któ­rych tkwiła. Jest to pro­ces skom­pli­ko­wany, ste­reo­ty­pom bo­wiem do­brze się po­wo­dzi wła­śnie dla­tego, że zo­stały uwew­nętrz­nione. Nie są to je­dy­nie kalki, w które sko­lo­ni­zo­wa­nych wtła­czają ko­lo­ni­za­to­rzy. Nie od dziś wia­domo, że jedne ste­reo­typy ro­dzą inne, jak w przy­padku An­gli­ków i Ir­land­czy­ków. Jak­kol­wiek ini­cja­tywa ste­reo­ty­pi­za­cyjna, by tak rzec, znaj­duje się po stro­nie wspól­noty, która spra­wuje wła­dzę, to jej przed­sta­wi­ciele mu­szą wraz ze ste­reo­ty­pem in­nych stwo­rzyć ste­reo­typ sa­mych sie­bie. W isto­cie jest to je­den ze spo­so­bów de­fi­nio­wa­nia in­no­ści. De­fi­ni­cja in­no­ści - czyli to, w ja­kim stop­niu można prze­ko­nu­jąco po­ka­zać in­nym, że od­bie­gają od do­mnie­ma­nej normy - sta­nowi uza­sad­nie­nie pod­boju. Krnąbr­ność Ir­land­czy­ków, z jaką od­ma­wiali iden­ty­fi­ka­cji z ka­ry­ka­turą por­tre­tu­jącą ich jako bar­ba­rzyń­skich czy nie­cy­wi­li­zo­wa­nych, rów­no­cze­śnie zde­ma­sko­wała fał­szy­wość an­giel­skiego uza­sad­nie­nia i zbru­ta­li­zo­wała pro­ces pod­po­rząd­ko­wy­wa­nia. Jed­nakże w ciągu ostat­nich stu lat wa­runki tego dia­logu ule­gły prze­mia­nie. W naj­róż­niej­szych miej­scach - u Re­nana, u Ar­nolda, u Ha­ve­locka El­lisa, w po­pu­lar­no­ści Shawa - od­kry­wano na­gle, że oto an­giel­ski cha­rak­ter na­ro­dowy nie­do­maga i po­trzeba mu cha­rak­te­rów ir­landz­kiego czy też cel­tyc­kiego, które by go do­peł­niały i umoż­li­wiały mu prze­trwa­nie. Wszy­scy teo­re­tycy de­ge­ne­ra­cji ra­so­wej, tacy jak Fran­cis Gal­ton, Max Nor­dau, Ce­sare Lom­broso czy Oswald Spen­gler, dzie­lili z kry­ty­kami li­te­rac­kimi, po­etami i pro­za­ikami prze­ko­na­nie, że do za­trzy­ma­nia upadku Za­chodu po­trzeba za­strzyku czy trans­fu­zji ener­gii z ja­kie­goś "nie­ska­la­nego" źró­dła. Ir­land­czycy wy­da­wali się od­po­wia­dać an­giel­skim ce­lom. Byli biali, wie­dli ży­cie wiej­skie i stro­nili za­równo od de­ka­den­cji, jak i in­te­lek­tu­ali­zmu. Tak na­prawdę nie byli wcale Ir­land­czy­kami; byli Cel­tami. Ich oj­czy­zna była tym sa­mym, czym była Eu­ropa, nim pod­bili ją Rzy­mia­nie - miej­scem nie­zna­ją­cym zło­żo­nych struk­tur po­li­tycz­nych, go­spo­dar­czych i mi­li­tar­nych, za­miesz­ki­wa­nym przez dzi­kie, wie­dzione wy­obraź­nią po­etyc­kie ple­mię. Obec­nie, w ob­li­czu dia­me­tral­nej re­wi­zji bia­łej eu­ro­pej­skiej hi­sto­rii, Ir­land­czycy, któ­rzy wy­raź­nie skła­niali się ku an­giel­skiej wi­zji sa­mych sie­bie, na­resz­cie za­wład­nęli ste­reo­ty­pem, za­mie­nili Celta w Ga­ela i usta­no­wili nową in­ter­pre­ta­cję temu wy­obra­że­niu o sa­mych so­bie znaną jako Irish li­te­rary re­vi­val. Od­ro­dze­nie to, tak jak re­be­lia i wojna o nie­pod­le­głość, trak­tat an­giel­sko-ir­landzki (który wpro­wa­dził obo­wią­zu­jący do dzi­siaj po­dział ad­mi­ni­stra­cyjny Ir­lan­dii) i wy­bu­chła wsku­tek jego za­war­cia wojna do­mowa, było jed­no­cze­śnie przy­czyną i kon­se­kwen­cją wie­lo­to­ro­wego wy­siłku na rzecz od­no­wie­nia idei cha­rak­teru na­ro­do­wego i mi­sji na­rodu. Do­piero gdy An­glicy do­strze­gli w Cel­cie nie­zbędne do­peł­nie­nie wła­snego cha­rak­teru na­ro­do­wego, Ir­land­czycy mo­gli przejść od po­ję­cia kom­ple­men­tar­no­ści do po­ję­cia ra­dy­kal­nej róż­nicy. To kla­syczny przy­pa­dek sy­tu­acji, w któ­rej na­cjo­na­lizm zo­staje stwo­rzony przez siły go tłu­miące i może, na tym eta­pie, prze­kształ­cić się w na­rzę­dzie wy­zwo­le­nia.

