Lata czterdzieste
.
Nocne ognisko
Zerwała się chłodna nocna bryza. Minęły dwie godziny, odkąd poszliście do łóżka. W migoczącym pomarańczowym świetle wybieram swoją ścieżkę przez las po martwych jesiennych liściach układających się w upiorny marmurkowy wzór.
Błękitny dym z ogniska dryfuje pośród gałęzi odznaczających się na tle czystej zimowej nocy. Odrzutowiec ryczy wśród zimnych gwiazd. Przytulam samego siebie, żeby się ogrzać.
Na skraju ogniska obcy ludzie stoją w bezruchu. Pień wielkiego drzewa płonie, otwarta księga, w której piła wycięła pięć płomiennych ran. Wysoko w noc niedopałki stron strzelają prysznicem iskier. Mój umysł płynie wraz z błękitnymi płomieniami, które mrugają po całym drewnie. Ogień syczy zimową śmiercią wielkiego drzewa, słoje jego lat obrócone w popiół. Wszyscy tutaj umieramy razem z tym starym drzewem, roniącym swoje lata, by nas ogrzać.
Człowiek krzesze światło w nocy, kiedy wzrok mu gaśnie. Żywy dotyka umarłych we śnie, budząc się, przypomina śpiącego.
- Heraklit
Pejzaże czasu, miejsca, pamięci, zmyślone pejzaże. Na własne ryzyko przywołuje pejzaże, przed którymi cię ostrzegano: teren prywatny, wstęp wzbroniony; płot, przez który się przeskakiwało, mur, na który się wdrapywało, strach i uniesienie, psy strażnicze i policja w krzakach, boczne ścieżki, reguły, wolno i nie wolno, nie zbliżać się, niebezpieczeństwo, zagubienie, kraina cieni, śliczni chłopcy, śliczni policjanci, którzy pchają swoje kutasy w twoje usta i aresztują cię ze strachu.
Wczorajsza noc była pierwszą nocą zimy. Puszczaliśmy latawiec wokół księżyca, wirował w kółko, liście spadały z drzew.
Nie wiem, ile czasu tam spędziłem. Mój umysł galopował. Swoją książkę pisałem w mroku, pełen złości.
Dowolne stare małżeństwo
Dowódca szwadronu L.E. Jarman, R.A.F., i Panna E.E. Puttock. Małżeństwo zaaranżowane między dowódcą szwadronu Lancelotem Elworthym Jarmanem, R.A.F., drugim synem Pana i Pani H.E. Jarmanów z Christchurch w Nowej Zelandii, i Elizabeth Evelyn (Betty), córką zmarłego Harry'ego Littena Puttocka z Kalkuty i Pani Puttock z Northwood, zostanie zawarte po cichu w kościele Świętej Trójcy w Northwood 31 marca o 14:00. Wszyscy przyjaciele są mile widziani w kościele.
Urodziłem się 31 stycznia 1942 roku o siódmej trzydzieści rano w lecznicy Royal Victoria w Northwood.
Przez pierwsze dwadzieścia pięć lat mojego życia żyłem jako kryminalista, a kolejne dwadzieścia pięć lat spędziłem jako obywatel drugiej klasy, pozbawiony równości i praw człowieka. Brak prawa do adopcji dzieci, a gdybym miał dziecko, mógłbym zostać uznany za nieodpowiedniego rodzica; nielegalność w wojsku; wiek zgody - dwadzieścia jeden lat; brak prawa do dziedziczenia; brak prawa do odwiedzin ukochanego; brak prawa do publicznej czułości; brak prawa do edukacji bez uprzedzeń; brak legalizacji moich związków i brak prawa do ślubu. Te ograniczenia subtelnie pozbawiły mnie własnej wolności. Wydawało się nie do pomyślenia, że mogłoby być inaczej, więc wszyscy to zaakceptowaliśmy.
W starożytnym Rzymie mógłbym wziąć ślub z chłopakiem. Ale tak jak idee zdają się swoimi cieniami, tak miłość zaczęła być akceptowana tylko w małżeństwie. Skoro nie mogliśmy brać ślubów, nie mogliśmy się zakochiwać. Skoro nie mogliśmy się zakochiwać, nie byliśmy kochani.
Zsodomizować Sodomę
Grzechem mieszkańców Sodomy była niegościnność - odrzucili boskich aniołów i za to zostali ukarani. Mit swobody seksualnej jest mitem. Niegościnność, której doświadczyliśmy za mojego życia, ujawnia prawdziwą Sodomę w instytucjach mojego kraju.
Heterospołeczeństwo, uwięzione przez monogamię w ruinach romantycznej miłości, jest całkowicie osłupiałe, gdy konfrontuje się je z różnorodnością. Jesteśmy jak 11 000 aniołów tańczących na główce szpilki.
Wprowadzenie
Moja książka jest serią wprowadzeń do spraw oraz niedokończonych agend. Tak jak pamięć zawiera ona swoje dziury, amnezje, fragmenty przeszłości i popękaną teraźniejszość.
Tym, którzy tego nie przeżyli, może wydawać się nieprzejrzysta, a ci z nas, którzy tym żyją, rozpoznają mapę.
Mój lekarz opowiadał, że według ludzi pracownicy służb publicznych, których także leczył na choroby weneryczne, powinni być więzieni - tak jak robią to w Hawanie.
Epidemia zrodziła jeszcze więcej nienawiści. Zanim się zaczęła, byliśmy zamykani w więzieniach, a teraz umieszcza się nas w izolacji. Mam wierzyć, że jestem przestępcą, za którego mnie uważacie? Czy mam rzucić tym samym prosto w wasze twarze?
Jak mogę być otwarty i szczery, jeśli obrońcy przestarzałej moralności nie są gotowi na choćby podstawową rewizję własnych uprzedzeń, ponieważ zrobienie tego wymaga od nich rozmowy o sprawach, którymi nie chcą się zająć?
Jak mogę mówić o odpowiedzialności, kiedy nie ma informacji na temat tych spraw, a żadna z naszych partii politycznych nie podejmuje takich działań?
Jak młodzież może wyrażać swoją seksualność otwarcie i bezpiecznie, kiedy wiek zgody to dwadzieścia jeden lat?
Ta książka, możecie być pewni, nie trafi do szkolnych bibliotek. Młodzieży powiedzą, że nie jest normalna. Ich starzy, filary społeczeństwa, prędzej zobaczą ich martwych niż szczęśliwych.
Problemem wielu tekstów na temat tej epidemii jest brak wyraźnie określonego autora. Jak czytałoby się szeroko krytykowany artykuł Gejowskie porzucenie w "The Guardian", gdyby był napisany w pierwszej osobie?
"Ja jestem nieprzystosowany", "Ja jestem końcem łańcucha".
Niedobrze jest ostrzegać "społeczeństwo", a samemu się dystansować.
Często jestem zatrzymywany przez udręczonych młodych mężczyzn - część z nich wciąż jest w wieku szkolnym - którzy wyznają, że są nosicielami HIV. Zazwyczaj jestem pierwszą osobą, której to mówią. Tak niewiele wsparcia mają w domu.
Oni i ja musimy walczyć z brakiem zrozumienia; musimy poskładać do kupy życie pod wielką ciemną chmurą cenzury i ignorancji. Oni i ja przerażeni jesteśmy wami, samymi sobą i wirusem.
Pięć lat temu, w 1986 roku, wszedłem do zatłoczonego pokoju świadomy, że wszyscy znają mój status HIV. Powinienem ucałować starych przyjaciół w policzek? Mogli jeszcze nie wiedzieć, że nie grozi im żadna krzywda.
Minęło wiele czasu, a ja niczym święty dążyłem do życia w celibacie. Ludzie wokół mnie oddawali się przyjemnościom. Nie wydawali się gotowi, by wpuścić epidemię na pokład, zostawili to nam. Dawano nam tyle praktycznych rad, ale tak niewiele zrozumienia. Zrozumienie nie pojawia się na liście leków, choć jest równie życiodajne, co szpitalna kroplówka.
Zrozumcie, że seksualność jest bezmierna jak morze.
Zrozumcie, że wasza moralność to nie prawo.
Zrozumcie, że my to wy.
Zrozumcie, że niezależnie od tego, czy wybierzemy bezpieczny, bezpieczniejszy czy niebezpieczny seks, jest to nasza decyzja, a wy nie macie żadnych praw do uprawianej przez nas miłości.
Na własne ryzyko
Seksualne schadzki są dobre w Pałacu, ale wstrętne w parku.
Raz pielęgniarz zrobił mi loda, gdy odwiedzałem poradnię wenerologiczną. Powiedział wtedy: "Będę musiał się po prostu ukłuć, ale warto".
Jestem człowiekiem, który całował się na tym zdjęciu z "The Guardian", podpisanym jako Pocałunek śmierci?. Jeśli nawet taka gazeta widziała mnie w ten sposób, to jakie nadzieje miałem pokładać w tabloidach?
Pocałowałem go. Powiedział: "Ssij mi pałę - ty masz kutasa śmierci".
"Daj się wyruchać".
"Ok".
Ruchanie na śmierć - co za wspaniały bełt dla tabloidów.
22 grudnia 1986Nie ma się czego bać?Czy te słowa są zbyt odważne?
Młoda lekarka, która powiedziała mi tego poranka, że jestem nosicielem wirusa HIV była widocznie zestresowana. Uśmiechnąłem się i powiedziałem jej, żeby się nie martwiła, bo nigdy nie lubiłem świąt. W drodze do szpitala miałem na sobie ten sam czarny płaszcz, który założyłem na pogrzeb ojca kilka tygodni wcześniej - wyglądałem bardziej posępnie niż grabarze. Ten płaszcz dodał mi pewności siebie przed tym spotkaniem.
Kiedy szedłem zamarzniętymi ulicami, mijając tłumy bożonarodzeniowych zakupowiczów, myślałem, że nie ma sposobu na uniknięcie wirusa. Unikałem testowania się tak długo, jak tylko było to przyzwoicie możliwe. Wcześniej tego roku lekarz zasugerował, abym udał się na badania; w tamtym czasie zmagałem się ze skandalem, który podsycił pokaz Jubileuszu na Channel 4 - dostawałem telefony z pogróżkami o czwartej nad ranem. Czułem się niepewnie. Widziałem wiadomości wyciekające do "The Sun" i "The Star". Miałem wizję, że skończę jako część codziennej pożywki strachu, który sprzedają te wrogie i pełne żółci gazety.
Niemal z ulgą słuchałem, jak lekarz wylicza, co mi wolno, a czego nie wolno - golenie się, strzyżenie i wszystkie drobne szczegóły (zdawało się, że mydło i woda eliminowały wirusa na powierzchni ciała). Jeśli jednak chodzi o lekarstwa, równie dobrze można było po prostu płukać usta fenolem.
Idąc z powrotem ze szpitala w dół Tottenham Court Road, myślałem sobie, jakie to szczęście zostać uprzedzonym i móc zakończyć swoje życie w uporządkowany sposób. Ta ostateczność wydawała się atrakcyjna.
Kiedy dołączyłem do tłumów na Oxford Street, pomyślałem - czy moje postrzeganie tego wszystkiego może się zmienić? Czy mógłbym znowu zakochać się w tym, tak jak wtedy, kiedy opuściłem dom we wczesnych latach sześćdziesiątych? Na chwilę wyjrzało słońce, wątłe zimowe słońce - tak nisko na niebie, że aż oślepiało. Wiatr zdawał się zimniejszy niż kiedykolwiek. Zatrzymałem się w papierniczym i kupiłem sobie dziennik na 1987 rok oraz szkarłatny formularz do spisania testamentu.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki