Na tym padole płaczu - Stanisław Przybyszewski

Kup ebooka

6.49 zł
5.32 zł (3,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

NA TYM PADOLE PŁACZU

Dzień zaledwie minął.

Wczoraj jeszcze widziałem ją przy tym stole smutną, znękaną. Patrzała na mnie ze strachem i wstydem, czuła się winną, i wiedziała, że nadeszła godzina rozstania. Byłem spokojny. A był to straszny spokój, jakiego nigdy przedtem nie znałem. W głowie jakaś szeroka pustka i w sercu pustka. Patrzałem przed się, zaledwie byłem w stanie rozeznać przedmioty, czasami traciłem zupełnie świadomość tego, co zaszło, co mnie czeka - co teraz - w tej chwili koniecznie nastąpić musi. Spojrzałem na nią, widziałem jej twarz jak przez sen, a naraz spostrzegłem jej oczy, jak się badawczo, z dziwnym, prawie bolesnym niepokojem we mnie wpijają. Otrzeźwiałem: myśli się skupiać poczęły. Patrzeliśmy na siebie chwilę z taką siłą, jakbyśmy duszę sobie wyssać chcieli, ale nie zniosła bólu mego wzroku - spuściła oczy - i w tej chwili zapomniałem o wszystkiem - patrzałem z cichą, a smutną rozkoszą na tę drobną delikatną twarz którą tak namiętnie ukochałem. - A więc się rozstaniemy... Mówiłem wolno z jakiemś dziecinnem namaszczeniem, byłem mocno wzruszony. I wzięła mnie taka litość nad samym sobą, że chciało mi się płakać i śmiać; dusiło mnie coś w gardle; zimny dreszcz przeszedł mi przez ciało, a ręce się trzęsły: patrzałem na nie jakby na ręce obcego człowieka. - Pocóż się mamy męczyć - no tak - widzisz, przestałaś mnie kochać. Uczucia nasze nie są wieczne - no - a wiesz, że ja nie pierwszy i nie ostatni - he, he - trzeba ci wiedzieć, że się to często zdarza - no, jednem słowem - nie biorę ci za złe - Bóg widzi, że ci za złe nie biorę. Patrzała na mnie zimnym, obojętnym wzrokiem, jakby mi chciała powiedzieć: dobrze, dobrze, ale po cóż to długie gadanie - skończże raz! Naraz zmienił się wyraz jej oczu, zdawało mi się, że widzę jakąś litość nademną, jakąś prośbę, by jej dłużej nie męczyć. Zrozumiałem, że nie mamy sobie rzeczywiście nic więcej do powiedzenia; trzeba raz przecież skończyć - tak, tak - skończyć - skończyć... - No, dobrze - jak widzisz, nie myślę cię zatrzymywać; możesz iść, gdzie cię serce prowadzi... Wstała; zdawała się być zawstydzoną, i bardzo, bardzo smutną. Naraz stałem się uprzejmym, mówiłem do niej po przyjacielsku, prawie serdecznie. - Przecież się rozstaniemy w przyjaźni. Trzeba jeszcze załatwić kilka technicznych szczegółów. Trzeba ci przesłać twoje rzeczy - no, a może pieniędzy potrzebujesz?... Nie powinnaś mnie fałszywie rozumieć. Przestałaś mi być kochanką, żoną, ale możesz mi być przyjacielem... Ściskałem serdecznie i bardzo silnie jej ręce i śmiałem się głupim śmiechem, który mnie bolał i szarpał... - To będzie najlepiej, jeżeli wyjedziesz zaraz, ale to natychmiast... natychmiast - rozumiesz, w tej chwili - pomnę, że głos mój stał mi się obcym, świszczał, obniżał się i podnosił: traciłem przytomność... Idź, idź - bo widzisz, pomimo, że jestem człowiekiem niezwykle szlachetnym, he, he - ale radzę ci, uciekaj czemprędzej... Kurczyła się we wściekłym uścisku moich rąk, drżała i patrzała na mnie w błędnym przestrachu. - Wszystko można zrozumieć, krzyczałem, wszystko pojąć, a jednak - na dnie duszy pozostanie stary przesąd - he he - idiosynkrazya dla kobiety, która - no, która... Ochłonąłem naraz, puściłem jej ręce i siadłem wyczerpany. Łzy ciekły po jej twarzy - łzy - Bóg wie, - może tylko zimny pot strachu. Czuła, że też coś powiedzieć musi - trzeba było mnie przecież uspokoić. - Chcesz się mnie pozbyć - dobrze - ale kocham cię, jak cię kochałam. Rozśmiałem się na głos, śmiałem się do rozpuku - wpadłem w rozkoszny humor. - Wiem, wiem, że mnie kochasz - ale idź - idźże wreszcie... he? możebyś dziecko chciała wziąć ze sobą? Nie, nie, moja kochana, pomimo całej głębokiej przyjaźni, jaką żywię dla ciebie, dziecka nie dam - to chyba rozumiesz - zresztą dziecko przeszkadza w miodowych miesiącach... Znużyłem się nagle, opadłem zupełnie ze sił, pragnąłem tylko, żeby raz wreszcie poszła. Widocznie nie myślała, żeby rozstanie mogło być tak trudne. Koniecznie chciałaby mnie pocieszyć, powiedzieć jakieś dobre, kochane słowo, a może - o Chryste Panie - zapłakać na mojej braterskiej piersi! Uczułem wściekły wstręt - nie mogło mi się w głowie pomieścić, że ja ją kiedyś kochałem - tak wydała mi się brzydką i wstrętną. - Idź, moja droga, idź - chcesz pieniędzy - tu masz, możesz je przyjąć - od przyjaciela; ja ci tak chętnie wszystko ułatwię - ale nie męcz mnie dłużej - idź... Podszedłem do niej, ująłem ją za rękę: - Nie zobaczymy się więcej...

Co się potem stało - nie wiem. Ziemia usuwała mi się pod nogami, pociemniało mi w oczach; czułem, że lecę gdzieś spadam, zaprzepaszczam się... Przypominam sobie tylko, że zimny powiew wiatru chłodził me skronie - widocznie wyprowadziłem ją przed dom. Gdy oprzytomniałem, byłem już w mojej pracowni. Siadłem przy stole, otworzyłem jakąś książkę, czytałem dwie czy trzy strony, nie zajęło mnie to, ani nie nudziło, bom ani słowa nie zrozumiał. W głowie pustka - jakby kto myśli wymiótł. Bezprzestrzenna jasność! powtórzyłem to kilka razy. Potem położyłem się na łóżku i usnąłem. Naraz budzę się. Słyszę jak ktoś z wielkim trudem wstępuje na schody. Zrywam się z łóżka i z niewysłowionym przestrachem słyszę, jak jakieś olbrzymie cielsko dysząc i stękając wtłacza się do góry. Słyszę, jak schody się łamią, trzeszczą, zarywają: naraz pękają drzwi, wylatują ze zawias, ściana cała się rozpada a do pracowni wali się morze światła. Wszystko spływa w świetle, tonie, zapada się w tym straszliwym zatorze światła. Światło wlewa się do mego gardła, światło przepala moje ciało, chłonę światło, duszę się od niego - stapiam się w niem. Oprzytomniałem. I widzę ją przed sobą pijany snem i bólem, wyciągam ku niej ręce - o! sekundę tylko, jedną tysiączną sekundy czuć jej ciało przy mojem. Tylko oddech jej ciepłego ciała, tylko odbłysk jej białego ciała, oddech i odbłysk wzdłuż mej piersi - oddech i odbłysk wiosny, szczęścia, rozkoszy... A ręce moje szarpały się ku niej. Boże! Wszechmocny, litościwy Boże! Począłem się uspokajać, mówiłem głośno, bałem się i byłem szczęśliwy, że słyszę siebie samego w tej głuchej, pustej samotności, kwiliłem jak dziecko, wyłem jak biczem smagane zwierzę, i błagałem, klęczałem i załamywałem ręce: - Przyjdź, jasna, przyjdź, połóż twe białe, miękkie ręce na mem sercu! Patrz, jestem chory i samotny, potrzebuję ciepła i miłości, przyjdź jasna, weź w twe dobre ciche dłonie me serce. A otóż jestem w kościele. Jestem, małe chłopię, owiany błogą świętością bóstwa, strojny błogiem szczęściem, utkanem z miękich jedwabiów, w sercu grają anielskie chóry: po raz pierwszy przyjmuję Ciało Pańskie. A moje serce staje się bóstwem odwiecznem, Ciałem Pańskiem, świętą hostyą. - Przyjdź, weź hostyą mego serca w twe miękkie ręce, przyjdź! A przybież się w jedwabny, złotem tkany ornat kapłański, a teraz podnieś twe ręce w górę; ponad czoło wszechbytu podnieś wolno, poważnie z świętem namaszczeniem twe przeczyste ręce. Tu na stopniach kościoła naprzeciw wielkiego ołtarza. Przed nami żarem tryskające południe - wokół snopy złotych zbóż; złocą się ścierniska, a w oddali w dusznem drganiu mgieł świetlistych, mgieł trawiącej gorączki, ciemnieje las. A ponad żarem południa, ponad złotymi pokosami pszenicy w rękach twoich drga moje serce, krwawi i wzbija się w niebo. Drży świat, kornie kładą się pola, rozbrzmiewa las: Tantum ergo Sacramentum! Wszystko w okół mnie zataczało pijane kręgi, oboma rękoma objąłem głowę, zamknąłem oczy - wizya zanikła, zwolna stałem się spokojny. A księżyc ciskał ogromne, gęste snopy światła do mej pracowni i w srebrnej poświacie tonęły me obrazy. Stamtąd wlepiał się w me oczy nagi bezwstyd kobiety - sfinksa - z innej strony wwiercał się w mój mózg ohydny ruch jakiejś histerycznej tanecznicy, a ze wszystkich ram czołgała się ku mnie jakaś lubieżna chuć pijanej hetery. Czułem, jak mi mózg krwią napływa. Przestałem być czasem i przestrzenią ograniczonem jestestwem - stałem się czystą, nagą duszą, tak odwieczną jak wszystkie światy razem, tak bezgraniczną jak wszechprzestrzenia. A w tryszczącej pianie wieczności widziałem, jak stulecia i lat tysiące ciskają się w bezdenną otchłań - oczy me nieśmiertelne dotarły do głębi bytu. Teraz pojąłem, czego mózg mój pojąć nie mógł. Pojąłem, co dusza ma myślała, gdy me ręce bezwiednie tworzyły: Z rozpryskanych fal morskich wyłoniła się biała, olbrzymia twarz - jesienny krajobraz przetworzył się w głębokie, w bezdennie głębokie oko, a w kształt krwawiącej się rany wypaliła na niej godzina zmroku mistyczne, lubieżne usta. I ze wszystkich mych obrazów wyłoniła się samica, wola wszechświatu, pra-łono - pani: Mylitta, nierządnica babilońska, która nigdy pragnień nie gasiła, a ulubieńców swych w ogień piekła rzucała, - Isis, co słońce w niepokalanem poczęciu porodziła, nikt ze śmiertelnych nie podniósł jej sukni - Athene, która nigdy nie zaznała ciemności łona matczynego, bo ją jasne przestrzenie mózgu zrodziły -

