ISokołyWiltshire, wrzesień 1535
Jego dzieci lecą z nieba. Przygląda się z siodła, mając za sobą rozległy angielski krajobraz; a one spadają - na złocistych skrzydłach, z przekrwionymi oczyma. Grace Cromwell zawisa w powietrzu. W milczeniu dopada zdobyczy, w milczeniu ląduje na jego pięści. Za to potem szeleści piórami i skrzeczy, popiskuje i zgrzyta niczym jakiś mechanizm, dobywa z siebie gardłowe gdaknięcie, a wszystko to jest takie znajome, intymne, córczane, niemalże pełne dezaprobaty. Pierś ma całą we krwi, kawałki mięsa przyczepione do szponów.
Później Henryk powie: "Twoje dziewczęta ładnie dziś poleciały". Sokół imieniem Anna Cromwell podskakuje na rękawicy młodego Sadlera, który jedzie obok króla pogrążony w rozmowie. Wszyscy są zmęczeni; słońce już zachodzi, wracają do komnat Wolf Hall, trzymając wodze luźno na karkach wierzchowców. Nazajutrz polecą jego dwie siostry i żona. Nowe wcielenia dawno zmarłych kobiet, których kości spoczywają w gliniastej londyńskiej ziemi. Lekkie niczym piórko unoszą się na wstępujących prądach powietrznych. Nie znają litości. Przed nikim nie muszą się opowiadać. Wiodą prostą egzystencję. Patrząc w dół, widzą tylko zdobycz i może jeszcze piórka przy myśliwskich kapeluszach; dostrzegają rozmigotany, rozchybotany świat - świat pełen pożywienia.
I tak jest od początku lata - orgia oddzielanych kończyn, futra i wirującego pierza; odganianie i zapędzanie ogarów, folgowanie zmęczonym wierzchowcom, opatrywanie przez myśliwych odniesionych obrażeń, zwichnięć i pęcherzy. Słońce świeciło Henrykowi przez kilka dni co najmniej. Czasami rano z zachodu nadciągały chmury i deszcz padał dużymi wonnymi kroplami, lecz później słońce wyłaniało się znowu, by prażyć, i firmament był tak przejrzysty, że dało się zajrzeć do nieba i zobaczyć, co robią święci - tak jak teraz.
Kiedy zsiadają i przekazują wodze stajennym, by zaraz otoczyć atencją najjaśniejszego pana, jego myśli biegną już ku dokumentom: ku listom z Whitehallu na złamanie karku dostarczanym tu przez posłańców przemierzających trakty pocztowe wyznaczane każdorazowo, gdy dwór przenosi się w nowe miejsce. Podczas wieczerzy u Seymourów będzie słuchał opowieści gospodarzy, podda się woli króla, wciąż rozczochranego, uszczęśliwionego i przyjaźnie nastawionego. Wszelako gdy król położy się spać, on zabierze się do pracy.
Chociaż dzień praktycznie dobiegł końca, Henryk nie kwapi się z wejściem do środka. Z czołem naznaczonym szerokim ceglastym pasem opalenizny stoi na zewnątrz i rozgląda się, wdychając zapach końskiego potu. Na samym początku polowania zgubił nakrycie głowy i reszta towarzystwa zgodnie ze zwyczajem też bawiła się z odkrytą głową. Król nie przyjął niczego w zamian. Mimo że zmierzch zakrada się wśród pól i lasów, słudzy nie przestają szukać lśnienia czerni na ciemniejącej trawie czy błysku myśliwskiej broszy, świętego Huberta ze złota i z szafirowymi oczyma.
Czuć nadciągającą jesień. Człowiek wie, że takich dni jak ten nie pozostało już wiele, zatem stójmy pośród krzątaniny stajennych, pośród krajobrazu hrabstwa Wiltshire i dalszych, położonych bardziej na zachód hrabstw niknących na styku zieleni i niebieskości; stójmy z dłonią króla na ramieniu, przysłuchując się, jak Henryk z rozpłomienioną twarzą meandruje po mijającym dniu, gęstych zagajnikach i rwących strumieniach, przybrzeżnych olszynach, mgle, która rozwiała się całkiem wcześnie, przelotnym deszczyku; lekkim wietrze, co ustał, martwocie powietrza, popołudniowym upale.
- Jak to możliwe, żeś nie doznał oparzenia? - dziwi się Rafe Sadler. Rudowłosy podobnie jak król przypiekł się na różowo i plamisto, nawet jego oczy wydają się przysmażone. On, Tomasz Cromwell, wzrusza ramionami i obejmuje młodego Sadlera, gdy wolnym krokiem wchodzą do komnat Wolf Hall. Przebrnął przez całą Italię - zarówno jej pola bitew, jak i mroczne wnętrze kantoru - i nigdy nie stracił angielskiej bladości. Urwisowskie dzieciństwo, dnie spędzone nad rzeką, dnie spędzone na polach, a on wciąż jest tak blady, jak uczynił go Bóg.
- Cromwell ma skórę białą niczym lelija - oznajmia król. - I tylko w tym jednym przypomina jakikolwiek kwiat.
Drocząc się z nim, zmierzają na wieczerzę.
Henryk opuścił Whitehall tego tygodnia, gdy zmarł Tomasz Morus, a był to ponury ociekający wodą lipcowy tydzień, przez co kopyta królewskiego orszaku grzęzły głęboko w błocie podczas przeprawy do Windsoru. Następnie orszak skierował się bardziej na zachód; pomocnicy Cromwella pozostawieni w Londynie, aby dopilnować spraw monarchy, dołączyli do reszty świty dopiero w połowie sierpnia. Od tamtej pory król i towarzyszący mu ludzie zatrzymują się w nowych budynkach wzniesionych z różowawej cegły, w starych budowlach, których umocnienia zdążyły same się rozpaść albo zostały zburzone, wreszcie w pałacach jak z bajki - przypominających zabawki, pozbawionych murów obronnych i o ścianach tak cienkich, że przebiłaby je pierwsza lepsza kula armatnia. W Anglii od półwiecza panuje pokój: oto tudorowskie przymierze. Każdy ród stara się podjąć Henryka jak najgodniej, dlatego od pewnego czasu jesteśmy świadkami panicznego gipsowania i pośpiesznych robót kamieniarskich, gospodarze bowiem w ostatniej chwili dokładają motyw róży Tudorów obok swoich herbów. Wszyscy wyszukują i usuwają ślady po Katarzynie, niegdysiejszej królowej, rozbijając młotami aragońskie granaty, które rozpryskują się na cząstki i sypią wkoło nasionkami. W ich miejsce - gdy brak czasu na rzeźbienie - pojawiają się sokoły Anny Boleyn wymalowane na chybcika na tablicach herbowych.
W trakcie objazdu królestwa towarzyszy im Hans, który namalował Annę, nową królową, ale jej nie zadowolił; ba, kto ostatnio potrafi ją zadowolić? Naszkicował też młodego Sadlera z jego schludną bródką i zaciętymi wargami, w modnym nakryciu głowy w postaci ozdobionego piórkami dysku niebezpiecznie balansującego na ostrzyżonym ciemieniu.
- Mam taki płaski nos, mistrzu - skarży się Rafe Sadler, na co Hans odpowiada:
- Czyżbym twoim zdaniem miał wystarczającą moc, by naprawić ci nos?...
- Złamał go jeszcze jako dziecko - wtrąca - gdy biegał po padoku. Uratowałem wprost spod końskich kopyt zapłakany tłumoczek, jakim wtedy był, stęskniony za matką. - Ściska ramię młodzieńca. - No, Rafe... głowa do góry. Uważam, że wyszedłeś niezwykle przystojnie. Pamiętasz, co Hans uczynił mnie?
Tomasz Cromwell ma obecnie około pięćdziesięciu lat. Ma ciało robotnika, przysadziste, użyteczne, zaczynające tyć. Ma czarne włosy, siwiejące już, a z powodu jego bladej odpornej cery, znoszącej dobrze zarówno słotę, jak i słońce, ludzie sarkają, że jego ojcem był Irlandczyk, choć tak naprawdę był nim piwowar i kowal z Putney, do tego postrzygacz, człowiek, który maczał palce we wszystkim, zgoła zbieracz śmieci i awanturnik, moczymorda i okrutnik, mężczyzna, który nieraz stawał przed sądem za pobicie kogoś czy za oszustwo. Jakim cudem syn kogoś takiego tyle osiągnął, to pytanie, które zadaje sobie cała Europa. Niektórzy powiadają, że urósł w siłę dzięki Boleynom, krewnym królowej. Inni twierdzą, że wszystko zawdzięcza kardynałowi Wolseyowi, swemu mentorowi - był zausznikiem kardynała, pomnażał jego pieniądze i znał jego sekrety. Jeszcze inni mówią, że zadaje się z czarnoksiężnikami. Od chłopięctwa przebywał poza granicami kraju: był najemnikiem, handlarzem wełną, bankierem. Nikt nie wie, gdzie się podziewał i z kim się zadawał, a jemu nieśpieszno się z tego spowiadać. Nie oszczędza się na królewskiej służbie, lecz zna swoją wartość i swoje zasługi i zawsze odbiera należną mu nagrodę - stąd urzędy i przywileje, stąd nadania, dworki i ziemie. Potrafi postawić na swoim, ma na to sprawdzone sposoby; drugiego człowieka potraktuje prośbą albo groźbą, ucieknie się do charme'u albo łapówki, wytłumaczy, co będzie dla drugiej strony najlepsze, a nawet wyciągnie na jaw coś, o czym druga strona nie miała dotąd pojęcia, choć dotyczyło to jej charakteru czy życia. Co dzień mości sekretarz ma do czynienia z wielmożami, którzy - gdyby tylko mogli - pozbyliby się go jednym mściwym ruchem, jakby był uprzykrzoną muchą. Świadom tego dał się poznać jako nader uprzejmy, nader spokojny i nader spolegliwy, gdy idzie o sprawy Anglii. Nie zwykł jednak z niczego się tłumaczyć. Nie zwykł rozprawiać o własnych sukcesach. Ilekroć wszakże Fortuna uśmiechnęła się do niego, stawiał się jak na wezwanie, wkładał nogę między drzwi i był gotów otworzyć je jeszcze szerzej.
W jego londyńskim domu przy zaułku Austin Friars wisi na ścianie portret; ciemne sprawki spowite wełną i futrem, dłoń zaciśnięta na jakimś dokumencie jak na szyi ofiary. Hans wcisnął go za stół i powiedział:"Tomaszu, ani się waż uśmiechać". I tego się trzymali - Hans nucąc przy pracy, Cromwell wpatrując się w nieodległą przestrzeń. Kiedy zobaczył ukończony obraz, skomentował: "Chryste, wyglądam jak morderca", na co jego syn Grzegorz zapytał: "To wcześniej o tym nie wiedziałeś?". Kopie portretu trafiły do jego przyjaciół oraz do popierających go protestantów w Niemczech. Z oryginałem się nie rozstaje - nie teraz, gdy już do niego przywykł, jak utrzymuje - i często zachodzi do pomieszczenia, gdzie może zobaczyć swoje różne wersje na poszczególnych etapach powstawania: lekki obrys, szkic częściowo zacieniowany. Od czego w ogóle zacząć w jego wypadku? Niektórzy zaczynają od bystrych oczków, niektórzy od nakrycia głowy. Inni wykonują unik i przechodzą od razu do namalowania jego pieczęci i nożyczek, jeszcze inni koncentrują się na turkusowym pierścieniu, podarunku od kardynała. Od czegokolwiek artysta zacznie, efekt jest zawsze ten sam: człowiek czuje, że gdyby Cromwell miał do niego pretensje, lepiej by było, aby nigdy się nie spotkali w bezksiężycową noc. Jego ojciec Walter zwykł był mówić: "Moje chłopaczysko, Tomasz? Spójrz na niego krzywo, a wyłupi ci oczy. Spraw, że się potknie, a odrąbie ci nogę. Ale jeśli nie nadepniesz mu na odcisk, pozostanie łagodny jak baranek. I jeszcze postawi ci kolejkę".
Hans naszkicował króla, nieszkodliwego w letnich jedwabiach, usadzonego przy wieczerzy w komnatach Wolf Hall, gdy zza otwartych okien dobiegają spóźnione ptasie trele, a słudzy zaczynają wnosić pierwsze świece razem z kandyzowanymi owocami. Na każdym z postojów Henryk wraz z królową Anglii bierze w posiadanie główną siedzibę gospodarzy, natomiast reszta jego świty zadowala się gościną u miejscowej pomniejszej szlachty. Zwyczajowo - co najmniej raz w trakcie takiej wizyty - ród podejmujący króla sprasza owych szlachetków w ramach podziękowania, co nadweręża nieco możliwości domostwa. On, Cromwell, zlicza wozy z zaopatrzeniem wtaczające się na dziedziniec, widuje kuchnie w stanie zamętu i sam bywa na dole bladym świtem, kiedy szoruje się ceglane piece przed włożeniem pierwszej partii bochnów, kiedy nadziewa się tuszki na ruszt, kiedy ustawia się sagany na fajerkach, kiedy skubie się i oprawia drób. Jego wuj był kucharzem arcybiskupa, toteż jako dziecko kręcił się po kuchniach Lambeth Palace i zna się na rzeczy jak nikt w królewskiej świcie; do tego wie, że wygody najjaśniejszego pana nie można pozostawić przypadkowi.
Dnie upływają miło. Czyste jasne światło opromienia każdą jagódkę połyskującą na krzewach. Każdy listek prześwietlony słońcem zdaje się złotą berą. Kierując się na zachód w samym środku lata, oddajemy się galopadzie przez lasy i wspinamy się na szczyty pagórków, by w końcu wyłonić się na wyżynie, gdzie już wyczuwa się zmienną naturę morza, mimo że dzielą nas od niego dwa hrabstwa. To tutaj, w tej części Anglii, nasi przodkowie giganci pozostawili po sobie wały ziemne, kurhany, monolity. W żyłach każdego z nas nadal płynie kropla ich krwi. W pradawnych czasach, gdy angielskiej ziemi nie ryły pługi ani nie skubały owce, giganci polowali na dziki i łosie. Lasy ciągnęły się wtedy na wiele dni pieszej wędrówki. Bywa, że ziemia odkrywa starożytną broń: topory, które trzymane oburącz były w stanie powalić jeźdźca z wierzchowcem. Strach pomyśleć o sile ramion tych dawno zmarłych mężczyzn przewracających się w grobach. Ich drugą naturą była wojna; wojna, która tylko czeka, by znów dać o sobie znać. Wszakże nie tylko o przeszłości myśli człowiek, przejeżdżając tędy. Myśli też o tym, co ta ziemia wyda, co wykarmi; myśli o dniach, które dopiero mają nadejść, o jeszcze nie stoczonych bojach, o bólu i śmierci, które angielska ziemia hołubi niczym spęczniałe nasionka. Można by uznać - patrząc na Henryka roześmianego, rozmodlonego, gdy podąża na czele swych kompanów leśną ścieżką - można by otóż pomyśleć, że siedzi na tronie pewnie jak w swoim siodle. Pozory jednak mylą. Nocami król leży bezsennie, wpatruje się w rzeźbione belki więźby, liczy swoje dni. Pyta:
- Cromwell, Cromwell, co ja pocznę?
Cromwell, ratuj przed cesarzem.
Cromwell, ratuj przed papieżem.
Później wzywa arcybiskupa Canterbury, doktora Cranmera, i żąda odpowiedzi na pytanie, czy jego dusza jest przeklęta.
W Londynie cesarski ambasador Eustachy Chapuys wyczekuje wiadomości, że angielscy poddani zbuntowali się przeciwko swemu okrutnemu bezbożnemu monarsze. Wiele by z siebie dał i wiele by zapłacił, aby jego pragnienie się spełniło. Jego pan, cieszący się ogromnym bogactwem cesarz Karol, jest władcą Niderlandów, jak również Hiszpanii i jej zamorskich posiadłości, i od czasu do czasu wpada w gniew na Henryka Tudora, że ten poważył się odsunąć jego ciotkę Katarzynę, by poślubić kobietę, którą zwykli ludzie nazywają pierwszą ladacznicą Anglii. Chapuys namawia go regularnie, aby najechał królestwo, sprzymierzył się z angielskimi buntownikami, pretendentami i malkontentami i podbił ten niecny kraj, którego król na mocy uchwały parlamentu rozwiązał swoje małżeństwo i ogłosił się równym Bogu. Papież nie bierze lekko tego, że w Anglii jest wyśmiewany i nazywany biskupem Rzymu i że należne mu środki zamiast płynąć do Watykanu, pozostają w Londynie. Bulla z ekskomuniką, już spisana, lecz jeszcze nie ogłoszona, wisi nad głową Henryka, czyniąc zeń wyrzutka pośród monarchów chrześcijańskiej Europy, których otwarcie się zachęca do przekroczenia Kanału Angielskiego czy szkockiej granicy i zagarnięcia całych połaci ziemi. Być może cesarz w końcu uderzy. Być może uderzy król Francji. Może nawet połączą swe siły i uderzą razem. Dobrze by było móc powiedzieć, że jesteśmy na nich przygotowani, rzeczywistość jednak wygląda inaczej. W razie zbrojnego zajazdu chyba będziemy musieli wykopać kości gigantów i przyrżnąć wrogowi w łeb, albowiem brakuje nam artylerii, brakuje prochu, brakuje stali. Co akurat nie jest winą Tomasza Cromwella, przyznaje kwaśno Chapuys, który nawiasem mówiąc, uważa, że kraj ten znajdowałby się w znacznie lepszym położeniu, gdyby Cromwell doszedł do władzy przed pięcioma laty.
Aby bronić Anglii - a Cromwell by jej bronił wprost na polu walki z mieczem w dłoni - trzeba wiedzieć, czego się broni. W sierpniowym upale stał z odkrytą głową przy rzeźbionych w kamieniu grobowcach przodków, mężczyzn zakutych w zbroję i kolczugi, z rękoma w metalowych rękawicach splecionymi na podołku, ze stopami wspartymi o kamienne lwy, gryfy, ogary: kamiennych ludzi, stalowych ludzi, z pulchnymi żonami u boku skrytymi niczym ślimak w skorupce. Mówimy, że czas nie może skrzywdzić zmarłych, może jednak uczynić krzywdę ich pomnikom, pozostawiając je z utrąconymi nosami i palcami wskutek zniszczenia i różnych wypadków. Drobna, odłączona od reszty ciała stopa (jakby klęczącego cherubina) wyziera spod draperii, czubek odpadłego kciuka spoczywa na wykutej z kamienia poduszce. Trzeba będzie wyremontować praszczurów, powtarzają wielmoże z zachodnich hrabstw, jednakże w gotowości utrzymują ich tarcze i popleczników, na podorędziu mają ich dokonania i osiągnięcia i w rozmowach niezmiennie upiększają czyny swych protoplastów i własne: oto herb, który mój przodek nosił pod Azincourt, oto kielich, który mój przodek otrzymał z rąk samego Jana z Gandawy. Milczy się tylko, jeśli w minionej wojnie między Yorkami i Lancasterami czyiś ojcowie i dziadowie obrali złą stronę. Obecne pokolenie powinno wybaczać pomyłki, prostować reputacje - w przeciwnym razie Anglia nie ruszy znów naprzód, zamiast tego będzie spiralnym lotem opadać wstecz, w zapyziałą przeszłość.
On, Cromwell, nie ma praszczurów, którymi mógłby się pochwalić. Niegdyś żył szlachetny ród noszący takie samo nazwisko i gdy Cromwell wstąpił na królewską służbę, heroldowie nakłaniali go do przyjęcia herbu po nim przez wzgląd na pozory, wszakże on odparł wtedy uprzejmie, że nie wywodzi się z tamtej linii i nie zamierza przypisywać sobie cudzych osiągnięć. Umknął przed ciężką ręką ojca, kiedy miał góra piętnaście lat, po czym przekroczył Kanał Angielski i zaciągnął się do armii francuskiego króla. Musiał walczyć, odkąd nauczył się chodzić, a skoro tak, dlaczego nie miałby robić tego dalej za pieniądze? Poza żołnierką jest jeszcze parę lukratywnych zajęć i on wszystkich już spróbował. Z całą pewnością nie śpieszył się z powrotem do domu.
Teraz zaś, gdy utytułowani gospodarze potrzebują rady w kwestii umiejscowienia fontanny czy tańczących trzech Gracji, król odsyła ich do niego, mówiąc: "Cromwell będzie wiedział"; "Cromwell bywał w Italii". Skoro okazał się wystarczająco dobry dla tamtych, nie powinien zawieść tych z hrabstwa Wiltshire. Czasami Henryk opuszcza gościnę wyłącznie z innymi jeźdźcami, pozostawiając królową Annę z jej dworkami i muzykami, by swobodnie polować w towarzystwie najbliższych kompanów. Tak właśnie docierają do komnat Wolf Hall, gdzie czeka na nich stary sir John otoczony dużą rodziną.
- No nie wiem, Cromwell... - rzecze John Seymour, biorąc go delikatnie pod ramię. - Żeby nazywać sokoły imionami nieżyjących niewiast... Czy nie dopada cię przez to smutek?
- Nigdy się nie smucę - odpowiada. - Opatrzność nade mną czuwa.
- Powinieneś się powtórnie ożenić, założyć nową rodzinę. Może jaka panna wpadnie ci w oko u nas. W Savernake Forest nie brak urokliwych młódek.
- Został mi Grzegorz - broni się, oglądając się przez ramię w poszukiwaniu syna; z jakiegoś powodu czuje o niego stale niepokój.
- Ach - powiada Seymour - nie zaszkodzi mieć syna, lecz mężczyzna powinien mieć też córki, córki niosą pociechę. Spójrz tylko na Joannę. Dobre z niej dziewczę.
Posłusznie spogląda na Joannę Seymour, którą zna nieźle z Londynu, jako że była dworką Katarzyny, niegdysiejszej królowej, a także Anny, panującej obecnie. Widzi przeciętną młodą kobietę o srebrzystej cerze, nawykłą do milczenia i mającą irytujący zwyczaj patrzeć na mężczyzn tak, jakby stanowili niemiłą niespodziankę. Nosi perły i strój z białego brokatu wyszywanego w sztywne malusie goździki. Od razu widać, ile w to wkłada wysiłku - pomijając perły, ma na sobie prawie trzydzieści funtów. Nic dziwnego, że porusza się z ostrożnością dziecka, któremu przykazano uważać i niczego na siebie nie wylać.
Król odzywa się do niej pierwszy.
- Joanno, czy w domu między swoimi jesteś mniej nieśmiała? - Ujmuje jej mysią łapkę w swoją wielką dłoń i dodaje na stronie: - W Londynie ciężko z niej wydobyć choćby słowo.
Joanna podnosi na niego spojrzenie, rumieniąc się od dekoltu po koniuszki włosów.
- Widzieliście kiedy taki rumieniec? - dopytuje Henryk. - Chyba tylko u dziewicy młodszej niż dwunastoletnia.
- Nie śmiem twierdzić, że mam dwanaście lat - rzecze Joanna.
Przy wieczerzy król zajmuje miejsce obok lady Margery. Swego czasu była z niej piękność, a sądząc z wyjątkowej uwagi, jaką Henryk poświęca gospodyni, można by pomyśleć, że jej uroda nie przeminęła, mimo iż wydała na świat dziesięcioro dzieci, z czego sześcioro przeżyło, a troje spożywa z nimi posiłek. Edward Seymour, dziedzic rodu, ma podłużną czaszkę, poważny wyraz twarzy, wyrazisty zacięty profil; przystojniak z niego. Jest oczytany, z zadatkami na uczonego; przykłada się do pracy na każdym urzędzie, jaki sprawuje; był na wojnie i planuje powtórkę z wojaczki, a tymczasem sprawdza się na polowaniu i w szrankach. Według niegdysiejszego kardynała wybijał się ponad przeciętność wśród Seymourów, a zdaniem Cromwella, który go wybadał później, jest godny służby na królewskim dworze. Thomas Seymour, młodszy brat Edwarda, hałaśliwością i pyszałkowatością zwraca uwagę kobiet - na jego widok dziewice zaczynają chichotać, a matrony spuszczają wzrok i obserwują go spod rzęs.
Stary John Seymour słynie z uczuć rodzinnych. Plotka głosi, że przed dwoma czy trzema laty trykał żonę własnego syna, i to nie raz w przypływie namiętności, lecz regularnie od dnia ślubu. Pogłoskę puściła w świat królowa i jej zausznicy.
- Wyszło nam, że zrobili to sto dwadzieścia razy - śmiała się Anna. - Przynajmniej tak wyszło Tomaszowi Cromwellowi, który jest dobry z rachunków. Jak sądzimy, ze wstydu trzymali ręce przy sobie w niedzielę i zachowywali wstrzemięźliwość w Wielki Post.
Niewierna żona urodziła dwóch chłopców, wszelako gdy jej prowadzenie się wyszło na jaw, Edward zapowiedział, że nie uczyni ich swymi dziedzicami, skoro nie może być pewien, czy to jego synowie czy raczej bracia przyrodni. Cudzołożnica trafiła do klasztoru, po czym dogodnie zeszła z tego świata. Obecnie Edward ma nową żonę, która zachowuje stosowny dystans do świekra i nosi przy sobie szydło, na wypadek gdyby jednak zbliżył się zanadto.
Ale wszystko puszczone w niepamięć, wszystko przebaczone. Ciało jest słabe. Ta wizyta przypieczętowuje królewski pardon. John Seymour siedzi na tysiącu trzystu akrach (wliczając park łowiecki, reszta to pastwiska dla owiec) przynoszących rocznie po dwa szylingi za akr, to jest jedną czwartą tego co taka sama powierzchnia ziemi uprawnej. Hodowane zwierzęta zaliczają się do czarnopyskich owiec skrzyżowanych z walijską odmianą górską i dają łykowatą baraninę, ale za to dostatecznie dobrą wełnę. Tuż po przybyciu Henryk - wciąż w idyllicznym nastroju - pyta:
- Cromwell, ile waży taka owca?
- Trzydzieści funtów, najjaśniejszy panie.
Francis Weston, jeden z młodszych dworzan, komentuje sarkastycznie:
- Tomasz Cromwell był kiedyś postrzygaczem. Z pewnością się nie myli.
- Anglia stoi handlem wełną. Taka wiedza nie przynosi wstydu Cromwellowi.
Francis Weston tylko się obśmiał, zakrywając usta dłonią.
Nazajutrz podczas polowania królowi będzie towarzyszyć Joanna Seymour.
- Sądziłem, że to wyłącznie męski wypad - szepcze do niego Weston. - Królowa nie byłaby zadowolona, gdyby się dowiedziała.
- W takim razie - mruczy w odpowiedzi - bądź grzecznym chłopcem i nic jej nie mów.
- My tutaj - puszy się John Seymour - wszyscy przepadamy za polowaniami, moje córki także. Ktoś mógłby pomyśleć, że Joanna jest nieśmiała, lecz wystarczy usadzić ją w siodle, a przemienia się w boginię Dianę. Nigdy nie zawracałem dziewczętom głowy nauką. Dobry Jakub nauczył je wszystkiego co potrzebne.
Ksiądz siedzący na szarym końcu potakuje skinieniem i rozpromienia się: stary głupiec o bladej karnacji i zamglonym spojrzeniu. On, Cromwell, zwraca się do niego:
- Tańca też je nauczyłeś? Chwała ci za to. W Londynie widziałem siostrę Joanny, Bess, tańczącą z królem...
Stary Seymour wybucha śmiechem.
- Ha, do tego miały nauczyciela. Nauczyciel tańca, nauczyciel muzyki i basta. Na cóż im obce języki? Donikąd się nie wybierają.
- Nie zgadzam się z takim podejściem - rzecze. - Ja moje córki uczyłem tego samego co syna.
Czasem lubi o nich wspomnieć, o Annie i o Grace, nieżyjących już od siedmiu lat. Thomas Seymour parska.
- Cóż to, posyłałeś je w szranki ze swoim Grzegorzem i młodym Sadlerem?
Odpowiada z uśmiechem:
- Tam akurat nie.
Edward Seymour wtrąca:
- Słyszy się o młodych niewiastach, które żyją w mieście i umieją pisać, a nawet coś więcej. Człowiek potrafi sobie wyobrazić, że mogą się przydać w domowym kantorku. To nie są rzeczy niesłychane. Takie umiejętności pomagają znaleźć męża, każda kupiecka rodzina cieszy się z wyszkolonej synowej.
- A wyobrażacie sobie córki Cromwella? - pyta nagle Weston. - Bo ja nie śmiem. Wątpię, żeby zmieściły się w kantorku. Już prędzej miałyby dobrą rękę do topora. Wystarczyłoby ich jedno spojrzenie, żeby zwalić mężczyznę z nóg. I nie mam tu na myśli miłości od pierwszego wejrzenia.
Grzegorz poprawia się na miejscu. Zazwyczaj błądzi myślami w chmurach i nie śledzi biegu rozmowy, tym razem jednak ton jego głosu przesycony jest urazą.
- Obrażasz moje siostry i ich pamięć, a nawet żadnej nie znałeś. Moja siostra Grace...
Widzi, że Joanna Seymour wyciąga szczupłą rękę i muska palcami przegub Grzegorza; dla jego ocalenia jest gotowa zwrócić na siebie uwagę towarzystwa.
- Ostatnimi czasy - mówi - liznęłam nieco francuszczyzny.
- Doprawdy, Jane? - pyta z uśmiechem jej młodszy brat.
Joanna kiwa głową.
- Maria Shelton mnie uczy.
- Maria Shelton to miła młoda niewiasta - stwierdza król, a on widzi kątem oka, że Weston daje sąsiadowi kuksańca; krążą słuchy, że Maria Shelton w istocie była miła dla Henryka w łożnicy.
- Jak więc widzicie - rzecze Joanna do swych braci - my, niewiasty, nie spędzamy całego życia na próżnym gadaniu i plotkowaniu. Choć Bóg świadkiem, że plotek starczyłoby dla całego niewieściego zastępu.
- Czyżby? - dopytuje.
- Rozprawiamy o tym, kto miłuje najjaśniejszą panią. Kto pisze dla niej wiersze. - Wtem spuszcza wzrok. - Chciałam powiedzieć: kto miłuje każdą z nas, ten czy tamten młodzieniec. Wiemy, kto uderza do nas w konkury, a nawet znacznie więcej... gotoweśmy przyprawić ich tym o rumieniec. Opowiadamy sobie, ile mają ziemi i jakie sumy zarabiają na niej w rok, a potem decydujemy, czy pozwolimy im napisać dla siebie sonet. Jeśli naszym zdaniem któryś nie ma dość, by zapewnić nam wygodne życie, krytykujemy jego rymy. Okrutnice z nas, przyznaję.
Nieco wyprowadzony z równowagi stwierdza, że nie ma nic złego w pisaniu poezji dla wybranki serca, nawet zamężnej; że na dworze to całkiem normalne.
- Dzięki za dobre słowo - rzuca Weston - bo już się bałem, że spróbujesz nam tego zabronić.
Thomas Seymour, śmiejąc się otwarcie, nachyla się do siostry z pytaniem:
- A kto do ciebie uderza w konkury?
- Jeśliś ciekaw, włóż suknię, weź robótkę i dołącz do nas.
