Od niemieckiego wydawcy
Od niemieckiego wydawcy
Książka
Książka
Pozostała fragmentem, mimo to nadal fascynuje. Powieść Ziemia
obiecana, nad którą Remarque pracował do śmierci we wrześniu 1970 roku,
ukazuje złożony obraz Nowego Jorku lat czterdziestych - światową
metropolię, miasto sztuki i ostoję emigrantów.
Ludwikowi Sommerowi udało się: uciekł przed reżimem nazistowskim i z żydowskim paszportem dotarł okrężną drogą do Nowego Jorku. Nawiązuje
kontakt ze środowiskiem emigrantów, znajduje pracę u handlarza dziełami
sztuki. W krótkim czasie wciąga go wir życia towarzyskiego miasta. Bywa
na hucznych przyjęciach, w drogich restauracjach i w ekskluzywnych
apartamentach, a jednak nie może odzyskać dawnej beztroski.
Nawiedzają go wspomnienia ucieczki, ukrywania się miesiącami w podziemiach belgijskiego muzeum, pobytu w niemieckim obozie
koncentracyjnym, gdzie był świadkiem zamordowania swego ojca. Dzięki
znajomości sztuki oraz kupieckiej zręczności odnosi coraz większe
sukcesy, ale wciąż dręczy go pytanie, czy wobec doświadczenia Holokaustu
życie pod względem moralnym jest w ogóle do zaakceptowania.
Wiadomość o wyzwoleniu Paryża daje nadzieję na powrót i szansę zemsty,
jednak gdy wkrótce Jessie Stein, bezinteresowna opiekunka nowojorskich
emigrantów, zapada na ciężką chorobę, Sommer postanawia zostać. A potem
otwiera się możliwość wyjazdu w ślad za przyjaciółką, Marią Fiolą, do
Hollywood.
Koniec historii pozostaje otwarty, zachowało się kilka szkiców
Remarque'a, a posłowie Tilmana Westphalena przedstawia genezę powieści i jej możliwe zakończenie.
Autor
Autor
Erich Maria Remarque, ur. w r. 1898 w Osnabrück, uczęszczał do
katolickiego seminarium nauczycielskiego. W r. 1916 został powołany do
wojska. Po I wojnie światowej najpierw pracował w szkole, potem imał się
różnych dorywczych zajęć, wreszcie został dziennikarzem w Hanowerze, a od 1926 r. w Berlinie. W 1932 r. Remarque opuścił Niemcy. Początkowo
zamieszkał w Ticino, w Szwajcarii. W r. 1938 został pozbawiony
niemieckiego obywatelstwa. Od r. 1941 mieszkał oficjalnie w USA i tam w r. 1947 otrzymał amerykańskie obywatelstwo. Zmarł w r. 1970 w ojczyźnie
z wyboru, w Ticino.
Rozdział I
I
Przez trzy tygodnie widziałem przed sobą miasto, leżące jakby na innej
planecie. Oddalone zaledwie o kilka kilometrów, oddzielone wąskim
kanałem, który niemal mógłbym przepłynąć; a jednak dla mnie równie
niedosiężne, jakby otoczone armią czołgów. Broniły go najmocniejsze
bastiony, jakimi dysponuje wiek dwudziesty: mur z papieru - przepisów
paszportowych i nieludzkich reguł bezdusznej biurokracji. Tkwiłem na
wyspie Ellis Island, było lato 1944, a przede mną leżało miasto Nowy
Jork.
Ellis Island - najłagodniejszy obóz dla internowanych, jaki znałem. Nie
bito w nim i nie torturowano, nie wysyłano ludzi do gazu i nie
pozbawiano ich życia nadludzką pracą. Było nawet dobre jedzenie za darmo
i łóżka, w których wolno było spać. Wprawdzie wszędzie kręcili się
strażnicy, ale zachowywali się niemal po przyjacielsku. W Ellis Island
osadzano imigrantów, legitymujących się podejrzanymi albo niekompletnymi
dokumentami. W Ameryce nie wystarczała bowiem ważna wiza amerykańskiego
konsulatu w Europie - przed wjazdem musiała zostać jeszcze raz
sprawdzona i potwierdzona przez urząd imigracyjny w Nowym Jorku. Dopiero
wtedy wpuszczano, albo - jeśli zostało się uznanym za osobę niepożądaną
- najbliższym statkiem odsyłano z powrotem. Chociaż deportacja już od
dawna nie była tak prosta, jak to bywało wcześniej. W Europie trwała
wojna, Ameryka brała w niej udział, niemieckie okręty podwodne polowały
na Atlantyku, a statki do europejskich portów odpływały rzadko. Dla
emigrantów wydalonych z kraju mogłoby to stanowić ów przysłowiowy łut
szczęścia: ci, którzy swoje życie od lat obliczali zaledwie na dni i tygodnie, mogliby dzięki temu żywić nadzieję zabawienia trochę dłużej na
Ellis Island, ale docierało już zbyt wiele ponurych pogłosek, by było to
pociechą; pogłosek o krążących od miesięcy po oceanie statkach-widmach,
pełnych zrozpaczonych Żydów, którym wszędzie, dokądkolwiek chcieliby
przybić, odmawia się wjazdu. Niektórzy emigranci na własne oczy widzieli
na redach zamkniętych portów kubańskich i południowoamerykańskich
zrozpaczonych ludzi, krzyczących i błagających o litość, tłoczących się
przy relingach poniszczonych statków - tragicznych współczesnych
"Latających Holendrów" kluczących wśród okrętów podwodnych i uciekających przed ludzką bezdusznością z ładunkami żywych trupów i potępionych dusz, których jedyną zbrodnią było to, że byli ludźmi i pragnęli żyć.
Załamań nerwowych było tyle, co zawsze. Co dziwne, na Ellis Island
dochodziło do nich nawet częściej niż we francuskich obozach dla
internowanych, gdy niemieckie wojska i gestapo były w odległości
zaledwie kilku kilometrów. Wiązało się to prawdopodobnie z koniecznością
adaptacji w obliczu bezpośredniego zagrożenia życia we Francji. Było ono
tak wielkie, że zapobiegało załamaniom nerwowym, natomiast tutaj, gdy
ratunek - zda się tak bliski - stawał znowu pod znakiem zapytania,
wyczerpanie jeszcze je raczej pogłębiało. Tu jednak nie było samobójstw,
jak we Francji; nadzieja, choć nadszarpnięta już rozpaczą, była jeszcze
zbyt wielka. Do załamania nerwowego mogło natomiast doprowadzić samo
przesłuchanie przez niegroźnego inspektora: wtedy nieufność i czujność z lat ucieczki na chwilę jakby topniały, a pojawiająca się natychmiast
kontrnieufność rychło przeradzała się w panikę, że popełniło się jakiś
błąd. Jak zawsze więcej załamań zdarzało się wśród mężczyzn niż wśród
kobiet.
Widok miasta, tak bliskiego, a jednocześnie tak niedosiężnego, stawał
się istną torturą - dręczył, lżył, obiecywał i niczego nie dotrzymywał.
Czasem, owiane strzępami chmur i otoczone hałaśliwymi statkami niczym
hordą stalowych ichtiozaurów, wydawało się zawoalowanym koszmarem, jakąś
piekielną fatamorganą. Późną nocą zamieniało się w odpychający bielą
krajobraz księżycowy z setkami drapaczy chmur - milcząca wieża Babel,
wieczorem jednak, w potopie sztucznych świateł, jawiło się na kształt
rozjarzonego dywanu zawieszonego na horyzoncie, obce i budzące lęk po
ciemnych, wojennych nocach w Europie; często zdarzało się, że śpiący w sypialniach uciekinierzy zrywali się, zbudzeni nagle szlochem, rzężeniem
i krzykami innych śpiących, których we śnie wciąż jeszcze goniło
gestapo, żandarmi i mordercy z SS. Zbierali się wtedy w małych grupkach
przy oknach, mamrocząc pod nosem, albo w milczeniu patrzyli płonącymi
oczyma na rozedrganą panoramę świateł tej ziemi obiecanej, Ameryki,
zbratani wspólnotą odczuć, jakie zna tylko bieda - nigdy szczęście.
Miałem niemiecki paszport ważny jeszcze cztery miesiące. Opiewał na
nazwisko Ludwika Sommera i był niemal prawdziwy. Odziedziczyłem go po
przyjacielu, który umarł dwa lata temu w Bordeaux; ponieważ wzrost,
kolor włosów i oczu się zgadzały, fałszerz paszportów w Marsylii - były
profesor matematyki - poradził mi, żebym nie zmieniał w paszporcie
nazwiska na swoje. Wprawdzie wśród emigrantów byli znakomici
litografowie, którzy niejednemu uciekinierowi bez dokumentów
spreparowali zdatny paszport, posłuchałem jednak rady Bauera i zrezygnowałem z własnego nazwiska, i tak mi już do niczego
nieprzydatnego. Przeciwnie, figurowało na listach gestapo i czas
najwyższy, by znikło. Tak więc mój paszport był prawie prawdziwy, tylko
moja osoba i zdjęcie - podmienione. Fachowiec Bauer wytłumaczył mi
zalety tej decyzji: bardzo zmieniony paszport, nawet najlepiej
podrobiony, mógł się oprzeć tylko pobieżnym kontrolom - w każdym lepszym
policyjnym laboratorium musiałby ujawnić swoją tajemnicę, a wtedy
czekałyby mnie więzienie, deportacja lub jeszcze coś gorszego. Natomiast
sprawdzenie konkretnego paszportu pod kątem jego zgodności z osobą
okaziciela wymagało już znacznie więcej czasu; trzeba było bowiem
ustalić dane okaziciela w urzędzie, który wystawił dokument, a to od
wybuchu wojny było praktycznie niemożliwe, gdyż wszystkie połączenia z Niemcami zostały zerwane. Odtąd eksperci zalecali na ogół, żeby raczej
zmienić tożsamość, ponieważ pieczątki łatwiej było skopiować niż
nazwiska. Jedyną różnicę w moim paszporcie stanowiło wyznanie. Sommer
był Żydem, ja - nie. Bauer uznał to za nieistotne.
"Jeśli Niemcy pana złapią, wyrzuci pan paszport - tłumaczył. - Jako
nieobrzezanemu może się panu uda wykręcić i nie pójść do gazu. Z drugiej
strony, podczas ucieczki uchodzić za Żyda może się okazać nawet
korzystne. Nieznajomość zwyczajów mógłby pan uzasadniać tym, że już
pański ojciec był wolnomyślicielem".
Bauera złapano trzy miesiące później. Robert Hirsch na papierach
hiszpańskiego konsula starał się wyciągnąć go z więzienia. Przyszedł
niestety za późno. Wieczorem poprzedniego dnia Bauera odtransportowano
do Niemiec.
Na Ellis Island spotkałem dwóch emigrantów, których już wcześniej
poznałem przelotnie. Od czasu do czasu trafialiśmy na siebie na różnych
etapach naszej Via Dolorosa. Owa Via Dolorosa była drogą
uciekinierów przed hitlerowskim reżimem. Biegła od Holandii, Belgii i Afryki Północnej - do Paryża; tam rozchodziła się w dwóch kierunkach.