Wy­zwo­le­nie, które osią­gnięto - do­ko­na­nie zresztą nie­ba­ga­telne - miało siłą rze­czy swe gra­nice. Było to wy­zwo­le­nie otwie­ra­jące drogę ku swo­iście ir­landz­kiej, nie swo­iście ludz­kiej, toż­sa­mo­ści. Roz­wój wy­pad­ków na Po­łu­dniu (w dzi­siej­szej Re­pu­blice Ir­lan­dii) od roku 1922 wy­raź­nie wska­zuje na ten wła­śnie aspekt. Ko­ściół ka­to­licki sku­tecz­nie pod­kre­śla wy­jąt­ko­wość ir­landz­kiej tra­dy­cji ka­to­lic­kiej, ob­sa­dza­jąc się w roli obrońcy bo­go­boj­nego i czy­stego na­rodu w zde­ge­ne­ro­wa­nym i zwul­ga­ry­zo­wa­nym świe­cie. Rów­nież Yeats, zwłasz­cza w swo­jej póź­niej­szej twór­czo­ści po­etyc­kiej, wy­ra­żał pra­gnie­nie, by kul­tura jego na­rodu ode­grała wy­jąt­kową rolę, przy­cho­dząc w su­kurs ludz­ko­ści "w ob­li­czu brud­nego prądu ist­nie­nia"[5]. In­nymi słowy, ir­landzka wol­ność ogra­ni­czyła się do wol­no­ści sta­wa­nia się Ir­land­czy­kiem na z góry okre­ślone spo­soby. W tym bar­dziej do­głęb­nym im­puls re­wo­lu­cyjny z po­czątku stu­le­cia zo­stał zdu­szony. W ten spo­sób wra­camy do punktu wyj­ścia: od­rzu­ca­jąc na­cjo­na­li­styczną re­wo­lu­cję, ża­łu­jąc - w nie­któ­rych krę­gach - że wy­da­rze­nia roku 1916 w ogóle miały miej­sce i prze­pi­su­jąc na­szą hi­sto­rię tak, by za­kwe­stio­no­wać re­alny fakt i skan­dal ko­lo­nia­li­zmu. Re­pu­blika, znu­żona opacz­nie poj­mo­waną ir­landzką toż­sa­mo­ścią i słusz­nie scep­tyczna czy szy­der­cza wo­bec po­glądu o wy­jąt­ko­wym prze­zna­cze­niu Ir­lan­dii, wy­rze­kła się cał­ko­wi­cie po­ję­cia toż­sa­mo­ści jako mo­no­ton­nego i ja­ło­wego ana­chro­ni­zmu i rzu­ciła się ko­rzy­stać ze wszyst­kich "mię­dzy­na­ro­do­wych" moż­li­wo­ści zwią­za­nych za­równo z przy­stą­pie­niem do Eu­ro­pej­skiej Wspól­noty Go­spo­dar­czej, jak i z od­wie­dzi­nami mię­dzy­na­ro­do­wych kar­teli, sku­szo­nych li­be­ralną po­li­tyką po­dat­kową kraju.

