Dzień zaledwie minął.
Wczoraj jeszcze widziałem ją przy tym stole smutną, znękaną.
Patrzała na mnie ze strachem i wstydem, czuła się winną, i
wiedziała, że nadeszła godzina rozstania.
Byłem spokojny. A był to straszny spokój, jakiego nigdy
przedtem nie znałem. W głowie jakaś szeroka pustka i w sercu
pustka. Patrzałem przed się, zaledwie byłem w stanie rozeznać
przedmioty, czasami traciłem zupełnie świadomość tego, co zaszło,
co mnie czeka - co teraz - w tej chwili koniecznie nastąpić musi.
Spojrzałem na nią, widziałem jej twarz jak przez sen, a
naraz spostrzegłem jej oczy, jak się badawczo, z dziwnym, prawie
bolesnym niepokojem we mnie wpijają.
Otrzeźwiałem: myśli się skupiać poczęły.
Patrzeliśmy na siebie chwilę z taką siłą, jakbyśmy duszę
sobie wyssać chcieli, ale nie zniosła bólu mego wzroku - spuściła
oczy - i w tej chwili zapomniałem o wszystkiem - patrzałem z cichą,
a smutną rozkoszą na tę drobną delikatną twarz którą tak namiętnie
ukochałem.
- A więc się rozstaniemy...
Mówiłem wolno z jakiemś dziecinnem namaszczeniem, byłem
mocno wzruszony. I wzięła mnie taka litość nad samym sobą, że
chciało mi się płakać i śmiać; dusiło mnie coś w gardle; zimny
dreszcz przeszedł mi przez ciało, a ręce się trzęsły: patrzałem na
nie jakby na ręce obcego człowieka.
- Pocóż się mamy męczyć - no tak - widzisz, przestałaś mnie
kochać. Uczucia nasze nie są wieczne - no - a wiesz, że ja nie
pierwszy i nie ostatni - he, he - trzeba ci wiedzieć, że się to
często zdarza - no, jednem słowem - nie biorę ci za złe - Bóg
widzi, że ci za złe nie biorę.
Patrzała na mnie zimnym, obojętnym wzrokiem, jakby mi
chciała powiedzieć: dobrze, dobrze, ale po cóż to długie gadanie -
skończże raz! Naraz zmienił się wyraz jej oczu, zdawało mi się, że
widzę jakąś litość nademną, jakąś prośbę, by jej dłużej nie męczyć.
Zrozumiałem, że nie mamy sobie rzeczywiście nic więcej do
powiedzenia; trzeba raz przecież skończyć - tak, tak - skończyć -
skończyć...
- No, dobrze - jak widzisz, nie myślę cię zatrzymywać;
możesz iść, gdzie cię serce prowadzi...
Wstała; zdawała się być zawstydzoną, i bardzo, bardzo
smutną.
Naraz stałem się uprzejmym, mówiłem do niej po
przyjacielsku, prawie serdecznie.
- Przecież się rozstaniemy w przyjaźni. Trzeba jeszcze
załatwić kilka technicznych szczegółów. Trzeba ci przesłać twoje
rzeczy - no, a może pieniędzy potrzebujesz?... Nie powinnaś mnie
fałszywie rozumieć. Przestałaś mi być kochanką, żoną, ale możesz mi
być przyjacielem...
Ściskałem serdecznie i bardzo silnie jej ręce i śmiałem się
głupim śmiechem, który mnie bolał i szarpał...
- To będzie najlepiej, jeżeli wyjedziesz zaraz, ale to
natychmiast... natychmiast - rozumiesz, w tej chwili - pomnę, że
głos mój stał mi się obcym, świszczał, obniżał się i podnosił:
traciłem przytomność... Idź, idź - bo widzisz, pomimo, że jestem
człowiekiem niezwykle szlachetnym, he, he - ale radzę ci, uciekaj
czemprędzej...
Kurczyła się we wściekłym uścisku moich rąk, drżała i
patrzała na mnie w błędnym przestrachu.