Jeden prowadził przez Lyon do wybrzeży Morza Śródziemnego; drugi przez
Bordeaux, Marsylię, Pireneje do Hiszpanii, Portugalii i do portu w Lizbonie. Nazwę nadali jej emigranci uciekający tędy z Niemiec. Uciekali
nie tylko przed hitlerowskim gestapo, musieli także kryć się przed
żandarmami krajów, do których uciekali. Większość nie miała ważnych
dokumentów ani wiz. Złapanych zamykano i skazywano na więzienie, a potem
wydalano z kraju. Wiele państw wykazywało jednak na tyle humanitaryzmu,
by nie deportować ich za niemiecką granicę, gdzie nieuchronnie zginęliby
w obozach koncentracyjnych. Ponieważ tylko nieliczni uciekinierzy mogli
zabrać ważne paszporty, ucieczka wielu innych trwała niemal
nieprzerwanie. Bez papierów ludzie ci nie mogli też nigdzie legalnie
pracować. Większość z nich była wygłodzona, wynędzniała i rozpaczliwie
samotna. Dlatego też drogę swojej wędrówki nazwali Via Dolorosa. Jej
stacjami były urzędy pocztowe w miastach i bielone mury ulic. Na poczcie
próbowali znaleźć wiadomości od krewnych i przyjaciół; mury domów
stawały się ich gazetami. Trafiały się tam zapiski kredą lub węglem
tych, co zagubieni szukali się nawzajem, a także ostrzeżenia, wskazówki,
wołanie w próżnię w czasie powszechnego zobojętnienia, a po nim, już
wkrótce, miał nadejść nieuchronnie czas barbarzyństwa: wojna, w której
gestapo i żandarmeria szli często ręka w rękę.
Jednego z tych dwóch emigrantów, będących na Ellis Island, spotkałem
kiedyś na szwajcarskiej granicy, gdzie urzędnicy celni w ciągu jednej
nocy czterokrotnie odstawiali nas do Francji, zaś francuscy
pogranicznicy przepędzali z powrotem. Było bardzo zimno, w końcu udało
się Rabinowitzowi, przy mojej żarliwej pomocy, namówić Szwajcarów, żeby
wsadzili nas do więzienia. Szwajcarskie więzienia były opalane i uchodziły za raj, i chętnie spędzilibyśmy tam całą zimę, ale Szwajcarzy
byli praktyczni. Wkrótce przerzucili nas przez Ticino do Włoch, gdzie
się rozstaliśmy. Obaj emigranci uzyskali poręczenie od swoich krewnych
mieszkających w Ameryce. Dlatego po kilku dniach zostali z Ellis Island
zwolnieni. Żegnając się, Rabinowitz obiecał mi poszukać w Nowym Jorku
znajomych z Via Dolorosa. Nie liczyłem na to zbytnio. Była to tylko
obietnica, o której zapominało się zwykle przy pierwszym kroku na
wolności.
Ale nie czułem się nieszczęśliwy. Kilka lat wcześniej w pewnym muzeum w Brukseli nauczyłem się siedzieć całymi godzinami w ukryciu, nie
popadając w panikę. Potrafiłem się wówczas wprowadzać w stan sztucznej
bezmyślności, graniczący z autohipnozą. W ten sposób zatapiałem się w mętnym wyobcowaniu, czyniącym znośniejsze długie czekanie w napięciu,
bowiem przedziwnie schizofreniczna iluzja sprawiała, że ono zdawało się
mnie nie dotyczyć. Dzięki temu nie przytłaczała mnie samotność wegetacji
w bardzo ciasnej, pozbawionej światła komórce, gdzie ukrywano mnie przez
kilka miesięcy. Dyrektor muzeum umieścił mnie tam, gdy gestapo
przeczesywało Brukselę w poszukiwaniu emigrantów. Widywałem go tylko
przez moment rankiem, kiedy przynosił mi coś do zjedzenia, i wieczorem,
gdy muzeum zamykano, by wypuścić mnie z komórki. Za dnia pomieszczenie
było zamknięte; tylko dyrektor miał klucz. Kiedy ktoś przechodził obok
musiałem oczywiście tłumić kasłanie, kichanie i każde głośniejsze
poruszenie. To było proste, ale gdyby mi rzeczywiście groziło
niebezpieczeństwo, strach mógłby łatwo przerodzić się w bezładną panikę.
Dlatego posuwałem się dalej, niż to było konieczne, aby w pewnym sensie
mieć jeszcze niewielką rezerwę na szok i przez pewien czas zacząłem
nawet ignorować zegarek, tak że niekiedy nie wiedziałem już, czy był to
dzień, czy noc, zwłaszcza w niedziele, kiedy dyrektor nie przychodził do
muzeum. Wkrótce jednak musiałem z tego zrezygnować, traciłem bowiem
resztki równowagi i czułem, że za bardzo zbliżam się do grzęzawiska
samozatracenia. I tak nigdy nie byłem od niego zbyt daleko. Ratowała
mnie tylko nadzieja zemsty, a nie wiara w życie.
Tydzień później zagadnął mnie jakiś chudzielec, z wyglądu bardziej
podobny do nieboszczyka. Miał przy sobie aktówkę z zielonej krokodylowej
skóry, ani chybi jeden z tych adwokatów, którzy jak kruki krążyli po
dużej dziennej sali.
- Czy pan jest może Ludwikiem Sommerem?
Spojrzałem na niego podejrzliwie. Odezwał się po niemiecku. - Bo co? -
zapytałem.
- Jak to, nie wie pan, czy nazywa się Ludwik Sommer? - Mężczyzna
wybuchnął niespodziewanie cienkim, piskliwym śmiechem. Miał
niespotykanie duże, białe zęby w szarej, wymiętej, twarzy.
W okamgnieniu uświadomiłem sobie, że w moim nowym nazwisku nie było
niczego do ukrycia. - To akurat wiem - odpowiedziałem - ale dlaczego pan
chce to wiedzieć?
Mężczyzna zamrugał jak sowa. W końcu oświadczył: - Przychodzę z polecenia Roberta Hirscha.
Spojrzałem nań zaskoczony. - Hirscha? Roberta Hirscha?
Człowiek skinął głową. - A kogóż by?
- Robert Hirsch nie żyje - powiedziałem spokojnie.
Teraz on popatrzył na mnie nie mniej zaskoczony. - Robert Hirsch jest w Nowym Jorku. Nie dalej jak dwie godziny temu z nim rozmawiałem.
Potrząsnąłem głową. - Niemożliwe. To musiał być ktoś inny. Robert Hirsch
został zastrzelony w Marsylii.
- Bzdura! To Hirsch przysłał mnie tutaj, żebym pomógł panu stąd wyjść.
Nie uwierzyłem. Podejrzewałem pułapkę ze strony inspektorów. - A skąd on
wie, że tu jestem?
- Zadzwonił do niego ktoś o nazwisku Rabinowitz z informacją, że jest
pan tutaj. - Mężczyzna wyjął z kieszeni wizytówkę. - Moje nazwisko Levin
z kancelarii Levin i Watson. Adwokaci. Wystarczy to panu wreszcie? Jest
pan piekielnie nieufny. Dlaczego? Ma pan aż tyle do ukrycia?
Odetchnąłem głęboko. Teraz mu uwierzyłem. - Po całej Marsylii krążyły
wieści, że Robert Hirsch został zastrzelony przez gestapo -
powiedziałem.
- Marsylia! - wycedził Levin z pogardą. - Jesteśmy w Ameryce!
- Jesteśmy? Powiodłem wzrokiem po sali z zakratowanymi oknami, pełnej
emigrantów. Levin znów wybuchnął tym swoim piskliwym śmiechem. - No,
może jeszcze niezupełnie. Jak widzę, nie stracił pan poczucia humoru.
Pan Hirsch opowiedział nam już coś niecoś o panu. Byliście panowie razem
we francuskim obozie dla internowanych, zgadza się?
Skinąłem głową. Byłem wciąż jeszcze oszołomiony. A więc Robert Hirsch
żyje, myślałem. I jest w Nowym Jorku!
- Zgadza się? - Levin niecierpliwie ponowił pytanie.
Znowu kiwnąłem głową. Zgadzało się połowicznie: Hirsch był w obozie
tylko pół godziny. Przyszedł tam w przebraniu oficera SS i zażądał od
francuskiego komendanta wydania dwóch niemieckich emigrantów
politycznych poszukiwanych przez gestapo. Zobaczył mnie wtedy, nie
wiedząc, że jestem w obozie. Z kamienną twarzą zażądał również wydania
mojej osoby . Komendant, przestraszony major rezerwy, który już dawno
miał wszystkiego dość, uparł się tylko przy formalnym pisemnym
potwierdzeniu. Hirsch mu je dał; zawsze miał ze sobą in blanco fałszywe
i prawdziwe dokumenty. Pożegnał komendanta hitlerowskim pozdrowieniem,
wsadził nas do swojego samochodu i z fasonem odjechał. Obaj politycy
zostali rok później ponownie złapani, wpadając w gestapowską pułapkę
zastawioną w Bordeaux.
- Zgadza się - powiedziałem. - Czy mogę zobaczyć materiał, który dał
panu Hirsch?
Levin się zawahał. - Oczywiście. Dlaczego?
Nie odpowiedziałem. Chciałem się upewnić, czy to, co opowiedział im
Robert, pokrywa się z tym, co ja zeznałem przed inspektorami.
Przeczytałem pismo dokładnie i oddałem Levinowi.
- Zgadza się? - zapytał Levin jeszcze raz.
- Tak - odpowiedziałem. Wszystko wokół mnie jakby się odmieniło. Nie
byłem już sam. Robert Hirsch żył. Odezwał się do mnie głos, o którym
sądziłem, że zamilkł na zawsze. Wszystko nabrało innego wyrazu. Nic
jeszcze nie było stracone.
- Ile ma pan pieniędzy? - zapytał adwokat.
- Sto pięćdziesiąt dolarów - odpowiedziałem ostrożnie.
Levin pokiwał łysą głową: - Trochę mało, nawet na krótki pobyt
tranzytowy w drodze do Meksyku albo Kanady. Ale to da się załatwić.
Rozumie pan?
- Nie. Co miałbym robić w Meksyku lub Kanadzie?
Levin pokazał znowu swoje końskie uzębienie. - Nic, panie Sommer.
Najważniejsze, to najprzód mieć pana w Nowym Jorku. Najprościej byłoby
wystąpić o krótkoterminową wizę tranzytową. Jak pan już będzie w USA,
może pan przecież zachorować. Niezdolny do podróży. Można wtedy wystąpić
z kolejnymi wnioskami. Sytuacja może się zmieniać. Najważniejsze to
wstawić nogę w drzwi! Teraz pan rozumie?
- Tak.
Koło nas z głośnym płaczem przeszła kobieta. Levin wyjął z kieszeni
czarne rogowe okulary i popatrzył za nią. - Przebywanie tutaj musi być
rzeczywiście mało zabawne - stwierdził.
