Dziękuję Panu Bogu za wytrwałość.
Niemiec, Moskal nie osiędzie,
gdy jąwszy pałasza,
hasłem wszystkich zgoda będzie
i ojczyzna nasza.
Na to wszystkich jedne głosy:
"Dosyć tej niewoli
mamy Racławickie Kosy,
Kościuszkę, Bóg pozwoli".
(pominięte zwrotki polskiego hymnu "Mazurek Dąbrowskiego")
To był wyjątkowy nów. Księżyc był jedynie cieniutką linią i prawie nie było go widać na niemal bezchmurnym niebie. W grobie na cmentarzu zniknęła całkowicie ziemia i błysnęło z tego miejsca mocne światło. Magiczna moc użyta do powiększenia portalu sprawiła, że powstało silne zawirowanie, które wprawiło w ruch warstwy powietrza. Z początku drobiny pyłu i niewielkie fragmenty liści zakręciły się w miniaturowym wirze, lecz kilka sekund później powstało o wiele większe zjawisko atmosferyczne, które poruszyło koronami najbliższych drzew. Wir kręcił się z coraz większą siłą i prędkością, wciągając w siebie coraz rozleglejsze masy powietrza, a tym samym powiększając swoje rozmiary. Powstałe zjawisko zwróciło uwagę obserwatora przed monitorem i zameldował o tym przełożonemu.
- Ogłoś alarm! - krzyknął dowódca grupy uderzeniowej.
Projekt zapoczątkowany przed kilkudziesięcioma dniami przez wampiry mógł być zagrożony, a on pożegnałby się z tym światem szybko i boleśnie, gdyby do tego doszło. Dwa tuziny ludzi wsiadło do furgonetek, które z włączonymi światłami specjalnymi i na sygnale pojechały w kierunku cmentarza.
- Melduj, co widzisz - powiedział dowódca grupy do obserwatora.
- Wir łamie drzewa - usłyszał.
- Dobra. Jak tylko coś się zmieni, od razu...
- Wiatr ucichł - przerwał dowódcy obserwator - i z tego miejsca świeci mocne światło - dodał.
- Przyjąłem. Jestem...
- Ziemia się wokół tego miejsca poruszyła - obserwator przerwał mu ponownie. - Cholera...!
- Co jest?!
- Coś stamtąd wyłazi!
- Co to jest, coś...?!
- Widzę jakiś wielki łeb z otwartym pyskiem!
- Szlag! Możemy nie zdążyć! Poderwij śmigłowce! - padł rozkaz.
Sulteni przeprawiali się do tego świata z gadami, które miały im ułatwić szybkie dotarcie do samego serca Afryki. Olbrzymie gady z trudem przeciskały się przez zbyt mały dla nich portal. Ryczały przeraźliwie, gdy ich ciało ledwie się mieściło, a mimo to były zmuszane do przeciskania się przez ograniczoną przestrzeń. Ryki kolejnych stworzeń trwały nieprzerwanie, bo te, które już były po drugiej stronie ze swoimi jeźdźcami, mimo swobody nadal ryczały przeraźliwie, gdy pod wpływem magii ich uszkodzone bądź połamane kości zrastały się ponownie w jedną całość. Gady, kręcąc się w kółko wokół portalu lub drepcząc tam i z powrotem, niszczyły w swoim zasięgu wszystko, czego nie zniszczyło tornado. Z nie mniej głośnym hukiem pękały kamienne płyty grobów i pomniki. Od uderzeń ogonami rozlatywały się grobowce oraz okoliczne, jeszcze niepołamane drzewa. Poryta długimi szponami ziemia i całe otoczenie sprawiało szokujące wrażenie. Daleko, bo poza zasięgiem gadzich uszu, wystartowały helikoptery. Część wojowników dosiadła swoich wierzchowców. Te pod wpływem czaru zapomniały o bólu, który dopiero co przeszły, i machając mocno błoniastymi skrzydłami, wzniosły się wraz z jeźdźcami w powietrze. Niewielki oddział rozpoczął patrolowanie obszaru, gdzie odbywało się przejście, aby zapobiec ewentualnym atakom. Ci jako pierwsi najpierw usłyszeli, a potem dostrzegli nadlatujące śmigłowce. Pilot jednej z maszyn odpalił rakietę, celując w miejsce, gdzie na cmentarzu emanowała magiczna łuna. Z jakiegoś nieznanego powodu pocisk niespodziewanie zmienił tor lotu i uderzył w cmentarny mur. Potężny huk zagłuszył ryki gadów dochodzące z nekropolii, a wyrzucone siłą eksplozji setki kawałków kamiennych cegieł zasypały najbliższe otoczenie. Kawałki wypalonej gliny niczym odłamki pocisku skosiły wszystko na swojej drodze, niszcząc przy tym kilka najbliższych pomników i groby.
*
Wojownicy krążący nad tym miejscem wyjęli z olstrów przy siodłach metalowe przedmioty do złudzenia przypominające duże kamertony. Śmigłowców jeszcze nie było widać, ale gady już słyszały niepokojący hałas wywołany kręcącymi się z olbrzymią prędkością wirnikami. W tym czasie jeden z roślejszych Sultenów bardziej zorientowany od innych, z czym mają do czynienia, dosiadł swojego latającego wierzchowca. Baraden kierowany zdecydowanymi ruchami, machając błoniastymi skrzydłami, zrobił kilka kroków przed siebie, po czym wzniósł się w powietrze. Krążąc nad cmentarzem, nabierał wysokości. Zanim sulteński czarownik doleciał do krążącego w powietrzu niewielkiego oddziału, pilot śmigłowca odpalił kolejną rakietę. Ułamek sekundy później to samo zrobił pilot drugiej maszyny. Oba pociski pomknęły w stronę portalu, skąd wychodził następny gad. Czarownik coś krzyknął i zrobił gest ręką. Obie rakiety zmieniły kierunek lotu i uderzyły w ziemię daleko przed cmentarzem. Eksplodując, wyrwały z powierzchni ulicy kawałki asfaltu wymieszane z betonem. Gdy lecący czarownik był już w pobliżu swoich ludzi, jeden z pilotów wycelował do krążących nad cmentarzem stworzeń z szybkostrzelnego działka. Okamgnienie później nacisnął spust broni. Seria piętnastomilimetrowych pocisków pomknęła do celu. Lecące z ponaddźwiękową prędkością kule uderzyły z precyzją w Baradena i jeźdźca. Ciężko ranne stworzenie ryknęło głośno z bólu i strachu, po czym runęło w dół. Podczas spadania przez sekundę było nadal ostrzeliwane, a gdy uderzyło łbem w cmentarny mur, było już martwe. W nieco lepszym stanie był jeździec. Trafiły go co prawda dwa pociski, lecz szczęśliwie dla niego przebiły jedynie mięśnie tuż nad pachą prawej i lewej ręki. A dzięki temu, że Baraden upadł na brzuch, nie odniósł żadnych innych obrażeń. Sulten z trudem się odwiązał od siodła. Zsunął się z niego i stanął na nogach. Od dowodzącego nimi czarownika zależało, czy wróci na swój świat, czy też poleci z pozostałymi dalej. Nie mając wyjścia, ruszył wolno na teren nekropolii. Po trafieniu stworzenia piloci śmigłowców rozdzielili się, bowiem gady rozpierzchły się na wszystkie strony. Zaczęło się polowanie.
- Co ty do cholery robisz, Omega Jeden?! - zawołał operator. - Twoim zadaniem jest zniszczenie portalu! - powtórzył rozkaz.
- To jest niemożliwe. Jakimś sposobem strącają wystrzelone pociski - poinformował wywołany pilot.
- Masz zniszczyć portal, Omega Jeden, a ty, Omega Dwa, zabij je wszystkie - polecił operator.
- Zrozumiałem - potwierdził pilot pierwszego śmigłowca.
- Zrozumiałem - potwierdził drugi pilot.
Każdy z nich zajął się wykonaniem swojego zadania. Pilot Omegi Jeden miał blisko do celu. Zrobił skręt, gdy nagle helikopter wpadł w ledwie wyczuwalną wibrację. Kiedy wychodził ze skrętu na prostą, pchnął lekko drążek, aby wycelować rakiety w oświetlającą wszystko łunę portalu, lecz maszyna zaczęła drżeć na tyle mocno, że miał problem z utrzymaniem na celu celownika. Ułamek sekundy później z instalacji elektrycznej przez szczeliny zabudowanego pulpitu zaczął się wydobywać dym.
- Baza! Mam problem - zameldował przez radio. - Instalacja mi się smaży.
- Strzelaj, do cholery! - krzyknął operator.
- Ale... - Przerwały mu wydobywające się ze szczelin języczki ognia.
- Na co czekasz?!
- Mam pożar na pokładzie! Wracam do bazy! - wykrzyknął, sięgając jednocześnie po gaśnicę.
Zanim uruchomił gaśnicę, coś za jego plecami głośno strzeliło, a wraz z tym stracił możliwość sterowania śmigłowcem. "Szlag trafił hydraulikę!", przemknęło mu przez myśl.
*
Sulteński czarownik po strąceniu pierwszego śmigłowca, który spadł na niezbyt odległy od nekropolii las, skierował swojego gada w kierunku, gdzie poleciała druga maszyna. Z daleka doleciały do tego miejsca dźwięki jadących na sygnale pojazdów. Sulten zwrócił głowę w tamtym kierunku. Gdy ocenił, że w tej chwili nic im nie grozi z tamtej strony, poleciał dalej. Tymczasem ludzie w autach już zdążyli poznać sytuację od operatora z centrum dowodzenia.
- Zakładać noktowizory i po wyjściu z wozów strzelać do wszystkiego, co się rusza - rozkazał dowódca grupy uderzeniowej.
Wszyscy przyjęli to bez żadnych zastrzeżeń. Niespodziewanie w pierwszą furgonetkę trafiło potężne wyładowanie energetyczne. Kula oślepiającego światła odbiła się od dachu pojazdu i spadła na ziemię, gdzie eksplodowała, rozlewając się w energetyczną kałużę wypełnioną wyładowaniami energetycznymi pełgającymi po jej powierzchni. Na szczęście nie stanowiło to zagrożenia dla pozostałych pojazdów jadących z tyłu. Płynna energia dopłynęła do krawężnika i straciła swój pierwotny impet, rozpływając się wzdłuż niego. Nim auta przejechały kolejnych kilkadziesiąt metrów, uderzyły w nie już nie pojedyncze takie same pociski, a po kilka naraz. Na dwóch pojazdach energetyczne pociski eksplodowały, rozlewając się po karoserii. Efekt był natychmiastowy, bo okamgnienie później, gdy tylko otworzono drzwi i ludzie zaczęli wyskakiwać ze środka, kolejno zaczęły wybuchać zbiorniki z paliwem. Ci, którzy nie odnieśli obrażeń, ukrywali się za dostępnymi w tym miejscu osłonami, szukając wzrokiem napastników. Wkrótce po ich zlokalizowaniu rozległy się wystrzały. Krótkie serie przeszyły powietrze w drodze do słabo widocznych w powietrzu celów. Z oddali doleciał do nich huk potężnej eksplozji. To wybuchły zbiorniki z paliwem drugiego śmigłowca, który rozbił się na ziemi. Z różnych miejsc zaczęło też dolatywać do grupy uderzeniowej głośne wycie oraz groźne powarkiwanie.
- Uwaga! Zbliżają się wilkołaki! - dowódca poinformował wszystkich podwładnych.
Z góry uderzyły w ich pozycje kolejne energetyczne pociski. Eksplodowały na osłonach, a niektóre daleko od nich. Ogólny hałas spowodowany walką zagłuszył ryki Baradenów nadal przeciskających się przez portal.
*
Iwona szła zaintrygowana odgłosami walki po drugiej stronie cmentarza, gdy doleciał do niej ryk dochodzący z samego centrum nekropolii. Odniosła wrażenie, a niezmiernie rzadko się myliła, że miało to miejsce w bezpośredniej bliskości portalu, który otworzył Ósmy. Stamtąd też dochodził blask łuny. Momentalnie stanęła w miejscu. Nagle z ciemności wyłonił się obrzydliwy łeb olbrzymiego stworzenia. Rozdzierający uszy ryk uderzył w nią z całą swoją siłą.
W tym samym ułamku sekundy otworzyła swoje oczy. Trwała przez chwilę w bezruchu, analizując wizję. "Sulteni przechodzą przez portal", przemknęło jej przez myśl. Błyskawicznie stanęła na nogach, gotowa do natychmiastowego działania. Chwyciła oparty o bok fotela miecz i ruszyła do przedpokoju. Zanim dotarła do drzwi, stwierdziła, że sama niczego nie zwojuje. Potrzebne były większe siły, a te były w Morgii. Musiała się tam udać. Zawróciła do wieszaka w przedpokoju, gdzie wisiał pokrowiec na wędki i włożyła do niego katanę. Zdjęła wiszący obok pokrowca skórzany płaszcz z kapturem i założyła go na siebie. "Klucze", przypomniała sobie. Uderzyła ręką w kieszeń. Zabrzęczały cicho i metalicznie. Ślusarz, którego za każdym razem prosiła o wymianę zamków, zaczął już z niej żartować. Dla bezpieczeństwa zamknęła drzwi na oba zamki, nie wychodząc z mieszkania. Potem otworzyła sobie portal do obozowiska pod zamkiem w Morgii. Karolina wzmocniła czar osłaniający całą lewitującą budowlę i teraz oprócz Cesarzowej nikt nie był w stanie dostać się dzięki magii bezpośrednio do wnętrza. Tuż przed portalem mignęła jej sylwetka wojownika. Gdy przeszła na drugą stronę, stanęła niespodziewanie dla samej siebie w samym centrum maszerującego oddziału. Jeden z olbrzymich wojowników nie zdążył się zatrzymać i potrącił ją na tyle mocno, że dziewczyna się zatoczyła i wpadła na innego idącego obok. Całe zamieszanie nie uszło uwadze Orth Ze.
- Stój! - wrzasnął niemal tak głośno, jak ryczy Rhalg.
Wojownicy momentalnie zamarli w bezruchu.
- Oczy wam wyłupię, ślepcy! - krzyknął. - Oficera nie widzicie! Cały odział ma mieć dodatkowe ćwiczenia! - wydał rozkaz dziesiętnikom. - Pani im wybaczy... - Podszedł do zaskoczonej Iwony, roztrącając na boki wojowników z karnej kompanii. - ...bo inaczej musiałbym ich na pal powbijać.
- Ale to...
Orth Ze patrzył na nią uważnie, jakby na coś czekając.
- Wybaczam, dowódco - powiedziała, siląc się na chłód. - Chciałabym przejść.
- Przejście! - wrzasnął Morgianin. - Dokąd, pani, idziesz? - zapytał zaraz potem.
- Do miejsca powiadamiania.
- Dziesiętnik, do mnie!
Przejściem, które zostało zrobione dla Iwony, przybiegł podoficer.
- Odprowadzisz oficera do dzwonu i zadzwonisz - rozkazał Orth Ze.
- Rozkaz, dowódco! - Dziesiętnik uderzył się zaciśniętą dłonią w pancerz na piersi.
- Oddział, salut! - wrzasnął dowódca.
Wojownicy niczym automaty unieśli jednocześnie prawe ręce zaciśnięte w pięść i uderzyli nimi w pancerze na piersi. Rozległ się ogłuszający, metaliczny huk, który poniósł się przez równinę. Iwona zgodnie z zasadami również uderzyła się pięścią w pierś i skinęła Orth Ze głową. Zaraz potem z dziesiętnikiem za plecami ruszyła w kierunku punktu powiadamiania.
*
Wysłany z fortecy Rhalg z Gwardzistą z osobistej Gwardii Cesarzowej zabrał ją na górę. Zeskoczyła na dziedziniec przed stajniami dla tych gadów. Uniosła rękę w geście podziękowania i ruszyła w stronę wejścia. Po chwili kroczyła korytarzami w kierunku komnaty Karoliny. Gdy tam dotarła, czekał na nią Kre Za.
- Cesarzowa jest na naradzie - poinformował ją.
- Muszę się z nią pilnie widzieć. Prowadź - powiedziała.
- Co mam powiedzieć?
- Sulteni przedostają się do naszego świata.
Spojrzał na nią z zaskoczeniem, ale nie skomentował tego, co powiedziała. Zeszli schodami dwie kondygnacje. Doszli do olbrzymich drzwi sali, gdzie odbywały się narady. Kre Za skinął głową jednemu ze stojących tu Gwardzistów.
- To pilne - powiedział.
- Wejdź - padła krótka odpowiedź.
Dziesiętnik wszedł. Nie było go przez krótką chwilę. Drzwi się otworzyły i z daleka Marta zawołała Iwonę do środka.
- Witajcie - powiedziała dziewczyna, gdy weszła. - Cesarzowo... - Skinęła Karolinie głową z szacunkiem.
- Ten cmentarz... - powiedziała Karolina domyślnie.
- Tak. Miałam wizję w czasie rzeczywistym. U nas jest teraz noc - powiedziała - a do tego nów - dodała.
- Powinnam go była zamknąć dawno temu. Dużo ich?
- Nie wiem, ale przechodzą z wielkimi gadami. Latającymi - uzupełniła.
- Gdzieś się wybierają i chyba wszyscy wiemy gdzie - powiedziała Cesarzowa.
- Chyba właśnie tam. Ciekawe, ile czasu może im zająć przelot do tamtego miejsca? - zapytała głośno Marta.
- Pani, czy sprawa waszego świata jest ważniejsza niż Morgia? - zapytał jeden z generałów.
- Teraz mamy jednego wroga, Demona z Wzgórz Kaźni, i jego sprzymierzeńców - zaczęła Karolina. - Lecz gdy Sulteni zdobędą to, co mają wampiry... będziemy mieli o wiele większe problemy i nie wiem, czy przetrwamy. Zatem, generale, sam sobie odpowiedz.
- Ustalcie resztę bez nas. Będziemy w świątyni - powiedziała Marta, patrząc na Karolinę.
Ta skinęła głową przyzwalająco.
- Trzeba powiadomić Bogdana - powiedziała Iwona.
- Kroth Zag tego dopilnuje - odpowiedziała Cesarzowa. - Chodźmy. - Wyjęła zza pasa Heka i Nechacha.
W sali obok otworzyła portal i przeszły na drugą stronę bezpośrednio do Świątyni Siedmiu Kopuł.
*
Atakowani z powietrza ludzie oddziału specjalnego usiłowali uniknąć zagłady. Oczekiwana pomoc mimo zapewnień nie nadjeżdżała, a im zaczynało brakować amunicji. Teraz nawet nie było łączności z bazą, bo zakłócały ją energetyczne pociski, które eksplodowały jeden po drugim, a powstałe kałuże płynnej energii rozświetlały okolicę, pokazując każde zajęte przez nich stanowisko obrony. Mimo że się przegrupowali, tworząc gniazdo oporu, to i tak zostało ich tylko sześciu. Ostrzeliwali każdy punkt w górze, który wydawał im się celem. Nagle wysoko nad nimi zaryczał z bólu po trafieniu jeden z gadów. Ten, który tego dokonał, zdjął w końcu przeszkadzające mu z powodu łuny światła gogle noktowizyjne i strzelił z precyzją w miejsce, skąd doleciał do niego ryk stworzenia. Przeliczył się, bo nie trafił w cel tak, jak zakładał, lecz śmiertelnie ranne stworzenie nie utrzymało się zbyt długo w powietrzu i runęło w dół. Spadło nieopodal nich, bo na dach ostatniego z samochodów, a w zasadzie na dogasający wrak. Głośny huk miażdżonej blachy zagłuszyło nieoczekiwane wycie z ponad tuzina wilkołaczych gardeł. Spoza obszaru objętego łuną zostały wystrzelone strzały. Wilkołaki, mające zdecydowanie lepszy wzrok, wyłowiły z otoczenia najbliższy cel, a był nim jeździec. Usiłującego się uwolnić do końca z uprzęży jeźdźca przeszyły wystrzelone przez nie strzały i zawisł martwy w siodle. Inny Baraden ryknął długo i przeciągle, gdy przelatywał nad tym miejscem, po czym zmienił kierunek lotu. Zaraz potem kolejny tuzin strzał wystrzelonych w jego stronę przeszył ze świstem powietrze. Z daleka było słychać wycie kolejnych wilkołaków sadzących olbrzymie susy, aby dobiec do tego miejsca na czas.
- Przejdźmy na drugą stronę i zróbmy z tym porządek - powiedziała Iwona, nieco podekscytowana walką widzianą w energetycznej przestrzeni kolumny.
- W żadnym wypadku - wtrąciła Marta. - My nie wiemy, gdzie jest tamta świątynia, a oni wiedzą. Niech robią swoje, a my będziemy ich obserwować - dodała.
- To ma sens - zgodziła się Karolina. - Ale możemy zrobić nieco więcej - uśmiechnęła się. - Egipt będzie dobrym miejscem, aby to zacząć.
- Co masz na myśli? - zapytała Iwona.
- Wyślę ciebie i Bogdana, abyście rozpuścili w tamtym środowisku wilkołaków pogłoski, że lecą tam Sulteni.
- Niezły pomysł. Zanim tam dolecą, będzie na nich czekał całkiem spory komitet powitalny - pokiwała głową Iwona.
- I to niejeden - powiedziała Marta. - Wampiry też są tym zainteresowane - dodała. - A my posprzątamy, jak już będzie po wszystkim. Wyznacz kilku mnichów, aby ich obserwowali dzień i noc.
- Tak zrobię. Marta, masz trochę złota? - zapytała Cesarzowa.
- Oczywiście. Jestem w każdej chwili gotowa, aby przekupić kogoś od ręki - potwierdziła zapytana.
- Daj Iwonie. Tylko dziewczyno, rozejrzyj się, ale nic nie rób sama. Za dzień lub dwa wyślę Bogdana.