Siedzę i myślę, czemu cię kochać musiałem.

Serce rozpala się wspomnieniem, jaśnieje przebłyskami ognia, co w najtajniejszej głębi mej duszy się żarzy. Zmrok wieczorny w kościele wiejskim. Głęboka, zaparta cisza. Cisza oczekiwania czai się na sklepieniach i ścianach. Cisza w parnem upojeniu kadzideł. Cisza w głuchym, jakoby podziemnym odgłosie organów. Kamienne filary rzucają gęste cienie: ostre i czarne plamy przy głównym ołtarzu, co się w blasku setek świec jarzy, niejasne i rozpłynięte w średniej nawie, a pod chórem rozlane w ciepłych pieszczotach półzmroku. A jakby odległe drganie powietrza rośnie coś i płynie przez kościół, wznosi się, jakby ciche westchnienie, pręży się jak tygrys, przysądzony do skoku, a na raz pęka cisza, ryknęły organy, a z żelaznych objęć ciszy i czekania wyrywa się pieśń straszna, potężna; pieśń, co mury rozpiera i groby rozsadza, pieśń bólu i dnia sądnego: Salve Regina. I znowu noc. Iskrzy się niebo, o! iskrzy się, jak olbrzymia przestrzeń przed dworcami wielkich miast. Miliony świateł; jeden olbrzymi las rozpalonych pochodni. Światła i światełka wichrzą, piętrzą się w górę, spływają w jedno ognisko - a w dali kwieci się łąka różnobarwnych palących się kwiatów. A woń róż rozkwitłych płynie gdyby jaśnienie mgieł w parnej nocy letniej. I widzę tłum ludzi z jarzącemi się świecami, a ponad nim zwiesza nieszczęście czarne skrzydła upiora. I znowu śpiew, straszny, bolesny; śpiew, co serce szarpie i mózg przeżera. A pieśń staje się linią, oddech wiosny przybiera kształty, dusza stroi się w tęczowe barwy, a skłębiony chaos barw, dziwnie poplątane kształty i linie, oddech i woń: to wszystko tak różne, tak rozmaite, ale we wszystkiem brzmi ten sam ton nastroju, ten sam akord, co wraz w inne formy się wciela. Bo w głębiach duszy przemienia się drżące wzruszenie i nabożna skrucha mrocznych kościołów w miękkie a drobne kształty twego ciała, a odległe drganie ciszy i westchnień stapia się w cichem zamyśleniu twych oczu... Głucha pieśń smutku i bólu: toć to tęsknota twego głosu. Pomnę: dzieckiem jeszcze jestem. Niebieskie dale przedemną, bladoniebieskie, żarem płonące dale. Słońce przepala ziemię, trawi zieloność, stoi nad jeziorem miliardem ostrych skaczących płomyków, a nademną wybiega topól bystrym wierzchołkiem w błękit niebios. A me oczy błądzą w bladoniebieskich dalach, w drgającym żarze do biała roztopionego słońca. To drganie, ten żar obłędnego słońca widziałem kiedyś wokół twych oczu, gdyś się w parnem spowiciu naszych ciał do mnie tuliła. Tam przedemną obraz, któryś tak bardzo kochała: szeroki step burzanów, pożółkła trawa, spiekłe zielsko. Małe bagno, porosłe sitowiem w zmroku wieczornym. Wyschłe gałęzie wierzb obwisły nad brudną wodą a gdzieś na mglistych krańcach nawpół rozpadła chata. A smutek stepów, posępna jesień, syta bólu i tęsknoty, szeroka duma spieczonych burzanów - toś Ty! I widzę niebo, jak gore we wszystkich blaskach. Kłębią się tęczowe chmury; na krańcach nieba zlewają się strugi roztopionego