Rozdział 3
Moja matka była otyłą kobietą, o słabym sercu, po dwóch zawałach. Otrzymywała żenująco małą rentę. Żyła trochę we własnym świecie. Nawet nie trochę: bardzo. Pewne rzeczy robiła mechanicznie. Jej uwaga skupiała się na moich dwóch braciach, którzy chodzili do przedszkola. Musiała ich tam zaprowadzić, odebrać, dać im coś do jedzenia. Wszystkie te czynności wykonywała z pewnym ociąganiem, zaniedbując większą część obowiązków domowych. Mnie natomiast zostawiała zupełnie wolną rękę. Mogłam się nie myć (co też czyniłam), nie chodzić do szkoły, a może nawet wpaść w złe towarzystwo. Sama musiałam trzymać się w ryzach, choć wychodziło mi to kiepsko. Matka poza wykonywaniem podstawowych czynności spędzała większość czasu, gapiąc się w nasz stary, okropny telewizor, który nie miał nawet pilota. Kanały trzeba było zmieniać ręcznie. Cud, że w ogóle działał.
-
Kiedy stałam się dorosłą kobietą, świadomą swojej przeszłości, zapragnęłam dowiedzieć się czegoś więcej na temat matki, która - tak jak cała moja rodzina - pozostawała dla mnie raczej obcym człowiekiem. Dopytywałam, gdzie mogłam, ale i tak są to raczej strzępki informacji.
Matka pochodziła z ubogiej rodziny - myślę, że bardzo podobnej do naszej. Babcia, której nie znałam, była osobą dosyć chłodną, zdystansowaną. Znalazła pracę w sklepie spożywczym za marną pensję. Dziadek z kolei pracował ciężko w fabryce, na linii produkcyjnej, nie mam jednak pojęcia, co konkretnie robił. Co ciekawe - był po studiach. Ukończył bodajże filozofię, ale w małym miasteczku po takim kierunku nie miał szans na żadne sensowne zatrudnienie i ostatecznie zajął się pracą fizyczną. To zapewne stało się przyczyną silnej frustracji, która zaowocowała późniejszymi wydarzeniami.
Moją matkę od samego początku cechowała chorobliwa nieśmiałość. Problem potęgował fakt, że nie była ani ładna, ani zgrabna, więc domyślam się, że w szkole doświadczała takich samych problemów, jak ja. W każdym razie jako dziewczynka mało się odzywała, była apatyczna, miała problemy z nauką. Jedyną osobą, której udawało się wyrwać ją z tego dziwacznego letargu, był jej własny ojciec. Przy nim matka potrafiła się uśmiechnąć i na czymś skupić przez dłuższą chwilę. Jego poczucie humoru i energia sprawiały, że na jakiś czas wychodziła ze swej skorupy.
Zastanawiam się czasem ze zdumieniem, jak wiele czynników z przeszłości kształtuje pośrednio nasz los. Gdyby moja matka przebywała ze swoim ojcem często i chłonęła jego osobowość, być może i ja miałabym inne dzieciństwo. Albo w ogóle by mnie nie było...? W każdym razie los chciał inaczej.
Dziadek był prostym człowiekiem, ale wyróżniającym się z tłumu. W końcu odszedł do innej kobiety. Po ślubie z nią wyjechał za granicę i stracił kontakt z byłą żoną i córką. To bardzo wiele zmieniło. Babcia, wówczas kobieta w kwiecie wieku, z chłodnej i zdystansowanej stała się zgorzkniała i pełna niechęci. Swoje dziecko, ślamazarne i oderwane od rzeczywistości, traktowała zazwyczaj z góry. To był idealny obiekt na wyładowanie frustracji i gniewu, który wylewał się z tej kobiety falami. Czasem potrafiła zbić moją matkę na kwaśne jabłko, rzucać w nią przedmiotami czy po prostu wrzeszczeć, ile sił w płucach, że ma jej zejść z oczu.
W ich domu panowała bieda. Porzucona żona i średnio dobra matka stała się na dodatek osobą bezrobotną, a jedynym źródłem utrzymania były alimenty, przysyłane regularnie przez dziadka. Te niewielkie pieniądze ledwo starczały na chleb. Kiedy więc mama ukończyła szkołę podstawową, musiała iść do pracy. Pomagała w sklepie, zaraz po lekcjach w zawodówce. Nie była dobrym pracownikiem. Wszystko musiano jej dwa razy powtarzać, często coś wypadało jej z rąk, a czasem po prostu odpływała myślami tak daleko, że kierownik sklepu kilka razy z rzędu przywoływał ją do porządku.
Ciekawi mnie, jak psycholog zdiagnozowałby jej przypadłość. Ludzie uważali, że jest opóźniona umysłowo. Tak mówili wszyscy, którzy mieli nad nią władzę. Myślę, że moja matka była osobą straconą dla świata, chronicznie pogrążoną w depresji, której nikt nigdy nawet nie chciał leczyć.