Użyła teraz Heka i Nechacha, aby skierować obraz w magicznej kolumnie w inne miejsce na ziemi.
- Kair może być?
- Świetnie. Byłam tam raz - powiedziała Iwona. - Znam fajny hotelik.
- To przechodź. Niedługo będzie świtać. Pamiętaj... Nie ryzykuj niepotrzebnie - przypomniała jej Karolina.
- Dobrze - obiecała dziewczyna i przeszła na drugą stronę, stając na zasypanej piaskiem ulicy.
*
Dwadzieścia pięć gadów z Sultenami w siodłach na grzbietach tuż przed świtem wylądowało w górnych partiach gór. Dowodzący nimi czarownik wybrał do tego celu najbardziej odludne z możliwych miejsce. Nie stać ich było na utratę kolejnych wojowników. Tych, co zginęli, spalił na popiół wraz z martwymi gadami, aby utrudnić identyfikację, kto przeszedł przez portal. Przeczekali cały dzień, aby dać stworzeniom wytchnienie. Czarownik co prawda zdawał sobie sprawę, że mogą być obserwowani przez wilkołaki, lecz ignorował to, wiedząc, że zgubią ich, gdy będą przelatywać nad morzem oddzielającym oba kontynenty. Asses miała rację, gdy stwierdziła, że przed tą wyprawą powinien poznać trochę ten świat. Teraz było zdecydowanie łatwiej. Otoczył całe obozowisko czarem maskującym, zmieniając całkowicie rozległy teren, chociaż nadal jakoś przypominał miejsce, na którym wylądowali. Wycie wilkołaków ucichło w momencie, gdy przelatywali nad postrzępionymi szczytami gór. Wojownicy spętali Baradenom skrzydła, aby w razie ataku nie odleciały, i zasiedli do posiłku. Gady węszyły w powietrzu, czując mięso, ale były cicho, bo w tym momencie nie czuły jeszcze głodu. Gdy zakończyli posiłek, wszyscy poza dwoma strażnikami ułożyli się do snu, a ci dwaj obchodzili obozowisko. Wilkołaki co prawda straciły kontakt wzrokowy z Sultenami, lecz mimo to z uporem zakodowanym w ich umysłach forsowały szczyty górskie bądź cały czas biegnąc, omijały je, skracając sobie drogę, o ile to było możliwe. Na godzinę przed zmierzchem jeden z nich natknął się na magiczną osłonę. Węsząc w powietrzu, przysiadł na szczycie przyczajony za kamienną osłoną. Na razie nie wyczuwał żadnych obcych zapachów, lecz było to spowodowane kierunkiem wiejącego wiatru. Nisko przy skale ruszył grzbietem górskim przed siebie, aby dotrzeć do miejsca, gdzie będzie mógł stanąć pod wiatr. Kiedy tak przemieszczał się, schodząc jednocześnie w dół, niespodziewanie zwęszył w zmieniającym się wietrze poznany tej nocy zapach. W pobliżu były Baradeny. Pamiętał porażkę, którą ponieśli w starciu z Sultenami, i kombinował, co mu się bardziej opłaci, bezpośredni atak czy też zwołanie pobratymców. Podjął decyzję, gdy do jego uszu doleciał dźwięk zakładanej uprzęży. Zdjął z pleców łuk i z łbem tuż przy skale ruszył w kierunku zapachu gadów. Niespodziewanie dla samego siebie bez problemu przeszedł na drugą stronę magicznej osłony. Trzysta metrów od niego Sulteni zakończyli właśnie zakładanie uprzęży i zaczęli wsiadać na gady. Wilkołak założył strzałę na cięciwę i z głośnym rykiem, aby spłoszyć gady, rzucił się w ich kierunku. W pięć sekund pokonał ponad połowę drogi, po czym gwałtownie przystanął, naciągając jednocześnie cięciwę broni. W następnym momencie wystrzelił strzałę. Celował w Sultena siedzącego już w siodle i wiążącego rzemienie, które zabezpieczały przed spadnięciem. Ten jednak zdążył zrobić unik i pocisk minął go, nie trafiając w cel, i poleciał dalej. Kilkanaście metrów dalej jeden z gadów uniósł właśnie łeb i strzała trafiła go tuż nad okiem. Odbiła się nieszkodliwie od grubej łuski i spadła na skałę. Wilkołak zdążył nałożyć drugą strzałę i wystrzelił ponownie. Tym razem celował zdecydowanie niżej, lecz znów nie miał szczęścia, silniejszy podmuch wiatru z góry zmienił lot na jeszcze niższy i pocisk utkwił w łęku siodła, wbijając się głęboko, ale znów nieskutecznie. Sulteni wyciągnęli z olstrów swoją broń i energetyczne pociski przeszyły powietrze z głośnym sykiem. Wilkołak odskoczył w bok przed pierwszym z nich, zakładając następną strzałę. Gdy tylko opadł na ziemię, musiał zrobić to samo przed drugim sulteńskim pociskiem. Odskakując z tego miejsca, strzelił. Nieoczekiwanie na drodze strzały znalazła się jedna z energetycznych kul. Trafiona strzałą, eksplodowała gejzerem wyładowań energetycznych. Trzy Baradeny kierowane energicznymi ruchami przez wojowników ruszyły prosto na intruza, zmuszając go do ucieczki. Wilkołak, odskakując, zdążył wystrzelić z łuku. Tym razem pocisk przeszył bok jednego z jeźdźców, który wrzasnął z bólu. Napastnik ryknął zwycięsko i sadząc długimi susami, pognał w kierunku jadącego z boku Sultena. Na kilka metrów od Baradena odbił się od skały, dobywając w powietrzu szabli. Sulten klepnął mocno w łeb swojego wierzchowca, a ten pochylił posłusznie łeb ku ziemi. Wojownik nabrał powietrza w płuca i wrzasnął. Od potężnego dźwięku zadrgało powietrze, a spadający na przeciwnika wilkołak eksplodował niczym dojrzały arbuz trafiony pociskiem rozrywającym.
*
- Pani, to jest nowa pokojówka. - Ochmistrzyni ukłoniła się Cesarzowej.
Karolina spojrzała na nieco ponad dwudziestoletnią dziewczynę. Była odrobinę wyższa niż pozostałe, a po błysku w jej oczach zrozumiała, że chyba bardziej inteligentna. "Zobaczymy", przemknęło Karolinie przez myśl.
- Jak masz na imię? - zapytała nową.
- Almena, pani. - Dziewczyna ukłoniła się jeszcze raz, patrząc na zatknięte za pasem Cesarzowej Heka i Nechacha.
- Skąd jesteś?
- Z Karleft, to na południe od miejsca skąd ty, pani... przybyłaś.
Karolina pokiwała głową
- To, co ci powiedziano o twoich obowiązkach, na razie nie uległo zmianie.
- Rozumiem, pani - dziewczyna skinęła głową.
- Oprowadź ją po miejscach, które powinna znać - powiedziała do ochmistrzyni. - Zaczyna od jutra - dodała Cesarzowa, kończąc rozmowę.
- Chodźmy. - Ochmistrzyni ruszyła do drzwi.
Obie kobiety wyszły z komnaty, a Karolina spojrzała na leżące przed nią na stole przedmioty. Każdy był innego rodzaju. Metalowe strzemię, kamień, kawałek kryształu oraz nieduży fragment skóry. Usiłowała sobie przypomnieć, o czym myślała, nim weszła tu ochmistrzyni z pokojówką. Po zastanowieniu wyjęła Heka i Nechacha i wypowiedziała słowa zaklęcia. Kamień uniósł się w powietrze i zamarł w bezruchu. Wypowiedziała to samo zaklęcie, lecz tym razem skierowała Laski na strzemię. Metalowy przedmiot również wzniósł się do góry. Wszystko było tak jak trzeba. Na razie. To samo zaklęcie uniosło kryształ i skórę. Nagle strzemię szybko opadło na stół. Chwilę później zaczęły spadać pozostałe elementy. "Cholera! Jak oni stabilizowali zaklęcie?", przemknęło jej przez myśl. "Może coś przeoczyłam?", skonkludowała. Ruszyła do drzwi swojej prywatnej zbrojowni, gdzie trzymała księgę. Otworzyła je, używając skomplikowanej kombinacji szyfrowej przeznaczonych do tego celu widniejących na nich ornamentów. Wzięła księgę i nie zamykając zbrojowni, podeszła z nią do stołu. "Musi być jakiś sposób, bo zamek nie jest jakimś małym kamykiem", pomyślała o fortecy. Odnalazła kartę z zaklęciem i opisem, jak je wykonać poprawnie. Starożytny język był trudny i wieloznaczny. "Na dobrą sprawę nie znam wszystkich niuansów", podsumowała w myślach. Nagle rozległo się głuche stukanie do drzwi. Odkąd wzmocniła czary ochraniające lewitującą fortecę, zdjęła Gwardzistów stojących dzień i noc przed jej drzwiami i teraz każdy bez żenady w nie stukał. Po sile odgłosów poznała Bogdana.
- Wejdź - powiedziała.
Inny czar wzmocnił jej głos i przeniósł za drzwi, więc był dobrze słyszalny za nimi. Mężczyzna pchnął ciężkie drzwi i metalicznie zastukały jego pancerne buty na kamieniu w komnacie.
- Wzywałaś mnie - powiedział, wchodząc.
- Iwona jest w Kairze i musisz do niej dołączyć.
- Coś się stało?
- Czyli nie rozmawiałeś z Martą - domyśliła się.
Pokręcił przecząco głową.
- Sulteni przeprawili się do naszego świata i pewnie chcą zdobyć kamienie lub to, co mają gdzieś na pustyni wampiry.
- Co mamy tam robić? - zapytał mężczyzna, patrząc na elementy leżące na stole. - Badasz minerały?
- Musicie zmobilizować wilkołaki, aby ich mocno przerzedziły, nim my wejdziemy do akcji. Sulteni mają skuteczną broń energetyczną i jeszcze jakąś, bo strącili dwa śmigłowce.
- Groźny przeciwnik - pokiwał głową.
- A tu... Próbuję zrobić coś, co starożytni zrobili z tą fortecą. Czyli unieść to wszystko w powietrze - wyjaśniła w odpowiedzi na jego pytanie.
- Ciekawe... ale faktycznie, zamek lewituje niczym buddyjski mnich - pokiwał głową. - Mam tak lecieć?
- Główny kapłan wyśle cię na drugą stronę - potwierdziła.
- Jak ci idzie? - Wskazał głową na stół.
- Średnio - wzruszyła ramionami.
Wypowiedziała zaklęcie i strzemię uniosło się w powietrze. Potem to samo zrobiła z pozostałymi elementami. I dokładnie tak jak poprzednio wszystkie w określonej kolejności spadły po chwili.
- My też możemy... - nie dokończył.
- Raczej nie. Zamek tak wisi od tysiącleci.
- Mimo wszystko i tak ciekawe... antygrawitacja - powiedział Bogdan.
- Muszę nad tym popracować. - Karolina westchnęła smętnie.
- Wykombinuj też czar identyfikujący ludzi przed drzwiami - zasugerował.
- Po co?
- Mało było zamachów? Chociaż Gwardziści byli bardzo dobrym rozwiązaniem. No i byli zawsze pod ręką, jak to się mówi.
- Poradzę sobie.
- Karolina... - Spojrzał na nią wymownie.
- Marudzisz jak Marta.
- Demon... zresztą... chyba nie tylko on, pewnie czeka na okazję.
- Dobra - znów westchnęła. - Pogrzebię za czymś takim - obiecała.
- I popracuj nad tym. - Wskazał głową na stół.
- Spodobało ci się?
- Nie musiałbym używać napędu - zaśmiał się, wychodząc.
*
Bobi spadł na drzewa w środku tropikalnej dżungli niemal w samo południe. Na szczęście oparzenia, których doznał, nie były groźne, bo krótko przebywał w powietrzu bezpośrednio wystawiony na promieniowanie słoneczne. "Szybko się zagoją", ocenił, siedząc w cieniu drzewa o gęstych liściach na licznych konarach.
- Tamto miejsce to skarbnica ciekawostek - skomentował półgłosem to, co zobaczył w świątyni. - Gdybym tylko mógł tam wrócić - westchnął.
Najpierw jednak musiał się zorientować, dokąd trafił. Rodzaj roślinności wskazywał, że nie było to żadne miejsce na ich świecie. Przynajmniej on takiego nie znał. Na potwierdzenie swoich domysłów włączył urządzenie, jakie miał na przedramieniu, aby zlokalizować swoje położenie. Nie było odczytu. "Więc i nie ma tu satelitów GPS", skonkludował w myślach. Bez względu na wszystko, i tak był uziemiony pod tym drzewem aż do zachodu słońca. Oparł się plecami o pień i zamknął oczy. Miał okazję do dłuższej drzemki. Dość szybko zapadł w lekki sen, co nie znaczyło, że stracił kontakt z otoczeniem. Jego słuch nieustannie wyłapywał inne dźwięki niż wiatr w liściach, o czym szybko przekonało się coś, co było w połowie podobne do węża, a w połowie do jaszczurki. Stworzenie wypatrzyło wampira znacznie wcześniej, lecz długo czekało, aż zaśnie i straci czujność. Ostrożnie, aby nie zwrócić na siebie uwagi, wspięło się za pomocą swoich sześciu łapek uzbrojonych w ostre pazurki na pień drzewa z drugiej strony, a potem równie wolno przeszło nad głowę ofiary. Gdy wampir nadal nie reagował, skoczyło w dół z zamiarem owinięcia się wokół jego szyi, aby na koniec zatopić w jego ciele swoje kły z jadem. Gdy spadało, wampir w okamgnieniu poderwał do góry rękę, wysuwając z niej jednocześnie ostrze. Równie błyskawicznie ciął nim, trafiając bezbłędnie w wężowate cielsko. Trysnęła żółta, lekko fosforyzująca posoka, chlapiąc na niego.
- Szlag! - zaklął, odrzucając od siebie kopnięciem truchło zabitego stworzenia.
"Ciekawe, jak to będzie nocą", przemknęło mu przez myśl. W krzakach, gdzie spadły obie części stworzenia, coś się zaczęło dziać. Odgadł, że to jakiś inny chętny na darmowy posiłek właśnie rozpoczął ucztę. Zdecydował, że lepiej mu będzie gdzieś na gałęzi i wskoczył na jedną z nich. Znalazł sobie miejsce, gdzie był pewien, że przed zachodem słońca nie dotrze tu światło. Ponownie zamknął oczy i zapadł w drzemkę.
*
Siedziała w hotelu drugiej kategorii i patrzyła na ulicę przez okno. Celowo wynajęła pokój z widokiem na skrzyżowanie oraz ulicę. Była ciekawa, czy ktoś nie będzie obserwował hotelu, a skrzyżowanie było do tego celu najlepsze. Osoba, z którą kiedyś miała kontakt, już nie mieszkała pod znanym jej adresem. Zastanawiała się, co robić w tej sytuacji. W sumie została jej jedna opcja. Udać się nocą na peryferie miasta, aby odszukać jakiś zrujnowany budynek, których nie brakowało, a w nim wilkołaka. To było najprostsze. Trudniejsze było przekonanie go, aby na początek jej nie zabił, bo ona musiałaby to zrobić pierwsza. "Jak potem przekonać trupa, że mam coś do powiedzenia?", westchnęła w duchu. "Ciężko będzie, o ile w ogóle wykonalne", skonkludowała w myślach. "Żeby coś mieć... jakiś dowód", kolejna myśl przemknęła jej przez głowę.
- Nie ma co czekać - powiedziała półgłosem do siebie, wstając.
Założyła na ramię pokrowiec z mieczami i wyszła z pokoju. Przed hotelem było pusto, więc wróciła do recepcji, aby zamówić taksówkę.
- Kończę zmianę, to podwiozę panią - zaoferowała pomoc dziewczyna z recepcji. - Proszę tylko zaczekać pięć minut, aż przekażę zmianę koledze - uśmiechnęła się.
- To poczekam na zewnątrz - uprzedziła ją Iwona i wyszła.
Faktycznie czekała około pięciu minut. Dziewczyna wyjechała z parkingu dla personelu i zatrzymała auto tuż przed nią. Otworzyła od środka drzwi.
- Proszę wsiadać - zaprosiła Iwonę do samochodu.
Zdjęła pokrowiec z ramienia i wsiadła, kładąc go pomiędzy swoimi nogami.
- Dokąd? - zapytała dziewczyna.
Iwona podała nazwę dzielnicy, która graniczyła z miejscem, gdzie była przed trzema laty.
- To trochę niebezpieczne miejsce - skomentowała recepcjonistka, spoglądając dyskretnie na Iwonę.
Auto ruszyło.
- Szukam znajomego. Sąsiedzi powiedzieli, że niedawno się przeprowadził i być może właśnie tam - wytłumaczyła kłamstwem. - Proszę się nie obawiać... Zresztą... - Włożyła rękę do kieszeni i wyjęła zwitek banknotów.
Bez wahania wyjęła jeden o największym nominale i podała dziewczynie.
- No co pani...
- Weź, proszę. Wszystko dzisiaj kosztuje... Poza tym za taksówkę i tak musiałabym zapłacić. Chyba nawet więcej niż to. - Udała, że nie wie, ile to kosztuje.
- Nie mogę. - Dziewczyna pokręciła przecząco głową.
Iwona uśmiechnęła się i otworzyła schowek w desce rozdzielczej przed sobą. Położyła w nim banknot i zamknęła go.
- Jesteś po pracy... więc nie widzę problemu - powiedziała do niej. - Długo mieszkasz w tym mieście? - zapytała.
- Od urodzenia. Dobrze pani mówi po arabsku. Skąd taka znajomość języka? - zainteresowała się dziewczyna.
- Nauka języków to moje zamiłowanie. Znajomy tu wyjechał... więc była okazja. Zresztą przydało się dzisiaj. Szukał wyznawców Seta - powiedziała, spoglądając na dziewczynę kątem oka.
Ta nie zareagowała.
- Nie słyszałam o czymś takim. - Popatrzyła zaciekawiona na Iwonę. - I znalazł?
- Nie mam pojęcia... Kontakt nam się urwał.
- I dlatego pani przyjechała - domyśliła się.
- Jego rodzina prosiła... Mam akurat urlop, więc... - Wzruszyła ramionami. - U nas jest już chłodno, a tu słońce. - Uśmiechnęła się, zerkając w boczne lusterko.
Nikt za nimi nie jechał. Przynajmniej tego nie dostrzegła.
- O! Tu proszę się zatrzymać - poprosiła Iwona, poznając ulicę z domami.
- Nie ma sprawy. Życzę powodzenia w poszukiwaniach. - Samochód stanął. - Mogę po panią przyjechać. - Recepcjonistka czuła się zobowiązana z powodu sumy, jaką dostała.
- Dziękuję, ale proszę wypocząć. - Iwona uśmiechnęła się do niej. - To ja jestem na urlopie, a pani pewnie idzie jutro do pracy. - Otworzyła sobie drzwi. - Dziękuję - powiedziała i wysiadła.
*
- Gdzie byłaś tak długo? - Ochmistrzyni była niezadowolona.
- Zapatrzyłam się na widok za oknem - powiedziała nowa pokojówka Cesarzowej. - Nigdy czegoś takiego nie widziałam - westchnęła.
- Przyszłaś tu na służbę - przypomniała jej.
- Wiem, ale...
- Kroth Zag nie lubi, jak ktoś bez powodu chodzi po zamku. Złapie cię na tym i w najlepszym razie stracisz pracę - ochmistrzyni ostrzegła młodą kobietę.
- Myślałam, pani, że ty tu... decydujesz.
- On jest dowódcą Gwardii i odpowiada za bezpieczeństwo. O ile nie wrzuci cię do lochu, to każe zwolnić... I tak się stanie. Zapowiadasz się dobrze, więc... nie zaprzepaść tego - uprzedziła.
- Będę o tym pamiętała, pani. - Pokojówka się ukłoniła.
Ochmistrzyni popatrzyła na nią.
- Nie musisz mi się kłaniać. Szacunek okazuj Cesarzowej - powiedziała. - Mimo że sprawuje rządy w całym Imperium, jest lepsza niż niejedna... Pamiętaj... Obowiązki. A na podziwianie widoków masz jeden dzień na siedem - przypomniała.
- Będę pamiętała pani. - Chciała się ukłonić, lecz zreflektowała się i nie zrobiła tego.
- Zajmij się obowiązkami - poleciła ochmistrzyni i wyszła.
Dziewczyna stała chwilę, myśląc nad czymś, po czym wyjęła z szafki wypraną pościel na łoże Cesarzowej oraz jej garderobę. Na metalowe naczynie przypominające patelnię z rączką zakrzywioną do góry wygarnęła z paleniska rozżarzone węgle. Otworzyła pojemnik na wodę, a zza dekoltu wyjęła niewielką buteleczkę. Dodała do wody odrobinę zawartości z buteleczki.
*
Karolina schodziła z Kroth Zagiem olbrzymimi schodami w głąb fortecy. Oboje trzymali rozświetlające ciemności Xatrony.
- To jest, pani, najniższy poziom zamku - oznajmił dowódca Gwardii.
- Co tam jest? - zapytała, pokazując niknący w ciemnościach korytarz.
- Lochy.
- Ostatnio puste - uśmiechnęła się.
- Na twój rozkaz, pani.
- A tam? - pokazała drugi koniec korytarza.
- Tam nie ma nic. Kończy się nieociosaną skałą.
- To zaczniemy tam. - Ruszyła w stronę przeciwną do lochów.
Po drodze uważnie oglądała ściany i podłogę. Do sufitu miała zbyt wysoko, aby mogła dostrzec szczegóły.
- Czego szukamy, pani?
- Nie mam pojęcia... Ale gdybyś dostrzegł jakieś szczeliny w ścianach, na podłodze lub w suficie, to mi powiedz.
- Wyślę tu ludzi, to sprawdzą stopa po stopie.
