Na własne ryzyko - Derek Jarman

Kup ebooka

40.01 zł
34.01 zł (20,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Lata czter­dzie­ste

.

Nocne ogni­sko

Ze­rwała się chłodna nocna bryza. Mi­nęły dwie go­dziny, od­kąd po­szli­ście do łóżka. W mi­go­czą­cym po­ma­rań­czo­wym świe­tle wy­bie­ram swoją ścieżkę przez las po mar­twych je­sien­nych li­ściach ukła­da­ją­cych się w upiorny mar­mur­kowy wzór.

Błę­kitny dym z ogni­ska dry­fuje po­śród ga­łęzi od­zna­cza­ją­cych się na tle czy­stej zi­mo­wej nocy. Od­rzu­to­wiec ry­czy wśród zim­nych gwiazd. Przy­tu­lam sa­mego sie­bie, żeby się ogrzać.

Na skraju ogni­ska obcy lu­dzie stoją w bez­ru­chu. Pień wiel­kiego drzewa pło­nie, otwarta księga, w któ­rej piła wy­cięła pięć pło­mien­nych ran. Wy­soko w noc nie­do­pałki stron strze­lają prysz­ni­cem iskier. Mój umysł pły­nie wraz z błę­kit­nymi pło­mie­niami, które mru­gają po ca­łym drew­nie. Ogień sy­czy zi­mową śmier­cią wiel­kiego drzewa, słoje jego lat ob­ró­cone w po­piół. Wszy­scy tu­taj umie­ramy ra­zem z tym sta­rym drze­wem, ro­nią­cym swoje lata, by nas ogrzać.

Czło­wiek krze­sze świa­tło w nocy, kiedy wzrok mu ga­śnie. Żywy do­tyka umar­łych we śnie, bu­dząc się, przy­po­mina śpią­cego.

- He­ra­klit

Pej­zaże czasu, miej­sca, pa­mięci, zmy­ślone pej­zaże. Na wła­sne ry­zyko przy­wo­łuje pej­zaże, przed któ­rymi cię ostrze­gano: te­ren pry­watny, wstęp wzbro­niony; płot, przez który się prze­ska­ki­wało, mur, na który się wdra­py­wało, strach i unie­sie­nie, psy straż­ni­cze i po­li­cja w krza­kach, boczne ścieżki, re­guły, wolno i nie wolno, nie zbli­żać się, nie­bez­pie­czeń­stwo, za­gu­bie­nie, kra­ina cieni, śliczni chłopcy, śliczni po­li­cjanci, któ­rzy pchają swoje ku­tasy w twoje usta i aresz­tują cię ze stra­chu.

Wczo­raj­sza noc była pierw­szą nocą zimy. Pusz­cza­li­śmy la­ta­wiec wo­kół księ­życa, wi­ro­wał w kółko, li­ście spa­dały z drzew.

Nie wiem, ile czasu tam spę­dzi­łem. Mój umysł ga­lo­po­wał. Swoją książkę pi­sa­łem w mroku, pe­łen zło­ści.

Do­wolne stare mał­żeń­stwo

Do­wódca szwa­dronu L.E. Jar­man, R.A.F., i Panna E.E. Put­tock. Mał­żeń­stwo za­aran­żo­wane mię­dzy do­wódcą szwa­dronu Lan­ce­lo­tem El­wor­thym Jar­ma­nem, R.A.F., dru­gim sy­nem Pana i Pani H.E. Jar­ma­nów z Chri­st­church w No­wej Ze­lan­dii, i Eli­za­beth Eve­lyn (Betty), córką zmar­łego Harry'ego Lit­tena Put­tocka z Kal­kuty i Pani Put­tock z Nor­th­wood, zo­sta­nie za­warte po ci­chu w ko­ściele Świę­tej Trójcy w Nor­th­wood 31 marca o 14:00. Wszy­scy przy­ja­ciele są mile wi­dziani w ko­ściele.

Uro­dzi­łem się 31 stycz­nia 1942 roku o siód­mej trzy­dzie­ści rano w lecz­nicy Royal Vic­to­ria w Nor­th­wood.

Przez pierw­sze dwa­dzie­ścia pięć lat mo­jego ży­cia ży­łem jako kry­mi­na­li­sta, a ko­lejne dwa­dzie­ścia pięć lat spę­dzi­łem jako oby­wa­tel dru­giej klasy, po­zba­wiony rów­no­ści i praw czło­wieka. Brak prawa do ad­op­cji dzieci, a gdy­bym miał dziecko, mógł­bym zo­stać uznany za nie­od­po­wied­niego ro­dzica; nie­le­gal­ność w woj­sku; wiek zgody - dwa­dzie­ścia je­den lat; brak prawa do dzie­dzi­cze­nia; brak prawa do od­wie­dzin uko­cha­nego; brak prawa do pu­blicz­nej czu­ło­ści; brak prawa do edu­ka­cji bez uprze­dzeń; brak le­ga­li­za­cji mo­ich związ­ków i brak prawa do ślubu. Te ogra­ni­cze­nia sub­tel­nie po­zba­wiły mnie wła­snej wol­no­ści. Wy­da­wało się nie do po­my­śle­nia, że mo­głoby być ina­czej, więc wszy­scy to za­ak­cep­to­wa­li­śmy.

W sta­ro­żyt­nym Rzy­mie mógł­bym wziąć ślub z chło­pa­kiem. Ale tak jak idee zdają się swo­imi cie­niami, tak mi­łość za­częła być ak­cep­to­wana tylko w mał­żeń­stwie. Skoro nie mo­gli­śmy brać ślu­bów, nie mo­gli­śmy się za­ko­chi­wać. Skoro nie mo­gli­śmy się za­ko­chi­wać, nie by­li­śmy ko­chani.

Zso­do­mi­zo­wać So­domę

Grze­chem miesz­kań­ców So­domy była nie­go­ścin­ność - od­rzu­cili bo­skich anio­łów i za to zo­stali uka­rani. Mit swo­body sek­su­al­nej jest mi­tem. Nie­go­ścin­ność, któ­rej do­świad­czy­li­śmy za mo­jego ży­cia, ujaw­nia praw­dziwą So­domę w in­sty­tu­cjach mo­jego kraju.

He­te­ro­spo­łe­czeń­stwo, uwię­zione przez mo­no­ga­mię w ru­inach ro­man­tycz­nej mi­ło­ści, jest cał­ko­wi­cie osłu­piałe, gdy kon­fron­tuje się je z róż­no­rod­no­ścią. Je­ste­śmy jak 11 000 anio­łów tań­czą­cych na główce szpilki.

Wpro­wa­dze­nie

Moja książka jest se­rią wpro­wa­dzeń do spraw oraz nie­do­koń­czo­nych agend. Tak jak pa­mięć za­wiera ona swoje dziury, amne­zje, frag­menty prze­szło­ści i po­pę­kaną te­raź­niej­szość.

Tym, któ­rzy tego nie prze­żyli, może wy­da­wać się nie­przej­rzy­sta, a ci z nas, któ­rzy tym żyją, roz­po­znają mapę.

Mój le­karz opo­wia­dał, że we­dług lu­dzi pra­cow­nicy służb pu­blicz­nych, któ­rych także le­czył na cho­roby we­ne­ryczne, po­winni być wię­zieni - tak jak ro­bią to w Ha­wa­nie.

Epi­de­mia zro­dziła jesz­cze wię­cej nie­na­wi­ści. Za­nim się za­częła, by­li­śmy za­my­kani w wię­zie­niach, a te­raz umiesz­cza się nas w izo­la­cji. Mam wie­rzyć, że je­stem prze­stępcą, za któ­rego mnie uwa­ża­cie? Czy mam rzu­cić tym sa­mym pro­sto w wa­sze twa­rze?

Jak mogę być otwarty i szczery, je­śli obrońcy prze­sta­rza­łej mo­ral­no­ści nie są go­towi na choćby pod­sta­wową re­wi­zję wła­snych uprze­dzeń, po­nie­waż zro­bie­nie tego wy­maga od nich roz­mowy o spra­wach, któ­rymi nie chcą się za­jąć?

Jak mogę mó­wić o od­po­wie­dzial­no­ści, kiedy nie ma in­for­ma­cji na te­mat tych spraw, a żadna z na­szych par­tii po­li­tycz­nych nie po­dej­muje ta­kich dzia­łań?

Jak mło­dzież może wy­ra­żać swoją sek­su­al­ność otwar­cie i bez­piecz­nie, kiedy wiek zgody to dwa­dzie­ścia je­den lat?

Ta książka, mo­że­cie być pewni, nie trafi do szkol­nych bi­blio­tek. Mło­dzieży po­wie­dzą, że nie jest nor­malna. Ich sta­rzy, fi­lary spo­łe­czeń­stwa, prę­dzej zo­ba­czą ich mar­twych niż szczę­śli­wych.

Pro­ble­mem wielu tek­stów na te­mat tej epi­de­mii jest brak wy­raź­nie okre­ślo­nego au­tora. Jak czy­ta­łoby się sze­roko kry­ty­ko­wany ar­ty­kuł Ge­jow­skie po­rzu­ce­nie w "The Gu­ar­dian", gdyby był na­pi­sany w pierw­szej oso­bie?

"Ja je­stem nie­przy­sto­so­wany", "Ja je­stem koń­cem łań­cu­cha".

Nie­do­brze jest ostrze­gać "spo­łe­czeń­stwo", a sa­memu się dy­stan­so­wać.

Czę­sto je­stem za­trzy­my­wany przez udrę­czo­nych mło­dych męż­czyzn - część z nich wciąż jest w wieku szkol­nym - któ­rzy wy­znają, że są no­si­cie­lami HIV. Za­zwy­czaj je­stem pierw­szą osobą, któ­rej to mó­wią. Tak nie­wiele wspar­cia mają w domu.

Oni i ja mu­simy wal­czyć z bra­kiem zro­zu­mie­nia; mu­simy po­skła­dać do kupy ży­cie pod wielką ciemną chmurą cen­zury i igno­ran­cji. Oni i ja prze­ra­żeni je­ste­śmy wami, sa­mymi sobą i wi­ru­sem.

Pięć lat temu, w 1986 roku, wsze­dłem do za­tło­czo­nego po­koju świa­domy, że wszy­scy znają mój sta­tus HIV. Po­wi­nie­nem uca­ło­wać sta­rych przy­ja­ciół w po­li­czek? Mo­gli jesz­cze nie wie­dzieć, że nie grozi im żadna krzywda.

Mi­nęło wiele czasu, a ja ni­czym święty dą­ży­łem do ży­cia w ce­li­ba­cie. Lu­dzie wo­kół mnie od­da­wali się przy­jem­no­ściom. Nie wy­da­wali się go­towi, by wpu­ścić epi­de­mię na po­kład, zo­sta­wili to nam. Da­wano nam tyle prak­tycz­nych rad, ale tak nie­wiele zro­zu­mie­nia. Zro­zu­mie­nie nie po­ja­wia się na li­ście le­ków, choć jest rów­nie ży­cio­dajne, co szpi­talna kro­plówka.

Zro­zum­cie, że sek­su­al­ność jest bez­mierna jak mo­rze.

Zro­zum­cie, że wa­sza mo­ral­ność to nie prawo.

Zro­zum­cie, że my to wy.

Zro­zum­cie, że nie­za­leż­nie od tego, czy wy­bie­rzemy bez­pieczny, bez­piecz­niej­szy czy nie­bez­pieczny seks, jest to na­sza de­cy­zja, a wy nie ma­cie żad­nych praw do upra­wia­nej przez nas mi­ło­ści.

Na wła­sne ry­zyko

Sek­su­alne schadzki są do­bre w Pa­łacu, ale wstrętne w parku.

Raz pie­lę­gniarz zro­bił mi loda, gdy od­wie­dza­łem po­rad­nię we­ne­ro­lo­giczną. Po­wie­dział wtedy: "Będę mu­siał się po pro­stu ukłuć, ale warto".

Je­stem czło­wie­kiem, który ca­ło­wał się na tym zdję­ciu z "The Gu­ar­dian", pod­pi­sa­nym jako Po­ca­łu­nek śmierci?. Je­śli na­wet taka ga­zeta wi­działa mnie w ten spo­sób, to ja­kie na­dzieje mia­łem po­kła­dać w ta­blo­idach?

Po­ca­ło­wa­łem go. Po­wie­dział: "Ssij mi pałę - ty masz ku­tasa śmierci".

"Daj się wy­ru­chać".

"Ok".

Ru­cha­nie na śmierć - co za wspa­niały bełt dla ta­blo­idów.

22 grud­nia 1986Nie ma się czego bać?Czy te słowa są zbyt od­ważne?

Młoda le­karka, która po­wie­działa mi tego po­ranka, że je­stem no­si­cie­lem wi­rusa HIV była wi­docz­nie ze­stre­so­wana. Uśmiech­ną­łem się i po­wie­dzia­łem jej, żeby się nie mar­twiła, bo ni­gdy nie lu­bi­łem świąt. W dro­dze do szpi­tala mia­łem na so­bie ten sam czarny płaszcz, który za­ło­ży­łem na po­grzeb ojca kilka ty­go­dni wcze­śniej - wy­glą­da­łem bar­dziej po­sęp­nie niż gra­ba­rze. Ten płaszcz do­dał mi pew­no­ści sie­bie przed tym spo­tka­niem.

Kiedy sze­dłem za­mar­z­nię­tymi uli­cami, mi­ja­jąc tłumy bo­żo­na­ro­dze­nio­wych za­ku­po­wi­czów, my­śla­łem, że nie ma spo­sobu na unik­nię­cie wi­rusa. Uni­ka­łem te­sto­wa­nia się tak długo, jak tylko było to przy­zwo­icie moż­liwe. Wcze­śniej tego roku le­karz za­su­ge­ro­wał, abym udał się na ba­da­nia; w tam­tym cza­sie zma­ga­łem się ze skan­da­lem, który pod­sy­cił po­kaz Ju­bi­le­uszu na Chan­nel 4 - do­sta­wa­łem te­le­fony z po­gróż­kami o czwar­tej nad ra­nem. Czu­łem się nie­pew­nie. Wi­dzia­łem wia­do­mo­ści wy­cie­ka­jące do "The Sun" i "The Star". Mia­łem wi­zję, że skoń­czę jako część co­dzien­nej po­żywki stra­chu, który sprze­dają te wro­gie i pełne żółci ga­zety.

Nie­mal z ulgą słu­cha­łem, jak le­karz wy­li­cza, co mi wolno, a czego nie wolno - go­le­nie się, strzy­że­nie i wszyst­kie drobne szcze­góły (zda­wało się, że my­dło i woda eli­mi­no­wały wi­rusa na po­wierzchni ciała). Je­śli jed­nak cho­dzi o le­kar­stwa, rów­nie do­brze można było po pro­stu płu­kać usta fe­no­lem.

Idąc z po­wro­tem ze szpi­tala w dół Tot­ten­ham Co­urt Road, my­śla­łem so­bie, ja­kie to szczę­ście zo­stać uprze­dzo­nym i móc za­koń­czyć swoje ży­cie w upo­rząd­ko­wany spo­sób. Ta osta­tecz­ność wy­da­wała się atrak­cyjna.

Kiedy do­łą­czy­łem do tłu­mów na Oxford Street, po­my­śla­łem - czy moje po­strze­ga­nie tego wszyst­kiego może się zmie­nić? Czy mógł­bym znowu za­ko­chać się w tym, tak jak wtedy, kiedy opu­ści­łem dom we wcze­snych la­tach sześć­dzie­sią­tych? Na chwilę wyj­rzało słońce, wą­tłe zi­mowe słońce - tak ni­sko na nie­bie, że aż ośle­piało. Wiatr zda­wał się zim­niej­szy niż kie­dy­kol­wiek. Za­trzy­ma­łem się w pa­pier­ni­czym i ku­pi­łem so­bie dzien­nik na 1987 rok oraz szkar­łatny for­mu­larz do spi­sa­nia te­sta­mentu.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki
De­rek Jar­man, Na wła­sne ry­zyko. Te­sta­ment świę­tego prze­ło­żył Pa­weł Świer­czek, Kra­ków 2025
Co­py­ri­ght ? De­rek Jar­man 1992 Co­py­ri­ght for the trans­la­tion ? Pa­weł Świer­czek 2025
Re­dak­cja se­rii - Piotr Ma­recki
Re­dak­cja - Ma­ciej No­wacki
Ko­rekta - Ju­styna Ada­mus
Pro­jekt okładki - Mi­cha­lina Jur­czyk
Zdję­cie na okładce - Photo by Ja­nette Beck­man/Getty Ima­ges
Pro­jekt ty­po­gra­ficzny - Mar­cin Her­nas
Skład i ła­ma­nie - By Mo­use | www.by­mo­use.pl
Do­fi­nan­so­wano ze środ­ków Mi­ni­stra Kul­tury i Dzie­dzic­twa Na­ro­do­wego po­cho­dzą­cych z Fun­du­szu Pro­mo­cji Kul­tury - pań­stwo­wego fun­du­szu ce­lo­wego
Wy­da­nie I
ISBN 978-83-67713-61-0
553. pu­bli­ka­cja wy­daw­nic­twa
Wy­daw­nic­two Ha!art ul. Ko­nar­skiego 35/8, 30-049 Kra­ków tel. 795 124 207 wy­daw­nic­two@ha.art.pl www.ha.art.pl
Wy­daw­nic­two Ha!art
@wy­daw­nic­two­ha­art
@wy­dha­art
@wy­dha­art
Kon­wer­sja: eLi­tera s.c.

Od tłu­ma­cza

Na wła­sne ry­zyko jest pat­chwor­ko­wym ese­jem zło­żo­nym z róż­no­rod­nych frag­men­tów tek­stu - od pierw­szo­oso­bo­wych wy­po­wie­dzi, przez wy­wiady i ob­szerne cy­taty, aż po po­ezję. Tam, gdzie było to moż­liwe, sta­ra­łem się za­cho­wać ory­gi­nalne for­ma­to­wa­nie tek­stu i de­cy­zje edy­tor­skie pod­jęte przez au­tora i re­dak­tora ory­gi­nal­nego wy­da­nia.

Jar­man nie po­daje peł­nych źró­deł cy­to­wa­nych przez sie­bie tek­stów. Wszel­kie cy­taty nie­opa­trzone przy­pi­sami po­cho­dzą z tek­stów nie­prze­tłu­ma­czo­nych wcze­śniej na ję­zyk pol­ski. Zo­stały one prze­ło­żone przeze mnie na pod­sta­wie wer­sji przy­to­czo­nej przez De­reka Jar­mana. Przy­pisy ob­ja­śnia­jące ogra­ni­czy­łem do mi­ni­mum, po­zo­sta­wia­jąc przy­jem­ność roz­szy­fro­wy­wa­nia skró­tów i nazw wła­snych oso­bie czy­ta­ją­cej.

Książka pi­sana była w cza­sie, kiedy w Sta­nach Zjed­no­czo­nych i Wiel­kiej Bry­ta­nii kształ­to­wała się teo­ria qu­eer i nowy ję­zyk opisu nie­he­te­ro­nor­ma­tyw­nego do­świad­cze­nia. Wiele z uży­wa­nych przez Jar­mana słów nie ma bez­po­śred­niego prze­ło­że­nia na ję­zyk pol­ski. Wy­bra­łem więc bli­sko­znaczne od­po­wied­niki - wy­ro­słe z in­nej tra­dy­cji ję­zy­ko­wej - aby za­cho­wać za­równo qu­eero­wość, jak i przy­stęp­ność ję­zyka, któ­rym po­słu­guje się Jar­man. I tak na przy­kład an­giel­skie cru­ising czy cot­ta­ging w ni­niej­szym tłu­ma­cze­niu zo­stało od­dane jako pi­kie­to­wa­nie, a ro­ugh trade - jako luj.

Zło­żona jest sy­tu­acja sa­mego słowa qu­eer, które było od­zy­ski­wane przez osoby nie­he­te­ro­nor­ma­tywne na prze­ło­mie lat osiem­dzie­sią­tych i dzie­więć­dzie­sią­tych XX wieku, ale w po­wszech­nej świa­do­mo­ści wciąż po­zo­sta­wało obe­lgą. Dziś qu­eer jest sło­wem neu­tral­nym nie tylko w ję­zyku an­giel­skim, ale i co­raz czę­ściej w pol­skim. W toku tek­stu po­zo­sta­wiam je w ory­gi­nal­nym brzmie­niu lub przy­wo­łuję pol­skie ekwi­wa­lenty w za­leż­no­ści od kon­tek­stu. Cza­sem więc an­giel­skie qu­eer po­zo­staje pol­skim qu­eerem (na przy­kład kiedy uży­wane jest przez Jar­mana do sa­mo­okre­śle­nia), a in­nym ra­zem staje się pe­da­łem lub prze­gię­ciem (na przy­kład kiedy przy­ta­czane jest jako ob­raź­liwy cy­tat z ga­zety).