Babcia była ogniwem zapalnym, miała wyniszczający wpływ na życie córki. Matka nie potrafiła jednak zrobić nic, aby odmienić swój los. Okazała się na to po prostu za słaba. Właściwie jedynym samodzielnym krokiem, jaki podjęła, był ślub z moim ojcem. Wiem, że poznali się właśnie w sklepie, gdzie on także dorabiał. Dla mamy ślub oznaczał wyprowadzkę z domu, dla taty również, i to musiało ich zmotywować do podjęcia decyzji. Nie dostrzegam w tym akcie ani cienia romantyzmu. Myślę, że po prostu byli ludźmi, którzy spotkali się i postanowili związać swe losy, aby uciec od problemów. Na ich miejsce weszły inne, ale to naturalna kolej rzeczy.
Mama szybko zaszła w ciążę. I tak się zaczęło życie, w którym pojawiłam się ja. Po urodzeniu mnie matka praktycznie nie wychodziła z domu, podupadła na zdrowiu. Wykonywała mechanicznie różne czynności, z trudem łapiąc kontakt z rzeczywistością.
Kilka miesięcy po urodzeniu młodszego z moich braci przeszła zawał. Jak się okazało - od zawsze miała problemy z sercem. Była otyłą kobietą, która zamykała się w czterech ścianach, więc choroba w końcu stała się realną groźbą. Po tym zdarzeniu przyznano jej niewielką rentę, przedłużaną co jakiś czas. Stanowiła ona jedyny regularny dochód w naszej rodzinie.
Mój ojciec z kolei był wysokim, chudym facetem, wiecznie z papierosem w ustach. Nie miał stałej pracy, imał się przeróżnych robót dorywczych, przynosząc do domu psie pieniądze.
Doprawdy, nigdy nie było nas na nic stać. Ubrania, kupowane na wagę w lumpeksach, musiały wystarczać na dosyć długo. Rzadko jadaliśmy mięso, o wiele częściej podroby, mielonkę i wszelkie inne substytuty prawdziwego, smacznego jedzenia. Mimo to nie chodziliśmy głodni. Jedzenie zawsze było dostępne, co z tego, że podłe. Zresztą, nie myślę o tym aspekcie w negatywny sposób. Są ludzie, którzy nie mają nawet suchej kromki chleba. Dlaczego więc miałabym gardzić mielonką tyrolską z musztardą? Życie uczy pokory, uczy doceniać rzeczy małe, ale kluczowe.
Ojciec bywał agresywny. Jeżeli czymś go rozjuszyliśmy, dostawaliśmy baty, ale nie powtarzało się to zbyt często. Poza tym po powrocie ze swoich zajęć siedział z matką i oglądał teleturnieje.
Trzeba jednak przyznać, że on także nie miał za sobą łatwej przeszłości. Dziadek pił na umór, więc w domu nie było spokoju. Królowała za to bieda, wieczne problemy i awantury. Kiepski wzorzec dla młodego chłopaka. Beznadziejność wyzierała z każdego kąta domu. Zapewne to sprawiło, że mój ojciec nie potrafił uporządkować pewnych spraw. Nie skończył szkoły zawodowej, nie był zdolny do tego, aby choć uczęszczać na lekcje. Pracy także nie potrafił znaleźć. Jeżeli się gdzieś zatrudniał - zazwyczaj na czarno - zajęcie albo szybko tracił, albo rzucał. W gronie kolegów bywał mocny w gębie. Dużo gadał, mało robił.
Początkowo mieszkał z moją matką w dosyć obskurnym mieszkaniu, wynajętym za marne grosze, ale tak się złożyło, że jego rodzice zmarli dosyć wcześnie. Dziadek w końcu się zapił - jego wątroba nie wytrzymała. Babcia z kolei chorowała na nowotwór i zmarła niedługo po mężu. Nie wiem, jak tata przyjął ich odejście, ale na pewno zyskał dzięki temu dom.
-
Śledząc losy tych ludzi, tragiczne, beznadziejne i w sumie z góry skazujące ich na porażkę, myślę sobie, że i tak mogłam gorzej skończyć. We wspomnieniach, po latach, nie winię rodziców za dom, jakiego nie stworzyli. Nikt ich tego nie nauczył, więc skąd mieli wziąć wzorce i siłę do działania? Tak to interpretuję i mogę pogodzić się z wieloma rzeczami. Dzięki temu mam świadomość, że ich obojętność nie wynikała z nienawiści. Była czymś, co wypływało z ich przeszłości, z ich własnych rodzinnych gniazd, które były ułomne i pozbawione uczuć.
-
Jak wspominałam, mieszkaliśmy w domu po dziadkach, ojciec się w nim wychował. Budynek był dosyć duży, co miało swoje plusy i minusy. Plusem było to, że na piętrze miałam swój pokój, w którym mogłam się zaszyć. Dom nie dawał mi poczucia bezpieczeństwa, ale przynajmniej stanowił miejsce odosobnienia. Minus stanowił fakt, że wydawał się wiecznie brudny (ciężko było posprzątać dokładnie parter i piętro), a w zimie panowała w nim szokująco niska temperatura, bo na węgiel zawsze brakowało pieniędzy. Być może dlatego chodziłam regularnie do szkoły: przynajmniej nie marzłam na kość.
W domu nigdy nie panowała serdeczna atmosfera. Matka żyła w swoim świecie, ojciec tylko coś burczał, moi bracia robili, co chcieli. To było miejsce raczej przygnębiające, choć może powinnam się cieszyć, że w ogóle istniało...
Cztery ściany, w których uwiłam swoje własne gniazdo, aby móc z niego wyskoczyć i szybować po wysokim niebie. Budynek, który przygarniał mnie na noc, gdzie mogłam się skulić, odpłynąć, udać, że mnie nie ma dla świata. Powierzchnia kilkuset metrów kwadratowych, w której żyłam, obok nieznanych mi ludzi. A jednak po latach wciąż nazywam ją domem, domem rodzinnym.
-
W dzieciństwie najbardziej na świecie ceniłam wszystko to, co było za darmo. Prawdziwym objawieniem dla mnie stała się więc biblioteka. Wspaniałe miejsce, do którego uciekałam kilka razy w tygodniu, starając się nie nadużywać gościnności pań bibliotekarek.
Dwie pracujące tam kobiety miały co do mnie mieszane uczucia. Na pewno nie podobał im się mój zapach. Z drugiej strony, zdumiewał je mój niespożyty apetyt na czytanie. Pochłaniałam lektury całymi stosami. Musiały nawet zwiększyć limit książek na moim koncie, bo trzy zdecydowanie nie wystarczały mi na dłuższe weekendy.
Lubiłam chodzić do biblioteki z jeszcze jednego powodu. Dyrektorka, pani Sabina, była chyba jedyną osobą na ziemi, które odnosiła się do mnie ze szczerą sympatią. Mój smród i stare ubrania zdawały się jej nie przeszkadzać. Zawsze, kiedy akurat miała dyżur, zapraszała mnie na herbatę owocową i rozmawiała o przeczytanych książkach, szkole i różnych życiowych sprawach. Uwielbiałam te nasze pogawędki. Czułam się ważna, wiedziałam też, że mogę zapytać o wszystko. To właśnie pani Sabina pomogła mi później uporać się z pierwszą miesiączką i innymi problemami, na które moja matka nie była w stanie mnie przygotować.
Pani Sabina podsuwała mi ciekawe książki. Kazała przeczytać Chatę wuja Toma, Pollyannę i Anię z Zielonego Wzgórza. Każda z poleconych przez nią książek zabierała mnie w całkiem nowy świat. Czasem cudowny, czasem przerażający, ale zawsze zupełnie inny od mojego.
Dyrektorka biblioteki zdawała sobie sprawę, że fatalnie się uczę i że nauczyciele z trudem przepychają mnie z klasy do klasy, jak zgniłe jajo, które nie może zawadzać dłużej, niż to konieczne. Nie starała się mnie na siłę zmieniać, a jedynie wskazywała kolejne lektury, kształtując we mnie najprawdziwszą miłość do literatury. Wiedziała, że wcześniej czy później wyda to plon, że wystarczy odrobina cierpliwości, której jej nie brakowało.
-
Do domu znosiłam tony książek, nie tylko młodzieżowych. Ponieważ telewizor był dla mnie praktycznie niedostępny, zamykałam się w pokoju na długie godziny i całkowicie zatracałam w fantastycznych krainach, pełnych magii i czarów. To był mój sprawdzony sposób na przetrwanie. Żaden psycholog ani pedagog nie zdołał zapewnić mi tak szczelnej ochrony, jak postacie z książek, towarzyszące mi w każdej chwili. Umiejętność czytania, która była przecież darmowa, uważałam za najdoskonalszy wynalazek na świecie. Książki stały się czymś o wiele lepszym niż filmy. Zupełnie odcinały mnie od rzeczywistości. Pamiętam, jak wielkim odkryciem był dla mnie Harry Potter. Świat wykreowany przez autorkę, odtworzony z tak wielką pieczołowitością, dawał mi złudną wiarę, że gdzieś tam istnieje może inny wymiar, w którym ja również mogłabym być kimś innym. Marzyłam w snach, że także do moich drzwi zapuka olbrzym i oświadczy, że jednak należę do szkoły magii i czarodziejstwa, do której powinnam się niezwłocznie udać. Chciałam mieć wiernych przyjaciół i móc dokonywać cudów za pomocą różdżki.
Książki były moim jedynym azylem już od pierwszej klasy szkoły podstawowej. Niestety, wiedza wyniesiona z setek przeczytanych powieści nie przekładała się w żadnym stopniu na oceny w szkole. Zaniedbywałam naukę totalnie, brzydziłam się nią, bo ona w żaden sposób nie pozwalała mi oderwać umysłu od przyziemnych spraw. Nużyły mnie przedmioty ścisłe i głupia historia, ja pragnęłam wyrazistych bohaterów i wspaniałej akcji. Tylko na to miałam miejsce w głowie i nie mogłam zaprzepaścić tej ostatniej deski ratunku, pozwalającej mi uchronić się przed apatią.
??