- Nie wątpię w ich spostrzegawczość, ale zrobię to sama za pomocą Lasek. - Położyła rękę na jednej z nich.
Liczyła na to, że jeżeli użyto tu magii, to Heka i Nechacha na nią zareagują.
- Zrobimy tak... Ty patrzysz na prawą stronę, a ja na lewą - zdecydowała.
Doszli do końca korytarza i nic nie wskazywało na to, że coś tu ukryto. Przystanęła, aby sobie uzmysłowić, w którym są miejscu. Zorientowała się, że pod nogami mają jakieś sto metrów skały. "Czyżby jednak jakaś dziwna anomalia, a nie magia?", przemknęło Karolinie przez myśl.
- Wiesz może, co tu miało być? - zapytała dowódcę Gwardii.
- Nie znam zamysłów budowniczych zamku, pani.
- Są jakieś zapiski z okresu budowy?
- Trzeba sprawdzić w archiwum.
- A co mówią legendy? O właśnie! Co mówią podania?
- Odbyła się ciężka walka pomiędzy Boccorami daleko stąd na olbrzymiej równinie, na skutek której doszło do trzęsienia ziemi. Rozszalała się potężna nawałnica z piorunami, a ta góra eksplodowała. Na niej stał już zamek. Rok po roku wznosił się coraz wyżej, aż Cesarzowa postanowiła go zakotwiczyć łańcuchami.
- Chodźmy na drugą stronę - powiedziała po usłyszeniu legendy. - Ale patrzymy na ściany i podłogę - przypomniała.
- Oczywiście, pani.
- O co poszło Boccorom?
- O klejnoty.
- Klejnoty?
- Magiczne klejnoty i władzę nad nimi.
- Aa - pokiwała głową.
- Takie jak ta bransoleta Iwony - odparła domyślnie.
- Nie znam szczegółów, pani.
Przeszli ponad sto metrów i niczego nie odkryli. Dotknęła ściany w miejscu, gdzie odniosła wrażenie, że kamień jest gorzej obrobiony. Skała ją lekko połaskotała w dłoń.
- A to co? - powiedziała zdziwiona.
Kroth Zag spojrzał na nią zaskoczony, gdyż powiedziała to w języku polskim. Zdawała sobie sprawę, że nie ma co go prosić o sprawdzenie, gdyż Morgianie mieli zdecydowanie grubszą skórę.
- Chodźmy. Sprawdzimy to na drugim końcu. - Wiedziała, że na poziomach mieszkalnych czegoś takiego nie ma.
Zrobili zaledwie dwa kroki, gdy do głowy przyszedł jej pewien pomysł. Dotknęła ściany. Poczuła łaskotanie.
- Podnieś mnie Kroth Zag, chcę dotknąć sufitu - poprosiła.
Olbrzymi wojownik pochylił się i chwytając ją ostrożnie w pasie, uniósł do góry. Mimo to brakowało jej jeszcze ponad metr do stropu.
- Muszę wejść ci na ramiona - stwierdziła i oparła ręce na jego hełmie.
Gdy ją puścił, dzięki swojej olbrzymiej sile wskoczyła na jego ramię. Dotknęła sufitu. Tu łaskotanie było ledwie wyczuwalne. "Czyli coś jest pod podłogą", skonkludowała w myślach. Zeskoczyła na posadzkę. Wiedziała, że musi szukać tego czegoś w innym miejscu.
*
Iwona stanęła przed budynkiem na samym początku opuszczonej przez mieszkańców ulicy. Ponieważ było jeszcze przed wieczorem i słońce zalewało ulice, widziała pojedyncze osoby przechodzące szybkim krokiem. Miała nadzieję, że nie będzie zmuszona do walki. Ale podświadomie czuła, że to była bardzo nikła nadzieja.
- No to do środka - powiedziała sama do siebie i ruszyła w stronę zrujnowanej bramy.
Mocno skorodowany metal pamiętał chyba jeszcze średniowiecze. Dziewczyna prześliznęła się pomiędzy jej niedomkniętymi skrzydłami i szła dalej, omijając dziury w bruku. Doszła do budynku równie starego, ostatnio remontowanego chyba przed dwoma wiekami. Tu również prześliznęła się pomiędzy uchylonymi drzwiami. Wewnątrz panował półmrok i śmierdziało stęchlizną i odchodami. Westchnęła, po czym weszła dalej, nie licząc jednak na to, że w tym smrodzie wilkołaki nie wyczują zapachu Karoliny i Marty na jej ubraniu. Kopnęła kawałek starej cegły, aby narobić trochę hałasu. Doszła do zrujnowanych i rozpadających się drewnianych schodów. Na ich boku nie było barierki, a prowadziły wysoko. Stanęła na pierwszym stopniu, który zatrzeszczał niemiłosiernie, gdy oderwała drugą nogę, aby ją oprzeć wyżej. Na razie sytuacja nie uległa zmianie. Poprzez trzeszczenie drewna nie doleciał do niej żaden inny dźwięk. Wolno zaczęła wchodzić nimi coraz wyżej. Mimo że z uwagą wybierała miejsca, gdzie mogła bezpiecznie stanąć, to i tak jedna z desek pękła z głośnym trzaskiem pod naciskiem ciężaru jej ciała. "Teraz to tylko głuchy niczego nie dosłyszał", przemknęło jej przez myśl. Jednak myliła się. Nikt się nie pojawił. Wolno wchodziła coraz wyżej, aż weszła na piętro, rozglądając się z uwagą i nadal nasłuchując. Nie zamierzała stracić życia z powodu nieuwagi.
Okno na końcu korytarza zostało zabite deskami chyba równie dawno, czyli jakieś stulecie temu. Część z nich odpadła i rozleciała się, a pozostałe wolno zamieniały się w próchno, ograniczając dostęp do środka zachodzącemu słońcu. Podłoga skrzypiała tak głośno, że ledwie wyłapywała inne dźwięki. Po jej prawej ręce był pokój. Zwalniając jeszcze bardziej, doszła do otworu, w którym nie było już od dawna drzwi. Jedyne okno pokoju było zamurowane lub tylko przysłonięte starymi cegłami. Nasłuchiwała, ale panowała tu cisza. Przy kolejnym kroku znów zaskrzypiała oskarżycielsko deska pod delikatnym naciskiem. Gdy odgłos ucichł, odniosła wrażenie, że nie do końca tak się stało, gdyż skrzypienie jak na jej wyczucie potrwało zdecydowanie zbyt długo. "Tam jesteś!", przemknęło jej przez głowę. Instynktownie ustaliła odległość pomiędzy nimi. Ruszyła dalej. Stawiała kroki ostrożnie i z uwagą.
- Wiem, że mnie słyszysz i rozumiesz - powiedziała wolno po arabsku. - Nie przyszłam tu, aby kogokolwiek zabić - powiedziała uczciwie, uważnie nasłuchując.
Nadal panowała niczym niezmącona cisza i nikt jej nie odpowiedział.
- Nie szukam zwady. Mam dla wszystkich waszych klanów ważną informację.
Znów nikt nie odpowiedział, chociaż do wilkołaka przyczajonego kilka metrów dalej powinny dotrzeć jej słowa.
- Możecie odzyskać skradziony klejnot... a do tego dopaść...
Nie dokończyła, gdyż zareagowała wyuczonym odruchem na nieoczekiwany atak z mijanego otworu drzwiowego. Zrobiła unik, odskakując jednocześnie susem w tył. Ostrze dwuręcznego miecza ze świstem przecięło powietrze tuż przed nią. Silnym kopnięciem w jego klingę odrzuciła ostrze dalej od siebie. Stal dźwięcznie uderzyła w starą cegłę muru, wykruszając w niej wgłębienie. Iwona kopnęła jeszcze raz, lecz tym razem w łapę wilkołaka zaciśniętą na rękojeści broni. Lecz on trzymał miecz wystarczająco mocno i nie wypuścił go z niej. Dziewczyna odskoczyła w tył.
- Nie chcę walczyć z wami - powtórzyła głośno i wyraźnie. - Przyszłam z informacją.
Wilkołak, nie zważając na jej słowa, ryknął głośno i porażająco, po czym chwycił obiema łapami za rękojeść. Wolno wyszedł z pomieszczenia, powarkując półgębkiem.
*
- Nie rozumiesz, co do ciebie mówię?! - prawie krzyknęła na całe gardło.
Mimo to nie zareagował.
- Szlag - syknęła przez zęby z irytacją.
Odskoczyła w tył przed sztychem miecza.
- Nie chcę z tobą walczyć! Nie widzisz tego?! Do centrum Sahary leci grupa Sultenów. - Usiłowała go przekonać ostatni raz.
Lecz wilkołak mimo ciasnego korytarza zdołał obrócić miecz i zaatakował ją ponownie. W momencie gdy ostrze spadało jej na głowę, wygenerowała telekinetyczny impuls, który cisnął nim w głąb korytarza. Stworzenie z rozłożonymi łapami, nadal trzymając oręż, który sztychem rysował brudną ścianę, przeleciało w powietrzu kilka metrów i na końcu drogi runęło z hukiem na drewnianą podłogę. Zaraz potem z pomieszczenia odległego o metr za leżącym wyszedł drugi wilkołak. To był ten, którego słyszała. Ten również trzymał w swojej łapie broń. Był nim duży i ciężki bułat.
- Ej, ty! - krzyknęła. - Nie przyszłam tutaj, aby się z wami wadzić! Mam dla was wiadomość! W tym kierunku leci zgraja Sultenów! - krzyknęła. - Zrozumiałeś?!
Ten stał w miejscu i patrzył na nią, jakby analizował to, co usłyszał. Widocznie wyciągnął z tego inne wnioski, niż chciała, gdyż przeskoczył długim susem nad pobratymcem i rzucił się na nią z rykiem. Gdy zrobił następnego susa i był w połowie drogi do niej, dziewczyna wygenerowała niewidzialny cios i posłała go prosto na tamtego, właśnie wstającego.
- Nic tu po mnie - stwierdziła głośno i błyskawicznie odwróciła się w kierunku schodów, którymi tu weszła.
Po kilku szybkich krokach doszła do pierwszego stopnia prowadzącego w dół, lecz tam właśnie wchodził na górę kolejny wilkołak.
- Szlag! - wysyczała półgłosem przez zęby.
Tamte dwa za plecami, rycząc głośno, zaczęły wstawać. Wilkołak na schodach ryknął nie mniej groźnie. Odwróciła się w kierunku tamtych dwóch. Wygenerowała telekinetyczny impuls, powalając ich ponownie na podłogę, po czym ruszyła biegiem w ich kierunku. W międzyczasie skierowała rękę w podłogę, w miejsce tuż przed leżącymi stworami. Tym razem wygenerowany przez nią niewidzialny impuls bez trudu, ale za to z głośnym trzaskiem pękającego drewna zarwał częściowo spróchniałe deski podłogi. Ciężar wilkołaków sprawił, że deski pękły również pod nimi, a one razem z nimi runęły w dół. Rozpędzona Iwona widziała na swojej drodze ziejącą dziurę, w której zniknęły. Dobiegła do miejsca, które powinno ją utrzymać, i odbiła się, skacząc przed siebie. Jeden z wilkołaków poderwał swój łeb do góry i patrząc na nią, ryknął głośno z wściekłości, po czym wyskoczył z impetem w jej kierunku. Ona przelatując nad dziurą opuściła jedną nogę i odbiła się nią od jego łba, jednocześnie ponownie spychając go w dół. Przeleciała w powietrzu ponad trzy i pół metra, lądując na ugiętych nogach za wyrwą. "Uf!", przemknęło jej przez myśl, gdy deski nie pękły pod wpływem jej lądowania. Z przysiadu zerwała się do biegu. Przed sobą miała ścianę. Skierowała w nią rękę i wygenerowała telekinetyczny impuls. Potężny huk wybijanej dziury w kilkusetletnim murze oznajmił, że właśnie powstało w nim przejście. Za plecami usłyszała groźny ryk. Tuż przed wyrwą w murze chwyciła jedną ręką za wystający zza pleców pokrowiec i zanurkowała w nią z wyciągniętą przed siebie ręką. Za wyrwą zrobiła przewrót w przód, czując na plecach odłamki cegieł rozrzucone na podłodze. Błyskawicznie wstała na nogi i zwróciła się twarzą do miejsca, skąd tu trafiła. W ostatnich promieniach zachodzącego poza budynkiem słońca, a wewnątrz półmroku zobaczyła, jak wilkołak sadzi olbrzymimi susami, zbliżając się coraz bardziej. Wolno, krok za krokiem cofała się, patrząc nieustannie na niego. Stanęła na fragmencie cegły i nogi się pod nią niespodziewanie ugięły. W ostatnim susie wilkołak wskoczył w wyrwę w ścianie.
*
Coś z głośnym brzękiem upadło na podłogę. Dźwięk brzmiał długo, jak w zwolnionym tempie. Wielkie przednie łapy zakończone zabójczymi pazurami wbiły się w drewno podłogi tuż za jej głową. Olbrzymia, rozwarta na ile to możliwe paszcza zawisła tuż nad jej twarzą. Olbrzymie z tej odległości kły wyglądały przerażająco. Z emocji nie czuła zabójczego wyziewu smrodu wydobywającego się z niej i opływającego jej głowę. Z kłów spłynęła ślina, kapiąc dziewczynie na policzek. Jakiś dziwny paraliż ogarnął jej ciało. Nie miała siły ani woli i nie była w stanie użyć w tym momencie bransolety, aby pozbyć się stwora. Wilkołak, warcząc głośno, patrzył prosto w jej oczy. Ona również patrzyła w jego, niczym zahipnotyzowana.
- Sulteni tu lecą - wyszeptała wolno, ale wyraźnie.
Wilkołak patrzył nadal, jakby jej nie słyszał. Ryknął prosto w jej twarz i uniósł łeb, aby zadać cios łapą i wysuniętymi z niej pazurami. Nagle coś trafiło w jego olbrzymi, kudłaty łeb z taką siłą, że niemal całego poderwało go w powietrze. Okamgnienie później opancerzona stalą stopa trafiła go w porośniętą sierścią klatę i stwór, rycząc porażająco, przeleciał w powietrzu odległość dzielącą go od muru, po czym rąbnął z impetem w cegły. Ten ktoś przeleciał nad nią i potężnym ciosem zaciśniętej pięści pozbawił go przytomności. Iwona ujrzała plecy Bogdana.
- Długo tak będziesz leżała? - zapytał mężczyzna.
- Raczej nie. Na tych cegłach nie jest zbyt wygodnie. - Na początek usiadła.
- Spadamy stąd, bo zaraz się od nich nie opędzimy - ponaglił ją.
- Wiem - potwierdziła, wstając.
Zaraz potem telekinetycznym ciosem wybiła dziurę w ścianie do pomieszczenia obok.
- To będzie najkrótsza droga - wyjaśniła.
Przeszła na drugą stronę, a tam zrobiła wyrwę, lecz tym razem w oknie zabitym deskami. On złapał ją jedną ręką w pasie. Za nimi było słychać wściekłe wycie i warczenie. Bogdan włączył napęd. Gdy do pomieszczenia zaczęły wbiegać wilkołaki, unieśli się z Iwoną w powietrze i wylecieli na zewnątrz. Do okna dobiegł najszybszy wilkołak, skowycząc, a za nim doskoczyły kolejne, równie wściekłe.
*
- Zanocujesz? - zapytała, gdy wisieli nad jednym z domów w pobliżu hotelu.
- Miałaś się rozejrzeć, a nie wdawać w problemy, ryzykując życiem - skierował rozmowę na inny temat.
Westchnęła.
- Porozmawiamy w pokoju. Postaw mnie na ziemi - poprosiła. - Niczym nie ryzykowałam... To był wypadek - dokończyła.
- Tak. Mógł się jednak źle skończyć. One są silniejsze niż wampiry.
- Wiem to. Otworzę okno...
- Romeo i...
- Zamierzasz, Romeo, wejść w tym wdzianku do hotelu? - zapytała, przerywając mu.
- Przecież wiesz. - Postawił ją na ziemi w zaułku, gdzie nikt ich nie widział.
- No to za kwadrans.
- Co tak długo? Zamierzasz się najpierw wykąpać? - zażartował.
- I owszem, ale później. - Ruszyła w stronę ulicy prowadzącej do hotelu.
*
Katarzyna wróciła ze świątyni, gdzie sprawdzała stare księgi pod kątem zaklęcia używanego do lewitacji poszczególnych materiałów. Albo zaklęcie było niepełne, albo w grę wchodził jeszcze jeden bądź kilka jej nieznanych czynników.
- Kroth Zag, wyślij dwóch lub trzech wojowników, aby jeszcze raz przeszukali wszystkie poziomy zamku - poprosiła dowódcę Gwardii.
- Tak, pani - skinął jej głową.
- Jakby co, to będę w swojej komnacie - uprzedziła.
Rozeszli się na schodach. Szybko dotarła do tej części fortecy, gdzie było jej osobiste mieszkanie. Pchnęła drzwi i weszła do środka. Od razu poczuła łagodny, ulotny zapach. "A to co, co to tak pachnie?", przemknęło jej w zwolnionym tempie przez myśl. Zapach wypełniał całe pomieszczenie. Dzięki zmutowanym zmysłom jej węch zaprowadził ją prosto do łóżka, a w zasadzie do łoża. "Nowa pokojówka", to była druga myśl, gdy odkryła, że to faktycznie tak pachnie pościel. "Lawenda", jej myśli odpłynęły do miejsca, gdzie dawno nie była. Miejsca, skąd tu trafiła. Chwilę krążyła myślami nad tym, czy nie warto by było je odwiedzić. Ocknęła się z zadumy. Coś ją niespodziewanie zaniepokoiło. Usiłowała sobie przypomnieć, o czym myślała, i nie potrafiła. "Zaraz...?", przemknęło jej przez głowę pytanie. Skupiła się bardziej i znów gdzieś z głębi podświadomości wypłynęła obawa. Nie potrafiła jej sprecyzować. "Cholera! Co jest grane?!", zakołatało jej w głowie. Dotknęła rękami Heka i Nechacha. Paraliż umysłowy zaczął wolno ustępować. Spojrzała na leżące na stole rzeczy potrzebne jej do prób z magiczną lewitacją. "Tym się zajmę", zdecydowała w końcu. Ponieważ znała zaklęcie perfekcyjnie na pamięć, nie potrzebowała do tego księgi. Zaczęła od strzemienia. Wypowiedziała słowa zaklęcia, lecz nie zadziałało. "Coś pomyliłam", przemknęło jej przez myśl. Wypowiedziała je ponownie. Nadal nic.
- Szlag! - zaklęła.
Patrzyła przez chwilę na całość z namysłem.
- No nic... Bez niej się nie obejdzie - powiedziała sama do siebie i ruszyła do drzwi swojej prywatnej zbrojowni i jednocześnie skarbca.
Wyciągnęła rękę, aby dotknąć pierwszego elementu z kombinacji szyfru, gdy nagle odniosła wrażenie, że coś jest nie tak. Cofnęła rękę i położyła obie dłonie na Heka i Nechacha. Nie znała przyczyny, ale Laski delikatnie wibrowały. Trzymając lewą na Nechacha, prawą wyciągnęła przed siebie, aby dotknąć pierwszego magicznego elementu. Znów pojawiła się w niej obawa. Jakby coś chciało ją ostrzec przed dotknięciem tego miejsca. Postanowiła nie ryzykować i posłuchała podszeptów intuicji. Podeszła do łoża i pociągnęła za linkę alarmową, po czym wyszła na korytarz. Nim w jej odczuciu upłynęło dziesięć sekund, w korytarzu rozległy się głośne dźwięki biegnących Gwardzistów. Stukot podkutych butów niósł się echem po najbliższych zakamarkach. Pierwszy z nich z Xatronem gotowym do strzału wybiegł zza załomu muru. Gdy ją ujrzał przed komnatą, błyskawicznie uniósł go do góry. Dwa uderzenia serca później dobiegli do niej i otoczyli ją szczelnie swoimi ciałami.
- Jakie rozkazy, pani? - zapytał dziesiętnik.
- Wyślij jednego z Gwardzistów do przeszukania mojej komnaty - poleciła.
- Tak jest. Kro Zare, natychmiast sprawdź komnatę Cesarzowej! - padł głośny rozkaz.
Gwardzista bez wahania zdjął z ramienia topór i otworzył drzwi.
- Przytrzymajcie je - powiedziała.
Chciała zobaczyć, co się będzie działo, gdy wojownik wejdzie do środka. Ten bez chwili namysłu zrobił kilka kroków przed siebie i stanął w pomieszczeniu. Niespodziewanie jego ruchy uległy spowolnieniu.
- Szlag! - zaklęła po polsku. - Nie wchodzić i zróbcie mi przejście - uprzedziła pozostałych i gdy się rozstąpili, weszła do wnętrza.
Po krótkiej chwili zaczęło ją opanowywać to samo odczucie co poprzednio. Chwyciła obiema rękami za Heka i Nechacha, nie pozwalając czarowi sobą zawładnąć. Na szczęście dzięki Laskom jej organizm zaczął go zwalczać. Zbliżyła się do wojownika i obeszła go dookoła, stając przed jego twarzą, spoglądając mu w oczy. Miał mgliste spojrzenie. Pchnęła go lekko. Nie zareagował. "Cholera!", przemknęło jej przez myśl. Naparła na niego całym ciałem. Zachwiało nim, ale nadal nie reagował. Nie miała innego wyjścia, musiała go przewrócić. Nagle, jak na zwolnionym filmie, wojownik zaczął robić krok w tył. Jego noga wolno, lecz konsekwentnie kierowała się do tyłu. Wykorzystała jego ruch i naparła na niego całym ciałem, aż stanął na tej nodze, a potem pociągnął drugą do pierwszej. Dłuższą chwilę trwało, nim w ten sposób dotarli do drzwi.
- Wyciągnijcie go - poleciła Gwardzistom.