- Niczym Achillesowi pośród niewiast - rzecze król - przyjdzie ci zgolić brodę, żeby poznać ich sercowe sekrety. - Choć się śmieje, nie wygląda na zachwyconego. - Chyba że znajdziemy kogoś bardziej dziewczęcego do tego zadania. Grzegorzu, tyś nie jest najbrzydszy, aczkolwiek boję się, że zdradziłyby cię twoje wielkie dłonie.
- W końcu to wnuk kowala - dopowiada Weston.
- Ale na przykład ten młodziutki Mark... - kontynuuje król. - Ten muzyk, wiecie, o kim mówię? O, z niego byłoby ładniutkie dziewczę.
- Mark Smeaton? - podchwytuje Joanna. - Och, on i tak kręci się koło nas. Właściwie nie uważamy go za mężczyznę. Skoro ktoś chce poznać nasze tajemnice, niech jego wypyta.
Rozmowa toczy się dalej leniwie i wolno zmienia kierunek. On, Cromwell, dziwi się, że Joanna w ogóle ma coś do powiedzenia od siebie; utwierdza się w przekonaniu, że Weston go judzi, wiedząc, iż w obecności króla nie odważy się nikogo napomnieć; z lubością wyobraża sobie, w jaki sposób najchętniej przywołałby do porządku niesfornego Francisa. Rafe Sadler obserwuje swego mentora spod oka. Henryk zwraca się do niego:
- To co?... Jutrzejszy dzień przebije dzisiejszy? - Reszcie towarzystwa musi wyjaśnić: - Cromwell nie śpi dobrze, jeżeli czegoś nie ulepszy.
- Chętnie bym zreformowował nakrycie głowy waszej królewskiej mości. I do tego te chmury przed południem...
- Deszczyk był mile widziany. Pragnęliśmy ochłody.
- Bóg nie przemoczył zbytnio waszej królewskiej mości - mówi pośpiesznie Edward Seymour.
Król pociera opaleniznę na czole.
- Kardynał uważał, że może wpływać na pogodę. Powiadał na przykład, że ranek wstał dość ładny, ale do południa jeszcze się przejaśni. I przejaśniało się.
Henryk robi to czasem, napomyka w rozmowie o Wolseyu, jakby to nie on, lecz jakiś inny monarcha zadręczył kardynała na śmierć.
- Niektórzy ludzie to potrafią, wasza królewska mość - rzecze Thomas Seymour. - Tak po prostu. Nie trzeba do tego być kardynałem.
Henryk potakuje uśmiechnięty.
- Racja. Nie powinienem był tak w niego wierzyć, prawda?
- Jak na poddanego był nazbyt dumny - oświadcza stary John Seymour.
Król spogląda przez stół na niego, Cromwella. Tomasz Cromwell kochał kardynała, o czym wszyscy tutaj wiedzą. Jednakże udaje mu się zachować kamienną minę świeżo wyciosanego posągu.
Po wieczerzy gospodarz opowiada historię Edgara Spokojnego, który władał w tych stronach wieleset lat temu, zanim monarchowie zamiast przydomków jęli przybierać kolejne liczby i gdy jeszcze wszystkie damy były czyste jak niepokalany śnieg, a wszyscy rycerze dzielni na zabój, zaś życie wiodło się proste, gwałtowne i zazwyczaj krótkie. Edgar upatrzył sobie niewiastę i posłał do niej jednego ze swych hrabiów, aby ją zobaczył we własnej osobie. Hrabia ów, który był tyleż fałszywy co przebiegły, przesłał wiadomość, że uroda królewskiej wybranki jest znacznie przeceniona przez poetów i malarzy i że niewiasta ta nie tylko utyka, lecz na domiar złego również zezuje. Zamierzał bowiem uwieść i poślubić dziewczę sam, co też uczynił. Odkrywszy zdradę hrabiego, Edgar zastawił nań pułapkę w zagajniku nieopodal, po czym przebił go włócznią, zabijając na miejscu.
- Co za niegodziwiec był z tego hrabiego! - wykrzykuje Henryk. - Spotkała go słuszna kara!
- Należałoby go raczej zwać gburem - stwierdza Thomas Seymour.
Jego brat wzdycha, dystansując się od tej uwagi.
- A co na to dama? - pyta Cromwell. - Kiedy już odkryła, że hrabiego nadziano na włócznię?
- Poślubiła Edgara - dopowiada John Seymour. - Pobrali się w gaiku i żyli długo i szczęśliwie.
- Przypuszczam, że nie miała wielkiego wyboru - mówi z westchnieniem lady Margery, gospodyni. - Niewiasta musi brać, co przynosi los.
- Miejscowi powiadają - ciągnie jej mąż - że przeniewierca do dziś snuje się po tutejszych lasach i pojękując, stara się wyciągnąć włócznię ze swoich trzewi.
- Tylko pomyśleć - odzywa się znów Joanna Seymour - że wyjrzawszy za okno w pierwszą lepszą księżycową noc, można zobaczyć, jak szarpie drzewce i wyrzeka... Całe szczęście, że nie wierzę w duchy.
- To tylko świadczy o tym, ile masz rozumu, siostro - odpowiada jej Thomas Seymour. - Żeby zobaczyć ducha, nie trzeba wyglądać przez okno. One podkradają się do nas, żywych, moja droga.
- Hmmm... - zamyśla się Henryk. Nagle unosi rękę i markuje rzut włócznią, aczkolwiek z konieczności bez zamachu, bo tylko taki jest możliwy przy stole. - Jeden czysty cios. Edgar musiał mieć nie lada siłę.
Teraz odzywa się on - on, Cromwell:
- Ciekaw jestem, czy tę historię spisano, a jeśli tak, kto ją spisał i czy aby na pewno pod przysięgą.
- Cromwell chciałby postawić hrabiego przed sądem.
- Cha, cha! - śmieje się John Seymour. - Wasza królewska mość ma poczucie humoru... Nie wydaje mi się, żeby w tamtych czasach byli kronikarze, a tym bardziej sędziowie.
- O, Cromwell z pewnością by jakichś znalazł. - Młody Weston nachyla się dla emfazy. - Wydobyłby sędziów przysięgłych spod ziemi, wydrapałby spod ściółki leśnej. I to byłby koniec hrabiego... zostałby osądzony, wyprowadzony i ścięty. Ponoć przy okazji rozprawy Tomasza Morusa nasz dobry mości sekretarz udał się za sędziami do komnaty narad, po czym gdy już zajęli swoje miejsca, zamknął starannie drzwi i wyłożył im obowiązujące prawo. "Pozwólcie, że rozwieję wasze wątpliwości", rzekł do nich. "Macie uznać Tomasza Morusa za winnego. Nie dostaniecie nic jeść, dopóki tego nie uczynicie". Następnie wyszedł i znowu starannie zamknął drzwi, tyle że z drugiej strony, i czekał pod nimi z toporem na wypadek, gdyby panowie sędziowie chcieli się przedrzeć, łaknąc ciepłej strawy. A że byli londyńczykami, którzy nade wszystko cenią sobie smaczny posiłek, jak tylko poczuli burczenie w brzuchach, zakrzyknęli: "Winny! Winny, i to jeszcze jak!".
Oczy wszystkich kierują się na niego, Cromwella. Rafe Sandler siedzący u jego boku cały zesztywniał z napięcia.
- Interesująca opowieść - zwraca się do Westona. - Pozwól jednak, że zapytam, skąd ją wziąłeś. Bo jak można się przekonać na każdym kroku, Tomasz Cromwell znany jest z rzetelności na sali sądowej.
- Nie było cię przy tym - odpowiada Francis Weston. - A zasłyszałem ją od jednego z sędziów przysięgłych. Którzy wołali: "Precz z nim, precz ze zdrajcą! Czy teraz już dostaniemy udziec barani?". W takich okolicznościach zapadł wyrok śmierci na Tomasza Morusa.
- Sprawiasz wrażenie kogoś, kto tego żałuje - zauważa Rafe.
- Bynajmniej. - Weston unosi obie dłonie. - Królowa Anna powiada, że śmierć Morusa powinna być przestrogą dla jemu podobnych zdrajców. Jakkolwiek wielkie są zasługi, jakkolwiek niepewna jest zdrada, Tomasz Cromwell wszystko wyniucha.
Rozlega się szmer aprobaty; przez moment wydaje mu się, że obecni zaczną go oklaskiwać. Wtem lady Margery przykłada palec do ust i ruchem głowy wskazuje na króla. Usadzony u szczytu stołu Henryk zaczął się chylić na prawą stronę; jego przymknięte powieki trzepoczą, oddech ma spokojny i głęboki.
Zebrani wymieniają uśmiechy.
- Pijany świeżym powietrzem - komentuje szeptem Thomas Seymour.
To pewna odmiana w stosunku do upojenia alkoholem, ostatnimi czasy bowiem Henryk coraz częściej prosi, aby przynieść mu dzban wina, czego nie miał w zwyczaju robić za młodu, gdy był smukły i sprawny. Przygląda się królowi przechylającemu się na krześle. Henryk zaczyna skłaniać się w przód, jakby zamierzał złożyć czoło na blacie, nagle się jednak wzdryga i gwałtownie prostuje, po czym opada na oparcie. Strużka śliny cieknie mu po brodzie.
Przydałby się w tej chwili Henry Norris, wiodący prym dworzanin spośród najbliższego otoczenia króla, znany z bezszelestnego kroku i lekkiej wyrozumiałej ręki; on by delikatnym szeptem przywrócił monarchę do świata jawy. Wszelako Norris został wysłany z listem miłosnym napisanym przez Henryka do Anny. Jak zatem postąpić? Król nie przypomina zmęczonego chłopca jak jeszcze pięć lat temu. Wygląda raczej jak pierwszy lepszy mężczyzna w średnim wieku popadły w odrętwienie po nazbyt sutym posiłku; jest napuchnięty i obrzmiały, z tu i ówdzie pękniętą żyłką, i nawet przy blasku świec widać, że jego rzednące włosy zaczynają siwieć. Dlatego kiwa na młodego Westona.
- Pora na wielkopański szyk w twoim wykonaniu.
Weston udaje, że nie słyszy. Wpatruje się w króla, nieostrożnie wykrzywiając twarz w grymasie niesmaku. Thomas Seymour mówi szeptem:
- Chyba powinniśmy wszcząć hałas. Aby go obudzić w sposób naturalny.
- Jakiego rodzaju hałas? - dopytuje jego brat Edward samym ruchem warg.
Thomas łapie się za brzuch.
Brwi Edwarda wystrzelają w górę.
- Śmiej się, jeśli masz dość odwagi. Gdy się ocknie, pomyśli, żeś natrząsał się z niego.
Król zaczyna chrapać. Przechyla się w lewo. Ryzykownie przewiesza się przez poręcz.
W końcu odzywa się Francis Weston:
- Ty się tym zajmij, Cromwell. Nikt nie radzi sobie z nim tak dobrze jak ty.
Kręci głową w odpowiedzi; uśmiecha się.
- Boże, chroń króla - rzecze świętoszkowato John Seymour. - Nie jest już taki młody.
Ze swojego miejsca podnosi się Joanna. Towarzyszy temu szelest sztywnych goździków. Pochyla się nad królem i klepie go po grzbiecie dłoni, energicznie, jakby sprawdzała ser. Henryk podskakuje na krześle, rozwierając powieki.
- Nie spałem - zapewnia. - Daję słowo. Chciałem tylko dać odpocząć oczom.
Kiedy król odszedł, udając się na spoczynek, Edward Seymour rzuca:
- Mości sekretarzu, pora na rewanż.
Rozpierając się wygodniej z kielichem w dłoni, pyta:
- Cóżem ci takiego uczynił?
- Partyjka szachów. W Calais. Jestem pewien, że pamiętasz.
Późna jesień tysiąc pięćset trzydziestego drugiego roku: tamtej nocy Henryk po raz pierwszy poszedł do łóżka z obecną królową. Zanim zgodziła się z nim zlec, Anna wymusiła przysięgę na Biblię, że poślubi ją, jak tylko znajdą się znów na angielskiej ziemi. Jednakże zła pogoda uwięziła ich na dłużej w porcie, co król wykorzystał, usiłując spłodzić z nią syna.
- Dałeś mi mata, mości sekretarzu - ciągnie Edward Seymour. - Ale tylko dlatego, że nie mogłem się przez ciebie skoncentrować.
- Jakże to?
- Wypytywałeś mnie o moją siostrę Joannę. Ile ma lat i tak dalej.
- Myślałeś, że jestem nią zainteresowany.
- A nie jesteś? - Edward uśmiecha się, aby złagodzić szorstkość pytania. - Nie jest jeszcze nikomu przyobiecana, wiesz...
- Wyjmij szachownicę - rzecze. - Czy figury i piony mają stanąć tak, jak stały w chwili, kiedy rozproszyłem twoją uwagę?
Edward spogląda nań z miną celowo bez wyrazu. O pamięci Cromwella opowiada się niestworzone historie. On za to uśmiecha się do siebie. Byłby w stanie odtworzyć układ figur i pionów, może nie z łatwością, lecz na pewno bez większego trudu; dobrze zna ludzi takich jak Edward Seymour i wie, jak grają.
- Zacznijmy od nowa - proponuje. - W końcu życie toczy się dalej. Nie masz nic przeciwko włoskim zasadom? Nie odpowiadają mi te turnieje, które wloką się przez tydzień.
Otwierający ruch Edwarda świadczy o pewnej dozie śmiałości z jego strony. Później jednak Seymour, trzymając w palcach białego piona, odchyla się na oparcie krzesła i ze zmarszczonymi brwiami porusza temat świętego Augustyna, a następnie przechodzi do Marcina Lutra.
- Jego nauki sieją zamęt w sercu - stwierdza. - Bóg powołał nas do życia tylko po to, aby ostatecznie przekląć. Wszystkie stworzenia Boże z nielicznymi wyjątkami rodzą się, aby wieść walkę na tym padole, a potem i tak kończą w ogniu piekielnym. Czasami boję się, że to prawda. I znajduję w sobie nadzieję, że może jednak nie...
- Gruby Marcin zmienił stanowisko. Tak przynajmniej słyszałem. Na lepsze dla nas.
- Czyżby więcej ludzi miało doznać zbawienia? A może nasze dobre uczynki nie przechodzą nie zauważone przez Boga?
- Nie chciałbym się wypowiadać za niego. Powinieneś poczytać Filipa Melanchtona. Prześlę ci jego najnowszą książkę. Mam nadzieję, że złoży wizytę w Anglii. Prowadzimy rozmowy z jego współpracownikami.
Edward przytyka okrągłą główkę piona do warg. Wygląda to tak, jakby chciał nią postukać o zęby.
- Król na to pozwoli?
- Nie zgodziłby się na wizytę samego Lutra. Nie lubi nawet, kiedy wymienia się jego nazwisko. Wszakże Filip jest łatwiejszym człowiekiem. Dobrze by dla nas było, w gruncie rzeczy bardzo dobrze, gdybyśmy weszli w przymierze z niemieckimi książętami, którzy są ewangelikami. Napędzilibyśmy cesarzowi strachu, mając przyjaciół i sojuszników na jego ziemiach.
- O nic więcej nie chodzi? - Skoczek Edwarda pokonuje kolejne pola. - Wyłącznie o dyplomację?
- Lubię dyplomację. Przychodzi mi z łatwością.
- Ale powiadają, że sam jesteś ewangelikiem.
- To żaden sekret. - Ściąga brwi. - Edwardzie, naprawdę chcesz to zrobić? Bo już widzę drogę do twojej królowej. A nie chciałbym znowu cię wykorzystać, nie chciałbym znowu usłyszeć, że rozproszyłem cię rozmową o stanie twojej duszy.
Krzywy uśmiech.
- Jak miewa się ostatnio twoja królowa?
- Anna? Nie jesteśmy na dobrej stopie. Ilekroć na mnie patrzy twardym wzrokiem, czuję, jak głowa chybocze mi się na ramionach. Doniesiono jej, że raz czy dwa wyraziłem się pochlebnie o Katarzynie, jej poprzedniczce.
- Rzeczywiście to uczyniłeś?
- Owszem, aczkolwiek wyłącznie w odniesieniu do siły jej ducha. Albowiem każdy chyba przyzna, że wykazuje się niezłomną postawą pomimo przeciwności. Królowa Anna dodatkowo uważa, że nazbyt faworyzuję księżniczkę Marię... to znaczy lady Marię, jak mamy ją nazywać. Najjaśniejszy pan wciąż darzy uczuciem swoją starszą córkę... nie potrafi się oprzeć, jak sam mówi... natomiast Anna jest zasmucona, ponieważ pragnie, aby jego jedyną córką była księżniczka Elżbieta. Jej zdaniem jesteśmy za łagodni dla Marii, którą raczej należałoby nakłonić do przyznania, że jest bękartem zrodzonym poza prawowitym związkiem małżeńskim.
Edward bawi się białym pionkiem, spogląda na niego powątpiewająco, wreszcie rozmyśla się i odstawia go na miejsce.
- Czy nie tak przedstawiają się sprawy? Sądziłem, że już przyznała coś takiego.
- Rozwiązaliśmy tę kwestię, nie podnosząc jej głośno. Maria wie, że przestała być następczynią tronu, a ja nie chciałbym naciskać na nią zbyt mocno. Jako że cesarz jest siostrzeńcem Katarzyny i kuzynem lady Marii, wolę go nie prowokować. Karol trzyma nas w garści, to chyba jasne? Jednakże Anna nie widzi potrzeby ugłaskiwania ludzi. Sądzi, że wystarczy słodzić Henrykowi.
- Podczas gdy ty musisz słodzić całej Europie - śmieje się Edward. Jego śmiech ma chropawe brzmienie. A spojrzenie mówi: jesteś ze mną bardzo szczery, mości sekretarzu, dlaczego?
- Zresztą - zawiesza czubki palców nad czarnym skoczkiem - zbytnio urosłem w siłę jak na gust królowej, odkąd najjaśniejszy pan uczynił mnie drugim w hierarchii Kościoła Anglii. Anna nie znosi, kiedy jej mąż słucha rad kogoś innego niż ona, jej brat Jerzy i jej wielmożny ojciec. Nawiasem mówiąc, nawet ten ostatni pada ofiarą ciętego języka królowej, która nazywa go tchórzem i obibokiem.
- Doprawdy? I jak to znosi poczciwy monsignore? - Edward obrzuca spojrzeniem szachownicę. - Och...
- Przypatrz się dobrze - zachęca go. - Chcesz grać dalej?
- Chyba spasuję. - Wzdycha. - Tak, z całą pewnością spasuję.
On, Cromwell, zbiera figury i piony, tłumiąc ziewnięcie.
- Ani słowem nie wspomniałem o twej siostrze Joannie. Jakie tym razem masz wytłumaczenie?
Kiedy idzie na górę, dostrzega młodego Sadlera i Grzegorza podskakujących przy wielkim oknie. Brykają i szurają nogami ze wzrokiem wbitym w coś niewidzialnego u ich stóp. Z początku myśli, że grają w piłkę bez piłki. Ale po chwili na jego oczach obracają się w powietrzu niczym tancerze i kopią piętami leżący przedmiot - cienki i podłużny. Nie, to nie przedmiot, ale powalony człowiek. Obydwaj pochylają się, żeby szczypać i dźgać, i wykręcać.
- Powoli - sapie Grzegorz - nie łam mu jeszcze karku. Chcę, żeby trochę pocierpiał.
Rafe podnosi spojrzenie i sięga dłonią do czoła, by otrzeć brew. Grzegorz opiera obie ręce na kolanach, łapie oddech i znowu trąca ofiarę nogą.
- To Francis Weston. Wszyscy myślą, że pomaga królowi się położyć, tymczasem mamy go tutaj w postaci zjawy. Zaczailiśmy się za rogiem i pojmaliśmy go w zaczarowaną sieć.
- Spotyka go kara - wyjaśnia Rafe i pochyla się nad leżącym. - I co? Teraz już żałujesz? - Spluwa w dłonie. - Co dalej, Grzegorzu?
- Złapmy go i wyrzućmy przez okno.
- Uważajcie - przestrzega ich. - Król lubi Westona.
- W takim razie nie będzie mu przeszkadzała jego płaska głowa - odpowiada Rafe.
Zaczynają się przepychać, walcząc o to, kto pierwszy nadepnie Francisa Westona. Rafe otwiera okno, po czym obydwaj się pochylają i wspólnymi siłami wciągają zjawę na parapet. Grzegorz przesuwa ją poza krawędź, odczepia dublet, który o coś zahaczył, a następnie jednym mocnym ruchem zrzuca wprost na kocie łby głową naprzód. Wyglądają na zewnątrz.
- Odbił się parę razy - rzuca Rafe z uśmiechem, otrzepując dłonie. - Dobrej nocy, mości sekretarzu.
Znacznie później Grzegorz siedzi w nogach jego łóżka w samej koszuli, z rozwichrzonymi włosami, boso, jedną gołą stopą marszcząc narzutę.
- A zatem czeka mnie żeniaczka? Z Joanną Seymour?
- Na początku lata myślałeś, że chcę cię ożenić z podeszłą wiekiem wdową posiadającą park łowiecki.
Ludzie stroją sobie żarty z Grzegorza: Rafe Sadler, Thomas Wriothesley, inni domownicy, nawet jego kuzyn Richard Cromwell.
- No tak, ale z jakiego innego powodu wiódłbyś rozmowę z jej bratem o tak późnej godzinie? Najpierw graliście w szachy, ale potem tylkoście rozmawiali... Niektórzy twierdzą, że chciałeś Joannę dla siebie.
- Kiedy?
- Minionego roku. Chciałeś ją dla siebie minionego roku.
- Nawet jeśli tak było, nic nie pamiętam.
- Usłyszałem o tym od żony Jerzego Boleyna, lady Rochford. Powiedziała, że mogę się spodziewać młodej macochy z komnat Wolf Hall, i zapytała, co o tym myślę. Chyba więc - Grzegorz robi marsa - nie powinienem się żenić z Joanną, jeśli ona podoba się tobie.
- Boisz się, że ukradnę ci żonę? Tak jak stary John Seymour swojemu synowi? - Przyłożywszy głowę do poduszki, mówi jeszcze: - Sza, Grzegorzu.
I zamyka oczy. Z Grzegorza jest dobry chłopak, chociaż cała łacina, której się uczy, wszystkie górnolotne passusy z wielkich autorów, które zapamiętuje, wpadają mu do głowy jednym uchem i wylatują drugim, jakby to były kamyki. Mimo wszystko ma się na uwadze syna Tomasza Morusa; biedny mały John - latorośl uczonego podziwianego przez całą Europę - ledwie potrafi spamiętać Ojcze nasz. Grzegorz jest też sprawnym łucznikiem i świetnym jeźdźcem, błyskotliwie radzi sobie w szrankach, jego manierom nic nie można zarzucić. Do starszych od siebie odnosi się z szacunkiem, nie szura stopami ani nie stoi jak bocian na jednej nodze, dla młodszych i mniej ważnych jest zawsze miły i uprzejmy. Wie, jak kłaniać się zagranicznym dyplomatom na modłę obowiązującą w ich ojczyźnie, przy stole siedzi nieruchomo i potrafi się powstrzymać od karmienia psów, a także umie pokroić i rozparcelować każdy rodzaj ptaka, gdy go o to poprosić. Nie snuje się z dubletem przewieszonym przez ramię ani nie przegląda z zachwytem w oknach, nie wierci się w kościele, nie przerywa tym, co mają coś do powiedzenia, ani nie próbuje dokańczać za nich wypowiedzi. Kiedy ktoś przy nim kichnie, zawsze życzy "Oby Jezus Chrystus dał ci zdrowie!".
Oby Jezus Chrystus dał ci zdrowie, wasza miłość.
Grzegorz unosi głowę.
- Tomasz Morus - rzuca. - Sąd. Czy tak to się odbyło?
Wie, że Weston nie rozminął się wiele z prawdą, chociaż trudno by go skomplementować za dbałość o szczegół. Przymyka znowu powieki.
- Nie miałem topora - mówi wreszcie.
Czuje zmęczenie. Zwraca się do Boga: Boże, pokieruj mną. Czasem tuż przed zaśnięciem oczyma wyobraźni widzi postawną szkarłatną sylwetkę kardynała. Pragnie, aby nieżyjący mężczyzna przepowiedział przyszłość, jednakże dawny mentor odnosi się wyłącznie do spraw domowych i związanych z pracą. Może na przykład spytać go o to, gdzie się zapodział list od księcia Norfolk, po czym nazajutrz rano pismo samo wpada mu w ręce.
Odzywa się w duchu - nie do Wolseya, lecz do żony Jerzego Boleyna.
Nie mam życzenia się żenić. Nie mam na to czasu. Byłem szczęśliwy w małżeństwie, ale Liz umarła i ta część mojego życia umarła razem z nią. Kto u Boga dał ci prawo spekulować na temat moich intencji? Lady Rochford, ani mi w głowie zaloty. Idzie mi szósty krzyżyk. W moim wieku człowiek nie wychodzi dobrze na długoterminowych kontraktach. Lepiej mi nająć niewiastę na godziny.
Stara się nie używać określenia "w moim wieku" w rozmowach z prawdziwymi ludźmi. W lepsze dnie czuje, że pozostały mu jeszcze dwie dekady życia. Często myśli sobie, że pochowa Henryka, chociaż takie myśli są zabronione; jest nawet prawo zakazujące spekulowania na temat daty śmierci monarchy, mimo że Henryk przez całe życie nadstawiał karku w spektakularny sposób. Doświadczył kilku wypadków podczas polowania. Zanim osiągnął pełnoletność, miał zakaz wstępowania w szranki, aczkolwiek oczywiście go nie przestrzegał i brał udział w turniejach, zakuty w zbroję z opuszczoną przyłbicą i bez godła raz po raz udowadniając, że jest najwytrzymalszym z uczestników. Czynił honory na wojnie z Francją i niejednokrotnie powtarzał, że ma naturę wojownika; bez wątpienia byłby znany jako Henryk Waleczny, gdyby nie to, że zdaniem Tomasza Cromwella Anglii nie stać na wojnę. I to nie tylko pod względem finansowym: cóż bowiem stanie się z Anglią, jeśli Henryk umrze? Z Katarzyną był żonaty przez dwadzieścia lat, tej jesieni upłynie trzeci rok jego małżeństwa z Anną, a on z każdą z żon dochował się wyłącznie po córce, zapełniając cmentarz nieżywymi dziećmi, z których część była tylko na poły uformowana i musiano je chrzcić w kałuży krwi, inne zaś rodziły się żywe, lecz umierały w ciągu paru godzin, paru dni, góra paru tygodni. Tyle zamieszania, tyle wrzawy wokół jego drugiego małżeństwa - i na co to się zdało? Henryk nadal nie ma dziedzica. Zgoda, ma nieślubnego syna, Henryka księcia Richmond, udanego chłopaka, obecnie szesnastoletniego, lecz co mu przyjdzie z bękarta? Co mu przyjdzie z dziecka Anny, malutkiej Elżbiety? Być może trzeba będzie wprawić w ruch specjalny mechanizm, który umożliwi Richmondowi objęcie panowania, gdyby coś niedobrego przytrafiło się jego ojcu. On, Tomasz Cromwell, ma fory u młodego księcia, wszelako Tudorowie - na tronie od bardzo niedawna, patrząc w skali dynastycznej - raczej nie mają szans na przetrwanie w razie czego. Plantageneci, którzy byli u władzy niegdyś i mają nadzieję na powrót do władzy, Tudorów uważają za przerywnik. Stare rody Anglii burzą się i wysuwają pretensje do tronu, zwłaszcza odkąd Henryk zerwał z Rzymem; na razie jeszcze zginają przed nim kolano, ale za plecami spiskują. Niemalże ich słyszy poszeptujących między drzewami.
Stary John Seymour wspomniał, że w tutejszych lasach można znaleźć żonę. Pod powiekami ma jej obraz, oblepionej pajęczynami i roziskrzonej od rosy, przemykającej gdzieś z tyłu. Ma bose stopy splecione z korzeniami, pierzaste włosy sczepione z gałęziami i palec wskazujący niczym wygięty liść. Pokazuje prosto na niego, kiedy zapada w sen. W głębi ducha kpi z siebie: sądziłeś, że w komnatach Wolf Hall znajdziesz wytchnienie. Sądziłeś, że będziesz się zajmował zwykłymi sprawami, sprawami wojny i pokoju, głodu i zdrady, nieurodzaju, krnąbrności poddanych, plagi pustoszącej Londyn i Henryka przegrywającego w karty koszulę. Na to byłeś przygotowany.
Pod sam koniec tych sennych rozmyślań, nie rozwierając powiek, wyczuwa coś w akcie tworzenia, coś, co spodziewa się ujrzeć w pełni dopiero w świetle poranka, coś ruchomego i zmiennego, ukrytego w zagajniku czy gaiku.
Zanim wreszcie zaśnie, wspomina jeszcze królewskie nakrycie głowy na jednym z nocnych drzew, siedzące w gnieździe niczym rajski ptak.
Nazajutrz, ażeby nie strudzić dam, skracają polowanie i wracają wcześniej.
Dla niego jest to szansa na zrzucenie myśliwskiego stroju i zabranie się do korespondencji. Żywi nadzieję, że król poświęci mu godzinę i wysłucha tego, co ma do powiedzenia. Jednakże Henryk pyta:
- Lady Joanno, zechcesz towarzyszyć mi w przechadzce po ogrodzie?
Zrywa się natychmiast, aczkolwiek ze zmarszczonym czołem, jakby nie rozumiała, co się dzieje. Porusza wargami, w ostatniej chwili powstrzymując się przed powtórzeniem na głos: Joanno... towarzyszyć... po ogrodzie...
O tak, naturalnie, z miłą chęcią. Jej dłoń niczym płatek kwiatu zawisa nad podanym przez niego ramieniem, po czym opada wolno, aż wreszcie dotyka wyszywanego rękawa.
Są tutaj trzy ogrody noszące nazwy: Ogród za Murem, Ogród Starej Pani i Ogród Młodej Pani. Nikt nie potrafi odpowiedzieć na jego pytanie, kim były te kobiety; obydwie od dawna leżą w ziemi i nie ma między nimi większej różnicy. Wspomina swój sen: oblubienicę uplecioną z korzonków, oblubienicę z pleśni.
Czyta. Pisze. Coś zwraca jego uwagę. Podnosi się, by wyjrzeć przez okno na chodniki w dole. Szybki są małe, a obraz przez nie rozchwiany, toteż musi nieźle wyciągać szyję, żeby cokolwiek zobaczyć. Zastanawia się przy tym, czyby nie przysłać swoich szklarzy, nie pomóc Seymourom w zyskaniu jaśniejszego spojrzenia na świat. Ma na swoich usługach grupę Olędrów, którzy pracują w jego rozlicznych posiadłościach. Przedtem pracowali dla kardynała.
Poniżej przechadzają się Henryk i Joanna. Król ma masywną sylwetkę, a Seymourówna sięgająca mu najwyżej do ramienia wygląda przy nim jak kukiełka. Postawny Henryk robi przytłaczające wrażenie w każdym pomieszczeniu; byłoby tak nawet wtedy, gdyby Bóg nie obdarzył go koroną.
Teraz Joannę przesłania krzak. Henryk kiwa do niej głową, mówi, stara się wywrzeć na niej wrażenie, a on przygląda się temu, pocierając brodę. Czy mu się tylko wydaje, czy królowi rośnie głowa? Czy coś takiego jest w ogóle możliwe u mężczyzny w średnim wieku?
