12. 07. 2021 r. Poniedziałek
Jowita
Wszystko działo się tak szybko. Gdy upewniłyśmy się, że Gabrysia nie ma ani na podwórku, ani w domu, mama wybiegła na ulicę i zaczęła go nawoływać. Miała pobiec też na pobliski plac zabaw. Nie sądziłam, żeby mój syn mógł odejść tak daleko. Nigdy wcześniej nie wykręcił nam takiego numeru, ale podobno zawsze musi być ten pierwszy raz. Spanikowana zadzwoniłam do Karola i opowiedziałam, co się stało. Bardzo bałam się tej rozmowy, nie wiedziałam, jak mój mąż zareaguje, ale przeczuwałam, że będzie wściekły. Ostatnio często robił awantury z niczego, a teraz miałam go poinformować, że zaginął nasz synek.
- Kurwa, Jowita, zgubiłaś dziecko?!
- Ja nie wiem, jak to się stało, ciągle był z Igorem, a ja co chwilę na nich zerkałam - skłamałam, bo przecież na długi czas straciłam dzieci z oczu.
Byłam zajęta rozmową z Magdą, ale on nie musiał o tym wiedzieć. I tak wystarczająco bałam się jego reakcji. Potrafił krzyczeć, gdy nie dopilnowałam zupy i się przypaliła, a co dopiero w takiej sytuacji.
- Ja pierdolę, i co ja mam teraz zrobić? Mam zostawić rozpieprzony samochód, bo ty sobie nie radzisz?
- Przyjedź, proszę! - Tylko to byłam w stanie z siebie wydusić.
Karol się rozłączył. Wiedziałam, że był wściekły, jednak nie sądziłam, że zlekceważy moją prośbę. Do chłopców też potrafił być opryskliwy, ale w głębi duszy byłam pewna, że bardzo ich kocha. Nie umiał tego okazywać i dlatego często nam się obrywało. Już jakiś czas temu dla Karola najważniejsza stała się praca. Dawniej był spokojniejszy, często rozmawialiśmy i śmialiśmy się z tych samych rzeczy. Od kiedy został właścicielem warsztatu samochodowego, kompletnie oszalał na punkcie roboty i pieniędzy. Znikał z domu na całe dnie, a kiedy próbowałam zwracać mu uwagę, mówił, że przecież jakoś musi wyżywić trzy pasożyty. Kilka razy powtarzałam, że mogę iść do pracy, ale on zawsze zbywał mnie słowami: "A kto się zajmie dziećmi? Mam jeszcze płacić opiekunce?".
Do czasu przyjazdu Karola chodziłam wokół domu i wołałam Gabrysia. Mama robiła to samo, ale poza terenem podwórka. Na placu zabaw go nie było. Nigdzie go nie było. Tak jakby zapadł się pod ziemię.
Nasze krzyki bardzo szybko zainteresowały sąsiadów. Co prawda, nie mamy ich wielu, ale kilka osób wyszło przed posesje, pytając moją mamę, co się stało. Sprawnie zaangażowali się w poszukiwania, biegali po uliczkach, wołali "Gabryś!" i pytali o niego napotykanych po drodze ludzi. Nikt jednak nie widział mojego syna ani teraz, ani wcześniej. Mieszkaliśmy w naprawdę malutkiej miejscowości. W Miętkowie wszyscy się znali, jeśli ktoś zauważyłby Gabrysia chodzącego samego po drodze, na pewno by się zainteresował i przyprowadził go do domu. Może nie zawsze sąsiedzi byli w stosunku do nas życzliwi, zwłaszcza od kiedy zaczęło nam się powodzić, ale raczej nie życzyli nam źle, a już na pewno nie dziecku.
Karol przyjechał po dziesięciu minutach od mojego telefonu.
- Zawiadomiłem policję, zaraz powinni tu być - powiedział, rozglądając się wokół domu. - A gdzie Igor? Chyba nie chcesz powiedzieć, że drugiego też zgubiłaś?
- Nie, nie - zaczęłam tłumaczyć. - Jest w domu z Magdą.
- Z Magdą? A co ona tu robi?
- Wpadła do mnie na chwilę, kiedy to się stało - przyznałam się, a widząc minę męża, dodałam: - Ale miałam ciągle chłopców na oku!
- Widzę właśnie! - Karol zaśmiał się szyderczo i już chciał odejść, gdy się odezwałam.
- Nie powinniśmy jechać na komisariat, aby zgłosić zaginięcie?
- Przecież powiedziałem, że już dzwoniłem i zaraz tu ktoś przyjedzie.
- Ale słyszałam, że zaginięcia nie można zgłosić telefonicznie. Podobno trzeba się stawić osobiście.
- Głupia jesteś, to i mało wiesz - odpowiedział, patrząc na mnie lekceważąco. - Lepiej siedź już cicho, zajmij się Igorem.
Wybiegł na ulicę, a ja stałam jak sparaliżowana. Wcale nie dlatego, że mąż mnie tak potraktował. Chyba zdążyłam się już przyzwyczaić do jego opryskliwego, bezczelnego tonu. W tym momencie martwiłam się jedynie o moje dziecko. Od kiedy odkryłam, że Gabryś zniknął, minęło pół godziny. To stanowczo za długo. Uwielbiał zabawę w chowanego, ale nie wytrzymałby tyle czasu bez żadnego ruchu czy słowa. Igor zawsze się na niego złościł z tego powodu, uważał, że jego młodszy braciszek nie potrafił się bawić i przedwczesnym ujawnieniem kryjówki psuł całą radość.
Nie wiedziałam, przez ile minut stałam na środku podwórka, rozglądając się nerwowo. Do moich uszu ciągle dochodziły głosy ludzi nawołujące Gabrysia. Wokół naszej posesji kręciło się coraz więcej osób. W końcu zobaczyłam samochód policyjny, który zatrzymał się przed bramą. Do policjantów od razu podszedł mój mąż. Cieszyłam się, że Karol tak szybko przyjechał, bo sama nie miałam pojęcia, co mogłabym powiedzieć. Że zgubiłam własne dziecko, bo byłam zajęta rozmową z koleżanką? Na chwiejących się nogach ruszyłam w stronę bramy. Im bliżej podchodziłam, tym gorzej się czułam. Zaczęło mi się robić niedobrze. Nie wierzyłam, że to wszystko działo się naprawdę.
- To moja żona. - Usłyszałam głos Karola.
- Znajdźcie go, proszę - powiedziałam przez łzy.
- Spokojnie, proszę się nie denerwować. Potrzebujemy kilku informacji, żebyśmy mogli zacząć szukać chłopca. Czy mają państwo jego aktualne zdjęcie? - zapytał policjant.
- T-tak, w domu. - Nie czekając na polecenie, odwróciłam się i pobiegłam w stronę budynku.
Chwilę zajęło mi znalezienie portfela, w którym miałam zdjęcia chłopców. Magda tylko mi się przyglądała, jednak nic nie powiedziała. Zdawała sobie sprawę z powagi sytuacji. Siedziała z Igorem w salonie, ale nie słyszałam, żeby się do niego odzywała. Wiedziałam, że było jej ciężko. Nie lubiła przebywać w towarzystwie dzieci, zwłaszcza sama. Ale nie miałam głowy, aby się tym martwić. Cieszyłam się, że ktoś został z Igorem i że mój starszy syn nie musiał uczestniczyć w wydarzeniach rozgrywających się na zewnątrz. Byłam pewna, że widok ludzi kręcących się po naszym podwórku w poszukiwaniu jego brata, nie wpłynąłby na niego dobrze.
Złapałam portfel w rękę i upewniwszy się, że jest w nim zdjęcie Gabrysia, wybiegłam z domu.
- Na razie mam tylko takie, ale w telefonie mam dużo aktualnych zdjęć syna, mogę je wywołać albo wydrukować - zaczęłam tłumaczyć policjantom.
- Nie trzeba, proszę nam je wysłać, to wystarczy - odpowiedział wyższy z mężczyzn.
Zauważyłam, że to głównie on prowadził rozmowę z moim mężem, a drugi tylko coś notował i rozglądał się dookoła. Miałam nadzieję, że trafiliśmy na kompetentnych ludzi, którzy szybko pomogą nam znaleźć synka.
- Opowiedz panom, w co był ubrany Gabryś i idź się zajmij Igorem. - Ton głosu mojego męża zdradzał, że nie powinnam się mu sprzeciwiać.
Taki układ mi pasował, więc i tak nie zamierzałam się kłócić. Nie lubiłam wszelkich formalności, a rozmowa z policjantami mnie stresowała, podobnie jak ze wszystkimi obcymi ludźmi. Nie chciałam odpowiadać na ich pytania, ale wiedziałam, że niektóre są nieuniknione. W końcu to pod moją opieką zaginęło dziecko.
- Miał na sobie szare, krótkie spodenki i granatową koszulkę z grafiką misia - powiedziałam.
Policjanci zaczęli dopytywać o szczegóły. Poza tym chcieli wiedzieć, co dziś robiliśmy, w jakich okolicznościach zaginął Gabryś, z kim wtedy był i dlaczego mnie przy nim zabrakło. Na wszystkie pytania odpowiadałam zgodnie z prawdą, ale zdawałam sobie sprawę, w jakim świetle stawiają mnie te odpowiedzi. Piłam kawę z koleżanką, łudząc się, że pójdę na imprezę w przyszły weekend, podczas gdy mój syn zniknął. Wiedziałam jednak, że każda wskazówka może być istotna, dlatego nie chciałam zatajać informacji. Policjanci zapisywali wszystkie moje uwagi. Pytali, jakim dzieckiem jest Gabryś, czy już mu się zdarzało samemu opuszczać podwórko, czy boi się nieznajomych, czy wiemy, dokąd mógł pójść, czy mamy wrogów, czy ktoś nam ostatnio źle życzył, czy nie zauważyliśmy nikogo podejrzanego w ciągu minionych kilku, kilkunastu dni, czy ktoś mógł porwać dziecko dla pieniędzy...
Słysząc te wszystkie pytania, zaczęło mi dudnić w głowie i zbierało mi się też na wymioty. Docierał do mnie bowiem sens tego, o czym myśleli policjanci. Ktoś mógł porwać Gabrysia dla okupu. Byliśmy bogaci, mieliśmy spore oszczędności, ponieważ firma mojego męża dobrze prosperowała, o czym wiedzieli wszyscy w okolicy. Każdy więc mógł być porywaczem. A Gabryś był taki ufny w stosunku do ludzi, nie bał się nieznajomych i chętnie podchodził, gdy tylko ktoś zawołał go po imieniu. W Miętkowie wszyscy wiedzieli, jak nazywają się chłopcy, podobnie jak ja znałam imiona sąsiadów.
Gdy udzieliłam odpowiedzi na pytania, mogłam w końcu pójść do domu, do Igora. Policjanci powiedzieli, że muszą porozmawiać z każdą osobą, która miała tego dnia kontakt z dzieckiem. Rozpoczęli poszukiwania. Powtórzyli to, co już kilkukrotnie kołatało mi w głowie, że przy zaginięciu dziecka liczy się każda minuta. Cała ta sytuacja nie wyglądała dobrze. Mój syn był zbyt mały, żeby pójść do kolegi czy sklepu. Nie wierzyłam też w to, że specjalnie się schował, bo nie wytrzymałby tak długo w żadnej kryjówce. Poza tym sprawdziliśmy całe podwórko. Na pewno wyszedł poza posesję, nie było innego wytłumaczenia tej sytuacji. Pytanie tylko, czy opuścił podwórko sam, czy ktoś mu w tym pomógł. Musiałam jeszcze raz zapytać o to Igora. Podejrzewałam, że policja też będzie chciała z nim porozmawiać. Nie miałam pojęcia, jak mój starszy syn sobie z tym poradzi. Bał się obcych, a widziałam, że zaginięcie brata bardzo go przygnębiło.
Obawiałam się też rozmowy z moim mężem, gdy już zostaniemy sami. Karol od dawna uważał mnie za nieudacznicę. Widziałam to w jego spojrzeniu, poza tym kilka razy wprost powiedział, co o mnie sądzi. Dawniej taki nie był, nie miałam pojęcia, kiedy się tak zmienił. Doceniał mnie jedynie w łóżku, ale może to słowo też było przesadą. Po prostu podczas seksu nigdy nie narzekał, miałam wrażenie, że byłam w stanie go zaspokoić. Szkoda, że tylko w tym jednym aspekcie.