Dwóch weszło pół kroku za drzwi i chwycili go pod ramiona. Wolno wyciągnęli go na zewnątrz.
- Zabierzcie go stąd i dobrze pilnujcie - rozkazała. - Weźcie go między siebie, aby nikt się nie domyślił, że coś się stało.
- Tak, pani - powiedział dziesiętnik.
Korytarzem nadszedł Kroth Zag.
*
Dowódca Gwardii spojrzał na nią.
- Pani? - zapytał.
- Zostań przed drzwiami - powiedziała do niego.
Skinął jej głową bez słowa. Weszła do pomieszczenia. Wewnątrz, mimo otwartego okna i drzwi, zapach nadal utrzymywał się w powietrzu. Stanęła tuż za drzwiami z rękami zaciśniętymi na Heka i Nechacha.
- Kroth Zag, w zamku jest jakiś Boccor. Musicie zacząć dyskretne poszukiwania - przekazała mentalnie. - Tylko ostrożnie, jest bardzo niebezpieczny - ostrzegła. - Zacznijcie pilnować Rhalgów. Może nawet opuścić kraty w wejściach do stajni.
Skinął głową, że tak zrobi.
- Przyślę do ochrony najlepszych wojowników - przekazał jej.
- Lepiej nie. Niech mu się zdaje, że jest w stanie osiągnąć cel i stąd uciec.
- Tak, pani - odpowiedział, lecz patrzył na nią, jakby nalegał, aby zmieniła zdanie.
- Nie, Kroth Zag. Wzmocnij tylko straże przy stajniach i wyjściach. Zgoda - przekazała nieoczekiwanie. - Ale mają to robić z pewnej odległości. Nie za blisko. Najlepiej rozpuść pogłoski, że Demon coś knuje. Jakiś atak z powietrza i patrole muszą krążyć po korytarzach.
- Tak, pani.
Dowódca Gwardii odszedł. Karolina tkwiła jeszcze krótką chwilę w pobliżu drzwi, gdzie oddziaływanie czaru było najsłabsze. Usiłowała wymyślić coś, co by go chociaż trochę zneutralizowało. "Bez księgi nie dam rady", pomyślała. Żadne inne rozwiązanie nie przychodziło jej do głowy. Patrzyła na drzwi skarbca. Kusiło ją, aby tam wejść. "Nic z tego. W końcu się zdradzisz, o co ci chodzi", pomyślała o Boccorze, trzymając ręce na Heka i Nechacha. Wolno ruszyła w kierunku drzwi skarbca, aby sprawdzić, czy przy wejściu do niego czar jest równie silny. Kiedy stanęła przed nimi, odniosła wrażenie, że ktoś wszedł do komnaty. Zamarła w bezruchu. Zrobiła to bezwiednie i intuicyjnie. Tym kimś musiał być właśnie on. Nagle zobaczyła przed sobą nową pokojówkę. Dziewczyna spojrzała jej w twarz i zaraz potem sięgnęła do Lasek. Karolina pod wpływem impulsu spróbowała użyć magii, by wyczarować energetyczny pocisk i ją porazić, lecz nic z tego nie wyszło. Brak magicznej reakcji zaskoczył ją całkowicie. Pokojówka, pewna sukcesu, złapała za Heka i Nechacha. Nagle powietrze wokół jej postaci mocno zaiskrzyło, a skumulowany ładunek energetyczny wreszcie na nią przepłynął. Wytworzona iluzja okrywająca dziewczynę przestała działać i Cesarzowa ujrzała prawdziwą postać. Energia nie tylko zlikwidowała czar, lecz również cisnęła Boccorem w tył. Z impetem uderzył w drzwi skarbca i tu zadziałał czar, który wcześniej przygotował dla niej. Miał ją sparaliżować na dłuższy czas, a teraz jego samego okryły iskierki wyładowań i Boccor osunął się na podłogę. Gdy tylko stracił przytomność, ona odzyskała nieco skrępowane do tej pory ruchy. Jednym susem doskoczyła do linki alarmowej i pociągnęła za uchwyt. Trwało to zaledwie dwie lub trzy sekundy, ale chyba o jedną sekundę za długo, gdyż jak tylko się odwróciła, nie ujrzała go w ogóle. Napastnik zniknął, a jednak nie słyszała, aby wychodził. Ostrożnie zbliżyła się do drzwi, po czym wyszła na korytarz. Z oddali doleciał do niej odgłos podkutych butów.
*
- Nikt nie przechodził tędy, pani - odpowiedział Gwardzista pełniący straż w tej części korytarza.
- Tam, gdzie byłem, też nikogo nie widziałem - powiedział niepytany drugi, który przybiegł tuż przed całym oddziałem, na czele którego był Kroth Zag.
- To znaczy, że nadal używa iluzji - powiedziała domyślnie. - Jeżeli już...
- Złapcie ją! - usłyszeli okrzyk. - Napadł na mnie i zabrał mi Laski! - Z jej komnaty wyszła jej dokładna kopia. - Trzymajcie go i nie dajcie się omamić!
Jej dublerka trzymała się za głowę. Spomiędzy jej palców wolno sączyła się krew. Karolinę dosłownie zamurowało.
- Kroth Zag! Szybciej, bo ucieknie! - krzyknęła ponownie postać.
Gwardziści zareagowali odruchowo. Obaj niemal jednocześnie złapali Karolinę za ręce, odciągając ją, gdy chciała sięgnąć do Heka i Nechacha.
- Puśćcie mnie! - Szarpnęła się. - To on jest pod tą iluzją! - krzyknęła.
Jej nalegania nic nie dały. Trzymali ją za ręce na tyle mocno, że nie pomogła jej siła, którą zyskała dzięki mutacji.
- Kroth Zag, nie pozwól mu wziąć Lasek - przekazała mentalnie.
Boccor był już zaledwie dwa kroki od niej i sięgał rękami do jej pasa, gdzie miała jak zwykle zatknięte Heka i Nechacha. Dowódca Gwardii zareagował w ostatnim momencie. Boccor patrzył Karolinie w oczy. Widniała w nich pewność, że osiągnął cel. Nagle, bez ostrzeżenia, potężne kopnięcie okutym stalą bojowym butem cisnęło nim w bok.
- Łapać go! - wydał rozkaz Kroth Zag. - Puścić natychmiast Cesarzową!
Gwardziści zrobili to w jednej chwili. Karolina w następnym momencie wyciągnęła Heka i Nechacha i wygenerowała energetyczne wyładowanie. Krzaczasta błyskawica minęła w okamgnieniu biegnących za Boccorem Gwardzistów i trafiła w kamienną podłogę. Tamten jednak zdążył im zniknąć z widoku ułamek sekundy wcześniej. Tymczasem ją i Kroth Zaga minęli inni wojownicy. Nikt nie musiał im mówić, co mają robić. Miała obawy, czy aby jednak im się to uda, skoro Boccor potrafił iluzją zmieniać swój wygląd.
*
Sulteni stali w wodzie i rozglądali się dookoła. Nieopodal nich gady piły wodę.
- Cholera, co oni robią? - powiedziała Iwona, patrząc na to przez lornetkę.
- Wiem dokładnie tyle samo co ty. Moim zdaniem moczą odciski - zażartował Bogdan.
- Jak nad tym pomyśleć, to chyba tak jest - powiedziała poważnie.
Oboje nie zdawali sobie sprawy, że Sulteni w ten sposób poprzez system rurek i połączeń włosowych gasili pragnienie.
- To najpierw do Morgii, a potem do Kairu. - Dziewczyna powtórzyła ułożony plan.
- Szkoda, że nie można od razu na miejsce - westchnął Bogdan.
- Dobrze, że w ogóle możemy się szybko przemieszczać.
- To lecę, a ty otwieraj portal - powiedział i wystartował tylko odrobinę wolniej niż rakieta wystrzelona z wyrzutni.
Iwona ponownie przyłożyła lornetkę do oczu i obserwowała poczynania intruzów. "Oby tylko tamta czarownica nam nie przeszkodziła", przemknęło jej przez myśl. Liczyli na to, że nie obserwuje swojego oddziału cały czas, a jedynie momentami. W końcu Sulteni zaczęli wychodzić z wody. Bogdan w tym czasie zatoczył spore półkole poza zasięgiem ich wzroku i wykorzystując nierówności terenu, leciał kursem kolizyjnym, aby pochwycić upatrzoną wcześniej ofiarę. Tuż przed jej pochwyceniem zwolnił na okamgnienie, a zaraz potem przyśpieszył ponownie, lecąc w kierunku wzgórz. Stwór szarpnął się raz i drugi, aby się uwolnić, lecz on trzymał go mocno, plecami do siebie. Po kilku sekundach, nim ktokolwiek z pozostałych zdążył zareagować, dolecieli do otwartego przez Iwonę portalu. W Morgii słońce było jeszcze za horyzontem, ale noc wolno zaczynała przechodzić w świt. Bogdan wylądował tuż za magicznym przejściem, po czym ogłuszył porwanego stwora. Nim do nich dotarła Iwona, Sulten był dobrze związany i w odpowiedni sposób zakneblowany.
- Trzeba go sprawdzić, czy nie ma czegoś ukrytego - powiedziała. - Lepiej, aby się obyło bez niepotrzebnych niespodzianek.
- Zrób to ty, bo ja... - Pokazał ręce w opancerzonych rękawicach.
Wszystko, co znalazła, ułożyła na ziemi nieopodal. Gdy zakończyła przetrząsanie sakw i kieszeni, podniosła szarą kulkę i zaczęła ją oglądać z zaciekawieniem. Ścisnęła ją lekko. Popłynęła z niej oleista ciecz.
- Hm... - skomentowała to monosylabą i rzuciła kulkę na ziemię.
Wzięła teraz coś, co przypominało kamień, a zarazem grudkę lub samorodek złota. O ile to było złoto. Kamień był chyba lekko naelektryzowany, a przynajmniej odniosła takie wrażenie.
- W sumie nic ciekawego - skomentowała. - Szkoda, że nie ma przy sobie broni, której używali na cmentarzu - dodała.
- Broń? Zabrzmiało ciekawie. A jaką mają? - zapytał Bogdan.
- Z wyglądu przypomina kamerton i wystrzeliwuje kule płynnej energii.
- Skąd wiesz, że to płynna energia?
- Bo widziałam w wizji, jak to działa.
- Będę się musiał o to... Budzi się - przerwał Bogdan.
- Zobaczymy, czy to na niego zadziała - powiedziała Iwona i wyjęła z kieszeni małą buteleczkę wraz z kłębkiem bandaży i opatrunków.
Kłębek skropiła obficie zawartością buteleczki, po czym przyłożyła go do otworów sprawiających wrażenie nosa i żabich ust. Stwór wciągnął parujący z kłębka środek usypiający i oczy uciekły mu w tył głowy.
- No, proszę... działa - stwierdziła z satysfakcją. - W takim razie w drogę!
*
Mieli szczęście, bo portal nie otworzył się w murze, a obok niego. W miejscu, do którego trafili, było tak ciemno, że nic nie było widać. Bogdan przeniósł więźnia na drugą stronę, a zaraz za nimi przeszła tam Iwona.
- To gdzie jesteśmy? - zapytał retorycznie, penetrując uważnie otoczenie przez obiektyw kamery na podczerwień. - Może jednak stąd odejdziesz? Może być niebezpiecznie, a nawet będzie.
- Nie znasz języka i jak im wytłumaczysz, o co chodzi? Pięściami?
- To często przynosi lepszy efekt niż słowa - uśmiechnął się. - Pamiętaj... Robi się zbyt gorąco i znikasz - przypomniał jej umowę.
- Pamiętam.
- Ciekawe, gdzie...
- Na pewno Kair i gdzieś w niezamieszkałej dzielnicy - odpowiedziała.
- Pusto wszędzie, ciemno... - nie dokończył. - Ale mamy kogoś ciekawskiego. - Wskazał ręką na budynek.
Ona też go dostrzegła. W oknie na drugim piętrze stała nieruchomo jakaś postać.
- To zaczynamy - zdecydował. - Na początek powiedz, o co nam chodzi - poprosił.
- Przyszliśmy was ostrzec - zaczęła głośno w języku arabskim. - Tu mamy dowód, że to nie jest...
Głośny ryk z gardeł kilku wściekłych wilkołaków przerwał jej na samym początku. Ryk niemal tak samo głośny odbił się echem w ciszy ulicy.
- No, proszę... Słuchają nas - powiedział z uśmiechem Bogdan.
- Zaraz się przekonamy, czy aby na pewno - powiedziała bez przekonania.
- Ano, zobaczymy. - Hełm z cichym, metalicznym trzaskiem zasłonił mu głowę.
Dziewczyna stanęła plecami do niego.
- Jak się zrobi za gorąco, to otwieram portal - uprzedziła.
- Oczywiście - potwierdził.
- Stójcie! - wrzasnęła, gdy wilkołaki były już na kilka metrów przed nimi.
Nie usłuchały. Pierwszy z nich skoczył prosto na Iwonę. Potężnym, ale nie morderczym niewidzialnym telekinetycznym ciosem odesłała go tam, skąd na nią skoczył. Miała nadzieję, że był nieprzytomny, a nie martwy. Drugiego potężnym ciosem w pysk powalił Bogdan. Wilkołak przeleciał w powietrzu kilka metrów, po czym runął z impetem na plecy i szorując grzbietem po brudnym bruku, rąbnął w kubeł na śmieci. Trzeci był w połowie skoku, gdy zderzył się z niewidzialną przeszkodą, która cisnęła nim z powrotem. Okamgnienie później i on podzielił los dwóch pozostałych.
- Chyba nie ma tu z kim rozmawiać. Żaden nie potrafi myśleć niczym innym jak tylko żądzą zabijania - skomentował początek zajścia Bogdan.
- Też zaczynam nabierać takiego przekonania - odpowiedziała, gdy z okien budynku zaczęły wyskakiwać następne.
Stworzenia z takim samym zapałem jak ich poprzednicy ruszyły na nich. Mimo to nadal czekali na inną reakcję, zachowując zimną krew. Nagle z jednego z okien na wyższym piętrze rozległo się przeciągłe wycie. Trwało kilka chwil i chyba było stanowcze, gdyż wszystkie atakujące ich stworzenia zamarły w bezruchu.
- No proszę... Coś się zmienia - mruknął Bogdan. - Chyba odezwał się intelektualista - zażartował.
- Może chce nas osobiście wypatroszyć - dziewczyna miała wątpliwości.
- Doradzam pewną dozę optymizmu - odparł. - Z drugiej strony... fajnie się zaczęło - dodał.
Wilkołaki stały i powarkiwały, ale nie ruszały się z miejsca. Z okna na drugim piętrze wyskoczył naprawdę okazały osobnik. Ruszył w ich kierunku wolno i jakby z namysłem. Pozostałe nadal tkwiły w tym samym miejscu.
- Chyba ich samiec alfa - skomentował Bogdan i rzucił Sultena na bruk.
Wilkołak, podchodząc krok za krokiem coraz bliżej, zaczynał węszyć intensywnie.
- Skąd macie to ścierwo? - wychrypiał, dochodząc do nich.
- Widzę, że poznajesz zapach - zainteresowała się Iwona. - Nie będę pytała skąd. Lecą tutaj i jest ich ponad dwa tuziny - dodała.
Patrzył na nich, nie odpowiadając.
- Nie interesuje cię, po co? - zapytała dziewczyna.
- A powinno? - odpowiedział, chrypiąc, pytaniem.
- Jakiś czas temu usiłowali ukraść z innego kraju wasz klejnot, ale gdy wybili waszych pobratymców... klejnot ukradły wampiry.
Jego ślepia zmalały, gdy zaczął przymykać powieki.
- Wampiry są w starożytnym mieście... gdzieś w centrum Sahary, które wybudowała Asses - kontynuowała Iwona. - Sprawdź zapiski... Oni tam lecą.
Wilkołak pochylił się bez słowa ku ziemi i chwycił Sultena. Bogdan zrobił gest, jakby chciał mu w tym przeszkodzić.
- Załatwię to - wychrypiał stwór.
- Idziemy - powiedziała do mężczyzny Iwona. - Reszta należy do niego.
*
- Czterech, pani - powiedział Kroth Zag.
- Wystarczy dwóch, Kroth Zag.
- Nie, pani. Nie złapaliśmy go. - Dowódca Gwardii nie chciał ustąpić.
- Zgoda - ona ustąpiła.
- Jak rozkazałaś, przerwaliśmy poszukiwania.
- Wznowimy je, jak już będzie po wszystkim. Nikt nie może chodzić w pojedynkę - przypomniała.
- Służbie towarzyszy Gwardzista.
- W południe cała służba ma być w sali audiencyjnej.
- Jak każesz, pani. - Kroth Zag skinął jej głową.
Odwrócił się i wyszedł. Została sama. Przez wcześniejsze wydarzenia zapomniała o testach. Wciągnęła głęboko powietrze do płuc. Nie pachniało już lawendą. Intuicja jej nie zawiodła. To czar zawarty w substancji, którą nasycono jej pościel, neutralizował magiczne zaklęcia inicjowane przez nią. Nie pozwoliła spalić tamtego kompletu pościeli, lecz kazała zamknąć w stalowej skrzyni i umieścić w lochu, z daleka od ludzi w zamku, aby mogła ją w przyszłości zbadać. Podeszła do stołu z różnymi materiałami. Najpierw użyła czaru do uniesienia strzemienia, a potem wypowiedziała zaklęcie, kierując Heka i Nechacha ku kryształowi. Gdy minerał zaczął się unosić do góry, kątem oka dostrzegła jakiś ruch. Po stronie, gdzie go zarejestrowała, miała drzwi prowadzące na korytarz. Odwróciła nieco głowę. Drzwi były zamknięte. "Chyba mam przywidzenia", przemknęło jej przez myśl. Gdy powróciła spojrzeniem na stół, coś ją pchnęło. Ręka, która trzymała Heka, trąciła lewitujące strzemię, a ono spadło na blat stołu. Zareagowała intuicyjnie i drugą ręką zadała cios. Lecz jej ręka bezskutecznie przeszyła jedynie powietrze. Odwróciła się błyskawicznie plecami do stołu w kierunku, skąd ją uderzono. Zaczęła szukać wzrokiem napastnika, ale nie mogła go nigdzie dostrzec. "Telekineza", skonkludowała w myślach rodzaj ciosu, gdy nagle ktoś niewidzialny chwycił za Heka i usiłował jej wyrwać laskę. Po kierunku, w jakim ją pociągnął przeciwnik, zorientowała się, gdzie może być i błyskawicznie uniosła nogę, zadając nią potężny cios. Znów jej kończyna przeszyła jedynie powietrze. "Co jest?", przemknęło jej przez głowę pytanie. Dzięki swojej nadludzkiej sile utrzymała jednak laskę w ręce. Wykorzystała to, że ten ktoś również ją trzyma, i wygenerowała energetyczne wyładowanie. Potężna eksplozja targnęła całym pomieszczeniem, wprawiając w drżenie ściany, a podmuch zerwał z nich wszystkie wiszące tkaniny i przesunął meble. Sekundę później drzwi zostały gwałtownie otwarte, prawdopodobnie przez jednego z Gwardzistów, a potem równie szybko zatrzaśnięte przez niewidzialną postać. "Jest tu jeszcze", pomyślała i w tym samym momencie wygenerowała kolejne potężne wyładowanie energetyczne, kierując je w stronę drzwi. Tym razem pocisk lecący z prędkością światła trafił. Potężna eksplozja rozniosła drzwi na kawałki. Gwardziści stojący za nimi zostali podmuchem rozrzuceni na boki.
- Jakoś kiepsko ci idzie... Chyba dlatego, że słaby jesteś - powiedziała, cofając się w kierunku ściany pomiędzy łożem a prawie trzymetrową komodą.
Zanim zdążyła się oprzeć o ścianę, komoda się zachwiała, a okamgnienie później runęła na nią. Karolina wygenerowała telekinetyczny impuls, który w ułamku sekundy rozbił ją na fragmenty.
- Nadal kiepsko ci idzie - oceniła z uśmiechem.
W odpowiedzi kawałki drewna uniosły się nad powierzchnię podłogi i od razu pomknęły w jej kierunku. W ostatnim momencie wyczarowała na ich drodze magiczną osłonę, w którą uderzyły. Uniknęła obrażeń, a jednocześnie do głowy przyszedł jej ciekawy pomysł. Widać było, że przeciwnik jest mistrzem iluzji. Postanowiła więc zamknąć oczy i zdać się na swoje pozostałe zmysły. Zakrzywiając magiczną osłonę wokół siebie, zamknęła oczy i zaczęła nasłuchiwać.
*
Kilka kroków od niej, ledwie dosłyszalnie i już poza możliwościami ludzkiego słuchu, dotarł do niej dźwięk przypominający zgrzyt ziarenka piasku na kamiennej podłodze. Dla niej było pewne, że ziarenka piasku same tego nie robią, a taki dźwięk powstaje w momencie, gdy ktoś na nie nadepnie. "Mam cię!", przemknęło jej przez głowę. Musiała działać szybko i precyzyjnie, gdyż za kilka sekund spodziewała się przynajmniej tuzina Gwardzistów, a wówczas polowanie zacznie się od nowa. Ledwie dostrzegalnie zmieniła położenie Heka i Nechacha. Czekała. Minęła pierwsza sekunda, po niej druga i znów usłyszała zgrzyt. Znów zmieniła położenie Lasek. Gdzieś z oddali doleciał tupot podkutych metalem butów. Zaczęli także wstawać powaleni przez podmuch Gwardziści. On także musiał zacząć działać znacznie szybciej. Kolejna sekunda i znów odgłos tarcia tuż na granicy słyszalności. Niespodziewanie w całą gamę dźwięków wdał się jeszcze jeden. Było to coś, co przypominało odległy przelot pocisku przez powietrze. Kolejny zgrzyt sprawił, że była w stu procentach pewna, gdzie on jest. Już zaczynała kierować Heka i Nechacha w miejsce, dokąd Boccor miał dojść w następnej sekundzie, gdy nagle poczuła w powietrzu zapach lawendy. "Szlag!", przemknęło jej przez myśl i zaatakowała go potężnym kopnięciem, bo włożyła w zadany cios całą swoją siłę. Jej zaskoczenie było olbrzymie, gdy jej noga ponownie bezskutecznie przeszyła powietrze. Zaraz potem poczuła ukłucie na boku szyi. Jedno uderzenie serca zmagała się z toksyną, ale i tak zaraz potem straciła przytomność, po czym runęła bezwładnie na kamienną posadzkę. Boccor pochylił się nad nią i wyjął z jej rąk Heka i Nechacha. Zadowolony z osiągniętego celu wyprostował się i ruszył w kierunku wyjścia z komnaty. Niespodziewanie do komnaty wleciał Bogdan, którego Karolina usłyszała, gdy był jeszcze daleko od zamku. Boccor, odwracając się do niego plecami, przybrał postać Cesarzowej.
