Prolog
Listopad 2011
Damaszek, Syria
Popatrzyłam w dół na żałobników zmierzających w moją stronę. Uniesioną wysoko, rozkołysaną trumnę dotykało i błogosławiło tysiące rąk. Pomimo chłodu popołudnia dźwigający ją mężczyźni byli spoceni, zewsząd napierali na nich krzyczący manifestanci. Gdy próbowałam dogonić orszak, niektórzy zauważyli moją kamerę i usunęli się z drogi. Chcieli, by opowiedziano historię ich oporu. Przedarłam się przez tłum i wskoczyłam na platformę ciężarówki kilka metrów przed trumną, którą okryto flagą syryjskiej rewolucji (trzy czerwone gwiazdy zamiast dwóch zielonych z oficjalnej flagi).
- Nie mogę spieprzyć tego ujęcia, nie mogę spieprzyć tego ujęcia - szeptałam do siebie.
W trumnie spoczywał szesnastoletni chłopiec, poprzedniego dnia zastrzelony przez syryjskie siły bezpieczeństwa. Stał się tym samym kolejnym męczennikiem szybko nasilającego się powstania przeciwko reżimowi syryjskiego prezydenta Baszszara al-Asada.
Wzięłam głęboki oddech i ustawiłam małą kamerę turystyczną typu "wyceluj i filmuj" na dachu kabiny ciężarówki, starając się nie ruszać rękami, gdy trumna się zbliżała. Widziałam teraz twarz zmarłego chłopca, gładką i siną - oczy miał zamknięte, a usta rozchylone. A potem zniknął, niesiony falą wściekłych żałobników.
Podczas pierwszego wyjazdu jako korespondentka CBS News byłam w Damaszku sama. Miałam podwójne, amerykańsko-brytyjskie obywatelstwo i - w przeciwieństwie do mojego producenta - udało mi się uzyskać wizę turystyczną. Nie miałam też kamerzysty. Brakowało mi większego doświadczenia w tworzeniu materiału filmowego, a ponadto nie bagatelizowałam ryzyka związanego z podjęciem się takiego zadania. Reporterka podróżująca w pojedynkę może łatwo zniknąć. Jednak wcześniej wielokrotnie bywałam w Syrii, znałam arabski na tyle, by samodzielnie poruszać się po kraju, i bardzo chciałam relacjonować przebieg dynamicznie przybierającego na sile powstania, które jesienią 2011 roku osiągnęło temperaturę wrzenia.
Działacze opozycji zabrali mnie na rozległe przedmieścia Dumy, gdzie miałam relacjonować uroczystości pogrzebowe. Spędziłam w Damaszku kilka dni, zanim udało mi się wymknąć z hotelu niezauważoną przez wszechobecną tajną policję i do nich dołączyć.
Setki ludzi napływały ze wszystkich stron. Kobiety maszerowały z tyłu pochodu. Uczestnicy wymachiwali transparentami z hasłami, w których domagali się sprawiedliwości i obalenia reżimu Baszszara al-Asada. Ktoś zaczął bić w bęben, a tłum podniósł młodego chłopaka i posadził go na ramionach innego mężczyzny.
- Baszszar, ty kłamco - zaczął skandować chłopak. - Do diabła z tobą i twoją mową. Wolność jest u bram!
-Jalla irhal, ja Baszszar! - podchwycił tłum, klaszcząc rytmicznie. "Precz z Baszszarem!" Okrzyk ten stał się hymnem rewolucji, która rozgrzewała się na przedmieściach Damaszku, w Himsie i w Hamie, i która stanowiła prawdziwe zagrożenie dla rządów Asada. Patrzyłam na morze ludzi wiwatujących i wznoszących okrzyki, z uniesionymi w górę telefonami komórkowymi, którymi uwieczniali protest i transmitowali go w mediach społecznościowych. Rześkie listopadowe powietrze wypełniało się energią i emocjami.
Tłum ośmielony własną odwagą stawał się coraz głośniejszy, klaszcząc gromko. Moja stopa podrygiwała w tym samym rytmie. Biła z nich niesamowita moc.