Hans będzie to wiedział, decyduje w myślach i postanawia spytać malarza po powrocie do Londynu. Skłania się jednak ku przekonaniu, że to wzrok go zawodzi, a może raczej winić należy nierówne szkło.
Zbierają się chmury. Gruba kropla pada na gomółkę; on, Cromwell, mruga, kropla powiększa się, poszerza, zaczyna ściekać wzdłuż szprosu. Joanna znów pojawia się w jego polu widzenia. Henryk przyciska do swego ramienia jej dłoń, nakrywając ją wolną ręką. Widać, że wargi króla nieprzerwanie się poruszają.
Wraca na krzesło. Czyta, że robotnicy wznoszący umocnienia w Calais cisnęli narzędzia i domagają się sześciu pensów dniówki. Że jego nowa peleryna z zielonego aksamitu przybędzie do Wiltshire wraz z ostatnio wysłanym gońcem. Że kardynał z rodu Medyceuszy został otruty przez własnego brata. Ziewa. Czyta, że spekulanci z wyspy Thanet celowo podbijają ceny zboża. Osobiście najchętniej powywieszałby wszystkich ciułaczy, wie jednak, że ich prowodyrem może być jakieś wielmożątko wywołujące głód dla własnego zysku, toteż woli stąpać ostrożnie. Dwa lata temu w Southwark siedmioro londyńczyków zostało stratowanych przez tłum walczący o dzienną porcję chleba. To wielki wstyd dla Anglii, że poddani króla Henryka głodują. Ujmuje pióro i notuje coś.
Niebawem - siedziba Seymourów nie jest duża, wszędzie słychać wszystko - otwierają się drzwi na dole i jego uszu dobiega głos króla i jeszcze cichy szmer nagabywań... przemoknięte nogi, wasza królewska mość? W końcu słyszy odgłos zbliżających się ciężkich kroków Henryka; Joanna najwyraźniej rozwiała się bez jednego dźwięku. Nie ma wątpliwości co do tego, że jej matka i siostry zabrały ją na bok, aby się wywiedzieć, o czym rozmawiał z nią król.
Gdy Henryk wchodzi do niego, odsuwa się z krzesłem, by wstać. Król jednak macha ręką: nie przerywaj sobie.
- Wasza królewska mość, Moskale wdarli się na trzysta mil w głąb Polski. Zginęło ponoć pięćdziesiąt tysięcy ludzi.
- Ach - bąka Henryk.
- Mam nadzieję, że biblioteki nie ucierpią zbytnio. Ani uczeni. Wśród Polaków jest wielu uczonych.
- Hm? Tak, też mam taką nadzieję...
Wraca do swojej korespondencji. Zaraza się rozprzestrzenia w miastach... a król tak się obawia zarażenia... Listy od zamorskich władców pragnących się dowiedzieć, czy Henryk naprawdę zamierza poucinać głowy wszystkim biskupom. Ależ skąd, obrusza się, obecnie mamy wybornych biskupów, uległych królowi, w którym wszyscy widzą głowę Kościoła Anglii; zresztą cóż za niegrzeczne pytanie! Kto śmie twierdzić, że król Anglii powinien się opowiadać zamorskim władcom? Kto śmie podważać jego niezależne decyzje? Owszem, biskup Fisher nie żyje, jego los podzielił też Tomasz Morus, jednakże obydwaj - zanim doprowadzili Henryka do ostateczności - byli przez niego dobrze traktowani. Gdyby nie to, że okazali się takimi zatwardziałymi zdrajcami, byliby żyli po dziś dzień jak my wszyscy.
Napisał wiele podobnych listów od lipca. Nie wypada zbyt przekonująco nawet we własnych uszach; ucieka się wciąż do tych samych argumentów, zamiast się zapuścić na całkiem nowe terytoria. Potrzebuje nowych zwrotów... Henryk tupie mu za plecami.
- Wasza królewska mość, ambasador cesarza Eustachy Chapuys zapytuje, czy może udać się na północ, by zobaczyć córkę waszej królewskiej mości, lady Marię.
- Nie - odpowiada Henryk.
Odpisuje więc ambasadorowi:
Musisz zaczekać, aż wrócę do Londynu. Wtedy na pewno da się coś zorganizować...
Henryk poza tym milczy; tylko sapie, tupie, jakiś mebel trzeszczy, gdy opiera się o niego całym ciałem.
- Wasza królewska mość, doszły mnie słuchy, że burmistrz Londynu praktycznie nie wychodzi z domu, taką ma migrenę.
- Hm? - bąka znów Henryk.
- Przystawiają mu pijawki. Czy takie byłoby zalecenie waszej królewskiej mości?
Milczenie. Wreszcie Henryk skupia na nim wzrok, aczkolwiek przychodzi mu to z pewnym trudem.
- Pijawki? Proszę? Co?
Dziwne. Henryk, który boi się zarazy, uwielbia wysłuchiwać opowieści o pomniejszych dolegliwościach innych ludzi. Jeśli ktoś pociągnie przy nim nosem albo poskarży się na kolkę, jest gotów własnymi rękami sporządzić miksturę z ziół, po czym będzie stał i pilnował, aby napar został wypity.
Odkłada pióro. Obraca się, aby spojrzeć władcy prosto w twarz. To jasne, że Henryk myślami wciąż jest w ogrodzie. Na jego obliczu maluje się wyraz, jaki nieraz widywał w przeszłości, aczkolwiek częściej u zwierząt niźli u ludzi. Król jest oszołomiony jak cielę uderzone obuchem przez rzeźnika.
To była ich ostatnia noc w komnatach Wolf Hall. Pojawia się na dole dość wcześnie, niosąc naręcze dokumentów. Ktoś jednak przyszedł wcześniej. Nieruchoma jak głaz postać pośrodku wielkiej sali, widmowa obecność w mlecznym świetle - Joanna Seymour wystrojona w najlepsze suknie. Nie obraca głowy na powitanie, lecz widzi go kątem oka.
Jeśli nawet coś do niej kiedyś czuł, nie znajduje w sobie śladów tego uczucia. Miesiące przemykają niczym kotłujące się wirujące jesienne liście gnane wiatrem ku zimie; lato przeminęło, córka Tomasza Morusa zdjęła głowę ojca z Mostu Londyńskiego i trzyma ją teraz, Bóg świadkiem, w wazie albo misie, modląc się do niej. A on nie jest tym samym człowiekiem, którym był przed rokiem; nie przyznaje się do uczuć tamtego mężczyzny - zaprzątają go już nowe myśli, nowe uczucia. Joanno, mówi, nareszcie będziesz mogła zrzucić sztywne stroje, z pewnością się cieszysz, że wyjeżdżamy...
Joanna stoi wyprostowana niczym wartownik. Rozchmurzyło się z dnia na dzień. Być może czeka nas kolejny ładny dzień. Poranne słońce muska pola różem. Rozwiewają się nocne mgły. Kontury drzew nabierają kształtów. Domostwo się budzi. Wyprowadzone z boksów wierzchowce drepczą w miejscu i rżą cicho. Gdzieś trzaskają drzwi. Skrzypi strop nad ich głowami. Joanna chyba wstrzymuje oddech. Jej płaska pierś ani drgnie. Wydaje mu się, że powinien wycofać się rakiem, roztopić w nocy i pozostawić ją tutaj samą: zatopioną w sobie, zapatrzoną na Anglię.
IIKrukiLondyn i Kimbolton, jesień 1535
Stephen Gardiner! Wchodzi, kiedy on wychodzi, i zmierza prosto ku komnatom króla, trzymając jeden foliał pod pachą, drugim zaś zamiatając w powietrzu. Gardiner, biskup Winchesteru, wpadający jak burza, choć właśnie nastał pierwszy ładny dzień.
Gdy Stephen wkracza do jakiegoś pomieszczenia, meble przed nim umykają. Krzesła stają dęba. Składane zydle rozpłaszczają się na podobieństwo sikającej suki. Wełniane postaci biblijne na królewskich tapiseriach unoszą ręce, żeby zasłonić uszy.
W pałacu można się go spodziewać. Można go nawet oczekiwać. Ale tutaj? Podczas polowań na prowincji, gdzie (przynajmniej teoretycznie) odpoczywamy?
- To dla mnie wielka przyjemność, ekscelencjo - rzecze na powitanie. - Co za radość widzieć cię w dobrym zdrowiu. Mieliśmy niebawem zjechać do Winchesteru, nie przypuszczałem więc, że zobaczymy się wcześniej.
- Ubiegłem cię, Cromwell.
- Czyżbyśmy toczyli wojnę?
Wyraz twarzy biskupa mówi, że tak jest w istocie.
- To ty skazałeś mnie na wygnanie.
- Ja? Skąd ten pomysł, Stephenie? Tęskniłem za tobą codziennie. Poza tym wygnanie to spora przesada, co najwyżej przeniesienie na sielską wieś...
Gardiner zwilża wargi.
- Jeszcze się przekonasz, co znaczy żyć na prowincji.
Kiedy Gardiner utracił stanowisko mości sekretarza - na rzecz nie kogo innego jak Cromwella - usłyszał, że byłoby wskazane, aby spędził pewien czas we własnej diecezji, albowiem nazbyt często ostatnio dochodzi do zwarć z królem i jego drugą żoną. Brzmiało to mniej więcej tak:
- Ekscelencjo, mile by było widziane stanowcze wystąpienie na temat supremacji najjaśniejszego pana, które utwierdziłoby nas wszystkich w kwestii twojej lojalności. Jasna deklaracja mówiąca, że miłościwy pan jest i w gruncie rzeczy zawsze był głową Kościoła Anglii.Jednoznaczne zapewnienie, że papież to obcy książę nie mający w tym kraju żadnej władzy. W postaci na przykład spisanego kazania bądź listu pasterskiego. Coś, co by rozwiało wątpliwości dotyczące twoich poglądów i stanowiło przykład dla reszty duchowieństwa, a także wyprowadziło ambasadora Chapuysa z błędnego przekonania, że kupił cię cesarz Karol. Powinieneś zwrócić się do całego chrześcijańskiego świata. O właśnie, dlaczego nie udasz się do swej diecezji i nie napiszesz książki?
I oto Gardiner, klepiąc manuskrypt, jakby to był policzek pulchnego dziecka, oznajmia:
- Najjaśniejszy pan chętnie przeczyta moje dzieło. Zatytułowałem je "De vera obedientia".
- Lepiej pozwól mi się z nim zapoznać, zanim trafi do druku.
- Najjaśniejszy pan osobiście przekaże je w twoje ręce. Wykazałem, dlaczego przysięga na wierność papiestwu nie ma mocy prawnej, za to przysięga złożona naszemu królowi jako głowie Kościoła jest jak najbardziej wiążąca. Zaakcentowałem niezwykle silnie, że władza monarsza pochodzi od Boga, prosto od Boga.
- A nie od papieża.
- Zdecydowanie nie od papieża, tylko bezpośrednio od Boga. I z całą pewnością nie spływa w górę od poddanych, jak kiedyś raczyłeś to ująć.
- Doprawdy tak raczyłem to ująć? Spływa w górę? Dostrzegam tu pewną sprzeczność...
- Przyniosłeś królowi książkę na ten temat niejakiego Marsyliusza z Padwy z jego czterdziestoma dwoma tezami. Najjaśniejszy pan opowiadał, że rozwodziłeś się nad nimi, aż rozbolała go głowa.
- Powinienem był się streszczać - przyznaje z uśmiechem. - Chociaż w praktyce, Stephenie, czy z góry, czy z dołu nie ma większego znaczenia. "Ponieważ słowo królewskie ma moc, a któż do niego powie: cóż ty czynisz?".
- Henryk nie jest tyranem - rzecze sucho Gardiner. - Odrzucam wszelką myśl o tym, że jego władza nie ma oparcia w prawie. Gdybym był królem, pragnąłbym, aby mojego panowania nie dało się podważyć, aby uznawano je powszechnie i w razie potrzeby broniono go do upadłego. A ty nie?
- Gdybym był królem...
Zamierzał powiedzieć: "Dokonałbym teraz defenestracji".
Gardiner pyta:
- Dlaczego wyglądasz przez okno?
Uśmiecha się z nieobecną miną.
- Ciekaw jestem, co by na twoją książkę powiedział Tomasz Morus...
- Och, nie spodobałaby mu się na pewno. Ale jego opinia figę mnie obchodzi - rzecze biskup ochoczo - szczególnie że jego mózg wyżarły kanie, a czaszkę córka zamieniła w relikwię, do której modli się na kolanach. Po coś w ogóle pozwolił zdjąć jego głowę z Mostu Londyńskiego?
- Znasz mnie, Stephenie. W moich żyłach płynie miłosierdzie, które czasem się ze mnie ulewa. Ale, ale... wracając do twojej książki... Skoroś z niej taki zadowolony, może powinieneś spędzić więcej czasu na wsi, pisząc?
Gardiner ściąga brwi.
- Sam powinieneś zacząć pisać. To by dopiero było coś. Książka napisana kuchenną łaciną i łamaną greką.
- Napisałbym ją po angielsku - odpowiada. - To wystarczająco dobry język, którym można mówić o wszelakich sprawach. Wchodź, Stephenie, nie każ czekać najjaśniejszemu panu. Przekonasz się, że jest dziś w dobrym humorze. Towarzystwa dotrzymuje mu Henry Norris. I Francis Weston.
- A, ten rozgdakany kogucik - komentuje Stephen i czyni gest przypominający klaps. - Dziękuję, że mnie uprzedziłeś.
Czy zjawa Westona poczuła uderzenie? Z komnat króla dobiega wybuch śmiechu.
Dobra pogoda skończyła się wraz z ich pobytem w komnatach Wolf Hall. Ledwie wyłonili się z Savernake Forest, opadła ich wilgotna mgła. Deszczowa aura panuje w Anglii od prawie dekady, przyczyniając się do słabych zbiorów. Krążą słuchy, że cena zboża wzrośnie do dwudziestu szylingów za kwartę. Jaki los czeka tej zimy ludzi, którzy za swą pracę otrzymują pięć czy sześć pensów dziennie? Spekulanci są w swoim żywiole nie tylko na wyspie Thanet, lecz również w innych hrabstwach. Jego ludzie zawzięcie ich tropią.
Kardynał nie potrafił zrozumieć, jak jeden Anglik może z chęci zarobku okradać i skazywać na śmierć głodową drugiego. Odpowiedział mu wtedy:
- Na własne oczy widziałem, jak angielski najemnik poderżnął gardło swemu kompanowi i wyciągnął koc spod jeszcze drgającego ciała, po czym przeszukał sakwę i kieszenie ofiary, by zabrać pieniądze i święty medalik.
- No tak, ale to był najęty morderca - odrzekł kardynał. - Tacy ludzie są bezduszni i nie boją się Boga. Anglicy jednak są bogobojni.
- Włosi mają inną opinię na nasz temat. Ich zdaniem trakt łączący Anglię i piekło jest wydeptany nogami przetaczających się tłumów i wiedzie z górki.
Codziennie próbuje rozwikłać tajemnicę swego narodu. To prawda, że widywał morderców; ale widział też głodnego żołnierza oddającego bochenek chleba kobiecie, która nic dla niego nie znaczyła, i odwracającego się ze wzruszeniem ramion. Rozważniej jest nie poddawać ludzi próbie, nie przypierać ich do ściany. Pozwól im się bogacić, a dobrobyt natchnie ich wspaniałomyślnością. Pełny brzuch prowokuje dobre maniery. Kąsanie głodu rodzi potwory.
Kiedy parę dni po spotkaniu ze Stephenem Gardinerem dotarli do Winchesteru, w miejscowej katedrze odbyła się konsekracja nowych biskupów. "Moich biskupów", jak mówiła królowa Anna: kaznodziejów, reformatorów, mężczyzn, którzy upatrują w niej swojej szansy. Kto by pomyślał, że taki Hugh Latimer zostanie biskupem? Raczej można się było spodziewać, że spłonie na stosie, skurczy się w Smithfieldzie z dobrą nowiną na ustach. No tak, ale kto by pomyślał, że Tomasz Cromwell w ogóle do czegoś dojdzie? Po upadku Wolseya każdy się spodziewał, że Cromwell - będący sługą, pomocnikiem i prawą ręką kardynała - także zejdzie ze sceny. Po śmierci jego żony i córek każdy się spodziewał, że ciężka strata go zabije. Tymczasem zwrócił na niego uwagę Henryk; zaprzysiągł go Henryk; znalazł dla niego czas Henryk, który powiedział: "Cromwell, wesprzyj się na mnie", i od tej pory jego ścieżka życiowa wiodąca przez pałacowe dziedzińce i sale tronowe stała się prosta i gładka. Jako młody człowiek zawsze musiał się przepychać przez tłum, aby zobaczyć przedstawienie, lecz teraz to tłum rozstępuje się przed nim, gdy kroczy korytarzami Westminsteru czy innego pałacu. Odkąd został mianowany królewskim doradcą, stoły, skrzynie i szwendające się psy są spychane z jego drogi. Kobiety cichną, poprawiają na sobie suknie i pierścienie na palcach, odkąd mieni się archiwariuszem. Utensylia kucharzy i klerków, zydle nisko urodzonych odkopuje się w kąt, z dala od jego oczu, odkąd jest mości sekretarzem. Nikt poza Stephenem Gardinerem nie waży się poprawiać jego greki, odkąd sprawuje funkcję rektora uniwersytetu w Cambridge.
Summa summarum lato okazało się dla Henryka sukcesem. W hrabstwach Berkshire, Wiltshire i Somerset pokazał się poddanym, którzy (gdy nie lało jak z cebra) stali wzdłuż traktów i wiwatowali. Czemu by mieli nie wiwatować? Nie sposób nie czuć podziwu na widok króla. Henryk robi wrażenie, ilekroć się go widzi, jakby to był pierwszy raz. Jest potężnie zbudowany, ma byczy kark i nalaną twarz, choć z łysiejącą ostatnio głową, niebieskimi oczyma i małymi ustami zdaje się wręcz nieśmiały. Wyprostowany na całą swoją wysokość mierzy sześć stóp i trzy cale, a z każdego emanuje władczość. Jego osoba, jego postawa są iście królewskie; przerażają jego wybuchy gniewu, jego wyrzekania, jego lejące się łzy. Bywają jednak chwile, kiedy garbi się i rozluźnia i z czołem nieskalanym najmniejszą zmarszczką przysiada się obok na ławie, by porozmawiać jak brat z bratem. To znaczy gdyby miało się brata. Albo nawet jak ojciec, ideał ojca. Jak się miewasz? Nie przepracowujesz się zbytnio? Jadłeś coś? Co ci się śniło minionej nocy?
Objazd królestwa niesie ryzyko, że monarcha, który zasiada przy zwykłych stołach, na zwykłych krzesłach, zacznie być uważany za zwykłego człowieka. A Henryk na pewno nie jest zwyczajny. To nic, że traci włosy i przybiera na wadze. Cesarz Karol oddałby prowincję, gdyby przeglądając się w lustrze, mógł ujrzeć wizerunek Tudora zamiast swojej pokurczowatej fizjonomii z haczykowatym nosem praktycznie sięgającym brody. Tyczkowaty król Franciszek zastawiłby delfina, aby zyskać bary jak Tudor. Jeśli tamci w ogóle mają jakieś zalety, Henryk też je ma, i to dubeltowe. Jest od nich dwakroć bardziej oczytany, miłosierny i dzielny. Bije na głowę błędnego rycerza z najwspanialszej księgi o rycerzach.
Mimo to w całej Anglii poddani siedzący po karczmach winią za złą pogodę króla i królową Annę: kochanicę, ladacznicę nad ladacznicami. Gdyby Henryk wziął sobie z powrotem swą pierwszą i jedyną żonę Katarzynę, deszcze by ustały. Oczywista nikt nie wątpi, że wszystko wyglądałoby inaczej i lepiej, gdyby krajem rządzili pijacy i wioskowe głupki.
Wracają do Londynu w wolnym tempie, aby miasto było wolne od choćby cienia podejrzeń o zarazę, gdy w jego mury wkroczy król. Po drodze Henryk modli się samotnie w wyziębionych kapliczkach pod czujnym okiem wymalowanych na ścianach dziewic. Nie lubi, gdy Henryk to robi. Chciałby wiedzieć, o co się modli, tak jak wiedział jego mentor kardynał Wolsey.
W miarę zbliżania się końca lata jego stosunki z królową stają się ostrożniejsze, niepewniejsze i pełne wzajemnej nieufności. Annę Boleyn liczącą obecnie trzydzieści cztery lata cechuje wyrafinowanie, przy którym uroda przestaje mieć znaczenie. Jej kształty zaokrągliły się nieco, lecz ciemnowłosy czar nie stracił nic ze swej mocy, aczkolwiek miejscami zdaje się jakby wytarty. Wyrazistych czarnych oczu królowa wciąż używa z dobrym skutkiem i w specyficzny dla niej sposób. Zerka na mężczyznę, po czym ucieka wzrokiem, jak gdyby niezainteresowana, obojętna. Potem następuje przerwa trwająca może tyle, ile trzeba na zaczerpnięcie tchu. Następnie Anna powoli, na pozór wbrew sobie, wraca spojrzeniem i wbija oczy w jego twarz, lustrując ją tak, jakby był jedynym przedstawicielem płci męskiej na świecie albo jakby widziała go po raz pierwszy czy też zastanawiała się, do czego może jej się przydać, i próbowała rozważyć wszystkie możliwości, w tym takie, o jakich on nawet nie zdążył pomyśleć. Ofiara ma wrażenie, że trwa to całą wieczność, i czuje ciarki biegające po krzyżu. Mimo iż sztuczka jest błyskawiczna, tania, skuteczna i używana raz po raz, nieszczęsnemu wybrańcowi zdaje się, że został wyróżniony spośród reszty mężczyzn. Rozciąga wargi. Pręży muskuły. Prostuje ramiona. Traci głowę.
Był świadkiem, jak Anna stosuje tę sztuczkę na nisko i wysoko urodzonych, nawet na Henryku. Widział, jak temu czy innemu mężczyźnie opadała szczęka, a podnosiło się co innego. Metoda jest niemal niezawodna, choć na niego nigdy nie zadziałała. Bóg wie, że nie pozostaje obojętny na kobiece wdzięki, jednakże z jakiegoś powodu jest obojętny na wdzięki Anny. To ją drażni; jej zdaniem powinien chociaż udawać. Dzięki niemu jest królową, on dzięki niej został doradcą królewskim, lecz teraz nie czują się dobrze w swoim towarzystwie, zachowują czujność, wypatrując jakiegoś potknięcia, które zdradziłoby ich prawdziwe intencje, i licząc na zyskanie przewagi w jedną bądź w drugą stronę - jak gdyby wyłącznie obłuda zapewniała im bezpieczeństwo. Z tym że Anna nie potrafi udawać; otoczona miłością króla zachowuje się jak żywe srebro, przechodząc żwawo od gniewu do śmiechu i z powrotem. Tego lata zdarzały się dni, gdy uśmiechała się do niego sekretnie za plecami króla lub wykrzywiała twarz, przestrzegając, że Henryk jest wyprowadzony z równowagi. Kiedy indziej całkowicie go ignorowała, odwracała się od niego, czarnymi oczyma omiatając pomieszczenie i szukając innej ofiary.
Aby to wytłumaczyć - o ile jest w ogóle jakieś wytłumaczenie - trzeba nam się cofnąć do minionej wiosny, do czasu, gdy Tomasz Morus pozostawał jeszcze przy życiu. Anna wezwała go na rozmowę w sprawach dyplomacji: tematem była umowa małżeńska między francuskim księciem a jej malutką córką Elżbietą. Z tego czy innego powodu bowiem Francuzi zaczęli robić uniki w trakcie negocjacji. Po prawdzie nawet teraz nie uważają Anny za prawdziwą królową i mają wątpliwości co do tego, czy jej córka jest z prawego łoża. Anna zdaje sobie sprawę, z czego wynika niechęć strony francuskiej, i winą obarcza jego, Tomasza Cromwella. Otwarcie zarzuciła mu sabotaż. Powiedziała, że jej zdaniem nie lubi Francuzów i sojusz z nimi nie jest mu w smak. Czyż nie skorzystał z pierwszej lepszej wymówki, aby nie wybrać się za Kanał na rozmowy twarzą w twarz? Utrzymuje, że Francuzi byli gotowi.
- Oczekiwali cię, mości sekretarzu. Ty zaś stwierdziłeś, że jesteś chory, przez co do Francji musiał się wybrać mój drogi brat.
- Który nie odniósł sukcesu - odparł z westchnieniem. - Niestety.
- Już ja cię znam! - ciągnie nieugłaskana Anna. - Ty nigdy nie chorujesz, chyba że ci z chorobą po drodze. Poza tym przejrzałam cię, wiesz? Wydaje ci się, że gdy przebywasz z dala od dworu, nie mamy cię na oku. Tymczasem doskonale wiemy, że zadajesz się z ambasadorem cesarza. Doniesiono mi, że ty i Chapuys jesteście sąsiadami. Ale to chyba jeszcze nie powód, by bez przerwy wysyłać do siebie służących?...
Tego dnia Anna ma na sobie strój różano-gołębiowy. Barwy te powinny wydobywać panieński urok, on jednak ma przed oczyma szaroróżowe wnętrzności, wyciągnięte na wierzch flaki i podróbki drgające wciąż w żywym ciele; musiał odesłać do Tyburn kolejną grupkę krnąbrnych zakonników, by kat ich otworzył i wybebeszył. Byli to zdrajcy zasługujący na śmierć, lecz taka śmierć okrutnością przewyższa większość innych jej rodzajów. Perły na szyi przypominają mu krople tłuszczu, a że rozmawiając, Anna ma zwyczaj sięgać do nich ręką i pociągać lekko, jej paznokcie błyskają mu w oczach niczym małe sztylety.
Mimo wszystko, jak powiada ambasadorowi cesarza, dopóki znajduje się w łaskach króla, dopóty Anna raczej niewiele może mu zrobić.Bywa złośliwa, bywa wściekła, ma zmienny charakter, o czym Henryk doskonale wie. Właściwie to go do niej przyciągnęło, ta odmienność wyróżniająca ją spośród masy potulnych, łagodnych blondyneczek przewijających się przez życie mężczyzny i nie pozostawiających ani śladu. Aczkolwiek od niedawna na widok żony Henryk wydaje się chwilami znękany. Poznać, że spojrzenie mu mętnieje, ilekroć ona zaczyna swoje marudzenie, i człowiekowi przychodzi na myśl, że gdyby król nie był taki rycerski, najchętniej zakryłby sobie uszy.
Chapuys odpowiada, że nie Anna go niepokoi, lecz ludzie, którzy się wokół niej zbierają. Jej krewni: ojciec, hrabia Wiltshire, który lubi, gdy się go tytułuje monsignore, i jej brat Jerzy, lord Rochford, którego Henryk dopuścił do swej tajnej rady. Jerzy jest jednym z niewielu nowych nabytków, gdyż król woli się otaczać osobami, do których przywykł, z którymi się przyjaźnił za młodu; zdarzało się, że kardynał robił z nimi porządek, lecz tacy mężczyźni wracają jak brudna woda. Niegdyś byli pełni ducha, pełni werwy. Po ćwierćwieczu jęli siwieć, flaczeć, tyć, niektórzy kuleją, innym poutrącało palce, ale wszyscy wykazują arogancję satrapów, a wnikliwością umysłów przypominają słupy. Dołączyły do nich szczenięta: Weston, Rochford i im podobni, ponieważ król pragnie czuć się wciąż młody. Wszyscy oni - starzy i młodzi - towarzyszą Henrykowi od rana do nocy, budząc go i kładąc spać, a między jednym i drugim nadskakując mu. Są dlań kompanią, gdy siedzi w wygódce i gdy szoruje zęby, spluwając do srebrnej misy; podcierają go ręcznikami, ubierają w dublety i pludry; znają jego ciało na pamięć, każdy pieprzyk i pieg, każdy włosek w brodzie, orientują się w krajobrazie wysepek potu na jego koszuli, gdy wraca z partyjki jeu de paume. Wiedzą o królu więcej, niż powinni; więcej, niż im wypada; wiedzą tyle co jego garderobiany i lekarz, a na domiar rozpowiadają o tym, co wiedzą; a wiedzą nawet, kiedy nachodzi królową w łożnicy, aby wtłuc w nią syna, i że w piątki (to jest wtedy, gdy żaden porządny chrześcijanin nie spółkuje) śni o urojonej kobiecie, przez którą plami pościel. Kupczą swoją wiedzą, żądając wysokiej ceny: domagają się przysług, chcą, by przymykać oko na ich zaniedbania, uważają się za wyjątkowych i podkreślają to na każdym kroku. Nawet on, Cromwell, odkąd służy bezpośrednio Henrykowi, postępuje z nimi łagodnie, słodzi im i delikatnie ich nakłania, wiecznie szukając kompromisu i możliwości współpracy, lecz czasami się zdarza, że wzbraniają mu dostępu do króla przez pełną godzinę, szczerząc się z satysfakcji. Myśli sobie, że chyba dość się starał, by dostosować się do nich, i że teraz to raczej oni powinni dostosować się do niego, a jeśli nie zechcą tego uczynić, trzeba będzie się ich pozbyć.
Poranki zrobiły się chłodne; brzuchate chmury ciążą nad orszakiem królewskim, gdy niemrawo przemierza połacie hrabstwa Hampshire traktami, które z dnia na dzień z wyschniętych zmieniają się w błotniste. Henryk z niechęcią myśli o powrocie do obowiązków; powiada, że jeśli chodzi o niego, sierpień mógłby nigdy się nie skończyć. Właśnie zmierzają do Farnham po skromnym polowaniu, gdy z przeciwnej strony galopem nadciąga wiadomość o przypadkach zarazy w miasteczku. Król, któremu nie brak odwagi na polu bitwy, blednie na oczach wszystkich i natychmiast zawraca wierzchowca, szarpiąc wodze. Ale dokąd się uda? Wszędzie, byle nie do Farnham.
Pochyla się w siodle i ściągnąwszy nakrycie głowy, szepcze do króla:
- Możemy stąd bez trudu dotrzeć do Basing House, tylko pchnę przodem posłańca, żeby uprzedził Williama Pauleta. Później, aby go odciążyć, przeniesiemy się do Elvetham na jeden dzień. Edward Seymour przebywa u siebie, nawet jeśli nie jest dobrze zaopatrzony, zdołam ściągnąć zapasy.
Zostaje w tyle, pozwalając Henrykowi wysforować się naprzód. Zwraca się do młodego Sadlera:
- Poślij kogoś z powrotem. Niech sprowadzi Joannę.
- Tutaj?
- Przecież umie jeździć konno. Każ staremu Seymourowi, żeby dał jej dobrego konia. Chcę, by była obecna w Elvetham w środowy wieczór. Później będzie za późno.
Rafe zbiera wodze, przymierzając się do odjazdu.
- Ale... Seymourowie będą wypytywać, dlaczego Joanna i skąd ten nagły pośpiech. A także czemu wybieramy się do Elvetham, skoro w pobliżu stoi tyle innych siedzib, ot choćby Sutton Place Westonów...
Na pohybel Westonom, myśli. Westonowie nie są częścią jego planu. Uśmiecha się.
- Odpowiedz, że powinni mnie usłuchać, jeśli mnie kochają.
Widzi, że Rafe spodziewa się z jego strony oświadczyn. Pytanie, czy poprosi o rękę Joanny Seymour dla siebie czy dla Grzegorza.
Jednakże on widział w komnatach Wolf Hall coś, czego Rafe nie dostrzegł: cichutką Joannę w swojej łożnicy, bladziutką milczącą Joannę, o której teraz śni król. Nikt nie jest odpowiedzialny za fantazje drugiego człowieka, zresztą z Henryka żaden tam lubieżnik, nie miał wielu kochanic. Nic złego się nie stanie, gdy on, Cromwell, dopomoże tym dwojgu się zejść. Król nie traktuje źle towarzyszek łoża, nie jest z tych mężczyzn, co zaczynają nienawidzić kobiety, ledwie ją posiedli. Będzie dla niej pisał strofy, a gdy zostanie odpowiednio pokierowany, zapewni jej ładny przychód i przychylniejszym okiem spojrzy na jej krewnych; odkąd Anna Boleyn przebiła się w wielkim świecie, niejedna angielska rodzina uważa, że największym zaszczytem dla niewiasty jest pławić się w łasce króla. Jeżeli dobrze to rozegra, Edward Seymour urośnie w siłę na dworze królewskim i stanie się jego sojusznikiem w miejscu, gdzie sojusz to rzadka rzecz. Na tym etapie wszakże Edward potrzebuje pomocnika. On, Cromwell, ma lepszego nosa do interesów niż dziedzic rodu Seymourów. Nie dopuści, by Joanna tanio sprzedała swą cnotę.
Ciekawe, co zrobi królowa Anna, gdy Henryk na kochanicę weźmie sobie młódkę i jej dworkę, którą ona wyśmiewa, nazywając bladawcem i strachajłą. Jak Anna zareaguje w obliczu potulności i małomówności? Tupanie niewiele jej pomoże. Będzie się musiała zastanowić, co takiego Joanna potrafi dać królowi, czego mu obecnie brakuje. Będzie musiała pomyśleć. A przyglądanie się pogrążonej w myślach Annie to sama przyjemność.
Kiedy oba orszaki spotkały się niedawno, Anna była czarująca, dotykała dłonią jego ramienia i paplała po francusku jakieś głupstwa. Jak gdyby przed paroma tygodniami nie rzuciła lekkim tonem, że najchętniej skróciłaby go o głowę; jak gdyby tylko prowadziła wtedy konwersację. Podczas polowania najlepiej trzymać się za jej plecami. Jest cięta i bystra, lecz często chybia celu. Tego lata wpakowała strzałę w zabłąkaną krowę. A Henryk musiał pokryć szkody właścicielowi.
Wszakże nie warto się tym przejmować. Królowe przychodzą i odchodzą. Jak pokazała najnowsza historia. Należy się raczej martwić, skąd brać pieniądze dla Anglii i dla wasali jej króla, z czego pokrywać koszty jałmużny i czym zapłacić cenę sprawiedliwości, wreszcie jak i za co utrzymać wrogów z dala od granic.
Od zeszłego roku czuje, że znalazł panaceum. Zakonnicy, zaliczający się do kasty pasożytów, powinni zapłacić za wszystko. Rozkazał swoim ludziom, swoim kontrolerom udać się do klasztorów, zakonów i opactw i tam zadać osiemdziesiąt sześć przygotowanych zawczasu pytań. Macie więcej słuchać, niż mówić, zapowiedział, a następnie poprosić o wgląd w księgi rachunkowe. Rozmawiajcie z zakonnikami i zakonnicami o ich życiu i regule. Nie interesuje mnie, co według nich jest zapłatą za zbawienie: wyłącznie krew Chrystusa czy również po części ludzkie uczynki i zalety; to znaczy owszem, interesuje mnie to, lecz nie przede wszystkim - najważniejsze teraz są zasoby, którymi dysponują. Trzeba się rozeznać w sprawach własności oraz sprawdzić, jak najprościej wszystko przeprowadzić, jeśli najjaśniejszy pan jako głowa Kościoła zechce odebrać co jego.
Nie spodziewajcie się ciepłego przyjęcia, przestrzega swoich ludzi. Wielu upłynni środki trwałe, zanim zjawicie się na miejscu. Rozejrzyjcie się, co za relikwie i obiekty otoczone czcią są w ich posiadaniu i jaki przynoszą roczny dochód, albowiem jest to zdzierstwo uderzające w przesądnych pielgrzymów, którzy lepiej by zrobili, gdyby zostali w domu i wzięli się do uczciwej pracy. Przyciśnijcie braciszków i siostrzyczki i dowiedzcie się, wobec kogo są lojalni; co myślą o Katarzynie, co myślą o Marii, jakie mają zdanie na temat papieża; skoro bowiem domy macierzyste ich zakonów znajdują się poza granicami Anglii, mogą czuć się zobowiązani wobec zamorskiej potęgi. Wyłóżcie to wszystko i wykażcie, że ich położenie uległo zmianie na niekorzyść, że nie wystarczą już zapewnienia o wierności Koronie, że konieczne będą kroki udowadniające tę wierność i że pierwszym z takich kroków może być ułatwienie waszej pracy.
Kontrolerzy mają dość rozumu w głowie, aby nie myśleć o oszukiwaniu go, lecz on i tak na wszelki wypadek wysyła ich w teren parami, aby jeden mógł pilnować drugiego. Przewiduje, że kwestorzy posuną się do łapówek, chcąc zaniżyć wartość majątku zakonnego.
Tomasz Morus w swojej komnacie w Tower powiedział do niego:
- W co jeszcze uderzysz? W końcu doprowadzisz do upadku cały kraj.
Odparł wtedy:
- Proszę Boga, aby zabrał mnie do siebie, jak tylko zacznę niszczyć, zamiast budować. Ignoranci twierdzą, że król niszczy Kościół. Tymczasem on go tak naprawdę odnawia. Wierz mi, że Anglia będzie lepsza, kiedy pozbędziemy się kłamców i hipokrytów. Ty jednak nie dożyjesz tych czasów, jeśli nie zmienisz swojego nastawienia.
Tomasz Morus nie zmienił nastawienia i nie dożył tych czasów. On, Cromwell, nie żałuje tego. Żałuje tylko, że nie zdołał przemówić Morusowi do rozsądku. Kazał mu złożyć przysięgę, potwierdzić ważność Aktu Supremacji; przysięga była w gruncie rzeczy testem lojalności. Niewiele spraw w życiu człowieka jest prostych, to jednak było bardzo proste. Jeśli nie przysięgniesz, przyznasz się, żeś zdrajca i buntownik, i wydasz na siebie wyrok. Morus nie przysięgnął i zginął - jak inaczej mogło się to skończyć? Poczłapał na szafot któregoś dnia w deszczowym lipcu, gdy padać przestawało wyłącznie na krótką godzinę przed nocą, dla Morusa za późno, gdyż umarł przemoknięty, zachlapany do kolan, dobrnąwszy do kloca na kaczych nogach. Nie może powiedzieć, żeby za nim tęsknił. Po prostu czasem zapomina, że nie żyje. Ma wrażenie, że jest pogrążony głęboko w rozmowie, po czym nagle konwersacja się urywa, on mówi coś, lecz nie otrzymuje odpowiedzi. Całkiem jakby przechadzali się razem i Morus nagle zapadł się pod ziemię, wleciał do dołu wysokiego jak człowiek, wypełnionego deszczówką.
Istotnie słyszy się o podobnych wypadkach. Niejeden stracił życie, gdy ziemia ustąpiła mu spod nóg. W Anglii są potrzebne lepsze trakty i mosty, które się nie zapadają. Właśnie ślęczy nad ustawą, którą chce poddać pod głosowanie w parlamencie; wedle niej zatrudniano by osoby nie mające pracy i płacono im za naprawę dróg, budowę portów i murów obronnych wznoszonych ku przestrodze cesarzowi czy jakiemuś innemu oportuniście. Obliczył sobie, że pieniądze na wypłaty można ściągnąć z bogatych w postaci podatków, i da się zapewnić robotnikom dach nad głową, strawę, nawet lekarzy, gdyby ich potrzebowali; wszyscy byśmy skorzystali na pracy ich rąk, wyszlibyśmy dobrze na tym, że mają uczciwe zajęcie, zamiast stręczyć, kraść i rabować, bo kto nie zejdzie na złą drogę, wiedząc, że inaczej będzie chodził głodno i chłodno? A jeśli ich ojcowie byli stręczycielami, złodziejami i rabusiami? To jeszcze nic nie znaczy. Dość spojrzeć na niego. Czy przypomina Waltera Cromwella? W ciągu jednego pokolenia może zajść ogromna zmiana.
Wracając do zakonów: wychodzi z przekonania - tak samo jak Marcin Luter - że życie zakonne jest zbędne, bezużyteczne i niekonieczne w oczach Chrystusa. W klasztorach nie ma niczego ponadczasowego. Klasztory nie należą do odwiecznego bożego porządku. Powstają i upadają jak wszystkie inne instytucje, nieraz dosłownie, gdy runą ich mury, lub w przenośni, gdy nie stanie spolegliwego intendenta. Na przestrzeni lat całe mnóstwo klasztorów przestało istnieć, zmieniło siedzibę bądź dało się połknąć innemu domowi zakonnemu. Liczba braci zakonnych zmniejsza się regularnie i zupełnie naturalnie, ponieważ współcześnie dobrzy chrześcijanie wolą wieść życie wśród bliźnich, nie odcinając się od świata. Weźmy opactwo w Battle. W szczytowym okresie zamieszkiwało tam dwustu zakonników, teraz zaś można się doliczyć góra czterdziestu. Czterdziestu grubasów siedzących na skarbie. Podobnie jest w całej Anglii. Gdziekolwiek spojrzeć, widać bogactwo, które można spieniężyć, spożytkować w lepszym celu. Po co pozwalać na trzymanie pieniędzy w kufrach, skoro można puścić je w obieg między poddanych króla?
Kontrolerzy ruszają w teren i niemal wszystko, co nadsyłają, to czysty skandal: zakonne manuskrypty, opowieści o duchach i klątwach mające siać postrach wśród gawiedzi. Braciszkowie posiadają relikwie, dzięki którym pada lub nie pada deszcz, rosną zboża, czezną chwasty i można wyleczyć każdą chorobę bydła. Oczywiście nie użyczają ich darmo okolicznym mieszkańcom, lecz słono sobie za nie liczą: za spróchniałe kości i drzazgi drewna, a nawet za pogięte gwoździe rzekomo ze Świętego Krzyża. Opowiada królowi i królowej o tym, co jego ludzie odkryli w Maiden Bradley w hrabstwie Wiltshire.
- Tamtejsi zakonnicy są w posiadaniu skrawka Bożej szaty i kawałków mięsiwa spożywanego podczas Ostatniej Wieczerzy. Mają też gałązki, które kwitną w Boże Narodzenie.
- To ostatnie jest możliwe - wtrąca z nabożeństwem Henryk. - Nie zapominaj o głogu z Glastonbury.
- Przeor spłodził sześcioro dzieci i zatrzymał swoich synów na terenie zakonu, by wykorzystywać ich jako służących. W swojej obronie rzecze, że nigdy nie zadawał się z mężatkami, lecz wyłącznie z dziewicami. Po czym gdy mu się znudziły lub stały się brzemienne, zawsze znajdował im mężów. Twierdzi, że ma pozwolenie opatrzone papieską pieczęcią, na mocy którego wolno mu się łajdaczyć.
Anna chichocze i pyta:
- Był w stanie je okazać?
Henryk nie posiada się z oburzenia.
- Rozprawić mi się z nim, i to natychmiast! Tacy ludzie przynoszą wstyd całemu duchowieństwu!
Ależ ci głupcy z tonsurami są znacznie gorsi od przeciętnego mężczyzny; czyżby Henryk nie zdawał sobie z tego sprawy? Oczywiście porządni ludzie trafiają się nawet wśród zakonników, jednakże tacy rzadko zdzierżą za murami dłużej niż parę lat, napatrzywszy się na wszystko, co tam się dzieje. Przy pierwszej sposobności wymykają się i zrzucają habity. W dawnych czasach nasi przodkowie chwytali za sierpy i kosy i rzucali się na braciszków i ich sługi z gwałtownością normalnie zarezerwowaną dla najeźdźcy. Pokonywali mury i grozili podpaleniem, a szukali rejestrów dzierżawnych będących poświadczeniem ich podległości, po czym gdy je znaleźli, rwali wszystko na strzępy i ciskali w ogień, mówiąc, że pragną jedynie wolności, odrobiny wolności, i żeby ich lepiej traktowano, jak bliźnich i krajanów, a nie jak zwierzęta.
Spływają jeszcze mroczniejsze wiadomości. Upoważnia swoich ludzi, aby powiedzieli jasno i wyraźnie: jedno łóżko na jednego zakonnika, jeden zakonnik na jedno łóżko. Czy to takie trudne? Sterani kontrolerzy przekonują go, że to nie dziwota, że gdy odciąć zdrowych mężczyzn od niewiast, zaczną napastować młodszych i słabszych od siebie, że taka jest męska natura, a zakonnicy choć stanu duchownego, są przede wszystkim mężczyznami. Czyż jednak nie powinni przezwyciężać swoich słabości? Jaki sens mają ich modlitwy i posty, skoro nie przygotowują na odparcie pokus podsuwanych przez szatana?
Król widzi marnotrawstwo, widzi niegospodarność; zgadza się, że chyba będzie trzeba zreformować niektóre mniejsze zakony, przecież sam kardynał za życia czynił starania w tym kierunku. Lecz być może co większe klasztory da się zachować, licząc na poprawę?
Być może, odpowiada Henrykowi. Jest świadom religijności króla i jego obawy przed zmianami. Monarcha pragnie reformacji Kościoła, jego oczyszczenia, ale zarazem ma chrapkę na kościelne majątki. Niestety jako osoba urodzona na przełomie czerwca i lipca i typowy przedstawiciel swego znaku zodiaku podchodzi do sprawy rakiem, nie wprost. Przygląda się Henrykowi przebiegającemu wzrokiem liczby, które mu przedstawił. To żaden skarb dla króla, żaden tam królewski okup. Z biegiem czasu Henryk zacznie łypać chciwym okiem i na większe klasztory, na jeszcze spaślejszych braciszków obecnie wciąż zadzierających nosa. No ale od czegoś trzeba zacząć. Mówi więc, że wieczerzał z niejednym przeorem pogryzającym rodzynki i daktyle, podczas gdy brać zakonna musiała znowu zadowolić się śledziem. Natomiast myśli, że gdyby mógł, toby ich wszystkich uwolnił od powołania. Zakonnicy twierdzą, że wiodą święte życie, cóż jednak świętego jest we wzajemnym macaniu się po jajach? Trzeba rozpuścić tych, którzy sami chcą odejść. Wyświęconym księżom można przyznać beneficja, niech się na coś przydadzą w parafiach. Najmłodszych poniżej dwudziestego piątego roku życia i bez względu na płeć skierować na powrót do życia świeckiego. W tym wieku człowiek jeszcze nie wie, czy chce poświęcić swoje życie Kościołowi.
Wybiega też myślą naprzód: gdyby królowi przypadły w udziale ziemie klasztorne - nie część, lecz wszystkie - byłby trzykroć potężniejszy, niż jest teraz. Nie musiałby żebrać w parlamencie, wyciągać ręki po jałmużnę. Jego syn Grzegorz rzuca mimochodem:
- Słyszałeś, że gdyby przeor Glastonbury zległ z przeoryszą Shaftesbury, ich potomstwo skupiłoby w swoich rękach największy kawał Anglii?
- Co prawda, to prawda - odpowiada. - Aczkolwiek - zastanawia się przez moment - widziałeś kiedyś przeoryszę Shaftesbury?
Grzegorz wydaje się zaniepokojony.
- Nie. A powinienem?
Rozmowy z synem zawsze są takie: zmierzają w nieprzewidzianą stronę, prowadzą we wszystkich kierunkach. Wspomina mruknięcia, którymi w latach chłopięcych komunikował się z Walterem.
- Masz szansę ją ujrzeć, jeśli chcesz. Niebawem muszę się udać do Shaftesbury, mam tam sprawę do załatwienia.
Wolsey umieścił w klasztorze w Shaftesbury swoją córkę.
Po chwili zamyślenia dodaje:
- Zechcesz coś za mnie zapamiętać, Grzegorzu? "Pojechać na spotkanie z Doroteą".
Grzegorza korci, by zapytać, kim jest Dorotea. A on, Cromwell, widzi, jak przez twarz młodzieńca przemykają kolejne pytania, wreszcie słyszy:
- A czy jest ładna?
- Nie mam pojęcia. Ojciec trzymał ją krótko. - Wybucha śmiechem.
Jednakże uśmiech spełza z jego twarzy na wspomnienie Henryka; zakonnicy będący zdrajcami są najkrnąbrniejsi ze wszystkich. Kiedy im się zapowie, że czeka ich cierpienie, odpowiadają butnie, że narodzili się, by cierpieć. Niektórzy głodzą się na śmierć przykuci do ściany, inni z modlitwą na ustach zmierzają do Tyburn i oczekującego ich kata. Mówi do nich, tak jak mówił do Tomasza Morusa: "Nie chodzi o waszego Boga ani o mojego Boga, ani o Boga w ogóle, chodzi wyłącznie o to, kogo wolicie: Henryka Tudora czy Alessandra Farnese. Króla Anglii rządzącego z Whitehallu czy jakiegoś niesłychanie zepsutego obcokrajowca w Watykanie". Wszyscy odwracają od niego głowę, odchodzą w milczeniu, z pełnym fałszu sercem wyrwanym prosto z piersi.
Kiedy nareszcie wjeżdża w bramy swego domostwa przy zaułku Austin Friars, krzątają się wokół niego słudzy w liberii, zamiatający długimi połami odzienia z szarej marmurkowej tkaniny. Po prawej ma Grzegorza, po lewej Humphreya, psiarczyka, z którym przez ostatnią milę podróży prowadził miłą konwersację; za nimi jadą sokolnicy, Hugh, James i Roger, czujni i baczący na lada zamieszanie czy ślad zagrożenia. Przed bramami zebrał się tłumek w nadziei na pańską szczodrość. Humphrey i pozostali mają sakiewki do rozdania. Po dzisiejszej wieczerzy jak zwykle wyniesie się resztki ze stołu. Thurston, jego kucharz, utyskuje, że dwakroć na dzień karmią dwie setki londyńczyków.
W ciżbie dostrzega mężczyznę, niskiego zgarbionego człowieczka, który nawet nie stara się bronić przed stratowaniem. I płacze. Na moment traci go z oczu, później ponownie dostrzega, głowa tamtego podskakuje, jakby wylane łzy zmieniły się w fale, które przybliżają go do bram. Odzywa się do Humphreya:
- Dowiedz się, co go trapi.
Zaraz jednak garbus wylatuje mu z pamięci. Domownicy cieszą się na jego widok, otaczają go znajome lśniące twarze, rój psów u stóp; bierze niektóre na ręce, wijące się ciałka i merdające ogony, i pyta, jak się miewają. Służący gromadzą się przy Grzegorzu, z podziwem obrzucają go spojrzeniami od stóp do głów; wszyscy za nim przepadają, gdyż jest dla wszystkich miły.
- A oto i nasz ważniacha! - wita go jego siostrzeniec Richard, zamykając w niedźwiedzim uścisku.
Richard to kawał chłopa, równie bystry jak sam Cromwell, bezpośredni i brutalny, o głosie, który pieści lub smaga. Nie boi się niczego na tym i na tamtym świecie; gdyby w domu przy zaułku Austin Friars nagle wyrósł jakiś demon, Richard pierwszy kopnąłby go w owłosiony tyłek, posyłając w dół schodów.
Jego uśmiechnięte siostrzenice, obecnie młode zamężne niewiasty, poluzowały sznurówki gorsetów, aby zrobić miejsce dla pęczniejących brzuszków. Całuje obydwie na powitanie, czując miękkość ich ciał, słodycz oddechów niosącą lekki aromat imbiru często stosowanego przez brzemienne. Przez moment tęskno mu do... do czego mu tęskno? Do uległości delikatnego chętnego ciała; do niezobowiązujących rozmów o świcie. Musi być bardzo ostrożny w kontaktach z kobietami, bardzo dyskretny. Nie może pozwolić, aby ci, którzy mu życzą powinięcia się nogi, zdobyli argument i pozbawili go czci. Nawet Henryk zachowuje dyskrecję, nie chce, by cała Europa przezywała go królem ladacznic. Niewykluczone, że na razie tylko pożera wzrokiem tę, która znajduje się poza jego zasięgiem: Joannę Seymour.
W Elvetham przypominała kwiat ze zwieszoną główką, równie skromna jak zielono-biały ciemiernik. W domu jej brata Henryk otwarcie chwalił ją na oczach całej rodziny.
- Łagodna, skromna, wstydliwa niewiasta, jakich mało w dzisiejszych czasach.
Thomas Seymour, jak zwykle chętny wtrącić się do rozmowy i uprzedzić starszego brata:
- Jeśli chodzi o pobożność i skromność, śmiem twierdzić, że Joanna właściwie nie ma sobie równych.
Dostrzegł, że Edward Seymour stłumił uśmiech. Pod jego bacznym spojrzeniem krewni Joanny nareszcie - aczkolwiek z pewną dozą niedowierzania - zaczęli wyczuwać, z której strony wieje wiatr. Thomas Seymour wyraził się następująco:
- Nawet gdybym był królem, zabrakłoby mi odwagi, żeby zaprosić do swego łoża niewiastę taką jak moja siostra Joanna. Nie wiedziałbym, od czego zacząć. A ty? Czy ty byś wiedział? Niby jak? To by przypominało pieszczenie kamienia. Przewracanie jej całej sztywnej z boku na bok na sienniku...
- Żaden brat nie potrafi sobie wyobrazić własnej siostry w objęciach innego mężczyzny - rzekł Edward Seymour. - W każdym razie żaden brat, który zwie się chrześcijaninem. Chociaż w pałacu krążą słuchy, że Jerzy Boleyn... - urwał, marszcząc czoło. - Rzecz jasna król wie, jak się zabrać do rzeczy. Jak się zaprezentować. Jak się zarekomendować. Wie, bo jest prawdziwym rycerzem w przeciwieństwie do ciebie, bracie.
Ciężko jest zgasić Thomasa Seymoura. On, Cromwell, tylko uśmiechnął się na to.
Wszelako Henryk nie był zbyt rozmowny przed ich wyjazdem z Elvetham; pożegnał się wylewnie, lecz ani słowem nie wspomniał o dziewczynie.
Joanna szepnęła mu na ucho:
- Mości sekretarzu, co ja tu robię?
- Zapytaj braci.
- Odsyłają mnie do ciebie.
- Zatem nie masz pojęcia o niczym.
- Owszem. No chyba że chodzi o małżeństwo. Czyżbym miała zostać wydana za mąż? Za ciebie?
- Niestety muszę odrzucić tę propozycję. Jestem dla ciebie za stary, Joanno. Właściwie mógłbym być twoim ojcem.
- Naprawdę? - zdziwiła się Joanna. - Cóż, dziwniejsze rzeczy działy się pod dachem Wolf Hall. Ale nie wiedziałam, że poznałeś moją matkę.
Posłała mu szybki uśmiech i znikła, każąc odprowadzić się wzrokiem. Przyznał jej w duchu, że faktycznie mogliby się pobrać; przy niej zachowałby giętki umysł, musząc się wiecznie zastanawiać, na ile zdoła przeinaczyć jego słowa. Ciekawe, czy robi to celowo.
Tak czy owak jest poza moim zasięgiem, dopóki Henryk z nią nie skończy. A ja kiedyś ślubowałem, że nie wezmę niewiasty, którą on zdążył wykorzystać.
Później rozważa jeszcze w myślach, czyby nie sporządzić konspektu dla młodych Seymourów z wyszczególnieniem podarków, jakie Joannie wolno przyjmować od króla. Zasada jest prosta: biżuteria tak, pieniądze nie. Z dopiskiem, że dopóki nie dobije się targu, dopóty Joanna nie może zdjąć w obecności Henryka żadnej części garderoby. Nawet rękawiczek.
Nieżyczliwi nazywają jego dom wieżą Babel. Powiada się, że trzyma sługi wywodzące się z najprzeróżniejszych nacji z wyjątkiem Szkocji, dlatego też liczni Szkoci ubiegają się o ten zaszczyt, nie tracąc nadziei. Szlachcice, a nawet wielmoże z kraju i z zagranicy wywierają na niego naciski, prosząc, by wziął pod swoje skrzydła ich synów, a on się godzi i roztacza opiekę nad każdym, kto jego zdaniem dobrze rokuje. W domu przy zaułku Austin Friars co dzień grupka niemieckich uczonych, posługujących się rozlicznymi dialektami ojczystego języka, marszczy czoła, pochylając się nad pismami kaznodziejów ze swoich stron. Przy wieczerzy młodzi absolwenci Cambridge przerzucają się greką; kiedyś on pomógł im, teraz oni pomagają jemu. Od czasu do czasu wpada na ucztę grupa włoskich kupców, dzięki czemu ma szansę porozmawiać w językach, których się nauczył, pracując dla bankierów we Florencji i Wenecji. Służący jego sąsiada, cesarskiego ambasadora, snują się, popijając na koszt gospodarza i plotkując po hiszpańsku i po flamandzku. On, Cromwell, używa francuszczyzny, konwersując z ambasadorem, jako że jest to ojczysty język Chapuysa, oraz jej pośledniejszej odmiany, gdy zwraca się do młodzika imieniem Christophe, przysadzistego niewysokiego łobuziaka, który nie odstępuje go od pewnej podróży z Calais; którego on nie puszcza od swego boku, ponieważ gdziekolwiek Christophe się ruszy, tam wszczyna się bójka.
Ma do nadgonienia całe lato plotek, rachunki do przejrzenia, rejestry przychodów i rozchodów we wszystkich majątkach i siedzibach. Najpierw jednak udaje się do kuchni, by zobaczyć się z kucharzem. Akurat jest wczesne popołudnie, w królestwie Thurstona panuje ów spokój, gdy sprzątnięto już ze stołów, wyczyszczono ruszty, a naczynia wyszorowano i odstawiono na swoje miejsce, w powietrzu unosi się zapach cynamonu i goździków, a sam Thurston stoi samotnie przy stolnicy i wpatruje się w kulę ciasta, jakby to była głowa Jana Chrzciciela. Gdy cień przesłania mu światło, ryczy:
- Precz mi stąd, zbroczony inkaustem klerku!
Po czym zaraz się poprawia:
- A, to ty, panie. Spóźniłeś się. Z okazji twojego powrotu upiekliśmy pyszne paszteciki z dziczyzny, ale musieliśmy je rozdać twoim znajomym, boby się zepsuły. Posłalibyśmy ci część, gdybyś się tak prędko nie przenosił z miejsca na miejsce.
Pokazuje ręce.
- Wybacz - rzecze Thurston. - Widzisz, był tu oderwany prosto od ksiąg rachunkowych młody Thomas Avery, który chce wszędzie zajrzeć i wszystko zważyć. Był panicz Rafe, który mówi: Thurston, słuchaj, będziemy gościli Duńczyków, czym możemy ich podjąć. I panicz Richard, który zgoniony informuje: Luter przysłał gońców, wiesz może, jakie ciasta lubią Niemcy?...
Dźga palcem wyrobione ciasto i pyta kucharza:
- To dla Niemców?
- Nieważne dla kogo. Jak wyjdzie, dostaniesz kawałek.
- Zebraliście pigwy? Niedługo pierwsze przymrozki, czuję to w kościach.
- Tylko się posłuchaj - narzeka Thurston. - Mówisz jak własna babka.
- Nie znałeś jej. A może jednak?...
Thurston śmieje się cicho.
- Najtęższa pijaczka w całej parafii?
Pewnie tak. Która kobieta po wykarmieniu piersią Waltera Cromwella nie poszukałaby ucieczki w alkoholu? Thurston wyrywa go nagle z zamyślenia, mówiąc:
- Przecież każdy człowiek ma dwie babki. Skąd wywodziła się rodzina twojej matki?
- Z północy.
Thurston się szczerzy.
- Pamiętasz młodego Francisa Westona? Tego, co służy królowi? Rozpowiada o tobie, żeś Żyd. - Tylko chrząka; słyszał to już przedtem. - Jak będziesz następnym razem w pałacu, wyciągnij kutasa i zobacz, co on na to.
- Często to robię - odpowiada - gdy rozmowa się nie klei.
- Chociaż właściwie... - zastanawia się na głos Thurston. - To prawda, że Żyd z ciebie, skoro pożyczasz pieniądze na procent.
Rosnący. Przynajmniej w wypadku Westona.
- A tak w ogóle - zaczyna i ponownie dźga palcem ciasto, które tym razem wydaje mu się przytwarde - co słychać w mieście?
- Ludzie mówią, że stara królowa jest chora. - Thurston milknie. Jego mocodawca sięgnął po garść porzeczek i zjada je kolejno. - Na serce, gdyby mnie ktoś pytał. Mówią też, że rzuciła klątwę na Annę Boleyn, żeby nie mogła urodzić syna. A przynajmniej syna Henryka. Mówią jeszcze, że Henryk sypia z innymi niewiastami i że Anna gania go po komnacie z parą nożyc w ręku, wygrażając, że go wytrzebi. Królowa Katarzyna zwykła przymykać oczy na swawole męża, jak robią wszystkie żony, lecz Anna jest ulepiona z innej gliny i zarzeka się, że Henryk tego pożałuje. To ci dopiero będzie zemsta! - Thurston się śmieje. - Przyprawi Henrykowi rogi, po czym osadzi na tronie swojego bękarta!
Londyńczycy mają wyobraźnię bujną niczym roślinność nawożona gnojem.
- Mówią i o tym, kto będzie ojcem tego bękarta?
- Thomas Wyatt - podrzuca natychmiast kucharz. - Dlatego, że cieszył się względami Anny jeszcze przed ślubem. A jak nie on, to jej dawny kochanek, Henry Percy...
- Percy jest u siebie, prawda?
Thurston przewraca oczyma.
- Odległość nie będzie dla nich przeszkodą. Jeśli zechce go ściągnąć z Northumberlandii, wystarczy, że zagwiżdże, a on już przyleci w te pędy. Zresztą Percy nie jest jej niezbędny. Mówi się, że Anna zalicza wszystkich dworzan z najbliższego otoczenia króla, jednego po drugim. Ponoć nie lubi czekać, więc stoją rządkiem i wymachują przyrodzeniem, aż przyjdzie ich kolej.
- A wtedy każdy ochoczo biegnie - uzupełnia myśl Thurstona - czując, że następny już depcze mu po piętach. - Wybucha śmiechem i zjada ostatnią porzeczkę z dłoni.
- Witaj w domu - rzecze Thurston. - W Londynie, gdzie wszystko jest możliwe.
- Właśnie sobie przypomniałem, że tuż po koronacji wezwała do siebie dworzan i dworki, służące i służących i palnęła im kazanie na temat tego, jak powinni się prowadzić: żadnych gier hazardowych na pieniądze, żadnego ciała na wierzchu, mieli uważać nawet na to, co mówią. Trzeba przyznać, że od tamtej pory nastąpiło pewne rozluźnienie obyczajów.
Thurston zatrzymuje go, zanim się odwróci.
- Umączyłeś sobie rękaw.