- Karolina... - zaczął Bogdan, zwracając się do iluzji, i przerwał, widząc leżącą na podłodze kobietę.
Ta, do której się odezwał, była łudząco podobna do Karoliny.
- Wszystko w porządku? - zapytał odruchowo w języku polskim.
Cesarzowa nie odpowiedziała, lecz wciąż stała odwrócona do niego plecami. Bogdan podszedł bliżej.
- Karolina - powiedział znów w ojczystym języku i chciał jej dotknąć.
- Nie waż się mnie dotykać! - powiedziała postać w języku Morgian.
- No, coś ty... Co to za...
Karolina odwróciła się do niego twarzą. Chyba była zmęczona, a przynajmniej na taką wyglądała.
- Te drzwi i ona... Co tu się stało? - Wskazał ręką na leżącą kobietę.
Cesarzowa nie odpowiedziała, tylko chciała go ominąć i wyjść. Gwardziści stali już na nogach i patrzyli na całą sytuację niezdecydowani. Po ostatnim wydarzeniu nie mieli pojęcia, jak zareagować. Nagle leżąca postać poruszyła się wolno.
- Zejdź mi z drogi - powiedziała Cesarzowa w języku Morgian i skierowała w jego kierunku Heka i Nechacha.
Coś go tknęło... Karolina nigdy się tak nie zachowywała...
- W takim razie powiedz to po polsku. - Nie zamierzał jej schodzić z drogi. - No, dalej... - Sięgnął rękami do jej przedramienia.
Ta zamiast zrobić, o co poprosił, użyła Lasek do zadania telekinetycznego ciosu.
*
- Nie jesteś Karoliną! - powiedział głośno, gdy komputer sterujący pancerzem wyhamował jego lot ku ścianie.
Skierował w jej kierunku działka zamocowane na przedramionach.
- Odłóż to! - krzyknął do niej.
W drzwiach stanęli Gwardziści z wycelowanymi w niego Xatronami. Część z nich nie do końca była zdecydowana, czy aby na pewno on powinien być obiektem ataku.
- Zabijcie go! - wrzasnął Boccor głosem Karoliny.
W tym samym momencie Bogdan strzelił, lecz tamten, używając Heka i Nechacha, odbił w bok skoncentrowane wiązki energii. Ułamek sekundy później Bogdan runął z olbrzymią prędkością na niego. Przeciwnik wypowiedział jakieś słowa i powietrzna forteca się zatrzęsła. Wszystkie widoczne powierzchnie z kamienia pokryły się ledwie widoczną poświatą. Tuż po tym prawdziwa Karolina odzyskała całkowicie kontrolę nad ciałem, które zwalczyło do końca toksynę. Uniosła się nieco na nogach i skoczyła w stronę napastnika. Wszyscy odnieśli wrażenie, że lewitująca do tej pory skała i wyciosany na niej zamek zaczęły wolno opadać. Bogdan w ostatnim momencie chwycił Boccora za pas, gdy ten zamiast podjąć walkę, skierował się ku oknu, aby uciec. Cesarzowa podcięła mu nogi i złapała za Laski, nie zamierzając ich wypuszczać z rąk. Przeciwnik się szarpnął i uderzył łokciem w tył na oślep, licząc, że trafi Bogdana w bok tułowia. Ten nawet się nie zasłonił, bowiem cios trafił w metal pancerza, a jego właściciel nadal zaciskał swoją dłoń na karku przeciwnika. Uciekinier użył jednak czaru i w okamgnieniu zniknął z komnaty. Oboje z Karoliną spojrzeli w okno. Chmury wolno odpływały ku górze.
- Trzymajcie się czegoś! - krzyknęła Cesarzowa i wypowiedziała zaklęcie.
Forteca zaczęła zwalniać opadanie i po sekundzie lub dwóch zaczęła się wznosić. Nim jednak minęły trzy, cztery sekundy, znów zaczęła opadać. Kobieta znów wypowiedziała zaklęcie, lecz już wiedziała, że to nic nie da. Zdawała sobie jedynie sprawę, że o ile wystarczy jej sił, może nikt nie zginie, gdy skała uderzy w ziemię.
- Wyprowadzić Rhalgi i smoki! - rozkazała. - Szybko! Nie wiem, jak długo ją utrzymam w powietrzu - wypowiedziała swoje obawy na głos.
Część Gwardzistów wybiegła, ale inni pozostali na miejscu.
- Wszyscy! - rozkazała i wypowiedziała zaklęcie.
Sytuacja się powtórzyła.
- Bogdan, musisz go odnaleźć i za wszelką cenę tu doprowadzić - powiedziała z naciskiem.
- Nie wiem, czy to jest możliwe, ale zrobię, co będę mógł.
- Uważaj na wszystko. On używa iluzji i może cię zaskoczyć - uprzedziła.
- Zauważyłem, ale komputera i kamer nie oszuka - odpowiedział mężczyzna i włączył kamery.
Jedna działała w paśmie podczerwieni, a druga była termiczna. Na początek sprawdził komnatę, w której byli. "Uciekł", doszedł w końcu do wniosku.
- Nie zostawaj tutaj do samego końca - zwrócił się do niej.
- Wiem - odpowiedziała. - Idź!
Używane przez nią zaklęcie zaczynało coraz szybciej tracić swoją moc. Najpierw była to ledwie zauważalna zmiana, lecz w końcu bez wyraźnego powodu czar działał już tylko dwie lub trzy sekundy. Przez okno widziała wylatujące na zewnątrz Rhalgi i smoki. Gdy krążyły wolno wokół opadającej budowli, otaczając ją pierścieniem, nigdzie nie mogła dostrzec Qaraty. Niespodziewanie do komnaty wbiegła Iwona.
- Chodź już. Qarata czeka osiodłana - poinformowała dziewczyna.
- Jeszcze nie teraz. Muszę go posadzić tak, aby nie uległ zniszczeniu - odpowiedziała Karolina pomiędzy jednym i drugim wypowiedzianym zaklęciem.
- Jak chcesz to zrobić? Przecież to nie jest samolot ani balon.
- Pamiętam topografię krateru... Jak zobaczę za oknem...
- Nic stąd nie zobaczysz za oknem. Musiałabyś wyjść na mur albo na tamtą wieżę, a... a tymczasem straciliśmy jedną trzecią wysokości.
- Poradzę sobie. Idź już.
- Mowy nie ma. Mam pomysł. Masz bardzo dobry wzrok, to będę ci pokazywała rękami, ile jeszcze zostało do ziemi. - Iwona rozpędziła się i wskoczyła na szafkę pod oknem, a potem odbiła się od niej i złapała za kamienną krawędź murka.
Następnie podciągnęła się i weszła wyżej. "Cholera! Za wysoko!", oceniła i pomachała rękami do krążących na Rhalgach wojowników, aby podlecieli do niej. Nadleciał Kroth Zag.
- Cesarzowa zostaje i chce posadzić fortecę w kraterze - powiedziała głośno, aby usłyszał przez głośny szum gadzich skrzydeł.
Dowódca Gwardii spojrzał przez okno do środka komnaty. Karolina potwierdziła to kiwnięciem głowy.
- Co mam robić? - zapytał rzeczowo.
- Musisz mnie postawić tam. - Pokazała na wieżę, skąd będzie widoczna dla Karoliny.
- Skacz. - Pokazał jej miejsce przed gadem.
Spojrzała w przepaść dzielącą ją od dziedzińca i przełknęła ślinę, a potem mocno odbiła się i skoczyła z rozłożonymi na boki rękami. Rhalg błyskawicznie zanurkował tuż za nią w otchłań. Gdzieś w połowie drogi ku śmierci poczuła, jak gad zacisnął na niej swoje szpony. Stworzenie ryknęło, jakby odniosło zwycięstwo nad przeciwnikiem, po czym machając mocno skrzydłami, poleciało w stronę wieży. Zawisło tuż nad nią na krótki moment, a następnie na mentalne polecenie Kroth Zaga wypuściło ze szponów Iwonę. Dziewczyna z dwóch metrów opadła na ugięte nogi. Spojrzała w stronę okna. Dla niej Karolina będąca w komnacie była niewidoczna.
*
Sprawdzając każdy załom korytarza, Bogdan doszedł do miejsca, gdzie pozostawił opartą o mur swoją broń energetyczną. Na szczęście Xatron stał tu nadal. Wziął go do ręki i wsłuchał się w ogólny hałas wywołany ewakuacją wszystkich z zamku. Z bronią gotową do strzału wszedł do najbliższego pomieszczenia. Na pierwszy rzut oka było tu pusto. Co prawda nie liczył na to, że złapie Boccora, ale z tego powodu nie zamierzał rezygnować. Pootwierane szafy wskazywały, że wszyscy ewakuowali się w dużym pospiechu. Gwardziści byli znani z tego, że wykonywali rozkazy dosłownie i bez zbytnich ceregieli. "Gdzie ja bym się ukrył?", zadał sobie pytanie. Odpowiedź na nie zależała od celu, jaki miał do realizacji napastnik. Intuicja mu podpowiadała, że raczej jeszcze go nie osiągnął, a przynajmniej nie do końca. To, co było najcenniejsze, czyli Heka i Nechacha, miała znów Karolina. "A więc blisko... czy daleko?", pytał sam siebie. Pod wpływem impulsu zawrócił. Korytarze były tak olbrzymie, że leciał nimi z dużą prędkością. Tuż przed komnatą Cesarzowej wyhamował pęd i opadł na kamienną podłogę. Przez włączone mikrofony słyszał jedynie powtarzane nieustannie słowa zaklęcia. Nagle nastąpił gwałtowny i potężny wstrząs i podłoga korytarza uciekła mu spod nóg. W ostatnim momencie włączył napęd, aby uniknąć zderzenia ze ścianą. Zderzeniu towarzyszyły zgrzyty przesuwających się mebli w jej komnacie i dolatujące z wszystkich innych pomieszczeń. W komnacie Cesarzowej olbrzymie łoże zderzyło się właśnie ze ścianą. Niemal równocześnie z tym spotkało to pozostałe meble w pomieszczeniu. "No to jesteśmy na ziemi", skonkludował w myślach. Zajrzał do środka. Karolina właśnie siadała na krawędzi łoża.
- Nic? - zapytała, gdy go zobaczyła.
- Na razie. Pomyślałem, że lepiej będzie, jak będę w pobliżu ciebie. On sam tutaj przyjdzie - stwierdził.
- Po co? Przecież osiągnął cel. - Podeszła do niego.
- A jeżeli nie? Zakładam, że jednak nie - dodał i już zamierzał zamocować Xatrona w zaciskach na pancerzu, gdy spod łoża wyturlała się jakaś postać.
Gdyby nie to, że miał włączone kamery i patrzył cały czas przez nie, na pewno by tego nie zauważył. Nieregularna plama o czerwono-pomarańczowym zabarwieniu niedosłyszalnie, ale nie dla niego, wstała na nogi. Karolina na to nie zareagowała, więc uznał, że to Boccor ukryty za iluzją.
- Rozejrzę się w pobliżu. - Zrobił nieokreślony ruch Xatronem, kierując go niby przypadkiem prosto w plamę.
- Dobra - odpowiedziała Cesarzowa i zaczęła odwracać się w kierunku okna.
Bogdan ścisnął kryształową broń. Xatron wystrzelił skoncentrowaną wiązką energii. Boccor miał refleks i był przezorny, bo używając magii, zdążył odbić energetyczny pocisk. Ten trafił w ścianę, która się nadtopiła i strużka płynnego kamienia zaczęła spływać na podłogę. W następnym ułamku sekundy mężczyzna włączył napęd i zaatakował napastnika. Tamten nie miał wyjścia. Najpierw musiał unieszkodliwić Bogdana, aby potem zaatakować Karolinę. Karolina miała niezgorszy refleks niż on, a do tego, gdy tego chciała, potrafiła się poruszać naprawdę szybko. Gdy tamten tylko odbił skoncentrowaną wiązkę energii, ona już skierowała Heka i Nechacha w jego kierunku. Bogdan zdążył przelecieć zaledwie dwa metry, gdy potężny cios telekinetyczny wygenerowany przez Boccora trafił go w pierś. W okamgnieniu cisnęło nim w przeciwnym kierunku. Siła ciosu była taka, że doleciał do ściany po przeciwnej stronie komnaty i grzmotnął w nią z impetem. Głośny trzask oznajmił, że Xatron trzymany w ręce uległ zniszczeniu. W tym momencie mężczyzna był niemal bezbronny. W pomieszczeniu nagle zaczęło się robić ciemno. Mimo świecącego na zewnątrz słońca mrok zapadł dosłownie w jednej chwili. Sprawiało to wrażenie, jakby ktoś za pomocą wyłącznika odciął dopływ prądu w żarówkach. Huk wyładowania energetycznego spotęgował to poczucie, dodatkowo zagłuszając wszystkie inne dźwięki, jakie miały miejsce w tym momencie. Dotyczyło to również myśli, jakie przemknęły przez głowę Karoliny i Boccora. Potężna błyskawica wygenerowana przez Cesarzową za pomocą Heka i Nechacha trafiła bezbłędnie w osłonę napastnika, który intuicyjnie wyczarował tarczę energetyczną. Lecz gigantyczna ilość energii zawarta w wyładowaniu sprawiła, że tarcza pokryła się iskrami wyładowań, po czym sama eksplodowała. Powstałe ciśnienie i fala uderzeniowa cisnęły napastnikiem w tył. Karolina również na tym ucierpiała, lecz zdecydowanie mniej. Heka i Nechacha częściowo samoistnie zneutralizowały potężną energię ciśnienia, ale i tak mocno zaszumiało jej w głowie, gdy rąbnęła nią w ścianę, na którą wpadła. Boccor stracił magiczną iluzję, ale był przytomny, chociaż widział przed oczami olbrzymie, czerwone plamy.
*
Baradeny leciały bardzo wysoko, bo ponad cztery kilometry nad ziemią, a w zasadzie morzem, gdyż właśnie cała utworzona przez nie formacja minęła linię brzegową morza śródziemnego. Leciały w luźnym szyku, w zasięgu wzroku od siebie. Gdzieś wysoko, jakieś drugie tyle, przeleciał nad nimi samolot, pozostawiając za sobą ledwie widoczną smugę kondensacyjną. Jeźdźcy spali w najlepsze w siodłach, chociaż nie wszyscy. Trzej lecący na czele formacji i dwaj na jej tyłach nieustannie pilnowali bezpieczeństwa. Wiszący daleko przed nimi księżyc zaczynał nabierać okrągłych kształtów. Do pełni było jeszcze niecałe dwanaście dni, a lecącym nigdzie się nie śpieszyło, odkąd minęli Europę. Pomimo ciszy lecące gady nadstawiały uszu, przekręcając nieco łby. Doleciał do nich ledwie dosłyszalny świst dochodzący z góry. Sulteni zareagowali od razu na reakcję stworzeń. Zaczęli się rozglądać i zadzierać do góry głowy, patrząc w tamtym kierunku. Nagle coś głośniejszego zafurczało nad ich głowami. Przypominało to łopot żagla na wietrze. Zaraz potem rozległ się w nocnej ciszy drugi, identyczny dźwięk. Potem dwa jeden po drugim i następne. Nagle na jednego ze śpiących spadł jakiś nieregularny, czarny kształt. Obok innego Baradena przeleciał taki sam kształt, który nie trafił w cel i spadł w dół. Niosący się za nim krzyk ucichł po dwóch sekundach. Jeszcze jeden też omal nie przeleciał obok innego gada, chybiając celu, ale był na tyle blisko, że dzięki wcześniejszemu wyciągnięciu rąk zdążył się uchwycić nogi jeźdźca i choć zawisł na moment bezradnie, już w następnej chwili zaczął się po niej wspinać. Obudzony Sulten zareagował odruchowo i dłonią chwycił za rękę napastnika, usiłując ją oderwać od siebie. W tym samym czasie inny Sulten wrzasnął przeraźliwie, budząc wszystkich, którzy jeszcze spali. Obudzeni zareagowali bez chwili wahania. Zmusili swoje wierzchowce do niemal pionowego nurkowania ku powierzchni wody, zmieniając jednocześnie kierunek lotu, co miało sprawić, że napastnicy spadną do wody. Nim jednak stworzenia wykonały manewry, jeszcze trzy wampiry osiągnęły cel i spadły na kark kolejnym jeźdźcom. Trwała zacięta walka, a pierwszy z zaatakowanych z poderżniętym gardłem zawisł martwy w siodle. Zabójca odbił się od grzbietu gada ku następnej ofierze. Krzyk i szybki manewr sprawiły, że nie doleciał tam, gdzie planował, i zaczął spadać. Tymczasem te wampiry, które dopadły Sultenów, walczyły zawzięcie. Jeden z Sultenów skierował swojego gada na pomoc pobratymcowi, mimo że sam był w trakcie zmiany kierunku lotu. Gad otworzył olbrzymią paszczę i przelatując tuż nad walczącymi, chwycił stojącego wampira za uniesioną do zadania ciosu rękę, po czym zrobił gwałtowny skręt, zabierając go ze sobą. Wampir, pochwycony niemal stalowym uściskiem, wrzeszczał i teraz drugą ręką uniesioną do ciosu usiłował dosięgnąć gadziego pyska. Spróbował wbić swoje twarde niczym kamienie paznokcie, lecz tylko pociągnął po pysku z niedosłyszalnym zgrzytem i lekko zarysował jeszcze twardsze łuski pokrywające całe ciało stworzenia. W końcu mocne szarpnięcie łbem wyrwało mu rękę ze stawu barkowego i wampir runął w dół. Zacięta walka trwała jeszcze dłuższą chwilę, lecz wampiry, będące od samego początku na straconej pozycji, musiały ulec całkowicie. Niespodziewany atak jednak sprawił, że oddział Sultenów został zmniejszony o kolejne cztery osobniki.
*
"Dzyń, dzyń, dzyń", rozległy się następujące po sobie uderzenia dzwonu w umocnionym obozie szkoleniowym dla skazańców. Na plac wybiegły wszystkie zmiany warty wraz z dowódcą. Te trzy uderzenia oznaczały, że któryś z przestępców uciekł poza teren obozu.
- Dokąd uciekł?! - wykrzyknął dowódca.
- Tam! - wskazał kierunek wartownik z wieży.
- Otwierać bramę! - wydał równie głośno rozkaz dowódca i od razu ruszył w jej kierunku.
Zgrzytnęły zawiasy i wszyscy zebrani na placu wybiegli na zewnątrz.
- Odstęp na pięć kroków! - padł kolejny rozkaz.
Wojownicy wykonali go niemal mechanicznie i obława ruszyła w las. Po drodze minęli sczerniałe pale, pod którymi leżały resztki morgiańskich szkieletów. Pozostałe kości wraz z tym, co tworzyło kiedyś ciało, zostały ogryzione przez dzikie zwierzęta i rozwleczone po okolicy. Każdy z wartowników po drodze załadował kuszę. Trzymając je na przedramieniu drugiej ręki, zaczęli wypatrywać w ciemnościach ruchu. Szybkimi krokami przemierzali las. Czasem coś im strzeliło pod ciężkimi, podkutymi stalą butami, lecz ogólnie panowała cisza. Chwilę później z obozu wymaszerowała cała kompania, podzielona na drużyny.
- Sprawdzić całą okolicę! - wydał rozkaz Orth Ze. - Ruszać się! - wrzasnął.
Ludzie tyralierą poszli w las.
- Ciekawe? - powiedział do siebie olbrzym. - Właśnie teraz?
Coś mu podpowiadało, że ma to związek z ostatnimi wydarzeniami.
- Daj łuczywo - powiedział do strażnika.
