Na zawsze Collin. Tom 4 - Sandi Lynn

Kup ebooka

39.90 zł
33.12 zł (19,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Rozdział 1

Spoj­rza­łem na ze­ga­rek w te­le­fo­nie, tkwiąc w jed­nym ze słyn­nych no­wo­jor­skich kor­ków. Mama z pew­no­ścią mnie za­bije, je­śli znowu spóź­nię się na ko­la­cję. Dwa razy w ty­god­niu mia­łem być w domu na ko­la­cji. W te dwa wie­czory, kiedy przy­cho­dziła do nas Ju­lia z Ja­kiem, je­dli­śmy wspól­nie ro­dzinną ko­la­cję. Po­wi­nie­nem był wyjść z Black En­ter­pri­ses wcze­śniej, ale po­ja­wił się nie­ocze­ki­wany gość. Niesa­mo­wita la­ska. Jedno pro­wa­dziło do dru­giego, był seks, no i te­raz spóź­nię się na ko­la­cję. Za­par­ko­wa­łem range ro­vera i po­je­cha­łem windą do pen­tho­use'u. Po­sze­dłem pro­sto do kuchni, skąd do­bie­gała roz­mowa. Dzięki Bogu nie za­częli jesz­cze jeść.

- O, je­steś - po­wie­działa mama, kiedy pod­sze­dłem do niej i po­ca­ło­wa­łem ją w po­li­czek.

Mu­siało się wy­da­rzyć coś nie­zwy­kłego. Wszy­scy byli zde­cy­do­wa­nie zbyt ra­do­śni. Ju­lia uśmiech­nęła się, kiedy cmok­ną­łem ją w po­li­czek i uści­sną­łem dłoń Jake'a.

- Co jest? Czuję, że świę­tu­jemy, czy coś w tym ro­dzaju.

Ju­lia spoj­rzała na mnie i chwy­ciła mnie za rękę.

- Je­stem w ciąży. Zo­sta­niesz wuj­kiem! - uśmiech­nęła się.

- Co? Gra­tu­la­cje! - wy­krzyk­ną­łem, obej­mu­jąc ją i przy­cią­ga­jąc do sie­bie.

- Dzię­kuję, bra­ciszku.

Uści­ska­łem też Jake'a.

- Gra­tu­luję, stary. Rany. My­śla­łem, że po­cze­ka­cie z tym jesz­cze parę lat?

- Tak, my też. Ale stało się i nie mo­gli­by­śmy być szczę­śliwsi - uśmiech­nął się Jake.

Od­wró­ci­łem się do taty, który uśmie­chał się od ucha do ucha.

- Cóż, zdaje się, że bę­dziesz dziad­kiem - po­wie­dzia­łem i ob­ją­łem go ra­mie­niem.

- Tak, i chyba je­den wnuk na ra­zie wy­star­czy. Za­la­tu­jesz per­fu­mami i do­my­ślam się, że to z jej po­wodu się spóź­ni­łeś.

- Pra­co­wa­łem, tato. Przy­go­to­wy­wa­łem kon­trakt na ju­trzej­sze spo­tka­nie.

- Na­prawdę? Kiedy trzy go­dziny temu wy­cho­dzi­łem z biura, mia­łeś już pra­wie wszystko skoń­czone.

Wes­tchnął.

Od­sze­dłem, bo nie mia­łem ochoty tego słu­chać. Nie ro­zu­miał, przez co prze­cho­dzi­łem, a nie by­łem w na­stroju na ka­za­nie Con­nora Blacka. Mama i Ju­lia za­wo­łały nas do stołu i usie­dli­śmy ra­zem do ro­dzin­nej ko­la­cji. Cie­szy­łem się szczę­ściem Ju­lii i Jake'a, na pewno będą wspa­nia­łymi ro­dzi­cami. Ju­lia pro­mie­niała, Jake był cały w skow­ron­kach, ro­dzice try­skali ra­do­ścią, a ja by­łem za­do­wo­lony, że Con­nor i El­lery wresz­cie mają coś poza mną, na czym będą mo­gli się sku­pić.

Nie by­łem wzo­rem syna, od­kąd Ha­iley wy­je­chała. Za­le­żało mi, żeby nam się udało, ale stwier­dziła, że skoro ona wy­jeż­dża do Włoch, a ja zo­staję w No­wym Jorku, nie mo­że nam się udać. Wy­je­chała, żeby stu­dio­wać modę, kiedy zo­stała przy­jęta do jed­nej z naj­lep­szych szkół pro­jek­towa­nia, i była te­raz na stażu u ja­kie­goś zna­nego pro­jek­tanta, wscho­dzą­cej gwiazdy de­si­gnu. Wy­je­chała, nie mó­wiąc na­wet "prze­pra­szam". W na­stęp­nym ty­go­dniu przy­pa­dały moje dwu­dzie­ste dru­gie uro­dziny, a cho­dzi­li­śmy ze sobą pra­wie sześć lat. Jak można tak po pro­stu wy­rzu­cić przez okno sześć lat? My­śla­łem, że coś nas łą­czy, i by­łem pew­ny, że dla niej także ma to zna­cze­nie. Im dłu­żej o tym my­śla­łem, tym bar­dziej by­łem wście­kły. No cóż, te­raz to już prze­szłość. Ni­gdy wię­cej nie po­zwolę, żeby ko­bieta zro­biła mi coś ta­kiego. Od­kąd Ha­iley wy­je­chała, za dużo im­pre­zo­wa­łem, za dużo pi­łem, upra­wia­łem seks z każdą ko­bietą, która spoj­rzała w moim kie­runku, i do­cze­ka­łem się ety­kiety Pierw­szego Play­boya No­wego Jorku. Ko­biety prze­pa­dały za mną tak jak za moim tatą. Mama na­zy­wała to Klą­twą Blac­ków. Do­sze­dłem do wnio­sku, że wiele ko­biet to lep­szy po­mysł niż jedna. Żad­nych związ­ków, żad­nych zo­bo­wią­zań, nic. Po pro­stu do­bry seks i bu­ziak na do wi­dze­nia. Kiedy jedna ko­bieta zni­kała, po­ja­wiała się na­stępna.