- Cóż, i tak muszę pójść na górę, by naradzić się z resztą. Ale dopilnuj, żeby kolacja była na czas.
- Oczywiście! - Thurston otrzepuje go delikatnie. - Oczywiście!
Rada jest domowa, nie królewska; odbywa się z domownikami, młodym Sadlerem i Richardem Cromwellem, biegłymi w arytmetyce, bystro zbijającymi argumenty, chwytającymi wszystko w lot. I z Grzegorzem. Jego synem.
W tym roku młodzieńcy noszą swoje przybory w sakwach z miękkiej jasnej skóry, wzorem bankierów od Fuggera, którzy podróżują po całej Europie, wyznaczając nurty w modzie. Jedna i druga sakwa jest sercowatego kształtu, przez co zdaje mu się, że uderzają w konkury, choć obydwaj gorliwie temu przeczą. Jego siostrzeniec, Richard Cromwell, siada i obrzuca sakwę sardonicznym spojrzeniem. Richard wrodził się w swego wuja i lubi mieć swoje rzeczy na oku.
- Przyszedł Risley - mamrocze. - Patrz, jak się puszy.
Wchodzi Thomas Wriothesley, zostawiając za progiem rozszeptanych zauszników; jest wysoki i przystojny, z czupryną lśniących miedzianych włosów. Pokolenie wstecz jego rodzina nosiła miano Writh, lecz ktoś kiedyś uznał, że szykowny przyrostek doda znaczenia familii; w sporej części heroldowie dojrzeli swoją szansę w stworzeniu rodowej legendy, przeistoczeniu zwyczajnych przodków w szlachetnie urodzonych. Wszelako zmiana ta nadal jest powodem kpin - w domu przy zaułku Austin Friars na Thomasa wołają Risley, upraszczając skomplikowaną pisownię i wymowę sprokurowanego nazwiska. Ostatnimi czasy Risley zapuścił schludną bródkę, spłodził syna i zaczął zadzierać nosa. Kładzie sakwę na stole i opada na swoje miejsce.
- Co nowego słychać, Grzegorzu? - pyta.
Oblicze Grzegorza jaśnieje ze szczęścia; chłopak podziwia Risleya i puszcza mimo uszu lekko pogardliwy ton.
- Och, u mnie po staremu. Przez całe lato nic, tylko polowałem, a wkrótce mam wrócić do siedziby Williama Fitzwilliama i dołączyć do jego świty, gdyż obraca się w pałacowych kręgach i zdaniem mego ojca mogę się od niego wiele nauczyć. Poza tym Fitz jest dla mnie bardzo dobry.
- Fitz. - Wriothesley prycha z rozbawieniem. - Ech, wy, Cromwellowie!
- Cóż - broni się Grzegorz. - On nazywa mego ojca Crumbem.
- Radzę ci, żebyś tego nie podchwycił, Wriothesley - odzywa się przyjaznym tonem. - Albo przynajmniej nazywaj mnie Crumbem za moimi plecami. Aczkolwiek właśnie wracam z kuchni, gdzie dowiedziałem się, że królowa ma jeszcze gorsze przezwisko.
Wtrąca się Richard Cromwell:
- To niewiasty tak judzą. Nie lubią, gdy jedna zabiera męża drugiej. Są przekonane, że Annę powinna spotkać kara.
- Normalnie - zauważa Grzegorz ni przypiął, ni przyłatał - wygląda jak śmierć na chorągwi. A od jakiegoś czasu zdaje się pulchniejsza.
- Owszem. - Zdumiewa go, że chłopak zwrócił na to uwagę. Żonaci mężczyźni, bardziej doświadczeni, wypatrują znamion tłuszczyku na Annie równie bacznie jak na swoich połowicach. - Pożyjemy, zobaczymy. Nie spędzili ze sobą całego lata, ale w mojej ocenie wystarczająco długo byli razem.
- Lepiej, żeby to była prawda - rzecze Wriothesley. - Inaczej król zacznie się niecierpliwić. Od iluż to lat czeka, aby żona spełniła swój żoniny obowiązek? Anna obiecała, że da mu syna, jeśli tylko ją poślubi, co skłania człowieka do zastanowienia, czy byłby dla niej aż tak łaskaw, gdyby wiedział, jak się sprawy potoczą...
Pojawia się Richard Riche, mrucząc słowa przeprosin. On też nie nosi sakwy w kształcie serca, chociaż jeszcze niedawno najchętniej miałby pięć, i to w różnych kolorach. Jakże człowiek potrafi się zmienić w ciągu dekady! Niegdyś Riche był najgorszym adeptem prawa, jakiego można sobie wyobrazić: takim z kopą usprawiedliwień za każdy grzeszek; takim, co z premedytacją zachodzi do podłych karczem, gdzie prawników wyzywa się od najgorszych, i co czuje się w obowiązku bronić honoru profesji, by potem późną porą wrócić do domu, roztaczając woń taniego wina i z ubraniem w strzępach; takim wreszcie, co hasa ze swymi terierami po terenie otaczającym kwatery prawnicze w City. Już się ustatkował i otrzeźwiał, dostał pod skrzydła Thomasa Audleya, lorda kanclerza, odkąd nieustannie krąży między tymże dostojnikiem a Tomaszem Cromwellem. Chłopcy ochrzcili go Sir Zacisk; Sir Zacisk zaczyna tyć, powiadają. Spadły na niego obowiązki wiążące się z piastowanym urzędem, z byciem ojcem powiększającej się rodziny; jeszcze niedawno złotowłosy, pokrył się patyną. Któż mógł przypuszczać, że otrzyma stanowisko głównego oskarżyciela? Trzeba mu jednak przyznać, że ma mózgownicę prawdziwego prawnika i że zawsze jest pod ręką, gdy prawnik jest potrzebny.
- Książka biskupa Gardinera nie spełniła oczekiwań - zaczyna Riche.
- Nie jest taka zła. Gardiner zgadza się z nami w kwestii władzy królewskiej.
- No tak, ale mimo wszystko...
- Z przejęciem zacytowałem Gardinerowi następujący urywek: "Ponieważ słowo królewskie ma moc, a któż do niego powie: cóż ty czynisz?".
Riche unosi brwi.
- Parlament może to zrobić.
- Richard Riche jak nikt inny zna się na kompetencjach parlamentu - sarka Risley.
Istotnie, na kompetencjach przysługujących parlamentowi Riche zagiął Tomasza Morusa, zagiął, zgiął i zgiętego podstępnie wpędził w zdradę. Nikt nie wie, jakie dokładnie słowa padły wtedy między nimi; w każdym razie Riche opuścił celę zaróżowiony na twarzy, pełen nadziei i podejrzeń, że uzyskał wystarczająco wiele, i prosto z Tower skierował się do niego, Cromwella. Który spokojnie odpowiedział, że tyle będzie dość, mamy go, dziękuję. Dziękuję, dobrze się spisałeś.
Richard Cromwell nachyla się teraz do Riche'a z pytaniem:
- Rzeknij mi, mój drogi mały Sir Zacisku... czy twoim zdaniem parlament jest w stanie sprawić, że w brzuchu królowej pojawi się następca tronu?
Riche nieznacznie się czerwieni; choć ma już pod czterdziestkę, z powodu karnacji wciąż jest zdolny do rumieńców.
- Nigdy nie twierdziłem, że parlament jest potężniejszy od Boga. Mówiłem tylko, że może więcej, niż dopuszczał Tomasz Morus.
- Męczennik Morus - poprawia go. - W Rzymie krążą słuchy o rychłej kanonizacji Morusa i Fishera.
Risley wybucha śmiechem.
- Też uważam, że to śmieszne - dodaje i posyła siostrzeńcowi spojrzenie: dosyć o królowej, ani słowa więcej o jej brzuchu czy jakiejkolwiek innej części ciała.
Wspomniał Richardowi Cromwellowi o tym, co zaszło w Elvetham, w siedzibie Edwarda Seymoura. Gdy tak nieoczekiwanie zmieniła się trasa przejazdu orszaku królewskiego, Edward stanął na wysokości zadania i ugościł godnie monarchę. Wszelako Henryk nie mógł zasnąć tej nocy i posłał Westona po niego, Cromwella. Obudził go chybotliwy płomień świecy rzucający cienie na nieznajome ściany.
- Chryste, która godzina?
- Szósta - odparł Weston z wredną miną. - Już jesteś spóźniony.
Tak naprawdę nie było jeszcze czwartej, na zewnątrz panowały kompletne ciemności. Uchylona okiennica wpuszczała do środka świeże powietrze, Henryk siedział i szeptał, za świadków mając tylko gwiazdy. W tej sytuacji on, Cromwell, postarał się, aby Weston się znalazł poza zasięgiem słuchu; nie przemówił dopóty, dopóki drzwi stały otworem. I słusznie.
- Cromwell... co będzie, jeśli... jeśli ogarnie mnie obawa, jeśli zacznę podejrzewać, że moje małżeństwo z Anną jest obarczone pewną skazą, że coś stało mu na zawadzie, że nie cieszy ono Najwyższego?
Wtedy poczuł, że czas się cofa. Był kardynałem, który wysłuchiwał tych samych słów, tyle że tamta królowa miała na imię Katarzyna.
- Jaką skazą, najjaśniejszy panie? - zapytał raczej ostrożnie. - Co by to mogła być za skaza?
- Nie wiem - odparł szeptem Henryk. - Jeszcze tego nie wiem, ale być może się dowiem. Czy Anna przypadkiem nie była obiecana Percy'emu?
- Nie, najjaśniejszy panie. Percy przysiągł na Biblię. W obecności najjaśniejszego pana.
- No tak, ale wcześniej złożyłeś mu wizytę, prawda, Cromwell? Wytropiłeś go w jakiejś podłej oberży, wyciągnąłeś zza ławy i rąbnąłeś pięścią między oczy.
- Skądże, najjaśniejszy panie. Nigdy bym nie potraktował w ten sposób żadnego angielskiego wielmoży, a już na pewno nie hrabiego Northumberlandii.
- Co za ulga... Być może coś pokręciłem. Tak czy owak tamtego dnia hrabia powiedział to, co jego zdaniem chciałem usłyszeć. Rzekł, że nie był związany z Anną w żaden sposób, nie było nawet obietnicy małżeństwa, o jego skonsumowaniu nie mówiąc. Tylko że przecież mógł skłamać.
- Pod przysięgą, najjaśniejszy panie?
- Ludzie się ciebie boją, Crumb. Potrafisz sprawić, że człowiek zapomina przy tobie o bojaźni bożej. Cóż więc począć, jeśli Percy jednak skłamał? Jeśli Anna zawarła z nim umowę równającą się prawnie zawartemu małżeństwu? Skoro tak było, nie może być moją żoną.
Zachowywał milczenie w obliczu gorączkowo rozbieganych myśli króla; jego własny umysł pędził niczym spłoszony jeleń.
- Poza tym żywię silne podejrzenie - dodał szeptem Henryk - że ona zadaje się z Thomasem Wyattem.
- To niemożliwe, najjaśniejszy panie - oburzył się gwałtownie, zanim zdążył się zastanowić. Wyatt to przyjaciel; stary Wyatt powierzył syna jego opiece, w nadziei że uczyni ścieżkę życiową młodzika prostą i gładką. To nic, że Thomas Wyatt dawno przestał być młodzikiem.
- Niemożliwe, powiadasz - Henryk nachylił się ku niemu - lecz chyba nie zaprzeczysz, że Thomas Wyatt opuścił Anglię i udał się do Italii dlatego, że nie patrzyła nań przychylnym okiem, on zaś nie mógł zaznać spokoju ducha, mając ją wciąż przed oczyma?
- Utrafiłeś w sedno, najjaśniejszy panie. Sam powiedziałeś to głośno. Królowa Anna nie patrzyła nań przychylnym okiem. Gdyby była mu przychylna, z pewnością zostałby w kraju.
- No nie wiem - upierał się przy swoim Henryk. - Może odmówiła mu swoich wdzięków raz, a potem jednak uległa? Niewiasty są słabe, każdą łatwo zdobyć pochlebstwem. Szczególnie gdy konkurent komponuje dla niej strofy, a ponoć Thomas Wyatt pisze lepsze wiersze niż ja, chociaż to ja jestem królem.
Zamrugał powiekami o czwartej nad ranem, niewyspany; można by to nazwać niewinną próżnością, niech Bóg mu przebaczy, gdyby nie ta nieludzka pora.
- Wasza królewska mość - rzekł - naprawdę nie ma powodów do niepokoju. Gdyby Thomas Wyatt poczynił zakusy na niepokalaną cześć miłościwej pani, bez wątpienia chwaliłby się tym na prawo i lewo. Wierszem bądź prozą.
Henryk tylko chrząknął. On jednak podniósł wzrok: za oknem przemykał, zasłaniając zimne światło gwiazd, cień wystrojonego w jedwabie Thomasa Wyatta. Zgiń, przepadnij, zjawo; popędzał cień, rozważając, czy ktoś w ogóle jest w stanie zrozumieć młodego Wyatta, dać mu rozgrzeszenie.
Król odpowiedział:
- No cóż... Może masz rację. Zresztą nawet gdyby mu uległa, nie byłoby to przeszkodą dla naszego małżeństwa, jako że Wyatt był przyrzeczony komu innemu od wczesnego chłopięctwa, przez co nie mógł składać żadnych obietnic Annie. Niemniej całkiem bym stracił zaufanie do niej. Nie potraktowałbym łaskawie żadnej niewiasty, która zległaby ze mną, twierdząc, że jest dziewicą, gdyby nie była to prawda.
Wolsey, gdzie się podziewasz? Wszystko to słyszałeś już przedtem. Potrzebuję twojej rady.
Wstał. Starał się zakończyć tę rozmowę.
- Mam przysłać sługi, najjaśniejszy panie? Może podadzą ci coś, dzięki czemu zaśniesz choć na godzinę czy dwie.
- Chciałbym mieć przyjemniejsze sny. Szkoda, że nie ma na to lekarstwa. Rozmawiałem na ten temat nawet z biskupem Gardinerem.
Zrobił wszystko, by zdziwienie nie odmalowało się na jego twarzy. Rozmowa króla z Gardinerem za moimi plecami?
- Gardiner rzekł mi - oblicze Henryka przepełniał wielki smutek - rzekł mi, że w tej sprawie jest mnóstwo wątpliwości z wyjątkiem jednego, mianowicie gdyby moje małżeństwo z Anną nie było ważne, gdybym musiał Annę odprawić, powinienem wrócić do Katarzyny. A tego nie mogę zrobić, Cromwell. Powziąłem postanowienie, że nawet jeśli wystąpi przeciwko mnie całe chrześcijaństwo, w życiu nie tknę tej staruchy.
- Hm - bąknął. Spoglądał na posadzkę, na duże blade bose stopy Henryka. - Jestem pewien, że znajdzie się lepsze rozwiązanie. Nie będę udawał, że pojmuję argumentację Gardinera, no ale biskup zna się na prawie kościelnym lepiej niż ja. Wszelako nie wydaje mi się, najjaśniejszy panie, aby obowiązywały cię jakiekolwiek ograniczenia w jakiejkolwiek sprawie, skoro jesteś panem swego dworu, swego królestwa, swego Kościoła. Być może Gardiner chciał cię tylko przygotować na argumenty wysuwane przez innych.
Albo chciał cię przyprawić o zimne poty i koszmary. To by było do niego podobne. Tymczasem Henryk już usiadł prościej.
- Mogę postępować, jak mi się żywnie podoba - oświadczył tubalnie - a Bóg nie pozwoli, by moje zachcianki były sprzeczne z Jego planem ani by moje plany pokrzyżowała Jego wola. - Zrobił chytrą minę. - Gardiner tak powiedział.
Król ziewnął. Był to znak.
- Crumb, nie wyglądasz zbyt dostojnie, kłaniając się w nocnej koszuli. Będziesz gotów do drogi o siódmej rano czy raczej zobaczymy się dopiero podczas wieczerzy?
Skoro ty będziesz gotów, ja też, odpowiada w myślach i wraca do łóżka. Czy po nadejściu poranka zapomnisz, że w ogóle odbyliśmy tę rozmowę? Zapanuje zwykłe przed odjazdem zamieszanie, wierzchowce będą rzucać łbami i wydymać chrapy, łapiąc zapachy przynoszone przez wiatr. Przed południem twój orszak połączy się z orszakiem królowej; wysoko w siodle Anna będzie szczebiotać i nawet się nie dowie, o ile Weston jej nie doniesie, że minionego wieczora w Elvetham król gapił się na swą następną kochanicę, Joannę Seymour, która nie zwracała uwagi na jego błagalny wzrok i jakby nigdy nic pałaszowała kurczaka. Grzegorz wybałuszał oczy i w pewnej chwili spytał cicho:
- Prawda, że lady Joanna ma niemały apetyt?
A teraz lato należy do przeszłości. Komnaty Wolf Hall, komnaty Elvetham odchodzą w mroki niepamięci. Milczy na temat wątpliwości i obaw Henryka; jest jesień, on znajduje się w swoim domu przy zaułku Austin Friars i z pochyloną głową wysłuchuje nowinek z dworu, obserwując, jak Richard Riche bawi się nerwowo jedwabnym sznureczkiem jakiegoś dokumentu.
- Ich czeladź tarmosi się na ulicach - opowiada jego siostrzeniec. - Służący grają sobie wzajemnie na nosie, obrzucają się obelgami, straszą, że sięgną po broń.
- Wybacz, czyja czeladź?
- Nicholas Carew kontra lord Rochford.
- Byle tylko nie przenieśli niesnasek do pałacu - rzecze ostrym tonem. Karą za dobycie broni w pałacu królewskim jest obcięcie ręki. Zamierza spytać, o co im poszło, ale ostatecznie pytanie brzmi: - Pod jakim pretekstem?
Ma przed oczyma sir Nicholasa, jednego z najstarszych przyjaciół Henryka, dworzanina z najbliższego otoczenia króla, niezwykle oddanego niegdysiejszej królowej. Widzi go, starca o pociągłym poważnym obliczu, roztaczającego aurę rycerskości zaczerpniętej wprost ze stronic księgi o błędnych rycerzach. I nie dziwi się, że Nicholas Carew, przejawiający silne poczucie właściwego porządku tego świata, ma kłopoty z tolerowaniem parweniuszowskich pretensji Jerzego Boleyna. Nicholas Carew, papista do szpiku, czuje się równie głęboko obrażony tym, że Jerzy Boleyn popiera reformację. Zatem między tymi dwoma rozciąga się przepaść dzielących ich ideałów; co jednak sprowokowało nagłą wzajemną wrogość ich sług? Czyżby Jerzy i jego niesforni towarzysze wszczęli hałas pod drzwiami komnaty sir Nicholasa, gdy ten zajmował się czymś najwyższej wagi, na przykład przeglądaniem się w lustrze? Tłumi uśmiech.
- Rafe, porozmawiaj z obydwoma. Niech przywołają swoje ogary do nogi. - Po chwili dodaje, zwracając się do Richarda Cromwella: - Dobrześ zrobił, mówiąc mi o tym.
Zawsze jest ciekaw wieści o najnowszych podziałach wśród dworzan i o przyczynach takiego stanu rzeczy.
Krótko po tym, jak jego siostra została koronowana, Jerzy Boleyn wezwał do siebie i poinstruował Tomasza Cromwella, jak od tej pory powinna przebiegać jego kariera. Młodzieniec obnosił się z wysadzanym kamieniami szlachetnymi złotym łańcuchem, który on, Cromwell, ważył w myślach; również w myślach rozdziewał Boleyna, pruł kolejne sztuki jego garderoby i nawijał na motek, aby wycenić wełnę - skoro bowiem człowiek liznął kupieckiego fachu, ma oko do materii i tkanin, a obarczony zadaniem zwiększenia dochodu, szybko uczy się oceniać wartość człowieka.
Młody Boleyn kazał mu stać w swej obecności, zająwszy jedyne krzesło w pomieszczeniu.
- Nie zapominaj, Cromwell - zaczął - że choć należysz do rady królewskiej, nie urodziłeś się szlachcicem. Powinieneś się odzywać wyłącznie wtedy, gdy tego się od ciebie oczekuje, a poza tym dać sobie spokój. Nie mieszaj się w sprawy lepiej urodzonych. Miłościwy pan lubi cię mieć obok siebie, nie zapominaj jednak, kto umieścił cię tam, gdzie król mógł cię wypatrzyć.
Interesujące jest jego życie widziane oczyma Jerzego Boleyna. Zawsze sądził, że to Wolsey go wyszkolił, Wolsey go wywyższył, Wolsey uczynił go tym, kim jest obecnie; tymczasem Jerzy zaprzecza temu, Jerzy twierdzi, że wszystko to była zasługa Boleynów. Najwyraźniej dotąd nie okazał im dostatecznej wdzięczności. No więc postanowił wyrazić ją teraz, potakując i zapewniając, że Jerzy widzi wszystko niesłychanie wyraziście jak na swój wiek. Nawet twój ojciec hrabia Wiltshire; nawet twój wuj książę Norfolk, nie przedstawiliby tego lepiej.
- Odniosę z tego wielką korzyść, nie mam co do tego wątpliwości, i od tej pory będę zachowywał się układniej.
Jerzy dał się udobruchać.
- Lepiej, żeby tak było.
Uśmiecha się na tamto wspomnienie i wraca do nagryzmolonego planu spotkania. Jego syn Grzegorz strzela oczyma ponad stołem, próbując usłyszeć to, co nie zostaje głośno powiedziane: a to przez jego kuzyna Richarda Cromwella, a to przez Risleya, przez jego ojca i przez resztę mężczyzn, którzy się zgromadzili na górze. Riche marszczy brew nad jakimiś dokumentami; Risley bawi się piórem. Obydwaj niespokojni, podobni do siebie pod wieloma względami, przemykający skrajem własnych dusz, pukający do ścian: ach, co to za głuchy odgłos? Jego zadaniem jest gromadzić wokół króla utalentowanych ludzi, a ci dwaj są sprawni, zawzięci, niepokonani w działaniach z myślą o Koronie i o sobie.
- Jeszcze jedna sprawa - rzecze - zanim się rozejdziemy. Najjaśniejszy pan był taki zadowolony z biskupa Winchesteru, że na moją prośbę wysłał go ponownie do Francji z poselstwem. Można przypuszczać, że poselstwo nie będzie należeć do najkrótszych.
Siedzący przy stole pozwalają sobie na uśmieszki. Przygląda się uważnie Risleyowi. Niegdyś był on protegowanym Stephena Gardinera. Dziś sprawia wrażenie równie rozbawionego jak reszta. Richard Riche czerwienieje na twarzy, podnosi się z miejsca i zaczyna wykręcać ręce.
- Komu w drogę, temu czas - rzuca Rafe. - Z Gardinera jest dwulicowiec jakich mało.
- Nie dość, że dwulicowiec, to jeszcze ma język rozdwojony jak u żmii. Najpierw opowiada się za papieżem, później za Henrykiem, potem... zapamiętajcie sobie moje słowa... znowu będzie za papieżem.
- Czy można go bezpiecznie spuścić z oka? - pyta Riche.
- Nikt nie mówi o spuszczaniu go z oka - odpowiada. - W jego świcie umieścimy zaufanych ludzi, Risley się o to postara, prawda? Tyle dobrego, że nasz dobry biskup wie, czyja ręka go karmi, a na razie jest to ręka Henryka.
Jedynie Grzegorz z całego towarzystwa jest pełen wątpliwości.
- Biskup Winchesteru ambasadorem? Od Fitzwilliama słyszałem, że ambasadorowi nie wolno jątrzyć.
Potakuje skinieniem.
- A Stephen nic, tylko jątrzy, zgadza się?
- Czy ambasador nie powinien być raczej wesołym i przyjaznym człowiekiem? To też usłyszałem od Fitzwilliama. Że ambasador winien być miły w każdym towarzystwie, rozmowny i łatwy w obyciu, aby gospodarze go polubili. Wtedy ma okazję odwiedzać ich domy, zasiadać w ich radach, roztaczać opiekę nad ich żonami i dziedzicami, nieustannie przekabacając wszystkich na swoją stronę.
Rafe unosi wysoko brwi.
- Tak mówi Fitz?
Chłopak się śmieje.
- Wszystko to prawda - popiera syna. - Tak właśnie powinien się zachowywać dobry ambasador. Czy aby Chapuys nie próbuje cię przekabacić, Grzegorzu? Gdybym miał żonę, pisałby dla niej sonety, jestem tego pewien, a moim psom przynosiłby kości. No ale cóż...Chapuys to miły kompan. W przeciwieństwie do Stephena Gardinera. Tylko że widzisz, Grzegorzu, we Francji jest nam potrzebny ktoś stanowczy, ktoś pełen żółci i złośliwości. A tak się składa, że Gardiner bywał tam już wcześniej i nawet się przysłużył. Francuzi to hipokryci, udają przyjaźń i jeszcze żądają za nią zapłaty. Spójrz... - wpada w mentorski ton, chcąc nauczyć czegoś syna. - Obecnie Francuzi mają w planach odebranie cesarzowi Księstwa Mediolanu i pragną naszego wsparcia. A my musimy im go udzielić z obawy, że obrócą kota ogonem, sprzymierzą się z cesarzem i napadną na nas. Dlatego gdy przyjdzie co do czego i rzekną "Dawajcie złoto, któreście obiecali", przyda nam się ambasador taki jak Stephen, który się postawi i odpowie: "Złoto? A, złoto... Odliczcie je sobie od długu, który jesteście winni królowi Henrykowi". Król Franciszek będzie ział ogniem, lecz my przecież dotrzymamy słowa. W pewnym sensie. Pojmujesz? Po to zachowujemy naszych najzacieklejszych rycerzy na potrzeby dworu francuskiego. Jak sobie zapewne przypominasz, swego czasu ambasadorem we Francji był książę Norfolk...
Grzegorz kiwa głową.
- Książę Norfolk budzi strach wśród obcokrajowców.
- Wśród krajanów także. I nie bez powodu. Książę przypomina owe potężne działa, których używają Turcy. Wystrzał z nich jest ogłuszający, ale potem trzeba trzech godzin, zanim można powtórzyć sztuczkę. Tymczasem biskup Gardiner potrafi eksplodować w odstępach kilkunastominutowych, i to przez cały dzień.
- Ojcze - wybucha Grzegorz - co jednak będzie, jeśli obiecamy Francuzom pieniądze i nie spełnimy obietnicy?
- Mam nadzieję, że do tego czasu zdążymy się dobrze zaprzyjaźnić z cesarzem. - Wzdycha. - To stara gra, która musi trwać dopóty, dopóki nie wpadnę na coś lepszego albo dopóki królowi nie przyjdzie do głowy jakiś nowy pomysł. Słyszałeś o ostatnim zwycięstwie cesarza w Tunisie?
- Wszyscy o nim mówią - potwierdza Grzegorz. - Każdy chrześcijański rycerz żałuje, że go przy tym nie było.
- Czas pokaże prawdę o tym zwycięstwie. Arcykaper Barbarossa szybko znajdzie sobie nową bazę wypadową. Jednakże mając taki tryumf za sobą i trzymając Turków w ryzach choć przez moment, cesarz może zwrócić się przeciwko nam i zaatakować nasze brzegi.
- Ale jak go powstrzymać? - Grzegorz wydaje się zrozpaczony. - Czy nie powinniśmy przywrócić na tron królowej Katarzyny?
Risley wybucha śmiechem.
- Twój syn zaczyna rozumieć zawiłości naszej sztuki.
- Bardziej mi się podobało, kiedyśmy rozmawiali o obecnej królowej - rzecze Grzegorz cicho. - Zostałem nawet pochwalony za to, że zauważyłem jej krągłości.
Risley odpowiada mu łagodnie:
- Nie powinienem był się śmiać. Masz sporo racji, Grzegorzu. Wszystkie nasze wysiłki, całe nasze wyrafinowanie, wszystka nasza wiedza, nabyta i udawana, wszystkie fortele polityki, sądowe dekrety, klątwy duchownych, wyroki kościelne i świeckie, wszystko to potrafi przekreślić pełne tajemnic niewieście ciało. Szkoda, że Bóg nie uczynił brzucha kobiety przezroczystym, zaoszczędzając nam zmartwienia i niepokoju. Może jednak to, co w nim rośnie, potrzebuje ciemności.
- Ponoć Katarzyna niedomaga - wtrąca Richard Riche. - Ciekaw jestem, co się stanie, jeśli umrze w ciągu roku.
Patrzcie, patrzcie: zasiedzieliśmy się! Wstańmy i wyjdźmy do ogrodów przy zaułku Austin Friars, dumy mości sekretarza; Tomasz Cromwell chce uprawiać kwiaty, które widział za granicą, chce zrywać smaczniejsze owoce, męczy więc ambasadorów, aby przysyłali mu nasiona, sadzonki i szczepki w korespondencji dyplomatycznej. Pilni młodzi klerkowie stoją obok, szykując się do złamania szyfru, a tu z torby wysypują się zamiast papieru korzonki wciąż pulsujące życiem, mimo że pokonały Kanał Angielski.
Pragnie widzieć, jak wszystko rośnie, jak młodzi mężczyźni kwitną. Dlatego kazał przygotować kort tenisowy w prezencie dla syna i siostrzeńca, i dla pozostałych młodzieńców zamieszkujących pod jego dachem. Sam też nie ma nic przeciwko rozegraniu partyjki jeu de paume, pod warunkiem że może udawać ślepca albo jednonogiego. Zresztą ta akurat gra też w większości polega na taktyce; skoro powłóczy lekko nogą, musi polegać raczej na sprycie niż szybkości. Mimo wszystko cieszy się z nowego nabytku i nie żałuje wydatków. Niedawno rozmawiał z ludźmi opiekującymi się kortami w Hampton Court, by u siebie poprawić wymiary na takie, jakie odpowiadają Henrykowi; król wieczerzał już w Austin Friars, nie da się więc wykluczyć, że pewnego niezbyt odległego dnia wpadnie na partyjkę jeu de paume.
W Italii, gdy pracował w domostwie Frescobaldiego, chłopcy wylegali wieczorami na ulice, by grać w prymitywną wersję jeu de paume, od której wzięła się nazwa; przepychali się, kłębili i wrzeszczeli, odbijając piłkę od ścian albo turlając ją po markizie zakładu krawieckiego do czasu, aż właściciel wychodził na zewnątrz i beształ ich:
- Skoro nie chcecie uszanować mojej markizy, obetnę wam nożycami jądra i zawieszę nad drzwiami do zakładu na kolorowej tasiemce.
Przepraszali jeden przez drugiego i markotni wycofywali się, by dokończyć zabawę na którymś z tylnych podwórek. Jednakże już po półgodzinie byli z powrotem; do tej pory słyszy w snach charakterystyczne plaśnięcie źle zszytej piłki o metal i świst powietrza, czuje skórzaną obłość w dłoni. W tamtych czasach starał się jeszcze biegać, mimo że nosił w ciele pamiątkę sprzed roku, ranę zadaną pod Garigliano, gdy walczył po stronie Francji. Garzoni pytali go: Tommaso, ej, jakim cudem oberwałeś w tył nogi, czyżbyś uciekał? Odpowiadał: Matko Boska, pewnie; dostałem pieniędzy w sam raz, żeby uciekać, gdybym miał ustawić się przodem do linii frontu, musielibyście mi dopłacić.
Po tamtej masakrze Francuzi się rozpierzchli, a on był wtedy Francuzem; król Francji płacił mu żołd. Odczołgał się z pola bitwy, potem kulał, uciekając z rannymi towarzyszami jak najdalej od zwycięskich Hiszpanów, zmierzając tam, gdzie na ziemi nie chlupotała krew; byli wśród nich walijscy łucznicy i szwajcarscy renegaci, i tu i ówdzie angielskie wyrostki takie jak on, a wszyscy bez grosza przy duszy i otumanieni po tym, jak poszli w rozsypkę, usiłujący pozbierać się do kupy w tym zamęcie, obmyślający, w którym kierunku się udać, co rusz pod wpływem chwili zmieniający przynależność do kraju i nawet własne imię, zalewający miasta na północy i wyczekujący następnej bitwy albo innego zajęcia, bezpieczniejszego.
U tylnych bram jakiejś wspaniałej siedziby poddano go przesłuchaniu:
- Francuz?
- Anglik.
Mężczyzna słysząc to, przewrócił oczyma.
- Potrafisz coś w ogóle?
- Umiem walczyć.
- Z tego, co widzę, raczej kiepsko.
- Umiem gotować.
- Kuchnia barbarzyńców nas nie interesuje.
- Umiem prowadzić rachunki.
- Trafiłeś do domu bankowego. Nie brak u nas rachmistrzów.
- Powiedz, co trzeba zrobić. Nauczę się. - Już wtedy chwalił się niczym Włoch.
- Potrzebny nam robotnik. Jak się zwiesz?
- Herkules - odpowiedział.
Mężczyzna roześmiał się niemal wbrew sobie.
- Wejdź do środka, Ercole.
Ercole utykając, wchodzi do środka. Mężczyzna zajmuje się własnymi sprawami. On siada na progu, praktycznie płacząc z bólu. Rozgląda się. Widzi podłogę. Ta podłoga to cały jego świat. Czuje głód, czuje pragnienie, czuje siedemset mil dzielących go od domu. Widzi, że stan tej podłogi da się polepszyć.
- Jezusie, Maryjo i Józefie! - woła. - Wody! Wiadra! Allez, allez!
Wszczyna się rejwach. Przynoszą mu wiadro. A on polepsza stan podłogi. Polepsza stan budynku. Nie od razu, nie bez trudności. Odsyłają go na początek do kuchni, gdzie jako obcokrajowiec nie znajduje dobrego przyjęcia; gdzie wrzątek i noże, i ruszty dają tyle okazji do przemocy. Ale jest lepszym siłaczem, niżby można pomyśleć: niewysoki, nieszkolony, lecz z umiejętnością utrzymania się na nogach dłużej niż inni. Pomaga mu zła sława ciągnąca się za jego krajanami, w których cała Europa widzi tylko awanturników, plądrowników, gwałcicieli i rabusiów. Ponieważ nie może wyzywać kompanów w ich własnym języku, ucieka się do języka z Putney. Uczy ich straszliwych angielskich przekleństw - "Na krew gadzinowego Chrystusa!" - których mogą używać za plecami starszych, żeby sobie ulżyć. Gdy jak co rano pojawia się dziewka z koszykiem ziół mokrych od rosy, odstępują o krok, obrzucają ją wzrokiem i pytają: "No, kochanieńka, jak się dziś miewasz?". Jeśli ktoś im w tym przeszkodzi, mogą się na nim wyżyć: "Może byś tak uprzejmie zabrał dupę w troki, chyba że chcesz skończyć z głową w tamtym saganie!".
Dość szybko zrozumiał, że los skierował go do siedziby jednego ze starszych rodów w tamtej okolicy, ludzi nie tylko obracających pieniądzem, jedwabiem, wełną i winem, lecz również w przeszłości parających się poezją. Francisco Frescobaldi, pan domu, zachodził do kuchni specjalnie po to, aby z nim porozmawiać. Nie podzielał powszechnych uprzedzeń do Anglików, a nawet uważał, że Anglicy przynoszą szczęście; wszelako nie zapomniał, że którzyś jego przodkowie nieomal zostali doprowadzeni do ruiny przez zwłóczącego ze zwrotem długu dawno nieżyjącego już króla Anglii. Sam znał język angielski raczej słabo, lecz wiedział, że z Anglików może być pożytek, że trzeba pisać listy; mam nadzieję, że umiesz pisać, Ercole? Gdy on, Ercole czy też Tommaso, liznął toskańskiego na tyle, by swobodnie się wyrażać i żartować, Frescobaldi obiecał, że kiedyś wezwie go na górę, do rachuby. Poddam cię próbie, zapowiedział.
Gdy ten dzień nadszedł, przeszedł próbę zwycięsko. Z Florencji przeniósł się do Wenecji, później do Rzymu; ilekroć śni o tych miastach, co wciąż mu się czasem zdarza, ogarnia go szczątkowa zarozumiałość Włocha, którym wtedy się czuł. Wspomina swoje młodsze wcielenie bez pobłażliwości, ale też bez wyrzutów sumienia. Wszystkie jego działania podporządkowane były instynktowi samozachowawczemu; jeśli nieraz jego decyzje budziły wątpliwości... cóż, na tym polega młodość. Obecnie to on przyjmuje pod swój dach ubogich szkolarzy. Zawsze znajduje się dla nich jakieś zajęcie, jakiś kącik, gdzie mogą skrobać traktaty o dobrych władcach czy przekładać na angielski psalmy. Jednakże roztacza opiekę również nad urwisami takimi jak on w przeszłości, wie bowiem, że jeśli okaże im cierpliwość, odwdzięczą mu się lojalnością. Do tej pory darzy Frescobaldiego synowską miłością. Konwenanse pętają zażyłość małżeńską, dzieci stają się zadziorne i buntownicze, lecz prawy mentor daje więcej, niż oczekuje w zamian, i jego dobroć kieruje ścieżką ludzkiego życia. Weźmy takiego Wolseya. Kardynał nadal doń przemawia, odwołując się prosto do jego duszy. Crumb, rzecze, widziałem cię w Elvetham, jak o świcie drapałeś się po przyrodzeniu i zastanawiałeś nad gwałtownością królewskich zachcianek. Skoro król pragnie nowej żony, podsuń mu ją. Ja tego nie zrobiłem i patrz, jak skończyłem.
Ciasto chyba nie wyszło Thurstonowi, bo nie pojawia się wieczorem na stole, ale jest za to bardzo smaczna galaretka w kształcie zamku.
- Thurston zyskał prawo wznoszenia murów obronnych - zauważa Richard Cromwell, po czym natychmiast wdaje się w dysputę z siedzącym naprzeciwko niego Włochem, rozważając, jaki plan budowy sprawdza się najlepiej w wypadku warowni: koła czy gwiazdy.
Zamek Thurstona składa się z czerwono-białych pasów, przy czym czerwień ma purpurowy odcień, a biel jest idealna, tak że mury zdają się zawieszone w powietrzu. Z blanków wyzierają jadalni łucznicy strzelający słodkimi bełtami. Nawet główny oskarżyciel uśmiecha się na ten widok.
- Szkoda, że moje córki nie mogą tego zobaczyć.
- Poślę ci formy. Ale raczej nie warowni. Ogrodu? - Co podoba się małym dziewczynkom? Zdążył już zapomnieć.
Po wieczerzy, gdy gońcy nie dobijają się do bram, na ogół kradnie godzinkę, by poprzebywać ze swymi księgami. Trzyma je we wszystkich posiadłościach: w domu przy zaułku Austin Friars, w kancelarii przy Chancery Lane, w Stepney, w Hackney. W dzisiejszych czasach można znaleźć książki na każdy temat. Doradzające, jak być dobrym lub złym księciem. Zawierające poezje. Uczące prowadzić rachunki. Zbiory zwrotów użytecznych za granicą. Słowniki. Tomy pokazujące, jak zmyć wszystkie grzechy. Pozycje instruujące, jak przechowywać ryby. Jego przyjaciel, Andrew Boorde, medyk, pisze właśnie książkę o brodach; generalnie jest przeciwko zarostowi. Przypomina sobie, co powiedział mu Gardiner: "Sam powinieneś coś napisać. To by dopiero było coś".
Gdyby posłuchał rady, powstałaby Księga Zwana Henrykiem: jak go przejrzeć, jak mu służyć, jak zapobiec jego zepsuciu. Wymyśla w głowie wstęp. "Któż wyliczy zalety owego męża pobłogosławionego najbardziej ze wszystkich, zalety czy to osobiste, czy publiczne? Wyróżnia się pobożnością wśród duchownych; męstwem wśród rycerzy; wiedzą pośród uczonych; wyrafinowaniem pośród dworzan. A wszystkie one są zaletami najwyższej próby, jakich świat nie widział przed narodzinami dobrego króla Henryka".
Erazm twierdzi, że władcę należy wychwalać nawet za cechy, jakich ów nie przejawia. Albowiem pochlebstwo zmusza do myślenia. Dzięki czemu król, któremu nie staje pewnych zalet, ma szansę nad sobą popracować.
Podnosi spojrzenie, kiedy otwierają się drzwi. To mały Walijczyk wchodzący tyłem ze świecami.
- Pora zapalić wam świecę, jaśnie panie?
- A jakże, pora. - Blask migocze, po czym statkuje się na drewnianym blacie, przypominając kręgi masy perłowej. - Widzisz tamten zydel? - pyta. - Usiądź sobie.
Chłopiec przysiada z westchnieniem. Jest na nogach od bladego świtu, tyle ma zawsze do roboty. Jak to jest, że czyjeś chude nożyny oszczędzają wysiłku klocowatym nogom kogoś innego? Leć na górę i przynieś mi... Za młodu coś takiego jest nawet miłe. Człowiek ma poczucie swojej wagi, nawet niezbędności. Sam był na posyłki Waltera, latał po całym Putney. Głupiec z niego. Z tym większą przyjemnością mówi chłopakowi:
- Odpocznij sobie. Dawno temu umiałem parę słów po walijsku. Do tej pory zdążyłem zapomnieć.
W myślach dodaje: oto gadka mężczyzny, któremu idzie szósty krzyżyk. Walijska mowa, odbijanie piłki - umiałem, ale już wyszedłem z wprawy. Oczywiście są też dobre strony: mądrzejsza głowa, serce, którego nie da się tak łatwo złamać... Obecnie wziął pod lupę walijskie posiadłości królowej. Z tego powodu, a także z paru ważniejszych ma oko na to księstwo.
- Opowiedz mi o swoim życiu - zwraca się do dziecka. - Opowiedz, skąd się tu wziąłeś.
Słucha chłopięcego dukania w prawie obcym języku i zbiera do kupy fakty: podpalenia, kradzieże bydła, zwyczajne przypadki na pograniczu kończące się zawsze skrajnym ubóstwem i sieroctwem.
- Umiesz zmówić Pater Noster? - pyta.
- Pater Noster - powtarza chłopiec. - Ojcze nasz.
- Po walijsku?
- Nie, jaśnie panie. W Walii nie mamy modlitw.
- Słodki Jezu. Będę musiał się tym zająć.
- Koniecznie, jaśnie panie. Wtedy pomodlę się wreszcie za rodziców.
- Wiesz, który to John ap Rice? Wieczerzał dziś u nas.
- Mąż waszej siostrzenicy Jo, jaśnie panie?
Chłopak pryska. Nożyny znów niosą go do pracy. On, Cromwell, pragnie, żeby każdy Walijczyk mówił w języku angielskim, ale to melodia dalekiej przyszłości, tymczasem potrzebna im wydatna pomoc Boża. Piraci pustoszą brzegi Walii, a w całym księstwie grasują bandyci, nie sposób ich utrzymać za kratami, bo wyrywają się na wolność siłą lub przekupstwem. Niestety tamtejsi wielmoże, tacy jak Norris i Brereton należący do najbliższego otoczenia króla, nie wspierają jego starań, przedkładając własny interes nad pokój w królestwie i spokój Henryka. Nie w smak im, że ktoś patrzy im na ręce. Nie w smak im sprawiedliwość i równość. A jego zamiarem jest zaprowadzić sprawiedliwość i równość od Esseksu po Anglesey, Kornwalię i szkocką granicę.
Rice przynosi aksamitne puzderko i stawia je na blacie.
- Podarek. Zgadnij, co jest w środku.
Potrząsa puzderkiem. Rozlega się grzechot, jakby ziaren. Otwiera wieczko, palcami bada drobne przedmioty, szare, łuszczące się. John ap Rice jest jednym z kontrolerów, których wysyła do klasztorów.
- Chyba nie przyniosłeś mi zębów świętej Apolonii.
- Pudło.
- W takim razie zęby z grzebienia Marii Magdaleny?
Rice w końcu ustępuje.
- Paznokcie świętego Edmunda.
- Ach tak. Dorzuć do reszty. Nieszczęśnik musiałby mieć z pół tysiąca palców.
W tysiąc dwieście pięćdziesiątym siódmym roku w menażerii londyńskiej Tower zdechł słoń i trafił do dziury w ziemi nieopodal kaplicy. Jednakże już następnego roku jego szczątki wykopano i wysłano do opactwa westminsterskiego. Rodzi się pytanie, po co komu szczątki słonia w opactwie. Chyba tylko po to, żeby wyciosać tonę relikwii i ze zwierzęcych kości zrobić kości świętych.
Wedle opiekunów relikwii moc tychże polega w części na zdolności cudownego rozmnażania. Kości, drewno i kamień całkiem jak żywe stworzenia mają potomstwo, nie tracąc jednorodności swej natury; następne pokolenie w niczym nie ustępuje oryginałowi. Tak więc korona cierniowa wypuszcza pączki. Święty krzyż pączkuje, kwitnie niczym żyjące drzewo. Nie mający ani jednego szwu płaszcz Chrystusa sam z siebie tka swoje kopie. Gwóźdź rodzi gwoździe.
John ap Rice stwierdza:
- Nie sposób przemówić do rozsądku tym ludziom. Starasz się otworzyć im oczy. Tyle że przeciwko sobie masz rządek posągów Maryi Dziewicy roniącej krwawe łzy.
- A mówią, że to ja robię sztuczki! - Zamyśla się. - John, musisz przysiąść i wziąć się do pióra. Twoi krajanie potrzebują modlitw.
- Walijczycy potrzebują Biblii w ojczystym języku.
- Pozwól, że najpierw wychodzę królewskie błogosławieństwo dla Biblii po angielsku.
To właśnie ma na celu jego codzienna sekretna krucjata: ażeby Henryk poparł pomysł anglojęzycznej Biblii w każdym kościele. W swoim mniemaniu jest już bliżej niż dalej, ma szansę przeciągnąć Henryka na swoją stronę. W marzeniach widzi jeden kraj, jedną monetę, jeden system miar i wag, a nade wszystko jeden język, którym każdy posługuje się bez trudu. Nie trzeba bowiem jechać do Walii, by nie móc się dogadać. Sam zna miejsca położone najwyżej pięćdziesiąt mil od Londynu, gdzie patrzą na człowieka jak na raroga, jeśli poprosić o śledzia do jedzenia. Dopiero kiedy pokazać palcem garnek i skutecznie udawać rybę, można usłyszeć: trza było tak mówić od razu.
Wszelako jego największą ambicją jest doprowadzić w Anglii do tego, ażeby władca i jego poddani żyli w zgodzie. Nie chce, by królestwo przypominało dom Waltera w Putney, gdzie ciągle ktoś z kimś walczył i wiecznie rozlegały się krzyki i odgłosy uderzeń. Chciałby, żeby we wspólnym angielskim domostwie każdy miał wyznaczone miejsce i rolę i mógł śmiało tę rolę odgrywać.
Zwraca się do Rice'a:
- Stephen Gardiner uważa, że powinienem napisać książkę. Co o tym myślisz? Może faktycznie coś kiedyś napiszę, gdy już odsunę się w cień. Tymczasem po cóż miałbym wyjawiać swoje sekrety?
Pamięta lekturę dzieła Machiavellego, po tym jak odciął się od świata po śmierci żony, lekturę księgi, która ostatnio narobiła tyle zamieszania w Europie, mimo że więcej osób o niej mówi, niż ją czyta. Skazał się wtedy na zamknięcie w czterech ścianach razem z młodym Sadlerem i najbliższymi służącymi, wszyscy siedzieli w domu, żeby nie zawlec zarazy do pałacu, a on przewracając kartki, zauważył, że nie da się skopiować rozwiązań z włoskiego księstewka i zastosować ich w Walii czy na szkockim pograniczu. Zbytnio się różnimy. Treść wydała mu się wręcz banalna, znalazł w niej praktycznie same gołosłowne idee - cnotę, strach - oraz parę przykładów działania w złej wierze czy chybionych kalkulacji. Niewykluczone, że byłby w stanie ją ulepszyć, lecz nigdy nie ma na to czasu; jedyne co może w tym natłoku obowiązków, to dyktować utarte frazy swoim klerkom czekającym w gotowości z uniesionym piórem. "Polecam się Twej serdecznej pamięci... Twój szczery przyjaciel, Twój oddany przyjaciel, Twój przyjaciel, Tomasz Cromwell". Stanowisko lorda sekretarza nie wiąże się z apanażami. Zakres obowiązków nie jest jasno sprecyzowany, co akurat mu odpowiada; kompetencje lorda kanclerza są czytelnie zdefiniowane, natomiast lord sekretarz może się wtrącać we wszystkie urzędy, wściubiać nos w każdy zakątek władzy. Dostaje listy zewsząd z prośbami o rozsądzenie jakichś ziemskich zaszłości czy opowiedzenie się po stronie kogoś zupełnie obcego. Ludzie, których nigdy nie widział na oczy, przysyłają mu plotki o swych sąsiadach; zakonnicy skrzętnie spisują nieprawomyślne słowa przełożonych; księża odsiewają ziarno od plew w wypowiedziach swoich biskupów. W uszach ma ciągły zgiełk tego, co się dzieje w całym królestwie, a jego rola w Anglii jest tak znaczna, jego uprawnienia tak szerokie, że dokumenty oczekujące na przystawienie pieczęci na okrągło zajmują blat biurka, a nieraz są podsuwane w biegu i równie szybko wyrywane mu z rąk. Petenci obdarowują go małmazją i muszkatelem, wierzchowcami, upolowaną dziczyzną i złotem; szeroką falą płyną prezenty, subsydia i upoważnienia, amulety i zaklęcia. Wszyscy chcą przysług i są gotowi za nie zapłacić. Trwa to, odkąd dostał się w łaski króla. Wzbogacił się na tym.
Naturalnie zawistnicy czuwają. Wrogowie grzebią w jego przeszłości, dokopując się aż wczesnego dzieciństwa.
- Udałem się do Putney - opowiadał Gardiner - a raczej wysłałem tam kogoś. Powiadają tam: kto by pomyślał, że Mały Brus zajdzie tak wysoko? Wszyscyśmy się spodziewali, że zadynda na stryczku.
Walter Cromwell ostrzył noże, a jego ludzie zaczepiali na ulicy: Tomaszu, mógłbyś to zabrać, zobaczyć, czy twój ojciec sobie z tym poradzi? Łapał wszystko jak leci, każde tępe narzędzie, zapewniając, że znajdzie się osełka, która najtępszemu da radę.
- Bo to nie lada sztuka - odrzekł Gardinerowi. - Naostrzyć nóż.
- Wiem, masz na sumieniu niejedno ludzkie życie.
- Żadnego Anglika.
- Obcokrajowcy się nie liczą?
- Nie ma w Europie takiego sędziego, który by skazał człowieka za to, że się bronił.
- A zastanowiłeś się kiedyś, dlaczego inni na ciebie czyhają?
Roześmiał się wtedy.
- Stephenie, większość naszego życia pozostaje tajemnicą, to jednak jest oczywiste. Zawsze zrywałem się pierwszy skoro świt, zawsze ostatni kładłem się spać. Zawsze miałem pełną sakiewkę, zawsze była koło mnie jakaś dziewczyna. Wskaż kopiec, a znajdziesz mnie na jego szczycie.
- Albo ladacznicę - mruknął Gardiner.
- Też byłeś młody. Opowiedziałeś najjaśniejszemu panu o swoich odkryciach?
- Henryk powinien wiedzieć, kim się otacza... - Gardiner urwał.
On, Cromwell, zwrócił się do niego z uśmiechem.
- Wykaż się, Stephenie. Wyślij swoich ludzi w teren. Sypnij pieniądzem. Przesłuchaj Europę. Dowiesz się, że każda moja umiejętność może się przydać Anglii. - Wyciągnął zza poły szaty widmowy nóż, wraził go lekko, miękko pod żebra Gardinera. - Stephenie, czyż nie prosiłem cię ciągle o pojednanie? I czyś ty za każdym razem nie odmawiał?
Trzeba przyznać Gardinerowi, że ani drgnął. Z gęsią skórką na ciele i fałdami stroju zebranymi w garści odsunął się poza zasięg niematerialnego noża.
- Chłopak, którego zadźgałeś w Putney, umarł - rzekł. - Dobrze zrobiłeś, uciekając. Krewni ofiary zaciągnęliby cię na szafot. Ale twój ojciec ich spłacił.
Ogarnęło go zdumienie.
- Co? Walter? Walter to zrobił?
- Nie musiał płacić dużo. Rodzina była wielodzietna.
- Mimo wszystko... - Długo czuł oszołomienie. Walter wysupłał za niego trochę grosza. Walter, który rozdawał mu co najwyżej kopniaki.
Gardiner wybuchnął śmiechem.
- Widzisz? Wiem o tobie więcej niż ty sam.
Robi się późno. Zaraz skończy ślęczeć przy biurku i przejdzie do pracowni poczytać. Tymczasem ma przed sobą spis poczyniony w opactwie w Worcesterze. Jego wysłannicy są skrupulatni; na spisie znalazło się wszystko, począwszy od kulistego ogrzewacza do rąk, a skończywszy na moździerzu służącym do rozcierania czosnku. Między jednym a drugim znalazły się: ornat z mieniącej się satyny, alba ze złotogłowiu, Baranek Boży wycięty z czarnego jedwabiu, grzebień z kości słoniowej, mosiężna lampa, trzy bukłaki i kosa, księga z psalmami, księga z pieśniami, sześć sieci na lisa z dzwoneczkami, dwie taczki, drobne narzędzia ogrodowe, takie jak łopaty i szpadle, parę relikwii świętej Urszuli i jej dziewic, a na dokładkę mitra świętego Oswalda i stos blatów do wyłożenia na kozły.
W domu przy zaułku Austin Friars jesienią tysiąc pięćset trzydziestego piątego roku słychać różne dźwięki. Głosy dzieci śpiewających motet, przerywających w pół nuty i zaczynających od nowa. Śpiew tych dzieci, małych chłopców nawołujących się na klatce schodowej, a gdzieś bliżej skrobanie psich pazurów na deskach. Brzęk sztuk złota wpadających do kufra. Szmer stłumionych przez tapiserie rozmów w rozlicznych językach. Szept pióra przemykającego po papierze. Spoza murów dobiegają zwykłe hałasy miasta; słychać tłum kłębiący się u bram, słychać okrzyki dolatujące znad rzeki. W głębi jego duszy trwa nieprzerwany cichy monolog. W reprezentacyjnych komnatach wspomina kardynała, echo kroków rozlegające się w wysokich przestronnych pomieszczeniach. W zaciszu domowych pieleszy myśli o swej żonie Liz. Rozmazała się w jego pamięci, stała się plamą, wirowaniem spódnic na skraju pola widzenia. Ostatniego ranka jej życia, kiedy wychodził na zewnątrz, wydało mu się, że podąża jego śladem, mignął mu jej bielutki czepek. Obrócił się przez ramię, aby wysłać ją z powrotem do łóżka, lecz w rzeczywistości nikogo za nim nie było. Gdy zjawił się wieczorem, żuchwę miała podwiązaną, a przy jej głowie i stopach płonęły gromnice.
Zaledwie rok później na to samo umarły jego córki. W swoim domu w Stepney w zamkniętej szkatułce trzyma ich naszyjniki z pereł i korali, ćwiczenia Anny z gramatyki łacińskiej. A w schowku, gdzie odkładają bożonarodzeniowe kostiumy, w dalszym ciągu ma skrzydła z pawich piór, w których Grace wystąpiła podczas parafialnego przedstawienia. Potem zawędrowała na górę, wciąż ze skrzydłami; mróz wymalował szybę we wzory. Idę zmówić pacierz, poinformowała i odwróciła się od niego spowita piórami, spowita mrokiem.
Teraz też zapada noc. W domu przy zaułku Austin Friars słychać szczęk zamków, chrobot zasuwek, dźwięczenie grubych łańcuchów przy futrynach, łomot potężnego rygla przy głównej bramie. Dick Purser spuszcza psy stróżujące. Podskakują, zrywają się do biegu, ujadają do księżyca, kładą się pokotem pod drzewkami owocowymi, przytulają pyski do przednich łap i strzygą uszami. Kiedy w domu cichnie - kiedy we wszystkich jego domach cichnie - martwi zaczynają się skradać po schodach.
Po wieczerzy królowa Anna wzywa go do swej prywatnej komnaty. Ma do niej tylko parę kroków, jako że od pewnego czasu zamieszkuje zawsze w najwykwintniejszym skrzydle każdego pałacu, blisko króla. Musi pokonać jedną klatkę schodową, na której blask pochodni płonącej w złotym uchwycie wydobywa z ciemności sztywny od nowości dublet Marka Smeatona. Mark czai się w jego środku.
Co sprowadza tutaj Marka? Nie ma w ręku żadnego instrumentu, który by stanowił wymówkę, a jest odziany równie wspaniale jak reszta młodych dworzan będących na każde skinienie królowej. Gdzie tu sprawiedliwość? utyskuje w duchu. Mark, ten leń, jest coraz bardziej kwitnący, ilekroć go widzę, a ja, który tak się staram, siwieję i grubieję.
Ponieważ nie czują do siebie sympatii, zamierza wyminąć Marka z co najwyżej skinieniem głowy, młodzik jednak się prostuje i uśmiecha.
- Milordzie, co słychać?
- Zbytek łaski - rzecze. - Wciąż tylko uniżony sługa jego królewskiej mości.
- A, no tak, moja pomyłka. Niemniej prezencję masz iście wielkopańską. Jestem pewien, że najjaśniejszy pan już niebawem poczyni odpowiednie kroki, aby zmienić ten stan rzeczy.
- Nie sądzę. Jestem mu bardziej potrzebny w Izbie Gmin.
- Cóż - mruczy Mark - byłaby to z jego strony czysta niewdzięczność, zwłaszcza że innych, mniej zasłużonych, spotykają same zaszczyty. Ale powiedz, czy to prawda, że gościsz pod swym dachem szkolarzy uczonych w muzyce?
Około tuzina chłopców uratowanych przed życiem zakonnym. Ślęczą nad księgami i ćwiczą grę na instrumentach, a przy stole uczą się dobrych manier, zabawiają gości podczas wieczerzy. Na świeżym powietrzu mocują się z łukiem, ganiają z psami, najmłodsi galopują na drewnianych konikach po dziedzińcu, łażąc wszędzie za nim i pytając, czy chce zobaczyć, jak stają na rękach.
- Wnoszą trochę życia pod mój dach - odpowiada.
- Gdybyś potrzebował kogoś, kto podszlifuje ich umiejętności, pamiętaj o mnie.
- Będę pamiętał, Marku.
Będę pamiętał, aby nigdy nie powierzyć pod twoją opiekę małych chłopców.
- Obawiam się, że zastaniesz miłościwą panią nieukontentowaną - ciągnie rozmowę Mark. - Jak wiesz, jej brat lord Rochford udał się do Francji ze szczególną misją dyplomatyczną i właśnie dziś dostała od niego wiadomość; ponoć wśród Francuzów krążą słuchy, że Katarzyna zasypuje papieża listami i nakłania go, aby wprowadził w życie ekskomunikę, którą obłożył naszego króla. I która może poczynić niesłychane szkody i krzywdy naszemu królestwu. - Energicznie kiwa głową, tak, tak, tak, wiem, co to ekskomunika, czy nie mógłbyś się streszczać? - Miłościwa pani jest zagniewana - kontynuuje młodzik - albowiem jeśli to prawda, Katarzyna okazała się zwykłą zdrajczynią i rodzi się pytanie, dlaczego nikt z tym nic nie robi.
- A gdybym podał ci powód, Marku? Przekazałbyś go królowej? Mógłbym dzięki temu zaoszczędzić godzinę albo dwie.
- Gdybyś tylko zechciał mi powierzyć... - zaczyna chłopak, wnet jednak dostrzega zimny uśmiech. Rumieni się.
- Powierzyłbym ci zagranie motetu, Marku. Aczkolwiek - obrzuca go uważnym spojrzeniem - coś mi mówi, że miłościwa pani spogląda na ciebie przychylnym okiem.
- Zaiste, wierzę, że tak jest. - Przywołany do porządku Mark znowu zaczyna harcować. - Nierzadko to my, maluczcy, jesteśmy najbardziej godni królewskiego zaufania.
- Hm. A zatem już niedługo to ja będę mówił do ciebie "milordzie". Pogratuluję ci sukcesu pierwszy. Nawet jeśli nadal będę wysiadywał ławy Izby Gmin.
Jednym gestem Anna odprawia swoje dworki, które dygają przed nim i rozszeptane znikają za drzwiami. Ale bratowa Anny, żona Jerzego, zostaje. Anna zwraca się wprost do niej:
- Dziękuję, lady Rochford. Nie będziesz mi dziś więcej potrzebna.
W końcu są tylko we troje: on, Anna i jej błaźnica wyglądająca zza krzesła z wysokim oparciem przypominającym tron. Włosy królowa ma rozpuszczone pod kornetem z miękkiego srebrzystego materiału wyciętego w kształt półksiężyca. Konotuje to sobie w pamięci; domowniczki zawsze go wypytują, jak Anna była ubrana. W takiej postaci przyjmuje męża, jemu wyłącznie ukazując swoje ciemne loki, no chyba że przypadkiem także Cromwellowi, który jest synem rzemieślnika i nie ma większego znaczenia, podobnie jak Mark Smeaton.
Rozpoczyna swoim zwyczajem w pół zdania:
- I chcę, żebyś pojechał. Na północ, do niej. W tajemnicy. W towarzystwie najzaufańszych ludzi. Proszę, możesz przeczytać wiadomość od mojego brata. - Trzyma kartkę samymi koniuszkami palców, waha się i ostatecznie rozmyśla, cofa rękę. - Albo lepiej nie - rzuca i koniec końców postanawia usiąść na liście. Być może pośród wieści znajduje się krytyka Tomasza Cromwella? - Katarzyna napawa mnie podejrzeniami, silnymi podejrzeniami. Wygląda na to, że we Francji wiedzą to, czego my się tylko domyślamy. Czyżby twoi ludzie nie byli dość czujni? Mój drogi brat uważa, że Katarzyna namawia cesarza do zaatakowania nas, podobnie jak ambasador Chapuys, który nawiasem mówiąc, powinien zostać wygnany z Anglii.
- Hm, no tak - odzywa się. - Niemniej nie możemy przepędzać ambasadorów, bo wtedy już nic zupełnie byśmy nie wiedzieli.
Po prawdzie nie obawia się intryg Katarzyny: atmosfera w Europie jest obecnie bardzo napięta, między Francją i cesarstwem panuje taka wrogość, że gdy dojdzie do wybuchu otwartej wojny, Karolowi nie starczy oddziałów, by dokonać inwazji na Anglię. Sytuacja zmienia się z tygodnia na tydzień, a jak zdążył się już przekonać, Boleynowie rzadko kiedy są na bieżąco, ponadto ich ocenę zdarzeń zaburza to, że silą się na przyjaźń z dworem Walezjuszów. Anna nieprzerwanie usiłuje wydać swoją rudą córeczkę za jakiegoś księcia krwi. Ongiś darzył ją szacunkiem za to, że potrafiła się uczyć na swoich błędach, zmienić swoje stanowisko, przekalkulować wszystko od nowa, tymczasem okazała się nie mniej uparta od Katarzyny, niegdysiejszej królowej, i jak widać, w tej konkretnej sprawie ani myśli ustąpić. Jerzy Boleyn faktycznie wybrał się znów do Francji, gdzie intryguje z myślą o małżeństwie siostrzenicy. Na razie bezskutecznie. Cóż może Jerzy Boleyn? pyta się w duchu. Na głos zaś mówi:
- Wasza wysokość, król Henryk nie rzuci na szalę swego honoru, by powściągnąć zapędy niegdysiejszej królowej. Coś takiego postawiłoby go w bardzo złym świetle, byłoby powodem wielkiego wstydu.
Anna wydaje się sceptyczna; pojęcie wstydu jest jej całkowicie obce. Blask w komnacie jest przygaszony; zgrabna lśniąco srebrzysta główka porusza się nieznacznie; karlica wymachuje rękami i śmieje się pod nosem, mrucząc coś do siebie na uboczu, usadzona na aksamitnych poduchach; Anna kołysze pantofelkiem zsuniętym na czubki palców niczym dziecko przymierzające się do zanurzenia stopy w strumyku.
- Na miejscu Katarzyny też bym knuła intrygi. Też bym nie wybaczyła. Postępowałabym tak samo jak ona. - Obdarza go niebezpiecznym uśmiechem. - Widzisz, jej myśli nie są mi obce. Chociaż jest Hiszpanką, potrafię się wczuć w jej położenie. Gdyby Henryk mnie odprawił, nie byłabym łagodna jak baranek. Tak jak Katarzyna dążyłabym do konfrontacji. - Ujmuje kosmyk włosów między palec wskazujący i kciuk, po czym przesuwa opuszkami wzdłuż całej długości, zatopiona w myślach. - Wszelako... Najjaśniejszy pan wierzy, że Katarzyna słabuje. Ona i jej córka, obydwie wiecznie skomlą, skarżą się na ból brzucha albo na wypadające zęby, są chore na to czy na tamto, dopada je gorączka albo artretyzm, nocami zwracają, co zjadły w dzień, a od rana leżą i jęczą, wszystko zaś, co je złego spotyka, spotyka je przez Annę Boleyn. Dlatego... dlatego, Cremuel, odwiedź je bez zapowiedzi. I przywieź mi odpowiedź, czy to udawanie czy nie.
Nie poniechała afektowanego sposobu mówienia, dziwacznego francuskiego akcentu, przekręcania jego nazwiska. U drzwi wszczyna się zamieszanie - nadchodzi król. Henryk składa jej uszanowanie; Anna nie podnosi się, by dygnąć, i mówi bez wstępów:
- Kazałam mu jechać.
- Tak, Cromwell, jedź, też sobie tego życzę. A po powrocie zdaj nam osobiście raport. Ty jeden potrafisz wejrzeć głęboko w naturę rzeczy. Ilekroć cesarz chce znaleźć na mnie bat, twierdzi, że jego ciotka jest umierająca bądź zaniedbywana, bądź zmarznięta, bądź zasromana. Przecież ma sługi. Ma drewno na opał.
- A co do sromoty - włącza się Anna - powinna już dawno umrzeć ze wstydu przez te kłamstwa, których naopowiadała.
- Najjaśniejszy panie - zwraca się do Henryka. - Wyjadę jutro o świcie i za twoim pozwoleniem przyślę w zastępstwie Sadlera.
Henryk pojękuje.
- Zatem nie ma ucieczki przed codzienną rutyną?
- Nie ma, najjaśniejszy panie. Albowiem gdybym ci raz pofolgował, co dzień dokądś byś mnie wysyłał pod tym czy innym pretekstem. Czy mogę cię jednak prosić, abyś pod moją nieobecność... nie podejmował żadnych decyzji?
Anna poprawia się na krześle, jeszcze bardziej mnąc list od Jerzego.
- O niczym nie postanowię bez ciebie - odrzeka król. - Bądź ostrożny, na drogach jest niebezpiecznie. Będę się za ciebie modlił. Dobrej nocy.
W komnacie gościnnej rozgląda się, lecz nigdzie nie widzi Marka Smeatona; stoi tylko grupka dworek: Maria Shelton, Joanna Seymour i Elizabeth, żona hrabiego Worcester. Kogo brakuje?
- Gdzie lady Rochford? - pyta z uśmiechem. - Czyżbym widział jej cień za arrasem? - Gestem wskazuje drzwi do komnaty prywatnej. - Chyba szykują się spać. Zróbcie swoje, dziewczęta, a resztę wieczoru będziecie miały dla siebie, jeśli i wam harce w głowie.
Chichoczą. Lady Worcester porusza palcami ręki, naśladując skradające się wielonogie żyjątko.
- Wybiła dziewiąta, nadchodzi Henry Norris w samej koszuli... Umykaj, Mario, umykaj... byle nie za szybko.
- A ty przed kim umykasz, lady Worcester?
- Ja, zamężna niewiasta? Gdzieżbym ci to mogła powiedzieć... - Droczliwie, wesoło przebiega ruchliwymi palcami po jego rękawie. - Wszyscy wiemy, z kim Norris chciałby zlec tej nocy. Maria służy mu za szkandelę, broniąc go przed nocnym chłodem. Norris ma większe ambicje, iście królewskie. Nie tai tego przed nikim. Jest bez pamięci zakochany w królowej.
- Chyba zagram w karty - wtrąca Joanna Seymour. - Ze sobą, żeby uniknąć straty. Mości sekretarzu, czy są jakieś wieści o lady Katarzynie?
- Przykro mi, niczego nie wiem.
Lady Worcester wodzi za nim spojrzeniem. To wyrafinowana, beztroska i dość swobodna w zachowaniu kobieta, niewiele starsza od królowej. Jej mąż przebywa daleko, a on, Cromwell, czuje, że gdyby choć skinął, nie umykałaby za szybko. No ale hrabina? Z synem zwykłego szlifierza? Któremu w dodatku śpieszno w drogę?
Ruszają na północ do Katarzyny bez fanfar i proporców, ciasną grupą uzbrojonych mężczyzn. Dzień jest słoneczny i przenikliwie zimny. Grudy brązowawej ziemi wystają tu i ówdzie spod warstwy świeżego szronu, czaple podrywają się znad zamarzniętych stawów. Chmury kłębią się i przesuwają nad horyzontem, szarobure, ze zwodniczą nutą lekuchnego różu; od wczesnego popołudnia towarzyszy im srebrzysty księżyc równie cienki jak oszukana moneta. Tuż obok niego jedzie Christophe, który im dalej zapuszczają się od miastowych wygód, tym jest gadatliwszy i bardziej zdegustowany.
- On-dit głosi, że król Henryk specjalnie wysłał ją w taką okolicę. Ma nadzieję, że pleśń przeżre kości Katarzynie i doprowadzi do jej śmierci.
- Nic podobnego. Kimbolton to stara siedziba, ale solidna. Lady Katarzyna ma zapewnione wszelkie wygody. Król łoży na jej utrzymanie cztery tysiące funtów rocznie. To niezgorszy pieniądz.
Milknie, aby Christophe mógł przetrawić to wyrażenie: niezgorszy pieniądz. W końcu chłopak odzywa się znowu.
- Hiszpanie, merde - wyraża swoją opinię całkiem głośno.
- Patrz pod nogi i nie pozwól Jenny wleźć w dziurę. Starczy naderwana pęcina, a będziesz wracał za mną do domu na osiołku.
- Hi-han! - ryczy Christophe ile sił w płucach, podrywając resztę kompanii w siodle. - Tak robi osioł po francusku - wyjaśnia.
- Francuski mądrala - komentuje któryś zbrojny w miarę przyjaznym tonem.
Pod koniec pierwszego dnia podróży, jadąc pod baldachimem gołych ciemnych gałęzi, zaczynają śpiewać; śpiew dodaje otuchy zmęczonym, a poza tym przepędza duchy czatujące na poboczach - w żadnym razie nie należy lekceważyć przesądności zwykłych Anglików. Tego roku największą popularnością cieszą się różne wersje piosenki autorstwa samego Henryka zaczynającej się od słów: "Zacną kompanię zwykłem cenić sobie, i tak zostanie, póki nie pomrę". Wariacja, którą prezentuje jego towarzystwo, jest tylko z lekka obsceniczna, toteż nawet nie reaguje, co uczyniłby w innym przypadku.
Właściciel oberży, gdzie stają na noc, to jakiś zastraszony chudzina, który jednak usilnie stara się wywiedzieć, kogo przyniosło w jego progi. Gospodyni, młoda żona oberżysty, dla odmiany jest postawna, gniewna i hałaśliwa. On, Cromwell, ma ze sobą własnego kucharza.
- Cóż to, panie? - pyta kobieta. - Boicie się, że was otrujemy?
Później słyszy, jak niezadowolona tłucze się w kuchni, pokazując, kto tu rządzi i co wolno, a czego nie wolno ruszać.
Jeszcze później przychodzi do jego izby i pyta, czy czegoś chce. Odpowiada, że nie, niczego, ale ona po jakimś czasie wraca i dopytuje: naprawdę niczego? Mogłabyś mówić ciszej, rzecze. Myśli zaś, że tak daleko od Londynu drugi w hierarchii Kościoła Anglii człowiek chyba może się rozluźnić.
- Zostań - zwraca się do kobiety. Choć hałaśliwa, na pewno jest bezpieczniejsza niż lady Worcester.
Budzi się przed świtem tak nagle, że w pierwszej chwili nie wie, gdzie się znajduje. Słyszy dobiegający z dołu niewieści głos i przez moment sądzi, że jest w Pegazie, tłukąca się poniżej kobieta to jego siostra Kat, a właśnie wstał ranek po jego ucieczce od ojca; że całe życie ma przed sobą. Ostrożnie po ciemku, bez choćby jednej świecy, porusza wszystkimi kończynami: nic go nie boli, nie ma żadnych obrażeń; wreszcie sobie przypomina, gdzie jest i kim jest, i zatapia się w cieple pozostawionym przez gospodynię, by przysnąć jeszcze z ręką przerzuconą przez poduszkę.
Wkrótce wyrywa go ze snu śpiew żony oberżysty. O tuzinie dziewic na przechadzce w maju, jak się zdaje. Z czego żadna nie wróciła. Gospodyni zgarnęła monety, które dla niej zostawił. Witając go, nawet mrugnięciem oka nie nawiązuje do nocnej transakcji, jednakże potem, gdy już się szykują do odjazdu, wychodzi na zewnątrz i przemawia doń cicho. Christophe w tym czasie po pańsku liczy się z właścicielem oberży. Dzień jest ładniejszy od poprzedniego, a ich podróż przebiega żwawo i bez przygód. Z tej wyprawy do środkowej Anglii pozostaną mu w pamięci tylko pewne obrazy. Jagody ostrokrzewu płonące wśród zieleni listków. Szaleńczy trzepot skrzydeł dzięcioła umykającego niemal spod końskich kopyt. Uczucie wstępowania na podmokły teren, gdzie ziemia i bagna wyglądają tak samo i nigdzie w zasięgu wzroku nie ma pewnego gruntu.
Kimbolton to tętniące życiem miasto targowe, aczkolwiek po zmroku ulice są wyludnione. Poruszali się nie nazbyt szybko, gdyż mija się z celem zamęczenie wierzchowców, kiedy sprawa nie jest nagląca; Katarzyna żyje w swoim tempie, a umrze, jak przyjdzie na nią pora, niczego nie można tu uprzedzić. Poza tym z przyjemnością jechał przez prowincję. Stłamszony w ciasnym Londynie, zmuszony prowadzić konia czy muła po wąskich pomostach i przeciskać się między blisko stojącymi murami budynków, z ołowianym niebem w górze poszarpanym przez ostre dachy, człowiek łatwo zapomina, jaka naprawdę jest Anglia: z rozległymi polami, otwartym niebem, biednymi i głupimi poddanymi. Mijają przydrożny krzyż, pod którym ziemia zdaje się świeżo spulchniona. Jeden ze zbrojnych rzuca:
- Powiadają, że braciszkowie zakopują swoje skarby. Ukrywają je przed mości sekretarzem.
- Co prawda, to prawda - przyznaje. - Ale raczej nie pod krzyżami. Nie są aż tak głupi.
Na głównej ulicy ściągają wodze przy kościele.
- Dlaczego stajemy? - pyta Christophe.
- Potrzebne mi błogosławieństwo - odpowiada.
- Mości sekretarz chce się wyspowiadać - kpi któryś zbrojny.
Jego ludzie wymieniają uśmiechy. Niewinnie, wcale przez to nie myślą o nim gorzej; co najwyżej żałują, że sami spali w zimnych łóżkach. Już dawno poczynił następujące spostrzeżenie: ci, co go nie znają, są pełni antypatii do niego, za to mało kto z tych, co go znają, nie czuje do niego sympatii. "Moglibyśmy przenocować w klasztorze - poskarżył się jeden z eskorty - no ale jak przypuszczam, w klasztorze nie byłoby dziewek". Aż odwrócił się wtedy w siodle, żeby spytać: "Doprawdy tak myślisz?".
Reszta wybuchnęła porozumiewawczym śmiechem.
W lodowatym wnętrzu świątyni jego ludzie rozcierają sobie ramiona, przytupują i otrząsając się, mówią "brrr!", wszystko niczym kiepscy aktorzy.
- Zagwiżdżę na księdza - proponuje Christophe.
- Ani mi się waż. - Uśmiecha się jednak; oczyma wyobraźni widzi swoje młodsze wcielenie proponujące to samo, ba, wprowadzające słowa w czyn.
Wszelako nawet nie ma potrzeby gwizdać. Z mroku wyłania się podejrzliwy kościelny, chybocząc kagankiem. Bez wątpienia kto inny już pędzi w stronę miejscowego pałacu: uwaga, szykujcie się, przyjechał wielki pan. Uważa, że to stosowne, aby Katarzyna mogła się przygotować, aczkolwiek z nie nazbyt dużym wyprzedzeniem.
- Pomyśleć tylko - komentuje Christophe - że moglibyśmy wpaść akurat wtedy, gdy będzie sobie wyszarpywać wąsik. Co niewiasty w jej wieku robią nagminnie.
W oczach młodzika niegdysiejsza królowa jawi się jako pęknięty nefryt, starucha. Przypomina sobie, że jest mniej więcej rówieśnikiem Katarzyny. Jednakże życie obchodzi się okrutniej z kobietami, a zwłaszcza z kobietami takimi jak Katarzyna, która została pobłogosławiona licznym przychówkiem, lecz musiała patrzeć na śmierć większości swych dzieci.
W ciszy u jego boku wyrasta ksiądz, nieśmiały człowieczek gotowy oprowadzić gości po skarbach swojego kościoła.
- Ty pewnie jesteś... - przebiega w głowie listę - William Lord?
Człowieczek w sutannie ma zagubioną minę.
- Czyli nie. - Jednak jakiś inny William. Ksiądz wdaje się w przydługie wyjaśnienia. Przerywa je w połowie. - Najważniejsze, żeby twój biskup wiedział, z kim ma przyjemność... - Za plecami duchownego majaczy wizerunek świętego Edmunda, mężczyzny o pięciuset palcach; stopy świętego są lekko uniesione, jak gdyby do tańca. - Poświećcie tutaj! - rzuca. - Czy to syrena?
- Tak, panie. - Przez twarz księdza przemyka cień niepokoju. - Trzeba ją zdjąć? Syrena nie może tu wisieć?
Uśmiecha się.
- Po prostu pomyślałem, że wyrzuciło ją daleko na brzeg.
- Cuchnąca ryba! - Christophe ryczy ze śmiechu.
- Niech ksiądz wybaczy chłopcu. Żaden z niego artysta.
Odpowiada mu słaby uśmiech. Na dębowym lektorium święta Anna naucza z otwartej księgi córeczkę, Dziewicę Maryję; archanioł Michał opuszcza ostrze sejmitara na szatana pętającego mu stopy.
- Przyjechaliście zobaczyć się z królową, panie? To znaczy - poprawia się szybko duchowny - z lady Katarzyną?
Nie ma pojęcia, kim jestem. Mógłbym być każdym. Pierwszym lepszym wysłannikiem z dworu, Charlesem Brandonem (księciem Suffolk) albo Thomasem Howardem (księciem Norfolk). Obydwaj wypróbowali na Katarzynie swoją wątpliwą zdolność przekonywania i najlepsze bandyckie sztuczki.
Nie podaje swego nazwiska, ale zostawia ofiarę. Ksiądz zamyka w dłoni monety, jakby chciał je ogrzać.
- Wybaczycie mi, panie, moje przejęzyczenie? Co do tytułu niewiasty? Klnę się, że nie miałem nic złego na myśli. Takiemu staremu prowincjuszowi jak ja trudno nadążyć za zmianami. Zanim zdążymy rozgryźć jedną wiadomość z Londynu, nadchodzi druga, która przeczy tamtej.
- Wszyscy napotykamy trudności - odpowiada ze wzruszeniem ramion. - Odprawiasz mszę za królową Annę co niedziela?
- Oczywiście, panie.
- I co twoi parafianie na to?
Ksiądz wygląda na zawstydzonego.
- Cóż, panie, to tylko prości ludzie. Nie przejmowałbym się tym, co mówią. Chociaż wszyscy są bardzo lojalni - dodaje szybko. - Bardzo lojalni.
- Nie wątpię. Uczynisz coś dla mnie? W najbliższą niedzielę odpraw mszę za Thomasa Wolseya.
Za świętej pamięci kardynała? Widzi, że stojący przed nim człowieczek burzy to, co zdążył sobie zbudować w głowie. A więc nie Thomas Howard ani nie Charles Brandon, gdyż oni - jeśli choćby wspomnieć przy nich nazwisko Wolseya - ledwie potrafią się powstrzymać od splunięcia pod nogi.
Gdy wychodzą z kościoła, na niebie gasną ostatnie promienie słońca i zabłąkany płatek śniegu kieruje się na południe. Dosiadają znowu wierzchowców; to był długi dzień, odzienie ciąży mu na plecach. Nie wierzy, by zmarli potrzebowali modlitw żywych i mogli z nich zrobić użytek. Wszelako każdy, kto rozeznaje się w Biblii tak jak on, wie, że Bóg jest kapryśny i że nie zawadzi się zaasekurować. Kiedy dzięcioł poderwał się w błysku czerwieni i brązów, serce zabiło mu mocniej. Z każdym stąpnięciem konia, z każdym uderzeniem swojego serca był świadom trzepotu ciężkich skrzydeł, dopóki ptak nie znalazł schronienia pomiędzy drzewami, przeszywając ognistym lśnieniem głęboką czerń i rozpływając się w ciemności lasu.
Docierają na miejsce prawie po ciemku; z murów dobiega wołanie, na które odpowiada krzykiem Christophe:
- Tomasz Cromwell, mości sekretarz miłościwego pana i archiwariusz królewski.
- Skąd mamy to wiedzieć? - ryczy wartownik. - Pokażcie proporzec.
- Powiedz, żeby zapalił pochodnie i wpuścił mnie - zwraca się do chłopaka - albo pokażę mu, gdzie raki zimują.
Musi tak się wyrażać z dala od Londynu; tego się oczekuje od niego, wywodzącego się z plebsu sługi Henryka.
Muszą opuścić dla nich most zwodzony, czemu wtóruje wiekowy zgrzyt, trzeszczenie i piszczenie łańcuchów i rygli. W Kimbolton zamykają się wcześnie. I dobrze.
- Pamiętajcie - przestrzega towarzyszy - żeby nie popełnić błędu księdza. W rozmowach z tutejszymi macie ją nazywać lady Katarzyną, wdową po księciu Walii.
- Że co? - dziwi się Christophe.
- Nie jest żoną króla. Nigdy nią nie była. To wdowa po nieboszczyku Arturze, nieżyjącym bracie najjaśniejszego pana.
- Nieboszczyk znaczy trup - kiwa głową Christophe. - Tyle to wiem.
- Nie jest królową ani nawet niegdysiejszą królową, ponieważ jej drugie tak zwane małżeństwo nie miało wiążącej mocy.
- Tak się nie godzi - potwierdza Christophe. - Popełniła błąd, zadając się z oboma braćmi, najpierw z Arturem, a potem z Henrykiem.
- No właśnie, jakie zdanie można mieć o takiej niewieście? - pyta z uśmiechem.
Płoną pochodnie i z półmroku wyłania się, nabierając kształtów, sir Edmund Bedingfield, strażnik Katarzyny.
- Nie mogłeś nas uprzedzić, Cromwell?
- Grace, ty chyba nie potrzebujesz być uprzedzana, co? - Całuje w policzek lady Bedingfield. - Nie przywiozłem nic na wieczerzę. Ale w tyle toczy się wóz ciągniony przez muła, powinien dotrzeć do jutra. Wiozę dziczyznę na wasz stół, migdały dla królowej i jej ulubione słodkie wino, jak donosi Chapuys.
- Mile widziane jest wszystko, co zaostrzy jej apetyt. - Grace Bedingfield prowadzi ich do wielkiej sali. Stanąwszy w blasku kominka, odwraca się i dodaje: - Medyk podejrzewa narośl w brzuchu. Ale nie zanosi się na szybki koniec. Chociaż można by pomyśleć, że dość się wycierpiała nieszczęsna.
Ściąga rękawiczki i pelerynę i podaje jedno i drugie chłopakowi, który go nie odstępuje.
- Zobaczysz się z nią od razu? - dopytuje Edmund Bedingfield. -Nie spodziewaliśmy się ciebie, lecz ona być może cię wypatruje. Mamy tutaj trudne zadanie, mieszkańcy darzą ją uczuciem i słowo się roznosi poprzez służących, nie da się tego uniknąć; podejrzewam, że przekazują sobie sygnały zza fosy. Zapewne wie o większości spraw, nawet o tym, kto nadjeżdża z wizytą.
Dwie raczej wiekowe dworki, Hiszpanki, sądząc po stroju, przylegają plecami do ściany, rzucając mu pełne niechęci spojrzenie. Składa im ukłon, na co jedna zauważa w swoim języku, że to ten człowiek, który zaprzedał duszę króla Anglii. Ściana, którą podparły - jak dostrzega - jest ozdobiona malowidłem, wyblakłą sceną z raju: Adam i Ewa, trzymając się za ręce, przechadzają się wśród zwierząt będących na świecie od tak niedawna, że pierwsi ludzie jeszcze nie zdążyli poznać ich nazw. Mały słoń zezuje na nich zza ściany liści. Wprawdzie nie widział nigdy słonia, lecz z tego co wie, powinien być większy od konia bojowego; być może ten konkretny nie miał okazji dorosnąć. Nad dziwnego kształtu łbem zwieszają się gałęzie ciężkie od owoców.
- Orientujesz się w rutynie - ciągnie Bedingfield. - Mieszka za tymi drzwiami i każe swoim dworkom... któreśmy minęli przed chwilą... gotować posiłki na otwartym ogniu. Pukasz i wchodzisz, ale jeśli zwrócisz się do niej per "lady Katarzyno", wykopie cię na zewnątrz. Powiesz "wasza wysokość", pozwoli ci zostać w środku. Ja najczęściej zwracam się do niej, nie używając żadnych tytułów. Jakby była dziewką szorującą schody.
Katarzyna siedzi przy kominku wtulona w pierwszej jakości gronostaje. Król zażyczy sobie ich zwrotu po jej śmierci, myśli. Aragonka podnosi na niego spojrzenie i wyciąga rękę do pocałowania, niechętnie, ale raczej z powodu zimna niż dlatego, że wolałaby zignorować jego obecność. Ma zażółconą cerę, a w komnacie unosi się nieprzyjemny zaduch - mieszanina woni zwierzęcych futer, rozgotowanych warzyw, niewylanej wody do gotowania i jeszcze zawartości miski, z którą dziewka służebna pośpiesznie umyka za drzwi, zapewne aby pozbyć się zwróconej treści pokarmowej księżnej wdowy. Chora nocami być może śni o Alhambrze, gdzie dorastała: o marmurowych posadzkach, fontannach z krystaliczną wodą przelewającą się do coraz większych mis, o wlokącym się po ziemi ogonie białego pawia i zapachu cytryn. Mogłem pamiętać, żeby przywieźć jej cytrynę...
Jakby czytając mu w myślach, odzywa się do niego po kastylijsku:
- Poniechajmy tego męczącego udawania, że nie władasz moim ojczystym językiem.
Kiwa głową.
- Niełatwo było w przeszłości stać i wysłuchiwać, co mają o mnie do powiedzenia twoje dworki. "Jezusie, ale on brzydki, jak uważacie, jest owłosiony na całym ciele jak szatan?".
- Moje dworki używały takich słów? - Katarzyna zdaje się rozbawiona. Cofa dłoń, ponownie ukrywając ją przed nim. - Po tamtych niesfornych dziewczętach nie pozostał nawet ślad. Otaczają mnie same matrony i garstka zaprzysięgłych zdrajczyń.
- Pani, ci, których masz wokół siebie, szczerze cię kochają.
- Donoszą na mnie. Powtarzają wszystko, co powiem. Podsłuchują nawet wtedy, gdy się modlę. No i? - Unosi twarz do światła. - Jak twoim zdaniem wyglądam? Co powiesz królowi, kiedy o mnie zapyta? Nieczęsto ostatnio przeglądam się w lustrze. - Przyklepuje futrzane nakrycie głowy, naciąga doszyte ogony na uszy, wybucha śmiechem. - Król zwał mnie swoim aniołem. Swoim kwiatuszkiem. Mój pierworodny przyszedł na świat w środku zimy. Ziemię spowijał śnieg. W całej Anglii nie było ani jednego kwiatu, jak sądzę. Ale Henryk obdarował mnie sześcioma tuzinami róż uplecionych z najprzedniejszego białego jedwabiu. "Są białe jak twoja karnacja, ukochana", mówił, całując mnie po rękach. - Drgnienie pod gronostajami zdradza, gdzie leży zaciśnięta w pięść dłoń. - Do tej pory trzymam w skrzyni tamte róże. Przynajmniej one nie wyblakły. Na przestrzeni lat obdarowywałam nimi tych, którzy przysłużyli mi się w jakiś sposób. - Urywa, lecz jej wargi nadal się poruszają; zanosi milczącą inwokację, modlitwę za zmarłych. - Ale powiedz, jak się miewa Boleynówna? Ponoć dużo się modli do swego zreformowanego Boga.
- Istotnie słynie z pobożności. Jak również cieszy się aprobatą uczonych i biskupów.
- Wykorzystują ją. A ona wykorzystuje ich. Prawdziwy mąż Kościoła odskoczyłby od niej jak oparzony, tak samo jak od niewiernego. Domyślam się jednak, że modli się o syna. Słyszałam, że straciła ostatnie dziecko. Ha, cóż, wiem, co to znaczy. Współczuję jej z całego serca.
- Oboje z najjaśniejszym panem mają nadzieję, że Stwórca obdarzy ich wkrótce kolejnym dzieckiem.
- Proszę? Mówisz o nadziei opartej na konkretnych czy na ogólnych przesłankach?
Milczy; właściwie nic nie wiadomo; Grzegorz mógł odnieść mylne wrażenie.
- Sądziłam, że ci się zwierza - rzecze ostro Katarzyna i wtedy przygląda się baczniej jej twarzy; czyżby dostrzegał jakiś rozdźwięk, swego rodzaju froideur? - Henryk ponoć ugania się za innymi. - Palec Katarzyny mierzwi futro nieobecnym ruchem, wkoło i wkoło, jakby chciał wydrapać dziurę. - Tak szybko. Przecież są po ślubie od niedawna. Domyślam się, że patrząc na otaczające ją dworki, pyta się nieustannie: ty czy ty, która z was to będzie? Zawsze mnie zadziwiało, że osoby niegodne zaufania same są ślepe, gdy muszą obdarzyć kogoś zaufaniem. La Ana uważa, że ma przyjaciółki. Tymczasem one zwrócą się przeciwko niej, jeśli rychło nie da królowi syna.
Potakuje skinieniem.
- Niewykluczone. Która pierwsza to uczyni?
- Dlaczego miałabym ją przestrzegać? - pyta sucho Katarzyna. - Słyszałam, że gdy się gniewa, jazgocze jak zwykła jędza. Nie dziwi mnie to. Jednakże królowa... a ona mieni się królową... musi być ponad wszystko, musi cierpieć w milczeniu. Żadna niewiasta nie przewyższa jej pozycją z wyjątkiem Królowej Niebios, nie powinna więc szukać przyjaciółek ani niczyjej pociechy. Musi cierpieć w samotności, lecz cierpieć w samotności trzeba umieć. Do tego konieczny jest talent zesłany przez Najwyższego. Jak widać, Boleynówna jest go pozbawiona. Śmiem pytać czemu.
Znowu urywa; jej usta otwierają się szeroko, a ciało kurczy, jakby uciekało przed dotykiem szat.
- Boli cię coś... - zaczyna mówić, ona wszakże machnięciem ręki każe mu zamilknąć: to nic, to nic takiego.
- Dworzanie króla, którzy teraz się zarzekają, że oddaliby życie za jej uśmiech, wkrótce na obiekt westchnień obiorą sobie inną. Niegdyś to do mnie wzdychali. Z tego powodu, że byłam żoną króla, a nie przez wzgląd na mnie samą. Tymczasem La Ana odbiera ich zainteresowanie jako hołdy składane jej osobie, jej urokowi. Ale nie tylko mężczyzn powinna się strzec. Weźmy jej bratową, lady Rochford... ta dopiero jest czujna; gdy była na mojej służbie, znosiła mi sekrety, miłosne sekrety, sekrety, o jakich wolałabym chyba nie wiedzieć... Nie sądzę, by do tej pory jej słuch i wzrok się stępiły. - Jej palce nie przestają się poruszać, tylko że teraz masują mostek. - Pewnie się zastanawiasz, jak to możliwe, że Katarzyna, którą przepędzono z dworu królewskiego, tyle wie o tym, co się dzieje w pałacu. Cóż, niech to pozostanie dla ciebie tajemnicą.
To dla mnie żadna tajemnica, myśli. Jest żona Nicholasa Carew, twoja dobra przyjaciółka. I jest Gertruda Courtenay, żona markiza Exeter; tę ostatnią przyłapałem na spiskowaniu przed rokiem, powinienem był ją wtedy aresztować. Może nawet młodziutka Joanna Seymour, chociaż ona akurat musi myśleć o własnej karierze od czasu wizyty w Wolf Hall.
- Wiem, że masz swoje źródła - odpowiada Katarzynie. - Pytanie, czy powinnaś im ufać. Osoby te działają w twoim imieniu, lecz czy na pewno w twym najlepszym interesie? Albo w najlepszym interesie twojej córki?
- Pozwolisz księżniczce, by mnie odwiedziła? Skoro uważasz, że trzeba jej doradzić opanowanie, któż doradzi jej lepiej niż ja?