- Wszystko można zrozumieć, krzyczałem, wszystko pojąć, a
jednak - na dnie duszy pozostanie stary przesąd - he he -
idiosynkrazya dla kobiety, która - no, która...
Ochłonąłem naraz, puściłem jej ręce i siadłem wyczerpany.
Łzy ciekły po jej twarzy - łzy - Bóg wie, - może tylko zimny
pot strachu.
Czuła, że też coś powiedzieć musi - trzeba było mnie
przecież uspokoić.
- Chcesz się mnie pozbyć - dobrze - ale kocham cię, jak cię
kochałam.
Rozśmiałem się na głos, śmiałem się do rozpuku - wpadłem w
rozkoszny humor.
- Wiem, wiem, że mnie kochasz - ale idź - idźże wreszcie...
he? możebyś dziecko chciała wziąć ze sobą? Nie, nie, moja kochana,
pomimo całej głębokiej przyjaźni, jaką żywię dla ciebie, dziecka
nie dam - to chyba rozumiesz - zresztą dziecko przeszkadza w
miodowych miesiącach...
Znużyłem się nagle, opadłem zupełnie ze sił, pragnąłem
tylko, żeby raz wreszcie poszła.
Widocznie nie myślała, żeby rozstanie mogło być tak trudne.
Koniecznie chciałaby mnie pocieszyć, powiedzieć jakieś dobre,
kochane słowo, a może - o Chryste Panie - zapłakać na mojej
braterskiej piersi!
Uczułem wściekły wstręt - nie mogło mi się w głowie
pomieścić, że ja ją kiedyś kochałem - tak wydała mi się brzydką i
wstrętną.
- Idź, moja droga, idź - chcesz pieniędzy - tu masz, możesz
je przyjąć - od przyjaciela; ja ci tak chętnie wszystko ułatwię -
ale nie męcz mnie dłużej - idź...
Podszedłem do niej, ująłem ją za rękę:
- Nie zobaczymy się więcej...
Co się potem stało - nie wiem. Ziemia usuwała mi się pod
nogami, pociemniało mi w oczach; czułem, że lecę gdzieś spadam,
zaprzepaszczam się...
Przypominam sobie tylko, że zimny powiew wiatru chłodził me
skronie - widocznie wyprowadziłem ją przed dom.
Gdy oprzytomniałem, byłem już w mojej pracowni.
Siadłem przy stole, otworzyłem jakąś książkę, czytałem dwie
czy trzy strony, nie zajęło mnie to, ani nie nudziło, bom ani słowa
nie zrozumiał.
W głowie pustka - jakby kto myśli wymiótł.
Bezprzestrzenna jasność! powtórzyłem to kilka razy.
Potem położyłem się na łóżku i usnąłem.
Naraz budzę się.
Słyszę jak ktoś z wielkim trudem wstępuje na schody.
Zrywam się z łóżka i z niewysłowionym przestrachem słyszę,
jak jakieś olbrzymie cielsko dysząc i stękając wtłacza się do góry.
Słyszę, jak schody się łamią, trzeszczą, zarywają: naraz pękają
drzwi, wylatują ze zawias, ściana cała się rozpada a do pracowni
wali się morze światła. Wszystko spływa w świetle, tonie, zapada
się w tym straszliwym zatorze światła.
Światło wlewa się do mego gardła, światło przepala moje
ciało, chłonę światło, duszę się od niego - stapiam się w niem.
Oprzytomniałem.
I widzę ją przed sobą pijany snem i bólem, wyciągam ku niej
ręce - o! sekundę tylko, jedną tysiączną sekundy czuć jej ciało
przy mojem. Tylko oddech jej ciepłego ciała, tylko odbłysk jej
białego ciała, oddech i odbłysk wzdłuż mej piersi - oddech i
odbłysk wiosny, szczęścia, rozkoszy...
A ręce moje szarpały się ku niej.