- Wszystko w po­rządku, Col­lin? - spy­tała mama.

Spoj­rza­łem na nią. Pa­trzyła na mnie nie­bie­skimi oczami.

- Tak, oczy­wi­ście. Dla­czego py­tasz?

- Wy­da­jesz się nie­obecny. Twoja sio­stra za­dała ci py­ta­nie, a ty nie od­po­wie­dzia­łeś.

Prawda była taka, że za­to­piony w roz­my­śla­niach o Hai­ley, na­wet jej nie usły­sza­łem.

- Prze­pra­szam, Ju­lio. Co mó­wi­łaś?

Po­pa­trzyła na mnie, wy­dy­ma­jąc usta.

- Póź­niej po­ga­damy, po ko­la­cji.

- W po­rządku - uśmiech­ną­łem się, koń­cząc je­dze­nie.

Wy­cią­gną­łem te­le­fon z kie­szeni i po­sze­dłem na górę, do swo­jego po­koju. Usia­dłem na łóżku. Ju­lia za­pu­kała lekko do drzwi i spy­tała, czy może wejść.

- Hej - uśmiech­ną­łem się, wy­cią­ga­jąc do niej rękę.

Ujęła ją i usia­dła obok.

- Mar­twię się o cie­bie, Col­lin.

- Nie martw się, sio­strzyczko. Nic mi nie jest - po­wie­dzia­łem z uśmie­chem.

- Mi­nęło już kilka mie­sięcy, od­kąd Ha­iley wy­je­chała. Roz­ma­wia­łeś z nią?

- Nie. Dała mi ja­sno do zro­zu­mie­nia, że le­piej bę­dzie, je­śli so­bie od­pu­ścimy, bo to tylko utrudni sprawę. Zresztą, do dia­bła z tym. Mam to już za sobą, idę do przodu.

Ju­lia ob­jęła mnie ra­mie­niem.

- My­ślę, że wcale nie masz jesz­cze tego za sobą, co mnie zresztą nie dziwi. Nie było to aż tak dawno temu, a ja do­sko­nale wiem, że je­śli było się w związku tyle czasu co wy dwoje, nie­ła­two zo­sta­wić to za sobą.

- No cóż, my­lisz się. Zmar­no­wa­łem sześć lat ży­cia w ja­kimś idio­tycz­nym związku. Ni­gdy wię­cej tego nie zro­bię. Te­raz po­znaję świat, im­pre­zuję i do­brze się ba­wię. Ro­bię to, co po­wi­nie­nem był ro­bić przez ostat­nie sześć lat, za­miast dać się uwią­zać do jed­nej la­ski.

- Wiem, że wcale tak nie my­ślisz, Col­lin.

Prawda jed­nak była taka, że może rze­czy­wi­ście tak wła­śnie my­śla­łem. Na­dal by­łem zły na Ha­iley za to, że skoń­czyła nasz zwią­zek. Spoj­rza­łem na ze­ga­rek i zo­ba­czy­łem, że już czas wy­brać się do baru z Aide­nem. Po­ca­ło­wa­łem Ju­lię w po­li­czek i wsta­łem.

- Po­słu­chaj, mu­szę już iść. Za pół go­dziny mam się spo­tkać z Aide­nem. Jesz­cze raz gra­tu­luję. Bę­dzie­cie świet­nymi ro­dzi­cami.

- Dzię­kuję, Col­lin. A ty nie na­py­taj so­bie kło­po­tów.

- Tego nie mogę obie­cać. - Mru­gną­łem do niej, wy­cho­dząc z po­koju.

Po­sze­dłem do ła­zienki i umy­łem zęby. Skro­pi­łem się wodą ko­loń­ską i za­czą­łem scho­dzić na dół, kiedy za­trzy­mała mnie mama.

- Col­lin, do­kąd się wy­bie­rasz? - spy­tała.

- Umó­wi­łem się z Aide­nem.

- Na­prawdę choć jed­nego wie­czoru nie mógł­byś spę­dzić w domu? Pra­wie cię już nie wi­du­jemy? - Wy­dęła wargi.

- Daj spo­kój, mamo. Mam pra­wie dwa­dzie­ścia dwa lata. Ostat­nią rze­czą, na jaką mam ochotę, jest sie­dze­nie w domu z ro­dzi­cami, je­śli mogę wy­sko­czyć gdzieś ze zna­jo­mymi. Poza tym tata wi­dzi mnie co­dzien­nie w biu­rze, przez cały dzień.

- Cóż, a ja nie, i tę­sk­nię za sy­nem.

- Ko­cham cię, mamo - po­wie­dzia­łem, po­ca­ło­wa­łem ją w po­li­czek i wsia­dłem do windy.

Kiep­sko się z tym czu­łem. Bar­dzo ko­cha­łem mamę i nie zno­si­łem czuć się przez nią winny, ale cze­kała mnie do­bra za­bawa i tym wła­śnie za­mie­rza­łem się za­jąć, bez względu na to, co mó­wiła.

Do Club S po­je­cha­łem tak­sówką, bo wie­dzia­łem, że się na­piję i nie będę w sta­nie pro­wa­dzić. Tata wła­śnie sta­rał się za­trud­nić no­wego szo­fera. Denny prze­szedł na eme­ry­turę. Tata go do tego zmu­sił, bo Denny miał pro­blemy zdro­wotne i to za­czy­nało być dla niego zbyt mę­czące. Tata wy­raź­nie nie spie­szył się z za­trud­nie­niem no­wego szo­fera, chyba dla­tego, że nie wy­obra­żał so­bie, by kto­kol­wiek poza Den­nym mógł wo­zić jego albo jego ro­dzinę.

