Na dworzec Łódź Kaliska zupełnie niedaleko, ledwie dwie czy trzy ulice
należało przejść. Prowadzili ich dużą kolumną ustawionych czwórkami. W administracji Centrali Przesiedleńczej zawsze tak planowano, aby każda
akcja zysk przynosiła, nie opłacało się wsadzać do pociągu paru rodzin.
Parę setek dzisiaj zgromadzono na peronie. Plan ekonomiczny Trzeciej
Rzeszy zakładał grabież obywateli z sąsiednich krajów i zrobienie z nich
najtańszej siły roboczej. Dzisiejszy plan okradał Polskę z Polaków.
Anna:
- Mocne słowa.
Janek:
- Ktoś podważy?
Zanosiło się na deszcz, może nawet burzę. Gęste chmury przysłaniały
niebo, jakby gniewały się o to, co dzieje się pod nimi. Miało się
wrażenie, że z minuty na minutę zsuwają się coraz niżej i w końcu
pokryją ziemię, wtedy już nikt dla nikogo nie będzie strażnikiem, bo w chmury wsiąkną karabiny, mundury i podkute buty.
- Zurück, zurück!24 - rozległy się ostre nawoływania esesmanów.
Ludzie zaczęli odsuwać się od torów, wciskali się w tłum, byle nie stać
na brzegu peronu. Nikomu nie było do śmiechu, ale wielokrotnie
powtarzane słowo brzmiało jak cmokanie wiewiórek i cokolwiek by mówić, w tej sytuacji trochę śmieszyło. Zaniepokojone wiewiórki powtarzające w kółko jeden dźwięk. Tylko co one mówią? Teraz to nasz teren, nasze
drzewa, dziuple i zapasy. Jeśli zaraz nie wsiądziecie do pociągu i nie
znikniecie nam z oczu, możemy was zaatakować.
Podstawową rolą kolei jest dowozić pasażerów do stacji przeznaczenia.
Ten konkretny pociąg relacji Łódź-Nieznane intencje miał zupełnie dobre.
Ludzi podążających w wielkim ansamblu zaprosił do środka, wiedział, że
ktoś potężniejszy od jego lokomotywy i wszystkich wagonów razem wziętych
wie, dokąd sunąć ma po szynach. Był to pociąg nadzwyczajny, w codziennym
rozkładzie jazdy nieprzewidziany, a przygotowany i uruchomiony dla tych
właśnie pasażerów, którzy bez biletu wybrali się w daleką podróż. Mogli
nazywać siebie wybrańcami - nie tyle losu, ile wyłącznie oprawców
niemieckich. Jeden z nich zabrał się tym pociągiem jakby okazyjnie, z walizą pełną dokumentów25. To kancelista z Urzędu Pracy,
który na miejscu będzie listę obecności sprawdzał26.
Dla Janka w tym nadzwyczajnym pociągu wszyściusieńko zdawało się
nieprawdopodobne. Pierwszy raz znalazł się w wagonie z miejscami do
siedzenia i z czystymi ławkami. Krzyknął, że on przez okno będzie
patrzył, ale podniecenie szybko go wyczerpało. Usnął. Co chwila jednak
się budził i pokazując coś za szybą, odwracał głowę, pytając wzrokiem co
to. Bronka siedziała naprzeciwko siostrzeńca po skosie i przyglądała się
jego podekscytowaniu. Dzieciaka tak pochłonęło wpatrywanie się w świat
za oknem, że nie chciał jeść, paplał coś do ojca, a ten mu na ucho
odpowiadał. Zdenerwowana Władka zaczęła się kłócić z mężem, ale Bronka
nie pojmowała ich, a raczej nie chciała rozumieć. Z jednej strony
koczowanie w Łodzi przez te wszystkie tygodnie zbliżyło rodzinę, tak jak
tylko zbliża człowieka z drugim człowiekiem nieszczęście, niedostatek i niepomyślność, a równocześnie jakoś podzieliło. Czy to dlatego, że
Bronka miała na wyciągnięcie ręki toczące się obok ich życia życie
innych ludzi i mogła w nie wnikać? Niby wszyscy musieli robić to samo i robili, a jednak inaczej. Widać wzór, według którego się żyje, nie jest
jeden. Ona patrzyła i na nią bez przerwy ktoś się gapił, choć szybko się
rozeszło, że kaleka, i nikt od niej nic już wtedy nie chciał poza
pogapieniem się. Widziała przedrzeźniających ją, zwłaszcza gdy
rozmawiały z Władką na te swoje miny i gdy mocno gestykulowały, zaraz
jeden drugiego trącał albo palcem pokazywał. U nich we wsi ludzie
przywykli. W mieście bywało, że ktoś się zainteresował i przyglądał się
badawczo, czemu taka skromna, odwraca oczy i na zaczepki żadne wcale nie
odpowiada. Nie poznawano się, że nie słyszy. Teraz dzień i noc pośród
innych, to i inność żadna nie do uchowania, zaraz na wierzch wszystko
wyjdzie. Oddychanie nawet obserwują. Patrzą, jak jej piersi chodzą. Czy
miarowo wdechy bierze, czy wydycha równie łatwo kilkanaście razy na
minutę jak dorosły człowiek? Może skoro taka inna od innych, potrzebuje
kilkadziesiąt razy westchnąć, jak nie przymierzając noworodek albo ktoś,
kto się bardzo boi.
Bał tu się każdy i z oddychaniem gorączkowo było. Niemców bano się i by
oprzytomnieć z trwożliwości, z napięcia własnych mięśni opaść, kozła
ofiarnego się szukało. Kozła w formę odlanego, figurynkę, posąg. Do
posągu można mówić bez atencji, z nieposzanowaniem i nie usłyszy się
słowa złego ani skargi choćby. Bronka tym posągiem tam się stała. Tam, w obozie, i w tej chwili także zamiast niej po skosie od siostrzeńca
siedziała kobieta, która z przerażenia schowała się we własnym brzuchu i w tym brzuchu zmieniła w płód. Ale stop, płód urośnie i co zrobi Bronka?
Nie urodzi sama siebie przecież. To niewykonalne dla głuchoniemej w szczególności, kiedy nawet zdanie z niej urodzić się nie może. Więc ta
Bronka zamieniona w swoje własne dziecko obumiera i kamienieje.
Skamieniałe dzieci w brzuchach kobiet? Nic nowego! Są przypadki do
udowodnienia, tylko wyjąć je dopiero da się po ich śmierci, no, tych
kobiet, jasna rzecz27. I brzuch Bronki rozciąć wtedy można będzie
i obejrzeć małe ciałko w ciele Bronki, która siedzi teraz w tym pociągu
niczym w schronie. Mała Bronka w ciele dużej Bronki, duża Bronka w schronie. Schron przemieszcza się powoli, płynnie wydawałoby się, lecz
co parę godzin staje w polu, by przepuścić transporty wojskowe. One mają
pierwszeństwo. W przeciwieństwie do wagonów pełnych Żydów, które też
przystają. Czasem ludzie z dwóch pociągów w dwie różne strony jadących
widzą się nawzajem. Czasem są na wyciągnięcie ręki.
- I wy w drodze? Dokąd? - pytają Polacy jadący z Łodzi w Nieznane.
Żydzi przez zadrutowane okienko albo szpary w podwojach pokazują, że do
nieba. Oni wiedzą, dokąd tory ich prowadzą, wprost pod Kraków. Nie do
Auschwitz? Tak, do Auschwitz, właśnie tam i od razu stamtąd kominem do
swojego nieba. Bronka pyta Władkę, dokąd tamci jadą. Władka nic nie
odpowiada, nie tłumaczy siostrze, tylko spuszcza głowę.
Anna:
- Zostawiała babcia Bronkę z niedopowiedzeniami?
Janek:
- Matka coraz częściej spuszczała głowę, coraz mniej miała odpowiedzi.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
1. Szybko! Szybko! [wróć]
2. Georg Streicher przez całą wojnę był komendantem posterunku żandarmerii w Lututowie. Mordował Polaków i Żydów najczęściej pod cmentarzem albo w lasach. Nigdy nie został ukarany mimo kilku prowadzonych przeciwko niemu śledztw w prokuraturze w Sieradzu przez Okręgową Komisję w Łodzi i przez austriackie Ministerstwo Spraw Wewnętrznych, do którego obciążającą go dokumentację dosyłano z Polski jeszcze 20 grudnia 1982, 25 maja 1995, 28 sierpnia 2001 roku. [wróć]
3. Szybko, wszyscy wynocha! [wróć]
4. Wieś ze wzniesieniem morenowym w gminie Lututów, obecnie w województwie łódzkim, wcześniej, po wybuchu wojny, na mocy dekretu Hitlera z 8 października 1939 roku gminę Lututów (Gemeinde Landsett) należącą do powiatu wieluńskiego (Landkreis Welungen) wcielono do rejencji kaliskiej (Landgericht Kalisch) i do obszaru zwanego Krajem Warty (Reichsgau Warteland), którego namiestnikiem został Arthur Greiser. [wróć]
6. 21 tysięcy Polaków wysiedlono ze stu pięćdziesięciu okolicznych wsi, by zrównać je z ziemią i utworzyć Heerengutbezrik Schieratz, poligon, na którym wojska pancerne ćwiczyły przed walkami frontowymi z Sowietami. Tu również przeprowadzano próby z bombami i rakietami V-1 i V-2. [wróć]
7. SS-Oberstürmbannführer Hermann Krumey kierował Centralą Przesiedleńczą w Łodzi (niem. Umwandererzentralstelle in Litzmanstadt) - mieszczącą się przy ulicy Piotrkowskiej 133. Był współodpowiedzialny za zbrodnie, czyli wysiedlenia ludzi na roboty przymusowe i do obozów zagłady w okupowanej Polsce oraz na Węgrzech. Został aresztowany w 1960 roku i skazany na dożywocie. W 1981 roku zwolniony ze względu na stan zdrowia. Zmarł kilka miesięcy później w Erftstadt (Nadrenia Północna) w wieku 76 lat. [wróć]
8. W maju 1940 roku ze względu na dobrze rozbudowany węzeł komunikacyjny umożliwiający masowy transport Niemcy wybrali Łódź na miejsce, w którym utworzyli sieć obozów przesiedleńczych. Jednorazowo mogły one przyjąć grupę piętnastu tysięcy ludzi. Lokowano ich w budynkach po byłych fabrykach. Tu w skrajnie trudnych warunkach oczekiwali na decyzję, dokąd zostaną wywiezieni. [wróć]
9. Obóz przejściowy. [wróć]
10. Głuchoniema. [wróć]
11. Szesnastoletnią Mariannę Głuch i dwunastoletnią Mariolę Skoczylas po selekcji zamordowano w obozie w Łodzi. [wróć]
12. Transportausweis - formularz zawierający imię, nazwisko, datę urodzenia, miejsce zamieszkania, datę przyjazdu do obozu i datę wywózki do Rzeszy, którą dopisywano dopiero w dniu wyjazdu. Dokument był sporządzany w dwóch kopiach: jedną dawano rejestrowanemu, drugą zachowywano w aktach w obozie przejściowym na wypadek, gdyby ktoś uciekł w Polsce czy w Niemczech. Wówczas przesyłano ankietę do policji kryminalnej, by ta mogła działać. [wróć]
13. Marschstiefel - saperki. Były to wysokie buty wykonane z brązowej skóry, czernione specjalną pastą, z podeszwami podbitymi kilkudziesięcioma ćwiekami. Dodatkowo przyczepiano żelazną blachę do czubka buta i do obcasa. [wróć]
14. Obóz Prewencyjno-Izolacyjny Policji Bezpieczeństwa dla Młodzieży Polskiej. [wróć]
15. Sydonia Bayer urodziła się we wsi Kwiatkowice (woj. sieradzkie) w 1903 roku. Ukończyła cztery klasy szkoły handlowej oraz kurs dla pielęgniarek i pracowała jako ekspedientka. 12 września 1941 roku podpisała volkslistę i zatrudniła się w policyjnym Urzędzie Sanitarno-Obyczajowym jako pomoc niemieckiego lekarza. Od grudnia 1942 roku sprawowała funkcję SS-Aufseherin (nadzorczyni) Obozu Prewencyjno-Izolacyjnego Policji Bezpieczeństwa dla Młodzieży Polskiej w Łodzi. Dzieci nazywały ją Frau Doktor, gdyż pełniła również nadzór lekarski w obozie. Została aresztowana 14 marca 1945 roku, oskarżono ją o zbrodnie wojenne, torturowanie i znęcanie się nad polskimi dziećmi w łódzkim obozie. Skazana na karę śmierci. Wyrok wykonano 12 listopada 1945 roku na terenie więzienia przy ul. S. Sterlinga 16 w Łodzi. [wróć]
16. Polska świnia. [wróć]
17. Małego zasrańca. [wróć]
18. Niemiecki obóz karny przy ul. Przemysłowej w Łodzi dla polskich dzieci, usankcjonowany zarządzeniem Heinricha Himmlera, utworzono w 1942 roku. Miał to być zamknięty ośrodek dla nieletnich bandytów, złodziei i żebraków. W praktyce trafiały tam dzieci w wieku od dwóch do szesnastu lat, których rodzice nie podpisali volkslisty, udzielali się w konspiracji, trafili do Oświęcimia bądź byli wysiedleni na roboty przymusowe do Rzeszy. Obóz określa się mianem koncentracyjnego, gdyż był miejscem katorżniczej pracy, wyniszczającego głodu i zagłady. Po wojnie za udział w eksterminacji dzieci spośród esesmańskiej załogi ujęto jedynie cztery osoby. Na karę śmierci skazano Edwarda Augusta oraz Sydonię Bayer, natomiast Genowefę Pohl na dwadzieścia pięć lat pozbawienia wolności. Teodor Busch zmarł w szpitalu więziennym przed rozprawą. [wróć]
20. Dzieci przeznaczone do zniemczenia podczas badania lekarskiego oznaczano wieszaną na szyi tabliczką z literami KI, czyli Kinderaktion. [wróć]
21. Lagerkommandantem (komendantem) obozu dla dzieci na Przemysłowej (od 1 grudnia 1942 roku do końca wojny) był Karl (Camillo) Ehrlich. Ze zbrodni w obozie nie został rozliczony, choć aresztowali go Sowieci i osadzili w więzieniu, trafił nawet potem do niemieckiego więzienia i skazano go na dożywocie (za inne zbrodnie wojenne), ale władze NRD nagle w 1956 roku zwolniły go z aresztu. Wyjechał do RFN i w Monachium pisał teksty z dziedziny kryminalistyki oraz stworzył podręcznik dla policjantów o przestępcach. Zmarł w domu seniora w wieku 81 lat. [wróć]
22. Inne plakaty, także dwujęzyczne, jednoznacznie komunikowały, skąd choroba się wywodzi: "Tyfus plamisty plagą Wschodu". W 1942 roku w Generalnym Gubernatorstwie otwarto wystawę propagandową, na której zgromadzono wiele plakatów poświęconych tej chorobie. [wróć]
25. Dokumentacja zawierała pełną listę przewożonych do Niemiec ludzi oraz duplikaty wykazów rejestrów wraz z adnotacjami na temat każdego pasażera, przyszłego fremdarbeitera (Fremdarbeiter - robotnik zagraniczny). [wróć]
26. Jeżeli kogoś na liście brakowało, bo uciekł z transportu bądź też umarł podczas jazdy, wtedy przesyłano kopię zaświadczenia do Generalnego Gubernatorstwa, by zostało przeprowadzone śledztwo. [wróć]
27. W literaturze medycznej obumarłe i skamieniałe płody nazywa się lithopedion. To rzadko występujące zjawisko zachodzi wtedy, gdy płód jest zbyt duży, aby mógł być zaabsorbowany przez organizm i traktowany jest jako ciało obce, a jego martwe tkanki ulegają zwapnieniu. Płód wygląda wówczas, jakby skamieniał. [wróć]
Oczy Bronki Suś chciwie patrzyły na otaczający świat i w pewnym sensie
nauczyły się jego mowy. Mowy ludzi głuchoniema nie znała i przyjęło się
z nią rozmawiać albo kłócić rękami. Migały palce w powietrzu, leciały
zdania, a z nich układały się całe historie. Naturalne się to wydawało
oraz naturalnie głuche. Dla niej łomot do drzwi w nocy nie przynosił
dźwięku i nie istniał, choć musiał zaistnieć. Ten moment późną zimą 1944
roku, kiedy Niemcy wdarli się do uśpionego domu i wycelowali w nich
karabiny. Jak jej wyjaśniono to, na co w polskim języku nie było słów?
Anna (córka Jana):
- Więc jak?
Janek (dorosły Jan):
- Co tu wyjaśniać, gdy było dwadzieścia minut na opuszczenie domu.
Anna:
- Standard, i jak zawsze w nocy...
Janek:
- O drugiej w nocy.
Walenie w drzwi, a potem krzyki: Schnell! Schnell!1. Georg
Streicher2 z Josefem Grünbergiem, miejscowi żandarmi, którym
wyjątkowo gładko szło mordowanie, zwykle jednym strzałem w głowę,
stanęli w rozkroku na środku pokoju i... wynocha z domu, no już - mówiły
ich ciała. Schnell! Schnell! Alle raus! Raus! Raus!3 - mówiły
ich usta. Kazali zabrać pościel i trochę jedzenia, więcej nic. Toteż ani
kolczyków, ani żadnych korali Bronka nie spakowała, bo o jakim pakowaniu
myśleć pod karabinami, dzieci siostry trzeba było ubrać jak najcieplej.
Krysia miała dopiero dwa i pół roku, a Janek niecałe sześć lat.
Na koźle obok woźnicy usiadł folksdojcz Zapke, a Śliwińscy razem z pierzynami i Bronką umościli się z tyłu na pace i jechali tak z Niemojewa4 w nieznane, drogą poprzecinaną przez pola i pastwiska. Konie szły raźno, bo noc była jakaś jasna, jakby zbliżała się
pełnia. Pulchny księżyc co i raz z mroku wyciągał uśpione gospodarstwa i kapliczki z figurkami Panny Świętej Maryi. Tutejsi ludzie mieli w zwyczaju Matce Boskiej się wywdzięczać za łaski, jakie za jej
pośrednictwem zsyłał na nich Bóg, i słupy wiary stawały gęsto przy
drogach. Majono je tym, co akurat było pod ręką: zimą gałązkami świerków
zdobionymi kolorową przędzą, a gdy przychodziło lato, Maryja tonęła w koniczynie i lucernie z kośnych łąk. Tyle że kwiatki szybko więdły. Baby
pielgrzymujące od kapliczki do kapliczki cuciły bukiety, kłócąc się
zajadle, jedna w drugiej winy szukała, że Paniuchna Nasza na to zemglone
zielsko musi patrzeć, po czym przystępowały do wspólnych modłów, każda w swojej cichej intencji.
I teraz na tej oto furmance Śliwińscy klepali zdrowaśki przyciszonymi
głosami, bo Zapke, niby że zapomniał polskiego, co jakiś czas Halt den
Mund!5 wykrzykiwał w ich stronę i dla dodania sobie powagi głośno
stukał kolbą mauzera w podłogę. Tym gorliwiej Jan z Władką powierzali
się każdej mijanej Madonnie i długo patrzyli za świętymi figurami, aż
nikły w oddali, zlewały się z horyzontem.
Anna:
- Bali się?
Janek:
- Nie czuli nic prócz zamętu.
Nad ranem dojechali do Brzeźnia. Tam, gdzie droga rozwidlała się na
Wilczyniec, Bronisławów i Pędziwiatry, furmankę zatrzymano. Zapke
popędzał przy wysiadaniu, w końcu z furią wyrzucił jedną z pierzyn na
ziemię i kopnął. Bronka rozejrzała się lękliwie. Już nie byli sami.
Dziesiątki, setki, może nawet tysiąc ludzi kłębiło się na
drodze6. Wszyscy dźwigali węzełki z dobytkiem, zawiniątka z resztkami chleba albo własne dzieciaki. Śliwińscy długo nie stali na
poboczu, zaraz jakiś żandarm wepchnął ich do szeregu. Ktoś powiedział,
że teraz kierują ludzi na Sieradz.
W mieście przemianowanym na Schieratz ludzi na stojąco upchnięto w bydlęcych wagonach i zasunięto rygle. Zapadła ciemność, pociąg ruszył.
Dokąd? Nikt nie wiedział dokąd i niczego nikt nie widział: ani szyldów
mijanych stacji, ani budynków, ani drzew, nawet bezkresu. Bronkę ktoś
przygniótł tobołkami. Chciała wołać o pomoc, ale ręce Władki były gdzieś
daleko, nie mogła ich odnaleźć, dusiła się, chciwie łapała powietrze.
Przez zakratowane okienko niewiele go wpadało. Gorąco stawało się nie do
wytrzymania. Jedni drugich błagali o wodę, ale nikt jej nie miał.
Pragnienie paliło i niektórych z tego pragnienia nagła gorączka spaliła.
Zamilkły na zawsze ściśnięte i przytulone do swych matek maleńkie
dzieci. Zwłoki wyrzucano potem z wagonu prosto na taczki, gdy już pociąg
zajechał na miejsce. Janek początkowo myślał, że to lalki na tych
taczkach układają, dopiero przeraźliwe krzyki i lament kobiet, którym
odbierano niemowlęta, uprzytomnił mu, co się stało.
Transportem kolejowym kierował wtenczas SS-Oberstürmbannführer Hermann
Krumey7. Nie miał nawet czterdziestki, a już był kimś. Wcześniej
szpiegował dla Abwehry, ale Himmler miał dobre oko, wyłowił go,
awansował i Krumey w Łodzi rozkręcił biznes na kolei. Jednych wysyłał do
Auschwitz, drugich do więzień albo do Generalnego Gubernatorstwa, innych
na roboty do Rzeszy. Co tu mówić, lubił swój nowy fach w Centrali
Przesiedleńczej8.
Ci, którzy właśnie przyjechali z Sieradza, nie czekali na dworcu długo.
Zaraz ich skierowano do Durchgangslager9 w hali
fabrycznej przy Kopernika na segregację: ci na lewo, tamci na prawo i czystka z tych, którzy do niczego. Władka była czujna, szepnęła do męża,
że baczenie na Bronkę trzeba mieć, bronić jej w razie czego. Bo Bronka w kontakcie ze światem sama by się nie obroniła, ładniejsza od Władki, ale
niema, co znaczyło, że łatwa do zwichnięcia. Żandarm już szprechał do
nich i Jan co rychlej przekładał żonie na nasze, a ta siostrze
pokazywała na migi. Dla kogoś niezorientowanego wyglądało to tak, jakby
straciła rozum i Niemcowi wygrażała pięściami albo po niewidocznych
klawiszach fortepianu suwała palcami w tę i z powrotem, błyskawicznie
tkając nimi słowa. Jej ręce były przewodnikiem siostry. Bronka ma kiwać
głową na znak, że się zgadza, że rozumie i wcale nie jest głupia, zrobi,
co każą, do roboty chętna i przyda się w Rzeszy jak najbardziej. Bronka
kiwnęła głową raz, potem drugi i trzeci w stronę Niemca... i tak oto
Władka przeprowadziła siostrę na stronę tych, co zdatni na coś i w selekcji rasowej jeszcze są ludźmi. Ale co to za ludzie, których się
rejestruje, rewiduje, pozbawia pieniędzy i tych prawie nic niewartych
drobiazgów, które zdążyli wcisnąć do tobołka, gdy wypędzano ich z własnych domów.
Hałas się nagle jakiś podniósł, gdy ogłosili, że zabierają pościel, a potem że i o ubrania chodzi. Więc nawet i to stracą?
Anna:
- Czemu im zabierali?
Janek:
- Do parowania, żeby zabić wszy. Wszy przenosiły tyfus. Nie, my ich
jeszcze nie mieliśmy, ale w takim tłumie lęgły się jak oszalałe i w szwach bielizny zaraz się roiły.
Pierzyny z poduszkami w prześcieradła kazano zawijać i na nich pisać
nazwiska. Czym napisać? Władka rozejrzała się po placu i męża
szturchnęła, żeby farby nabrał z wiadra. Inni już paluchami kreślili
litery w skupieniu podobnym do Jezusowego, kiedy pisał palcem po ziemi
imiona kobiet, z którymi grzeszyli faryzeusze. Faryzeusze? Przecież byli
wierni literze prawa, regułom czystości i sami przyprowadzili do Jezusa
jawnogrzesznicę, a on powiedział, kto z was jest bez winy... i pisał te
imiona kobiet, i Śliwińscy, wierni wszystkiemu co tylko dobre na tym
świecie, napisali nazwisko swoje i Bronki na pościeli. Czy to była ich
wina, że od paru godzin koczowali przed fabryką tkanin wzorzystych,
obrusów i kap na łóżka? To ich wina, że dali się uprowadzić ze swoich
łóżek, ograbić z życia, które wiedli, i na rozkaz rozebrać się do naga?
Gwałtem znaleźli się w tym rojowisku ludzi z dwójką ogłupiałych z przerażenia dzieci i głuchoniemą, co nijak nie rozumiała, że naprawdę
padł rozkaz rozebrania się do naga. Od śmiechu i krzyków żołnierzy
odbijały się płacz i błagania zrozpaczonych kobiet walczących o pozostanie w halce, a choćby w majtkach.
Pośród tej wrzawy znów jednych od drugich zaczęli oddzielać. Przy
pierwszym przesiewie Niemcy pozbywali się chorych i kalek. Procesja
kuśtykających, zniedołężniałych i garbatych zniknęła za metalową bramą.
Krewni nigdy ich nie odnaleźli, chyba że w niebie. Oględziny lekarskie
od jednego stołu do drugiego i trzeciego z obmacywaniem na końcu, czy
ciało czasem nie zakaźne niebezpiecznie, zdatne do czegoś, znaczy do
roboty, i jak z genitaliami? Dorosłym kazano stawać na krzesłach i owłosienie łonowe oglądano, przyświecając latarkami. Szukano śladów po
ukąszeniach na podbrzuszu. Insekty? Wtedy trzeba golić do skóry. No i data, termin, miesiąc, dzień okresu. Jeśli ciąża, to kłaść się na stół
akuszerski i pokazać, co tam w środku. Męskie palce mundurowego
specjalisty z podwiniętymi mankietami już gotowe do gmerania w pochwie.
Bronkę, która dopiero co rozkwitała w swej kobiecości i kusiła
mięsistymi wargami, osłaniał czar, jaki te milczące wargi nakładały jej
na twarz. Ułomność roznosząca tajemnicę po skórze wchodziła we wszystkie
zakamarki, a spojrzeniu nadawała coś mokrego w wyrazie, jakąś głębię
nigdy niezamarzającego jeziora, dlatego ciarki przechodziły, gdy komuś
zdarzyło się skrzyżować z nią swoje oczy. Taubstumme?10.
- Do łaźni! - powiedział esesman, spuszczając wzrok, gdyż akurat w tym
momencie nie narodził się w nim morderca żyjący podówczas w prawie
każdym Niemcu. Czy zapisał w jej dokumentach: Taubstumme? Czy jedynie
to o oczach, że oparzelisko? Dlaczego nie kazał dołączyć do procesji
upośledzonych za Marianką i Mariolą?11. Bronka głucha jak one i z tej samej gminy, mijały się nieraz, tylko ona była już dojrzała w swych wdziękach. Może z tego powodu nie wydano na nią wyroku i nie
musiała usłyszeć tego, co tamte dziewczyny, że ma odejść za metalową
bramę. Jak one to usłyszały? I jak ona miałaby ten głos usłyszeć?
Jedynie uszami siostry, która przyuczona do objaśniania jej świata,
posłyszawszy, że Bronka ma iść na śmierć, zrobiłaby zaraz palcem
wskazującym poziomy ruch z lewa do prawa tuż pod swoją brodą. Ale Władka
usłyszała: Do łaźni... i to jej palce pokazały siostrze. Bo dobry był ten
Niemiec i uchowała się Bronka w piątym roku wojny.
Do łaźni! Żołnierze wrzeszczeli jak opętani, szturchając, popychając i kopiąc. Zawstydzenie nagością trochę zmalało. Ludzie starali się nie
patrzeć na innych poniżej głowy, zwłaszcza na miesiączkujące kobiety,
którym krew strużkami leciała po wewnętrznej stronie ud i skapywała na
bose stopy. Wyglądały jak ranne w tym największym z fizjologicznych
obnażeń. Która mogła, zasłaniała się rękami. Władka jedną ręką trzymała
Bronkę, drugą przyciskała do siebie małą Krysię. Janek sam musiał się
pilnować. Porywany wciąż w różne strony przez kłębowisko golasów trzymał
się blisko Bronki. Pierwszy raz widział ją bez ubrania. Ale był za mały,
żeby z tej lekcji coś zapamiętać. Czuł tylko jej przestrach i tych
wszystkich potwornie wychudzonych albo klocowato tęgich sylwetek. Matka
nie ostrzegła go, co to za mycie pod prysznicami, czasu na to nie
starczyło, a zresztą skąd miałaby wiedzieć... Śmierdziało od brązowej
cieczy, którą polewano im głowy i chlapano pod pachami oraz w kroczu,
skóra paliła i szczypały oczy. Janek instynktownie przykrył sobą Krysię,
kiedy z sufitu zaczęły lać się strugi na przemian lodowatej i gorącej
wody. Larum się wtedy podniosło. Kobiety krzyczały, dzieci krzyczały i Janek krzyczał, aż naraz od wilgotnej pary kształty straciły granice, w głowie się zamuliło i upadłby, gdyby ścisk się nie zrobił i fala obcych
ciał nie uniosła go do olbrzymiej, zupełnie pustej hali fabrycznej,
gdzie dygocząc z zimna, jedni poprzywierali do drugich na betonowej
podłodze. Czy to jeszcze byli ludzie? Te nagie i oszołomione postacie?
Nie, to już więźniowie z wypełnionym
transportausweisem12.
Po wielu godzinach rozdano namokłą po odkażaniu odzież, tak cuchnącą
chemikaliami i powygniataną, że nie dało jej się w pełni rozprostować,
ale ludzie posłusznie się ubierali, chcąc jak najszybciej zakryć nagość.
Potem rzucono każdemu trochę spleśniałego chleba i ręce w za krótkich
rękawach natychmiast go rozdrapały. Przed pierwszą nocą rozdzielili
mężczyzn i kobiety. Ojciec zabrał syna i sprowadzono ich do piwnicy.
O świcie chłopca obudził przerażający dźwięk, otworzył oczy i w małym
okienku zobaczył czyjeś nogi. Jedne się pojawiały, drugie nikły, kolejne
się pojawiały, by zaraz zniknąć. Niezliczona liczba nóg na wysokości
jego oczu maszerowała w tych charakterystycznych
marschstiefelach13. Rytmiczny metalowy odgłos potęgował
się w uszach Janka i rozchodził po całym ciele. Zaczął trząść się z grozy, bo miał wrażenie, jakby tym krokiem defiladowym po nim żołnierze
szli i wdeptywali go w ziemię. Echo tych kroków słyszały na górze i kobiety. Też były przerażone. Przez całą noc posadzka w hali nie ogrzała
się ani trochę. Kładąc się do snu, Władka zdjęła z głowy wełnianą
chustkę i pościeliła Krysi. Tyle tylko mogła zrobić. Nie miała czym jej
przykryć i długie minuty musiały minąć, żeby dziecko przestało płakać, a Władka mogła odepchnąć od siebie coś mrocznego, co dusiło ją w gardle.
Wymacała wtedy rękę Bronki, splotła z nią palce i tymi palcami jej
mówiła, żeby się nie lękała i cokolwiek by się miało dziać, będą razem.
Pierwszych parę dni wyglądało tak samo: rano kawa albo ciepła woda z rozmąconą mąką i zupa, w której czasem pływały pojedyncze ziarna grubej
kaszy, nieobrane ziemniaki albo marchew, a wieczorem chleb. Brakowało
wody do picia. Zaduch na hali zdawał się nie do wytrzymania. Ludzie
wytrzymywali, mając nadzieję na rychłą zmianę losu. Zmiany przyszły,
jednak nie te dobre. Ktoś rzęził i dusił się, inny wył z obłędu czy
jakiejś maligny i gdy śmierć po raz pierwszy zajrzała do hali
fabrycznej, przez tłum przeszło coś jakby błyskawica.
- Pierdolić ich, zwieźli nas tu na wykończenie - niektórzy próbowali się
burzyć, na co Niemcy zareagowali strzelaniem nie tylko w powietrze, ale
i w zupełnie przypadkowych ludzi. Tu życie miało o tyle wartość, o ile
można było człowieka załadować do wagonu i wysłać w odpowiednim
kierunku.
Hermanna Krumeya denerwowali ci bezczynni Polacy i robił, co się dało,
aby pociągi kursowały regularnie. Kolej miała stanowić krwiobieg nowego
wielkiego państwa, dostarczając w najdalsze zakątki Niemiec krew w postaci siły roboczej. Tylko że z taborem kolejowym wszyscy mieli
wówczas trudności i żądań Krumeya kierowanych do Głównego Urzędu
Bezpieczeństwa Rzeszy nie zawsze wysłuchiwano. Negocjował więc z najróżniejszymi punktami kolejowymi, dwoił się i troił, aż dorobił się
opinii specjalisty wysokiej klasy. Jego placówka działała tak sprawnie,
że jej model przenoszono na inne okupowane przez Niemców tereny. Dopiero
pod koniec wojny Adolf Eichmann zabrał Krumeya z Łodzi na Węgry, gdyż do
pozbycia się tamtejszych Żydów chciał mieć profesjonalistę. Choć Krumey
na co dzień specjalizował się w wysiedlaniu ludności polskiej, to i Żydów na tamten świat transportował z chęcią, jak też dzieci wszelkich
narodowości. Dawniej pracował jako farmaceuta, pewnie dlatego z apteczną
wręcz dokładnością pilnował wszystkiego i niedopuszczalne było leniwe
gnicie zwiezionych do centrali przesiedleńczej ludzi. Kluczowe miały
stać się ruchy, jakiekolwiek ruchy.
Dzieci?! Co one jeszcze tu u nas robią? Oddzielamy dzieci! Od dorosłych
oddzielamy dzieci! Nie będzie się ich włączać do normalnych trybów
ewakuacyjnych, dzięki czemu w pociągach zaoszczędzimy miejsc. Genialne!
Zabrać dzieci rodzicom. Zabić od razu szkoda, można jeszcze coś
wycisnąć. Ustawić je czwórkami i kierunek Polen-Jugendverwahrlager na
ulicę Przemysłową.
Anna:
- Polen co...?
Janek:
- Obóz koncentracyjny dla młodocianych od lat dwóch do szesnastu.
Anna:
- Nie powiesz, że...
Zarządzenie Heinricha Himmlera nakazywało traktować jednostkę z ulicy
Przemysłowej w Łodzi na równi z oświęcimską. W hitlerowskich
przedsięwzięciach i intencjach homeostaza, a w przyrodzie balans - dla
dorosłych Auschwitz, dla dzieciaków Litzmannstadt.