Wzruszyłem ramionami. - Mogłoby być gorzej.
- Gorzej? Jak to?
- I to o wiele gorzej - powiedziałem. - Można by, będąc tutaj, mieć na
przykład raka żołądka. Albo Ellis Island mogłoby znajdować się w Niemczech i tam mogliby pańskiego ojca przybić gwoździami do podłogi,
żeby wymusić na panu zeznania.
Levin wlepił we mnie wzrok. - Ma pan wyjątkowo makabryczną fantazję -
powiedział po chwili.
- Ależ nie, mam tylko makabryczne doświadczenia.
Adwokat wyciągnął z kieszeni bardzo dużą, kolorową chustkę do nosa i dmuchnął jak trąba. Potem starannie złożył chustkę i schował. - Ile ma
pan lat?
- Trzydzieści dwa.
- A jak długo pan ucieka?
- Od prawie pięciu.
To nie była cała prawda. Byłem w drodze dłużej, ale Ludwik Sommer, na
którego paszporcie wjechałem, rozpoczął tułaczkę dopiero w 1939 roku.
- Żyd?
Kiwnąłem głową.
- Nie wygląda mi pan na Żyda - oświadczył Levin.
- Być może. Ale czy sądzi pan, że Hitler, Goebbels, Himmler i Hess mają
szczególnie aryjski wygląd?
Levin ponownie wydał z siebie ten piskliwy śmiech. - Nie, doprawdy nie!
Zresztą to obojętne. Po co miałby się pan podawać za Żyda, nie będąc
nim? Zwłaszcza dzisiaj! Prawda?
- Być może.
- Był pan w niemieckim obozie koncentracyjnym?
- Tak - odpowiedziałem niechętnie. - Cztery miesiące.
- Ma pan może w związku z tym jakieś papiery? - zapytał Levin, patrząc
na mnie bystro.
- Nie dawali tam żadnych papierów. Zostałem zwolniony, a potem uciekłem.
- Szkoda! Bardzo by się nam teraz coś takiego przydało.
Popatrzyłem na Levina. Rozumiałem go, ale mimo wszystko budził się we
mnie jakiś opór, aby tak po prostu robić z tego biznes. Było to zbyt
okropne. Tak okropne, że sam starałem się te przeżycia od siebie
odsunąć. Nie zapomnieć, a tylko stłumić je w sobie, dopóki nie byłem w stanie zrobić z nich użytku. Oczywiście nie tu, na Ellis Island, ale
kiedyś w Niemczech.
Levin otworzył teczkę i wyjął kilka kartek: - Mam świadectwa i oświadczenia ludzi, którzy pana znają. Dał mi je pan Hirsch. Wszystkie
poświadczone już przez notariusza. Dla wygody przez mojego partnera,
Watsona. Chce je pan zobaczyć?
Zaprzeczyłem. Znałem te zeznania jeszcze z Paryża. Robert Hirsch był w tym mistrzem. Teraz nie chciałem nawet na nie spojrzeć. Instynkt mówił
mi, że przy całym uśmiechu losu, jakim obdarzył mnie tego dnia,
powinienem jednak coś zostawić przypadkowi. Emigranci zrozumieliby mnie
natychmiast. Kto walczy, mając minimalną szansę, jedną na sto, musi
liczyć na szczęście. Byłoby jednak bez sensu tłumaczyć to teraz
Levinowi.
Adwokat, zadowolony, schował papiery. - Musimy jeszcze znaleźć kogoś,
kto zagwarantuje, że w czasie pobytu tutaj nie stanie się pan ciężarem
dla naszego państwa. Czy zna pan tu może kogoś?
- Nie. Nikogo.
- A może Robert Hirsch kogoś zna?
- Tego nie wiem.
- Już on kogoś znajdzie - powiedział Levin z zadziwiającą pewnością. -
Jest w tych sprawach bardzo obrotny. Gdzie będzie pan mieszkał w Nowym
Jorku? Pan Hirsch proponuje hotel Rausch. On też tam dawniej mieszkał.
Milczałem. - Panie Levin - powiedziałem po chwili. - Czy chce mi pan
przez to powiedzieć, że ja naprawdę stąd wyjdę?
- Dlaczegóż by nie? Po to tu jestem.
- Pan naprawdę w to wierzy?
- Oczywiście. Pan nie?
Zamknąłem oczy. - Tak - powiedziałem po chwili. - Ja też.
- No więc. Nigdy nie tracić nadziei!
Potrząsnąłem głową.
- No, widzi pan! Nigdy nie tracić nadziei - stara, dobra amerykańska
zasada! Rozumie pan?
Potaknąłem. Nie miałem ochoty wyjaśniać temu nieświadomemu rzeczy
wychowankowi legalnego prawa, jak niszcząca może być nadzieja. Mogła
zniweczyć wytrzymałość osłabionego serca, jak chybione ciosy resztkę sił
przegrywającego boksera. Widziałem więcej ludzi ginących z powodu
zawiedzionej nadziei niż w wyniku rezygnacji, zwiniętej jak jeż,
koncentrującej się na samym przeżyciu i nie zostawiającej już miejsca na
cokolwiek innego.
Levin zamknął teczkę. - Teraz złożę te rzeczy u inspektorów. Za kilka
dni przyjdę znowu. Głowa do góry! Uda się. - Wciągnął nosem powietrze. -
Jaki tu zapach! Jak w źle dezynfekowanym szpitalu.
- Pachnie biedą, urzędem i rozpaczą - powiedziałem.
Levin zdjął okulary i potarł oczy. - Rozpaczą? - zapytał ironicznie. -
To ona ma zapach?
- Jest pan szczęśliwym człowiekiem, skoro pan tego nie wie -
odpowiedziałem.
- No, no, pana pojęcie szczęścia jest bardzo pojemne.
Nie odpowiedziałem; nie było sensu uświadamiać mu, że pojęcie szczęścia
nie może być zbyt pojemne i że właśnie na tym polega tajemnica
przeżycia. Levin wyciągnął swoją dużą, kościstą dłoń. Chciałem zapytać,
ile to wszystko będzie kosztowało, ale milczałem. Z lęku, że można zadać
za wiele pytań i wszystko zepsuć. Levina przysłał mi Hirsch. To
wystarczy.
Wstałem i patrzyłem za odchodzącym adwokatem. Nie wierzyłem jego
zapewnieniu, że wszystko się uda. Zbyt duże miałem doświadczenie i za
często dawałem się robić w konia. A jednak czułem, że ogarnia mnie
narastające podniecenie, nad którym nie mogę zapanować. To nie była
tylko myśl, że Robert Hirsch żyje i jest w Nowym Jorku. To było coś,
przed czym jeszcze kilka minut temu broniłem się niemal pazurami,
nauczony przez los nieufności: rozpaczliwa nadzieja. Pojawiła się nagle,
cicha, szalona, nieusprawiedliwiona, utajona nadzieja na wolność. Jaką
wolność? Od czego? Po co? - tego nie wiedziałem. Była to nie do końca
sprecyzowana nadzieja, która w moim najgłębszym Ja budziła tak
prymitywną żądzę życia, że działo się to prawie poza moją świadomością.
Gdzież się podziała moja apatia? Gdzie czujność? Gdzie z trudem
zbudowana sztuczna obojętność? Nie miałem pojęcia.
Odwróciłem się i zobaczyłem przed sobą kobietę, tę, która przedtem
płakała. Teraz trzymała za rękę małego rudzielca jedzącego banana.
- Co oni pani zrobili? - spytałem
- Nie chcą wpuścić mojego dziecka - wyszeptała.
- Dlaczego?
- Oni mówią, że on - zawahała się - że on jest niedorozwinięty -
dokończyła pospiesznie. - Ale jemu się poprawi! Po tym wszystkim, cośmy
przeżyli!? On nie jest idiotą! On jest tylko zapóźniony! Jemu się
poprawi. Muszą mu dać trochę czasu! On nie jest umysłowo chory. Ale ci
tam nie dowierzają!
- Czy był przy tym lekarz?
- Tego nie wiem.
- Musi pani zażądać lekarza. Lekarza specjalisty. On pani może pomóc.
- Jak mogę zażądać specjalisty - mruknęła kobieta. - Jestem biedna.
- Musi pani o niego wystąpić. Tutaj można.
Chłopiec zwinął starannie skórkę banana i włożył ją do kieszeni spodni.
- On jest taki porządny - wyszeptała matka. - Niech pan tylko spojrzy,
jaki jest porządny. No to jak może być wariatem?
Popatrzyłem na chłopca. Wydawało się, że nie słyszy słów matki. Jego
dolna warga była obwisła, czochrał się teraz po płonących włosach. Przez
oczy przeświecało słońce, jakby były ze szkła. - Dlaczego nie chcą go
wpuścić? - rozpaczała matka. - Przecież on jest jeszcze biedniejszy niż
ci ludzie tutaj.
Na to nie było odpowiedzi. - Wielu jednak wpuszczają - powiedziałem w końcu. - Prawie wszystkich. Każdego ranka kogoś stąd wypuszczają. Musi
pani mieć cierpliwość.
Mówiąc to, gardziłem sobą w duchu. Czułem, że chcę uciec od tych oczu,
które w swojej biedzie patrzyły na mnie z nadzieją, jakbym rzeczywiście
znał radę. Nie znałem żadnej. Zakłopotany sięgnąłem do kieszeni, wyjąłem
jakieś pieniądze i wcisnąłem je apatycznemu chłopcu do ręki. - Weź, kup
sobie coś!
Był to stary sposób emigrantów; próba przekupienia losu naiwnym gestem.
Natychmiast ogarnęło mnie uczucie wstydu. Groszowy humanitaryzm kontra
moja wolność, pomyślałem. Co jeszcze? Czy wraz z nadzieją pojawiła się
też jej przekupna bliźniaczka - obawa? I jeszcze bardziej skorumpowana
ich krewniaczka - tchórzliwość?
Tej nocy źle spałem. Długo stałem przy oknie, za którym północna zorza
Nowego Jorku drgała i migotała, i myślałem o swoim złamanym życiu. Nad
ranem zasłabł jakiś mężczyzna. Cienie zdenerwowanych ludzi przemykały
wokół jego łóżka. Ktoś szukał nitrogliceryny. Stary człowiek zgubił całe
jej opakowanie. - On nie może zachorować - szeptali jego krewni - bo
wszystko będzie stracone! Jutro rano musi wstać!
Nie znaleźli pudełka, ale pomógł im melancholijny Turek z długą brodą.
Tak więc rano stary człowiek powlókł się jednak do dziennej sali.
Rozdział II
II
Trzy dni później adwokat pojawił się znów. - Marnie pan wygląda -
stwierdził z niepokojem. - Co się z panem dzieje?
- Nadzieja - powiedziałem ironicznie. - Ona szybciej wykańcza człowieka
niż nieszczęście. Przecież musi pan to wiedzieć, panie Levin.
- Pan ze swymi emigranckimi dowcipami! Nie ma pan prawdziwego powodu do
opuszczania nosa na kwintę. Mam dla pana nowiny.