Ten bezzwłocznie wyjął pochodnię i podał mu. Orth Ze ruszył w kierunku, w którym poszedł uciekinier. Z doświadczenia wiedział, że jeżeli zostało to wcześniej zaplanowane i zorganizowane, to tamten podążał w zupełnie inną stronę. Postanowił to sprawdzić. Znał się jak mało kto na tropieniu i to dzięki swoim umiejętnościom tak długo wymykał się w przeszłości wszystkim obławom. Pośród śladów pozostawionych przez wojowników z kompanii odkrył również inne. Odnalazł je bez trudu mimo ciemności, bo wiedział, czego i gdzie szukać. Tu złamana gałązka pomiędzy miejscami, gdzie przeszli dwaj wojownicy, albo w innym miejscu zdarty częściowo z kamienia mech, a jeszcze gdzie indziej wdeptane w miękką ziemię kamyki. Było widoczne jak na dłoni, że trop skręca, a pozostałe ślady rozchodzą się promieniście od obozu. Odtworzył sobie w głowie obraz okolicy. Po chwili już wiedział, dokąd zmierza uciekinier. Wiedział też, jak zamierza stąd uciec. Nie bacząc już na pozostawione ślady, zdał się na intuicję i ruszył od razu w kierunku celu, do którego zmierzał tamten. Zdjął z ramienia topór i chwycił go dłonią w połowie styliska. Znalazł niewielką kałużę w zagłębieniu i zgasił pochodnię, po czym przyśpieszył kroku. Minął następne ślady swoich ludzi. Wolno nabierał rozpędu i po chwili już biegł, bo czasu było coraz mniej. Po kilku chwilach natrafił na pierwszego trupa. Wojownik został zabity uderzeniem topora w tył głowy. "Mam cię", przemknęło mu przez myśl. Kilka kroków dalej inny tropiący uciekiniera wojownik stał przybity do drzewa bełtem z kuszy, która ze stu kroków przebijała bez trudu zbroję. Niezbyt daleko od tego miejsca doleciał do uszu Orth Ze przytłumiony ryk gada. Było coraz mniej czasu. Zbieg, tak jak się tego spodziewał, miał pomoc z zewnątrz. Minął ciało kolejnego wojownika z rozpłatanym gardłem. Z kierunku, skąd doleciał do niego ryk Rhalga, usłyszał odgłos zaciętej walki. Starcie było krótkie i zakończyło się przedśmiertnym okrzykiem, a on przeszedł nieopodal następnego ciała. Zdał sobie sprawę, że po drodze minie jeszcze kilka ciał, a najgorsze było to, że na końcu nic nie osiągnie, bo tamten ucieknie. "Szlag!", zaklął w myślach. Mimo swojej masy przyśpieszył bieg jeszcze bardziej. Odruchowo przeskoczył nad jeszcze jednym ciałem, gdy mignęła mu przez moment leżąca obok kusza.
*
Zatrzymał się na moment, a potem ruszył dalej, w biegu naciągając znalezioną broń. Nagle znów usłyszał brzęk stali uderzającej o stal. Oznaczało to, że ktoś z drużyny, która na tamtego wpadła, jeszcze walczy. Krótki krzyk umierającego oznajmił szybko, że już jest po wszystkim. Las zaczął się przerzedzać. "Polana", przemknęło mu przez głowę i odruchowo uniósł kuszę jedną ręką, przykładając ją do ramienia, usiłując w ciemnościach ujrzeć coś więcej niż tylko pnie drzew. Z niespodziewaną pomocą przyszedł mu księżyc, który odsłoniła chmura. Zrobiło się zdecydowanie jaśniej. Mimo to przymrużył nieco oczy, wpatrując się przed siebie. Na razie nie widział nic, do czego mógłby strzelić. Szedł dużymi krokami prosto na polanę. Pod mijanym drzewem leżał kolejny trup. Drzew było coraz mniej, a prześwity pomiędzy nimi coraz większe. Znów doleciał do niego ryk Rhalga, ale zdecydowanie głośniejszy. Wreszcie wypatrzył stworzenie. Z początku było bez jeźdźca, ale gdy po mrugnięciu znów spojrzał, ktoś już na nim siedział. Mógł strzelić od razu, lecz postanowił jeszcze z tym zaczekać, bo brakowało tego, który uciekł z obozu szkoleniowego. Niezbyt odległe uderzenie metalu o metal oznajmiło, że z drużyny ktoś jeszcze pozostał i nie zamierzał pozwolić, aby zbieg odleciał. Siedzący na gadzie wyjął z olstra Xatrona i usiłował wycelować w upartego napastnika. Błysnęła energetyczna wiązka, ale chyba nie trafiła w cel, gdyż metaliczne dźwięki nie ustały. "Mogę mieć Rhalga", przemknęło przez myśl Orth Ze. Tymczasem trzymający Xatrona strzelił ponownie. Tym razem musiał to zrobić celnie, gdyż wojownik usłyszał okrzyk spowodowany bólem, a potem dźwięk, jakby ktoś rozrąbał dojrzały owoc. Teraz Orth Ze wycelował i strzelił. W tym samym momencie Rhalg poruszył się niespokojnie i bełt zamiast przeszyć pierś jeźdźca, ugrzązł tylko w jego ramieniu. Olbrzymi impet uderzenia obrócił nim w siodle i gdyby nie to, że zdążył się przywiązać, spadłby na ziemię. Ranny coś krzyknął do zbiega. Tamten wyłonił się zza drzew i spojrzał w kierunku, skąd nadbiegał Orth Ze. Poznał go bez trudu i rzucił się biegiem w stronę gada. Tuż przed nim odbił się od ziemi i wskoczył na jego grzbiet, tuż za plecami jeźdźca. Gad ryknął głośno i zaczął gwałtownie machać skrzydłami, robiąc niemal w miejscu obrót w kierunku odległej ściany lasu. Morgianin przełożył w biegu topór do prawej ręki i wytężając jeszcze bardziej siły, cofnął ją za głowę. W następnym momencie cisnął bronią, celując w jeźdźca. Olbrzymi topór śmignął w powietrzu, robiąc wolno obrót, i o dziwo doleciał do celu, lecz jego ostrze trafiło nie jeźdźca, a zbiega, który ściskał z całej siły linę. Topór omal nie odrąbał mu ramienia, a ten omal nie puścił trzymanej liny. Broń pod swoim własnym ciężarem wysunęła się z rany, pozostawiając krwawiące rozcięcie, a potem spadła na ziemię.
- Mam nadzieję, że zdechniesz w powietrzu - skomentował to Orth Ze.
*
- Co powiedziałeś?! - wrzasnął poirytowany Ósmy.
- Nie byłem w stanie sam otworzyć jej skarbca. Jest zabezpieczony starym czarem, a do jego zneutralizowania potrzebne są Laski. Bez nich nic się nie da zrobić - powtórzył Boccor.
- Demon się wścieknie - syknął mutant.
- On też nie jest w stanie nic zrobić - wzruszył ramionami rozmówca.
- Dostałeś to, co chciałeś... A nawet tyle, ile chciałeś... - Ósmy zawiesił na chwilę głos. - Nie wywiązałeś się z umowy i...
- Fakt, ale macie za to coś... równie cennego. Zamek leży na ziemi niczym kawałek skały - powiedział Boccor spokojnie. - Wystarczy tam tylko wejść.
- To niczego nie zmienia. Umowa... to umowa. Masz oddać złoto.
- Wiesz, że tego nie zrobię... bo na nie zapracowałem - pokręcił przecząco głową. - To, co zrobiłem, jest chyba nawet więcej warte.
- W takim razie idź i powiedz to Demonowi. - Ósmy uśmiechnął się paskudnie. - Ale jest pewne rozwiązanie...
- Nic już dla was nie zrobię - wpadł mu w słowo Boccor.
- Zrobisz, jeżeli nie chcesz stracić reputacji lub, co gorsze...
- Nie groź mi - tym razem on się uśmiechnął.
- Pomożesz nam zdobyć zamek. - Ósmy ponownie obdarzył go swoim uśmiechem. - Oczywiście nie za pełną stawkę. Co ty na to?
- Przemyślę to - odpowiedział wymijająco.
- Przemyśl. - Mutant wstał, dając do zrozumienia, że kończy rozmowę. - Masz czas... Przygotowania trochę potrwają - dodał.
- Tak... Potrwają. - Boccor również wstał.
Zanim ruszył do wyjścia, rozejrzał się po komnacie, jakby czegoś szukał.
- Ładnie się... tu urządziłeś - stwierdził, gdy już to wypatrzył.
- Prawda. Ale to tymczasowa siedziba - odpowiedział mutant.
- Tak... Skoro tak mówisz. - Ruszył do drzwi.
Na zewnątrz zaczynało się ściemniać. Ósmy zerknął w okno z lekkim niedowierzaniem, a potem spojrzał na swojego gościa.
- To nie jest moja robota - uśmiechnął się Boccor. - To pora roku.
- Yhym - tamten pokiwał głową.
Boccor wyszedł do obszernego holu. Tu znów rozejrzał się uważnie. "Czego on tak szuka?", przemknęło mutantowi przez myśl. Tymczasem gość, używając magii, otworzył sobie drzwi, po czym bez słowa zniknął za nimi. Z sąsiedniego pomieszczenia wyszedł nieco wyższy niż on mężczyzna.
- Tylko go nie zgub, bo o tym, żeby się o tobie nie dowiedział, to chyba nie muszę przypominać - powiedział Ósmy.
Mężczyzna jedynie się uśmiechnął i ruszył do drzwi.
- Tak dla twojej informacji: sprawdzał magiczne zabezpieczenia - powiedział wychodzący cichym głosem i poszedł w kierunku przeciwnym niż Boccor.
Natomiast Boccor idąc, czuł na sobie czyjeś spojrzenie. Było to odczucie mocno rozproszone, ale dla niego czytelne. Od samego początku był świadomy, że będzie pod obserwacją, jak tylko wyjdzie, ale miał na to kilka rozwiązań. Nadal idąc tym samym tempem, skręcił w boczną ulicę, sprawiając wrażenie, że to było wcześniej zaplanowane. Minął się z jakimś wojownikiem, który szedł mocno chwiejnym krokiem. "Czyli jest tu karczma", przemknęło mu przez myśl. Po kilkunastu kolejnych krokach znalazł to miejsce. Bardzo dobrze się nadawało do tego, co chciał zrobić. Zadowolony wszedł do środka. Zabawił tu tylko tyle czasu, ile potrzebował na rzucenie zaklęcia. Niespodziewanie dla wszystkich gości każdy z nich zaczął przypominać wyglądem i ubiorem Boccora.
- Wychodzimy - wysłał wszystkim jednocześnie mentalną komendę.
Chwilę później goście zaczęli wychodzić z karczmy.
*
Chmura zakryła księżyc i nagle zrobiło się jeszcze ciemniej niż było, a do tego zaczął mżyć deszczyk. Na murze niedużego zamku przechadzali się strażnicy, z toporami opartymi styliskami o ramiona. Z daleka doleciał do nich dźwięk jadącego drogą wozu. Stok, na którym stał zamek, był łagodny, więc droga dojazdowa nie sprawiała większego problemu tym, co tu chcieli dotrzeć.
- Ciekawe, kogo niesie o takiej porze - zagadnął strażnik drugiego, który tu przyszedł na dźwięk odgłosów.
Stali nad bramą i wytężali wzrok.
- O ile mi wiadomo, na nikogo nie czekamy - odpowiedział zagadnięty. - Może ktoś zabłądził.
- Fakt. W taką pogodę nietrudno o to - przytaknął tamten.
Wraz z dźwiękiem jadącego po nierównościach wozu doleciały również inne odgłosy. Przypominały harmider, jaki robi hodowlane ptactwo. Po chwili już byli pewni, że to obwoźny handlarz drobiem. Tymczasem powożący zaprzęgiem handlarz uderzył niewidocznym z murów drągiem w wiklinowe klatki, rozdrażniając ptactwo jeszcze bardziej.
- Otwierajcie! - wrzasnął, przekrzykując hałas.
- Ktoś ty?!
- Jak to kto?! Nie widać?! Ptaki przywiozłem na jutrzejszą ucztę!
- Jaką ucztę?! Nic o tym nie wiem!
- Wy nie wiecie, a ja tu marznę! Otwierajcie! - domagał się i ostrożnie, aby tamci tego nie dostrzegli, znów uderzył drągiem w klatki, bo ptactwo za bardzo przycichło.
- Przyjedź jutro rano! Teraz cię nie wpuszczę!
Hałas wywołany przez handlarza zagłuszył inne dźwięki. Między innymi głośny szum skrzydeł nadlatujących Rhalgów. Gady wyłoniły się z ciemności nagle, a jeźdźcy trzymający Xatrony w rękach wystrzelili do strażników. Z tej odległości nie można było nie trafić w cele. Martwi strażnicy osunęli się na mur za blanki, znikając z oczu handlarzowi. Gady zatoczyły łuk nad budowlą i odleciały w ciemności. Tuż po nich nadleciały inne. Te trzymały łapami wojowników. Jedne obniżyły lot i opadły na dziedziniec, gdzie z niskiej wysokości wypuściły napastników, a inne skierowały się ku murom. Tu również wypuściły ze swoich szponów wojowników. Stworzenia wzniosły się w powietrze i odleciały. Po nich nadleciały następne i zrobiły dokładnie to samo co pierwsze. Wojownicy na murze, w sile drużyny, zaczęli schodzić w głąb zamku tunelem prowadzącym prosto do wartowni. Cichy stukot podkutych butów na kamiennych schodach z początku nie zwrócił uwagi grających w kości wojowników. Jeden z nich uzmysłowił sobie, że odgłosów jest zbyt wiele jak na pojedynczego strażnika i zaczął się powoli podnosić. Pozostali nawet na niego nie spojrzeli. Dopiero gdy po chwili spostrzeżenie przerodziło się w podejrzenie, ktoś z ogromną siłą kopnął przymknięte drzwi. Te z impetem otworzyły się do wnętrza i rąbnęły o mur. Najszybciej zareagował ten wstający, bo już sięgał po topór. Pozostali zaledwie zdążyli odwrócić głowy, gdy runęła na nich salwa wystrzelona niemal jednoczenie z kilku Xatronów. Ten, który trzymał topór, z rozmachem kopnął w stół, chcąc go przewrócić. Przeszkodzili mu w tym leżący na nim martwi kompani. Zanim napastnicy zdążyli wystrzelić ponownie, zrobił zamach ręką i rzucił bronią w sam środek grupy. Topór doleciał do celu i trafił w pierś jednego. Gruby pancerz sprawił jednak, że ostrze jedynie nieco wgniotło metal i broń spadła na kamienną posadzkę. Wojownik przykucnął tuż za jednym z martwych strażników i sięgnął po jego broń, opartą tuż obok, patrząc jednocześnie na to, co robią tamci.
*
Odgłos uderzenia toporem o pancerz poniósł się echem przez korytarz. Tym samym korytarzem szedł pomocnik kucharza z koszem świeżego pieczywa oraz mięsiwem dla straży. Usłyszał odgłosy i pomyślał, że pomiędzy strażnikami doszło do sprzeczki, która przekształciła się w bijatykę, co nie było rzadkością. Kiedy wyszedł zza załomu muru, ze zdumieniem ujrzał obcych wojowników stojących w drzwiach sali zajmowanej przez wartę. Przytomnie ocenił sytuację i stwierdził, że coś jest nie tak, po czym szybko zawrócił. Dostrzegł go w tym momencie jeden z napastników i skierował w niego Xatrona. Nim jednak zdążył strzelić, rosły chłopak zniknął za murem. Ten, nie czekając ani chwili, rzucił się w pogoń za nim. Pomocnik po kilku krokach zorientował się, że biegnie z tacą. W tym samym momencie rzucił nią w bok i biegł dalej, wrzeszcząc głośno o napadzie. Tymczasem napastnik dobiegł do załomu muru i wbiegł do korytarza, którym uciekał tamten. Ostrzegawcze wrzaski oddalały się, lecz chłopak, aby dobiec do kolejnego zakrętu, musiał przebiec jeszcze kilkanaście kroków. Wojownik wycelował Xatronem i ścisnął broń, wyzwalając energetyczną wiązkę. Wystrzelony pocisk w okamgnieniu dotarł do celu. Uciekający krzyknął z bólu i runął martwy na posadzkę. Zaraz potem w tej części zamku zapanowała cisza. Gdzieś w niezbyt odległym miejscu stuknęły zamykane drzwi. Echo odpowiedziało znacznie ciszej na ten odgłos i znów zapanowała cisza. Wojownik z wycelowanym w głąb korytarza Xatronem czekał na kompanów, aż uporają się ze stawiającym opór strażnikiem, nieustannie nasłuchując dolatujących tu odgłosów. W odnodze korytarza zabrzmiał odgłos stawianych kroków. To musiał być ktoś ze straży, gdyż odgłosy były rytmiczne i zdecydowane. Zbliżały się do miejsca, gdzie stał. Napastnik wycelował precyzyjnie tuż za załom muru, aby trafić nadchodzącego za pierwszym razem, gdy tylko wyjdzie zza niego. To był dowódca straży. Rosły wojownik wyszedł bezpośrednio na strzał, lecz w ostatnim momencie dostrzegł kątem oka leżącego pomocnika kucharza z wypaloną, śmiertelną raną. Instynktownie pochylił się i zrobił przewrót przez ramię po posadzce. Wystrzelony pocisk chybił celu. On w tym czasie odbił się nogami od muru, do którego dotarł, i zrobił przewrót w tył do miejsca, skąd tu przyszedł. Kolejny wystrzelony pocisk trafił dokładnie w miejsce, gdzie był przed momentem. Gdy dowódca straży zniknął z widoku strzelca, błyskawicznie wstał na nogi i zaczął biec. Tamten zdając sobie sprawę, że to może skomplikować ich zadanie, ruszył biegiem za nim. Kilkanaście kroków przewagi to nie było wiele, lecz wystarczyło, aby dobiec do pierwszego zabezpieczenia. Dowódca przystanął na moment i pociągnął za dźwignię zwalniającą kratę. Metalowa konstrukcja wysunęła się bez problemu, choć z głośnym zgrzytem, ze szczeliny w murze, sunąc po metalowych łbach trzpieni wbitych w kamienną posadzkę. Szybko przemierzyła całą szerokość korytarza, po czym zagłębiła się w szczelinie po przeciwnej jego stronie. Wsunęła się tam na sporą długość, aż do miejsca, gdzie były metalowe zatrzaski blokujące. Metaliczny trzask oznajmił, że wszystko zadziałało tak, jak powinno. Z tego miejsca nie można było już tak łatwo usunąć tej kraty. Oficer, tracąc nieco cennego czasu, aby się upewnić, że krata się zamknęła, zaraz potem ruszył ponownie biegiem w głąb zamku. Tymczasem napastnik dobiegł do załomu muru i wybiegł w tą samą część korytarza. Wycelował, ale nie strzelił. Zamiast tego podbiegł do kraty. Szarpnął nią energicznie, lecz nic nie zdziałał. Teraz wreszcie szybko wycelował i strzelił. Trwało to o okamgnienie zbyt długo, gdyż tamten zdążył już dobiec do kolejnego załomu korytarza i pocisk trafił nie w plecy uciekiniera na wysokości serca, a jedynie w jego bok. Pomimo to rana była ciężka i wywołała ogromny ból, ale dowódca warty zdołał utrzymać się na nogach. Czuł, że szybko traci siły, ale dzięki dobremu wyszkoleniu i determinacji dotarł do drzwi, o które mu chodziło. Otworzył je...
- Wstawajcie! - krzyknął głośno.
W dużej komnacie zapanowało poruszenie.
- Natychmiast bierzcie swoje ubrania i chodźcie za mną! - wydawał kolejne polecenia. - Szybko! Nie ma czasu!
Sześciu chłopców, w tym trzech synów króla Parth, wykonywało bez szmeru jego polecenia.
*
Marta patrzyła przez okno w zadumie.
- W sumie niewiele to zmienia - powiedziała z namysłem.
- Możliwe. Chyba za bardzo się przyzwyczaiłam do lewitowania. - W głosie Karoliny było słychać coś w rodzaju zawodu. - Ale znajdę tą kombinację zaklęć - powiedziała stanowczym głosem.
- Jestem pewna. Skoro tamtym się to...
Otworzyły się drzwi i do środka wszedł Kroth Zag.
- Pani, przyjechał jakiś goniec z informacjami - zameldował.
- Czy to pilne?
- Mówi coś o zamku...
Marta błyskawicznie odwróciła się od okna i spojrzała na dowódcę Gwardii.
- Wołaj go - powiedziała, pośpiesznie przerywając relację.
Ten zerknął na Cesarzową i skinął jedynie głową. Wyszedł, nie zamykając drzwi. Zaraz potem wszedł Morgianin w stroju pozostawiającym wiele do życzenia, ale Marta go poznała od razu.
- Mów! - poleciła.
Ten na początek ukłonił się przed Cesarzową.
- Dotarło do mnie, że ktoś wypytywał dosyć natarczywie ludzi z zamku - zaczął. - Pytał o obsadę, zmiany ludzi.
- Kiedy to miało miejsce?
- Trzy dni temu. Zdobyłem opis tego kogoś, ale nie udało mi się go odnaleźć.
- Obserwowałeś zamek i jego okolice? - zapytała Marta.
- Postawiłem jednego obserwatora, ale niczego niepokojącego nie dostrzegł.
- To wszystko?
- Tak. Chyba że zaszło coś, gdy byłem w drodze.
- Zaczekaj przed zamkiem - poleciła mu Marta. - Może jeszcze będziesz potrzebny.
Szpieg ukłonił się i wyszedł.
- Zastanawia mnie, czy tylko węszą, czy już podjęli jakieś działania - skomentowała relację Karolina.
- Obawiam się, że nie skończyli na planowaniu. Takie natarczywe nagabywanie, aby zdobyć jedynie informacje... - Pokręciła głową. - Raczej już realizują plan. Pytanie brzmi, jak daleko z nim zaszli?
- Nie zaatakują otwarcie. Zbyt daleko od granicy - oceniła Karolina.
- Hm... Lasami można dotrzeć naprawdę daleko. Zwłaszcza jeżeli ma się kogoś, kto je zna. Tak czy tak... Musimy wzmocnić załogę - zdecydowała Marta. - Im szybciej, tym lepiej.
- Skoro tak, to wyślę tam dwie lub trzy drużyny - zaproponowała Cesarzowa.
- Sama się chętnie tam wybiorę. Wezmę ze sobą ludzi Orth Ze. Niech się trochę rozerwą - stwierdziła.
- Jutro?
- Nie. Coś mi podpowiada, że jutro może być za późno. Lepiej jeszcze dzisiaj - zdecydowała Marta.
- To zbierz ich. - Karolina skinęła jej głową.