To wła­śnie wtedy, w sa­mym środku tego pro­cesu, Pół­noc roz­po­częła bra­to­bój­czy kon­flikt. Wraz z nim na pierw­szy plan po­wró­ciły kwe­stie zwią­zane z toż­sa­mo­ścią wspól­noty, ko­lo­nialną in­ge­ren­cją, po­dzia­łem na sekty i ste­reo­ty­pi­za­cją ra­sową, które, zda­wało się, zo­stały już od­sta­wione na boczny tor. Wo­bec ta­kich oko­licz­no­ści swoją rolę wi­dzi Field Day.

Na przed­się­wzię­cie skła­dają się trzy ele­menty: te­atr, in­ter­wen­cyjne bro­szury Field Day oraz The Field Day An­tho­logy. W 1990 roku za­koń­czy się pierw­sza faza dzia­łal­no­ści Field Day. Ten­den­cją wio­dącą w pu­bli­ka­cjach było ana­li­zo­wa­nie roz­ma­itych przy­kła­dów re­to­ryki przy­musu i wy­zwo­le­nia, tak oczy­wi­stych we współ­cze­snej li­te­ra­tu­rze ir­landz­kiej (zwłasz­cza u Yeatsa i Joyce'a), we współ­cze­snych ir­landz­kich dys­kur­sach i prak­ty­kach po­li­tycz­nych i praw­nych, a także w ukła­dach in­ter­pre­ta­cyj­nych, które im po­śred­ni­czą. Spe­cy­fika i za­mysł formy druku in­ter­wen­cyj­nego wła­ściwa tym wy­daw­nic­twom wy­maga, by po­wyż­sze te­maty po­dej­mo­wały one w spo­sób wy­ra­zi­sty i zwię­zły, od­no­sząc je do obec­nej sy­tu­acji na Pół­nocy czy, sze­rzej, do sto­sun­ków an­giel­sko-ir­landz­kich. W te­atrze naj­wię­cej uwagi po­świę­cono szcze­gól­nemu do­świad­cze­niu, które można okre­ślić mia­nem prze­kładu. Mam przez to na my­śli ad­ap­ta­cje, nowe od­czy­ta­nia i re­orien­ta­cje, któ­rych mu­szą do­ko­nać jed­nostki i grupy do­świad­czone trau­ma­tycz­nym kul­tu­ro­wym i po­li­tycz­nym kry­zy­sem na tyle fun­da­men­tal­nym, że stają wo­bec ko­niecz­no­ści stwo­rze­nia dla sie­bie no­wej mowy, no­wej hi­sto­rii czy opo­wie­ści, dzięki któ­rym kry­zys ten zy­skałby ja­kąś ra­cjo­nalną czy spójną formę. Dra­maty Briana Friela Tłu­ma­cze­nia (1980) i Ma­king Hi­story [Two­rze­nie hi­sto­rii] (1988), Tho­masa Kil­roya Do­uble Cross [Po­dwójny krzyż] (1987) czy ad­ap­ta­cja An­ty­gony au­tor­stwa Toma Pau­lina pod ty­tu­łem The Riot Act [Ustawa o bun­cie] (1985) na­leżą do naj­bar­dziej uda­nych przy­kła­dów po­szu­ki­wań cha­rak­te­ry­stycz­nych dla te­atru Field Day. W każ­dym z dra­ma­tów kry­zys po­li­tyczny wy­wo­łuje kry­zys lo­jal­no­ści, da­jący się wpraw­dzie prze­ana­li­zo­wać, ale nie­roz­wią­zy­walny. We wszyst­kich trzech przy­pad­kach ana­liza dra­ma­tyczna sku­pia się na lę­kach zwią­za­nych z na­zy­wa­niem, mó­wie­niem oraz gło­sem i ich stycz­no­ści z miej­scem, toż­sa­mo­ścią i sa­mo­re­ali­za­cją. Sztuki dra­ma­tur­giczne i wy­daw­nic­twa są ze sobą nie­ro­ze­rwal­nie po­wią­zane jako czę­ści jed­nego pro­jektu, cho­ciaż do kon­stru­owa­nia klu­czo­wego dys­kursu wy­ko­rzy­stują, rzecz ja­sna, od­mienne środki. Z tych dzia­łań wy­wo­dzi się The Field Day An­tho­logy [An­to­lo­gia Field Day] obej­mu­jąca