Boże! Wszechmocny, litościwy Boże!
Począłem się uspokajać, mówiłem głośno, bałem się i byłem
szczęśliwy, że słyszę siebie samego w tej głuchej, pustej
samotności, kwiliłem jak dziecko, wyłem jak biczem smagane zwierzę,
i błagałem, klęczałem i załamywałem ręce:
- Przyjdź, jasna, przyjdź, połóż twe białe, miękkie ręce na
mem sercu! Patrz, jestem chory i samotny, potrzebuję ciepła i
miłości, przyjdź jasna, weź w twe dobre ciche dłonie me serce.
A otóż jestem w kościele. Jestem, małe chłopię, owiany błogą
świętością bóstwa, strojny błogiem szczęściem, utkanem z miękich
jedwabiów, w sercu grają anielskie chóry: po raz pierwszy przyjmuję
Ciało Pańskie.
A moje serce staje się bóstwem odwiecznem, Ciałem Pańskiem,
świętą hostyą.
- Przyjdź, weź hostyą mego serca w twe miękkie ręce,
przyjdź! A przybież się w jedwabny, złotem tkany ornat kapłański, a
teraz podnieś twe ręce w górę; ponad czoło wszechbytu podnieś
wolno, poważnie z świętem namaszczeniem twe przeczyste ręce.
Tu na stopniach kościoła naprzeciw wielkiego ołtarza. Przed
nami żarem tryskające południe - wokół snopy złotych zbóż; złocą
się ścierniska, a w oddali w dusznem drganiu mgieł świetlistych,
mgieł trawiącej gorączki, ciemnieje las.
A ponad żarem południa, ponad złotymi pokosami pszenicy w
rękach twoich drga moje serce, krwawi i wzbija się w niebo.
Drży świat, kornie kładą się pola, rozbrzmiewa las:
Tantum ergo Sacramentum!
Wszystko w okół mnie zataczało pijane kręgi, oboma rękoma
objąłem głowę, zamknąłem oczy - wizya zanikła, zwolna stałem się
spokojny.
A księżyc ciskał ogromne, gęste snopy światła do mej
pracowni i w srebrnej poświacie tonęły me obrazy.
Stamtąd wlepiał się w me oczy nagi bezwstyd kobiety -
sfinksa - z innej strony wwiercał się w mój mózg ohydny ruch
jakiejś histerycznej tanecznicy, a ze wszystkich ram czołgała się
ku mnie jakaś lubieżna chuć pijanej hetery. Czułem, jak mi mózg
krwią napływa. Przestałem być czasem i przestrzenią ograniczonem
jestestwem - stałem się czystą, nagą duszą, tak odwieczną jak
wszystkie światy razem, tak bezgraniczną jak wszechprzestrzenia.
A w tryszczącej pianie wieczności widziałem, jak stulecia i
lat tysiące ciskają się w bezdenną otchłań - oczy me nieśmiertelne
dotarły do głębi bytu.
Teraz pojąłem, czego mózg mój pojąć nie mógł. Pojąłem, co
dusza ma myślała, gdy me ręce bezwiednie tworzyły: Z rozpryskanych
fal morskich wyłoniła się biała, olbrzymia twarz - jesienny
krajobraz przetworzył się w głębokie, w bezdennie głębokie oko, a w
kształt krwawiącej się rany wypaliła na niej godzina zmroku
mistyczne, lubieżne usta.
I ze wszystkich mych obrazów wyłoniła się samica, wola
wszechświatu, pra-łono - pani:
Mylitta, nierządnica babilońska, która nigdy pragnień nie
gasiła, a ulubieńców swych w ogień piekła rzucała, -
Isis, co słońce w niepokalanem poczęciu porodziła, nikt ze
śmiertelnych nie podniósł jej sukni -
Athene, która nigdy nie zaznała ciemności łona matczynego,
bo ją jasne przestrzenie mózgu zrodziły -
Siedzę i myślę, czemu cię kochać musiałem.