Marta wyszła. Mimo trudności z poruszaniem się po pochylonych podłogach szybko dotarła do swojej komnaty. Równie szybko założyła zbroję i wzięła sakwę z bielizną. Zapięła na pasie dwa pojemniki z bełtami do kuszy i zabrała swoją broń. Z tym bagażem i hełmem pod pachą opuściła komnatę. Dotarła do muru i z niego zeskoczyła na platformę windy. Pociągnęła za linkę. Na dole zabrzmiał dźwięk dzwonu. Tym razem winda jechała bardzo krótko. Na dole zeskoczyła z platformy.
- Winda do góry - poleciła i odeszła.
Jej człowiek stał nieopodal, z kapturem nasuniętym na połowę twarzy pomimo, że było już ciemno. Kobieta uśmiechnęła się z uznaniem.
- Rzuć okiem na moje rzeczy - powiedziała i położyła sakwę na ziemi, opierając o nią kuszę. - Zaraz wracam.
*
- Obóz, baczność! - krzyknął podoficer przy bramie.
Wszyscy, którzy jeszcze nie spali w namiotach, przystanęli i zwrócili się w kierunku bramy. Marta przeszła dalej, dając jednocześnie znak ręką, aby podoficer odwołał komendą nagły bezruch.
- Obóz, do zajęć! - krzyknął równie głośno.
Mimo że wojownicy wrócili do poprzednich zajęć, każdy z nich zerkał dyskretnie, aby sprawdzić, kto do nich przyszedł. Orth Ze wyszedł ze swojego namiotu.
- Witam, generale. - Skinął jej głową z szacunkiem.
- Witaj, dowódco - również skinęła głową.
- Co mogę zrobić...?
- Potrzebne mi trzy drużyny z pełnym uzbrojeniem - powiedziała i wyjaśniła powód przybycia.
- Rozumiem, że już na tą chwilę - odgadł.
- Tak. Już teraz - potwierdziła.
- Kto będzie nimi dowodził?
- Jeżeli zechcesz, to ty. Sprawa jest poważna.
- Zaraz będziemy gotowi. - Uderzył się pięścią w pierś.
- Czekam koło zamku. - Skinęła mu głową i ruszyła do bramy.
Nim zrobiła dwa kroki, Orth Ze wrzasnął komendę zbiórki całej kompani. Gdy już była za bramą, doleciał do niej szczęk metalu wymieszany z przekleństwami, mającymi pomóc wojownikom w przygotowaniach. Gdzieś w połowie drogi do miejsca wyznaczonej zbiórki trzy wyznaczone drużyny jedna po drugiej zaczęły ją mijać. Uśmiechnęła się do swoich myśli i spokojnie szła dalej. Chwilę później dotarła na miejsce. Kroth Zag już również był na miejscu i rozmawiał z Orth Ze. Marta spojrzała na niego pytająco.
- Cesarzowa zaraz przybędzie - oznajmił.
- Dziękuję, Kroth Zag - skinęła mu głową.
Nie musieli długo czekać, gdyż Karolina w asyście Gwardzistów po chwili wyszła z portalu na równinę.
- Widzę, że wszystko przygotowane - uśmiechnęła się z zadowoleniem Cesarzowa.
- Tak, pani - potwierdził dowódca Gwardii.
- Szybko wracaj, Marta, bo czeka nas akcja w Afryce - przypomniała Karolina.
- Wyślij Rhalga - poprosiła - to szybciej będę.
- Tak zrobię. Jutro rano... około dziewiątej. Może być?
- Oczywiście. Do jutra.
Cesarzowa skinęła jej głową i otworzyła magiczne przejście na drogę tuż przed bramę zamku. Marta weszła pierwsza, za nią Orth Ze i pierwsza drużyna, a potem cała reszta. Po tamtej stronie było również ciemno. Gdy lekki blask portalu zgasł, ujrzała w górze krążące nad murami gady. "Rhalgi!", przemknęło jej przez myśl. "A jednak zaatakowali!", to było drugie nagłe spostrzeżenie. Tamci musieli dostrzec wsparcie, które nadeszło magicznym przejściem, gdyż gady, rycząc przeraźliwie, runęły w dół w ich kierunku.
- Żółw! - wrzasnął Orth Ze.
Wojownicy z trzymanych w rękach tarcz najpierw utworzyli ścianę, a potem założyli jedną tarczę na drugą nad głowami, tworząc osłonę nad sobą i dowódcami. Wojownicy trzeciej drużyny zaczęli ładować kusze. Salwa pocisków energetycznych wystrzelonych z Xatronów trafiła w mur tarcz. Rozżarzyła ich powierzchnię na krótką chwilę, i to było na tyle. Marta nasunęła na twarz przyłbicę i poderwała do góry naładowaną kuszę. Dzięki wyjątkowemu wzrokowi bez trudu dostrzegła siedzącego na Rhalgu jeźdźca lecącego na czele bezładnej formacji. Gdy tamci ponownie wystrzelili ze swojej broni, ona również nacisnęła spust. Wystrzelony bełt bezbłędnie trafił w cel. Gad po utracie mentalnego kontaktu ze swoim jeźdźcem ryknął głośno i skręcił gwałtownie w bok, wyłamując się z nacierającego szyku.
*
- Formacja pod bramę! - wrzasnął komendę Orth Ze.
Wojownicy dobrze wyszkoleni w różnego rodzaju manewrach krok po kroku zaczęli iść ku osłonie, aby zapewnić sobie bezpieczeństwo za plecami. Marta nie czekała, aż ktoś ze straży pojawi się na murze nad bramą. Z poprzedniej wizyty, gdy przybyła tu z zakładnikami z Parth, wiedziała, że nie będzie w stanie wskoczyć bezpośrednio na mur ani na jedną z baszt. Musiała to zrobić inaczej. Załadowała kuszę i idąc za wojownikami, błyskawicznie wycelowała w bramę, kilka metrów od wieży, i strzeliła. Bełt wbił się na wysokości około siedmiu metrów nad ziemią oraz jakieś trzy metry od baszty. "Wystarczy", pomyślała.
- Trzymaj! - krzyknęła, podając najbliższemu wojownikowi kuszę.
Ten wziął ją bez słowa sprzeciwu. Ona odskoczyła nieco w tył, a potem rozpędziła się i z całych sił odbiła od ziemi. Uderzyła bokiem w nabijaną metalowymi ćwiekami powierzchnię bramy, po czym opadła kilkanaście centymetrów w dół, prosto na tkwiący w niej bełt. Bez chwili namysłu odbiła się od niego, skacząc w górę ku baszcie. Uderzyła ciałem w mur i chwyciła bez problemu za jego krawędź. Opancerzone rękawice zgrzytnęły na kamieniu pod jej ciężarem, ale nie spadła dzięki temu, że natrafiła zakrzywionymi palcami na sporą nierówność. Na moment zawisła w bezruchu. Wolno podciągnęła się na rękach. Wytężając siły, zarzuciła jedną nogę na mur, tuż obok rąk. Przesunęła się ze zgrzytem wyżej, ale i tak nie dosięgła jeszcze ręką krawędzi po drugiej stronie. Wytężając siły, podciągnęła się jeszcze wyżej i w końcu wpełzła na szeroki mur. Tymczasem Morgianie stali pod bramą i ostrzeliwali się, osłonięci tarczami ze wszystkich stron, przed atakującymi z góry jeźdźcami. Spojrzała przed siebie. W powietrzu jakieś pięćdziesiąt metrów od niej wisiał Rhalg. Bardzo dobrze widziała również jego jeźdźca. "Żebym miała kuszę", przemknęło jej przez myśl, po czym sturlała się na drugą stronę muru. Wstała na ugięte nogi. Nie czekając ani chwili, skoczyła na schody prowadzące w dół. Przeskakując po kilka stopni, zbiegła o jedną kondygnację niżej. Tutaj były kołowroty podnoszące belki leżące na hakach bramy. Zaczęła kręcić jednym z nich. Skrzypienie belki zamocowanej na zardzewiałym trzpieniu nie przebiło się przez odgłosy trwającej bitwy i ryk gadów. Po dłuższej chwili belka została uniesiona do pionu. Marta zabezpieczyła kołowrót i wyskoczyła przez okno na zamkowy dziedziniec. Stało tu kilka spętanych Rhalgów. "Czyli są już w środku", przemknęło jej przez myśl. Podskoczyła i chwyciła rękami za olbrzymią klamrę. Nogami zaparła się o drugą połowę bramy, po czym zaczęła ciągnąć z całych sił. Brama nie drgnęła nawet na milimetr. "Szlag!", zaklęła w myślach. Jeszcze raz naprężyła całe swoje ciało, usiłując odciągnąć tą część, za którą trzymała. Odniosła wrażenie, że ważące ponad pół tony skrzydło nieco drgnęło. "Dalej!", usiłowała zmobilizować siebie do większego wysiłku przez ponaglanie w myślach. Znów pociągnęła, zaciskając z wysiłku zęby. W końcu wolno, bo centymetr po centymetrze, skrzydło zaczęło zmieniać swoje położenie. Wciągnęła głęboko powietrze do płuc i znów wytężyła siły. Ta chwila wysiłku sprawiła, że pomiędzy obiema częściami powstała szczelina na tyle duża, że mogła się przez nią przecisnąć. Puściła klamrę i opadła na nogi. Przeszła na drugą stronę, unosząc przyłbicę.
*
- Orth Ze, do mnie! - wrzasnęła na całe gardło.
Wojownicy spojrzeli w jej stronę.
- Pomóżcie mi! - wrzasnęła ponownie i zaczęła pchać bramę, aby zrobić większe przejście.
Ci, którzy byli najbliżej, naparli na bramę z całą mocą. Zostawiła ich z tym, nie czekając na efekty. Sama przecisnęła się znów na dziedziniec i pobiegła ku bramie prowadzącej do wnętrza zamku. Olbrzymie wrota były zamknięte na głucho. Spojrzała do góry na okna. Tymczasem wojownicy wbiegli również na dziedziniec. Pierwszy był Orth Ze i od razu zaczął wydawać rozkazy.
- Biegnijcie na mur! Tam jest wejście do zamku! - krzyknęła do niego, pokazując ręką kierunek.
Pokazał gestem ręki, że zrozumiał. Ona tymczasem już zdążyła zrobić dwa szybkie kroki w tył, po czym z krótkiego rozbiegu odbiła się od ziemi. Skok nie należał do jej najlepszych, ale cel osiągnęła. Stanęła na murze okna pierwszej kondygnacji. Z impetem uderzyła barkiem w szybę. Grube szkła pękły pod naporem jej ciała, a ona wskoczyła do środka pomieszczenia. Było tu pusto, ale orientowała się, gdzie jest. Była w części dla służby i jeszcze przed metalową kratą. Jednym skokiem dotarła do drzwi, otwierając je na oścież. Korytarz nie był zbyt długi. Od razu skręciła w kierunku, gdzie znajdowały się pokoje dzieci i braci władcy Parth. Krata zrobiona z grubych prętów była przepalona w kilku miejscach. Po tym, że była jeszcze nieco rozżarzona na końcach, zorientowała się, że dopiero co została sforsowana. Na podłodze leżały pręty, krótsze i dłuższe. Wybrała te krótsze i wzięła je w ręce. Zza zakrętu dolatywały do niej odgłosy walki. Kiedy dobiegła do załomu muru, dwóch wojowników rąbało z impetem drzwi, a trzech dobijało dowódcę straży. W korytarzu leżały trzy trupy i jeden ranny. W biegu cisnęła prętem trzymanym w prawej ręce i trafiła nim w kark najbliższego przeciwnika. Wszyscy trzej odwrócili się niemal w tym samym momencie w jej kierunku, z tym że ten trafiony metalowym kawałkiem pręta zrobił to nieco wolniej. Stojący z tyłu wojownik sięgnął do opartego o ścianę Xatrona. Nie dała mu szansy na jego użycie, tylko cisnęła w niego drugim kawałkiem metalu. Napastnik, nie spodziewając się tego, nie zdążył cofnąć rąk z bronią. Podnoszone do góry ramię z Xatronem zostało trafione prętem i wygenerowany tak impuls energetyczny trafił w sufit korytarza. Marta przyśpieszyła bieg i rozpędzona skoczyła na ścianę. Z całych sił odbiła się od niej i z tej strony spadła na zaskoczonego przeciwnika. Obiema rękami chwyciła za jego głowę okrytą hełmem i pociągnęła ją za sobą. Ten zrobił krok w tył, aby nie upaść, a ona w tym czasie obiema nogami z półobrotu uderzyła w hełm okrywający głowę drugiego, stojącego za nim. Głośny, metaliczny dźwięk rozległ się echem w korytarzu. Impet, z jakim wyprowadziła uderzenie, sprawił, że wojownik mimo swojej niemałej masy zrobił kilka kroków w tył, natomiast ten, którego trzymała za szyję, ze skręconym karkiem runął na podłogę. Kiedy upadał, dziewczyna odbiła się od podłogi i skoczyła ku temu, który się cofnął. Jej obie nogi trafiły go w pancerz na piersi, przy czym jednocześnie obiema rękami chwyciła za Xatrona, wyrywając mu go z ręki. Posłużyła się jego ciałem niczym odskocznią i odbiła się w przeciwną stronę. Zrobiła salto w powietrzu i opadła na nogi. W okamgnieniu wycelowała i strzeliła w najbliższego z wrogów, który mógł jej najbardziej zagrozić. Zaraz potem znów błyskawicznie wycelowała i wystrzeliła skoncentrowaną wiązkę energii. Kolejny padł martwy z dziurą w piersi. Z tych, którzy forsowali drzwi do dodatkowo zabezpieczonej komnaty, odwrócił się jeden i zamachnął się trzymanym toporem, aby w nią cisnąć. Błyskawicznie odskoczyła w bok. Z oddali z kierunku, z którego przybiegła, doleciał do nich stukot podkutych metalem butów. Jej przeciwnik cisnął toporem, lecz ona w tym samym momencie odskoczyła w tył, strzelając jednocześnie z Xatrona. Rzucona broń minęła ją w sporej odległości i uderzyła w kamienny mur, krzesząc na nim snop iskier.
*
Gdy upadł ten trafiony wiązką energetyczną, w jej stronę odwrócił się ostatni z napastników. Spojrzał jej w oczy. Nagle wykrzyknął coś głośno i rzucił się na nią z uniesionym do zadania ciosu toporem bojowym.
- Nic z tego - powiedziała niezbyt głośno po polsku i skierowała Xatrona w jego nogę.
Ścisnęła broń i skoncentrowana wiązka trafiła go w udo. Wojownik stracił równowagę, gdy stanął na tej nodze, która była zraniona. Marta odbiła się od podłogi i skoczyła w jego kierunku. Wyprowadziła potężne kopnięcie, którym trafiła go w hełm osłaniający głowę. Mimo to nadal usiłował coś zrobić. Ułamek sekundy później drugą nogą trafiła go w hełm tuż nad nosem. Jego głowa odskoczyła w tył, po czym wojownik padł nieprzytomny. Opadła na ugięte nogi. Trzymając nadal w ręce Xatrona, spojrzała w kierunku odgłosów. Nikogo nie było widać, za to podobne odgłosy doleciały do niej z przeciwnej strony. Z początku była nieco zaskoczona, lecz doszła do wniosku, że Orth Ze musiał znaleźć inną drogę i odwróciła się w kierunku drzwi, aby w nie zastukać. Nagle z tej drugiej strony ktoś strzelił z Xatrona. Energetyczny pocisk musnął jej pancerz na plecach, zostawiając po sobie nadtopioną bruzdę. Zaskoczona dziewczyna oparła się o drzwi, prawie w całości znikając z widoku strzelającemu. Drugi strzał trafił w kamień na wysokości jej głowy, wytapiając w nim krater. Odwróciła się w miejsce, skąd strzelano i wyjrzała ostrożnie. W jej kierunku szło czterech obcych wojowników. Dwaj z nich trzymali Xatrony.
- Szlag! - zaklęła, gdy uświadomiła sobie, że omal nie zginęła.
Wyciągnęła ostrożnie rękę z Xatronem i już zamierzała wystrzelić, gdy na nogi zaczął wstawać ten ranny.
- Leż! - wrzasnęła w języku Morgian.
Nie posłuchał, widząc, że dziewczyna jest w potrzasku. Nie miała wyjścia, gdyż on zaczął sięgać po leżący nieopodal topór. Tamci zaczęli biec. Wybrała najbliższego z nich. Nie miał żadnych szans z tej odległości. Energetyczna wiązka bez trudu przepaliła przegub jego dłoni, w której trzymał broń.
Odgłos podkutych butów od strony kraty stał się wyraźny. Wojownicy byli tuż za załomem muru.
- Uważajcie! Oni mają Xatrony! - wrzasnęła na całe gardło.
Kroki od strony kraty zwolniły, lecz nadal było słychać dźwięk metalu uderzającego o metal. Zza załomu muru wyszła formacja wojowników osłonięta murem tarcz. Wojownicy zrobili jeszcze kilka kroków i nagle przystanęli. Dolne tarcze opadły na kamienną podłogę, osłaniając całkowicie nogi, górne również nieco opadły. Na to zareagowali idący ku nim napastnicy. Również przystanęli, ale zaraz potem wystrzelili skoncentrowane wiązki z Xatronów. Energetyczne pociski trafiły w tarcze, nieco je tylko rozżarzając, i to było wszystko. Kolejna salwa zakończyła się dokładnie takim samym efektem. Chwilę potem dwie z górnych tarcz szybko przesunęły się w bok i w okamgnieniu z powstałych luk wystrzelono bełty z kusz. Pociski błyskawicznie pokonały niewielką odległość i trafiły centralnie w pierś dwóch napastników. Metaliczny dźwięk uderzenia bełtów w blachę pancerzy zagłuszyły okrzyki bólu umierających. Zaraz potem zabici osunęli się na podłogę. Pozostali zamierzali zrejterować z miejsca potyczki, lecz nawet nie zdążyli zrobić zwrotu w tył, gdy wystrzelone z kusz kolejne bełty dosięgły ich jak poprzednich.
- Sprawdźcie, czy ktoś z nich nie przeżył. - Wskazała na leżących w głębi korytarza, gdy ludzie Orth Ze ściągali hełmy z głów tym przy drzwiach.
Sama podeszła do drzwi i zastukała. Odczekała dłuższą chwilę i zastukała w nie ponownie. Nikt jej nie odpowiedział. Zastukała trzeci raz. Znów odpowiedziała jej z tamtej strony cisza.
- Hot Re, otwórzcie! - krzyknęła.
Mimo że wywołała po imieniu najstarszego z chłopaków, nadal nikt jej nie odpowiedział.
- Sprowadźcie tu ich opiekuna - poleciła wojownikom.
*
Zdobyczne Rhalgi były niespokojne. Co chwilę podrywały do góry łby i głośno ryczały. Orth Ze chodził pomiędzy nimi, oglądając je z różnych stron. Zamierzał sobie wybrać najlepszego. Jak wiadomo, pierwszy odruch jest prawie zawsze najlepszą oceną. On też od razu dostrzegł większą od wszystkich samicę. Była naprawdę okazała. Ona właśnie najbardziej była rozdrażniona i chyba najbardziej osamotniona po utracie jeźdźca. Podchodził do niej kilka razy, lecz za każdym razem odskakiwał, gdy chciała go dosięgnąć groźnymi zębami.
- Co tak skaczesz jak pchła? - usłyszał z tyłu głos.
- Sam do niej podejdź, jeżeli jesteś taki mądrala - odpowiedział na zaczepkę.
- Piękna sztuka - potwierdził Kroth Zag.
- Też tak myślę.
- Słyszałem, że dobrze sobie poradziliście. - Dowódca Gwardii minął go w drodze do Rhalga.
- Mało nam zostało do roboty. Generał prawie sama wszystko załatwiła - powiedział zgodnie z prawdą. - Nie podchodź do niej - dodał.
- Pamiętaj, o dziesiątej części łupu - przypomniał mu Kroth Zag.
- Gadów jest osiem... Dopłacisz? - zapytał Orth Ze.
- Nie. Nie wezmę broni.
- Zgoda. Ale jej nie dostaniesz. - Orth Ze zamierzał pozostać przy swoim.
- Qarata by jej nie wpuściła do stajni. Jest twoja. Przyślę poskramiaczy. Oni wybiorą i pomogą... Ale gdybyś chciał ją sprzedać, to...
- Zapomnij - zaśmiał się Orth Ze. - Ale dzięki za pomoc.
- Wybierz im tylko właściwych ludzi - przypomniał mu.
- Poradzę sobie. - Orth Ze znów się uśmiechnął. - A tak w ogóle... to czego chcesz? - dopytał.
- Przyleciała matka dzieciaków. Jest zaniepokojona pogłoskami o ataku na zamek - odpowiedział dowódca Gwardii.
- Wieści się szybko rozchodzą - mruknął Orth Ze.
- Zwłaszcza gdy ktoś się z nimi pośpieszy - powiedział Kroth Zag. - A kto to był, to wiemy.
- Jakie są rozkazy?
- Dopilnować, aby nikomu włos nie spadł z głowy.
- Mam za mało ludzi.
- Zaraz będzie ich tu trochę więcej - zapewnił dowódca.
Niespodziewanie otworzył się portal. Wyszło z niego pięć drużyn zbrojnych, a potem wleciało dziesięć Rhalgów. Oddziały stanęły na ograniczonej przestrzeni dziedzińca, a gady zatoczyły koło nad zamkiem i zniknęły za jego murem. Spomiędzy wojowników wyszło dwóch poskramiaczy. Z jakiegoś powodu, znanego tylko gadom, wszystkie zebrane na dziedzińcu ryknęły porażająco.
- Rozmieść ludzi - polecił mu Kroth Zag i odszedł na bok.
- Ber Kha! - wrzasnął na całe gardło Orth Ze.
Z muru zbiegł rosły wojownik.
- Słucham, dowódco! - wyprężył się przybyły.
- Dwie drużyny z przybyłych na mury. Jedna ma patrolować okolice zamku, a pozostali na kwaterę - rozkazał.
- Nie ma tyle miejsca - powiedział zaskoczony dziesiętnik.