Kiedy tak­sówka pod­je­chała pod Club S, Aiden już tam na mnie cze­kał. Wy­sia­dłem, przy­bi­li­śmy piątkę i we­szli­śmy do środka. Mu­zyka ry­czała, pod­łoga drżała pod sto­pami. Tłok był więk­szy niż zwy­kle i tań­czyły piękne dziew­czyny. Od sa­mego pa­trze­nia na nie czu­łem, że mi staje. Pod­sze­dłem do baru i za­mó­wi­łem, jak za­wsze, szkocką, a Aiden whi­sky. Od kilku mie­sięcy zwy­kle tu wła­śnie się spo­ty­ka­li­śmy. Przy­cho­dziły tu fan­ta­styczne la­ski, które umiały się do­brze za­ba­wić. Gdyby moi ro­dzice wie­dzieli, że to tu by­wam, nie by­liby za­chwy­ceni. Usie­dli­śmy przy sto­liku i wy­chy­li­li­śmy swoje szkla­neczki. Ja­kaś ładna dziew­czyna przy­glą­dała mi się ze swo­jego ba­ro­wego stołka. Kiedy uśmiech­ną­łem się do niej i zmru­ży­łem oko, po­de­szła i usia­dła obok.

- Słodki je­steś - uśmiech­nęła się.

- Dzięki, mała. Ty też je­steś słodka.

- Mogę ci po­sta­wić drinka? - spy­tała.

- Nie. Ale ja mogę po­sta­wić to­bie.

Pod­nio­słem rękę i da­łem znak Am­ber, na­szej kel­nerce, żeby przy­nio­sła dla każ­dego z nas po dwie wódki. Kiedy tylko po­sta­wiła je na sto­liku, stuk­nę­li­śmy się, a po­tem wy­chy­li­li­śmy tak szybko, jak się dało. Po dru­gim dziew­czyna chwy­ciła mnie za rękę i po­cią­gnęła na par­kiet. Ob­ją­łem ją w pa­sie, a ona prze­su­nęła po mnie tym swoim sek­sow­nym ty­łecz­kiem w górę i w dół. Od razu mi sta­nął. Miała na­praw­dę krótką su­kienkę, dzięki czemu mo­głem bez trudu wsu­nąć pod nią ręce i po­ło­żyć je na jej go­łym tyłku. Wy­da­wała się za­do­wo­lona, od­rzu­ciła głowę w tył, kiedy ści­sną­łem jej po­śladki. Kiedy zmie­niła się pio­senka, wró­ci­li­śmy do sto­lika, żeby jesz­cze się na­pić. Aiden sie­dział tam już z na­prawdę go­rącą la­seczką na ko­la­nach. Wszy­scy wy­pi­li­śmy wię­cej, niż po­win­ni­śmy, i za­nim zdą­ży­łem się zo­rien­to­wać, co się dzieje, zna­la­złem się przed klu­bem i przy­pie­ra­łem swoją dziew­czynę do ściany bu­dynku.

- Jedźmy do cie­bie - uśmiech­nęła się i ugry­zła mnie lekko w dolną wargę.

Od­wró­ci­łem się i za­wo­ła­łem tak­sówkę, którą po­je­cha­li­śmy do pen­tho­use'u.

- Mu­simy za­cho­wy­wać się bar­dzo ci­cho. Moi ro­dzice śpią - wy­szep­ta­łem, ostroż­nie za­my­ka­jąc za sobą drzwi.

Za­śmiała się, kiedy wzią­łem ją na ręce i spró­bo­wa­łem wnieść na schody. Oczy­wi­ście po­tkną­łem się i prze­wró­ci­li­śmy się oboje. Wy­buch­nę­li­śmy śmie­chem. Za­kry­łem jej usta ręką i w końcu do­tar­li­śmy do mo­jego po­koju. Ci­cho za­mkną­łem drzwi.

- Col­lin, zejdź tu, na­tych­miast! - wo­łał tata z dołu.

Prze­wró­ci­łem oczami i zsze­dłem do jego ga­bi­netu.

- Co?

- Wiesz co, Col­lin.

Wes­tchną­łem, krzy­żu­jąc ra­miona na piersi. Wie­dzia­łem, o co cho­dzi. O tę go­rącą bru­netkę, z którą wró­ci­łem po­przed­niego wie­czoru do domu.

- Uspo­kój się, tato. To miła dziew­czyna - po­wie­dzia­łem z uśmie­chem.

- Na­prawdę? A jak ona, do dia­bła, ma na imię?

Cho­lera, przy­gwoź­dził mnie. Je­śli mnie pa­mięć nie za­wo­dziła, nie do­tarło do mnie jej imię, ale gdy­bym przy­znał się do tego ta­cie, do­stałby szału, więc szybko ją ochrzci­łem.

- Ma na imię Darcy.

- Gówno prawda! Ma na imię Re­nee. Za­py­taj, skąd to wiem, Col­lin. No, da­lej, za­py­taj! - wrza­snął.

- Skąd znasz jej imię, tato?

- Bo przed­sta­wiła mi się dziś rano, kiedy prze­cho­dzi­łem ko­ry­ta­rzem, a ona wy­szła z two­jego po­koju, nago! Mama jest w kuchni, go­towa cię za­bić. Cał­kiem ci od­biło, kiedy Ha­iley wy­je­chała, ale od dziś ko­niec z tym. Ro­zu­miesz? A te­raz za­bie­raj ty­łek do kuchni i prze­proś mamę, może uda ci się to prze­żyć.

Po wczo­raj­szym wie­czo­rze mia­łem kosz­marny ból gło­wy, a wrza­ski ojca tylko po­gor­szyły sy­tu­ację. Te­raz mu­sia­łem jesz­cze sta­wić czoła ma­mie. Ostat­nią rze­czą, ja­kiej chcia­łem, było spra­wić jej za­wód, ale ostat­nio nic in­nego nie ro­bi­łem. Wy­sze­dłem z ga­bi­netu i ru­szy­łem pro­sto do kuchni. Mama sie­działa przy stole.

- Sia­daj, ale już! - rzu­ciła, pa­trząc na mnie gniew­nie.

- Mamo, ja...

- Milcz. Nie waż się ode­zwać sło­wem, do­póki nie po­wiem wszyst­kiego, co mam ci do po­wie­dze­nia.

Ce­lo­wała we mnie pal­cem. Nie pa­mię­tam, żeby kie­dy­kol­wiek wcze­śniej to zro­biła. Była na­prawdę wku­rzona i w pew­nym sen­sie prze­ra­ziło mnie to.