W Litzmannstadt na wydzielonym z getta terenie ustawiono zbite z desek
baraki długie na kilkadziesiąt metrów. To dla więźniów
Polen-Jugendverwahrlager der Sicherheitspolizei14.
Taki szyld zawieszono nad bramą lagru. Dla załogi wyremontowano murowane
domy i zbudowano kryty kort tenisowy. Z jednej strony był mur cmentarny,
resztę ogrodzono wysokim płotem bezszczelinowym. Niemieccy wartownicy
mieli strzec baraków w dzień i w nocy, żeby nikt nie przecisnął się stąd
na powrót do życia.
Himmler naprawdę martwił się losem dzieciarni.
- Obóz prewencyjno-izolacyjny uważam za konieczny - mówił. - Cóż, wojna
rozbiła rodziny i wałęsają się te polskie sieroty po ulicach bez
nadzoru, żebrząc i kradnąc. One są zagrożeniem moralnym dla naszej
młodzieży!
Krysia płakała, kiedy odrywano ją od matki. Władka zdążyła krzyknąć do
syna, żeby pod żadnym pozorem nie puszczał rączki siostry. Od teraz los
Krysi leżał w jego rękach. W ich rodzinie ręce dużo znaczyły.
Sześć kilometrów z Wiesestrasse na Gewerbestrasse, bo tyle tylko
dzieliło obie ulice od siebie, dałoby się przejść szybko, ale grupa
dzieci wlokła się i wlokła. Zniecierpliwiona Sydonia Bayer15
uderzała pejczem w blat biurka. Czekała na nową grupę do testowania
najrozmaitszych tortur. Każda dostawa dzieciaków ją podniecała.
Doprowadzić do tego, by w jak najkrótszym czasie stały się żywymi
szkieletami, mogło podniecać.
Sydonia miała przed sobą jeszcze rok takiego ekscytującego życia, a półtora w ogóle, gdyż pod koniec 1945 roku za zbrodnie wojenne zawiśnie
na szubienicy. Na razie po podpisaniu volkslisty z ekspedientki
przeobraziła się w więzienną nadzorczynię, a z Isoldy w Sydonię, choć
wszystkie dokumenty nadal podpisywała starym imieniem, lecz nie tym
noszonym przez jasnowłosą księżniczkę od Tristana. Jej Isolda wywodziła
się od słowa żelazo, które rządzi i panuje. Czy imię może człowieka
zdeterminować i miła sprzedawczyni ze sklepu ustanowi rekord w okrucieństwie?
Cios był tak silny, że Janek upadł na ziemię, pociągając za sobą
siostrę. Sydonia nie przestawała okładać chłopca, aż stracił
przytomność. Siłą oderwała małą i pchnęła na stronę dziewczynek.
- Polnisches Schwein16, szczeniak jeden! Jak mógł ją kopnąć?!
Wyraźnie przecież powiedziała, i to za drugim razem po polsku, że mają
się rozdzielić. Nie dał sobie wyszarpnąć tego kleiner
Scheißer17, to ma na dzień dobry. Zamachnęła się jeszcze raz
i wycelowała w brzuch, chłopak zaskowyczał. Żyje. Rozchmurzyła się,
patrząc na jego jasne włosy.
- Z dostarczonych tym razem dzieciaków większość jest blond, może da się
z nich wybrać prima sort, potrzebujemy takich do zaludniania naszej
aryjskiej ziemi. Himmler, wielki komisarz do umacniania niemczyzny, każe
germanizować co lepsze jednostki. Kto mówi, że to rabunek gnojów? Jaka
kradzież? Przenarodowienie i tyle. Da się im nowe nazwiska, świeżutkie
metryki urodzenia i w niemieckich rodzinach z polskich kundli zrobi się
zdatne jednostki. Kto będzie pamiętał jakąś matkę i ojca, podludzi. Z tego hardego szczuna dobry materiał może być. Trzeba mu zmierzyć głowę -
uznała.
W drelichowych uniformach i w drewnianych trepach setki dzieci wyglądały
tak samo. Niby tak samo. Różniły się. Te nowe przypominały ludzkie
potomstwo, widok tych, które w obozie były dłużej, przerażał.
Kościotrupy z odmrożonymi kończynami i z ogromnymi bliznami nie wiadomo
skąd u tak drobnych postaci, u prawie każdej dziewczynki i chłopca. Jak
to nie wiadomo? Wiadomo, z bicia. Mali więźniowie nie mieli imion, po
przekroczeniu bramy stawali się numerami, inaczej w obozie byłby
bałagan, lepiej ułatwiać życie i procedury temu służyły oraz praca po
dziesięć, dwanaście godzin. Wszakże każdego da się zmusić do pracy,
nawet dwuipółletnie Marysie i Zosie. Mogą kleić papierowe torby,
sortować łodyżki słomy i układać gałązki wikliny, ale wyplatanie tub i koszy na amunicję należało do obowiązków starszych dzieci, jak również
ładowanie nabojów karabinowych, szycie chlebaków, naprawa mundurów
wojskowych i butów. Drobne paluszki za to sprawnie wykrawały skórzane
paski do masek przeciwgazowych. Nie umiesz? A czego to się nie można
nauczyć? Wszystkiego można się nauczyć, gdy raz za razem na plecy spada
nahajka, gdy w otwartej ranie wierci ktoś szpicrutą albo ropiejące
strupy rozrywa kańczugiem, gdy każe skakać z podniesionymi rękami aż do
omdlenia, gdy na mrozie polewa wodą ze studni, gdy topi w beczce z pomyjami, gdy zamyka w skrzyni z piaskiem, gdy wiesza za nogi na
łańcuchu, głowę spuszczając do kanału ze smarami samochodowymi, gdy
scyzorykiem wycina genitalia, gdy, gdy, gdy...
Polacy mieszkający w Łodzi przy Przemysłowej, w tej pierwszej kamienicy
zaraz za bramą obozową, ze swoich okien widzieli niejedno.
- Lepiej zobaczyć własne dziecko w trumience, niżby miało tam trafić do
tych esesmańskich bestii - mówili między sobą. Tak mówili.
Anna:
- Słyszycie, co mówili? Usłyszcie o Małym Oświęcimiu!!!18.
Janek:
- Nie krzycz! Nie histeryzuj!
Anna:
- Histeryzuj?! Kto w Polsce, kto na świecie, kto?! Kto wie o tym, że
Niemcy tak głodzili uwięzione dzieci, aż puchły z obrzęków i rozrywały
się na nich ubrania?
Janek:
- Parę osób jeszcze wie, zresztą jest tablica i pomnik "Pękniętego
Serca".
Anna:
- Dobrze się nazywa. Na tablicy napisano, jak raz jednemu Kaziowi
hitlerowiec rzucił ogryzioną kość i pozwolił ją rozbić kamieniem, a potem tę sypką miazgę zjeść. I że Sydonia nie lubiła chorych dzieci. Co
jej z takich, które nie były w stanie pracować, nie były w stanie
chodzić ani nawet się poruszyć. Sprawdzała kijem, czy cudownie nie
ozdrowiały, i jeśli były w agonii, kazała do worków pakować i do
trupiarni wrzucać jeszcze żywe.
Janek:
- Jestem żywy.
Anna:
- Przeznaczony do germanizacji.
Mieć dobry wygląd to zawsze szczęście. Dobry według kryteriów jakichś
ludzi. Wtedy wiadomo jakich. Himmler miał paranoję na punkcie
jasnowłosych i niebieskookich. Liczyła się biała karnacja. Liczyły się
narzędzia do pomiarów głowy.
- Jaki masz rozstaw kości policzkowych? A długość nosa? Nie nazbyt
obwisłe powieki? Czoło, żuchwa podczłowieka czy człowieka? W sumie
czaszka owszem i aryjska, lecz ta masa w środku. Ona czysta? Test
psychologiczny, czy jest czysta, i zapisać da się ojczyźnianie.
Junge19, nie opuszczaj wzroku, wystraszone oczka to u Żyda.
Umiesz maszerować? Jesteś zdolny i układny? Będziesz grzeczny i gotowy
poddać się dyscyplinie? Już, rozbierać się do naga! - rozkazują.
Niemcy zawsze preferują nagość i komisję. Przed komisję każdy, przed
lekarzy do spraw pochodzenia powołanych. Werdykt zaraz będzie, podział
na rasowo cennych, do dalszego chowu przeznaczonych, reszta w Polen-Jugendverwahrlager, w esesmańskiej rzeźni z Przemysłowej zniknie
już na wieki wieków amen. Stoi Janek obnażony, bosy aż po szyję. I zaplanowano w jego sześcioletnim ciele ukuć Niemca, zdrapać polski
nalot, ostateczną supremację ducha Panów uruchomić... Ducha w Panach gdyby
trochę było, zabieraliby syna matce?20.
Bronka modlić się nie przestawała, żeby siostra nie straciła zmysłów. A że nie miała w sobie ludzkiego głosu ani choćby szeptu, czymś
wewnętrznym, jakimś głuchym dźwiękiem tworzyła formy i formułki, które
rozumieć mógł tylko Bóg. Zwykły człowiek z jej rzeczywistości niczego
nie pojmował. Dzieci czasem czuły, wyczuwały, ale odkąd znikły, Bronka
była w pustce zawieszona. Znikły dzieci, wszystkie, jakie wysiedleńcy
mieli, w hali fabrycznej zrobiło się inaczej. Nie, wcale nie ciszej. W świat dorosłych wkroczył lament, płacz i zgrzytanie zębów. Nikt nie
wiedział, gdzie jego dziecko posłano, żyje jeszcze czy do gazu
pojechało. Nikt nie wiedział o obozie, w którym młodociani tkwili parę
ulic dalej, katowani, sortowani, zmieniani w filar Wielkiej Rzeszy bądź
po prostu w śmieci21.
Na Kopernika ludzi sortowano równie chętnie. Z pociągami do wywózki
sprawy się toczyły wolno, więc kluczowe miały stać się ruchy,
jakiekolwiek. Któregoś dnia przeniesiono ich na Żeligowskiego do dawnej
przędzalni, później na Łąkową i za parę dni znów na Kopernika. Marsze
takie miały czemuś zapobiec albo stworzyć tkankę sprawnie działających
struktur, funkcjonowania w miąższu wydolnego aparatu. Zmęczyć ludzi
trzeba było, znużyć, zobojętnić, nie pozwolić zagrzać miejsca. Dowożono
kolejnych przesiedleńców i wtedy hale wypełniały się ożywczymi
oddechami. Jednak nie na długo. Ci nowi wierzyli w możliwość urządzenia
się i szukali sienników do spania, pozostali rozkładali na podłodze
swoją pościel albo koczowali na resztkach wymiętego siana. Wszędzie
trzeba się było zapisywać, inaczej nikt nie miał wstępu do pralni,
lazaretu, umywalni. "Unikaj brudu, bądź zawsze czysty. Brud, wesz, rodzą
wiesz - tyfus plamisty" głosiły niemieckie plakaty porozwieszane na
ścianach22. Wiosna za wielkimi fabrycznymi oknami jeszcze zimą
pachniała i coraz mocniej chorobami zakaźnymi.
Kiedy Śliwińscy na nowo, choć jakby po staremu, znaleźli się w budynku
przedwojennego zakładu watoliny, czyli kolejny raz na Kopernika, znali
prawie całą załogę pilnujących ich tam esesmanów. Nie żeby jakaś
serdeczność się pojawiła, interes był do zrobienia, bo chodziły słuchy,
że dzieciaki żyją. Mijał właśnie drugi miesiąc, odkąd znikły, dwa i pół
od chwili, gdy wszyscy znaleźli się w Łodzi. Władka, jej mąż Jan i siostra Bronka przeszli zwycięsko inwentaryzację etniczną, czystki,
klasyfikacje, katalogowania. W kartotece zapisano zdatni do pracy.
Dostali karty wysiedlenia i wiadomo było, że wkrótce wyekwipują się do
Rzeszy. Kiedy? A kto by ich zawiadamiał, znali jedynie kierunek. To nie
był zły kierunek, mogli przecież pojechać na tamten świat. W pewnym
sensie jechali, bo z dnia na dzień tracili siły przez niedożywienie i rozpacz za Jankiem i Krysią. Rozpacz była zabroniona, zresztą zabronione
było prawie wszystko.
Przymusowo osadzeni w obozie i traktowani jak więźniowie, żyli według
więziennego regulaminu. Na dźwięk dzwonka maszerowali, ustawiali się w kolejce do ubikacji, suszyli bieliznę.
- Achtung! Achtung!23. Nie wolno spluwać wokół budynków!
Strzelamy bez ostrzeżenia! Bezwzględne posłuszeństwo! - wrzeszczeli
Niemcy.
Ile razy ludzie to słyszeli? Ile razy Władka Bronce to pokazywała, no
ile? Dni, godziny, minuty w lęku przed surową karą za to, że wiele
tygodni temu zabrano im ich własne życie, że wiele tygodni temu zabrano
im dom, że wiele tygodni temu zabrano im dzieci. Kara musi być zawsze w tle: za splunięcie natychmiastowe przeniesienie do obozu o nasilonym
terrorze. Kto wykroczy takim byle czym?
- Ja wykroczę - powiedział ojciec dzieci. - Bez dzieci jak żyć? Mam
obrączki ślubne.
Za obrączkę złotą z jednym takim, co Totenkopf, trupią czaszkę z piszczelami dwiema na mundurze nosił, na Przemysłową poszedł Jan i pokazał palcem, o którego chłopca chodzi. Za drugą złotą obrączkę
pokazał palcem, o którą dziewczynkę chodzi. Zupełnie łatwe się to
okazało, choć do cna niebezpieczne było. W obozie nawet do ogrodzenia
nie wolno podchodzić. Kto o tym zapomina? Kto przekracza bramy dwóch
obozów w tę i z powrotem? I kto idzie obok esesmana i co mówi? Nic nie
mówi, przecież nic nie znaczy. Jest lagrowcem, zatrzymanym, winnym,
katorżnikiem, jeńcem, który tylko płaci za usługę. Wyciągnięcie dziecka
z piekła Polen-Jugendverwahrlager prawie niemożliwe, a takiego nie do
biologicznej eksterminacji - bardzo trudne. Kogo złapią w szpony
ostatecznej germanizacji, tego nie wyrywa się, albowiem odzyskiwanie
krwi niemieckiej jest priorytetem. Janek już był prawie Niemcem i za
chwilę miał jechać do rodziny szwabskiej. Nowych dzieci życzono sobie i takie procedury szybko się toczyć musiały. Oni tam, w Rzeszy,
wychowaliby go na prawdziwego patriotę, może nawet poszedłby na wojnę ze
swoimi, nie wiedząc, że to swoi? Teraz szedł przed ojcem jako polski
więzień i kulejąc, przekraczał bramę przy ulicy Kopernika 55. Krysię
ojciec niósł. Tak była wychudzona, że drogi pokonać sama nie mogła. Nie
miała swoich bucików na nogach, tylko za duże chodaki i ranę na pięcie.
Ani Janek, ani Krysia nie zapomnieli matki i ciotki, lecz mizerne twarze
i dziwne ubrania, coś pomiędzy piżamą a szarym od brudu mundurkiem,
wystraszyły kobiety i onieśmieliły. I te ich małe, łyse główki! Gdzie te
dzieci mają włosy?! Bronka nie wyciągnęła do nich rąk, tylko się po
brzuchu gładzić zaczęła, jak zawsze, gdy chciała okazać radość. Widać
stąd brała początek cała tkliwość z niej płynąca. Władkę płacz zadławił.
Słów wykrztusić na powitanie dzieci nie mogła. Rodziła je w bólach, ale
ten ból, który przez ostatnie miesiące rozdzierał jej macicę i serce,
był dotkliwszy. Kim okazał się esesman, kto w nim drzemał, skoro taką
misję przeprowadził sprawnie zakończoną? Zostawił narzeczoną daleko,
gdzieś w ojczystej ziemi, i na dowód miłości postanowił wnieść ślubne
wiano ze złotych obrączek od Polaków zarobionych, bo nie zrabowanych!
Jak udało się Śliwińskim je schować? Przez rewizję przeszły w stanie
pełnym i w tym stanie odpłynęły ku niemieckim łapom, może lżej to nazwać
ot, niemieckim rękom. Z rąk do rąk po prostu przeszły, a wraz z nimi
ślubnych zaklęć rymy i przysięgi: "Przyjmij tę obrączkę na znak mojej
miłości i wierności, w imię Ojca i Syna i Ducha Świętego", mówił Jan i mówiła Władysława, kiedy przed ołtarzem w Lututowie przyrzekali sobie w zdrowiu i w chorobie przyjąć wzajemnie swoje śluby plus przyszłe dzieci,
jakimi Pan Wszechmogący ich obdarzy. I obdarzył synkiem oraz córką. Czy
więc teraz równać mogła się ta wartość w złocie, tych obrączek, z zaistniałych dzieci życiem i ich przyszłych losów wypełnieniem? Widać po
niemiecku jeden do jednego wyszło i udało się przekonać służbie
narodowej oddanemu szkopa, żeby pomógł, by wydobył, na świat wyprowadził
dziewczę i chłopczyka z innej nacji, gorszej znacznie, bo słowiańskiej.
Ale dobry był Niemiec i uchowały się dzieciska w tym piątym roku wojny.
Choć ich ojciec po niemiecku z Niemcem gadał, Schillerowskiej Ody do
radości ni jednego wersu nie znał ani nawet Łez Hölderlina, tych
perlistych łez za zmarłymi i miłością złudną, aż zdającą się niemądrą.
Własne łzy wylewał Jan Śliwiński, wówczas lat mający trochę więcej niż
trzydzieści. Gdyby jego gwiazda zgasła, niema Bronka i jedynie polskim
władająca Władka by nie podołały. Siostry zwarte, zawsze z sobą, nigdy w rozproszeniu. Znały życie tylko wspólne i kiedy Jan poznał Władkę,
dowiedział się, że w pakiecie Bronkę bierze. Nie dosłownie. Nigdy do
niej się nie dobrał. Była jakby częścią żony, jakby dzieckiem, jakby
świętą. Nietykalna głuchoniema, która żyła wewnątrz w tym trójkącie,
potem w wielokącie tej rodziny.
Zdjęcia profilowe dwa i jedno na wprost przed zgoleniem włosów Jankowi
fotograf zrobił. Takie więzienne kadry z metalową podpórką. Linie
papilarne łysego więźnia też były ważne dla Trzeciej Rzeszy. Pani w mundurze kazała mu każdy palec przyciskać do gąbki, a potem położyć
dłonie na papierze i uderzyła po rękach przezroczystą linijką. Widać
przez nią wszystko. I naraz, gdy go wypchnięto z budynku, chłopiec
zobaczył świat pełen dzieci. Nigdy nie widział tylu dzieci. Były
wszędzie.
Anna:
- Pomyślałam, jakie to straszne wymyślić obóz koncentracyjny dla dzieci.
Janek:
- Wszystko dla ciebie straszne. Takie było nasze życie.
Anna:
- To przez obóz tak brzydzisz się brudu?
Janek:
- Tam nie było niczego oprócz brudu. Brudny świat. I nie było za dużo
mycia, może trochę wody czasem w misce; te mundurki przylepiały się do
skóry. A gdy bili i krew...
Anna:
- Krew?!
Janek:
- Zawsze bili do krwi.
Anna:
- Po co bili? Czemu osłabiali siły biciem? Słabe dzieci? To jaka praca
potem? Nie chodziło o pracę?
Janek:
- Niby chodziło o pracę, na przykład o te auta niemieckie, które
wjeżdżały i mechanik je naprawiał... chłopcy mieli w oleju i smarach ręce,
twarze całe, bo usługiwali... to znaczy w robocie brali udział i nie było
jak się pozbyć tego brudu ani tłuszczu... i karano ich, ale wiesz, wcale
nie po plecach bili, tylko w pachwinę, jakoś w pachwinę lubili uderzać,
tutaj, pod brzuchem, od wewnętrznej strony uda, tu jest tak miękko i kańczugiem cios zadawali, zaraz krew leciała i spodnie się przyklejały,
brud wchodził.
Anna:
- Ale miałeś sześć lat, a oni byli dorosłymi ludźmi.
Janek:
- Oni? Oni nie byli ludźmi.
Władka, gdy pierwsza fala szczęścia z rozpaczą zmieszana przetoczyła się
przez nią, zaczęła zdzierać z dzieci drelichy i ciała z jej ciała
oglądać. Krysia miała obtartą piętę i palce u obu nóg obtłuczone,
poharatane przedramię i policzek zasiniony, na plecach ślady po razach.
Bez ubrania wtuliła się w matkę, jakby schować się chciała na powrót w jej łonie. Janek próbował pohamować płacz, ale skowyczał w nim ktoś, kto
wypowiedzieć chciał zranienia swoje i cudze, wył za tymi dziećmi, które
w barakach zostały, bo nikt nigdy nie przyjdzie po nie. Chował przed
wzrokiem matki pokaleczoną pachwinę, wstydził się tego brudu na sobie i drapał się po nogach, po szyi, wydrapać ze swojej skóry chciał cały ten
obóz. A to wszy były, nic innego. Poza obrażeniami ciała i brudem w duszy dziecięcej tylko wszy Janek z Krysią przynieśli.