złota; zapadłe słońce tryska w górę krwawą pożogą, a od zachodu do wschodu piętrzy się wściekła kaskada purpury i ognia. Zwolna gasną purpury i ognie, tylko jedna szeroka rana krwawi się na olbrzymiem czole nieba. Patrzę na niebo i na skon białego dnia. A rana rośnie i wgłębia się w ciemny błękit, zmienia się w otchłań stęchłej krwi, coraz głębsza wrasta w niebo czarny cień ziemi, rozdarty drgającym przebłyskiem ostatnich promieni, aż wreszcie wszystko zanika i gaśnie w ciężkich, czarnych oponach nocy. A blask zachodu, krwawe łuny na ciemnych błękitach, ta chmurna zmiana, przebłysk i zanik - toś Ty! I słyszę pieśń: jeden ciemny głęboki ton, a na nim rozlane niebieskawe cętki światła. I płynie ton cicho i poważnie jak strumień górski: z obu stron niebotyczne ściany nagich skał. Naraz jak błyskawica prześlizgnął się wąż chciwych pragnień, lubieżnego śmiechu i spłonął w gorącym krzyku rozkoszy. O, nieraz wytrysły te węże z twych oczu w spokojne głębie mego serca. Oplotły je w nęcących pieszczotach, tarły się o nie lubieżną rozkoszą i kładły się w jego namiętnym żarze do snu. Ciebie tylko, ciebie jedyną odtwarzała wiecznie moja dusza w każdym kształcie, każdej myśli i każdem uczuciu. Tyś mi dostroiła wszechświat do tego jednego tonu i ja stałem się Tobą. A żeś była kształtem mojej pieśni, a żeś była linią mej tęsknoty i mych pragnień, a żeś była barwą i tonem i wonią mej duszy, musiałem cię kochać. Zaczem cię ujrzałem, już byłaś we mnie. Zaczem cię do serca tuliłem, drgałaś w mych pieśniach, płonęłaś w blaskach mych barw, a jak zorza wieczorna koiłaś smutek mej duszy, koiłaś i wświecałaś we mnie twe źrenice, a z życia mego splatałaś jaśniejącemi rękoma szerokie dumy mych pól rodzimych. I kocham cię! Kocham cię jako moją sztukę, kocham cię jako całą moją odwieczną przeszłość, kocham cię jako tchnienie mej ziemi rodzinnej, jako upojenie i zachwyt kościelnej zadumy, boś była moją wiosną i mojej potęgi kwitnącą pychą, byłaś mi cichem przeczuciem rannych brzasków i drżącym niepokojem rwącego się dnia. I kocham cię jeszcze, boś dała mi cierpienie i tęsknotę - tęsknotę, co myśli twórcy kojarzy, ręce ku Bogu wyciąga, mózg trawi żądzą poznania, bolesną a odwieczną tęsknotą bytu, wieczny niepokój a rozkosz. Zapomniałem o tobie, zagasł mi przepych twego ciała, zanikła żądza. Tylko to jedno zostało, czem cię pragnąłem, czem cię pieściłem, czem się dusza moja przetrawia: tęsknota. Tęsknoto! Ty, ty odwieczna kochanko moja!

Wokół Twej głowy wieniec zwiędłych kwiatów gdyby korona czarnych słońc, a Twe oblicze smutne żałobą zastygłych gwiazd. U nóg Twych kona burza mego żywota, gasnącą falą oblewa Twe stopy chory płód mej duszy - Szaremi skrzydły okrąża Cię obłęd mych ciemnych przeznaczeń - kolebko Ty moja, grobie Ty mój! Z czarnych mgławic mego początku wyrosłaś w chmurne nieb stropy, w słabej muszli perłowej mego bytu płyniesz w głuche bezkresy, Ty bolesna piękności, coś jest ponad wszelką piękność. Tęsknoto Ty!

RESZTA TEKSTU DOSTĘPNA W PEŁNEJ WERSJI.