- Wiem, że cier­pisz, Col­lin. Wiem, że jest ci ciężko od czasu, kiedy wy­je­chała Ha­iley, ale prze­sta­łeś chyba nad so­bą pa­no­wać. Wy­cho­dzisz co wie­czór. Wra­casz nad ra­nem, za­jeż­dża­jąc al­ko­ho­lem. Nie mam ochoty oglą­dać na­gich dziew­czyn wy­cho­dzą­cych rano z two­jej sy­pialni. To brak sza­cunku i nie będę tego to­le­ro­wała w swoim domu. Co ty so­bie, do dia­bła, wy­obra­żasz?

Pa­trząc w jej roz­gnie­wane, ale też bar­dzo smutne oczy, nie­na­wi­dzi­łem sie­bie za to, że tak się przeze mnie czuła.

- Prze­pra­szam, mamo. Nie po­my­śla­łem, to się już wię­cej nie po­wtó­rzy.

- Masz ra­cję, to się wię­cej nie po­wtó­rzy. Con­nor, chodź tu­taj! - za­wo­łała.

Do kuchni wszedł tata i spoj­rzał na mnie.

- Cią­gle ży­jesz, jak wi­dzę.

Prze­wró­ci­łem oczami. Mia­łem wra­że­nie, że moja głowa za­raz eks­plo­duje. Mama wstała z krze­sła i za­częła przygo­to­wy­wać skład­niki kok­tajlu na kaca, który za­wsze ro­biła. Boże, nie zno­si­łem tego.

- Con­nor, nie masz cza­sem cze­goś do po­wie­dze­nia Col­li­nowi? - spy­tała.

Tata spoj­rzał na mnie, sia­da­jąc na krze­śle.

- Po­sta­no­wi­łem, że bę­dziesz dzi­siaj na spo­tka­niu w biu­rze, a po­tem omó­wimy kilka rze­czy, któ­rymi bę­dziesz mu­siał się za­jąć.

- Mowy nie ma, tato. Mam dzi­siaj wolny dzień.

Nie wy­sie­dział­bym na spo­tka­niu z tym ka­cem. Mało spa­łem ostat­niej nocy i ma­rzy­łem tylko o tym, żeby wró­cić do łóżka.

- Zmie­ni­łem ter­min two­jego dnia wol­nego i nie przy­pada on dzi­siaj - po­in­for­mo­wał mnie tata, pod­no­sząc się z krze­sła.

Mama po­dała mi szklankę z kok­taj­lem.

- Pro­szę, sy­neczku, wy­pij wszystko, bo w biu­rze bę­dziesz mu­siał dać z sie­bie wszystko - uśmiech­nęła się.

Tata do­pił kawę. Wy­cho­dząc z kuchni, od­wró­cił się do mnie i spoj­rzał na ze­ga­rek.

- Masz ja­kieś pięt­na­ście mi­nut, żeby się przy­go­to­wać. Cze­kam przy win­dzie. Le­piej, że­byś się nie spóź­nił.

Rozdział 2

Wi­taj, Col­lin - po­wie­działa Va­le­rie, kiedy wcho­dzi­łem do ga­bi­netu ojca.

- Dzień do­bry, Va­le­rie. Ile zo­stało ci jesz­cze dni do eme­ry­tury?

- Dzie­sięć i jadę do Ari­zony - od­parła z uśmie­chem.

- Faj­nie. - Pu­ści­łem do niej oko.

Otwo­rzy­łem drzwi. Przy biurku, na­prze­ciw ojca, sie­dzia­ła bar­dzo sek­sowna ko­bieta, ubrana cała na czarno. Kiedy od­wró­ciła się, żeby na mnie spoj­rzeć, oczami wy­obraźni na­tych­miast zo­ba­czy­łem, jak po­chy­lam ją nad biur­kiem i biorę od tyłu.

- Col­lin, pro­wa­dzę wła­śnie ważną roz­mowę kwa­lifi­ka­cyjną.

- Prze­pra­szam, tato, ale mu­sisz to przej­rzeć, jak już skoń­czysz.

Usia­dłem na krze­śle obok dziew­czyny i wy­cią­gną­łem do niej rękę.

- Wi­taj. Je­stem Col­lin Black, a ty...?

Uśmiech­nęła się do mnie i uści­snęła lekko moją dłoń.

- Wi­taj. Je­stem Briana.

- Miło mi cię po­znać, Briano - po­wie­dzia­łem, ca­łu­jąc ją w rękę.

Tata prze­wró­cił oczami i wstał zza biurka.

- No do­bra, Col­lin, dzięki, że mi to pod­rzu­ci­łeś. A te­raz wra­caj do sie­bie i weź się do ro­boty.

Mru­gną­łem do Briany, a po­tem wy­sze­dłem i za­mkną­łem za sobą drzwi. Była go­rąca, a po spo­so­bie, w jaki na mnie pa­trzyła, po­zna­łem, że ma na mnie ochotę. Va­le­rie po­krę­ciła głową, kiedy mi­ja­łem jej biurko.

- Co? - spy­ta­łem.

- Nie­da­leko pada jabłko od ja­błoni, to pewne.

Ru­szy­łem ko­ry­ta­rzem do biura, które zaj­mo­wała Ju­lia, i otwo­rzy­łem drzwi, ale nie było jej tam. Usły­sza­łem jed­nak ja­kieś dźwięki do­bie­ga­jące z jej ła­zienki. Pod­sze­dłem tam i za­pu­ka­łem de­li­kat­nie.

- Ju­lio? Wszystko w po­rządku?

Usły­sza­łem szum spusz­cza­nej wody i Ju­lia wy­szła, ocie­ra­jąc usta ser­wetką.

- Po­ranne mdło­ści - wes­tchnęła.

- Och. Nie­do­brze.

Usia­dłem po dru­giej stro­nie jej biurka. Otwo­rzyła szu­fladę i wy­cią­gnęła mię­tówkę.

- Co ty tu ro­bisz? Czy to nie jest twój wolny dzień?

- Miał być, ale tata zmie­nił to po ubie­głej nocy.

- A co się znowu stało? - spy­tała.