- Jakie znów nowiny? - zapytałem ostrożnie. Wciąż jeszcze bałem się, że
może nagle wyłonić się jakaś przeszkoda w związku z moim paszportem.
Levin pokazał wszystkie zęby. On się bardzo często śmieje, pomyślałem.
Stanowczo za często, jak na adwokata. - Znaleźliśmy dla pana
poręczyciela! - oświadczył. - Kogoś, kto gwarantuje, że nie stanie się
pan ciężarem dla naszego kraju. Tak zwanego sponsora! I co pan na to
powie?
- Hirsch? - zapytałem z niedowierzaniem.
Levin potrząsnął łysą głową. - Hirsch dawno nie ma na to dostatecznie
dużo pieniędzy. Zna pan bankiera Tannenbauma?
Milczałem. Nie wiedziałem, co powinienem powiedzieć.
- Może - powiedziałem.
- Może? Co znaczy może? Pan ze swoimi unikami! Przecież musi pan go
znać! On ręczy za pana!
Przed oknem, nad niespokojnie połyskującym morzem przeleciało stado mew.
Nie znałem żadnego bankiera Tannenbauma. Nie znałem w Nowym Jorku
nikogo, prócz Roberta Hirscha. On to widocznie zaaranżował. Jak tę swoją
działalność w roli hiszpańskiego konsula we Francji.
- Prawdopodobnie go znam - powiedziałem. - W czasie ucieczki poznaje się
wielu ludzi, a ich nazwiska często się potem zapomina.
Levin popatrzył na mnie sceptycznie. - Tannenbauma też?
Roześmiałem się. - Tannenbauma też. Czemu nie? Właśnie Tannenbaum! Kto
chce w dzisiejszych czasach pamiętać o niemieckim Bożym Narodzeniu!
Levin wytarł garbaty nos. - Zresztą obojętne, czy pan go zna, czy nie.
Grunt, żeby on za pana poręczył! A to zrobił!
Otworzył teczkę. Wypadło kilka gazet. Podał mi je. - Poranna prasa!
Czytał pan już?
- Nie.
- Co, jeszcze nie? To tu nie ma gazet?
- Są. Ale ja ich dzisiaj jeszcze nie czytałem.
- Dziwne! Można by sądzić, że akurat pan każdego dnia rzuca się na nie
łapczywie. Czyż nie tak robią tu wszyscy?
- Prawdopodobnie.
- A pan nie?
- Nie, ja nie. Nie znam też dostatecznie angielskiego.
Levin potrząsnął głową. - Dziwny z pana gość.
- Być może - zgodziłem się. Zrezygnowałem z próby wyjaśnienia temu
miłośnikowi odpowiedzi wprost, że odkąd zostałem tu zamknięty, nie
zabiegam o doniesienia z frontu. Ważniejsze jest dla mnie nie trwonić
niepotrzebnie niewielkich już rezerw psychicznych bezsensownymi
emocjami. Gdybym mu powiedział, że wolę zamiast tego czytać nocami
antologię niemieckiej poezji, którą taszczyłem ze sobą przez całą Via
Dolorosa, prawdopodobnie straciłby chęć reprezentowania mnie, jako
człowieka umysłowo chorego. - Bardzo dziękuję - powiedziałem i wziąłem
od niego gazety.
Levin grzebał jeszcze w teczce. - Tu jest dwieście dolarów, które pan
Hirsch dał mi dla pana - oświadczył. - Zaliczka a conto mojego
honorarium. Wyjął cztery banknoty, rozłożył jak wachlarz i schował
ponownie.
Spojrzałem na niego. - Czy pan Hirsch dał panu te pieniądze tylko na
poczet pańskiego honorarium? - zapytałem.
- To akurat nie, ale pan mi je przecież da, prawda? - Levin uśmiechnął
się znowu, tym razem nie tylko wszystkimi zębami i zmarszczkami, ale
nawet uszami. Poruszały się jak uszy słonia. - Przecież nie chce pan
chyba, żebym pracował dla niego za darmo - zapytał łagodnie.
- Co to, to nie. Ale czy nie mówił pan, że te sto pięćdziesiąt dolarów,
które posiadam, to za mało, żeby zostać wpuszczonym do Ameryki?
- Nie mając sponsora! Tannenbaum całkowicie zmienił sytuację!
Levin wyraźnie triumfował i to tak bardzo, że spodziewałem się jeszcze
ataku na moje własne sto pięćdziesiąt dolarów. Postanowiłem bronić ich
zębami i pazurami, póki nie dostanę z powrotem paszportu z wizą
wjazdową. Ale Levin chyba to wyczuł. - Idę teraz z papierami do
inspektorów - oświadczył rzeczowo. - Jeśli wszystko pójdzie dobrze, za
kilka dni przyjdzie tu mój partner, Watson. On załatwi resztę.
- Watson? - zapytałem.
- Watson - odpowiedział.
- Dlaczego Watson? - zapytałem podejrzliwie.
Ku mojemu zdumieniu Levin zmieszał się. - Rodzina Watsona jest od wielu
pokoleń amerykańska. Preamerykańska - podkreślił. - Przybyła tutaj na
pokładzie Mayflower. To w Ameryce znaczy tyle, co szlachectwo. Niewinny
snobizm, który należy wykorzystać. Zwłaszcza w pańskim przypadku.
Rozumie pan?
- Rozumiem - bąknąłem zaskoczony. Przyszło mi na myśl, że Watson
prawdopodobnie nie jest Żydem. Widać i tutaj coś takiego ma swoje
znaczenie.
- To nadaje całości starań właściwą oprawę - powiedział Levin z godnością. - Również dla kolejnych wniosków na przyszłość. - Wstał i podał mi kościstą rękę. - Wszystkiego dobrego! Wkrótce będzie pan w Nowym Jorku!
Nie odpowiedziałem. Wszystko mi się w nim nie podobało. Byłem przesądny,
jak każdy, kto żyje z przypadku, i dlatego pewność, z jaką mówił o przyszłości, uważałem za zły omen. Zrobił to zaraz pierwszego dnia, gdy
zapytał mnie, gdzie będę mieszkał w Nowym Jorku. Tak się wśród
emigrantów nie postępowało, bo to sprowadzało nieszczęście. Zbyt często
doświadczałem, że potem działo się odwrotnie. A Tannenbaum - cóż to za
dziwna i tajemnicza sprawa? Jeszcze nie całkiem dla mnie wiarygodna.
Pieniądze od Roberta Hirscha adwokat z miejsca zarekwirował dla siebie!
Z pewnością nie tak miało być! Dwieście dolarów! Majątek! Zaoszczędzenie
moich stu pięćdziesięciu kosztowało mnie całe dwa lata. Może następnym
razem Levin zażąda jeszcze i tego! Jedyne, co pozwalało mi zaufać, to
to, że tę hienę w ludzkim ciele przysłał Robert Hirsch.
Hirsch był jedynym prawdziwym Machabeuszem, jakiego znałem. Pewnego
dnia, krótko po zawieszeniu broni we Francji, pojawił się w Prowansji w roli hiszpańskiego wicekonsula. Dostał skądś paszport dyplomatyczny na
nazwisko Raula Tegnera i występował pod nim ze zdumiewającym tupetem.
Nikt nie wiedział, do jakiego stopnia paszport był prawdziwy.
Przypuszczano, że otrzymał go przez francuską Résistance. Sam Hirsch
nigdy nie pisnął ani słowem, ale każdy wiedział, że w czasie swojej
zawrotnej kariery pracował również dla francuskiego podziemia. W każdym
razie dysponował samochodem na hiszpańskich numerach ze znaczkiem corps
diplomatique, nosił elegancki garnitur, i w czasach, kiedy benzyna była
na wagę złota, miał jej zawsze pod dostatkiem. To wszystko mógł dostać
tylko dzięki ludziom podziemia. Przewoził też dla nich broń, ulotki i krótkie pamflety. Był to okres, gdy Niemcy złamali układ z Francją o okupacji części jej terytorium i wdarli się do wolnej strefy, aby tam
wyłapać emigrantów. Hirsch próbował ratować kogo się dało. Pomagał mu w tym samochód, paszport i jego odwaga. Jako domniemany przedstawiciel
zaprzyjaźnionego z Niemcami dyktatora wykorzystywał to w bezczelny
sposób, gdy go kontrolowano. Beształ patrole, powołując się na
dyplomatyczny immunitet, groził natychmiastową interwencją generała
Franco, szermując jego przyjaźnią z Hitlerem. Niemieckie patrole wolały
go puścić, niż napytać sobie biedy. Z wrodzonym sobie poddaństwem
respektowali jego status i paszport, a ich trening w posłuszeństwie
szedł w parze z lękiem przed odpowiedzialnością, zwłaszcza wśród
niższych szarż. Ale nawet SS-mani tracili swoją butę, gdy Hirsch na nich
krzyknął. Liczył przy tym na strach, który każda dyktatura rodzi również
we własnych szeregach, ponieważ czyni prawo subiektywnym, a tym samym
niebezpiecznym także dla swoich zwolenników, jeśli nie są obeznani ze
stale zmieniającymi się przepisami. W ten sposób czerpał profity z tchórzostwa, które razem z brutalnością stanowi logiczną konsekwencję
każdego despotyzmu.
Przez kilka miesięcy był wśród emigrantów niemal legendą. Kilkorgu z nich uratował życie, dysponując paszportami in blanco, które skądś tam
otrzymał i wypełnił. Dzięki temu ludzie ci mogli zbiec przez Pireneje,
mimo że byli już poszukiwani przez gestapo. Innych ukrywano w klasztorach na prowincji do momentu, kiedy można ich było przerzucić.
Dwóch udało mu się wyciągnąć z aresztu i umożliwić im ucieczkę.
Przewoził swoim samochodem, niemal jawnie, całe paki literatury
podziemnej. Wtedy też - tym razem w mundurze oficera SS - wyciągnął mnie
i tamtych dwóch polityków z obozu dla internowanych. Spodziewano się, że
ta jednoosobowa krucjata przeciwko przemocy może skończyć się jedynie
gwałtowną śmiercią. Nagle wszelki słuch o nim zaginął. Krążyły pogłoski,
że został zastrzelony przez gestapo. Jak zawsze znaleźli się ludzie,
którzy jakoby mieli to widzieć.
Po moim uwolnieniu z obozu dla internowanych spotykałem go często i niejeden wieczór spędziliśmy razem aż do rana. Hirsch nie posiadał się z oburzenia, że Żydzi, wyłapywani przez Niemców jak króliki, tysiącami
dawali się upychać, bez jakiegokolwiek oporu, w przepełnionych bydlęcych
wagonach wiozących ich do obozów śmierci. Zupełnie nie mógł pojąć, że
prawie nigdy nie próbowali opierać się i bronić, lecz umierali z pokorą;
żeby choć część, wiedząc, że i tak nie uniknie śmierci, nie zrywała się
do buntu, aby paru morderców pociągnąć za sobą na zatracenie.
