Na szpulce niebieskiej nici - Anne Tyler

Reflow text when sidebars are open.
Późnym wieczorem pewnego dnia w 1994 roku Red i Abby Whitshankowie odebrali telefon od swojego syna Denny'ego. Przygotowywali się właśnie do snu. Abby stała w samej halce i wyciągała szpilki z niezbyt obfitego koka w kolorze piasku. Red - śniady, wychudły mężczyzna w pasiastej piżamie i białym podkoszulku - usiadł właśnie na brzegu łóżka, żeby zdjąć skarpetki. Kiedy zadzwonił telefon na stoliku nocnym, to właśnie on podniósł słuchawkę.
- Halo? - powiedział. - O, cześć - dodał po chwili.
Abby odwróciła się od lustra, trzymając nadal obie ręce w górze.
- Co takiego - oznajmił raczej, niż zapytał, Red. - Co? O cholera, Denny!
Abby opuściła ręce.
- Halo? - powiedział Red. - Zaczekaj. Halo? Halo?
Milczał przez chwilę, po czym odłożył słuchawkę.
- Co się stało? - zapytała Abby.
- Mówi, że jest gejem.
- Co?!
- Stwierdził, że musi mi o czymś powiedzieć: jest gejem.
- A ty się rozłączyłeś!
- Nie, Abby. To on się rozłączył. Powiedziałem tylko "o cholera", a on się rozłączył. Odłożył słuchawkę. Tak po prostu.
- Och, Red, jak mogłeś? - jęknęła Abby. Odwróciła się i sięgnęła po szlafrok z bezbarwnej szenili, która niegdyś była różowa. Zarzuciła go na siebie i luźno zawiązała pasek. - Co cię opętało? Dlaczego tak powiedziałeś?
- Nie miałem złych intencji! Kiedy ktoś ci coś nagle oznajmia, mówisz zwykle: "O cholera", prawda?
Abby poprawiła niesforny kosmyk włosów, który opadł jej na czoło.
- Chciałem tylko powiedzieć: O cholera, co jeszcze, Denny? Co jeszcze wymyślisz, żeby przysporzyć nam zmartwień? On doskonale wiedział, że o to mi chodziło. Uwierz mi, wiedział. Ale teraz może zwalić winę na mnie, uznać, że jestem ograniczony i staroświecki, albo nazwać to jeszcze inaczej. Cieszył się, że mu to powiedziałem. Dał mi to odczuć, kiedy tak szybko się rozłączył. Miał przez cały czas nadzieję, że powiem nie to, co trzeba.
- No dobrze. - Abby starała się zachować zdrowy rozsądek. - Skąd dzwonił?
- Pojęcia nie mam. Nie ma stałego adresu, nie kontaktował się z nami przez całe lato. Sama wiesz, że już dwa razy zmieniał pracę, zresztą pewnie nie wiemy o wielu innych podobnych przypadkach... To dziewiętnastoletni chłopak, a my nie mamy pojęcia, w której części planety akurat przebywa! Czuję, że coś jest nie tak.
- Czy to brzmiało jak rozmowa międzymiastowa? Słyszałeś w tle jakieś szumy? Zastanów się. Mógł dzwonić stąd, z Baltimore?
- Nie wiem, Abby.
Usiadła obok niego. Materac się ugiął - była potężną, zajmującą sporo miejsca kobietą.
- Musimy go znaleźć - oznajmiła. Po chwili dodała: - Powinniśmy zainstalować sobie... jak to się nazywa? Identyfikację numerów. - Pochyliła się i spojrzała z wściekłością na telefon. - Och, Boże, chcę mieć identyfikację numerów w tej chwili!
- Po co? Oddzwoniłabyś do niego, a on by po prostu nie odebrał.
- Nie zrobiłby tego. Wiedziałby, że to ja. Odebrałby, gdyby wiedział, że to ja.
Poderwała się z łóżka i zaczęła nerwowo chodzić w tę i z powrotem po perskim dywanie. Drogę tę przemierzyła w życiu już tyle razy, że na środku powstał długi biały ślad. Wszystko to działo się w przestronnym i ładnie urządzonym pokoju, który najlepsze lata miał już za sobą, a korzystający z niego ludzie dawno przestali przywiązywać wagę do swojego najbliższego otoczenia.
- Był zdenerwowany? - zapytała. - A może przygnębiony?
- Nic mu nie było.
- To ty tak twierdzisz. Jak sądzisz, czy on coś pił?
- Nie wiem.
- Byli tam z nim jacyś ludzie?
- Nie wiem, Abby.
- A może... jedna osoba?
Posłał jej ostre spojrzenie.
- Chyba nie sądzisz, że mówił poważnie - odparł.
- Oczywiście, że mówił poważnie! Niby dlaczego miałby powiedzieć coś takiego?
- Ten chłopak nie jest gejem, Abby.
- Skąd możesz to wiedzieć?
- Po prostu nie jest. Zapamiętaj moje słowa. Będzie ci potem głupio. Za jakiś czas sama powiesz: "O rany, przesadziłam".
- No cóż, to jasne, że chcesz w to wierzyć.
- Czy twoja kobieca intuicja niczego ci nie podpowiada? Ten chłopak zrobił dziewczynie dziecko, zanim skończył szkołę średnią!
- I co z tego? To nic nie znaczy. To mógł być nawet symptom - powiedziała Abby.
- Słucham?
- Nigdy do końca nie wiadomo, jak wygląda życie erotyczne drugiego człowieka.
- To prawda. Dzięki Bogu.
Red pochylił się, stęknął i wyciągnął spod łóżka kapcie. Abby tymczasem przestała krążyć po pokoju i znowu zaczęła wpatrywać się w telefon. Położyła na nim dłoń, zawahała się, a następnie podniosła słuchawkę, przyłożyła do ucha na pół sekundy, po czym z hukiem umieściła na widełkach.
- Problem z identyfikacją numerów polega na tym - Red mówił głównie do siebie - że jest to swego rodzaju oszustwo. Odbierając telefon, człowiek powinien podejmować jakieś ryzyko. Moim zdaniem na tym właśnie polega istota telefonów.
Wstał z trudem i ruszył w kierunku łazienki.
- To by wiele tłumaczyło. Prawda? - powiedziała Abby. - Gdyby okazał się gejem.
Red zamykał właśnie drzwi łazienki, ale wystawił jeszcze głowę i posłał żonie wściekłe spojrzenie. Jego gęste czarne brwi, zwykle proste jak brzytwa, prawie się przy tym połączyły.
- Czasem szczerze żałuję, że ożeniłem się z pracownicą opieki społecznej.
Zatrzasnął drzwi.
Kiedy wrócił do pokoju, Abby siedziała w łóżku, z rękami złożonymi na koronkowej koszuli nocnej.
- Chyba nie zamierzasz obwiniać mnie o problemy Denny'ego - rzuciła.
- Mówię tylko, że można też być zbyt wyrozumiałym - wyjaśnił. - Przesadnie współczuć i kierować się wyłącznie litością. Próbujesz na siłę zgadywać, co siedzi w głowie tego dzieciaka.
- Nie można być zbyt wyrozumiałym.
- No cóż, nie dziwię się, że pracownica opieki społecznej tak uważa.
Prychnęła z rozdrażnieniem, po czym raz jeszcze zerknęła na telefon. Red uniósł kołdrę i wśliznął się pod nią, zasłaniając na chwilę aparat. Wyciągnął rękę i zgasił lampkę na stoliku nocnym. W pokoju zapanowała ciemność, którą rozpraszała jedynie słaba poświata z dwóch wysokich okien wychodzących na trawnik przed domem.
Red leżał płasko na materacu, ale Abby wciąż siedziała.
- Myślisz, że jeszcze do nas zadzwoni? - zapytała.
- O tak. Prędzej czy później.
- Ten pierwszy telefon musiał go wiele kosztować. Może nie będzie miał odwagi na kolejny.
- Odwagi! Jakiej odwagi? Przecież jesteśmy jego rodzicami! Dlaczego miałby potrzebować odwagi, żeby zadzwonić do własnych rodziców?
- Potrzebuje jej do rozmowy z tobą - uściśliła Abby.
- To śmieszne. Nigdy nie podniosłem na niego ręki.
- Nie, ale odnosisz się z dezaprobatą do wszystkiego, co robi. Zawsze go za coś krytykujesz. Dziewczęta traktujesz zwykle łagodnie, z kolei Stem jest bardzo podobny do ciebie. Ale Denny! Wszystko przychodzi mu z trudem. Czasem mam wrażenie, że nawet go nie lubisz.
- Abby, na litość boską. Wiesz, że to nieprawda.
- Och, kochasz go, wiem o tym. Ale widziałam, jak na niego patrzysz. Jakbyś się zastanawiał, kim w ogóle jest. Nie sądzisz, że i on mógł to zauważyć?
- Jeżeli to prawda - odparł Red - to dlaczego zawsze ucieka przed tobą?
- Wcale przede mną nie ucieka!
- Odkąd skończył pięć czy sześć lat, nie chciał wpuszczać cię do swojego pokoju. Wolał sam zmieniać sobie pościel niż pozwolić, żebyś robiła to za niego! Prawie nie przyprowadzał znajomych do domu, nie chciał mówić, jak mają na imię, nie opowiadał ci nawet, co robił w szkole. "Mamo, nie wtrącaj się w moje życie - powtarzał. - Przestań wściubiać nos w nie swoje sprawy, przestań mnie pilnować". Ze wszystkich książeczek z obrazkami najbardziej nie lubił tej, w której mały królik chciał się zmienić w rybę, chmurę i tak dalej, żeby uciec gdzieś daleko, a jego mama powtarzała, że ona też to zrobi i ruszy w ślad za nim. Denny tak nie znosił tej książeczki, że wyrwał z niej wszystkie kartki, pamiętasz?
- To nie miało nic wspólnego z...
- Zastanawiasz się, dlaczego został gejem? Nie żeby naprawdę został gejem, ale gdyby został, gdyby po prostu przyszło mu do głowy nas tym dręczyć, to wiesz, dlaczego by to zrobił? Powiem ci dlaczego: zawsze chodzi o matkę. Zawsze chodzi o przytłaczającą, nadopiekuńczą matkę.
- Och! - zawołała Abby. - To, co powiedziałeś, jest tak staroświeckie, zacofane i po prostu... po prostu niestosowne, że nie zamierzam nawet się do tego odnosić.
- A mimo to zadałaś sobie wiele trudu, żeby mi o tym powiedzieć.
- Skoro już sięgasz po teorie rodem ze średniowiecza, to co w takim razie z ojcem? Co z ojcem macho, ojcem budowlańcem, który każe synowi wziąć się w garść, mieć trochę ikry, przestać jęczeć i nie zaprzątać sobie głowy bzdurami, wspiąć się na ten cholerny dach i przybijać młotkiem dachówkę?
- Dachówki nie przybija się młotkiem, Abby.
- No więc co z ojcem? - naciskała.
- Dobrze, w porządku! Tak robiłem. Byłem najgorszym ojcem na świecie. Stało się.
Przez chwilę panowała cisza. Jedyny dźwięk, jaki słychać było w sypialni, dochodził z zewnątrz - odgłos przejeżdżającego w pobliżu samochodu.
- Nie powiedziałam, że byłeś najgorszym ojcem - zaznaczyła Abby.
- To dobrze - odparł Red.
Znowu cisza.
- Czy nie da się nacisnąć jakiegoś guzika, żeby wybrać ostatni numer, z którego do nas dzwoniono?
- Da się: gwiazdka sześćdziesiąt dziewięć - oznajmił Red, po czym odchrząknął. - Ale nie powinnaś tego robić.
- Dlaczego?
- Chciałbym zauważyć, że to Denny postanowił zakończyć rozmowę.
- Zrobił to, bo poczuł się urażony.
- Gdyby poczuł się urażony, nie spieszyłby się tak z odłożeniem słuchawki. Nie zrobiłby tego tak gwałtownie. Ale on rozłączył się tak, jakby tylko na ten moment czekał. Och, tak jakby zacierał ręce i cieszył się, że może przekazać mi tę wiadomość! Zaczął od razu: "Chciałbym ci o czymś powiedzieć".
- Wcześniej mówiłeś: "Muszę ci o czymś powiedzieć".
- No cóż, wszystko jedno - odparł Red.
- To co w końcu powiedział?
- Czy to ważne?
- Tak, to ważne.
Zastanawiał się przez chwilę. Zaczął mamrotać pod nosem.
- Muszę ci o czymś powiedzieć - spróbował. - Chciałbym ci o czymś powiedzieć. Tato, chciałbym... - Przerwał. - Naprawdę nie pamiętam.
- Czy mógłbyś wybrać gwiazdkę sześćdziesiąt dziewięć? Proszę.
- Nie potrafię pojąć jego rozumowania. Przecież wie, że nie jestem jakimś homofobem. Na Boga, zatrudniłem geja do prac przy karton-gipsie. Denny o tym wie. Nie mam pojęcia, dlaczego uznał, że będzie mi to przeszkadzało. To znaczy oczywiście mogę nie przyjąć tej nowiny z zachwytem. Człowiek zawsze by wolał, żeby jego dziecku było możliwie łatwo. Ale...
- Podaj mi telefon - poprosiła Abby.
W tej chwili rozległ się dzwonek.
Red sięgnął do telefonu, ale Abby natychmiast rzuciła się w stronę jego stolika nocnego. Zdążył ująć słuchawkę, ale po krótkiej szamotaninie to żona ostatecznie ją przejęła, po czym usiadła i powiedziała:
- Denny? Och, Jeannie - dodała po chwili.
Red znowu wyciągnął się na łóżku.
- Nie, nie, jeszcze się nie położyliśmy - zapewniła. Zamilkła na chwilę. - Oczywiście. A co się stało z twoim? - Znowu cisza. - Nie ma problemu. Do zobaczenia o ósmej. Cześć.
Podała słuchawkę Redowi, który odłożył ją na miejsce.
- Chce pożyczyć mój samochód - wyjaśniła Abby. Opadła z powrotem na poduszkę. Po chwili dodała cienkim, pełnym tęsknoty głosem: - Zakładam, że gwiazdka sześćdziesiąt dziewięć nic teraz nie da?
- Nie - przyznał Red. - Chyba nie.
- Och, Red. Co my teraz zrobimy? On się już nigdy więcej do nas nie odezwie! Nie da nam kolejnej szansy!
- Nieprawda, kochanie - zaprotestował. - Odezwie się do nas. Obiecuję.
Przyciągnął Abby do siebie i ułożył jej głowę na swoim ramieniu.
Leżeli tak przez dłuższą chwilę, aż Abby przestała się kręcić i zaczęła oddychać wolno i miarowo. Red nadal patrzył w ciemność. "Muszę ci coś powiedzieć", powtórzył bezgłośnie, nawet nie szeptem. Po chwili: "Chciałbym ci coś powiedzieć". A potem: "Tato, chciałbym...". "Tato, muszę...". Zniecierpliwiony pokręcił głową. Zaczął od nowa: "...ci coś powiedzieć: jestem gejem". "...ci coś powiedzieć: myślę, że jestem gejem". "Jestem gejem". "Myślę, że jestem gejem". "Myślę, że mogę być gejem". "Jestem gejem".
W końcu dał za wygraną. Wreszcie i jemu udało się zasnąć.
Oczywiście Denny znowu się do nich odezwał. Whitshankowie nie byli rodziną skłonną do melodramatów. Nawet Denny nie mógłby się nagle zapaść pod ziemię, zerwać wszystkich kontaktów i przestać się odzywać - a przynajmniej nie na zawsze. Owszem, zrezygnował w tym roku z wycieczki nad ocean, ale mógłby to zrobić tak czy inaczej. Musiał dorobić przed rokiem akademickim. Uczył się w St Eskil College w Pronghorn w stanie Minnesota. Zadzwonił we wrześniu, tłumacząc, że potrzebuje pieniędzy na podręczniki. Niestety, w domu był wtedy tylko Red, więc niewiele to dało.
- O czym rozmawialiście? - zapytała Abby.
- Powiedziałem mu, że sam musi sobie kupić podręczniki.
- Chodzi mi o to, czy wspominaliście o tamtej rozmowie telefonicznej. Przeprosiłeś go? Wytłumaczyłeś mu? Zadawałeś jakieś pytania?
- Nie zagłębialiśmy się w to.
- Red! - zawołała Abby. - To po prostu klasyka! Typowa reakcja: chłopak oznajmia, że jest gejem, a jego rodzina żyje dalej, jak gdyby nigdy nic. Wszyscy udają, że niczego nie słyszeli.
- No dobrze - powiedział Red. - Oddzwoń do niego. Skontaktuj się z jego akademikiem.
Abby spojrzała na niego bez przekonania.
- Co mam niby powiedzieć? Jak wytłumaczyć, dlaczego dzwonię?
- Powiedz, że chcesz go przesłuchać.
- Po prostu zaczekam, aż znowu się odezwie - zdecydowała.
Ale kiedy znowu zadzwonił - jakiś miesiąc później - i tym razem to ona odebrała, Denny chciał rozmawiać o swoich biletach lotniczych i Bożym Narodzeniu. Powiedział, że zamierza pojechać najpierw do Hibbing, żeby odwiedzić swoją dziewczynę. Swoją dziewczynę!
- Co miałam zrobić? - zapytała później Abby Reda. - Musiałam powiedzieć: "Dobrze, w porządku".
- No tak, co miałaś zrobić - powtórzył Red.
Nie wracał więcej do tematu, mimo że w ciągu tych kilku miesięcy przed Bożym Narodzeniem Abby nie mogła sobie znaleźć miejsca. Była niespokojna i najwyraźniej czekała, aż wreszcie nadarzy się okazja, aby o tym wszystkim porozmawiać. Rodzina obchodziła się z nią jak z jajkiem. Reszta rodzeństwa nie miała pojęcia o domniemanym homoseksualizmie brata. W tej akurat kwestii Red i Abby byli zgodni - nie należało o niczym mówić bez wcześniejszej konsultacji z Dennym. Mimo to wszyscy czuli, że coś jest nie tak.
Abby (w przeciwieństwie do Reda) zamierzała odbyć z Dennym szczerą rozmowę, gdy tylko syn wróci do domu. Niestety, tamtego ranka, w dniu, w którym miał się zjawić, dostali z St Eskil list, w którym przypominano im o warunkach podpisanej umowy: Whitshankowie powinni zapłacić za kolejny semestr, mimo że Denny postanowił zrezygnować z nauki.
- Zrezygnować - powtórzyła Abby.
To ona otworzyła list. Przeczytali go wspólnie. Wypowiedziała to słowo powoli, tak jakby z uwagą rozważała jego rzeczywiste znaczenie i konsekwencje, jakie za sobą pociągało. Denny zrezygnował. On zrezygnował już dawno. Zrezygnował ze swojej rodziny wiele lat temu. Trudno byłoby znaleźć drugiego amerykańskiego nastolatka z klasy średniej, który żył tak jak on: wędrował po kraju jak zwykły włóczęga, pozostawał poza kontrolą rodziców, dzwonił do nich od przypadku do przypadku i skutecznie uniemożliwiał im skontaktowanie się z nim. Dlaczego to wszystko potoczyło się w ten sposób? Z pozostałymi dziećmi uniknęli przecież takich problemów. Red i Abby patrzyli na siebie przez długą, pełną rozpaczy chwilę.
To zrozumiałe, że tematem, który zdominował tegoroczne święta Bożego Narodzenia, stało się porzucenie szkoły przez Denny'ego. (Oświadczył im, że szkoła to kompletna strata czasu i pieniędzy, skoro on i tak nie ma pojęcia, co chciałby zrobić ze swoim życiem. Zaznaczył też, że może wróci tam za rok czy dwa). Kwestia jego homoseksualizmu siłą rzeczy zeszła na dalszy plan pośród całego tego zamieszania.
- Teraz już właściwie rozumiem, dlaczego niektóre rodziny udają, że o niczym nie mają pojęcia - wyznała Abby po świętach.
- Mhm - odparł Red z kamiennym wyrazem twarzy.
Denny był zawsze najładniejszy z czworga dzieci Reda i Abby. (Szkoda, że odrobina tej urody nie przypadła w udziale także dziewczętom). Odziedziczył charakterystyczne dla Whitshanków proste czarne włosy, przenikliwe błękitne oczy i wyraziste rysy twarzy, ale skórę miał nieco ciemniejszą od swojego bladego rodzeństwa, był też lepiej zbudowany - w przeciwieństwie do sióstr i brata nie składał się z samych kości. W jego twarzy dało się jednak zauważyć jakąś skazę, nieregularność czy asymetrię, coś, co sprawiało, że nikt nie uważał go za naprawdę przystojnego. W większości przypadków ludzie dopiero po pewnym czasie zwracali uwagę na jego urodę, odkrywali ją z niejakim zaskoczeniem, tak jakby gratulowali sobie spostrzegawczości.
Urodził się jako trzeci. Amanda miała wtedy dziewięć lat, a Jeannie pięć. Czy chłopcu trudno się żyło z dwiema starszymi siostrami? Może się bał? Czuł się poniżony? Żadnej z dziewczynek nie brakowało pewności siebie; zwłaszcza starszej, która zdradzała skłonności przywódcze. Denny lekceważył jednak Amandę, a małej chłopczycy Jeannie okazywał umiarkowaną czułość i życzliwość. Wydawało się zatem, że to nie relacje z dziewczynkami stanowiły problem. Co innego Stem, który pojawił się, kiedy Denny miał cztery lata. To mogło mieć znaczenie. Stem okazał się dzieckiem bardzo grzecznym. I takie przypadki przecież się zdarzają. Był posłuszny, łagodny i uroczy. Przychodziło mu to ot tak - nawet nie musiał się wysilać.
Nie można jednak powiedzieć, żeby Denny był złym dzieckiem. Miał w sobie na przykład więcej szczodrości niż pozostała trójka razem wzięta. (Kiedy zdechł ukochany kot Jeannie, wymienił swój nowy rower na kociaka dla niej). Nie prześladował też innych dzieci i nie miał napadów złości. Cechowała go jednak niezwykła powściągliwość. Zdarzało się, że jego twarz nagle tężała i chłopiec zamykał się w sobie. W takich sytuacjach wykazywał się zaciętym uporem i nikt nie umiał się do niego przebić. Można było odnieść wrażenie, że jego wściekłość skierowana jest do wewnątrz i całkowicie go blokuje. Red wznosił wtedy ręce do nieba i wychodził, ale Abby nie potrafiła zostawić syna w spokoju. Czuła, że po prostu musi go wyrwać z odrętwienia. Chciała przecież, żeby jej bliscy byli szczęśliwi!