- Wró­ci­łem do domu z dziew­czyną. Rano ona wy­szła z po­koju i na ko­ry­ta­rzu wpa­dła na tatę. Nie wiem, czy wspo­mnia­łem już, że była naga.

- Col­lin! Co ty wy­ra­biasz?

- Tak, wiem. Oszczędź mi ka­za­nia, wy­słu­cha­łem już po jed­nym od taty i mamy i nie je­stem w na­stroju na wię­cej. Mam kaca i je­stem wy­koń­czony. Nie ro­zu­miem, dla­czego mam po­nieść karę za to, że się do­brze ba­wi­łem.

- Może dla­tego, że w twoim przy­padku do­bra za­bawa na ogół koń­czy się ka­ta­strofą - uśmiech­nęła się. - Ża­łuję, że nie mo­głam być dziś rano mu­chą na ścia­nie wa­szej kuchni.

- Tak, no cóż. Było, mi­nęło. Mu­szę tylko ja­koś prze­trwać ten dzień. Masz może nowe plany si­łowni?

- Tak, mam je tu­taj - po­wie­działa, po­da­jąc mi ry­sunki.

Zwi­ną­łem je, pod­sze­dłem do niej i po­ca­ło­wa­łem w czu­bek głowy.

- Mam na­dzieję, że po­czu­jesz się le­piej, sio­strzyczko.

- Dzięki, Col­lin - po­wie­działa z uśmie­chem.

Wsu­ną­łem plany pod pa­chę i wy­sze­dłem. Wła­śnie wy­ko­ny­wa­łem zwrot o sto osiem­dzie­siąt stopni, kiedy zoba­czy­łem tatę. Szedł w moją stronę.

- Za­cze­kaj, synu.

Wzią­łem głę­boki od­dech i od­wró­ci­łem się po­woli.

- Tak, tato?

- Mo­żesz już wra­cać do domu.

- Mó­wisz po­waż­nie?

- Tak. Tylko naj­pierw mu­sisz pod­rzu­cić te plany do biura w Chi­cago - uśmiech­nął się. - Sa­mo­lot już czeka.

- Ha, ha. Bar­dzo za­bawne, tato - za­śmia­łem się.

- Przy­kro mi, ale to nie żart.

- Mo­żesz wy­słać je pocztą, do­staną je ju­tro rano - oznaj­mi­łem.

- Mógł­bym. Ale chcę, żeby do­stali je dzi­siaj - uśmiech­nął się pod no­sem.

Po­krę­ci­łem głową, wy­rwa­łem teczkę z jego rąk i od­sze­dłem, pry­cha­jąc.

By­łem na gó­rze, pa­ko­wa­łem aku­rat torbę po­dróżną, kiedy do po­koju za­pu­kała mama.

- Wejdź, mamo.

- A więc tata wy­syła cię do Chi­cago.

- Tak. Na to wy­gląda - wes­tchną­łem. - Wie, że nie czuję się dzi­siaj do­brze, ale nic go to nie ob­cho­dzi.

- Wiesz, że to nie­prawda, Col­lin. Chcesz, że­bym z tobą po­le­ciała? - spy­tała.

- Nie. Je­stem już du­żym chłop­cem, mamo. Mogę po­le­cieć do Chi­cago sam.

Po­ło­żyła dłoń na moim po­liczku.

- Za­wsze bę­dziesz moim ma­łym chłop­czy­kiem, bez względu na wiek - po­wie­działa z uśmie­chem.

Ob­ją­łem ją i mocno uści­sną­łem.

- Wiem. Ko­cham cię, mamo.

- Ja też cię ko­cham. Na­pisz mi SMS, kiedy już wylą­du­jesz. Bez dys­ku­sji.

Wes­tchną­łem, a po­tem uśmiech­ną­łem się do niej sze­roko.

- Mam lep­szy po­mysł. Za­dzwo­nię do cie­bie.

Już wy­cho­dzi­łem, kiedy za­dzwo­nił mój te­le­fon. Wyją­łem go z kie­szeni. Dzwo­nił tata.

- Słu­cham - mruk­ną­łem nie­chęt­nie.

- Zmiana pla­nów, Col­lin. Po­le­cisz li­nio­wym, bo z sa­mo­lo­tem coś jest nie tak, me­cha­nik musi go obej­rzeć.

- Żar­tu­jesz?

- A brzmi to tak, jak­bym żar­to­wał?

Sta­łem, krę­cąc z nie­do­wie­rza­niem głową.

- Masz lot za dwie go­dziny. Su­ge­ruję, że­byś szybko po­je­chał na lot­ni­sko. Bi­let już tam na cie­bie czeka.

Sły­sza­łem w jego gło­sie, że był za­chwy­cony całą tą sy­tu­acją. Mia­łem za­pła­cić za to, że przy­pro­wa­dzi­łem dziew­czynę do domu, w taki czy inny spo­sób.

- Świet­nie, wła­śnie wy­cho­dzi­łem. A tak przy oka­zji, kiedy za­trud­nisz no­wego szo­fera?

- Nie wiem. Póź­niej po­ga­damy - od­parł i się roz­łą­czył.

Chwy­ci­łem torbę i ru­szy­łem po scho­dach na dół.

- Lecę sa­mo­lo­tem li­nio­wym, bo z od­rzu­tow­cem coś się stało - po­wie­dzia­łem do mamy i ru­szy­łem do windy.

- Wszystko bę­dzie do­brze, ko­cha­nie. Mi­łego lotu - ży­czyła mi i po­ca­ło­wała mnie w po­li­czek.

Prze­wró­ci­łem oczami i zje­cha­łem windą na par­king. Wsia­dłem do range ro­vera i po­je­cha­łem na lot­ni­sko. Za­par­ko­wa­łem w nie­do­zwo­lo­nym miej­scu, chwy­ci­łem torbę le­żącą na sie­dze­niu obok i po­bie­głem do kasy.

- W czym mogę po­móc? - spy­tała dziew­czyna za bla­tem, uśmie­cha­jąc się sze­roko.

- Je­stem Col­lin Black, mam tu ode­brać bi­let do Chi­cago.