Serce rozpala się wspomnieniem, jaśnieje przebłyskami ognia, co
w najtajniejszej głębi mej duszy się żarzy.
Zmrok wieczorny w kościele wiejskim. Głęboka, zaparta cisza.
Cisza oczekiwania czai się na sklepieniach i ścianach. Cisza w
parnem upojeniu kadzideł. Cisza w głuchym, jakoby podziemnym
odgłosie organów.
Kamienne filary rzucają gęste cienie: ostre i czarne plamy
przy głównym ołtarzu, co się w blasku setek świec jarzy, niejasne i
rozpłynięte w średniej nawie, a pod chórem rozlane w ciepłych
pieszczotach półzmroku. A jakby odległe drganie powietrza rośnie
coś i płynie przez kościół, wznosi się, jakby ciche westchnienie,
pręży się jak tygrys, przysądzony do skoku, a na raz pęka cisza,
ryknęły organy, a z żelaznych objęć ciszy i czekania wyrywa się
pieśń straszna, potężna; pieśń, co mury rozpiera i groby rozsadza,
pieśń bólu i dnia sądnego:
Salve Regina.
I znowu noc. Iskrzy się niebo, o! iskrzy się, jak olbrzymia
przestrzeń przed dworcami wielkich miast. Miliony świateł; jeden
olbrzymi las rozpalonych pochodni. Światła i światełka wichrzą,
piętrzą się w górę, spływają w jedno ognisko - a w dali kwieci się
łąka różnobarwnych palących się kwiatów.
A woń róż rozkwitłych płynie gdyby jaśnienie mgieł w parnej
nocy letniej. I widzę tłum ludzi z jarzącemi się świecami, a ponad
nim zwiesza nieszczęście czarne skrzydła upiora. I znowu śpiew,
straszny, bolesny; śpiew, co serce szarpie i mózg przeżera.
A pieśń staje się linią, oddech wiosny przybiera kształty,
dusza stroi się w tęczowe barwy, a skłębiony chaos barw, dziwnie
poplątane kształty i linie, oddech i woń: to wszystko tak różne,
tak rozmaite, ale we wszystkiem brzmi ten sam ton nastroju, ten sam
akord, co wraz w inne formy się wciela.
Bo w głębiach duszy przemienia się drżące wzruszenie i
nabożna skrucha mrocznych kościołów w miękkie a drobne kształty
twego ciała, a odległe drganie ciszy i westchnień stapia się w
cichem zamyśleniu twych oczu... Głucha pieśń smutku i bólu: toć to
tęsknota twego głosu.
Pomnę: dzieckiem jeszcze jestem.
Niebieskie dale przedemną, bladoniebieskie, żarem płonące
dale. Słońce przepala ziemię, trawi zieloność, stoi nad jeziorem
miliardem ostrych skaczących płomyków, a nademną wybiega topól
bystrym wierzchołkiem w błękit niebios.
A me oczy błądzą w bladoniebieskich dalach, w drgającym
żarze do biała roztopionego słońca. To drganie, ten żar obłędnego
słońca widziałem kiedyś wokół twych oczu, gdyś się w parnem
spowiciu naszych ciał do mnie tuliła.
Tam przedemną obraz, któryś tak bardzo kochała: szeroki step
burzanów, pożółkła trawa, spiekłe zielsko. Małe bagno, porosłe
sitowiem w zmroku wieczornym. Wyschłe gałęzie wierzb obwisły nad
brudną wodą a gdzieś na mglistych krańcach nawpół rozpadła chata.
A smutek stepów, posępna jesień, syta bólu i tęsknoty,
szeroka duma spieczonych burzanów - toś Ty!
I widzę niebo, jak gore we wszystkich blaskach. Kłębią się
tęczowe chmury; na krańcach nieba zlewają się strugi roztopionego
złota; zapadłe słońce tryska w górę krwawą pożogą, a od zachodu do
wschodu piętrzy się wściekła kaskada purpury i ognia. Zwolna gasną
purpury i ognie, tylko jedna szeroka rana krwawi się na olbrzymiem
czole nieba.
