ROZDZIAŁ 1
Miesiąc wcześniej
Liliana Jabłonowska siedziała w samochodzie na miejscu dla pasażera i próbowała spokojnym oddechem powstrzymać atak paniki. Zaciskając dłonie na pasku torebki, dyskretnie zerkała na zegarek i milczała, żeby nie rozpraszać Renaty. Obie miały świadomość, że jeśli za pięć minut nie dotrą do dworca, Lila nie zdąży na pociąg bezpośredni. Będzie musiała czekać przez kilka godzin na następny kurs, z przesiadką, i do Grudziądza dojedzie po północy. Siostra prowadziła szybko i pewnie, ale nawet ona nie miała wpływu na zmianę świateł zatrzymującą auta przed kolejnym skrzyżowaniem. Ledwo wydostały się ze Świętojańskiej, zaraz wpadły w korek na Władysława IV i tylko dzięki umiejętnościom Reni, która bez skrupułów wymusiła na kilku kierowcach pierwszeństwo przejazdu, wreszcie skręciły w 10 Lutego, a później w Dworcową. Kiedy Lila zobaczyła modernistyczny budynek oznakowany napisem "Gdynia Główna", chwyciła bagaże leżące na tylnym siedzeniu i otworzyła drzwi samochodu, zanim siostra wyłączyła silnik. Wpadła z impetem do hali i jeszcze bardziej przyspieszyła, rezygnując z rytuału oglądania mozaik i malowidła na suficie, co zawsze robiła przy okazji wizyty u rodziny.
- Daj. - Renata dogoniła Lilianę i wzięła od niej torbę.
Pociąg stał na peronie, ale nikt już do niego nie wsiadał. Jabłonowska puściła się pędem w stronę ostatniego wagonu. Biegła, zmuszając mięśnie do jeszcze większej pracy, łapała konwulsyjnie powietrze, aż dopadła poręczy. Weszła do środka, a Renia podała jej bagaż. Chwilę później konduktor zatrzasnął drzwi. Rozległ się dźwięk gwizdka, szarpnęło, skład ruszył. Liliana oparła plecy o ścianę i próbowała wyrównać oddech. Jej serce tłukło się w piersi, krew szumiała w uszach i głowie, nogi drżały od niedawnego wysiłku. Musiała odpocząć, zanim pójdzie wąskim korytarzem, by znaleźć swój wagon i przedział.
***
Chciał związać się z kimś, z kim mógłby dzielić radości i smutki, wychowywać dzieci w duchu wspólnie wyznawanych wartości, spędzać wieczory przy lekturze Pisma Świętego albo słuchając muzyki. Jakiś czas temu poznał młodą kobietę, która oczarowała go już podczas pierwszej rozmowy. Mimo że dzieliło ich kilkanaście lat różnicy wieku, wszak on w przyszłym roku miał świętować czterdziestolecie, a ona niedawno przekroczyła drugą dekadę życia, poczuł, że są dla siebie stworzeni. Dziewczyna obracała wszystko, co mówił, w żart, nawet wiarę w miłość od pierwszego wejrzenia, ale on, ujęty jej wdziękiem, inteligencją i wrażliwością, czekał, aż wybranka uwierzy, że on nie wyobraża sobie bez niej dalszej egzystencji. Postanowił, że jak tylko poukłada swoje sprawy zawodowe i prywatne, pojedzie do niej i poprosi o poważną rozmowę. Wreszcie nadeszła ta chwila, gdy podjął wszystkie potrzebne decyzje, kupił bilet na pociąg i wybrał się w piątek na wybrzeże. Chciał zrobić jej niespodziankę, więc nie uprzedził o planowanej wizycie. Wyobrażając sobie uśmiech dziewczyny, zdumionej jego widokiem, stwierdził w duchu, że jest szczęściarzem.
Teraz, w drodze powrotnej, patrząc przez szybę na niknącą z każdą sekundą zabudowę Trójmiasta, oszołomiony, pełen niedowierzania, próbował pojąć znaczenie tego, co zobaczył, gdy kobieta, o której myślał poważnie, dla której wiele chciał zrobić, otworzyła mu drzwi. Mimo że minęło południe, była owinięta szlafrokiem, miała bose stopy i zarumienione policzki. W pierwszej chwili pomyślał, że jest chora i ma gorączkę, więc poczuł wyrzuty sumienia, że brakiem zapowiedzi postawił ją w niezręcznej sytuacji. Zanim jednak otworzył usta, w głębi mieszkania usłyszał męski głos i kilkanaście sekund później zobaczył w przedpokoju blondyna o zwichrzonej czuprynie, któremu za ubranie służyły jedynie bokserki. Porażony, bez słowa zbiegł na parter i do wieczora włóczył się po mieście, bliski obłędu. Później wynajął pokój w hotelu i się upił. Nazajutrz czas do odjazdu pociągu spędził w Gdyni. Chociaż pogoda temu nie sprzyjała, spacerował bulwarem, snuł się po Wzgórzu Świętego Maksymiliana i Kępie Redłowskiej, oglądał domy na Kamiennej Górze, próbując dojść do siebie, zanim wsiadł do wagonu, by odjechać jak najdalej od miejsca, gdzie spotkało go coś tak potwornego.
***
Idąc wąskim korytarzem w stronę przedziału, Liliana usłyszała za plecami:
- Dzień dobry.
Kiedy zerknęła w tamtą stronę, niepewna, czy chodzi o nią, mężczyzna skinął głową na powitanie i posłał jej uśmiech jak dobrej znajomej.
- Dzień dobry. - Jabłonowska prześlizgnęła się spojrzeniem po jego twarzy.
- Widzę, że pani mnie nie poznaje.
- A powinnam?
- Ernest Maciejewski. Zakrystian z naszej parafii w Pełni. - Pasażer przestąpił z nogi na nogę.
- Przepraszam, rzadko chodzę do kościoła. Pan jest mężem kierowniczki domu kultury, prawda?
- Mhm. - Jego usta na moment wygiął grymas niechęci. - Jednak mnie pani kojarzy.
- Teraz tak. - Lila przełożyła do drugiej ręki ciążącą jej torbę. - W takim razie do zobaczenia. Idę odszukać swoje miejsce.
Na początku siedziała sama w sześcioosobowym przedziale, a później na stacji Gdańsk Główny dosiadła się do niej młoda kobieta. Dwudziestokilkulatka zajęła miejsce przy oknie, wyjęła smartfon i bezprzewodowe słuchawki. Skupiona na dźwiękach płynących do jej uszu, jednocześnie przewijała widok na wyświetlaczu. Całą sobą przekazywała, że, zajęta swoimi sprawami, nie ma ochoty na pogawędkę.
Liliana, zadowolona, że dziewczyna nie będzie jej zagadywać, oparła głowę o ścianę i zamknęła oczy. Za każdym razem, gdy wracała z Gdyni po odwiedzinach u bliskich, czuła smutek z powodu rozstania, a jednocześnie zadowolenie, że wraca do domu, mimo że nic już jej nie trzymało w Pełni. Zamieszkała w miasteczku otoczonym lasami, ponieważ Norbert jej to zaproponował. Pobrali się po półrocznej znajomości i zajęli osobne lokum na poddaszu w domu Jabłonowskich. Lila szybko zapuściła korzenie. Mieszkanie miało osobne wejście, teściowie nie wtrącali się w życie młodych, ona znalazła pracę w liceum jako nauczycielka chemii i niedługo po ślubie zaszła w ciążę. A potem wszystko posypało się jak domek z kart. Prawie równocześnie z potwierdzeniem, że zostaną rodzicami, małżonkowie otrzymali również hiobową wieść, że u Norberta, przy okazji rutynowych badań, wykryto nowotwór trzustki. Trzy miesiące później organizm Liliany nie wytrzymał przewlekłego stresu, życia w napięciu, czepiania się nadziei, bezsennych, przepłakanych nocy. Poroniła. A po kilku następnych tygodniach została wdową. Od tragicznych zdarzeń minęły dwa lata i przez ten czas Jabłonowska wiele razy rozważała powrót do Gdyni, jednak po każdej wizycie na cmentarzu na wzgórzu rezygnowała ze swoich zamiarów. Prawdę powiedziawszy, istniał jeszcze jeden powód, dla którego żyła w Pełni. Nikomu oprócz niej nieznany, wywołujący na twarzy rumieniec wstydu i wyrzuty sumienia. A także tęsknotę.
***
Maciejewski wrócił do przedziału, gdy siedząca przy oknie kobieta o ciemnych włosach przegrała bitwę z dwojgiem dzieci i uległa prośbom o oddanie im zarekwirowanych tabletów. W pomieszczeniu natychmiast zapadła cisza. Pociechy pochyliły się nad sprzętem, a ich matka oparła głowę o wiszący w rogu zimowy płaszcz i zamknęła oczy. Ernest przez długą chwilę ślizgał się wzrokiem po jej twarzy i sylwetce. Drgające powieki i usta oraz zaciskane i rozluźniane dłonie powiedziały mu, że współpasażerka wcale nie odpoczywa, lecz myśli o czymś intensywnie. Obserwując ją, zastanawiał się, co takiego zajmuje jej umysł. Biorąc pod uwagę, że okres przedświąteczny w obecnych czasach zaczynał się już w listopadzie, wkrótce po Wszystkich Świętych, doszedł do wniosku, że szatynka, wzorem innych kobiet, myśli teraz już o jednym: przeżyć święta Bożego Narodzenia i dobrze się bawić w sylwestra. W domu Maciejewskich był to obecnie temat numer jeden. Zofia, jako szefowa domu kultury, koordynowała przygotowania do zabawy w ostatnią noc roku kalendarzowego, córka zaś, podekscytowana jej opowieściami, planowała, co na siebie włoży na młodzieżową imprezę. Chodziły słuchy, że Ekielscy zamierzają udostępnić swój dom nastolatkom, a Basia, będąc koleżanką z klasy Kacpra, młodszego syna artystki i przedsiębiorcy, należała do szczęśliwców, którzy zostali zaproszeni.
Gdyby Ernest miał większą siłę przebicia, jedynaczka musiałaby zrezygnować z udziału w zabawie, podczas której nie mogło jej spotkać nic dobrego. Ksiądz Cichy ostrzegał na ambonie, cytując Pismo: Trzymaj krótko swą córkę, jeśli zbyt zuchwała, bo gdy wyczuje twą słabość, będzie z niej korzystać[1]. Sęk w tym, że Maciejewskiemu brakowało siły, mimo że był obecny na każdej mszy świętej i często rozmawiał z ojcem Fabianem. Nie potrafił przeprowadzić swojej woli w takim zakresie, w jakim pragnął, bowiem w trudnych sytuacjach miał przeciwko sobie nie tylko córkę, ale i wspierającą jedynaczkę żonę, która wymuszała na mężu uległość lub kompromis. W dwóch jednak kwestiach Ernest był nieugięty; pierwsza dotyczyła ubrań. Maciejewski nie zgadzał się, by córka nosiła stroje, które jego zdaniem siały zgorszenie i budziły nieczyste pragnienia, a do takich należały bluzki z dekoltami, sukienki odsłaniające uda, obcisłe spodnie uwydatniające pośladki. Drugi jego sprzeciw dotyczył zespołu tanecznego w szkole. Zdaniem zakrystiana nic dobrego nie mogło wyniknąć z kontaktów dziewcząt z mężczyzną, który pożądliwie na nie zerkał i dotykał ich ciał pod byle pretekstem. Ernest dziwił się niefrasobliwości rodziców nastolatek, którzy powierzali trenerowi swoje dzieci. Sam stanowczo zaprotestował, gdy Basia poprosiła o zgodę na udział w treningach, i nie ugiął się pod naporem słów Zofii, która na przemian prośbą i groźbą usiłowała go zmusić do rezygnacji z zakazu. Dzięki temu wśród licealistek hałasujących teraz w sąsiednim przedziale nie było jego córki, a on nie musiał się wstydzić.
Ernest wyszedł z powrotem na korytarz, żeby sprawdzić przez szybę, co tam się dzieje, i zaraz tego pożałował. Przez otwarte drzwi pomieszczenia dochodziły do jego uszu dźwięki śmiechu i krzyków, jakby nie można było mówić do siebie półgłosem, a jego oczom ukazał się widok podłogi zasypanej okruchami z chipsów, opakowaniami po batonach i plastikowymi butelkami po napojach. Maciejewski odwrócił wzrok z niesmakiem i przy oknie zobaczył kolejną znajomą twarz. Można by pomyśleć, że wszyscy się tutaj umówili, gdyby nie wiedza, że chodziło o jedyny bezpośredni pociąg, który jadąc z północy na południe kraju, przejeżdżał przez Grudziądz i kursował tylko dwa razy w tygodniu.
***
Sebastian Gaber zostawił cztery podróżujące razem współpasażerki, którym od momentu zajęcia miejsc nie zamykały się usta, i wyszedł na korytarz. Uciekł stamtąd, nie mogąc znieść trajkotania, a teraz znów dobiegły do niego piski i chichot. W otwartym przedziale kilka nastolatek robiło wrzawę, jakby było ich tam trzy razy więcej. Siedział z nimi mężczyzna, który trzymał jakiś puchar i zaśmiewał się z tego, co mówiły. Gaber rozpoznał jego twarz i zdał sobie sprawę, że to licealistki z Pełni, a towarzyszący im człowiek jest ich trenerem tańca. Znał z widzenia większość ludzi z miasteczka, ponieważ prędzej czy później prawie każdy zaglądał do jego sklepu Ciuchy od Seby, a Filip Rogowicz był kimś w rodzaju lokalnego celebryty. Patrząc na trofeum w jego rękach, Sebastian pomyślał, że pewnie zespół wraca z turnieju, gdzie odniósł kolejne zwycięstwo. W innych okolicznościach może stanąłby na chwilę i złożył im gratulacje, ale teraz co innego zaprzątało jego umysł. Obserwując przez szybę mijane zabudowania, pola i drzewa, zastanawiał się nad otwarciem nowej filii swojego sklepu. Miał już upatrzonych kilka lokalizacji, pozostało podjąć decyzję. Po trwających przez jakiś czas zawirowaniach życiowych wyszedł na prostą i wszystko znów zaczęło mu się układać. Wiódł spokojną egzystencję bez większych zmartwień, z powodzeniem prowadził niewielką sieć ciucholandów. Czego chcieć więcej? A jednak miał kilka marzeń.
- Dzień dobry - usłyszał tuż obok.
Odwróciwszy się, rozpoznał zakrystiana Maciejewskiego.
- Dzień dobry - odpowiedział, licząc, że Ernest zaraz odejdzie.
- Sporo znajomych dziś w pociągu - kontynuował tamten i rzucił okiem w kierunku tancerek i trenera.
- Tak, widziałem. - Gaber podążył za jego wzrokiem. - Okropnie hałasują.
- Spotkałem też synową Jabłonowskich, ona chyba pochodzi z Gdyni, o ile dobrze pamiętam.
- Możliwe. - Sebastian nie miał ochoty na pogawędkę. Cenił sobie spokój i ciszę, nie lubił paplania o niczym. Wysłuchał więc Maciejewskiego, gdy ten powiedział mu o rekolekcjach adwentowych, z których teraz wracał, przyjął do wiadomości, że podobne odbędą się w Pełni, a później przeprosił i skłamał, że musi iść do wagonu restauracyjnego, kupić coś do jedzenia. Na szczęście Maciejewski nie zamierzał mu towarzyszyć.
[1] Stary Testament, Mądrość Syracha (Syr) 26,10. Wszystkie cytaty biblijne za: Pismo Święte Starego i Nowego Testamentu, Sandomierz, Wydawnictwo Diecezjalne i Drukarnia w Sandomierzu 2013.