- Mu­szę zo­ba­czyć do­ku­ment toż­sa­mo­ści, pa­nie Black.

Była śliczna i ob­li­zy­wała pełne wargi. Ga­pi­łem się na jej usta, wy­obra­ża­jąc je so­bie na swoim pe­ni­sie. Dziew­czyna wy­stu­kała coś na kom­pu­te­rze, a po­tem wrę­czyła mi bi­let ra­zem ze zło­żoną kartką pa­pieru. Roz­ło­ży­łem ją - w środ­ku był jej nu­mer te­le­fonu. Spoj­rza­łem na nią z uśmie­chem.

- Może za­dzwoni pan do mnie po po­wro­cie do No­wego Jorku - ode­zwała się nie­win­nie.

- My­ślę, że to zro­bię. - Ski­ną­łem głową i za­czą­łem od­cho­dzić, nie spusz­cza­jąc z niej wzroku.

Spoj­rza­łem na bi­let. Co, u dia­bła! Klasa eko­no­miczna! To chyba dow­cip?

W dro­dze do bra­mek wy­cią­gną­łem z kie­szeni te­le­fon i za­uwa­ży­łem, że przy­szedł SMS od taty.

"Za­po­mnia­łem ci po­wie­dzieć, że na pierw­szą i biz­nes klasę nie było już miejsc. Mi­łego lotu eko­no­miczną, synku".

Nie mia­łem za­miaru od­po­wia­dać, bo wie­dzia­łem, że zro­bił to ce­lowo. Jezu, na­prawdę po­sta­rał się, że­bym za­pła­cił za swój błąd. Przy bramce pod­sze­dłem do dziew­czy­ny za bla­tem. Bły­sną­łem uśmie­chem i spy­ta­łem, czy mogę do­pła­cić do pierw­szej klasy.

- Nie, przy­kro mi, ale nie ma miejsc ani w pierw­szej kla­sie, ani w biz­ne­so­wej. Przy­szedł pan w ostat­niej chwili. Już wpusz­czamy po­dróż­nych na po­kład.

Prze­wró­ci­łem oczami, wes­tchną­łem, pod­no­sząc z pod­łogi torbę, i sta­ną­łem w dłu­giej ko­lejce lu­dzi cze­ka­ją­cych na wej­ście do sa­mo­lotu. Dzi­siaj wie­czo­rem na­prawdę się upiję. By­łem cie­kaw, czy spo­tkam się z El­lie. Zna­la­złem swoje miej­sce i wci­sną­łem się ja­koś. Przy­naj­mniej było przy oknie. To ja­kiś ab­surd, że­bym mu­siał la­tać w ten spo­sób. Ale może mi się po­szczę­ści i obok usią­dzie ja­kaś go­rąca la­ska. Nic z tego. Ja­kiś za­zię­biony dzie­ciak, który kasz­lał, jakby miał za­raz wy­pluć płuca.

- Hej, może za­sło­nisz usta?

Spoj­rzał na mnie spod zmarsz­czo­nych brwi.

- Nie twój za­ki­chany in­te­res, fra­je­rze.

- Gdzie jest twoja mama, mały? - spy­ta­łem z iry­ta­cją.

- Nie wiem. Sie­dzi gdzieś z tyłu.

Za­ło­żył słu­chawki i pod­krę­cił mu­zykę na swoim iPo­dzie. Była tak gło­śna, że sły­sza­łem ra­pera mimo ryku sil­ni­ków sa­mo­lotu. Po­krę­ci­łem głową i spoj­rza­łem w okno. Kiedy można już było ko­rzy­stać z te­le­fo­nów, wy­ją­łem ko­mórkę z kie­szeni i za­czą­łem prze­glą­dać zdję­cia. Było jedno zdję­cie Ha­iley, któ­rego nie usu­ną­łem. Moje ulu­bione. Po pro­stu nie po­tra­fi­łem go usu­nąć.

- Kto to? Twoja la­ska? - spy­tał chło­pak.

Spoj­rza­łem na niego ostro.

- To chyba nie twój za­ki­chany in­te­res?

- Du­pek - mruk­nął, spo­glą­da­jąc na swo­jego iPoda.

Włą­czy­łem apa­rat i pod­nio­słem te­le­fon.

- Hej, mały. Uśmiech, pro­szę.

Jak tylko od­wró­cił głowę, zro­bi­łem mu zdję­cie.

- Co jest, kur­czę - po­wie­dział, ale znowu do­stał ata­ku kaszlu.

- Na pa­miątkę tego lotu - mruk­ną­łem z uśmie­chem.

- Du­pek - wy­mam­ro­tał.

Wy­sła­łem jego zdję­cie Ju­lii ra­zem z wia­do­mo­ścią.

"Tata wy­słał mnie sa­mo­lo­tem li­nio­wym, i pro­szę, z kim utkną­łem".

"O rany! Prze­za­bawne. Bądź miły dla tego dzie­ciaka. Pa­mię­taj, że nie­długo bę­dziesz wu­jem. Ale to dziwne, że on leci pierw­szą klasą".

"Nie - lecę klasą eko­no­miczną, bo na pierw­szą i biz­nes nie było już miejsc. Pie­przyć to".

"LOL! Zuch tata".

"Ha, ha. Cie­szę się, że cię to bawi".

"Prze­pra­szam. Mi­łego lotu. Ko­cham cię".

"Ja cie­bie też, sio­strzyczko".

Spoj­rza­łem na mło­dego, który znowu kasz­lał.

- Je­steś chory, czy co? - spy­ta­łem po­waż­nie. Od­wró­cił głowę i spoj­rzał na mnie.

- Ta. Mam mu­ko­wi­scy­dozę.

Wie­dzia­łem, co to jest, bo w col­lege'u mu­sia­łem zro­bić o tym pre­zen­ta­cję w Po­wer­Po­in­cie na za­ję­cia ze zdro­wia i hi­gieny.

- Przy­kro mi, chło­pie.

- Nie po­trze­buję two­jej li­to­ści - od­parł.

- Na­zy­wam się Col­lin i nie mam w ofer­cie li­to­ści - po­wie­dzia­łem z uśmie­chem i wy­cią­gną­łem do niego rękę.

Skrzy­wił się i spoj­rzał na moją dłoń, a po­tem po­woli ją uści­snął.

- Je­stem Ja­cob Kline.

- Miło mi cię po­znać, Ja­co­bie Kline.

- Ja­sne - mruk­nął smutno.

Na­prawdę było mi go te­raz żal. Ro­zu­mia­łem już, skąd ta szorstka poza. Mu­siał ukry­wać ja­koś smu­tek, który miał w środku.

- Po co le­cisz do Chi­cago?

- Do ko­lej­nego spe­cja­li­sty - od­rzekł.

- Ile masz lat?

- Dwa­na­ście.

Od­wró­ci­łem głowę do okna. Było mi żal tego dzie­cia­ka i nie mo­głem uwie­rzyć, że jego matka nie sie­dzi obok niego. Co to w ogóle za matka?

- Mogę za­mie­nić się miej­scami z twoją mamą, je­śli chcesz, żeby sie­działa z tobą - za­pro­po­no­wa­łem.

- Nie. Je­steś w po­rzo - uśmiech­nął się.

Prze­ga­da­li­śmy z Ja­co­bem cały lot. Opo­wie­dzia­łem mu o Ha­iley, a on o swo­jej cho­ro­bie. Po­wie­dział, że nie ma wielu przy­ja­ciół, bo dzie­ciaki się boją. Kiedy sa­mo­lot wylą­do­wał, sie­dzia­łem na swoim miej­scu, aż po Ja­coba przy­szła mama.

- Cześć, mamo. To jest Col­lin. Mój nowy kum­pel! - za­wo­łał z uśmie­chem.

- Miło mi cię po­znać, Col­lin. Je­stem Diana - uśmiech­nęła się.

Była to star­sza ko­bieta, wy­glą­dała na zmę­czoną. Kiedy wy­sia­da­li­śmy ra­zem z sa­mo­lotu, się­gną­łem do kie­szeni i wy­ją­łem bank­not dwu­dzie­sto­do­la­rowy. Po­da­łem go Ja­co­bowi.

- Trzy­maj i kup so­bie coś faj­nego w Chi­cago - mru­gną­łem do niego.

- Rany! Dzięki! - wy­krzyk­nął Ja­cob.

- To bar­dzo miło z two­jej strony, Col­lin, ale Ja­cob nie może tego przy­jąć.

- Ależ może. Pro­szę, niech mu pani po­zwoli to przy­jąć.

- Dzię­kuję. Jest pan bar­dzo miły.

Przy­bi­łem piątkę z Ja­co­bem, a po­tem po­ma­cha­łem do niego i jego mamy. Wsia­da­jąc do sa­mo­chodu, za­uwa­ży­łem, że Ja­cob i Diana stoją ka­wa­łek da­lej. W sa­mo­lo­cie Ja­cob po­wie­dział mi, że nie mają pie­nię­dzy, bo jego mama wła­śnie stra­ciła pracę, a całe swoje nie­wiel­kie oszczęd­no­ści wy­dała na tę po­dróż dla niego. Po­pro­si­łem kie­rowcę, żeby za­cze­kał, i wy­sia­dłem z auta. Pod­sze­dłem do Diany i za­py­ta­łem, czy nie mógł­bym pod­rzu­cić ich do ho­telu. Opie­rała się tro­chę na po­czątku, ale Ja­cob upro­sił ją w końcu, żeby się zgo­dziła.

Spy­ta­łem, gdzie się za­trzy­mają. Nie pa­trząc na mnie, od­po­wie­działa:

- Chcia­łam pro­sić tak­sów­ka­rza, żeby za­wiózł nas po pro­stu do naj­tań­szego mo­telu. To wszystko zda­rzyło się tak szybko, na­prawdę w ostat­niej chwili, więc nie mia­łam czasu wszyst­kiego przy­go­to­wać.

Nie mo­głem po­zwo­lić, żeby Ja­cob miesz­kał w ja­kimś brud­nym ho­telu. Nie w jego sta­nie. Mia­łem już na­wet po­mysł.

- Pro­szę po­słu­chać, za­nim mi pani od­mówi, mu­szę coś wy­ja­śnić. Nie po­win­ni­ście za­trzy­my­wać się gdzieś, gdzie może nie być zbyt czy­sto, nie przy cho­ro­bie Ja­coba. Za­bio­rę was do ho­telu, gdzie sam się za­trzy­mam, i opłacę wasz po­kój na tak długo, jak bę­dzie to ko­nieczne.

Diana pod­nio­sła rękę i od razu przy­brała ton de­fen­sywny.

- Nie, to ab­so­lut­nie wy­klu­czone. Nie. Nie mogę na to po­zwo­lić. To bar­dzo miłe z pań­skiej strony, ale prze­cież jest pan obcy, nie zna nas pan, a my pana. No i ni­gdy nie mo­gła­bym się się na to zgo­dzić.

Ja­cob opie­rał głowę o jej ra­mię i wy­glą­dał na zmę­czo­nego.

- Po­słu­chaj, Diano. Ja­cob po­wie­dział mi, że stra­ci­łaś pracę i wy­da­łaś całe swoje oszczęd­no­ści na wy­jazd do spe­cja­li­sty do Chi­cago. Za­raz się przed­sta­wię i już bę­dziemy się znali.

Wy­cią­gną­łem do niej rękę.

- Cześć, Diano, je­stem Col­lin Black, pra­cuję dla Black En­ter­pri­ses w No­wym Jorku. Przy­le­cia­łem do Chi­cago, żeby do­star­czyć do­ku­menty do na­szego tu­tej­szego biura. Moi ro­dzice ko­chają się jak wa­riaci, moja sio­stra i jej mąż spo­dzie­wają się swo­jego pierw­szego dziecka, a moja dziew­czyna, z którą by­łem przez sześć lat, wła­śnie mnie rzu­ciła i po­le­ciała do Włoch stu­dio­wać modę. Pro­szę po­zwo­lić mi so­bie po­móc, bo na­prawdę lu­bię Ja­coba, to mój przy­ja­ciel.