- Gdyby to zależało ode mnie...
- Jak to może zaszkodzić królowi?
- Postaw się na jego miejscu. Jak się zdaje, ambasador Chapuys napisał do lady Marii, zapewniając, że może wywieźć ją z kraju.
- Skądże! Chapuys nawet by o czymś takim nie pomyślał. Daję za to głowę.
- Najjaśniejszy pan obawia się, że lady Maria mogłaby przekupić straże, po czym zamiast udać się w podróż do ciebie, pogalopowałaby do najbliższego portu, aby odpłynąć ku ziemiom znajdującym się pod władzą jej kuzyna, cesarza Karola.
Nieomal się uśmiecha na myśl o tej chuderlawej przerażonej młodziutkiej księżniczce decydującej się na równie rozpaczliwy i niezgodny z prawem krok. Katarzyna także się uśmiecha: krzywo, złośliwie.
- I co potem? Czyżby Henryk podejrzewał, że moja córka wróci z zamorskim małżonkiem u boku, na czele armii, i wysiuda go z własnego królestwa? Możesz go spokojnie zapewnić, że nie ma podobnych planów. Jestem gotowa ręczyć za nią głową.
- Szastasz swoją głową na lewo i prawo. Dajesz ją za to, ręczysz nią za tamto. Ale umrzeć można tylko raz.
- Mam nadzieję, że moja śmierć coś nauczy Henryka. Gdy wybije ma godzina i przyjdzie mi odejść z tego świata w ten czy inny sposób, zamierzam to uczynić tak, aby dać mu przykład i przygotować go na tę ostateczność.
- Ach tak. Czy często rozmyślasz o śmierci najjaśniejszego pana?
- Rozmyślam o tym, co go czeka na drugim świecie.
- Skoro tak ci zależy na lekkości jego duszy, dlaczego nieustannie mu się sprzeciwiasz? Twój upór nie pomaga mu stać się lepszym człowiekiem. Czy przyszło ci kiedyś do głowy, że gdybyś uległa woli króla przed laty, gdybyś wstąpiła do klasztoru i pozwoliła na jego powtórny ożenek, nigdy by nie zerwał z Rzymem? Nie byłoby takiej potrzeby. Twoje małżeństwo wzbudziło dość wątpliwości, abyś mogła z godnością przywdziać habit zakonny. Cieszyłabyś się powszechnym szacunkiem. A tak tytuły, których uparcie się czepiasz, nic nie znaczą. Henryk był wiernym synem Rzymu. To ty doprowadziłaś do rozłamu, nie on. Ty podzieliłaś chrześcijaństwo. Przypuszczam, że wiesz o tym i to nie daje ci spać nocami.
Następuje moment ciszy, w którym Katarzyna przewraca ciężką kartę swego gniewu i palcem szuka najcelniejszego słowa.
- To, co przed chwilą rzekłeś, Cromwell, jest... haniebne.
Pewnie tak, odpowiada w myślach. Lecz nie przestanę jej naciskać, odsłaniać przed samą sobą, pozbawiać złudzeń, a wszystko dla dobra jej córki, albowiem to Maria jest przyszłością, jedynym dorosłym dzieckiem króla, jedyną nadzieją Anglii, w razie gdyby Bóg odwołał naszego władcę i uczynił tron pustym.
- Zatem nie mam co liczyć na jedną z twoich jedwabnych róż - rzuca lekko. - A sądziłem, że mi się trafi.
Posyła mu przeciągłe spojrzenie.
- Mimo żeś wróg, przynajmniej nie działasz z ukrycia. Szkoda, że moi dawni przyjaciele nie mają tyle odwagi co ty. Z Anglików są tacy hipokryci...
- I niewdzięcznicy - dodaje. - Urodzeni kłamcy. Przekonałem się o tym na własnej skórze. Osobiście wolę Włochów. Florentyńczyków za ich skromność. Wenecjan szczerych do bólu. I twoich krajanów, Hiszpanów. Hiszpanie są uczciwi. Zwykli mówić o twym ojcu Ferdynandzie, że przyzwoitość doprowadzi go do upadku.
- Zabawiasz się - rzecze kwaśno - kosztem umierającej.
- Czy nie za wiele chcesz ugrać na swej śmierci? Z jednej strony szastasz własną głową, z drugiej domagasz się przywilejów.
- Osoby w moim stanie są zazwyczaj lepiej traktowane.
- Staram się dobrze cię traktować, lecz ty tego nawet nie widzisz. Czy nie mogłabyś wreszcie zapomnieć o swych ambicjach i przez wzgląd na rodzoną córkę pogodzić się z najjaśniejszym panem? Jeżeli zejdziesz z tego świata pokłócona z królem, odium spadnie też na lady Marię. A ona jest młoda i ma przed sobą całe życie.
- Nie odegra się na Marii. Znam go. Nie jest aż tak podły.
Nic nie mówi. Ona wciąż kocha męża, myśli; w zakamarkach swego starego skórzastego serca nieprzerwanie łudzi się, że usłyszy jego kroki, jego głos. Mając pod bokiem jego podarunek, jakżeby mogła zapomnieć, że i on kiedyś ją kochał? Prace nad jedwabnym bukietem musiały trwać tygodniami; Henryk zamówił róże na długo przed tym, zanim się dowiedział, że dziecko jest chłopcem. Nazwaliśmy go noworocznym księciem, opowiadał Wolsey. Dychał przez równo pięćdziesiąt dwa dni, liczyłem je skrzętnie... Anglia zimą: przykryta gładkim całunem śniegu opatulającego pola, uciskającego dachy, w milczeniu przylegającego do szyb okiennych, prószącego na pobrużdżone koleinami trakty, przyginającego do ziemi konary dębów i cisów, więżącego ryby pod lodem i przymrażającego ptactwo do gałęzi. Oczyma wyobraźni widzi kołyskę z karmazynowym baldachimkiem, ze złoconym herbem Anglii; wokół piastunki zakutane w grube szaty, trzaskający kominek i powietrze przesycone woniami Bożego Narodzenia, cynamonem i jałowcem. Róże przyniesione do jej tryumfalnej komnaty... jak? W pozłacanym koszyku? W podłużnej szkatule przypominającej trumnę, wysadzanej polerowanymi muszlami? A może raczej rozsypane wprost na pościel z jedwabnej chusty wyszywanej granatami? Minęły dwa miesiące. Dziecko kwitło. Świat usłyszał, że na dworze Tudorów pojawił się następca tronu. Po czym w pięćdziesiąty drugi dzień cisza pod baldachimkiem: oddech, brak oddechu. Piastunki złapały księcia, wykrzykując z przerażenia i zdumienia; nadaremno czyniły znak krzyża, na klęczkach modliły się przy ścichłej kołysce.
- Zobaczę, co da się zrobić - rzecze. - W sprawie twojej córki. Jej odwiedzin.
- Z jakim ryzykiem może się wiązać podróż małej księżniczki na wskroś Anglii?
- Sądzę, że najjaśniejszy pan da swoją zgodę, jeśli nakłonisz lady Marię do respektowania jego woli i uznania w nim... czego dotąd nie uczyniła... głowy Kościoła.
- W tej materii księżniczka musi słuchać własnego sumienia. - Unosi prawą rękę, odsłaniając wnętrze dłoni. - Widzę, że mnie żałujesz, Cromwell. A nie masz powodu. Od dawna jestem pogodzona z myślą o śmierci. Wierzę, że Bóg Wszechmogący wynagrodzi mnie za moje wysiłki na Jego służbie. Poza tym znów ujrzę swoje dzieci, które powołał do siebie przede mną.
Jej widok sprawia, że serce chce pęknąć, myśli; ale twoje serce jest odporne na pęknięcia. Katarzyna marzy o śmierci męczennicy, na szafocie. Tymczasem odda ducha Bogu w Fenlandii, w samotności: najpewniej udławi się wymiociną.
- A co z lady Marią? Czy ona też jest pogodzona z myślą o śmierci?
- Księżniczka Maria od dziecięctwa rozważa mękę naszego Pana. Jest gotowa na każde Jego wezwanie.
- Niezwykła matka z ciebie - stwierdza. - Który rodzic ryzykuje życie własnego dziecka?
Przypomina mu się Walter Cromwell. Walter lubił skakać w swych wielkich buciorach po mnie, jedynym synu. Zbiera się w sobie, by podjąć jeszcze jedną próbę.
- Przy okazji wytoczonego ci procesu wykazałaś się uporem godnym lepszej sprawy, sprzeciwiając się woli króla i rady i sprowadzając na swoją głowę wyrok, który napawa cię wstrętem. Jak więc widzisz, nie zawsze miewasz rację. Chciałbym, ażebyś dopuściła do siebie myśl o swej omylności. Na miłość boską, każ Marii posłuchać króla.
- Księżniczce Marii - odzywa się grobowym głosem. Chyba brak jej tchu na dalsze protesty.
Obserwuje ją przez chwilę, szykując się do odejścia. Zamiera, gdy Katarzyna podnosi głowę, aby na niego spojrzeć.
- Tak się zastanawiam, po jakiemu się spowiadasz. O ile w ogóle się spowiadasz.
- Bóg zna nasze serca na wylot. Nie trzeba klepać formułek ani uciekać się do pośrednika. - W myślach zaś dodaje: Bóg jest wielki i biegły w językach, nie zaprząta sobie głowy przekładem.
Zaraz za drzwiami niemal wpada w ramiona strażnika Katarzyny.
- Komnata przyszykowana?
- Ale wieczerza...
- Przyślijcie mi miskę rosołu. Mam dosyć rozmów na dziś. Marzę wyłącznie o łóżku.
- I kogoś konkretnego do pary? - pyta szelmowsko Bedingfield. A zatem eskorta nie utrzymała języka za zębami.
- Nie, Edmundzie. No, najwyżej poduszkę.
Grace Bedingfield jest rozczarowana jego wczesnym udaniem się na spoczynek. Miała nadzieję usłyszeć najnowsze plotki z dworu; nie jest zadowolona z pobytu w tej głuszy, z samymi Hiszpankami i z perspektywą kolejnych długich zimowych miesięcy. On zaś tylko czuje się w obowiązku powtórzyć wytyczne króla: mieć uszy i oczy szeroko otwarte.
- Nie mam nic przeciwko temu, żeby dostawała listy od Chapuysa, przynajmniej będzie musiała sobie łamać głowę nad szyfrem. Cesarz o nią nie dba, teraz liczy się dla niego Maria. Jednakże nie może być mowy o żadnych odwiedzinach, chyba że gość zostanie zaakceptowany przez króla bądź przeze mnie w jego imieniu. Ale... - Urywa. Potrafi sobie wyobrazić ten dzień przyszłej wiosny, o ile Katarzyna będzie wtedy jeszcze żyła, wdzierającą się w głąb kraju armię cesarza oraz konieczność sprzątnięcia Aragonki sprzed nosa Karolowi, uczynienia z niej zakładnika co się zowie; źle by się stało, gdyby Edmund odmówił wtedy jej wydania. - Przyjrzyj się uważnie - mówi, pokazując swój pierścień z turkusem. - Widzisz? Dostałem go od świętej pamięci kardynała i odtąd stale noszę.
- To ten magiczny pierścień? - dopytuje Grace Bedingfield, przytrzymując jego dłoń. - Ten, dzięki któremu przenikasz murowane ściany i masz księżniczki na swoje skinienie?
- Ten sam. Jeśli zobaczysz go u posłańca, zaufaj człowiekowi.
Kiedy tej nocy zamyka powieki, wyrasta nad nim sklepienie, rzeźbiony dach kościoła w Kimbolton. Jakiś mężczyzna potrząsa dzwonkiem z rączką. Łabędź, baranek, kaleka wsparty na kiju, dwa splecione serca zakochanych. I krzew granatu. Emblemat Katarzyny. Tego ostatniego być może trzeba będzie się pozbyć. Ziewa. Owoce da się przerobić na jabłka, to powinno załatwić sprawę. Po co się przemęczać. Przypomina sobie żonę oberżysty i czuje wyrzuty sumienia. Uklepuje poduszkę. Tylko poduszkę, Edmundzie.
Żona oberżysty, która wyszła do niego, gdy szykowali się do odjazdu, powiedziała:
- Przyślij mi jaki prezent. Coś z Londynu, coś, czego tutaj nie mamy.
Pomyślał, że sprawi jej coś do ubrania, bo wszystko inne mógłby podebrać jakiś podróżny o lepkich palcach. Nie zapomni o tym zobowiązaniu, choć zapewne nim dotrze do Londynu, nie będzie już pamiętał, jak wyglądała. Widział ją w blasku świecy, która w końcu zgasła. Ta niewiasta, co zagadnęła go rano, równie dobrze mogła być całkiem obcą osobą. I może nawet nią była.
Później śni o owocu z rajskiego ogrodu leżącym na otwartej pulchnej dłoni Ewy. Budzi się w okamgnieniu: skoro owoc dojrzał, to kiedy zakwitły gałązki? W jakim miesiącu, jaką porą? Z pewnością zastanawiał się nad tym niejeden uczony. Całe pokolenia marszczyły w skupieniu brew. Pochylały ogolone głowy. Odmrożonymi palcami niezdarnie przewracały karty manuskryptów. Takie niemądre pytania są sensem istnienia zakonników. Zwrócę się z pytaniem do Cranmera, postanawia w duchu; do mojego arcybiskupa. Dlaczego Henryk nie poprosi o radę Cranmera, skoro chce się pozbyć Anny? Przecież to Cranmer uwolnił go od Katarzyny, nie ma obawy, że każe mu wrócić do jej zatęchłego łoża.
Nie, nie, Henryk nie może ujawnić swych wątpliwości przed arcybiskupem. Cranmer przepada za Anną, ma ją za wzór chrześcijanki, widzi w niej nadzieję wszystkich tych, którzy pragną poznać słowo Boże.
Zasypia znowu i tym razem śnią mu się kwiaty z zarania dziejów, sprzed powstania świata. Kwiaty z białego jedwabiu. Nigdzie nie widać krzewów ani gałązek, z których można by je zerwać. Leżą na gołej niestworzonej ziemi.
Wróciwszy z wieściami, przygląda się uważnie królowej Annie; tego dnia zdaje się elegancka i ukontentowana, a łagodny szmer głosów w zaciszu prywatnych apartamentów mówi mu, że ona i Henryk są wyjątkowo zgodni. Pracują nad czymś wspólnie, z pochylonymi głowami. Na blacie leżą rozrzucone cyrkle, ołówki, linijki, noże do ostrzenia piór, na wpół rozwinięte plany; stoją kałamarze i odlewy wykonane przez rzemieślników.
Składa im uszanowanie, po czym od razu przechodzi do rzeczy:
- Nie miewa się za dobrze. Uważam, że w akcie dobroci można by zezwolić na wizytę ambasadora Chapuysa.
Anna podrywa się z krzesła.
- Cóż to?! Aby wygodniej im się spiskowało?
- Najjaśniejsza pani... Jej lekarze twierdzą, że niebawem znajdzie się w grobie, skąd nie zdoła uczynić niczego wbrew twojej woli.
- Katarzyna jest zdolna wyleźć z grobu, powiewając całunem, jeśli tylko uzna, że ma okazję pokrzyżować mi szyki.
Henryk wyciąga do niej rękę.
- Kochanie, Chapuys nie uznał cię dotąd. Wszelako po śmierci Katarzyny nie będzie miał powodów przyczyniać nam kłopotów i z pewnością ugnie przed tobą kolano.
- I tak jestem zdania, że nie powinien opuszczać Londynu. Zachęca Katarzynę do bezeceństw, a ona ma podobny wpływ na swoją córkę. - Posyła mu spojrzenie. - Cremuel, chyba zgodzisz się ze mną? Maria powinna stawić się na dworze, uklęknąć przed ojcem i przysięgnąć mu wierność, po czym wciąż na klęczkach błagać go o przebaczenie za wcześniejszy zdradziecki upór, a na koniec przyznać, że następczynią tronu Anglii jest moja córka, a nie ona.
Wskazuje na plany.
- Chyba nie kolejna budowla, wasza królewska mość?
Henryk ma minę jak dziecko przyłapane z ręką w cukiernicy. Popycha jeden z modeli w jego stronę. Wzory, w dalszym ciągu pachnące nowością w Anglii, przypominają te, które on widywał ongiś w Italii: żłobkowane urny i wazony, spowite fałdami szat uskrzydlone postaci, patrzące niewidzącym wzrokiem głowy cesarzy i bogów. Obecnie rodzime kwiaty i drzewa, kręte konary i barwne płatki są w pogardzie, zastępuje się je motywami wieńców, laurów, drzewca liktorskiego topora czy włóczni. Widzi wyraźnie, że gusty Anny nie sprzyjają prostocie; od ponad siedmiu lat Henryk im hołduje. Niegdyś wystarczało mu zwykłe wino, owoc angielskiego lata, tymczasem teraz woli trunki ciężkie, wonne, wywołujące senność; ciało ma potężne, nierzadko przesłania sobą całe światło.
- Będziemy stawiać od podstaw - dopytuje władcę - czy tylko ozdabiać? Jedno i drugie kosztuje.
- Co za niewdzięczność - skarży się Anna. - Miłościwy pan posłał ci trochę dębu na dokończenie budowy w Hackney. I twemu podopiecznemu Sadlerowi, żeby miał z czego postawić swój nowy dom.
Lekkim skinieniem głowy wyraża swoją wdzięczność. Jednakże król myślami wciąż przebywa na północy kraju, w siedzibie kobiety uważającej się nadal za jego żonę.
- Czemu Katarzyna czepia się życia pazurami? - rzuca pytanie Henryk. - Jestem pewien, że zmęczyła ją ciągła niezgoda. Bo mnie zmęczyła, Bóg świadkiem. Lepiej by się stało, gdyby dołączyła do grona świętych i męczenników.
- Dość się na nią naczekali! - Anna wybucha śmiechem. Nazbyt głośnym.
- Jak rozumiem, Katarzyna umiera - rzecze król. - Wygłosi mowę, w której mi przebaczy. Ale tak naprawdę to ona potrzebuje przebaczenia. Za skażone łono. Za to, że zatruła moje dzieci, zanim się narodziły.
On, Cromwell, zerka na Annę. Gdyby miała królowi coś do powiedzenia, chybaby powiedziała właśnie teraz? Wszakże Anna odwraca się, schyla i bierze na kolana swego pieska, Purkoya. Wtula twarz w jego futro, na co zwierzę - wybudzone nagle ze spokojnego snu - skomli i wyrywa się z rąk Anny, odprowadzając wychodzącego mości sekretarza smętnym spojrzeniem.
Na zewnątrz czatuje na niego małżonka Jerzego Boleyna; odciąga go na bok ufną ręką, poszeptując. Gdyby ktoś powiedział lady Rochford, że pada deszcz, uczyniłaby z tego część spisku: przekazując wiadomość dalej, nadałaby jej cechy nieprzyzwoitości, nieprawdopodobieństwa, aczkolwiek w jej ustach nawet plotka urosłaby do dżdżystej prawdy.
- No i? - pyta ją. - Jest czy nie?
- Ha. Wciąż nic nie mówi? Cóż, mądra niewiasta trzyma język za zębami, dopóki nie poczuje drgnienia pod sercem. - Miażdży ją twardym spojrzeniem. - Tak - przyznaje wreszcie lady Rochford, oglądając się niespokojnie przez ramię. - Bywało, że wcześniej się myliła. Ale tak.
- Czy miłościwy pan wie?
- Ty powinieneś mu powiedzieć. Bądź posłańcem dobrej nowiny. Kto wie, może zostaniesz na miejscu pasowany na rycerza.
Myśli o tym, co trzeba zrobić: sprowadzić młodego Sadlera, sprowadzić Thomasa Wriothesleya, wysłać wiadomość do Edwarda Seymoura, przywołać Richarda Cromwella, odwołać wieczerzę z Chapuysem i żeby nie zmarnować przygotowanych potraw, zaprosić Tomasza Boleyna.
- Chyba tego należało się spodziewać - kontynuuje Jane Rochford. - Byli razem przez większość lata, czyż nie? Tydzień tu, tydzień tam. A nawet gdy nie byli razem, dostawała od niego listy miłosne dostarczane przez Henry'ego Norrisa.
- Milady, muszę cię teraz opuścić. Mam sprawy do załatwienia.
- Nie wątpię. Ha, trudno. Zazwyczaj jesteś dobrym słuchaczem. Nigdy nie puszczasz mimo uszu tego, co mówię. A przy tej okazji mówię, że król pisał do niej listy miłosne, które dostarczał jej Henry Norris.
Oddala się nazbyt prędko, aby zwrócić większą uwagę na ostatnie zdanie, chociaż później sam przyzna, że ten szczegół mu nie umknął, ba, zapadł w pamięć na dobre, uczepiając się jego nie do końca sformułowanych myśli. Eliptycznych. Hipotetycznych. Wszystko bowiem jest obecnie hipotetyczne. Anna wzbija się, podczas gdy Katarzyna upada. Oczyma wyobraźni widzi dwie małe dziewczynki na błotnistym poboczu drogi, z zaciętymi buziami i podkasanymi spódnicami, bawiące się na huśtawce: desce chybotliwie opartej o głaz.
Thomas Seymour mówi od razu:
- To jest szansa Joanny, na którą czekaliśmy. Nie będzie się dłużej wahał, zapragnie wziąć sobie nową towarzyszkę łoża. Nie tknie królowej, póki ta nie wyda dziecka na świat. Nie mógłby tego zrobić. Ma zbyt wiele do stracenia.
W myślach wyobraża sobie, że nieznany król Anglii ma już paluszki, ma twarzyczkę. Zaraz jednak wspomina, że uważał tak i w przeszłości, na koronacji Anny, kiedy z dumą prężyła brzuch, tymczasem wtedy była to tylko dziewczynka.
- Nadal jakoś tego nie widzę - włącza się stary sir John, cudzołożnik. - Nie rozumiem, czemu miałby zapragnąć Joanny. Co innego, gdyby chodziło o moją drugą córkę. Najjaśniejszy pan tańczył z Bess, wyraźnie ją sobie upodobał.
- Bess jest zamężna - wtrąca Edward.
Thomas Seymour wybucha śmiechem.
- Mężatka nadaje się do tego nawet bardziej.
Jego brat wydaje się rozgniewany.
- Zapomnij o Bess. Zresztą Bess by go nie chciała. Bess nie wchodzi w rachubę.
- Wszystko może się jeszcze dobrze skończyć - ostrożnie mówi sir John. - Jak dotąd Joanna na nic się nam nie przydała.
- Co prawda, to prawda - potakuje Edward. - Tyle z niej pożytku co z galarety. Niech zapracuje na swoje utrzymanie. Królowi będzie potrzebna nowa towarzyszka. My jednak nie pchniemy mu jej w ramiona. Zrobimy tak, jak doradza Cromwell. Henryk już ją widział. Powziął co do niej postanowienie. Od tej pory Joanna musi go unikać, mało: unikać, ona musi zachowywać się odpychająco.
- Albo świętoszkowato - dorzuca stary Seymour. - Jeżeli ją na to stać...
- Czy stać ją na właściwe zachowanie? - warczy na ojca Edward. - Ciebie na pewno nie. Zamilknij, niegodziwcze. Najjaśniejszy pan udaje, że przymknął oko na twoje przewiny, lecz tak naprawdę nikt nie zapomniał o tym, coś zrobił. Wytykają cię palcami: to ten stary cap, co uwiódł synową!
- Właśnie, siedź cicho - popiera brata Thomas. - Rozmawiamy tutaj z Cromwellem.
- Obawiam się jednego - odzywa się. - Wasza siostra darzy uczuciem swoją dawną panią, Katarzynę. O czym dobrze wie obecna królowa i przez co nie szczędzi Joannie ostrego traktowania. Jeśli zauważy, że najjaśniejszy pan zerka na nią, tylko wzmoże ataki. Anna nie jest z tych niewiast, co przyglądają się bezczynnie, jak ich mąż bierze sobie inną na... na towarzyszkę. Nawet gdyby nie miało to być na stałe.
- Joanna umie położyć uszy po sobie - rzecze Edward. - Nawet jeśli Anna ją uszczypnie albo spoliczkuje, będzie wiedziała, że należy zachować spokój ducha.
- Rozegra to dobrze, mając przed oczyma nagrodę - kiwa głową stary Seymour.
Jego młodszy syn dodaje:
- Annę wyniósł do godności samoistnego markiza, zanim ją posiadł.
Edward ma oblicze tak ponure, jakby zarządzał egzekucję.
- Nie zapominajmy, że to był dopiero początek. W końcu uczynił ją swoją królową.
Obrady parlamentu zostały odroczone, lecz londyńscy prawnicy, trzepoczący połami czarnych szat niczym kruki skrzydłami, szykują się do rozpoczęcia zimowej sesji. Dobra nowina rozpełza się najpierw po dworze królewskim, później po całej stolicy. Anna sznuruje gorsety luźniej. Ludzie obstawiają zakłady. Pióra chroboczą. Kartki są składane. Pieczęcie zostawiają swój ślad na wosku. Wierzchowce stają dęba. Kapitanowie stawiają żagle. Angielska arystokracja z tradycjami zanosi na klęczkach pytanie do Boga, czemu faworyzuje ród Tudorów. Król Franciszek marszczy czoło. Cesarz Karol zagryza dolną wargę. Henryk tańczy.
Rozmowa w Elvetham nabiera cech konfabulacji snutych nocą, odchodzi w niepamięć. Wszystko wskazuje na to, że król porzucił wątpliwości co do swego małżeństwa.
Aczkolwiek widziano go spacerującego z Joanną po pustym zimowym ogrodzie.
Krewni ją otaczają, wzywają jego, Cromwella.
- Co mówił, siostro? - dopytuje Edward Seymour. - Opowiedz wszystko, niczego nie pomiń.
- Chciał wiedzieć, czy zostanę jego towarzyszką.
Wymieniają spojrzenia. Jest pewna różnica pomiędzy "towarzyszką" a "towarzyszką łoża" - czy Joanna zdaje sobie z tego sprawę? Towarzyszka łoża to w praktyce kochanica, towarzyszka zaś jest czymś mniej oczywistym. W wypadku tej drugiej w grę wchodzi wymiana podarków, niewinne zachwyty, długotrwałe zaloty... ale nie nazbyt długotrwałe rzecz jasna, gdyż wtedy Anna zdąży urodzić dziecko i Joanna straci swoją szansę. Na razie kobiety nie potrafią przewidzieć, kiedy ich potomek ujrzy świat, a przecież on, Cromwell, nie może zbytnio naciskać lekarzy Anny.
- Posłuchaj, Joanno - zwraca się do siostry Edward. - Nie czas na przesadną skromność. Nie szczędź nam szczegółów.
- Chciał wiedzieć, czy będę nań patrzeć przychylnie.
- Przychylnie w jakich okolicznościach?
- Na przykład jeśli napisze dla mnie wiersz. Wychwalający moją urodę. Odpowiedziałam, że tak. Że podziękuję mu wylewnie. Że nie będę się śmiała, nawet za jego plecami. I że nie zaneguję ani jednego wersu, nawet gdyby był przesadzony. Albowiem poezja sprowadza się do przesady.
Gratuluje jej:
- Pomyślałaś o wszystkim. Byłby z ciebie niezły prawnik.
- Znaczy, gdybym urodziła się mężczyzną? - Ściąga brwi. - Nie, nawet wtedy nie bardzo by to było prawdopodobne. Seymourowie nie parają się żadnym fachem.
Edward Seymour przerywa te dywagacje.
- Towarzyszka. Pisanie poezji. Wybornie. Gdyby jednak zaczął nastawać na twoją cześć, musisz krzyczeć wniebogłosy.
- A jeśli nikt nie przyjdzie mi z pomocą?
Kładzie dłoń na ramieniu Edwarda. Chce zakończyć tę scenę.
- Nie krzycz, tylko się módl. Głośno. Modlitwa w duchu nic by nie dała. Zmów na głos modlitwę, wymieniając imię Maryi Dziewicy, żeby odwołać się do pobożności i poczucia honoru najjaśniejszego pana.
- Aha, rozumiem - potakuje Joanna. - Masz może przy sobie modlitewnik? Mości sekretarzu? Bracie? Nie? Nieważne. Zaraz poszukam swojego. Na pewno znajdę coś sposobnego na taką okazję.
W początkach grudnia lekarze Katarzyny donoszą mu, że niegdysiejsza królowa ma lepszy apetyt, aczkolwiek modli się z nieustającą gorliwością. Śmierć przeniosła się być może z wezgłowia w nogi jej łoża. Trapiące ją bóle ustąpiły, dzięki czemu jest w pełni przytomna i może poczynić ostatnie zapisy. Zostawia swej córce Marii złoty łańcuch przywieziony z Hiszpanii i wszystkie futra. Prosi, aby odprawiono za jej duszę pięćset mszy i udano się z pielgrzymką do Walsingham.
Informacje dotyczące szczegółów ostatniej woli Katarzyny docierają do Whitehallu.
- A te futra... - zagaduje Henryk. - Widziałeś je może, Cromwell? Są coś warte? Jeśli tak, chciałbym, żeby zostały odesłane do mnie.
Ciągła huśtawka.
Zdaniem dworek Anny trudno dostrzec jej brzemienność. W październiku była przy sobie, lecz ostatnio raczej traci na wadze, zamiast zyskiwać. Jane Rochford raportuje:
- Można by pomyśleć, że wstydzi się swego stanu. A najjaśniejszy pan nie okazuje jej tyle czułości co poprzednio, gdy obnosiła się z brzuchem. Podówczas przechodził samego siebie. Spełniał jej wszystkie zachcianki i troszczył się o nią jak przyjaciółka. Kiedy raz ich naszłam, trzymała nogi na jego kolanach, a on masował jej stopy niczym koniuch szpotawej klaczy.
- Masowaniem nie naprawi się szpotawego kopyta - odpowiada poważnie. - Trzeba je przyciąć i podkuć w specjalny sposób.
Lady Rochford tylko mu się przygląda. Po chwili milczenia pyta:
- Rozmawiałeś z Joanną Seymour?
- O czym?
- Nieważne.
Widział, jak Anna patrzy na króla, gdy ten zerka na Joannę. Można by się spodziewać straszliwego gniewu i jego skutków: podartej na strzępy robótki, potłuczonego szkła. Tymczasem Anna zachowuje kamienną minę; rękawem wysadzanym klejnotami zasłania ciało, w którym rośnie dziecko.
- Nie wolno mi się denerwować - rzecze. - To mogłoby zaszkodzić księciu.
Schodzi z drogi mijającej ją Joannie. Garbi się i zapada w sobie, przypominając sierotę porzuconą na progu.
Huśtawka.
W Anglii rodzi się plotka, że mości sekretarz sprowadził sobie niewiastę z ostatniej podróży do hrabstwa Hertfordshire czy Bedfordshire i zainstalował ją w swoim domu w Stepney czy przy zaułku Austin Friars albo w Hackney, który ponoć rozbudowuje z rozmachem specjalnie dla niej. Była oberżystką, a jej mąż, właściciel oberży, został pojmany i wtrącony do lochu na podstawie oskarżenia spreparowanego przez Tomasza Cromwella. Pechowy rogacz ma być sądzony przy najbliższej okazji i powieszony, chociaż zdaniem niektórych już znaleziono go martwego w lochu, zatłuczonego na śmierć, otrutego i z poderżniętym gardłem.