Wiedzieliśmy obaj, że nie dawało się to wytłumaczyć zwykłym strachem,
ostatnią rozpaczliwą nadzieją czy nawet tchórzostwem, a raczej już czymś
odwrotnym - bo chyba trzeba było większej odwagi, aby przyjąć śmierć w milczeniu, niż tłuc wroga wokół siebie w duchu iście teutońskiej zemsty.
Mimo to Hirsch oburzał się na tę rezygnację, trwającą od czasu zrywu
Machabejczyków już ponad dwa tysiąclecia. Dlatego nienawidził swojego
narodu, a zarazem - przeniknięty bolesną doń miłością - rozumiał go.
Jego prywatna wojna z przemocą była nie tylko czysto ludzką próbą
odwetu; był to też w pewnej mierze bunt przeciwko samemu sobie.
Wziąłem gazety, które dał mi Levin. Niewiele umiałem po angielsku i czytałem je z trudem. Pewien Syryjczyk pożyczył mi na statku angielską
gramatykę po francusku i przez pewien czas uczył mnie; gdy został
zwolniony, podarował mi tę książkę i nadal z niej korzystałem. Zaś
wymowy uczyłem się z gramofonu, przywiezionego wraz z płytami do nauki
angielskiego na Ellis Island przez rodzinę polskich emigrantów. Mieli
mniej więcej tuzin tych płyt stanowiących w sumie krótki kurs języka.
Rano przynoszono gramofon z sypialni do sali dziennego pobytu, a cała
rodzina siadała przy nim w jakimś kącie i ćwiczyła angielski, słuchając
z czcią i uwagą leniwego, sytego głosu lektora, który powoli snuł
opowieść o życiu wyimaginowanej angielskiej rodziny niejakich Brownów.
Mieli dom, ogród, synów i córki chodzących do szkoły i rozwiązujących
zadania, zaś pan Brown posiadał rower, którym jeździł do biura, a pani
Brown miała czarne włosy, nosiła kuchenny fartuch, gotowała zdrowe
posiłki i podlewała kwiaty. Zrozpaczeni emigranci co dzień przeżywali na
nowo owo spokojne życie angielskiej rodziny, ich usta otwierały się i zamykały w rytm słów narratora dobiegających z gramofonu, a inni
siedzący wokół również usiłowali na tym trochę skorzystać. W półmroku
wyglądało to chwilami jak staw ze starymi karpiami, które wynurzając się
z wody w oczekiwaniu na karmę, powoli otwierają i zamykają pyski.
Naturalnie zdarzali się też ludzie mówiący biegle po angielsku. Ich
ojcowie byli na tyle przezorni, że kazali im uczyć się tego języka w szkole realnej zamiast w gimnazjum greki i łaciny. Teraz stali się nagle
bardzo poszukiwanymi nauczycielami i od czasu do czasu ćwiczyli z pozostałą resztą, pochylającą się nad gazetami, sylabizując doniesienia
o masowej zagładzie, aby nauczyć się liczb: dziesięć tysięcy zabitych,
dwadzieścia tysięcy rannych, pięćdziesiąt tysięcy zaginionych i sto
tysięcy jeńców - dzięki temu nędzę świata udawało się zredukować do
godziny lekcyjnej, podczas której uczniowie próbowali też prawidłowo
wymówić głoskę th w liczbie thousand. Czempioni raz po raz
cierpliwie demonstrowali trudny dźwięk th, którego nie ma w niemieckim, a po którego złej wymowie natychmiast poznać cudzoziemca -
th jak w thousand, fiftythousand zabitych w Berlinie, w Hamburgu, aż
nagle ktoś pobladły, krztusząc się, wypadał z roli ucznia i przerażony
wołał : "Hamburg?! Przecież tam mieszka moja matka!"
Nie było dla mnie jasne, jaki akcent przyswajałem sobie na Ellis Island,
ale zaczynałem nienawidzić przemieniania wojny w materiał dla
wstępniaków. Wolałem już narażać się na idiotyzmy mojego podręcznika i uczyć się, że Karl nosi zieloną czapkę, a jego siostra ma dwanaście lat,
lubi ciasto, i że jego babka wciąż jeszcze jeździ na łyżwach. Te
przepastne głębie intelektualne belfrów, o których słuch zaginął,
stwarzały przynajmniej wątłą, banalną idyllę między ociekającymi krwią
lekcjami na bazie wiadomości z gazet. Tak czy owak przykro było patrzeć,
jak uciekinierzy zaczynają wstydzić się własnego języka, i muszą się go
wstydzić, aby w miarę możności najszybciej jak tylko potrafią, również
między sobą nieporadnie kalecząc swój toporny angielski, nauczyć się go,
ale też pozbyć się własnego, rodzonego, z którym tu przyjechali: dziś
języka masowych morderców. Dwa dni przed moim zwolnieniem zginął mi tom
niemieckich wierszy. Zostawiłem go w sali dziennej, a znalazłem później
w ustępie - cały ubrudzony i w strzępach. Uznałem, że to mi się
należało; ta czarowna liryka brzmiała tutaj jak potworne szyderstwo w zestawieniu z tym, co koczującym tu ludziom zgotowały te same Niemcy.
Watson, partner Levina, istotnie pojawił się kilka dni później. Był
człowiekiem potężnej postury, o dużym, nalanym obliczu z przystrzyżonym
białym wąsem. Tak jak przypuszczałem nie był Żydem i nie miał w sobie
nic z ciekawości Levina, a także jego inteligencji. Nie mówił ani po
niemiecku, ani po francusku, ale żywo gestykulował i miał uspokajający,
szeroki uśmiech. Porozumiewaliśmy się, jak się dało. Nie pytał o nic,
lecz władczym gestem nakazał mi czekać, podczas gdy sam udał się do
biura inspektorów.
Nagle z oddziału kobiecego dobiegło na poły tłumione poruszenie. Wkrótce
pojawili się strażnicy. Kobiety utworzyły krąg wokół postaci leżącej na
ziemi i wydającej głośne jęki.
- Co się stało? - zapytałem starego człowieka, który pobiegł tam i zaraz
wrócił. - Jakieś załamanie nerwowe?
Potrząsnął głową. - Zdaje się, że kobieta będzie miała dziecko.
- Dziecko? Tutaj?!
- Na to wygląda. Jestem ciekawy, co na to powiedzą inspektorzy -
człowiek zaśmiał się nie bez ironii.
- Przedwczesny poród! - powiedziała kobieta w czerwonej aksamitnej
bluzce. - O miesiąc za wcześnie. Nic dziwnego, przy takich nerwach!
- Już się zaczęło? - zapytałem.
Kobieta spojrzała na mnie z pewną wyższością. - Oczywiście, że nie! To
dopiero pierwsze bóle. Cały poród może potrwać jeszcze wiele godzin.
- Czy dziecko będzie Amerykaninem, jak się tu urodzi? - zapytał stary
człowiek.
- A kim by innym? - zdziwiła się kobieta w czerwonej bluzce.
- Mam na myśli tu, na Ellis Island. To przecież tylko kwarantanna, a nie
prawdziwa Ameryka. Ameryka jest dopiero po tamtej stronie!
- Tutaj też już jest Ameryka - powiedziała kobieta z przekonaniem. -
Strażnicy są przecież Amerykanami! No i inspektorzy!
- To będzie szczęście dla matki - zauważył stary człowiek. - Dzięki temu
będzie miała od razu krewnego Amerykanina: dziecko! Łatwiej ją wpuszczą.
Emigrantów, którzy mają krewnych Amerykanów, zaraz wpuszczają. -
Człowiek rozejrzał się ostrożnie i uśmiechnął z zakłopotaniem.
- Jeśli nawet nie będzie Amerykaninem, to jest pierwszym prawdziwym
obywatelem świata - wtrąciłem się do rozmowy.
- Drugim - odpowiedział człowiek. - Pierwszego widziałem w 1937 na
moście pomiędzy Austrią a Czechosłowacją. Niemieccy emigranci zostali
wpędzeni przez policję obu krajów na most. Ci biedacy nie mogli zejść
ani w prawo, ani w lewo, bo na obu krańcach stała policja. Więc tkwili
tak na granicy przez trzy dni. Wtedy któraś z tamtych kobiet urodziła
dziecko.
- Co się z nim stało? - zainteresowała się kobieta w czerwonej bluzce.
- Umarło, zanim między oboma krajami mogła z tego powodu wybuchnąć wojna
- odpowiedział stary człowiek. - To było jeszcze w tych bardziej
ludzkich czasach, przed anszlusem - dodał usprawiedliwiająco. - Dzisiaj,
naturalnie, matkę i dziecko zabito by po prostu jak kocięta.
Zobaczyłem, że Watson wychodzi z biura. W jasnym ubraniu w kratkę
wystawał jak olbrzym ponad zbitymi przy wyjściu rzędami niepokaźnych
uciekinierów. Podszedłem doń szybko. Serce zaczęło mi nagle gwałtownie
łomotać. Watson machał moim paszportem. - Miał pan szczęście -
powiedział. - Zdaje się, że jakaś kobieta rodzi; to całkowicie
wyprowadziło inspektorów z równowagi. Oto pańska wiza.
Wziąłem paszport. Ręce mi drżały. - Na jak długo? - zapytałem.
Watson roześmiał się. - Chcieli panu dać cztery tygodnie na tranzyt;
teraz ma pan dwa miesiące jako turysta. Może pan podziękować tej
położnicy. Myślę, że chcieli się szybko pozbyć i jej, i mnie. Wezwali
już motorówkę. Zawiozą ją do szpitala. Możemy się z nimi od razu zabrać.
No, jak się to panu podoba? - Watson klepnął mnie mocno po plecach.
- Czy jestem teraz całkowicie wolny?
- Oczywiście! Przez najbliższe dwa miesiące. Potem podejmiemy dalsze
kroki.
- Dwa miesiące! Toż to cała wieczność!
Watson potrząsnął lwią grzywą. - Jaka tam znowu wieczność! Dwa
miesiące!? Najlepiej od razu zacząć się zastanawiać nad następnymi
krokami.
- Jak będę po tamtej stronie. Nie teraz.
- Dobrze. Ale niech pan nie czeka zbyt długo. Trzeba jeszcze tylko
pokryć kilka wydatków. Koszty podróży, opłaty za wizę i jeszcze coś.
Razem pięćdziesiąt dolarów. Zróbmy to najlepiej zaraz. Resztę honorarium
zapłaci mi pan, jak się już urządzi.
- Ile wynosi reszta?
- Sto dolarów. Bardzo tanio. Nie jesteśmy potworami.
Nie odpowiedziałem. Nagle zapragnąłem tak szybko, jak to tylko możliwe,
wydostać się z tej sali. Wydostać z Ellis Island! Obawiałem się, że w ostatniej chwili mogą otworzyć się drzwi biura inspektorów i zostanę
odwołany. Szybko sięgnąłem po cienki portfel i wyjąłem pięćdziesiąt
dolarów. Pozostało mi dziewięćdziesiąt dziewięć; oprócz tego miałem już
sto dolarów długu. Prawdopodobnie popadnę w wieczną niewolę finansową u tych adwokatów, pomyślałem przelotnie. Ale było mi to obojętne, wszystko
wypierała fala rozdygotanej, niepohamowanej niecierpliwości.
- Możemy zatem iść? - zapytałem.
Kobieta w czerwonej aksamitnej bluzce zaśmiała się. - Zanim dziecko
przyjdzie na świat mogą jeszcze minąć godziny! Godziny! Ale ci tam w środku tego nie wiedzą. Ci inspektorzy! Oni wiedzą wszystko, ale tego
nie! A ja im w żadnym wypadku nie powiem. Każdy biedak, który stąd
wyjdzie, to dla pozostałych nowa nadzieja. Prawda?
- Prawda - powiedziałem. Zobaczyłem, jak dwóch ludzi, podpierając
jęczącą kobietę, prowadzi ją do wyjścia. - Możemy iść z nimi? -
zapytałem Watsona.
Skinął głową. Kobieta w aksamitnej bluzce uścisnęła mi rękę. Również
stary człowiek podszedł bliżej i pogratulował mi. Wyszliśmy. Przy
wyjściu okazałem paszport. Policjant oddał mi go natychmiast. -
Powodzenia! - powiedział i również podał mi rękę. Po raz pierwszy w życiu zdarzyło się, że policjant podał mi rękę i życzył powodzenia.
Podziałało to na mnie w dziwny sposób: dopiero teraz uwierzyłem, że
naprawdę jestem wolny.
Zostaliśmy załadowani do motorówki takiej jak barkas. Ciężarna kobieta
leżała pomiędzy dwoma strażnikami z tyłu łodzi; Watson, ja i kilku
innych zwolnionych staliśmy z przodu. Hałas silnika i syreny okrętowe
wokół nas zagłuszały jęki kobiety. Wiatr i słońce ze wszystkich stron
rzucały ruchome blaski, wydawało się, jakby łódź unosiła się między
niebem a wodą. Nie oglądałem się. Przyciskałem w kieszeni paszport.
Drapacze chmur na Manhattanie wyrastały niczym giganty pnące się w olśniewający błękit nieba. Jazda trwała zaledwie kilka minut.
Gdy przybiliśmy do nabrzeża, jeden ze zwolnionych emigrantów, mężczyzna
w staromodnym, zielonym, welurowym kapeluszu, o nogach jak patyki,
wybuchnął nagłym płaczem. Wstrząsany cichym łkaniem rzucił się na kolana
i uniósł ramiona w niemym geście. W ostrym świetle przedpołudniowego
słońca wyglądał i wzruszająco, i trochę śmiesznie. Jego żona, ogorzała
drobna staruszka, zirytowana pociągnęła go do góry. - Pobrudzisz
ubranie! Masz tylko to jedno!
- Jesteśmy w Ameryce - wymamrotał półgłosem.
- Tak, my jesteśmy w Ameryce - odpowiedziała krzykliwie. - A gdzie jest
Józef? Gdzie Samuel? Gdzie oni są? A gdzie nasza Miriam? Gdzież oni
wszyscy?! My jesteśmy w Ameryce - powtórzyła. - A gdzie są ci inni?!
Wstań i uważaj na ubranie! - Powiodła po nas wszystkich martwymi,
nieruchomymi oczyma żuka. - Jesteśmy w Ameryce! A gdzie są pozostali?
Gdzie są nasze dzieci?!
- Co ona mówi? - zapytał Watson.
- Cieszy się, że jest w Ameryce.
- Wierzę. To jest istotnie ziemia obiecana. Pan się też cieszy, prawda?
- Bardzo! Dzięki za pańską pomoc.
Rozejrzałem się. Na ulicach zdawał się szaleć wyścig samochodów. Jeszcze
nigdy nie widziałem tylu aut naraz. W Europie od wybuchu wojny jeździło
ich niewiele; prawie nie było benzyny. - A gdzież są żołnierze? -
zapytałem.
- Żołnierze? A po co ?
- Jak to, przecież Ameryka jest w stanie wojny!
Watson uśmiechnął się szeroko. - Wojna toczy się w Europie i na Pacyfiku
- wyjaśnił życzliwie. - Nie tutaj. W Ameryce nie ma wojny. Tutaj jest
pokój.
Na chwilę o tym zapomniałem. Wróg znajdował się przecież po drugiej
stronie kuli ziemskiej. Tu nie trzeba było bronić granic. Tu się nie
strzelało, nie było też ruin ani bomb. Nie było zniszczenia. - Pokój -
powtórzyłem.
- Inaczej niż w Europie, prawda? - zapytał Watson z pobrzmiewającą w głosie dumą.
- Całkiem inaczej - potaknąłem.
Watson wskazał mi jedną z bocznych ulic. - Tam jest postój taksówek. A po drugiej stronie staje autobus. Chyba nie zamierza pan iść pieszo?
- A jednak! Chciałbym się przejść. Wystarczająco długo byłem zamknięty.
- Ach, tak! Jak pan chce. Zresztą w Nowym Jorku nie może pan zabłądzić.
Prawie wszystkie ulice mają numery. To bardzo praktyczne.
Szedłem przez miasto jak pięcioletni chłopiec, bo na takim mniej więcej
poziomie była moja znajomość języka angielskiego. Szedłem poprzez
radosną kakofonię dźwięków: szum pędzących pojazdów, uliczny gwar,
urywki rozmów, okrzyki, śmiech - przez ten cały podniecający tumult
życia, który jeszcze mnie nie dotyczył, ale jak burza uderzał ślepo w moje zmysły. Pojmowałem tylko hałas, ale nie sens, tak jak pojmowałem
światło, ale nie wiedziałem, jak powstało, i po co. Szedłem więc przez
to miasto, gdzie każdy wydawał mi się Prometeuszem, wykonującym znane
gesty w sposób mi nieznany i na dodatek wypowiadającym słowa, z którymi
nie wiedziałem, co począć. Wszystko to mogło kryć w sobie różne treści,
których nie pojmowałem, bo nie władałem językiem. Było inaczej niż w krajach europejskich, gdzie istniało tylko jedno znane mi znaczenie.
Wydawało się, jakbym kroczył po potężnej obrotowej scenie, gdzie
przechodnie, kelnerzy, kierowcy i sprzedawcy prowadzą ze sobą jakąś
niezrozumiałą dla mnie grę, a ja tkwię w środku, jednocześnie
wykluczony, ponieważ nie znam jej zasad. Zrozumiałem, że jest to chwila
wyjątkowa, która nigdy się już nie powtórzy. Jutro bowiem będę należał
do nich, a nawet już dzisiaj, gdy dotrę do hotelu, i znowu zacznie się
dramat ukrywania, fałszowania, targowania - to całe męczące balansowanie
wśród półprawd, z których składa się nadal mój zwykły dzień emigranta.
Teraz jednak, w tej szczególnej chwili miasto pokazywało mi swoją twarz
- dziką, głośną, obcą i obojętną, bo mnie jeszcze nie przyjęło - i jednocześnie odsłaniało tę drugą: jasną, zdać by się mogło obiektywną,
naznaczoną potęgą, a zarazem misternie prześwitującą niczym filigran:
jawiąc się przed oczyma przybysza niby strzelista, wysmukła monstrancja.
Miałem wrażenie, jakby również czas wstrzymał na minutę oddech na
nieznanej cezurze, gdy możliwe jest wszystko, każda decyzja, gdzie
pragnienia dryfują pozbawione ciążenia i kierunku, aby każdy mógł sam
decydować, czy upadnie, czy też nie.
Szedłem bardzo powoli przez szumiące miasto; widziałem je, i nie
widziałem. Tak długo skoncentrowany jedynie na zachowaniu życia i całkowicie tym pragnieniem pochłonięty, ignorowałem rytm bieżących dni i przemijanie lat, co było moją obroną. Był to bezwzględny warunek
przeżycia, tak jak to bywa tuż przed wybuchem paniki na tonącym okręcie,
z jednym jedynym celem: nie utonąć. Ale teraz, w tej nieprawdopodobnej
wręcz godzinie czułem, że życie może się zacząć od nowa, rozłożyć przede
mną jak wachlarz, że znowu pojawi się przyszłość, choćby nawet
najkrótsza, i że wraz z nią może powrócić przeszłość z odorem krwi i grobów. Czułem mgliście, że ta przeszłość bez trudu mogłaby mnie zabić,
ale teraz nie chciałem tego wiedzieć, nie w tej godzinie odbijających
się w witrynach obrazów i oszałamiającego zapachu wolności, tłumu obcych
ludzi i pory południowego tumultu, anonimowego hałasu, czyhającej
wszędzie pazerności i zalewu wszelkich ziemskich wspaniałości, gdy jak
przypadkowy wędrowiec szedłem między dwoma światami, nie należąc do
żadnego z nich, jakby to był film z niepasującą doń ścieżką dźwiękową,
niespodziewanie oczarowujący mirażem złudzeń i niezrozumienia: blaskiem,
barwą i dziecięcą pewnością siebie. Wydawało mi się, że po tej
niedającej się uniknąć długoletniej izolacji życie samo chciało, ponad
grząskim bagnem wspomnień, otworzyć się znowu na wołanie i pytanie,
ujrzeć nieśmiałą jeszcze i nie całkiem uświadomioną nadzieję.
Coś takiego w ogóle istnieje? - myślałem, gapiąc się w przepastną
otchłań sklepu pełnego lśniących od chromu automatów do gry, które
nieustannie dzwoniły i w których zapalały się na przemian różnokolorowe
światełka. Czy to wszystko jest możliwe? Nie przepadło i nie zmarniało
za sprawą faszyzmu? Czy sam fakt przeżycia mógł przemienić się w normalne życie, w jego pełnię? Czy można raz jeszcze zacząć wszystko od
początku, i zostać zrozumianym, tak jak ten język, który brzmiał wciąż
wokół, nieznany mi dotąd, a pełen nowych możliwości? Czy nie byłaby to
zdrada i ponowne morderstwo dokonane na zmarłych, którym należy się
pamięć?
Szedłem dalej ulicami oznaczonymi numerami zamiast nazw, stawały się
coraz węższe i brudniejsze, aż na trochę cofniętym budynku zobaczyłem
nazwę Hotel Rausch. Drzwi były ozdobione listwami ze sztucznego marmuru,
z których jedna była obłamana. Wszedłem i stanąłem w mrocznym holu. Po
ostrym świetle ulicy zobaczyłem niewiele więcej niż coś w rodzaju lady,
kilka czerwonych, pluszowych mebli i bujany fotel, z którego podniósł
się ktoś przypominający posturą niedźwiedzia. - Czy pan jest może
Ludwikiem Sommerem? - zapytał "niedźwiedź" po francusku.
- Tak - odpowiedziałem zaskoczony. - Skąd pan to wie?
- Robert Hirsch zawiadomił nas, że powinien się pan pojawić w tych
dniach. Nazywam się Władimir Meukoff. Jestem tutaj menedżerem, kelnerem
i dziewczyną do wszystkiego.
- Dobrze, że mówi pan po francusku! W przeciwnym razie byłbym niemy jak
ryba.
Meukoff podał mi rękę. - Mówi się, że ryby pod wodą są bardzo rozmowne -
stwierdził - wszystko, tylko nie nieme, co wykazują podobno najnowsze
badania naukowe. Może pan ze mną mówić również po niemiecku.
- Jest pan Niemcem?
Szeroka twarz Meukoffa jakby się zmarszczyła. - Nie, jestem reliktem
wielu rewolucji. Teraz na przykład jestem Amerykaninem. Przedtem byłem
już Czechem, Rosjaninem, Polakiem, Austriakiem, w zależności od tego,
kto zajmował małą miejscowość, skąd pochodziła moja matka. Nawet byłem
Niemcem, podczas okupacji. Wygląda pan na spragnionego. Napije się pan
wódki?
Zawahałem się, bo pomyślałem o pieniądzach, które mi się skurczyły. -
Ile kosztuje u pana pokój? - zapytałem.
- Najtańszy dwa dolary za noc. Po prawdzie jest to tylko mała klitka. -
Meukoff podszedł do deski z kluczami. - Bez luksusów. Ale łazienka jest
na tym samym korytarzu.
- Biorę go. Czy za cały miesiąc będzie taniej?
- Pięćdziesiąt dolarów, czterdzieści pięć przy płatności z góry.
- Dobrze.
Meukoff uśmiechnął się jak bardzo stary pawian. - Wódka należy do
zakończenia transakcji. Płaci hotel. Nawiasem mówiąc, robię ją sam. Jest
dobra.
- W Szwajcarii robiliśmy ją kiedyś fifty-fifty, cuvée z pąków
porzeczki na kawałku cukru - odpowiedziałem. - Alkohol dostarczał nam
aptekarz. Dzięki temu wódka kosztowała o wiele taniej niż najtańszy
sznaps. To były szczęśliwe czasy, zima 42.
- W więzieniu?
- W więzieniu w Bellinzonie. Niestety, tylko tydzień. Za nielegalne
przekroczenie granicy.
- Pąki porzeczki - powtórzył Meukoff. - Dobry pomysł! Ale skąd wziąć
pąki porzeczki w Nowym Jorku?
- I tak jej prawie nie czuć - odpowiedziałem. - Pomysł był Białorusina.
Pańska wódka jest bardzo dobra.
- Cieszy mnie. Gra pan w szachy?
- Więzienne. Nie mistrzowskie. Szachy uciekinierów, aby zająć czymś
myśli.
Meukoff pokiwał głową. - Istnieją jeszcze szachy językowe - powiedział.
- Tutaj gra się w nie często. Szachy koncentrują tak abstrakcyjnie, że
podczas gry można świetnie powtarzać sobie angielską gramatykę. Pokażę
panu jego pokój.
Klitka to było właściwe określenie: mała, dość ciemna i z oknem na
podwórze. Zapłaciłem czterdzieści pięć dolarów i odstawiłem walizkę.
Pokój miał żyrandol z lanego żelaza i małą, zieloną lampkę stojącą.
Sprawdziłem, można ją było zostawić zapaloną na noc. To mnie uspokoiło.
Od pobytu w brukselskim muzeum nienawidziłem spania w ciemności. Potem
popatrzyłem na swoje pieniądze. Nie wiedziałem, jak długo można w Nowym
Jorku żyć za 49 dolarów, ale to mnie nie martwiło. Nieraz miałem
zaledwie część tej kwoty. Dopóki się żyje, nic nie jest całkowicie
stracone, powiedział na krótko przed śmiercią Sommer, którego paszportem
się posługiwałem; przedziwne, jak bardzo mogło to być fałszywe i prawdziwe zarazem.
- Tutaj jest list od Roberta Hirscha - powiedział Meukoff, gdy ponownie
zszedłem. - Nie wiedział dokładnie, kiedy się pan pojawi. Najlepiej
będzie, jeśli pójdzie pan do niego pod wieczór. W dzień Hirsch pracuje -
jak prawie każdy tutaj.
Praca, pomyślałem. Legalna! Co za szczęście! Gdyby ją również mieć!
Znałem tylko pracę ukradkiem, na czarno, zawsze w strachu przed policją.
Rozdział III
III
Poszedłem do Hirscha już w południe. Nie chciałem dłużej czekać.
Zastałem mały sklepik z dwiema witrynami, w których wystawione były
aparaty radiowe, elektryczne żelazka, suszarki do włosów, miksery i elektryczne garnki; wszędzie błyszczał metal i chrom - ale drzwi były
zamknięte. Czekałem jakiś czas; potem przyszło mi na myśl, że Robert
Hirsch prawdopodobnie poszedł coś zjeść. Trochę zawiedziony zawróciłem.
Sam poczułem nagle ostry głód. Rozejrzałem się bezradnie. Chciałem coś
zjeść, lecz nie wydać przy tym za dużo pieniędzy. Na najbliższym rogu
zobaczyłem sklep wyglądający jak apteka. Na wystawie stały przyrządy do
irygacji, butelki z wodą toaletową i reklamy aspiryny; ale przez otwarte
drzwi widziałem bar, i jedzących przy nim ludzi.
- Co podać? - zapytał mnie zza lady niecierpliwym tonem ubrany na biało
chłopiec.
Nie wiedziałem, co odpowiedzieć. Po raz pierwszy zamawiałem coś w Ameryce. Pokazałem na talerz sąsiada. - Hamburger? - szczeknął chłopiec.
- Hamburger - odpowiedziałem zaskoczony. Nie spodziewałem się, że moje
pierwsze angielskie słowo będzie brzmiało po niemiecku.
Hamburger był soczysty i dobry. Zjadłem do niego dwie bułeczki. Chłopiec
szczeknął coś znowu. Nie rozumiałem tych jego staccato, ale
zobaczyłem, że mój sąsiad je teraz lody. Znowu wskazałem na jego talerz.
Lodów nie jadłem od lat. Ale chłopiec na tym nie poprzestał. Wskazał na
długą tablicę wiszącą za nim i zaszczekał coś trochę głośniej.
Sąsiad popatrzył na mnie. Miał łysinę i wąsy jak mors. - Jaki rodzaj? -
powiedział do mnie powoli jak do dziecka.
- To co zwykle - odpowiedziałem, żeby mieć spokój.
Mors uśmiechnął się. - Mają tutaj aż 42 rodzaje lodów - stwierdził.
- Co takiego?
Człowiek wskazał na tablicę. - Niech pan sobie coś wybierze.
Odcyfrowałem słowo "pistacje". W Paryżu wędrowni sprzedawcy dywanów
oferowali orzechy pistacji przy kawiarnianych stolikach. W postaci lodów
ich nie znałem. - Pistacje - powiedziałem. - I orzech kokosowy.
Zapłaciłem i powoli wyszedłem. Po raz pierwszy jadłem w aptece. Minąłem
lady z receptami i lekarstwami. Można tu było również kupić gumowe
rękawiczki, książki i złote rybki. Co za kraj, pomyślałem, wychodząc na
ulicę. Czterdzieści dwa gatunki lodów, wojna, i żadnego żołnierza.
Wróciłem do hotelu Rausch. Już z daleka rozpoznałem jego obdrapany,
marmurowy front, w tym morzu obcości wydał mi się czymś w rodzaju
chwilowej ojczyzny. Władimira Meukoffa nie zastałem. Nie było zresztą
nikogo. Hotel był jak wymarły. Minąłem mały hol z pluszowymi meblami i kilkoma donicami palm w opłakanym stanie. Tutaj również nie było nikogo.
Wziąłem klucze, poszedłem do swojego pokoju i położyłem się w ubraniu na
łóżku, aby się zdrzemnąć. Obudziłem się, zupełnie nie wiedząc, gdzie
jestem. Śniło mi się coś, a był to sen ciężki i wstrętny. Pokój
wypełniał teraz różowawy, unoszący się zmierzch. Wstałem i wyjrzałem
przez okno. Na dole dwóch Murzynów wynosiło pojemniki ze śmieciami.
Jedna z pokryw odpadła i grzechotała na betonie. Przypomniałem sobie, co
mi się śniło. Łudziłem się, że ten cały balast nie podąży za mną przez
ocean. Zszedłem na dół, Meukoff już był; siedział przy stole w towarzystwie bardzo drobnej, starej kobiety i machał do mnie. Spojrzałem
na zegarek. Była już pora pójść do Roberta Hirscha. Spałem dłużej, niż
sądziłem.
Przed sklepem Hirscha tłoczyła się gromadka ludzi. Pomyślałem o wypadku
albo o policji; to była zawsze pierwsza myśl. Szybko przecisnąłem się
przez tłumek, a wtedy usłyszałem nagle jakiś tubalny głos. Trzy głośniki
stały teraz w oknie, a drzwi do sklepu były otwarte na oścież. Dźwięk
dochodził z głośników. Sklep był ciemny i pusty.
Nagle zobaczyłem Hirscha. Stał na dworze wśród słuchaczy. Natychmiast
rozpoznałem jego pociągłą twarz okoloną rudymi włosami. Nie zmienił się.
- Robert - powiedziałem cicho tuż za nim, mimo potężnego dźwięku
dobiegającego z trzech głośników.
Nie usłyszał mnie. - Robert! - zawołałem głośniej. - Robert!
Odwrócił się szybko. W jednej chwili zmienił się na twarzy. - Ludwik! To
ty? Kiedyś tu dotarł?
- Dziś rano. Już tu raz byłem, ale nikogo nie zastałem.
Uścisnęliśmy sobie ręce. - Jak dobrze, że jesteś! - powiedział. -
Sakramencko dobrze, Ludwiku! Już myślałem, że nie żyjesz.
- To samo myślałem o tobie, Robercie. Po Marsylii krążyły takie wieści.
Byli nawet ludzie, którzy mieli jakoby widzieć, jak ciebie zastrzelono.
Hirsch roześmiał się. - Emigranckie gadanie! Zresztą ponoć żyje się
dłużej, jeśli zostanie się wielokrotnie uznanym za zmarłego. Dobrze, że
jesteś, Ludwiku. - Wskazał na potrójną baterię głośników w oknie. - Mówi
Roosevelt! - powiedział. - Twój wybawiciel. Posłuchajmy.
Kiwnąłem głową. Potężny głos zagłuszyłby każdą emocję. Nie mieliśmy
zresztą zwyczaju ich okazywać; na Via Dolorosa ludzie wielokrotnie
tracili się z oczu i odnajdywali bądź nie, więc traktowało się takie
przypadki bardziej rzeczowo i przeżywano je w milczeniu, udając, jakby
były codziennością. Umierało się, było chwytanym, albo któregoś dnia
znowu się kogoś znienacka spotykało. Żyło się, i to wystarczało.
Wystarczało w Europie, pomyślałem. Tutaj było inaczej. Byłem
zdenerwowany, ponieważ prawie niczego nie rozumiałem z tego, co mówił
prezydent.
Widziałem, że Hirsch też nie słucha zbyt uważnie. Obserwował ludzi przed
wystawą. Większość z nich słuchała obojętnie, kilka osób robiło uwagi.