Prze­krzy­wiła głowę i pa­trzyła na mnie.

- Je­steś sy­nem Con­nora Blacka? - za­py­tała.

- Tak, to ja. Znasz mo­jego ojca?

- Nie, nie oso­bi­ście, ale wiem, kto to jest. Co roku orga­ni­zuje im­prezy cha­ry­ta­tywne na rzecz dzieci z au­ty­zmem.

- To prawda. No to te­raz już znasz moją ro­dzinę i wiesz, że lu­bimy po­ma­gać in­nym. Więc pro­szę cię, Diano, po­zwól, że­bym wam po­mógł.

- Ro­dzice by­liby z cie­bie bar­dzo dumni - uśmiech­nęła się. - Dzię­kuję, Col­lin. Obie­cuję, że od­dam dług.

Wy­cią­gną­łem te­le­fon i wy­sła­łem wia­do­mość do El­lie.

"Hej, mała. Je­stem w mie­ście. Co po­wiesz na mały club­bing dziś wie­czo­rem?"

"Naj­wyż­szy czas, pa­nie Black. Za­sta­na­wia­łam się, kiedy znowu się zo­ba­czymy".

"Dziś wie­czo­rem, ma­leńka. O siód­mej?"

"Su­per. Będę w cen­trum, więc spo­tkamy się w twoim ho­telu".

"Będę cze­kał".

El­lie była sek­sowną dziew­czyną i nie mo­głem się do­cze­kać, kiedy znowu pójdę z nią do łóżka. Ode­zwał się mój te­le­fon - dzwo­niła mama. Cho­lera, za­po­mnia­łem za­dzwo­nić do niej po wy­lą­do­wa­niu.

- Cześć, mamo.

- Ży­jesz? Mó­wi­łeś, że za­dzwo­nisz, jak już bę­dziesz na miej­scu.

- Prze­pra­szam, mamo, ale by­łem bar­dzo za­jęty.

- Na­prawdę?

- Na­prawdę, mamo. Obie­cuję, że wy­ja­śnię wszystko, jak wrócę do domu. Te­raz mu­szę koń­czyć. Wła­śnie przy­je­cha­łem do ho­telu.

Kie­rowca wy­jął na­sze torby z ba­gaż­nika i po­dał nam. Diana i Ja­cob sta­nęli przed Trump Ho­tel i nie od­ry­wali wzroku od fa­sady.

- Chodź­cie, spodoba wam się tu - za­chę­ci­łem z uśmie­chem.

We­szli za mną do środka i po­de­szli do re­cep­cji.

- Wi­tam, pa­nie Black. Apar­ta­ment jest już go­towy - oznaj­miła pra­cow­nica ho­telu.

- Dzię­kuję. Będę po­trze­bo­wał jesz­cze do­dat­ko­wego po­koju dla mo­ich go­ści.

- Oczy­wi­ście, pa­nie Black. Na jak długo za­trzy­mają się u nas pań­scy go­ście?

Spoj­rza­łem na Dianę.

- Tylko dwie noce - od­parła.

- Na pewno? Na­prawdę mo­że­cie zo­stać dłu­żej.

- Na pewno. Ju­tro mamy wi­zytę u tego spe­cja­li­sty, a na­stęp­nego ranka wra­camy. Nie mogę zo­stać tu dłu­żej niż to ab­so­lut­nie ko­nieczne.

- Dwie noce - po­wtó­rzy­łem re­cep­cjo­ni­stce.

Diana i Ja­cob po­de­szli do szkla­nej windy i wpa­try­wali się w nią. Na­chy­li­łem się do re­cep­cjo­nistki i szep­ną­łem:

- Pro­szę im po­wie­dzieć, że mi­ni­bar w po­koju jest dar­mowy, tak jak po­siłki do po­koju. Wszystko pro­szę za­pi­sać na mój ra­chu­nek.

- Na­tu­ral­nie, pa­nie Black.

Za­wo­ła­łem Dianę i re­cep­cjo­nistka po­dała jej klucz, a po­tem wy­ja­śniła, że mi­ni­bar i po­siłki do po­koju są już za­warte w ce­nie.

- Na pewno? - do­py­ty­wała Diana.

- Na tym po­lega urok Trump Ho­tel - mru­gną­łem do niej.

Boy ho­te­lowy pod­szedł i wziął torby. Diana uści­skała mnie i ze łzami w oczach po­dzię­ko­wała za po­moc.

- Od­wagi ju­tro - po­wie­dzia­łem do Ja­coba i przy­bili­śmy piątkę.

- Bułka z ma­słem - od­parł.

We­szli do windy i ma­chali, kiedy ru­szyła do góry. Wy­cią­gną­łem z kie­szeni te­le­fon i za­dzwo­ni­łem do taty.

- Halo - od­po­wie­dział.

- Cześć, tato. Mu­sisz po­ju­trze przy­słać po mnie samo­lot do Chi­cago.

- Col­lin, ku­pi­łem ci bi­let po­wrotny.

- Wiem, ale coś się wy­da­rzyło.

- Co chcesz przez to po­wie­dzieć? - spy­tał. - Nie mo­żesz na­wet po­le­cieć do Chi­cago, żeby nie wła­do­wać się po dro­dze w ja­kieś kło­poty?

- Nie wła­do­wa­łem się z żadne kło­poty, tato. Po­zna­łem ko­goś.

- Jezu Chry­ste, Col­lin, to mi wy­star­czy.

- Nie, tato, po­zwól, że ci wy­ja­śnię. Po­zna­łem dziecko. Chore dziecko.

- Co? - spy­tał spo­koj­nie.

Opo­wie­dzia­łem mu o Ja­co­bie, Dia­nie i o tym, że stra­ciła pracę.

- To bar­dzo miłe, co dla nich zro­bi­łeś, synu. Je­stem z cie­bie dumny - oznaj­mił oj­ciec.

- Dzięki, tato. Mu­szę już koń­czyć. Mu­szę pod­rzu­cić te plany do biura, a po­tem spo­tkać się ze zna­jo­mymi.

- Nie pa­kuj się w żadne kło­poty.

- Nie wpa­kuję się, tato.