dzieła po­wstałe na prze­strzeni ty­siąca pię­ciu­set lat. Sta­nowi akt prze­ję­cia, prze­nie­sie­nia w for­mat trzech ob­szer­nych to­mów wy­bra­nego ir­landz­kiego pi­śmien­nic­twa li­te­rac­kiego, po­li­tycz­nego, eko­no­micz­nego, fi­lo­zo­ficz­nego i in­nych ga­tun­ków tek­sto­wych i za­pre­zen­to­wa­nia tych to­mów, nie bez pew­nej dozy iro­nicz­nej sa­mo­świa­do­mo­ści, jako two­rzą­cych wspólną ca­łość i jed­no­litą "tra­dy­cję" czy też amal­ga­mat róż­nych tra­dy­cji. Rzecz nie w tym, aby stwo­rzyć ka­non jako taki; cho­dzi o włą­cze­nie się w dzia­ła­nie, ja­kim jest kon­stru­owa­nie sys­temu, który po­siada po­wo­łu­jącą do ży­cia od­po­wied­nie wa­runki ener­gię mo­bi­li­za­cyjną, ener­gię po­zwa­la­jącą się upo­mi­nać o uzna­nie wła­snego ist­nie­nia i od­ręb­no­ści przy jed­no­cze­snym zro­zu­mie­niu, że wszyst­kie ta­kie sys­temy - tak jak an­to­lo­gie in­nych li­te­ra­tur na­ro­do­wych - to fik­cje skon­stru­owane na za­sa­dach hie­rar­chii i wy­klu­cze­nia, a także włą­cze­nia, wy­cho­dzące na jaw do­piero wtedy, gdy ma­te­riał zo­staje upo­rząd­ko­wany w pew­nej for­mie. Nie jest to wy­łącz­nie ćwi­cze­nie z od­zy­ski­wa­nia Swi­fta, Geo­rge'a Ber­ke­leya, Oli­vera Gold­smi­tha, Burke'a, Shawa, Yeatsa, Joyce'a, Bec­ketta i in­nych z ob­szaru są­sied­nich fik­cji, ja­kimi są an­giel­ska czy bry­tyj­ska li­te­ra­tura i li­te­racka tra­dy­cja. To od­zy­ski­wa­nie tych pi­sa­rzy dla tak zwa­nego in­nego kon­tek­stu, lek­tura w jego ob­rę­bie w re­la­cji z in­nymi ir­landz­kimi dzie­łami po to, by inne "ze­wnętrzne" od­czy­ta­nia, nie­świa­dome tego kon­tek­stu ani jego siły, zmo­dy­fi­ko­wać, a może na­wet po­sta­wić je w trud­nym po­ło­że­niu.

Te trzy przed­się­wzię­cia pro­wo­kują, rzecz ja­sna, sze­reg py­tań ogól­niej­szej na­tury, do­ty­czą­cych nie­mniej szcze­gól­nej i tra­gicz­nej sy­tu­acji. Naj­więk­sze wspól­noty na Pół­nocy, pro­te­stanci i ka­to­licy, unio­ni­ści i na­cjo­na­li­ści, z po­wodu oko­licz­no­ści, o któ­rych po czę­ści wspo­mi­na­łem, zmu­szone są od­twa­rzać sta­no­wi­ska, z któ­rych nie ma od­wrotu. Obie spo­łecz­no­ści czuły daw­niej i czują obec­nie, że za­sa­dom, któ­rym po­zo­stają lo­jalne, po­waż­nie za­graża zdrada (albo już zo­stały zdra­dzone) ze strony rzą­dów, lon­dyń­skiego i du­bliń­skiego, ich rze­ko­mych straż­ni­ków. Obie spo­łecz­no­ści czują, że mają obo­wią­zek, w osa­mot­nie­niu spo­wo­do­wa­nym ową zdradą, pod­trzy­my­wać praw­dziwą wiarę, czy to wiarę re­pu­bli­kań­skiego na­cjo­na­li­zmu ir­landz­kiego, czy to swo­bód pro­te­stan­tów i Bry­tyj­czy­ków. Każda po­strzega drugą jako śmier­telne za­gro­że­nie dla wła­snej eg­zy­sten­cji. Jedna i druga wi­dzi w sa­mej so­bie obroń­ców fun­da­men­tal­nej re­guły, któ­rych nie­gdy­siejsi so­jusz­nicy i przy­ja­ciele przed­sta­wiają