- Walić Baszszara, walić jego popleczników!
Ci protestujący czekali na swój moment od czasu arabskiej wiosny, która wybuchła na początku roku - obalając trwające od dziesięcioleci dyktatury w Tunezji, Egipcie i Libii.
W tym czasie Asad powiedział w wywiadzie dla "Wall Street Journal": "To jest Bliski Wschód, tutaj co tydzień dzieje się coś nowego". Jednakże bez wahania prognozował, że ta zawierucha nie odbije się na jego kraju. Przeciwnie - "będzie bodźcem do reform". Okazało się, że w obu kwestiach bardzo się mylił.
Szóstego marca 2011 roku aresztowano grupę nastoletnich chłopców, którzy zainspirowani falą protestów rozprzestrzeniających się w całym regionie, namalowali sprejem na murach w Darze, podupadłym mieście niedaleko granicy z Jordanią, napis: asz-szab jurid iskat an-nizam! - "lud chce obalić reżim!". Był to okrzyk bojowy rewolucji w Egipcie i Libii, który przyniósł szybki odwet ze strony lokalnych sił bezpieczeństwa. Kiedy dwa tygodnie później chłopcy zostali wypuszczeni na wolność, żywi, ale po brutalnych torturach, ich wściekłe rodziny pomaszerowały pod dom gubernatora, domagając się sprawiedliwości. Spadł na nich grad kul. Trzech protestujących zginęło. I tak wybuchło powstanie.
W tamtym czasie ukształtował się już pewien schemat. Pogrzeb kogoś zabitego przez władzę zamieniał się w protest przeciwko reżimowi. Siły bezpieczeństwa wkraczały do akcji i otwierały ogień, a nazajutrz uroczystości pogrzebowe gromadziły jeszcze liczniejsze tłumy. W listopadzie każdego dnia w całej Syrii odbywały się dziesiątki takich pochówków.
Przyglądałam się zebranym, którzy w kółko skandowali: hurrijja, hurrijja - "wolność, wolność". Wymachiwali transparentami wzywającymi do utworzenia strefy zakazu lotów, aby powstrzymać Asada przed mordowaniem własnych obywateli. Widzieli, jak kilka miesięcy wcześniej zachodnie odrzutowce ratowały Libijczyków w Bengazi przed nacierającymi siłami Kaddafiego i wierzyli, że Zachód zrobi dla nich to samo. Jakże gorzkie czekało ich rozczarowanie.
Jednak w tamtej chwili czułam się oszołomiona mieszanką entuzjazmu i strachu. Podobne marsze często stawały się celem ataków proasadowskiej milicji słynącej z bezwzględnego okrucieństwa, znanej pod nazwą szabiha, po arabsku "duch". Jej członkowie nosili cywilne ubrania i wyrastali niespodziewanie niczym spod ziemi. Ludzie żyli w strachu przed nimi, nie tylko z powodu brutalnych pobić, ale także dlatego, że szabiha działała jako siatka donosicieli, którzy przekazywali rządowi informacje o rodzinach zaangażowanych w protesty. W przeciwieństwie do wojska, nigdy nie było wiadomo, czy szabiha jest na miejscu, czy nie. W takich okolicznościach rozmowa z zachodnim reporterem mogła oznaczać wyrok śmierci. A jednak tutaj, w Dumie, gdy tylko ludzie zrozumieli, że jestem dziennikarką, od razu chcieli opowiedzieć swoją historię. Podziwiałam ich odwagę.
Pewien mężczyzna zatrzymał mnie na ulicy, gdy mijałam go z kamerą. Mówił trochę po angielsku, więc przystanęłam, by nagrać wywiad.
- Proszę - odezwał się błagalnym, drżącym z emocji głosem. - To jest prawdziwa Syria. Jeśli tu przyjedziecie, zobaczycie prawdziwe ciała. To nie są kamienie, to nie są zabawki. To są prawdziwe zwłoki.
Jakaś grupa zaprowadziła mnie na mały cmentarz przeznaczony dla tych, którzy zginęli w powstaniu. Nazywano ich szuhada, męczennikami - w schludnych rzędach spoczywało ich około sześćdziesięciu. Ze zdjęcia na jednym z nagrobków uśmiechał się chłopiec. Przypomniałam sobie słowa tamtego mężczyzny - "to nie są zabawki".
Każdy szahid (męczennik w liczbie pojedynczej) pozostawił po sobie żałobników. Dzień przed pogrzebem przedstawiono mnie krawcowi, który siedział na stołku i płakał, ze wzrokiem utkwionym w ziemię opowiadał mi o śmierci syna. Mówił tak cicho, że musiałam wytężyć słuch, by wychwycić szczegóły. - Syn uczestniczył w proteście na uczelni. Na miejsce przybyły siły bezpieczeństwa. Posypały się kule. Syn... - mężczyzna zamilkł, a jego ciałem wstrząsnął szloch. Patrzyłam na jego dłonie, które nieustannie drżały ze strachu i żalu. Chciałam wziąć te ręce we własne i uścisnąć, na chwilę odłożyć kamerę i stać się człowiekiem. Wiedziałam jednak, że jedyny sposób, by mu pomóc, to dopilnować, by ludzie usłyszeli jego historię. Poprosiłam go, by kontynuował:
- Wa badajn? A potem?
Chłopak został postrzelony w brzuch na schodach uniwersytetu. W szpitalu nie chciano go ratować ze strachu przed grożącą karą ze strony władz. Wykrwawił się na śmierć. Głos mężczyzny załamał się. Pękało mi serce, ale filmowałam dalej, kiedy on wycierał oczy.
Potrzeba było tygodni poszukiwań i rozmów przez Skype'a, by nawiązać kontakt z syryjską opozycją, pod koniec 2011 roku bezlitośnie nękaną przez reżim. Wielu działaczy siedziało już w więzieniach lub po prostu zniknęło; zaczęły krążyć opowieści o straszliwych aktach przemocy i torturach.
Przez pierwsze kilka dni odgrywałam rolę turystki, bo tak nakazywała moja wiza. Pewnego ranka założyłam hidżab i wymknęłam się z hotelu - z dala od czujnego wzroku tajnych policjantów odpalających papierosa od papierosa. Gdy tylko zasłoniłam blond włosy, stałam się niewidzialna. Różnica w porównaniu z poprzednimi dniami, kiedy wszyscy zdawali się gapić na mnie, na tę cudzoziemkę, była niewiarygodna. Podczas kolejnych wyjazdów do Syrii często nosiłam hidżab. Z punktu widzenia bezpieczeństwa znacznie mniej rzucałam się w oczy. Ale też mogłam stać na uboczu i obserwować rozgrywającą się scenę, zamiast być w jej centrum. Reporterom telewizyjnym nigdy nie przychodzi to łatwo, ponieważ kamera nieuchronnie przyciąga uwagę. Wszelkie działania, które pozwalały zminimalizować efekt rozpraszania uwagi, jakie wywoływała moja obecność, przynosiły korzyści.
Gdy przemierzałam ulice syryjskiej stolicy w drodze na spotkanie z działaczem o imieniu Husajn, uważnie pilnowałam, by nikt mnie nie śledził. Skontaktował nas przez internet inny lokalny aktywista, który pełnił funkcję koordynatora w Damaszku. Poprzedniej nocy siedzieliśmy do późna na Skypie i rozmawialiśmy o tym, gdzie i kiedy się spotkamy. Uzgodniłam, że następnego ranka o ósmej przyjdę po niego pod Bab Tuma, jedną z siedmiu bram do starego miasta. Kolejne pięć dni spędziłam w jego towarzystwie.
Husajn miał okrągłą, uśmiechniętą twarz z wiecznym zarostem, codziennie nosił te same spodnie dresowe i plastikowe sandały. Wyglądał jak student, który zarwał o jedną noc za dużo. Niewielkie mieszkanie na dziedzińcu starego miasta dzielił z gromadką białych kociąt, które wspinały się na niego podczas rozmowy i ugniatały łapkami kanapę.
Podobnie jak wielu innych działaczy, których poznałam w tamtym tygodniu, Husajn wręcz kipiał radością z uczestnictwa w rewolucji. Wieczorami zabierał mnie na spotkania ze znajomymi do ich mieszkań. W większości byli to wykształceni, kulturalni ludzie, sunniccy muzułmanie, chrześcijanie i alawici. Później powstanie nabrało wyraźnie islamistycznego odcienia, ale te wczesne dni emanowały idealistycznym zapałem. Siedziałam wśród nich i patrzyłam, jak palą papierosa za papierosem i do późnych godzin nocnych dyskutują o tym, jak będzie wyglądać ich rewolucja. Mówili z pasją o wolności, demokracji i prawach człowieka, ale nawet wówczas dało się wyczuć, że niewiele wiedzą o fundamentach i instytucjach potrzebnych do budowania i pielęgnowania tych ideałów.
Husajn przedstawił mnie Razan Zajtunie, centralnej postaci ruchu protestacyjnego. Była blada, wysoka i szczupła, miała długie falujące włosy w mysim odcieniu, załzawione niebieskie oczy i szparę między jedynkami. Podczas rozmowy paliła papierosy i rzadko się uśmiechała. Razan należała do innej ligi niż Husajn i jego znajomi. Była prawniczką zajmującą się prawami człowieka i aktywistką na wiele lat przed rozpoczęciem arabskiej wiosny. Mówiła z bezceremonialną pewnością siebie i była wystarczająco bystra, by zdawać sobie sprawę z rzeczywistego zagrożenia. Syryjski reżim śledził jej poczynania od jakiegoś czasu, a ona ukrywała się, by uniknąć aresztowania.
- Boisz się? - zapytałam pewnego dnia, gdy piłyśmy herbatę w mieszkaniu Husajna.
- A kto się nie boi? - odparła rzeczowo, zaciągając się głęboko dymem. Podczas rozmowy głaskała jedno z kociąt. - Ale musimy działać dalej. Postanowiliśmy rozpocząć rewolucję. O tym właśnie marzyliśmy od dawna. - Spojrzała na mnie i zgasiła papierosa. - Jalla [chodź], idziemy.
Razan i Husajn zabrali mnie na pogrzeb w Dumie i na protesty, które stawały się coraz powszechniejsze w piątki, święte dni muzułmanów. Często demonstracje zaczynały się na pozór nie wiadomo skąd, niczym flash mob. Ktoś intonował hasło i tworzył się tłum, który równie szybko się rozpływał: "Jesteśmy tutaj i nie damy się zastraszyć".
Pewnego popołudnia towarzyszyłam im w spotkaniu z grupą lekarzy, którzy założyli podziemne kliniki polowe, by leczyć rannych manifestantów. Pokonaliśmy ukryte przejście w murze prowadzące do magazynu sprzętu medycznego. Bandaże, antybiotyki, strzykawki i, co najbardziej niepokojące, staplery do zszywania skóry.
Odwaga i determinacja opozycji, która na tym etapie unikała przemocy pomimo brutalności władz, budziły ogromny podziw. Pewnego wieczoru, podczas demonstracji na przedmieściach Damaszku, dwie młode kobiety z zasłoniętymi twarzami podeszły do mnie i wręczyły mi kartkę. Pismo było schludne i dziecinne. W lewym górnym rogu narysowały długopisem flagę syryjskiej rewolucji. Treść brzmiała: "Nie ronimy łez nad męczennikami, ronimy łzy nad tchórzami".
Jednak pod koniec 2011 roku protesty zaczęły przeradzać się w czynny opór i stopniowo formowała się zbrojna rewolta. Na siłę można było odpowiedzieć tylko siłą. Na pogrzebie w Dumie stanął przede mną mężczyzna z tabliczką. Napis na niej głosił: "Wolna Armia Syryjska reprezentuje mnie i chroni". Wolna Armia Syryjska, w skrócie FSA, powstała w lipcu i składała się głównie z żołnierzy, którzy zdezerterowali po tym, jak odmówili wykonywania rozkazów strzelania do ludności.
Razan i Husajn mieli odmienne poglądy na temat powstania FSA. Husajn podkreślał, że oddziały zbrojne miały jedynie utworzyć kordon wokół wieców i chronić ludzi: "Myślę, że teraz to raczej konieczne". Znacznie bardziej sceptycznie nastawiona Razan obawiała się, że bojówki zasadniczo zmienią ducha ich pokojowego protestu. Jej przeczucia okazały się prorocze.
Był to początek militaryzacji konfliktu, a Baszszar al-Asad przyjął to z zadowoleniem. Lubił twierdzić, że Syryjczycy i świat zewnętrzny mają do wyboru tylko dwie opcje: on albo terroryzm. Tamtej wiosny, kierując się bezduszną kalkulacją, uwolnił tysiące uwięzionych dżihadystów - ci zaś dołączyli do rebelii i ostatecznie ją wchłonęli.
Pewnego wieczoru Husajn zaproponował mi spotkanie z członkami FSA. W Himsie odbyło się kilka wywiadów z bojownikami, jednak żaden z nich nie rozmawiał przed kamerą z zachodnim dziennikarzem w Damaszku - głównie dlatego, że bardzo niewielu zagranicznych reporterów zdołało dostać się do miasta, z wyjątkiem garstki Europejczyków, którzy otrzymali wizy od władz reżimowych. Jednakże poruszali się wyłącznie w towarzystwie "opiekunów" obserwujących każdy ich ruch i uniemożliwiających zbliżenie się do protestów. Wiedziałam, że nadarza mi się wyjątkowa okazja, i chciałam zobaczyć, na ile realny jest ten zbrojny opór.
Husajn zawiózł mnie do Dumy, a tam przesiadłam się do innego samochodu. Kierowca przeprosił mnie, po czym zawiązał mi oczy. Wyjaśnił, że musi dopilnować, bym nie znała lokalizacji kryjówki, w której odbędzie się spotkanie. Husajn nie mógł jechać ze mną.
Starałam się nie panikować, gdy samochód mknął po krętych, bocznych drogach. Nie miałam pojęcia, dokąd zmierzamy. Po mniej więcej dwudziestu minutach zatrzymaliśmy się, a gdy otworzyły się drzwi auta, chłodne powietrze owiało mi twarz. Ktoś pomógł mi wejść do domu, gdzie zdjęto mi opaskę. Stało przede mną kilkunastu mężczyzn w wojskowych mundurach, dzierżących kałasznikowy i RPG (granatniki przeciwpancerne). Twarze mieli zakryte kraciastymi chustami nazywanymi kefijami.
Zaschło mi w ustach. Byłam aż nazbyt świadoma tego, jak ważny stanowili cel - niemal oczekiwałam, że lada chwila przez drzwi wpadnie grupa prorządowych komandosów z bronią w rękach.
Odchrząknęłam i przedstawiłam się, próbując jednocześnie wymyślić, jak sfilmuję ten wywiad. Kadr musiał być na tyle szeroki, by zmieścili się w nim wszyscy mężczyźni oraz ja sama. Bardzo żałowałam, że nie mam operatora i statywu. W końcu przekazałam kamerę kierowcy, który mnie przywiózł, a on położył ją na stoliku na stosie książek. Nie miałam co liczyć na pięknie wyprodukowany materiał dla telewizji.
- Walczymy z tymi, przez których nasze dzieci zostały sierotami, a nasze żony wdowami - zaczął dowódca.
Zapytałam, czy nie obawia się, że przez militaryzację konfliktu ucierpi więcej ludzi.
- To nie my wybraliśmy wojnę - powiedział. - Zostaliśmy do niej zmuszeni, bo tylko tak możemy chronić nasz naród i nasz honor.
Słowa brzmiały sztywno i formalnie. Dowódca twierdził, że jego ludzie przeprowadzili ataki na cele wojskowe wokół stolicy, serce bazy władzy Asada, przejmując przy tym uzbrojenie.
Nie potrafiłam określić, jak ten oddział wpisywał się w hierarchię FSA, co stanowiło wczesną wskazówkę, że organizacja nie miała tak naprawdę spójnej struktury. Każda grupa mogła stworzyć własny sztandar i umieszczać filmy na YouTubie, deklarując przynależność do Wolnej Armii Syryjskiej, ale nie oznaczało to, że między poszczególnymi frakcjami istniała jakakolwiek łączność i koordynacja. Ruchy islamistyczne, które ostatecznie zastąpiły rebelię, były bardziej zdyscyplinowane i zorganizowane.
Gdy kończyliśmy wywiad, jeden z bojowników przywołał mnie do siebie. Wyciągnął zdjęcie paszportowe swojego synka - uśmiechniętego małego chłopca o pucołowatych policzkach i kręconych brązowych włosach.
- To właśnie o to walczymy - wyjaśnił poważnym, pełnym napięcia głosem. - Żeby miał lepszą przyszłość.
Wpatrywał mi się prosto w oczy, jakby chciał zapytać: "Rozumiesz to teraz? Rozumiesz?". Powoli skinęłam głową. Nie miałam wątpliwości, że mówił szczerze. Ale równie oczywiste było to, że bojownikom brakowało strategii z prawdziwego zdarzenia i że musieli stawić czoła bezlitosnemu wrogowi.
Po tygodniu spędzonym w Damaszku postanowiłam dostać się do Himsu, gdzie represje przybrały najbardziej brutalną postać. Napisałam do szefostwa w Nowym Jorku. "Nie ma mowy" - nadeszła natychmiastowa odpowiedź. "Wygląda na to, że masz już świetny materiał, nie przeginaj".
W branży dziennikarskiej nietrudno przyzwyczaić się do niebezpiecznych miejsc i znieczulić na zagrożenia, wciąż chcieć więcej i nie dopuszczać do siebie myśli, że to, co masz, już wystarczy. Polegasz na doświadczonych koleżankach i kolegach, którzy potrafią powściągnąć twoje ambicje. Pamiętam, jak Allen Pizzey, wybitny reporter CBS, cytował redaktora agencji informacyjnej Reuters w Afryce, który odwoływał dziennikarzy z linii frontu w odległych strefach wojennych za pomocą prostej depeszy: "Martwy nie złożysz materiału".
Oprócz pokusy pokazania lepszej historii w pierwszych dniach arabskiej wiosny istniała również nadzieja, że poprawa rzeczywistości jest naprawdę możliwa, że zmiany są w zasięgu ręki. Liczyłam na to, że moja praca choć w niewielkim stopniu się do tego przyczyni, ale w Syrii zdałam sobie sprawę, że idea "zmieniania świata" w dziennikarstwie jest równie uwodzicielska, co niebezpieczna. Zachęca do pychy i odwraca uwagę od samej pracy. W rzeczywistości nie jesteśmy tam, by rozwiązywać problemy, ale by rzucać na nie światło.
Podczas mojej ostatniej nocy w Damaszku miasto ogarnęła ciemność, jeden z licznych drobnych sygnałów, że w stolicy nie wszystko dobrze się układa. Siedzieliśmy we troje w pogrążonym w mroku salonie Husajna, żar papierosa Razan rozświetlał nieco jej twarz, gdy zaciągała się dymem. Wróciłam myślami do poranka, kiedy zapytałam ją, czy ma coś do przekazania Baszszarowi al-Asadowi.
- Odejdź! - powiedziała po prostu. - Zrób to teraz, ponieważ wiesz, że gdy nadejdzie koniec i tak odejdziesz, tyle że z większą liczbą ofiar i z większym cierpieniem ludzi na koncie. Więc po prostu odejdź i zostaw nas, byśmy mogli zacząć żyć nową przyszłością, budować nowy kraj. Masz już dość naszej krwi.
Ale Asad nie odszedł. Dwa lata po mojej wizycie w Damaszku Husajn trafił do więzienia, a Razan została porwana przez uzbrojonych mężczyzn. Od tamtej pory o obojgu słuch zaginął.