Patrzę na niebo i na skon białego dnia. A rana rośnie i
wgłębia się w ciemny błękit, zmienia się w otchłań stęchłej krwi,
coraz głębsza wrasta w niebo czarny cień ziemi, rozdarty drgającym
przebłyskiem ostatnich promieni, aż wreszcie wszystko zanika i
gaśnie w ciężkich, czarnych oponach nocy.
A blask zachodu, krwawe łuny na ciemnych błękitach, ta
chmurna zmiana, przebłysk i zanik - toś Ty!
I słyszę pieśń: jeden ciemny głęboki ton, a na nim rozlane
niebieskawe cętki światła. I płynie ton cicho i poważnie jak
strumień górski: z obu stron niebotyczne ściany nagich skał. Naraz
jak błyskawica prześlizgnął się wąż chciwych pragnień, lubieżnego
śmiechu i spłonął w gorącym krzyku rozkoszy.
O, nieraz wytrysły te węże z twych oczu w spokojne głębie
mego serca. Oplotły je w nęcących pieszczotach, tarły się o nie
lubieżną rozkoszą i kładły się w jego namiętnym żarze do snu.
Ciebie tylko, ciebie jedyną odtwarzała wiecznie moja dusza w
każdym kształcie, każdej myśli i każdem uczuciu. Tyś mi dostroiła
wszechświat do tego jednego tonu i ja stałem się Tobą.
A żeś była kształtem mojej pieśni, a żeś była linią mej
tęsknoty i mych pragnień, a żeś była barwą i tonem i wonią mej
duszy, musiałem cię kochać.
Zaczem cię ujrzałem, już byłaś we mnie. Zaczem cię do serca
tuliłem, drgałaś w mych pieśniach, płonęłaś w blaskach mych barw, a
jak zorza wieczorna koiłaś smutek mej duszy, koiłaś i wświecałaś we
mnie twe źrenice, a z życia mego splatałaś jaśniejącemi rękoma
szerokie dumy mych pól rodzimych.
I kocham cię! Kocham cię jako moją sztukę, kocham cię jako
całą moją odwieczną przeszłość, kocham cię jako tchnienie mej ziemi
rodzinnej, jako upojenie i zachwyt kościelnej zadumy, boś była moją
wiosną i mojej potęgi kwitnącą pychą, byłaś mi cichem przeczuciem
rannych brzasków i drżącym niepokojem rwącego się dnia.
I kocham cię jeszcze, boś dała mi cierpienie i tęsknotę -
tęsknotę, co myśli twórcy kojarzy, ręce ku Bogu wyciąga, mózg trawi
żądzą poznania, bolesną a odwieczną tęsknotą bytu, wieczny niepokój
a rozkosz.
Zapomniałem o tobie, zagasł mi przepych twego ciała, zanikła
żądza. Tylko to jedno zostało, czem cię pragnąłem, czem cię
pieściłem, czem się dusza moja przetrawia: tęsknota.
Tęsknoto!
Ty, ty odwieczna kochanko moja!
Wokół Twej głowy wieniec zwiędłych kwiatów gdyby korona
czarnych słońc, a Twe oblicze smutne żałobą zastygłych gwiazd.
U nóg Twych kona burza mego żywota, gasnącą falą oblewa Twe
stopy chory płód mej duszy -
Szaremi skrzydły okrąża Cię obłęd mych ciemnych przeznaczeń
- kolebko Ty moja, grobie Ty mój!
Z czarnych mgławic mego początku wyrosłaś w chmurne nieb
stropy, w słabej muszli perłowej mego bytu płyniesz w głuche
bezkresy, Ty bolesna piękności, coś jest ponad wszelką piękność.
Tęsknoto Ty!
RESZTA TEKSTU DOSTĘPNA W PEŁNEJ WERSJI.