- To znajdź. Mogą być nawet lochy - zaśmiał się z dowcipu.
- Tak jest! - Dziesiętnik uderzył się pięścią w pancerz na piersi.
- Masz klepsydrę? - zapytał Kroth Zag.
- Nie.
- Tak myślałem. Weź. - Podał mu przedmiot wyjęty z sakwy przy boku.
- Po co mi ona?
- To do zmiany warty.
*
Zew wilkołaków rozniósł się po wszystkich państwach ościennych. Z każdego z nich na początku wyruszyły małe grupki, lecz w miarę pokonywanej drogi zaczęły się rozrastać. W niektórych szły watahy liczące już ponad pięćdziesięciu osobników. Szły z uporem od jednej oazy do drugiej, gdzie dołączały następne grupy. Wędrowały przeważnie nocą, ubrane w długie peleryny, pod którymi pobrzękiwała broń, a także inne akcesoria potrzebne do prowadzenia walki. W połowie drogi był to już liczący ponad pięciuset wilkołaków oddział. Zgodnie ze swoim prawem wojennym wybrały na czas walki jednego przywódcę. Po trzech nocach nieustannej wędrówki były niemal u celu. Dowodzący nimi stary, doświadczony wilkołak postanowił, że tego dnia nie będzie postoju. Wiedział, że Sulteni są tuż, tuż. Czyli za horyzontem. Zmobilizował wszystkich do biegu. Sadząc susami, stwory dotarły do świątyni, gdzie przed tysiącleciami przywołano z innego miejsca ich przodków. Kilka chwil później powiał lekki wietrzyk, podrywając maleńkie ziarenka piasku i pył z powierzchni wszechobecnej pustyni.
- Szybciej! Szybciej! - zaczął ponaglać najbliższe siebie wilkołaki prowadzący je przewodnik, wyczuwając zbliżającą się burzę piaskową.
Stworzenia jeszcze bardziej wytężyły swoje siły i mimo tego, że grzęzły w piachu, przyśpieszyły bieg. Porywy wiatru z każdą chwilą stawały się silniejsze, lecz mimo to drapieżniki nie ustawały. Opuściły na swoje łby kaptury, a te z nich, które już nie pierwszy raz były na pustyni, zasłoniły sobie dodatkowo pyski chustami. Gdy minęły jakieś dwie godziny od momentu, gdy zaczął powiewać porywiście wiatr, i kiedy wydawało się, że już dalej nie będą mogły iść, przewodnik pokazał coś łapą przed sobą.
- Już ją widać! - ryknął, przekrzykując na ten moment wichurę.
Idący za nim dowodzący olbrzymią watahą wilkołak zaczął wydawać komendy, rozdzielając stwory na oddziały. Część z nich poszła w jedną stronę, zataczając łuk, natomiast druga część kontynuowała marsz w tym samym kierunku, również łukiem. Tym sposobem otoczyły miejsce podwójnym kordonem w bezpiecznej odległości. Sama burza również się im przysłużyła, bowiem Sulteni także musieli wylądować, aby ją przeczekać. Poza tym ci, co byli już w miejscu docelowym, nie byli w stanie ich dostrzec. Burza wilkołakom była również pomocna z jeszcze jednego powodu. Po otoczeniu terenu dwoma pierścieniami okryli się pelerynami i położyli na piachu. Dziesięć minut później nikt nie byłby w stanie określić, że ktokolwiek się tu ukrywa. Wiatr szalał i nieustannie przesuwał piach z miejsca na miejsce. Trwało to niemal do samego rana. Potem się nagle uspokoiło i zapanowała cisza. Kiedy burza ucichła, w jednym z miejsc piach zaczął się rytmicznie poruszać. Z początku ledwie zauważalnie, lecz po chwili było to coraz bardziej widoczne. Zaraz potem z podziemi świątyni wyszło kilkanaście postaci, które trzymały w rękach łopaty. Mimo ciemności, bo do świtu zostało jeszcze trochę czasu, na początek odkopały brezenty okrywające wejście i szczyt samej budowli. Ściągnęły grubo tkane tkaniny i zaniosły je w jedno miejsce. Gdy to zostało wykonane, wampiry wróciły do środka.
*
Słońce zbliżało się do zenitu, gdy na horyzoncie pojawiły się małe punkty. W miarę upływającego czasu punkty urosły na tyle, że były większe od ptaków. Niecały kwadrans później nad świątynią zaczęły krążyć ryczące porażająco Baradeny.
- Kiedy zaczynamy? - zapytała Iwona, patrząc przez lornetkę na sytuację.
- Nie wcześniej niż przed pojawieniem się Morgian - odpowiedział Bogdan.
- Jakoś się nie śpieszą.
- Spokojnie. Niech ci najpierw wylądują - powiedział uspokajająco. - Mają równie groźną broń jak Xatrony.
- Poradzę... - nie dokończyła, gdyż z wnętrza świątyni wybiegły dziwacznie ubrane postacie. Zrobiły to tak szybko, że nie mogły być ludźmi. Wampiry w okamgnieniu rozpierzchły się na wszystkie strony i od razu po zajęciu pozycji zaczęły ostrzał z broni maszynowej w kierunku krążących stworzeń, a w szczególności siedzących w siodłach Sultenów. Tamci szybko skierowali swoje wierzchowce wyżej, lecz nim tam dotarły, dwóch z nich nieżywych zwisło w siodłach. Zaraz potem spadły na dół pierwsze energetyczne pociski. Płynna energia zalała w pierwszej kolejności miejsca, gdzie leżały wampiry, tworząc kałuże buzującej energii, która topiąc piach, tworzyła szkliste placki. W następnym momencie odpowiedź na ostrzał z broni maszynowej była bardziej precyzyjna, gdyż pociski przestały uderzać chaotycznie, a trafiały dokładniej w cele. W pewnej chwili zginął pierwszy wampir, a po nim dwóch kolejnych. W siodłach wisieli już trzej martwi Sulteni. Jeden z gadów ryknął przeraźliwie, po czym przechylił się na bok i runął w dół. Po kilku sekundach wbił się w piach, ale jeździec zdążył się odciąć i zeskoczyć. Zaraz potem skrył się za olbrzymim cielskiem. Uniósł rękę i energetyczny pocisk pomknął do wypatrzonego celu. Zanim wampir zdążył odskoczyć, pocisk trafił go w ramię, po czym pokryła je płynna energia, spływająca w dół po ramieniu. Wampir zerwał się na nogi i biegnąc, zaczął wrzeszczeć, lecz po kilkunastu krokach padł i skonał w konwulsjach. Sulten zaczął wypatrywać innego celu, gdy nieoczekiwanie dla wszystkich doleciał ich głośny huk obracających się łopat wirnika. Chwilę później zza odległych wydm nadleciały śmigłowce. Sulteński czarownik wyjął z olstra swoją broń. Nim maszyny pokonały połowę odległości, jedna z nich runęła w dół, dymiąc i wyrzucając w górę fontannę piachu. Drugiemu pilotowi udało się wystrzelić serię z karabinu maszynowego, lecz w ułamku sekundy również runął na spotkanie z wydmą. Trzech Sultenów skierowało w tamto miejsce swoje gady. Po kilku chwilach nastąpiły potężne eksplozje i olbrzymie kule ognia oznajmiły, że wsparcie zostało unicestwione i wyeliminowane z walki. Po tym zdarzeniu wampiry zaczęły ginąć jeden po drugim. Kiedy z dołu przestały strzelać karabiny maszynowe, Baradeny opadły na pole bitwy. W siodłach pozostało żywych jeszcze czternastu Sultenów. Czarownik wydał rozkazy i dziesięciu wojowników wraz z nim ruszyło ku świątyni. Pozostali zajęli się martwymi pobratymcami. Znieśli ich i ułożyli wokół martwego gada, po czym spalili, używając swojej broni. Czarny dym uniósł się w powietrze, ale trwało to bardzo krótko. Po kilkunastu sekundach płynna energia rozlała się na cały stos pogrzebowy i ciała zaczęły wolno znikać.
- Coś nie widać wilkołaków - stwierdziła Iwona, przepatrując horyzont. - Może zgubiły się w tej burzy piaskowej - odpowiedziała sama sobie.
- Możliwe - potwierdził Bogdan, patrząc na broń Sultenów. - Najwyżej resztę załatwią Morgianie.
- Nie poleciałbyś ich poszukać?
- Nie zostawię cię... - zamilkł nagle.
Spoglądając przez kamerę, dostrzegł jakiś ruch na piasku. Powiększył obraz i nieoczekiwanie uśmiechnął się do siebie. Iwona nie była w stanie zobaczyć tego, co dostrzegł on.
*
Bogdan ujrzał pierwszego wychodzącego spod piachu wilkołaka. Wielki stwór najpierw stanął na czterech łapach, a po upewnieniu się, że nikt mu nie zagraża, wolno wstał do pionu na dolne kończyny. Wyczuł w powietrzu intensywny swąd palonego mięsa. Pokręcił łbem na wszystkie strony, usiłując określić kierunek, skąd dochodził zapach. Stał z łbem skręconym w stronę świątyni, skąd wiatr przywiewał swąd i mieszający się z nim zapach Baradenów. Trafnie odgadł, że gady są na ziemi. Chwilę myślał. W końcu zdecydował i zawył przeciągle, informując pozostałe wilkołaki, aby wyszły spod przykrycia, gotowe do ataku. Około pięciu setek stworów zaczęło wychodzić spod przykrywających ich łach piachu. Wyjąc porażająco, sięgnęły po swoją broń. Szybko odnalazły cele i ruszyły w tamtym kierunku, zacieśniając oba kordony. Gdy tylko znalazły się w zasięgu strzału z łuku, te, które miały taką broń, sięgnęły po strzały i wystrzeliły ich ponad dwie setki. Pociski pomknęły i spadły na Sultenów niczym deszcz. Stwory pilnujące gadów, słysząc wycie i widząc nadlatujące strzały, schroniły się pod brzuchami Baradenów. Im śmiercionośny grad nie wyrządził żadnej szkody. Tymczasem wilkołaki z marszu przeszły do biegu, chwytając za białą broń. Zaczęły wyciągać z pochew to, co każdy z nich miał. Szable, miecze, pałasze, a nawet samurajskie katany. Głośne, wilcze wycie zapowiadające rychłą śmierć wrogom poniosło się przez pustynię. Zaniepokojone tym Baradeny również zaczęły ryczeć. Sulteni wskoczyli na siodła i używając energetycznej broni, ostrzelali zaciskające się pierścienie przeciwników. Gdy wilkołaki były zaledwie o kilkadziesiąt metrów od gadów, Sulteni nabrali w płuca powietrza i wrzasnęli. Gromki, porażający słuch i mącący umysł dźwięk zagłuszył wycie atakujących wilkołaków. Potężne fale niewidzialnej energii dźwiękowej uderzyły w zbliżające się i gęstniejące szeregi napastników. Nagle dziesiątki sadzących olbrzymie susy stworów eksplodowały niczym mydlane bańki. Krwawe resztki ich ciał zachlapały biegnących jeszcze obok pobratymców. Śmierć takiej rzeszy stworzeń nie zatrzymała jednak rozpędzonej fali. Sulteni obrócili się nieco na swoich gadach i wrzasnęli kolejny raz, i ponownie dziesiątki wilkołaków eksplodowały na fragmenty wymieszane z krwią. Kilkanaście wilkołaków przystanęło, założyły na cięciwy łuków strzały. Po krótkim wycelowaniu wystrzeliły. Kilka sekund później jeden z Sultenów spadł na piach przeszyty strzałami. Stwory zawyły, widząc, jak ginie ich odwieczny wróg. Żyjący Sulteni krzyknęli porażająco kolejny raz. Efekt był dokładnie taki sam jak poprzednio. Kolejne dziesiątki wilkołaków eksplodowały, zasypując pobratymców kawałkami swojego ciała i zachlapując ich swoją krwią. Łucznikom udało się zestrzelić z siodła kolejnego przeciwnika, który runął pomiędzy Baradeny. Mimo ogromu poniesionych strat, wilkołaki w końcu dobiegły do obozowiska. Kilka z nich, rozpędzonych, odbiło się od piachu i skoczyły prosto na stwory z innego wymiaru. Sulteni nie czekali biernie na rozwój wypadków i uprzedzając wilkołaki, które leciały w ich kierunku, również odbili się od siodeł i skoczyli w największe skupiska przeciwników, tnąc na wszystkie strony dobytym orężem. Lecz ich walka była krótka. Nim minęło dziesięć sekund, zostali dosłownie rozsiekani na kawałki. Ich spętane gady również włączyły się do walki, zabijając nieostrożne wilkołaki pochwycone olbrzymimi szczękami.
- Szlag! Ale jatka! - wykrzyknęła Iwona. - Ale jatka... - powtórzyła już ciszej.
- Fakt, nie wyglądało to ciekawie - przyznał Bogdan. - Może uprzedzić Karolinę?
- Raczej nie. Kapłani jej przekażą to, co widzieli, o ile sama tego nie oglądała.
*
- Czekamy - powiedziała Cesarzowa do rwących się do walki wojowników.
- Może zaskoczyć ich w świątyni? - zapytał Orth Ze.
- Myślałam o tym... ale nie - odpowiedziała na to Marta. - Niech się z nimi rozprawią wilkołaki.
- A jeżeli ich czarownik zechce użyć kamieni od razu? - zapytał Kroth Zag.
- To pierwsi się o tym dowiemy.
Karolina przybliżyła widok w portalu na taką odległość, że gdyby ktoś z nich chciał sięgnąć ręką i zabrać któremuś z wilkołaków jego broń, to nie miałby z tym problemu. Wilkołaki szybko uformowały szyk, otaczając półkolem wejście do świątyni. Po kilkunastu łuczników stanęło po obu stronach wejścia, a trzeci ich oddział stanął na hałdzie piachu, tuż za deskami blokującymi jego zsypywanie się do wejścia. Wszyscy czekali na tych, którzy mieli wyjść na zewnątrz, bez względu na to, czy to będą to Sulteni, czy jednak wampiry. Oczekiwanie się przedłużało. Oznaczało to tylko jedno: że walka wewnątrz była bardzo zacięta. W końcu w wysokim na kilka metrów wejściu stanął pierwszy Sulten. Nieświadomy niebezpieczeństwa ruszył rampą ku powierzchni. Na razie wilkołaki jeszcze nie strzelały, bo on ich nie widział, a wiatr wiał z boku świątyni. Krótką chwilę później wyszedł z podziemnych komnat czarownik i pięciu kolejnych pozostałych przy życiu wojowników. Kiedy odeszli na kilka metrów od wejścia do świątyni, zza piachu wyłoniły się uzbrojone w łuki wilkołaki. O nagłym ataku uprzedziły jedynie ciche brzęknięcia cięciw ich łuków. Nim ktokolwiek zdążył wrzasnąć, idący na przodzie stwór i dwa za nim z tyłu padły martwe, przeszyte strzałami. Sulteński czarownik wykrzyczał jakieś słowa i w okamgnieniu pozostałych otoczył potężny wir powietrza. Wir, hucząc i zagłuszając ryki Baradenów, wciągał lecące strzały, wysyłając je w górę nad pustynię. Kilka wilkołaków, widząc bezskuteczność poczynań, rzuciło się prosto w wirujące masy powietrza, chcąc się przez nie przebić. Nic z tego nie wyszło i zostali porwani do góry, znikając z oczu pobratymcom. Gdy czarownik doszedł do powierzchni pustyni, wir zaczął się powiększać i wciągać nieostrożne wilkołaki. Inne stworzenia, omijając Baradeny, odbiegły poza jego zasięg. Nagle z odległych wydm zostały w kierunku wiru wystrzelone rakiety, odpalone z ręcznych wyrzutni. Bez trudu trafiły w cel i eksplodowały na jego zewnętrznej powierzchni, nie przebijając się do środka.
- Trzeba ich zdjąć - powiedziała Iwona. - Inaczej zabiją kogoś z naszych.
- Zajmę się tym, ale ty sama nigdzie się nie ruszaj - uprzedził mężczyzna.
- No przecież sama i tak niczego bym nie zdziałała.
Bogdan odleciał, ale do celu trafił okrężną drogą. Tymczasem Sulteni pod osłoną wiru dotarli w pobliże przerażonych gadów i tam zawirowanie powietrza zamarło w bezruchu. Sytuacja zdawała się być patowa. Oni potrzebowali transportu, jakim były gady, a wilkołaki tylko na to czekały, gotowe do dalszego ataku. W końcu decyzję podjął sulteński czarownik. Wir zaczął maleć i nadal przesuwał się wolno w kierunku Baradenów. "Chcą jak najbardziej zmniejszyć dzielący ich dystans", przemknęło przez myśl Iwonie. Wiedziała, że to jedyny w miarę dobry krok, bo żaden zabójczy krzyk nie wchodził w rachubę ze względu na gady. W końcu potężny huk wiru zaczął cichnąć, a gwałtowny wiatr zelżał. Czarownik wygenerował potężny cios telekinetycznej energii, który usunął w gwałtowny sposób wilkołaki z jego drogi. Pozostali wojownicy również zaatakowali inne skupiska drapieżnych stworów za pomocą swojej energetycznej broni. W tym wszystkim czarownik nie wziął pod uwagę wampirów strzelających rakietami z wydm albo z powodu przebywania wewnątrz wiru nie wiedział o ich obecności, pomimo eksplozji rakiet. Celujący stamtąd snajperzy odstrzelili jego dwóch wojowników, nim on wyczarował magiczną osłonę.
*
Mimo że zdany już niemal tylko na siebie, czarownik nadal był przekonany, że uda mu się wrócić. Jego optymizmu nie podzielała Asses, wręcz przeciwnie, zaczynała tracić nadzieję. Wyczuwała co prawda Iwonę z bransoletą, lecz zdobycie magicznego przedmiotu w tej sytuacji nie wchodziło w rachubę.
- Zawróć do świątyni - poleciła mentalnie czarownikowi.
- Co planujesz, pani? - zapytał.
- Wyślę ci pomoc. Będziesz musiał utrzymać się wewnątrz przez kilka dni - wyjaśniła.
- Teraz, kiedy... - Stał niezdecydowany.
- Pośpiesz się! Jeszcze nie jest za późno!
- Dobrze, pani.
Wykrzyknął rozkaz do ostatniego wojownika, po czym osłonięci magiczną osłoną ruszyli z powrotem w stronę świątyni, nim ktokolwiek zdążył zareagować.
- Co on kombinuje? - zapytała nie mniej niż inni zaskoczona Marta.
- To, co mu zostało. Chce się zabarykadować w świątyni - odgadła Karolina. - Pora na nasz ruch. Zaczynamy - powiedziała i przesunęła magiczne przejście tuż przed wejście do świątyni. - Wszyscy do środka! - rozkazała wojownikom. - Kroth Zag, my też idziemy.
Dowódca Gwardii wydał odpowiednie rozkazy Gwardzistom, a ci błyskawicznie otoczyli Cesarzową.
- Wchodźcie! - krzyknęła Marta do Orth Ze.
Ten bez chwili wahania przeszedł na drugą stronę, a za nim przeszły trzy drużyny wojowników. Potem Cesarzowa odwróciła portal w stronę wirującej kurzawy i także przeszli na drugą stronę. Gwardziści otaczali ją nadal szczelnym murem.
- Przejście! - powiedziała do tych z przodu.
Wojownicy rozstąpili się na boki. Teraz przyszła kolej na nią. Skierowała w kierunku wiru Heka i Nechacha, po czym wypowiedziała słowa zaklęcia. Wirująca ściana powietrza wymieszanego z piachem w okamgnieniu rozpadła się i zapanowała cisza. Czarownik z towarzyszącym mu wojownikiem zamarli w bezruchu, zaskoczeni widokiem Morgian, a zwłaszcza skierowanymi w siebie Heka i Nechacha.
- Odłóż kamień na ziemię, a puszczę was wolno - powiedziała Karolina w języku Morgian.
Czarownik nie zareagował, lecz pod wpływem podszeptów Asses uniósł swoją broń, aby zaatakować Cesarzową.
- Błąd - stwierdziła Karolina i wypowiedziała zaklęcie o olbrzymiej sile destrukcji. Kamienna rampa, po której schodzili dwaj Sulteni, zaczęła pękać z głośnym hukiem. W następnej chwili zawyły potępieńczo wilkołaki, które w momencie, gdy wir uległ rozpadowi, rzuciły się susami w to miejsce. Czarownik wraz z towarzyszącym mu wojownikiem zapadli się po pas w ruchomy gruz i wówczas Karolina wstrzymała cały proces. Obaj ugrzęźli w kamieniu.
- Masz... - Nie dokończyła, gdyż towarzyszący czarownikowi Sulten otworzył swój żabi pysk do wrzasku. Nieco bardziej pochyliła Heka i Nechacha i jego krzyk uwiązł mu w gardle. Zaraz potem wojownik eksplodował. Kawałki jego ciała i posoka zbryzgały czarownika oraz rampę.
Tymczasem wilkołaki nabrały odwagi, gdyż nikt ich nie atakował i niektóre zaczęły strzelać z łuków do wszystkich.
- Kroth Zag, wyślij Orth Ze, aby zrobił z nimi porządek! - rozkazała.
Dowódca Gwardii błyskawicznie wydał rozkaz. Z wnętrza świątyni zza pleców Gwardzistów zaczęli wybiegać potężni wojownicy. Na ich czele biegł olbrzymi Orth Ze. W biegu wydawał rozkazy. Drużyny kolejno zajmowały pozycje, wypierając wilkołaki coraz dalej. Pociski wystrzeliwane przez stwory odbijały się od grubych pancerzy Morgian niczym kamyki od kamiennego muru.
- Oddaj klejnot - powtórzyła prośbę Karolina, nie zważając na szalejącą wrzawę. - Jeżeli to zrobisz... będziesz wolny - obiecała.
*