Jakaś tęga kobieta z upiętymi wysoko blond włosami roześmiała się w pewnej chwili, z pogardą wykrzywiając twarz i, puknąwszy się w czoło,
odeszła kołysząc biodrami. - They should kill that bastard! -
powiedział przez zaciśnięte zęby stojący obok mnie mężczyzna w sportowej
kurtce w kratę.
- Co znaczy kill - zapytałem Hirscha.
- Zabijać - odpowiedział z uśmiechem. - Mordować. To powinieneś
wiedzieć.
W tej samej chwili głośniki umilkły.
- Dlatego pewnie włączyłeś wszystkie trzy aparaty, jako rodzaj
obowiązkowego wychowania w tolerancji? - zapytałem.
Skinął głową. - Moja dawna słabość, Ludwiku. Wciąż jeszcze nie mogę się
jej pozbyć. Ale to sprawa beznadziejna. Wszędzie!
Ludzie rozeszli się szybko. Tylko człowiek w sportowej kurtce pozostał.
- Co wy tam tak szwargoczecie? - warknął. - Po niemiecku?
- Po francusku - odpowiedział Hirsch spokojnie, a rozmawialiśmy po
niemiecku. - W języku pańskich sprzymierzeńców - dodał.
- Ładni sprzymierzeńcy! Dla nich prowadzimy wojnę. Wszystko to wina
Roosevelta!
Człowiek odszedł chwiejnym krokiem. - Wciąż to samo - powiedział Hirsch.
- Ksenofobia, typowy przejaw prymitywizmu. - Potem spojrzał na mnie. -
Schudłeś, Ludwiku! I postarzałeś się trochę. Myślałem, że nie żyjesz!
Dziwne, że zawsze tak się myśli, kiedy długo się o kimś nie słyszy.
Przecież wcale nie jesteśmy tacy starzy!
Roześmiałem się. - To wina naszego przeklętego życia, Robercie.
Hirsch był mniej więcej w moim wieku. Trzydzieści dwa lata, ale wyglądał
o wiele młodziej. Był szczuplejszy i niższy ode mnie. - Ja też byłem
przekonany, że nie żyjesz - powiedziałem.
- Tę pogłoskę sam rozpuściłem, żeby mi było łatwiej uciec - przyznał. -
A pora już była najwyższa.
Weszliśmy do sklepu, radio nadawało ckliwą reklamę jakiegoś cmentarza,
zachwalając jego suchą, piaszczystą ziemię i wspaniałe widoki - tyle
zrozumiałem.
Hirsch wyłączył radio i wyjął z małej lodówki szklaneczki, lód i butelkę. - Mój ostatni absynt - oświadczył. - Właściwy dzień, żeby go
otworzyć.
- Absynt? Prawdziwy?
- Skąd, żaden tam prawdziwy! Typowy erzac, jak wszystko. Pernod, ale
jeszcze z Paryża. Salute, Ludwiku! Bo jeszcze żyjemy!
- Salute, Robercie! - Nienawidziłem pernodu; smakował lukrecją i anyżkiem. - Gdzie byłeś pod koniec we Francji? - zapytałem.
- Ukrywałem się trzy miesiące w prowansalskim klasztorze. Braciszkowie
byli czarujący. Chętnie zrobiliby ze mnie katolika, ale nie upierali się
przy tym. Poza mną ukrywali się tam jeszcze dwaj zestrzeleni angielscy
piloci. Dla bezpieczeństwa nosiliśmy wszyscy trzej habity. Wykorzystałem
czas do odświeżenia angielszczyzny. Stąd mój lekko oksfordzki akcent:
tam wychowali się piloci. Czy Levin zabrał ci wszystkie pieniądze?
- Nie. Ale to, co mi przysłałeś.
- Dobrze! Dlatego posłałem je przez niego. - Hirsch roześmiał się. - Tu
jest druga część, której ci nie posłałem. W przeciwnym razie też by ci
to zabrał.
Wyjął dwa banknoty pięćdziesięciodolarowe i wsunął mi do kieszeni.
- Jeszcze niczego nie potrzebuję - zaoponowałem. - Na razie mam dosyć.
Więcej niż w Europie! Pozwól mi spróbować, czy dam sobie radę sam.
- Nonsens, Ludwiku! Znam twój "majątek" dokładnie. Poza tym jeden dolar
w Ameryce ma wartość o połowę mniejszą niż w Europie; za to być biednym
w Ameryce jest dwukrotnie bardziej uciążliwe niż gdzie indziej. Czy
słyszałeś coś o Josefie Richterze? Był w Marsylii, gdy ja kierowałem się
w stronę Hiszpanii.
Skinąłem głową. - Właśnie tam go złapali. Przed amerykańskim konsulatem.
Nie zdążył schronić się w budynku. Wiesz przecież, jak tam było.
- No pewnie - powiedział Hirsch.
Okolice konsulatów były we Francji ulubionymi terenami łowów dla gestapo
i żandarmerii. Większość emigrantów próbowała tam zdobyć wizy. Dopóki
przebywali w eksterytorialnych budynkach, byli bezpieczni, ale po
wyjściu z nich często bywali aresztowani.
- A Werner? - spytał. - Co się z nim stało?
- Gestapo. Połamali mu kości, a potem go wywieźli.
Nie zapytałem Roberta Hirscha, jak udało mu się uciec z Francji. On mnie
też o to nie pytał. To był dawny nawyk: czego się nie wiedziało, tego
nie można było zdradzić; a nikt nie był pewny, czy by przetrzymał
nowoczesne tortury.
- Co za naród! - powiedział Hirsch nagle. - Co za przeklęty naród, który
tak prześladuje swoich uciekinierów! Do nich się przecież w końcu
zaliczamy!
Patrzył przed siebie. Przez chwilę milczeliśmy obaj. - Robercie, powiedz
mi - odezwałem się wreszcie - kto to jest Tannenbaum?
Otrząsnął się z myśli. - Tannenbaum jest żydowskim bankierem -
odpowiedział. - Mieszka tu od lat. Bogaty. I bardzo nam życzliwy, jeśli
się go trochę popchnie.
- Dobrze, Robercie. W takim razie kto go do mnie popchnął? Ty? Pewnie
znowu przez to obowiązkowe wychowanie dla ludzkości?
- Nie, Ludwiku. Nie ja, a najwrażliwsza emigrancka dusza na świecie:
Jessie Stein.
- Jessie? To ona też tu jest? Kto ją sprowadził?
Hirsch roześmiał się. - Sama się sprowadziła. Powiem nawet, że zupełnie
sama. I w dodatku urządziła się całkiem wygodnie. Wręcz luksusowo.
Przyjechała do Ameryki jak kiedyś Vollberg do Hiszpanii. Spotkasz tu
jeszcze więcej znajomych. Nawet w hotelu Rausch. Nie wszyscy na
szczęście zginęli czy zostali uwięzieni.
Dwa lata temu Vollberg przez kilka tygodni oblegał francusko-hiszpańską
granicę. Nie mógł dostać ani wizy wyjazdowej z Francji, ani wizy
wjazdowej do Hiszpanii. Podczas gdy inni emigranci wspinali się tajnymi
ścieżkami przez granicę w Pirenejach, Vollberg, który nie umiał się
wspinać, w rozpaczy wynajął starego rolls-royce'a, mającego jeszcze
zapas benzyny na trzydzieści kilometrów, i wjechał do Hiszpanii główną
trasą. Właściciel samochodu jechał z nim jako kierowca. Pożyczył
Vollbergowi swój najlepszy garnitur razem z odznaczeniami wojennymi,
które tenże dumnie demonstrował rozparty na tylnym siedzeniu. Kalkulacja
nie zawiodła. Żaden z celników nie zapytał domniemanego właściciela
rolls-royce'a o wizę. Za to wszyscy tłoczyli się wokół silnika, a Vollberg życzliwie im objaśniał.
- Jessie Stein przybyła do Nowego Jorku również rolls-royce'em? -
zapytałem.
- Nie, Ludwiku. Ale ostatnim rejsem Queen Mary przed wybuchem wojny. Gdy
przybyła, jej wiza ważna była jeszcze tylko dwa dni. Potem została
przedłużona na sześć miesięcy. A następnie co sześć miesięcy dalej.
W tym momencie dech mi zaparło i popatrzyłem na Hirscha. - Czy coś
takiego jest w ogóle możliwe? - zapytałem. - Można dostać przedłużenie
wizy? Turystycznej też?
- Tylko turystycznej. Pozostałych nie trzeba przedłużać - wyjaśniał
cierpliwie. - To są prawdziwe wizy wjazdowe w tzw. systemie kwotowym;
pierwszy stopień do otrzymania obywatelstwa po pięciu latach. System
kwotowy wydłużono na następne dziesięć lub dwadzieścia lat! Z taką wizą
możesz nawet pracować, nie to, co z wizą turystyczną. A twoja, na jak
długo jest ważna?
- Osiem tygodni. Czy myślisz, że można by ją przedłużyć?
- Czemu nie? Levin i Watson są dość skuteczni.
Usiadłem na krześle swobodniej. Poczułem wreszcie całkowite odprężenie.
Po raz pierwszy od wielu lat. Hirsch popatrzył na mnie. Roześmiał się. -
A więc dziś wieczór będziemy świętować twoje wejście w mieszczańską fazę
emigracji - powiedział. - Chodźmy zatem coś zjeść. Czas Via Dolorosa
minął, Ludwiku.
- Minął do jutra. Potem muszę rozpocząć polowanie na pracę i natychmiast
znowu złamię prawo. Nie wiesz przypadkiem, jakie są nowojorskie
więzienia?
- Demokratyczne. Niektóre nawet z radiem. Jeśliby go nie było, to ci
dostarczę.
- Czy tu, w Ameryce, są również obozy dla internowanych?
- Tak. Ale dla odmiany głównie dla osób podejrzanych o nazizm.
- Fortuna kołem się toczy. Gdzie pójdziemy coś zjeść? Czyżby znów do
apteki? Byłem w południe w takiej jednej. Bardzo pożyteczna. Były tam
prezerwatywy i czterdzieści dwa gatunki lodów.
Hirsch roześmiał się. - To był drugstore. Nie, dzisiaj pójdziemy gdzie
indziej.
Zamknął drzwi do sklepu.
- To twój sklep? - zapytałem.
Potrząsnął głową. - Jestem tu tylko małym, zwyczajnym sprzedawcą -
stwierdził gorzko. - Nudnym sprzedawcą od rana do wieczora. Któż by
pomyślał!
Nie odpowiedziałem. Byłbym wielce rad, mogąc być sprzedawcą. Wyszliśmy
na ulicę. Między domami wisiała nikła wieczorna zorza, jakby znalazła
się tu przypadkiem. Na jasnym niebie warczały dwa samoloty. Nikt nie
zwracał na nie uwagi, nie wpadano w popłochu do bram, nie rzucano się na
ziemię. Zapłonął podwójny rząd ulicznych latarń. Po ścianach budynków
pięły się niczym małpy kolorowe neony reklam, to w górę, to w dół. O tej
porze w Europie było wszędzie ciemno, jak w kopalni węgla. - To naprawdę
nie jest wojna - zauważyłem.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki