Z początkiem niezwykle ważnego 1776 roku James Cook stał się bardzo ważną osobą - celebrytą, czempionem i bohaterem. O opinię pytali go czołowi naukowcy. Najsłynniejsi portreciści zapraszali go do swych pracowni, żeby im pozował. Cook spotkał się z królem Jerzym III i otrzymał awans na kapitana mianowanego, dzięki czemu znalazł się na najlepszej drodze do zostania admirałem.
Ten skromny syn wrzosowisk Yorkshire, który zaczynał praktycznie od zera, obracał się teraz w wyższych sferach, spędzając czas z londyńskimi elitami w kawiarniach, prywatnych salonach i klubach dżentelmenów. W przemówieniu wygłoszonym w Izbie Lordów został obwołany "pierwszym nawigatorem" Europy. Niektórzy w kręgach władzy zaczęli go wychwalać jako najwybitniejszego podróżnika, jakiego kiedykolwiek wydała Anglia, znakomitszego nawet od Ansona, Hudsona czy Drake'a. Nominowano go do prestiżowego Towarzystwa Królewskiego, a to wkrótce przyznało mu swoje najwyższe odznaczenie, Medal Copleya. Byli i tacy, którzy spekulowali, że otrzyma tytuł szlachecki.
Zaledwie pół roku wcześniej Cook powrócił ze swojego drugiego rejsu dookoła świata. Zapuścił się niemalże do zamarzniętej piwnicy naszej planety i przywiózł ważne znaleziska oraz wspaniałe mapy nieznanych terytoriów. Przebywał na morzu około 1100 dni i przepłynął zapewne ponad 100 tysięcy mil morskich.
Głównym celem jego wyprawy było przemierzenie południowych oceanów i potwierdzenie bądź zanegowanie istnienia hipotetycznego kontynentu określanego jako Terra Australis Incognita. Wielu ówczesnych naukowców przekonywało, że w południowej części globu musi istnieć ogromny, znacznie większy od Australii obszar lądowy, który równoważyłby nieproporcjonalną przewagę lądów na półkuli północnej. Bez takiego południowego superkontynentu Ziemia byłaby tak ciężka w górnej części, że wytoczyłaby się w przestrzeń kosmiczną. Jak złowrogo określił to flamandzki kartograf Gerard Merkator, taka rozchwiana planeta "spadłaby i rozbiła się pośród gwiazd".
Wizja owego kontynentu miała wielu obrońców, z których najzagorzalszym był szkocki geograf Alexander Dalrymple. Obstawał on przy tym, że ten mityczny ląd nie tylko istnieje, ale niemal na pewno jest zamieszkany przez miliony ludzi. Cook miał wprawdzie wątpliwości, ale dostrzegał zalety zbadania wyższych południowych szerokości geograficznych, która to część globu pozostawała w dużej mierze nieznana.
Statek Cooka, HMS Resolution, wspólnie z towarzyszącym mu HMS Adventure, wypłynął z Anglii w lipcu 1772 roku. Adventure stracił kontakt z Resolution u wybrzeży Nowej Zelandii i ostatecznie zawrócił do Anglii, ale Cook płynął dalej i stał się pierwszym kapitanem, który przekroczył południowe koło podbiegunowe (choć istnieją teorie, że maoryscy żeglarze dokonali tego już w czasach starożytnych). Cook wielokrotnie wdzierał się w głąb południowych mórz, by za którymś razem dotrzeć do 71°10' szerokości geograficznej południowej. Nie napotkał niczego, co można by uznać za kontynent, chociaż zbliżył się na odległość stu mil do Antarktydy, gdzie jego statek z oszronionym takielunkiem lawirował pomiędzy górami lodowymi.
W listopadzie 1774 roku Cook zawrócił Resolution na północ i przedzierając się przez pola lodowe, skierował się do domu. Uznał nieznany kontynent za fikcję, a gruntowność i rzetelność, z jakimi przeczesał południowe morza, przekonała admiralicję, że ma rację. Cook dokonał tym samym istotnego "antyodkrycia" - nie znalazł nic tam, gdzie powszechnie spodziewano się znaleźć coś. Jak ujął to jeden z jego biografów, kapitan stał się "egzekutorem niewydarzonych hipotez".
"Jeżeli nie udało mi się odkryć kontynentu - pisał Cook - to nie z braku starań, ale dlatego, że on nie istnieje". Mimo to wyraźnie widać, że zwietrzył zapach Antarktydy. Wszelki większy ląd, który istniał w tych rejonach, musiał być ukryty pod lodem dalej na południe, w miejscu niedostępnym dla statków i niezamieszkanym - "kraina skazana przez naturę na to, by nigdy nie doświadczyła ciepła promieni słonecznych, lecz leżała pogrzebana po wsze czasy pod pokrywą nigdy nietopniejącego śniegu". Miało upłynąć jeszcze ponad sto lat, zanim pierwsi odkrywcy dotarli na zamarznięte wybrzeża kontynentu zwanego Antarktydą, który - choć pokaźnych rozmiarów - wciąż nie dorównywał wyobrażeniom o mitycznej Terra Australis.
Podczas długiego przeszukiwania tych lodowych pustkowi Cook wyraził z zapierającą dech otwartością swoje wyższe ambicje: chciał nie tylko dotrzeć "dalej niż ktokolwiek przedtem", ale też "tak daleko, jak to tylko dla człowieka możliwe".
James Cook był małomównym mężczyzną o dość surowej, zniszczonej twarzy, poznaczonym bruzdami czole i gęstych rudobrązowych włosach, które zaczynały pokrywać się siwizną. Jego postawna sylwetka - w młodości mierzył metr dziewięćdziesiąt - była nieco przygarbiona po wielu latach przeciskania się przez ładownie i inne ciasne przestrzenie na statkach Jego Królewskiej Mości. Miał orli nos, mocny podbródek z małym dołkiem i poważne, głęboko osadzone oczy, które zdawały się przewiercać na wylot każdego, na kogo patrzył. Jego palce były równie szorstkie jak u każdego żeglarza, ale jednocześnie zręczne, obyte z sekstansami, kwadrantami i innymi precyzyjnymi instrumentami astronomicznymi i nawigacyjnymi. Wzdłuż jego prawej dłoni, pomiędzy kciukiem a palcem wskazującym, biegła paskudna blizna - pamiątka po wypadku z młodości w Kanadzie, gdzie wybuchł mu w ręku róg z prochem strzelniczym. To mogło go zabić i do końca życia zdarzało mu się nosić rękawiczkę na prawej ręce.
Cook pił rzadko i chociaż miał gwałtowny temperament, nigdy nie przeklinał. Nie był szczególnie religijny, ale jako młody marynarz terminował we flocie handlowej pod okiem kwakrów. Wedle wszelkich relacji przyswoił sobie ich wartości - powściągliwość, oszczędność, skromność, prawdomówność, maniakalną wręcz pracowitość oraz niechęć do arogancji i ekstrawagancji. Jak wielu kwakrów był do bólu bezpośredni. Porozumiewał się głównie monosylabami i zwięzłymi, obcesowymi stwierdzeniami, które wypowiadał z lekkim akcentem charakterystycznym dla jego rodzinnego Yorkshire. Posępność również uważano za typową cechę kwakrów, a Cook mógł niekiedy wydawać się ponury, choć od czasu do czasu na jego twarzy pojawiał się uśmiech i w najmniej spodziewanym momencie potrafił zaskoczyć ironicznym żartem lub dowcipnym sformułowaniem, czy to w rozmowie, czy w korespondencji.