te­raz w ka­ry­ka­tu­ral­nym wy­krzy­wie­niu jako za­śle­pione i ciemne ple­mię. Obie wspól­noty trwają uwię­zione w ob­rę­bie cia­snej geo­gra­ficz­nej prze­strzeni, w na poły uwew­nętrz­nio­nym prze­ko­na­niu, że przy­no­szą wstyd obu pań­stwom na­ro­do­wym, które po­dają so­bie rękę, spra­wu­jąc nad nimi wła­dzę. Na­wet zwy­cza­jowe ter­miny dys­kursu de­mo­kra­tycz­nego nie funk­cjo­nują tu jak na­leży. Ka­to­licy są mniej­szo­ścią w Ir­lan­dii Pół­noc­nej, ale więk­szo­ścią na ca­łej wy­spie; twier­dzą, że sta­tus mniej­szo­ści nadano im umyśl­nie, wy­zna­cza­jąc gra­nicę tak, by za­cho­wać w pań­stwie pro­te­stancką więk­szość. Pro­te­stanci sta­no­wią więk­szość w Ir­lan­dii Pół­noc­nej, ale mniej­szość w skali wy­spy; spo­ra­dycz­nie przy­po­mina im się rów­nież, iż są mniej­szo­ścią w Zjed­no­czo­nym Kró­le­stwie. Struk­tu­ralne po­do­bień­stwa ich po­ło­że­nia, ich roz­chwia­nie mię­dzy po­czu­ciem, że są za­gro­żoną mniej­szo­ścią, a prze­ko­na­niem o by­ciu silną więk­szo­ścią, ich nie­moc od­mie­nie­nia cze­goś w tej sy­tu­acji i moc, z jaką ją pod­trzy­mują, wresz­cie de­mo­ni­zo­wa­nie jed­nych przez dru­gich jako na­rodu z na­tury sko­rego do prze­mocy, po­dat­nego na bi­go­te­rię i uprze­dze­nia w po­łą­cze­niu ze sła­bo­ścią go­spo­darki wy­twa­rzają dy­na­mikę po­działu we­wnętrz­nego. Osła­wiony bry­tyj­ski sys­tem prawny za­równo w Wiel­kiej Bry­ta­nii (kiedy cho­dzi o Ir­land­czy­ków), jak i w Ir­lan­dii, dał się po­znać je­dy­nie jako sys­tem po­li­tycz­nej re­pre­sji, sam bo­wiem także nie może się zdo­być na roz­róż­nie­nie mię­dzy po­ję­ciem osoby jako ta­kiej a po­ję­ciem osoby, którą można za taką uznać na wa­run­kach obo­wią­zu­ją­cej w Wiel­kiej Bry­ta­nii ide­olo­gii. Tego ro­dzaju kry­zys sta­nowi praw­dziwe wy­zwa­nie dla pro­cesu le­ga­li­za­cji; skan­da­liczne ze­psu­cie prawa w Ir­lan­dii Pół­noc­nej una­ocz­niło fakt, że prawo jest kwe­stią kon­troli, nie zaś spra­wie­dli­wo­ści. Nie jest to samo w so­bie wiel­kim ob­ja­wie­niem; nie trzeba o tym prze­ko­ny­wać ni­kogo, kto mieszka w ko­lo­nii czy by­łej ko­lo­nii. Ale, po­dob­nie jak gorz­kie dzie­dzic­two we­wnętrz­nego po­działu, pro­blem ten po­ka­zuje, że wiara w to, że istota ludzka jako taka ist­nieje po­nad i poza po­dzia­łami i ka­te­go­ry­za­cjami wy­twa­rza­nymi przez po­li­tykę - nie ma żad­nych pod­staw. Po­dzie­lone we­wnętrz­nie spo­łe­czeń­stwo za­bija lu­dzi dla­tego, że są ka­to­li­kami albo pro­te­stan­tami, re­pu­bli­ka­nami, na­cjo­na­li­stami, unio­ni­stami, ter­ro­ry­stami, człon­kami sił bez­pie­czeń­stwa i tak da­lej. Te roz­róż­nie­nia nie są ni­czym in­nym jak wy­two­rem idei spo­łe­czeń­stwa wła­śnie; po pro­stu stają się wy­ra­zist­sze i istot­niej­sze wów­czas, gdy pro­ce­dury uzna­nia spo­łe­czeń­stwa po­da­wane są w wąt­pli­wość.

Field Day po­dej­muje więc ten pro­blem. Spo­łe­czeń­stwo po­trze­buje sys­temu uzna­nia i po­szu­ku­jąc go, za­wsze od­wo­łuje się do ja­kie­goś po­czątku, z któ­rego może wy­wieść sie­bie i swoje prak­tyki. Ów po­czą­tek może być do­ku­men­tem, jak pro­kla­ma­cja Re­pu­bliki Ir­landz­kiej z 1916 roku, Ma­gna Carta, szkoc­kie Co­ve­nant, re­wo­lu­cje 1688, 1789 czy 1917 roku. Od­ro­dze­nie ir­landz­kie i jego po­przed­nicy mieli ra­cję, zwra­ca­jąc się ku le­gen­dar­nej prze­szło­ści w celu le­gi­ty­mi­za­cji spo­łe­czeń­stwa ir­landz­kiego jako od­ręb­nego od bry­tyj­skiego, pie­lę­gnu­ją­cego inną kon­cep­cję wła­snego po­cho­dze­nia. Jed­nak w owo szu­ka­nie źró­dła, po­dob­nie jak w po­szu­ki­wa­nie toż­sa­mo­ści, wpi­sana jest sprzecz­ność. Gdy poj­miemy, że po­czą­tek jest kre­acją, choćby na­wet ko­nieczną, nie bę­dziemy już mo­gli o nim my­śleć jako o czymś "na­tu­ral­nym". Dana kul­tura po­wo­łuje sie­bie do ist­nie­nia po­przez akt kul­tu­ro­wej in­wen­cji, który sam jest za­leżny od po­prze­dza­ją­cej go na­tury uza­sad­nia­ją­cej. Nie jest to tylko za­bawa w pa­ra­doks, w któ­rej za od­po­wiedź na py­ta­nie "co było pierw­sze?" ma nam wy­star­czyć od­po­wiedź na py­ta­nie "a co było dru­gie?". Może i po­ję­cie na­tury jest wy­two­rem kul­tu­ro­wym, ale to by­naj­mniej nie od­biera mu siły od­dzia­ły­wa­nia. Jest naj­cen­niej­szym wy­two­rem kul­tury. W Ir­lan­dii Pół­noc­nej wy­twór ten nie od­szedł w za­po­mnie­nie, a stał się przed­mio­tem sporu. Za­sady tego sporu by­wają nie­wy­szu­kane. "Rdzenni" Ir­land­czycy mogą twier­dzić, że byli tu pierwsi; pro­te­stanccy plan­ta­to­rzy, że od nich za­częło się spo­łe­czeń­stwo oby­wa­tel­skie. Nie są to roz­róż­nie­nia nie­istotne, al­bo­wiem to z nich wy­wo­dzi się znaczna część póź­niej­szej hi­sto­rii kon­fliktu i wa­śni. Pierw­szeń­stwo uza­sad­nia wła­dzę.

Oto po­wód, dla któ­rego Field Day zaj­muje kwe­stia na­zy­wa­nia, co wi­dać w pierw­szych trzech pu­bli­ka­cjach au­tor­stwa Pau­lina, He­aneya i mo­jego, a także we wspo­mnia­nych wcze­śniej sztu­kach Friela, Kil­roya i Pau­lina. Na­zy­wa­nie albo prze­mia­no­wa­nie ja­kie­goś miej­sca, nada­wa­nie imie­nia albo prze­mia­no­wa­nie rasy, re­gionu, osoby jest, jak wszel­kie akty pier­wot­nej no­mi­na­cji, wzię­ciem ich w po­sia­da­nie. An­to­lo­gia li­te­ra­tury ir­landz­kiej jest także ćwi­cze­niem z po­now­nego na­zy­wa­nia, z prze­nie­sie­nia wielu prób, tych do­brze zna­nych i tych zna­nych słabo, w od­no­wiony kra­jo­braz czy kon­tekst. Naj­roz­ma­it­sze na­zwy Ir­lan­dii czy łącz­no­ści Ir­lan­dii z Wielką Bry­ta­nią same w so­bie wska­zują na nie­pew­ność czy nie­po­wo­dze­nie w prze­ję­ciu sie­bie w po­sia­da­nie, ja­kie cha­rak­te­ry­zo­wały różne sto­sunki i po­ło­że­nia, do któ­rych na­zwy te się od­no­szą. Wśród nich można wy­mie­nić Ir­lan­dię, Eire, Wolne Pań­stwo Ir­landz­kie, Re­pu­blikę Ir­lan­dii, Dwa­dzie­ścia Sześć Hrabstw, Sześć Hrabstw, Ul­ster, Ir­lan­dię Pół­nocną, Zjed­no­czone Kró­le­stwo Wiel­kiej Bry­ta­nii i Ir­lan­dii Pół­noc­nej. W po­dobny spo­sób mnożą się na­zwy li­te­ra­tury w Ir­lan­dii w jej roz­ma­itych for­mach; będą to li­te­ra­tura ir­landzka, li­te­ra­tura ga­elicka, li­te­ra­tura an­glo-ir­landzka, li­te­ra­tura ir­landzka two­rzona w ję­zyku an­giel­skim i tak da­lej. Mamy rów­nież ir­landzki an­giel­ski, hi­berno-an­giel­ski[6] i an­glo-ir­landzki jako od­miany ję­zyka an­giel­skiego uży­wane w Ir­lan­dii. Wie­lo­ra­kość tych okre­śleń nie jest oczy­wi­ście sama w so­bie ni­czym złym. Wszyst­kie od­no­szą się do wy­raź­nych i istot­nych róż­nic w roz­kła­dzie ak­cen­tów, zna­cze­niu czy in­ter­pre­ta­cji. Jed­nak en­tu­zjazm w ich mno­że­niu prze­sła­nia jed­no­cze­sną sła­bość. Cze­goś, co nie po­siada na­zwy okre­śla­ją­cej je w pełni, nie da się też w pełni wziąć w po­sia­da­nie. Za­miast po­sia­da­nia po­zo­stają róż­no­ra­kie mo­dele jed­no­stron­nego przy­własz­cze­nia.

Pod tym wzglę­dem w Ir­lan­dii Pół­noc­nej na na­szych oczach roz­grywa się sce­na­riusz ogól­niej­szego kry­zysu, w któ­rym to, co sta­nowi in­te­gralną część na­szej hi­sto­rii, jest już dla nas obce, znane tylko pew­nej pod­gru­pie lub osob­nym gru­pom we­wnątrz po­li­tycz­nej zbio­ro­wo­ści. Dla gros na­rodu ir­landz­kiego ję­zyk ir­landzki i jego sta­ro­żytna li­te­ra­tura po­zo­stają nie­znane i obce; Pół­nocni Ir­land­czycy są wy­ob­co­wani po­nadto z ich daw­nej, zło­żo­nej hi­sto­rii. Po­rzu­cić tę kon­dy­cję na rzecz in­nej, w któ­rej wszyst­kie te rany i bli­zny zo­staną za­po­mniane, w któ­rej post­mo­der­ni­styczne sy­mu­la­krum plu­ra­li­zmu sa­dowi się w miej­scu po­szu­ki­wa­nia le­gi­ty­mi­zu­ją­cego spo­sobu na­zy­wa­nia i wy­pro­wa­dza­nia ro­do­wodu, to nic in­nego jak przejść z jed­nego do­świad­cze­nia ko­lo­nial­nego w inne. Post­mo­der­ni­styczny plu­ra­lizm od­rzuca bo­wiem ideę na­zy­wa­nia; igra z róż­no­rod­no­ścią i roz­ta­cza wo­kół niej aurę mi­styki; to ukryty im­pe­ria­lizm mul­ti­na­ro­do­wo­ści, gdzie wszyst­kie kul­tury są ze sobą nie­skoń­cze­nie kom­pa­ty­bilne, na wzór wy­obra­że­nia zdol­no­ści jed­nego kom­pu­tera do od­czy­ta­nia da­nych wszyst­kich in­nych.

Trzy ze­brane tu eseje w za­sa­dzie nie po­trze­bują słowa wstępu, są bo­wiem tak wy­mowne. Skła­dają się na piątą od­słonę se­rii (z któ­rych każda za­wiera trzy eseje), a przy tym pierw­szą, któ­rej au­to­rzy nie są Ir­land­czy­kami. Każdy z au­to­rów po­sze­rza za­kres po­szu­ki­wań Field Day, da­jąc im punkt opar­cia w za­gad­nie­niach fe­mi­ni­zmu, de­ko­lo­ni­za­cji i mo­der­ni­zmu, któ­rych ini­cja­tywa ta jesz­cze nie po­dej­mo­wała. Wśród na­szych ce­lów znaj­duje się roz­wi­ja­nie pro­jektu tak, by oświe­tlał pro­blemy, które do­ty­czą in­nych grup czy re­gio­nów, a jed­nak wpły­wają na współ­cze­sną sy­tu­ację w Ir­lan­dii. Jest wąt­pliwe, czy znaj­dziemy trzech ese­istów, któ­rzy le­piej niż Eagle­ton, Ja­me­son i Said roz­winą i wzbo­gacą na­sze do­cie­ka­nia. W imie­niu Field Day pra­gnę wy­ra­zić wdzięcz­ność wszyst­kim trzem, a także po­dzię­ko­wać Uni­ver­sity of Min­ne­sota Press za udo­stęp­nie­nie ni­niej­szej re­edy­cji pier­wot­nych wy­dań bro­szu­ro­wych ame­ry­kań­skim czy­tel­ni­kom.

Se­amus De­ane

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki
Ty­tuł ory­gi­nału Na­tio­na­lism, Co­lo­nia­lism, and Li­te­ra­ture
Li­cen­sed by The Uni­ver­sity of Min­ne­sota Press, Min­ne­apo­lis, Min­ne­sota, U.S.A. CO­PY­RI­GHT 1990 by The Re­gents of the Uni­ver­sity of Min­ne­sota
In­tro­duc­tion CO­PY­RI­GHT 1990 by Se­amus De­ane Na­tio­na­lism: Irony and Com­mit­ment CO­PY­RI­GHT 1990 by Terry Eagle­ton Mo­der­nism and Im­pe­ria­lism CO­PY­RI­GHT 1990 by Fre­dric Ja­me­son Yeats and De­co­lo­ni­za­tion CO­PY­RI­GHT 1990 by Edward W. Said
Co­py­ri­ght ? for this edi­tion by Za­kład Na­ro­dowy im. Osso­liń­skich, 2022
Co­py­ri­ght ? for the Po­lish trans­la­tion by Mi­ko­łaj Den­der­ski
Po­sło­wie: Co­py­ri­ght ? by Łu­kasz Żu­rek
Wy­da­nie I elek­tro­niczne
Wro­cław 2024
Se­ria Sztuka Czy­ta­nia
Re­dak­tor pro­wa­dzący: Da­rek Foks
Re­dak­cja: Iza­bela Po­ręba
Ze­sta­wie­nie in­deksu: Mał­go­rzata Ku­śnierz
Ko­rekta: Piotr Kró­lak, Mał­go­rzata Ku­śnierz
Re­dak­cja tech­niczna: Re­nata Łu­ka­szew­ska
Pro­jekt okładki i stron ty­tu­ło­wych: Woj­tek Ja­ni­kow­ski na pod­sta­wie kon­cep­cji Prze­mka Dę­bow­skiego
Zdję­cie wy­ko­rzy­stane na okładce: Black­smith ma­nu­ally for­ging the mol­ten me­tal / iStock by Getty Ima­ges
Opra­co­wa­nie ty­po­gra­ficzne, ła­ma­nie wer­sji pa­pie­ro­wej: ma­nu­fak­tura
Przy­go­to­wa­nie wy­da­nia elek­tro­nicz­nego: eLi­tera s.c.
Nie­upo­waż­nione po­wie­la­nie lub wy­ko­rzy­sty­wa­nie utworu sta­nowi na­ru­sze­nie praw au­tor­skich.
ISBN 978-83-66257-07-8
Wy­daw­nic­two Osso­li­neum
ul. Szew­ska 37
50-139 Wro­cław
wy­daw­nic­two@osso­li­neum.pl
www.wy­daw­nic­two.osso­li­neum.pl