Zawsze cenił sobie prostotę - w ubiorze, w mowie, w otoczeniu, nawet w jedzeniu. Preferował niewyszukane potrawy w rodzaju kapusty kiszonej z grochem, ale nieobce mu były też egzotyczne polinezyjskie specjały, jak pieczony pies albo przeżuta kava wypluwana do miski wraz ze sporą ilością śliny przez sługę tego czy innego lokalnego wodza. Cook nie był wybredny - pewien pływający z nim midszypmen stwierdził, że kapitan posiada "najbardziej toporne" kubki smakowe, "z jakimi kiedykolwiek urodził się śmiertelnik". Miał przewód pokarmowy z żelaza i uważał niemal za swój obowiązek skosztować wszystkiego, co przed nim postawiono. "Jego żołądek - napisał młody oficer po jednej z wypraw - bez żadnych trudności znosił nawet najbardziej niewdzięczne jadło".
Podobnie Cook podchodził do kwestii zakwaterowania. Mieszkał z żoną Elizabeth, córką szanowanego oberżysty, w ceglanym szeregowcu przy drodze zwanej Mile End, w tętniącej życiem dzielnicy klasy średniej nieco na wschód od Londynu i niedaleko Tamizy - chociaż w ciągu ostatnich siedmiu lat rzadko się tam pokazywał. Przebywał na morzu podczas narodzin większości swoich pięciorga dzieci, przegapił także tragicznie przedwczesną śmierć trójki z nich. Najstarszy syn, James, w wieku dwunastu lat był już w marynarce i pilnie uczył się w akademii w Portsmouth, drugi syn, jedenastoletni Nathaniel, miał podobne ambicje. Teraz Elizabeth znowu spodziewała się dziecka - miało przyjść na świat za kilka miesięcy.
Jednak Cook, nawet kiedy przebywał w domu, tak naprawdę był nieobecny. Z pewnością lubił te sporadyczne chwile spędzane z Elizabeth, silną i konkretną kobietą, młodszą od niego o trzynaście lat. Ich związek cechowały oficjalność i pełen szacunku dystans, co nie było rzadkością w tamtych czasach, zwłaszcza w małżeństwach z tak znaczną różnicą wieku. Żona zwracała się do niego "panie Cook".
Ale ten zapalony żeglarz szybko robił się niespokojny na lądzie. Żył dla sztywnych rytmów i protokołów marynarskiej egzystencji. Zawsze musiał się zagłębić w jakiś projekt, jakieś przedsięwzięcie, jakiś problem do rozwiązania. "Działanie było dla niego życiem - napisał oficer z jego załogi - a odpoczynek czymś na kształt śmierci". Cook wydawał się najszczęśliwszy, kiedy dowodził statkiem. "Na lądzie był na łasce chaosu innych ludzi - stwierdził jeden z biografów - natomiast w zamkniętej przestrzeni statku jego świat stawał się uporządkowany, zdyscyplinowany i bezpieczny emocjonalnie: jego słowo było prawem, a jego ludzie posłusznie wykonywali rozkazy".
Jedną z najciekawszych rzeczy w przypadku Cooka jest to, jak mało wiemy o jego życiu wewnętrznym - co naprawdę myślał i czuł, czego się obawiał, czego pragnął, co go smuciło. W pamiętnikach i dziennikach pokładowych zostawił w sumie ponad milion słów o swoich podróżach, ale rzadko kiedy z tych wszystkich stronic przebija obraz jego świata emocjonalnego. Większość wpisów dotyczy przyziemnych detali, takich jak ciśnienie atmosferyczne, kierunek wiatru, nagromadzenie glonów w wodzie czy lepkość i barwa szlamu na dnie zatoki, w której właśnie zakotwiczył.
Niestety w późniejszym okresie życia Elizabeth z niewyjaśnionych przyczyn zniszczyła niemal wszystkie swoje osobiste papiery, łącznie z listami od męża, tym samym pozbawiając historyków największej szansy na pełniejszy wgląd w psychikę i duszę kapitana - jak również samej Elizabeth. "Jego myśli i życie prywatne stanowiły zamkniętą księgę, i to taką starego typu, z mosiężną klamrą - napisał pewien biograf Cooka. - Nawet z prywatnej korespondencji, tej odrobiny, która przetrwała, przebija ta sama żelazna powściągliwość".
Owa skrytość wynikała po części ze standardów epoki, po części zaś z wymogów samej profesji. Osiemnastowieczni kapitanowie marynarki funkcjonowali w hermetycznym, bezwzględnym świecie, w którym panowała ostra konkurencja i rzadko okazywało się emocje, zarówno w listach, jak i w rozmowach. A jeśli wierzyć stereotypom, małomówność to również częsta cecha ludzi z Yorkshire. Mieszkańcy tej części północnej Anglii mieli opinię twardych, praktycznie myślących i nieowijających w bawełnę. Cook należał do tych trudnych mężczyzn, których trudno zadowolić, trudno oszukać, trudno poznać i do których trudno dotrzeć. Jeden z autorów następująco opisał jego lakoniczny charakter: "Nie brakowało tam głębi, ale było niewiele punktów sondowania".
W kontekście jego podróży Cooka nazywano technikiem, cyborgiem, maszyną nawigacyjną. Można powiedzieć, że żył w romantycznej epoce wielkich odkryć, ale sam definitywnie nie miał w sobie nic z romantyka. Docierał do najwspanialszych i najbardziej dziewiczych wysp na świecie, ale jako profesjonalny, niezbyt skory do sentymentów kartograf rzadko odnotowywał ich piękno. Jak zauważył jeden z biografów, Cook nie miał "wrodzonej skłonności do popadania w zachwyt".
Jeśli żeglarstwo było siermiężną i nieprzewidywalną formą sztuki, Cook starał się uczynić z niego naukę. Miał metodyczne podejście. Nie tolerował niechlujności i jakichkolwiek odstępstw od harmonogramu, tak samo jak nie znosił przechwałek, przesądów i niestworzonych historii, w których często lubowali się marynarze. Nade wszystko poważał precyzję. Pisarz James Boswell, który znał Cooka osobiście, nazwał go "prostym i rozsądnym człowiekiem w niespotykanym stopniu wyczulonym na fałsz". Według Boswella kapitan "miał w głowie wagę do odmierzania prawdy równie czułą jak ta do ważenia gwinei". Gdy Cook zaczął wkraczać do wyższych sfer, uczestnicy rozmaitych zgromadzeń byli czasem zawiedzeni jego brakiem umiejętności społecznych. Jak określiła to pewna prominentna londyńska dama, która spotkała go kilka razy, był "głęboko pochłonięty własnymi planami i projektami i wyraźnie przeżywał psychiczne męki, kiedy oczekiwano od niego zabrania głosu".
W większości spraw Cook zachowywał się powściągliwie, umniejszał swoją wartość i przejawiał awersję do dramatyzowania. Zawsze instynktownie odwracał uwagę od siebie i podkreślał zasługi innych. Co zadziwiające, w ciągu wszystkich podróży nigdy nie nazwał żadnego odkrytego obiektu geograficznego na cześć samego siebie lub kogoś ze swojej rodziny. (Oczywiście jego nazwisko nosi ostatecznie wiele miejsc - Cieśnina Cooka, Zatoka Cooka, Góra Cooka, Lodowiec Cooka, Wyspy Cooka, a nawet Krater Cooka na Księżycu - ale wszystkie one otrzymały nazwę z inicjatywy innych osób). Prawdą jest też, że Cook miał godny pochwały zwyczaj umieszczania na swoich mapach rdzennych nazw, kiedy już je poznał. Było to rzadkością wśród europejskich odkrywców, on jednak przejawiał dostatecznie dużo szacunku dla miejscowej ludności, aby zwracać uwagę na to, co istniało przed jego przybyciem.
James Cook, syn zarządcy gospodarstwa rolnego, odebrał bardzo skromną formalną edukację. Urodził się w 1728 roku i dorastał w wiosce Great Ayton w chatce skleconej z błota i słomy. Jako nastolatek przeprowadził się do Whitby, małej osady rybaków, wielorybników i szkutników przycupniętej nad zimnym Morzem Północnym. Tam rozpoczął służbę we flocie handlowej, pływając na solidnych statkach nazywanych ketami, przeznaczonych do przewozu węgla i drewna. Nauczył się obchodzić z węglowcami, odczytywać nieprzewidywalne sztormy Morza Północnego, określać swoje położenie wzdłuż skomplikowanych linii brzegowych za pomocą nawigacji zliczeniowej i trygonometrii. Podobno w tamtych wczesnych latach dotarł do wybrzeży Bałtyku i mógł odwiedzić Petersburg.
Jednak w niezbyt już młodym wieku dwudziestu siedmiu lat, będąc o krok od awansu na komandora statków handlowych, porzucił węglowce i zgłosił się do Królewskiej Marynarki Wojennej. Ponownie zaczął od zera jako szeregowy żeglarz, ale szybko piął się po szczeblach kariery.
Wkrótce, podczas służby w Kanadzie, ujawnił się jego wielki talent do miernictwa, hydrografii i kreślenia map. Wszystkie te umiejętności odegrały ważną rolę w zdecydowanym zwycięstwie Anglii nad Francją w mieście Quebec w 1759 roku, w trakcie wojny siedmioletniej (przez Amerykanów znanej jako wojna francusko-indiańska). Cookowi powierzono herkulesowe zadanie naniesienia na mapę Rzeki Świętego Wawrzyńca, od ujścia do Quebecu, a podczas oblężenia miasta był odpowiedzialny za ponowne oznaczenie kanału żeglownego po tym, jak Francuzi usunęli swoje boje znakujące, żeby spowolnić brytyjską flotę. Kartograficzny geniusz Cooka, spotęgowany coraz szerszą wiedzą z zakresu astronomii i matematyki, ściągnął na niego uwagę wysoko postawionych członków admiralicji, zwłaszcza gdy przyszły kapitan uzyskał tytuł królewskiego mierniczego i sporządził w ciągu kilku sezonów letnich elegancką i bardzo szczegółową mapę Nowej Fundlandii, wyrzeźbionej przez lodowce wyspy mającej jedną z najbardziej skomplikowanych linii brzegowych na planecie. Gdy porównać jego dzieło ze współczesnymi zdjęciami satelitarnymi, widać jasno, że mapa Cooka to kartograficzny majstersztyk wykonany z niemal zatrważającą precyzją.
Pod koniec lat sześćdziesiątych XVIII wieku lordowie admiralicji, dostrzegając potencjał Cooka, postanowili go nagrodzić. W 1768 roku wypłynął on w swój pierwszy rejs dookoła świata, kierując się na Tahiti. Tam dowodzący HMS Endeavour porucznik Cook (bo taka wówczas była jego ranga) miał zaobserwować i opisać tranzyt Wenus, rzadkie zjawisko astronomiczne budzące wielkie zainteresowanie europejskich naukowców. Po opuszczeniu Tahiti Endeavour eksplorował rozległe połacie południowego Pacyfiku, a Cook kreślił mapy wschodniego wybrzeża Australii i obu wysp Nowej Zelandii, a także innych lądów praktycznie nieznanych Europejczykom. Po drodze dołożył do mapy Oceanu Spokojnego ponad 8000 kilometrów linii brzegowej. Podczas tych wojaży nieustannie wypatrywał mitycznego Kontynentu Południowego, ale uznał, że trzeba będzie zorganizować poważniejszą ekspedycję, żeby przeprowadzić gruntowniejsze i dłuższe poszukiwania.
Gdy Cook powrócił do Anglii w 1771 roku, jego pierwszą podróż uznano za wielki sukces, ale to arystokrata i naukowiec będący członkiem załogi Endeavour, młody botanik i bon vivant Joseph Banks, znalazł się w centrum uwagi i zgarnął większość pochwał za powodzenie misji. Cook również zdobył uznanie admiralicji, ale dopiero druga podróż, nastawiona na poszukiwanie nieznanego kontynentu, przypieczętowała jego reputację i zapewniła mu miejsce w panteonie angielskich odkrywców.